2
Berlin
Grudzień 1932
Łańcuchy świateł rozwieszone pomiędzy budkami jarmarku bożonarodzeniowego zlewały się w jedno z gwiazdami. Mróz szczypał Altheę James w oczy. Wokół niej mieszały się odgłosy śmiechów i ulicznego gwaru panującego na zwykle cichym placu położonym kilka przecznic od znacznie bardziej ruchliwego Potsdamer Platz.
Jarmark tętnił życiem i świąteczną radością pomimo tego, co Althea słyszała o gospodarczej niepewności, jaka prześladowała Niemcy jeszcze długo po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Przygarbione babuszki targowały się o bibeloty i prażone orzeszki ze sprzedawcami, a obie strony ukrywały radość za poważnym spojrzeniem, żeby przypadkiem ich nie oszukano. Dzieci chichotały i biegały w tłumie, pary spacerowały pod rękę, gdzieś nieopodal jakaś kapela grała skoczne piosenki, a głosy wędrownych śpiewaków wybrzmiewały w powietrzu, sprawiając, że wszystko wokół pulsowało życiem i migotało.
Berlin miał w sobie magię i Althea była nim zachwycona, urzeczona, wręcz oczarowana. Po raz kolejny przyłapała się na tym, że - jak często robiła, odkąd przyjechała do miasta w ubiegłym tygodniu - z notatnikiem w dłoni rozpaczliwie próbuje uchwycić tę scenę, która była znacznie większa i bardziej przytłaczająca niż cokolwiek, czego doświadczyła w swoim spokojnym życiu, gdy dorastała w wiejskim Maine.
Profesor Diedrich Müller, jej opiekun z ramienia Uniwersytetu Humboldta, obserwował ją z pewną dozą sympatii, widoczną w szerokim uśmiechu, co sprawiło, że Althea spuściła głowę i schowała notatnik do kieszeni zimowego płaszcza.
- Nie, proszę sobie nie przeszkadzać ze względu na mnie. Z radością obserwowałem znaną pisarkę podczas pracy - zapewnił Diedrich z taką prostotą, jakby nawykł do oprowadzania nietypowych towarzysko ludzi.
Tydzień temu, kiedy zeszła na ląd w porcie w Rostocku po długiej podróży z Nowego Jorku, o mało nie przewróciła się na jego widok. Została poinformowana, że gdy dotrze do Niemiec, będzie na nią czekał profesor literatury, ale wyobrażała sobie starszego pana ze słabością do tweedowych marynarek i ezoterycznej poezji, a nie przypominającego wyglądem gwiazdę filmową, emanującego naturalnym urokiem olśniewającego Diedricha Müllera o miodowych włosach i śnieżnobłękitnych oczach.
Nawet jego głos był powabny, miał akcent, który przywoływał obrazy gotyckich zamków wznoszących się ponad ogromnymi sosnami i opowieści o wielkich złych wilkach pożerających małe dziewczynki jednym kłapnięciem zębów.
Gdyby kiedykolwiek chciała go umieścić w którejś ze swoich powieści, redaktor na pewno uznałby go za zbyt idealnego, zbyt nierealnego.
- To nic takiego - zaoponowała, wciąż nie mogąc się przyzwyczaić, że ktoś na nią patrzy, jakby miała coś interesującego do powiedzenia. Zanim jej debiutancka powieść przyciągnęła uwagę świata w tak nieoczekiwany sposób, jedyną osobą, z którą regularnie rozmawiała, był jej brat Joe. Ale on był rodziną, więc nie miał wyboru. - Takie tam gryzmoły.
- Hm, mam nadzieję, że zamierzasz włączyć te "gryzmoły" i inne opisy naszego wspaniałego miasta do swojej kolejnej książki.
- Oczywiście.
Althea domyślała się, że to był jeden z powodów zaproszenia jej do Niemiec - ukazać ten kraj w pozytywnym świetle.
Nie wspomniała nic o tym, że najwidoczniej utraciła swoją zdolność pisania, odkąd została wyciągnięta z zapomnienia na skutek zrządzenia losu. Za każdym razem, gdy próbowała pisać, puste kartki z niej drwiły. Jak powtórzyć tamten nieoczekiwany sukces?
Nawet te zeszyty zapełniane przez nią notatkami, odkąd przybyła do Berlina, były pełne pustych słów, tak naprawdę niedorównujących temu, co widziała.
- Nie ma nic piękniejszego niż Berlin zimą - podjął Diedrich, podając jej kubek parującego grzanego wina, o który się dla niej postarał. - Może poza damą umiejącą docenić jego splendor.
Althea próbowała powstrzymać rumieniec, zastanawiając się, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do jego flirtowania.
- Tylko może?
Białe zęby błysnęły w szczerym rozbawieniu.
"Jakie masz szerokie usta". Czyżbym jednak była Czerwonym Kapturkiem?
Diedrich nachylił się bliżej, tak że jego usta muskały płatek jej ucha.
- To zależy od damy.
Althea przegrała walkę z rumieńcem, który oblał jej twarz i szyję. Przecież chyba nie chodziło mu o nią, to niemożliwe.
Nie miała złudzeń co do swojej urody. Nie uważała się za osobę odrażającą, ale była typem kobiety zwykle chwalonej raczej za intelekt niż za wygląd. Wszystko było w niej przeciętne, począwszy od miłej, niezapadającej w pamięć twarzy i nieszczególnych oczu, po rozsiane tu i tam piegi, które uważano za urocze, gdy była mała, a które teraz wywoływały nieproszone rady na temat pudru do twarzy.
Naprawdę starała się dziś wieczorem sprostać temu wyobrażeniu, jakie na pewno miał na temat wyrafinowanej autorki światowej sławy, jaką teoretycznie była. Niewiele była w stanie zrobić z gęstą burzą włosów, najwyraźniej nigdy nietrzymających się tak, jak je ułożyła, ale dzień wcześniej odwiedziła butik - jeden z tych sklepów, gdzie bała się czegokolwiek dotykać - i kupiła sukienkę, której styl nie przypominał mody sprzed dwudziestu lat.
Uśmiech Diedricha stał się bardziej zmysłowy, gdy tylko mężczyzna ją ujrzał, co potwierdziło, że podjęte przez nią ryzyko było warte swej ceny.
Kiedy Althea skończyła wino, Diedrich podał jej słodki wypiek.
- Moja droga, musi pani spróbować wszystkiego, co ma do zaoferowania nasza kultura.
- Czy ta lista obejmuje również pana, profesorze Müller? - zapytała Althea, zdając sobie sprawę, że jej policzki na pewno są niewiarygodnie zaróżowione. Miała tylko nadzieję, że Diedrich uzna to za efekt mrozu.
- Panno James - mruknął, a w jego głosie słychać było pełne zadowolenia połajanie, które znała tylko pośrednio z tych wieczorów, gdy przesiadywała w najdalszym kącie pubu jej brata. Tak właśnie mówili mężczyźni interesujący się konkretną kobietą.
Tak jak to często czyniła, gdy czuła się speszona, Althea próbowała wyobrazić sobie, że wcale nie przeżywa tej sceny, tylko ją opisuje. Co by zrobiła, gdyby była główną bohaterką, a nie biedną przyjaciółką umieszczoną tam tylko dla kontrastu? Gdyby była Lizzy Bennet zamiast Charlotte Collins?
Althea zebrała się w sobie na odwagę i wysunęła się o pół kroku przed Diedricha - wystarczająco, żeby obrócić się za siebie z zalotnym uśmiechem - a potem ruszyła szybciej niż ich spacerowy krok, dając mu w ten sposób zawoalowany sygnał.
"Złap mnie, jeśli dasz radę".
Odchodząc od swojego opiekuna, Althea pomyślała, że może stracić orientację, że będzie przytłoczona. Oderwanie się od towarzysza pośrodku tłumu mogłoby sprawić, że zakręci się jej w głowie i zrobi jej się niedobrze. Szczególnie tu, w mieście, którego nie znała i którego językiem umiała się posługiwać jedynie na podstawowym poziomie.
Ale było coś w tym jarmarku - te ocierające się o siebie ramiona, twarze zwrócone z nieobecnym półuśmiechem, dzieci ciągnące ją za kraj płaszcza. Althea wcale nie miała wrażenia, jakby porwała ją niekontrolowana i przerażająca lawina, ale raczej jakby była pojedynczym płatkiem śniegu w zamieci znacznie większej niż ona sama.
Tak właśnie się czuła, odkąd wysiadła z pociągu w Berlinie.
Przed tą podróżą tylko raz w życiu wyjechała z Owls Head i tylko po to, żeby spotkać się z redaktorem w Nowym Jorku w dniu premiery swojej książki. Myśl o tym, że miałaby pojechać sama do innego kraju, była przerażająca. Niejeden raz rozpakowywała z powrotem walizki.
Sama sobie zadawała pytanie: co najgorszego może się przydarzyć?
"Możesz umrzeć", odpowiadał jej szeptem strach.
A co najlepszego?
"Możesz żyć".
Wtedy Althea na nowo się spakowała i opuściła swój domek na klifie.
Zawsze się czuła bezpiecznie w światach, jakie stwarzała dla swoich bohaterów, i zawsze trochę nie na miejscu w tym rzeczywistym świecie. Ale do Berlina jakoś pasowała.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że zatrzymała się pośrodku tłumu. Zaraz potem zauważyła, na co tak patrzy.
Książki.
Przyciągały ją, haczyk wbił się w miękkie miejsce na brzuchu, linka się naprężyła, ciągnąc ją, aż Althea znalazła się na wprost sprzedawcy, przesuwając palcami po oprawionych w skórę woluminach, które leżały na wystawie.
- Ma pani doskonały gust - rzekł po angielsku mężczyzna, choć między słowami były przerwy sygnalizujące, że nie czuje się zbyt pewnie w tym języku.
- Reinmar von Hagenau - zauważyła z westchnieniem, cofając dłoń, żeby nie zostawić przypadkiem odcisków palców na tym drogocennym egzemplarzu. Von Hagenau należał do grona jej ukochanych minnesingerów, niemieckiego odpowiednika trubadurów. Tworzył w dwunastym wieku i był ceniony przez współczesnych sobie literatów, z których wszyscy poświęcali się pisaniu liryki o dworskiej miłości i honorze.
Wzrok sprzedawcy zatrzymał się dłużej na książce, tak jak rodzice patrzą na swoje nad wiek rozwinięte dzieci. Kiedy podniósł spojrzenie na Altheę, zdawał się wyczytywać z jej twarzy, że jest mu bratnią duszą.
- Za drogo, tak?
Althea uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami i spróbowała odpowiedzieć po niemiecku:
- Przepraszam.
- Nie, nie. - Sprzedawca machnął ręką, zbywając jej przeprosiny, a potem przykucnął za ladą. Wyjął grubą książkę, która choć również miała twardą oprawę i wyglądała solidnie, była wyraźnie mniej zabytkowa niż ta na wystawie. Trzymając ją w obu dłoniach, podał jej.
- Dla pani.
Wzięła ją, ścierając otwartą dłonią kilka płatków śniegu, które wylądowały na okładce, i niemalże krzyknęła z radości, gdy zobaczyła tytuł. To było skromniejsze wydanie zbioru von Hagenaua.
- Ile? - zapytała, szperając w torebce w poszukiwaniu portmonetki. Na pewno cena była bardziej przystępna niż za to kolekcjonerskie wydanie, ale Althea nie wiedziała, czy miała przy sobie wystarczająco dużo pieniędzy. Wynagrodzenie, które zaproponował jej wydawca za kolejną powieść, odmieniło jej życie, choć i tak ostrożnie dysponowała tymi środkami, obawiając się, że każą jej oddać pieniądze, gdy to, co stworzy, nie będzie spełniało ich oczekiwań.
- Prezent - powiedział sprzedawca i lekko się skłonił. Poklepał się dłonią po piersi w miejscu serca, a potem wskazał na nią. - Die Bücherfreundin.
- Przyjaciółka książek - przetłumaczył cicho Diedrich zza jej pleców i poczuła ciężar jego dłoni na swojej kibici oraz bliskość jego torsu, tak że niemal jej dotykał, gdy nabierał powietrza.
- Die Bücherfreundin - powtórzyła sobie Althea. Grzeczność podpowiadała jej, żeby jednak nalegać na zapłacenie, ale koszt odrzucenia hojności sprzedawcy mógłby być znacznie wyższy niż cena tej książki.
Zamiast tego uniosła wskazujący palec, po czym zaczęła szperać w torbie, żeby wyjąć egzemplarz Alicji w krainie czarów, który wzięła ze sobą jako ostoję bezpieczeństwa - podobieństwo między nią a zdezorientowaną i oszołomioną Alicją lądującą w krainie czarów było tak silne, że aż pokrzepiające.
- Prezent - celowo powtórzyła, choć próbowała powiedzieć to po niemiecku, tak jak on po angielsku.
Wziął książkę z lekkim drżeniem rąk typowym dla starszych osób, uśmiechnął się, gdy tylko się zorientował, co to za tytuł, po czym przycisnął książkę do piersi, jakby ją przytulał.
Mężczyzna skinął głową w podziękowaniu i się pożegnał. Następnie zwrócił się do następnego klienta.
Althea chciała przedłużyć tę chwilę, pobyć jeszcze z tym doświadczeniem, ale Diedrich już ją odciągał, więc ruszyła za nim w kierunku skraju placu, w stronę ich planów na kolację, a może także planów po kolacji, jeśli nadal będzie się zachowywać tak, jakby była główną bohaterką, a nie tylko podpierała ściany. Jeśli nadal będzie berlińską wersją Althei James.
Mimo że wydawało jej się, że jej nieporadny flirt na jarmarku był udany, kolejne próby podczas spaceru wzdłuż Sprewy, gdy szli na kolację, spełzły na niczym. Diedrich popadł w milczącą zadumę, która było nietypowa dla jego - jak jej się wydawało - naturalnej skłonności do serdecznej rozmowy. Kolacja przebiegła więc w ciszy, ponieważ ona nigdy nie opanowała sztuki prowadzenia luźnej pogawędki. Cały ten czas martwiła się i analizowała na nowo wszystko, co powiedziała, zastanawiając się, czy zrobiła coś źle.
Pomimo że międzynarodowe środowisko literackie postrzegało ją jako kogoś ważnego, tak naprawdę była prostą dziewczyną. Nawet teraz, kiedy brała udział w programie kulturalnym stworzonym po to, żeby dzięki półrocznym rezydencjom przywrócić "znanych i poważanych autorów" niemieckiego pochodzenia ich ojczyźnie, nie potrafiła powstrzymać poczucia, że jest oszustką. Nie tylko dlatego, że wciąż nie pogodziła się z myślą, że jest prawdziwą pisarką, ale również dlatego, że zawsze myślała o sobie jako o Amerykance.
Jej dziadkowie pochodzili z miejscowości pod Kolonią, a jedyne, co o nich wiedziała, to ich imiona wypisane w rodzinnej Biblii. Jej matka nigdy nie wykazywała zainteresowania swoim pochodzeniem. Była Amerykanką i nikt nie mógł powiedzieć Marcie James, że jest inaczej.
Marta zmarła młodo, Althea była zaś zbyt zajęta wychowywaniem swojego brata, żeby dużo myśleć o czymkolwiek innym niż tylko, czy wystarczy im pieniędzy w tym tygodniu na zakup cukru.
A jednak chociaż Althea wciąż nie czuła się związana z niemieckimi przodkami, propozycja przyjazdu do Berlina była zbyt kusząca, by ją odrzucić. Jej zgoda oznaczała, że dostanie bilet tam i z powrotem, stypendium, mieszkanie w dobrej części miasta i opiekuna z ramienia miejscowego uniwersytetu, który oprowadzi ją po okolicy. W zamian miała wziąć udział w politycznych i towarzyskich spotkaniach, a także poprowadzić kilka wykładów na temat Nierozszczepionego światła, powieści, która wyniosła ją z poziomu amatora do kategorii "znanej i szanowanej".
Zagryzła teraz dolną wargę, przyglądając się uważnie twarzy Diedricha. Zmarszczki pomiędzy brwiami nie były głębokie i nie miał marsowej miny. A więc to nie gniew, tylko zamyślenie.
Althea miała już spróbować poprawić mu humor - choć na razie nie wiedziała jak - kiedy Diedrich najwyraźniej otrząsnął się z tego dziwnego ciążącego mu uczucia.
- Lubi pani niemiecką literaturę - powiedział z tym samym uśmiechem, jakim darzył ją na jarmarku.
Grzała się w cieple tego uśmiechu, widząc z ulgą, że nie straciła jego sympatii.
- Tak.
Diedrich się rozpogodził.
- Czy mogę coś zasugerować?
- Tak, proszę.
- To jedna z moich ulubionych. - Diedrich odchylił się, żeby wyjąć książkę w czerwonej oprawie z wewnętrznej kieszeni marynarki.
Migoczący blask świecy na stole odbił się w pozłacanych literach, gdy mężczyzna wodził palcami po zużytym grzbiecie książki. Cokolwiek to było, musiało być dla niego tak cenne, że nosił przy sobie.
Okładka była bardzo prosta, bez żadnych zdobień.
- Z chęcią usłyszałbym, co pani sądzi na jej temat.
- Oczywiście. - Althea posłała w jego stronę najlepszy uśmiech, na jaki ją było stać, a jednocześnie odczytała tytuł. Mein Kampf. Potrafiła czytać po niemiecku lepiej, niż mówić lub pisać, więc szybko przetłumaczyła: - Moja walka.
Diedrich skinął głową z aprobatą.
- Jestem przekonany, że będzie to dla pani fascynująca lektura.
Chociaż Althea zwykle nie gustowała w autobiografiach, była na tyle zorientowana, że skojarzyła nazwisko autora i wiedziała, że stoi na czele partii, która sfinansowała jej wyjazd do Berlina. Z uprzejmości bąknęła:
- Na pewno tak będzie.