Kiedy następnego ranka dziadek wychodził do pracy, powiedziałam mu, jak codziennie, "do zobaczenia", a on jak zwykle odpowiedział mi tym samym.
- Co będziesz dziś robić? - spytał w drzwiach.
- Nic takiego. Przejdę się.
- Ach tak - odparł. - To dobrze.
I poszedł. Ja, która do jego wyjścia siedziałam na łóżku, udając, że mam mnóstwo czasu i nigdzie mi się nie spieszy, zerwałam się gwałtownie, najszybciej jak umiałam wciągnęłam sweter przez głowę, włożyłam spódnicę, wskoczyłam w kalosze, narzuciłam na siebie płaszcz przeciwdeszczowy i ruszyłam za dziadkiem.
Gdy wybiegłam z domu, ujrzałam jego plecy na końcu drogi. Szłam za nim, pilnując, żeby zachowywać bezpieczną odległość, kiedy mijaliśmy wieś. Zmierzał prosto przed siebie szybkim, zdecydowanym krokiem, machając do wielu osób, od czasu do czasu przystając, by zamienić kilka zdań z ludźmi, którzy zatrzymywali go i pytali, czy przyniesie dzisiaj warzywa. Ale mnie nie zauważył.
W końcu dotarł do szklarni. Wszedł do środka. Długo nie wychodził.
Schowałam się za drzewem.
I czekałam.
Czekałam i czekałam.
Ze szklarni nie dochodził żaden dźwięk.
Tak bardzo zmarzły mi stopy, że nie mogłam ustać w miejscu. Zaczęłam przeskakiwać z nogi na nogę, ale to nie pomogło.
W końcu podeszłam do drzwi i przyłożyłam do nich ucho. Nasłuchiwałam, ale nadal nic nie słyszałam. Wtedy zakradłam się do miejsca, w którym wcześniej odkryłam szparę w papierze. Zbliżyłam twarz do szyby i zajrzałam do środka. Ale zobaczyłam mniej więcej to samo co poprzedniego dnia: doniczki z ziemią i małe, żałośnie wyglądające rośliny.
Przesuwałam się wzdłuż ściany, aż dotarłam na tyły pomieszczenia, gdzie rosły gęste, splątane zarośla. Podeszłam bliżej i wtedy coś odkryłam. Przez gęstwinę biegła ścieżka prosto do szklarni. I tam, pośrodku ściany, częściowo zasłonięte krzewami, znajdowały się jeszcze jedne, tylne drzwi. Czy tylko dziadek o nich wiedział?
Uchyliłam je.
Wsunęłam głowę do środka i rozejrzałam się dokoła.
Słusznie się domyślałam - szklarnia była pusta. Dziadek wszedł drzwiami z przodu, tymi, które wszyscy widzieli, a wyszedł tylnymi, o których nikt nie wiedział.
Odwróciłam się, popatrzyłam na ścieżkę wśród zarośli i przyjrzałam się jej dokładnie. Wychodziła na równinę i była ledwo wydeptaną dróżką, prawie niemożliwą do wyśledzenia. Gdybym teraz nie wiedziała, że tam jest, nigdy nie zwróciłabym na nią uwagi. Podniosłam głowę. Wiedziałam już, dokąd prowadzi - w głąb lasu.
Równinę pokonałam szybko. Pomyślałam, że uda mi się dogonić dziadka. Ale im bliżej lasu, tym wolniej szłam. Wielkie czarne świerki o spiczastych gałęziach i kłujących igłach patrzyły na mnie nieprzyjaźnie.
W końcu stanęłam.
Przede mną majaczyła ścieżka, która musiała zostać wydeptana przez dziadka, ślad jego częstych wypraw do lasu. Jeśli on tędy przechodził, to chyba nic mi nie grozi? Dziadek nigdy nie wydawał mi się jakoś szczególnie silny i odważny. Był zupełnie zwyczajnym starym człowiekiem, często zmęczonym, i zdecydowanie nie lubił się przytulać. Z tego, co wiedziałam, nie potrafił się bić ani strzelać. I nie poruszał się zbyt szybko. Byłam od niego znacznie zwinniejsza. Dlatego jeśli w lesie czaiło się coś strasznego, jakaś istota o świecących oczach, najwyraźniej dziadek jej się nie bał.
Albo, przyszło mi nagle do głowy, bał się i mimo strachu chodził do lasu, ponieważ było tam coś, czego bardzo potrzebował? Prawdopodobnie był wyjątkowo odważny, a ja byłam idiotką, idąc za nim. Może narażałam się na śmiertelne niebezpieczeństwo?
Stałam nadal nieruchomo. Powietrze było zimne i surowe, a mój oddech zamieniał się w szarą mgłę. Pomyślałam o chudej twarzyczce Toma i o jego nieproporcjonalnie dużych oczach. A co, jeśli ścieżka prowadziła do miejsca, gdzie można było znaleźć coś do jedzenia? Chłopiec tak bardzo by się ucieszył z dodatkowej marchewki.
I mając przed oczami uśmiechniętą twarz Toma, zdecydowałam się na pierwszy krok w głąb lasu.
Natychmiast zrobiło się zimniej. Zimniej i ciszej. Martwe drzewa pochłaniały dźwięk moich kroków. Stąpałam po miękkim ciemnozielonym mchu. Schyliłam się i podniosłam kępkę. Trzymając ją w palcach, zobaczyłam, że zielony dywan w rzeczywistości składa się z maleńkich roślin podobnych do mikroskopijnych drzew. Mech występuje tam, gdzie nic innego nie chce rosnąć. Nie potrzebuje słońca, prawie nie musi mieć światła. Mech był roślinką idealnie nadającą się do naszego świata.
Skoro wy macie odwagę tu być, to ja też, pomyślałam i z maleńkimi roślinami w dłoni ruszyłam przed siebie.
Ścieżka wiła się między świerkami, co chwilę skręcała, to w jedną, to w drugą stronę. Przez cały czas szłam lekko pod górę. Możliwe, że gdybym wędrowała wystarczająco długo, dotarłabym do gór. Wysoko, między gałęziami prześwitywało szare niebo, a z wierzchołków drzew trochę kapało, ale świerki zatrzymywały większość deszczu. Od czasu do czasu jakiś ptak podrywał się do lotu parę kroków przede mną, a ja kuliłam się ze strachu. To były czarne wrony z robakami w dziobach. Dziadek nauczył mnie, że te ptaszyska nie są wybredne, jedzą wszystko, co znajdą, i są sprytne. Dzięki temu radzą sobie niemal w każdych warunkach. Nie widziałam poza tym innych oznak życia - tylko mech, świerki i wrony, które skrzeczały ochryple między drzewami kraaa! kraaa! kraaa!
Im bardziej zagłębiałam się w las, tym częściej ścieżka ginęła mi z oczu, zupełnie jakby pochłaniały ją pokryte mchem pagórki.
Co chwilę musiałam się zatrzymywać i zawracać, żeby się upewnić, że wciąż idę po śladach dziadka.
W końcu ścieżka zniknęła na dobre. Stałam w środku lasu, a przede mną rozciągało się nietknięte ludzką stopą runo leśne. Zrobiłam kilka kroków do tyłu, gdzie powinna biec ścieżka, ale jej nie znalazłam. Poszłam jeszcze kawałek, rozglądając się w prawo i w lewo, ale nie widziałam nic poza śladami własnych stóp.
Serce waliło mi mocno w piersi, oddech wyraźnie przyspieszył. Schyliłam się, podniosłam dwa patyki, które ułożyłam na krzyż w miejscu, gdzie stałam, i szukałam dalej.
Najpierw zatoczyłam małe kółko wokół krzyżyka. Ale ścieżki nigdzie nie było. Potem trochę większe, ale również tym razem jej nie znalazłam. W końcu zrobiłam duże koło. Wiele razy kucałam i przyglądałam się uważnie ziemi. Mrużyłam oczy, żeby widzieć wyraźniej. Musiała tu być. Przecież jakoś tu doszłam, prawda?
Nic, ciągle nic. Żadnych śladów poza moimi własnymi. Wróciłam do krzyżyka z patyków. Stałam tak przez chwilę, czując, że ogarnia mnie gniew. Gniew na samą siebie.
Weszłam do lasu bez namysłu. Chciałam przynieść Tomowi marchewkę. To wszystko przez nią. I przez moją ciekawość. Właściwie głównie przez to, że jestem ciekawska.
Z całej siły kopnęłam patyki, które poleciały bezgłośnie każdy w swoją stronę. A potem stałam przerażona i bez tchu, bo zrozumiałam, co się stało: ścieżka zniknęła, a ja znajdowałam się w samym środku ciemnego lasu i nie miałam pojęcia, jak wrócić do domu.
Osunęłam się na wilgotny mech. Szybko poczułam, że mam mokre pośladki, ale nie przejmowałam się tym. Zaschło mi w ustach i burczało w brzuchu.
Prawdopodobnie umrę tutaj, w całkowitej samotności, jedynie wśród mchu i wron.
Ukryłam twarz w dłoniach. Serce podeszło mi do gardła. Oddychałam z coraz większym trudem.
To koniec, pomyślałam. Już po mnie.
Nagle kątem oka dostrzegłam coś świecącego. Mały zielony błysk.
Odwróciłam się szybko. Tak, spomiędzy drzew coś nadlatywało. Jaskrawozielony owad z żółtymi oczami i przezroczystymi skrzydłami. Wirował i połyskiwał w ciemności. Jak maleńka latająca latarka.
To była ważka.
Zbliżała się do mnie, więc żeby jej nie przestraszyć, siedziałam cicho jak mysz pod miotłą. Przez sekundę unosiła się w powietrzu tuż przede mną, jakby chciała się upewnić, że ją zauważyłam, a potem poleciała dalej. Siedziałam jak skamieniała, wodząc za nią wzrokiem, dopóki nie zniknęła między świerkami. Dopiero wtedy udało mi się wstać.