Strażnicy wrót (Tom 3). Strażnicy Wrót. Jaga i miasto magotechników - Maciej Rożen

Kup ebooka

25.99 zł
17.90 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

STARA BIEDA

Mira Mie­dzianka, pa­la­dynka z Ce­chu Spo­koju, wzbiła się do lotu na grzbie­cie swo­jego ja­strzę­bia. Me­cha­niczny ptak był cu­dem kunsztu ma­go­tech­nicz­nego. Zbu­do­wano go z uschnię­tych ga­łęzi, li­ści, kwia­tów, drob­nych mo­net i in­nych przy­pad­ko­wych ele­men­tów, które można było zna­leźć w parku.

Kim była ko­bieta zdolna wznieść się w po­wie­trze, do­sia­da­jąc mie­rzą­cego pół me­tra dra­pież­nika?

Róż­nie na nie wo­łano. Kra­sno­ludki, skrzaty, kra­śnięta, gnomy lub pod­ziomki. Trudno było zna­leźć w ca­łym ma­gicz­nym świe­cie rasę bar­dziej róż­no­rodną od tych nie­wiel­kich isto­tek. Skrzaty o śnia­dym ko­lo­rze skóry za­miesz­ki­wały po­łu­dnie Eu­ropy, ja­sno­włose i nie­bie­sko­okie - da­leką pół­noc. Były też skrzaty in­dyj­skie, mek­sy­kań­skie czy afry­kań­skie. Lu­biące świa­tło skrzaty na­ziemne, a na­wet pre­fe­ru­jące chłodny pół­mrok ja­skiń gnomy tu­ne­lowe. We Wro­cła­wiu można było spo­tkać je wszyst­kie. Od prze­szło ty­siąca lat po­łą­czone wspól­nym ce­lem, ja­kim było po­ma­ga­nie zwy­kla­kom. A gdy od­da­wały się re­ali­za­cji tej mi­sji, le­piej było nie wcho­dzić im w drogę.

Ja­strząb ener­gicz­nie ma­chał skrzy­dłami. Pióra mie­niły się strzę­pami ko­lo­ro­wej ga­zety, którą za­pewne wiatr wy­wiał z ko­sza na śmieci i po­niósł na miej­sce, w któ­rym Mira przy­wo­łała do ży­cia la­ta­ją­cego cho­wańca. Jeźdź­czyni i wierz­cho­wiec w kilka chwil wznie­śli się po­nad bu­dynki. Roz­ta­czał się stąd wspa­niały wi­dok na naj­bliż­szą oko­licę. Sku­pi­sko sze­ściu wy­se­pek na Od­rze. Od ty­siąca lat dom wro­cław­skich skrza­tów. To stąd rzą­dziły ca­łym mia­stem i dbały o bez­pie­czeń­stwo za­miesz­ku­ją­cych je nie­ma­gicz­nych lu­dzi.

Mira Mie­dzianka była dość wy­soka jak na skrzatkę, miała pięt­na­ście i pół cen­ty­me­tra wzro­stu. Ufar­bo­wane na zie­lono włosy wią­zała na ce­bulę i cho­wała pod spi­cza­stą czapką, czer­wień­szą od ja­rzę­biny w sierp­niu. Chro­niący ją przed wia­trem krótki ka­ftan spi­nały gu­ziki wy­ko­nane ze śru­bek i z na­krę­tek. Była to dawna tra­dy­cja, z cza­sów, kiedy kra­snale miesz­kały w do­mach zwy­kla­ków i wy­ko­ny­wały pro­ste prace w ich warsz­ta­tach. Lewe przed­ra­mię skrzatki opi­nała bran­so­leta z brązu. W me­tal opra­wione były prze­piękne ru­biny i szma­ragdy. Po­mię­dzy nimi w cen­tral­nym miej­scu znaj­do­wał się nie­po­zorny odła­mek gra­nitu. To w nim drze­mała praw­dziwa siła. Miesz­kał tam oso­bi­sty de­mon stróż Miry. Spę­tany ru­nicz­nymi wię­zami, wy­ko­ny­wał wszyst­kie po­le­ce­nia pa­la­dynki.

Ja­strząb zła­pał ko­rzystny wiatr i sko­ry­go­wał kurs zgod­nie z wolą swo­jej pani. Po­mknęli w stronę Sta­rego Mia­sta. Le­cieli ni­sko po­nad bu­dyn­kami, bez stra­chu, że ich obec­ność za­nie­po­koi zwy­kłych lu­dzi. Unie­moż­li­wiała to aura nie­istot­no­ści, którą naj­lepsi ma­go­tech­nicy z La­ta­ją­cego Uni­wer­sy­tetu roz­cią­gnęli nad ca­łym Wro­cła­wiem. Spra­wiała ona, że wszyst­kie zja­wi­ska nad­na­tu­ralne, ta­kie jak obec­ność du­chów, kra­sno­lud­ków, de­mo­nów, wy­da­wały się lu­dziom zbyt nie­istotne, by za­wra­cać so­bie nimi głowę.

Mira prze­mknęła nad ki­pią­cym ży­ciem Ryn­kiem. Tu­ry­ści mie­szali się tu z miesz­kań­cami. A po­mię­dzy ludźmi prze­cha­dzały się skrzaty za­jęte swo­imi spra­wami. Nikt nie zwra­cał na nie uwagi. Je­śli już ktoś spoj­rzał na przed­sta­wi­cieli ma­łego ludku, to wy­da­wało mu się, że pa­trzy na mi­nia­tu­rowe po­mniki, fi­gurki z brązu, się­ga­jące naj­wy­żej do po­łowy łydki. Tak wła­śnie nie­ma­giczni lu­dzie po­strze­gali krę­cące się po Wro­cła­wiu kra­sno­ludki.

- Praw­dziwe piękno można do­ce­nić do­piero z lotu ptaka - za­gad­nęła Mira, po­dzi­wia­jąc ko­lo­rowe ka­mie­nice ota­cza­jące Ry­nek i tań­czące na ich szy­bach złote re­fleksy świa­tła. - Mu­sisz kie­dyś po­le­cieć ze mną.

Nie mó­wiła do ja­strzę­bia. Ten był wspa­nia­łym wierz­chow­cem, ale mar­nym roz­mówcą. Wy­ko­ny­wał je­dy­nie po­le­ce­nia jeźdźca. Słowa były skie­ro­wane do Lulu Okori. Skrzatki z Ce­chu Obie­ży­świa­tów.

- Dzię­kuję, ale w zu­peł­no­ści wy­star­cza mi kula da­le­ko­wi­dze­nia. - W gło­wie Miry roz­legł się cie­pły głos Lulu. Po­brzmie­wała w nim nuta smutku. Na­wi­ga­torka cier­piała na lęk prze­strzeni. Ogra­ni­czała więc prze­by­wa­nie na dwo­rze do mi­ni­mum. Mimo to rze­tel­nie wy­wią­zy­wała się ze swo­ich obo­wiąz­ków. W trak­cie mi­sji zaj­mo­wała sta­no­wi­sko w wieży ob­ser­wa­cyj­nej przy­le­ga­ją­cej do głów­nego gma­chu Ce­chu Spo­koju. Stam­tąd za­pew­niała wspar­cie astralne dla ca­łej dru­żyny. Nie­kiedy inne kra­sno­ludki żar­to­wały z niej so­bie, mó­wiąc: "Jak praw­dziwa księż­niczka" Albo: "Czy wi­dzisz w tej kuli księ­cia, który wy­cią­gnie cię z two­jej ciem­nicy?".

Lulu, która bar­dzo spraw­nie po­ru­szała się w polu astral­nym, w ta­kiej sy­tu­acji prze­sy­łała dow­cip­ni­siom wiązkę uczuć, które przy­wo­dziły na myśl od­głos zgrzy­ta­nia wi­delca po ta­le­rzu. Ofiara ataku my­ślo­wego nie mo­gła nic zro­bić, by uci­szyć nie­zno­śny dźwięk w gło­wie. Taka była cena drwin z na­wi­ga­torki.

Mira była jed­nak wy­jąt­kiem.

- Przy­wiążę cię kie­dyś do mo­jego ja­strzę­bia i zmu­szę do lotu, je­śli bę­dzie trzeba - za­gro­ziła zie­lo­no­włosa skrzatka. - Po­tem mi po­dzię­ku­jesz.

- Chcia­ła­bym to zo­ba­czyć!

Szy­bu­jąca na ja­strzę­biu kra­snalka za­śmiała się, sły­sząc ri­po­stę. Przez lata wspól­nej służby przy­zwy­cza­iła się do cię­tego ję­zyka skry­tej w wieży to­wa­rzyszki.

Lulu miała po­sturę za­pa­śniczki. Może nie wy­cho­dziła na dwór zbyt czę­sto, by jed­nak utrzy­mać formę, co­dzien­nie wspi­nała się na wieżę ob­ser­wa­cyjną z do­dat­ko­wym ob­cią­że­niem. Dla skrzatki, która mie­rzyła tyle, ile sto­pień scho­dów, była to so­lidna za­prawa.

Ja­strząb po­ko­nał prze­strzeń nad Ryn­kiem i od­bił w prawo nad plac Solny. Wy­ko­rzy­stu­jąc ko­rzystny prąd po­wie­trza, wzbił się nieco wy­żej, tak by jego pani mo­gła obej­rzeć te­ren w dole. Plac w prze­ci­wień­stwie do Rynku świe­cił pust­kami. Kiedy tylko ja­kiś zwy­klak zbli­żał się do niego, sta­wał sko­ło­wany, a po chwili za­wra­cał. To skrzaty z Ce­chu Spo­koju roz­cią­gnęły nad pla­cem nie­prze­kra­czalną ba­rierę. Do lu­dzi miesz­ka­ją­cych w po­bli­skich ka­mie­ni­cach wy­słano szep­tu­chy, du­chy, które skło­niły ich do uda­nia się do in­nej czę­ści mia­sta. Te­ren byt chwi­lowo we wła­da­niu kra­sno­lud­ków.

Na sa­mym środku placu znaj­do­wał się po­wód ca­łego za­mie­sza­nia. Obiekt co chwila zmie­niał kształt. Raz był no­wiut­kim zwy­kla­ko­wym sa­mo­cho­dem, to znowu gry­fim dy­li­żan­sem. Mru­gnię­cie oczu i zmie­niał się w skrzy­nię pełną złota lub ma­giczny miecz.

- Ko­niec tej za­bawy, de­mo­nie! - za­wo­łał w dole pa­la­dyn do­wo­dzący od­dzia­łami szyb­kiego re­ago­wa­nia. Dwa tu­ziny skrza­tów w cięż­kich ru­cho­mych straż­ni­cach wy­zna­czały okrąg o pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu me­trów. Po­mię­dzy nimi stały cho­wańce uzbro­jone w runy szczę­ścia i po­myśl­no­ści. W po­wie­trzu Ja­strzę­bia Gwar­dia szy­bo­wała na me­cha­nicz­nych pta­kach i do­my­kała szczel­nie kor­don. Nieco da­lej z tyłu cze­kała grupa klą­twia­rzy, go­to­wych na sy­gnał, że mogą wkro­czyć do ak­cji.

- Bie­rzemy się do pracy - zwró­ciła się Mira do na­wi­ga­torki. - Po­każ pole ra­że­nia klą­twy i wy­tycz bez­pieczny tor lotu w dół.

Przy po­mocy kuli da­le­ko­wi­dze­nia Lulu prze­jęła kon­trolę nad wzro­kiem zie­lo­no­wło­sej skrzatki. Zwy­kły ob­raz mia­sta w dole się od­mie­nił. Te­raz w po­wie­trzu uno­siła się mgła. Od razu można było się zo­rien­to­wać, że nie jest to zwy­kłe zja­wi­sko. Ob­łok miał nie­przy­jemny si­no­fio­le­towy ko­lor i po­mimo wia­tru tkwił w miej­scu. Wo­kół ska­żo­nej prze­strzeni roz­lo­ko­wała się już go­towa do ak­cji ekipa z Ce­chu Spo­koju. Cze­kała tylko na przy­by­cie Miry Mie­dzianki z Wy­działu Wróżb.

Ja­strząb za­pi­ko­wał, na­bie­ra­jąc bły­ska­wicz­nie pręd­ko­ści. Od pędu serce Miry za­biło szyb­ciej. Głowę po­chy­liła tak ni­sko, że prak­tycz­nie wtu­liła się w grzbiet po­wietrz­nego wierz­chowca, a nogi w jeź­dziec­kich bu­tach wbiła moc­niej w strze­miona. Koń­cówki ka­ftana i czu­bek czer­wo­nej cza­peczki za­ło­po­tały. Cho­wa­niec w ostat­niej chwili roz­ło­żył skrzy­dła i wy­ha­mo­wał, po czym spraw­nie wy­lą­do­wał na kra­wę­dzi że­liw­nego ko­sza na śmieci.

- Ko­niec służby - wy­szep­tała skrzatka. Kiedy tylko te słowa wy­brzmiały, moc sca­la­jąca uskrzy­dlo­nego cho­wańca zga­sła. Ru­pie­cie, z któ­rych stwór po­wstał, roz­sy­pały się i wpa­dły pro­sto do ko­sza na śmieci. W po­wie­trzu na wy­so­ko­ści ręki Miry uno­siła się płytka z brązu. Kra­snalka zła­pała ją i płyn­nym ru­chem scho­wała do kie­szeni. Pod pal­cami wy­czuła ka­wa­łek kwarcu opra­wiony w brąz. W ka­mie­niu miesz­kał upiór zwią­zany z ży­wio­łem po­wie­trza. To on ste­ro­wał uskrzy­dlo­nym cho­wań­cem. Same skrzaty nie po­tra­fiły po­słu­gi­wać się cza­rami. Jed­nak ich ma­go­tech­nicy już setki lat temu wy­my­ślili, jak za­prząc do pracy istoty ete­ryczne.

Mira ru­szyła ener­gicz­nym kro­kiem ku sta­no­wi­sku do­wo­dze­nia. Jeź­dziec­kie buty stu­kały mia­rowo o bruk. Cho­ciaż dzie­liło ją od celu za­le­d­wie kil­ka­na­ście me­trów, przy jej wzro­ście po­ko­na­nie tego dy­stansu za­jęło dłuż­szą chwilę. Mi­jane po dro­dze ławki zwy­kla­ków i ich smro­dliwe sa­mo­chody gó­ro­wały nad nie­wielką skrzatką. Pa­la­dynce jed­nak to nie prze­szka­dzało. Kra­sno­ludki, przy­zwy­cza­jone od wie­ków do ży­cia w do­mach lu­dzi, do­brze się czuły w ta­kim oto­cze­niu.

W po­ło­wie drogi mię­dzy śmiet­ni­kiem a stra­ga­nami z kwia­tami cze­kała na nią druga po­łowa ich ze­społu, To­máš Svo­boda oraz Lu­dwik Za­po­mniany. Obaj byli sze­re­go­wymi rat­ni­kami, jak zwy­cza­jowo w świe­cie ma­gii na­zy­wano obroń­ców miru do­mo­wego, czyli straż­ni­ków po­rządku.

Spe­cy­ficzna była to para. To­máš, gnom wy­na­lazca i ma­go­tech­nik, był po­dob­nego wzro­stu co reszta kra­sno­lud­ków, jed­nak ciało miał bar­dziej krępe. Ze skórą o bar­wie ziemi, z rzadką szcze­ciną na gło­wie i rów­nie rzadką brodą przy­wo­dził na myśl wło­cha­tego ziem­niaka. Do wro­cław­skich skrza­tów do­łą­czył osiem de­kad temu. Było to o tyle zdu­mie­wa­jące, że gnomy nie­zwy­kle rzadko chciały mieć do czy­nie­nia ze swo­imi świa­tło­lub­nymi ku­zy­nami. Jesz­cze dziw­niej­sze było to, że mu na to po­zwo­lono.

To­máš stał tuż obok sta­lo­wego skrzata. Lu­dwik Za­po­mniany prze­wyż­szał o głowę wszyst­kie po­zo­stałe kra­sno­ludki. Jego ciało było wy­kute z pre­cy­zją. Twórca za­dbał na­wet o ta­kie szcze­góły, jak zmarszczki na po­zba­wio­nej za­ro­stu czę­ści twa­rzy czy fałdki na stoż­ko­wa­tej czapce. Z ty­po­wym wi­ze­run­kiem skrzata nie zga­dzały się je­dy­nie brak mi­miki i dwa otwory za­miast oczu. W kłę­bią­cej się w nich ciem­no­ści czuło się ja­kąś świa­do­mość. To wy­wo­ły­wało dys­kom­fort.

- Svo­boda, Za­po­mniany, cie­szę się, że was wi­dzę - przy­wi­tała się Mira.

- Czar­no­wi­dze w kom­ple­cie. - Ze szcze­liny wy­cię­tych w me­talu ust Lu­dwika wy­do­był się dźwięk przy­po­mi­na­jący świst wia­tru w uchy­lo­nym oknie.

Za­po­mniany był du­chem. Pięć wie­ków temu w trak­cie Smo­czej Wojny stra­cił ciało. Przy­łą­czył się do po­dob­nych so­bie bez­cie­le­snych włó­częg i za­miesz­kał w Gar­ni­zo­nie Du­chów przy ulicy Par­ko­wej. Przez setki lat był wy­wo­ły­wany je­dy­nie, gdy Wro­cła­wiowi gro­ziło wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo. To tam wy­grze­bał go To­máš i zbu­do­wał dla niego cho­wańca. Więk­szość wspo­mnień z cza­sów, kiedy Lu­dwik miał ciało z krwi i ko­ści, za­tarło się w jego umy­śle. Nie pa­mię­tał na­wet swo­jego ro­do­wego przy­domka. Dla­tego wła­śnie wo­łano na niego Za­po­mniany.

- Ma­cie ją? - Mira za­darła głowę, spo­glą­da­jąc bez lęku w dwa otwory na me­ta­lo­wej twa­rzy. - Czy to bieda?

- Tak - po­twier­dził Lu­dwik. - Lulu, mia­łaś ra­cję - do­dał, kie­ru­jąc te słowa do nie­obec­nej cia­łem na­wi­ga­torki.

- Gdyby bieda była bar­dziej wstrze­mięź­liwa, może uda­łoby się jej unik­nąć wy­kry­cia - ode­zwała się bez­po­śred­nio w umy­słach skrza­tów Lulu Okori. Od kilku dni śle­dziła szlak nie­szczęść, które de­mo­nica zsy­łała na zwy­kla­ków i bar­dzo nie­liczne istoty ma­giczne miesz­ka­jące we Wro­cła­wiu.

Troje kra­sno­lud­ków we­szło po­mię­dzy stra­gany z kwia­tami. Tam w cie­niu drzew, tuż obok fon­tanny, roz­lo­ko­wał się od­dział sztur­mowy. Wszyst­kie co do jed­nego bar­czy­ste i umię­śnione skrzaty i skrzatki. Nikt jed­nak nie prze­wyż­szał wzro­stem Lu­dwika.

- Ka­zi­mira Mie­dzianka - przy­wi­tał się do­wódca. - Bądź po­zdro­wiona, pa­la­dynko.

- Wy­star­czy Mira - po­pra­wiła go skrzatka.

Wi­dać było, że pa­la­dyn do­wo­dzący sztur­mow­cami czuje się nie­swojo w to­wa­rzy­stwie przy­by­łej trójki. Była to czę­sta re­ak­cja na po­ja­wie­nie się czar­no­wi­dzów z Wy­działu Wróżb. For­mal­nie byli czę­ścią Ce­chu Spo­koju, który we Wro­cła­wiu od­po­wia­dał za bez­pie­czeń­stwo wszyst­kich kra­sno­lud­ków i zwy­kla­ków. Ale czar­no­wi­dze cha­dzali wła­snymi ścież­kami. I nie od­po­wia­dali przed ni­kim poza mi­strzy­nią ce­chową.

Nie­zręczna ci­sza zo­stała prze­rwana przez trzech po­że­ra­czy klątw, któ­rzy po­wo­ły­wali do ży­cia cho­wańca. Ma­go­tech­niczny twór dzier­żył w me­ta­lo­wej dłoni łań­cuch za­koń­czony krysz­ta­ło­wym wa­ha­deł­kiem. Je­den ze skrza­tów trzy­mał bliź­nia­czy przed­miot.

Cho­wa­niec wszedł w okrąg wy­zna­czony przez runy szczę­ścia. Nie­sione przez niego wa­ha­dło za­częło mo­men­tal­nie wi­ro­wać, wpra­wia­jąc w ruch to dru­gie.

- Czter­dzie­ści dzie­więć me­trów do biedy. Dwa nie­szczę­ścia pierw­szego stop­nia na go­dzinę. Po­ziom ro­śnie - od­czy­tał siłę pro­mie­nio­wa­nia je­den z po­że­ra­czy klątw. Zna­czyło to, że każ­demu, kto po­stałby przez go­dzinę na miej­scu cho­wańca, w naj­bliż­szym cza­sie na pewno przy­da­rzą się dwa nie­szczę­śliwe wy­padki.

Mira przy­glą­dała się skrza­tom z od­działu po­że­ra­czy klątw z dziwną in­ten­syw­no­ścią. For­mal­nie nie na­le­żały do Ce­chu Spo­koju. W jed­nym roz­po­znała aka­de­mika z Ce­chu Cie­ka­wo­ści. Wiele lat temu stu­dio­wali ra­zem na La­ta­ją­cym Uni­wer­sy­te­cie. Dwa po­zo­stałe mo­gły na­le­żeć do Ce­chu Rów­no­wagi, z któ­rego wy­wo­dzili się naj­lepsi bu­dow­ni­czo­wie i ar­chi­tekci. Praca po­że­ra­czy klątw wy­kra­czała poza stan­dar­dowe umie­jęt­no­ści Ce­chu Spo­koju. Wy­ma­gała zna­jo­mo­ści ar­te­fak­tów, bie­gło­ści w ob­li­cze­niach, cier­pli­wo­ści i wie­dzy ma­go­tech­nicz­nej, któ­rej za­zwy­czaj bra­ko­wało krew­kim obroń­com miru do­mo­wego. Dla­tego chęt­nie ko­rzy­stano z po­mocy człon­ków in­nych ce­chów. Ma­wiano, że je­dy­nie sza­leńcy go­dzili się na tę współ­pracę i do­łą­czali do od­działu po­że­ra­czy klątw.

- Czter­dzie­ści me­trów. Po­ziom nie­szczę­ścia cztery klą­twy trze­ciego stop­nia na go­dzinę. - Skrzat od­czy­ty­wał na­tę­że­nie pro­mie­nio­wa­nia. W jego gło­sie było sły­chać zdu­mie­nie. Nie­szczę­ście trze­ciego stop­nia mo­gło ozna­czać na przy­kład zła­ma­nie nogi w biały dzień na su­chej i gład­kiej na­wierzchni. Na­wet jedno nie­szczę­ście tego ka­li­bru na ty­dzień było wy­so­kim wy­ni­kiem. - Trzy­dzie­ści pięć me­trów. Jedno nie­szczę­ście pią­tego stop­nia na ty­dzień. Trzy­dzie­ści me­trów... - Skrzat nie do­koń­czył od­czytu.

Cho­wa­niec za­plą­tał się we wła­sne nogi, a upa­da­jąc, roz­le­ciał na ka­wałki pod wpły­wem zgro­ma­dzo­nego nie­szczę­ścia. Mira gwizd­nęła z wra­że­nia. Dawno tak po­tężny szko­dzi­ciel nie do­stał się do Wro­cła­wia.

We­dług Lulu Okori szlak pe­cho­wych zda­rzeń wy­ty­czony przez biedę za­czy­nał się tuż przy wyj­ściu z Dworca po Dru­giej Stro­nie Lu­stra. Praw­do­po­dob­nie de­mon do­stał się do mia­sta pod po­sta­cią mo­nety. Ni­czego nie­świa­domy zwy­klak mu­siał za­pła­cić nią za trans­port. A po­tem bieda prze­cho­dziła z rąk do rąk. Zmie­niała formę, tak by bu­dzić jak naj­więk­sze po­żą­da­nie ko­lej­nych ofiar. Mo­gła przy­brać po­stać nie­zwy­kłego przed­miotu, ta­kiego jak la­ta­jący dy­wan czy Lampa Prawdy, albo stać się czymś cał­ko­wi­cie zwy­czaj­nym: ce­głą, ryl­cem do po­pra­wia­nia ru­nów, wi­del­cem w re­stau­ra­cji lub książką na ławce w parku.

Do­póki była w obiegu, za­gra­żała je­dy­nie temu, kto ją no­sił. Te­raz - osa­czona przez rat­ni­ków i oto­czona ru­nami szczę­ścia - ziała pe­chem na kil­ka­dzie­siąt me­trów do­okoła sie­bie. Taki me­cha­nizm obronny.

Po­że­ra­cze klątw wy­pu­ścili z klatki istotę przy­po­mi­na­jącą prze­ro­śnię­tego kreta, o sza­rej, po­marsz­czo­nej skó­rze i nie­mal bia­łych oczach. Istota po­ru­szała się na tyl­nych ła­pach, a jej spi­cza­sty nos czuj­nie wę­szył.

Był to szar­lej, ży­jący w ko­pal­niach stwór, który roz­ta­czał wła­sną aurę pe­cha i za­ra­żał nim na­po­tka­nych w sztolni gór­ni­ków. Miał więc na­tu­ralną od­por­ność na zsy­łane nie­szczę­ście.

W przed­nich ła­pach niósł skrzy­nię wy­kutą z wa­pie­nia wy­do­by­tego w gó­rze Ślęży. Ta skała miała wielką moc. Była ide­al­nym no­śni­kiem dla wszyst­kich istot ma­gicz­nych.

Noz­drza szar­leja roz­sze­rzyły się, wcią­ga­jąc za­pach biedy. Stwór ru­szył w kie­runku osa­czo­nej de­mo­nicy. Ta mio­tała się na wszyst­kie strony. Zmie­niała formę. Przy­bie­rała naj­bar­dziej ku­szące kształty. Szar­lej był co­raz bli­żej. Bieda w ak­cie de­spe­ra­cji zgro­ma­dziła wszyst­kie siły. Prze­biła się przez ba­rierę ochronną wy­ty­czoną przez runy po­myśl­no­ści. Jej ete­ryczne macki za­pu­ściły się w umy­sły pró­bu­ją­cych ją zła­pać kra­sno­lud­ków. Szu­kała pra­gnień i nie­speł­nio­nych ma­rzeń.

- Przyjdź­cie do mnie, a wszystko może być wa­sze - szep­tała.

Mira po­czuła za­wrót głowy. Znak, że bieda do­pa­dła i ją. Z każdą zmianą kształtu de­mo­nicy zsy­łane przez nią ob­razy wy­wo­ły­wały co­raz sil­niej­sze emo­cje.

Ława w auli na La­ta­ją­cym Uni­wer­sy­te­cie z cza­sów, kiedy Mira na­le­żała jesz­cze do Ce­chu Cie­ka­wo­ści.

Ete­ryczne la­bi­rynty, gra, którą oj­ciec wkła­dał jej pod po­duszkę, tak by córka mo­gła je po­ko­ny­wać we śnie. Ca­ło­wał ją w czoło i mó­wił: "Pro­duk­tyw­nych snów, Ka­zi­miro".

Mo­stek Cza­row­nic na ulicy Szew­skiej, mło­dziutka kra­snalka trzyma za rękę tatę, a ten tłu­ma­czy jej, na czym po­lega praca po­że­ra­cza klątw.

Ta ostat­nia wi­zja spra­wiła, że zie­lo­no­wło­sej skrzatce szyb­ciej za­biło serce. Nie wi­działa taty już od tak wielu lat, od­kąd pod­czas za­da­nia dla Ce­chu Spo­koju sprawy wy­mknęły się spod kon­troli. A prze­cież te­raz stał po­środku placu Sol­nego. Wy­star­czyło tylko po­dejść i wziąć go za rękę.

Mira ru­szyła przed sie­bie. Z każ­dym kro­kiem zbli­żała się do ba­riery ta­mu­ją­cej szko­dliwe pole pe­cha.

- Mira! Co się dzieje?! - krzy­czała Lulu w gło­wie skrzatki. - Svo­boda, Za­po­mniany! Moja kula za­re­je­stro­wała duży skok ska­żo­nej ma­gii.

Żadne z czar­no­wi­dzów nie od­po­wia­dało. Na­wet za­klęty w me­ta­lo­wym cho­wańcu duch Lu­dwika. Wszy­scy, spę­tani dro­gimi swo­jemu sercu ob­ra­zami, po­su­wali się do przodu.

Na­gle Mira jęk­nęła za­sko­czona. Bran­so­leta z brązu na le­wym przed­ra­mie­niu pul­so­wała czer­wie­nią. To za­klęty w niej de­mon po­bie­rał ener­gię z ru­bi­nów i oto­czył pa­la­dynkę ochron­nym za­klę­ciem. Wi­zja taty sto­ją­cego na wy­cią­gnię­cie ręki roz­trza­skała się ni­czym ude­rza­jąca o bruk szyba.

- Czy ktoś mnie sły­szy? - ko­lejny raz ode­zwała się w jej gło­wie na­wi­ga­torka. Nie oka­zy­wała pa­niki. - Wpro­wa­dzam pro­ce­dury awa...

- Tu Mira - prze­rwała jej skrzatka. Mó­wiła nie­przy­tom­nym gło­sem. Po­wio­dła wzro­kiem po placu Sol­nym. Jej umysł jed­nak szybko po­zby­wał się resz­tek de­mo­nicz­nego wpływu. Kra­snalka po­trzą­snęła głową. - To bieda prze­biła ba­rierę szczę­ścia i spę­tała wszyst­kich... - Mira Mie­dzianka umil­kła na mo­ment, zo­ba­czyła, że pa­la­dyn do­wo­dzący od­dzia­łem szyb­kiego re­ago­wa­nia ma­cha do niej ręką.

Je­dy­nie Mira i drugi pa­la­dyn, chro­nieni przez wy­jąt­kowo po­tęż­nych de­mo­nicz­nych stró­żów, wy­rwali się spod wpływu ska­żo­nych cza­rów. Reszta kra­sno­lud­ków na placu Sol­nym szła bez­wol­nie w kie­runku prze­klę­tego ar­te­faktu. Jesz­cze mo­ment, a wejdą na te­ren na­pro­mie­nio­wany pe­chem.

"Mu­simy dzia­łać szybko" - do­tarło do zie­lo­no­wło­sej pa­la­dynki.

Do­tknęła bran­so­lety na le­wym przed­ra­mie­niu.

- Lo­dowa rzeka! - krzyk­nęła, przy­wo­łu­jąc za­klę­tego w ar­te­fak­cie de­mona. Ru­biny ota­cza­jące ma­leńki gra­nit roz­bły­sły. Kra­snalka wy­ce­lo­wała dłoń w kostkę bruku na placu. Kilka cen­ty­me­trów od ręki Miry ufor­mo­wała się błę­kitna kula. Try­snął z niej lód, który mo­men­tal­nie za­czął po­kry­wać na­wierzch­nię. - Do­pil­nuj, by lo­dowy pier­ścień oto­czył cały te­ren wo­kół biedy - roz­ka­zała. Po­czuła gniew bi­jący z gra­nitu. Wię­ziony we­wnątrz de­mon za­wsze tak re­ago­wał, kiedy runy wy­ryte w bran­so­le­cie zmu­szały go do dzia­ła­nia.

Ta­fla lodu sta­nęła skrza­tom na dro­dze. Była tak śli­ska, że każdy, kto po­sta­wił na niej stopę, mo­men­tal­nie tra­cił rów­no­wagę. Drugi skrzat, który uwol­nił się spod wpływu biedy, w mig zro­zu­miał po­mysł Miry. Roz­ka­zał wła­snemu de­mo­nowi, by ten przy­wo­łał wi­cher. Dwa czary oka­zały się wy­star­cza­jącą za­porą. Kra­sno­ludki z Ce­chu Spo­koju z hu­kiem wa­liły się na zie­mię. Już po chwili aria po­ję­ki­wań i krzy­ków bólu po­wie­działa Mi­rze, że plan się po­wiódł. Tylko je­den skrzat za­szedł tak da­leko, że skrę­cił so­bie nogę w ko­stce od nad­miaru pe­cha.

Zie­lo­no­włosa kra­snalka zer­k­nęła na śro­dek placu. W cza­sie ak­cji ra­tun­ko­wej szar­lej, wy­słany przez po­że­ra­czy klątw, po­ko­nał nie­mal całą drogę. Kiedy dzie­liło go od biedy za­le­d­wie kilka kro­ków, de­mo­nica zmie­niła się w małą mo­netę z brązu. Przed­miot wy­glą­dał na bar­dzo stary. Mógł mieć kilka se­tek lat.

Kre­to­po­dobny stwór po­chy­lił się nad ska­żo­nym ar­te­fak­tem. Przed­nie łapy uzbro­jone w dłu­gie pa­zury przez chwilę mę­czyły się z pod­nie­sie­niem mo­nety. Kiedy wresz­cie to się udało, szar­lej umie­ścił ją w wa­pien­nej skrzyni, za­mknął wieko i za­ci­snął ru­niczne klamry. Po­że­ra­cze klątw bez po­śpie­chu wy­słali ko­lej­nego cho­wańca z wa­ha­deł­kiem, by spraw­dzić na­tę­że­nie nie­szczę­ścia na placu.

- Czy­sto! - za­ko­mu­ni­ko­wał je­den z si­wo­wło­sych kra­sno­lud­ków.

- O jedną za­razę mniej - za­wy­ro­ko­wał Lu­dwik Za­po­mniany. Duch w pan­ce­rzu był nie­prze­jed­nany, kiedy na ich dro­dze sta­wała ja­ka­kol­wiek istota ete­ryczna. Z cza­sów, kiedy jesz­cze miał ciało, za­cho­wał strzępy wspo­mnień o bi­twie. Zbun­to­wane du­chy wy­stą­piły prze­ciwko kra­sno­lud­kom. Mira po­dej­rze­wała, że je­den z nich opę­tał ciało Lu­dwika i wy­gnał z niego pra­wo­wi­tego wła­ści­ciela.

Sze­fowa czar­no­wi­dzów ski­nęła głową. Do­brze wie­działa, jaki los czeka biedę. Tre­se­rzy z Ce­chu Spo­koju da­dzą de­mo­nicy tro­chę czasu na zro­zu­mie­nie no­wej sy­tu­acji. Może z dzie­sięć lat po­trzy­mają ją za­mkniętą w wa­pie­niu. Po czym złożą jej pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia: dwa­dzie­ścia pięć de­kad w służ­bie mia­sta w za­mian za wol­ność. I ko­lejny ma­giczny szko­dzi­ciel wy­ko­rzy­sta swoje moce na chwałę Wro­cła­wia.

Do ak­cji wkro­czył od­dział czy­ści­cieli. Spry­skali kostki bru­kowe placu pły­nem ze skon­cen­tro­wa­nej czte­ro­list­nej ko­ni­czyny.

Człon­ko­wie Ce­chu Spo­koju pod­cho­dzili do zie­lo­no­wło­sej pa­la­dynki. Sa­lu­to­wali jej i ki­wali z uzna­niem głową.

- Do­bra ro­bota - mó­wili.

- Ura­to­wa­łaś nas.

- Ci czar­no­wi­dze nie są tacy źli.

Mira przyj­mo­wała te wy­razy wdzięcz­no­ści z uśmie­chem i ści­skała wy­cią­ga­jące się ku niej ręce. My­ślami była jed­nak zu­peł­nie gdzie in­dziej. Po­ja­wie­nie się ma­gicz­nej istoty nie­po­ko­iło drobną skrzatkę. Od lat nie sły­szała, by tak po­tężną biedę od­kryto gdzie­kol­wiek w Eu­ro­pie. Mo­głaby się za­ło­żyć, że to nie przy­pa­dek.

Uchwy­ciła spoj­rze­nie To­máša i wska­zała na po­że­ra­czy klątw. Gnom w mig po­jął, o co cho­dzi sze­fo­wej. Pod­szedł do kra­sno­lud­ków ubra­nych w ochronne far­tu­chy. Te spa­ko­wały wa­pienną skrzy­nię do więk­szej. Tak za­bez­pie­czony ar­te­fakt za­nio­sły na la­ta­jący dy­wan. Już się zbie­rały do od­lotu, kiedy To­máš je za­trzy­mał.

- Nie leć­cie z tym do tre­se­rów. Tylko do ma­go­tech­ni­ków z uni­wer­sy­tetu - po­le­cił gnom. A kiedy trans­por­towy dy­wan wzniósł się w po­wie­trze, pod­szedł do zie­lo­no­wło­sej pa­la­dynki. - Czy chcesz coś prze­ka­zać na­szym ko­le­gom na­ukow­com? - za­py­tał.

Skrzatka od­pro­wa­dziła wzro­kiem dy­wan zni­ka­jący za li­nią ka­mie­nic.

- Niech spraw­dzą, czy ta mo­neta nie cuch­nie smo­czą aurą - po­pro­siła To­máša. - Po­winni mieć jesz­cze ja­kąś smo­czą wróżkę za­klętą w bursz­ty­nie.

To­máš po­dra­pał się po rzad­kiej szcze­ci­nie.

- Coś mi mówi, sze­fowo, że twój cie­kaw­ski nos zwę­szył ja­kąś grub­szą aferę.

Stwier­dze­nie gnoma nie było wcale da­le­kie od prawdy. Ostat­nio krą­żyło wiele plo­tek o rze­ko­mym od­ro­dze­niu się smo­ków. Po­dobno żyły na Księ­życu. Po­dobno knuły, by wró­cić na Zie­mię i ob­jąć ją z po­wro­tem we wła­da­nie. In­tu­icja pod­po­wia­dała Mi­rze, że jesz­cze nie­dawno brą­zowa mo­neta bieda spo­czy­wała w skarbcu któ­re­goś z pra­sta­rych ga­dów.

Pół­tora roku temu świat obie­gła wieść o wid­mo­wym smoku schwy­ta­nym w Kra­ko­wie przez czar­no­księż­nika Jana Twar­dow­skiego. Od tego czasu na wszyst­kich kon­ty­nen­tach dawni zwo­len­nicy smo­ków pod­no­sili głowy, łby i ete­ryczne macki. Co­raz wię­cej sły­szało się o Dra­go­nach, taj­nej or­ga­ni­za­cji, która siała za­męt na ca­łym świe­cie. Po­dobno jej człon­ko­wie dzia­łali w imie­niu pra­sta­rych ga­dów.

Wszystko to było bar­dzo nie­po­ko­jące, a do głów­nych obo­wiąz­ków Wy­działu Wróżb na­le­żało wła­śnie nie­po­ko­je­nie się. Od rana do wie­czora Mira i reszta pra­cu­ją­cych tam skrza­tów za­mar­twiali się za­gro­że­niami, które czy­hały poza mia­stem.

Dla­tego na­zy­wano ich czar­no­wi­dzami.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki