Rozdział 4
Kontakt od Wilczura
Dochodziło południe, gdy Popiel wszedł do Herbowej, popularnej herbaciarni w rynku. Lubił tam zaglądać na herbatę po turecku: bardzo mocną, słodką i z bakaliami, które jemu kojarzyły się z dzieciństwem. Migdały i rodzynki jadło się wtedy jedynie dwa razy w roku, na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Matka Matiasa piekła wielkie baby drożdżowe, a on uwielbiał wydłubywać z ciasta rodzynki. Migdały natomiast dodawała do wielkanocnego mazurka.
Idąc środkiem długiej, oświetlonej ciężkimi żyrandolami sali, uważał, żeby się nie wykopyrtnąć na wyfroterowanej na błysk kamiennej posadzce. Podpułkownik Wilczyński już na niego czekał, siedząc przy dwuosobowym stoliku w kącie sali, z nosem wetkniętym w szeroko rozłożone płachty "Wyborczej". Modna dżinsowa kurtka i zamszowe mokasyny odejmowały mu lat i kamuflowały profesję.
- Czołem, Wilczur - rzekł półgłosem Popiel i zajął miejsce naprzeciwko. - Chyba się nie spóźniłem? - Zerknął dla pewności na zegarek.
- Przyszedłem parę minut wcześniej, żeby sprawdzić, czy jest czysto - mruknął pod nosem Wilczyński i odłożył na bok złożoną gazetę. - Ostatnio zrobił się podejrzany ruch w interesie.
- Chciałem cię prosić o przysługę - zaczął Matias, sięgając po papierosy do kieszeni kurtki. Podsunął paczkę w stronę podpułkownika, ale on odmówił gestem dłoni.
- Rzuciłem to gówno - burknął. - Tobie też radzę.
- Mam taki zamiar - odparł Popiel i zaciągnął się ze smakiem. To, że skończył z piciem - jeszcze większym gównem - zachował dla siebie. Nie było czym się chwalić.
- O jaką przysługę chodzi? - Wilczyński przeszedł do konkretów i spojrzał wymownie na zegarek. Czas podpułkownika był wyjątkowo cenny, zwłaszcza w świetle wydarzeń na szczytach władzy. Gotowało się jak w kotle i kipiało aż po Wrocław.
- Pamiętasz Woroncowa? - odpowiedział pytaniem Popiel.
- Już wyjechał z Wrocławia. Razem z całą jednostką. Masz z nim coś wspólnego?
- Ja nie - wyjaśnił Matias, z uwagą zerkając na parę młodych ludzi, którzy weszli do kawiarni, ale rozsiedli się w drugim końcu sali. - Józef Krawczyk, nasz biznesmen, wszedł z nim w konszachty. Moim skromnym zdaniem Krawczyk to nielegał podrzucony przez rusków. Mam nawet kilka papierów, ale w ich posiadanie wszedłem nielegalnie, więc... - dodał szeptem.
- Rozumiem. - Zachowując kamienny wyraz twarzy, Wilczyński kiwnął głową i ruchem ręki przywołał kelnerkę. - Poproszę herbatę po angielsku - rzucił w jej stronę, gdy przytruchtała drobnym kroczkiem, stukając wysokimi obcasami o posadzkę. - A co dla ciebie? - Spojrzał wyczekująco na Matiasa.
- Dla mnie po turecku - zadysponował Popiel. - Obaj mają na sumieniu parę trupów - wrócił do tematu, gdy młoda kobieta odeszła zrealizować zamówienie. - Śledztwa umorzono z inicjatywy prokuratora Kopra. Wygląda na to, że są bezpośrednio związani z Bursztynową Komnatą, tylko jeszcze nie wiem, w jakim sensie.
- Te trupy też były bursztynowe?
- Też, i to bardzo. Inżynier Rylski i redaktor Ogórek.
- W czym więc problem? - Niewzruszona twarz Wilczyńskiego miała świadczyć, że te nazwiska nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Obrzucił jedynie wzrokiem siedzących przy stolikach ludzi. Większość to zapewne studenci, sądząc po wieku.
- Wdowa po Rylskim - zaczął Popiel, wpatrując się z uwagą w podpułkownika, który mrugnięciem powiek dał do zrozumienia, że wie, o kim mowa - pojechała do Moskwy. Chyba wywąchała jakiś trop pozostawiony przez męża. Z podsłuchanej rozmowy Krawczyka z niejakim Saszą wynika, że planują ją tam dopaść. Ponoć ma przy sobie coś niezmiernie istotnego dla dalszych losów Komnaty. Muszę pojechać do Moskwy, żeby im przeszkodzić, a nie mam zielonego pojęcia, gdzie się kobitka mogła zatrzymać. Sam będę szukał ruski rok, bo przecież Moskwa to nie Pcim, a ja już od lat w firmie nie robię i nie mam żadnych kontaktów.
Wilczyński poprawił się na krześle, które wcale nie było takie wygodne, na jakie wyglądało, i czekał cierpliwie, aż kelnerka ustawi na lśniącym blacie stolika białą porcelanową filiżankę dla niego i wysmukłą, o kształcie tulipana, szklankę dla Matiasa, dzbanki z herbatą - jeden dla niego, a drugi dla Popiela - dzbanuszek z mlekiem oraz cukierniczkę. Przed Matiasem wylądował także talerzyk z migdałami, rodzynkami i orzechami. Pośród nich pysznił się jeden kandyzowany daktyl. Wyraźny znak, że w Polsce skończył się komunizm, jak obwieściła pewna pani w telewizji, i bakalie są teraz dostępne przez okrągły rok.
- Mam w Moskwie paru ludzi. - Wilczyński wrócił do rozmowy, gdy kelnerka, szumiąc falbaniastą spódnicą, odeszła od ich stolika. - Jeszcze z czasów, gdy przechodziłem tam szkolenia. Są mi winni przysługę. Nagram sprawę. Daj namiary na tę wdówkę.
Popiel położył przed podpułkownikiem karteczkę ze wszystkimi danymi Rylskiej i jej zdjęcie. Wilczyński rzucił na nie okiem, zanim wsunął do kieszeni marynarki.
- Kobitka ma coś w sobie - ocenił krótko i sięgnął po kawiarnianą papierową serwetkę. Napisał na niej kilka cyfr i podał ją Matiasowi. - Zadzwoń pod ten numer, gdy już się zainstalujesz w Moskwie. Hasło: "Mam w domu wilczura". Jeśli wdówka jest tam legalnie, namierzą ją w jeden dzień.
- Pojechała na zaproszenie Muzeum imienia Puszkina w Moskwie...
- No to nie ma sprawy. Wizę od ruskich dostaniesz?
- Owczarek już załatwił. Wiesz, przeszedł weryfikację. Ale to nie wszystko...
- Co jeszcze? - Wilczyński, pijąc herbatę małymi łyczkami, cały czas dyskretnie szperał wzrokiem po sali i uważnie lustrował każdego wchodzącego.
- Czy twój człowiek może mi załatwić jakiegoś gnata? Niewykluczone, że będę potrzebował, a swojego nie wniosę do samolotu. Za duże ryzyko. Jeśli mnie złapią, stracę koncesję...
- Jasne, zrobi się, tylko u nich też płacisz w dolarach. Połowę tego, co u nas. Coś jeszcze?
- To wszystko. Dzięki, Wilczur...
Podpułkownik spojrzał na Popiela z ciekawością i zapytał:
- Skoro w firmie już nie robisz, to na cholerę ci ta Rylska? Skumałeś się z poszukiwaczami Bursztynowej Komnaty?
Matias nie umiał, poza tym nie chciał, udzielić szczerej odpowiedzi na to pytanie. Puścił więc do Wilczura porozumiewawcze oko.
- Wiesz... - bąknął z lubieżnym uśmiechem na nieogolonej twarzy. - Ja wdowiec, ona wdówka...
- Daj mi to, co masz na Krawczyka. Zajmę się nim. - Wilczyński przesunął w stronę Popiela "Wyborczą". Jakaś zapłata za pomoc przecież się należała. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi, taką wyznawał zasadę.
- Nie ma sprawy. Jak wrócę z Moskwy. Nie noszę przecież kwitów przy sobie.
Popiel na wszelki wypadek odsunął transakcję w czasie. Nigdy nie ufał tym z wojskowego kontrwywiadu. Cóż z tego, że zmienili nazwę na WSI. Nadal mogli, przynajmniej niektórzy, mieć powiązania z dawnymi radzieckimi mocodawcami, czuć sentyment do PRL albo kręcić własne lody. Z nimi nigdy nic nie było wiadomo. Z tymi z SB także. Popiel nie wierzył już nikomu, nawet sobie. A zajmując się tą sprawą, chyba z nudów, najwyraźniej szukał guza.
Kilka dni później, wsiadając do radzieckiego iła-86, który miał go zawieźć do Moskwy, zaskoczyła go świeża zieleń trawy wokół pasa startowego. W ferworze zajęć nawet nie zauważył, że wiosna zdążyła zagościć na dobre. Jej wszystkie atrybuty w postaci błękitnego nieba, świergotu skowronków wysoko nad polami i mocnych promieni słońca dostrzegł dopiero teraz, na lotnisku. W momencie startu Popiela naszła ochota na coś mocniejszego. Aby odpędzić widok pełnego kieliszka, który panoszył się w myślach wbrew jego woli, mocno zacisnął dłonie na poręczy fotela i przymknął powieki. Starał się przywołać w pamięci łańcuch Karkonoszy i przycupniętą nad stawem Samotnię. Siedząca obok dość młoda, mocno utleniona blondynka, ubrana w popielatą garsonkę w stylu bizneswoman - nowego gatunku kobiet, który pojawił się wraz z narodzinami kapitalizmu w Polsce - nachyliła się ku niemu z troską i spytała ze współczuciem:
- Pan zapewne pierwszy raz leci samolotem?
- Tak - skłamał. Przecież nie będzie się każdemu napotkanemu człowiekowi spowiadał ze swoich nałogów.
- Nie ma się czego bać - zaszczebiotała. - Ja ostatnio latam dość często. Można się przyzwyczaić. Nie wiem, czy pan wie, ale statystycznie człowiek ma dużo większe szanse zginąć w wypadku samochodowym, niż lecąc samolotem. Są na to dowody naukowe - zapewniła, marszcząc zabawnie nos w uśmiechu.
- To może powinno się podróżować pociągami? - spytał z uprzejmości, dla podtrzymania rozmowy, która skutecznie oderwała jego myśli od butelki.
- Też pan nie trafił. - Pokręciła głową. - Katastrofy kolejowe zajmują drugie miejsce w rankingach wypadkowości. Niech mi pan uwierzy, że samolot jest najbezpieczniejszym środkiem lokomocji.
- Wierzę pani na słowo. - Popiel posłał jej uśmiech, co bizneswoman przyjęła z radością. - Ale mam takie wrażenie, że siedząc za kierownicą, to ja o wszystkim decyduję, a tutaj stery w rękach trzyma pilot. A jeśli to jakiś patałach? Może chodził na wagary, zamiast oblatywać samoloty? - ciągnął żartem, widząc, jak w jej ładnych piwnych oczach zabłysły wesołe iskierki.
- Skoro już trzymają się pana żarty, to znaczy, że lęk trochę odpuścił, prawda? - spytała, przekrzywiając głowę z kokieteryjnym uśmiechem. - Pan też w interesach do Moskwy? - zmieniła temat na poważniejszy, gdy Popiel przytaknął.
- Można tak to nazwać - odparł zdawkowo. - Pracuję nad genealogią pewnej rodziny, a ich korzenie sięgają do Moskwy. Więc chciał nie chciał, muszę poszperać w tamtejszym archiwum - skłamał na poczekaniu. Nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.
- To bardzo interesujące - zaciekawiła się, być może z grzeczności. - To pańska rodzina?
- Nie - zaprzeczył krótko, ale ona ze wzrokiem utkwionym w jego twarzy oczekiwała ciągu dalszego. - Wie pani, założyłem takie biuro genealogiczne Sarmata, zajmujące się odtwarzaniem historii rodu ludzi, którzy tego potrzebują - zmyślał dalej.
- I da się z tego wyżyć? - Oblizała łakomie usta delikatnie uszminkowane na bladoróżowy kolor.
- Proszę sobie wyobrazić, że zainteresowanie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. - Popiel puścił wodze fantazji na całego, sięgając po trosze do rodzinnych dziejów. - Lata komunizmu, te wszystkie konfiskaty, szykany, kary więzienia czy nawet kpiny z powodu szlachectwa przodków poskutkowały wykorzenieniem, jak to się potocznie mówi. Teraz, kiedy pochodzenie z innej warstwy niż robotniczo-chłopska przestało być powodem do lęku czy wstydu, a nawet wręcz odwrotnie, jest powodem do dumy, ludzie chcą mieć jakieś potwierdzenie tego, o czym przy piecu, w tajemnicy przed obcymi, opowiadali babcia czy dziadek. Nie wszyscy mieli przecież tyle odwagi, aby zachować między szpargałami dowody swojego szlachectwa. O stratach wojennych już nawet nie wspominam.
- Ja sądzę, że nie tylko potomkowie szlachty szukają bądź będą szukać swoich korzeni.
Niespodziewanie okazało się, że miała coś do powiedzenia na taki, zdawałoby się, egzotyczny temat, jakim jawiła się Popielowi genealogia.
- Ma pani rację - zgodził się uprzejmie. - Tradycja rodzinna jest ważna w każdej warstwie społecznej i może być powodem do dumy. Weźmy na przykład takiego Witosa...
Blondynka wzruszyła ramionami i przerwała patetyczne wynurzenia Matiasa:
- Niech pan nie będzie naiwny. Nie o zwykłe korzenie, te chłopskie czy mieszczańskie, tu chodzi, lecz o dorobienie sobie tych szlacheckich. Jeśli już taki Maliniak, Wiśniak czy inny Kowalczyk dorobił się majątku na kożuchach albo adidasach z Turcji, to przecież nie powiesi sobie nad kominkiem monidła. Dużo lepiej będzie się prezentowało drzewo genealogiczne albo chociaż tarcza herbowa. Doda sobie Starża lub Roch i będzie brzmiało dumnie. Herb już przed wojną przestał być chroniony prawem i cała masa hołoty wcisnęła się na salony, w tym także ci będący na szczytach władzy. Nie będę przytaczać nazwisk, bo ich właściciele są zbyt znani i obecnie cenieni. Ludzie zamożni w pierwszym pokoleniu to cholernie zakompleksione snoby - dodała z odrobiną pogardy.
- Widzę, że ma pani w małym palcu te wszystkie zawiłości i koligacje rodowe - bąknął zbity z pantałyku. - Może powinienem pani zaproponować spółkę? - spytał żartem.
- Tak się składa, że akurat ja naprawdę wywodzę się z bardzo starej szlachty. Od dziecka byłam pasiona treścią herbarza Niesieckiego i Paprockiego i straszona oszustami wpisanymi do Liber chamorum Nekandy Trepki - odparła, skromnie opuszczając powieki. - A za propozycje pracy dziękuję. Zastanowię się - zachichotała.
- Ale nie możemy chyba wykluczyć jeszcze innej przyczyny szukania papierów na dziadka czy babcię. - Popiel wrócił do tematu, choć nie czuł się w nim zbyt mocny, ale o czymś takim usłyszał w telewizji.
Blondynka spojrzała na niego z autentycznym zainteresowaniem.
- Sporo ludzi chciałoby odzyskać majątki, które zabrała przodkom komuna. Skoro wrócił do nas kapitalizm, rząd powinien to wszystko oddać prawowitym właścicielom...
- Ale oni najpierw muszą udowodnić, że im się prawnie, w spadku, po przodkach należy - weszła Popielowi w słowo. - Wynajmują więc pana, aby pan te dowody znalazł, tak?
- Otóż to - potwierdził z uprzejmym uśmiechem.
Blondynka zerknęła na Popiela z odrobiną niedowierzania w oczach i oznajmiła konfidencjonalnie:
- Idę o zakład, że będą mogli sobie tymi swoimi dowodami własności wytapetować ściany, żeby nie powiedzieć dosadniej.
- A to dlaczego?
- Konfiskata większości majątków odbyła się na podstawie obowiązującego wówczas prawa wprowadzonego na mocy PKWN-u, a nasza trzecia RP jest prawnym spadkobiercą PRL-u, czy się to komu podoba, czy nie. Tylko ci z dużą kasą i znajomościami u nowej władzy odzyskają to, co im komuna zabrała. Dopóki sejm nie uchwali ustawy reprywatyzacyjnej, cała reszta może sobie powzdychać i pomarzyć.
- A uchwali? - spytał Popiel pro forma.
Te sprawy interesowały go mniej niż zeszłoroczny śnieg. Zarówno jego nieżyjący już rodzice, jak i on mieli ze swojej pracy tyle zysku, co w pysku, a tego nie da się przecież skonfiskować ani upaństwowić. Mieszkanie w sedesowcu też było spółdzielcze.
- Nawet w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku Najjaśniejsza nie zdecydowała się na zwrot majątków zabranych przez zaborców. Państwo to największy rozbójnik.
Blondynka zgrabnie przeszła od genealogii do krytyki polityki prowadzonej przez rząd w dziedzinie fiskalnej. W tej kwestii Matias zgadzał się z nią w całej rozciągłości i miał wiele do powiedzenia, gdyż podatki, a zwłaszcza sposób ich rozliczania, były zmorą spędzającą mu i tak lekki sen z powiek. Gdy samolot krążył nad lotniskiem Szeremietiewo, zagadnął swoją współtowarzyszkę podróży o w miarę tani hotel w Moskwie.
- Proponuję Stary Arbat w pobliżu Muzeum Sztuki imienia Puszkina - kusiła. - Mam tam zarezerwowany apartament, który możemy wziąć na spółkę. Tylko tutaj apartament znaczy co innego niż u nas, więc niech się pan nie cieszy na zapas. Jest jednak w pełni wyposażona kuchnia do dyspozycji i dwa pokoje do spania. Szczytem luksusu tego nazwać nie można, ale wyjdzie znacznie taniej, a jak wygodnie! Ja zawsze tak robię i to się sprawdza.
Propozycja bizneswoman miała, jak wszystko w życiu, swoje wady i zalety. Popiel musiał rozważyć, których jest więcej. Z pierwszego pobieżnego rachunku wynikało, że przeważają plusy, przede wszystkim lokalizacja hotelu i niższe koszty przy wspólnym wynajmie.
- Nazywam się Mateusz Popiel - przedstawił się, przyjmując jej propozycję.
- Herbu Sulima? Z kasztelanów lwowskich? - Obrzuciła go wzrokiem, jakby taksowała konia na targu.
- Zgadza się. - Posłał blondynce przepraszający uśmiech, że wcześniej się do tego nie przyznał. - Ale nawet rodowego sygnetu dziś nie mamy. Jakiemuś bolszewikowi pasował na paluch, więc go sobie wziął.
- Marta Korwin-Wolska. - Podała mu drobną, lecz silną dłoń. - Majątek mojej rodziny najpierw skonfiskowali zaborcy, później dobrali się do niego bolszewicy, po nich hitlerowcy, a na końcu nędznymi resztkami pożywili się komuniści. Zostaliśmy z niczym. Dlatego ja każdy zarobiony grosz wydaję na przyjemności, bo tego nikt mi nie zabierze. I mówmy sobie po imieniu - dodała, marszcząc nosek w uśmiechu.
Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, gdy tylko zainstalowali się w hotelu, którego atmosfera przywodziła na myśl przeciętne mieszkanie w bloku z czasów gierkowskiej prosperity, Marta się ulotniła. Zapowiedziała, że wróci wieczorem i zrobi dla nich jakąś kolację, jeśli Popiel kupi kilka produktów. Napisała na kartce, co to ma być. Gdy w pokoju z wersalką, dwoma fotelami i ławą między nimi pozostał po Marcie jedynie delikatny zapach jej perfum, Popiel zajrzał do sypialni, którą zajęła dla siebie. Prawie całą wypełniało olbrzymie małżeńskie łoże z dwoma nocnymi stolikami po bokach. Szafy na ubranie znajdowały się w ścianach w przedpokoju. Wszedł do kuchni i od razu poczuł się jak w domu. Była ciasna i kiszkowata. Po jednej stronie zamontowano pralkę, lodówkę, zlew i kuchenkę gazową o czterech palnikach, a po drugiej ustawiono prostokątny stół nakryty ceratą oraz krzesła.
Wrócił do salonu, który miał być jego sypialnią, i szeroko otworzył okno. Z dziesiątego piętra rozciągał się wspaniały widok na starą Moskwę. Zapachniało Patriarszymi Prudami, skwerem, przy którym pisarz Michaił Aleksandrowicz Berlioz i poeta Iwan Bezdomny, siedząc na ławeczce, rozprawiali o Jezusie, nie zdając sobie sprawy, jak poważne będą tego konsekwencje. Jeszcze chwila, a piękna Małgorzata przeleci naga na miotle, a w piwnicznym okienku pojawi się smutna twarz Mistrza. Kiedy Popiel nasycił wzrok urodą miasta, usiadł na wersalce i z portfela wyciągnął karteczkę z numerem telefonu, który otrzymał od podpułkownika Wilczyńskiego. Sięgnął po słuchawkę i poprosił recepcjonistkę o połączenie.
- Przyjechałem z Wrocławia - oznajmił z pewnym trudem po rosyjsku, gdy po drugiej stronie usłyszał męski głos. - Mam w domu wilczura - dodał zgodnie z poleceniem podpułkownika Wilczyńskiego.
- Witamy w Moskwie - padła odpowiedź. - Gdzie się zatrzymaliście, towarzyszu?
- W Starym Arbacie.
- Atliczno8. - Mężczyzna wyraźnie się ucieszył. - Wobec tego za godzinę nasz człowiek będzie na was czekał na ławce przy pomniku, tuż przed wejściem do Muzeum imienia Puszkina. Przyniesie wszystko, o co prosiliście. - Rozłączył się, nie czekając na zdanie Popiela w tej sprawie.
Matias wyjął z torby plan Moskwy i rozłożył w kuchni na stole. Wpatrywał się w mapę, czując wyraźny dyskomfort. Wszystkie nazwy ulic zapisane były cyrylicą.
- Kurza twarz - zaklął wściekły i odruchowo rozejrzał się za butelką wódki. Zamiast czegoś mocniejszego wsunął do ust gumę do żucia i ponownie zerknął na plan. - Po cholerę ten Cyryl wymyślił aż tak kretyński alfabet? Czy ruscy wszystko muszą mieć inne niż cała reszta świata? Dłuższy rok, szersze tory, dziwaczny alfabet - wymamrotał wściekły pod nosem.
Dopiero po chwili, gdy oswoił się z bukwami, odnalazł w wykazie nazwę Wołchonka. To przy tej ulicy - którą udało mu się dość sprawnie znaleźć na planie - mieściło się Muzeum Sztuk Pięknych imienia Puszkina. Choć Marta mówiła, że to w pobliżu hotelu, nie spodziewał się, że aż tak. Dosłownie rzut beretem. Popiel miał zatem chwilę, żeby wziąć prysznic i rozpakować swoje manele.
Był pierwszy raz w Moskwie, więc wyszedł z hotelu pół godziny przed czasem. Na wszelki wypadek, gdyby przytrafiła się jakaś przykra niespodzianka. Kluczył wąskimi uliczkami między kamienicami pamiętającymi czasy Wojny i pokoju, aż dotarł na szeroki deptak - Stary Arbat - i z miejsca zaparło mu dech w piersi. Zabytkowe kamienice, świeżo po remoncie, lśniące pastelowymi kolorami, sprawiały wrażenie, jakby zaraz z okna delikatną rączką miała pomachać księżniczka Dołgoruka czy inna rosyjska arystokratka. Odruchowo obejrzał się za jakimś kędzierzawym Mulatem, czy aby to nie Aleksander Siergijewicz Puszkin wybrał się na spacer. Brakowało mu tylko surduta i bokobrodów. Środek szerokiej promenady zajmowały stylowe latarnie, a przed licznymi sklepami z pamiątkami artyści poustawiali na sztalugach swoje dzieła. Już z daleka do uszu Popiela doleciały dźwięki gitary i melodyjny śpiew jakiegoś młodego człowieka:
Umnemu daj gołowu,
Trusliwemu daj kania,
Daj szczestliwemu dienieg
I nie zabud' pro mienja...9
Niektórzy przystawali, zasłuchani w zachwycie nad pięknymi dźwiękami i w zadumie nad słowami Modlitwy Bułata Okudżawy. Wokół rozbrzmiewał wielojęzyczny gwar turystów. Nie tak bogato i kolorowo Popiel wyobrażał sobie Moskwę. Kojarzyła się z ponurą Łubianką, zasypanym śniegiem placem Czerwonym, na którym odbywały się defilady ku czci, długim ogonkiem szarych obywateli czekających w kolejce, aby ujrzeć mumię wodza rewolucji wystawioną na widok publiczny w Mauzoleum. Wtopił się w ten barwny tłum i chłonął nieznaną mu atmosferę artystycznej bohemy, przemieszaną z luksusowym zapachem starej i nowej rosyjskiej arystokracji. Gdy usłyszał cerkiewne kuranty, ruszył z powrotem w stronę widocznego z daleka głównego wejścia do gmachu muzeum.
Na parkowej ławce siedział jakiś mężczyzna, pogrążony w lekturze gazety. Szeroko rozłożona płachta "Prawdy" całkowicie zasłaniała mu twarz. Popiel usiadł na drugim brzegu ławki i dopiero wówczas zauważył leżący tuż obok człowieka Wilczyńskiego pakunek obwiązany sznurkiem. Wyglądem przypominał kupioną w księgarni książkę, starannie zapakowaną przez sprzedawczynię. Zanurzył dłoń w kieszeni kurtki po dolary zwinięte w rulon i wsunięte do papierowej torebki, do jakiej wsypują w sklepie cukierki. Moment w niej pogrzebał i wyjął smakołyk w szeleszczącym celofanie. Rozwinął go i wsunął do ust, a torebkę położył na ławce, obok pakunku. Chwilę siedział bez ruchu, z torbą na kolanach i cukierkiem w ustach. Sprawiał wrażenie zmęczonego zwiedzaniem miasta turysty, który przysiadł na moment, aby dać odpocząć sfatygowanym nogom. Gdy zjadł cukierka, z kieszeni kurtki wyciągnął papierosy i zapalił. Założył kolano na kolano i spod przymrużonych powiek obserwował liczne grupki turystów zmierzających do wnętrza muzeum. Prowadzący ich przewodnicy, wytężając głos i gestykulując szeroko rękami, klepali wyuczoną na pamięć lekcję. Po chwili mężczyzna siedzący obok złożył gazetę i wsunął ją do kieszeni ciemnego płaszcza. Wstając z ławki, niedostrzegalnym gestem zgarnął papierową torebeczkę z dolarami i resztą cukierków, a Popiel położył swoją torbę na pozostawionym przez niego pakunku. Szerokie rondo kapelusza osłaniało twarz agenta. Odszedł w stronę Bulwaru Gogola, nie zaszczyciwszy Matiasa nawet jednym spojrzeniem. Popiel przysunął do siebie torbę i wrzucił do niej paczkę. Kiedy skończył palić papierosa, pstryknął niedopałek do kosza, wstał z ławki i z torbą na ramieniu wolnym krokiem skierował się w stronę swojego hotelu.
Po drodze wstąpił do sklepu i kupił makaron oraz całą resztę wypisaną na kartce przez Martę okrągłymi dziecinnymi literami. Z ciężkimi zakupami wjechał windą na dziesiąte piętro. Kiedy wszedł do apartamentu, najpierw sprawdził, czy aby Marta nie wróciła ze swojego biznesowego spotkania. Ale był sam. Na kuchenny stół wyłożył sprawunki i z paczką od człowieka Wilczyńskiego powędrował do swojego pokoju. Rozsiadł się na wersalce i rozwinął papier. W środku znajdował się poręczny pistolet PM Makarow, potocznie zwany makiem. Wziął go do ręki i sprawdził magazynek. Był pełen. W paczce dogrzebał się jeszcze kilku zapasowych. Wrzucił je do torby podróżnej, a broń wcisnął do kieszeni kurtki wiszącej w przedpokoju na wieszaku. W pakunku natknął się także na zdjęcie. Widniała na nim Rylska w towarzystwie człowieka-niedźwiedzia o zwalistej posturze, pucułowatych policzkach i naiwnym wyrazie twarzy. Na odwrocie ktoś napisał, oczywiście cyrylicą, adres akademika Instytutu Puszkina, w którym ponoć zatrzymała się Rylska, numer jej pokoju na ósmym piętrze oraz imię i nazwisko mężczyzny z fotografii - Grigorij Iwanowicz Ozierow - z informacją, że pracuje w Muzeum Sztuk Pięknych imienia Puszkina.
"A więc nie przez przypadek spotkanie odbyło się w tym miejscu", pomyślał, wpatrując się w zdjęcie Rylskiej. "A czy na pewno przez przypadek Marta Korwin-Wolska zaprosiła mnie do swojego apartamentu?"
8 - Znakomicie (ros.)
9 - Mędrca obdaruj głową, / Tchórzowi dać konia chciej, / Sypnij grosza szczęściarzom / I mnie w opiece swej miej (B. Okudżawa, Modlitwa, tłum. A. Mandalian).