1 Wojenny mozół
Kalmar zapytał:
- I co teraz?
- A skąd mam wiedzieć? Nigdy nie walczyłem na wojnie - odparł Janner.
- Ale siedzimy tu co najmniej trzy godziny i nic nie jedliśmy.
- Słuchaj, wiem tylko, że mamy tu siedzieć cicho, dopóki plemiona nie skończą składać przysięgi... czy jak to się tam nazywa. Wszyscy jesteśmy głodni, ale tobie chociaż nie jest zimno.
- Ile jeszcze plemion zostało?
- Policz sobie.
- Czekaj, a ile było na początku?
- Kal, czy możesz po prostu skupić się na tym, co się dzieje? Mama powiedziała, że coś takiego nie wydarzyło się od dziesięcioleci. I przybyli tu z twojego powodu. Mógłbyś przynajmniej okazać zainteresowanie. Ćśś! Idzie ktoś z plemienia.
Janner i Kalmar siedzieli na drewnianej trybunie z widokiem na Pole Finleya, teraz zasypane śniegiem. Janner przypomniał sobie, że to właśnie na tych polach wiele lat wcześniej Podo Helmer zdobył serce Wendolyn Igiby, gdy walczył w turniejach Banick Durga z najokrutniejszymi i najagresywniejszymi spośród Dolinian. Dzisiaj jednak nie było turniejów. Dzisiaj była wojna. A to oznaczało nudę.
Tego ranka Nia obudziła braci w ich sypialni w Chimney Hill i przypomniała im, że to dzień hołdu i że jako Wielki Król i Strażnik Tronu Anniery muszą pojawić się na uroczystości. Po szybkim śniadaniu, przygotowanym przez Poda i Frevę, Nia przyniosła braciom i ich siostrze Leeli oficjalne szaty.
Leeli otrzymała białą suknię, obszytą puszystym futrem, i pelerynę w szare cętki, która okrywała jej ciało jak koc i była spięta na ramionach srebrną broszą w kształcie świecącej gwiazdy. Kiedy Leeli wyszła ze swojej sypialni w sukni i pelerynie, z włosami zaczesanymi na jeden bok i policzkami płonącymi nadzieją na własne piękno, chłopcy aż zaniemówili. Ubrany w fartuch Podo, który utykał na jednej nodze wokół stołu i zbierał brudne naczynia, spojrzał na nią i szepnął:
- Na jasny księżyc, ależ ona jest ładna.
Bracia nie dostali takich komplementów, ale i tak czuli się przystojni w swoich królewskich strojach. Kalmar nie potrzebował futra, ponieważ jego ciało było pokryte srebrzysto-brązową sierścią. Zamiast tego miał na sobie czarną, skórzaną kamizelkę podszytą krwistoczerwonym materiałem i zapiętą z przodu na błyszczące srebrne guziki z wizerunkami smoka Anniery. Te same insygnia Janner widział na okładkach dzienników wuja Arthama w Glipwood. Nia zarzuciła mu na ramiona czarną pelerynę i zapięła mu ją pod szyją broszą ze srebrnym słońcem. Próbowała założyć mu na głowę koronę - nie oficjalną koronę annierską, jak im powiedziała, ale coś, co zamówiła u kowala w Ban Ronie - diadem, dzięki któremu na ceremonii będzie wyglądał wystarczająco królewsko. Po kilku nieudanych próbach zamocowania go na jego wilczych uszach (którymi nieustannie strzygł) zrezygnowała jednak z tego pomysłu, ku wielkiej uldze Kalmara.
Janner, jako ostatni w kolejce, otrzymał czarną pelerynę z błyszczącej skóry, a wraz z nią dopasowane buty z cholewami i rękawiczki. Kiedy je założył i poruszył palcami, dostrzegł, że na grzbiecie każdej z nich wyszyty jest karmazynową nitką ten sam annierski smok.
- Trzymaj - powiedziała Nia i zarzuciła na ramiona Jannera czarną pelerynę. Kiedy podeszła, by zapiąć mu broszę w kształcie półksiężyca, dostrzegł, że już nie patrzy na nią z dołu, ale że ich oczy spotykają się na tej samej wysokości. - Kiedy ty tak wyrosłeś? - zapytała cicho matka. Poprawiła mu pelerynę i opuściła ramiona. - Wyglądasz jak Strażnik Tronu. Wysoki, przystojny i skromny. Miej dzisiaj oko na Kalmara, on nie cierpi takich ceremonii.
Janner zerknął na Kala, który schylony nad stołem zgarniał okruszki ze śniadania w małe stosiki, a potem je zlizywał.
- Kalmar! - warknęła Nia, a on wyprostował się gwałtownie i wytarł ręce w pelerynę. - Kalmar! - powtórzyła, a on wziął ze stołu serwetkę i wytarł ręce oraz pelerynę z nerwowym śmiechem. - Kalmar! - jęknęła jeszcze raz i wyrwała mu serwetkę. Nie zauważył, że jest ubrudzona dżemem z cukrorzeczek i że właśnie umazał nim sobie nową pelerynę i ręce, które z roztargnieniem wytarł w kamizelkę. - Wyjdź! - rozkazała Nia.
Janner wypchnął Kalmara i Leeli za drzwi, a tam czekał na nich Oskar N. Reteep w gotowych, zaprzęgniętych saniach. Kal wskoczył do wozu.
- Mówiąc słowami Chancho Phanora: "Wszyscy troje wyglądacie wspaniale!". Czy to dżem z cukrorzeczek? - mówiąc, wskazał na pelerynę Kalmara.
W jakiś sposób, mimo że jego twarz była pokryta sierścią, policzki Kala zarumieniły się, gdy podnosił Leeli i sadzał ją na siedzeniu za sobą. Janner wdrapał się z drugiej strony.
- Klejnoty! To będzie piękny dzień! - Oskar cmoknął na konia i naciągnął szalik na usta. Był postawnym mężczyzną, ale okryty kilkoma warstwami płaszczy, peleryn i koców wyglądał na olbrzyma. Janner widział z Oskara tylko jego błyszczący, czerwony nos i okulary wystające spomiędzy szalika i kaptura; reszta była jedną wielką stertą tkanin.
Po godzinie jazdy przez śnieg dotarli na wzgórze i ich oczom ukazali się niemal wszyscy mieszkańcy Zielonych Dolin, zgromadzeni w kręgu na Polu Finleya. Ciszę długiej jazdy przerwały nagły zgiełk tłumu, rżenie koni i łopotanie licznych flag na wietrze. Zapach dymu z ognisk mieszał się z wonią mięsa pieczonego na rożnie i smrodem końskiego nawozu. Każde plemię postawiło własny namiot główny i otoczyło go mniejszymi, między którymi znajdowały się wozy, konie i ogniska. Tysiące Dolinian stało w grupkach wokół palenisk, inni urządzali sobie zabawy i tarzali się po śniegu albo ścigali się za namiotami.
Środek Pola Finleya był nieskazitelny - gładki, biały okrąg, szeroki na strzał z łuku. Śniegu nie szpecił ani jeden ślad stopy, chociaż ścieżka wokół pola była zabłocona od śladów tłumów. Na skraju koła w pobliżu drogi wzniesiono trybunę, a stojący obok niej mężczyzna podniósł rękę na powitanie Wingfeatherów. Nawet z daleka Janner rozpoznał wysoką, brodatą postać Rudryka, Strażnika Dolin.
Janner poczuł ukłucie rozpaczy. Rudryk nie miał zamiaru zabić jego ojca i Janner o tym wiedział, ale ani ból, ani poczucie niezręczności przez to nie zniknęły - ani ze strony Jannera, ani Rudryka, którego przez kilka miesięcy po śmierci Esbena praktycznie nie widywano w Chimney Hill. Rudryk był dobrym człowiekiem i Janner go lubił, ale stał się symbolem nieobecności jego ojca. Janner nie potrafił sobie wyobrazić, jak czuje się Nia - Nia, która była zakochana w Rudryku aż do dnia powrotu Esbena.
Oskar chrząknął.
- No cóż. Jak na pewno gdzieś napisał jakiś autor, "Bierzmy się do dzieła".
Zajechał saniami pod trybunę i przywitał się ze Strażnikiem.
- Oskar, miło cię widzieć - odezwał się Rudryk. Wyciągnął rękę do Leeli, która ujęła ją po chwili wahania i pozwoliła mu podnieść się z wozu i postawić delikatnie na ziemi. Potem Rudryk skinął głową na powitanie Jannerowi i Kalowi, choć spojrzał im w oczy tylko na chwilę. - Tędy, Wingfeatherowie. To będzie długi dzień, ale to ważne, jeśli mamy stać się armią godną walki.
Obok trybuny stał namiot, którego wejścia strzegli dwaj strażnicy z patrolu Durgi. Stali z czarnymi kapturami naciągniętymi na twarze i skrzyżowanymi ramionami. Kiedy Janner i jego rodzeństwo weszli za Rudrykiem do środka, Durganie skinęli milcząco na powitanie najpierw Rudrykowi, a potem Jannerowi i Leeli. Jannerowi trudno było stwierdzić, czy to tylko złudzenie, czy nie, ale miał wrażenie, że zignorowali jego wilczego brata.
Nie miał czasu dłużej się nad tym zastanawiać, ponieważ gdy tylko wszedł do namiotu, zobaczył dwunastu przedstawicieli plemion stojących na baczność i tyle samo przedstawicielek. Stali zgromadzeni wokół długiego stołu pod zwisającym z góry żelaznym, kutym żyrandolem z zapalonymi świecami. Janner uznał, że miał on przypominać wielkie drzewo w Ban Ronie. Jego uwadze nie umknął ironiczny fakt, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej Nia ogłosiła turalay i złożyła krwawy odcisk swojej dłoni na drzewie, aby uratować Kalmara przed tymi samymi ludźmi, którzy teraz będą przysięgać mu wierność.
Rudryk zajął miejsce u szczytu stołu i wskazał na trzy puste miejsca.
- Witajcie, przedstawiciele klanów z Zielonych Dolin. - Skinął głową ku dzieciom. - Witajcie, klejnoty Anniery.
Wszyscy w namiocie usiedli. Dzieci Wingfeatherów rozejrzały się dookoła zdezorientowane, po czym również usiadły na swoich miejscach.
Mężczyźni przy stole wyglądali jak typowi Dolinianie: baryłkowate klatki piersiowe, długie wąsy i brody, twarze i dłonie pełne blizn po latach ciężkiej pracy i jeszcze cięższych zabaw. I chociaż ich ubrania różniły się krojem i kolorem, wszyscy mieli na sobie skórzane płaszcze i puchate futra, zgrabnie wyczesane i zdobne w hafty i emblematy. Wygląd kobiet natomiast był o wiele bardziej zróżnicowany. Niektóre były szczupłe i kobiece, jak Nia, a inne - nie mniej piękne - krzepkie i zwaliste jak mężczyźni. Niektóre miały na sobie jasne suknie i przewieszone przez plecy miecze, a inne zwykłe ubrania i włosy upięte w koki ze zwiniętych warkoczy. Niektóre były jeszcze bardziej postawne niż mężczyźni, a na twarzach rosły im włoski i brodawki równie brzydkie co u Olumphii Groundwich. Siedziały obok, jak domyślił się Janner, swoich mężów i wyglądało na to, że wiele ran, po których zostały mężczyznom blizny, zadały im własne żony - a mimo to większość par trzymała się za ręce.
- Tym z was, którzy jeszcze go nie widzieli - rozpoczął Rudryk - przedstawiam Kalmara Wingfeathera, Wielkiego Króla Świetlistej Wyspy.
Każde oko w namiocie otaksowało Kalmara bez cienia wrażliwości. Na większości twarzy wyraźnie było widać nieufność i wstręt, ale kilka osób obdarzyło go szczerym uśmiechem i powitalnym skinieniem głowy. Janner z dumą zauważył, że Kalmar siedzi prosto i patrzy im w oczy.
- Witajcie - powiedział po tym, jak odchrząknął. - Nie wiem, co powiedzieć, poza tym, eee, że cieszę się z waszego przybycia. Nie wiem, jak to było w waszym przypadku, ale w moim życiu Gnag Bezimienny sporo namieszał. Ktoś musi go powstrzymać, bo inaczej podbije całe Aerwiar i zamieni wszystkich w... w... - Spojrzał na swoje pazury i pokryte futrem dłonie, a w namiocie zapadła bolesna cisza. Kalmar wziął głęboki oddech i wyciągnął swoje fangowe ramiona, aby wszyscy mogli je zobaczyć. - W to. Ktoś musi go powstrzymać. I wygląda na to, że nikt oprócz mieszkańców Zielonych Dolin nie jest na tyle odważny, by z nim walczyć. Więc tak jak powiedziałem, cieszę się, że tu jesteście. To wszystko. - Ukrył ręce pod stołem i opadł z powrotem na krzesło. - Och, zapomniałem. - Znowu się wyprostował. - To moja siostra, Leeli, jest Pieśniarką Anniery. A mój brat Janner jest Strażnikiem Tronu. Nie wiemy, co mamy robić, ale chcemy pomóc.
Leeli wpatrywała się w siedzących przy stole mieszkańców Dolin, jakby rzucała im wyzwanie, by sprzeciwili się jej bratu. Po chwili milczenia wodzowie klanów i ich żony chrząknęli z aprobatą i zaczęli walić w stół swoimi ciężkimi pięściami tak długo i głośno, że Janner zaczął się obawiać, że go połamią.
Rudryk uciszył zgromadzonych i wyjaśnił porządek dnia, który - jak się okazało - miał być dla trójki dzieci nieznośnie nudny. Pod wodzą dwunastu klanów znajdowało się wiele osobnych plemion, a przywódca każdego plemienia miał stanąć przed Kalmarem i złożyć przysięgę wierności Świetlistej Wyspie i jej młodemu królowi. Jeden przywódca klanu za drugim maszerowali przez pole pod trybunę. Opowiadali o historii swoich klanów i o wielkich zwycięstwach w bitwach w ciągu wieków, cofając się aż do Drugiej Epoki. Każdy przywódca opisywał mocne i słabe strony swojego klanu. Po nieznośnie długich litaniach przechwałek, bzdur i brawury przywódca kłaniał się, paradował z flagą klanu najpierw przed swoim wodzem, potem przed Kalmarem, a na końcu ustawiał ją obok flagi Anniery.
Oskar sporządzał obszerne notatki, Leeli zabrała swój śpiewnik i ćwiczyła chwyty na fletoharfę, Janner walczył dzielnie, by się nie rozpraszać, a Kalmar starał się nie zasnąć.
Ceremonia ciągnęła się przez całą wieczność, aż wreszcie przed trybunę wtoczył się główny wódz plemienia Ban Soran. Był żylastym facetem i mimo przenikliwego zimna nie miał na sobie koszuli. Klatkę piersiową i twarz miał pomalowane w szkarłatne wstęgi, a kiedy mówił, to prawie warczał.
- Nazywam się Carnack i nie przysięgam niczego Fangowi z ziemi Dang.