Strażnicy Ga'Hoole (#1). Porwanie - Kathryn Lasky

Reflow text when sidebars are open.
SOREN: płomykówka, Tyto alba, z lasu Tyto
Członkowie rodziny Sorena:
KLUDD: płomykówka, Tyto alba, starszy brat
EGLANTYNA: płomykówka, Tyto alba, młodsza siostra
NOKTUS: płomykówka, Tyto alba, ojciec
MARELLA: płomykówka, Tyto alba, matka
PANI PYTON: ślepy wąż, służąca rodziny
Przyjaciele Sorena:
GYLFIE: kaktusówka, Micrathene whitneyi, z pustynnego Królestwa Kuneer; uprowadzona w wieku trzech tygodni przez patrole Akademii św. Ajgoliusza
ZMIERZCH: puszczyk mszarny, Strix nebulosa, wolny lotnik; osierocony kilka godzin po wykluciu
KOPEK: pójdźka ziemna, Speotyto cunicularius, z pustynnego królestwa Kuneer; zagubiony na pustyni po ataku, w którym jego brat został zabity przez Jatta i Jutta
Sowy Akademii św. Ajgoliusza:
SKENCZ: puchacz wirginijski, Bubo virginianus, Generał akademii
SPOORN: syczek zachodni, Otus kennicottii, pierwszy porucznik Skencz
JATT: uszatka zwyczajna, Asio otus, podporucznik w Akademii, wojownik i ochroniarz, kuzyn Jutta
JUTT: uszatka zwyczajna, Asio otus, podporucznik w Akademii, wojownik i ochroniarz, kuzyn Jatta
CIOCIA FINIA: Puchacz śnieżny, Nyctea scandiaca, strażnik dołu w Akademii
WUJASZEK: puchacz wirginijski, Bubo virginianus, strażnik dołu w Akademii
GRIMBLE: włochatka zwyczajna, Aegolius funereus; schwytany jako dorosła sowa przez patrole Akademii i trzymany jako zakładnik - obiecano mu, że jego rodzinę nie spotka nic złego
47-2: syczek zachodni, Otus kennicottii, zbieracz w wypluwkarni św. Ajgoliusza
HORTENSJA: puszczyk plamisty, Strix occidentalis, pochodząca z leśnego Królestwa Ambala; wiek uprowadzenia przez patrole akademii nieznany; szkolona na kwokę w wylęgarni
Orły:
SMUGA: bielik amerykański, wolny lotnik
ZAN: bielik amerykański, partnerka Smugi
- Noktusie, dołożysz jeszcze trochę puchu do gniazda? Nasze trzecie maleństwo zaraz wyjdzie na świat. Jajo zaczyna już pękać.
- Następne? - westchnął Kludd.
- Co to ma znaczyć, Kludd? Nie chcesz mieć drugiego młodszego brata? - zapytał ostro ojciec.
- Albo siostry? - dodała matka Kludda.
- Ja chciałbym siostrę - odezwał się Soren.
- Wyklułeś się ledwie dwa tygodnie temu. - Kludd odwrócił się do młodszego brata. - Nie znasz się na siostrach.
Ale wiem, że są fajniejsze od braci - pomyślał Soren. Czuł, że Kludd nie znosi go od chwili, kiedy się wykluł.
- Uwierz mi, nowe rodzeństwo tuż przed rozpoczęciem nauki skakania to nie jest dobry pomysł - powiedział ponuro Kludd.
Skakanie to pierwszy krok poprzedzający latanie. Trzeba rozpocząć od przeskakiwania z gałęzi na gałąź i trzepotania skrzydełkami.
- Spokojnie, Kludd - upomniał go ojciec. - Nie bądź taki niecierpliwy. Na skakanie przyjdzie jeszcze pora. Pamiętaj, że lotki wyrosną ci najwcześniej za miesiąc.
Soren miał właśnie zapytać, co to miesiąc, kiedy usłyszał trzask. Cała sowia rodzina zamarła.
Dla każdego innego leśnego stworzenia ten dźwięk byłby niesłyszalny, ale płomykówki zostały obdarzone nadzwyczajnym słuchem.
- Wychodzi! - zawołała matka Sorena. - Jestem taka szczęśliwa!
Westchnęła i spojrzała z zachwytem na kołyszące się w tę i z powrotem białe jajo.
Nagle pojawił się w nim mały otwór, z którego wystawało coś ostrego.
- Dzięki Glauksowi, to ząb jajowy! - zawołał ojciec Sorena.
- Tato, mój był większy, prawda? - powiedział Kludd i zepchnął Sorena na bok, by lepiej widzieć, ale Soren schronił się pod skrzydłem ojca.
- No, nie wiem, synu. Ale czyż ten lśniący, mały punkcik nie jest śliczny? Aż przeszedł mnie dreszcz. Taki drobiazg wydziobujący sobie drogę do wielkiego świata. Och! Jakie to wszystko cudowne.
Soren wpatrywał się w otwór, który zaczął się rozdzielać na kilka mniejszych pęknięć. Jajko zadrżało nieco, a pęknięcia stawały się coraz dłuższe i szersze. Soren oglądał właśnie coś, co sam zrobił ledwie dwa tygodnie temu. Był podekscytowany.
- Mamo, a co się stało z moim zębem jajowym? - zapytał.
- Odpadł, głupku - powiedział Kludd.
- Ach tak... - odpowiedział cicho Soren.
Jego rodzice byli tak pochłonięci obserwowaniem wykluwania, że nie upomnieli Kludda za jego niegrzeczne zachowanie wobec brata.
- A gdzie Pani P.? Pani P.! - zawołała nagle ich matka.
- Tutaj, proszę pani.
Pani Pyton, stara, ślepa wężyca, wpełzła do dziupli. Była z nimi od wielu lat. Ślepe węże, urodzone bez oczu, służyły wielu sowim rodzinom, troszcząc się, by gniazda były czyste i wolne od robaków oraz różnych owadów, które mogłyby trafić do dziupli.
- Pani. P., nie chcę widzieć żadnych larw ani pasożytów w miejscu, gdzie Noktus położył malucha.
- Oczywiście, proszę pani. To nie pierwsze państwa maleństwo, którym się zaopiekuję.
- Przepraszam, Pani P. Nie powinnam w panią wątpić. Po prostu zawsze denerwuję się, kiedy się wykluwają. Za każdym razem czuję się, jakby to był mój pierwszy pisklak. Nigdy się do tego nie przyzwyczaiłam.
- Proszę nie przepraszać. Myśli pani, że jakikolwiek inny ptak przejmowałby się tym, czy gniazdo jest czyste? Jakie ja słyszałam historie o mewach! Wielkie nieba, nawet nie chcę o tym mówić!
Ślepe węże szczyciły się pracą dla sów, które uważały za najszlachetniejsze z ptaków. Pedantyczne z natury, pogardzały innymi ptakami, które w ich mniemaniu nie były tak czyste, jak sowy. Inne ptaki wydalają tylko rozmokłe odchody zamiast małych, schludnych paczuszek zwanych wypluwkami, które sowy zwracają przez dziób. I chociaż sowy mimo to trawią miękkie części pokarmu w sposób podobny do innych ptaków i tak jak one wydalają je w postaci płynnej, z jakiegoś powodu nigdy nie są kojarzone z tym mniej szlachetnym rodzajem procesów trawiennych. Futro, kości i zęby ich zdobyczy, takich jak myszy, nie mogą być strawione w zwykły sposób. Zostają ściśnięte w wypluwki w kształcie i rozmiarze sowiego żołądka mięśniowego, zwanego mielcem. Kilka godzin po jedzeniu, sowy wypluwają je. Wiele węży służących sowom nazywa inne ptaki "mokrymi zadkami". Oczywiście, pani Pyton była zbyt dobrze wychowana, by używać takiego języka.
- Mamo! - zawołał Soren.- Spójrz na to!
W gnieździe nagle zaczęły rozbrzmiewać głośne dźwięki pękania. Oczywiście głośne tylko dla uszu płomykówek. Skorupka jaja rozdzieliła się i wypadła z niej blada, lepka kulka.
- To dziewczynka! - zahukała radośnie matka Sorena. - Jest urocza! - westchnęła.
- Czarująca! - powiedział ojciec Sorena.
Kludd ziewnął, a Soren wpatrywał się w wilgotne, nagie coś z zamkniętymi, wielkimi, wyłupiastymi oczami.
- Co jej się stało w głowę, mamo? - zapytał.
- Nic, kochanie. Pisklęta mają po prostu bardzo duże głowy. Reszta ciała dogania je troszkę później...
- A mózg jako ostatni - mruknął Kludd.
- ...więc nie potrafią od razu podnosić głowy - dodała matka. - Z tobą też tak było.
- To jak nazwiemy naszego malucha? - spytał ojciec Sorena.
- Eglantyna - odrzekła od razu matka. - Zawsze chciałam mieć małą Eglantynę.
- Bardzo podoba mi się to imię, mamo - powiedział Soren. Po cichu powtórzył imię siostry, a potem zwrócił się do małej, pulsującej białej kulki. - Eglantyna - szepnął delikatnie i wydało mu się, że widzi, jak szparka jednego oka otwiera się, a cichutki głosik mówi "cześć".
Soren od razu pokochał swoją młodszą siostrzyczkę.
Wydawało się, jakby w jednej chwili Eglantyna zmieniła się z drżącej, wilgotnej kuleczki w puchatą białą kulę. Szybko stawała się silniejsza, tak przynajmniej sądził Soren. Rodzice zapewniali go, że z nim działo się dokładnie to samo. Tego wieczora nadszedł czas na Uroczystość Zjedzenia Pierwszego Owada. Oczy Eglantyny były szeroko otwarte, a ona wrzeszczała z głodu. Ledwo wytrzymała przemowę powitalną ojca:
- Mała Eglantyno, witaj w Tyto, lesie płomykówek lub - jak brzmi nasza oficjalna nazwa - Tyto alba. Dawno, dawno temu żyliśmy w stodołach, ale teraz, tak jak nasi kuzyni, mieszkamy w tym leśnym królestwie zwanym Tyto. Jesteśmy naprawdę rzadkim gatunkiem i prawdopodobnie najmniejszym sowim królestwem. Chociaż, prawdę mówiąc, minęło sporo czasu od kiedy rządził nami król. Kiedy skończysz rok, ty również wylecisz z tej dziupli i znajdziesz swoją własną, w której będziesz żyła ze swoim partnerem.
Ta część przemowy zdumiała i przeraziła Sorena, który nie mógł wyobrazić sobie, że kiedyś dorośnie i będzie musiał założyć własne gniazdo. Jak mógłby odejść od rodziców? A jednak czuł też pragnienie latania, już teraz, kiedy na jego krótkich skrzydłach nie było jeszcze śladu lotek.
- Zatem - kontynuował ojciec Sorena - nadszedł czas na Uroczystość Zjedzenia Pierwszego Owada. Marella, kochanie, podaj świerszcza - zwrócił się do matki Sorena.
Marella zbliżyła się, trzymając w dziobie jednego z ostatnich tego lata świerszczy.
- Jedz, malutka! Najpierw głowa. Tak, otwórz dziób. Jedzenie zawsze zaczynamy od głowy - czy to świerszcz, mysz czy nornica - powiedziała.
- Mmmm - westchnął ojciec Sorena, patrząc, jak jego córka połyka świerszcza. - Gdy zapytasz co na obiad, ja odpowiem: świeży owad! - powiedział.
Kludd zamrugał i ziewnął. Czasami naprawdę wstydził się rodziców. Szczególnie taty i tych jego głupich powiedzonek.
- Suche jak kawał drewna - mruknął.
O świcie, kiedy sowy przygotowywały się do snu, Soren nadal był tak nakręcony, że nie mógł zasnąć. Rodzice przenieśli się na półkę skalną tuż nad nim, gdzie zwykli spać, ale wciąż słychać było ich głosy, przedostające się do dziupli razem z przyćmionym światłem poranka.
- Noktusie, kolejna sówka zaginęła, to naprawdę podejrzane - powiedziała matka Sorena.
- Też tak myślę, kochanie.
- Która to już w ciągu ostatnich kilku dni?
- Chyba piętnasta.
- To o wiele za dużo, żeby uznać to za sprawkę szopów praczy.
- To prawda - odpowiedział ponuro Noktus. - Jest jeszcze jedno.
- Co? - zapytała jego żona, pohukując cicho.
- Jaja.
- Jaja?
- Znikają też jaja.
- Jaja z gniazd?
- Na to wygląda.
- Nie! - Marella Alba wydała z siebie stłumiony okrzyk. - Nigdy o czymś takim nie słyszałam. To nie do pomyślenia.
- Uznałem, że musisz o tym wiedzieć, na wypadek, gdybyśmy zostali pobłogosławieni kolejnym potomstwem.
- Och, wielki Glauksie! - westchnęła matka.
Soren otworzył oczy ze zdziwienia. Jeszcze nigdy nie słyszał, jak jego matka klnie.
- Ale przecież kiedy opiekujemy się jajem, prawie nie opuszczamy gniazda. Ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, na pewno nas obserwuje - Marella przerwała. - I to bez przerwy.
- Ktokolwiek to jest, potrafi wspinać się lub latać - dodał ponuro Noktus.
Soren czuł strach sączący się do dziupli. Jak to dobrze, że Eglantyna nie została porwana, kiedy była jeszcze jajkiem. Przyrzekł sobie, że nigdy nie zostawi jej samej.
Sorenowi wydawało się, że od kiedy Eglantyna zjadła pierwszego owada, nigdy nie przestała jeść. Jego matka i ojciec zapewniali go, że on był dokładnie taki sam.
- I nadal taki jesteś, Soren! A prawie nadszedł już czas na Uroczystość Zjedzenia Pierwszego Futra!
Tak wyglądały pierwsze tygodnie życia w gnieździe - jedna ceremonia za drugą. A każda z nich, jak się wydawało, w jakiś sposób prowadziła do najbardziej uroczystego momentu w życiu każdej młodej sowy: Pierwszego Lotu.
- Sierść! - szepnął Soren.
Nie potrafił sobie wyobrazić, jak mu to przejdzie przez gardło. Matka zawsze zdzierała futro i wyrywała kości z mięsa przed podaniem mu świeżej myszy czy wiewiórki. Kludd był już prawie gotowy na Uroczystość Zjedzenia Pierwszej Kości, kiedy to zje "kawałek w całości", jak to określił ojciec. I to właśnie przed tą ceremonią młoda sówka rozpoczynała skakanie po gałęziach. A zaraz później odbywała swój pierwszy lot pod czujnym okiem rodziców.
- Skok! Skok! Tak jest, Kludd! A teraz, skacząc na następną gałąź, zamachaj skrzydłami. I pamiętaj, to tylko skoki. Żadnego latania. I nawet kiedy skończysz pierwsze lekcje, żadnych samodzielnych lotów dopóki ja i mama się nie zgodzimy.
- Tak jest, tato - powiedział znudzony Kludd i mruknął pod nosem: - Ile razy słyszałem już ten wykład.
Soren też słyszał to już wiele razy, mimo że nawet nie rozpoczął jeszcze skakania. Najgorsze, co może zrobić młoda sowa, to próbować latać zanim będzie na to gotowa. Oczywiście, młode sowy zwykle się nie słuchały i latały, kiedy ich rodzice byli na polowaniu. Kusiło wypróbować świeżo upierzone skrzydła, jednak najczęściej próba kończyła się nieszczęśliwym upadkiem, a ranna sówka, leżącą na ziemi z dala od gniazda, była narażona na niebezpieczeństwo ze strony drapieżników. Tym razem wykład był krótki, więc lekcja skakania szybko została wznowiona.
- Żwawo! Żwawo, chłopcze! I ciszej. Sowy są cichymi lotnikami.
- Ale ja jeszcze nie latam, tato! Sam mi o tym ciągle przypominasz! Co to za różnica, czy jestem cicho, skoro dopiero skaczę?
- Złe nawyki! Złe nawyki prowadzą do hałaśliwego lotu. Trudno się wyzbyć złych nawyków nabytych podczas treningu.
- Też mi problem!
- Problem to dopiero będziesz miał! - wybuchnął Noktus i tak pacnął syna w głowę, że ten mało się nie przewrócił.
Soren musiał przyznać, że Kludd nawet nie jęknął, tylko od razu podniósł się, spojrzał gniewnie na ojca i skakał dalej - nieco ciszej niż poprzednio.
Pani Pyton syknęła cicho.
- Trudny z niego przypadek. Dobrze, że jego mama tego nie widzi. Eglantyno! - zawołała nagle. Mimo że była ślepa, wydawało się, że dokładnie wie, co w każdej chwili robią młode sówki. Teraz usłyszała chrupnięcie gniazdowego pasożyta w dziobie Eglantyny. - Odłóż go. Sowy nie jedzą pasożytów zamieszkujących gniazdo. Zjadają je węże. Jeśli nadal będziesz je jadła, urośniesz pulchna i delikatna, i nigdy nie będziesz gotowa na Uroczystość Zjedzenia Pierwszego Mięsa, ani Pierwszego Futra, ani Pierwszej Kości, ani na... sama wiesz. Twoja mama szuka właśnie tłuściutkiej nornicy z miękkim futerkiem dla Sorena na Uroczystość Zjedzenia Pierwszego Futra. I może znajdzie też dla ciebie jakąś ładną, zakręconą stonogę.
- Och, tak śmiesznie się je zjada! - zawołał Soren.- Te ich małe nóżki tupią w przełyku.
- Sorenie, opowiedz mi historię o tym, jak po raz pierwszy zjadłeś stonogę! - poprosiła Eglantyna.
Pani Pyton cicho westchnęła. To takie urocze! Eglantyna była wpatrzona w brata jak w obrazek. To była prawdziwa siostrzana miłość, a Soren kochał ją tak samo, jak ona jego. Pani Pyton zastanawiała się, co jest nie tak z ich starszym bratem, Kluddem. Mówi się, że jedno z młodych zawsze jest trudne do wychowania, ale z Kluddem chodziło o coś innego. Kludd... - Pani Pyton zastanowiła się. Kludd ma w sobie coś nienaturalnego, nie-sowiego.
- Soren, zaśpiewaj mi piosenkę o stonodze! Proooszę!
Soren otworzył szeroko dziób i zaczął śpiewać:
Co się tak wierci,
Co się tak kręci,
Co do jedzenia cię zachęci?
Kto ma tyle małych stóp,
Serce wprawia w szybszy ruch?
Ach, to te małe robale,
Przez nie się czuję wspaniale.
Ta właśnie stonoga jaskrawa
To ma ulubiona potrawa.
Gdy odwiedzi moją chatkę,
Zawsze proszę o dokładkę.
Żuki, świerszcze, choć bez kości,
Powodują niestrawności.
Więc dlatego, jeśli mogę,
Chętnie zjem świeżą stonogę.
Ona da mi szczęście błogie.
Gdy tylko Soren skończył śpiewać, do dziupli wleciała jego matka i położyła na ziemi nornicę.
- Całkiem tłuściutka, mój drogi. Wystarczy na Uroczystość Zjedzenia Pierwszego Futrzaka dla ciebie i dla Kludda na Pierwszą Kość.
- Chcę ją mieć tylko dla siebie! - powiedział Kludd.
- Nie ma mowy, nie zjadłbyś nawet połowy.
- Mowy-połowy! - pisnęła Eglantyna. - Mamo, to się rymuje! Uwielbiam rymy!
- Chcę ją w całości dla siebie - naciskał Kludd.
- Zastanów się, Kludd. - Marella spojrzała gniewnie na syna. - Nie będziemy marnować pożywienia. To bardzo duża nornica. Wystarczy dla ciebie na Uroczystość Zjedzenia Pierwszej Kości, dla Sorena na Pierwsze Futro i dla Eglantyny na Pierwsze Mięso.
- Mięso! Będę mogła jeść mięso! - Eglantyna podskoczyła z radości. Wydawało się, że zupełnie zapomniała o swoim zamiłowaniu do stonóg.
- A więc, jeśli chcesz całą nornicę dla siebie, to idź i sam ją sobie upoluj. Wytropienie tej jednej zajęło mi większość nocy. O tej porze roku w Tyto nie ma zbyt wiele pożywienia. Jestem wykończona.
Na niebo wypłynął wielki pomarańczowy księżyc. Wydawało się, że unosi się tuż nad wielką jodłą, w której mieszkał Soren i jego rodzina, i promieniuje ciepłym światłem przez otwór dziupli. To była doskonała noc na uwielbiane przez sowy uroczystości. Uroczystości, które odmierzały zarówno ich dorastanie, jak i upływ czasu.
Tej nocy, tuż przed świtem, trzy małe sówki odbyły swoje Uroczystości Zjedzenia Pierwszego Mięsa, Pierwszego Futrzaka i Pierwszej Kości. A Kludd zwrócił swoją pierwszą prawdziwą wypluwkę. Była dokładnie w kształcie jego żołądka mięśniowego, który ścisnął ją w zwartą paczuszkę z kości i sierści.
- Niezła wypluwka, synu - powiedział ojciec Kludda.
- To prawda - zgodziła się matka. - Godna podziwu.
I przynajmniej ten jeden raz Kludd wyglądał na zadowolonego. A Pani Pyton pomyślała sobie, że żaden zły ptak nie mógłby mieć tak wspaniałego układu trawiennego.
Tej nocy, od chwili gdy wielki pomarańczowy księżyc zaczął zsuwać się po niebie aż po szare smugi świtu, Noktus Alba opowiadał ulubione przez sowy historie o czasach Glauksa. Glaux to starożytna rodzina sów, od których pochodzą wszystkie inne sowy.
- Dawno, dawno temu - zaczął ojciec - w czasach Glauksa istniał zakon rycerskich sów z królestwa Ga'Hoole, który pod osłoną nocy dokonywał wspaniałych czynów. Członkowie zakonu nigdy nie kłamali. Ich celem było naprawić wszelkie zło. Sprawić, by słabi stali się silni. By ci, którzy wykorzystywali słabszych, sami stali się bezbronni, a ich pycha została przezwyciężona. Z sercem na skrzydle podnosili się do lotu...
Kludd ziewnął.
- To chyba nie jest prawdziwa historia, co, tato?
- To legenda, Kludd - odpowiedział ojciec.
- Ale czy to prawda? - jęknął Kludd. - Lubię słuchać tylko prawdziwych historii.
- Legenda, Kludd, to historia, którą zaczynasz czuć w swoim mielcu, i która po jakimś czasie staje się prawdziwa w twoim sercu. I może sprawić, że staniesz się lepszą sową.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki