Strażnik dusz Zhen Hun. Tom 1 - Priest

Reflow text when sidebars are open.
Zhao Yunlan zawahał się na ułamek sekundy, lecz wtedy w lodowatym wietrze na szczycie wieżowca napotkał wzrokiem oczy Shen Weia i w ich bezdennej głębi zobaczył siebie otoczonego nocnym niebem; sam nie wiedząc czemu, rozluźnił dłoń i powierzył mu swoje życie. Puścił krawędź i od razu pożałował: "Rozum mi odebrało, bo facet taki przystojny?".
W następnej sekundzie Shen Wei brutalnie wciągnął go na górę. Wykładowca wyglądający na gryzipiórka dysponował niezwykłą siłą w rękach - policjant niemal stracił czucie w nadgarstku, palce przybrały fioletowy kolor, a z przedramienia, na którym rękaw podwinął się aż do łokcia, zdarł sobie skórę.
Później wykładowca przyciągnął go do siebie i razem upadli na ziemię. Ramiona, które go obejmowały, zacisnęły się tak mocno, że prawie miażdżyły mu kości - był to uścisk kogoś, kto odzyskał coś utraconego. Zhao Yunlan ze zdziwieniem spojrzał na swój posiniaczony nadgarstek i ogarnęło go dziwne uczucie. Drgnął lekko i Shen Wei natychmiast jakby oprzytomniał, wypuścił go z objęć i ukrywając zakłopotanie, poprawił okulary.
Zhao Yunlan, co z niejednej miski ryż jadał, uchodził za mistrza w odczytywaniu emocji innych ludzi. Błysnęły mu oczy, w nieporadnej reakcji Shena wyczuł bowiem subtelną nutę napięcia.
Napięcie...
Nawiasem mówiąc, przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie. Uciekający wzrok wykładowcy oraz jego sztywne ruchy przestał już odbierać jako strach, widział w nich raczej nerwową reakcję wywołaną nieśmiałością.
- Pojawiłeś się w ostatniej chwili. Gdyby nie ty, skończyłbym jako wahadło zegara i odmierzałbym czas na uczelni. - Zhao wyciągnął z kieszeni paczkę nawilżonych chusteczek. Zabrał się do ścierania krwi i brudu z obdartego przedramienia, a jedną podał Shenowi, mówiąc: - Do wytarcia dłoni.
Mimochodem musnął opuszkami czubki palców Shen Weia, a te natychmiast się cofnęły jak wrażliwa mimoza.
Budzące się w Zhao Yunlanie pożądanie eksplodowało z hukiem jak odpalona petarda rozsiewająca wokół deszcz skrawków czerwonego papieru, które układały się w słowa "zachwyt" i "spotkanie". Każdy nerw w jego ciele drżał z podniecenia. Ale jako weteran miłosnych potyczek dobrze wiedział, kiedy należy przyciągać, a kiedy odpychać, dlatego po tym ostrożnym, sondującym geście szybko przybrał obojętną minę i odwrócił się do siedzącej nieruchomo dziewczyny.
- Co to w ogóle miało znaczyć, droga pani? - zapytał Zhao. - Złamane serce? Profesor nakrzyczał? Odrzucona praca? Oblany egzamin? Spójrzcie na siebie, banda rozpuszczonych dzieciaków. W domach podstawiają wam wszystko pod nos, a wy tak fiksujecie z nudów, że...
Jego tyradę przerwał szloch - dziewczyna nagle wybuchnęła głośnym płaczem.
Zhao Yunlan zamilkł.
Dopiero wtedy Shen Wei się otrząsnął.
- To było skrajnie niebezpieczne. - Jego głos stwardniał.
- No właśnie, słyszałaś, co powiedział profesor? - podchwycił natychmiast Zhao Yunlan. - To bardzo niebezpieczne, zdajesz sobie z tego sprawę? Dobra, już nie płacz, najpierw zejdźmy na dół, pogadamy później. Muszę cię zabrać do szpitala uniwersyteckiego, na pewno sobie porozmawiam z twoimi rodzicami...
Shen Wei wstał, najpierw spojrzał ostro na Zhao, potem spochmurniał i zwrócił się ku dziewczynie. Przez dobre pół minuty nie powiedział ani słowa, tylko surowo na nią patrzył - to wystarczyło, by rozszlochana dziewczyna ze strachu ucichła, a jej histeryczny płacz zamienił się w pochlipywanie i czkawkę. Zachowanie Shen Weia przypomniało policjantowi zmarłego wiele lat temu dziadka. On także uchodził za intelektualistę starej daty - na co dzień uprzejmy, zawsze ustępował innym, nigdy nie przeklinał, nie podnosił głosu, a rękoczyny absolutnie nie wchodziły w grę. Kiedy jednak naprawdę się rozzłościł, wystarczyło, że pociemniała mu twarz, a rozbrykane jak małpki wnuki natychmiast się uspokajały.
- Gdyby przez ciebie komuś stała się krzywda - zaczął Shen Wei niskim głosem - potrafiłabyś unieść taką winę do końca życia lub umrzeć z takim ciężarem?
- Prze... przepraszam - wyjąkała dziewczyna.
Zhao Yunlan potarł nos.
- Nic mi się nie stało, ale ty naprawdę powinnaś się nad sobą zastanowić, młoda damo. Pomyśl o sobie, a później o swoich rodzicach. Masz przed sobą całe życie, jakiej przeszkody nie da się pokonać? Chodź, już nie płacz, wstawaj. Zabieram cię do lekarza.
Spojrzał jeszcze raz na Shen Weia. Widząc, że tamten nie reaguje w żaden szczególny sposób, podszedł, pochylił się i pomógł wstać dziewczynie, która ledwo trzymała się na nogach. Sprowadził ją z dachu, cały czas podtrzymując.
Na dole natknęli się na porzuconego Guo Changchenga. Tym razem jednak, zanim Zhao zdążył cokolwiek powiedzieć, Daqing radośnie podbiegł i bez zbędnych ceregieli zasypał twarz stażysty serią pacnięć Miauniebogromnych Meteorytowych Szponów.
Zamieszanie związane z próbą samobójczą przyciągnęło uwagę wielu osób. Opustoszały korytarz jakby nagle wrócił do świata żywych: pracownicy wystawiali głowy z gabinetów, pytając, co się stało. Pod ciekawskimi spojrzeniami gapiów Guo wydał z siebie nieludzki krzyk i powoli odzyskał przytomność. Chłopak miał twarz we krwi, a gdy otworzył oczy, zobaczył swojego szefa w dość opłakanym stanie: Zhao stał niedaleko, podtrzymując młodą kobietę. Policjant popatrzył na stażystę i stwierdził znacząco:
- Młodzi ludzie powinni się więcej ruszać, w naszej pracy nie można co chwila mdleć przez niski cukier.
W obecności tylu świadków Guo nie śmiał pisnąć i zawstydzony spuścił głowę.
- Zróbmy tak - powiedział Zhao do stażysty, zastanowiwszy się krótko - ja mam tutaj jeszcze sprawy do załatwienia, a ty zabierzesz Daqinga i zorientujesz się w sytuacji. Poradzisz sobie bez innych ludzi?
Zaakcentował "ludzi", a siedzący z boku kot, który zadowolony oblizywał sobie łapkę, z bezczelną satysfakcją miauknął tak, że chłopak aż zadrżał. Zhao życzliwie poklepał kocura po głowie, odwrócił się i odszedł.
Shen Wei wciąż miał ponury wyraz twarzy, ale uparcie milczał. Ktoś cicho go zapytał, co się stało, lecz zamyślony wykładowca jedynie pokręcił głową. Dopiero gdy nikt na niego nie patrzył, Shen mimowolnie podniósł rękę i przyłożył ją do piersi między obojczykami, gdzie pod cienką koszulą rysowało się coś na kształt wisiorka. Zamknął oczy, głęboko odetchnął i ruszył za Zhao oraz dziewczyną.
- Jak się nazywasz? - spytał Zhao w drodze na dół.
- ...Li Qian.
- Na którym wydziale studiujesz? Który rok?
- ...Wydział Filologiczny, pierwszy rok studiów magisterskich.
- Miejscowa?
Li Qian zawahała się i dopiero po chwili kiwnęła głową.
- To przed chwilą... Dlaczego?
Tym razem nie odpowiedziała.
Zhao Yunlan zerknął na nią zamyślony. Dziewczyna miała czarne sińce pod przekrwionymi oczami, puste spojrzenie i wypełnione czernią trzecie oko - od stóp do głów wyglądała jak chodzące nieszczęście.
- Na Wydziale Filologicznym studenci muszą uzyskać dużo punktów za przedmioty fakultatywne. Czy chodziłaś na moje zajęcia? - spytał nagle Shen Wei.
Li Qian spojrzała na niego ostrożnie i kiwnęła głową.
Shen mówił jak na wykładzie - jego głos brzmiał nisko i przyjemnie dla ucha, a tempo utrzymywał ani za szybkie, ani za wolne. Westchnął i powiedział poważnym tonem:
- Życie i śmierć stanowią sprawę najwyższej wagi. Pamiętam, jak na zajęciach mówiłem, że na tym świecie istnieją tylko dwa powody uzasadniające oddanie życia. Pierwszy: śmierć dla rodziny i ojczyzny, oznacza dopełnienie obowiązku lojalności i synowskiego posłuszeństwa; drugi: śmierć dla kogoś, kto naprawdę nas rozumie, przynosi dopełnienie siebie. Poza tym każde lekkomyślne szafowanie życiem to akt tchórzostwa. Zrozumiałaś?
- Ja... - Głos Li Qian zadrżał, ale zacisnęła usta i udało się jej opanować. - Przepraszam, panie profesorze. Ja naprawdę... naprawdę uległam chwilowemu impulsowi, bez zastanowienia. Nie myślałam trzeźwo, krew mi uderzyła do głowy i poszłam na górę, o mało nie pociągnęłam za sobą...
Zerknęła na Zhao Yunlana i znów spuściła głowę.
Choć policjant wyglądał bardzo atrakcyjnie, a wyraz twarzy miał wręcz łagodny, Li Qian i tak się go trochę bała. Kiedy spotkali się wzrokiem, odruchowo się skuliła i przysunęła bliżej Shena.
Zhao Yunlan wyciągnął papierosa i zapalił, patrząc na nią ze swoim uśmieszkiem.
- Sama nie wiesz, co się stało? Droga koleżanko, słyszałem jedynie o zabójstwach dokonanych pod wpływem impulsu, ale żeby bez zastanowienia podnieść rękę na siebie? Taaak, to zdarza się nadzwyczaj rzadko. Co, duch w ciebie wstąpił?
Usłyszawszy ostatnie słowa, Li Qian natychmiast zbladła jak kreda.
Zhao oczywiście nie zamierzał odpuścić.
- Czego się boisz? Mów prawdę, tam u góry, co zobaczyłaś?
Li Qian zaśmiała się sucho.
- No... dach, a niby co innego?
- Patrz, a mnie się udało. - Zhao przeniósł wzrok przed siebie i leniwie dmuchnął dymem. - Kiedy skoczyłaś, zobaczyłem na dachu mnóstwo ludzi, wszyscy patrzyli na ciebie i się śmiali.
Li Qian objęła się rękami, cała dygotała i tak mocno zacisnęła szczęki, że z bliska dało się usłyszeć, jak dzwonią jej zęby. Zhao obserwował ją przez chwilę, strzepnął popiół z papierosa i lekko pchnął ją w ramię.
- No dobra, wchodź, to tutaj.
Zhao przywitał się z dyżurującym nauczycielem i przekazał Li Qian pod opiekę Shen Weia, a sam, z wiszącym z ust papierosem, stanął przy wejściu.
Przed szpitalem uniwersyteckim płynął wąski, wykopany ludzkimi rękami strumyk, nad którym przerzucono niewielki mostek. Policjant oparł się leniwie o drewnianą balustradę, po czym powoli dmuchnął dymem prosto na swój zegarek. Po chwili biała smuga zniknęła, a na środku tarczy osiadła warstewka mlecznej mgiełki - w jej wnętrzu pojawiała się i znikała twarz starej kobiety, która zdawała się patrzeć Zhao prosto w oczy.
- Stare kocisko mogło mieć rację... Świeży duch, któremu nie minęło nawet siedem dni od śmierci, a potrafi w biały dzień pokazać się w Widmowidzu. Nawet babsko z osiedlowego komitetu sąsiadek nie byłoby tak zuchwałe - mruknął pod nosem Zhao, unosząc brew. - No dobrze, babciu... Kim ty właściwie jesteś?
Kiedy za jego plecami rozległy się kroki, lekko musnął tarczę i postać natychmiast zniknęła. Nie śpiesząc się, wydmuchał kółeczko dymu, odwrócił się i zobaczył nadchodzącego Shen Weia z tacką z lekami i wilgotnymi chusteczkami w rękach. Wykładowca położył ją obok, opuścił wzrok i niedopuszczającym sprzeciwu ruchem chwycił zranioną rękę Zhao, po czym delikatnie podwinął mu rękaw koszuli i sięgnął po wodę utlenioną.
- Sam się tym zajmę - powiedział policjant.
- A jak pan chce to zrobić sam? - Shen Wei nie podniósł głowy. Najpierw opłukał ranę do czysta, potem miejsce po miejscu delikatnie wycierał ją jałowym wacikiem, unosząc ramię Zhao tak, jakby trzymał jakiś delikatny skarb. - Proszę mówić, jeśli nacisnę za mocno.
- Serio, wystarczyłoby to przepłukać kranówką.
Wykładowca nawet na niego nie spojrzał.
- W taki upał? Mogłoby się wdać zakażenie.
Rzęsy Shen Weia imponowały długością. Kiedy pochylał głowę, zachwycały pięknem i delikatnością, a jego powieki miały tak precyzyjny zarys, jakby ktoś je narysował. Od czasu do czasu mrugał, a każde trzepotanie rzęs rozkołysywało myśli policjanta. Zhao Yunlan miał o sobie wyjątkowo dobre mniemanie, nie uważał jednak, żeby roztaczał taki czar, by ktoś zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia. Co więcej, Shen Wei wyróżniał się wrodzoną godnością oraz opanowaniem i nie należał do osób, które łatwo zauroczyć samym wyglądem.
Dlaczego więc...?
Shen Wei oczyścił ranę, nałożył lekarstwo i chciał owinąć przedramię gazą, ale spotkał się ze stanowczą odmową.
- To tylko otarcie. Kto w taki upał bandażuje coś takiego? Ludzie by się zastanawiali, co mi się stało. - Zhao zgasił papierosa i naturalnym ruchem objął Shen Weia za ramiona. - Pójdę sprawdzić, co z dziewczyną, idziesz ze mną?
Czerwony od karku po uszy Shen Wei natychmiast zesztywniał, zrobił dwa chwiejne kroki, po czym w panice wysunął się z objęć Zhao i chcąc ukryć zmieszanie, obciągnął na sobie koszulę.
- Co ty, panienka? - Policjant zaśmiał się beztrosko, ale później, zanim Shen zdążył złapać oddech, zmienił ton. - Panie profesorze, czy pan mnie już kiedyś widział?
Shen Wei znienacka natknął się na jego spojrzenie - w głowie od razu zrobiło mu się pusto. Przez sekundę patrzył na Zhao Yunlana niemal bezmyślnie, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku.
- ...widziałem pana - wydusił z siebie po dłuższym czasie.
Zhao Yunlan uniósł brwi i przybrał minę uważnego słuchacza.
- Ja... - Przez twarz Shen Weia przemknęło wiele emocji. Zhao Yunlan był przekonany, że za chwilę usłyszy jakąś wstrząsającą historię, tamten jednak lekko rzucił: - Widziałem... jak zajmowaliście się pewną sprawą.
Zhao poczuł coś w rodzaju rozczarowania... z wielkiej chmury mały deszcz.
- Mhm. Kiedy?
- Jakieś sześć lat temu w bliźniaczych wieżowcach przy moście Wanqing doszło do serii samobójczych skoków. Kończyłem wtedy studia, musiałem się wyprowadzić z akademika i szukałem mieszkania w okolicy. Przez te wydarzenia czynsze w tych dwóch budynkach znacznie spadły i należałem do tych nielicznych, którzy odważyli się tam zamieszkać.
Zhao Yunlan chwilę się zastanowił.
- Byłem wówczas na miejscu. Nie widziałem pana.
- Pan mnie nie, ale ja pana tak. Mieszkałem na samej górze i widziałem też... - Shen Wei przerwał, a jego twarzy wyrażała niedowierzanie. - Widziałem, jak wyciągnął pan czarny cień z jednego z pokoi na najwyższym piętrze, wsadził go do butelki, a później się odwrócił i powiedział do kogoś: "Podejrzany został zatrzymany. Zbieramy się", podczas gdy ewidentnie był pan tam sam.
- Nie dość, że mieszkał pan w tym wieżowcu, to jeszcze na samej górze? - zdziwił się Zhao. - Odważny z pana człowiek.
- Wtedy w to nie wierzyłem, a jako biedny student miałem pustki w portfelu. - Shen Wei spuścił wzrok i dodał, jakby chciał coś ukryć: - Proszę sprawdzić zapisy meldunkowe. Mówię prawdę.
Zhao Yunlan spojrzał na niego, nie wiedząc, na ile może mu uwierzyć. Zaśmiał się krótko i powiedział:
- W takim razie popełniłem błąd w pracy. Zgodnie z procedurą powinienem wymazać pamięć postronnym świadkom niezwiązanym ze sprawą, ale najwyraźniej zachłysnąłem się sukcesem i nawet pana nie zauważyłem. Naprawdę przepraszam. Czy przez to rozsypał się panu cały materialistyczny światopogląd?
Shen Wei uśmiechnął się powściągliwie i nie odpowiedział.
W szpitalu znaleźli Li Qian w sali chorych. Opierała się o ścianę z oknem, a w dłoni trzymała kubek z gorącą wodą z cukrem. Siedziała pod światło i przez to wyglądała jeszcze bardziej posępnie.
Zhao Yunlan zapukał do drzwi. Dziewczyna drgnęła i zaniepokojona podniosła głowę, ale gdy zobaczyła, kto przyszedł, odetchnęła z ulgą. Policjant zerknął na zegarek, pośrodku tarczy wciąż odbijała się sylwetka staruszki, ale co dziwne, wskazówki nie poczerwieniały. Wszystko wskazywało na to, że energia życiowa tego świeżego ducha wzrosła.
Gdy wokół żywych pojawia się aura śmierci, oznacza to, że zaraz zgasną jak zdmuchnięta świeczka, ale skąd miałaby się brać energia życiowa w ciele zmarłego?
Czyżby miał się wkrótce odrodzić?
Myśląc o tym, Zhao Yunlan usiadł, na łóżku naprzeciwko Li Qian, szeroko rozstawiając nogi i wyciągnął notatnik.
- Koleżanko, muszę ci jeszcze zadać kilka pytań.
Blada Li Qian patrzyła na niego. Skoro profesor Shen otwarcie przyznał, że wie, na czym polega praca policjanta, Zhao nie musiał się krępować i zapytał wprost:
- Czy ostatnio zobaczyłaś coś, czego nie powinnaś widzieć?
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, ale przerażenie malujące się na jej twarzy mówiło samo za siebie.
- Rozumiem. - Lekko pochylony, z rękami na kolanach, Zhao wpatrywał się w miejsce między jej brwiami. - Widzę jednak, że twoje oczy yin yang pozostają zamknięte, teoretycznie nie powinnaś więc móc niczego zobaczyć. Skoro jednak wplątałaś się w takie rzeczy, to urodziłaś się pod złą gwiazdą. Czy może majstrowałaś przy czymś, czego nie powinnaś była ruszać?
Li Qian bezwiednie przygryzła wargi, a jej mocno splecione palce aż zbielały.
- Aaa, czyli to drugie. Powiedz mi: czego dotknęłaś? - Zhao ściszył głos.
Li Qian nadal milczała, więc Zhao roześmiał się zimno.
- Jeśli mi nie powiesz, to coś nie przestanie cię prześladować przez całe życie. Dziewczynka nie wie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? Nie wszystkiego można ot tak dotknąć.
- ...zegar słoneczny - wyznała cicho Li Qian po długim milczeniu. - Rodzinna pamiątka poczerniała ze starości. Z tyłu ma okrągłą tarczę, a na niej osadzone mnóstwo kamieni w kształcie rybich łusek, czarnych, przypominających obsydian.
- Zegar słoneczny? - Czubek pióra Zhao Yunlana znieruchomiał.
Li Qian skinęła głową.
- Zegar słoneczny w ciągu dnia zatacza jeden obrót, a słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie. Cykl się powtarza każdego dnia, symbolizując nieustające życie i nieprzerwaną wędrówkę w kołowrocie odrodzeń - powiedział po chwili namysłu Zhao. - Można jednak spojrzeć na to inaczej: reinkarnacja to proces nieustannego "zabijania" - stare ustępuje nowemu; to, co utracone, utracone jest na zawsze, a to, co minęło, nigdy więcej się nie wydarzy. Każdą chwilę można tylko wspominać, nie da się jej cofnąć. A gdy minie cały obrót koła wcieleń, nawet gdyby ktoś chciał się za siebie obejrzeć, nie wiedziałby, w którą stronę patrzeć.
Nie zauważył, że stojący za nim Shen Wei nagle zadrżał.
- Co z nim zrobiłaś? - spytał policjant.
Li Qian przygryzła wargę.
- Dobrze, to zapytam inaczej: czy użyłaś go kiedyś w złym celu?
Dziewczyna w jednej chwili szeroko otworzyła oczy.
- Nie!
Zhao Yunlan milczał, patrząc na nią.
- Naprawdę nie! - Li Qian zgarbiła się, instynktownie przyjmując obronną pozę. - Jak mogłabym użyć rodzinnej pamiątki do zrobienia czegoś złego! Mówi pan bzdury, pan...
Od nadmiaru emocji nagle się zakrztusiła i dostała ataku kaszlu.
Shen Wei zmarszczył brwi, podszedł i zasłonił ją przed coraz bardziej natarczywym spojrzeniem Zhao Yunlana, po czym poklepał studentkę po plecach.
- Mów wolniej, nie śpiesz się. - Potem odwrócił się do Zhao i powiedział: - To dziecko dopiero co przeżyło silny wstrząs. Nieważne, o co pan pyta, panie inspektorze, czy mógłby pan tak nie naciskać?
Zhao Yunlan uniósł brwi.
- Dobrze, nie będę pytał o rzeczy niezwiązane ze sprawą. Ostatnie pytanie i spadam. - Wyciągnął z kieszeni zdjęcie zamordowanej. - Czy ostatnio widziałaś tę studentkę?
Li Qian rzuciła okiem na fotografię. Najpierw pokręciła głową, ale później, jakby nagle coś sobie przypomniała, chwyciła zdjęcie i przyjrzała mu się uważnie.
- ...chyba wczoraj widziałam podobną dziewczynę - stwierdziła niepewnie. - Trochę ją przypominała...
Zhao Yunlan spoważniał.
- O której? Pamiętasz, co miała na sobie?
- Wieczorem. - Li Qian się zastanowiła. - Wracałam po zamknięciu biblioteki, więc minęła już dziesiąta. Wyszłam na miasto kupić parę rzeczy i chyba mignęła mi przy bramie... Nie pamiętam, co miała na sobie... Aaa! Tak, już wiem: T-shirt pierwszaka, zauważyłam, bo nosiłam taki sam.
- Czy wczoraj wiele osób chodziło w takich koszulkach? - drążył Zhao.
- Głównie studenci naszej uczelni - odpowiedziała Li Qian. - Czy wielu... raczej nie. Większość mieszka na nowym kampusie, na starym rzadko widuje się tłumy.
- Też włożyłaś ten T-shirt?
- Trochę się brzydziłam, bo dostałam nieuprany, dlatego założyłam go na moją bluzkę, a kiedy zrobiło się gorąco, zdjęłam go po drodze i wcisnęłam do torby.
- Hmm - mruknął w zamyśleniu Zhao. - Kiedy ją widziałaś, czy wokół byli inni ludzie?
- O tak, mnóstwo przechodniów i samochodów. - Li Qian wyczuła coś niepokojącego. - A co?
- Nie miałem na myśli ulicy Uniwersyteckiej, tylko alejkę tuż przy waszej bramie wejściowej. To tamtędy szła, prawda? Czy zauważyłaś tam kogoś jeszcze?
Dziewczyna się zaniepokoiła. Uciekła wzrokiem w bok i najpierw kiwnęła głową, ale sekundę później nią pokręciła.
- Nie... nie pamiętam zbyt dobrze... Chyba...? Wydaje mi się, że poszła tamtędy, ale ja wybrałam inną drogę. To ślepa alejka, chodzą nią tylko studenci mieszkający w akademikach we wschodniej części kampusu, to skrót do tylnej bramy, zazwyczaj świeci pustkami...
- Więc nie poszłaś tamtędy? - przerwał jej Zhao.
- Co? Eee... nie...
- Dlaczego? Przecież też mieszkasz we wschodniej części - zauważył.
- Ja... - Li Qian zabrakło słów. Przez chwilę się jąkała, aż w końcu wyrzuciła z siebie: - Nadłożyłam drogi, bo musiałam coś kupić...
- Dopiero co powiedziałaś, że skończyłaś robić zakupy, prawda? - Znów jej przerwał, a jego ton stał się surowy. - Droga koleżanko, wujek policjant wolałby odgrywać rolę miłego wujka od salutowania i ściskania dłoni i wcale nie ma ochoty cię straszyć, musisz jednak współpracować i mówić prawdę.
Li Qian znów się skurczyła, obiema dłońmi mocno ściskając rąbek bluzki.
- ...ja mówię prawdę.
- Nazywała się Luo Ruomei, również studiowała na Uniwersytecie Longchengu. Pytałaś, co się wydarzyło wczoraj wieczorem. To teraz ci powiem: twoja koleżanka została zamordowana. - Zhao cedził słowo po słowie, badawczo wpatrując się w twarz dziewczyny. - Czas zgonu ustalono na mniej więcej dwudziestą drugą, co oznacza, że prawdopodobnie jako ostatnia widziałaś ją żywą.
Źrenice Li Qian gwałtownie się zwęziły, a trzymany w dłoniach kubek upadł na podłogę. Dziewczyna zdawała się w ogóle tego nie zauważać. Kąciki jej oczu drgały nerwowo, mimowolnie rozchylone palce drżały nieznacznie, a zbielałe wargi przybrały niebieskawy odcień.
Zhao Yunlan odchylił się nieco do tyłu, założył nogę na nogę, splecionymi dłońmi objął kolano i z uniesioną głową spojrzał na Li Qian.
- Dlaczego tak się przejęłaś? Jeśli śmierć tej dziewczyny nie ma z tobą nic wspólnego, a w dodatku nawet jej nie znałaś, to skąd ten strach? Dlaczego wczoraj wybrałaś okrężną drogę? Co sprawiło, że wolałaś iść naokoło i nie odważyłaś się przejść alejką?
Li Qian nagle wydała z siebie krótki, przejmujący okrzyk. Siedziała jak sparaliżowana, zanurzając dłonie we włosy i zasłaniając twarz przedramionami.
Zhao Yunlan bez ceregieli chwycił ją za nadgarstek.
- Ucieczka nic ci nie da. Spójrz na mnie i powiedz: co właściwie zobaczyłaś? - zażądał groźnym głosem.
Studentka szarpnęła się z całych sił, odtrącając jego rękę. Ten gwałtowny ruch okazał się tak mocny, że szpitalne łóżko zadygotało, a jego żelazne nogi zgrzytnęły po podłodze.
- Nie wiem! - krzyknęła histerycznie. - Nie wiem! Nie wiem! Nie pytaj mnie! Nie wiem!
- Wasz kampus nie jest duży - stwierdził Zhao Yunlan, ściszając głos. - Możliwe, że któregoś dnia, jedząc śniadanie, otarłyście się ramionami albo przypadkiem uczyłyście się w tej samej sali, wypożyczyłyście tę samą książkę... Chcesz wiedzieć, jak zginęła? Kiedy ją znaleźliśmy, jej ciało leżało samotnie w tej alejce; brzuch rozpruto ostrym narzędziem, a wnętrzności wywleczono i ślad po nich zaginął. Ponieważ na pozostałym kawałku jelita zachowały się ślady zębów, myślę, że sprawca najprawdopodobniej zjadł jej wnętrzności. Krew... - cmoknął Zhao - ...pokrywała wszystko. Plamy nadal tam są, a wiesz, że...
- Aaa! - krzyknęła Li Qian.
Zhao Yunlan miał serce z kamienia. Pozostał niewzruszony i w żaden sposób nie okazywał, że zamierza jej odpuścić.
- Kiedy rozpruwał jej brzuch - kontynuował, jakby mówił do siebie - ...wciąż żyła i na własne oczy widziała, jak kolejno wyjmuje jej wątrobę, nerki, żołądek... Słuchała odgłosów żucia, wiedząc, że pożera jej własne wnętrzności. Czy możesz sobie wyobrazić, co wtedy czuła?
Li Qian już ochrypła, powoli się skuliła w kłębek i objęła głowę rękami.
Dyżurujący lekarz usłyszał hałas.
- Co się dzieje? Co się dzieje? - pytał, nadbiegłszy.
Zhao Yunlan wyciągnął legitymację policyjną i machnął mu nią przed twarzą.
- Przykro mi - powiedział. - Przesłuchanie, potrzebuję jeszcze pięciu minut, dziękuję. - Po czym bez ceregieli zamknął mu drzwi przed nosem.
Skrzyżował ręce na piersi i oparł się o drzwi. Odwrócił się do Li Qian i po raz trzeci polecił:
- Powiedz mi: co zobaczyłaś?
- ...cień - odezwała się nagle Li Qian.
Zhao Yunlan natychmiast spoważniał. Szybkim krokiem podszedł i przykucnął przy dziewczynie.
- Jaki cień?
- Uważajcie, żebyście się nie pokaleczyli - ostrzegł z boku Shen Wei, nie mogąc się powstrzymać. Chwycił stojącą w kącie miotłę i zmiótł odłamki szkła, po czym zapytał z wahaniem: - Czy powinienem wyjść? Może pójdę i przyniosę szklankę wody?
Zhao Yunlan machnął ręką.
- Nie, nie, zostań, proszę. Na razie nie wychodź. Bez koleżanki z pracy przesłuchiwanie jej sam na sam stanowiłoby naruszenie procedur. - Mówiąc to, pomógł podnieść się skulonej Li Qian i podał jej paczkę chusteczek leżących na stoliku obok. - Co to był za cień? Nie śpiesz się.
- Minęła mnie, a widząc koszulkę, rozpoznałam w niej studentkę. Nie znałyśmy się, ale i tak się z nią przywitałam. Powiedziała: "Przepraszam", i szybko przeszła obok mnie. Wtedy... - Li Qian uniosła przekrwione oczy i gwałtownie zadrżała. - Wtedy zobaczyłam cień... Rzucała więcej niż jeden cień.
- Różne źródła światła mogą tworzyć wiele cieni - powiedział cicho Shen Wei. - Może po prostu...
- Nie! To nie było coś takiego! - przerwała mu Li Qian drżącym głosem. - Nie chodziło o zwykły cień w tym sensie, o jakim pan mówi. Pojawił się znikąd w miejscu bez światła, o wiele ciemniejszy, a co najważniejsze... ten cień... ten cień nie poruszał się jak człowiek!
W sali zapanowała przerażająca cisza. Li Qian trzęsła się tak mocno, jakby za moment miała się rozsypać na kawałki. Po chwili wahania Shen Wei pochylił się i delikatnie poklepał ją po głowie.
- Proszę się uspokoić.
- Ja naprawdę to widziałam, panie profesorze, naprawdę. - Dziewczyna chwyciła go za ubranie i wybuchła płaczem. - Widziałam, jak za nią szedł, a kiedy weszła w alejkę, nagle... nagle wstał z ziemi jak prawdziwy człowiek! Przeraziłam się i uciekłam na oślep, biegłam co sił w nogach... Myślałam, że śnię, że mi się przywidziało! Rozumie pan?! A wy koniecznie musicie mnie wypytywać, koniecznie chcecie mi powiedzieć, że ta dziewczyna... że ona już...
Wtedy, zapewne przypomniawszy sobie opis Zhao Yunlana, zerwała się gwałtownie, odepchnęła wykładowcę i pobiegła w kąt sali, gdzie zwymiotowała.
Shen Wei spojrzał na policjanta z lekkim wyrzutem.
- Oj tam, nie martw się, ona i tak dobrze to znosi. Nie widziałeś, jak rano na miejscu zdarzenia jeden z naszych żółtodziobów prawie wyrzygał z siebie flaki.
Shen Wei pokręcił głową z rezygnacją, po czym wyszedł, żeby poprosić lekarza o butelkę wody. Kazał Li Qian przepłukać usta i pomógł jej usiąść.
Dziewczyna ledwo trzymała się na nogach. Z pomocą Shen Weia dotarła do łóżka i bezwładnie się na nie osunęła. Otępiałym wzrokiem spojrzała na policjanta.
- To zabiło człowieka, zabije też mnie. Widziałam to. Ono mnie nie oszczędzi, prawda?
Zhao Yunlan nie odpowiedział, tylko poprosił:
- Opisz mi, jak "ono" wyglądało.
- Nie widziałam wyraźnie, ale... miało ludzką postać. Kiedy wstawało z ziemi, było... było mniej więcej takie wysokie. - Li Qian pokazała ręką. - Czarne jak smoła, trochę niskie i wyglądało na raczej grube...
Zhao Yunlan przestał pisać i zmarszczył brwi.
- Trochę niskie i grube? - powtórzył.
Studentka skinęła głową.
- A czy jest możliwe, że to coś wcale nie było niskie, tylko ty, gdy je zobaczyłaś, od razu się odwróciłaś i uciekłaś, zanim zdążyło całkiem wstać z ziemi? - dociekał Zhao Yunlan.
Li Qian na moment znieruchomiała, reagowała jeszcze wolniej niż przedtem. Później spuściła wzrok, unikając wzroku policjanta, i po raz kolejny skinęła głową.
- To... możliwe.
Spojrzenie Zhao Yunlana stało się nieco dziwne.
- I co dalej?
- No... potem uciekłam - odpowiedziała ze spuszczoną głową.
Zhao Yunlan przyglądał się jej bez słowa.
Li Qian ścisnęła palce obu dłoni tak mocno, że zbielały jej opuszki.
Dopiero po dłuższej chwili dał jej spokój. Wyrwał z notatnika kartkę i zapisał na niej ciąg cyfr.
- Jeżeli pojawi się jakiś trop albo coś sobie przypomnisz, skontaktuj się ze mną o każdej porze dnia i nocy. Telefon mam włączony dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dzisiaj to już wszystko, dziękuję.
Skończywszy, wcisnął karteczkę Li Qian i wstał.
- Odprowadzę pana - powiedział Shen Wei.
- Nie trzeba - odparł Zhao Yunlan. - Najpierw wyjdę zapalić, a pan niech z nią porozmawia. Z pośpiechu mogłem dziewczynę wystraszyć. Naprawdę przepraszam.
Shen Wei spojrzał na studentkę, która siedziała zatopiona w myślach i w żaden sposób nie zareagowała na słowa Zhao.
Dopiero kiedy policjant wyszedł z papierosem w ustach, Shen Wei zapytał możliwie najłagodniej:
- Jesteś głodna? Pójdę do stołówki i kupię ci coś do jedzenia.
Po wyjściu policjanta przytłaczająca atmosfera, którą tamten stwarzał, nagle zniknęła i wyczerpana Li Qian mogła wreszcie odetchnąć. Odmownie pokręciła głową.
- W takim razie zawołam lekarza, żeby do ciebie zajrzał. Odpoczniesz tutaj, a gdy poczujesz się lepiej, wrócisz do siebie. Dobrze?
Skinęła głową.
Po dwóch krokach Shen jakby o czymś sobie przypomniał. Odwrócił głowę i zapytał:
- Masz przy sobie jakieś pieniądze? Jeśli nie, dam ci trochę na teraz.
Widząc jego troskę, studentka w końcu zmusiła się do lekkiego uśmiechu.
- Dziękuję panu, ale naprawdę nie trzeba.
Shen Wei spojrzał na nią i westchnął. Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, i dopiero po dłuższej chwili wahania odezwał się powściągliwie:
- Niektóre kłamstwa są celowe, a inne nie. Te pierwsze oszukują innych, tymi drugimi zwodzimy samych siebie... W obu przypadkach to bardzo smutne.
Li Qian znieruchomiała.
Shen Wei spuścił wzrok.
- Nieważne. Po prostu uważaj na siebie.
Po tych słowach poszedł do szpitalnej apteki, gdzie kupił buteleczkę jakiegoś leku, i szybkim krokiem ruszył na zewnątrz.
Zhao Yunlan nie zdążył jeszcze wyjść z budynku, kiedy zadzwonił telefon.
- Zasięgnęłam języka i tym razem problem powstał po "tamtej" stronie - mówił damski głos, ale nie należał do Wang Zheng. Kobieta celowo przeciągała końcówki słów, przez co jej ton brzmiał prowokacyjnie. - Wczoraj w nocy, gdy otworzono bramy Zaświatów, z rejestru zniknęło kilkanaście dusz. Większość to świeżaki, duchy zmarłych sprzed mniej niż tygodnia. Po pierwsze, wciąż tęsknią za światem żywych, po drugie, nie znają jeszcze zasad. To nic takiego, nie narobią za dużo zamieszania. Znacznie większym problemem jest to, że w tym chaosie podobno uciekł także jeden głodny duch.
Zhao Yunlanowi wydało się, że się przesłyszał.
- Kto uciekł?
- Głodny duch.
- Głodny duch też przybył do świata ludzi? Czy oni tam w ogóle cokolwiek robią?! - Zhao Yunlan wpadł w furię.
- Obecne władze Zaświatów są do niczego. Zresztą zawsze tak było: pierwsi do miodu, ostatni do smrodu. Znasz ich nie od dziś - powiedziała kobieta po drugiej stronie, po czym na moment zamilkła. - Aaa, i jeszcze jedno: on przysłał wiadomość. Chyba zjawi się osobiście, a ty wracaj szybko. Nie śmiem jej otworzyć.
- Hmm, ciekawe dlaczego... - Zhao Yunlan zmarszczył brwi. - Dobrze, zrozumiałem. A teraz pomóż mi w kilku sprawach. Miejsce znalezienia zwłok znajduje się dokładnie naprzeciwko ulicy Uniwersyteckiej, a na tamtym skrzyżowaniu, o ile pamiętam, powinien być monitoring. Może coś się nagrało, więc najpierw tym się zajmij. Potem sprawdź Li Qian, studentkę pierwszego roku studiów magisterskich na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Longchengu. I trzecia prośba, przy okazji wypytaj po tamtej stronie o stary zegar słoneczny z czarnego kamienia, z wyrzeźbionymi rybimi łuskami, co to za przedmiot.
Kątem oka dostrzegł, że Shen Wei go dogania.
- Na razie to wszystko - ściszył głos. - Muszę kończyć. Gdy czegoś się dowiesz, od razu dawaj mi znać. - Rozłączył się, odwrócił i w mgnieniu oka starł z twarzy irytację. Stary obwieś błyskawicznie zmienił się w kulturalnego młodzieńca, który łagodnie i uprzejmie powiedział: - Ależ panie profesorze, naprawdę nie musi mnie pan odprowadzać. Jest pan zbyt uprzejmy.
Shen Wei podał mu lekarstwo kupione w szpitalnej aptece.
- Widziałem, że nie miał pan czasu, żeby o tym pomyśleć, więc je przyniosłem. - Mówiąc to, spojrzał na zdartą skórę na ramieniu Zhao i zmarszczył brwi. - W domu proszę się tym zająć. Przez kilka dni lepiej nie moczyć rany, nie jeść niczego ostrego ani...
Zhao Yunlan wpatrywał się w niego bez słowa.
Shen Wei poczuł się nieswojo.
- O co chodzi?
- Profesorze, jest pan żonaty? - zapytał ni z tego, ni z owego policjant.
Shen Wei osłupiał.
- Nie... A dlaczego...? - wypalił po chwili.
- Och - mruknął Zhao Yunlan, po czym zadał kolejne pytanie: - A ma pan dziewczynę?
Spojrzenie policjanta stało się odrobinę prowokacyjne. Shen Wei bez wyraźnego powodu poczuł, że zarówno skinienie, jak i pokręcenie głową byłyby niewłaściwe.
Zhao Yunlan wykorzystał ten moment, wziął z rąk Shena buteleczkę leku i obrócił ją kilka razy w palcach.
- Nic takiego - odparł z uśmieszkiem. - Po prostu pomyślałem, że ktoś tak utalentowany i obiecujący jak pan profesor, w dodatku tak troskliwy i uważny, musi się cieszyć ogromnym powodzeniem. Proszę wybaczyć moje wścibstwo.
Shen Wei natychmiast poczuł się nieswojo.
Zhao uśmiechnął się szerzej, a w policzkach pojawiły mu się dwa dołeczki.
- Ach, tak przy okazji... Pożyczy mi pan telefon?
Wykładowca wyjął komórkę, lecz Zhao jej nie wziął, tylko delikatnie chwycił Shena za dłoń i trzymając ją w ten sposób, bezceremonialnie wpisał do kontaktów swoje imię i numer, po czym nacisnął zieloną słuchawkę. Po jednym sygnale się rozłączył.
- Zostawiłem swój numer - oznajmił z udawaną powagą. - Gdyby pojawiły się jakiekolwiek informacje związane z tą sprawą, proszę śmiało mnie nękać. - Podrzucił lekko buteleczkę, zręcznie ją złapał, po czym odwrócił się i pomachał Shen Weiowi. - Dziękuję! Mam jeszcze coś do załatwienia, więc muszę się pożegnać. Gdy tylko zakończymy tę sprawę, zaproszę pana profesora na kolację.
Tym razem wcale się nie śpieszył. Szedł powoli, z ręką w kieszeni, lekko się kołysząc. Z tyłu wyglądał na niedbałego luzaka, ale jego sylwetka prezentowała się idealnie - tam, gdzie powinno być prosto, było prosto, a gdzie miało się wyginać, wyginało się jak należy. Nawet jego powolność emanowała taką naturalnością, że graniczyła z wdziękiem - doprawdy przypominał pawia z rozłożonymi piórami, korzystającego z każdej okazji, aby się pochwalić światu swoim kipiącym hormonami ogonem.
Dopiero gdy policjant był już daleko, z twarzy Shen Weia zniknęła młodzieńcza nieśmiałość, a jego wzrok stał się głęboki i opanowany. Ostatni raz spojrzał na ledwo widoczne plecy Zhao, po czym się odwrócił i ruszył w przeciwnym kierunku.
Przeszedłszy kilkanaście kroków, nie zdołał się powstrzymać - obejrzał się raz jeszcze, lecz postać, której szukał wzrokiem, zniknęła już za zakrętem. Wpisane na listę kontaktów zalotne i poufałe "A Lan" spokojnie widniało na ekranie. Gdy bezgłośnie powtórzył w myślach te dwa słowa, poczuł się tak, jakby lekki jak piórko nóż prześlizgnął się po jego sercu, trafił w najczulszy punkt i zostawił po sobie krwawiącą ranę... A potem Shen Wei zamknął wszystko za zaciśniętymi ustami, w miejscu, do którego nikt nie miał dostępu.
Uniósł dłoń; wciąż delikatnie pachniała wodą kolońską tamtego mężczyzny. Zamknął oczy i wziął powolny, głęboki wdech. Nie rozpoznawał marki, nie umiał nazwać zapachu, a mimo to czuł, jakby ta woń od lat oplatała jego duszę i nie dawała mu spokoju.
Na cichym kampusie słychać było jedynie szelest szmaragdowozielonych liści spadających z gałęzi na ziemię. Twarz Shena nie zdradzała żadnych emocji. Dopiero po dłuższym czasie kącik jego ust drgnął w ironicznym uśmiechu, po czym mężczyzna spuścił głowę i odszedł pośpiesznie.
Tylko w tej jednej chwili, gdy patrzył w dół, przez jego twarz przemknęła i natychmiast zniknęła ledwo uchwytna nuta osamotnienia; rysy stężały, jakby wyrzeźbione ostrzem noża, i ujawniły bezgłośną wolę zabijania.
Wracając do Guo Changchenga: półgłówkowi przydzielono zadanie "zorientowania się w sytuacji", lecz ponieważ sam nie wiedział, jak ma się w niej zorientować, z zaciśniętymi zębami zagadywał ludzi, jąkając się i plącząc. Swoje umiejętności oceniał trzeźwo: nawet papuga z targu ptaków mówiła płynniej od niego.
Dopiero przed południem zadzwonił Zhao Yunlan. Przygnębiony Guo, z osobliwym gadającym kotem u boku, przykucnął przy bramie uczelni i czekał, aż przełożony po nich przyjedzie.
Nawet kiedy kucał, Guo robił to inaczej niż inni - cały się skulił, włosy zasłaniały mu pół twarzy, a obok tkwił wyprostowany jak na paradzie wielki czarny kocur z podwójnym podbródkiem, więc tak osobliwa para co rusz przyciągała ciekawskie spojrzenia przechodniów.
Po półgodzinie zdyszany Zhao Yunlan wreszcie zakończył to żenujące widowisko. Guo, z nogami zdrętwiałymi od długiego kucania, kuśtykał za nim cichą, malowniczą alejką kampusu i co chwila zerkał ukradkiem na smukłą sylwetkę przełożonego; stażysta przypominał pełną lęku i poczucia krzywdy młodą żonę, która przez nieuwagę wywołała pożar w kuchni.
Podczas tej półgodzinnej przerwy spędzonej w kucki Guo zastanawiał się nad serią wydarzeń, które rozegrały się w ciągu niecałych dwunastu godzin od rozpoczęcia pracy w Wydziale Dochodzeń Specjalnych, i ogarnęło go poczucie klęski. Czy to nie był jedynie trochę ponury korytarz? Czy to nie było zaledwie odrobinę za słabe i nieco niecodzienne światło? Czy to nie była tylko rzucona mimochodem, nie do końca zrozumiała uwaga szefa? Dlaczego właściwie zemdlał?
Guo Changcheng od początku uważał, że nie zasługuje na pracę w Wydziale Dochodzeń Specjalnych, który oferował najwyższe pensje i najtłustsze premie. Zrządzeniem losu dostał się tam jednak w niezbyt honorowy sposób. Jeśli nie zdoła utrzymać tej pracy, przełknie jakoś utratę twarzy, ale jak spojrzy potem wujowi w oczy?
Dręczony takimi myślami, z ciężkim sercem wpatrywał się w swojego szefa, który dźwigał na ramieniu Daqinga. Choć przez gabaryty kocura naczelnik musiał lekko przechylić głowę, a jego kroki przypominały chód ofiary udaru, wciąż prezentował się niezwykle szykownie - wyglądał jak przystojny pacjent po wylewie.
Dyrektor wcale nie był od Guo dużo starszy, a jednak w każdej sytuacji emanował niezachwianą pewnością siebie, jakby niczego się nie bał. Właśnie wtedy Zhao nagle się odwrócił, a stażysta pośpiesznie uciekł wzrokiem.
- Co jest? Chciałeś coś powiedzieć?
Guo Changcheng spuścił głowę, a przetłuszczona grzywka opadła mu na oczy, układając się w rząd równiutkich czarnych kresek.
- Jeżeli masz coś do powiedzenia, mów. W pracy musimy ze sobą rozmawiać. Kiedy lepiej mnie poznasz, zobaczysz, że mam łagodne usposobienie i nie chowam uraz. Nawet jeśli zdarzy się coś nieprzyjemnego, po jednej nocy wszystko ulatuje mi z pamięci.
Zhao Yunlan wygłaszał te brednie bez zastanowienia i bez mrugnięcia okiem; przysłuchujący się temu Daqing omal nie zwymiotował z obrzydzenia.
- Ja... ja... ja... - jąkał się Guo przez dłuższą chwilę, nie potrafiąc dokończyć zdania. Poczerwieniały mu oczy i wreszcie wydusił: - Jestem kompletnym nieudacznikiem.
"Hmm", pomyślał Zhao Yunlan. "Czyli potrafi całkiem trzeźwo się ocenić".
Niemniej w pełni użył swojej dwulicowości i zmusił się do przyjaznego wyrazu twarzy.
- Daj spokój, młody. Drobne potknięcia podczas pierwszego wyjazdu w teren to nic strasznego. Kto nie popełnia błędów? Spokojnie, nie denerwuj się. Wierzę w ciebie, a ty przestań wymyślać. No dobrze, mów, czego się dowiedziałeś od wykładowców.
- O... o! - Guo Changcheng pośpiesznie wyciągnął notes z przewieszonej przez ramię torby. - Ustaliłem, że... zmarła nazywała się Lu Ruomei, była magistrantką na Wydziale Matematyki, pochodziła stąd, z zamożnej rodziny. Na matematyce studiuje niewiele dziewczyn, więc wszyscy otaczali ją opieką, utrzymywała dobre relacje z ludźmi, nie słyszałem, żeby z kimkolwiek popadła w konflikt. Chciała zostać na uczelni, ale poza nauką zajmowała się wieloma rzeczami, dlatego jej wyniki nie należały do szczególnie wybitnych...
Wygłosił jeszcze całą litanię podobnych banałów. Zhao Yunlan wysłuchał wszystkiego z zaskakującą cierpliwością, a na koniec zapytał:
- A ty co myślisz?
- Podejrzewam, że niektórzy konkurenci do pracy mogli mieć motyw. Możliwe też, że naraziła się komuś podczas działalności poza uczelnią. Możemy najpierw sprawdzić jej kontakty towarzyskie, niewykluczone, że sprawcy należy szukać wśród jej znajomych - odparł Guo i niespokojnie zerknął na przełożonego, bez cienia pewności siebie. - Ja... na razie tylko tyle przychodzi mi do głowy.
Zhao Yunlan nie potwierdził ani nie zaprzeczył, jedynie skinął powoli głową.
- Jak twoim zdaniem zginęła?
Guo nie potrafił odczytać intencji przełożonego, palnął więc bez zastanowienia:
- Została zamordowana?
Zhao Yunlan nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać.
Niestety, towarzysz Guo Changcheng najwyraźniej nigdy nie słyszał wyrażenia "czytać między wierszami" i widząc reakcję szefa, odetchnął z ulgą, a na jego twarzy rozkwitł nieśmiały głupkowaty uśmiech.
Zhao Yunlan nigdy nie miał do czynienia z takim osobnikiem, dusząc więc w sobie wewnętrzny szloch, przybrał nieodgadnioną minę szefa.
- Świetnie się spisałeś - powiedział. - Jesteś niezwykle skrupulatny i widzę w tobie potencjał.
Chłopak gwałtownie uniósł głowę. Zhao Yunlan patrzył na niego z góry, z łagodnym uśmiechem na twarzy; miał tak piękne brwi i oczy, że Guo nie potrafił znaleźć słów, żeby je opisać. Jedno zdanie wystarczyło, by poczuł napływ sił i spłonął rumieńcem. Poczuł, że przełożony traktuje go nad wyraz życzliwie. W tamtej chwili pojął sens dawnego powiedzenia: "Uczony odda życie za tego, kto poznał jego serce". Skoro dyrektor darzył go taką uwagą i troską, warto było dla niego umrzeć.
Dlatego Guo na ochotnika zgłosił się do zadania trudniejszego niż śmierć - do rozmów i telefonów do obcych ludzi.
- To... to ja sprawdzę jej kontakty towarzyskie!
- Zwolnij. Zhu Hong ma dziś dyżur w biurze, zaraz do niej zadzwonię i zlecę jej to - uspokoił go Zhao. - Zróbmy inaczej. Dam ci inne zadanie, bardziej rozwijające. Widziałeś tę dziewczynę, która chciała skoczyć z dachu? To kluczowy świadek, ale mam wrażenie, że coś ukrywa. Będziesz ją śledzić i ustalisz, dlaczego nie powiedziała mi prawdy.
Chłopakowi rozbłysły oczy.
- Tak jest! - Wyprostował się jak struna.
Zhao Yunlan skinął głową.
- Dobrze, idź.
Guo odwrócił się i popędził przed siebie, krew buzowała mu w żyłach. Pędzący śmiało z wypiętą piersią wyglądał, jakby biegł prosto pod lufy karabinów, a nie śledzić podejrzaną.
Zhao patrzył na oddalającego się stażystę.
- Zwykły śmiertelnik... - powiedział do kota.
Daqing podniósł pyszczek okrągły jak księżyc.
- Śmiertelnie zwyczajny - skomentował.
- Rozkaz Bractwa Opiekunów Dusz musiał mieć zaćmienie... - Zhao klepnął kocura po zadku. - Muszę wrócić do biura i coś sprawdzić. Idź za nim.
Daqing miauknął leniwie, zeskoczył z jego ramienia i pognał jak kula wystrzelona z armaty.
Kiedy Shen Wei wszedł do szpitala, niosąc jedzenie ze stołówki, dostrzegł Guo Changchenga, który stał niepewnie przy wejściu i zaglądał do środka, wahając się, czy przekroczyć próg. Obok, z wypiętym brzuchem, tkwił Daqing - kot, który z pewnością nie był tylko zwierzęciem - i z ostentacyjną obojętnością wylizywał lśniącą, smolistoczarną sierść.
- Ty nie jesteś... - Shen Wei przerwał zakłopotany, bo przed chwilą całą uwagę poświęcał przecież komuś innemu. - Przepraszam, jak mam się do pana zwracać?
Guo drgnął przestraszony, lecz po chwili rozpoznał profesora. W jego obecności czuł zdecydowanie mniejszą presję, a instynkt podpowiadał mu, że Shen Wei to dobry człowiek. Nie wyczuwał w nim tej prawie namacalnej dominacji, jaka zawsze biła od Zhao Yunlana, jakkolwiek uprzejmy by był.
"Pewnie na tym polega urok prawdziwego intelektualisty", pomyślał z zazdrością. W towarzystwie ludzi o silnej charyzmie Shen zachowywał się swobodnie, nie sprawiając wrażenia słabszego, a przy kimś takim jak on, dożywotnim członku klubu oferm, absolutnie nie okazywał wyższości.
- Nazywam się Guo - wymamrotał nieporadnie.
- Ach, zatem funkcjonariusz Xiao Guo. - Shen Wei uśmiechnął się lekko. - Co pana tu sprowadza?
Guo się zawahał. Nie wiedział, czy może zdradzić komuś postronnemu zlecone przez szefa zadanie. Bił się z myślami, więc spojrzał w dół, szukając wskazówek u Daqinga. Problem w tym, że Daqing był długowłosym kotem z mordką zasłoniętą lśniącą czarną sierścią i stażysta niczego tam nie wypatrzył.
Milczący kocur zakrył pysk łapą w geście bezsilnego zażenowania: "Gościu, w biały dzień, zamiast normalnie odpowiedzieć, szukasz instrukcji u kota?".
Na szczęście Shen Wei wykazał się taktem. Widząc zakłopotanie chłopaka, natychmiast powiedział:
- Och, palnąłem bez zastanowienia, zapytałem ot tak. Przepraszam, naprawdę nie chciałem wtykać nosa w nie swoje sprawy.
Zażenowany Guo spuścił głowę... Chociaż sam nie wiedział, dlaczego właściwie się wstydzi.
- Już pan jadł? Kupiłem sporo jedzenia, jeśli nie ma pan nic przeciwko, proszę wejść i zjeść coś z nami - zaproponował Shen Wei.
Chłopak miał odmówić, ale nagle zaburczało mu w brzuchu - w rzeczywistości od poprzedniego wieczora, czyli prawie od doby, nie miał w ustach ani kropli wody i ani kęsa jedzenia.
Kiedy wciąż stał w miejscu, tocząc wewnętrzną walkę, Shen Wei zdążył już przekabacić Daqinga.
- Chodź, kitku, kupiłem mleko. Lekarz dyżurny pewnie też poszedł zjeść, a my będziemy cicho i nikt nas nie zauważy.
Widząc, jak jego jedyne wsparcie - tłusty kocur - poległo w spożywczej ofensywie i porzuciło go wręcz z entuzjazmem, Guo nie miał wyboru i oszołomiony poszedł za nimi.
Shen Wei, prawdopodobnie chcąc oszczędzić mu skrępowania, starał się podtrzymywać luźną rozmowę.
- Wygląda pan bardzo młodo, pewnie jest pan w wieku moich studentów. Pewnie niedawno zaczął pan pracę?
- To mój drugi dzień... - wyznał Guo z rozbrajającą szczerością.
Shen Wei się zaśmiał.
- Czyli dobrze zgadłem. I jak wrażenia z wejścia w dorosłe życie?
Można by rzec, że były fatalne...
Guo Changcheng jednak ostrożnie dobrał słowa:
- Jakoś... leci.
Shen Wei prowadził ich, człowieka i kota, długim, wąskim korytarzem szpitala uniwersyteckiego. Oczy skryte za szkłami okularów przez sekundę błysnęły, po czym Shen zapytał pozornie obojętnym tonem:
- A koledzy i... szef dobrze pana traktują?
- Pan dyrektor traktuje mnie dobrze. Och, to ten oficer, co był tu rano. A koledzy... - Twarz chłopaka wykrzywiła się w dziwnym grymasie na wspomnienie papierowej twarzy Lao Wu i głowy Wang Zheng, która wyglądała, jak gdyby ją odcięto, a potem przyszyto z powrotem. W końcu wycedził przez zęby: - Oni też... też są w porządku.
- Dyrektor Zhao... - powtórzył cicho Shen, po czym zapytał: - Czy wasz dyrektor na co dzień ma dużo pracy?
Stażysta podrapał się nerwowo po głowie.
- Chyba... chyba tak? Ja... ja spędziłem z nim dopiero jeden dzień, naprawdę nie wiem.
- A co pan o nim sądzi jako o człowieku? - zadał kolejne pytanie wykładowca.
- Jest w porządku - odpowiedział głupkowato Guo Changcheng.
Shen Wei spojrzał na niego.
- To dlaczego trochę się go pan boi?
Chłopak aż podskoczył.
- To szef, więc oczywiście... ja oczywiście...
Shen parsknął cichym śmiechem. Dotarli do sali, w której odpoczywała Li Qian.
Shen Wei sprawnie rozłożył jedzenie i sztućce, zdjął wieczko z jednorazowego pojemnika, nalał do niego ciepłego mleka i podsunął je Daqingowi.
- Bierzmy się do jedzenia, proszę się nie krępować.
Guo Changchengowi z głodu żołądek niemal przyklejał się do kręgosłupa, a mimo to nie miał apetytu. Jeszcze w szkole prawie nie jadał w stołówce - nie dlatego, że był rozpieszczony i wybrzydzał, lecz dlatego, że gdy robiło się tłoczno, zaraz ktoś się dosiadał do stolika, a on wtedy czuł się tak skrępowany, że całkowicie tracił ochotę na jedzenie. Tym bardziej teraz, w szpitalnej sali, przy stole z dwojgiem obcych ludzi.
Li Qian również jadła bez chęci. Gdyby nie zapewnienia lekarza, że nic jej nie dolega, Shen Wei podejrzewałby, że dziewczyna jest pod wpływem narkotyków. Zauważył, że gdy milkł, w sali słychać było jedynie kota chłepczącego mleko z pokrywki. Atmosfera gęstniała z każdą chwilą, więc spróbował podtrzymać rozmowę.
- Mówiłaś, że jesteś tutejsza. Mieszkasz daleko? Jeśli niedaleko, może wrócisz do domu i odpoczniesz kilka dni? Jeżeli coś się dzieje, mogę porozmawiać z twoim promotorem, o ile zajdzie taka potrzeba.
Pałeczki w dłoni Li Qian ledwie dostrzegalnie drgnęły i po chwili znieruchomiały. Dziewczyna wahała się przez moment, po czym odpowiedziała cicho:
- W domu... w domu wszyscy szykują się do pogrzebu. Zjechało się wielu krewnych, nie ma gdzie ich pomieścić.
Shen Wei zamarł.
Li Qian lekko trącała pałeczkami ryż w miseczce.
- Moja babcia zmarła dwa dni temu.
- Przykro mi, nie wiedziałem - przeprosił natychmiast Shen Wei. - Proszę przyjąć wyrazy współczucia.
Li Qian nie podjęła tematu, ze spuszczoną głową wciąż jadła sam ryż, od czasu do czasu biorąc kolejny kęs.
Shen Wei wziął dodatkową parę pałeczek i używając ich jako wspólnych, nałożył jej trochę potraw do miseczki.
- Kupiłem to w pośpiechu, nie wiem, czy lubisz te dania, ale spróbuj chociaż trochę zjeść.
Guo Changcheng, który dotąd udawał, że w ogóle go tam nie ma, nagle niespodziewanie wtrącił się do rozmowy:
- Mnie też wychowywała babcia. Zmarła, kiedy byłem w drugiej klasie liceum... Z tego powodu miałem aż pół roku przerwy od szkoły.
Shen Wei i Li Qian spojrzeli na niego jednocześnie.
Guo Changcheng milczał przez chwilę, po czym przytłumionym głosem powiedział:
- Od małego byłem do niczego. Inne dzieci mnie prześladowały, a ja nie miałem odwagi ani oddać, ani nawet się rozpłakać. Kiedy babcia to zauważyła, chodziła ze mną do szkoły, żeby to wyjaśnić z nauczycielami, a później w domu jeszcze mnie strofowała... Zabierała mnie na zakupy: kupowała jogurty, czekoladę, cukierki, baozi z wegetariańskim farszem z Qingfeng. Przynosiła smakołyki do domu, ale sama nawet ich nie próbowała, wszystko zostawiała mnie. Nawet gdy podsuwałem jej pod usta, odgryzała tylko odrobinkę... Kiedy byłem mały, wyobrażałem sobie, że gdy dorosnę i zacznę zarabiać, odwdzięczę się za wszystko, też będę jej kupował jogurty, czekoladę, małe baozi... Ale... babcia nie doczekała tej chwili.
Słowa Guo Changchenga wyraźnie poruszyły Li Qian - w jej oczach zaszkliły się łzy. Chłopak zdawał się jednak niczego nie zauważać, nie mówił do innych, lecz raczej do samego siebie.
- Zasnęła wieczorem i już się nie obudziła. Nikt nic nie zauważył. Dopiero następnego ranka, gdy nie wstała, poszli ją budzić i wtedy odkryli... Śniła mi się przez dwa lata. Kiedy nie chodziłem do szkoły, pojawiała się w moich snach codziennie, popychała mnie dłonią i mówiła: "Idź się uczyć, ucz się porządnie". Potem, kiedy wróciłem do szkoły i dostałem dobrą ocenę, uśmiechała się do mnie. Gdy dostałem złą, patrzyła na mnie z powagą i wzdychała. I tak aż do chwili, kiedy dostałem się na studia.
Chłopak wyglądał jak bakłażan ścięty mrozem. Shen Wei nie mógł się powstrzymać i pogłaskał go po głowie. Guo uśmiechnął się do niego nieśmiało.
- List z informacją o przyjęciu dostałem później niż inni... Trzecia tura, dopiero gdy praktycznie zakończył się nabór. Przeciągnęło się to aż do września. Tamtej nocy przyśniła mi się po raz ostatni. Powiedziała: "Jesteś już dorosły, babcia się uspokoiła i może odejść". Spytałem dokąd, ale tylko pokręciła głową i odparła, że tam, dokąd odchodzą umarli, a żywi nie powinni o to dopytywać. Od tamtej pory już nigdy nie pojawiła się w moich snach. Ani razu. Wujek mówi, że się odrodziła.
Łzy Li Qian toczyły się bezgłośnie jedna za drugą, jak koraliki z zerwanej żyłki.
- Chodziło mi o to... - Guo niezgrabnie podrapał się po głowie. Rzadko kiedy mówił tak dużo, ale teraz naprawdę czuł to samo i niemal rozpierała go duma, że zdołał wyrzucić z siebie aż tyle słów. - Ej... nie płacz. Kiedy moja babcia odeszła, też miałem wrażenie, że niebo runęło mi na głowę. Myślałem, że nigdy nie zdołam się jej odwdzięczyć, więc po co się uczyć? Po co się starać? Wtedy oddałbym własne lata życia, żeby ją odzyskać, ale... - Westchnął bezradnie. - Ech, ja naprawdę nie umiem mówić. Chodzi mi o to, żebyś się tak nie smuciła. Ci, którzy odeszli, patrzą na nas.
Lepiej, gdyby te słowa w ogóle nie padły - Li Qian zaczęła cała drżeć, po czym wybuchnęła głośnym, spazmatycznym płaczem, którego nie dało się powstrzymać. Po chwili niemal straciła przytomność, a jej ręce i nogi drżały w niekontrolowanych skurczach.
Shen Wei natychmiast wybiegł po lekarza. Guo nigdy wcześniej nie widział, by ktoś tak bardzo rozpaczał, zastygł więc z boku zupełnie bezradny.
Lekarz, który na co dzień przepisywał co najwyżej leki na przeziębienie albo biegunkę, nie miał większego doświadczenia w podawaniu środków uspokajających. Na widok stanu Li Qian od razu machnął zamaszyście długopisem.
- Do Szpitala Drugiego! - zdecydował.
Guo nie miał wyjścia - razem zawieźli Li Qian do szpitala. Siedząc w samochodzie wykładowcy i podtrzymując półprzytomną, obcą dziewczynę, patrzył przez okno na oddalający się kampus Uniwersytetu Longchengu i coraz wyraźniej czuł, że praca to istna udręka.
Shen Wei nie był ani promotorem Li Qian, ani opiekunem roku, ani opiekunem do spraw ideologiczno-wychowawczych. Jako wykładowca przedmiotu fakultatywnego wykazał się niezwykłym zaangażowaniem i odpowiedzialnością. Guo Changcheng na swojej nędznej uczelni nigdy nie spotkał tak oddanego profesora.
Rejestracją i wpłatą zaliczki na leczenie zajął się Shen Wei. Kiedy dziewczynę przyjęto na ostry dyżur, Guo zobaczył, że wykładowca na korytarzu dzwoni do współpracowników, by zdobyć kontakt do rodziny studentki.
Choć ton Shen Weia przez cały czas pozostawał spokojny i uprzejmy, chłopak wyczuł, że coś tu nie gra. Podczas rozmowy z ojcem Li Qian wykładowca co chwilę urywał zdanie w pół słowa, jakby druga strona nieustannie mu przerywała. Po chwili rozłączył się z wyraźną bezradnością, ścisnął palcami nasadę nosa i wybrał kolejny numer.
Kilka następnych rozmów przebiegło dokładnie tak samo.
Guo obserwował to z boku i odnosił wrażenie, że Shen Wei wcale nie informuje rodziny o stanie córki, a raczej prosi o interwencję w urzędzie. Rodzice, ciotki, wujowie przerzucali się odpowiedzialnością jak gorącym ziemniakiem i ostatecznie nikt nie zaproponował, że przyjedzie ją odwiedzić.
Nawet Guo Changcheng poczuł złość i pomyślał: "Co jest, do cholery...?".
Rodzinnych problemów nie rozwiąże nawet najbardziej bezstronny i uczciwy sędzia. Skoro tak przedstawiała się sytuacja w tym domu, Shen Wei nie mógł nic na to poradzić. Po zakończeniu ostatniej rozmowy skrzyżował ręce na piersi, oparł się o ścianę i zmarszczył brwi.
Szerokie ramiona, wąska talia, długie nogi, zapięte na każdy guziczek mankiety koszuli, na nosie okulary bez oprawek - wyglądał jak emanujący niedostępnością model z reklamy perfum. Stał chwilę w milczeniu, a Guo Changcheng spodziewał się, że wykładowca zaraz zaklnie pod nosem, ten jednak nie powiedział ani słowa.
Po chwili, z nadal widoczną zmarszczką między brwiami, podniósł głowę i uśmiechnął się dobrodusznie do stażysty.
- Ciężko dzisiaj pan pracował. Może wróci pan do domu? Sam zajmę się tą studentką, nie chcę panu przeszkadzać w wykonywaniu innych obowiązków.
- Nie... nie mam... nie mam innych obowiązków - wymamrotał Guo. Akurat w tym momencie spotkał się wzrokiem z Daqingiem, który z wysiłkiem wychylił łebek z niesionej przez chłopaka torby. Pod spojrzeniem zielonych jak jadeit kocich oczu, sam nie wiedząc dlaczego, stażysta wypalił: - Dyrektor kazał mi tylko jej pilnować. Nie powiedział, co mam badać ani kiedy mam wracać...
Gdy opadł już początkowy zapał, który Zhao tak zręcznie w nim rozpalił, Guo Changcheng instynktownie zrozumiał, o co chodziło w całej tej dziwnej misji. Może i brakowało mu zaradności, ale nie był idiotą - pilnowanie chorej dziewczyny z pewnością nie stanowiło rozwijającego zadania. Najpewniej dyrektor uznał go za zawalidrogę i po prostu znalazł pretekst, żeby się go pozbyć.
Zresztą co w tym dziwnego... Ktoś taki jak on: żadnych umiejętności, potrafił się tylko plątać pod nogami, dostał się do Wydziału Dochodzeń Specjalnych wyłącznie dzięki znajomościom. Nie minęła nawet doba, a już zdążył zawalić nie wiadomo ile spraw. Komu był potrzebny taki nieudacznik?
- Wasz dyrektor z pewnością tak nie myśli - pocieszał go zrezygnowany Shen Wei. - Naprawdę, nie warto się doszukiwać podtekstów.
Przygnębiony Guo Changcheng przypominał oklapłą czarną purchawkę.
W tym momencie pojawił się lekarz. Powiedział, że Li Qian doznała silnego wstrząsu emocjonalnego, a ponieważ od dłuższego czasu zmagała się z kiepskim stanem psychicznym, niedożywieniem i niskim ciśnieniem, zareagowała tak gwałtownie. Zasnęła po środku uspokajającym i powinna zostać na obserwacji.
Shen Wei, nie widząc innego wyjścia, załatwił formalności związane z hospitalizacją. Niezwykła trójka: dwóch mężczyzn i kot, czuwała przy Li Qian w szpitalu. Słońce zaczęło już zachodzić, a z jej rodziny wciąż nikt się nie pojawił.
- Panie profesorze... czy jej rodzina w ogóle się nią nie interesuje? - zapytał Guo Changcheng cicho.
Shen Wei nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko westchnął.
Chłopak siedział przy łóżku Li Qian i nagle zrozumiał, dlaczego była aż tak zdruzgotana, a jej reakcje tak gwałtowne - płacz aż do konwulsji czy próba skoku z dachu. Zapewne jedyna osoba na świecie, która ją kochała, już nie żyła. Odtąd nikt nie przejmie się jej radościami i smutkami, nikt nie spojrzy z czułością na jej oddalającą się sylwetkę - z żalem, bo odchodzi, ale też z nadzieją, że zajdzie daleko.
I tak zapadł zmrok.
- Właśnie tu. Cofnij.
Po rozstaniu z Guo Zhao Yunlan wsiadł do samochodu i wrócił pod adres Jasna 4. Od razu ruszył do biura i trzykrotnie obejrzał nagranie z monitoringu ze skrzyżowania przy ulicy Uniwersyteckiej - od początku do końca, raz za razem.
Za dnia biuro sprawiało wrażenie znacznie bardziej opustoszałego. W jednostce dochodzeniowej dyżurowała tylko jedna osoba. Kobieta wyglądała na dwadzieścia kilka lat, miała włosy związane w prosty kucyk odsłaniający gładkie, ładne czoło, a jej twarz zdobił delikatny makijaż. Nosiła mundur, lecz nogi zakrywał koc. Siedziała nieruchomo na krześle i ani drgnęła. Gdyby nie rumiana twarz, przypominałaby kogoś dopiero wracającego do zdrowia po ciężkiej chorobie.
Wpół przymknięte oczy i ospały wyraz twarzy zdawały się sugerować, że w każdej chwili może zasnąć, jej ręce poruszały się jednak szybko i sprawnie. Nieco za długi pled opadł jednym końcem na podłogę i Zhao Yunlan niechcący na niego nadepnął. Spod koca na ułamek sekundy wyłonił się koniec ogona wielkiego pytona, po czym natychmiast zniknął. Skoncentrowana na nagraniu policjantka nawet nie zerknęła w dół, a przydepnięty koc poprawiła odruchowo.
Na przyklejonej na rogu biurka tabliczce widniało jej nazwisko i imię: Zhu Hong.
Nagranie z monitoringu nie grzeszyło ostrością - zakłócało je jakieś niewiadome pole magnetyczne, przez co obraz co chwilę się rwał, czasem też śnieżył. Nie dostarczyło również wielu informacji; do morderstwa doszło w zaułku przy bocznej bramie uniwersytetu, a kamera wisiała na skrzyżowaniu przy ulicy Uniwersyteckiej, uchwyciła więc jedynie krótki moment spotkania ofiary, Lu Ruomei, z Li Qian na głównej drodze.
Zegar na monitoringu wskazywał mniej więcej dwudziestą dwadzieścia poprzedniej nocy. Li Qian, zgodnie z tym, co mówiła, pojawiła się w głównej bramie uczelni i weszła do małego sklepu po drugiej stronie ulicy. Zakupy zajęły jej pięć minut, a wracając, minęła się z Lu Ruomei, skinąwszy jej przy tym głową.
Na prośbę Zhao nagranie zatrzymano w momencie, gdy dziewczyny się rozstały - Lu Ruomei przeszła już przez jezdnię i właśnie miała wejść w alejkę.
Li Qian rzuciła Lu Ruomei przelotne spojrzenie. Słaba jakość nagrania nie pozwalała dostrzec dokładnie wyrazu jej twarzy, lecz cokolwiek zobaczyła, sprawiło, że przerażona cofnęła się gwałtownie.
Zhu Hong przez chwilę wpatrywała się w ekran. Kiedy w końcu podniosła powieki, w jej idealnych, migdałowych oczach ukazały się nieludzkie, pionowe źrenice, co nadawało jej wyjątkowo upiorny wygląd.
- Ona patrzyła pod latarnię?
Zhao skinął głową.
- Da się wyostrzyć obraz w tym miejscu, przy latarni? - zapytał.
Zhu Hong powiększyła fragment nagrania, ale poprawa jakości okazała się znikoma.
- Nie da rady. Zrobiłam, co mogłam.
- ...niedługo wyślę cię na magisterkę dla pracujących, niech ci podniosą umiejętności techniczne.
Zhu Hong poklepała się po "udzie".
- Takie studia zajmują co najmniej dwa lata. Z tym moim comiesięcznym problemem, jak się wytłumaczę z brania co chwilę wolnego?
- Nie możesz powiedzieć, że masz bolesne okresy? - rzucił Zhao bez cienia zażenowania. - Głupia.
Kobieta przez chwilę się nie odzywała.
- Szefie, ty to potrafisz zabić każdą romantyczną fantazję...
- A ty masz czelność fantazjować o szefie? - Zhao pacnął ją w głowę. - Premii ci się odechciało?
Zhu Hong zmrużyła oczy w wąskie szparki, wysunęła cienki jak u węża język i oblizała wargi.
- Jeśli pozwolisz mi spędzić z tobą jedną noc, to mogę nawet zrezygnować z pensji, zacznę harować dla ciebie za darmo.
Zhao Yunlan pochylił się i posłał jej fałszywy uśmiech.
- Serio?
Zhu Hong zamilkła.
Nagle dotarło do niej, że ich bezwstydny przełożony naprawdę nie zawahałby się sprzedać własnego ciała dla zysku.
- Molestowanie przełożonego w czasie pracy. - Zhao Yunlan pokiwał głową. - Pięknie, towarzyszko Zhu Hong, tegoroczny wakat na szkolenie partyjne w naszym dziale wędruje do ciebie. Szykuj się na solidne podniesienie świadomości ideologicznej.
Zhu Hong pożałowała, że za późno ugryzła się w język, więc rozglądając się na boki, zmieniła temat:
- Skoro monitoring nic nie nagrał, oznacza to, że to coś nie chciało zostać zauważone. Chyba że trafi się ktoś z yinyangowym wzrokiem. Ta dziewczyna mogła to dostrzec zapewne dlatego, że miała do czynienia z Horologium Odrodzenia.
- Znalazłaś coś o tym starym zegarze słonecznym? - spytał Zhao Yunlan.
- Tak. Właściwie już po południu, gdy tylko o nim wspomniałeś, od razu skojarzyłam fakty. - Zhu Hong schyliła się, otworzyła szufladę pod biurkiem i wyjęła starą księgę rachunkową w tradycyjnej szytej oprawie. - Pożyczyłam to z Zaświatów. Jak znajdziesz czas, możesz ją dokładnie przejrzeć. Legenda głosi, że za najważniejszy z artefaktów Zaświatów uchodzi właśnie Horologium Odrodzenia. Jego podstawa powstała z okruchów Kamienia Trzech Żywotów, a łuski z tyłu pochodzą od czarnej ryby z Rzeki Zapomnienia. Ryby mierzącej ponad metr, z płetwami brzusznymi twardymi jak kryształ i rosnącymi tylko po jednej stronie.
Zhao skinął głową, dając znak, by kontynuowała.
- Tutaj tylko wspomniano o tak zwanych Czterech Artefaktach Zaświatów - mówiła dalej Zhu Hong, kartkując księgę. - Horologium Odrodzenia się do nich zalicza, ale pochodzenie tych przedmiotów nie zostało jasno opisane. Wszystko wskazuje na to, że przepadły w świecie ludzi.
Jej smukłe palce przesuwały się po stronie. Zhao podążył wzrokiem za jej dłonią i zauważył, że pod nazwą "Horologium Odrodzenia" widniał mniejszy dopisek: "Pożyczanie lat".
- Pożyczanie lat? - Zhao zmarszczył brwi i natychmiast przypomniał sobie tego dziwnego, świeżego ducha, który podążał za studentką. - A co z Li Qian? Sprawdziłaś ją? Czy ktoś z jej bliskich niedawno zmarł i nie minęło jeszcze siedem dni od zgonu?
- Tak. Jej babcia. Zmarła pod koniec sierpnia.
Mężczyzna odchylił się do tyłu i powoli zapalił papierosa.
- To układa się w całość. Nic dziwnego, że dusza staruszki mogła się pojawiać w biały dzień, odgradza ją od świata żywych Kamień Trzech Żywotów. A ja się zastanawiałem, czemu ta dziewczyna tak łże... Pożyczać sobie lata życia od starszej osoby, no, no, niezły ma tupet.
- To nie tak - zaprzeczyła Zhu Hong. - Horologium Odrodzenia symbolizuje wschód i zachód słońca, a ponieważ łuski czarnej ryby z Rzeki Zapomnienia rosną tylko w jedną stronę, wyłącznie starsi mogą pożyczać życie od młodszych, nigdy odwrotnie. Szefie, wszystko wskazuje na to, że niesłusznie ją oskarżyłeś.
Mówiąc to, wyciągnęła rękę w przestrzeń, a pasek zapisanego papieru ryżowego powoli opadł na jej dłoń. Widniało na nim imię Li Qian, obok drobnym drukiem dokładna data urodzenia, a poniżej dwie linijki zamazanego tekstu. Nie dało się odczytać pierwszej wersji, a jedynie ślady poprawek.
- Sprawdzono mi to w Zaświatach - powiedziała Zhu Hong. - W datach narodzin i śmierci Li Qian rzeczywiście wprowadzono zmiany. Jej życie nie uległo wydłużeniu, lecz skróceniu.
Zhao uniósł brew nieco zaskoczony.
- "Horologium, Horologium, na Kamieniu Trzech Żywotów czyń obroty trzy. Pół życia oddane, pół życia dostane, choć różny początek, wspólny koniec dni" - wyrecytowała Zhu Hong. - Oznacza to, że posiadając ten artefakt, można oddać połowę pozostałych lat życia, by przywrócić kogoś z martwych. Od tej chwili ich los się splata: żyją i umierają razem. Dwa lata temu czas babci Li Qian dobiegł końca. To pewnie wtedy dziewczyna oddała połowę swojego życia, by ją przywrócić. Zanim wróciłeś, sprawdziłam jej przeszłość. Li Qian teraz ma meldunek w mieście, ale wcześniej mieszkała z babcią na wsi. Zadzwoniłam do tamtejszego sołtysa. Powiedział mi, że dziewczynkę wychowała babcia, a ojciec i matka wyjechali za pracą i podobno rzadko zaglądali w rodzinne strony. Ma też młodszego brata. Biorąc pod uwagę tamte czasy, był to szczyt restrykcji polityki jednego dziecka, więc... Rozumiesz, o co chodzi? W rodzinie, w której ceniło się synów, a lekceważyło córki, rodzice rozpaczliwie pragnęli chłopca, lecz nie chcieli płacić kary za nadprogramowe dziecko. W rezultacie wcześniej urodzoną córkę traktowano jak niewidzialną. - Zhu Hong mówiła dalej: - Sołtys powiedział, że dwa lata temu staruszka doznała udaru i wszyscy myśleli, że już po niej, ale jakimś cudem z tego wyszła, choć nie wróciła do dawnej formy. Później zdiagnozowano u niej chorobę Alzheimera, dawniej nazywaną demencją starczą. Podejrzewam, że w jej przypadku stanowiło to skutek uszkodzenia komórek nerwowych po udarze. Na początku zapominała drobiazgi, potem stan się pogorszył: przestała rozpoznawać ludzi i zdziecinniała. Pół roku później Li Qian dostała się na studia magisterskie w mieście, więc rodzice nie mieli wyjścia i ściągnęli do siebie zarówno starą matkę, jak i córkę.
- Czyli wychodzi na to, że cała ta wymiana "życie za życie" musiała nastąpić, gdy babcia Li Qian ciężko zachorowała. - Zhao Yunlan strzepnął popiół z papierosa. - Mieszkała wtedy na wsi, więc mogła tam znaleźć jakiś stary, rodowy przedmiot. To się trzyma kupy, ale nie widzę tu niczego, o czym nie dałoby się powiedzieć. Po co wciskała mi ten kit?
- Może kryje się za tym coś więcej. - Zhu Hong odwróciła krzesło, oparła łokieć na poręczy i spojrzała na niego swoimi pionowymi źrenicami. Te oczy zimnokrwistego gada, które u każdego innego budziłyby grozę, u niej z jakiegoś powodu wydawały się teraz niezwykle łagodne. - Sam pomyśl: jeśli na świecie jest ktoś, kogo kochasz tak bardzo, że oddałbyś za niego połowę życia, a on nagle, nie wiedzieć czemu, znów znika sprzed twoich oczu po raz kolejny... jak byś się czuł?
Zhao Yunlan zmarszczył brwi z obojętną miną. Najwyraźniej wciąż miał wątpliwości. Słuchając tej historii, która z niejednego wycisnęłaby łzy, nie tylko nie okazał wzruszenia, lecz wręcz szukał dziury w całym, jakby nie mógł spocząć, dopóki nie wygrzebie czegoś podejrzanego. Zhu Hong pomyślała, że trudno stwierdzić, które z nich jest zimnokrwiste, więc jedynie westchnęła cicho.
Zhao wzruszył ramionami.
- No dobrze, pani Zhu, proszę mnie oświecić.
- Li Qian często robiła zakupy online. Sprawdziłam jej historię zamówień, większość to produkty zdrowotne dla seniorów. Dziewczyna miała niewiele pieniędzy, zarabiała na korepetycjach i zleceniach od promotora. Innym dziewczynom nie wystarcza na ciuchy i kosmetyki, a ona bardzo rzadko kupowała coś dla siebie. Moim zdaniem już tylko z tego powodu można uznać ją za dobre dziecko. Jeśli się potwierdzi, że nie ma związku ze sprawą, a o czymś nie chce mówić, powinieneś wiedzieć, kiedy odpuścić. Po co ją tak cisnąć?
- Dobra materialne niczego nie dowodzą - odparł rzeczowo. - Czasem właśnie wtedy, gdy uczucia już wygasły, próbuje się je zastąpić czymś materialnym...
Pod ciężkim spojrzeniem Zhu Hong, wyraźnie mówiącym: "Jesteś bezdusznym padalcem", jego głos stopniowo przycichł i Zhao urwał w pół zdania.
- Dobra - poddał się. - Załóżmy, że masz rację i oddała babci połowę życia. Dlaczego więc staruszka nie żyje, a ona wciąż trzyma się świetnie?
- To mogło wynikać z czegoś nieprzewidzianego, na przykład babcia zmarła przed czasem - wyjaśniła Zhu Hong. - Lin Jing przesłał mi listę dusz, które wczoraj zaginęły. Sprawdziłam, nie ma tam jej nazwiska. Błąka się gdzieś, a Zaświaty pewnie nawet o tym nie wiedzą. Dusza staruszki pozostaje związana z żywą osobą przez Horologium Odrodzenia, może właśnie w ten sposób uniknęła Opiekunów Dusz.
- Hmm... - zamyślił się Zhao Yunlan.
- Tak? - spytała Zhu.
- Nagle coś mi przyszło do głowy. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, ale na pierwszy rzut oka Li Qian i Lu Ruomei mają dość podobne sylwetki i fryzury. Obcy człowiek, patrząc od tyłu, by ich nie odróżnił. Co więcej, tamtego dnia przypadkiem ubrały się tak samo, a Lu Ruomei zginęła tuż po spotkaniu z Li Qian. Pomyśl: Li Qian używała Horologium Odrodzenia, więc na pewno przesiąkła zapachem artefaktu Zaświatów. A jeśli rzeczywiście jej babcia uniknęła wysłanników Zaświatów, być może zbiegły duch myślał...
- Chcesz powiedzieć, że celem głodnego ducha od początku mogła być Li Qian?!
Zhao Yunlan zgasił papierosa i wyciągnął z kieszeni komórkę.
- Ściemnia się, a przy niej zostawiłem tylko tego małego ofermę. Niedobrze, muszę tam jechać.
- Tego stażystę, który zemdlał ze strachu od razu po przyjściu? - zdziwiła się Zhu Hong.
Zhao posłał jej wyjątkowo zbolałe spojrzenie, nie chciał drążyć tego tematu. Miał już wychodzić, kiedy nagle coś sobie przypomniał.
- A, właśnie, daj mi kartę wizytową od Żniwiarza Dusz.
Zhu Hong wskazała brodą na róg biurka, nie ważąc się jednak dotknąć przesyłki.
Była to cienka, całkowicie czarna książeczka o wnętrzu wyklejonym eleganckim jedwabiem. Na ciemnej okładce cynobrem nakreślono słowa: "Bezpański duch z wyrazami szacunku przesyła niniejsze pismo. Do rąk własnych Dostojnego Gospodarza". Wiadomość zaczynała się od kilku kwiecistych, nieistotnych formułek grzecznościowych, potem pojawiła się krótka wzmianka o ucieczce głodnego ducha, a na końcu padła jasna deklaracja: "Dziś w nocy, w godzinie Szczura, ten uniżony przybędzie złożyć wizytę. Za wszelkie niedogodności i zakłócenie spokoju tysiąckrotnie proszę o wybaczenie".
Wszystko napisano smukłym złotym stylem kaligraficznym, całość sprawiała wrażenie dzieła sztuki.
Gdy tylko Zhao Yunlan otworzył kartę, Zhu Hong natychmiast z wyraźnym lękiem odsunęła się na krześle.
Żniwiarz Dusz pochodził z głębin Zaświatów, lecz nie był ani duchem, ani nieśmiertelnym bytem, nie podlegał również władzy Dziesięciu Piekielnych Sądów. Legenda głosiła, że wyłonił się jako smuga najczystszej, złowrogiej energii z najgłębszych otchłani Dziewięciu Piekieł, a samo jego istnienie zwiastowało nieszczęście. Lecz dzięki niezwykłemu zrządzeniu losu zyskał ludzką postać. W dłoni dzierżył Ostrze Ścinające Dusze, którym mógł dosięgnąć każdego i wszędzie - od Trzydziestu Trzech Niebios w górze po Osiemnaście Kręgów Piekieł w dole. Bogowie czy ludzie - każda grzeszna dusza drżała przed jego mieczem.
Chylili przed nim czoła bogowie i demony - wszyscy się go lękali.
Wszyscy oprócz Zhao Yunlana.
Jedynie on, prawdopodobnie dlatego, że miał skórę grubą jak nosorożec i brakowało mu piątej klepki, nie tylko nie uważał Żniwiarza Dusz za przerażającego, lecz wręcz sądził, że to kulturalny, elegancki osobnik o całkiem przyjemnym charakterze... Jedyną jego wadą było nieustanne wtrącanie w rozmowach i w listach tych "uniżony" czy "azaliż", przez co brzmiał pretensjonalnie i rozwlekle.
Zhao zauważył, że Zhu Hong czuje się nieswojo, przebiegł więc wzrokiem po tekście, czytając dziesięć linijek naraz, po czym niedbale wepchnął list "bezpańskiego ducha" do torby i powiedział:
- Jak nie masz nic do roboty, to zbieraj się do domu. Wang Zheng weźmie nocną zmianę w biurze. Przez te dwa dni i tak nie masz nóg, więc nawet trudno by ci było prowadzić czy swobodnie się poruszać. Po pracy nie włócz się po mieście, tylko porządnie odpocznij. A, i zanim wyjdziesz, skontaktuj się w moim imieniu z Lin Jingiem. Jeśli w Zaświatach nie ma już nic do roboty, każ mu natychmiast wracać. Niech nie zapomina o naszym świecie. Co on widzi w tym siedzeniu w Zaświatach?
Zhu Hong, słysząc, że nie musi zostawać, by przyjąć Żniwiarza Dusz, skinęła głową z wyraźną ulgą, jakby kamień spadł jej z serca.
- Wychodzę. - Zhao Yunlan ruszył zamaszystym krokiem do wyjścia, jednocześnie wybierając numer telefonu stażysty.
Gdy tylko Guo Changcheng uświadomił sobie, że dzwoni jego szef, odruchowo stanął na baczność.
- Czemu tak długo nie odbierałeś? - zapytał Zhao Yunlan, a w jego głosie natychmiast pojawiła się nuta niepokoju. - Stało się coś?
Na języku Guo Changchenga pojawił się supeł, co było dość dziwne. Po całym poranku spędzonym z przełożonym, który okazał się całkiem miły, potrafił już nawet sklecić przy nim zdanie jak człowiek. Lecz gdy tylko usłyszał głos szefa w komórce, jego odwaga natychmiast się skurczyła do rozmiarów fistaszka. Dla kogoś z fobią społeczną rozmowa telefoniczna często okazuje się o wiele straszniejsza niż spotkanie twarzą w twarz.
Oddech stażysty stawał się coraz szybszy i płytszy, a Zhao Yunlan zaczął podejrzewać, że jednym telefonem doprowadzi chłopaka do zawału. Słysząc, że Guo zaraz się udusi od jąkania, Zhao westchnął ciężko.
- Jest ktoś obok? Jeśli tak, to daj mu telefon. A jak nie, to podstaw go Daqingowi.
Chłopak bez słowa podał telefon Shen Weiowi. Na szczęście wykładowca był niezawodny. W kilku zdaniach wyjaśnił, że zabrali Li Qian do szpitala, podał jego adres i numer sali. Na koniec zapytał:
- Coś się stało? Czy sprawa tej studentki wciąż... - Nie zdążył dokończyć zdania, gdy w słuchawce rozległy się trzaski i szumy. - Halo? - rzucił Shen Wei.
Zhao Yunlan coś jeszcze powiedział, ale sygnał się rwał i Shen Wei nie zrozumiał ani słowa. Zrobił dwa kroki w stronę okna, co na pierwszy rzut oka sprawiało wrażenie, jakby szukał zasięgu. Korzystając jednak z nieuwagi Guo, delikatnie odchylił zasłonę i wyjrzał na zewnątrz. Jednocześnie wciąż udawał, że nie rozumie, co się dzieje.
- Co pan mówił? Halo? Czy mnie słychać?
Tym razem głos Zhao Yunlana brzmiał wyraźnie. Shen Wei usłyszał jego krótkie, ostre polecenie:
- Cholera, wynoście się stamtąd! Natychmiast!
W ciemnych źrenicach Shen Weia mignął cień. Wykładowca odruchowo zmrużył oczy i w tej samej chwili światło w sali szpitalnej zgasło, a szyba obok niego roztrzaskała się z brzękiem. Rozległo się przeraźliwe miauknięcie i czarny kocur wystrzelił w górę. Shen Wei poczuł na policzku gwałtowny podmuch, a niedługo później nozdrza wypełnił mu potworny smród - mdląca woń zgnilizny zmieszanej z metalicznym zapachem krwi.
Zhao chyba jeszcze coś krzyczał do słuchawki, ale zakłócenia uniemożliwiały zrozumienie czegokolwiek. Wokół rozpętał się chaos, w którym koci wrzask mieszał się z głuchymi odgłosami uderzeń i szamotaniny. Potem rozległ się huk, a coś ciężkiego wyleciało w powietrze i z impetem przewróciło krzesło. Shen Wei cofnął się o pół kroku, by uniknąć zderzenia. Połączenie zerwało się wskutek utraty sygnału.
Ustawił jasność ekranu telefonu na maksimum i poświecił przed siebie.
- Uważaj! - krzyknął nieznajomy głos.
To Daqing pchnął krzesło i nagle przemówił. Upadający mebel podciął nogi spanikowanemu Guo, który wylądował na plecach, wymachując rozpaczliwie rękami i nogami.
Shen Wei sięgnął ręką za siebie i wymacał stojący w kącie sali mop. Chwycił go, pchnął drewniany trzonek przed siebie i jednocześnie gwałtownie odchylił tułów. Rozległ się zgrzyt, od którego aż cierpły zęby. Czarna smuga przemknęła błyskawicznie nad jego głową. Shen poczuł szarpnięcie, a trzonek w jego dłoniach pękł na pół. Cień przeskoczył go bezszelestnie i niczym duch - zbyt szybki, by go dostrzec - rzucił się na dziewczynę na łóżku.
Li Qian, otumaniona środkami uspokajającymi, leżała nieprzytomna i bezbronna.
W tym momencie oczy wszystkich przyzwyczaiły się już do ciemności. W słabym świetle telefonu Shen dostrzegł czarną postać... Jej usta rozwarły się pod kątem co najmniej dziewięćdziesięciu stopni, przez co odchylona do tyłu głowa przypominała rozłupany arbuz.
Tym razem Guo nie zdążył zemdleć. Gapił się na to wszystko z rozdziawionymi ustami, jego serce jeszcze nie oszalało, ale umysł zamienił się w pustą białą kartkę. Krew z całego ciała natychmiast odpłynęła do kończyn, a ciśnienie skoczyło tak szybko, że miał wrażenie, jakby głowa podwoiła swoją objętość.
W jego mózgu dudnił tylko jeden obłąkany wrzask: "Co to jest?! Co to, do cholery, jest?!".
Czarny cień miał ludzką sylwetkę, ale jego ciało było wysuszone i chude jak szkielet, z wyjątkiem przerażająco wielkiego, rozdętego brzucha. Jego górne kończyny przekształciły się w parę ogromnych sierpów. Z niemym rykiem potwór ciął nimi szaleńczo, celując w brzuch Li Qian.
Dopiero wtedy spóźniony wrzask Guo Changchenga znalazł wreszcie ujście. Chłopak wydarł się trzy razy z rzędu, bez chwili przerwy na oddech:
- Aaa! Aaa! Aaa!
Twarz Shen Weia pociemniała. Zrobił błyskawiczny krok do przodu, ale zanim zdążył uderzyć, przed łóżkiem nagle wyrosła czyjaś postać.
Pulchna staruszka z komicznym, sztucznym kokiem na głowie pojawiła się dosłownie znikąd. Rozpostarła szeroko ramiona i wyciągnęła swoje okrągłe ciało niczym niezdarna kwoka, desperacko zasłaniając dziewczynę na łóżku.
Shen Wei cofnął wysuniętą nogę, jego ruchy były szybkie jak błyskawica - tak szybkie, że nikt ich nawet nie zauważył. W tym samym ułamku sekundy chwycił metalowe krzesło przewrócone przez Daqinga i z całej siły cisnął nim w czarny cień.
Krzesło z idealną precyzją wbiło się w "ciało" cienia, rozcinając je na pół. Stwór wydał z siebie wściekły wrzask. Rozerwany przez metal trzymał się jedynie na cienkim, lepkim skrawku, kołysząc się chwiejnie na boki. Po chwili to miejsce zaczęło bulgotać jak wrząca woda, wypuszczając małe i duże bąble. Niczym nieustępliwy potwór z najgorszego koszmaru, który nie zamierza odejść, połówki ciała gwałtownie drgały, wydając przerażające dźwięki, gdy powoli, kawałek po kawałku, zaczęły się zespalać.
- Zrastają się! Znowu się zrastają! - wrzeszczał Guo bez sensu. Trudno było stwierdzić, czy bardziej siał zamęt, czy... siał zamęt.
Shen Wei działał bez wahania. Podniósł metalowe krzesło, które odbiło się od zagłówka łóżka i poleciało na bok, po czym zaczął nim z furią okładać potwora. Profesor Shen, na co dzień człowiek kulturalny, w walce nie bawił się w uprzejmości. Wymierzał zdecydowane, precyzyjne i bezlitosne ciosy. Podczas gdy innych wciąż paraliżował strach i nie wiedzieli, co począć, on przejął inicjatywę i rozbił potwora na siedem czy osiem kawałków. Dopiero wtedy - bez rumieńca, bez zadyszki - odrzucił krzesło na bok.
W sali zapadła cisza. Na całe dwie sekundy.
Daqing wskoczył na wezgłowie łóżka Li Qian.
- Nie stójcie jak słupy soli, uciekajcie stąd! - powiedział, ruszając wąsami. - Głodnego ducha nie da się zabić krzesłem. Przed chwilą udało ci się tylko dlatego, że w tym pokoju nagromadziło się dużo energii yang, to był czysty fart. Ale jeśli go naprawdę wkurzysz, skończą się żarty.
Shen Wei podniósł głowę i przez chwilę mierzył się wzrokiem z kocurem.
- Tak, dobrze widzisz - oświadczył Daqing z kamienną powagą. - To ja mówię. Właśnie rozłupałeś czaszkę głodnemu duchowi metalowym krzesłem, więc daruj sobie teraz konfucjańskie mądrości o milczeniu na temat duchów. Ruchy!
Nie wiadomo, czy Shen miał tak stalowe nerwy, czy chodziło o coś innego, ale zanim Daqing skończył zdanie, on już się schylił i wziął Li Qian na plecy. Co więcej, bez mrugnięcia okiem wdał się w rozmowę z kotem.
- A co ze staruszką?
- Pójdzie za nami, o nią się nie martw - odpowiedział kot. - To nie człowiek, a świeży duch.
Shen Wei rzucił krótkie "aha", ostatecznie porzucając materializm dialektyczny.
- Funkcjonariuszu Guo, za mną! - zawołał.
Guo Changcheng siedział z szeroko otwartymi ustami, zesztywniałą szyją, wykręcony w karkołomnej pozie.
Shen Wei, z Li Qian na plecach, podniósł głos i krzyknął:
- Funkcjonariuszu Guo!
Chłopak ocknął się jak ze snu i niezdarnie, na czworakach, zaczął się podnosić z podłogi.
- J-j-ja... ja...
- Zostaw to jąkanie, otwieraj drzwi, już! - uciął Shen.
Mózg Guo Changchenga nie wytrzymał przeciążenia i po prostu się wyłączył. Chłopak przeszedł na autopilota i bezmyślnie zaczął wykonywać polecenia. Na rozkaz Shena na łeb na szyję rzucił się więc do drzwi i pchnął je z całych sił.
Korytarz tonął w całkowitych ciemnościach, lekarze i pielęgniarki zniknęli bez śladu, sale chorych zionęły pustką. Całe piętro przypominało nawiedzony dom.
Na przedzie pędził czarny kot, ze zwinnością zupełnie niepasującą do jego tuszy, za nim Shen Wei z Li Qian na plecach i Guo zamykający pochód.
Odgłos ich kroków nie milkł, lecz błąkał się po opustoszałym korytarzu i wracał echem. Gdzieś musiało zostać niedomknięte okno, bo wciąż owiewały ich lodowate podmuchy. Chłód na karku sprawił, że sparaliżowany strachem umysł stażysty powoli powracał do rzeczywistości.
Guo Changcheng miał nieodparte wrażenie, że coś idzie tuż za nim.
Zhao Yunlan (???, Zhao Yúnlán)
Dyrektor Wydziału, na pierwszy rzut oka zbyt młody i niepoważny, by zajmować tak odpowiedzialne stanowisko. Nałogowy palacz, wiecznie rozczochrany i niechlujnie ubrany, ma jednak nie tylko potężny urok osobisty, ale też olbrzymią wiedzę na temat mieszkańców Zaświatów. Jest niezwykle oddany swojej pracy i traktuje ją bardzo poważnie - w przeciwieństwie do wszystkiego innego.
Jest niesamowicie odważny, gdy chodzi o wymierzanie sprawiedliwości i ratowanie śmiertelników, choć niektórzy uznaliby, że jest zbyt lekkomyślny. Rzuca się do walki, używając magicznego bicza, rewolweru, talizmanów i pięści.
Urodził się z "otwartym trzecim okiem" - umiejętnością, która pozwala mu stale widzieć rzeczy i postacie nadnaturalne. Dzięki temu i zegarkowi o imieniu Widmowidz jest niezwykle skuteczny w prowadzeniu śledztw.
Chu Shuzhi (???, Ch? Sh?zh?)
Chudy młodzieniec o poważnej, wiecznie zagniewanej twarzy. Zachowuje spokój w każdej sytuacji, jest praktyczny i oszczędny w działaniu. Tworzy buddyjskie talizmany ochronne.
Daqing (??, Daq?ng)
Czarny, gruby, gadający kot. Jest pełen tłuszczu i godności, choć da się przekupić smażoną rybką. Potrafi się zmienić w niewinnie wyglądający breloczek do kluczy. Na szyi zawieszony ma dzwoneczek, choć trudno go dostrzec przez fałdki tłuszczu i futro. Często bywa głosem rozsądku i, jak to kot, potrafi nagiąć wolę innych do swoich potrzeb.
Guo Changcheng (???, Gu? Chángchéng)
Najnowszy członek WDS, stażysta, dostał pracę dzięki powiązaniom rodzinnym. Boi się wszystkiego, nawet własnego cienia. Przerażają go osoby, które w jego oczach mają autorytet, czyli praktycznie wszyscy. Zdolny do rozpaczliwych aktów heroizmu, w gruncie rzeczy poczciwy i życzliwy młody człowiek. W wolnym czasie udziela się charytatywnie, co daje jego duszy zasługi tak wielkie, że Zhao Yunlan wybacza mu jego ogólną bezużyteczność.
Lin Jing (??, Lín J?ng)
Mnich buddyjski, który oszukuje i nagina zasady swojej religii, gdzie tylko może, nie tracąc przy tym pełnej powagi godności. Często nazywany "fałszywym mnichem", nic sobie z tego przydomka nie robi.
Lao Wu (??, L?o Wú)
Portier biura Wydziału, ghul o wielkich, krwawych ustach, pozbawiony języka. Nie przeszkadza mu to jednak być jednym z bardziej gadatliwych pracowników.
Wang Zheng (??, W?ng Zh?ng)
Duch młodej dziewczyny. Kadrowa wydziału, zajmuje się też papierkową robotą. Jest mniej lub bardziej przezroczysta i delikatnie unosi się nad ziemią, jej głowę łączy z szyją wyraźny ścieg. Nie może wchodzić w bezpośredni kontakt ze słońcem. Jej przeszłość skrywa tajemnicę.
Zhu Hong (??, Zh? Hóng)
Kobieta o drapieżnej urodzie, piękna i pewna siebie. Uwielbia surowe mięso i straszenie Guo Changchenga, flirtuje prawie tak często jak dyrektor. Jest w niej coś nadnaturalnego, do czego często odnosi się Zhao Yunlan - wrażliwość na niskie temperatury, cienki jak u węża język, a także intrygujący "czas w miesiącu", który tylko pozornie brzmi, jakby cierpiała z powodu ciężkich miesiączek.
Shen Wei (??, Shěn W?i)
Spotkany przypadkiem profesor chińskiego języka naukowego, nauczyciel kilku przedmiotów fakultatywnych. Przystojny w kruchy, delikatny sposób, zawsze nieskazitelnie ubrany i uczesany, uprzejmy i pełen rezerwy, ale bardzo lubiany przez studentów. Błyskawicznie wpadł w oko dyrektorowi WDS, wbrew woli stając się częścią prowadzonego śledztwa. Zhao Yunlan w swym zauroczeniu nie dostrzega, że zachowanie profesora jest dość tajemnicze, jakby wiedział więcej, niż chciał zdradzić.
Li Qian (??, L? Qian)
Świeżo upieczona studentka Uniwersytetu, prześladowana przez złowieszczą istotę. Ma związek z Horologium Odrodzenia, jednym z czterech najważniejszych artefaktów Zaświatów.
Czasem nazywane Bractwem Strażników Dusz, organizacja, która od wieków zajmuje się rozwiązywaniem konfliktów między światem żywych a umarłych. Na jej czele stoi Opiekun, zwany też Strażnikiem, który jest osobiście odpowiedzialny za kontakty z Zaświatami i ma władzę nad duszami osób, które wstąpiły w szeregi Bractwa. Dusze te dobrowolnie rezygnują z reinkarnacji, a ich imiona zapisywane są w Rozkazie Opiekunów Dusz. Czasem zdarza się, że w Rozkazie nazwiska pojawiają się samoistnie.
Obecnie Opiekunem jest Zhao Yunlan - gdy miał dziesięć lat, otrzymał Rozkaz od Daqinga, który przedstawił się jako koci demon, sługa Rozkazu.
Żniwiarz Dusz (???, Zh?nhúnsh?)
Istota nadnaturalna, wyglądająca jak smuga cienia, człekokształtna, spowita w płaszcz zakrywający dłonie i stopy. Jej twarz skryta jest za ciemną mgłą. Roztacza wokół siebie zimno, które przenika do samej duszy. Jest głównym egzekutorem Zaświatów, ma władzę, by samodzielnie oceniać, czy dusza zasługuje na reinkarnację czy karę. Budzi powszechny lęk zarówno wśród żywych, jak i umarłych. Jedyną osobą, która się go nie boi, jest Zhao Yunlan.
Broń Żniwiarza, Ostrze Ścinające Dusze, nie ma sobie równych, a zadany nią cios jest zawsze śmiertelny.
Dziesięciu Królów Yanluo (????, Shí Dian Yánluó)
Nieśmiertelne istoty, najwyżsi rangą urzędnicy Zaświatów. Zawiadują Kręgami Piekieł i ostatecznie decydują o losie duszy. Równocześnie główna przyczyna zastojów administracyjnych w Zaświatach, jak to urzędnicy.
Głodny duch (???, ? s? gu?)
Dusza, której karą w piekle jest potworny, nienasycony głód. Wygląda jak obciągnięty skórą szkielet o wielkim brzuchu.
Świeży duch (???, x?n s? gu?)
Dusza, która zmarła w ciągu ostatnich 5-7 dni, czekająca w Zaświatach na wyrok. Ciągle pamięta swoje poprzednie życie, co powoduje, że "wraca" do miejsc i osób, które były dla niej ważne. Raczej zagubiona i nieszczęśliwa, rzadko niebezpieczna.
Duch miejsca (???, d? f? ling)
Dusza, która nie jest w stanie opuścić miejsca, w którym zdarzyło się coś dla niej istotnego, ciągle rozpamiętuje konkretne zdarzenie czy uczucie. Obsesyjna istota, może sprowadzać na śmiertelników nieszczęście - z zemsty bądź emanując aurą emocjonalną.
Wysłannicy Zaświatów (??, Y?nch?i)
Istoty służące między innymi do komunikacji między Królami Yanluo a śmiertelnikami. Coś w rodzaju urzędnika średniego szczebla. W świecie żywych przemieszczają się w papierowych kukłach.
Youchu (??, Y?uch?)
Demoniczne istoty stworzone z Chaosu. Przybierają ludzkie kształty, lecz zawsze w nienaturalnej, wypaczonej formie. Są przesiąknięte złem i pragnieniem pożerania dusz. Nigdy dotąd nie pojawiały się w świecie żywych, teraz występują w wielkich ilościach. Mają jakiś związek z Czterema Artefaktami Zaświatów.
Król Chaosu Duchów i Demonów
Tajemniczy, niezwykle groźny duch, który uciekł z Zaświatów podczas ostatniego zamieszania przy Festiwalu Duchów. Jego motywacje są nieznane, ale Zhao Yunlan podejrzewa, że mogą mieć związek z pojawieniem się w świecie śmiertelników czterech potężnych artefaktów.
Ulica Jasna 4
Piętnasty dzień siódmego miesiąca księżycowego, przed świtem.
Wszystkie nocne istoty, zarówno duże, jak i małe, wróciły już do swych legowisk. Opustoszały nawet główne ulice Longchengu, jedynie w kępach traw od czasu do czasu rozlegało się nerwowe i pośpieszne brzęczenie owadów.
O wpół do trzeciej nad ranem opadła rosa, a powietrze stało się wilgotne.
Wilgotne i lepkie.
Wydawało się - być może za sprawą wiatru - że w zakamarkach ulicy wciąż przemykają jakieś cienie, i idący chodnikiem przechodzień nie mógł się pozbyć wrażenia, że jest obserwowany.
Właśnie wtedy Guo Changcheng, z zawiadomieniem w ręku, dotarł pod adres: ulica Jasna 4.
Osieroconego w dzieciństwie Guo Changchenga wychowali krewni. Przeciętnej urody i niczym niewyróżniający się chłopak z trudem ukończył trzeciorzędną uczelnię, a ponieważ był nieśmiały i wycofany, po obronie nie mógł znaleźć pracy i ponad pół roku siedział bezczynnie w domu. Wtedy wuj ze strony matki, który zrobił karierę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, wykorzystując swoje znajomości, załatwił miernemu siostrzeńcowi wygodną posadę, byle tylko miał jakiekolwiek zajęcie.
Chłopak myślał, że jego dalsze życie będzie polegało na wkładaniu munduru i przesiadywaniu w portierni przy głównej bramie; że po przyjściu do pracy będzie parzył herbatę, a od dziewiątej do piątej klepał uprzejmości - aż do dnia, w którym otrzymał dziwaczne "zawiadomienie o zatrudnieniu".
Kiedy je dostał, pomyślał, że to musi być pomyłka. Pismo, jaskrawoczerwone i bardzo oficjalne, brzmiało następująco:
Towarzyszu Guo Changchengu,
gratulujemy zatrudnienia w naszej jednostce, w której będzie Pan korzystał ze świadczeń przysługujących urzędnikom państwowym, a zarazem podejmie Pan służbę na rzecz społeczeństwa. Mamy nadzieję, że na nowym stanowisku będzie Pan cenił swoją pracę, sumiennie ją wykonywał, dążył do rozwoju, podporządkowywał się kierownictwu jednostki, utrzymywał koleżeńskie relacje ze współpracownikami i przyczyniał się do umacniania ładu społecznego oraz pomyślności ojczyzny.
Prosimy o stawienie się dnia 31 sierpnia (15. dnia miesiąca księżycowego) o godz. 2:30 nad ranem w jednostce z dokumentem tożsamości i niniejszym zawiadomieniem (adres: ul. Jasna 4, parter, Biuro ds. Kadr i Logistyki).
W imieniu całego zespołu witamy Pana jako kolegę po fachu i towarzysza.
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego
Wydział Dochodzeń Specjalnych
Rok X, miesiąc X, dzień X
Każdy rozsądny człowiek na widok tak kuriozalnej godziny stawienia się do pracy uznałby to za pomyłkę, a przynajmniej zadzwoniłby wcześniej, żeby to potwierdzić, ale Guo od zawsze miał trudności w kontaktach społecznych, a siedzenie przez sześć miesięcy w mieszkaniu skończyło się głęboką fobią telefoniczną. Sama myśl o zadzwonieniu do kogoś gwarantowała mu bezsenną noc.
Dlatego zwlekał i aż do północy trzydziestego sierpnia nie wykonał telefonu.
Guo Changcheng wpadł na, w jego mniemaniu, idealne rozwiązanie: postanowił nie kłaść się spać, o drugiej trzydzieści stawić się na miejscu, a jeśli nikogo tam nie będzie, pójdzie posiedzieć w pobliskim McDonaldzie i o wpół do trzeciej po południu znów się zamelduje pod wskazanym adresem - w końcu któraś z tych dwóch godzin musiała być właściwa.
W środku nocy komunikacja publiczna już nie kursowała, Guo musiał więc jechać samochodem i trochę się namęczył, zanim za pomocą nawigacji trafił do właściwego miejsca.
Budynek pod adresem Jasna 4 nie przylegał do samej ulicy, lecz stał w głębi wyjątkowo ukrytego dziedzińca i Guo długo sterczał pod bramą, zanim pomagając sobie latarką w komórce, spostrzegł zakrytą gęstym bluszczem niewielką tabliczkę z numerem. Pod nim znajdował się rząd niewielkich znaków: "Wydział Dochodzeń Specjalnych", a poniżej emblemat Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Dziedziniec tonął w zieleni. Przy bramie znajdował się parking, a za nim ciągnął się rząd rozłożystych sofor, bujnych jak zagajnik, między którymi wciśnięto wąską ścieżkę. Dopiero za nią Guo Changcheng zobaczył niewielki domek wyglądający na portiernię.
W budce rzeczywiście ktoś siedział. Paliło się w niej światło, a przez okno dostrzegł postać w mundurze i w wielkiej czapce z daszkiem. Człowiek czytał gazetę i od czasu do czasu odwracał stronę. Chłopak wziął głęboki oddech. Ze stresu miał już mokre dłonie, a w jego nagle pustej głowie nie zaświtało pytanie, dlaczego o tej porze portier jeszcze nie zszedł ze stanowiska.
- Przyszedłem w sprawie pracy, to moje zawiadomienie... Przyszedłem w sprawie pracy, to moje zawiadomienie... Przyszedłem w sprawie pracy, to moje zawiadomienie...
Guo Changcheng powtarzał to zdanie w kółko, jakby recytował tekst z podręcznika. W końcu zebrał się na odwagę - podszedł i drżącą ręką zapukał w szybę stróżówki. I choć człowiek w środku jeszcze nie całkiem podniósł głowę, on już głosem tak słabym, jakby wygłaszał swoje ostatnie życzenie, powiedział:
- Ja... ja przyszedłem z zawiadomieniem, to moje podanie o pracę...
Portier, mężczyzna w średnim wieku, opuścił gazetę.
- Tak? - zapytał zdezorientowany.
Jak mógł to tak przekręcić... Guo chciało się płakać, jego twarz przybrała kolor purpurowego pochrzynu.
Na szczęście portier zauważył pismo, które chłopak trzymał w ręku, i natychmiast zrozumiał.
- Aaa... aaa! Ty jesteś zatrudnionym w tym roku towarzyszem? Jak się nazywasz? Ooo, już widzę, Xiao Guo! Od kilku lat nie mieliśmy żadnego nowicjusza. I jak? Trudno było trafić?
Guo Changcheng odetchnął z ulgą. Lubił takich serdecznych ludzi: gdy tylko rozmówca zaczynał trajkotać, on mógł poprzestać na kiwaniu albo kręceniu głową, bez konieczności udzielania odpowiedzi.
- Powiem ci, że masz szczęście, akurat dzisiaj w nocy wpadł do biura nasz dyrektor. Chodź, najpierw ci wszystkich przedstawię.
Na te słowa chłopakowi włosy stanęły dęba - o szczęściu nie było mowy. Poczuł, że nad jego głową gęstnieje chmura mrocznego pecha.
Guo Changcheng nigdy nie rokował. Najbardziej na świecie bał się przełożonych i wszelkich ludzi z władzą i pozycją, w dzieciństwie na sam widok nauczyciela trzęsły mu się nogi, a dyrektora omijał jak najszerszym łukiem. I chociaż był praworządnym obywatelem, za każdym razem, gdy widział uzbrojonych policjantów pełniących służbę w Święto Narodowe, zachowywał się jak mysz na widok kota, przez co funkcjonariusze zawsze przyglądali mu się podejrzliwie.
Spotkanie z szefem? Wolałby już zobaczyć ducha.
Kiedy Guo oblewał się zimnym potem, rozległy się energiczne kroki - z małego dziedzińca przy ulicy Jasnej 4 wyłonił się młody mężczyzna z papierosem w ustach i rękami w kieszeniach. Wysoki, dobrze zbudowany, o szerokich ramionach, gęstych brwiach, głęboko osadzonych oczach i dużym nosie, był bardzo przystojny. Lecz jego twarz wyglądała ponuro i mrocznie.
Szedł szybko i ze ściągniętymi brwiami, a na twarzy miał wręcz wypisane: "Z drogi, nie zawracać głowy, wszyscy się wynoście!".
Niestety, Guo Changcheng trafił prosto na jego spojrzenie. Te ładne, choć lodowato obojętne czarne oczy sprawiły, że zadrżał i ogarnęło go dziwne przeczucie: ten przystojniak miał paskudny charakter.
Przystojniak o paskudnym charakterze zauważył Guo, gwałtownie zahamował i w mgnieniu oka, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienił wyraz twarzy, od "gradu z piorunami" do "bezchmurnego nieba". Na jego obliczu całkowicie naturalnie rozkwitł serdeczny uśmiech, a stało się to szybciej, niż trwa przewrócenie strony w książce. Kiedy się uśmiechnął, w jego policzkach pojawiły się dwa niewielkie dołeczki, kącik ust z papierosem leciutko opadł, a ze zmrużonymi oczami wyglądał łobuzersko. Na tyle jednak, by sprawiać wrażenie równego gościa.
- No proszę, o wilku mowa, a wilk tu. Idź, chłopcze, to właśnie nasz przełożony.
Portier popchnął Guo Changchenga, który zatoczył się kilka kroków przed siebie.
- Panie dyrektorze, mamy tutaj nowego pracownika - usłyszał dobiegający z tyłu gromki głos.
Dyrektor serdecznie i przyjaźnie wyciągnął rękę.
- Dzień dobry, dzień dobry, serdecznie witam - powiedział.
Na wpół sparaliżowany Guo kilka razy wytarł spocone dłonie o spodnie, po czym - ku własnemu wstydowi - wyciągnął niewłaściwą rękę i natychmiast ją cofnął, jakby poraził go prąd. Na jego koszuli pod pachami i na plecach pojawiły się plamy potu, z których powoli formowała się całkowicie nowa mapa świata.
Dyrektor taktownie udał, że niczego nie zauważył, swobodnie poklepał Guo po ramieniu i wygłosił serię zwyczajowych formułek:
- Nie denerwuj się, wszyscy pracownicy są bardzo zżyci. Normalnie w pierwszym dniu pracy przedstawiłbym cię wszystkim, ale jak sam widzisz, dzisiaj się dużo dzieje i mamy urwanie głowy. W tym momencie naprawdę nie możemy się tobą zająć, nie miej nam tego za złe. Wkrótce się tym zajmę i zorganizuję przyjęcie powitalne. A że już późna noc... eee, to może zróbmy tak: Lao Wu zaprowadzi cię do Wang Zheng, ona odpowiada za kadry i logistykę, zajmie się formalnościami, a potem wrócisz do domu odpocząć i jutro rano oficjalnie stawisz się do pracy, dobrze?
Guo Changcheng szybko pokiwał głową.
Niezależnie od tego, jak bardzo dyrektor się śpieszył, w chwili, gdy się zatrzymał, by porozmawiać, mówił spokojnie i bez pośpiechu. Nie dało się usłyszeć w jego tonie ani chłodu, ani lekceważenia, widać było, że Zhao świetnie sobie radzi w kontaktach międzyludzkich.
- Wybacz, mam pilną sprawę i muszę już iść. Jeśli później będziesz czegoś potrzebował, to przychodź do mnie od razu, nie krępuj się, od dzisiaj jesteśmy jak rodzina. Dzisiejszy przyjazd tutaj musiał być męczący, dziękuję! - powiedział mężczyzna, uśmiechając się przepraszająco do Guo. Następnie pomachał Lao Wu z portierni i dopiero wtedy odszedł szybkim krokiem.
Lao Wu był ewidentnie zagorzałym wielbicielem dyrektora, ponieważ słuchając tej garści grzecznościowych frazesów niemających z nim żadnego związku, uśmiechał się głupkowato, a prowadząc chłopaka do budynku biura, cały czas paplał:
- Nasz dyrektor Zhao taki młody, taki zdolny, taki dobry, nigdy nie patrzy na innych z góry...
Guo Changcheng jeszcze nie doszedł całkiem do siebie po spotkaniu z tak wysokim przełożonym, nerwy wciąż miał skołatane, słuchał więc jednym uchem i tylko machinalnie kiwał głową.
I właśnie dlatego, że unikał patrzenia ludziom w oczy, nie zauważył, że idący obok Lao Wu był blady jak ściana oświetlona lampą, miał krwistoczerwone wargi, które rozciągały się od ucha do ucha, a kiedy otwierał usta, było widać, że nie ma w nich języka.
W biurze kręciło się wielu ludzi, którzy sprawiali wrażenie bardzo zajętych.
Dopiero wtedy Guo Changcheng zaczął czuć, z dużym opóźnieniem, że coś tu było nie tak. Logicznie rzecz biorąc, nawet jeśli wydarzyło się coś pilnego, co wymagało pracy po godzinach, naprawdę trzeba było angażować do tego cały zespół, łącznie z portierem i kadrami?
- Xiao Guo, to nie tak - szepnął stojący z boku Lao Wu. - W przyszłości, dopóki nie pojawi się jakaś ważna sprawa, będziesz pracował na dziennej zmianie. W ciągu roku taka harówka przez całą dobę trwa jedynie przez kilka dni w lipcu, i to nie za darmo - nadgodziny liczą się potrójnie, a miesięczna premia jest podwojona.
Guo Changcheng poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany - o co chodzi z tym "harówka przez całą dobę trwa jedynie przez kilka dni w lipcu"? Czyżby szerokie rzesze przestępców również miały zebrania śródroczne i warsztaty wymiany doświadczeń? Czy może obowiązywał tutaj kalendarz księżycowy?
Nie chcąc jednak wyjść na głupka, nie odważył się zapytać, jedynie bezwiednie kiwnął głową.
- Mhm - mruknął.
Lao Wu mówił dalej:
- Ja zazwyczaj pracuję na nocną zmianę, w dzień w portierni siedzi inny kolega, więc raczej nie będziemy mieli okazji często się widywać. Ech, prawdę mówiąc, całkiem lubię przebywać z wami, młodymi. Ty jesteś świeżo po studiach? Jaka uczelnia? Jaki kierunek?
Zawstydzony Guo Changcheng powiedział o swoim niezbyt imponującym wykształceniu, a na koniec, głosem cichym jak brzęk komara, wyznał:
- Nie byłem zbyt dobrym studentem.
- A gdzie tam! Przecież skończyłeś studia! - odpowiedział szybko Lao Wu. - Bardzo lubię młodych, wykształconych ludzi. Ja to co innego, za dzieciaka w domu panowała bieda. Jak miałem tak ze siedem lat, to poszedłem do prywatnej wiejskiej szkoły, ale tylko na dwa lata. Minęło tyle czasu, że wszystko, czego się nauczyłem, oddałem preceptorowi, nic nie pamiętam. Znaki ledwo co rozpoznaję, z trudem gazetę przeczytam.
W jakich to było czasach, że jeszcze istniały prywatne szkoły i preceptorzy?
Guo Changcheng po raz kolejny nie zrozumiał, ale nie chciał wyjść na idiotę, nie odważył się więc dopytać.
- Jesteśmy na miejscu! - stwierdził z zadowoleniem Lao Wu.
Guo podniósł głowę i zobaczył jedynie napis na drzwiach: "Logistyka i kadry", wielkie czerwone znaki na białym tle. Z tą czerwienią było coś nie tak, choć w pierwszej chwili nie wiedział co. Wpatrywał się długo w napis i nagle go olśniło: linie wyglądały jak maźnięcia zaschniętej krwi... czerwień z rdzawą domieszką.
Lao Wu zapukał.
- Xiao Wang? Przyprowadziłem nowego pracownika do przyjęcia do pracy, zajmiesz się formalnościami?
Po chwili ze środka dobiegł bardzo cichy kobiecy głos:
- Mhm, już idę.
Brzmiał, jakby dochodził z bardzo daleka, ale jakby równocześnie znajdował się tuż przy uchu. Guo zadrżał instynktownie i poczuł chłód na karku.
Lao Wu zdawał się niczego nie zauważać i dalej gadał jak najęty:
- Naprawdę mi przykro, Xiao Guo, że fatygowaliśmy cię w środku nocy, ale nie było innego wyjścia. Nasza Xiao Wang, tak jak ja, może pracować tylko na nocną zmianę, dlatego wszystkie formalności związane z przyjęciem do pracy muszą być załatwiane w tym czasie.
Chwila...
Co to znaczy: "Może pracować tylko na nocną zmianę"?
A... w dzień?
Guo Changcheng nagle poczuł na plecach świeżą warstwę zimnego potu. W końcu zebrał się na odwagę i drżąc ze strachu, omiótł wzrokiem przechodzącą obok nich postać. Jeden rzut oka mu wystarczył - wyraźnie zobaczył, że jakiś pracownik w mundurze przemknął za nimi, nie dotykając stopami ziemi.
On... on on on on... nie miał nóg!
Drzwi biura otworzyły się ze skrzypnięciem, zawiasy jęknęły ochryple i stanęła przed nimi młoda kobieta w białej sukience.
- Przyniosłeś zawiadomienie i dowód osobisty? - szepnęła eterycznym głosem, od którego pojawiała się gęsia skórka.
Z głębi pokoju buchnął lodowaty strumień powietrza. Serce Guo Changchenga podeszło mu prawie do gardła i przestało bić. Wstrzymał oddech i powoli uniósł głowę. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po nieskazitelnie białej sukience i zatrzymało się na odsłoniętej szyi dziewczyny...
Z gardła chłopaka wydobył się charkot, jakby ktoś go dusił. Z półotwartymi ustami i oczami wybałuszonymi tak, jakby miały mu zaraz wypaść, cofnął się przerażony kilka kroków.
Na szyi dziewczyny zobaczył cienką "czerwoną nitkę"! To nie był naszyjnik, a ściśle przylegający do skóry.... drobny, gęsty ścieg łączący głowę z karkiem!
Lodowata dłoń dotknęła jego ramienia.
- Ej, Xiao Guo, co ci jest? - usłyszał z bardzo bliska głos Lao Wu.
Guo Changcheng gwałtownie się odwrócił i stanął na wprost białej jak papier kredowy twarzy z krwawą paszczą rozciągniętą od ucha do ucha.
Kilka chwil temu kretyńsko pomyślał, że lepiej spotkać ducha niż przełożonego, i teraz dopadła go karma - tej nocy zobaczył nie tylko dyrektora, lecz także prawdziwe duchy!
Wuja naprawdę poniosła fantazja - o tak, znalazł mu wyjątkowo dobrą posadę!
Świecące blado jak świetliki lampy nie rozpraszały mroku nocy. Nierówne kroki stukały na wystających płytach chodnika. Nagle dziewczyna zahaczyła o coś stopą i ciężko runęła na kolana.
Letnią nocą panowała duchota jak w bambusowym koszyku do gotowania na parze. Li Qian gorączkowo łapała powietrze i nerwowo mięła palcami ubranie.
Słyszała swoje walące serce i odgłos czyichś kroków.
Jedynie staromodne buty o miękkiej podeszwie szurały w ten sposób. Nadstawiwszy ucha, dało się usłyszeć, że ktoś powłóczy nogami, raz za razem trąc o ziemię, jak poruszający się z trudem stary człowiek.
Li Qian gwałtownie obejrzała się za siebie, lecz poza tańczącymi w świetle lamp owadami niczego nie dostrzegła.
Miała delikatne rysy i zazwyczaj wyglądała ślicznie, ale teraz - rozczochrana, z kosmykami włosów przyklejonymi do spoconej, bladej twarzy i z bezkrwistymi wargami - zdecydowanie nie prezentowała się atrakcyjnie.
Powoli jej rysy wykrzywił dziwny grymas, jakby mieszanka strachu i jadowitej urazy.
- Nawet nie myśl, że mnie dopadniesz... - Zerwała się na równe nogi i przez zaciśnięte zęby powiedziała: - Skoro raz się ciebie pozbyłam, drugi raz też zdołam.
Odgłos kroków ucichł.
Li Qian podwinęła rękawy, odsłaniając jasne ramiona pokryte gęsią skórką. W tę duszną letnią noc coś niewidzialnego sprawiało, że czuła chłód. Podniosła z ziemi cegłę, a uporczywy jak wżerająca się w kości gangrena dźwięk kroków nadciągał ze wszystkich stron - lecz ona wciąż niczego nie widziała.
I właśnie to, że niczego nie widziała, przerażało ją najbardziej.
Li Qian zaczęła krzyczeć. Na oślep waliła w powietrze wokół cegłą, która stawała się coraz cięższa, a szorstka powierzchnia obcierała jej boleśnie skórę. Wyczerpana, z mroczkami przed oczami, zgięła się wpół i oparła dłonie o kolana. Machinalnie spojrzała na ziemię.
W jednej chwili źrenice Li Qian gwałtownie się zwęziły. Cała zaczęła drżeć, cegła wypadła jej z ręki i uderzyła w odsłonięte palce stopy w sandałach, lecz Li Qian zdawała się tego w ogóle nie zauważać. Cofnęła się chwiejnie o dwa kroki, kolana nagle się pod nią ugięły i osunęła się na ziemię.
Cień... to był cień!
Latarnia stała tuż przed nią, więc jak to możliwe, że w tak oświetlonym miejscu znajdował się tak wyraźny cień?!
Wyglądał jak rozlana na ziemi kałuża czarnego atramentu. Nie wiedziała, jak długo na nią "patrzył".
Li Qian leżała jak sparaliżowana, ale cień nadal stał.
Czy jesteś prawa? Jeśli tak, to dlaczego boisz się cienia?
Zdawało się jej, że usłyszała przenikliwy, ostry śmiech.
Nie wybiła jeszcze piąta rano, kiedy telefon na stoliku przy łóżku rozdzwonił się tak, że obudziłby zmarłego.
Zhao Yunlan pracował całą noc. Po powrocie do domu nawet się nie rozebrał, tylko runął na łóżko i miał wrażenie, że dopiero co zamknął oczy. Gdy je otworzył, miał niewzruszony wyraz twarzy; na jego ciężkich powiekach wyraźnie widać było podwójną fałdę, a spojrzenie, prawie nienawistne, na chwilę wbił w sufit. Dopiero po trzech sekundach usiadł sztywno jak zombie i walcząc z falującym w głowie kisielem, wyciągnął ramię i wziął komórkę ze stolika.
Pokój Zhao Yunlana wyglądał tak, że nazwanie go psim barłogiem byłoby obraźliwe dla barłogu. Ubrania leżały dosłownie wszędzie. Nie dało się stwierdzić, czy Zhao Yunlan zamierzał je dalej nosić, czy uprać. Na szerokim małżeńskim łożu walały się najróżniejsze rzeczy, a niektóre z nich rzucały wyzwanie wyobraźni - skarpetkę otulającą róg monitora laptopa dało się jeszcze jakoś z trudem zrozumieć, okulary przeciwsłoneczne i parasol również, ale wysoka czapka z białego papieru i wielki słój ze sproszkowanym cynobrem wykraczały już poza ludzkie pojęcie. Te wszystkie wymieszane rupiecie leżały na kupie, pozostawiając jedynie norę rozmiarów człowieka. Zapewne wymoszczoną, kiedy Zhao Yunlan się kładł.
Gdy odebrał telefon, wyglądał tak, jakby za chwilę miał eksplodować stekiem przekleństw.
- Co się znów stało?
- Panie dyrektorze, trup - odpowiedziała zwięźle i rzeczowo Wang Zheng.
- Kiedy?
- Wczoraj w nocy albo dzisiaj przed świtem.
- Gdzie?
- Ulica Uniwersytecka.
- Hmm... - Zhao potarł drapieżnie wykrzywioną twarz. - Rozumiem. Wyślij tam Lao Chu.
- Chu Shuzhi pojechał w delegację do zachodniego Hunanu.
- A Lin Jing?
- Czasowo oddelegowany do Zaświatów.
- To Zhu Hong... Dobra, cofam, co powiedziałem, wczoraj była pełnia, poprosiła o wolne. Kto został?
- Ja - powiedziała Wang Zheng. - Ale za chwilę świt i kończę zmianę. Poza tym jest jeszcze Daqing i nowy stażysta Guo Changcheng...
Zhao Yunlan ziewnął.
- Niech Daqing weźmie stażystę, dajmy dzieciakowi okazję do praktyki - stwierdził bez cienia energii.
- Chłopak teraz nigdzie nie może jechać - odparła Wang Zheng beznamiętnym tonem. - Wczoraj w nocy, gdy przyszedł się zameldować, zemdlał ze strachu. Najpewniej już doszedł do siebie i po prostu śpi, ale wciąż się nie obudził.
Zhao Yunlan przez chwilę się wahał, po czym zapytał:
- Co go tak przestraszyło?
- Ja i Lao Wu - zameldowała sucho Wang. - Od dawna mówię, żebyś znalazł profesjonalny zakład pogrzebowy i zamówił Lao Wu porządne ciało. Zhu Hong ma zręczniejsze nogi niż ręce - nawet worki treningowe, które szyje, rozłażą się w szwach. Jej papierowe kukły przypominają wszystko, tylko nie ludzi.
Zhao Yunlan siedział nieruchomo na skraju łóżka. Uświadomiwszy sobie, że zabrakło mu chłopców na posyłki, mógł jedynie ciężko westchnąć.
- Dobra, będę tam za chwilę - oznajmił zaspanym głosem. - Powiedz Daqingowi, żeby na mnie poczekał.
Rozłączył się, krzyknął i zaklął potężnie, a potem w trzy minuty się ogarnął i pognał na ulicę Uniwersytecką.
Kiedy Zhao Yunlan przejeżdżał przez skrzyżowanie i właśnie zaczął zwalniać, z nieba nagle runął czarny cień. Zhao Yunlan zobaczył jedynie okrągłe zwierzę, które z głośnym "łup!" uderzyło jak granat w maskę jego samochodu - o mały włos nie robiąc w niej wgniecenia. Natychmiast gwałtownie zahamował, wychylił głowę przez okno i aż syknął:
- To pojazd mechaniczny, środek transportu, a nie kocia kuweta! Czy szanowny pan mógłby trochę uważać?!
Na masce siedział wyprostowany smoliście czarny kot o bardzo dyskretnie zaznaczonej szyi, z osadzoną na niej mordką okrągłą jak suszona persymona - jego ciało zasadniczo przypominało kulę. Z wysiłkiem wciągnięty brzuch i podkurczone tylne nogi pozwoliły mu, choć wiele go to kosztowało, oprzeć przednie łapki, zdecydowanie za krótkie jak na tak potężny bebzol, o maskę, wyprostować je i przybrać dostojną postawę.
Wielki kocur o persymonowym obliczu rozejrzał się wokół, a ponieważ nikogo nie zauważył, powoli otworzył mordkę, wprawiając w drżenie wąsy.
- Przestań gadać i szybko wysiadaj - rozległ się dość niski męski głos. - Nie czujesz tego zapachu?
W powietrzu unosił się niewyobrażalny smród. Wysiadłszy z auta, Zhao Yunlan zasłonił nos dłonią i zmarszczył brwi.
- Ale cuchnie. To twoja sprawka? - zapytał kota.
Czarny kocur nie zaszczycił go uwagą. Zeskoczył z maski i wylądował na ziemi z gracją i siłą uderzenia pioruna, obrócił się do Zhao wielkim, tłustym zadkiem i ociekając arogancją, ruszył przed siebie kocim krokiem.
Po drugiej stronie ulicy stało już kilka radiowozów, a przy wejściu do alejki funkcjonariusze rozciągali taśmę policyjną.
Zhao Yunlan długo grzebał po kieszeniach i w końcu wyciągnął bardzo sfatygowaną legitymację służbową. Pilnujący przejścia młody policjant o zielonkawej twarzy stał odwrócony plecami do miejsca zdarzenia. Wziął dokument, zdążył tylko rzucić na niego okiem, po czym wepchnął go Zhao za pazuchę i już nie mogąc wytrzymać, odbiegł i zwymiotował, opierając się o ścianę.
Zhao Yunlan podrapał się po swojej fryzurze w stylu "piorun w rabarbar".
- Czyżby moje wytworne zdjęcie portretowe wywoływało pawia? - zadumał się.
Czarny kot wyprzedził go o kilka kroków i widząc, że Zhao Yunlan się guzdrze, nie wytrzymał. Odwrócił się, nastroszył futro i przeciągle miauknął:
- Miaaau!
- Dobra, dobra, nie poganiaj. Ajajaj, co za smród, może zabić nawet z odległości dziesięciu kroków...
Zhao Yunlan pochylił się i przecisnął pod taśmą policyjną.
Gdy tylko znalazł się po drugiej stronie, ktoś natychmiast do niego podszedł i z chusteczką przytkniętą do nosa zapytał przytłumionym głosem:
- Towarzysz z Wydziału Dochodzeń Specjalnych?
W strukturze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego istniała tajemnicza jednostka o dość wysokiej randze, nosząca nazwę "Wydział Dochodzeń Specjalnych", ale nikt nie wiedział, czym się dokładnie zajmuje ani według jakich procedur działa - wiadomo było jedynie, że ilekroć zjawiał się ich człowiek, rozkaz wydała góra i sprzeciw nie wchodził w grę.
Ale jeśli sami się nie pojawili, nikt nie wiedział, jak ich ściągnąć.
Choć należała do struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, czasem jednostka działała jakby poza nią. Była tajna, z zerową transparentnością działań, a media bez specjalnej zgody nie znalazłyby najmniejszego jej śladu, nie mówiąc już o reportażu z jej pracy. Nikt również nie znał jej procedur sporządzania aktów oskarżenia. Krótko mówiąc: przekazanie tam sprawy równało się wrzuceniu jej do czarnej skrzynki, a do wiadomości publicznej docierał jedynie mętny raport o jej zamknięciu.
Niekiedy pracownicy Wydziału Dochodzeń Specjalnych byli bardziej zagadkowi niż prowadzone przez nich nierozwiązane sprawy.
Ich raporty końcowe były szczegółowe: przyczyna, przebieg, rezultat, tożsamość podejrzanego, okoliczności zatrzymania, a nawet sam przebieg akcji - każdy krok przedstawiano jasno, logicznie i w przejrzystym układzie i nie dało się przyczepić do żadnego detalu. Powtarzał się tylko jeden problem: w każdej zamykanej przez nich sprawie winny zawsze kończył jako zimny trup.
Za organizację pracy na miejscu odpowiadał starszy, doświadczony oficer nazwiskiem Yang. Uścisnął dłoń Zhao Yunlana i przyjrzał mu się z nieukrywaną ciekawością.
- Jak mam się do pana zwracać? - spytał uprzejmie.
- Nazywam się Zhao, Zhao Yunlan. Proszę do mnie mówić: Xiao Zhao.
Lao Yang mocno się zdziwił, nie spodziewał się bowiem, że na miejscu zjawi się sam dyrektor WDS. Dyrektor Zhao Yunlan wyglądał na trzydzieści kilka lat - trochę za mało na to stanowisko - był wysoki, szczupły, o regularnych rysach. Nosił jednak wymiętą koszulę - u góry z dwoma rozpiętymi guzikami, a na dole wciśniętą jedną połą w spodnie, a drugą na zewnątrz. Dodając do tego istne ptasie gniazdo na głowie, całość prezentowała się dość niechlujnie.
- Ooo! Pan dyrektor Zhao Yunlan! - zawołał Lao Yang. - Yyyy... proszę wybaczyć, że nie poznałem, nie spodziewałem się, pan dyrektor jest taki młody, a z takimi sukcesami.
Zhao Yunlan, przyzwyczajony do takiej reakcji, odpowiedział kilkoma gładkimi frazesami.
Wtedy rozległo się "miau". Yang spojrzał w dół, ale zobaczył jedynie czarny cień, który z prędkością błyskawicy w kilku susach - szus, szus, szus - wspiął się po nogawce Zhao, śmignął po koszuli i usiadł na ramieniu mężczyzny. Był to czarny kot o szmaragdowozielonych oczach. Czarny kot o zielonych oczach... Pojawienie się takiego osobnika na miejscu zbrodni powinno budzić grozę, ale ten koci jegomość miał nadzwyczaj dorodne kształty i kojarzył się raczej z maneki neko. Rozmiar jego zadka dodawał komizmu - kot wyglądał, jakby chciał zepchnąć głowę Zhao i zająć jej miejsce.
Lao Yang i kot wpatrywali się w siebie okrągłymi oczami.
- To... to...
Zmieszany Zhao Yunlan podciągnął spodnie, które ciężkie kocisko prawie z niego ściągnęło, pochylił głowę i zaśmiał się sucho.
- To nasz koci dyrektor, na co dzień bardzo pilnuje roboty. Zobaczył, że gawędzimy, i niezbyt mu się to podoba.
Lao Yang nie wiedział, co odpowiedzieć.
Kocur miauknął lekceważąco, niecierpliwie machając ogonem i wyciągając szyję. Zhao Yunlan zrozumiał sygnał, wyciągnął rękę i wymacał na karku zwierzaka plakietkę. Z wielkim trudem wyłuskał ją spomiędzy fałd i pokazał Lao Yangowi.
- To przepustka specjalna Wydziału Dochodzeń Specjalnych. Ma taką samą moc jak nasze legitymacje służbowe i pozwala mu na dostęp do każdego miejsca zdarzenia. Proszę się nie martwić, to stary kot, zna zasady i nie sprawi kłopotu.
Lao Yang ponownie nie wiedział, co odpowiedzieć.
Dotarło do niego, że cała ta scena jest dość absurdalna.
Chwilę później, po kilku telefonach, Lao Yang potwierdził, że stojący przed nim rozczochraniec z sierściuchem na rękach to żaden oszust. Zhao Yunlan i kot w końcu mogli wejść na miejsce zdarzenia.
Z każdym krokiem smród przybierał na sile.
Ciało dziewczyny leżało w wąskiej alejce. Zwłoki były ubrane w T-shirt z napisem "Uniwersytet Longchengu wita pierwszaków". Dziewczyna miała szeroko otwarte oczy, ręce i nogi rozłożone w kształt znaku ?, otwarte usta i rozpruty brzuch, z którego zniknęły wszystkie wnętrzności - przypominała wypatroszoną z waty lalkę.
Lao Yang znów przyłożył chusteczkę do nosa, a cała jego twarz ściągnęła się w grymasie.
Tłusty kocur na ramieniu Zhao wydał z siebie przeciągłe, żałosne miauknięcie i zeskoczył na ziemię. Okrążył ciało dwa razy, wreszcie znalazł jakieś miejsce i przy nim usiadł, po czym z zadartą głową patrzył na Zhao - kot był świetnie wyszkolony, przypominał psa policyjnego, który właśnie zlokalizował narkotyki. Zhao Yunlan podszedł, wkładając wymięte rękawiczki wyciągnięte z kieszeni. Pomacał miejsce, przy którym siedział kot, następnie delikatnie podniósł ramię zmarłej.
Lao Yang wyciągnął szyję i zobaczył, że pod podniesioną kończyną znajduje się połowa krwawego odcisku dłoni.
Zdecydowanie nie należała ona do człowieka, ponieważ wyglądała jak dłoń małego dziecka, lecz o palcach długich na co najmniej dwadzieścia centymetrów. Lao Yang, który całe życie pracował jako detektyw, nigdy czegoś takiego nie widział. Stał oszołomiony. Nagle usłyszał Zhao Yunlana mówiącego niezwykle poważnym tonem:
- Sprawę przejmuje Wydział Dochodzeń Specjalnych, wszystkie formalności zostaną dopełnione w ciągu dwóch dni roboczych.
Skończywszy i nie zaczekawszy na odpowiedź Lao Yanga, młody dyrektor wskazał na zrujnowaną bramę w murze otaczającym teren.
- Co to za miejsce? - zapytał.
Przed nimi wznosiło się niewielkie boczne wejście na Uniwersytet Longchengu.
Uniwersytet Longchengu był renomowaną uczelnią o długiej historii. Podobnie jak inne szkoły wyższe, dawno temu przeniósł główny kampus na przedmieścia, a w śródmieściu, gdzie metr kwadratowy ziemi był na wagę złota, pozostała jedynie niewielka część starego kampusu z budynkami administracyjnymi i kilkoma wydziałami studiów magisterskich, dlatego studentów było tam mniej niż turystów.
Zhao Yunlan z kotem na rękach stał dobre pół godziny przed wejściem do akademika, zanim doczekał się Guo Changchenga. Zauważył, że stażysta, którego spotkał w przelocie poprzedniego wieczoru, prezentuje się niespecjalnie: garbił się i chował głowę w ramiona, wiecznie opuszczał wzrok, jakby się czegoś wstydził, a nieco za długie włosy wchodziły mu w oczy. To wszystko w połączeniu z żałobną czernią ubrań sprawiało, że wyglądał na kompletnie wyzutego z energii. Z daleka przypominał kołyszącego się na wietrze grzyba.
Zhao Yunlan zmrużył oczy.
- Jak myślisz, co Wang Zheng mu nagadała? - szepnął kotu do ucha. - Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na twarzy tego dzieciaka maluje się rozpacz kogoś, kogo zmuszono do zejścia na złą drogę.
Kocur leniwie ziewnął.
- Och, mamusiu, przesadzasz.
Guo Changcheng, szurając nogami, w końcu stanął przed Zhao.
- ...kazała mi przyjść do pana na miejsce zdarzenia - wydukał żałośnie jak świeżo uprowadzona przyszła żona herszta zbójców.
- Kto ci kazał? - zapytał specjalnie Zhao Yunlan. - Możesz mówić głośniej? Nikt cię za to nie obciąży kosztami.
Guo zadrżał jak osika.
- Waa... Waa... Waa - jąkał się szczekliwie.
- Miau!!! - odparował natychmiast Daqing.
Zhao Yunlan trochę oklapł. Poprzedniego wieczoru tylko się minęli i nie zdążył się zorientować, że nowy pracownik nie potrafi nawet sklecić zdania, dlatego w jego głosie pojawiła się nuta fałszywej uprzejmości.
- Poznałeś już szczegóły miejsca zdarzenia? To akademik ofiary, chodź, najpierw tu się rozejrzymy.
Mówiąc to, Zhao Yunlan odwrócił się i wszedł do budynku. Po dłuższej chwili, kiedy nie usłyszał za sobą kroków, obejrzał się i zobaczył Guo zapatrzonego w srogo wyglądającą panią z portierni - chłopak praktycznie skamieniał ze strachu. Zhao musiał stłumić irytację i z wymuszoną cierpliwością pomachał do niego ręką, jakby przywoływał psa.
- Czemu tak sterczysz jak kołek? Już z nią rozmawiałem, nie musisz się meldować, po prostu wchodź.
Tego nie powinien był mówić, gdy tylko bowiem Guo Changcheng usłyszał słowo "meldować", natychmiast odruchowo się wyprężył i zawołał:
- Je... jestem!
Chwilę później uświadomił sobie, że zrobił z siebie idiotę, i zastygł w wejściu czerwony jak chińska flaga.
Tym razem Zhao się nie odezwał. Trzy słowa: "Co za idiota", w pełni oddawały wrażenie, jakie uformowało się w jego głowie na temat stażysty.
Pokój 202 w żeńskim akademiku wyglądał jak standardowa studencka dwójka. Kot zeskoczył z ramion Zhao i skrupulatnie sprawdził przestrzeń pod łóżkiem i pod szafkami, a na koniec wskoczył na parapet, pochylił łebek i powąchał powierzchnię, po czym nagle się odwrócił i potężnie kichnął.
Choć Guo Changcheng ostatniej nocy przeżył wstrząs, po wnikliwej obserwacji zdołał stwierdzić, że jego przystojny zwierzchnik rzuca cień w świetle dnia. Ośmielony tym przełomowym odkryciem, przyjrzał mu się jeszcze skrupulatniej: szef był ewidentnie zmęczony po nocnej zmianie. Guo uznał, że prawdopodobnie ma do czynienia z człowiekiem; dopiero wtedy trochę się uspokoił i przykleił do Zhao jak rzep do psiego ogona.
Zhao Yunlan wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, zręcznym ruchem wyjął jednego, wsunął go między wargi i zapalił. Pochylił się, klepiąc kota po zadku, żeby mu zrobił miejsce, po czym przysunął się do okna i mrużąc oczy, wypuścił kłąb dymu. Ten nie dławił, dało się w nim wyczuć nutę mięty i rześki ziołowy zapach, które łączyły się z delikatną wonią wody kolońskiej na skórze mężczyzny. Wszystko razem tworzyło wrażenie lekkości i świeżości - zadziwiające, że nawet wyglądając tak niechlujnie, Zhao nie zapomniał o swoim uroku.
- Spójrz. - Guo Changcheng usłyszał słowa szefa.
Posłusznie spojrzał w dół i zadrżał - na wcześniej pustym parapecie zobaczył odcisk... odcisk kości ludzkiej dłoni!
Zhao Yunlan bez emocji pochylił się i powąchał ślad.
- Zero zapachu, tylko stary, doświadczony kot dałby radę to wyczuć.
Kocur otworzył pyszczek.
- To nie to?
Usłyszawszy kota mówiącego ludzkim głosem, Guo tak gwałtownie się odwrócił, że aż mu strzyknęło w szyi.
Zhao Yunlan nie zwrócił na niego uwagi. Pokręcił głową spowitą chmurką dymu i dalej mówił do kocura:
- Raczej nie, rzeczy, które potrafią zabić człowieka, cuchną inaczej.
Kiedy wyciągnął rękę i pchnął okno, przypadkiem spojrzał na Guo Changchenga - śmiertelnie blady chłopak wyglądał na bliskiego załamania, ewidentnie jego światopogląd wywrócił się do góry nogami, a nerwy miał napięte jak postronki. Zhao Yunlan nie potrafił się powstrzymać, żeby mu nie dokuczyć.
- Chłopcze, wejdź na górę i sprawdź, czy czegoś nie ma za oknem - polecił.
- Eee... - stęknął Guo.
- Co to za "eee"? Młody człowieku, ruszaj się, no szybciej!
Guo Changcheng głośno przełknął ślinę, wyjrzał za okno i gdy zobaczył "otchłań" widoczną z drugiego piętra, zmiękły mu kolana, ale na myśl o odwróceniu się i powiedzeniu szefowi "Boję się", poczuł, że to przerasta jego odwagę i umiejętności komunikacyjne.
Uwięziony między młotem a kowadłem nieszczęsny chłopak uznał wreszcie, że straszniejszy jest szef. Zaczął więc powolnie niczym ślimak wspinać się na parapet okna francuskiego, gdzie kucał przez długi czas, trzymając się kurczowo ramy, zbyt przerażony, by wstać, zdolny do poruszenia jedynie szyją. Zbierając wszystkie siły, obrócił głowę i rozdygotany rozejrzał się wokół.
Wtedy na szybie otwartego okna dostrzegł odbicie i w ułamku sekundy wszystkie włosy na ciele stanęły mu dęba, z przerażeniem bowiem odkrył, że widzi w nim nie tylko siebie!
Zobaczył również ludzki szkielet, który niewytłumaczalnie leżał tam, gdzie kucał Guo. Jego koścista dłoń przenikała dokładnie przez kostkę chłopaka i dotykała parapetu w miejscu znalezionego odcisku. Szkielet wpatrywał się we wnętrze pokoju...
Chłopak opuścił głowę, ale niczego nie zobaczył.
Przez chwilę nie potrafił stwierdzić, czy okłamują go oczy, czy odbicie. W piersi poczuł kawał lodu, dygotał mu nawet oddech. Wtedy szkielet odwrócił czaszkę, ich spojrzenia zetknęły się w odbiciu i Guo Changcheng w pustych oczodołach chyba kogoś zobaczył.
Postać miała narzucony na głowę i ramiona płaszcz, spowijała ją czarna mgła, a w ręce trzymała jakiś przedmiot...
Zanim zdążył dostrzec, co dokładnie miała w dłoni, usłyszał z dołu jakiś męski głos:
- Ej, kolego! Co ty robisz w tym oknie?
Ten okrzyk sprawił, że spięty do granic możliwości Guo podskoczył ze strachu, stanął na śliskiej kępie mchu na parapecie i z tragicznym efektem uległ sile grawitacji. Zhao Yunlan jak błyskawica rzucił się w jego stronę, aby go złapać - i owszem, złapał, ale jego fryzurę-kask. Guo zawył "Ał!", Zhao zadrżała ręka i zwolnił chwyt.
Czarny kot stał na parapecie i machając ogonem, miauknął:
- Miauuu.
- Ja... - zaklął Zhao i popędził do schodów. - No nie wierzę!
Właściciel głosu, widząc spadającego człowieka, natychmiast wyciągnął ręce i złapał Guo Changchenga. Nieznajomy okazał się szczupłym mężczyzną, który nawet w środku lata nosił nienagannie wyprasowaną koszulę z długim rękawem; na nosie miał okulary bez oprawek, które dodawały mu schludności. Od stóp do głów prezentował się jak elegancki intelektualista. Kiedy łapał Guo, trzymane w ręce kartki upadły mu na ziemię.
- W porządku, kolego?
Na szczęście stażysta spadał zaledwie z drugiego piętra, nie odniósł więc żadnych poważnych obrażeń. Nadal w szoku spojrzał gorączkowo do góry, ale parapet świecił pustkami - nic, zero, null, jakby szkielet wiszący za oknem i czarna postać w jego oczodołach jedynie mu się przywidziały.
Guo Changcheng klapnął tyłkiem na ziemię - nogi miał jak z waty.
- Skręciłeś kostkę? - Mężczyzna w okularach pochylił się, by to sprawdzić. - Wspinanie się po budynkach na terenie uczelni to naruszenie regulaminu i zbyt niebezpieczne zachowanie. Dzisiaj ci daruję, ale może pójdziesz do naszego szpitala?
- Nie, nie trzeba, ja nie.. nie... nie... jestem... - wydukał Guo.
Kiedy się denerwował, język mu się plątał, a wysławianie się sprawiało mu jeszcze większy problem niż zazwyczaj. Guo poczuł się jak urodzony życiowy przegryw, skazany wyłącznie na życie na cudzy koszt - pierwszy dzień pracy, a on już znalazł się na skraju obłędu.
Zhao Yunlan wypadł z budynku, chwycił Guo za kołnierz i postawił na ziemi. Bardzo go kusiło, żeby zdjąć buty i sprać po gębie, raz z lewej, raz z prawej, tego żenującego nieudacznika. Przy świadkach musiał jednak chwilowo powstrzymać swój gniew, odwrócił się więc do mężczyzny w okularach i wyciągnął do niego rękę.
- Dzień dobry - przywitał się. - Jestem z policji, nazywam się Zhao. Mogę szanownego pana zapytać o godność?
Ich spojrzenia się spotkały i obaj równocześnie znieruchomieli.
Zhao zaświtała niedorzeczna myśl: "To wykładowca czy mister kampusu?".
Na twarzy mistera... wykładowcy w okularach pojawiło się zaskoczenie, ale natychmiast je ukrył i instynktownie uchylił się od wyciągniętej dłoni Zhao. Szybko się jednak opanował, odkaszlnął, dotknął - najkrócej jak się dało - ręki policjanta i powiedział:
- Bez szanownego... nazywam się Shen. Shen Wei. Wykładam na tej uczelni. Proszę wybaczyć, uznałem, że pański kolega to nasz student, który nie wyjechał na wakacje.
Dłoń Shen Weia wydawała się lodowata, jak u trupa wyciągniętego przed chwilą z chłodni. Zhao Yunlan nie mógł się powstrzymać, znów więc podniósł głowę i spojrzał na niego ponownie, ale wykładowca, unikając kontaktu wzrokowego, schylił się po rozsypane na ziemi papiery. Zhao rzucił się do pomocy i równocześnie wyciągnęli rękę po tę samą kartkę, a skoro jeden sięgał po swoją własność, a drugi z grzeczności, Zhao naturalnie się cofnął, ale niespodziewanie Shen Wei też szarpnął dłonią, jakby dotknął rozpalonego żelaza.
Miał blade wargi, ale jego policzki powlekł delikatny rumieniec.
Jak na pierwsze spotkanie Zhao uznał takie zachowanie za co najmniej dziwne. Shen wyglądał, jakby się bał, ale to oznaczało coś więcej. Przestępcy o nieczystym sumieniu, spotykając policjanta, są nerwowi i zazwyczaj ukradkiem obserwują jego reakcje, a nie unikają jakiegokolwiek kontaktu.
Zaintrygowany Zhao Yunlan przyjrzał się bacznie Shen Weiowi.
Na świecie istnieje wiele typów piękna: promienne, delikatne, silne, kruche, jest ich bez liku; jeden zaś przypomina porcelanę - przyjemny, acz nierzucający się w oczy, łagodny i elegancki, nieprzyciągający spojrzeń, lecz jeśli wnikliwy obserwator przyjrzy się uważniej, może z łatwością ulec jego urokowi. Shen Wei zdawał się właśnie posiadać ten intrygujący typ urody.
Zhao Yunlan nie dyskryminował żadnej płci, a ponieważ od kilku miesięcy żył w pojedynkę, do podejrzliwości dołączyło pożądanie i zupełnie nie w porę coś w nim drgnęło.
Dokładnie w tym momencie okrągły jak piłka czarny kocur kołyszącym krokiem podszedł do nóg Shen Weia, wyciągnął szyję, obwąchał wykładowcę i jakby coś w niego wstąpiło, przylgnął do jego nogawki i miauknął zalotnie. Ten koci jegomość, zazwyczaj pierwszy do miski, ostatni do roboty, wyniosły arystokrata, nigdy wcześniej z takim oddaniem nie wypełniał obowiązków swego gatunku. Zhao Yunlan osłupiał, widząc, jak kocisko bezwstydnie ociera się o nogi Shen Weia, przymilnie zadziera głowę i żałośnie krótkimi łapkami próbuje dosięgnąć kolan, domagając się wzięcia na ręce.
Wykładowca podniósł kocura, który nie miał nic przeciwko jego lodowatym dłoniom. Zwierzę z aksamitnym miauknięciem zwinęło się w kulkę, mrucząc i domagając się miziania.
Mężczyzna pogłaskał go po głowie.
- Co za mądry kot. Ma imię? - zapytał.
- Tak, nazywa się Daqing - odpowiedział Zhao. - Pieszczotliwie: Tłuścioch, przezwisko: Tłusta Baryła.
Kocur miauknął przeraźliwie, nastroszył się i błysnął pazurami. Zhao Yunlan zręcznie je ominął, zabrał kota i trzymając go na rękach, spojrzał znacząco na swego podwładnego.
Stażysta zebrał w sobie odwagę, wziął teczkę z dokumentami, wyjął z niej legitymację studentki i drżącą ręką podał ją Shenowi.
- Panie... panie profesorze, dzień... dzień dobry. Czy mógłby pan rzucić okiem? - spytał, mimo że rozmowa z nieznajomymi była dla niego wyzwaniem. - Czy rozpoznaje pan tę osobę?
Shen Wei poprawił okulary, maskując ledwo zauważalne zdenerwowanie, i spoważniał.
- Nie, nie rozpoznaję, raczej nie chodziła na moje zajęcia. Czyli pogłoski, że wczoraj w nocy doszło do zdarzenia z udziałem studentki, są prawdziwe?
Zhao Yunlan patrzył na niego uważnie, rejestrując każde drgnienie jego twarzy.
- Tak, to dokument znaleziony przy zmarłej. Panie profesorze, dokąd powinniśmy się udać, by sprawdzić dane studentki?
Wykładowca odwrócił wzrok, unikając natarczywego spojrzenia policjanta.
- Do sekretariatu wydziału.
- Gdzie znajduje się sekretariat? - podchwycił natychmiast Zhao Yunlan. - Czy mógłby pan nas zaprowadzić?
Shen Wei zesztywniał.
- Czy to kłopot? - nie odpuszczał Zhao.
Shen Wei ścisnął trzymane w ręce papiery.
- ...proszę za mną - odparł niechętnie po dłuższej chwili.
Stary kampus Uniwersytetu Longchengu powstał w okresie republiki i liczył ponad sto lat. Na terenie uczelni rosły wiekowe drzewa o tak rozłożystych koronach, że zasłaniały niebo, a skryte w ich cieniu stare budynki dydaktyczne w zachodnim, kolonialnym stylu z czasów koncesji wyglądały ponuro i odstraszająco. Jedynie grupa biurowców w pobliżu zachodniej bramy powstała w ostatnich latach. Wysokie wieżowce odstawały wyraźnie od zabytkowej reszty - pasowały jak pięść do nosa i rujnowały klimat całego kampusu.
Tuż po wejściu do nowego budynku administracyjnego Zhao drgnęła powieka - wieżowiec liczył osiemnaście pięter1.
Dawniej niektórzy deweloperzy, wznosząc bloki, celowo unikali tej cyfry, ale z czasem ceny nieruchomości poszybowały w górę wraz z ożywieniem rynkowym i ludzie przestali się przejmować "feudalnymi przesądami". Od progu uderzył w nich lodowaty powiew, może za sprawą klimatyzacji. Kot na ramieniu Zhao zadrżał, z miękkich łapek wysunęły się ostre pazury, które mocno się wczepiły w koszulę policjanta.
- Legitymacja została wydana przez Wydział Matematyki, ich sekretariat mieści się na samej górze - powiedział Shen Wei, wciskając w windzie przycisk osiemnastego piętra.
- Panie profesorze, nie ciekawi pana, co właściwie się wydarzyło? - spytał nagle Zhao Yunlan. - Zazwyczaj ludzie zadają pytania, kiedy zetkną się z czymś takim.
Shen Wei lekko pochylił głowę.
- Zmarłym należy się szacunek - odpowiedział cicho. - W miarę moich możliwości pomogę wam w śledztwie, wszystko inne spoczywa w waszych rękach, a czy ja coś wiem, czy nie, nie ma znaczenia.
Policjant położył rękę na kocim grzbiecie i odruchowo głaskał jego sierść.
- Niewielu obywateli tak chętnie współpracuje z policją jak profesor Shen. Nasz Daqing nigdy się nie garnie do ludzi, ale jak widzę, pana wyjątkowo polubił.
Shen Wei lekko się uśmiechnął.
- Tak trzeba - odparł, jak zawsze oszczędny w słowach.
W tym właśnie momencie winda dojechała do czwartego piętra, nagle nią szarpnęło i bez żadnego ostrzeżenia stanęła. Lampy pod sufitem zamigotały dwa razy, jakby miały luźne styki. Spanikowany Guo Changcheng podniósł wzrok na Zhao, ale policjant - czy to dzięki stalowym nerwom, czy z innego powodu - nawet nie mrugnął i wciąż w zadumie przyglądał się Shen Weiowi.
Wtedy w windzie rozległ się słaby męski głos:
- Panie profesorze, w jakim celu jedzie pan na osiemnaste piętro?
- Doszło do nieszczęśliwego zdarzenia z udziałem studentki matematyki, a ci dwaj panowie to policjanci - odpowiedział Shen Wei beznamiętnie. - Wiozę ich na wydział, ponieważ chcą się zapoznać z sytuacją.
- Ooo - zareagował głos z pewnym opóźnieniem. Następnie rozmówca tym samym powolnym, ociągającym się tonem dodał: - Dobrze, proszę zachować ostrożność.
Ledwie umilkł, w kabinie wszystko wróciło do normy. Światła znów świeciły równym blaskiem, a zawieszona w próżni winda ze skrzypnięciem ruszyła do góry... zupełnie tak, jakby nic się nie wydarzyło.
- Przestraszyłeś się? - Shen Wei odwrócił się, ale patrzył wyłącznie na Guo, znów gładko unikając kontaktu wzrokowego z Zhao Yunlanem. - To pewnie ochroniarz, w poprzednim semestrze jeden ze studentów popełnił samobójstwo, skacząc z dachu, i od tamtej pory jeśli ktoś niezwiązany z Wydziałem Matematyki jedzie bez wyraźnej przyczyny na najwyższe piętro, strażnik zatrzymuje windę i zadaje kilka pytań, aby uniknąć kolejnych tragedii.
Guo Changcheng odetchnął z ulgą. Wyglądał na wyczerpanego, podczas gdy Zhao Yunlan spojrzał badawczo na interkom w ścianie.
Winda, lekko się kołysząc, dotarła na ostatnie piętro. Cały poziom sprawiał wrażenie opustoszałego, nawet komary czy gekony nie zdecydowały się tam osiedlić. Brakowało tam choćby krzty życia.
Zhao Yunlan nie zdołał się powstrzymać i kilka razy kichnął.
Shen Wei natychmiast się zatrzymał.
- Pan inspektor się przeziębił? - spytał.
Każde pochylenie czy skinięcie głową Shena miały w sobie coś z postawy junzi, człowieka szlachetnego z dawnych czasów, i było tak miłe sercu i oku, że Zhao niemal się wyzbył swoich podejrzeń.
- Nie, nie, po prostu mam wrażenie, że ledwie weszliśmy w ten korytarz, od razu poczułem ten okropny zapach prac domowych z matematyki - powiedział, pocierając nos. - Mam uczulenie i aż kręci mnie w nosie.
Shen Wei wyczuł dowcip i uprzejmie zmrużył oczy.
- To nie żart - dodał poważnym tonem Zhao. - Przyznam się bez obawy o wyśmianie. W szkolnych czasach nauczyciele byli moimi śmiertelnymi wrogami. Wychowawca już wtedy wieszczył, że na pewno wyrośnie ze mnie drobny chuligan. Nikt się nie spodziewał, że zostanę funkcjonariuszem policji. Ostatnio na jubileuszu szkoły wpadłem na niego i chciałem się popisać. Zgadnie pan, co powiedział?
- Tak? - Shen Wei spuścił wzrok na drogę przed sobą, ale nie wiadomo dlaczego, na jego półprofilu malowało się pełne skupienie.
Policjant znalazł się w swoim żywiole.
- Ten stary gniewny tak mnie podsumował: "Popatrz na siebie, kolego. Nie pomyliłem się. Wyrosłeś na wzorcowego bandytę, tyle że w mundurze".
Zhao od dawna obracał się w najróżniejszych kręgach, miał dar wymowy oraz refleks i potrafił zagadać każdą sytuację, dlatego w mgnieniu oka rozładował wiszącą w powietrzu niezręczną atmosferę. Szli więc dalej we trzech, rozmawiając i sondując się wzajemnie. Ich kroki stukały rytmicznie, a echo odbijało się od ścian i niosło po korytarzu - mocne głosy i śmiech przytłumiły... odgłos kroków czwartej osoby.
Cichutkie, szeleszczące, przypominające szuranie miękkich, szmacianych butów.
Budynek administracyjny był potężnym wieżowcem. W budowlach tego typu winda zazwyczaj znajduje się pośrodku, a korytarz pełnym kręgiem otacza centrum konstrukcji.
Guo Changcheng mimochodem zauważył, że zegarek Zhao Yunlana bezgłośnie przechodzi jakąś dziwną przemianę - w miejscu, w którym stykały się dwie wskazówki, pojawiła się kropla różowawego karminu, ciemniejszego od cynobru, ale nie tak nasyconego jak karmazyn. Plamka rozszerzała się kręgami, jeden po drugim, niczym fale rozchodzące się na powierzchni wody. Dzięki temu męski zegarek przypominał drogocenne dzieło sztuki, metalowa bransoleta na bladym i szczupłym nadgarstku emanowała trudnym do opisania, niepokojącym przepychem.
- Panie... panie dyrektorze, pański zegarek... - szepnął Guo po chwili wahania.
- Co z nim? Poczerwieniał? - Idący przed nim Zhao obejrzał się z tym swoim złośliwym uśmiechem. - Wiesz dlaczego?
Chłopak szczerze pokręcił głową.
Zhao się zaśmiał.
- Złe duchy lubią czerwień - wyjaśnił. - Widzę, że ten budynek ma kiepskie feng shui. Kto wie, jakie paskudztwa się tu kryją... Może właśnie coś takiego się w nim odbija.
Twarz Guo w jednej chwili zbladła jak u trupa. Chłopak instynktownie posłuchał Zhao i spojrzał na jego zegarek. Tym razem na szkiełku tarczy zobaczył postać: starą kobietę średniego wzrostu, nieco tęgą, całą ubraną na czarno i... Z kamienną twarzą patrzyła prosto na niego!
Kroki Guo Changchenga nagle ucichły.
Zhao Yunlan natomiast zdawał się tym zupełnie nie przejmować. Zaśmiał się głośno, przekręcił koronkę z boku koperty i nagle na tarczy pojawiła się chmurka mgiełki, która w okamgnieniu rozmyła czerwoną plamkę. Guo znów patrzył na zwyczajny męski zegarek o konwencjonalnym wyglądzie, ani śladu niezwykłej czerwieni czy odbicia ducha kobiety.
- Nie widziałeś nigdy zmieniającej kolor rolki w myszce komputerowej? Ta sama zasada. Co za naiwny dzieciak, łyka wszystko jak pelikan.
Zhao pokpił jeszcze ze stażysty, po czym znienacka zwrócił się do Shena:
- Pan, jako człowiek wykształcony, opiera się na materializmie i na pewno nie wierzy w bajki o duchach, prawda?
- Jak mówili starożytni: "Mędrzec nie rozprawia o tym, co leży poza granicami ludzkiego poznania" - odpowiedział Shen Wei. - Nikt nie potrafi rozstrzygnąć kwestii ich istnienia czy też nieistnienia. Ja jednak uważam, że jeśli są, to są, a jeżeli ich nie ma, to ich nie ma. Nie widzę powodu, dla którego ludzie mieliby się tym zajmować. "Nie pytali o lud, lecz o duchy i bogów" - tak postępowali niekompetentni władcy w dawnych czasach. Skoro człowiek nie pojmuje w pełni ludzkich spraw, to czy nie zakrawa na absurd, że marnuje czas na myślenie o istnieniu duchów i bogów?
Wypowiedź brzmiała uczenie, ale brakowało w niej jasnej konkluzji i nie odpowiadała na pytanie. Zhao Yunlan, widząc, że sondowanie nic nie daje, roześmiał się i jakby nigdy nic zmienił temat:
- Pan profesor uczy przedmiotów humanistycznych?
- Tak, uczę chińskiego języka naukowego i kilku przedmiotów fakultatywnych.
- Nic dziwnego... Słyszałem od znajomego, który pracuje w deweloperce, że teraz bardzo rzadko buduje się takie wieżowce. Podobne konstrukcje to najczęściej biurowce wysokie na ponad sto metrów. Po pierwsze, trudno je sprzątać, po drugie, brakuje w nich przewiewu i dostępu do naturalnego światła, więc nie mieszka się w nich komfortowo. Myślę, że całe to gadanie o "niekorzystnym feng shui" dotyczy właśnie takich rzeczy. - Zhao wyjął z kieszeni na piersi paczkę papierosów i nią potrząsnął. - Och, no tak, tutaj wolno palić? Nie ma pan nic przeciwko?
Mężczyzna pokręcił głową, więc Zhao z jedną ręką w kieszeni spodni wytrząsnął papierosa z paczki i chwycił go wargami. Opuścił nieco oczy, przypalił go zapalniczką i po chwili spokojnie, bez pośpiechu wypuścił chmurę białego dymu z wprawą starego palacza.
Shen Wei, który chyba postanowił odzywać się jak najmniej, w końcu nie wytrzymał.
- Tytoń i alkohol szkodzą zdrowiu - stwierdził ze zmarszczonymi brwiami. - Pan inspektor to wciąż młody człowiek, lepiej zachować umiar.
Zhao lekko się uśmiechnął, ale nic nie odpowiedział - z jego twarzy ukrytej za kłębami dymu nie dało się nic wyczytać. Z końcówki papierosa drobinki popiołu spadały na ziemię, część z nich - przypadkiem czy celowo - policjant strząsnął na cień rozmówcy. Zhao Yunlan opuścił wzrok i omiótł spojrzeniem podłogę, po czym ręką zagarnął dym ku sobie.
- W naszej branży czasem pracuje się dzień i noc, rzeczywiście łatwo nabrać złych nawyków, wstyd przyznać.
Shen Wei wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, miał już słowa na końcu języka, ale z trudem powstrzymał się w ostatniej chwili. Po sekundzie niezręcznie zmienił temat:
- Na starym kampusie pozostało zaledwie kilka wydziałów i niewielu pracowników. Na całym osiemnastym piętrze wykorzystuje się jedynie parę biur wychodzących na południe, reszta pomieszczeń stoi pusta. Jeden zakręt i jesteśmy na miejscu.
W mrocznych i pustych zakamarkach łatwo plenią się mech i pleśń, a to samo dotyczy innych rzeczy.
Z niewiadomych powodów narożniki korytarzy w tym budynku pozbawiono zaokrągleń, przez co załamywały się niemal pod kątem prostym, czego zgodnie z zasadami feng shui powinno się unikać za wszelką cenę. Pomijając już takie feudalne zabobony, wyglądało to po prostu nieestetycznie, kanciasto i topornie, a ludzie dochodzący do takiego wystającego jak królicze zęby narożnika mieli ograniczone pole widzenia i osoby idące z naprzeciwka mogły z łatwością na siebie wpaść.
Shen Wei szedł na czele, za nim Zhao z kotem na rękach, a Guo Changcheng zamykał pochód. Kiedy zbliżali się do jednego z zakrętów, stażystę nagle ogarnęło przeczucie, że zaraz coś wyłoni się z półmroku. Przestał słuchać rozmowy dwójki przed nim i wpatrywał się intensywnie w narożnik. Przytłumione światło wpadające przez okno ulokowane pod dziwacznym kątem rzucało na podłogę długi cień ramy okiennej, tworząc tam drgającą i nierówną granicę między światłem a ciemnością.
Guo Changcheng zauważył, że na tej granicy... coś się porusza!
Jakby ktoś tam ukryty ostrożnie wystawił głowę, a potem pojawił się kształt... dłoni!
Wysuwająca się z ciemności ręka szeroko rozcapierzyła palce i drapieżnie sięgnęła po stopę Shen Weia, który zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy.
Zhao Yunlan chwycił wykładowcę za ramię i odciągnął o pół kroku do tyłu.
- Aaa, właśnie sobie przypomniałem - powiedział Zhao i jakby od niechcenia strzepnął popiół z papierosa w tamtą stronę; czarna ręka drgnęła jak oparzona i błyskawicznie się cofnęła. - Ech, co za pamięć... Sprawę przekazano nam na szybko i powinienem ustalić sposób współpracy z uczelnią, porozmawiać z waszym rektorem albo sekretarzem partyjnym. Mógłbym prosić o pomoc w nawiązaniu kontaktu?
Dopiero wtedy Shen Wei, który nieustannie unikał kontaktu wzrokowego, popatrzył na niego. Kąciki jego oczu powoli zwęziły się w linię - długą i wąską niczym kreska gęstego tuszu w ostatnim ułamku sekundy przed oderwaniem pędzla. Rzucone zza przezroczystych szkieł okularów spojrzenie miało w sobie coś demonicznego i przywodziło na myśl portret uczonego z opowieści niesamowitych, którego w chwili mocniejszego bicia serca uwieczniła na papierze demonica. I chociaż postać na obrazie jaśniała jak księżyc i zdawała się delikatna jak nefryt, charakterystyczna mroczna aura twórcy nieuchronnie przenikała do dzieła.
Kiedy Shen Wei spuścił wzrok, uśmiechając się nieśmiało, ta dziwna, niepokojąca aura zniknęła bez śladu.
- To prawda, nic już tutaj panom nie pomogę, jedynie bym zawadzał. Kilka pokoi po południowej stronie zajmują biura Wydziału Matematyki, proszę zapukać do któregokolwiek z nich, a ja pójdę do rektora.
- Dzięki - odparł Zhao Yunlan, wyjmując rękę z kieszeni spodni i z uśmiechem ściskając dłoń Shen Weia. Pożegnał się uprzejmie, ale nie wylewnie, kiwnął na stażystę, żeby za nim szedł, i ruszył z nonszalancką pewnością siebie w stronę biur.
Guo po dwóch krokach - pod wpływem niejasnego impulsu - obejrzał się za siebie.
Shen Wei nie odszedł. Okularnik stał zamyślony w tym samym miejscu i skrajem ubrania przecierał zdjęte z nosa okulary. W półmroku korytarza jego cień ciągnął się daleko za nim, sprawiając, że mężczyzna wyglądał równocześnie samotnie i ponuro. Uciekający wzrokiem chwilę wcześniej Shen teraz wpatrywał się w plecy Zhao Yunlana - to spojrzenie wydawało się niezwykle przenikliwe i odległe, pełne mroku. Na jego twarzy malowały się tłumiona tęsknota i niemożliwe do ukrycia uczucie... oraz bezbrzeżne cierpienie.
Guo w niewytłumaczalny sposób odniósł wrażenie, że mężczyzna stał tam od dziesiątek tysięcy lat.
Shen Wei odprowadzał Zhao wzrokiem, dopóki ten nie zniknął za rogiem. Dopiero wtedy zauważył patrzącego za siebie Guo.
Młody profesor uprzejmie się uśmiechnął, założył okulary - jakby ponownie przywdziewał maskę obojętności - kiwnął stażyście na pożegnanie, po czym odwrócił się i zniknął w windzie, zupełnie jakby to wszystko, co Guo widział, stanowiło jedynie złudzenie trzęsącego się ze strachu chłopaka.
- Panie dyrektorze, przed chwilą ten człowiek...
- Nie zauważyłeś, że tu nie ma żadnych biur Wydziału Matematyki? - przerwał mu Zhao, machinalnie przesuwając dłonią po zakurzonym parapecie, po czym niedbale roztarł między palcami drobinki pyłu. - Ktoś nas tutaj wpuścił w maliny - dodał, nie zmieniając wyrazu twarzy. - Nazwałbyś to przypadkiem czy raczej celowym działaniem pana profesora?
Może dlatego, że Zhao wyglądał stosunkowo młodo, a może dzięki jego bezpośredniemu i ciepłemu zachowaniu Guo nabrał trochę odwagi i zapytał:
- To dlaczego pozwolił mu pan odejść? Jeśli specjalnie nas tu przyprowadził, to dlaczego...
Z papierosem w dłoni i z drugą ręką w kieszeni Zhao odwrócił się i przez chmurę dymu spojrzał na stażystę. Guo instynktownie zamilkł.
- To zwykły człowiek, przed chwilą to sprawdziłem. Jesteś nowy, więc jeszcze nie rozumiesz pewnych spraw. Nic nie szkodzi, powoli wszystkiego cię nauczymy. - Zhao obniżył głos. - W kraju mamy takie same uprawnienia jak inne służby. W przypadku braku dowodów możemy zadawać pytania, żądać współpracy ze strony obywateli, możemy podejrzewać, a nawet zgodnie z prawem zatrzymać i wezwać kogoś na przesłuchanie. Istnieje jednak zasada: pod żadnym pozorem nie wolno samowolnie przetrzymywać zwykłych ludzi w miejscu, gdzie grozi im niebezpieczeństwo. Gdyby coś się stało, nikt nie zdołałby wziąć za to odpowiedzialności.
Jego ton nie brzmiał ostro, lecz łagodnie, i Guo zadrżał raczej z powodu mrocznej atmosfery korytarza.
- Prawdopodobnie potrafisz sobie wyobrazić, że sprawy, które wpadają w nasze ręce, w dużej części nie mogą trafić na zwykłą ścieżkę publicznego oskarżenia - mówił dalej Zhao, stojąc do niego tyłem - dlatego w pewnych okolicznościach mamy prawo na miejscu wykonać wyrok na winowajcach. Takie prawo... to niekiedy niebezpieczne narzędzie, stąd też istnieją zasady, których musimy bezwzględnie przestrzegać. Wiesz, jak brzmi pierwsza z nich?
Chłopak powoli pokręcił głową, a potem uświadomił sobie, że odwrócony plecami Zhao tego nie widzi, i poczerwieniał ze wstydu.
- Niezależnie od tego, czy masz przed sobą człowieka, czy ducha, dopóki nie masz niepodważalnych dowodów, zakładasz jego niewinność. - Zhao odpowiedział na własne pytanie, jakby miał oczy z tyłu głowy. Poklepał kocura po zadku. - A ty, Tłusta Baryło, coś ty wyprawiał? Łasiłeś się jak pies!
Czarny kot bez ceregieli pacnął go łapą, zeskoczył na ziemię i przyjmując bojową postawą, przeszedł przed mężczyznami.
- Po prostu mam wrażenie, że z profesorem Shenem coś nie gra. Nie umiem tego wyrazić, ale w jego pobliżu czuję się bardzo przyjemnie.
- W towarzystwie wędrujących dusz również świetnie się czujesz, uwielbiasz także zakopywać suszone ryby w dołach ze zwłokami - zauważył chłodno Zhao Yunlan.
Kocur machnął ogonem.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi, durna istoto ludzka - odparł z pogardą.
Guo Changcheng już się nie odezwał.
Korytarz stawał się coraz ciemniejszy, jakby weszli do niekończącego się tunelu. Zhao Yunlan wyjął zapalniczkę, zapalił ją z trzaskiem, a maleńki płomień zatańczył niespokojnie, bezgłośnie rozrywając bezkresny mrok niewielką szczeliną. Z ust mężczyzny zniknął uśmiech, w blasku ognia jego twarz przybrała niezdrowo blady odcień. Wyglądał na zmęczonego, za to spojrzenie miał skupione i czujne, bardziej przepastne od otaczających ich ciemności. Z głębi napłynął smród rozkładu. Guo odruchowo zasłonił nos dłonią.
- Nie cierpię takich kolistych korytarzy - powiedział cicho Zhao. - Nie cierpię wszystkich okrągłych rzeczy, wieczne rodzenie się i umieranie, bez końca, bez kresu.
Na dźwięk tych słów nerwy Guo Changchenga napięły się do granic możliwości. Nagle z ciemności dobiegł ostry trzask, który od razu skojarzył mu się ze znanym z telewizji odgłosem przeładowywanej broni. Zanim zdążył otworzyć usta, by zadać pytanie, poczuł na karku lekki podmuch czyjegoś oddechu i podskoczył jak oparzony.
- Odsuń się - polecił spokojnie Zhao, ani nie ściszając, ani nie podnosząc głosu.
Jego ton brzmiał tak, jakby niósł talerz gorących jiaozi i od niechcenia prosił kogoś o zrobienie mu miejsca.
Śmiertelnie przerażony Guo rzucił się na ziemię. W ciemności rozległ się huk wystrzału i po chwili za plecami stażysta usłyszał rozdzierający krzyk - gdyby miał futro, to na pewno nastroszyłby je bardziej niż Daqing, kiedy ktoś klepał go po tyłku; serce waliło mu jak oszalałe, czuł w piersi pustkę i pomyślał, że właśnie dostał zawału ze strachu.
Usiadł na ziemi, cały roztrzęsiony odwrócił głowę i w wątłym świetle płomyka zapalniczki Zhao zobaczył na ścianie czarny cień wielkości około pięcioletniego dziecka. Na pierwszy rzut oka wyglądał tak, jakby ktoś rozmazał na murze warstwę tuszu. W miejscu, gdzie powinno bić serce, widniały "ślad po kuli" i rozlewająca się czerwona plama, jakby to "coś" mogło krwawić.
- Co to było? - zapytał Guo piskliwym głosem, który dla niego samego brzmiał obco.
- Cień, nic więcej. Nie panikuj bez powodu.
Zhao Yunlan wyciągnął rękę i przesunął nią po czarnym śladzie, spod jego palców czerwona plama spadała płatkami jak stary, zawilgocony tynk.
- Ci... cień czego?
Zhao na moment się zatrzymał, niespodziewanie odwrócił lekko głowę i uśmiechnął się niepokojąco. Przez chwilę Guo Changcheng miał wrażenie, że te przerażające czarne oczy wyciągają z niego duszę.
- Wiesz... - usłyszał, jak jego szef szepce przyprawiającym o dreszcze głosem. - Czasami człowiek ma więcej niż jeden cień.
Chłopak oparł się o ścianę i ześlizgnął się po niej jak nitka makaronu.
Zhao Yunlan oniemiał.
- To wszystko twoja wina - mruknął Daqing, unosząc ogon i okrążając dwa razy nieprzytomnego Guo Changchenga. Nieszczęsny stażysta ewidentnie zmierzał prostą drogą do wyrobienia normy "jednego omdlenia dziennie". Kot z niezadowoleniem machnął kitą. - I co ci przyszło z tego, że go tak wystraszyłeś?
- Przecież nie zrobiłem tego specjalnie. - Zhao lekko szturchnął nogą chłopaka, który ani drgnął i tylko osunął się niżej. - Skąd miałem wiedzieć, że ten typek reaguje na głos? Dwa zdania i mdleje? Myślałem, że co najwyżej... posika się w spodnie czy coś w ten deseń.
Daqing nie skomentował tego ani słowem.
- W takim razie będę mógł mu wypłacać premię w pieluchach dla dorosłych.
Zhao Yunlan schylił się, dźwignął chłopaka i zarzucił go sobie na ramię. Wyglądał teraz tak, jakby niósł worek ziemniaków, który kołysał się na boki przy każdym jego kroku. Zhao szedł szybko, ale mówił lodowatym tonem:
- Powiedz, czyim właściwie jest on pociotkiem? Kto mi go wcisnął, żebym się o niego potykał?
- Z ministerstwa przysłali z góry nowego dyrektora, to jakiś wujek czy stryjek młodego - odpowiedział Daqing.
- Spadochroniarz? - spytał beznamiętnie Zhao. - Nie wiedzą, że Wydział Dochodzeń Specjalnych nie podlega Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego? Wpycha mi zwykłego śmiertelnika? Co, marzy mu się, by bratanek zdobył odznakę "poległego na służbie"?
Daqing miauknął przeciągle.
- Czemu się nie odezwałeś, gdy przyszedł rozkaz o przeniesieniu? Teraz się na mnie wyżywasz, dupowłazie.
- Po co cnota komu, kiedy głodno w domu. - Zhao Yunlan zgasił niedopałek i lekko pacnął kota w czoło. - Proszę również was, towarzysze, którzy całe dnie nic nie robicie, tylko udajecie wyniosłych i cnotliwych, żebyście uczciwie zadali sobie pytanie: wasze stanowiska, pensje i premie, dodatek karpiowy i na wczasy pod gruszą, a nawet prawo do wykonywania pracy bez wtykania nosa przez inne departamenty - to wszystko, wam, kurwa, samo spadło z nieba?! To nie ja muszę dbać o znajomości? Zasady? A co to takiego? Da się je zjeść? Dobrze smakują?
Daqing, żywiący się wyłącznie importowaną karmą i coraz wyraźniej zbliżający się gabarytami do standardów międzynarodowych, zamknął pyszczek.
- Zresztą kiedy przyszła decyzja o przeniesieniu, nazwisko chłopaka widniało też w Rozkazie Opiekunów Dusz. Czy nie mogłem pomyśleć, że ma jakieś specjalne moce? Skąd miałem wiedzieć, że Bractwo Opiekunów Dusz, tak samo jak ja, zajmuje się polityką?
Kocur słuchał jego narzekań, ale kiedy Zhao zażartował nawet z bractwa, natychmiast się nastroszył.
- Przestań gadać bzdury!
Bractwo Opiekunów - czy Strażników - Dusz istniało od niepamiętnych czasów. Zarządzało sprawami duchów i bóstw w świecie ludzi, pośredniczyło między yin i yang oraz koordynowało Trzy Sfery2. W dawnych czasach podlegało Biuru Wielkiego Astrologa3, po ustanowieniu Chińskiej Republiki Ludowej zostało włączone w struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, w którym utworzono Wydział Dochodzeń Specjalnych. Obecnie na jego czele stał Zhao Yunlan, pełniący równocześnie funkcję Opiekuna Dusz.
Opiekun - inaczej Strażnik - Dusz to człowiek, który "schodził do piekieł i wchodził na salony", umiał wypić z każdym przedstawicielem Trzech Sfer i odnaleźć się w każdej sytuacji. Picie, jedzenie, hazard, wizyty w burdelach, zdolności kameleona - we wszystkim tym Zhao osiągnął mistrzostwo.
Stary kot obserwował to wszystko z chłodnym dystansem. Nawet gdyby Zhao Yunlan "pechowo" nie dostał w spadku Rozkazu Opiekunów Dusz, to jego różnorodne talenty i tak zapewniłyby mu karierę i świetlaną przyszłość.
- Co właściwie wydarzyło się przed chwilą w korytarzu? - Daqing nie chciał kąsać ręki, która go karmi, nie mogąc więc narzekać, zakaszlał sucho i zmienił temat. - Dlaczego Widmowidz nagle zareagował?
- Coś za nami szło - odpowiedział Zhao Yunlan. - Ale uciekło, gdy tylko to oświetliłem. Raczej nie miało złych zamiarów.
- Czyli nie morderca?
- Nie. Myślisz, że nie potrafię odróżnić świeżego ducha od czegoś tak potężnego i złego? - Zhao ze stażystą przewieszonym przez ramię przemierzał korytarz spacerowym krokiem. - Widziałeś ten odcisk dłoni obok ciała, prawda? "Kości chude jak zapałki, palce długie jak baciki". Z czym dokładnie mamy tu do czynienia, w tym momencie nie potrafię powiedzieć, ale na pewno nie zostawił tego człowiek... Ten cholerny chłopak ciąży jak ołów, waży chyba tonę, muszę go gdzieś z siebie zrzucić.
Mówiąc to, Zhao rzeczywiście zatrzymał się w jakimś kącie i bez ceregieli oparł chłopaka o ścianę. Na szczęście nie okazał się aż tak bez serca, aby zostawić Guo samemu sobie. Podciągnął nogawki, przykucnął, po czym wyjął z kieszeni małą buteleczkę i usypał wokół stażysty krąg z proszku. Następnie ugryzł się w środkowy palec i rozsmarował kroplę krwi między brwiami Guo Changchenga. Kropla zniknęła chwilę po zetknięciu z czołem, jakby wchłonięta przez skórę - efekt pojawił się natychmiast, przeraźliwie blada twarz pechowego stażysty wyraźnie się zaróżowiła. Zrobiwszy to wszystko, Zhao Yunlan podniósł rękę i trzepnął Guo Changchenga po głowie, mrucząc pod nosem:
- Bezużyteczny dureń...
- Przestań się wygłupiać, lepiej spójrz na zegarek.
Zhao pochylił głowę i natychmiast zauważył, że tarcza jego zegarka Widmowidza znów poczerwieniała. Spod nóg dobiegł go ostry koci wrzask - podążył wzrokiem za spojrzeniem Daqinga i zobaczył, że za ich plecami, nie wiadomo kiedy, pojawiła się staruszka w ciemnym stroju pogrzebowym.
Kiedy tylko spotkali się wzrokiem, odwróciła się i ruszyła przed siebie, po dwóch krokach stanęła jednak, jakby chciała ich dokądś zaprowadzić.
- To ma być ten świeży duch, o którym mówiłeś? Czy one mogą się pojawiać w biały dzień? - prychnął z pretensją Daqing i na swoich krótkich nogach ruszył za kobietą. - Gdzie masz oczy, ty ślepy baranie?
Zhao Yunlan szybko do niego dołączył.
- Spadaj. Nie widzisz, że ona nie może mówić? Nie widzisz, że wciąż nosi zapach żywego człowieka? Nie widzisz, że nadal chodzi na dwóch nogach, zamiast się unosić w powietrzu? To ty oślepłeś, Tłusta Baryło.
W trakcie rozmowy pokonali jeden ostry zakręt korytarza, staruszka zniknęła, a przed nimi ukazały się schody prowadzące na dach.
Daqing powąchał powietrze i kichnął.
- O rany, ale potężna dawka urazy.
Zhao schylił się i wziął kota na ręce.
- Wygląda na to, że to ona nas tu ściągnęła - powiedział. - Może profesor naprawdę nie ma z tym nic wspólnego. Chodź, idziemy za nią, sprawdzimy, dokąd nas prowadzi.
Człowiek i kot ostrożnie ruszyli w górę. Stopnie schodów uginały się miękko pod ich stopami - zupełnie jakby stąpali nie po betonie, lecz po czymś żywym. Wyłaniające się z mroku niezliczone cienie wyciągały macki, próbując schwytać wszystkie istoty śmiejące wtargnąć na ich terytorium, ale w chwili, gdy dotykały nogawek Zhao Yunlana, odskakiwały z impetem.
- Każda uczelnia ma swój roczny limit samobójstw i dopóki liczba ofiar go nie przekracza, problem nie budzi niepokoju - stwierdził policjant. - Słyszałem jednak, że Uniwersytet Longchengu przekracza ten limit już trzeci rok z rzędu. Większość budynków na starym kampusie to niskie konstrukcje, zaledwie kilka nowych liczy tyle pięter, że skok z nich gwarantuje pewną śmierć, dlatego te wieżowce przyciągają samobójców jak magnes. Z innymi jeszcze pół biedy, ale ten stoi w miejscu gromadzenia się energii jin, do tego zaprojektowano go z wielkimi i ostrymi zakrętami, co tworzy dużo pomieszczeń i przejść w kształcie litery L, więc wszystkie nieczystości, raz wciągnięte do środka, nie mogą się wydostać. Z czasem ich przybywało, dlatego musiały się tu nagromadzić ogromne pokłady urazy.
Z tymi słowami dotarli do końca schodów. Wychodzące na dach drzwiczki były zatrzaśnięte, ale zza nich sączyło się blade światło. Zhao wyciągnął z kieszeni na piersi kartę transportową, wsunął ją w zamek i lekko podważył - metalowe drzwi, znajdujące się u kresu istnienia, otworzyły się z przeciągłym skrzypieniem. Z zapalniczką w ręku Zhao powoli wyszedł na zewnątrz.
Z osiemnastego piętra rozciągał się wspaniały widok: gdy patrzyło się w dół, z jednej strony wzrok padał na zieleń kampusu, gęstą jak pierwotna puszcza, z drugiej zaś na główną arterię miasta pełną pędzących aut i nieprzerwanych strumieni ludzi.
Przy krawędzi dachu stała dziewczyna, odwrócona do nich plecami.
- Hej, koleżanko... - odezwał się ostrożnie Zhao Yunlan.
Nie udało mu się dokończyć. Dziewczyna nagle przeskoczyła przez barierkę i - bez jednego słowa - skoczyła w dół!
Zhao instynktownie rzucił się do przodu i wyciągnął rękę, aby ją złapać. Jego reakcja na pewno nie należała do powolnych, wręcz przeciwnie, bo zdążył chwycić dziewczynę za ubranie na plecach, ale jego palce po prostu przez nią przeszły. Chwilę później zniknęła, jakby była wyłącznie iluzją zawieszoną w pustce.
Przybiegł kot, odbijając się jak piłka.
- O co chodzi? To człowiek?
- Nie wiem, zniknęła za szybko - odparł Zhao, nieświadomie pocierając palce. - Zabrakło mi czasu, by stwierdzić, czy ona...
Zhao Yunlan od urodzenia miał oczy yin yang4 i od dzieciństwa przywykł, że oba światy się dla niego zlewają, dlatego nie potrafił stwierdzić w ułamku sekundy, czy ma przed sobą człowieka, czy też inną istotę. Kocur nie zdążył nawet otworzyć pyszczka, gdy za ich plecami rozległ się odgłos szybkich kroków. Zhao odwrócił głowę i zobaczył tę samą dziewczynę, która ze spuszczoną głową weszła na dach. Jej twarz pozostawała rozmazana i bez wyrazu.
Tym razem Zhao nie zdążył nic powiedzieć - dziewczyna nagle przyśpieszyła i z prędkością kogoś, kto pędzi do stołówki, żeby zająć pierwsze miejsce w kolejce, rzuciła się w dół. Policjant chwycił ją za ramię, ale stało się dokładnie to samo co wcześniej: jego dłoń przeniknęła przez jej ciało, a sylwetka dziewczyny rozpłynęła się w powietrzu, pozostały po niej cień rozproszył się zaś sekundę później.
A potem skakanie z dachu stało się ostatnim krzykiem mody - dziewczyny o rozmazanych twarzach, jedna po drugiej, w pośpiechu, jakby pędziły na zakupy, nadciągały ze wszystkich stron i rzucały się w dół. Zhao Yunlan za każdym razem próbował je łapać, ale jego ręce wciąż chwytały pustkę. Na czole mężczyzny pojawiły się krople potu.
Daqing na początku biegał za nim, ale po ósmej samobójczyni kucnął ze zniechęconą miną. Ogon chodził mu jak wahadło, nerwowo to w lewo, to w prawo.
- Odpuść, to albo duch tego miejsca, albo pozostałość świadomości kogoś, kto popełnił tu samobójstwo.
Zhao zignorował jego radę.
Miał w sobie siłę do nagłych zrywów, w końcu coś tam trenował i potrafił spuścić łomot łobuzowi, ale lata złych nawyków i brak aktywności sprawiły, że jego kondycja ogólnie mogła być lepsza i po przebiegnięciu zaledwie kilku okrążeń dostawał zadyszki.
- Raz się można nabrać, dwa też, ale trzy to przesada. - Kot westchnął. - Osiem razy, osiem! Nadal nie widzisz, że ona nie należy do świata żywych?
- A skąd wiesz, że to wciąż ta sama osoba? Możesz udowodnić, że poza mną nie ma tu drugiego człowieka? Czy kiedy wybiegnie kolejna dziewczyna, będziemy się znajdować w tej samej przestrzeni co chwilę wcześniej? Czy w tym ułamku sekundy, gdy ona biegnie, potrafisz rozstrzygnąć, czy na pewno nie jest człowiekiem? Trzecia zasada regulaminu: nie zakładaj niczego z góry. Ty ją chyba zjadłeś razem z karmą, co? - Zhao Yunlan zmierzył kocura surowym spojrzeniem.
Kot, który często miewał niewyparzoną gębę, trochę zawstydzony pomachał ogonem.
- Poucza mnie... - zaczął mamrotać. - Mnie, starego kota żyjącego tysiące lat, smarkacz jeden, zgrywa mądralę i mnie poucza...
- Jeśli się nie zamkniesz, to ci obetnę karmę - warknął ze złością Zhao.
Daqing zawsze wiedział, kiedy nie warto kruszyć kopii, więc tylko miauknął słodko:
- Miauuu...
Wtedy na dachu pojawiła się dziewiąta dziewczyna. Zhao, ledwo ją zobaczył, krzyknął:
- Hej, zaczekaj!
Ona jednak go zignorowała i jak strzała wypuszczona z łuku popędziła na spotkanie z matką ziemią.
- Kurwa mać! - Zhao znów chwycił pustkę i walnął z całych sił pięścią w lodowatą barierkę.
- Hmm... - Daqing podszedł do niego, oparł się przednimi łapkami o poręcz na skraju dachu i dokładnie wszystko obwąchał. - Rzeczywiście masz rację, chociaż duchy miejsca mogą przypominać ciotkę Xianglin5 i bez końca odtwarzać przebieg własnego samobójstwa, zazwyczaj jednak aż tak się nie śpieszą.
- W takim razie co to takiego? - zapytał Zhao Yunlan.
- Uraza - odparł kot, przybierając niezwykle poważną minę, co stanowi nie lada wyczyn, kiedy się posiada pyszczek okrągły jak naleśnik. - Samobójstwo zalicza się do kategorii śmierci nienaturalnych. Takie dusze mają nikłe szanse na wejście do cyklu reinkarnacji. Co gorsza, podczas przekraczania granicy między życiem a śmiercią, yin a yang dusza może ulec uszkodzeniu. W ten sposób tkwią wśród żywych, dawno zapomniawszy, dlaczego umarli, a nawet sam moment śmierci jawi się im jako niejasny i otoczony mgłą.
- Miejsca pełne urazy sprawiają, że ludzie nie czują się dobrze, ale czy mogą wyrządzić realną krzywdę? - spytał Zhao Yunlan. - Nie słyszałem o takim przypadku.
Kocur zawahał się na chwilę.
- Ja też nie, ale uraza powstaje z niekompletnych dusz, które się wzajemnie pożerają, a kiedy staną się wystarczająco silne, potrafią przybrać fizyczną postać. Dlatego podejrzewam, że ta dziewczyna jest w istocie urazą skrzepniętą z fragmentów niezliczonych cierpiących, skrzywdzonych dusz.
- Co potrafi ta fizyczna postać?
- W gruncie rzeczy niewiele. Uraza nie uosabia zła, nie ma w sobie tyle agresji. Zwodzi lub krzywdzi jedynie tych, którzy mają coś na sumieniu. Uraza nie zdołałaby dotknąć ofiary, a tym bardziej rozpruć jej brzucha - wyjaśnił kot. - Dlatego uważam, że powinniśmy stąd iść. Nie ma tu już czego badać.
Zhao Yunlan się wahał.
Kot westchnął ciężko.
- Ech, ty... Nie masz skrupułów, gdy ich potrzeba, a kiedy trzeba być elastycznym, upierasz się jak osioł. Bractwo Opiekunów Dusz istnieje od dziesiątków milionów lat, jego zasady to już wyłącznie martwa litera, czemu się ich tak kurczowo trzymasz?
- Nie, nadal uważam...
Zhao przerwał, widząc dziesiątą dziewczynę wchodzącą na dach.
Mężczyzna i kot równocześnie zesztywnieli.
Młoda kobieta zupełnie ich zignorowała, wolno podeszła do krawędzi i bez ostrzeżenia, tak samo jak dziewięć widm przed nią, podparła się obiema rękami i przeskoczyła przez barierkę. Zhao Yunlan od początku czuł, że coś tu nie gra. Rzucił się naprzód i w chwili, gdy skakała, złapał ją w pasie. Nagle jego ramiona ugięły się pod ciężarem, a żyły na dłoniach nabrzmiały - zdał sobie sprawę, że tym razem chwycił prawdziwą istotę ludzką.
Zdumiony kot wskoczył na barierkę, wytrzeszczając zielone oczy.
Niewygodny chwyt wyczerpywał Zhao. W takiej pozycji nawet większe dziecko stanowiłoby ogromny ciężar, a co dopiero dorosły człowiek. Jedną nogą policjant zaklinował się w balustradzie, całym zaś tułowiem wychylił się poza krawędź dachu. Wisząca po zewnętrznej stronie barierki dziewczyna jakby nagle oprzytomniała - zaczęła się instynktownie szarpać, a z jej ust wydobył się rozdzierający krzyk.
Zhao musiał coś zrobić, więc wrzasnął jej prosto w ucho:
- Jeśli dalej będziesz się rzucać, to spadniesz i zmienisz się w naleśnik! Uspokój się!
Właśnie wtedy barierka, o którą się zapierał, może nadgryziona zębem czasu, a może pod ciężarem ludzkich ciał, zaczęła się wykrzywiać i luzować.
Zhao Yunlan zdawał się tego nie zauważać i nadal mówił do dziewczyny:
- Nie bój się, nic się nie bój... wytrzymaj jeszcze chwilę...
Zanim dokończył zdanie, rozległo się głośne trach! Barierka się złamała.
Policjant usłyszał przy uchu dziwaczny chichot, jakby dach wypełniał tłum ludzi, którzy obojętnie przyglądali się jego nieuchronnemu upadkowi i śmiali w głos z cudzego nieszczęścia.
- Miauuuu! - Daqing wrzasnął przeraźliwie, jakby ktoś nadepnął mu na ogon.
Właśnie wtedy drzwi na dach wypadły z zawiasów wyważone kopniakiem. Ktoś pędził w ich stronę z niewyobrażalną prędkością.
Kiedy barierka ostatecznie pękła, Zhao Yunlan zareagował błyskawicznie: przeniósł ciężar ciała na pięty, odchylił się do tyłu, obrócił z dziewczyną w ramionach i pchnął ją z całych sił w objęcia nadbiegającej osoby. Sam jednak stracił oparcie - jedna stopa trafiła w pustkę, ale wolną ręką w ostatniej chwili złapał krawędź dachu i tak zawisł na wysokości osiemnastego piętra.
Dopiero wtedy Daqing rozpoznał w przybyszu Shen Weia.
Wykładowca natychmiast odepchnął niedoszłą samobójczynię za siebie, klęknął przy krawędzi i chwycił wolne ramię Zhao Yunlana.
- Druga ręka! - krzyknął. - Szybko, daj mi drugą rękę!