Rozdział 6
To nie koniec, to dopiero początek
Drobna mżawka siąpiła na parasole rozpostarte nad głowami ludzi ciasno skupionych wokół grobu. Mimo deszczu przybyli licznie, żeby odprowadzić na miejsce ostatniego spoczynku Pawła Rylskiego, pracownika zakładów elektronicznych Elwro, które początkowo miały się specjalizować w produkcji telewizorów, a w ostateczności zajęły się elektroniką, w tym produkcją maszyn liczących i pierwszych komputerów z serii Odra i RIAD. Na dniach miały pójść pod młotek, jak setki innych państwowych zakładów. Niektórzy, z uwagi na miejsce, w którym się znaleźli, szeptem krakali, że to koniec polskiej elektroniki i przemysłu w ogóle, wieszczyli, że Niemcy wszystko wykupią, że będziemy w Europie jak ten chłop pańszczyźniany za Polski szlacheckiej, że zrobią z nas niewolników i wycisną jak cytrynę. Tylko niewielu spośród znajomych Pawła Rylskiego zgromadzonych nad jego grobem wiedziało, że miał on także niezwykle interesujące hobby. Usiłował rozwiązać jedną z największych i najbardziej ekscytujących zagadek drugiej wojny światowej. A mianowicie: gdzie ukryto Bursztynową Komnatę, ósmy cud świata. Im więcej czasu poświęcał na jej rozwikłanie, tym bardziej ukrywał przed otoczeniem swoje osiągnięcia. Im bliższy był prawdy, tym podejrzliwszy i bardziej nieufny robił się wobec wszystkich, którzy nawet przez uprzejmość zadali choć o jedno pytanie za dużo na ten temat.
Gdy przebrzmiały ostatnie pożegnania przyjaciół - a było ich niewielu, właściwie wcale - gdy dyrektor przedsiębiorstwa, a potem w ślad za nim pozostali uczestnicy złożyli wdowie kondolencje, Rylska pozbawionymi już łez oczami dostrzegła pośród tej licznej gromadki dwie całkiem obce sobie osoby. Pierwszą była młoda kobieta, w zasadzie dziewczyna, o długich jasnych włosach, samotnie stojąca na uboczu, ukradkiem obcierająca łzy żalu płynące po twarzy skrytej za okularami słonecznymi, choć dzień był deszczowy. Poza nią za plecami żałobników krążył nieznajomy mężczyzna. Wysoki ponad przeciętną i bardzo szczupły, w skórzanej kurtce, wiszącej na nim jak na wieszaku. Sprzątał starannie jakiś nagrobek i układał na nim świeże kwiaty. Kiedy skończył, dłuższy czas stał bez ruchu, jakby pogrążony w modlitwie, za nic mając deszcz kapiący na jego odkrytą głowę. W pewnym momencie Rylska napotkała jego martwe spojrzenie. Błękitne oczy mężczyzny przepełnione były głębokim smutkiem. Przez krótką chwilę poczuła jakąś niewidzialną więź, która ich łączyła.
Gdy uroczystość żałobna dobiegła końca, wdowa wsparta na ramieniu syna ciężkim krokiem zmierzała w kierunku przycmentarnego parkingu. Maciek nie wiadomo kiedy zdążył przedzierzgnąć się z chudego wyrostka w dobrze zbudowanego młodzieńca o czuprynie połyskującej rdzą, z jasnymi oczami, jakby żywcem wydartymi z twarzy ojca. Po matce odziedziczył kanciasty podbródek i bladą cerę. Rylska usiadła za kierownicą i kiedy syn zatrzasnął za sobą drzwi wartburga, ruszyła w stronę Kozanowa. Milczeli przez całą drogę. Wszystko, co mieli sobie do powiedzenia, a co dotyczyło tego niespodziewanego i bolesnego odejścia ojca i męża, już dawno sobie powiedzieli. Oboje uznali, że dalsze rozdrapywanie ran do niczego dobrego nie doprowadzi. Innych tematów żadne z nich nie umiało znaleźć.
- Jak ci się mieszka w akademiku? - zagadnęła, gdy wysiedli przed blokiem.
- Obleci - odparł, podając matce ramię. Jak przystało na jedynego mężczyznę w rodzinie, prowadził ją ostrożnie, wymijając powstałe po deszczu kałuże, obficie rozlane na chodniku i jezdni między blokami. - Tylko drażni mnie ciągłe balowanie kolegów. Wiesz, że ja lubię chodzić spać z kurami, a przy ich trybie życia nie ma takiej opcji.
- Może rozejrzyj się za jakąś kawalerką do wynajęcia - zaproponowała bez przekonania, że jej posłucha, i nacisnęła guzik, by przywołać windę. - Może z jakimś rozsądnym kolegą do spółki nie wyjdzie aż tak drogo?
- Czytasz w moich myślach - odpowiedział z bladym uśmiechem. Z wolna zaczynał się przyzwyczajać, że do ojca po poradę nie będzie już mógł zadzwonić. Żeby matka nie dostrzegła łez, które zapiekły go pod powiekami, zajrzał przez wąskie okienko do szybu windy, która jakoś się nie pojawiała. - Chyba nieczynna... - oznajmił rzeczowo.
- Szlag by to trafił... - zaklęła pod nosem. Wizytowe czółenka na wysokim obcasie paliły ją żywym ogniem i o niczym innym nie marzyła, tylko o tym, aby je jak najszybciej zzuć i wyrzucić do kubła na śmieci. Zawróciła na pięcie i pokuśtykała w kierunku schodów, a syn podążył za nią.
Gdy wspięli się na drugie piętro, gdzie mieściło się mieszkanie Rylskich, Ewa już ze szczytu schodów dostrzegła coś niepokojącego. Odniosła wrażenie, że drzwi do mieszkania nie są zamknięte, lecz jedynie przymknięte. Nie bacząc na bolące stopy, jednym skokiem dopadła klamki. Nie myliła się. Popchnęła drzwi palcem, a one bezszelestnie otworzyły się do środka. Weszła niepewnym krokiem. Już w przedpokoju zauważyła ślady czyjegoś buszowania w szafie wnękowej zajmującej całą ścianę. Wszystkie drzwiczki były szeroko pootwierane, a część zawartości walała się po podłodze. Reszta rzeczy w szafie była skotłowana, jakby przeszedł tamtędy huragan. Rylska jak bomba wpadła do dużego pokoju, a Maciek popędził korytarzem do drzwi pokoiku, który nadal uważał za swój, choć ostatnio zagospodarował się w nim jego ojciec.
To, co zobaczył, przypomniało mu sceny z filmów katastroficznych. Całą podłogę zaścielały papiery powyrzucane z tekturowych teczek. Czasopisma i książki z regału także wylądowały na podłodze. Przyszło mu na myśl, że zawartość biurka zniknęła, gdyż wyłamane drzwiczki ukazywały puste wnętrze.
- Źle się czujesz? - zwrócił się z troską do matki.
Rylska z opuszczonymi wzdłuż tułowia rękami stała bezradnie na środku dużego pokoju i rozglądała się z przerażeniem po pobojowisku, w które ktoś zamienił jej mieszkanie.
- Tylko tego nam brakowało - odparła ze stoickim spokojem. Zrzuciła z nóg cisnące buty i czując ulgę, na bosaka podeszła do telefonu. Miękki chłód dywanu wydawał się balsamem dla stóp. Wykręciła numer i ze słuchawką przy uchu, czekając na połączenie, jedną ręką usiłowała wygrzebać z torebki paczkę mentolowych.
- Czy zastałam inspektora Puzynę? - wymamrotała z papierosem w ustach. Właśnie przypalała go zapalniczką. - Dobrze, czekam... - dodała i usiadła w fotelu tuż obok regału, na którym stał aparat telefoniczny, i spojrzała na swoje bose stopy. Na małym palcu prawej widniał pęcherz wielkości wiśni, a pięta lewej przypominała dobrze oskrobaną marchew.
Puzyna sprawiał wrażenie niezbyt zaskoczonego informacją o włamaniu. Rylska z ulgą przyjęła jego zapewnienie, że ekipa przyjedzie najdalej za godzinę, i prośbę, żeby do tego czasu niczego nie ruszała. Oblepiła plastrami zmasakrowane nowymi butami stopy i półleżąc na kanapie, czekała na policję. Maciek w tym czasie powędrował do kuchni i wstawił wodę w czajniku na gaz. Zajrzał do lodówki, lecz ta świeciła pustkami.
- Zrobię jakieś zakupy - stwierdził, stojąc w progu. - Ja chyba policji do niczego nie będę potrzebny...
- Dobrze, synku. - Uśmiechnęła się blado, nie ruszając się z miejsca.
Z czułością patrzyła, jak zmierza do wyjścia. Z tyłu bardzo przypominał Pawła. Podobny do niego miał także charakter. Donośne gwizdanie czajnika zgoniło Ewę z kanapy. Nie zdążyła jeszcze zaparzyć herbaty, gdy przyjechali inspektor Puzyna i jego ludzie.
- Brak śladów włamania - oświadczył młodziutki aspirant Nocoń, gdy starannie obejrzał zamek w drzwiach, zawiasy i futrynę. - Albo dysponował oryginalnym kompletem kluczy, albo sobie dorobił. Fachowiec, nie zostawił żadnych śladów. Zablokował windę, aby któryś z sąsiadów nie zatrzymał się na tym piętrze i go nie zdybał, jak wchodzi do cudzego mieszkania.
Puzyna z rękami w kieszeniach wyświechtanej kurtki kiwał ze zrozumieniem głową.- Postarajcie się, młody - nakazał surowo. - Mam dziwne przeczucie, że to włamanie ma związek z moją sprawą. - Odwrócił się na pięcie i zajrzał do kuchni, gdzie Rylska wlewała wrzątek do imbryka.
- Czy ktoś z domowników zgubił ostatnio klucze? - spytał z nadzieją, lecz wdowa pokręciła przecząco głową. - Mąż nosił swój komplet przy sobie? - zadał kolejne pytanie.
- Tak.
Puzyna potarł szeroką dłonią źle ogolony policzek i chwilę milczał, jakby sortował w pamięci zdobyte informacje.
- Ani przy zwłokach, ani w samochodzie nie znaleźliśmy kluczy do mieszkania - wycedził po namyśle. - Były natomiast w jego szafce w biurze. Jeśli od dłuższego czasu praktykował takie rozwiązanie, ktoś mógł sobie z łatwością komplet dorobić... Zaraz do pani wrócę - dodał, wychodząc z kuchni.
W tym czasie aspirant i jego kolega, specjaliści od włamań, rozpełzli się po mieszkaniu. Rylska usiadła za stołem i siorbiąc gorącą herbatę, czekała, aż inspektor będzie mógł jej poświęcić trochę czasu. Gapiła się bezmyślnie za okno, za którym widniały szpalery drzew rosnących wzdłuż wału nad Odrą. Jesienne wiatry prawie całkiem ogołociły je z liści. Nagie gałęzie na tle szarego, pochmurnego nieba sprawiały przygnębiające wrażenie. To nie była jej ulubiona pora roku. Zdecydowanie wolała lato, kiedy mogła całymi dniami wędrować po górach albo smażyć się na nadbałtyckiej plaży. Zimą biegała na nartach w Jakuszycach. Jesienią, kiedy mżyło, wiało, a noc zapadała już po obiedzie, najchętniej wyjeżdżałaby do ciepłych krajów. Ale za komuny nie było ich na to stać, a ostatnio Paweł świata nie widział poza Bursztynową Komnatą.
- Więc tak... - zaczął Puzyna, gdy znów wszedł do kuchni. - Moi chłopcy już kończą swoją robotę. Proszę sprawdzić, co złodziejaszek ukradł. Ja w międzyczasie napiję się herbaty, jeśli oczywiście pani pozwoli.
Rylska nalała inspektorowi do filiżanki resztę gorącego naparu i zniknęła w sypialni. Ku swemu zdziwieniu odkryła, że w szkatułce z biżuterią nadal spoczywały jej wszystkie ozdoby ze złota. Szybko sprawdziła, bo nie było tego zbyt wiele. Tylko dwa pierścionki i cieniutki łańcuszek. Ale nawet tego nie nosiła, bo nie lubiła. Na starą skórzaną kurtkę i prawie nowy kożuch turecki, wiszące w szafie, także złodziej się nie połasił. Skradziono jedynie gotówkę, ale nie była to żadna zawrotna suma, tylko resztki miesięcznej pensji. Leżała zresztą niemal na wierzchu, bo w szufladzie stolika nocnego, który złodziej lub złodzieje przetrząsnęli bardzo dokładnie. Największy bałagan zrobili jednak w tym najmniejszym pokoju.
- Zniknęły wszystkie segregatory, w których mąż trzymał gromadzoną od lat dokumentację, oraz trochę gotówki - oznajmiła, kiedy wróciła do kuchni.
Inspektor siedział za stołem, z pustym wzrokiem utkwionym za oknem, w wierzchołkach nagich drzew.
-Tak myślałem, że o to chodziło - mruknął pod nosem i nie pytając Rylskiej o zgodę, wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę klubowych. - Zapali pani? - Podsunął papierosy w jej stronę.
Usiadła ciężko na krześle naprzeciwko Puzyny i sięgnęła po papierosa. Miała zamiar rzucić palenie, ale niespodziewana śmierć męża pokrzyżowała te plany. Inspektor podał jej ogień i pilnie śledził każdy ruch, jakby podejrzewał, że wdowa celowo pozaciera ślady.
- Co pan ma na myśli? - spytała, gdy dotarły do niej słowa funkcjonariusza.
- Ktoś wcześniej dorobił klucze do mieszkania i wykorzystał czas pogrzebu, aby wejść. Miał pewność, że wówczas nikt nagle nie wróci do domu i nie nakryje go, jak to mówią, na gorącym uczynku. Sąsiedzi chyba też byli na cmentarzu, prawda?
- Ale po co by to planował? - Spojrzała na policjanta nic nierozumiejącym wzrokiem. - Przecież nic cennego w domu nie mamy! Żadnych obrazów, żadnej kolekcji znaczków ani rodowych sreber. Telewizor też stary grat. Nawet wideo się nie dorobiliśmy. Nie ukradł biżuterii ani kożucha. Organizowałby całe ryzykowne przedsięwzięcie dla resztek mojej miesięcznej pensji? Zaręczam, że nie jest wysoka. Choć zabrał trzysta tysięcy, to przy obecnych cenach niewiele można za to kupić...
Puzyna zerknął na Rylską badawczo, jakby podejrzewał ją o mataczenie.
- Więc tak... Wbrew pozorom nie jest to dziwne - odparł dopiero po chwili. - Wręcz przeciwnie, i nawet bardzo pasuje do mojej układanki. To nie była zwykła kradzież - ciągnął wątek, ze smakiem paląc papierosa. - Złodziej lub złodzieje przyszli po coś bardzo konkretnego, a pieniądze wzięli niejako przy okazji, bo nie da się ustalić, do kogo należały, i nigdy ich za wiele. Przyda się każdy grosz. Tych kilku złotych pierścionków mogli w pośpiechu nie zauważyć albo nie chcieli ryzykować, że przez nie wpadną.
- To po co w takim razie przyszli?
- Po wiedzę pani męża, być może zawartą w tych segregatorach, które zniknęły...
Rylska poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Do tej pory uważała hobby męża za nieszkodliwe wariactwo, któremu hołdowało wielu zapaleńców. Mieli nieźle namieszane w głowach, ale żeby dopuszczali się kradzieży? Choć brzmiało to mało prawdopodobnie, stawiało tych ludzi w innym świetle.
- Bardzo możliwe, że ma pan rację - wykonała enigmatyczny ruch ręką - choć segregatorów męża nigdy nie przeglądałam. Cholera wie, co zawierały...
- Na dodatek ta kradzież obala hipotezę, że śmierć pani męża była skutkiem nieszczęśliwego wypadku, jak twierdzi prokurator Koper. Chyba wyjdzie na moje... - dokończył swoją wypowiedź, puszczając mimo uszu dywagacje Rylskiej.
- To znaczy?
- Ja od samego początku uważałem, że pani męża zamordowano... - Puzyna zawiesił głos i rozejrzał się po kuchni. - Czy nie będzie problemu, gdybym poprosił o kawę? Ciśnienie dzisiaj spada na łeb na szyję i mam wrażenie, że zaraz usnę... - Zerknął wymownie na stojącą na blacie maszynkę do parzenia kawy.
Ewa nastawiła ekspres, a z szafki wyjęła dwie filiżanki. Doszła do wniosku, że i jej kawa dobrze zrobi. Miała za sobą bezsenną noc i padała na twarz. Krzątała się w milczeniu, czując na sobie wzrok Puzyny. Nagle zdała sobie sprawę, że pogrzeb Pawła, który odbył się przed dwiema godzinami, nie był końcem całej sprawy, lecz dopiero jej początkiem.
- Z mlekiem czy czarną? - spytała, stawiając przed inspektorem parujący napój.
- Czarną - odparł krótko i po raz kolejny spojrzał za okno, na ogołocone z liści korony wysokich drzew i widoczne z daleka koryto Odry. - Ładnie tu u was - dodał po chwili.
Rylska wsypała do swojej kawy trochę śmietanki w proszku, którą w myślach nazywała gipsem, i bezmyślnie mieszała łyżeczką.
- Może mi pan wyjaśnić, o ile nie jest to tajemnicą śledztwa, skąd ta różnica zdań między panem a prokuratorem? - spytała, siorbiąc małymi łyczkami gorący i słodki płyn.
- Więc tak... To akurat mogę. - Inspektor ściągnął kurtkę i przewiesił ją przez oparcie krzesła.
Dopiero teraz zauważyła, że budową przywodził na myśl boksera wagi ciężkiej. Ledwie się mieścił w jej ciasnej kuchni.
- Prokurator Koper jak do tej pory nie dopatrzył się motywów morderstwa, a ja je znalazłem... - ciągnął, gdy upił kilka łyków kawy. - Barbiturany i alkohol we krwi denata uznał za okoliczność sprzyjającą wypadkowi, a ja wręcz przeciwnie. Moją hipotezę potwierdza dzisiejsze splądrowanie waszego mieszkania. Czekam także na wyniki badań toksykologicznych z Katowic...
- I jakie to motywy? - W głosie Rylskiej wyraźnie dał się słyszeć sceptycyzm.
- Pani sama mi je podała - wymamrotał pod nosem, odrywając usta od filiżanki. - Bursztynowa Komnata...
- Nie bardzo rozumiem. - Wzruszyła ramionami, zatrzymując zdumione spojrzenie na wymiętej twarzy inspektora. - Nawet gdyby mąż ją odnalazł, nie mogliśmy jej przecież trzymać w domu. Nasze mieszkanie jest po prostu za ciasne. Największy pokój ma zaledwie dwadzieścia metrów kwadratowych...
- Niech pani ze mnie nie kpi... - prychnął ze złością.
- Przepraszam - bąknęła. - Ale to, co pan mówi, jest po prostu śmieszne. Setki ludzi poszukuje tej komnaty od lat i nikt nikogo z tego powodu nie zamordował. Może obrzucają się błotem, są sfiksowani na tym punkcie, niektórzy sprawiają wrażenie niezrównoważonych psychicznie, przechwalają się otrzymywanymi ponoć pocztą pogróżkami, ale żeby się nawzajem zabijać... To już gruba przesada...
- I tu się pani myli - oświadczył Puzyna, nie kryjąc w głosie satysfakcji. Od ostatniego spotkania z Rylską zdążył odrobić lekcję. - Komnata ma już na swoim koncie kilka ofiar śmiertelnych. A liczę te od zakończenia wojny.
Zerknęła na inspektora z niedowierzaniem, ale zdążył umknąć spojrzeniem w bok i nic nie zdołała wyczytać z jego oczu. Przyszło jej na myśl, że blefuje.
- Na przykład? - spytała sceptycznie.
- Więc tak... - zaczął jak zwykle Puzyna. - Jeśli pominiemy likwidację ewentualnych świadków jej ewakuacji, na pierwszy ogień poszli królewiecki opiekun komnaty, doktor Alfred Rohde, i jego żona, Emma. Albo ich zamordowano, albo zmarli na dyzenterię. Nie można jednak wykluczyć, że najzwyczajniej w świecie dali z Królewca nogę. Istnieją zeznania, w których świadkowie twierdzą, że w grobie nie znaleziono ciał...
- Ale to znana wszystkim historia - żachnęła się. - Na dobrą sprawę wojna wciąż trwała.
Inspektor zamilkł i sięgnął po filiżankę z kawą. Parząc sobie mięsiste usta, łakomie upił połowę, zanim odstawił naczynie na stół. Przeciągnął palcami po włosach. Od dłuższego czasu nie widziały ręki fryzjera, więc przetłuszczone kosmyki co chwilę wpadały mu do oczu.
- Zgoda... - przyznał Rylskiej rację. - Kiedy wspomniała pani o tych poszukiwaniach, rozpuściłem po komendzie wici, że są mi potrzebne jakieś informacje na ten temat. Dostałem namiary na oficera kontrwywiadu, który służbowo zajmował się tymi sprawami. Oparliśmy sprawę o bufet w Savoyu i uchylił rąbka tajemnicy. To rzeczywiście fascynująca historia. Pani chyba ją zna?
- Pan wie, kim jestem z zawodu? - odpowiedziała pytaniem.
- Mniej więcej. - Sięgnął po kolejnego papierosa. - Pracownikiem naukowym uniwersytetu, zgadza się?
- Tak, a dokładniej to obroniłam doktorat na wydziale historycznym - oznajmiła nie bez dumy. - Można powiedzieć, że jestem fachowcem od czasów minionych. Ale moja wiedza na temat wydarzeń związanych z dziejami Bursztynowej Komnaty opiera się wyłącznie na potwierdzonych faktach i niewiele ma wspólnego z tymi wszystkimi teoriami spiskowymi - zaakcentowała ostatnie wyrazy, dając do zrozumienia, że jej poglądy w tym zakresie zupełnie się różnią od poglądów jej tragicznie zmarłego męża. Być może zamordowanego.
- No to klops... - Na twarzy inspektora zakwitło zażenowanie. - Byłem święcie przekonany, że zaimponuję pani swoim szerokim rozeznaniem w tym temacie, ale widzę, że to pani może mnie zjeść na surowo.
- Niekoniecznie. - Rylska sięgnęła po dzbanek stojący na podgrzewaczu i dolała kawy do filiżanek. - Ja znam tylko garść niezaprzeczalnych faktów, z których żaden nie daje odpowiedzi na najistotniejsze pytanie: gdzie ukryto komnatę. Nie mogę jednak wykluczyć, że między tą całą resztą, tymi tysiącami sprzecznych ze sobą zeznań ponoć naocznych świadków, tymi setkami dokumentów jakoby dotyczących transportu skrzyń z bursztynem w przeróżne zakątki Europy pałęta się ta jedna niezbywalna prawda, która umożliwi wskazanie aktualnej lokalizacji Bursztynowej Komnaty.
Puzyna jeszcze raz pomieszał energicznie kawę, która zdążyła już nieco przestygnąć, i upił kilka łyków. Spojrzał na Rylską odrobinę zaskoczony jej słowami. Sądził, że kto jak kto, ale oficer kontrwywiadu opierał się na faktach, a nie domysłach.
- Może się pani ze mną podzielić swoją wiedzą na temat tych kilku ton bursztynu?
- Nie ma sprawy. - Wzruszyła ramionami. - Ale obawiam się, że pana rozczaruję. To, co ja wiem na ten temat, znajdzie pan w niemal każdej encyklopedii, nie zdradzę więc żadnej pasjonującej tajemnicy ani nie odkryję Ameryki. Pisali o tym w gazetach i mówili w telewizji.
- Nie mam w domu encyklopedii - inspektor nie lubił, gdy zbywano go byle czym - a do biblioteki nie mam czasu latać. Telewizji nie oglądam, bo do domu wracam dość późno, i wtedy mogę sobie popatrzeć jedynie na obraz kontrolny. Chętnie posłucham. Ma pani miły tembr głosu.
Rylska puściła pochwałę mimo uszu i zapalając papierosa, zaczęła opowieść. Zawsze zaliczała się do osób lubiących snuć przydługie dywagacje, a praca w charakterze wykładowczyni na uniwersytecie jedynie wzmocniła tę skłonność.
- Mówiąc pokrótce, historia zaczyna się w tysiąc siedemset szesnastym roku, kiedy zafascynowany urodą wówczas jeszcze gabinetu bursztynowego car Rosji Piotr Pierwszy, zwany z różnych powodów Wielkim...
- Z różnych? Sądziłem, że każdego władcę potomni zawsze nazywali "wielkim" za jego dokonania na rzecz rozwoju państwa...
- Z reguły - przytaknęła. - Ale car na swój przydomek zasłużył, zanim czegokolwiek dokonał. Za jego plecami, po kątach, poddani nazywali go Piotrem Wielkim Okrutnikiem. Pewno pan nie wie, bo i skąd, że swojego syna, prawowitego następcę tronu, Aleksego, nie tylko uwięził, ale także pozbawił życia, każąc oprawcom wsadzić mu w odbytnicę rozpalony do białości pręt żelaza...
- Jezusie Nazareński... - Puzyna jęknął pod nosem, jakby poczuł na własnej skórze, jak bardzo carewicza bolało.
- Gdyż syn spiskował przeciwko ojcu - ciągnęła wątek. - Chodziły też pogłoski o jego stosunkach z mężczyznami, czego łasy na kobiece wdzięki car Piotr nie mógł ani zrozumieć, ani zaakceptować. I nie było to jedyne okrucieństwo, którego się dopuścił. Drugą przyczyną, dla której Piotra nazywano Wielkim, był jego wzrost. Choć i panu niczego brakuje, to jednak car przewyższał pana o ładnych parę centymetrów. Był nawet problem z wyniesieniem jego trumny z pałacu, bo nie mieściła się w drzwiach. W tamtych czasach mógł uchodzić za wielkoluda. Trzecią przyczynę otrzymania popularnego wśród władców przydomku już pan zna. To dokonania cara. Ale tego nauczyli pana w szkole średniej, więc sobie odpuśćmy.
- Jasne... - bąknął, choć z jego miny Rylska wywnioskowała, że policjant nic ze szkolnej lekcji nie zapamiętał. - To, jeśli można, zajmijmy się Bursztynową Komnatą - poprosił szybko, na wypadek gdyby wdowie przyszło do głowy go przeegzaminować.
- A więc - wróciła do tematu - kiedy car Rosji opuszczał Berlin, gdzie bawił z wizytą, otrzymał w podarunku od króla Prus Fryderyka Wilhelma Pierwszego bursztynowy gabinet...
- Niemiaszek aż taki był hojny?
- Wręcz przeciwnie. Był chorobliwie skąpy, ale ówczesny obyczaj nakazywał obdarować tak ważnego gościa, jakim był władca innego państwa. Liczył też w skrytości ducha na sojusz z Rosją i się nie przeliczył. Natomiast Piotr Pierwszy dał pruskiemu władcy w prezencie pięćdziesięciu pięciu wysokich na dwa metry żołnierzy. Bursztynowe panele, herby i płaskorzeźby ozdabiające ściany gabinetu zamówił u gdańskiego mistrza bursztyniarskiego Fryderyk Pierwszy Hohenzollern, ojciec Wilhelma, rozmiłowany w zbytku i przepychu. Zastygłą żywicę Słowianie zwali jantarem, a w Rzymie mówili o niej "złoto Północy". Od wieków bursztyn wydobywano z dna Bałtyku. Wykonane z niego panele, ozdabiające gabinet Fryderyka Pierwszego, były cenniejsze od złota. Lecz jego syna Fryderyka Wilhelma, nie bez kozery nazywanego królem kapralem, rajcowało przede wszystkim wojsko. Z ulgą pozbył się wymagającej kosztownych zabiegów, do niczego niesłużącej bursztynowej ozdoby. Była już w tragicznym stanie, zanim na statku przypłynęła do Petersburga, i od samego początku sprawiała kłopoty. Najpierw wylądowała w Pałacu Zimowym, później została przeniesiona do Pałacu Letniego, aby ostatecznie, za panowania carycy Elżbiety, na stałe zagościć w Carskim Siole. Oczywiście przez cały ten czas coś do niej dodawano, najwięcej za panowania Katarzyny Drugiej. Na przykład kandelabry, lustra czy meble, a nawet cztery kamienne mozaiki zatytułowane Zmysły, aż w końcu przestała być gabinetem, a stała się komnatą. Nawet zawierucha rewolucji bolszewickiej nie zmiotła jej z tego świata, choć Carskie Sioło zmieniło nazwę na Puszkin, a cesarski pałac zdegradowano do roli muzeum, po którego lśniących posadzkach wędrowały w szmacianych łapciach masy robotniczo-chłopskie. Do dwudziestego drugiego czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku komnata wzbudzała zachwyt wszystkich, którym było dane ją oglądać. Mówiono, że jest ósmym cudem świata.
Rylska zgasiła niedopałek papierosa i dokończyła kawę, która już całkiem przestygła. Spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na swojego gościa, inspektora Puzynę. Podczas tej krótkiej opowieści przeniosła się duchem do innych czasów, kiedy to zaraz po ślubie zbierali z Pawłem bursztyny na nadmorskiej plaży. Wówczas opowiedziała mu historię Bursztynowej Komnaty, nieopatrznie zaszczepiając w jego duszy bakcyla poszukiwań. Teraz poczuła się winna śmierci męża.
- Dlaczego Rosjanie, kiedy wybuchła wojna, nie wywieźli komnaty z Carskiego Sioła? - Głos Puzyny wyrwał ją z zamyślenia. - Ponoć wiele innych, mniej cennych zabytków ewakuowali.
- Z bardzo prostych przyczyn - odparła z westchnieniem. - Ówczesny kustosz muzeum, Anatolij Kuczumow, niemający merytorycznego przygotowania ani do pełnienia tej funkcji, ani, a właściwie tym bardziej, do wydania instrukcji, jak rozłożyć komnatę na części, nie potrafił stanąć na wysokości zadania. Poza tym z uwagi na szalejący w Związku Radzieckim terror nastąpił paraliż decyzyjny. Każdy się bał wziąć na swoje barki odpowiedzialność za takie czy inne działania. Cokolwiek by się zrobiło, zawsze można to było przypłacić życiem lub przynajmniej zesłaniem do łagru. Wcześniej czy później. W takiej sytuacji lepiej było nie robić nic. Istotny był też czas, a w zasadzie jego brak. Gdy tylko pracownicy próbowali odrywać panele od ścian, rozpadały się na kawałki. Kuczumow wpadł na najgłupszy pomysł, jaki tylko można sobie wyobrazić, i kazał zamaskować ściany watą, płótnem i deskami, sądząc w swojej naiwności, że Niemcy tej maskarady nie odkryją. Odkryli, i to bardzo prędko. Komnatę zdemontowali, zapakowali do skrzyń i wywieźli do Königsbergu. Tam zamontowali ją w Sali Rycerskiej pokrzyżackiego zamku. I na tym kończą się bezsporne fakty historyczne. Reszta to mieszanina konfabulacji, przypuszczeń, domysłów, celowych kłamstw i matactw, przyprawiona wybujałą fantazją osobników niezrównoważonych psychicznie. Być może między tym wszystkim skryła się tak bardzo poszukiwana prawda...
- Niemcy nie mieli problemów z demontażem Komnaty?
- Jak widać nie. Ani w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku, kiedy wywieźli ją z pałacu w Carskim Siole do Königsbergu, ani później, gdy po pierwszym pożarze zamku w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku na powrót spakowali komnatę do skrzyń i ukryli w jego podziemiach. Ponoć dokonali tego saperzy w niecałe dwa dni.
Puzyna zajrzał do swojej filiżanki, ale ujrzał jedynie jej dno. Po kawie pozostały tylko wspomnienia.
- Więc tak... - mruknął, odstawiając ostrożnie filiżankę na spodek. - Czy mąż podzielił się z panią swoimi odkryciami na tym polu? Może pomagała mu pani, mając przecież przygotowanie zawodowe w tym zakresie?
- Muszę pana zawieść. - Rylska uśmiechnęła się kwaśno. - Im bardziej mąż zagłębiał się w zagadkowe losy komnaty, tym bardziej nasze drogi się rozchodziły. Miałam takie wrażenie, że kochał ją bardziej niż mnie.
- Można wiedzieć, dlaczego nie podzieliła pani jego pasji? - spytał, czując pieczenie policzków z emocji. - Bo przyznaję się bez bicia, ja bardzo żałuję, że przez lata zajmowałem się poszukiwaniem złodziei i morderców, nurzałem się w brudach tego świata, zamiast zająć się ustalaniem lokalizacji jego ósmego cudu.
- Jak pan myśli, kto nadal jest jej prawowitym właścicielem? Niezależnie od tego, gdzie się ona aktualnie znajduje. - Rylska po raz kolejny odpowiedziała pytaniem.
- Związek Radziecki... Czy to, co z niego zostanie - poprawił się błyskawicznie. - Ponoć wczoraj prezydenci Rosji, Ukrainy i Białorusi podpisali układ o likwidacji ZSRR...
- Niby tak - weszła mu w słowo i machnęła lekceważąco ręką. - Utworzyli Wspólnotę Niepodległych Państw, co nie zmienia faktu, że od każdego, kto odnajdzie komnatę, Rosjanie zażądają jej zwrotu.
- Jest przecież znaleźne - obstawał przy swoim, jakby już zdołał odnaleźć cenny skarb. - Dziesięć procent od wspomnianej przez panią kwoty to niezły majątek. O sławie już nawet nie wspominam.
Rylska spojrzała na Puzynę z przymrużonym okiem.
- Znaleźne funkcjonuje u nas, w Polsce, a jego górną granicą jest chyba wysokość jednej średniej pensji czy dwóch - odparła, momentalnie rozwiewając marzenia inspektora o łatwym bogactwie. - Jakie pod tym względem obowiązują prawa w dawnym ZSRR, tak naprawdę nikt nie wie. Przy odrobinie pecha znalazca mógłby zostać oskarżony o współudział w kradzieży i wywiezieniu Bursztynowej Komnaty z Kaliningradu. Jeszcze musiałby się tłumaczyć ze wszystkich swoich działań, składać zeznania, pisać wyjaśnienia i tak dalej. Na tym polegałaby jego sława. Dlatego ja nie miałam zamiaru poświęcić ani minuty swojego życia na szukanie czegoś, z czego nie miałabym żadnego pożytku, tylko same kłopoty, i co na dodatek zdobiłoby Carskie Sioło, a nie nasze muzeum. Mąż był odmiennego zdania.
- Dziękuję za dobrą kawę i ciekawą lekcję historii - powiedział inspektor, kiedy odchylił mankiet swetra i rzucił okiem na zegarek. Leniwie uniósł się z krzesła. - Obowiązki na mnie czekają.
Rylska również wstała i podała Puzynie dłoń na pożegnanie. Ucałował ją szarmancko, głośno cmokając. Zaimponowała mu swoją wiedzą.
- Idziemy - oznajmił donośnie, wychylając się z kuchni w kierunku dużego pokoju, gdzie w towarzystwie Maćka, który zdążył już wrócić z zakupami, cierpliwie czekali jego podwładni. Powietrze było gęste od dymu z wypalonych papierosów, siekierę można by zawiesić.
Gdy za policjantami zamknęły się drzwi, Rylska z ulgą zrzuciła z siebie czarną pogrzebową garsonkę i włożyła dres. Z foliowym workiem na śmieci weszła do pokoju, który mąż przed śmiercią przerobił na swoją pracownię, i zagryzając wargi, aby nie wybuchnąć płaczem, zabrała się za porządki. Choć starannie przejrzała każdy świstek papieru, każdą nabazgroloną karteczkę, nie natknęła się choćby na najmniejszą wzmiankę o Bursztynowej Komnacie. Gromadzona przez lata dokumentacja Pawła Rylskiego i kilka rozdziałów napisanej przez niego książki ulotniły się jak kamfora.