Strażnik Bursztynowej Komnaty. Tom pierwszy - Jolanta Maria Kaleta

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Kropka na końcu zda­nia

Od dwóch dni trzy­mali się ra­zem. We czwórkę. Z pe­pe­szami go­to­wymi do strzału, po­chy­leni do przodu, roz­glą­da­jąc się czuj­nie na boki, bie­gli przed sie­bie tuż za ko­lumną czoł­gów. Huk wy­bu­cha­ją­cych bomb, grze­chot ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych, wy­cie sa­mo­lo­tów strze­la­ją­cych do lu­dzi z lotu ko­szą­cego oraz zgrzyt gą­sie­nic czoł­gów su­ną­cych wolno przez po­kryte gru­zami ulice Königs­bergu roz­sa­dzały im czaszki. W fer­wo­rze walki na śmierć i ży­cie nie czuli na­wet lo­do­wa­tego wia­tru wci­ska­ją­cego się pod brudne i pod­nisz­czone szy­nele. Sier­giej Ro­słow, młody, ma­syw­nie zbu­do­wany sier­żant z wiecz­nym uśmie­chem przy­le­pio­nym do po­cią­głej, ko­stro­pa­tej twa­rzy, zgu­bił gdzieś czapkę i jego płowe, krótko ostrzy­żone włosy po­kryły się drob­nymi płat­kami sy­pią­cego od go­dziny śniegu, choć wła­śnie do­bie­gał końca dzie­wiąty kwiet­nia, a krzewy i drzewa za­częła już otu­lać de­li­katna mgiełka pierw­szej wio­sen­nej zie­leni. Zda­wało się, że ję­zory ognia tra­wią­cego ka­mie­nice sto­jące po obu stro­nach ulicy, któ­rej na­zwy oni na­wet nie znali, ogrze­wają chłodne po­wie­trze. Po­ma­rań­czowe fi­rany pło­mieni bu­chały ku gó­rze ze śle­pych oczo­do­łów okien. Pa­no­szący się wo­kół, gnany przez wiatr czarny, gry­zący w oczy i du­szący dym za­sła­niał całe pole wi­dze­nia. Szare, wi­szące ni­sko nad zie­mią niebo raz po raz z gwiz­dem prze­ci­nały ka­tiu­sze, zo­sta­wia­jąc za sobą pió­ro­pu­sze ognia. Te "or­gany Sta­lina", jak na­zy­wali po­ci­ski ra­kie­towe Ro­sjan, wzbu­dzały w miesz­kań­cach i obroń­cach pa­niczny lęk. Skryci ni­czym szczury w ru­in­ach do­go­ry­wa­ją­cego mia­sta, nie wy­trzy­my­wali psy­chicz­nie. Jedni, za­ty­ka­jąc uszy dłońmi, wci­skali się w każdy moż­liwy kąt, byle tylko nie sły­szeć tego upior­nego, pi­skli­wego wy­cia. Inni pła­kali jak dzieci, w ni­czym już nie przy­po­mi­na­jąc nie tak daw­nych nie­zwy­cię­żo­nych zdo­byw­ców, peł­nych py­chy, po­zba­wio­nych współ­czu­cia nad­lu­dzi.

- Ale spu­ści­li­śmy Ger­mań­com wpier­dol! - za­wo­łał z sa­tys­fak­cją idący przo­dem Ro­słow. Cze­kał chwilę na swo­ich kom­pa­nów, roz­glą­da­jąc się czuj­nie po bo­kach.

Słońce za­cho­dziło krwawą łuną, bar­wiąc chmury na ko­lor ciem­nego bursz­tynu. Szpica kom­pa­nii po­gnała da­leko do przodu i znik­nęła w kłę­bach dymu oraz pyłu. Za­raz po­tem od­głosy walki za­marły i nad mia­stem za­le­gła mar­twa ci­sza. Przez jed­nych upra­gniona, jako znak zwy­cię­stwa, nie­któ­rym zaś da­jąca złudną na­dzieję, że skoro prze­żyli istne pie­kło, to już nic gor­szego ich nie spo­tka, przez in­nych z ko­lei po­gar­dzana, jako oznaka klę­ski i upo­ko­rze­nia. Jesz­cze tylko po­je­dyn­cze wy­bu­chy roz­ry­wały błogi spo­kój, jesz­cze ostatni grze­chot ka­ra­binu przy­po­mniał, że na­dal trwa wojna, ale już wszy­scy wie­dzieli, że nad­szedł ko­niec. Ko­niec walk o Königs­berg, mia­sto bę­dące sym­bo­lem znie­na­wi­dzo­nej po­tęgi krzy­żacko-pru­skiej i hi­tle­row­skiej za­ra­zem.

Na­wet nie mieli sił, aby cie­szyć się ze zwy­cię­stwa. Na­dal ra­zem, we czworo, z usma­ro­wa­nymi sa­dzą i py­łem twa­rzami, w któ­rych bły­skały białka oczu, prze­my­kali w sza­ro­ści wie­czoru, roz­pra­sza­nej przez łuny do­ga­sa­ją­cych po­ża­rów. Z sa­tys­fak­cją spo­glą­dali na białe prze­ście­ra­dła wi­szące w po­zba­wio­nych szyb oknach nie­licz­nych oca­la­łych ka­mie­nic. Wy­wie­sili je jako sym­bol pod­da­nia się po­zo­stali przy ży­ciu nie­mieccy miesz­kańcy mia­sta. Na wi­dok le­żą­cych po­ko­tem pod mu­rem tru­pów po­rucz­nik Ra­disz­czew za­ci­snął szczęki, aż mu zęby zgrzyt­nęły. Przed oczami sta­nął mu po­do­bny bo­le­sny ob­raz roz­strze­la­nych miesz­kań­ców wła­snej ro­dzin­nej wsi, w tym matki i sióstr, które zo­stały naj­pierw zgwał­cone. Roz­rzu­cone sze­roko nogi ko­bie­cych zwłok ja­sno świad­czyły, że tu­taj ro­ze­grała się taka sama tra­ge­dia. Od ja­kie­goś czasu już wie­dział, że ża­den ko­lejny za­bity Nie­miec, żadna zgwał­cona Niemka ani upły­wa­jący czas nie są w sta­nie wy­ma­zać tego z pa­mięci.

Trupy żoł­nie­rzy i cy­wi­lów wa­lały się wszę­dzie, po­rzu­cone przez to­wa­rzy­szy broni i ro­dzinę, jakby to były po­psute szma­ciane lalki. Spo­mię­dzy gru­zów z każ­dym po­dmu­chem wia­tru, do­la­ty­wał mdły odór roz­kła­da­ją­cych się ciał. Pod gru­bymi po­de­szwami sfa­ty­go­wa­nych bu­cio­rów czer­wo­no­ar­mi­stów chrzę­ściły szkło z roz­bi­tych okien i gruz, za­ście­la­jące całą sze­ro­kość jezdni oraz chod­niki. Po go­dzi­nie klu­cze­nia po­śród ruin mia­sta przed oczami tychże czworga wy­ro­sły na­gle po­tężne mury za­mczy­ska, który w za­mierz­chłej prze­szło­ści sta­no­wił sie­dzibę za­konu krzy­żac­kiego, a przez ostat­nie lata peł­nił funk­cję mu­zeum, w któ­rym gro­ma­dzono wy­bitne dzieła sztuki, w tym także te zra­bo­wane przez Niem­ców na te­re­nie Eu­ropy, a zwłasz­cza Związku Ra­dziec­kiego. Oni jed­nak nie mieli o tym bla­dego po­ję­cia. Dla nich sta­no­wił je­dy­nie do­sko­nałe miej­sce, żeby choć na mo­ment po­sa­dzić dup­ska, wy­cią­gnąć obo­lałe nogi i w końcu na­żreć się do syta. Nie pa­mię­tali, kiedy ostat­nio je­dli co­kol­wiek. Po­śród mo­rza pło­ną­cych ruin za­mek zda­wał się nie­tknięty, a wy­soka wieża się­gała po­chmur­nego nieba. W krwa­wym świe­tle rzu­ca­nym przez ogień tra­wiący oko­liczne bu­dynki brnęli przez gruz i szkło do wej­ścia. Wa­syl An­fi­łow, wy­soki i chudy jak trzcina, naj­młod­szy wie­kiem i stop­niem z tej czwórki, bo zwy­kły sze­re­gowy, wy­szpe­rał spo­mię­dzy kupy ce­gieł ka­wa­łek de­ski i przy­tknął ją do ognia. Za­pło­nęła ni­czym po­chod­nia, oświe­tla­jąc drogę do zamku. Do­stępu do jego wnę­trza nie bro­niło już nic. So­lidne drzwi wy­rwał po­dmuch wy­bu­cha­ją­cej bomby.

Jak na roz­kaz zdjęli pe­pe­sze z ra­mion, za­re­pe­to­wali i za­nu­rzyli się w ciem­ność zam­ko­wych mu­rów. Cho­lera wie, jaką przy­krą nie­spo­dziankę mo­gły skry­wać. Po chwili za­miast skle­pie­nia nad gło­wami uj­rzeli go­re­jące niebo i śnieg z desz­czem pa­da­jący na po­sadzkę po­krytą szkłem z wy­bi­tych okien. Ogromna sala, do któ­rej we­szli, zo­stała przez obroń­ców już ja­kiś czas temu cał­ko­wi­cie ogo­ło­cona z wszel­kich sprzę­tów. Je­dy­nie ol­brzy­mie cho­rą­gwie o nie­zna­nych Ro­sja­nom sym­bo­lach tkwiły drzew­cami w me­ta­lo­wych uchwy­tach za­mo­co­wa­nych wzdłuż ścian. Przez ja­kiś czas klu­czyli po ciem­nej i zim­nej ot­chłani zam­ko­wych ko­ry­ta­rzy, a mi­go­tliwy pło­mień pro­wi­zo­rycz­nej po­chodni rzu­cał na ściany ka­ry­ka­tu­ralne cie­nie. Ni­g­dzie nie na­po­tkali ży­wego du­cha. Tylko gruz, po­rzu­cone na pa­stwę losu beczki, być może skry­wa­jące coś w swoim pę­ka­tym wnę­trzu, oraz wa­la­jące się wszę­dzie bli­żej nie­okre­ślone śmieci.

- Ger­mańce dały nogę - stwier­dził au­to­ry­ta­tyw­nie naj­star­szy rangą ka­pi­tan Mi­chaił Zaj­cew. Gdyby nie wojna, na­dal wy­kła­dałby na uni­wer­sy­te­cie w Mo­skwie, wzbu­dza­jąc ckliwe wes­tchnie­nia za­ko­cha­nych w nim stu­den­tek. "Przy­stojny na za­bój", tak o nim mó­wiły za jego ple­cami. - Mo­żemy tu­taj od­po­cząć - za­dys­po­no­wał i zdjął ciężki ple­cak z ra­mion. Ci­snął go pod ścianę, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze pył i kurz.

Reszta po­szła w jego ślady. Roz­sie­dli się wy­god­nie, opie­ra­jąc plecy o oca­lały frag­ment muru. Gdy chwilę od­sap­nęli, się­gnęli do so­lid­nie wy­pcha­nych ple­ca­ków. Mieli w nich wszystko, co było po­trzebne, aby prze­trwać szturm na mia­sto i to, co za­zwy­czaj na­stę­puje po­tem. Na za­opa­trze­nie ze strony do­wódz­twa nie za­wsze mo­gli li­czyć, więc ra­dzili so­bie sami, jak umieli naj­le­piej. Naj­pro­ściej było re­kwi­ro­wać wszystko, co na­wi­nęło się pod rękę, a na ziemi wroga miało się co na­wi­jać. Ich wła­sna, ro­dzona, stała się ja­łową, spa­loną pu­sty­nią. Ich in­te­re­so­wało jed­nak w pierw­szej ko­lej­no­ści żar­cie, buty i pa­pie­rosy. Pier­na­tów nie będą prze­cież tar­gać do sa­mego Ber­lina. We­zmą je w dro­dze po­wrot­nej. Je­śli do­żyją.

An­fi­łow spraw­nie otwo­rzył ba­gne­tem tro­fiejną kon­serwę mię­sną i nie oglą­da­jąc się na ko­le­gów, łap­czy­wie po­że­rał jej za­war­tość. Za­smar­kany nos ob­cie­rał rę­ka­wem brud­nego jak święta zie­mia szy­nela. Sie­dzący obok niego po­rucz­nik Ana­to­lij Ra­disz­czew, nie­wy­soki, krę­pej bu­dowy stu­dent we­te­ry­na­rii, dwu­dzie­sty drugi czerwca za­pa­mię­tał, jakby to było wczo­raj. Miał wów­czas zda­wać eg­za­min za­li­cza­jący drugi rok stu­diów. Nie zdą­żył jed­nak, bo wy­bu­chła wojna. Te­raz, za­miast le­czyć krowy w swo­jej ro­dzin­nej Po­krowce albo ra­sowe pie­ski w mo­skiew­skiej kli­nice, pod­pie­rał zmę­czo­nymi ple­cami śre­dnio­wieczne mury krzy­żac­kiego zamku. Wy­cią­gnął z kie­szeni szy­nela sta­ran­nie zło­żony frag­ment sta­rej nie­miec­kiej ga­zety. Już na­wet nie pa­mię­tał, w ja­kich oko­licz­no­ściach wszedł w po­sia­da­nie tego cen­nego skarbu. Ko­rzy­stał z niego z roz­wagą, od­dzie­ra­jąc ka­wa­łek po ka­wałku, aby star­czył na jak naj­dłu­żej. Ra­dziecka "Prawda", dru­ko­wana na gru­bym i szorst­kim pa­pie­rze, nie nada­wała się na skręty. Mo­gła słu­żyć co naj­wy­żej do pod­cie­ra­nia dupy. Z dru­giej kie­szeni wy­grze­bał płó­cienny wo­re­czek z ma­chorką i chwy­cił szczyptę w zgra­białe z zimna pa­lu­chy z tkwią­cym za pa­znok­ciami czar­nym bru­dem. Ostroż­nie, aby nie uro­nić ani krztyny, usy­pał wa­łe­czek na skrawku nie­miec­kiej ga­zety z de­li­kat­nego, cie­niut­kiego pa­pieru i skrę­cił pa­pie­rosa. Po­śli­nił brzeg i zle­pił sta­ran­nie. Wsu­nął skręta mię­dzy spierzch­nięte i po­pę­kane wargi i za­pa­lił ze sma­kiem.

Ka­pi­tan Zaj­cew, o bla­dej i źle ogo­lo­nej twa­rzy, przy­mknął po­wieki, pod któ­rymi mo­men­tal­nie po­ja­wiła się ru­miana twarz jego żony, Ta­tiany, oto­czona bu­rzą ja­snych lo­ków. Żył na­dzieją, że już nie­długo się zo­ba­czą. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, kiedy wi­dzieli się ostatni raz. Chyba zimą, bo ubrana była w bar­cha­nowe majtki z no­gaw­kami się­ga­ją­cymi ko­lan. Miał pro­blem, aby do­trzeć do tego cie­płego i wil­got­nego fu­terka, które skry­wała mię­dzy moc­nymi udami. Z tę­sk­noty za nią na­wet nie czuł głodu, choć ostatni po­si­łek jadł po­przed­niego dnia wie­czo­rem. Głód ko­bie­cego ciała za­mie­rzał na­sy­cić, gdy tylko zdy­bie ja­kąś nie­miecką dzie­wu­chę.

- Sier­żan­cie Ro­słow - ode­zwał się po chwili, kiedy od­go­nił lu­bieżne my­śli o żo­ni­nych i in­nych po­ślad­kach. - Obej­mij­cie wartę, żeby ża­den Ger­ma­niec nie do­brał się nam do dupy...

- Roz­kaz, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie! - Choć było mu to nie w smak, sier­żant ze­rwał się z miej­sca i wy­chy­nął na ze­wnątrz.

Po­zo­stali, w ciem­no­ściach i ci­szy wy­peł­nia­ją­cej ich kry­jówkę, wśród ruin mia­sta za­ło­żo­nego jesz­cze przez Krzy­ża­ków, które roz­wi­jało się i pięk­niało przez sie­dem­set lat, także pod rzą­dami Po­la­ków, no­sząc wów­czas dumną na­zwę Kró­le­wiec, a które ob­ró­ciło się w perzynę w ciągu czte­rech dni bez­przy­kład­nego ataku, od­po­czy­wali po tru­dach walki. Na­gle do­le­ciały do nich ja­kieś krzyki i wy­raźny głos sier­żanta Ro­słowa:

- Ruki w wierch!

Na­tych­miast sta­nęli na równe nogi i wy­pa­dli na ze­wnątrz. Na tle ciem­nie­ją­cego z mi­nuty na mi­nutę nieba uj­rzeli na ku­pie gruzu drob­nego czło­wieka ubra­nego w gar­ni­tur po­kryty sza­rym bi­tew­nym py­łem. Na no­sie miał okrą­głe oku­lary, jedną rękę pod­niósł zgod­nie z roz­ka­zem sier­żanta, a drugą tylko tro­chę, bo ści­skał w niej nie­wielką skó­rzaną wa­lizkę. Wi­dać jej za­war­tość była dla niego tak cenna, że na­wet kosz­tem ży­cia nie zde­cy­do­wał się ci­snąć jej na zie­mię. Sier­żant Ro­słow mie­rzył do niego z pe­pe­szy. Ka­pi­tan Zaj­cew, za­pi­na­jąc szy­nel, pod­szedł bli­żej i za­py­tał:

- A wy kto?

Pa­dła nie­wy­raźna od­po­wiedź po nie­miecku, z któ­rej nie­wiele zro­zu­mieli, bo ża­den z tej czwórki nie mó­wił w tym ję­zyku. Może je­dy­nie ka­pi­tan zdą­żył przez lata wojny po­znać parę słów, ale szybko miało się oka­zać, że w tej roz­mo­wie nie będą przy­datne.

- Name?1 - wark­nął i wy­szarp­nąw­szy pi­sto­let z ka­bury, przy­tknął go Niem­cowi do czoła.

Nie­pi­sany roz­kaz Sta­lina, Ojca Na­rodu, dał im prawo do od­wetu za wszyst­kie zbrod­nie, któ­rych na na­ro­dzie ra­dziec­kim do­pu­ścili się fa­szy­ści. Sto­jący przed nimi Nie­miec mu­siał o tym wie­dzieć, bo ko­lana dy­go­tały mu ze stra­chu. Wy­da­wało się, że jesz­cze tro­chę, a na­rżnie w por­tki.

- Al­fred Rohde - jęk­nął sła­bym, drżą­cym gło­sem, gdy po­czuł na skó­rze zimną stal lufy i usły­szał szczęk od­bez­pie­cza­nego zamka.

- Was hast du... w czie­mo­da­nie?2 - za­dał ko­lejne py­ta­nie Zaj­cew, wska­zu­jąc ru­chem głowy na wa­lizkę, i na tym jego zna­jo­mość ję­zyka nie­miec­kiego się skoń­czyła. Znał oczy­wi­ście kilka nie­miec­kich słów po­da­wa­nych zwy­kle w od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Naj­czę­ściej były to "ze­ga­rek", "złoto", "bursz­tyn", "pa­pie­rosy" i "sło­nina". Inne po­zna­wał suk­ce­syw­nie, w miarę prze­ta­cza­nia się frontu przez te­reny wroga. Jak po nie­miecku mówi się na ro­wer czy dzie­wu­chę, nie mu­siał wie­dzieć. Roz­róż­niał go­łym okiem, a jedno i dru­gie brało się siłą.

Nie­miec ocho­czo wy­ja­śnił, co za­wiera wa­lizka, szwar­go­cząc przy tym jak ka­ra­bin ma­szy­nowy, ale ka­pi­tan Zaj­cew nie zro­zu­miał ani jed­nego słowa z tej przy­dłu­giej ty­rady. Roz­sier­dzony, za­równo zgrzy­tli­wie dla ucha brzmią­cym ję­zy­kiem, któ­rego uży­wał je­niec, jak i obawą o utratę swo­jego au­to­ry­tetu w oczach pod­wład­nych, kop­nia­kiem wy­trą­cił tam­temu wa­lizkę z rąk. Upa­da­jąc, otwo­rzyła się, a po­dmu­chy wia­tru wy­gar­nęły na ze­wnątrz jej mało in­te­re­su­jącą za­war­tość. Luźne kartki pa­pieru za­częły wi­ro­wać w po­wie­trzu, a Nie­miec z de­spe­ra­cją rzu­cił się im na ra­tu­nek. Za­gar­nął po­zo­stałe szpar­gały do środka i za­mknął wieko.

Ka­pi­tan wy­mow­nie szturch­nął go w plecy lufą pi­sto­letu i głową wska­zał bli­żej nie­okre­ślony kie­ru­nek.

- Paszli!3 - wark­nął.

Nie­miec po­słusz­nie ru­szył w stronę zamku. Po chwili obaj skryli się w jego za­cisz­nych, choć ciem­nych jak gro­bo­wiec po­miesz­cze­niach. Kra­sno­ar­miejcy po raz ko­lejny ścią­gnęli z ra­mion cięż­kie ple­caki i ci­snęli je na zie­mię. Sze­re­gowy An­fi­łow spo­śród prze­róż­nych ru­pieci wa­la­ją­cych się pod no­gami skom­bi­no­wał kilka su­chych ka­wał­ków drewna. W sam raz nada­wały się na ogni­sko.

- Ma któ­ryś z was ka­wa­łek pa­pieru? - za­py­tał, gdy sto­sik był już go­towy.

- Ana­to­lij ma szwab­ską ga­zetę. - Sier­żant ru­chem głowy wska­zał po­rucz­nika mosz­czą­cego się pod ścianą.

- A ty co się roz­po­rzą­dzasz moją ga­zetą? - wark­nął Ra­disz­czew. - Szkop ma w wa­lizce pa­pieru skolko ugodno4. Aku­rat na roz­pałkę.

Nie­miec, sto­jąc pod ścianą, ści­skał wa­lizkę obu­rącz, aby jej za­war­tość po raz drugi nie wy­do­stała się na ze­wnątrz. Prze­no­sił prze­ra­żone spoj­rze­nie od jed­nego soł­data do dru­giego. Nie ro­zu­miał kom­plet­nie nic z beł­kotu, któ­rym się po­ro­zu­mie­wali. Z ich spoj­rzeń od­gadł, że chcą za­brać mu jego cenny skarb. Przy­ci­snął go do piersi bar­dziej zde­cy­do­wa­nie. Ale na nie­wiele się to zdało. Sier­żant Ro­słow mo­carną dło­nią, którą jesz­cze przed wojną pro­wa­dzał byki do rzeźni, chwy­cił wa­lizkę za rączkę i wy­rwał z ob­jęć Niemca. Ci­snął na zie­mię i otwo­rzył wieko. Za­gar­nął spory plik pa­pie­rów i zmiął w kilka so­lid­nych ku­lek. Wci­skał je mię­dzy uło­żone w zgrabny sto­sik ka­wałki drewna. Nie­miec ję­czał prze­ra­żony i wy­wrza­ski­wał coś roz­pacz­li­wie. Do­my­ślali się zna­cze­nia tylko jed­nego wy­razu: nicht, czyli nic. A więc nic waż­nego w tych pa­pie­rach nie było.

- Tyle chyba wy­star­czy - orzekł Ro­słow, pusz­cza­jąc mimo uszu la­menty Niemca, i za­trza­snął wa­lizkę. Parę kar­tek wsu­nął za pa­zu­chę. Przy­da­dzą się przy in­nej oka­zji.

Gdy ogni­sko za­pło­nęło ży­wym ogniem, roz­sie­dli się wo­kół i po­wró­cili do czyn­no­ści, którą prze­rwało im po­ja­wie­nie się Niemca. Na wszelki wy­pa­dek zwią­zali mu ręce pa­skiem wy­ję­tym ze szlu­fek jego wła­snych spodni i po­sa­dzili go w od­le­głym ką­cie, aby im nie prze­szka­dzał swoim cią­głym szwar­go­ta­niem.

- Pod ścianę i kulka w łeb! - za­pro­po­no­wał po­cząt­kowo An­fi­łow.

- To może być ja­kaś ważna fi­gura. - Zaj­cew po­krę­cił sta­now­czo głową. - Mu­szę go za­raz od­sta­wić do puł­kow­nika Kosz­kina.

Za­nim to jed­nak na­stą­piło, ka­pi­tan obej­rzał za­war­tość wa­lizki, ro­biąc przy tym minę znawcy te­matu. Ki­wał mą­drze głową, jakby treść do­ku­men­tów nie sta­no­wiła dla niego żad­nej za­gadki. Idąc w ślady sier­żanta, kilka kar­tek zło­żył sta­ran­nie i scho­wał do ple­caka. Pa­pier to pa­pier. Przyda się, na­wet do sra­cza. Także Ra­disz­czew i An­fi­łow po­upy­chali tro­chę nie­miec­kich do­ku­men­tów po kie­sze­niach. Gdy już wszy­scy za­opa­trzyli się w ten de­fi­cy­towy pod­czas wojny, bo ła­two­palny to­war, Zaj­cew pod­ło­żył so­bie wa­lizkę pod ty­łek, żeby mu nie cią­gnęło od po­sadzki, i za­brał się do wy­ja­da­nia tu­szonki. Sier­żant Ro­słow do­ko­nał re­ko­ne­sansu bę­dą­cych w za­sięgu ręki po­miesz­czeń zam­ko­wych i przy­tar­gał parę po­ręcz­nych me­bel­ków, aby było co pod­rzu­cać do ognia. Sze­re­gowy An­fi­łow, gdy na­pchał pu­sty brzuch tro­fiejną kon­serwą, wy­grze­bał z pę­ka­tego ple­caka ustną har­mo­nijkę. Ob­tarł gębę rę­ka­wem szy­nela i przy­tknął in­stru­ment do warg. Rzewna me­lo­dia o żoł­nie­rzu tę­sk­nią­cym za swoją dziew­czyną po­nio­sła się echem po zam­ko­wych za­ka­mar­kach. Wsparci o ścianę, z za­mknię­tymi oczami, prze­nie­śli się w my­ślach do swo­ich ro­dzin­nych stron, gdzie każdy z nich po­zo­sta­wił ko­goś bli­skiego swo­jemu sercu. Ży­wego lub zmar­łego. Już po chwili, fał­szu­jąc z lekka, wtó­ro­wali ust­nej har­mo­nijce:

...Ty siej­czas da­lieko, da­lieko,

Mieżdu nami sniega i sniega.

Do tie­bja mnie dajti nie­liegko,

A do smierti - czie­ty­rie szaga...5

Pierw­szy oprzy­tom­niał Ro­słow. Ro­zej­rzał się czuj­nie po ką­tach, ale Niemca ni­g­dzie nie do­strzegł, choć wy­so­kie pło­mie­nie ogni­ska oświe­tlały całe po­miesz­cze­nie.

- Blat' pro­kla­taja!6- wrza­snął, zry­wa­jąc się na nogi. - Ger­ma­niec nam na­wiał. Swo­łocz!7

Chwy­cili ple­caki do rąk i tu­piąc bu­cio­rami po po­sadzce, rzu­cili się w po­goń, ale drobny Nie­miec w okrą­głych oku­lar­kach na no­sie roz­pły­nął się w gro­bo­wych ciem­no­ściach za­le­ga­ją­cych zam­kowe kom­naty. Albo pry­snął na ze­wnątrz, albo skrył się gdzieś w pod­zie­miach. Mach­nęli ręką na jego plu­gawe, już nic nie­warte ży­cie i ru­szyli na po­szu­ki­wa­nie wyj­ścia z tej dziu­ra­wej kupy ce­gieł, która jesz­cze nie tak dawno two­rzyła wspa­niały za­mek. Mu­sieli się sta­wić przed swoim do­wódcą, puł­kow­ni­kiem Kosz­ki­nem. W opu­sto­sza­łym zamku na pa­stwę losu po­zo­stała nie­wielka wa­lizka po nie­miec­kich do­ku­men­tach i pło­nące ogni­sko.

Pa­weł Ryl­ski po­sta­wił kropkę na końcu zda­nia i jesz­cze raz uważ­nie prze­czy­tał ca­łość. Z za­do­wo­loną miną wy­krę­cił pa­pier z ma­szyny do pi­sa­nia i wsu­nął kartkę mię­dzy okładki tek­tu­ro­wej teczki, za­wie­ra­ją­cej na­pi­sane w po­przed­nich dniach stro­nice. Było tego już sporo. Spoj­rzał na le­żące tuż obok zdję­cie przed­sta­wia­jące czte­rech kra­sno­ar­miej­ców na tle ruin śre­dnio­wiecz­nego za­pewne zamku.

- Co, kra­sawcy? - spy­tał, bio­rąc fo­to­gra­fię do ręki i uśmie­cha­jąc się do swo­ich my­śli. - Tak to mo­gło mniej wię­cej wy­glą­dać, prawda?

Zdję­cie wsu­nął do spryt­nego schowka. Wi­dać nie ży­czył so­bie, aby ktoś po­stronny do­wie­dział się o jego ist­nie­niu, a teczkę z ma­szy­no­pi­sem wrzu­cił do czar­nej ak­tówki i spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­piero do­cho­dziła osiem­na­sta, ale na dwo­rze już roz­go­ściły się ciem­no­ści. Cięż­kie desz­czowe chmury za­snuły niebo, a w nie­szczel­nych oknach gwiz­dał wiatr. Ryl­ski wło­żył cie­płą kurtkę z kap­tu­rem i sta­ran­nie po­za­pi­nał gu­ziki. Biu­rowe szpar­gały po­wkła­dał na miej­sce i nie­na­ga­by­wany przez ni­kogo opu­ścił bu­dy­nek Elwro. Na­wet por­tiera nie spo­tkał w po­bliżu drzwi, gdyż za­pewne stary uciął so­bie drzemkę w cie­plut­kiej pa­ka­me­rze.

- Mam jesz­cze tro­chę czasu - wy­mam­ro­tał pod no­sem, ma­sze­ru­jąc ener­gicz­nie wą­ską ulicą w stronę za­par­ko­wa­nego kilka kro­ków da­lej wy­słu­żo­nego wart­burga w ko­lo­rze musz­tardy. Ku­pił go jesz­cze za ko­muny, na ta­lon otrzy­many w na­grodę za swój wkład pracy przy kon­struk­cji kom­pu­tera Elwro Ju­nior. Pla­no­wano na­wet jego pro­duk­cję na po­zio­mie trzy­dzie­stu ty­sięcy rocz­nie. Te­raz wszystko dia­bli wzięli. Po wy­sta­wie­niu za­kła­dów na sprze­daż Ryl­ski nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści, co z nimi się sta­nie, gdy Sie­mens wy­kupi Elwro. Za­mkną za­kład, a lu­dzi wy­walą na zbity pysk. I tyle bę­dzie z pol­skiej elek­tro­niki.

1 - Na­zwi­sko? (niem.)

2 - Co mia­łeś... w wa­lizce? (niem. i ros.)

3 - Precz! (ros.)

4 - Do woli, mnó­stwo (ros.)

5 - Do cie­bie mi dziś da­leko, da­leko / Mię­dzy nami śnieg, śnieg / Do cie­bie do­trzeć mi trudno / A do śmierci mam cztery kroki (ros.)

6 - Cho­lerne ku­mo­ter­stwo! (ros.)

7 - Łaj­dak! (ros.)

Roz­dział 2

Zwłoki męż­czy­zny

Dźwięk dzwonka u drzwi do­cie­rał do świa­do­mo­ści Ewy Ryl­skiej nie­zwy­kle opor­nie, jakby wy­do­by­wał się z za­świa­tów albo z głębi ziemi. Po­cząt­kowo była prze­ko­nana, że ma­rze­nia senne za­wio­dły ją do ty­be­tań­skiej świą­tyni, w któ­rej stary, za­su­szony mnich z łysą głową, odziany w sza­fra­nową szatę, ude­rza drew­nia­nym młot­kiem w mo­siężny gong. Z za­mknię­tymi oczami ocze­ki­wała na dal­szy roz­wój wy­da­rzeń, ale świą­tynny gong już po chwili grzmiał ni­czym dzwon Zyg­munt bi­jący na trwogę. Do­piero po mi­nu­cie czy dwóch zdała so­bie sprawę, że ktoś uwie­sił się na dzwonku u drzwi i nie za­mie­rza od­pu­ścić. Po za­ży­ciu na noc dwóch ta­ble­tek na sen Ryl­ska z tru­dem wra­cała do świata rze­czy­wi­stego i przy­tom­no­ści umy­słu. W końcu po to brała przed pój­ściem do łóżka taką koń­ską dawkę, aby tej świa­do­mo­ści się po­zba­wić i po­rzu­cić jawę na rzecz snu. Z wciąż za­mknię­tymi oczami ma­cała ręką po łóżku, aby obu­dzić męża, który po­wi­nien spać obok niej. Le­piej by było, żeby to on wstał i spraw­dził, o co cho­dzi temu czło­wie­kowi za pro­giem. Prze­cież mleka nie roz­no­sili już od ład­nych paru lat, więc z pew­no­ścią nie brak bu­telki pod drzwiami na­ka­zał ko­muś ner­wowo na­ci­skać dzwo­nek raz za ra­zem.

Jej dłoń na­tra­fiła jed­nak na pu­ste miej­sce. Na­dal nie otwie­ra­jąc oczu, do­my­śliła się, że mąż nie wró­cił na noc do domu i oto te­raz ster­czy pod drzwiami, do­bi­ja­jąc się jak osza­lały. Z nie­zna­nych przy­czyn nie użył klu­cza, aby wejść do miesz­ka­nia.

- Szlag mnie za­raz trafi... - wy­mam­ro­tała pod no­sem i z tru­dem unio­sła po­wieki.

Elek­tro­niczny bu­dzik sto­jący na ko­mo­dzie na­prze­ciwko łóżka wska­zy­wał trze­cią. Pa­nu­jące za oknem ciem­no­ści świad­czyły, że ze­gar się nie my­lił. Pewno Pa­weł zgu­bił klu­cze, prze­mknęło jej przez myśl.

W ko­szuli noc­nej, z wpół przy­mknię­tymi oczami boso po­mknęła do drzwi. Za­nim je otwo­rzyła, włą­czyła świa­tło w przed­po­koju. W progu za­miast męża uj­rzała dwóch ob­cych męż­czyzn. Je­den miał na so­bie nie­bie­ski mun­dur po­li­cjanta, drugi cie­płą or­ta­lio­nową kurtkę w mod­nym ko­lo­rze zgni­łej zie­leni. Jej wa­to­wane ra­miona do­da­wały sze­ro­ko­ści jego i tak zwa­li­stej syl­we­tce. Wy­mięta twarz męż­czy­zny no­siła ślady noc­nych li­ba­cji lub per­ma­nent­nego nie­wy­spa­nia. Po­twier­dzały to jego prze­krwione oczy. Ryl­ska wstrzy­mała od­dech i za­marła. Myśl, że po­my­lili drzwi, jesz­cze na do­bre nie roz­go­ściła się w jej na­dal śpią­cych sza­rych ko­mór­kach, gdy ode­zwał się ten or­ta­lio­nowy:

- Pani Ewa Ryl­ska?

- Tak, a o co cho­dzi? - Z tru­dem stłu­miła zie­wa­nie, za­sła­nia­jąc usta dło­nią.

- Żona Pawła Ryl­skiego?

- Tak, ale...

- Mo­żemy wejść? - Się­gnął ręką do kie­szeni kurtki i wy­cią­gnął coś na kształt le­gi­ty­ma­cji. - Ko­menda re­jo­nowa po­li­cji. In­spek­tor Woj­ciech Pu­zyna. - Pod­su­nął Ryl­skiej pod nos trzy­many w dło­niach do­ku­ment.

Żeby prze­czy­tać jego treść, mu­sia­łaby naj­pierw za­ło­żyć na nos oku­lary, a nie miała po­ję­cia, gdzie je po­ło­żyła, idąc spać.

- Sier­żant Ja­nusz Słaby. - Ru­chem głowy wska­zał, no­men omen, wy­mocz­ko­wa­tego ko­legę w mun­du­rze i zro­bił zde­cy­do­wany krok do przodu.

Ryl­ska, na­dal wpół­przy­tomna, od­ru­chowo cof­nęła się w głąb miesz­ka­nia, a sier­żant Słaby za­mknął za sobą drzwi.

- Czy mąż jest w domu? - spy­tał in­spek­tor, roz­glą­da­jąc się po przed­po­koju, jakby spo­dzie­wał się uj­rzeć ja­kie­goś fa­ceta w pi­ża­mie cza­ją­cego się za wie­sza­kiem za­wa­lo­nym ubra­niami. Ale ty­powa dla blo­ków na wro­cław­skim Ko­za­no­wie długa, kręta kiszka z kil­koma drzwiami wio­dą­cymi do po­zo­sta­łych po­miesz­czeń ni­kogo poza nimi nie go­ściła w swoim cia­snym wnę­trzu.

- Chyba go nie ma... - bąk­nęła nie­pew­nym gło­sem Ryl­ska, wciąż za­mro­czona po­le­ko­wym snem.

- Co to zna­czy "chyba"? - In­spek­tor wy­raź­nie się zi­ry­to­wał. Jego zda­niem śro­dek nocy nie był od­po­wied­nią porą na udzie­la­nie wy­mi­ja­ją­cych od­po­wie­dzi. - To tak trudno za­uwa­żyć, czy mąż jest w cha­łu­pie, czy go nie ma? Prze­cież to nie igła.

Ryl­ska po­czuła dziwny ucisk w gło­wie, jakby ja­kiś To­rqu­emada czy inny in­kwi­zy­tor ści­snął ją roz­grza­nymi do czer­wo­no­ści że­la­znymi ob­cę­gami. Tylko mi­greny bra­ko­wało, syk­nęły po­wra­ca­jące bo­le­śnie do rze­czy­wi­sto­ści szare ko­mórki.

- Po­szłam wcze­śnie spać - mruk­nęła. - Obu­dziło mnie pań­skie do­bi­ja­nie się do drzwi - wy­ja­śniła znie­cier­pli­wiona i od­ru­chowo wzru­szyła ra­mio­nami. Kom­plet­nie nie wie­działa, o co temu czło­wie­kowi cho­dzi. - W łóżku męża nie ma, ale może jest w ła­zience lub w dru­gim po­koju. Nie zdą­ży­łam się ro­zej­rzeć.

- Pro­szę spraw­dzić. - Tembr głosu in­spek­tora, nieco schryp­nięty, wy­klu­czał ja­ką­kol­wiek dys­ku­sję.

Ryl­ska po­słusz­nie zaj­rzała do ła­zienki i do­piero wów­czas, wi­dząc swoje od­bi­cie w lu­strze nad umy­walką, spo­strze­gła, że ma na so­bie je­dy­nie prze­świ­tu­jącą nocną ko­szulę. Nie zna­la­zł­szy swo­jego, wło­żyła wi­szący pod ręką szla­frok męża. Owio­nął ją zna­jomy za­pach wody ko­loń­skiej, któ­rej za­wsze uży­wał. Wią­żąc pa­sek w ta­lii, we­szła do du­żego po­koju. To­nął w pół­mroku. Blask ulicz­nych la­tarni wpa­da­jący przez lniane za­słony nie po­zo­sta­wiał jed­nak złu­dzeń, że Pawła ra­czej tu nie ma. Mimo wszystko Ryl­ska dla pew­no­ści włą­czyła lampę u su­fitu. Silne świa­tło zmu­siło ją do zmru­że­nia oczu. Czu­jąc na­ra­sta­jący nie­po­kój, bar­dziej z obo­wiązku niż z prze­ko­na­nia uchy­liła drzwi do po­koju, który jesz­cze w ze­szłym roku zaj­mo­wał ich syn, obec­nie stu­diu­jący w Gdyni. Mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów po­miesz­cze­nie chyba z przy­zwy­cza­je­nia wszy­scy na­zwali po­ko­jem, a nie ko­mórką. Po­grą­żony w mroku, po­zo­sta­wał pu­sty.

- Czy coś się stało? - spy­tała gło­sem peł­nym nie­po­koju. Już nie spała, cho­ciaż da­łaby wiele, żeby tych dwóch fa­ce­tów oka­zało się snem.

- Mo­żemy gdzieś usiąść? - od­parł py­ta­niem, nie pa­trząc jej w oczy. Choć miał za sobą wiele lat służby w kry­mi­nal­nej, wciąż czuł się nie­swojo, przy­no­sząc bli­skim hio­bowe wie­ści.

- Pro­szę - wy­du­siła z tru­dem i skie­ro­wała kroki do du­żego po­koju. Nie­po­kój tak wielki, jakby za chwilę miała wy­buch­nąć bomba ato­mowa, i to tuż nad Ko­za­no­wem, za­mie­nił ciało Ryl­skiej w trzę­sącą się ga­la­retę. Dy­go­tała jak w fe­brze, a ko­lana od­ma­wiały jej po­słu­szeń­stwa. Miała pew­ność, że ci dwaj nie przy­szli po nocy, żeby spraw­dzić, czy cza­sem są­sie­dzi nie za­kłó­cają jej snu. Mu­sieli mieć znacz­nie po­waż­niej­szy po­wód.

Przy­cup­nęła na brzegu fo­tela i drżącą ręką wska­zała Pu­zy­nie ka­napę. Usiadł ciężko i się­gnął do kie­szeni kurtki po pa­pie­rosy. Pod­su­nął w jej kie­runku, lecz Ryl­ska po­krę­ciła prze­cząco głową. Gar­dło miała tak cia­sno za­sznu­ro­wane, że na­wet pa­pie­ro­sowy dy­mek nie miał szans się prze­ci­snąć, a dzwo­niące o sie­bie zęby nie były w sta­nie utrzy­mać pa­pie­rosa, choć dużo nie wa­żył.

- Dwie go­dziny temu od­na­le­ziono zwłoki męż­czy­zny, który miał przy so­bie do­ku­menty na imię i na­zwi­sko Pa­weł Ryl­ski, za­miesz­kały przy ulicy Cel­tyc­kiej dwa­dzie­ścia pięć, miesz­ka­nia dzie­więć...

Ryl­ska po­czuła w gło­wie pustkę, jakby ktoś pod­czas snu wy­pre­pa­ro­wał jej cały mózg. Nie poj­mo­wała, ani co ten czło­wiek do niej mówi, ani co ona po­winna od­po­wie­dzieć. Jakby oglą­dała film, w któ­rym wy­łą­czono fo­nię. W ustach wy­schło jej jak po za­ży­ciu atro­piny, a ję­zyk przy­po­mi­nał koń­skie ko­pyto. Nie była w sta­nie prze­łknąć śliny. Na­gle tuż przed swoim no­sem uj­rzała szklankę z wodą. To sier­żant Słaby przy­niósł ją z kuchni.

- Pro­szę, niech się pani na­pije - szep­nął pro­sząco.

Ma­chi­nal­nie upiła kilka ły­ków. Zwłoki męż­czy­zny, zwłoki męż­czyzn, te dwa wy­razy ko­ła­tały się jej w gło­wie, jakby in­nych w ogóle ni­gdy nie znała.

- Musi pani po­je­chać z nami, aby do­ko­nać iden­ty­fi­ka­cji ciała... - Głos in­spek­tora do­cie­rał do Ryl­skiej jak z ekranu. - Czy do­brze się pani czuje? Pani Ewo, sły­szy mnie pani?

- Tak... Tak... Za­raz... Mu­szę się ubrać... - bą­kała, nie wie­dząc, czego od niej chcą. Ni­czym ku­kła po­ma­sze­ro­wała do sy­pialni i trzę­są­cymi się rę­kami ma­chi­nal­nie wło­żyła na nocną ko­szulkę dżinsy i swe­ter. Zwłoki męż­czy­zny, zwłoki męż­czy­zny, po­wta­rzała w my­ślach.

W przed­po­koju Pu­zyna po­dał jej kurtkę z wie­szaka. Ro­zej­rzała się bez­rad­nie w po­szu­ki­wa­niu to­rebki. Słaby bły­ska­wicz­nie ją zlo­ka­li­zo­wał. Wi­siała tuż obok kurtki. Ryl­ska ma­chi­nal­nie za­mknęła miesz­ka­nie na klucz i ze­szła scho­dami do wyj­ścia. Ta­ra­su­jąc prze­jazd, przed bramą stał ciem­no­nie­bie­ski po­li­cyjny po­lo­nez z bia­łym pa­sem bie­gną­cym przez całą dłu­gość, z in­nym funk­cjo­na­riu­szem za kie­row­nicą. Ko­gut na da­chu bły­skał zim­nym fio­le­to­wym świa­tłem.

- Na Ra­dec­kiego - rzu­cił krótko Pu­zyna, ła­du­jąc się na przed­nie sie­dze­nie.

Sier­żant Słaby i Ryl­ska usie­dli z tyłu i sa­mo­chód ru­szył w kie­runku cen­trum. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach jazdy przez po­grą­żone we śnie mia­sto po­lo­nez wje­chał w cia­sną uliczkę za­bu­do­waną po obu stro­nach po­nu­rymi bu­dyn­kami z ce­gły klin­kie­ro­wej, pa­mię­ta­ją­cymi czasy Bre­slau. Kli­niki, prze­mknęło Ryl­skiej przez pod­świa­do­mość, bo całą jej świa­do­mość wy­peł­niały dwa wy­razy - zwłoki męż­czy­zny. Gdy ra­dio­wóz przy­sta­nął, Pu­zyna otwo­rzył drzwi i po­mógł jej wy­siąść. Na bu­dynku sto­ją­cym w głębi po­se­sji zo­ba­czyła szyld: ZA­KŁAD ME­DY­CYNY SĄ­DO­WEJ.

Kiedy we­szła do środka, z miej­sca ze wszyst­kich stron oto­czyła ją obrzy­dliwa woń for­ma­liny i cze­goś jesz­cze, czego nie umiała zi­den­ty­fi­ko­wać. Dłu­gim ko­ry­ta­rzem, oświe­tlo­nym upior­nym bla­skiem ja­rze­nió­wek, z któ­rych jedna brzę­czała bez prze­rwy, jakby miała za chwilę się prze­pa­lić, po­li­cjanci za­pro­wa­dzili ją do drzwi, na któ­rych wi­siała ta­bliczka z ja­kimś na­pi­sem. Za­nim Ryl­ska go prze­czy­tała, Pu­zyna zdą­żył je otwo­rzyć. Z so­bie tylko zna­nych przy­czyn cały czas przy­trzy­my­wał ją pod ra­mię, jakby oba­wiał się, że mu uciek­nie albo pad­nie tru­pem na po­sadzkę. Śro­dek po­miesz­cze­nia zaj­mo­wał stół, przy­po­mi­na­jący wy­glą­dem stół ope­ra­cyjny, na któ­rym Ryl­ska wy­lą­do­wała przed laty z ostrym za­pa­le­niem wy­rostka ro­bacz­ko­wego. Na tym stole le­żał jed­nak ktoś inny, cały przy­kryty bia­łym prze­ście­ra­dłem. Na­wet stopy nie wy­sta­wały na ze­wnątrz, jak czę­sto po­ka­zują na fil­mach kry­mi­nal­nych. Ryl­ska przy­sta­nęła, lecz Pu­zyna zde­cy­do­wa­nie po­pro­wa­dził ją aż do kra­wę­dzi stołu.

- Jak się pani czuje? - usły­szała obok sie­bie głos in­spek­tora. - Jest pani w sta­nie...?

- Tak - wy­char­czała nie­swoim gło­sem.

Do stołu pod­szedł ubrany w le­kar­ski ki­tel męż­czy­zna, któ­rego wcze­śniej Ryl­ska na­wet nie za­uwa­żyła, po­ja­wił się nie wia­domo skąd, jakby wy­chy­nął ze ściany. Ujął z gra­cją rogi prze­ście­ra­dła i od­sło­nił nie­wielki frag­ment le­żą­cego pod nim ciała.

Ryl­ska zdą­żyła uj­rzeć zle­pione bło­tem ja­sne krę­cone włosy, po­do­bne do tych, które ozda­biały głowę jej męża, i siną mę­ską twarz z za­mknię­tymi oczami. Z ry­sów przy­po­mi­nał Pawła. Pierw­sze do­strze­gła usta - za­ci­śnięte w wą­ską kre­seczkę. Na po­liczku miał taką samą głę­boką bli­znę, która po nie­daw­nym usu­nię­ciu czy­raka szpe­ciła twarz jej męża. Le­żący na stole męż­czy­zna ubrany był w iden­tyczny swe­ter jak ten, który wło­żył rano, wy­cho­dząc nie wia­domo do­kąd, praw­do­po­dob­nie do pracy, bo gdzie in­dziej? Po chwili nie wi­działa już nic. Zdą­żyła się od­wró­cić i zwy­mio­to­wała na pod­łogę. Nie ja­dła ko­la­cji, więc wiele tego nie było. Tro­chę bia­łej piany. Kiedy otwo­rzyła oczy, sie­działa w ko­ry­ta­rzu na krze­śle, in­spek­tor Pu­zyna kle­pał ją po po­licz­kach, a sier­żant Słaby otwie­rał na oścież okno, aby mroźne po­wie­trze przy­wró­ciło Ryl­skiej pełną świa­do­mość prze­ży­wa­nego kosz­maru.

- Już le­piej? - usły­szała czyjś tro­skliwy głos, chyba na­le­żał do in­spek­tora.

Kiw­nęła głową i się­gnęła do to­rebki w po­szu­ki­wa­niu pa­pie­ro­sów. Pu­zyna, jakby do­my­śla­jąc się jej in­ten­cji, pod­su­nął jej wła­sną paczkę, wy­jętą bły­ska­wicz­nie z kie­szeni kurtki. Pstryk­nął za­pal­niczką, gdy jed­nego wsu­nęła do ust. Za­cią­gnęła się głę­boko, ale nie zmie­niło to jej od­czuć. Przed oczami Ryl­skiej na­dal tkwiła sina twarz męż­czy­zny, który le­żał na me­ta­lo­wym stole za drzwiami, a który był jej nie­ży­ją­cym już mę­żem.

- Czy to pani mąż?

Ryl­ska przy­tak­nęła ski­nie­niem i jesz­cze raz za­cią­gnęła się pa­pie­ro­sem. Nie mo­gła za­pa­no­wać nad szczę­ka­niem zę­bów. Kle­ko­tały ni­czym śre­dnio­wieczna drew­niana ko­łatka ostrze­ga­jąca przed za­razą.

- T-t-ak... T-t-o mój m-m-ąż... - wy­du­siła z tru­dem. - Co się stało? - spy­tała po chwili.

- Jesz­cze nie wiemy. Do­piero kiedy le­karz do­kona sek­cji zwłok i prze­pro­wa­dzi wszyst­kie nie­zbędne ana­lizy, może bę­dziemy znali przy­czynę...

- Ale... - Spoj­rzała bła­gal­nie na Pu­zynę. Prze­cież po­wi­nien się do­my­ślić, o co chciała za­py­tać.

- Przy­pad­kowy prze­cho­dzień na­tknął się na ciało nad brze­giem Odry. - In­spek­tor oka­zał się do­myślny.

- Gdzie?

- W po­bliżu Przy­stani Zwie­rzy­niec­kiej.

W ci­szy, która za­pa­dła, Ryl­ska bo­le­śnie czuła tłu­kące się o że­bra serce, a pom­po­wana z pręd­ko­ścią stu ude­rzeń na mi­nutę krew szu­miała jej nie­przy­jem­nie w uszach.

- Czy chce pani ja­kiś śro­dek na uspo­ko­je­nie?

Za­prze­czyła ru­chem głowy. Po­łknięty wie­czo­rem lek psy­cho­tro­powy, jesz­cze krą­żył jej w ży­łach i na nie­wiele się zda­wał.

- Bra­łam przed spa­niem. Dużą dawkę.

- Wo­bec tego od­wiozę pa­nią do domu - za­pro­po­no­wał. - Chyba że chce pani gdzieś in­dziej... Nie wiem... Do przy­ja­ciółki, sio­stry...

- Nie mam... - bąk­nęła nie­swoim gło­sem. - Zresztą nie trzeba... Wrócę do domu... Chcę zo­stać sama... - Wstała z krze­sła, czu­jąc się tak ciężka, jakby była ka­mien­nym, an­tycz­nym po­są­giem, a nie drobną ko­bietą po czter­dzie­stce.

Pu­zyna ujął ją pod ra­mię i po­pro­wa­dził do sa­mo­chodu, w któ­rym pa­ląc pa­pie­rosa, za kie­row­nicą cze­kał na nich ko­lejny funk­cjo­na­riusz. Sier­żant Słaby usiadł obok niego, a Ryl­ska z Pu­zyną wci­snęli się na tylne sie­dze­nie. Droga po­wrotna na Ko­za­nów trwała nieco dłu­żej niż przy­jazd do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Na trasę wy­je­chały już au­to­busy i tram­waje, a na skrzy­żo­wa­niach włą­czono sy­gna­li­za­cję. Czu­jąc łzy pły­nące po po­licz­kach, Ryl­ska spo­glą­dała na ogromną po­ma­rań­czo­wo­czer­woną kulę wscho­dzą­cego słońca. Wy­nu­rzało się zza wy­so­kich blo­ków sto­ją­cych w dłu­gim sze­regu wzdłuż Ko­za­now­skiej. Rzu­cało złoty blask na ko­bie­rzec zwię­dłych li­ści ście­lą­cych się pod drze­wami na skwerku, czer­woną łuną ma­lo­wało szare do­tąd chmury na bursz­ty­nowy ko­lor, od­bi­jało się bla­skiem w set­kach okien, wró­żąc na­dej­ście po­god­nego je­sien­nego dnia.

Roz­dział 3

Wła­ści­ciel srebr­nego mer­ce­desa

Ma­te­usz Po­piel, zwany przez ko­le­gów Ma­tia­sem, za­trzy­mał swo­jego wy­słu­żo­nego po­lo­neza w po­bliżu wy­ciągu na Kopę, na opu­sto­sza­łym o tej po­rze roku par­kingu. Z hu­kiem za­trza­snął drzwi, bo ina­czej się nie dało, i ob­rzu­cił oko­licę ba­daw­czym spoj­rze­niem. Taki na­wyk po la­tach służby. Ni­g­dzie jed­nak nie do­strzegł ży­wego du­cha. Je­dy­nie w od­dali ma­ja­czył mocno nad­wy­rę­żony przez bez­li­to­śnie upły­wa­jący czas bu­dy­nek Or­linka, ho­telu o ty­po­wej dla re­gionu Kar­ko­no­szy ar­chi­tek­tu­rze, z wy­so­kim spa­dzi­stym da­chem o licz­nych lu­kar­nach. Od tyłu roz­po­ście­rała się ciemna ściana lasu, a z okien od frontu można było po­dzi­wiać mocno sfa­ty­go­waną, prze­rdze­wiałą skocz­nię nar­ciar­ską. Ileż to razy Ma­tias w tym miej­scu no­co­wał! I wy­pił tu­taj chyba mo­rze wódki! Za ko­muny Or­li­nek peł­nił funk­cję ośrodka szko­le­niowo-wy­po­czyn­ko­wego, do któ­rego zwo­żono młode ka­dry Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych. Po śnia­da­niu ser­wo­wano im po­ga­danki o wyż­szo­ści de­mo­kra­cji so­cja­li­stycz­nej nad tą za­chod­nią oraz go­spo­darki na­ka­zowo-roz­dziel­czej nad tą li­be­ralną, po­wszechną w ka­pi­ta­li­zmie. Po obie­dzie zaś chętni, w tym Po­piel, za­li­czali wę­drówki po Kar­ko­no­szach, a po ko­la­cji mieli czas wolny, czyli al­ko­hol i dziew­czyny do bia­łego rana. W tych za­ję­ciach Ma­tias też ak­tyw­nie uczest­ni­czył. Pod­czas jed­nego z ta­kich wy­jaz­dów po­znał Ilonę, swoją przy­szłą żonę. Przy­je­chała do Kar­pa­cza na obóz nar­ciar­ski ra­zem z grupą stu­den­tów z Wro­cła­wia. Była wów­czas na dru­gim roku stu­diów. Gdy uj­rzał ją na stoku, kiedy mknęła z Kopy, zo­sta­wia­jąc za de­skami pió­ro­pu­sze śniegu, taką gibką i zwinną, z czar­nym koń­skim ogo­nem fru­wa­ją­cym na wie­trze, wie­dział od razu, że to wła­śnie ta je­dyna. Kilka dni póź­niej wy­lą­do­wał w jej łóżku, co go tylko utwier­dziło w prze­ko­na­niu, że za in­nymi nie ma sensu dłu­żej się roz­glą­dać. Ilona nie miała w spra­wach seksu żad­nych za­ha­mo­wań ani nie hoł­do­wała drob­no­miesz­czań­skim prze­są­dom, czego Po­piel u dziew­czyn wy­jąt­kowo nie lu­bił. Jak się póź­niej prze­ko­nał, trzy­mała się nie­złom­nie kilku za­sad, ale te w ni­czym nie prze­szka­dzały, a wręcz od­wrot­nie - czy­niły wspólne ży­cie bar­dziej upo­rząd­ko­wa­nym i ła­twiej­szym do znie­sie­nia.

Po­pie­lowi, jakby to było wczo­raj, mi­gnęły przed oczami wszyst­kie ak­cje po­szu­ki­waw­cze i ope­ra­cyjno-roz­po­znaw­cze, w któ­rych brał udział od sa­mego po­czątku swo­jej służby w kontr­wy­wia­dzie MSW. Wy­ło­wili go, gdy był już na ostat­nim roku prawa, wio­sną 1968 roku. Zło­żyli mu pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia. Albo za­trudni się w służ­bach, albo za udział w roz­ru­chach mar­co­wych wy­pie­przą go ze stu­diów na zbity pysk, da­jąc na drogę wil­czy bi­let i po­wo­ła­nie do woj­ska. Przez dwa lata bę­dzie peł­nił za­sad­ni­czą służbę w ta­kim miej­scu, że mu się żyć ode­chce i na stu­dia już nie wróci. Po­piel wie­dział, że nie są to czcze prze­chwałki. Po­trze­bo­wali ta­kich jak on, z taką wie­dzą i ta­kimi umie­jęt­no­ściami. Tak zwany "od­ci­nek nie­miecki" we wro­cław­skiej ko­men­dzie był za­wa­lony ro­botą. Szu­kali nie tylko złota Bre­slau oraz ty­sięcy dzieł sztuki roz­kra­dzio­nych przez dy­gni­ta­rzy Trze­ciej Rze­szy, ale także Bursz­ty­no­wej Kom­naty. Mię­dzy in­nymi wła­śnie tu­taj, w Kar­ko­no­szach. Po­trze­bo­wali praw­ni­ków z bie­głą zna­jo­mo­ścią ję­zy­ków in­nych niż pol­ski czy ro­syj­ski. A Ma­tias znał nie­miecki, a na­wet fran­cu­ski. Bak­cyla po­szu­ki­wań po­łknął już pod­czas pierw­szej ope­ra­cji do­ty­czą­cej po­szu­ki­wań za­gi­nio­nego cen­nego re­ne­san­so­wego ob­razu, wy­wie­zio­nego z Pol­ski pod ko­niec wojny przez Hansa Franka. Mimo to póź­niej od­szedł ze służby.

Z no­stal­gią uśmiech­nął się do wła­snych wspo­mnień i za­rzu­ciw­szy ple­cak na ra­miona, dziar­skim kro­kiem ru­szył w stronę wej­ścia na czarny szlak pro­wa­dzący na Kopę. Na ogół za­tło­czony i pe­łen tu­ry­stów, te­raz jed­nak pu­sty i ci­chy. Po­piel uwiel­biał włó­czyć się po gó­rach wła­śnie je­sie­nią. Ma­je­sta­tyczne Kar­ko­no­sze za­snute po­ranną mgłą ta­jem­nicy zda­wały się po­zo­sta­wać do wy­łącz­nej dys­po­zy­cji lu­dzi ta­kich jak Po­piel - za­mknię­tych w so­bie od­lud­ków, po­ra­nio­nych przez los. Opu­sto­szałe schro­ni­ska, drzewa w zło­cie i pur­pu­rze więd­ną­cych li­ści oraz wy­lud­nione szlaki cze­kały na za­póź­nio­nego wę­drowca. Ofe­ro­wały to, co w gó­rach naj­cen­niej­sze - su­rowe piękno, grozę i ma­je­stat.

Się­gnął do we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki i wy­cią­gnął lśniącą sre­brzy­ście me­ta­lową pier­siówkę. Pie­kący tani na­pi­tek ra­dziec­kiej pro­duk­cji roz­lał się przy­jem­nym cie­płem po ca­łym ciele. Ko­lejna wy­pita por­cja nie tylko roz­grzała zgra­białe ręce Ma­tiasa, bo jak zwy­kle nie wziął rę­ka­wi­czek, lecz także roz­luź­niła na­pięte nerwy. Jak co roku, kiedy wspi­nał się tą drogą na Kopę, przed oczami sta­wała mu Ilona, choć rysy jej twa­rzy pod­kra­dał upły­wa­jący bez­li­to­śnie czas. Prze­cież we dwoje przez całe lata trwa­nia mał­żeń­stwa wła­śnie tędy wę­dro­wali. Za­gryzł wargi aż do bólu, wci­snął pier­siówkę w kie­szeń i ru­szył da­lej.

Od­kąd od­szedł z firmy, sta­rał się nie wra­cać my­ślami do skar­bów po­do­bno ukry­tych przez ucie­ka­ją­cych Niem­ców. Miał je gdzieś. Wy­ją­tek sta­no­wiła Bursz­ty­nowa Kom­nata. Jej za­gad­kowe znik­nię­cie z Kró­lewca pod ko­niec wojny wciąż tkwiło bo­le­śnie w pa­mięci Po­piela, ni­czym drza­zga pod pa­znok­ciem. Cza­sami śniła mu się po no­cach. Szum spa­da­ją­cego z wy­soka Zło­tego Po­toku roz­go­nił na­trętne my­śli i przy­wró­cił go do rze­czy­wi­sto­ści.

Chwilę póź­niej jego oczom uka­zała się Sa­mot­nia. "To naj­pięk­niej­szy za­ką­tek na ziemi. Tu roz­syp moje pro­chy" - słowa Ilony za­brzmiały tak wy­raź­nie, jakby stała tuż obok i jak zwy­kle wpa­try­wała się z za­chwy­tem w po­ciem­niały ze sta­ro­ści, przy­cup­nięty nad brze­giem Ma­łego Stawu bu­dy­nek schro­ni­ska.

Po­piel z przy­jem­no­ścią za­nu­rzył się w jego cie­płe wnę­trze. Na wy­prawę wło­żył cienki ska­fan­der i te­raz wiatr prze­wiał go pra­wie na wy­lot. Czapki też zresztą nie miał, jak zwy­kle. Wy­cho­dził z za­ło­że­nia, że wy­star­czą mu włosy, które wciąż były gę­ste, choć na skro­niach ozdo­bione kil­koma srebr­nymi nit­kami. Jak za daw­nych cza­sów spi­nał je w ku­cyk z tyłu głowy. Przez lata służby przy­zwy­czaił się do tej fry­zury z okresu dzieci kwia­tów. Miała być swego ro­dzaju ka­mu­fla­żem, upo­dab­nia­jąc go do cy­ga­ne­rii ar­ty­stycz­nej Wro­cła­wia, aby nikt w nim nie roz­po­znał ofi­cera służb spe­cjal­nych.

Do Skal­nego do­tarł już o zmierz­chu. Ho­te­lowy par­king w za­sa­dzie świe­cił pust­kami. Tylko kilka sa­mo­cho­dów na nie­miec­kich nu­me­rach błysz­czało la­kie­rem w świe­tle la­tarni gę­sto roz­sia­nych wo­kół ogro­dze­nia. Skalny był w Kar­pa­czu je­dy­nym ho­te­lem o stan­dar­dzie za­chod­nio­eu­ro­pej­skim. O za­trzy­ma­niu się w nim nie miał co ma­rzyć lud pra­cu­jący miast i wsi, czyli zwy­kli zja­da­cze chleba. Nie na ich płyt­kie kie­sze­nie skal­ku­lo­wano ho­te­lowe ceny. W se­zo­nie, ale także poza nim, oprócz tu­ry­stów za­gra­nicz­nych go­ścili w tym luk­su­so­wym miej­scu racz­ku­jący pol­scy ka­pi­ta­li­ści, jesz­cze nie tak dawno na­zy­wani nieco po­gar­dli­wie pry­wa­cia­rzami. Po­piel też się do nich za­li­czał. Firma ochro­niar­ska Omega, którą za­ło­żył za­raz po re­for­mach Wilczka, przy­no­siła cał­kiem nie­złe do­chody i nie mu­siał się li­czyć z każ­dym gro­szem. Zwłasz­cza że córka Po­pie­lów, Majka, zdą­żyła już do­ro­snąć i prze­szła na wła­sny gar­nu­szek. Od­kąd za­bra­kło Ilony, nie było komu wy­da­wać pie­nię­dzy, bo Ma­tias z roku na rok miał co­raz mniej­sze wy­ma­ga­nia. Być może na wio­snę kupi so­bie ja­kiś wó­zek, bo po­lo­nez już wy­cho­dzi mu bo­kiem. Nie dość, że pali jak smok, to jesz­cze co pięć mi­nut lą­duje w Po­lmo­zby­cie, ska­zu­jąc Ma­tiasa na tak­sówki. Za­my­ka­jąc auto, do­strzegł za budką war­tow­nika ele­ganc­kiego mer­ce­desa na wro­cław­skich nu­me­rach.

- Cie­ka­wostka przy­rod­ni­cza... - mruk­nął pod no­sem, zmie­rza­jąc do wej­ścia. - Kogo to przy­wiało do Kar­pa­cza poza se­zo­nem?

Za­jęty roz­my­śla­niem o sa­mo­cho­dzie, usiadł przy dwu­oso­bo­wym sto­liku w ką­cie ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji. Za­mó­wił go­lonkę po ba­war­sku i ku­fel piwa z beczki. Cze­ka­jąc na re­ali­za­cję za­mó­wie­nia, pa­lił pa­pie­rosa i bez­myśl­nie ga­pił się po ką­tach. Po­dob­nie jak cały ho­tel sala re­stau­ra­cyjna pysz­niła się no­wo­cze­sną aran­ża­cją, da­leką od cha­rak­te­ry­stycz­nego dla po­nie­miec­kich obiek­tów gó­ral­skiego stylu. Wnę­trze opa­no­wały szkło, be­ton, ce­ra­mika i wy­kła­dziny dy­wa­nowe. Ca­ło­ści do­peł­niało ele­ganc­kie, funk­cjo­na­lne ume­blo­wa­nie. Wy­raźny smak luk­susu, do­stęp­nego tylko dla wy­bra­nych. Kilka zsu­nię­tych ra­zem sto­li­ków oku­po­wali nie­mieccy eme­ryci, co Po­piel mógł ła­two roz­po­znać po dość gło­śnych roz­mo­wach i oku­la­rach w cien­kich zło­tych opraw­kach, jakby wszy­scy za­opa­try­wali się u jed­nego optyka. Bły­ska­jąc bielą sztucz­nych zę­bów, wrza­skli­wie usta­lali z kel­ne­rem menu. Usłuż­nie schy­lony, cze­kał cier­pli­wie na dys­po­zy­cje. Na­pi­wek w mar­kach wart był ta­kiego po­świe­ce­nia. Poza tym wszę­dzie pustki, tak jak Po­piel lu­bił. Dys­kretna mu­zyczka w tle.

- Pro­sit!8 - za­dys­po­no­wał ocho­czo któ­ryś z nie­miec­kich eme­ry­tów, gdy kel­ner na­peł­nił im kie­liszki. Szwar­go­tali gło­śno, raz po raz wy­bu­cha­jąc grom­kim śmie­chem.

Po­piel zer­kał na nich zde­gu­sto­wany. Jesz­cze któ­remu pro­teza wpad­nie do zupy, po­my­ślał zi­ry­to­wany, wo­dząc wzro­kiem za zgrabną kel­nerką uwi­ja­jącą się po sali. W głębi sali, przy ba­rze, do­strzegł dwóch fa­ce­tów sie­dzą­cych na wy­so­kich stoł­kach. Jed­nego, cho­ciaż wi­dział je­dy­nie jego sze­ro­kie plecy i błysz­czącą w świe­tle ni­sko wi­szą­cych lamp so­lidną ły­sinę, przy­krytą byle jak po­życzką znad ucha, roz­po­znał od razu. Był nim Ni­kita Wo­ron­cow, ofi­cer Głów­nego Za­rządu Wy­wia­dow­czego, GRU, wy­wiadu woj­sko­wego ZSRR, który na­dal swoją sie­dzibę miał we Wro­cła­wiu. Po­noć na dniach mieli się wy­nieść do sie­bie. Po­piel nie mu­siał na­wet uj­rzeć jego na­la­nej gęby z wor­kami pod oczami ani srebr­nego zęba w gór­nym sze­regu, aby go roz­po­znać. Choć oso­bi­ście nie miał z nim przy­jem­no­ści, jako ofi­cer cy­wil­nego kontr­wy­wiadu ta­kich lu­dzi znał jak zły sze­ląg, mimo że przez lata byli so­jusz­ni­kami, przy­naj­mniej ofi­cjal­nie. Obok Wo­ron­cowa, lecz w od­le­gło­ści su­ge­ru­ją­cej, że pa­no­wie nie są tu­taj ra­zem, sie­dział jesz­cze je­den męż­czy­zna, znany Po­pie­lowi z ekra­nów te­le­wi­zora. Z pew­no­ścią był to wła­ści­ciel srebr­nego mer­ce­desa za­par­ko­wa­nego tuż przy budce war­tow­nika, wscho­dząca gwiazda ro­dzą­cego się pol­skiego ka­pi­ta­li­zmu, Jó­zef Kraw­czyk, wła­ści­ciel firmy In­ter-Kraw­pol. A do tego po­sia­dacz kilku pasz­por­tów, o czym wie­dzieli tylko nie­liczni, w tym dawni ko­le­dzy Po­piela ze służby. Choć ubrany z wy­szu­kaną ele­gan­cją w kosz­mar­nie drogi gar­ni­tur, ze zło­tym ze­gar­kiem na sze­ro­kim prze­gu­bie ręki, nie był w sta­nie ukryć słomy wy­ła­żą­cej z bu­tów. Zbyt mało wody upły­nęło od czasu, gdy do­ro­bił się pierw­szego mi­liona. Mi­liona do­la­rów, oczy­wi­ście. Bo mi­lion zło­tych nie­któ­rzy za­ra­biali na po­sa­dach i nie­wiele mo­gli za to ku­pić, skoro dro­bia­zgi w kio­sku Ru­chu kosz­to­wały ty­siące zło­tych, a bi­lonu w ogóle nie było w obiegu. Po­noć w pla­nie Bal­ce­ro­wi­cza prze­wi­dy­wano zdła­wie­nie tej kosz­mar­nej in­fla­cji, która win­do­wała ceny do nie­bo­tycz­nego po­ziomu. Po­piel cza­sami się za­sta­na­wiał, czyim kosz­tem to się od­bę­dzie, ale w te­le­wi­zji na ten te­mat nikt się na­wet nie za­jąk­nął.

- Pa­nie star­szy! - roz­le­gło się od strony eme­ryc­kiego sto­lika. - Jesz­cze po jed­nym sznap­sie!

Gło­śne wzno­sze­nie to­a­stów i cheł­pliwe wo­jenne wspo­minki Niem­ców nie prze­szka­dzały Po­pie­lowi w po­chła­nia­niu z ape­ty­tem tłu­stej go­lonki. W domu tego nie miał. Siłą przy­zwy­cza­je­nia, a mó­wią, że jest ono drugą na­turą czło­wieka, ob­ser­wo­wał tych przy ba­rze. Wo­ron­cow, ni­czym agent z MI6, na kształt ra­dziec­kiej pod­róbki Ja­mesa Bonda, są­czył whi­sky, grze­cho­cząc w szklance kost­kami lodu. Na­to­miast Kraw­czyk, nie oglą­da­jąc się na ni­kogo, wlał do gar­dła pięć­dzie­siątkę czy­stej wódki i za­mó­wił ko­lejną. O jego po­zy­cji świad­czyły pie­nią­dze, a nie ma­niery. Przy­pa­lił pa­pie­rosa złotą za­pal­niczką i z kie­szeni ma­ry­narki wy­jął skła­dany fol­der re­kla­mowy Skal­nego. Przez mo­ment wpa­try­wał się w wi­do­czną na pierw­szej stro­nie fo­to­gra­fię ho­telu, po czym odło­żył bro­szurę na bok. Ure­gu­lo­wał ra­chu­nek i opu­ścił re­stau­ra­cję. Ofi­cer GRU do­pił whi­sky, od­sta­wił pu­stą już szklankę i nie­zgrab­nie zlazł z wy­so­kiego stołka. Od­szedł bez słowa, dys­kret­nym ru­chem zgar­nia­jąc z blatu ho­te­lową ulotkę, którą na­tych­miast wsu­nął do kie­szeni ma­ry­narki opi­na­ją­cej wy­datny brzuch.

8 - Na zdro­wie! (niem.)

Roz­dział 4

Duże ilo­ści bar­bi­tu­ra­nów

Mi­nęło po­łu­dnie, gdy Ryl­ska do­tarła do ko­mendy re­jo­no­wej po­li­cji, miesz­czą­cej się w sza­rej po­nie­miec­kiej ka­mie­nicy w po­bliżu Ostrowa Tum­skiego.

- Do in­spek­tora Pu­zyny - oświad­czyła sie­dzą­cemu za szybą funk­cjo­na­riu­szowi. - Je­stem umó­wiona.

Mun­du­rowy, dość młody męż­czy­zna o gę­stych ja­snych wło­sach i per­ka­tym no­sie ob­rzu­cił Ryl­ską cie­kaw­skim spoj­rze­niem. Przez krótką chwilę dało się w nim wy­czuć nutkę zwy­kłego mę­skiego za­in­te­re­so­wa­nia ładną, doj­rzałą ko­bietą o oczach, któ­rych ko­lor przy­wo­dził na myśl bursz­tyn zbie­rany na plaży pod­czas wa­ka­cji.

- Ko­ry­ta­rzem na lewo, po­kój nu­mer sie­dem - oznaj­mił, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

Z braku cie­kaw­szego za­ję­cia wy­chy­lił się z okienka, aby otak­so­wać jej fi­gurę, gdy ru­szyła we wska­za­nym kie­runku. Cmok­nął z uzna­niem, choć luźna kurtka z czar­nej skóry z mocno wy­pcha­nymi ra­mio­nami nie po­zwa­lała na do­kładną ocenę. Je­dy­nie do­pa­so­wane dżinsy ja­sno wska­zy­wały na szczu­płe i dłu­gie nogi.

Idąc ko­ry­ta­rzem, Ryl­ska od­czy­ty­wała cy­ferki na drzwiach. Sió­demka była na sa­mym końcu. Za­pu­kała i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, we­szła do środka. Ma­sywna po­stać Pu­zyny gó­ro­wała nad nie­wiel­kim biur­kiem pa­mię­ta­ją­cym z pew­no­ścią czasy gier­kow­skiej pro­spe­rity. Z pa­pie­rosa we­tknię­tego mię­dzy mię­si­ste wargi in­spek­tora uno­siły się smugi błę­kit­nego dymu, wy­peł­nia­jąc całe po­miesz­cze­nie nie­przy­jemną wo­nią ta­nich klu­bo­wych. Śmier­działy jak zbu­twiałe siano. Zwa­li­sta bu­dowa ciała, po­dob­nie jak po­prze­ty­kane si­wi­zną włosy, do­da­wały po­li­cjan­towi lat. Spoj­rzał na ko­bietę spod oka i nie pod­no­sząc się z krze­sła, wska­zał jej miej­sce na­prze­ciwko.

- Spóź­niła się pani - za­uwa­żył szorstko i zga­sił pa­pie­rosa w głę­bo­kiej szkla­nej po­piel­niczce, wy­peł­nio­nej po brzegi nie­do­pał­kami.

Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Było dzie­sięć po. Kwa­drans aka­de­micki jesz­cze nie mi­nął, miała już na końcu ję­zyka, lecz z uwagi na oko­licz­no­ści zre­zy­gno­wała z ja­ło­wych prze­py­cha­nek. Nie ze swo­jej winy nie zdą­żyła na czas.

- Je­cha­łam z prze­siad­kami, je­den au­to­bus wy­padł z kursu, tram­waj uciekł mi sprzed nosa, a sa­mo­chodu męża jesz­cze mi nie od­da­li­ście - wy­tłu­ma­czyła się pod­nie­sio­nym to­nem.

Pusz­cza­jąc pre­ten­sje Ryl­skiej mimo uszu, in­spek­tor skar­cił ją wzro­kiem. Przy­wykł już, że spo­łe­czeń­stwo z dnia na dzień ro­biło się co­raz bar­dziej rosz­cze­niowe. Py­sko­wali i do­ma­gali się re­spek­to­wa­nia swo­ich praw. Na­uczyli się pi­sać do­nie­sie­nia na nie­wła­ściwe za­cho­wa­nie stró­żów prawa. Skar­żyli do sądu. Miał na­dzieję, że ja­koś do­trwa do eme­ry­tury i ni­komu nie na­kła­dzie po mor­dzie pod­czas prze­słu­cha­nia, choć mo­men­tami świerz­biły go dło­nie. Na chwilę za­trzy­mał wzrok na bla­dej jak kreda twa­rzy Ryl­skiej. Z pew­no­ścią nie zro­biła rano ma­ki­jażu i wi­dać było na pierw­szy rzut oka, że jej naj­lep­sze lata już mi­nęły, miała w so­bie jed­nak coś in­try­gu­ją­cego. Może wła­śnie za sprawą tych bla­dych po­licz­ków i pło­ną­cych dziw­nym bla­skiem brą­zo­wych oczu. Krótka, pra­wie po mę­sku ob­cięta czu­pryna, czarna jak u kruka, za­pewne dzięki far­bie do wło­sów, świet­nie pod­kre­ślała kształtną głowę, re­gu­larne rysy twa­rzy i kan­cia­sty pod­bró­dek. Ten w do­datku świad­czył do­bit­nie, że wdowa po Pawle Ryl­skim jest ko­bietą upartą. A Pu­zyna wy­jąt­kowo nie lu­bił upar­tych bab. Przez nie­do­pa­trze­nie z jedną taką się kie­dyś oże­nił.

- Więc tak... Na­pije się pani her­baty? - za­pro­po­no­wał, gdy usia­dła na krze­śle i za­ło­żyła nogę na nogę.

- Dzię­kuję. Niech się pan nie fa­ty­guje...

In­spek­tor bez słowa się­gnął do szu­flady biurka i wy­cią­gnął spo­mię­dzy jej bo­ga­tej, choć nie­upo­rząd­ko­wa­nej za­war­to­ści plik pa­pie­rów. Chwilę je prze­glą­dał. Po­ło­żył przed sobą coś na kształt for­mu­la­rza i przez mo­ment wy­peł­niał w nim ja­kieś ru­bryczki. Gdy skoń­czył, odło­żył na bok dłu­go­pis i wbił w Ryl­ską twarde spoj­rze­nie, jakby miał przed sobą osobę po­dej­rzaną o po­peł­nie­nie gru­bego prze­stęp­stwa.

- Czy pani mąż le­czył się psy­chia­trycz­nie? - spy­tał po chwili.

- Nie ro­zu­miem... - bąk­nęła, za­sko­czona py­ta­niem. - O co panu cho­dzi?

- Py­ta­nie jest chyba pro­ste - od­parł znie­cier­pli­wio­nym to­nem. - Czy pani mąż miał kło­poty ze zdro­wiem psy­chicz­nym? Brał ja­kieś leki? Cho­dził do psy­chia­try?

- Nic mi na ten te­mat nie wia­domo...

- Więc wy­klu­czyć nie mo­żemy? - upew­nił się i na­skro­bał coś w swoim for­mu­la­rzu.

Ryl­ska po­pra­wiła się na krze­śle, jakby coś uwie­rało ją w sie­dze­nie. Roz­pięła kurtkę i zsu­nęła ją na opar­cie. W po­koju in­spek­tora było zde­cy­do­wa­nie za cie­pło jak na jej gust. Chyba że to nerwy tak ją grzały. Wy­wi­nęła wy­soki czarny golf pod szyją. Na jego tle jej twarz wy­da­wała się jesz­cze bled­sza.

- Nie wiem, co pan może wy­klu­czyć, a czego nie. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Ja nie wiem, czy mąż się le­czył u psy­chia­try, czy nie. Mnie w każ­dym ra­zie się nie skar­żył.

- A komu mógł się po­skar­żyć?

- Tego też nie wiem. Ma... miał sio­strę. Może jej się spo­wia­dał...

- To wy­daje się tro­chę dziwne, żeby żona nie wie­działa o kło­po­tach zdro­wot­nych męża...

- Żony na ogół nie wie­dzą o wielu kło­po­tach swo­ich mę­żów. A o ich spraw­kach wia­domo im jesz­cze mniej.

In­spek­tor zer­k­nął na nią za­in­try­go­wany i za­py­tał:

- Co pani ma na my­śli?

- To, co pan usły­szał - od­burk­nęła. - Nie­wiele mogę o swoim mężu po­wie­dzieć, bo każde z nas żyło wła­snym ży­ciem. Być może cha­dzał do psy­chia­try. To chyba dla pana nie pro­blem usta­lić. Zdaje się, że na­dal obo­wią­zuje re­jo­ni­za­cja.

Pu­zyna przy­gryzł wargę i za­no­to­wał coś na kartce le­żą­cej tuż przed nim.

- Więc tak... - cią­gnął te­mat. - Czy mąż w ostat­nim cza­sie spra­wiał wra­że­nie za­ła­ma­nego, przy­bi­tego... nie wiem... jakby był w de­pre­sji?...

- Z całą pew­no­ścią nie. Był nie­po­praw­nym opty­mi­stą i cie­szył się ze wszyst­kiego jak dziecko. Nie­mal ocie­rał się o he­do­nizm. Dla­czego pan o to pyta?

In­spek­tor się­gnął po paczkę pa­pie­ro­sów le­żą­cych na biurku i pod­su­nął Ryl­skiej. Wsu­nęła jed­nego mię­dzy ład­nie wy­kro­jone, nie­wy­ma­ga­jące szmin­ko­wa­nia wargi i cze­kała, aż po­li­cjant poda jej ogień. Za­cią­gnęła się de­li­kat­nie, jakby w oba­wie, że klu­bowe Pu­zyny mogą się dla niej oka­zać zbyt mocne. Ona pa­liła men­to­lowe z fil­trem.

- We krwi pani męża zna­le­ziono duże ilo­ści bar­bi­tu­ra­nów... To leki na re­ceptę, które może prze­pi­sać je­dy­nie psy­chia­tra - wy­ja­śnił, gdy odło­żył pa­pie­rosy na miej­sce.

- Wiem - przy­tak­nęła nie­cier­pli­wym to­nem. - Sama biorę si­ne­quan. Mam pro­blemy i cho­dzę do psy­chia­try.

- Mąż o tym wie­dział?

- Oczy­wi­ście - przy­tak­nęła i łyp­nęła na niego ze zło­ścią. Nie cier­piała mó­wić o swo­ich oso­bi­stych spra­wach. - Cho­ro­bliwa bez­sen­ność to nie to samo co cho­roba we­ne­ryczna. Nie ma po­wodu do wstydu i za­kaźna także nie jest. Ja nie za­li­czam się do in­tro­wer­ty­ków, a męża da­rzy­łam za­ufa­niem.

- Czy mógł za­żyć pani ta­bletki?

- Mógł. Tylko po co?

Pu­zyna chwilę ba­zgro­lił coś dłu­go­pi­sem na kartce, za­nim za­dał ko­lejne py­ta­nie:

- Czy pani mąż miał wro­gów?

Ryl­ska prze­nio­sła wzrok na okno za ple­cami in­spek­tora i przez mo­ment wpa­try­wała się w starą ka­mie­nicę, która za­sła­niała cały wi­dok na oko­licę. Ma­ja­czyła nie­wy­raź­nie za szybą przy­sło­niętą po­wy­gi­na­nymi me­ta­lo­wymi ża­lu­zjami, po­kry­tymi grubą war­stwą ku­rzu. Usi­ło­wała so­bie przy­po­mnieć ja­kieś słowa Pawła, ja­kieś wy­da­rze­nia, które mo­głyby świad­czyć o wro­gich za­mia­rach ko­go­kol­wiek wo­bec niego. Nic kon­kret­nego nie przy­cho­dziło jej jed­nak do głowy.

- Był prze­ciwny sprze­daży Elwro - od­parła za­raz po­tem, przy­po­mniaw­szy so­bie wzbu­rze­nie Pawła po ze­bra­niu, na któ­rym prze­strze­gał przed tym kro­kiem. - Na­wy­zy­wali go od zdraj­ców i czer­wo­nej ho­łoty.

- Ale do rę­ko­czy­nów nie do­szło?

- Całe szczę­ście nie.

- Ja­kieś ano­nimy z po­gróż­kami?

- Nie, no skąd - prych­nęła. - Prze­cież nie on de­cy­do­wał o sprze­daży. To le­żało w ge­stii rządu.

- In­nych wro­gów poza Elwro nie miał?

- Nie wiem, czy można na­zwać tych lu­dzi wro­gami - od­parła po krót­kim na­my­śle. - Po­wiedzmy, że nie wszy­scy byli mu życz­liwi.

- Kogo ma pani na my­śli? - za­in­te­re­so­wał się Pu­zyna.

- Cho­dzi panu o na­zwi­ska czy tak bar­dziej ogól­nie?

- O jedno i dru­gie.

- Z na­zwi­skami bę­dzie pro­blem - przy­znała i za­cią­gnęła się pa­pie­ro­sem. - Jak już mó­wi­łam, mąż mi się nie zwie­rzał, ale tak ogól­nie, ist­nieje taka grupa lu­dzi zwią­zana z po­szu­ki­wa­niami, na­zwijmy to oględ­nie, po­nie­miec­kich skar­bów.

- Czego? - Pu­zyna spoj­rzał na Ryl­ską, jakby mó­wiła szy­frem, któ­rego on nie zna.

- Pro­szę po­py­tać by­łych es­be­ków - za­częła, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. - To te­raz, zdaje się, UOP? Przede wszyst­kim oni szu­kali i mieli na to mo­no­pol. Gu­zik zna­leźli, więc szla­ban w końcu zdjęli, i tacy za­pa­leńcy jak mój mąż mo­gli wyjść z ukry­cia i za­cząć szu­kać ofi­cjal­nie - cią­gnęła te­mat, z tru­dem pa­nu­jąc nad emo­cjami w gło­sie. Miała mgli­ste po­dej­rze­nia, że te całe po­szu­ki­wa­nia naj­pierw znisz­czyły ich zwią­zek, a te­raz de­fi­ni­tyw­nie ode­brały jej męża. - Ostat­nio zro­biło się gę­sto od mniej lub bar­dziej sfik­so­wa­nych po­szu­ki­wa­czy. Wy­ry­wają so­bie z rąk każdy ślad, każdą po­szlakę, prze­chwa­lają się nie­zbi­tymi do­wo­dami, no­wymi świad­kami, wza­jem­nie oskar­żają się o oszu­stwa. Wszy­scy za­sła­niają się chę­cią po­zna­nia prawdy i prze­ży­cia przy­gody, żeby tylko nie wy­szła na jaw naj­zwy­klej­sza żą­dza zy­sku i sławy. Ale to nie­szko­dliwi za­pa­leńcy.

- Ale czego, do cho­lery, oni wszy­scy szu­kają?

- Niech pan nie udaje, że nie wie, o czym mó­wię. - Ryl­ska spoj­rzała na in­spek­tora z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie wiem. Na­prawdę - za­pew­nił so­len­nie. - Ja od lat ni­czym in­nym się nie in­te­re­suję, tylko mor­der­stwami...

Ryl­ska mo­men­tal­nie po­czuła chłód spły­wa­jący po ple­cach, jakby ktoś wrzu­cił jej za koł­nierz garść śniegu.

- Czy mam przez to ro­zu­mieć, że Pa­weł zo­stał za­mor­do­wany? - prze­rwała in­spek­to­rowi w pół słowa.

Pu­zyna prze­su­nął pa­piery le­żące tuż przed nim na brzeg biurka i po­pra­wił się na krze­śle. Ner­wo­wym ge­stem skrzy­żo­wał ra­miona na pier­siach. Bab do­cie­kli­wych też nie lu­bił.

- Więc tak... Nie mogę na to py­ta­nie udzie­lić jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi - wy­znał z kwa­śną miną. - Ra­czej nie był to wy­pa­dek. Nie mo­żemy wy­klu­czyć sa­mo­bój­stwa...

- Non­sens! - Ryl­ska pod­sko­czyła na krze­śle, jakby ją ktoś ukłuł szpilką. - Wszy­scy, tylko nie on. Gdyby pan go znał, to taka wer­sja ni­gdy nie przy­szłaby panu do głowy.

- Niby dla­czego?

- Był o krok od ukoń­cze­nia naj­waż­niej­szego za­da­nia swo­jego ży­cia - od­parła z prze­ko­na­niem. - Miał ze­braną pra­wie pełną do­ku­men­ta­cję i go­towy ma­te­riał na książkę. Chyba na­wet zdą­żył na­pi­sać kilka roz­dzia­łów. W ta­kim mo­men­cie nikt nie od­biera so­bie ży­cia.

Pu­zyna ci­snął w Ryl­ską wście­kłym spoj­rze­niem ni­czym ka­mie­niem i syk­nął z pre­ten­sją w gło­sie:

- Na­dal mi pani nie po­wie­działa, czego kon­kret­nie szu­kał Pa­weł Ryl­ski, pani mąż. "Po­nie­miec­kie skarby" brzmi tro­chę in­fan­tyl­nie. Musi pani przy­znać...

Na chwilę za­pa­dła ci­sza. Ryl­skiej przy­szło do głowy, że może nie po­winna tego wy­ja­wić. Wy­da­wało się to nie­zro­zu­miałe, żeby ktoś, kto spę­dził wiele lat ży­cia w tej po­nu­rej in­sty­tu­cji, ni­gdy nie sły­szał o po­szu­ki­wa­niach pro­wa­dzo­nych ofi­cjal­nie i nie­ofi­cjal­nie, jaw­nych i taj­nych, le­gal­nych i nie­le­gal­nych. Żeby nie sły­szał o "od­cinku nie­miec­kim" ani nie znał naj­bar­dziej zna­nego ma­jora z tej branży.

- Po­szu­ki­wał kom­naty - zde­cy­do­wała się wy­znać prawdę, bo zda­wała so­bie sprawę, że i tak prę­dzej czy póź­niej wyj­dzie na jaw, a usta­le­nie oko­licz­no­ści śmierci Pawła miało dla niej więk­sze zna­cze­nie niż skry­wane przez niego głę­boko, w ciem­nych za­ka­mar­kach ta­jem­nice.

Ręka Pu­zyny zmie­rza­jąca z pa­pie­ro­sem do ust za­marła w po­ło­wie drogi, a na jego wy­mię­tej twa­rzy za­kwi­tło bez­gra­niczne zdzi­wie­nie. Do­piero po chwili za­cią­gnął się głę­boko i strzep­nął po­piół do po­piel­niczki.

- Ja­kiej kom­naty? - spy­tał ze wzro­kiem utkwio­nym w le­żą­cym przed nim na biurku pro­to­kole prze­słu­cha­nia Ewy Ryl­skiej.

- Bursz­ty­no­wej.

- Ma pani na my­śli tę za­gi­nioną pod­czas wojny, wy­wie­zioną przez Niem­ców z Kró­lewca?

- Z Königs­bergu - po­pra­wiła go. - Obec­nie Ka­li­nin­grad.

- To lu­dzie się jesz­cze zaj­mują tymi głu­po­tami?! - prych­nął z kpiną, pusz­cza­jąc mimo uszu uwagę o na­zwie mia­sta.

- Warta jest sto mi­lio­nów do­la­rów lub coś koło tego... - od­parła chłodno. Po­czuła się ura­żona jego sło­wami. - Ale mę­żowi nie o te pie­nią­dze cho­dziło. Wy­snuł ja­kąś swoją teo­rię, która po­noć miała prze­wró­cić do góry no­gami całą do­tych­cza­sową wie­dzę na ten te­mat. No i chciał wy­dać książkę, a to przy­nio­słoby nie­zły, a uczci­wie za­ro­biony grosz.

- Jaką teo­rię? - W oczach Pu­zyny za­lśniły iskierki za­in­te­re­so­wa­nia. - Nie Niemcy ją zra­bo­wali, tylko Ame­ry­ka­nie?

Ryl­ska, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc uszczy­pliwą kry­tykę ci­snącą się jej na usta, spoj­rzała na in­spek­tora z dez­apro­batą.

- Chyba nie są­dzi pan, że o ta­kich spra­wach ba­da­cze roz­po­wia­dają na lewo i prawo? - burk­nęła drwiąco. - Taką wie­dzę do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści po­daje się do­piero w książce czy ar­ty­kule pra­so­wym. W osta­tecz­no­ści, w spra­wach bła­hych, można uchy­lić rąbka ta­jem­nicy w wy­wia­dzie te­le­wi­zyj­nym. Po­mi­jam już, że Ame­ry­ka­nie w tamte re­jony w ogóle nie do­tarli - do­dała na ko­niec nieco ką­śli­wie.

Pu­zyna zło­śli­wo­ści Ryl­skiej zło­żył na karb jej ostat­nich cięż­kich prze­żyć. W końcu śmierć męża, na­wet po dwu­dzie­stu la­tach mał­żeń­stwa, po­trafi czło­wieka wy­trą­cić z rów­no­wagi. Się­gnął po dłu­go­pis i przez chwilę coś pil­nie no­to­wał w le­żą­cym przed nim for­mu­la­rzu.

- Więc tak... - za­czął z in­nej beczki, gdy skoń­czył pi­sać. Wszel­kie kon­cep­cje do­ty­czące lo­sów Bursz­ty­no­wej Kom­naty miał gdzieś. Na­wet je­śli ktoś ją znaj­dzie, to bę­dzie mu­siał od­dać ru­skim. - Sa­mo­chód męża może pani już ode­brać. Stoi na par­kingu przy Mu­ze­al­nej. Tu ma pani kwi­tek, do­ku­menty i klu­czyki... - Z szu­flady wy­jął od­po­wiedni świ­stek oraz całą resztę i prze­su­nął po bla­cie w stronę Ryl­skiej.

- Czy może mi pan po­wie­dzieć, gdzie zna­leź­li­ście auto? - spy­tała bez więk­szej na­dziei, że po­li­cjant wy­jawi choć je­den szcze­gół śledz­twa.

- Było za­par­ko­wane w po­bliżu mo­stu Zwie­rzy­niec­kiego - od­parł, nie pod­no­sząc wzroku znad swo­ich pa­pie­rów. - Czy w oko­licy mieszka ktoś zna­jomy? Ko­lega? Przy­ja­ciel?

- Spo­śród wspól­nych zna­jo­mych nie mamy tam ni­kogo. - Ryl­ska po­krę­ciła prze­cząco głową. - Na­to­miast o zna­jo­mych męża nic mi nie wia­domo. Ja ich nie zna­łam, ani on nic na ich te­mat mi nie opo­wia­dał. Nie mogę wy­klu­czyć, że w oko­licy ja­kiś ko­lega miesz­kał. Mógł rów­nie do­brze umó­wić się w tym miej­scu z kimś cał­kiem ob­cym, z kimś, kto po­sia­dał in­for­ma­cję o kom­na­cie. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści im wię­cej lat upływa od jej za­gad­ko­wego za­gi­nię­cia, tym wię­cej na­ocz­nych świad­ków się od­naj­duje. Jakby lu­dzie z bie­giem czasu od­zy­ski­wali pa­mięć, za­miast ją tra­cić.

In­spek­tor no­to­wał słowa Ryl­skiej, zer­ka­jąc przy tym na nią po­dejrz­li­wie, jakby chciał spraw­dzić, czy nie mija się z prawdą.

- Pro­szę pod­pi­sać jesz­cze to... - Gdy skoń­czył, jed­nym ru­chem ręki od­wró­cił trzy­many przed sobą for­mu­larz i po­pchnął na drugi brzeg biurka, wprost do Ryl­skiej.

- Co to jest? - za­py­tała, się­ga­jąc do to­rebki po oku­lary.

- Pani ze­zna­nie - wy­ja­śnił i spe­szony za­czął się skro­bać po gło­wie, gdy Ryl­ska usi­ło­wała roz­szy­fro­wać jego ba­zgroły. - Mu­sia­łem od­ręcz­nie, bo wczo­raj ma­szynę do pi­sa­nia szlag tra­fił...

Nie do­pa­trzyła się w tre­ści ni­czego kłam­li­wego, a więc pod­pi­sała w miej­scu, które Pu­zyna wska­zał.

- Czy je­stem już wolna? - spy­tała, uno­sząc się z krze­sła.

- Tak, oczy­wi­ście. - In­spek­tor rów­nież wstał i po­mógł Ryl­skiej wło­żyć kurtkę.

- Czy mogę już za­ła­twiać for­mal­no­ści zwią­zane z po­grze­bem? - za­dała in­spek­to­rowi jesz­cze jedno py­ta­nie, z tru­dem wy­do­by­wa­jąc z sie­bie głos. Sama myśl o tej przy­krej ce­re­mo­nii do­pro­wa­dzała ją do pła­czu.

- Po­wia­do­mię pa­nią - od­parł, przy­bie­ra­jąc współ­czu­jący tembr głosu. - Nie skoń­czy­li­śmy ba­dań. Są pewne nie­ja­sno­ści... Mó­wi­łem już... Po­sła­łem ma­te­riał na tok­sy­ko­lo­gię do Ka­to­wic i cze­kam na wy­niki.

- Tak... Ro­zu­miem...

Pu­zyna szar­mancko otwo­rzył przed Ryl­ską drzwi i uści­snął jej dłoń na po­że­gna­nie. Czu­jąc na so­bie jego spoj­rze­nie, dłu­gim ko­ry­ta­rzem zmie­rzała do wyj­ścia i sta­rała się za­pa­no­wać nad łzami ci­sną­cymi się do oczu.

Roz­dział 5

Skrzy­żo­wa­nie In­diany Jo­nesa z Ja­me­sem Bon­dem

W dro­dze z Kar­pa­cza do Wro­cła­wia Po­piel za­sta­na­wiał się nad ob­raz­kiem, który uj­rzał po­przed­niego wie­czoru w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji. Wnio­sek na­su­wał się je­den: pol­ski biz­nes­men wszedł w kon­szachty z ob­cym wy­wia­dem. Wy­wia­dem pań­stwa, które od czerwca 1989 roku prze­stało być dla Pol­ski brat­nim pań­stwem, choć tak na­prawdę ni­gdy ta­kim nie było, wbrew słow­nym de­kla­ra­cjom. To, co Po­piel wi­dział, wy­star­czy­łoby, aby za­ło­żyć Jó­ze­fowi Kraw­czy­kowi sprawę ope­ra­cyj­nego roz­pra­co­wa­nia. Ale Ma­tias już nie pra­co­wał w or­ga­nach bez­pie­czeń­stwa i nie­wiele mógł zdzia­łać. Po raz pierw­szy od dnia odej­ścia ze służby po­ża­ło­wał swo­jego kroku, ale wów­czas nie mógł dłu­żej po­zo­stać w tym re­sor­cie. Zbie­rało się od dawna, aż w końcu się prze­lało.

- Ma­jo­rze. - Puł­kow­nik Ste­fan Pa­li­mąka, szef wro­cław­skiej Służby Bez­pie­czeń­stwa, spoj­rzał wów­czas na Po­piela nic nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem. - Mo­że­cie wy­ja­śnić przy­czyny wa­szej de­cy­zji? - po­pro­sił i od­dał Po­pie­lowi jego ra­port o odej­ściu ze służby.

- Prze­cież na­pi­sa­łem wy­raź­nie. - Osten­ta­cyj­nie wzru­szył ra­mio­nami. - W związku z prze­pra­co­wa­niem lat...

- Wiem, czy­tać umiem... - Puł­kow­nik sta­rał się za­cho­wać sto­icki spo­kój. - Po­wiedz mi, Ma­tias, tak po ludzku, mię­dzy nami...

- Za­mknę­li­ście sprawę ope­ra­cyjną "Kom­nata", to po pierw­sze - za­czął wy­li­czać Po­piel, za­ci­ska­jąc szczęki, aby nie pod­nieść głosu. - Teczka "War­tow­nika" ulot­niła się z wy­działu C jak kam­fora, to po dru­gie. Ro­zu­mie­cie, o czym to świad­czy? - Zer­k­nął wy­mow­nie na swo­jego zwierzch­nika. - Ope­ra­cję "Klasz­tor" także ode­sła­li­ście do la­musa, a winni roz­kra­dze­nia zło­tych mo­ment nie zo­stali po­cią­gnięci do od­po­wie­dzial­no­ści. Przez wa­sze ro­szady per­so­na­lne "od­ci­nek nie­miecki" leży i kwi­czy na ca­łej li­nii, to po trze­cie. A ja nie na­daję się do śle­dze­nia opo­zy­cji, bo je­stem po jej stro­nie - do­dał na ko­niec i zde­cy­do­wa­nym ge­stem z po­wro­tem po­ło­żył swój ra­port na biurku puł­kow­nika.

- Nie wy­dur­niaj się, Ma­tias, i zo­stań cho­ciaż te trzy lata. - Puł­kow­nik nie da­wał za wy­graną. - Może w mię­dzy­cza­sie do­sta­niesz awans... Eme­ry­tura wów­czas wyż­sza... Prze­cież te­raz da­dzą ci ja­kieś marne gro­sze... - ku­sił ni­czym wąż Ewę w raju. Od­kąd on był sze­fem, jesz­cze nikt tak wcze­śnie nie od­cho­dził z wła­snej woli. Do­sko­nale wie­dział, że nie po­głasz­czą go za to po gło­wie.

Po­piel po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na krze­śle. Je­śli się cze­goś nie na­piję, to za­raz mnie wy­niosą, po­my­ślał i ob­li­zał wy­su­szone wargi. Po­cią­ga­nie z pier­siówki w obec­no­ści prze­ło­żo­nego nie wcho­dziło jed­nak w grę, choć Pa­li­mąka do wy­le­wa­ją­cych za koł­nierz się nie za­li­czał. Ma­tias prze­łknął je­dy­nie ślinę i po­pra­wił włosy, spięte w ku­cyk z tyłu głowy.

- W du­pie mam wa­sze awanse - wark­nął wście­kły. - Lu­dzie plują na mnie za ple­cami, ro­dzina wie­sza psy, choć ni­gdy ni­komu nie zro­bi­łem naj­mniej­szej krzywdy, a do pracy w tym re­sor­cie zo­sta­łem zmu­szony szan­ta­żem. Pra­co­wa­łem, do­póki wi­dzia­łem w tym sens. Te­raz już go nie wi­dzę. Mo­jej żo­nie zo­stało kilka mie­sięcy ży­cia i chcę ten czas spę­dzić z nią, czy ci się to, Ste­fan, po­doba, czy nie. Ko­niec kropka - wy­rzu­cił z sie­bie jed­nym tchem i nie cze­ka­jąc na re­ak­cje prze­ło­żo­nego, wy­szedł z jego ga­bi­netu, trza­ska­jąc drzwiami.

Przez ko­lejne lata ani razu nie po­ża­ło­wał tej de­cy­zji. Po śmierci Ilony przez kilka mie­sięcy zaj­mo­wał się nic­nie­ro­bie­niem. Póź­niej imał się róż­nych za­jęć, jeź­dził na­wet do Tur­cji po ko­żu­chy. W końcu za­ło­żył firmę, za­trud­nił kilku ko­le­gów, któ­rzy ode­szli z re­sortu na eme­ry­tury, i sta­rał się żyć nor­mal­nie, choć nie bar­dzo wie­dział, co to może ozna­czać. Bo dla nie­któ­rych upi­ja­nie się każ­dego wie­czoru nie było rze­czą nor­malną, a dla Po­piela ow­szem. Cóż mi in­nego po­zo­stało?, py­tał sam sie­bie, tłu­kąc się po pu­stym miesz­ka­niu od ściany do ściany, ma­jąc bu­telkę wódki za całe to­wa­rzy­stwo. Schudł i wy­sechł jak szczapa, co przy jego wzro­ście do­brze po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt uczy­niło zeń Don Ki­chota z ry­sun­ków za­miesz­czo­nych w daw­nych wy­da­niach po­wie­ści Ce­rvan­tesa. Bra­ko­wało mu tylko ko­ziej bródki, ale się nie zde­cy­do­wał. Wy­ma­ga­łaby zbyt dużo za­chodu i pie­lę­gna­cji. A Po­piel go­lił się tylko raz w ty­go­dniu, w nie­dzielę rano, przed pój­ściem na mszę. Obie­cał to Ilo­nie, choć jemu ko­ściół do szczę­ścia nie był nie­zbędny. Miał o tej in­sty­tu­cji wła­sne, nie­zbyt po­chlebne zda­nie, zwłasz­cza w ostat­nich la­tach, gdy jej urzęd­nicy ła­komą ręką się­gali po szkolne czy szpi­talne bu­dynki. Nie uwa­żał też, że po­trze­buje ja­kie­goś po­śred­nika w swo­ich re­la­cjach z Bo­giem. Nie la­tał jed­nak z tą opi­nią po mie­ście w oba­wie, aby reszta bo­go­boj­nego spo­łe­czeń­stwa go nie za­dzio­bała. Wia­domo, es­bek. Gdy sta­wał przed lu­strem w ła­zience, w któ­rej nie po­zo­stało już ani śladu po zmar­łej żo­nie i go­lił się sta­ran­nie, sam sie­bie nie po­zna­wał. W nie­bie­skich oczach za­miast ra­do­ści ży­cia cza­iło się cier­pie­nie, a ką­ciki ust, które prze­stały się uśmie­chać, opa­dły bez­rad­nie. Ty­go­dniowy za­rost z roku na rok sta­wał się co­raz bar­dziej szpa­ko­waty, po­dob­nie jak włosy.

Do­piero gdy sie­dział w re­stau­ra­cji w Skal­nym, na wi­dok Wo­ron­cowa i Kraw­czyka znów obu­dziło się w nim za­in­te­re­so­wa­nie to­czą­cym się wo­kół ży­ciem. Po raz pierw­szy po­ża­ło­wał, że nie pra­cuje już w służ­bach. Szlag go tra­fiał na myśl o tym, że no­szony na rę­kach me­diów fa­cet, da­wany za wzór resz­cie spo­łe­czeń­stwa, które nie po­trafi wziąć spraw w swoje ręce, tylko je wy­ciąga do pań­stwa po ła­skawy grosz, za­dał się z ob­cym wy­wia­dem. Na do­da­tek z Ni­kitą Wo­ron­co­wem, który zda­niem Po­piela za­li­czał się do wy­jąt­ko­wych ka­na­lii.

- Nie­do­cze­ka­nie twoje, su­kin­synu - po­my­ślał gło­śno, włą­czył ra­dio sa­mo­cho­dowe i do­ci­snął pe­dał gazu. - Nie ze mną te nu­mery... Jak ma­wiał po­rucz­nik Klos.

Ani się obej­rzał, kiedy za­trzy­mał auto w za­toczce przy Pod­walu, na wprost ce­gla­nego bu­dynku, w któ­rym mie­ściła się Ko­menda Wo­je­wódzka Po­li­cji. W setki okien za­glą­dały pro­mie­nie za­cho­dzą­cego słońca, na­da­jąc temu miej­scu szcze­gólny urok. Za­rzu­cił kurtkę na grzbiet i prze­biegł na drugą stronę jezdni, wprost przed ma­ską pę­dzą­cego sa­mo­chodu. Kie­rowca za­trą­bił wście­kły. Po­piel po­ka­zał mu po­wszech­nie zna­nym ge­stem, że może go w dupę po­ca­ło­wać, i po­ma­sze­ro­wał w kie­runku ulicy Druc­kiego-Lu­bec­kiego, gdzie mie­ściła się de­le­ga­tura wro­cław­skiego Urzędu Ochrony Pań­stwa. Za­stą­pił on do­tych­cza­sową SB, a po­wo­łana na wio­snę 1990 roku ko­mi­sja we­ry­fi­ka­cyjna w spo­sób mniej lub bar­dziej udolny przez wiele mie­sięcy do­ko­ny­wała se­lek­cji es­be­ków. Część z nich po­słano na zie­loną trawkę, a nowy mi­ni­ster za­trud­nił w re­sor­cie swo­ich lu­dzi. Wi­dać zda­wał so­bie sprawę, że cał­ko­wita li­kwi­da­cja tego ro­dzaju służb nie wcho­dzi w grę. Za­pewne ma­rzyło mu się, że będą zaj­mo­wać się wy­łącz­nie tym, do czego zo­stały po­wo­łane, czyli ochroną pań­stwa, tym ra­zem de­mo­kra­tycz­nego, bez do­dat­ko­wych przy­miot­ni­ków. Po roku 1989 więk­szość spo­łe­czeń­stwa żyła na­dzieją, że te­raz na­staną czasy rze­czy­wi­stej de­mo­kra­cji, wol­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści dla wszyst­kich, bez żad­nych ogra­ni­czeń. Na­dzieje nie­któ­rych się­gnęły jesz­cze da­lej. Są­dzili, że wraz z oba­le­niem ko­mu­ni­zmu wszy­scy staną się bo­gaci, zdrowi i szczę­śliwi. Po­piel aż tak roz­bu­cha­nych na­dziei nie miał. Do wczo­raj­szego dnia nie miał zresztą żad­nych na­dziei. Te­raz zaś miał na­dzieję udo­wod­nić Jó­ze­fowi Kraw­czy­kowi współ­pracę z wy­wia­dem wro­giego pań­stwa.

Li­czył, że po­zy­tyw­nie zwe­ry­fi­ko­wany ko­lega z wy­działu, Adam Owcza­rek, z któ­rym całe lata po­szu­ki­wali ukry­tego gdzieś na Dol­nym Ślą­sku złota Wro­cła­wia i za­gi­nio­nej Bursz­ty­no­wej Kom­naty, po­zwoli mu zaj­rzeć do nie­któ­rych akt. O ile nie zo­stały spa­lone przez od­cho­dzą­cych ze służby es­be­ków. Po­noć po­wrzu­cali do pie­ców kom­pro­mi­tu­jące ich do­ku­menty. Na­wet wró­ble o tym ćwier­kały na da­chach. Za­stał Adama sie­dzą­cego za biur­kiem za­wa­lo­nym tecz­kami, z któ­rych wy­sy­py­wały się pa­piery. Wi­docz­nie nie wszystko po­szło z dy­mem, skoro Owcza­rek, awan­so­wany do stop­nia ma­jora, mo­zo­lił się nad ich za­war­to­ścią. Sia­teczka zmarsz­czek pod oczami i z roku na rok co­raz wyż­sze czoło świad­czyły, że i Owczarka mi­ja­jący czas nie zo­sta­wił w spo­koju, rzeź­biąc w jego twa­rzy każdy upły­wa­jący dzień.

- Ma­tias! - za­wo­łał ra­do­śnie i ze­rwał się zza biurka na wi­dok Po­piela. - Co ty, pro­szę cie­bie, ro­bisz, że je­steś co­raz chud­szy? Ja cią­gle na prze­róż­nych die­tach cud, a mimo to w nie­usta­ją­cej ciąży spo­żyw­czej. - Po­kle­pał się wy­mow­nie po brzu­chu.

Po­piel ser­decz­nie uści­snął wy­cią­gniętą dłoń ko­legi. Była wil­gotna i cie­pła.

- Żeby schud­nąć, na­leży jeść... - za­wy­ro­ko­wał krótko, roz­glą­da­jąc się z cie­ka­wo­ścią po no­wym ga­bi­ne­cie Owczarka. Żad­nych re­we­la­cji nie do­strzegł.

W oczach Adama bły­snęła iskierka na­dziei. Tak mi­łej dla ucha diety od­chu­dza­ją­cej nikt ni­gdy mu nie po­le­cał.

- Co kon­kret­nie masz na my­śli? - za­py­tał, a przed oczami mi­gnął mu ko­tlet scha­bowy wiel­ko­ści ta­le­rza.

- Na­leży jeść, a nie żreć - wy­ja­śnił Po­piel, sia­da­jąc na krze­śle sto­ją­cym w po­bliżu biurka, a na­dzieja w oczach Owczarka mo­men­tal­nie zga­sła.

- Ha, ha, ha, bar­dzo śmieszne! - za­re­cho­tał sztucz­nie i z na­dętą miną pod­szedł do szafki bi­blio­tecz­nej. - Ku­pi­łem rano flaszkę. Na­pi­jesz się jed­nego? - spy­tał, się­ga­jąc po bu­telkę wódki i dwie li­te­ratki.

Prze­krwione oczy i woń prze­tra­wio­nego al­ko­holu przy­kryta mię­to­wym cu­kier­kiem zdra­dzały kaca, który mę­czył Owczarka za­pewne po im­pre­zie z po­przed­niego dnia. Wi­zyta ko­legi stwa­rzała oka­zję do wy­pi­cia klina. Po­piel mruk­nął coś przy­zwa­la­jąco, zdjął kurtkę i prze­wie­sił przez opar­cie krze­sła. Od lat no­sił tę samą, skó­rzaną. Zdą­żyła się już tro­chę po­wy­cie­rać na łok­ciach i wy­świech­tać na koł­nie­rzu. Od­kąd schudł, wi­siała na nim jak na wie­szaku, ale nie chciał jej za­mie­nić na żadną inną. Ilona przy­wio­zła ją dla niego z Tur­cji. Te­raz trak­to­wał stary łach jak re­li­kwię.

- Nie ma jesz­cze trzy­na­stej - przy­po­mniał żar­tem ustawę, która zda­niem rządu, jesz­cze tego ko­mu­ni­stycz­nego, miała ogra­ni­czyć spo­ży­cie al­ko­holu, i za­pa­lił pa­pie­rosa.

Owcza­rek mach­nął tylko ręką i spraw­nie po­usta­wiał szkło na biurku. Szybko na­lał wódki do szkla­ne­czek, aż kilka kro­pel kap­nęło na le­żące obok stosy te­czek.

- Kurde ba­lans - wy­mam­ro­tał pod no­sem i prze­ło­żył pa­pie­rzy­ska na sto­lik, na któ­rym cen­tralną po­zy­cję zaj­mo­wał so­lid­nych roz­mia­rów mo­ni­tor kom­pu­tera.

- Wi­dzę, że do­tarła do was no­wo­cze­sność. Umiesz cho­ciaż toto ob­słu­gi­wać? - za­in­te­re­so­wał się Po­piel, zer­ka­jąc na urzą­dze­nie z mie­sza­niną lęku i na­boż­nej czci.

Owcza­rek pod­niósł li­te­ratkę do góry w sym­bo­licz­nym to­a­ście i wy­pił jej za­war­tość dusz­kiem, krzy­wiąc twarz w nie­smaku. Ma­tias po­szedł w jego ślady.

- Zro­bili, pro­szę cie­bie, prze­szko­le­nie... - za­czął tłu­ma­czyć Adam, gdy wsu­nął pa­pie­rosa do ust i za­pa­lił. - Na­wet nie wiesz, jak ta nowa tech­nika jest sprytna. Jesz­cze tro­chę i te wszyst­kie szpar­gały - ru­chem głowy wska­zał stosy te­czek wy­pcha­nych pa­pie­rową do­ku­men­ta­cją - pójdą na prze­miał, bo wszystko zmie­ści się w tym ka­wałku pla­stiku. - Się­gnął do szu­flady i po­dał Po­pie­lowi dys­kietkę.

Z nie­do­wie­rza­niem wy­pi­sa­nym na twa­rzy Ma­tias obej­rzał dziwny przed­miot z obu stron. Przy­szło mu na myśl, że w Ome­dze też mógłby za­in­sta­lo­wać kom­pu­ter, bo do­ku­men­ta­cja za­śmie­cała biuro pod sam su­fit. Tylko kto na­uczyłby go ob­sługi?

- A co się sta­nie z tą no­wo­cze­sno­ścią, gdy za­brak­nie prądu, bo bę­dzie dzie­siąty sto­pień za­si­la­nia? - za­py­tał, z po­wąt­pie­wa­niem od­kła­da­jąc dys­kietkę na biurko.

- Nie żar­tuj! - ob­ru­szył się Owcza­rek. - W ka­pi­ta­li­zmie, pro­szę cie­bie, ta­kie rze­czy nie mają miej­sca. No, na­sze zdro­wie! - Po raz ko­lejny na­peł­nił li­te­ratki i dusz­kiem opróż­nił swoją. Tym ra­zem się nie skrzy­wił, kiedy pie­kący płyn prze­le­ciał mu przez prze­łyk. - Mów, co u cie­bie.

Po­piel od­sta­wił pu­stą już szkla­neczkę i za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, na ile może od­sło­nić karty przed ko­legą. Nie miał po­ję­cia, ja­kie prio­ry­tety na­rzu­ciła pra­cow­ni­kom nowa wła­dza. Choć on oso­bi­ście na Owczarku ani razu się nie prze­je­chał.

- Stara bieda - od­parł po chwili. - Ale ja­koś się tur­lam po­ma­leńku.

- Mó­wią na mie­ście, że masz agen­cję ochrony. Da się wy­żyć?

- Nie na­rze­kam. Kiedy przej­dziesz na eme­ry­turę, za­pra­szam do Omegi, na kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko - za­rzu­cił sieć.

Owcza­rek za­li­czał się do osób in­te­re­sow­nych i lu­bił pie­nią­dze. Choć od czasu do czasu po­tra­fił się po­świę­cić dla idei, je­śli tra­fiło się coś in­try­gu­ją­cego.

- Ile da­jesz? - spy­tał za­cie­ka­wiony.

- Jak dla cie­bie na­wet małą bańkę...

Owcza­rek gwizd­nął prze­cią­gle z uzna­niem.

- To zgło­szę się za trzy lata. - Uśmiech­nął się sze­roko, uka­zu­jąc ze­psutą górną trójkę. - O ile mnie da­lej nie awan­sują. Na ra­zie je­stem p.o. kie­row­nika. Tyle że sprawy mam, pro­szę cie­bie, bar­dziej gów­niane niż na­sza po­przed­nia ro­bota. By­li­śmy tro­chę jak skrzy­żo­wa­nie In­diany Jo­nesa z Ja­me­sem Bon­dem... - do­rzu­cił z roz­ma­rzoną miną.

- Tylko wy­niki nie były tak spek­ta­ku­larne... - bąk­nął kwa­śno Po­piel.

- Nie do końca. - Owcza­rek po­pra­wił się na krze­śle i za­ło­żył nogę na nogę. - A ope­ra­cja "Klasz­tor"? Jak­kol­wiek by było, pro­szę cie­bie, od­ko­pa­li­śmy gar­niec zło­tych mo­net.

Po­piel mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

- I gdzie się one po­działy? - spy­tał re­to­rycz­nie. Prze­cież wszy­scy wie­dzieli, że wier­chuszka roz­kra­dła. - Nas na­wet po gło­wie nie po­gła­skali, a Ta­dzia chcieli ze służby wy­pie­przyć.

Owcza­rek też mach­nął ręką i ze­rwał się z krze­sła. Spo­mię­dzy prze­róż­nych szpar­ga­łów w szafce bi­blio­tecz­nej wy­cią­gnął słoik z ma­ry­no­wa­nymi pod­grzyb­kami.

- Sam zbie­ra­łem - po­chwa­lił się z dumą. - I sam ma­ry­no­wa­łem. Ta moja stara to w kuchni ma dwie lewe ręce. Szczę­ście, że cho­ciaż w łóżku po­trafi zro­bić z nich uży­tek. Czę­stuj się - do­dał, otwie­ra­jąc słoik, do któ­rego wci­snął dwa wi­delce.

Po­piel wrzu­cił dwa grzybki do ust. Jędrne i kwa­śne, przy­jem­nie prze­śli­zgnęły mu się przez gar­dło. Pa­so­wały jak ulał do czy­stej wódki.

- Sły­sza­łeś, że Cy­ryla Ko­huta ob­jęła amne­stia? - spy­tał Owcza­rek z peł­nymi ustami.

- Ten to za­wsze spa­dał na cztery łapy - stwier­dził zre­zy­gno­wany Po­piel i wy­cią­gnął ze sło­ika ko­lej­nego grzybka. - Ci od afery "Złom" też do dzi­siaj nie zo­stali uka­rani.

- Sły­sza­łeś, co po­wie­dział Ja­ru­zel­ski, jak go dzien­ni­ka­rze w tej spra­wie przy­ci­snęli do ściany? - spy­tał kon­fi­den­cjo­nal­nie Owcza­rek.

- Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia. - Po­piel wzru­szył ra­mio­nami. - Nie in­te­re­suje mnie tak zwana wielka po­li­tyka. To ta­kie samo gówno jak wszystko inne na tym świe­cie, a kto wie, czy nie gor­sze. Tylko ubrane w gar­ni­tury od Hugo Bossa i sta­ran­nie uper­fu­mo­wane, aby smrodu nikt nie wy­czuł.

- Że spra­wie ukrę­cono łeb w in­te­re­sie kraju! - Owcza­rek pu­ścił mimo uszu fi­lo­zo­ficzne dy­wa­ga­cje Ma­tiasa. - Aby nie de­kon­spi­ro­wać, pro­szę cie­bie, me­tod dzia­ła­nia pol­skiego wy­wiadu za gra­nicą! A przez ta­kich jak oni na nas wszyst­kich lu­dzie wie­szają psy!

- No to te­raz sam wi­dzisz, że mia­łem ra­cję, od­cho­dząc z tego bur­delu - oznaj­mił Po­piel.

Na mo­ment za­pa­dła ci­sza, którą za­kłó­cały je­dy­nie kroki pra­cow­ni­ków krę­cą­cych się po ko­ry­ta­rzu i gło­śne trza­ska­nie drzwiami.

- Adam, po­wiedz mi taką rzecz - za­gad­nął po chwili. - Czy twoi lu­dzie pro­wa­dzą jesz­cze ja­kieś po­szu­ki­wa­nia w Kar­ko­no­szach?

- Moi z pew­no­ścią nie - od­parł ma­jor - bo na­szą ko­mórkę roz­wią­zano. Czy po­wstało coś no­wego, tego nie wiem. A dla­czego py­tasz?

- Wi­dzia­łem wczo­raj w Bia­łym Ja­rze ja­kichś za­pa­leń­ców z wy­kry­wa­czami me­talu.

- Bez sensu - par­sk­nął Owcza­rek. - Moim zda­niem ru­scy wszystko wy­wieźli jesz­cze w czter­dzie­stym pią­tym. Ko­niec kropka. Poza Bursz­ty­nową Kom­natą - do­dał za­raz po­tem. - Całe lata jej szu­kali, je­śli nie szu­kają do tej pory, a Stasi z jej po­wodu wy­wa­liła w błoto mi­liony ma­rek. Bez wy­tycz­nych z Mo­skwy chy­baby tego nie ro­bili.

- Za to nie­któ­rzy dzięki temu nie­źle te­raz na niej za­ra­biają... - stwier­dził Po­piel.

- Co masz na my­śli? - za­in­te­re­so­wał się Owcza­rek, sły­sząc po­ten­cjalny sze­lest bank­no­tów i brzę­cze­nie mo­net.

- Wiesz, w ja­kich ilo­ściach roz­cho­dzą się książki o Bursz­ty­no­wej Kom­na­cie? - od­parł py­ta­niem. - W set­kach ty­sięcy, jak nie już w mi­lio­nach. Je­śli li­czyć po jed­nej marce za eg­zem­plarz, równa się mi­lion ma­rek. I to tych za­chod­nich, bo wiesz... wschod­nich już nie ma.

- Kurde ba­lans! Ma­tias! - Owcza­rek nie­spo­koj­nie po­ru­szył się na krze­śle i prze­cią­gnął ręką po wło­sach, nie zwa­ża­jąc, że ły­sina wy­chy­nęła na świa­tło dzienne. - To jest myśl! Po­win­ni­śmy na­pi­sać książkę - za­pa­lił się do po­my­słu, który na­gle za­świ­tał mu w gło­wie. - Kto jak kto, ale to my, ofi­ce­ro­wie z tak zwa­nego, pro­szę cie­bie, "od­cinka nie­miec­kiego", mie­li­śmy naj­lep­sze ro­ze­zna­nie o sta­nie po­szu­ki­wań. I to nie tylko Bursz­ty­no­wej Kom­naty, ale i wielu in­nych. O zło­cie Bre­slau już nie mó­wię. Na na­sze wspo­minki lu­dzi­ska rzucą się, pro­szę cie­bie, jak sępy na pa­dlinę. Za­ro­bimy kupę szmalu!

Po­piel uznał po­mysł za godny uwagi, ale nie w tym mo­men­cie. Te­raz o wiele bar­dziej in­te­re­so­wały go kon­szachty Kraw­czyka z Wo­ron­co­wem. Ostat­nio nie przy­wią­zy­wał du­żej wagi do pie­nię­dzy. Stale po­wta­rzane przez matkę słowa: "Z ni­czym przy­cho­dzimy na ten świat i z ni­czym z niego od­cho­dzimy" z roku na rok wy­da­wały mu się praw­dziw­sze, a śmierć Ilony tylko je po­twier­dziła. Nie wzięła ze sobą na drugą stronę na­wet swo­jego ulu­bio­nego zło­tego łań­cuszka. Ostat­nio no­siła go Majka. Nie za­py­tała, czy może.

- Trzeba było o tym po­my­śleć kilka lat temu. Te­raz to już musz­tarda po obie­dzie -stwier­dził kwa­śno. - Prze­cież o kom­na­cie na­pi­sał już Paul Enke i jak wieść gminna nie­sie, nasz naj­więk­szy po­szu­ki­wacz z Wro­cła­wia, co prawda ama­tor, ale do­bry w te klocki, też nosi się z za­mia­rem wy­da­nia książki.

- Masz na my­śli tego in­ży­niera Ryl­skiego?

- Zga­dza się.

- To ty nic nie wiesz?

Po­piel za­wie­sił na Owczarku zdu­mione spoj­rze­nie.

- A jest coś, o czym po­wi­nie­nem wie­dzieć? - spy­tał za­in­try­go­wany.

- Obo­wiązku już nie masz, bo je­steś eme­ryt... - Owcza­rek prze­chy­lił się przez biurko w kie­runku Po­piela i zni­żył głos. - Ryl­ski, pro­szę cie­bie, zo­stał za­mor­do­wany ja­koś tak ty­dzień lub dwa temu.

- O cho­lera... - syk­nął Po­piel i po­czuł na ple­cach dawny dresz­czyk emo­cji. - Umknęło mi, ale jesz­cze nie je­stem na eta­pie nar­ko­ty­zo­wa­nia się ne­kro­lo­gami w ga­ze­tach. Kto go za­bił i dla­czego? - spy­tał, do­le­wa­jąc wódki do li­te­ra­tek.

Owcza­rek, za­nim od­po­wie­dział, ocho­czo wy­chy­lił za­war­tość swo­jej.

- Po­li­cja jak na ra­zie nic nie wie - za­czął kon­fi­den­cjo­nal­nie. - Kręcą się bez re­zul­tatu, jak to gówno w prze­rę­blu. Na­wet po­dej­rza­nych, pro­szę cie­bie, nie mają. Ła­magi ostat­nie.

- Który "pro­rok" nad­zo­ruje śledz­two?

- Nie znasz. - Owcza­rek skrzy­wił się z nie­sma­kiem, jakby za­miast ma­ry­no­wa­nego grzybka prze­łknął gli­stę. - Pro­ku­ra­tor Ja­cek Ko­per. Z no­wego roz­da­nia. Przy­ko­ścielny du­pek. Do peł­no­let­no­ści, pro­szę cie­bie, był mi­ni­stran­tem. Wy­obra­żasz so­bie?

- No pewno. Mam bo­gatą wy­ob­raź­nię. - Po­piel uśmiech­nął się z odro­biną szy­der­stwa. - Wi­docz­nie lu­bił, żeby go ja­kiś czarny ob­ma­cy­wał. Pe­dał?

- Tego nie wiem. - Ma­jor z ża­lem roz­ło­żył ręce.

Kie­dyś taka wie­dza da­wała duże moż­li­wo­ści, te­raz była bez­u­ży­teczna. Ko­ściół i jego urzęd­nicy stali się nie­ty­kalni.

- Mó­wiły chło­paki, że du­pek.

- No to by się zga­dzało - bąk­nął Po­piel. - Kto pro­wa­dzi sprawę?

- Grun­waldzka - od­parł Owcza­rek. - In­spek­tor Pu­zyna.

- Woj­tek? - upew­nił się Po­piel bez en­tu­zja­zmu. - To te­raz mówi się in­spek­tor. No, no. Jak w an­giel­skim kry­mi­nale... - cmo­kał z krztyną iro­nii. - Pa­mię­tam Pu­zynę - cią­gnął te­mat. - Za­mknięty w so­bie jak szka­tułka i do tego abs­ty­nent. Bal­noj ili szpion9, jak ma­wiali sta­ro­żytni Ro­sja­nie.

- Po­dej­rzewa, że śmierć Ryl­skiego miała zwią­zek, pro­szę cie­bie, z kom­natą. Na­wet przy­szedł do mnie po in­for­ma­cje na te­mat po­szu­ki­wań.

- I co? Po­wie­dzia­łeś mu?

Owcza­rek par­sk­nął śmie­chem i za­prze­czył ru­chem głowy.

- Taki ga­da­tliwy to ja, pro­szę cie­bie, nie je­stem. Po­wie­dzia­łem tylko to, o czym pi­sali w ga­ze­tach. Nikt prze­cież nie zdjął z ope­ra­cji "Kom­nata" klau­zuli taj­no­ści. In­for­ma­cje ści­śle tajne za­cho­wa­łem dla sie­bie. Może kiedy i ja będę na eme­ry­tu­rze, to wy­bie­rzemy się obaj na po­szu­ki­wa­nia? Po­noć jest warta, pro­szę cie­bie, sto mi­lio­nów do­la­rów.

- Pu­zyna nie wziął pod uwagę, że w tę grę może być za­mie­szany obcy wy­wiad go­spo­dar­czy? - Po­piel usi­ło­wał prze­kie­ro­wać roz­mowę na inne, istot­niej­sze dla niego tory. - Prze­cież rząd ma za­miar sprze­dać Elwro, a to za­kład kon­ku­ren­cyjny choćby dla Sie­mensa...

- Do nas ta sprawa nie tra­fiła, więc może prze­ce­niasz war­tość za­kła­dów.

Po­piel uznał, że nad­szedł od­po­wiedni mo­ment, aby wy­ja­wić, z czym tak na­prawdę przy­szedł do Owczarka.

- Mo­żemy w wol­nej chwili wró­cić do prze­szło­ści. Je­stem do dys­po­zy­cji. Ale póki co mam coś in­nego na oku - oznaj­mił ści­szo­nym gło­sem, na­chy­la­jąc się przez biurko w stronę ko­legi.

- Za­mie­niam się w słuch...

- Po­trze­buję kilku in­for­ma­cji o tym czło­wieku... - Po­piel po­ło­żył przed ma­jo­rem kar­teczkę z in­te­re­su­ją­cym go imie­niem i na­zwi­skiem.

Kiedy tylko Owcza­rek prze­czy­tał na­ba­zgrane przez Ma­tiasa dane, oczy mu roz­bły­sły.

- Za wy­so­kie progi na na­sze nogi - oświad­czył krótko, nie kry­jąc w gło­sie za­wodu. - Za­ło­ży­łem mu teczkę, bo coś koło niego, pro­szę cie­bie, śmier­działo. Wy­szło, że ma co naj­mniej dwa pasz­porty. Zło­żył na tę oko­licz­ność ja­kieś bzdurne wy­ja­śnie­nia, a z góry przy­szedł pri­kaz, aby sprawę za­mknąć. To za­mkną­łem. No­wej wła­dzy nie będę sta­wał oko­niem, bo go­towi jesz­cze raz po­sta­wić przed ko­mi­sją. A mnie, pro­szę cie­bie, pa­sują go­dziny pracy i wy­na­gro­dze­nie, które mam w tej fir­mie. Gdzie ja ze swoim dur­nym wy­kształ­ce­niem tyle za­ro­bię? Ni­g­dzie!

- Wi­dzia­łem go wczo­raj... - cią­gnął Po­piel i z uwagę ocze­ki­wał re­ak­cji ko­legi.

- I co? - Owcza­rek po­łknął ha­czyk.

- Nie zgad­niesz, z kim.

- Po­wiedz gdzie, to może tra­fię.

- W Kar­pa­czu, w Skal­nym...

Owcza­rek z chy­trym uśmie­chem na na­la­nej twa­rzy ze­rwał się zza biurka i otwo­rzył sze­roko szafę pan­cerną sto­jącą w ką­cie po­koju. Chwilę szpe­rał w jej bo­ga­tym wnę­trzu. Za­raz po­tem z dumą po­ło­żył przed Po­pie­lem teczkę ze sta­ran­nie za­wią­za­nymi trocz­kami, ozna­czoną całą masą prze­róż­nych pie­czą­tek. Czer­wony na­pis "kryp­to­nim Kra­wiec" rzu­cał się w oczy z da­leka.

- O ile mnie pa­mięć nie myli, wi­dzia­łeś go z na­szym Ni­kitą - oświad­czył z bły­skiem sa­tys­fak­cji w ciem­nych oczach. - A tu masz, pro­szę cie­bie, parę kwi­tów.

Po­piel za­czął z za­in­te­re­so­wa­niem prze­glą­dać ze­brany w teczce ewi­den­cyj­nej wię­cej niż skromny ma­te­riał ope­ra­cyjny.

- Góra wie, że wszedł w kon­szachty z Wo­ron­co­wem? - spy­tał, zer­ka­jąc po­dejrz­li­wie na Owczarka.

- Masz do­wód, że byli ra­zem? - od­parł py­ta­niem. - Ja mam je­dy­nie no­tatkę służ­bową, że sie­dzieli przy jed­nym ba­rze, a każdy pił swo­jego drinka i każdy pła­cił za sie­bie. A to, pro­szę cie­bie, nie sta­nowi do­wodu. - Roz­ło­żył bez­rad­nie ra­miona.

- Ale daje pod­stawy do wsz­czę­cia roz­po­zna­nia... - Po­piel ob­sta­wał przy swoim.

- Da­wało, Ma­tias, da­wało - prych­nął Owcza­rek. - Te­raz mamy inne, pro­szę cie­bie, prze­pisy. Nowe i lep­sze - do­dał po chwili to­nem, który nie po­zwo­lił Po­pie­lowi ro­ze­znać, czy Owcza­rek kpi, czy szcze­rze chwali.

- Mo­żesz skom­bi­no­wać dla mnie ko­pię tego tu­taj? - spy­tał i z ręką na do­ku­men­tach za­wie­ra­ją­cych in­for­ma­cje o Jó­ze­fie Kraw­czyku spoj­rzał na sto­jącą w ką­cie ko­piarkę. - Mnie wa­sze prze­pisy, nowe czy stare, nie obo­wią­zują.

- Sprawdź też tę ci­zię - szep­nął kon­fi­den­cjo­nal­nie Owcza­rek, kła­dąc przed nim ko­pertę wy­jętą z szu­flady biurka. - Ja już nie zdą­ży­łem, bo sprawę ka­zali za­mknąć. Teczkę po­wi­nie­nem ode­słać do ar­chi­wum, ale ja­koś nie mia­łem do tego, pro­szę cie­bie, prze­ko­na­nia - za­chi­cho­tał chy­trze i pu­ścił oko.

9 - Chory albo szpieg (ros.)

Roz­dział 6

To nie ko­niec, to do­piero po­czą­tek

Drobna mżawka sią­piła na pa­ra­sole roz­po­starte nad gło­wami lu­dzi cia­sno sku­pio­nych wo­kół grobu. Mimo desz­czu przy­byli licz­nie, żeby od­pro­wa­dzić na miej­sce ostat­niego spo­czynku Pawła Ryl­skiego, pra­cow­nika za­kła­dów elek­tro­nicz­nych Elwro, które po­cząt­kowo miały się spe­cja­li­zo­wać w pro­duk­cji te­le­wi­zo­rów, a w osta­tecz­no­ści za­jęły się elek­tro­niką, w tym pro­duk­cją ma­szyn li­czą­cych i pierw­szych kom­pu­te­rów z se­rii Odra i RIAD. Na dniach miały pójść pod mło­tek, jak setki in­nych pań­stwo­wych za­kła­dów. Nie­któ­rzy, z uwagi na miej­sce, w któ­rym się zna­leźli, szep­tem kra­kali, że to ko­niec pol­skiej elek­tro­niki i prze­my­słu w ogóle, wiesz­czyli, że Niemcy wszystko wy­ku­pią, że bę­dziemy w Eu­ro­pie jak ten chłop pańsz­czyź­niany za Pol­ski szla­chec­kiej, że zro­bią z nas nie­wol­ni­ków i wy­ci­sną jak cy­trynę. Tylko nie­wielu spo­śród zna­jo­mych Pawła Ryl­skiego zgro­ma­dzo­nych nad jego gro­bem wie­działo, że miał on także nie­zwy­kle in­te­re­su­jące hobby. Usi­ło­wał roz­wią­zać jedną z naj­więk­szych i naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych za­ga­dek dru­giej wojny świa­to­wej. A mia­no­wi­cie: gdzie ukryto Bursz­ty­nową Kom­natę, ósmy cud świata. Im wię­cej czasu po­świę­cał na jej roz­wi­kła­nie, tym bar­dziej ukry­wał przed oto­cze­niem swoje osią­gnię­cia. Im bliż­szy był prawdy, tym po­dejrz­liw­szy i bar­dziej nie­ufny ro­bił się wo­bec wszyst­kich, któ­rzy na­wet przez uprzej­mość za­dali choć o jedno py­ta­nie za dużo na ten te­mat.

Gdy prze­brzmiały ostat­nie po­że­gna­nia przy­ja­ciół - a było ich nie­wielu, wła­ści­wie wcale - gdy dy­rek­tor przed­się­bior­stwa, a po­tem w ślad za nim po­zo­stali uczest­nicy zło­żyli wdo­wie kon­do­len­cje, Ryl­ska po­zba­wio­nymi już łez oczami do­strze­gła po­śród tej licz­nej gro­madki dwie cał­kiem obce so­bie osoby. Pierw­szą była młoda ko­bieta, w za­sa­dzie dziew­czyna, o dłu­gich ja­snych wło­sach, sa­mot­nie sto­jąca na ubo­czu, ukrad­kiem ob­cie­ra­jąca łzy żalu pły­nące po twa­rzy skry­tej za oku­la­rami sło­necz­nymi, choć dzień był desz­czowy. Poza nią za ple­cami ża­łob­ni­ków krą­żył nie­zna­jomy męż­czy­zna. Wy­soki po­nad prze­ciętną i bar­dzo szczu­pły, w skó­rza­nej kurtce, wi­szą­cej na nim jak na wie­szaku. Sprzą­tał sta­ran­nie ja­kiś na­gro­bek i ukła­dał na nim świeże kwiaty. Kiedy skoń­czył, dłuż­szy czas stał bez ru­chu, jakby po­grą­żony w mo­dli­twie, za nic ma­jąc deszcz ka­piący na jego od­krytą głowę. W pew­nym mo­men­cie Ryl­ska na­po­tkała jego mar­twe spoj­rze­nie. Błę­kitne oczy męż­czy­zny prze­peł­nione były głę­bo­kim smut­kiem. Przez krótką chwilę po­czuła ja­kąś nie­wi­dzialną więź, która ich łą­czyła.

Gdy uro­czy­stość ża­łobna do­bie­gła końca, wdowa wsparta na ra­mie­niu syna cięż­kim kro­kiem zmie­rzała w kie­runku przy­cmen­tar­nego par­kingu. Ma­ciek nie wia­domo kiedy zdą­żył prze­dzierz­gnąć się z chu­dego wy­rostka w do­brze zbu­do­wa­nego mło­dzieńca o czu­pry­nie po­ły­sku­ją­cej rdzą, z ja­snymi oczami, jakby żyw­cem wy­dar­tymi z twa­rzy ojca. Po matce odzie­dzi­czył kan­cia­sty pod­bró­dek i bladą cerę. Ryl­ska usia­dła za kie­row­nicą i kiedy syn za­trza­snął za sobą drzwi wart­burga, ru­szyła w stronę Ko­za­nowa. Mil­czeli przez całą drogę. Wszystko, co mieli so­bie do po­wie­dze­nia, a co do­ty­czyło tego nie­spo­dzie­wa­nego i bo­le­snego odej­ścia ojca i męża, już dawno so­bie po­wie­dzieli. Oboje uznali, że dal­sze roz­dra­py­wa­nie ran do ni­czego do­brego nie do­pro­wa­dzi. In­nych te­ma­tów żadne z nich nie umiało zna­leźć.

- Jak ci się mieszka w aka­de­miku? - za­gad­nęła, gdy wy­sie­dli przed blo­kiem.

- Ob­leci - od­parł, po­da­jąc matce ra­mię. Jak przy­stało na je­dy­nego męż­czy­znę w ro­dzi­nie, pro­wa­dził ją ostroż­nie, wy­mi­ja­jąc po­wstałe po desz­czu ka­łuże, ob­fi­cie roz­lane na chod­niku i jezdni mię­dzy blo­kami. - Tylko drażni mnie cią­głe ba­lo­wa­nie ko­le­gów. Wiesz, że ja lu­bię cho­dzić spać z ku­rami, a przy ich try­bie ży­cia nie ma ta­kiej opcji.

- Może ro­zej­rzyj się za ja­kąś ka­wa­lerką do wy­na­ję­cia - za­pro­po­no­wała bez prze­ko­na­nia, że jej po­słu­cha, i na­ci­snęła gu­zik, by przy­wo­łać windę. - Może z ja­kimś roz­sąd­nym ko­legą do spółki nie wyj­dzie aż tak drogo?

- Czy­tasz w mo­ich my­ślach - od­po­wie­dział z bla­dym uśmie­chem. Z wolna za­czy­nał się przy­zwy­cza­jać, że do ojca po po­radę nie bę­dzie już mógł za­dzwo­nić. Żeby matka nie do­strze­gła łez, które za­pie­kły go pod po­wie­kami, zaj­rzał przez wą­skie okienko do szybu windy, która ja­koś się nie po­ja­wiała. - Chyba nie­czynna... - oznaj­mił rze­czowo.

- Szlag by to tra­fił... - za­klęła pod no­sem. Wi­zy­towe czó­łenka na wy­so­kim ob­ca­sie pa­liły ją ży­wym ogniem i o ni­czym in­nym nie ma­rzyła, tylko o tym, aby je jak naj­szyb­ciej zzuć i wy­rzu­cić do ku­bła na śmieci. Za­wró­ciła na pię­cie i po­kuś­ty­kała w kie­runku scho­dów, a syn po­dą­żył za nią.

Gdy wspięli się na dru­gie pię­tro, gdzie mie­ściło się miesz­ka­nie Ryl­skich, Ewa już ze szczytu scho­dów do­strze­gła coś nie­po­ko­ją­cego. Od­nio­sła wra­że­nie, że drzwi do miesz­ka­nia nie są za­mknięte, lecz je­dy­nie przy­mknięte. Nie ba­cząc na bo­lące stopy, jed­nym sko­kiem do­pa­dła klamki. Nie my­liła się. Po­pchnęła drzwi pal­cem, a one bez­sze­lest­nie otwo­rzyły się do środka. We­szła nie­pew­nym kro­kiem. Już w przed­po­koju za­uwa­żyła ślady czy­je­goś bu­szo­wa­nia w sza­fie wnę­ko­wej zaj­mu­ją­cej całą ścianę. Wszyst­kie drzwiczki były sze­roko po­otwie­rane, a część za­war­to­ści wa­lała się po pod­ło­dze. Reszta rze­czy w sza­fie była sko­tło­wana, jakby prze­szedł tam­tędy hu­ra­gan. Ryl­ska jak bomba wpa­dła do du­żego po­koju, a Ma­ciek po­pę­dził ko­ry­ta­rzem do drzwi po­ko­iku, który na­dal uwa­żał za swój, choć ostat­nio za­go­spo­da­ro­wał się w nim jego oj­ciec.

To, co zo­ba­czył, przy­po­mniało mu sceny z fil­mów ka­ta­stro­ficz­nych. Całą pod­łogę za­ście­lały pa­piery po­wy­rzu­cane z tek­tu­ro­wych te­czek. Cza­so­pi­sma i książki z re­gału także wy­lą­do­wały na pod­ło­dze. Przy­szło mu na myśl, że za­war­tość biurka znik­nęła, gdyż wy­ła­mane drzwiczki uka­zy­wały pu­ste wnę­trze.

- Źle się czu­jesz? - zwró­cił się z tro­ską do matki.

Ryl­ska z opusz­czo­nymi wzdłuż tu­ło­wia rę­kami stała bez­rad­nie na środku du­żego po­koju i roz­glą­dała się z prze­ra­że­niem po po­bo­jo­wi­sku, w które ktoś za­mie­nił jej miesz­ka­nie.

- Tylko tego nam bra­ko­wało - od­parła ze sto­ic­kim spo­ko­jem. Zrzu­ciła z nóg ci­snące buty i czu­jąc ulgę, na bo­saka po­de­szła do te­le­fonu. Miękki chłód dy­wanu wy­da­wał się bal­sa­mem dla stóp. Wy­krę­ciła nu­mer i ze słu­chawką przy uchu, cze­ka­jąc na po­łą­cze­nie, jedną ręką usi­ło­wała wy­grze­bać z to­rebki paczkę men­to­lo­wych.

- Czy za­sta­łam in­spek­tora Pu­zynę? - wy­mam­ro­tała z pa­pie­ro­sem w ustach. Wła­śnie przy­pa­lała go za­pal­niczką. - Do­brze, cze­kam... - do­dała i usia­dła w fo­telu tuż obok re­gału, na któ­rym stał apa­rat te­le­fo­niczny, i spoj­rzała na swoje bose stopy. Na ma­łym palcu pra­wej wid­niał pę­cherz wiel­ko­ści wi­śni, a pięta le­wej przy­po­mi­nała do­brze oskro­baną mar­chew.

Pu­zyna spra­wiał wra­że­nie nie­zbyt za­sko­czo­nego in­for­ma­cją o wła­ma­niu. Ryl­ska z ulgą przy­jęła jego za­pew­nie­nie, że ekipa przy­je­dzie naj­da­lej za go­dzinę, i prośbę, żeby do tego czasu ni­czego nie ru­szała. Ob­le­piła pla­strami zma­sa­kro­wane no­wymi bu­tami stopy i pół­le­żąc na ka­na­pie, cze­kała na po­li­cję. Ma­ciek w tym cza­sie po­wę­dro­wał do kuchni i wsta­wił wodę w czaj­niku na gaz. Zaj­rzał do lo­dówki, lecz ta świe­ciła pust­kami.

- Zro­bię ja­kieś za­kupy - stwier­dził, sto­jąc w progu. - Ja chyba po­li­cji do ni­czego nie będę po­trzebny...

- Do­brze, synku. - Uśmiech­nęła się blado, nie ru­sza­jąc się z miej­sca.

Z czu­ło­ścią pa­trzyła, jak zmie­rza do wyj­ścia. Z tyłu bar­dzo przy­po­mi­nał Pawła. Po­do­bny do niego miał także cha­rak­ter. Do­no­śne gwiz­da­nie czaj­nika zgo­niło Ewę z ka­napy. Nie zdą­żyła jesz­cze za­pa­rzyć her­baty, gdy przy­je­chali in­spek­tor Pu­zyna i jego lu­dzie.

- Brak śla­dów wła­ma­nia - oświad­czył mło­dziutki aspi­rant No­coń, gdy sta­ran­nie obej­rzał za­mek w drzwiach, za­wiasy i fu­trynę. - Albo dys­po­no­wał ory­gi­nal­nym kom­ple­tem klu­czy, albo so­bie do­ro­bił. Fa­cho­wiec, nie zo­sta­wił żad­nych śla­dów. Za­blo­ko­wał windę, aby któ­ryś z są­sia­dów nie za­trzy­mał się na tym pię­trze i go nie zdy­bał, jak wcho­dzi do cu­dzego miesz­ka­nia.

Pu­zyna z rę­kami w kie­sze­niach wy­świech­ta­nej kurtki ki­wał ze zro­zu­mie­niem głową.- Po­sta­raj­cie się, młody - na­ka­zał su­rowo. - Mam dziwne prze­czu­cie, że to wła­ma­nie ma zwią­zek z moją sprawą. - Od­wró­cił się na pię­cie i zaj­rzał do kuchni, gdzie Ryl­ska wle­wała wrzą­tek do im­bryka.

- Czy ktoś z do­mow­ni­ków zgu­bił ostat­nio klu­cze? - spy­tał z na­dzieją, lecz wdowa po­krę­ciła prze­cząco głową. - Mąż no­sił swój kom­plet przy so­bie? - za­dał ko­lejne py­ta­nie.

- Tak.

Pu­zyna po­tarł sze­roką dło­nią źle ogo­lony po­li­czek i chwilę mil­czał, jakby sor­to­wał w pa­mięci zdo­byte in­for­ma­cje.

- Ani przy zwło­kach, ani w sa­mo­cho­dzie nie zna­leź­li­śmy klu­czy do miesz­ka­nia - wy­ce­dził po na­my­śle. - Były na­to­miast w jego szafce w biu­rze. Je­śli od dłuż­szego czasu prak­ty­ko­wał ta­kie roz­wią­za­nie, ktoś mógł so­bie z ła­two­ścią kom­plet do­ro­bić... Za­raz do pani wrócę - do­dał, wy­cho­dząc z kuchni.

W tym cza­sie aspi­rant i jego ko­lega, spe­cja­li­ści od wła­mań, roz­peł­zli się po miesz­ka­niu. Ryl­ska usia­dła za sto­łem i sior­biąc go­rącą her­batę, cze­kała, aż in­spek­tor bę­dzie mógł jej po­świę­cić tro­chę czasu. Ga­piła się bez­myśl­nie za okno, za któ­rym wid­niały szpa­lery drzew ro­sną­cych wzdłuż wału nad Odrą. Je­sienne wia­try pra­wie cał­kiem ogo­ło­ciły je z li­ści. Na­gie ga­łę­zie na tle sza­rego, po­chmur­nego nieba spra­wiały przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. To nie była jej ulu­biona pora roku. Zde­cy­do­wa­nie wo­lała lato, kiedy mo­gła ca­łymi dniami wę­dro­wać po gó­rach albo sma­żyć się na nad­bał­tyc­kiej plaży. Zimą bie­gała na nar­tach w Ja­ku­szy­cach. Je­sie­nią, kiedy mżyło, wiało, a noc za­pa­dała już po obie­dzie, naj­chęt­niej wy­jeż­dża­łaby do cie­płych kra­jów. Ale za ko­muny nie było ich na to stać, a ostat­nio Pa­weł świata nie wi­dział poza Bursz­ty­nową Kom­natą.

- Więc tak... - za­czął Pu­zyna, gdy znów wszedł do kuchni. - Moi chłopcy już koń­czą swoją ro­botę. Pro­szę spraw­dzić, co zło­dzie­ja­szek ukradł. Ja w mię­dzy­cza­sie na­piję się her­baty, je­śli oczy­wi­ście pani po­zwoli.

Ryl­ska na­lała in­spek­to­rowi do fi­li­żanki resztę go­rą­cego na­paru i znik­nęła w sy­pialni. Ku swemu zdzi­wie­niu od­kryła, że w szka­tułce z bi­żu­te­rią na­dal spo­czy­wały jej wszyst­kie ozdoby ze złota. Szybko spraw­dziła, bo nie było tego zbyt wiele. Tylko dwa pier­ścionki i cie­niutki łań­cu­szek. Ale na­wet tego nie no­siła, bo nie lu­biła. Na starą skó­rzaną kurtkę i pra­wie nowy ko­żuch tu­recki, wi­szące w sza­fie, także zło­dziej się nie po­ła­sił. Skra­dziono je­dy­nie go­tówkę, ale nie była to żadna za­wrotna suma, tylko resztki mie­sięcz­nej pen­sji. Le­żała zresztą nie­mal na wierz­chu, bo w szu­fla­dzie sto­lika noc­nego, który zło­dziej lub zło­dzieje prze­trzą­snęli bar­dzo do­kład­nie. Naj­więk­szy ba­ła­gan zro­bili jed­nak w tym naj­mniej­szym po­koju.

- Znik­nęły wszyst­kie se­gre­ga­tory, w któ­rych mąż trzy­mał gro­ma­dzoną od lat do­ku­men­ta­cję, oraz tro­chę go­tówki - oznaj­miła, kiedy wró­ciła do kuchni.

In­spek­tor sie­dział za sto­łem, z pu­stym wzro­kiem utkwio­nym za oknem, w wierz­choł­kach na­gich drzew.

-Tak my­śla­łem, że o to cho­dziło - mruk­nął pod no­sem i nie py­ta­jąc Ryl­skiej o zgodę, wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki paczkę klu­bo­wych. - Za­pali pani? - Pod­su­nął pa­pie­rosy w jej stronę.

Usia­dła ciężko na krze­śle na­prze­ciwko Pu­zyny i się­gnęła po pa­pie­rosa. Miała za­miar rzu­cić pa­le­nie, ale nie­spo­dzie­wana śmierć męża po­krzy­żo­wała te plany. In­spek­tor po­dał jej ogień i pil­nie śle­dził każdy ruch, jakby po­dej­rze­wał, że wdowa ce­lowo po­za­ciera ślady.

- Co pan ma na my­śli? - spy­tała, gdy do­tarły do niej słowa funk­cjo­na­riu­sza.

- Ktoś wcze­śniej do­ro­bił klu­cze do miesz­ka­nia i wy­ko­rzy­stał czas po­grzebu, aby wejść. Miał pew­ność, że wów­czas nikt na­gle nie wróci do domu i nie na­kryje go, jak to mó­wią, na go­rą­cym uczynku. Są­sie­dzi chyba też byli na cmen­ta­rzu, prawda?

- Ale po co by to pla­no­wał? - Spoj­rzała na po­li­cjanta nic nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem. - Prze­cież nic cen­nego w domu nie mamy! Żad­nych ob­ra­zów, żad­nej ko­lek­cji znacz­ków ani ro­do­wych sre­ber. Te­le­wi­zor też stary grat. Na­wet wi­deo się nie do­ro­bi­li­śmy. Nie ukradł bi­żu­te­rii ani ko­żu­cha. Or­ga­ni­zo­wałby całe ry­zy­kowne przed­się­wzię­cie dla resz­tek mo­jej mie­sięcz­nej pen­sji? Za­rę­czam, że nie jest wy­soka. Choć za­brał trzy­sta ty­sięcy, to przy obec­nych ce­nach nie­wiele można za to ku­pić...

Pu­zyna zer­k­nął na Ryl­ską ba­daw­czo, jakby po­dej­rze­wał ją o ma­ta­cze­nie.

- Więc tak... Wbrew po­zo­rom nie jest to dziwne - od­parł do­piero po chwili. - Wręcz prze­ciw­nie, i na­wet bar­dzo pa­suje do mo­jej ukła­danki. To nie była zwy­kła kra­dzież - cią­gnął wą­tek, ze sma­kiem pa­ląc pa­pie­rosa. - Zło­dziej lub zło­dzieje przy­szli po coś bar­dzo kon­kret­nego, a pie­nią­dze wzięli nie­jako przy oka­zji, bo nie da się usta­lić, do kogo na­le­żały, i ni­gdy ich za wiele. Przyda się każdy grosz. Tych kilku zło­tych pier­ścion­ków mo­gli w po­śpie­chu nie za­uwa­żyć albo nie chcieli ry­zy­ko­wać, że przez nie wpadną.

- To po co w ta­kim ra­zie przy­szli?

- Po wie­dzę pani męża, być może za­wartą w tych se­gre­ga­to­rach, które znik­nęły...

Ryl­ska po­czuła nie­przy­jemny dreszcz na ple­cach. Do tej pory uwa­żała hobby męża za nie­szko­dliwe wa­riac­two, któ­remu hoł­do­wało wielu za­pa­leń­ców. Mieli nie­źle na­mie­szane w gło­wach, ale żeby do­pusz­czali się kra­dzieży? Choć brzmiało to mało praw­do­po­dob­nie, sta­wiało tych lu­dzi w in­nym świe­tle.

- Bar­dzo moż­liwe, że ma pan ra­cję - wy­ko­nała enig­ma­tyczny ruch ręką - choć se­gre­ga­to­rów męża ni­gdy nie prze­glą­da­łam. Cho­lera wie, co za­wie­rały...

- Na do­da­tek ta kra­dzież obala hi­po­tezę, że śmierć pani męża była skut­kiem nie­szczę­śli­wego wy­padku, jak twier­dzi pro­ku­ra­tor Ko­per. Chyba wyj­dzie na moje... - do­koń­czył swoją wy­po­wiedź, pusz­cza­jąc mimo uszu dy­wa­ga­cje Ryl­skiej.

- To zna­czy?

- Ja od sa­mego po­czątku uwa­ża­łem, że pani męża za­mor­do­wano... - Pu­zyna za­wie­sił głos i ro­zej­rzał się po kuchni. - Czy nie bę­dzie pro­blemu, gdy­bym po­pro­sił o kawę? Ci­śnie­nie dzi­siaj spada na łeb na szyję i mam wra­że­nie, że za­raz usnę... - Zer­k­nął wy­mow­nie na sto­jącą na bla­cie ma­szynkę do pa­rze­nia kawy.

Ewa na­sta­wiła eks­pres, a z szafki wy­jęła dwie fi­li­żanki. Do­szła do wnio­sku, że i jej kawa do­brze zrobi. Miała za sobą bez­senną noc i pa­dała na twarz. Krzą­tała się w mil­cze­niu, czu­jąc na so­bie wzrok Pu­zyny. Na­gle zdała so­bie sprawę, że po­grzeb Pawła, który od­był się przed dwiema go­dzi­nami, nie był koń­cem ca­łej sprawy, lecz do­piero jej po­cząt­kiem.

- Z mle­kiem czy czarną? - spy­tała, sta­wia­jąc przed in­spek­to­rem pa­ru­jący na­pój.

- Czarną - od­parł krótko i po raz ko­lejny spoj­rzał za okno, na ogo­ło­cone z li­ści ko­rony wy­so­kich drzew i wi­do­czne z da­leka ko­ryto Odry. - Ład­nie tu u was - do­dał po chwili.

Ryl­ska wsy­pała do swo­jej kawy tro­chę śmie­tanki w proszku, którą w my­ślach na­zy­wała gip­sem, i bez­myśl­nie mie­szała ły­żeczką.

- Może mi pan wy­ja­śnić, o ile nie jest to ta­jem­nicą śledz­twa, skąd ta róż­nica zdań mię­dzy pa­nem a pro­ku­ra­to­rem? - spy­tała, sior­biąc ma­łymi łycz­kami go­rący i słodki płyn.

- Więc tak... To aku­rat mogę. - In­spek­tor ścią­gnął kurtkę i prze­wie­sił ją przez opar­cie krze­sła.

Do­piero te­raz za­uwa­żyła, że bu­dową przy­wo­dził na myśl bok­sera wagi cięż­kiej. Le­d­wie się mie­ścił w jej cia­snej kuchni.

- Pro­ku­ra­tor Ko­per jak do tej pory nie do­pa­trzył się mo­ty­wów mor­der­stwa, a ja je zna­la­złem... - cią­gnął, gdy upił kilka ły­ków kawy. - Bar­bi­tu­rany i al­ko­hol we krwi de­nata uznał za oko­licz­ność sprzy­ja­jącą wy­pad­kowi, a ja wręcz prze­ciw­nie. Moją hi­po­tezę po­twier­dza dzi­siej­sze splą­dro­wa­nie wa­szego miesz­ka­nia. Cze­kam także na wy­niki ba­dań tok­sy­ko­lo­gicz­nych z Ka­to­wic...

- I ja­kie to mo­tywy? - W gło­sie Ryl­skiej wy­raź­nie dał się sły­szeć scep­ty­cyzm.

- Pani sama mi je po­dała - wy­mam­ro­tał pod no­sem, od­ry­wa­jąc usta od fi­li­żanki. - Bursz­ty­nowa Kom­nata...

- Nie bar­dzo ro­zu­miem. - Wzru­szyła ra­mio­nami, za­trzy­mu­jąc zdu­mione spoj­rze­nie na wy­mię­tej twa­rzy in­spek­tora. - Na­wet gdyby mąż ją od­na­lazł, nie mo­gli­śmy jej prze­cież trzy­mać w domu. Na­sze miesz­ka­nie jest po pro­stu za cia­sne. Naj­więk­szy po­kój ma za­le­d­wie dwa­dzie­ścia me­trów kwa­dra­to­wych...

- Niech pani ze mnie nie kpi... - prych­nął ze zło­ścią.

- Prze­pra­szam - bąk­nęła. - Ale to, co pan mówi, jest po pro­stu śmieszne. Setki lu­dzi po­szu­kuje tej kom­naty od lat i nikt ni­kogo z tego po­wodu nie za­mor­do­wał. Może ob­rzu­cają się bło­tem, są sfik­so­wani na tym punk­cie, nie­któ­rzy spra­wiają wra­że­nie nie­zrów­no­wa­żo­nych psy­chicz­nie, prze­chwa­lają się otrzy­my­wa­nymi po­noć pocztą po­gróż­kami, ale żeby się na­wza­jem za­bi­jać... To już gruba prze­sada...

- I tu się pani myli - oświad­czył Pu­zyna, nie kry­jąc w gło­sie sa­tys­fak­cji. Od ostat­niego spo­tka­nia z Ryl­ską zdą­żył od­ro­bić lek­cję. - Kom­nata ma już na swoim kon­cie kilka ofiar śmier­tel­nych. A li­czę te od za­koń­cze­nia wojny.

Zer­k­nęła na in­spek­tora z nie­do­wie­rza­niem, ale zdą­żył umknąć spoj­rze­niem w bok i nic nie zdo­łała wy­czy­tać z jego oczu. Przy­szło jej na myśl, że ble­fuje.

- Na przy­kład? - spy­tała scep­tycz­nie.

- Więc tak... - za­czął jak zwy­kle Pu­zyna. - Je­śli po­mi­niemy li­kwi­da­cję ewen­tu­al­nych świad­ków jej ewa­ku­acji, na pierw­szy ogień po­szli kró­le­wiecki opie­kun kom­naty, dok­tor Al­fred Rohde, i jego żona, Emma. Albo ich za­mor­do­wano, albo zmarli na dy­zen­te­rię. Nie można jed­nak wy­klu­czyć, że naj­zwy­czaj­niej w świe­cie dali z Kró­lewca nogę. Ist­nieją ze­zna­nia, w któ­rych świad­ko­wie twier­dzą, że w gro­bie nie zna­le­ziono ciał...

- Ale to znana wszyst­kim hi­sto­ria - żach­nęła się. - Na do­brą sprawę wojna wciąż trwała.

In­spek­tor za­milkł i się­gnął po fi­li­żankę z kawą. Pa­rząc so­bie mię­si­ste usta, ła­ko­mie upił po­łowę, za­nim od­sta­wił na­czy­nie na stół. Prze­cią­gnął pal­cami po wło­sach. Od dłuż­szego czasu nie wi­działy ręki fry­zjera, więc prze­tłusz­czone ko­smyki co chwilę wpa­dały mu do oczu.

- Zgoda... - przy­znał Ryl­skiej ra­cję. - Kiedy wspo­mniała pani o tych po­szu­ki­wa­niach, roz­pu­ści­łem po ko­men­dzie wici, że są mi po­trzebne ja­kieś in­for­ma­cje na ten te­mat. Do­sta­łem na­miary na ofi­cera kontr­wy­wiadu, który służ­bowo zaj­mo­wał się tymi spra­wami. Opar­li­śmy sprawę o bu­fet w Sa­voyu i uchy­lił rąbka ta­jem­nicy. To rze­czy­wi­ście fa­scy­nu­jąca hi­sto­ria. Pani chyba ją zna?

- Pan wie, kim je­stem z za­wodu? - od­po­wie­działa py­ta­niem.

- Mniej wię­cej. - Się­gnął po ko­lej­nego pa­pie­rosa. - Pra­cow­ni­kiem na­uko­wym uni­wer­sy­tetu, zga­dza się?

- Tak, a do­kład­niej to obro­ni­łam dok­to­rat na wy­dziale hi­sto­rycz­nym - oznaj­miła nie bez dumy. - Można po­wie­dzieć, że je­stem fa­chow­cem od cza­sów mi­nio­nych. Ale moja wie­dza na te­mat wy­da­rzeń zwią­za­nych z dzie­jami Bursz­ty­no­wej Kom­naty opiera się wy­łącz­nie na po­twier­dzo­nych fak­tach i nie­wiele ma wspól­nego z tymi wszyst­kimi teo­riami spi­sko­wymi - za­ak­cen­to­wała ostat­nie wy­razy, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że jej po­glądy w tym za­kre­sie zu­peł­nie się róż­nią od po­glą­dów jej tra­gicz­nie zmar­łego męża. Być może za­mor­do­wa­nego.

- No to klops... - Na twa­rzy in­spek­tora za­kwi­tło za­że­no­wa­nie. - By­łem świę­cie prze­ko­nany, że za­im­po­nuję pani swoim sze­ro­kim ro­ze­zna­niem w tym te­ma­cie, ale wi­dzę, że to pani może mnie zjeść na su­rowo.

- Nie­ko­niecz­nie. - Ryl­ska się­gnęła po dzba­nek sto­jący na pod­grze­wa­czu i do­lała kawy do fi­li­ża­nek. - Ja znam tylko garść nie­za­prze­czal­nych fak­tów, z któ­rych ża­den nie daje od­po­wie­dzi na naj­istot­niej­sze py­ta­nie: gdzie ukryto kom­natę. Nie mogę jed­nak wy­klu­czyć, że mię­dzy tą całą resztą, tymi ty­sią­cami sprzecz­nych ze sobą ze­znań po­noć na­ocz­nych świad­ków, tymi set­kami do­ku­men­tów ja­koby do­ty­czą­cych trans­portu skrzyń z bursz­ty­nem w prze­różne za­kątki Eu­ropy pa­łęta się ta jedna nie­zby­walna prawda, która umoż­liwi wska­za­nie ak­tu­al­nej lo­ka­li­za­cji Bursz­ty­no­wej Kom­naty.

Pu­zyna jesz­cze raz po­mie­szał ener­gicz­nie kawę, która zdą­żyła już nieco prze­sty­gnąć, i upił kilka ły­ków. Spoj­rzał na Ryl­ską odro­binę za­sko­czony jej sło­wami. Są­dził, że kto jak kto, ale ofi­cer kontr­wy­wiadu opie­rał się na fak­tach, a nie do­my­słach.

- Może się pani ze mną po­dzie­lić swoją wie­dzą na te­mat tych kilku ton bursz­tynu?

- Nie ma sprawy. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Ale oba­wiam się, że pana roz­cza­ruję. To, co ja wiem na ten te­mat, znaj­dzie pan w nie­mal każ­dej en­cy­klo­pe­dii, nie zdra­dzę więc żad­nej pa­sjo­nu­ją­cej ta­jem­nicy ani nie od­kryję Ame­ryki. Pi­sali o tym w ga­ze­tach i mó­wili w te­le­wi­zji.

- Nie mam w domu en­cy­klo­pe­dii - in­spek­tor nie lu­bił, gdy zby­wano go byle czym - a do bi­blio­teki nie mam czasu la­tać. Te­le­wi­zji nie oglą­dam, bo do domu wra­cam dość późno, i wtedy mogę so­bie po­pa­trzeć je­dy­nie na ob­raz kon­tro­lny. Chęt­nie po­słu­cham. Ma pani miły tembr głosu.

Ryl­ska pu­ściła po­chwałę mimo uszu i za­pa­la­jąc pa­pie­rosa, za­częła opo­wieść. Za­wsze za­li­czała się do osób lu­bią­cych snuć przy­dłu­gie dy­wa­ga­cje, a praca w cha­rak­te­rze wy­kła­dow­czyni na uni­wer­sy­te­cie je­dy­nie wzmoc­niła tę skłon­ność.

- Mó­wiąc po­krótce, hi­sto­ria za­czyna się w ty­siąc sie­dem­set szes­na­stym roku, kiedy za­fa­scy­no­wany urodą wów­czas jesz­cze ga­bi­netu bursz­ty­no­wego car Ro­sji Piotr Pierw­szy, zwany z róż­nych po­wo­dów Wiel­kim...

- Z róż­nych? Są­dzi­łem, że każ­dego władcę po­tomni za­wsze na­zy­wali "wiel­kim" za jego do­ko­na­nia na rzecz roz­woju pań­stwa...

- Z re­guły - przy­tak­nęła. - Ale car na swój przy­do­mek za­słu­żył, za­nim cze­go­kol­wiek do­ko­nał. Za jego ple­cami, po ką­tach, pod­dani na­zy­wali go Pio­trem Wiel­kim Okrut­ni­kiem. Pewno pan nie wie, bo i skąd, że swo­jego syna, pra­wo­wi­tego na­stępcę tronu, Alek­sego, nie tylko uwię­ził, ale także po­zba­wił ży­cia, ka­żąc opraw­com wsa­dzić mu w od­byt­nicę roz­pa­lony do bia­ło­ści pręt że­laza...

- Je­zu­sie Na­za­reń­ski... - Pu­zyna jęk­nął pod no­sem, jakby po­czuł na wła­snej skó­rze, jak bar­dzo ca­re­wi­cza bo­lało.

- Gdyż syn spi­sko­wał prze­ciwko ojcu - cią­gnęła wą­tek. - Cho­dziły też po­gło­ski o jego sto­sun­kach z męż­czy­znami, czego łasy na ko­biece wdzięki car Piotr nie mógł ani zro­zu­mieć, ani za­ak­cep­to­wać. I nie było to je­dyne okru­cień­stwo, któ­rego się do­pu­ścił. Drugą przy­czyną, dla któ­rej Pio­tra na­zy­wano Wiel­kim, był jego wzrost. Choć i panu ni­czego bra­kuje, to jed­nak car prze­wyż­szał pana o ład­nych parę cen­ty­me­trów. Był na­wet pro­blem z wy­nie­sie­niem jego trumny z pa­łacu, bo nie mie­ściła się w drzwiach. W tam­tych cza­sach mógł ucho­dzić za wiel­ko­luda. Trze­cią przy­czynę otrzy­ma­nia po­pu­lar­nego wśród wład­ców przy­domku już pan zna. To do­ko­na­nia cara. Ale tego na­uczyli pana w szkole śred­niej, więc so­bie od­pu­śćmy.

- Ja­sne... - bąk­nął, choć z jego miny Ryl­ska wy­wnio­sko­wała, że po­li­cjant nic ze szkol­nej lek­cji nie za­pa­mię­tał. - To, je­śli można, zaj­mijmy się Bursz­ty­nową Kom­natą - po­pro­sił szybko, na wy­pa­dek gdyby wdo­wie przy­szło do głowy go prze­eg­za­mi­no­wać.

- A więc - wró­ciła do te­matu - kiedy car Ro­sji opusz­czał Ber­lin, gdzie ba­wił z wi­zytą, otrzy­mał w po­da­runku od króla Prus Fry­de­ryka Wil­helma Pierw­szego bursz­ty­nowy ga­bi­net...

- Nie­mia­szek aż taki był hojny?

- Wręcz prze­ciw­nie. Był cho­ro­bli­wie skąpy, ale ów­cze­sny oby­czaj na­ka­zy­wał ob­da­ro­wać tak waż­nego go­ścia, ja­kim był władca in­nego pań­stwa. Li­czył też w skry­to­ści du­cha na so­jusz z Ro­sją i się nie prze­li­czył. Na­to­miast Piotr Pierw­szy dał pru­skiemu władcy w pre­zen­cie pięć­dzie­się­ciu pię­ciu wy­so­kich na dwa me­try żoł­nie­rzy. Bursz­ty­nowe pa­nele, herby i pła­sko­rzeźby ozda­bia­jące ściany ga­bi­netu za­mó­wił u gdań­skiego mi­strza bursz­ty­niar­skiego Fry­de­ryk Pierw­szy Ho­hen­zol­lern, oj­ciec Wil­helma, roz­mi­ło­wany w zbytku i prze­py­chu. Za­sty­głą ży­wicę Sło­wia­nie zwali jan­ta­rem, a w Rzy­mie mó­wili o niej "złoto Pół­nocy". Od wie­ków bursz­tyn wy­do­by­wano z dna Bał­tyku. Wy­ko­nane z niego pa­nele, ozda­bia­jące ga­bi­net Fry­de­ryka Pierw­szego, były cen­niej­sze od złota. Lecz jego syna Fry­de­ryka Wil­helma, nie bez ko­zery na­zy­wa­nego kró­lem ka­pra­lem, raj­co­wało przede wszyst­kim woj­sko. Z ulgą po­zbył się wy­ma­ga­ją­cej kosz­tow­nych za­bie­gów, do ni­czego nie­słu­żą­cej bursz­ty­no­wej ozdoby. Była już w tra­gicz­nym sta­nie, za­nim na statku przy­pły­nęła do Pe­ters­burga, i od sa­mego po­czątku spra­wiała kło­poty. Naj­pierw wy­lą­do­wała w Pa­łacu Zi­mo­wym, póź­niej zo­stała prze­nie­siona do Pa­łacu Let­niego, aby osta­tecz­nie, za pa­no­wa­nia ca­rycy Elż­biety, na stałe za­go­ścić w Car­skim Siole. Oczy­wi­ście przez cały ten czas coś do niej do­da­wano, naj­wię­cej za pa­no­wa­nia Ka­ta­rzyny Dru­giej. Na przy­kład kan­de­la­bry, lu­stra czy me­ble, a na­wet cztery ka­mienne mo­za­iki za­ty­tu­ło­wane Zmy­sły, aż w końcu prze­stała być ga­bi­ne­tem, a stała się kom­natą. Na­wet za­wie­ru­cha re­wo­lu­cji bol­sze­wic­kiej nie zmio­tła jej z tego świata, choć Car­skie Sioło zmie­niło na­zwę na Pusz­kin, a ce­sar­ski pa­łac zde­gra­do­wano do roli mu­zeum, po któ­rego lśnią­cych po­sadz­kach wę­dro­wały w szma­cia­nych łap­ciach masy ro­bot­ni­czo-chłop­skie. Do dwu­dzie­stego dru­giego czerwca ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stego pierw­szego roku kom­nata wzbu­dzała za­chwyt wszyst­kich, któ­rym było dane ją oglą­dać. Mó­wiono, że jest ósmym cu­dem świata.

Ryl­ska zga­siła nie­do­pa­łek pa­pie­rosa i do­koń­czyła kawę, która już cał­kiem prze­sty­gła. Spoj­rzała nie­przy­tom­nym wzro­kiem na swo­jego go­ścia, in­spek­tora Pu­zynę. Pod­czas tej krót­kiej opo­wie­ści prze­nio­sła się du­chem do in­nych cza­sów, kiedy to za­raz po ślu­bie zbie­rali z Paw­łem bursz­tyny na nad­mor­skiej plaży. Wów­czas opo­wie­działa mu hi­sto­rię Bursz­ty­no­wej Kom­naty, nie­opatrz­nie za­szcze­pia­jąc w jego du­szy bak­cyla po­szu­ki­wań. Te­raz po­czuła się winna śmierci męża.

- Dla­czego Ro­sja­nie, kiedy wy­bu­chła wojna, nie wy­wieźli kom­naty z Car­skiego Sioła? - Głos Pu­zyny wy­rwał ją z za­my­śle­nia. - Po­noć wiele in­nych, mniej cen­nych za­byt­ków ewa­ku­owali.

- Z bar­dzo pro­stych przy­czyn - od­parła z wes­tchnie­niem. - Ów­cze­sny ku­stosz mu­zeum, Ana­to­lij Ku­czu­mow, nie­ma­jący me­ry­to­rycz­nego przy­go­to­wa­nia ani do peł­nie­nia tej funk­cji, ani, a wła­ści­wie tym bar­dziej, do wy­da­nia in­struk­cji, jak roz­ło­żyć kom­natę na czę­ści, nie po­tra­fił sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia. Poza tym z uwagi na sza­le­jący w Związku Ra­dziec­kim ter­ror na­stą­pił pa­ra­liż de­cy­zyjny. Każdy się bał wziąć na swoje barki od­po­wie­dzial­ność za ta­kie czy inne dzia­ła­nia. Co­kol­wiek by się zro­biło, za­wsze można to było przy­pła­cić ży­ciem lub przy­naj­mniej ze­sła­niem do ła­gru. Wcze­śniej czy póź­niej. W ta­kiej sy­tu­acji le­piej było nie ro­bić nic. Istotny był też czas, a w za­sa­dzie jego brak. Gdy tylko pra­cow­nicy pró­bo­wali od­ry­wać pa­nele od ścian, roz­pa­dały się na ka­wałki. Ku­czu­mow wpadł na naj­głup­szy po­mysł, jaki tylko można so­bie wy­obra­zić, i ka­zał za­ma­sko­wać ściany watą, płót­nem i de­skami, są­dząc w swo­jej na­iw­no­ści, że Niemcy tej ma­ska­rady nie od­kryją. Od­kryli, i to bar­dzo prędko. Kom­natę zde­mon­to­wali, za­pa­ko­wali do skrzyń i wy­wieźli do Königs­bergu. Tam za­mon­to­wali ją w Sali Ry­cer­skiej po­krzy­żac­kiego zamku. I na tym koń­czą się bez­sporne fakty hi­sto­ryczne. Reszta to mie­sza­nina kon­fa­bu­la­cji, przy­pusz­czeń, do­my­słów, ce­lo­wych kłamstw i ma­tactw, przy­pra­wiona wy­bu­jałą fan­ta­zją osob­ni­ków nie­zrów­no­wa­żo­nych psy­chicz­nie. Być może mię­dzy tym wszyst­kim skryła się tak bar­dzo po­szu­ki­wana prawda...

- Niemcy nie mieli pro­ble­mów z de­mon­ta­żem Kom­naty?

- Jak wi­dać nie. Ani w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym pierw­szym roku, kiedy wy­wieźli ją z pa­łacu w Car­skim Siole do Königs­bergu, ani póź­niej, gdy po pierw­szym po­ża­rze zamku w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym czwar­tym roku na po­wrót spa­ko­wali kom­natę do skrzyń i ukryli w jego pod­zie­miach. Po­noć do­ko­nali tego sa­pe­rzy w nie­całe dwa dni.

Pu­zyna zaj­rzał do swo­jej fi­li­żanki, ale uj­rzał je­dy­nie jej dno. Po ka­wie po­zo­stały tylko wspo­mnie­nia.

- Więc tak... - mruk­nął, od­sta­wia­jąc ostroż­nie fi­li­żankę na spodek. - Czy mąż po­dzie­lił się z pa­nią swo­imi od­kry­ciami na tym polu? Może po­ma­gała mu pani, ma­jąc prze­cież przy­go­to­wa­nie za­wo­dowe w tym za­kre­sie?

- Mu­szę pana za­wieść. - Ryl­ska uśmiech­nęła się kwa­śno. - Im bar­dziej mąż za­głę­biał się w za­gad­kowe losy kom­naty, tym bar­dziej na­sze drogi się roz­cho­dziły. Mia­łam ta­kie wra­że­nie, że ko­chał ją bar­dziej niż mnie.

- Można wie­dzieć, dla­czego nie po­dzie­liła pani jego pa­sji? - spy­tał, czu­jąc pie­cze­nie po­licz­ków z emo­cji. - Bo przy­znaję się bez bi­cia, ja bar­dzo ża­łuję, że przez lata zaj­mo­wa­łem się po­szu­ki­wa­niem zło­dziei i mor­der­ców, nu­rza­łem się w bru­dach tego świata, za­miast za­jąć się usta­la­niem lo­ka­li­za­cji jego ósmego cudu.

- Jak pan my­śli, kto na­dal jest jej pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lem? Nie­za­leż­nie od tego, gdzie się ona ak­tu­al­nie znaj­duje. - Ryl­ska po raz ko­lejny od­po­wie­działa py­ta­niem.

- Zwią­zek Ra­dziecki... Czy to, co z niego zo­sta­nie - po­pra­wił się bły­ska­wicz­nie. - Po­noć wczo­raj pre­zy­denci Ro­sji, Ukra­iny i Bia­ło­rusi pod­pi­sali układ o li­kwi­da­cji ZSRR...

- Niby tak - we­szła mu w słowo i mach­nęła lek­ce­wa­żąco ręką. - Utwo­rzyli Wspól­notę Nie­pod­le­głych Państw, co nie zmie­nia faktu, że od każ­dego, kto od­naj­dzie kom­natę, Ro­sja­nie za­żą­dają jej zwrotu.

- Jest prze­cież zna­leźne - ob­sta­wał przy swoim, jakby już zdo­łał od­na­leźć cenny skarb. - Dzie­sięć pro­cent od wspo­mnia­nej przez pa­nią kwoty to nie­zły ma­ją­tek. O sła­wie już na­wet nie wspo­mi­nam.

Ryl­ska spoj­rzała na Pu­zynę z przy­mru­żo­nym okiem.

- Zna­leźne funk­cjo­nuje u nas, w Pol­sce, a jego górną gra­nicą jest chyba wy­so­kość jed­nej śred­niej pen­sji czy dwóch - od­parła, mo­men­tal­nie roz­wie­wa­jąc ma­rze­nia in­spek­tora o ła­twym bo­gac­twie. - Ja­kie pod tym wzglę­dem obo­wią­zują prawa w daw­nym ZSRR, tak na­prawdę nikt nie wie. Przy odro­bi­nie pe­cha zna­lazca mógłby zo­stać oskar­żony o współ­udział w kra­dzieży i wy­wie­zie­niu Bursz­ty­no­wej Kom­naty z Ka­li­nin­gradu. Jesz­cze mu­siałby się tłu­ma­czyć ze wszyst­kich swo­ich dzia­łań, skła­dać ze­zna­nia, pi­sać wy­ja­śnie­nia i tak da­lej. Na tym po­le­ga­łaby jego sława. Dla­tego ja nie mia­łam za­miaru po­świę­cić ani mi­nuty swo­jego ży­cia na szu­ka­nie cze­goś, z czego nie mia­ła­bym żad­nego po­żytku, tylko same kło­poty, i co na do­da­tek zdo­bi­łoby Car­skie Sioło, a nie na­sze mu­zeum. Mąż był od­mien­nego zda­nia.

- Dzię­kuję za do­brą kawę i cie­kawą lek­cję hi­sto­rii - po­wie­dział in­spek­tor, kiedy od­chy­lił man­kiet swe­tra i rzu­cił okiem na ze­ga­rek. Le­ni­wie uniósł się z krze­sła. - Obo­wiązki na mnie cze­kają.

Ryl­ska rów­nież wstała i po­dała Pu­zy­nie dłoń na po­że­gna­nie. Uca­ło­wał ją szar­mancko, gło­śno cmo­ka­jąc. Za­im­po­no­wała mu swoją wie­dzą.

- Idziemy - oznaj­mił do­no­śnie, wy­chy­la­jąc się z kuchni w kie­runku du­żego po­koju, gdzie w to­wa­rzy­stwie Maćka, który zdą­żył już wró­cić z za­ku­pami, cier­pli­wie cze­kali jego pod­władni. Po­wie­trze było gę­ste od dymu z wy­pa­lo­nych pa­pie­ro­sów, sie­kierę można by za­wie­sić.

Gdy za po­li­cjan­tami za­mknęły się drzwi, Ryl­ska z ulgą zrzu­ciła z sie­bie czarną po­grze­bową gar­sonkę i wło­żyła dres. Z fo­lio­wym wor­kiem na śmieci we­szła do po­koju, który mąż przed śmier­cią prze­ro­bił na swoją pra­cow­nię, i za­gry­za­jąc wargi, aby nie wy­buch­nąć pła­czem, za­brała się za po­rządki. Choć sta­ran­nie przej­rzała każdy świ­stek pa­pieru, każdą na­ba­zgro­loną kar­teczkę, nie na­tknęła się choćby na naj­mniej­szą wzmiankę o Bursz­ty­no­wej Kom­na­cie. Gro­ma­dzona przez lata do­ku­men­ta­cja Pawła Ryl­skiego i kilka roz­dzia­łów na­pi­sa­nej przez niego książki ulot­niły się jak kam­fora.

Roz­dział 7

Za­war­tość teczki ope­ra­cyj­nej

Choć go­dzina była jesz­cze dość wcze­sna, na ze­wnątrz już roz­go­ściła się sza­rówka, zmu­sza­jąc Po­piela do włą­cze­nia sto­ją­cej na biurku lampy. Jed­nym ru­chem ręki od­su­nął na bok wa­la­jące się po bla­cie ga­zety. Z re­gału zaj­mu­ją­cego całą ścianę nie­wiel­kiego po­koju wy­jął bu­telkę ra­dziec­kiego ko­niaku i na­peł­nił kie­li­szek. Za­nim umo­ścił się wy­god­nie w ob­ro­to­wym fo­telu, upił po­łowę jed­nym hau­stem. Z szu­flady biurka wy­do­był pla­sti­kową teczkę i roz­wią­zał troczki. We­wnątrz znaj­do­wało się kilka kar­tek. Wszyst­kie za­pi­ski do­ty­czyły Jó­zefa Kraw­czyka za­miesz­ka­łego na wro­cław­skim Sę­pol­nie. Przy­naj­mniej tam wciąż był za­mel­do­wany, bo wła­śnie ukoń­czył bu­dowę oka­za­łej re­zy­den­cji na pe­ry­fe­riach mia­sta i już zda­rzało mu się tam no­co­wać. Z akt per­so­nal­nych ze­bra­nych przez Owczarka w sto­sow­nych urzę­dach wy­ni­kało, że Kraw­czyk uro­dził się w 1943 roku w Sa­so­wie, w ZSRR. Oj­ciec nie­znany. Matka re­pa­trio­wana do Pol­ski ra­zem z dziec­kiem je­sie­nią 1945 roku, po­cząt­kowo do Le­gnicy, na­stęp­nie prze­nio­sła się do Je­le­niej Góry, a w 1948 roku, już na stałe, prze­pro­wa­dziła się do Bie­lawy, gdzie pra­co­wała w za­kła­dach prze­my­słu ba­weł­nia­nego jako prządka. Zmarła w 1962 roku. In­nej ro­dziny Jó­zef Kraw­czyk nie miał. Po ukoń­cze­niu szkoły za­wo­do­wej, a na­stęp­nie tech­ni­kum, pod­jął pracę we wro­cław­skim Pa­fa­wagu i roz­po­czął stu­dia za­oczne na Po­li­tech­nice Wro­cław­skiej, na wy­dziale bu­dowy ma­szyn, które ukoń­czył w 1970 roku. Zwol­niony z po­wszech­nego obo­wiązku woj­sko­wego, ka­te­go­ria D. Oże­nił się w 1968 roku. Pierw­sze dziecko, syn, uro­dziło się w 1970 roku, córka przy­szła na świat w 1971.

Ży­cio­rys, ja­kich mi­liony w PRL. Ale nie do końca. W 1983 roku wy­je­chał naj­pierw do Au­strii, a póź­niej do RFN. Do Pol­ski wró­cił do­piero w 1988 roku. Na fali re­form pre­miera Ra­kow­skiego i mi­ni­stra Wilczka, ma­ją­cych roz­luź­nić sztywny gor­set chy­lą­cej się ku upad­kowi go­spo­darki na­ka­zowo-roz­dziel­czej, Jó­zef Kraw­czyk za­ło­żył wraz z Jo­achi­mem Ro­dec­kim, oby­wa­te­lem pol­skim na stałe miesz­ka­ją­cym w RFN, spółkę jo­int ven­ture o cha­rak­te­rze han­dlowo-usłu­go­wym, no­szącą na­zwę In­ter-Kraw­pol. Obaj wnie­śli po pięć­dzie­siąt pro­cent ka­pi­tału za­ło­ży­ciel­skiego, który wy­no­sił 50 mi­lio­nów zło­tych. Choć suma ta po­cząt­kowo mo­gła wy­da­wać się nie­sły­cha­nie po­ważna, to jed­nak przy sza­le­ją­cej in­fla­cji i za­rob­kach prze­cięt­nego oby­wa­tela oscy­lu­ją­cych w gra­ni­cach mi­liona zło­tych mie­sięcz­nie wcale taka nie­bo­tyczna nie była. Co wię­cej, po­dob­nych spółek były dzie­siątki i mno­żyły się jak grzyby po desz­czu, a nie­które nie dys­po­no­wały na­wet po­łową wska­za­nej kwoty. W 1989 roku Kraw­czyk się roz­wiódł i kilka mie­sięcy póź­niej oże­nił po raz drugi. W 1991 roku po­ka­zy­wano go w lo­kal­nej te­le­wi­zji jako czło­wieka suk­cesu i sta­wiano za wzór.

Męż­czy­zna wi­do­czny na zdję­ciach wrzu­co­nych mię­dzy pa­pie­rzy­ska nie grze­szył mę­ską urodą. Ni­skie czoło prze­ci­nały ciemne brwi zro­śnięte nad za­dar­tym sze­ro­kim no­sem, jak u ty­po­wego ru­skiego mu­żyka. W sze­ro­kim uśmie­chu ob­na­żał wy­su­nięte do przodu, cia­sno stło­czone zęby, które czy­niły go po­dob­nym do bo­bra. Ciemne krę­cone włosy za­cze­sy­wał do góry i utrwa­lał za po­mocą żelu. Ze swoim me­trem sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu za­li­czał się do grona prze­cięt­nia­ków. Mimo pięć­dzie­siątki na karku syl­we­tkę miał jed­nak szczu­płą i zgrabną. Uroku nie­wąt­pli­wie do­da­wały mu duże pie­nią­dze, które w bar­dzo krót­kim cza­sie przy­nio­sła spółka In­ter-Kraw­pol. Ale one na Po­piela nie dzia­łały.

Za­brał się za roz­pra­co­wy­wa­nie Kraw­czyka starą, spraw­dzoną me­todą. Po­le­cił za­się­gnąć in­for­ma­cji o nim Cyr­klowi, daw­nemu taj­nemu współ­pra­cow­ni­kowi, zwer­bo­wa­nemu przed laty w śro­do­wi­sku na­uczy­ciel­skim. Po prze­mia­nach 1989 roku Cyr­kiel stał się szy­chą w ku­ra­to­rium i miał do­stęp do wielu in­te­re­su­ją­cych Po­piela do­ku­men­tów. Kiedy Ma­tias przed­sta­wił mu pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia, ten o mało nie na­wa­lił w por­tki ze stra­chu, że jego współ­praca z SB uj­rzy świa­tło dzienne. Uspo­koił się, kiedy Po­piel, klnąc się na Prze­naj­święt­szą Pa­nienkę, za­pew­nił go, że ma w du­pie spra­wie­dli­wość dzie­jową i do prasy ze swoją wie­dzą nie po­leci. Po ty­go­dniu Cyr­kiel pod­rzu­cił ra­port do skrzynki na li­sty wi­szą­cej na klatce scho­do­wej wie­żowca zwa­nego se­de­sow­cem, w któ­rym miesz­kał Po­piel. Z no­tatki wy­ni­kało, że uczeń Jó­zef Kraw­czyk, syn Le­oka­dii, uro­dzony w 1943 roku, ni­gdy nie uczęsz­czał do żad­nej szkoły na te­re­nie wo­je­wódz­twa wro­cław­skiego. W żad­nej do­ku­men­ta­cji oświa­to­wej nie fi­gu­ro­wało też jego na­zwi­sko. Cyr­kiel był na tyle su­mienny, że przej­rzał na­wet dzien­niki lek­cyjne obu szkół, które Kraw­czyk wy­mie­niał w swo­ich ży­cio­ry­sach do­star­cza­nych prze­róż­nym in­sty­tu­cjom. Jego na­zwi­sko nie po­ja­wiło się w spi­sach uczniów ani razu. W mó­zgu Po­piela bły­snęła ostrze­gaw­czo czer­wona lampka.

- Więc to ta­kie buty... - za­mru­czał pod no­sem, koń­cząc czy­tać ra­port swo­jego su­mien­nego by­łego już TW.

Na­stęp­nego dnia wcze­śnie rano za­pu­kał do drzwi ga­bi­netu dok­tor Ali­cji Ko­wa­lik, ko­le­żanki zna­nej od dziecka. Wy­cho­wy­wali się na jed­nym po­dwórku, mię­dzy gru­zami zbu­rzo­nych ka­mie­nic ulicy Pia­stow­skiej i oko­lic. Ra­zem cho­dzili do szkoły pod­sta­wo­wej. To jej na szkol­nej za­ba­wie skradł swo­jego pierw­szego w ży­ciu ca­łusa. Ra­zem po­szli do li­ceum. Łą­czyła ich szcze­niacka przy­jaźń i wspo­mnie­nia tru­dów ży­cia w po­wo­jen­nym Wro­cła­wiu. Choć wzbu­dzała na­wet za­zdrość Ilony, nie zo­stała ode­słana do la­musa. Po­piel nie miał zbyt wielu ży­cio­wych za­sad. Ale jedną, za au­to­rem Przy­gód Tomka Sa­wy­era, kul­to­wej po­wie­ści cza­sów swo­jego dzie­ciń­stwa, po­wta­rzał z upo­rem ma­niaka: "Krew­nych daje nam los. Przy­ja­ciół wy­bie­ramy sami". Gdy Ali­cję zo­sta­wił mąż, za­ła­twił dla niej naj­lep­szego we Wro­cła­wiu ad­wo­kata, który pu­ścił nie­wier­nego mał­żonka w skar­pet­kach. W re­wanżu, kiedy zmarła Ilona, Ko­wa­lik wy­wio­zła Po­piela do swo­jego domku let­ni­sko­wego w Be­ski­dach i tak długo cią­gała po gó­rach, aż wiatr wy­wiał mu z głowy my­śli sa­mo­bój­cze.

Gdy Po­piel wszedł do jej ga­bi­netu, sie­działa za biur­kiem, spraw­dza­jąc prace pi­semne stu­den­tów. Upły­wa­jący czas ob­cho­dził się z nią ła­god­nie. Do­dał je­dy­nie parę ki­lo­gra­mów w bio­drach, na­ry­so­wał kilka zmarsz­czek pod oczami, a z si­wi­zną po­ra­dziła so­bie sama, far­bu­jąc włosy. Uca­ło­wała Po­piela z du­bel­tówki, po­zo­sta­wia­jąc na jego nie­go­lo­nych od kilku dni po­licz­kach sub­telny za­pach per­fum.

- Z czym przy­cho­dzisz? - za­gad­nęła rze­czowo.

- Nie wiem, czy ist­nieje taka moż­li­wość, ale chciał­bym rzu­cić okiem na do­ku­menty wa­szego ab­sol­wenta za­ocz­nego z ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego roku... - Się­gnął do kie­szeni kurtki po pa­pie­rosy i pod­su­nął paczkę w stronę Ali­cji, lecz od­mó­wiła ge­stem ręki. - Ja­kaś do­ku­men­ta­cja prze­cież zo­staje, prawda?

Na świstku pa­pieru Ko­wa­lik spi­sała wszyst­kie dane, które jej po­dał, i wy­szła, zo­sta­wia­jąc Po­piela w to­wa­rzy­stwie sterty tech­nicz­nych cza­so­pism. Wró­ciła po pół­go­dzi­nie z opa­słym se­gre­ga­to­rem pod pa­chą.

- Tu­taj masz akta oso­bowe na­szych ab­sol­wen­tów z in­te­re­su­ją­cego cię rocz­nika. Ostatni dzwo­nek, bo wła­śnie są pa­ko­wane, aby wy­słać je do cen­tral­nego ar­chi­wum. Po­szpe­raj so­bie - za­chę­ciła, kła­dąc przed nim po­se­gre­go­wane i spięte pa­pie­rzy­ska.

Do­ku­menty uło­żono al­fa­be­tycz­nie i Po­piel szybko do­tarł do li­tery K. Ku jego za­sko­cze­niu na­zwisk za­czy­na­ją­cych się na tę li­terę było naj­wię­cej, wśród nich nie fi­gu­ro­wał jed­nak Jó­zef Kraw­czyk. Dla pew­no­ści przej­rzał cały se­gre­ga­tor. Nic nie zna­lazł.

- Wy­gląda na to, że in­te­re­su­jący mnie fa­cet skła­mał, po­da­jąc, że ukoń­czył to, co ukoń­czył - oświad­czył, od­da­jąc ko­le­żance pa­piery. - Chyba że... - Urwał w pół słowa, resztę wnio­sku zo­sta­wia­jąc dla sie­bie.

- Ma­tias... Prze­cież już od dawna nie je­steś es­be­kiem. - Ali­cja spoj­rzała na niego kar­cą­cym wzro­kiem, jak na stu­denta, który nie przy­go­to­wał się do ko­lo­kwium. - Ja­kiego spi­sku dzie­jo­wego tym ra­zem szu­kasz?

- Coś chcia­łem spraw­dzić - wy­ja­śnił enig­ma­tycz­nie z miną nie­wi­niątka. - Czy przed laty zda­rzało się, że ktoś pod­ra­biał dy­plom wa­szej po­li­tech­niki?

- Prawdę mó­wiąc, nie przy­po­mi­nam so­bie ta­kiego przy­padku... - Zmarsz­czyła brwi, prze­szu­ku­jąc po­kłady pa­mięci. - Od roku czy dwóch zda­rzają się fał­szywe świa­dec­twa ma­tu­ralne, fał­szywe za­świad­cze­nia i fał­szywe dy­plomy, z uwagi na roz­wój tech­niki po­li­gra­ficz­nej - cią­gnęła, zer­ka­jąc na Ma­tiasa z za­cie­ka­wie­niem. - Ale za ko­muny któż mógłby pod­ro­bić dy­plom wyż­szej uczelni? Naj­wy­żej ta­kie służby jak twoja... - za­chi­cho­tała z odro­biną do­bro­tli­wej kpiny.

Po­piel po­zo­sta­wił tę nad wy­raz słuszną uwagę bez ko­men­ta­rza i po­że­gnał się ser­decz­nie. Z każ­dym dniem jego po­dej­rze­nia co do Jó­zefa Kraw­czyka na­bie­rały wy­raź­niej­szych kształ­tów. Wszystko zda­wało się po­twier­dzać jego wcze­śniej­sze mgli­ste przy­pusz­cze­nia.

Wie­czo­rem ze szklanką wina w ręce jesz­cze raz się­gnął do szu­flady biurka po teczkę Jó­zefa Kraw­czyka, któ­remu funk­cjo­na­riu­sze UOP nadali kryp­to­nim "Kra­wiec", ale na któ­rego osta­tecz­nie nic po­dej­rza­nego nie zna­leźli. Albo nie chcieli zna­leźć, sko­men­to­wał uszczy­pli­wie w my­ślach. Opróż­nił szklankę i do­lał so­bie ko­lejną por­cję z bu­telki sto­ją­cej na biurku. Za­pa­lił pa­pie­rosa i otwo­rzył teczkę. W oczy rzu­ciła mu się ko­perta, którą dał mu Owcza­rek.

Za­wie­rała kilka fo­to­gra­fii. Na wszyst­kich wid­niała śliczna blon­dynka o dłu­gich pro­stych wło­sach. Zdję­cia zro­biono na ulicy i wiatr roz­rzu­cał ko­smyki na wszyst­kie strony, wci­skał dziew­czy­nie do ust, przy­sła­niał nimi duże ciemne oczy. Z wy­razu jej twa­rzy Po­piel od­gadł, że wy­czu­wała czy­jąś obec­ność w swoim oto­cze­niu lub spo­dzie­wała się ob­ser­wa­cji. Roz­glą­dała się czuj­nie na boki w po­szu­ki­wa­niu in­truza. Z tła, które sta­no­wiły ma­ja­cząca za ple­cami dziew­czyny Odra i frag­menty głów­nego gma­chu uni­wer­sy­tetu, można było wnio­sko­wać, że szła mo­stem Po­mor­skim w kie­runku ar­chi­wum. Ko­lejne zdję­cie po­twier­dziło te przy­pusz­cze­nia - fo­to­graf uwiecz­nił ją, jak wcho­dziła do wnę­trza bu­dynku. Praw­do­po­dob­nie tam pra­co­wała. Owcza­rek wi­docz­nie nie zdą­żył usta­lić jej per­so­na­liów.

- Nie­zła dupa - cmok­nął z uzna­niem Ma­tias, ga­piąc się na zdję­cie. - Już gdzieś tę la­skę wi­dzia­łem. Tylko gdzie?

Je­śli tylko blon­dynka nie pra­co­wała w ar­chi­wum jako se­kre­tarka ani sprzą­taczka, mo­gła mieć do­stęp do wielu waż­nych ar­chi­wa­liów. Zwłasz­cza że tra­fiły tam do­ku­menty z istot­nych do 1989 roku in­sty­tu­cji, mię­dzy in­nymi z ko­mendy mi­li­cji. Ofi­cer pro­wa­dzący sprawę "Krawca" nie bez ko­zery umie­ścił zdję­cia dziew­czyny w jego teczce ewi­den­cyj­nej. Za­pewne do­strzegł ja­kiś bli­żej nie­okre­ślony zwią­zek mię­dzy tą młodą ko­bietą a in­wi­gi­lo­wa­nym Jó­ze­fem Kraw­czy­kiem. Jaki był to zwią­zek, Po­piel mu­siał wy­wą­chać sam.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki