Dla Klary
i wszystkich jej leopardów
Ja tylko jestem. Mam jeden cel. Muszę chronić moc.
Kiedy moc się rodzi, ja jestem strażniczką. Nic, co nie jest jej godne, nie może dotknąć mocy. Tylko ja decyduję, kto może jej dotknąć; tylko ja.
Moc rodzi się z bólu. Kto umie uśmierzyć ból, może się zbliżyć; tylko on, ona, ono, ona, ono, on. Ale nie może chcieć mocy dla siebie. Takich od razu odprawiam.
Nie mam imienia, bo strażnicy nie muszą mieć imion, ale wiem, że ktoś kiedyś nazwał mnie tak: Aramantis.
A kto zna tylko jeden świat
Nie zna żadnego
A kto zna tylko jeden świat
Zna je wszystkie
Moja przygoda zaczęła się, kiedy zapukał do mnie mędrzec; dzięki niemu bowiem, a raczej mimo niego, poznałam Znak. Mędrzec ten zwał się Sii z Tlate Hiin, syn Sirka i Berini [...]
Kutik z Tlate Hiin, "Nowy Hymn o Perle"
Nad lodową równiną Tlate Hiin powoli ciemniało niebo. Kłębiaste chmury łapały jeszcze ostatnie błyski słońca i rzucały je na śnieg, żeby zdążyły sobie tam pomigotać, zanim nadejdzie ciemna, jednolita noc. Było spokojnie i cicho - ale tak jest prawie zawsze, kiedy ma się wydarzyć coś ważnego.
Kutik była w jaskini zupełnie sama. Siedziała pod stołem i malutkim nożykiem rzeźbiła kulkę z białego kamienia. W jej czarnych oczach, na które ciągle spadała nierówna grzywka, błyszczały skupienie i determinacja. Od wielu dni próbowała wyrzeźbić idealny kształt kuli, ale kula ciągle miała guzy albo... wyglądała tak jak teraz, czyli jak nadmuchany rybi pęcherz. Zadarty nos zmarszczył się i Kutik zaklęła.
- Aaaagh! Na cętki śnieżnej pantery! Nigdy mi się to nie uda!
Ze złością rzuciła nieszczęsną kulkę na kupkę zwierzątek z drewna i kamienia. "Jest tu tych zwierząt" - pomyślała dziewczynka - "zdecydowanie za dużo". Reny, niedźwiedzie, zające; zwierzęta wymyślone jak skrzydlata krowa śnieżna czy ptakowilk; a także zwierzęta legendarne, ze starych opowieści, jak wieloryb, ogromna ryba o płaskim, rozdzielonym ogonie. Mała Aniju ciągle prosiła ją o rzeźbienie nowych, a Kutik zawsze bardzo chętnie spełniała te prośby. Trochę dlatego, że kochała Aniju, siostrzyczkę jej przyjaciela Ariego; a trochę dlatego, że uwielbiała patrzeć, jak z bezkształtnych kamieni czy postrzępionej kory powoli i z mozołem wydostaje się kształt.
W swoim jedenastoletnim życiu nauczyła się bardzo wielu rzeczy: już w rodzinnym Sirimiut umiała budować domy ze śniegu, gotować, sprzątać i przewodzić bandzie dzieciaków. Nie umiała za to śpiewać, a w Sirimiut śpiewać musiała umieć każda dziewczynka - dlatego jej przybrana babka, wspaniała śpiewaczka, była dość zadowolona, kiedy Kutik zdecydowała się odejść ze wsi. W końcu nieśpiewająca dziewczyna w domu to wstyd, a poza tym nie ma szans na wydanie jej dobrze za mąż. Z kolei na Tlate Hiin, gdzie mieszkała już od kilku miesięcy, nauczyła się budować sanie i szyć, a także czytać, bo stary Sii, wróżbita z Tlate Hiin, pokazał jej litery. Ale i tak wciąż najbardziej na świecie kochała rzeźbić: ozdoby do sań, miski z kamienia, łódki z kory i zwierzęta, wszystkie zwierzęta, te prawdziwe, te mityczne, te wymyślone.
Otrzepała dłonie i wygramoliła się spod stołu. Wytarła z podłogi coś, co bez wątpienia było ptasią kupą ("Na Zorzę, zawsze jak który Czarny Ptak tu wpadnie, zostawia po sobie jakąś pamiątkę" - mruknęła). Zajrzała jeszcze do kociołka z zupą i wyszła na dwór.
Niebo pięknie ciemniało nad lodowym bezkresem, poprzetykanym gdzieniegdzie ostrymi skałami. W niektórych skałach mieszkali ludzie-ludzie, których już znała i lubiła. Ciemne plamy w oddali były gawrami niedźwiedzi. W jednej z nich mieszkał z rodziną niedźwiedź Pou-Pien.
Na wspomnienie Pou-Piena Kutik się uśmiechnęła. Nikt nie potrafił się z nią tak fajnie kłócić jak on.
"Niedługo wzejdzie mały księżyc Siarnaq" - pomyślała, patrząc w niebo. Siarnaq wstawał wcześnie i pilnie świecił, kiedy wszyscy jeszcze potrzebowali światła, bo próbowali zakończyć sprawy dnia. Ale nikt się nim nie zachwycał, bo i po co? Przecież wiadomo było, że zaraz po Siarnaqu na niebo wpłynie ten wielki księżyc, piękny i złocisty; wtedy dopiero będzie można się zachwycać. "A ja jestem trochę jak Siarnaq. Paaliaqiem jest Ari... Ari, który zakończył Czas Bladej Zorzy i uratował cały świat. Czy mu zazdroszczę? Ee, nie. Przenigdy. Wolę być Siarnaqiem, robić swoje i nie wydawać się zbyt złota".
Kutik od zawsze wolała mały księżyc.
Coś się poruszyło przed jaskinią. Biały Ptak, czyli, jak nazywali go wszyscy, Ptasierz. Stał niedaleko wejścia i patrzył, nie na nią, nie na nic innego, po prostu przed siebie.
Przeszedł ją lekki dreszcz. Ależ dziwaczne były te Ptasierze! Nikt nie wiedział, skąd się wzięły. Przyfruwały z zachodu, pewnie leciały gdzieś znad morza. Ale skąd? Po co? Kim były? W każdym razie denerwowały ją, a najbardziej to, że były nieme. Pal licho mówienie - ale mogły chociaż krakać! Kutik z zasady nie ufała stworzeniom, które nie wydawały żadnych dźwięków. No i wyglądały niepokojąco, jakby w ogóle nie były z tego świata: całe białe, niczym ulepione z najświeższego śniegu, nawet oczy miały białe. Ich skrzydła nie były pokryte piórami, tylko błoniaste.
- Idź sobie. A kysz. - Machnęła ręką na Ptasierza. Ale oczywiście te ptaki nigdy nie zwracały uwagi na krzyki. Mogła wrzeszczeć i krzyczeć, a i tak stałby tu dalej, zapatrzony nie wiadomo w co. Kutik westchnęła, schyliła się i złapała ptaka za jego bezwłose i bezpióre ciało, po czym przestawiła go po prostu trochę dalej od jaskini, na śniegową muldę. Stał sobie dalej, pusto wpatrując się w przestrzeń.
Czym mogła się zająć, skoro nie było Ariego, żeby się z nim posprzeczać? No tak, albo dalej będzie rzeźbiła swoją kulkę, albo zabierze się za coś pożytecznego. O, na przykład za sprzątanie. Kto wie, czy ptasi goście nie zostawili po kątach jakichś innych niespodzianek.
Ludzie z jakiegoś powodu nie lubili sprzątać i Kutik w ogóle nie mogła zrozumieć, o co im chodzi. Sprzątanie ją uspokajało; podobnie jak inne rzeczy, które można było wykonywać rękami. Ostatnio bardzo polubiła też robienie ubrań. To Kutik wymyśliła, jak najlepiej skręcać, za pomocą drewnianego kołowrotka, wyczesane futro wilcze lub niedźwiedzie w bardzo grubą nić. Potem razem z mamą Ariego, Nariją, odkryły, że można tę nić systematycznie plątać zagiętym patyczkiem tak, by powstawał ciepły materiał. Tak właśnie Kutik zrobiła wszystkim znajomym ludziom czapki, które potem ufarbowała na czerwono w soku niejadalnych jagód z Lasu.
Wróciła do środka jaskini po wolny kociołek i nabrała do niego śniegu na mycie. Chuchnęła w ręce, które zdążyły zmarznąć, gdy była na zewnątrz, i zaczęła energicznie zmywać podłogę kawałkiem starego koca. Oczywiście w miejscu, gdzie zawsze są lód i śnieg, jest to robota zasadniczo pozbawiona sensu, ale Kutik wciąż miała nadzieję, że kiedyś uda jej się utrzymać czystość podłogi dłużej niż przez pół dnia. Przynajmniej nie było już żadnych ptasich kup i Kutik uznała to za swego rodzaju zwycięstwo.
Dziwnie było być częścią rodziny Ariego bez Ariego. Dziwnie było mieszkać z jego mamą i siostrą, ale bez niego. Dziwnie było nie kłócić się z nim i nie chodzić co wieczór na zbieranie jajek Czarnych Ptaków. Ale nie chciała myśleć o Arim, bo miała mocne podejrzenia, że za nim tęskniła, może nawet tak bardzo, że gotowa była się rozpłakać. A jeśli Kutik czegoś nie tolerowała, to mazgajstwa.
- Khy, khy - usłyszała na zewnątrz znajome chrząknięcie. - Jest tam kto?
- Tak - krzyknęła Kutik. - Wchodź, Sii! No, wchodź, akurat mam zupę na ogniu. - Rzuciła szmatę w kąt. "Dokończę później" - pomyślała.
Do jaskini powoli wtoczył się wróżbita, jedyny wróżbita, jakiego mieli tu, na Tlate Hiin, który zawsze wyglądał trochę jak zmurszały grzyb. Opierał się na grubym kiju, tym samym, który służył mu od lat. Był niski, tylko trochę wyższy od dziewczynki, z twarzą tak pomarszczoną, że czasem trudno było w fałdach jego skóry dostrzec małe, błyszczące oczka. Na głowie miał czerwoną czapkę od Kutik, w której, jak pomyślała dziewczynka, wyglądał dość zabawnie, jak dorosły w dziecięcym beciku. "Albo jak wilk ze wstążeczką na szyi" - pomyślała i musiała powstrzymać się od śmiechu.
Sii dokładnie otrzepał nogi ze śniegu, waląc w buty kijem. Strzepnięty śnieg rozsypał się po kamiennej podłodze jaskini i od razu stwierdził, że biorąc pod uwagę okoliczności, najlepiej będzie zmienić się szybko w kilka brudnych kałuż. Kutik spojrzała na błocko i westchnęła.
- Narija jest? - zapytał Sii, sadowiąc się na stołku.
- Będzie niedługo. Wzięła małą i poszły do Lasu po korę.
- A Ari?
- To ty nie wiesz, Sii? Przecież Ariego nie ma już od przedwczoraj. Krowa śnieżna Nuna przybyła zza Lasu, żeby zabrać go do Majora, który się za nim ogromnie stęsknił. I Ari stwierdził, że to świetny czas na odwiedziny[1].
- No proszę. A to huncwot. Zawsze mu się pali w gaciach. Co do krowy, to pozazdrościć, ekhm. Każdy by tak chciał, nie? Ale to dobrze, kochana, że jesteś sama, khy. Khy. Ekhm. Bo ja właśnie do ciebie przyszedłem. - Sii wycelował swoją laskę prosto w Kutik.
Kutik tymczasem rozlała zupę do białych kamiennych misek. Te miski też zrobiła sama. Była z nich bardzo, ale to bardzo zadowolona, bo niełatwo zrobić z kamienia rzeczy bardzo cienkie, nie mówiąc już o kilku takich samych rzeczach.
- Ekhm - chrząknął Sii.
- Mógłbyś naprawdę pić wywar na ten kaszel - powiedziała Kutik, stawiając miski na stole, chociaż zdawała sobie sprawę, że mówili to wszyscy, którym zdarzyło się rozmawiać z Sii, i nigdy jeszcze nie przyniosło to żadnego efektu. W końcu gdyby nie kaszlał, nie mógłby udawać, że nie słyszy pytań, na które akurat nie chciało mu się odpowiadać.
Wróżbita zaczął jeść, ale ciągle wpatrywał się swoimi małymi oczkami w dziewczynkę.
- Ile już tu jesteś, co? Khy, khy, będzie wiele miesięcy, od kiedy z Arim przyszłaś - powiedział w końcu. - Bardzo dużo miesięcy.
- No tak. Trochę już mieszkam u Ariego.
- Żadne tam u Ariego - żachnął się Sii. - Przecież teraz to też i twój dom. I jak ci tu? Na Tlate Hiin? No jak?
Kutik odłożyła łyżkę i zastanowiła się. A potem spojrzała na niego poważnie.
- Myślę, że się przydaję - powiedziała.
- No ba. Narija nie może się ciebie nachwalić. Mniam. Ślurp - wróżbita siorbał zupę głośniej, niż Czarne Ptaki krakały. - Mówi, że nie pamięta już, jak to było bez ciebie. Że pomagasz i w domu, i z Aniju... Mówi, że jesteś dla małej zupełnie jak siostra. I inni też cię chwalą. A Pou-Pien, khy, khy, to nawet powiedział... jak on to, khy, powiedział? Że ty jesteś... - i tu Sii uśmiechnął się, niby sarkastycznie, ale w gruncie rzeczy dobrodusznie - ...jak promyczek słońca. Ślurp. Niam.
- Pou-Pien tak powiedział? - Kutik otworzyła szeroko oczy. - Niedźwiedź Pou-Pien? Ten, który nic nie robi, tylko wiecznie narzeka? Ostatnio nawet jaja, które mu przynieśliśmy z Arim, nie były wystarczająco duże! Jakby wszystkie jajka nie były dokładnie takie same. No pięknie... Promyczek słońca! No, to nigdy mu nie pozwolę tego zapomnieć! O, wiem, będę mu się tak przedstawiać. "Halo!", będę wołać przy ich norze. "Jest tam kto? Bo promyczek słońca przyszedł!"
- Nie! - przestraszył się Sii. - Nie, nie. Bo widzisz, khy, khy, teraz to już nie wiem, czy on mi tego czasem nie mówił w tajemnicy... Może lepiej nic nie mów?
- Ha, trudno! - powiedziała Kutik. - Wróżbici powinni myśleć, zanim zaczną plotkować. - I uśmiechnęła się szeroko, a jej policzki podniosły się w górę, robiąc z jej czarnych oczu dwa małe półksiężyce.
- Tak czy siak, khy. Ślurp. Zupa bardzo dobra... - Westchnął Sii, po czym odłożył łyżkę. - No dobrze. Kutik, kochana. Słuchaj mnie, khy. Nie da się nie zauważyć, żeś bystra.
- Jak promyczek słońca - wyszczerzyła się Kutik.
- I sprytna. W tym twoim rodzinnym Sirimiut musieli cię dużo nauczyć.
- Nie do końca - powiedziała dyplomatycznie Kutik, bo nie chciała opowiadać Sii o trudnym dzieciństwie zaadoptowanej przez starszą kobietę sieroty i bezustannych drwinach, jakie spotykały ją ze strony starszyzny wioski. Ich zdaniem ze swoim głosem Kutik do niczego się w życiu nie nada. "Idzie ta mała, co skrzeczy jak Czarny Ptak" - zaśmiewali się, a ona podnosiła głowę do góry i udawała, że jej to nie rani. I w końcu przestało. Ale nie było po co o tym opowiadać. Nawet Ari nie znał większości tych historii.
- Co to ja mówiłem? - ciągnął Sii. - A tak. Czytać nauczyłem cię w kilka dni, khy. Może tydzień! Po miesiącu przeczytałaś już wszystkie moje cztery książki i książkę, którą dostał ode mnie Ari. No właśnie. Ari. Ten huncwot Ari niby uratował świat, zakończył Czas Bladej Zorzy i tak dalej, ale po roku nauki ciągle czytał jak otępiały zając, przynajmniej kiedy kazałem mu czytać na głos. Te sanki, które sama, khy, khy, zrobiłaś... bardzo porządne. I wilkom pomogłaś z tym zgubionym szczenięciem. Pomagasz, khy. Wszystkim. Choćby sprawa Titisa... Gdybyś nie zauważyła w nocy, że z wejścia do jaskini się świeci i nie wpadła tam, to dzieciak Titisa spłonąłby w łóżku, co się zajęło ogniem od paleniska.
- To akurat przypadek - wtrąciła się Kutik. - Tak się stało, że tamtędy przechodziłam. Każdy by tak zrobił.
- Dużo jest tych przypadków, jeśli chcesz, khy, znać moje zdanie. No więc, kochana, chciałem cię, khy, khy, zapytać - i tu Sii mlasnął uroczyście i odłożył łyżkę, która huknęła o stół - czy nie chciałabyś się szkolić na, khy, wróżbitkę.
Kutik osłupiała. Nie tego się spodziewała. Wiedziała, że Sii musi zacząć kogoś przyuczać - w końcu chyba nie spodziewał się żyć wiecznie - ale nigdy nawet przez moment nie pomyślała, że to mogłaby być ona.
- Na wróżbitkę? - powtórzyła, a drewniana łyżka wysunęła się jej z dłoni i uderzyła o stół. - Ja?
Sii pokiwał głową.
- Ty.
- Ale... że ja? - Kutik przełknęła ślinę, bo poczuła, że ma w gardlę jakąś dziwną gulę.
- No mówię przecie, że ty! Mnie może lada chwila zabraknąć. I kto się zajmie całą tą, khy, khy, bandą nicponi? Ktoś musi czytać z Zorzy. Ktoś musi przewidywać pogodę. Uczyć ich, jak, khy, khy, używać porostów, jagód i innych takich. Leczyć. I gwiazdy poznać. No, w miejscu, gdzie wszyscy zajmują się głównie życiem, ktoś musi się zająć, ekhm, wiedzeniem. Ktoś musi wiedzieć, żeby żyć mógł ktoś, jak mawiał ktoś, kogo znałem wiele lat temu. Był to straszny dziad, ale tu akurat miał rację.
- I to ja? To ja miałabym WIEDZIEĆ? - Kutik zdała sobie sprawę, że przestała mrugać.
- Wiedzieć i rozumieć, tak. A co ty się tak dziwisz, że ty?
Kutik zmarszczyła czoło.
- No bo przecież... są lepsi ode mnie. Chociażby Ari. To on uratował świat i w ogóle... ja za to... no nie wiem. Dziewczyna z Sirimiut po prostu, która nawet dobrze nie wie, ile ma lat, bo babka nie była pewna, czy urodziła się jedenaście, czy dwanaście lat temu. A mnie najlepiej wychodzi sprzątanie po Ptakach, robienie zabawek, naprawianie i szycie. To nie są przecież jakieś wielkie umiejętności!
Sii roześmiał się, co w jego wykonaniu brzmiało, jakby ktoś łamał suche gałązki. Machnął swoim kijem i odparł:
- A co ty myślisz, że bycie wróżbitą, ekhm, to fruwanie w białej szacie nad zachwyconym tłumem? Że do tego trzeba być dzieckiem samej Silli i mieć zielone oczy? Albo wyhodować sobie rogi renifera i zęby wilka? O, kochana! Khy, khy. Bycie wróżbitą to zwykła, ciężka praca. Dużo myślenia, robienia, zbierania. I sprzątania po innych. Nie każdy to potrafi, khy, bo to jest właśnie najrzadsza umiejętność: zabrać się do działania i nie szukać chwały. I w tej kwestii najzdolniejsza może być właśnie dziewczyna z Sirimiut, a właściwie z Tlate Hiin. Nawet jeśli, khy, khy, nie wie dokładnie, ile ma lat.
Czoło Kutik się pofałdowało. Myślała.
- Nie musisz od razu odpowiadać, khy, khy. Przemyśl to sobie. To nie jest łatwa, khy, decyzja. Dużo nauki. Oj, dużo. Dużo gapienia się w niebo, khy, khem, khy. A potem może nawet, kto wie, wypad do Aralin. Tak, Aralin trzeba by było w takim wypadku odwiedzić. Razem byśmy się wybrali, łodzią przez Południowe Jezioro. Bo Aralin znów działa. Kiedy skończył się Czas Bladej Zorzy i wszystko wróciło na swoje miejsce, w Aralin podobno znów wrócili do uczenia wróżbitów.
- Aralin?
- Miasteczko. - Sii machnął ręką w stronę dalekiego morza. - Taki zamek właściwie. Szkoła, khy. Wiele lat temu, ekhmk, zanim wszystko się zepsuło, zimno się rozpleniło, a Zorza zbladła, to tam zawsze wszyscy szli, żeby uczyć się wróżbiarstwa, lecznictwa. I chmur. I gwiazd. I, khy, anatomii. I kosmologii, czyli nauki o tym, jak powstał świat.
- Na Zorzę - powiedziała tylko Kutik, bo nigdy nie sądziła, że może istnieć całe miasto przeznaczone wyłącznie do uczenia się. Wydało jej się to tak absolutnie cudowne, że na moment zaparło jej dech. A potem potarła oczy, żeby przestać je tak wytrzeszczać.
- No i tam, w Aralin, była właśnie taka szkoła. No a gdzie szkoła, tam i książki. Biblioteka, khy, khy. Największa chyba na świecie. Co najmniej sto książek, a może nawet więcej. Teraz, ekhm, wraca tam pewnie mnóstwo osób, żeby uczyć nowych wróżbitów i żeby znów w świątyni Zorzy czytano Zorzę i pomagano innym, a nie kradziono ryby i urządzano szopki, jak jeszcze niedawno. Wszystko powoli wraca do normy, więc nauka też. No nic, kochana. Pomyśl nad tym wszystkim w spokoju. Ile, khy, khy, chcesz. Nie spieszy się nam, nie? Mamy czas. Daj znać, jak się zastanowisz - powiedział i zaczął się zbierać.
Kutik wstała ze stołka, nieco zbyt gwałtownie. Miska zachwiała się i brzęknęła. Dziewczynka złapała ją ręką, żeby nie spadła na kamienną podłogę. Sii spojrzał na nią z ukosa, bo wyglądała, jakby dostała gorączki: policzki miała czerwone, oczy błyszczące, włosy, nie wiedzieć czemu, sterczały jej na wszystkie strony, chociaż dopiero co się czesała.
- Zgadzam się - powiedziała mocnym głosem. - Chcę się uczyć.
Sii popatrzył na nią badawczo.
- Tak myślałem. - Rozpromienił się w końcu, co w jego wypadku rozciągało jego zmarszczki jeszcze bardziej wzdłuż. - No to, ekhm, załatwione. Jest następczyni wróżbity na Tlate Hiin. Chodź tu, kochana. - Rozłożył ramiona, z których zwisał wysłużony płaszcz. - Niech stary Sii cię przytuli.
Była cała napięta z emocji, ale udało jej się zrobić krok, żeby objąć wróżbitę. Pachniał dymem i mrozem. I obietnicą.
- Kiedy zaczynamy? - zapytała, kiedy uwolniła się z uścisku.
- A choćby i, khy, khy, jutro. Powiedzmy: w południe. Nie ma czasu do stracenia.
- Będę, jak tylko słońce stanie w zenicie - powiedziała dziewczynka. - Nie zawiodę cię, Sii. Będę dalej pomagać Nariji w domu, ale każdą wolną chwilę będę spędzać na nauce. Każdą. Nie mogę się doczekać!
Wróżbita pokiwał głową, poklepał ją po wydatnym policzku, zakaszlał i wykuśtykał z jaskini. Złorzeczył przy tym, że nawet kiedy wreszcie nastała Ciepła Pora, to i tak jest mróz. Kutik poczuła, że jej twarz sama rozciąga się w uśmiechu. Potem jej nogi, też zupełnie same, podskoczyły w górę. Złapała miotłę z gałęzi sosnowych, która zresztą też była jej dziełem, i zatańczyła z nią w kółko, wdeptując przy tym w kałuże, które zostawił po sobie Sii.
"Kutik, dziewczyno" - pomyślała. "Może nie umiesz śpiewać, ale co z tego! Będziesz wróżbitką! WRÓŻBITKĄ!"
Jak zwykle wtedy, gdy działo się coś ważnego, wezbrała w jej piersi trzepocząca potrzeba podzielenia się z kimś tą wiadomością. Oczywiście najchętniej powiedziałaby o tym Ariemu. No ale chłopiec Ari i krowa Nuna byli już daleko w drodze. Na wschód. Tam, gdzie zaczął się ich świat. Tam, gdzie Silla stworzyła zwierzęta i Zorzę. Jak się nazywała nauka o tym wszystkim?
- Kosmologia. Kos-mo-lo-gia - wyszeptała do siebie zachwycona.
"Nie, jednak nie wytrzymam" - pomyślała. Wybiegła na dwór, gdzie świecił już mały sierp Siarnaqa, a potem puściła się biegiem przez skrzypiący śnieg w stronę Lasu. Biegła wiele minut, co jakiś czas zapadając się w jakąś miękką zaspę, a twarz jej czerwieniała. Sii miał rację - nawet teraz, kiedy wreszcie nadchodziła Ciepła Pora, mróz nigdy na dobre nie odchodził, tylko stawał się ciut lżejszy.
W oddali w końcu zobaczyła dwie sylwetki - cienie ciemniejsze od ciemności dalekiego Lasu - jedną dużą, drugą malutką.
- Aniju! Narija! - krzyknęła. - Nie zgadniecie, co się stało!
- Naprawdę? Już? To fantastycznie! - wrzasnęła mała sylwetka z ogromną radością i wyrwała w stronę Kutik.
- To... to ty wiesz, co chcę powiedzieć? - Kutik zdziwiła się, hamując w śniegu przy dziecku.
- No jasne, że wiem! - Aniju wzięła się pod boki. - Że wyrzeźbiłaś mi nowego wieloryba! Bo tamten był o wiele za mały. Przecież w opowieściach wieloryb jest wielki jak Las!
Kutik spojrzała na małą dziewczynkę i wybuchnęła śmiechem. Złapała ją, podrzuciła w górę i krzyknęła:
- Jak posprzątasz wreszcie wszystkie swoje zwierzęta, to może dostaniesz nowego wieloryba. Ale teraz musisz poprosić mnie bardzo ładnie, bo ja... zostanę wróżbitką!
Narija, która właśnie do nich podeszła, stanęła jak wryta. Spojrzała na Kutik z niedowierzaniem, a potem jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. Zrzuciła kaptur, przytuliła Kutik mocno do siebie i szepnęła:
- Wiedziałam. Wiedziałam, że Sii coś knuje. On wie, kto da radę. Stary lis to zawsze wie. Najlepszy wybór. Lepiej nie mógł wybrać. Jestem z ciebie bardzo dumna, córeczko.
"Córeczko" - pomyślała Kutik, a oczy jej się zaszkliły. "Powiedziała do mnie: córeczko. Nikt jeszcze nigdy nie zwrócił się do mnie "córeczko"".
- Chodźcie - powiedziała Kutik, ukradkiem ocierając twarz. - Zupa stygnie. No i nowy wieloryb sam się przecież nie zrobi, prawda?
Nauka otworzyła mi oczy i zobaczyłam, że każda rzecz, która istnieje pod księżycami, jest pełna mocy i znaczeń. Wystarczy tylko wystarczająco uważnie na nią spojrzeć.
Kutik z Tlate Hiin, "Nowy Hymn o Perle"
Następne dni Kutik spędziła z Sii.
Były to, jak pomyślała ze zdziwieniem, najlepsze dni w jej życiu. Nawet nie wiedziała, jak bardzo jej umysł potrzebował się uczyć nowych rzeczy! Dzięki Sii wszystko - od szyszki po śnieżną krowę - okazywało się mieć nieznaną historię, zupełnie nowe działanie i tysiące zastosowań.
W jego niepozornej jaskini, w podłodze, była drewniana klapa, a pod nią kamienne schodki, które prowadziły do piwnicznej pieczary. Na skalnych półkach stały tam pojemniki pełne cudów: kości, porostów i roślin zupełnie Kutik nieznanych, kłęby futra różnych zwierząt, kawałki drewna i kamienie. A co najważniejsze, Kutik mogła dotykać wszystkiego i o wszystko pytać.
Nauczyła się już na przykład, że pewien porost, który można było znaleźć wyłącznie na południowej stronie skał, o żółtawym zabarwieniu i nitkowatej strukturze, przyspiesza leczenie większości ran. Ale nie u ludzi! "Możesz go stosować wyłącznie, khy, khy, u wilków, niedźwiedzi, zajęcy i renów" - mówił Sii. "Nazywają go "sar sari" i najlepiej zbierać go w pełnym słońcu".
- A rany u ludzi?
- Najlepiej sproszkować korę ze skarłowaciałych drzew i rozmieszać z wodą. Jest taki jeden rodzaj... Ekhmkh, pokażę ci niedługo. Przejdziemy do tego. Nie od razu.
- Czemu nie od razu? Przecież jest garnek. - Kutik chwyciła za naczynie.
- Trochę cierpliwości, dziewczyno! - sarkał Sii. - Czemuś ty taka narwana? No dobrze. Chodźmy na zewnątrz, khy, znajdziemy tę korę.
Sii miał nowy zwyczaj, którego Kutik nie mogła znieść: maczał młode gałązki w rybim tłuszczu i je ssał. Sprawiało to, że rozmowa z nim była już nie tylko pełna chrząknięć i kaszlnięć, ale także mlaskania i zasysania.
- Przecież to jest jak jakaś koszmarna orkiestra! Sii, nie obraź się, ale mógłbyś przestać ciamkać! - krzyczała co jakiś czas dziewczynka. - Jeśli jesteś głodny, ugotuję ci jajko.
Sii nawet nie zaszczycał tych protestów uwagą, tylko zmieniał temat, mówiąc na przykład:
- No to dziś zajmiemy się czytaniem, khy, ciam, z Zorzy.
Kutik nie miała pojęcia, jak się czyta z Zorzy, ale zawsze sądziła, że będzie się to opierać na rozpoznawaniu znaków: kształtów, falowania, ruchów, może nawet... pojawiających się w niej liter? A tymczasem Sii posadził ją na stołku i kazał zamknąć mocno oczy, po czym powiedział:
- Myśl, khy, jak krowa śnieżna.
Kutik przesiedziała grzecznie kilka minut z zamkniętymi oczami, aż w końcu powiedziała:
- Sii?
- Co?
- Nie mam pojęcia, jak myśli krowa śnieżna.
- A myślisz, że ja mam? Też, khy, niam, ciaf, nie mam.
- No to... to jak... - zaczęła ostrożnie Kutik.
- Nie mam pojęcia, ale sobie to WYOBRAŻAM! Jak się bardzo postaramy, to udaje nam się zrozumieć innych. Poczuć się jak oni. Tylko to wymaga, khy, khy, pracy. Czego uczyliśmy się o krowach śnieżnych?
Kutik zastanowiła się chwilę.
- Krowy są częścią świata bardziej niż cokolwiek innego - wyrecytowała.
- Ano właśnie. No to już. Niech ci nogi, ekhm, wrosną jakby w lód świata. A ręce w skały, no, niam, i w drzewa. Niech ci się głowa rozszerzy na całe niebo. Ślurp.
- O czym ty w ogóle mówisz, Sii? - zdenerwowała się dziewczynka. - Jak ma mi się niby głowa rozszerzyć na całe niebo? Na Zorzę, niech nam zawsze świeci! To jakieś dziwactwo.
- Nie kłap dziobem, tylko siedź i rozszerzaj! Wrastaj! Ekhm, khy. Nikt nie mówił, że będzie lekko.
Kutik przesiedziała tak prawie kwadrans, ale nie poczuła, że w cokolwiek wrosła.
- Sii?
- No co?
- Nic z tego. Moja głowa dalej jest dokładnie tych samych rozmiarów.
- Nie chodzi o to, khy, khy, żeby się rozszerzyła naprawdę. Masz się czuć, jakby się rozszerzała, no.
- Tyle rozumiem. Ale czuję się w dalszym ciągu jak ktoś, kto siedzi na stołku i ma zupełnie zwyczajną głowę. I w ogóle to nie rozumiem: czyta się z Zorzy, nie patrząc na Zorzę?
- Ekhm. Oczywiście. Oczami trudno w ogóle cokolwiek zobaczyć. - Sii znów zabrał się do ssania swojego patyczka. - Najłatwiej się pewnie czyta, kiedy Zorza nadchodzi i świeci na niebie, ale coś tam można zobaczyć, ślurp, i w inne dni. Bo my mamy Zorzę, że tak powiem, khy, w sobie.
Kutik wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Z Sii często było tak, że nie wiadomo było, czy właśnie postradał zmysły, czy powiedział coś niesłychanie mądrego.
- Tak, khy. Z Silli przychodzi Zorza, a my, ponieważ jesteśmy jakby jej, no, odbiciami, to też mamy ciut tej Zorzy, niech nam zawsze świeci, w sobie. - Tu Sii uderzył się pięścią w zapadniętą pierś. - Musimy tylko poczuć w środku, jak bardzo jesteśmy częścią wszystkiego. Tak, jak czują krowy. I jak przychodzi Zorza, to zamiast się gapić, khy, na tę na niebie, trzeba próbować dostroić do niej swoją Zorzę w sobie. Tylko jest jedna trudna rzecz: trzeba wtedy ciągle pamiętać, że jest się sobą. Bo jak się zapomni, to zamiast przynieść wiadomości Zorzy innym, można się w niej zatracić. Ekhm, khy.
Kutik nie mogła tego wszystkiego pojąć, więc wstała, żeby nabrać wrzątku w miseczki. Coś nie dawało jej spokoju. Coś, o czym wielokrotnie myślała, z tęsknotą, ale taką, której nie da się złapać, nie da się określić, bo przychodzi po cichu i za moment rozpływa się, jak resztki dymu z ogniska. Oplotła dłonie wokół naczynia z wrzątkiem i zapatrzyła się w dal.
- Sii?
- Hmm?
- A skąd u Silli ta... ta moc? Skąd u niej Zorza, niech nam zawsze świeci?
Sii zamiast odpowiedzieć, tylko potężnie się rozkaszlał. Ale Kutik przeczekała, aż kaszel się uspokoi, i ponowiła pytanie, teraz wyraźnie czując tę cichą tęsknotę, a może i zazdrość.
- I skąd u niej ta umiejętność... no wiesz, tworzenia zwierząt? Dlaczego na przykład krowy, które ulepiła ze śniegu Silla, żyją, a te, które ja bym zrobiła, stałyby jak bałwany? Czemu moje rzeźby są nieruchome, a jej rzeźby... tworzyły świat?
- To już, khy - Sii zaczął energicznie zbierać naczynia, na znak, że koniec ich lekcji - wykracza poza możliwości naukowej kosmologii.
- Ale...
Sii stanął, oparł się na kiju i stanowczym głosem, prawie bez kaszlu, powiedział:
- Moja droga Kutik, nie da się ze środka świata zrozumieć tego, co było przed światem.
- Ale przecież...
- Ale co? Nie zastanawiaj się nad tym. Znałem takiego, co się zastanawiał i skończył on bardzo źle. Tak źle, że szkoda nawet opowiadać. Poza tym, ślurp, nie mył się i ciut śmierdział, ot, co. A chcesz wiedzieć, czym śmierdział? Otóż głównie rybami.
Ale Kutik długo jeszcze myślała o tym, jak cudownie by było, gdyby dało się wyrzeźbić zwierzę z chropowatej kory, a ono poruszyłoby się, przeciągnęło i odbiegło. I o tym, skąd bierze się taka moc.
Następnego dnia Sii pogrzebał głęboko pod koszulą i pokazał jej mały medalik, który nosił na rzemieniu na szyi. Wyryto na nim coś, co wyglądało jak fala nad łukiem.
- To na górze to, khy, khy, Zorza. Pod nią jest świat. Taki był zawsze znak tych, którzy badali Zorzę. Mówiono kiedyś na nich: Zorianie. Dostawało się go, kiedy, khy, zaczynało się naukę wróżbicką. Teraz, ekhm, znów znak wraca do użytku, mówił mi pewien niedźwiedź, który przechodził przez Aralin. Ślurp. Zrobiłem ci taki. - Sii pogrzebał w kieszeni i wyciągnął z niej drugi, prawie identyczny medalik. - Weź.
- Dziękuję, Sii! - powiedziała dziewczynka i bardzo uroczyście zawiązała sobie medalik na szyi. - Czyli ty też uczyłeś się w Aralin, jak byłeś młody, tak?
- Ślurp, ciaf, klaf - zassał gałązkę wróżbita.
Następnego dnia Sii przyniósł z lasu dwie duże szyszki. Łuski szyszek wyglądały jak łuski brązowej ryby, ciasno do siebie poprzyklejane. Sii wyciągnął nóż, podważył jedną z nich i na rękę wypadła mu maleńka czarna kuleczka.
- Z tego gotowało się zupę w Sirimiut - powiedziała Kutik.
- Tak. Ale, ekhm, wiesz, co się dzieje, gdy w cieplejszej porze dokopiesz się pod śnieg i wsadzisz to w ziemię?
- Znajdą to wiewiórki i zjedzą?
- Na Zorzę, ile mnie czeka pracy! To jest nasiono, ekhm. Khy. Nasiono. W nim też jest twórcza moc Zorzy. Bo z niego może wyrosnąć całe drzewo, jeśli, ekhm, będą właściwe warunki. Ważne jest na przykład, niam, słońce.
- Eeee. - Kutik zmrużyła oczy z niedowierzaniem. - Niemożliwe. Wciskasz mi jakieś bzdury. Przecież to jest mniejsze niż nos zająca. Całe drzewo? Z tego czegoś? He, he!
Sii rzucił ze złością szyszką o stół.
- Jak mówię, khy, że całe, to całe. A niby skąd, według ciebie, wzięły się drzewa? Renifery sobie grupowo ulżyły po dużym posiłku?
Kutik się zadumała.
- Silla... ulepiła? Nie wiem, Sii! Pamiętaj, że ty żyjesz już bardzo długo, a całe moje życie przypadło na Czas Bladej Zorzy, czyli na brak Ciepłej Pory i sen drzew! Za mojego życia żadne nowe drzewo nie miało nawet jak się pojawić! Dopiero niedawno Śpiący Las stał się po prostu Lasem.
- Hmpf - prychnął Sii, wznosząc ręce do góry.
Potem uczyli się o gwiazdach. Kutik poszła po jajka do Czarnych Ptaków, zaniosła je do domostw na Tlate Hiin, położyła Aniju spać i pomogła Nariji z szyciem. A potem, kiedy na niebie był już Siarnaq, ale Paaliaq jeszcze nie wzeszedł, wybiegła z domu, żeby spotkać się z Sii na jednej z wysokich skał. Nie miała pojęcia, jak stary wróżbita zdołał się wdrapać po oblodzonym kamieniu tak wysoko, skoro ona, zanim wreszcie do niego dołączyła, spadła w śnieg ze trzy razy. Na szczęście Sii zapomniał ze sobą wziąć gałązkę do ssania, więc zamiast ciamkać i kaszleć, jedynie kaszlał. Wskazywał gwiazdy swoim kijem i mówił:
- To gwiazdozbiór Wieloryba, khy, khy. Widzisz? Tu ma ogon. A pod nim jest, ekhm, Łódź.
Kutik wpatrywała się w niebo, jakby widziała je po raz pierwszy. Nie miała pojęcia, że gwiazdy mogą tworzyć kształty i opowiadać historie.
- Niedźwiedzie mają o tym piękną, khy, khem, opowieść - ciągnął wróżbita. - Kiedy stał się świat, niebo było zupełnie gołe i nie wiedziało, ekhm, jak się ubrać. Popatrzyło więc w dół, khy, khy, na morze. Z góry widać było tylko ogromne rzeczy, takie jak największa łódź albo właśnie wieloryb. Niebo pozazdrościło morzu i gwiazdami narysowało sobie podobne kształty. I teraz morze zazdrościło niebu, więc zawirowało falą i stworzyło rybę jak gwiazda.
- Czyli wszystkie gwiazdozbiory mają coś wspólnego z wodą? - spytała.
- Prawie, khy - odparł Sii. - Tam, nad lasem, jest Ryba. Ten jasny zygzak, ekhm, to Fala. A tu jest najważniejszy dla wszystkich, którzy podróżują, właśnie Rozgwiazda.
- Rozgwiazda?
- Tak, to właśnie ta ryba, co ma gwiaździsty kształt. Ryba o kilku ramionach, khy, khy. Tam jest, widzisz? Wygląda jak krzyż. Pojawia się wcześnie i zawsze bardzo dokładnie wskazuje kierunek zachodni. Ekhm! Podobno jest taki czas, kiedy znika, bo blednie. Ale dzieje się to, ekhm, tylko raz na sto zwykłych lat, przy zaćmieniu księżyca.
- A co to jest zaćmienie?
- Mały księżyc przesłania duży i pojawia się na nim, khy, khy, jako cień. I niedługo ma się to wydarzyć. Jakoś po tegorocznym Dniu Zorzy.
Kiedy w końcu zeszli ze skały, Kutik była przemarznięta do szpiku kości, ale nawet tego nie zauważyła, bo szła, gapiąc się zachłannie w niebo.
Następnego dnia, gdy szukali porostów, złapali Ptasierza, który zresztą wcale się nie opierał, tylko dał się po prostu podnieść z ziemi. Mieszkańcy Tlate Hiin początkowo byli niezwykle podekscytowani Ptasierzami. Dzieci łapały je, żeby trzymać je w domu i się z nimi bawić (Ptasierze nie chciały się bawić). Czarne Ptaki próbowały z nimi rozmawiać (Ptasierze nie mówiły). Ludzie, niedźwiedzie i wilki czekali w napięciu, aż Ptasierze zaczną znosić jaja (Ptasierze nie znosiły żadnych jaj). W końcu, kiedy zjawiło się ich już tak dużo, że nie dało się wychylić nosa z domu, żeby jakiegoś nie spotkać, początkowy entuzjazm opadł i widok tych białych, milczących stad sprawiał, że wszyscy poczuli się trochę nieswojo.
Przynieśli ptaka do domu Sii i postawili go na stole, gdzie obojętnie stał, nie wykazując żadnej chęci ucieczki.
- Daj mu kawałek, khy, ryby - polecił Sii, ale ptak nawet nie odwrócił się w stronę jedzenia.
- Hej, Ptasierzu - powiedziała głośno Kutik, nachylając się do główki zwierzęcia. - Skąd przybywasz?
Ale Ptasierz w ogóle na nią nie spojrzał. Błyszczał za to niesamowitą bielą, tak że wydawało się, iż niemal oświetla ciemne pomieszczenie. Nie miał piór, tylko delikatną skórę, która bez wyraźnej granicy stopniowo stawała się twardym dziobem. Sii wziął go delikatnie za skrzydło i rozwinął je. Było duże, błoniaste, niemal przezroczyste, po rozłożeniu miało wielkość całej ręki wróżbity, na górze skrzydła były maleńkie pazurki, które wyglądały zupełnie niegroźnie. Kutik w końcu odważyła się delikatnie rozewrzeć dziób Ptasierza łyżką, bo jakoś nie chciała dotykać go dłonią. Pozwolił jej, dalej patrzył w dal - bezwolny i dziwaczny. Przyjrzała się dokładnie jego ostrym zębom. Po co komuś zęby, skoro ma dziób?
- Żeby chociaż kraknął - westchnęła Kutik.
- Coś mi się... coś mi się wydaje, ekhm, że gdzieś... gdzieś czytałem o czymś takim jak ten ptak - mruczał pod nosem Sii. - Czy nie uważasz, khy, khy, że on... pachnie morzem?
Kutik powęszyła nad Ptasierzem.
- Nie wiem... jak pachnie morze. Ale pachnie rybą i solą.
- No właśnie.
W końcu stwierdzili, że więcej się nie dowiedzą, i Kutik wyniosła Ptasierza na dwór, skąd obojętnie podreptał w dal, zostawiając na śniegu samotne ślady łapek.
Były to zdecydowanie fantastyczne dni, podczas których Kutik wreszcie miała wrażenie, że jej niespokojny umysł ma co robić, a jej ręce, zawsze gotowe do działania, naprawdę się przydają.
Niestety, miały się skończyć równie nagle, jak się zaczęły.
[...]