Strażnicy Nirgali 3 Korona Mandalich - Agnieszka Wojdowicz

Reflow text when sidebars are open.
Maite nie odstępowała nieprzytomnego Eryka, a kiedy po pięciu dniach podróży u chłopaka nie nastąpiła żadna poprawa, zdecydowała, że zawiezie go do rodzinnej wioski. Trupa Felisy przemierzała pogórze Centralnego Masywu i zatrzymywała się w góralskich osadach, żeby dawać przedstawienia. Byli mistrzami cyrkowych sztuczek, a w widzach wzbudzali entuzjazm i niekłamany zachwyt. Początkowo nie zamierzali wstępować do Oseny. Okazało się jednak, że to niedaleko zaplanowanej trasy, zgodzili się więc pójść dziewczynie na rękę. Gdy dotarli na miejsce, rozbili obóz w lesie. Ponieważ było jeszcze wcześnie, świeciło piękne słońce i mróz osłabł, Maite udała się do wsi.
Droga przecinająca Osenę była szeroka i starannie odśnieżona. Mieszkańcy krzątali się w zagrodach, a dzieci, przekrzykując się i przekomarzając, obrzucały się śnieżkami i ścigały się na sankach. Dziewczyna stanęła przy dwóch kobietach, plotkujących przy ogrodzeniu zamożnie wyglądającego domu, i spytała o rodzinę Eryka. Obie zgodnie pokazały zagrodę w sąsiedztwie.
Z wahaniem spojrzała na góralską chatę. Nie była okazała; drewniana, pokryta pobieloną śniegiem strzechą. W przydomowym ogródku rosły róże, które gospodarze otulili słomianymi chochołami. Z tyłu znajdowały się budynki gospodarcze: drewutnia, owczarnia i stodoła o rozwartym na oścież wejściu.
Popchnęła furtkę i weszła na podwórze. Nie skierowała się do domu, bo przed składzikiem drewna dostrzegła czarnowłosego chłopaka. Rąbał drwa i układał je w równiutkie sterty. Kiedy zauważył gościa, odrzucił szczapy i odłożył siekierę. Wyprostował się, wycierając dłonie o spodnie.
- Czy to dom rodziny Falców? - Maite z przejęcia zaschło w gardle, więc odchrząknęła i dodała: - A ty jesteś... bratem Eryka?
Zmarszczył czarne brwi i wolno pokiwał głową.
- Jestem - potwierdził. - Ale on tu już nie mieszka.
- Wiem - wpadła mu w słowo, z trudem panując nad wzruszeniem. - Eryk potrzebuje pomocy. Jest bardzo chory. Zostawiłam go...
- Chodź ze mną - przerwał jej młodszy Falco. - Wejdźmy do domu.
Wprowadził gościa do ciemnej sieni i nie zdejmując ośnieżonych butów, gestem zaprosił dalej. Znaleźli się w obszernym, jasnym pomieszczeniu o dużych oknach. Na środku stał stół, a przy nim krzesła o oszczędnie rzeźbionych oparciach. Pod ścianami na prostych ławach rozłożono mięciutkie owcze skóry. W kącie kaflowa kuchnia zastawiona była garnkami i naczyniami, jakby dopiero co minęła pora obiadu. Kredens i szafki z jasnego drewna sprawiały wrażenie zużytych, ale były czyste i ozdobione serwetkami.
Chłopak rozejrzał się po izbie.
- Poczekaj - powiedział do Maite i wspiął się na schody wiodące na poddasze.
Po jakimś czasie prowadził kobietę i mężczyznę. Ona, przygarbiona i posiwiała, o szarych oczach Eryka, okryła ramiona wełnianą chustą. On trzymał się prosto. Miał usiane srebrem włosy, orli nos i pociemniałą od słońca skórę.
Dziewczyna nerwowo przestąpiła z nogi na nogę i przełknęła ślinę.
- Jestem Maite Columba - zaczęła cicho, walcząc ze łzami. - Wasz syn... - Urwała, po czym ciągnęła mocniejszym głosem. - Eryk jest w obozie wędrownej trupy, za wsią. On... trzeba się nim zająć, bo jest naprawdę chory. Wiem, że dawno tu nie był. Że... się pokłóciliście i...
Wszyscy milczeli. Niczego też jej nie ułatwiono. Kobieta pobladła, ale niczym głaz trwała w ciszy i tylko dłonie kurczowo zacisnęła na wiązaniu chusty. Brat Eryka przystanął obok dziewczyny. Słyszała jego oddech, ale on też nie dodał ani słówka.
- To nieporozumienie - głucho rzekł siwowłosy mężczyzna. - Mamy jednego syna. Jonatana.
- Jednego? Nie rozumiem. Przecież... - zaprotestowała zbita z tropu Maite.
- A co tu jest do rozumienia? - burknął opryskliwie. - Jonatanie, odprowadź panienkę do drzwi. Bo pomyliła adres.
Mężczyzna wszedł po schodach na poddasze. Kiedy zniknął zrozpaczonej dziewczynie z oczu, na dole zapadła przerażająca cisza.
- Ale Eryk mówił mi kiedyś o was... - Maite usiłowała ratować sytuację. Patrzyła teraz na kobietę, jednak ta także skierowała się na górę.
- Słyszałeś ojca, Jonatanie - rzuciła półgłosem na odchodnym.
Dziewczyna odprowadziła ją wzrokiem, a potem zwróciła się do chłopaka. Unikał jej spojrzenia. Otworzył drzwi do sieni i przepuścił ją przodem. Kiedy wyszli przed dom, mocno chwyciła go za ramię.
- Słuchaj, to jakiś nonsens - mówiła gorączkowo. - Nie zawracałabym wam głowy, gdybym miała inne wyjście. Eryk wspominał mi, że nie dogaduje się z ojcem, ale...
- Że się nie dogaduje? - Jonatan zaśmiał się ironicznie. - Oględnie to ujął. Albo chciał ukryć prawdę. Nie było go tu ponad pięć lat, a kiedy widziałem go ostatnim razem, z premedytacją ominął nasz dom.
- Ale czemu? - zdziwiła się Maite.
Chłopak nie odpowiedział. Delikatnie rozgiął palce zaciśniętej na jego ramieniu dłoni dziewczyny.
- Co mu jest? - zapytał, zmieniając temat.
- Nie mam pojęcia - odparła. - Ale przynajmniej wrócił do normalnej postaci. Nie jest już sokołem. Chociaż tyle. Nie odzyskał jednak przytomności. Wychudł i wygląda jak... - Na chwilę zabrakło jej tchu, ale szybko się opanowała. - Posłuchaj, Eryk nie może dalej jechać. Muszę mu znaleźć nocleg. Coś na dłużej... - Umilkła. Nie wiedziała, jak przekonać obcego nastolatka, że jego brat potrzebuje domu.
- Gdzie jest ten obóz? - spytał, marszcząc brwi.
- Na skraju lasu. - Pokazała na południe. - Rankiem trupa wybiera się w trasę, więc albo zabiorę stamtąd Eryka, albo wezmą nas ze sobą.
Jonatan przeczesał palcami kędzierzawą czuprynę.
- Przyjdę przed wieczorem. Coś wykombinuję - obiecał i zastrzegł: - Nie licz na mojego ojca. Zapamiętał się w gniewie. Myślałem, że mu przeszło, ale nie. A matka nie zrobi nic przeciw niemu, choćby pękało jej serce. Zawsze taka była. Trudno to wytłumaczyć. - Popatrzył spod oka na Maite. - Jak mój brat zyskał taką... orędowniczkę?
Na ustach dziewczyny pojawił się półuśmiech.
- Zapytasz go, kiedy wreszcie się obudzi - odparła, siląc się na żartobliwy ton.
Ruszyła do furtki. Już z drogi szybkim spojrzeniem omiotła podwórze, ale Jonatan zniknął sprzed domu.
"Sprzed domu? - prychnęła w duchu i wydłużyła krok. - Ładny mi dom. Mieć taki dom, to jakby nie mieć żadnego".
Jonatan dotrzymał słowa i przed zmrokiem pojawił się w obozowisku. Przyprowadził furmankę zaprzęgniętą w siwka. Pani Felisa i Maite zaprowadziły go do Eryka.
- Zabierzemy go do znajomej. Mieszka na drugim krańcu wsi. Zajmie się nim - tłumaczył chłopak, nie odrywając wzroku od nieprzytomnego brata.
Z pomocą synów pani Felisy chory został przeniesiony na wóz. Dziewczyna okryła go kocami, po czym pożegnała się ze staruszką i jej dziećmi. Kiedy przyszła kolej na Ariela, mocno go objęła.
- Już się mnie nie boisz? - spytał, mrużąc szmaragdowe oczy.
- Jakoś mi przeszło - odparła i zaproponowała: - Mógłbyś tu z nami zostać.
Mrugnął do niej znacząco. Dyskretnie wskazał na Jonatana, bo chłopak wlepiał w niego spojrzenie, w którym odraza przemieszana była z ostrożną ciekawością.
- To kiepski pomysł - mruknął. - Lesze chyba nie wygrywają tu w konkursach popularności.
Maite uściskała go ponownie i wsiadła na wóz. Oparła się plecami o deski, a głowę Eryka ułożyła sobie na kolanach. Jonatan pochwycił lejce i koń ruszył. Nie niepokojeni przejechali przez wieś. Na skraju Oseny znajdowała się samotna zagroda. Niski domek, komórkę, ocembrowaną studnię i dwa rzędy owocowych drzewek otaczał płot. Dalej, za domem, rozciągały się zaśnieżone pola i pastwiska. Chłopak otworzył żelazną bramę i wprowadził zaprzęg na podwórze.
W uchylonych drzwiach werandy czekała ubrana na czarno kobieta. Siwe włosy związała w kok, na ramiona zarzuciła gruby sweter, a długą, marszczoną spódnicę przykryła płóciennym fartuchem.
- To Beatrycze - odezwał się Jonatan. - Przyjmie was oboje.
Beatrycze skinęła głową i na moment zajrzała do mieszkania.
- Inga! - zawołała nagląco. - Pomóż nam go przenieść!
Z przedsionka wyszła dziewczyna w ciepłej, wełnianej sukience i kolorowym kuchennym fartuszku. Miała jasny warkocz, oczy błękitne jak niezapominajki i ujmujący uśmiech. Zbliżyła się do wozu.
- Eryk... - szepnęła i niepewnie zerknęła na Jonatana. - Ale się zmienił...
- Dziwne by było, gdyby się nie zmienił - rzuciła Beatrycze. - Zabierzmy go do środka.
Choremu przeznaczono posłanie w przytulnym pokoiku tuż obok kuchni. Pomieszczenie było nieduże, ale w kaflowym piecu płonął ogień, ściany wyglądały na niedawno odnowione, a w oknie wisiała muślinowa zasłonka.
W jadalni na okrągłym, przykrytym obrusem stole Beatrycze rozstawiła talerze, potem zaś wniosła wazę z parującą zupą.
- Smacznego - powiedziała do Maite i Jonatana. - Zmarzliście oboje, a ty, kochana, chudziutka jesteś niczym ptaszek. Nie to co moja Inga. To ona gotowała.
- Babciu... - zaprotestowała zawstydzona dziewczyna. Zdjęła fartuch i powiesiła na wieszaku w kuchni. - Pędzę do domu. Wpadnę jutro z rana.
Kiedy wyszła, w jadalni zaległa cisza. Maite podniosła wzrok znad talerza. Siedziała na wprost drzwi do pokoju Eryka. Były otwarte i doskonale widziała jego wymizerowaną twarz.
Beatrycze dostrzegła zatroskanie dziewczyny.
- Zobaczysz, że postawimy go na nogi - obiecała.
- Kiedy spotkałem go latem, był z aniołami. Wcześniej mieszkał w Arcalis, a teraz... ty. Pogubiłem się - wyznał Jonatan. - Trudno trafić za moim bratem.
- Racja - przyznała Maite. - Trochę to zagmatwane. Nie ma już nic wspólnego z mnichami. To oni mu to zrobili, kiedy walczył w obronie Nirgali.
- Byliście wtedy w mieście? - spytała Beatrycze. - Bo do nas docierały tylko pogłoski. Tu każdy żyje swoim życiem. Nie ma wśród nas ani aniołów, ani zmiennokształtnych. Nie cieszą się sympatią ludzi ze wsi.
- Właśnie taki jest mój ojciec. Ograniczony. - Jonatan odłożył łyżkę i odsunął opróżniony talerz. - Niektórzy się ich boją, a inni gadają, że aniołowie niepotrzebnie mącą.
- A ty? - podchwyciła Maite. - Też się boisz?
- A czego tu się bać? - wtrąciła się Beatrycze. - To głupie zabobony.
- Kamień z serca. - Dziewczyna odpowiedziała jej zmęczonym uśmiechem. - Bo ja też jestem taka. Też się zmieniam.
- Zmieniasz się? - Jonatan obrzucił ją zdumionym spojrzeniem. - I nie wolałabyś być... normalna?
- Normalna? - Parsknęła śmiechem. - Ależ ja jestem normalna. I za skarby świata nie chciałabym być inna.
Maite całe dnie spędzała w pokoju Eryka. Opiekowała się nim pod czujnym okiem Beatrycze.
- Nie zamartwiaj się tak - prosiła kobieta, gdy pomagała dziewczynie go karmić. - Dobrze wiem, co trzeba robić. Mój mąż chorował długie lata. Doglądałam go jak małego dziecka, chociaż nie było nadziei, że wyzdrowieje. Eryk jest młody i silny. Wyjdzie z tego szybciej, niż się spodziewasz.
Jonatan codziennie odwiedzał brata. Zaglądał do Beatrycze przeważnie późnym popołudniem, pomagał jej w gospodarstwie, zostawał na kolacji, a potem wracał do domu. Kiedy Maite ciągnęła go za język, ciekawa, jak udaje mu się wymykać i co na to rodzice, z łobuzerskim uśmiechem wichrzył kędzierzawą czuprynę.
- Daję radę. Zresztą nie pytają, gdzie znikam.
Dziewczyna obserwowała go ukradkiem, bo był podobny do Eryka, choć w niewielkim stopniu zewnętrznie. Miał identyczne gesty - gdy na przykład ukrywał zakłopotanie, jak brat przeciągał dłonią po włosach i mrużył oczy. Mimo czternastu lat sprawiał wrażenie zaradnego i skupionego na innych, nie na sobie.
Jonatan wyciągał Maite na spacery. Szli drogą wiodącą w góry i zawracali dopiero o zmierzchu. Chłopak wspominał brata z czasów dzieciństwa, gdy rodzina mieszkała razem, a ojciec nie mógł się obyć bez starszego syna. Dziewczyna w zamian opowiadała o Nirgali. Ponieważ Jonatan był ciekaw świata i nigdy nie wychylił nosa poza Osenę, słuchał z zapartym tchem. Ale najczęściej mówiła o Eryku, bo przynosiło jej to ulgę. Czuła się zupełnie tak, jakby szedł obok nich.
Czasami przybierała postać ptaka. Jonatan zadzierał głowę, przykładał dłoń do czoła i śledził jej lot. Nie zmieniała się w gołębia. Przywdziewała sokole pióra i latała tak wysoko, że chłopak niknął jej z oczu. Potem spadała z nieba z prędkością, do której jeszcze nie zdążyła się przyzwyczaić, i przyłapywała go z zastanawiająco nieobecnym wyrazem twarzy.
Jonatan przynosił także wieści. To, co usłyszał od rodziców i sąsiadów, o czym plotkowano po chatach podczas nudnych zimowych wieczorów. Niektóre pogłoski niepokoiły Maite bardziej niż inne. Choćby te o Hauruki i łowcach aniołów. Mówiono, że przeczesują pogórze w poszukiwaniu zbiegów z Nirgali.
- Podobno zapuszczają się nawet na Ziemie Niczyje - twierdził chłopak. - Tylko patrzeć, jak dotrą i do nas. - I dodawał z rozbrajającym uśmiechem: - No, ale tu nie ma żadnych aniołów.
Maite ze strachem myślała o Hauruki. Jej podwójną misję przerwała klęska Nirgali, po której nie stawiła się u ojca Symeona i nie pojawiła się w Małym Arcalis. A Falco był zdrajcą. Gdyby mnisi dotarli do Oseny, jego los byłby przesądzony.
Stała się czujna i ostrożna. Gdy przesiadywała w sypialni Eryka, od czasu do czasu wychodziła pod byle pretekstem na podwórze i wpatrywała się w drogę. A kiedy o zmroku przemieniała się w ptaka, uważnie lustrowała całą okolicę.
Aż w końcu ich zobaczyła.
W domu Jonatan był milczący i osowiały. Rodzice prawie nie rozmawiali ani z nim, ani ze sobą. Nie poruszali kwestii powrotu Eryka, choć dałby sobie uciąć rękę, że oboje wiedzieli, iż Beatrycze przyjęła go pod swój dach. Matka snuła się niczym duch po pustym i cichym jak grobowiec domu. Ojciec pracował w obejściu. Pogrążony w niewesołych myślach, od których przybywało mu zmarszczek i siwych włosów, odzywał się półsłówkami albo mruczał coś pod nosem, jakby się ze sobą spierał.
Jonatan z ulgą uciekał do Beatrycze, bo znał ją od zawsze, podobnie jak Ingę. Ale najbardziej ciągnęło go do Maite. Była niezwykła. Takich włosów jak ona nie miała żadna dziewczyna we wsi. Kiedy padało na nie światło, mieniły się odcieniami miedzi. A te jej czarne oczy! Czasami gdy się zamyśliła albo pochyliła nad nieprzytomnym Erykiem, lśniły niczym grudki węgla. I taka była mądra. Umiała tak zajmująco snuć opowieści, że niemal widział Nirgalę, jej gwarne ulice, katedrę, ciasne zaułki i przestronne place.
Lubił, gdy przeobrażała się w ptaka. Ledwo się powstrzymywał, by za nią nie polecieć i nie zdradzić skrzętnie skrywanej tajemnicy, że też jest zmiennokształtnym. Jeszcze niedawno wstydził się tego i bał się reakcji ojca, a teraz marzył, żeby wzbić się z dziewczyną w powietrze. Gdy szedł do domu Beatrycze, przysięgał sobie w duchu, że nie zważając na rodziców i ludzi ze wsi, zmieni się w sokoła.
Kiedy więc pewnego lutowego popołudnia wyszli na spacer, drżał z niecierpliwości, bo tym razem postanowił się ujawnić. Zanim jednak zdołał wydusić z siebie cokolwiek, Maite bez słowa przybrała ptasią postać i pofrunęła ku niebu. Długo i niecierpliwie czekał na jej powrót. Wylądowała tuż przy nim, rozpostarła skrzydła i stała się człowiekiem. Była blada jak płótno; na jej twarzy pojawiły się drobniutkie piegi, choć zazwyczaj nie było ich widać. Wyciągnęła rękę w kierunku wsi.
- Hauruki są w Osenie... - wydyszała, z trudem łapiąc oddech.
- Pewnie ścigają uciekinierów z Nirgali - wyjaśnił spokojnie, bo nie rozumiał jej zdenerwowania.
- A jeśli znajdą Eryka?! - krzyknęła.
- Przecież to nie anioł! Nie wariuj...
- Rusz głową! - Obrzuciła go zirytowanym spojrzeniem. - On ich zdradził! Przeszedł na stronę Nirgali. Niejedno ma na sumieniu. Ojciec Symeon na pewno ciągle go szuka! - Odetchnęła i dodała już ciszej: - Pędzę do domu. Trzeba go ukryć.
- Niech ci będzie. - Chłopak się poddał. - Pójdę z tobą.
- Pieszo? Stracę mnóstwo czasu.
- No to z tobą pofrunę.
- Pofruniesz? - Myślała chwilę, zanim dotarło do niej, co właśnie jej wyznał. - Jeszcze mi się z tego wytłumaczysz! - zapowiedziała groźnie. - Zbieraj się, bo będzie za późno.
Błyskawicznie się przemieniła. W przypadku Jonatana trwało to dłużej, bo nie miał dość wprawy. Jednak jako sokół błyskawicznie dogonił Maite. Ten lot był spełnieniem jego najskrytszych pragnień. Rozpierała go radość, choć wiedział, że prędzej czy później przyjdzie mu wrócić na ziemię.
Na studni wylądowały dwa ptaki. Ten szarawy, trochę większy i prążkowany, sfrunął od razu na śnieg. Rozprostował skrzydła i przemienił się w rudowłosą dziewczynę w chwili, gdy przy drzwiach domu Beatrycze zatrzymała się kobieta w mnisiej szacie.
- Siostro! - odezwała się stanowczym tonem Maite.
Mniszka odwróciła głowę. Była przeraźliwie chuda, a kredowoblade policzki pokrywały plamki suchotniczych rumieńców.
- Siostra Serafina? - powiedziała z serdecznym uśmiechem dziewczyna, rozpoznawszy znajomą twarz. - Co za spotkanie!
- Maite? - zdumiała się kobieta. - Ty tutaj? Matka Roksana odchodzi od zmysłów ze strachu o ciebie! Czemu nie dajesz znaku życia?
- Właśnie wybierałam się do klasztoru. - Dziewczyna skłamała gładko. - Przenocowałam w tej wsi i... jakoś się przedłużyło.
- Rozumiem. - Zakonnica uśmiechnęła się dwuznacznie. Rzuciła okiem na Jonatana, który odmieniwszy postać, przysłuchiwał się rozmowie oparty o studnię.
- Oj, siostro, siostro... - Rozbawiona Maite podchwyciła to spojrzenie. - Nic z tych rzeczy. To dzieciak. Ale zmienia się, mogłam więc z nim polatać. W towarzystwie zawsze przyjemniej.
Serafina wygładziła materiał ciepłej peleryny.
- Przyjemności... - Westchnęła z zazdrością. - Mnie wystarczyłby powrót do Małego Arcalis. I chwila wytchnienia - poskarżyła się i prychnęła: - Szukamy rebeliantów. Masz pojęcie? A co zrobię, jeśli naprawdę jakiegoś znajdę?
Maite zerknęła na drogę. Przy płocie mnich Hauruki trzymał wodze czterech osiodłanych koni, a dwie zakonnice zmierzały do sąsiednich gospodarstw. Siostra Serafina zeszła ze schodów, wzięła dziewczynę pod ramię i obie skierowały się do furtki.
- Rebeliantów? - zaciekawiła się Maite. - Słyszałam, że zbiegów. Z Nirgali.
- A to nie to samo? - Mniszka szybkim ruchem poprawiła chustę, która zsuwała się z jej włosów.
- W Osenie nikogo takiego nie ma. W każdym razie nie u mojej gospodyni.
Serafina odebrała mnichowi wodze swojego wierzchowca.
- Rozumiem, że pojedziesz z nami do klasztoru - powiedziała zmęczonym głosem.
Z sąsiednich domów wyszły dwie zakonnice i zbliżyły się do koni. Maite rozpoznała jedną z nich.
- Witaj, siostro Gabrielo. Świat zdaje się podejrzanie kurczyć. Gdziekolwiek się ruszę, wszędzie spotykam Hauruki - zażartowała.
Gabriela włożyła ciepłe rękawiczki.
- Za to aniołów ani widu, ani słychu - oznajmiła, nie kryjąc rozczarowania. - Zastanawiam się, czy ci ludzie w ogóle wiedzą, co się dzieje poza ich wsią.
- Ruszajmy, Maite - zakomenderowała Serafina. - Na drugim końcu Oseny czeka na nas eskorta. Dobierzemy ci jakiegoś konia.
Dziewczyna skrzywiła się, kręcąc głową.
- Wolałabym jeszcze tu zostać... - zaczęła, ale jej przerwano.
- Nie mówisz chyba poważnie. - Siostra Serafina zmierzyła ją karcącym spojrzeniem. - To nie jest właściwa pora na te twoje rozrywki. - Znów popatrzyła na Jonatana; jak skamieniały wciąż sterczał przy studni.
- Szepnę mu przynajmniej słówko wyjaśnienia - poprosiła Maite.
- Pospiesz się - zgodziła się Gabriela. - Długa podróż przed nami.
Dziewczyna wbiegła na podwórze. Zatrzymała się przed milczącym chłopakiem. Gorączkowo zbierała myśli.
- Muszę z nimi jechać, ale powiedz Beatrycze, że wrócę. I zaopiekuj się Erykiem.
Jonatan mierzył ją nieufnym wzrokiem.
- Skąd znasz te... wiedźmy? - warknął wrogo.
- Słuchaj, naprawdę nie mam czasu na wyjaśnienia - mówiła. - Znam i tyle. Dbaj o brata. A gdyby się ocknął...
- Gdyby się ocknął - podchwycił - zapytam go najpierw, kim jesteś. Pewnie się zdziwi, gdy mu powiem, z kim się przyjaźnisz. Bo nie wygląda mi to na coś innego.
- Nie przyjaźnię się z Hauruki - zaprzeczyła cicho. - I kocham twojego brata, nie rób więc nic przeciwko nam. Daję ci słowo, że wkrótce będę tu z powrotem.
Odwróciła się i sprężystym krokiem, jak gdyby nigdy nic, wyszła na drogę.
Jonatan udał się do domu. Już w sieni spotkał wystraszoną Beatrycze.
- Jak dobrze, że sobie pojechali... - odetchnęła, wprowadzając go do świetlicy. - Maite bardzo zależało, żeby nie znaleźli Eryka.
- Ale zabrali ją ze sobą - odparł.
- Kogo zabrali? - nagle dobiegł ich słaby głos.
Jonatan rzucił się do pokoju brata.
- No nie mogę! - wykrzyknął. - Wyspałeś się chyba za wszystkie czasy?!
Eryk z wysiłkiem uniósł rękę i dźgnął w niego palcem.
- Dziwne, nie? - mruknął chrapliwie, ale w szarych oczach czaił się uśmiech. - Bo to ty zawsze wylegiwałeś się do południa. Czekamy tu na was z Beatrycze dobrą godzinę. Byłeś podobno z Maite. - Intensywnie wpatrywał się w brata.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Maite dygotała z zimna. Mróz szczypał ją w policzki, po których wolniutko płynęły łzy. Przetarła oczy, ale mokre strużki jedna za drugą kreśliły ślady na zmarzniętej twarzy. Na włosach osiadła szadź. Rude kosmyki zbielały niczym oblepione kryształkami soli.
W zgrabiałych dłoniach bez rękawiczek tuliła zawiniątko z szalika. Od czasu do czasu unosiła rąbek dzianiny i wsuwała do środka zsiniały palec. Potem przygryzała wargi i wytrwale brnęła w śniegu po kostki.
Szukała ratunku. Najpierw zaświtała jej desperacka myśl, by zwrócić się po pomoc do zakonnic. Do Małego Arcalis nie było blisko, ale mniszki znały się na ziołach, przyrządzały uzdrawiające mikstury i napary. Gdyby chodziło o nią samą, udałaby się tam niezwłocznie. Nie mogła jednak ryzykować. Z powodu Eryka. Potem z zakamarków pamięci nadpłynęło do niej wspomnienie. Szła z Falkiem do domu Argyllów i wypytywała go o rodzinę. "Osena - przypomniała sobie nazwę wioski chłopaka. - Gdzieś na pogórzu...".
Znów sprawdziła ptasie tętno. Przesunęła dłonią po prążkowanych sokolich piórach, a gdy wyczuła drżenie, odetchnęła z ulgą. I wędrowała dalej.
Zostawiła już za sobą centrum Nirgali. Obejrzała się tylko raz, by spojrzeć na miasto. W promieniach słońca widoczny na horyzoncie dym miał kolor mosiądzu. Zakrywał zgliszcza i rozwaliska, płożąc się tuż przy zrujnowanych chodnikach albo wznosząc ku niebu.
Mijała przedmieścia. Łowcy aniołów zrównali je z ziemią; spłonęły nawet drzewa, po których zostały tylko zwęglone szkielety. Kiedy więc ujrzała przysypane świeżym śniegiem nienaruszone akacje, a później rozsypujący się ze starości mur i uchyloną żelazną bramę, zatrzymała się zaskoczona. Znała to miejsce z opowieści. O tym cmentarzu słyszała niejedno i w normalnych okolicznościach omijałaby go szerokim łukiem, ale teraz, gdy w obronie Nirgali poległy wszystkie lesze, nie było się czego bać.
Wkroczyła na cmentarną aleję, która - chociaż dochodziło południe - pogrążona była w cieniu. Na stelach, posągach aniołów i latarniach leżała warstwa świeżego śniegu. Padał przez część poprzedniego dnia i wieczoru, a lesze nie miały okazji zostawić na nim śladów, bo odeszły znacznie wcześniej. Mimo to Maite przezornie obserwowała otoczenie. Wokół nie było żywego ducha. Czuła się tak, jakby pod nieobecność gospodarzy myszkowała w cudzym domu i w każdej chwili groziło jej przyłapanie na gorącym uczynku. Ale głucha cisza utwierdzała dziewczynę w przekonaniu, że mieszkańcy cmentarza na pewno go porzucili.
Przeszła połowę alei i już widziała zarysy furtki, gdy nagle z tyłu dobiegł ją ledwo słyszalny szeleszczący dźwięk. Odwróciła się więc i omiotła wzrokiem okoliczne groby. Śnieg skrzył się delikatnie, kamienne anioły wpatrywały się w czysty nieboskłon, a wiatr muskał gałęzie sędziwych lip, które nie zdążyły jesienią zgubić liści. Brązowawe, suche i skręcone w kokony okrywała biała otulina.
"Zdawało mi się" - pomyślała Maite. Nie przeszła jednak nawet trzech kroków, gdy szelest się powtórzył. Potem poczuła uderzenie. Nie było mocne. Pacyna śniegu wylądowała na jej plecach, zostawiając mokry ślad na kurtce. I rozległ się chichot - cichutki niczym szept. Dziewczyna osłoniła dłonią cenne zawiniątko i obróciła się na pięcie, gotowa na konfrontację.
Była sama.
"Lesze?" - zastanawiała się, nie odrywając wzroku od nagrobków i obrastającej je plątaniny zarośli.
- Jest tu kto? - spytała, drżeniem głosu zdradzając przestrach. Odczekała moment, a gdy nikt się nie odezwał, skierowała się ku furtce.
I znów poczuła na plecach śnieg.
- Ejże! - powiedziała groźnie. - Co za beznadziejne żarty!
Odpowiedział jej śmiech i szelest uschniętych liści. Maite podejrzliwie popatrzyła na drzewa. Najbliższa lipa miała osmolony pień, jakby kiedyś liznął ją ogień. W gałęziach coś się poruszyło.
- Widzę cię!
Śmiech przeszedł w przeciągły syk.
- Naprawdę cię widzę! - powtórzyła, odsuwając się od drzewa. - I policzę się z tobą, jeśli znów we mnie rzucisz.
Tym razem z góry posypały się niczym grad białe kulki. Dziewczynę od stóp do głów pokrył śnieg. Rozzłoszczona odskoczyła do tyłu. Przez jakiś czas przyglądała się drzewu. Coś się kryło w koronie, ale widocznie nie zamierzało się ujawnić. "Nie to nie" - pomyślała i znów ruszyła do wyjścia.
- Poczekaj! - zawołał chłopięcy głos. - Masz coś do jedzenia?
Maite przycisnęła zawiniątko do piersi i zadarła głowę. Na grubym niczym ramię siłacza konarze siedział chłopiec. Chude nogi obute w trzewiki wisiały w powietrzu, a on majtał nimi jak na huśtawce. Wychylił się całym ciałem do dziewczyny i zdawało się, że zaraz spadnie. Trzymał się jednak bardzo mocno.
- Jesteś leszą? - zapytała Maite, obrzucając pobieżnym spojrzeniem jasną cerę i krótkie, rozwichrzone włosy o barwie mleka. Intensywnie zielone oczy i spiczaste uszy kogoś jej przypominały. "Tulę Peel" - skojarzyła nagle.
- No tak - mruknęła, gdy nie otrzymała odpowiedzi. - To się rozumie samo przez się.
Chłopiec zwinnie niczym małpka zsunął się z drzewa na ziemię i otrzepał ze śniegu.
- No to jak? - ponaglił, wlepiając natarczywy wzrok w zawiniątko niesione przez Maite. - Bo kiszki grają mi marsza.
- Nie mam nic oprócz chleba - odparła, odsuwając się na bezpieczną odległość.
- Ujdzie - powiedział i wyciągnął bladą dłoń.
Maite jedną ręką sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby, odpięła sprzączkę i wydobyła zapakowane w papier kromki. Położyła na ziemi i cofnęła się parę kroków.
- Masz pietra? - Na sinawych wargach leszy pojawił się triumfalny uśmiech. - To super. Bo jestem strażnikiem tego cmentarza. Mam wszystkiego doglądać, dopóki nie wróci reszta. A tylko co ich patrzeć...
Maite obserwowała każdy ruch chłopaka: schylił się po chleb, uniósł go do ust, a potem pochłaniał tak łapczywie, jakby od dawna nic nie jadł.
- Masz rację - przyznała. - Pilnuj domu.
Odeszła, nie oglądając się za siebie, ale ponieważ z każdą sekundą narastało w niej poczucie winy, że go tak zostawiła, szła coraz wolniej. W końcu przystanęła.
A potem, niespodziewanie dla samej siebie, zawróciła.
Chłopiec przycupnął na odłupanym kawałku nagrobnej płyty. Podciągnął pod brodę kolana i objął je rękoma. Drżał na całym ciele. Maite pomyślała, że pewnie, jak i ona, umiera z przerażenia. Albo z zimna, bo jego przykrótki sweter, sięgające łydek spodnie i długi, choć cienki, szalik niczym ser usiane były dziurami.
- Oni nie wrócą - rzekła ze smutkiem. - Spotkałam wczoraj Tulę Peel. Przyprowadziła ich burzowcami, a potem byłam niedaleko, kiedy... Posłuchaj. Oni wszyscy...
Nie poruszył się. Przypominał odzianą w łachmany lodową rzeźbę.
- Musisz się o siebie zatroszczyć... - dodała.
Zza drapieżnie rozchylonych warg chłopca rozległ się ostrzegawczy syk. Chuda dłoń sięgnęła do zaspy.
- Łżesz! - odwarknął i cisnął w Maite śniegiem. - Zabieraj się stąd! Wynoś się, bo nie ręczę za siebie!
- Ale to prawda - upierała się dziewczyna, z trudem opanowując lęk.
- Akurat ci wierzę! - krzyknął. - Pewno nasłali cię Hauruki? I co tam tak chowasz w tej szmacie?
Podniósł się i chwycił pod boki. Mierzył Maite fosforyzującymi oczami, a choć sięgał jej zaledwie do ramienia, cofała się jak przed drapieżnym zwierzem.
- Zostałeś sam - podkreśliła, zanim rzuciła się do ucieczki. Gnała jak na skrzydłach, byle dalej od leszy i jej pałających zielenią ślepi.
Gdy minęła furtkę i wypadła na łąkę, jeszcze raz zerknęła za siebie, ale chłopiec nie poszedł jej śladem. Odetchnęła, uspokoiła się i rozejrzała w poszukiwaniu drogi. Butwiejące źdźbła trawy przymarzły do ziemi, a gdzieniegdzie sterczały sztywno, wychylając się z pryzm śniegu. Nie było nawet ścieżki, ruszyła więc na przełaj w stronę rosnącej w oddali puszczy.
Kiedy dotarła do pierwszych drzew, rozpadał się śnieg. W okamgnieniu zapadł zmrok, a wiatr wył niczym sfora rozwścieczonych wilków. Maite na oślep przedzierała się przez zaspy. Otaczały ją niebosiężne sosny i rozłożyste świerki. Wpadała na ostre gałęzie i twarde pnie. Potykała się na korzeniach. Śnieg wdzierał się jej do oczu i ust. Jak chmara owadów obsiadł włosy, ramiona i szalik, w którym szemrało sokole serce.
Ariel przypadł do cmentarnej furtki, lecz obca była już na zewnątrz. Odchodziła w stronę lasu. Żałował, że jej nie dopadł, gdy gadała mu te bzdury o Tuli i pozostałych. Odgrażał się, w duchu obrzucając rudzielca stekiem wyzwisk. Szkoda, że nie mogła go usłyszeć.
Wrócił na swoje drzewo. Było wymarzonym punktem obserwacyjnym. Gałęzie lipy splatały się w wygodne siedzenie z oparciem i Ariel mógł tam czatować bez końca. Wyobrażał sobie, że to najwyższa baszta w niezdobytej cytadeli. Gdyby nie ssanie w żołądku, byłoby całkiem fajnie.
Wpatrywał się w horyzont. Za ogrodzeniem rozciągał się świat aniołów. Dziś miał odcień ognia i dymu, a te w ogóle go nie pociągały. Chłopiec się wychylił i pogładził dłonią pień lipy. Był okaleczony i poczerniały; ucierpiał, gdy zmiennokształtni latem podpalili cmentarz. Mieli doprawdy niepojęte zamiłowanie do ognia.
Ariel rozsiadł się wygodnie, opierając łokcie na dwóch zakrzywionych konarach. Założył nogę na nogę i czubkiem trzewika strącił na ziemię odrobinę śniegu. Posypał się jak nasiona dmuchawców, które wiosną rosły przy ruinach kapliczki. Uskrzydlony puch rozsiewał się po całym cmentarzu, łaskotał w nozdrza i wplątywał się we włosy.
Chłopiec czujnie nadstawił uszu, bo coś zaskrzeczało. Od strony miasta nadpływały czarne chmury. "Oho - pomyślał, krzywiąc się z niechęcią. - Hauruki". Zamarł w bezruchu i nie odrywał wzroku od błyskawicznie przemieszczających się kruków.
Nad nekropolią ptaki obniżyły lot. Obsiadły cmentarny mur, a potem sfruwały między nagrobki i zanim dotknęły ziemi, już przeobrażały się w zakapturzonych mnichów, którzy rozbiegli się po alejkach i ścieżkach. Rozbrzmiał łoskot rozłupywanych kamieni i trzask pękającego drewna. Żelazne łomy z niespotykaną zaciętością raniły drzewa, odzierając je z kory i gałęzi. Na zdeptany śnieg runęły głowy anielskich posągów, a na stele spadały odłamki skrzydeł, które kruszyły się w gruz.
Kiedy na koniec zakonnicy podłożyli ogień, z cmentarza poderwało się stado ptaków i pofrunęło w stronę Eschen. Ariel zsunął się z jakimś cudem nietkniętej lipy. Zza jego szczękających zębów dobywało się żałosne powarkiwanie. Popędził główną aleją, przeskoczył nad stertą desek, skręcił w lewo, potem w prawo i przystanął tam, gdzie przez całe jego życie rosła dwupienna sosna. Płonęła. Podmuchy wiatru podsycały strzelający w górę ogień.
Ariel opadł na kolana. Odrzucił kawałki kamieni i połamane sosnowe gałęzie. Odsłonił ukryte w ziemi drzwiczki, wymacał mosiężny uchwyt i pociągnął z całej siły. Klapa ani drgnęła. Zacisnął zęby i pociągnął znowu, lecz wciąż bezskutecznie. Wtem nad jego głową coś trzasnęło. Od sosny oderwał się gruby konar i rozsiewając iskry, spadł przy dłoniach chłopca. Ariel uskoczył. Ze wszystkich stron osaczały go buchające żarem płomienie.
Zerwał się do biegu. Osłaniał ramieniem twarz i prawie po omacku dotarł na główną aleję. Ona również stała w ogniu. Ostatkiem sił dopadł do furtki i ciężko dysząc, oparł się o mur. Z rozpaczą długo spoglądał na swój dom, aż w końcu odwrócił się i ruszył przed siebie. Słońce zakryły ciemne chmury, z których sypnęło śniegiem, a on szedł i szedł, drżącymi dłońmi ocierając nieposłuszne łzy.
Wicher szarpał włosy Maite, przenikał przez ubranie. Dokuczał jej chłód. Traciła czucie w palcach - nie mogła ich rozprostować, jakby krew ścięła się w żyłach. Śnieg przemoczył buty.
Oczy otępiałej dziewczyny same zamykały się ze zmęczenia. Śnieg zdawał się tak kusząco miękki, taki czysty - zupełnie jak pościel w pokoiku w Małym Arcalis. Zapachniało żywicą i lasem, nie lawendą, ale i tak dobrze by było choć na moment złożyć gdzieś głowę.
Maite osunęła się na kolana. Zawiniątko z szalika potoczyło się w zaspę i zniknęło w białym puchu. Drzewa pochylały nad dziewczyną gałęzie, a śnieg z wolna pokrywał siniejącą twarz, strąki włosów i nieruchome dłonie.
Ariel wędrował przez las, ale gdy wypatrzył drogę, ruszył jej skrajem. Śnieżyca się nasilała, lecz to mu wcale nie przeszkadzało, a na mróz był odporny jak każda lesza.
Na wszelki wypadek krył się za przydrożnymi drzewami. Trakt był jednak pusty, więc w końcu wyszedł na sam jego środek. Wiatr zwiewał śnieg na pobocze, odsłaniał drobne kamienie i ziemię zmarzniętą na kość.
Kiedy zapadł wieczór, od strony Nirgali rozległ się turkot. Ariel dał nura między przydrożne świerczki. Przez gęstwinę igieł tak długo obserwował drogę, aż wypatrzył przemieszczające się światełka. Z mroku wychynęły trzy wozy okryte nieprzemakalnymi plandekami. Każdy ciągnęła para koni. Na kozłach, w grubych kurtach i futrzanych czapach, kulili się woźnice. Przy zasznurowanych połach umocowano zapalone lampy.
Chłopiec cofnął się instynktownie. Zawadził o coś, co zalegało pod zaspą, i upadł na wznak. Gdy gramolił się ze śniegu, natrafił dłonią na obły kształt - zawiniątko w zesztywniałej dzianinie. Rozwinął je i ujrzał ptaka o cętkowanych skrzydłach.
Bacznie się rozejrzał i znowu opadł na kolana, bo był niemal pewien, że pod warstwą sypkiej bieli leży ktoś jeszcze. Odłożył ptaka i przedramionami zaczął rozgarniać śnieg. Odsłonił bladą niczym wosk twarz i długie włosy.
- Rudzielec... - szepnął, gdy rozpoznał stężałe rysy.
Zerwał się na równe nogi i wypadł na drogę. Biegł tak szybko, aż dopędził podążające nią wozy.
Maite otworzyła oczy. Nie mogła się ruszać. Miała wrażenie, że otacza ją warstwa wiecznej zmarzliny. Po falujących ścianach przesuwały się półcienie, a w górze wisiała gwiazda. Świeciła i gasła... Świeciła i gasła... Świeciła... Dziewczyna zapadła w niespokojny sen.
Ocknęła się ponownie. Gwiazda płonęła rażącym światłem, Maite przymknęła więc powieki. Ciążyły jej, jakby były z ołowiu.
Wreszcie na dobre oprzytomniała. Aż po brodę okrywały ją wełniane koce. W górze, kołysząc się na boki, wisiała zapalona lampa. Metalową rączkę przytwierdzono do stelaża obciągniętego ciemnym brezentem.
Dziewczyna z jękiem podparła się na łokciach i natychmiast usłyszała ostrzegawcze prychnięcie. Okutana w chustę staruszka o kocich oczach szorstką dłonią zbadała jej czoło.
- Leż - mruknęła. - Jeszcześ nie doszła do siebie. Miałaś więcej szczęścia niż rozumu, dziecinko - mówiła, przesuwając się do tyłu. Pobrużdżona zmarszczkami twarz zniknęła w mroku.
Maite odetchnęła głęboko, aż zakłuło ją w płucach. Jakaś myśl nie dawała jej spokoju. Przypomniała sobie o Eryku i zamarła ze strachu.
- Niosłam ptaka... - wychrypiała, z trudem dobywając głos. - Sokoła.
- Tak? - zdziwiła się kobieta. - Nic mi o tym nie wiadomo.
Serce Maite tłukło się jak oszalałe. Każdy oddech sprawiał jej ból.
- Nie... znaleźliście go? - wyszeptała.
- Martwisz się o ptaka? - Staruszka z niedowierzaniem pokręciła głową. - A o niego nie zapytasz?
- O... kogo? - zająknęła się dziewczyna. - Miałam sokoła. Był chory, ale żył... Chyba go zgubiłam. W śniegu.
Stara wzruszyła ramionami.
- Majaczysz. Zresztą ja nic nie wiem. Może Ariel...
- Ariel?! - Maite podniosła głos i wyszarpnęła ręce spod okryć. Jeszcze wyżej dźwignęła się na łokciach. - Jaki znowu Ariel?! Jeśli Eryk tam został, to ja wracam!
- Naprawdę bredzisz - skarciła ją łagodnie kobieta. - Ariel znalazł cię w lesie. Mówił, że się znacie, chociaż znajomości z leszami, nawet ucywilizowanymi, nie są spełnieniem moich marzeń. Pilnuje chłopaka z moją córką. Gorzej z nim niż z tobą. Niby nie odniósł żadnych ran, nie przemarzł tak jak ty, a ciągle nieprzytomny.
Dziewczyna opadła na poduszkę.
- No, uspokoiłaś się nareszcie - ucieszyła się staruszka. W jednej ręce trzymała cynowy kubek, w drugiej dzbanek pełen ciepłego mleka. - Przygotuję ci...
- Muszę go zobaczyć - przerwała jej Maite. - Sprawdzę tylko, czy to Eryk.
- Eryk? Ten chłopak w drugim wozie? - pytała staruszka, przysuwając się na kolanach do dziewczyny. - Pij, póki gorące...
- Ale ja muszę go zobaczyć...
- Zobaczysz, zobaczysz - obiecała kobieta. Uniosła jej głowę i przytknęła do ust kubek. - Na razie wygrzewaj się pod kocem i raduj się z życia, dziecinko, bo wykpiłaś się od śmierci.
Maite obudziła się po śnie tak długim i głębokim, że musiała dołożyć wszelkich starań, by sobie przypomnieć, co właściwie zaszło. Była sama, okryta stertą włochatych pledów. Otaczał ją półmrok, bo lampa ledwo się tliła. W sznurowaniu plandeki słabiutko jaśniała smużka światła. Dziewczyna odrzuciła nakrycia i na czworakach dobrnęła do wyjścia. Choć nie do końca panowała nad zesztywniałymi palcami, rozsupłała wiązanie i wyjrzała na zewnątrz.
Na niebie połyskiwał malejący księżyc, a wokół niego migotały gwiazdy. Mroźne powietrze jak wino uderzyło Maite do głowy. Zachwiała się, ale nie upadła. Wyciągnęła rękę po koc, narzuciła go na plecy i wygramoliła się z wozu stojącego na rozległej polanie. Obok były dwa inne, a do pni drzew przywiązano wyprzężone konie. Pochylały się nad workami obroku. Strzygły uszami, raźno poparskując.
Maite skierowała się do najbliższej furmanki. Uniosła poły plandeki i zerknęła do środka. Przy posłaniu, na którym spoczywał Eryk, płonęły cztery świece. Cienie pełgających płomieni przemykały po krzywiznach ścian i po twarzy chłopaka. Miał zamknięte oczy i sprawiał wrażenie pogrążonego we śnie.
Obok świec klęczał chłopiec o rozjarzonych ślepiach leszy, z potarganą czupryną i elfimi uszami.
- Wejdź - zaprosił ją szeleszczącym głosem, nie podnosząc wzroku. - Nie musisz tak się skradać. Nie obudzisz go.
Oparła stopę na drewnianym stopniu i po chwili była w wozie. Przysunęła się do Eryka, żeby drżącą dłonią musnąć jego twarz. Od skóry chłopaka bił nieprzyjemny chłód.
- Nie wiemy, co mu jest. - Chłopiec schylił się nad chorym i jakiś czas patrzył przenikliwie na jego opuszczone powieki. - Zobacz. Nawet nie drgnie.
Maite odkaszlnęła. Wzruszenie przeszkadzało jej w swobodnej rozmowie.
- To ty nas znalazłeś? - zaczęła.
Chłopiec kiwnął głową.
- Poszedłeś za mną? Dlaczego?
- Nie za tobą. Hauruki zniszczyli cmentarz. Spalili... mój dom. Kryptę. Dałem nogę, a ty napatoczyłaś się przypadkiem. Jeśli chodzi o niego, to myślałem, że jest martwy, ale kiedy wypadł mi z rąk, przemienił się w człowieka.
- Mam u ciebie dług... - szepnęła.
- Niczego od ciebie nie chcę - mruknął, a jego szmaragdowe oczy przygasły i pociemniały.
- Zawdzięczam ci życie. Swoje i Eryka - upierała się Maite. - Jak ci na imię?
- Ariel - odparł i wygładził załamanie na kocu okrywającym chorego.
- No tak. Słyszałam je już od tej kobiety... - uświadomiła sobie dziewczyna.
- Od pani Felisy.
- Chyba tak. Ale to dziwne imię. Nie dla leszy - skomentowała. - Takie... anielskie.
- Starzy mieli poczucie humoru. - Usta Ariela drgnęły zupełnie tak, jakby w ostatniej chwili powstrzymał uśmiech.
- Widziałam... lesze z twojego cmentarza - zająknęła się Maite. - Na placu Suriela. Nie sądziłam, że mogą być takie dzielne. A Tula... - Zmarszczyła brwi i znów zakaszlała. Brodą wskazała Eryka. - On powiedziałby ci więcej. Był bliżej.
Zapadła cisza. Świeca zaskwierczała i zgasła. Maite poczuła zapach wosku.
- Teraz ja go popilnuję - poprosiła półgłosem. - Możesz iść.
- Nie - zaprotestował. - Zostanę.
- Nie musisz. Prześpij się. Albo wyjdź na świeże powietrze.
- Lepiej nie - rzucił ostrym tonem. Zza uniesionych warg błysnęły zęby drapieżnika.
Dziewczyna wzdrygnęła się, ale nie dała za wygraną.
- A to czemu? - zapytała.
Chłopiec złagodniał. Spuścił głowę, jakby próbował coś przed nią ukryć.
- Dopiero co była pełnia - odburknął speszony. - Księżyc jest za duży. I za jasny.
- Och. - Maite się zmieszała. - Nie skojarzyłam.
- Ale się staram. Daję słowo. Tula uczyła mnie, jak sobie z tym radzić... - Zażenowany skubał palcami frędzle szalika.
- Była świetna. Tula - powiedziała dziewczyna.
Ariel posłał jej spojrzenie pełne wdzięczności.
- Tak. Była w porządku - potwierdził z powagą.
Zapadł się w sobie, przygarbił, a dłonie schował w rękawach swetra, jakby zgrabiały mu z zimna.
Choć nigdy przecież nie marzł.
Zawinięta w koc, zesztywniała i głodna Maite ocknęła się przy boku Eryka. W każdym mięśniu i ścięgnie czuła mrowienie.
Ariel popatrywał na nią spod przymrużonych powiek. Skrzyżował nogi, w noskach jego sfatygowanych trzewików odbijał się płomyk ostatniej świecy.
- Rozprostuję kości - oznajmiła dziewczyna. - Ale za moment będę z powrotem.
Milczał, gdy rozchyliła plandekę i wyskoczyła z wozu. Poprawiła zsuwający się z ramion koc. Śnieg poskrzypywał, a każdy oddech zamieniał się w białawy obłoczek.
Pośrodku polany ujrzała płonące ognisko. Ogień strzelał iskrami i huczał, pachniało dymem z jałowca i pieczonymi jabłkami. Wokół, na przyciągniętych z lasu kłodach, siedziały trzy dziewczyny, a obok nich pani Felisa. Długim patykiem grzebała w rozrzuconych na ziemi żarzących się węgielkach. Po drugiej stronie rozsiadło się trzech chłopaków. Przygrywali na tamburynie i na fletach, ale kiedy Maite znalazła się w kręgu światła, muzyka umilkła.
- Ach, więc z tobą już lepiej - odezwała się kociooka staruszka. W jej sękatych palcach dymiło pieczone jabłko. - A my właśnie kończymy kolację. Częstuj się. - Wyciągnęła do dziewczyny talerz, na którym leżały przypieczone na brązowo owoce. - Sporo zostało.
Maite usiadła i przyjęła poczęstunek. Nadgryzła jabłko, a gdy się przekonała, że jest słodkie i ciepłe, ochoczo zabrała się do jedzenia.
- I apetyt ci wrócił! - stwierdziła z zadowoleniem kobieta. Wetknęła ręce w fałdy grubego poncho i przedstawiła sześcioro młodych ludzi. - To moje dzieci - pochwaliła się z dumą.
Nie przerywając posiłku, Maite skinęła wszystkim głową.
- Ty sobie podjedz, dziecinko... - kontynuowała pani Felisa.
- Maite - przedstawiła się dziewczyna.
- Ty sobie podjedz, Maite, a my bierzemy się do pracy. Księżyc przyświeca niczym latarnie w Nirgali. W sam raz dla nas.
Klasnęła, zagrały flety i tamburyn, a dziewczęta przeciągnęły się leniwie. Odrzuciły na śnieg peleryny. Czarne włosy miały spięte w końskie ogony, krótkie sukienki błyszczały rubinową czerwienią gęsto naszytych cekinów. Podbiegły do prostej niczym świeca sosny.
Pierwsza panna Felisa z kocią gracją wspięła się na drzewo. Posypał się śnieg i zakołysały gałęzie, gdy stanęła na linie przeciągniętej do konarów bliźniaczej sosenki. Rozpostarła szeroko ręce, a jej siostry cisnęły w górę trzy złociste wstęgi. Wirowały i skręcały się niczym serpentyny, kiedy chwytała je kolejno w locie i żonglowała nimi, tańcząc jak baletnica na czubkach palców.
Maite zamarła z jabłkiem przy ustach.
- Nie... spadnie? - zająknęła się z wrażenia.
- Skądże! - zapewniła staruszka. - A gdyby nawet, to na cztery łapy. Nic jej nie będzie.
Druga panna Felisa dołączyła do siostry, rzucając w nocne niebo płonące pochodnie, a trzecia - ogromne, srebrnobiałe piłki.
Maite z zapartym tchem podziwiała popisy na linie. Na chwilę wyleciały jej z głowy wszystkie troski. Wróciła do rzeczywistości, gdy muzyka przycichła, a akrobatki znalazły się na ziemi.
- Idę do Eryka - westchnęła z taką miną, jakby miała wyrzuty sumienia, że pozwoliła sobie na odrobinę radości.
- Oczywiście - odparła pani Felisa. - Twoja obecność na pewno mu nie zaszkodzi.