* 2 *
W zatłoczonej sali głównego komisariatu Straży Miejskiej w Pseudopolis Yardzie sierżant Colon z roztargnieniem poprawił gałązkę bzu, którą umocował do hełmu jak pióropusz.
- Dziwni się robią, Nobby - stwierdził, obojętnie przerzucając poranne raporty. - Typowe dla glin. Też mi się zdarzyło, kiedy miałem dzieciaki. Człowiek robi się zacięty.
- Co to znaczy: zacięty? - zapytał kapral Nobbs, prawdopodobnie najlepszy żyjący dowód, że istniało płynne przejście ewolucyjne między zwierzętami i ludźmi.
- No wiesz... - Colon rozparł się na krześle. - To jest tak... że kiedy jesteś w naszym wieku... - Zawahał się. Nobby od lat już podawał swój wiek jako "prawdopodobnie 34"; rodzina Nobbsów nie była dobra w rachunkach. - To znaczy, kiedy człowiek osiąga... pewien wiek - zaczął znowu - uświadamia sobie, że świat nigdy nie będzie doskonały. I przyzwyczaja się, że jest trochę... trochę...
- Do kitu? - podpowiedział Nobby. Za jego uchem, w miejscu zarezerwowanym zwykle dla papierosa, tkwiła gałązka więdnącego bzu.
- Otóż to. Znaczy, nigdy nie będzie doskonały, więc radzisz sobie, jak możesz, tak? Ale kiedy dzieciak jest w drodze, rozumiesz, nagle wszystko wygląda inaczej. Człowiek myśli: moje dziecko będzie musiało dorastać w tym bałaganie. Pora tu sprzątnąć. Pora, by urządzić tutaj Lepszy Świat. I robi się taki... zapalony. Ostry. Kiedy usłyszy o Wręcemocnym, będzie tu naprawdę gorąco... dzień dobry, panie Vimes.
- Rozmawialiście o mnie, tak? - rzucił Vimes, przechodząc obok.
Colon i Nobbs stanęli na baczność. Tak naprawdę Vimes nie słyszał ich rozmowy, ale z twarzy sierżanta Colona można było czytać jak z książki, a on już wiele lat temu nauczył się jej na pamięć.
- Zastanawiałem się tylko, czy to szczęśliwe wydarzenie... - zaczął Colon, podążając za komendantem, który pokonywał po dwa stopnie naraz.
- Jeszcze nie - odparł krótko Vimes. Pchnął drzwi do swojego gabinetu. - Dzień dobry, Marchewa.
Kapitan Marchewa poderwał się i zasalutował.
- Dzień dobry, sir. Czy lady...
- Nie, Marchewa. Jeszcze nie. Coś się działo w nocy?
Marchewa przesunął wzrokiem po gałązce bzu.
- Nic dobrego, sir. Kolejny funkcjonariusz zamordowany.
Vimes znieruchomiał.
- Kto? - spytał.
- Sierżant Wręcemocny, sir. Zabity na Kopalni Melasy. Znowu Carcer.
Vimes zerknął na zegarek. Mieli dziesięć minut, by dotrzeć do pałacu. Ale nagle przestał się czasem przejmować. Usiadł przy biurku.
- Świadkowie?
- Tym razem trzech, sir.
- Aż tylu?
- Wszyscy to krasnoludy. Wręcemocny nie był nawet na służbie, sir. Wyszedł z komendy, kupił w barze zapiekankę ze szczura i frytki, a potem wpadł prosto na Carcera. Ten drań dźgnął sierżanta w szyję i uciekł. Pewnie pomyślał, że go znaleźliśmy.
- Szukamy gościa od tygodni! A on wpada na biednego Wręcemocnego, kiedy ten krasnolud myśli tylko o śniadaniu? Angua podjęła trop?
- W pewnym sensie, sir - odparł zakłopotany Marchewa.
- Dlaczego tylko w pewnym sensie?
- On... zakładamy, że to Carcer... rzucił bombę anyżową na Placu Sator. Prawie czysty olejek.
Vimes westchnął. Zadziwiające, jak ludzie szybko się adaptują. Straż ma wilkołaka. Wiadomość o tym rozeszła się dość dyskretnie i przestępcy wyewoluowali tak, by przetrwać w społeczeństwie, gdzie prawo dysponuje bardzo czułym nosem. Rozwiązaniem okazały się bomby zapachowe. Nie wymagały dramatycznych efektów. Wystarczyło rzucić buteleczkę mięty czy anyżu gdzieś na ulicy, gdzie przejdzie mnóstwo ludzi, i nagle sierżant Angua miała przed sobą tysiące krzyżujących się tropów i szła do łóżka z potwornym bólem głowy.
Ponuro słuchał, jak Marchewa melduje o ludziach ściągniętych z urlopów, o podwójnych dyżurach, naciskanych informatorach, gołębiach posłanych na parapety, przeczesywanych trawach, palcach wystawianych na wiatr, uszach przykładanych do bruku... I wiedział, jak mało to przynosi. Wciąż mieli w straży niecałą setkę ludzi, wliczając w to bufetową. A w mieście był milion mieszkańców i miliardy kryjówek. Ankh-Morpork stało na kryjówkach. Poza tym Carcer to prawdziwy koszmar.
Vimes przyzwyczaił się już do różnych szaleńców - takich, którzy zachowują się całkiem normalnie aż do chwili, gdy nagle wstaną i pogrzebaczem rozwalą głowę komuś, kto za głośno wydmuchał nos. Ale Carcer był inny. Miał dwie osobowości, lecz nie były w konflikcie, raczej współzawodniczyły ze sobą. Na obu ramionach siedziały mu demony i zachęcały się wzajemnie do działania.
A przy tym... cały czas się uśmiechał, z sympatią i wesoło. I zachowywał się jak drobny złodziejaszek, który zarabia na marne życie, handlując złotymi zegarkami, które po tygodniu zielenieją. Wydawał się przekonany, ale to całkowicie przekonany, że nigdy nie zrobił nic złego. Nawet stojąc wśród trupów, z krwią na rękach i kradzioną biżuterią w kieszeniach, pytałby z wyrazem urażonej niewinności: "Ja? Co ja takiego zrobiłem?".
W dodatku można mu było uwierzyć... dopóki człowiek nie spojrzał w te bezczelnie wesołe oczy i nie zobaczył spoglądających z głębi demonów...
...tylko że nie należało patrzeć mu w oczy zbyt długo, gdyż to oznaczało, że człowiek nie uważał na jego ręce, a przez ten czas jedna z nich trzymała nóż.
Przeciętni gliniarze nie radzili sobie z kimś takim. Spodziewali się, że ludzie, otoczeni przez przeważające siły, raczej się poddadzą, spróbują dogadać, a przynajmniej przestaną się ruszać. Nie oczekiwali, że ktoś zabije z powodu zegarka za pięć dolarów (zegarek za sto dolarów to już całkiem inna sprawa - w końcu żyli w Ankh-Morpork).
- Czy Wręcemocny był żonaty? - zapytał.
- Nie, sir. Mieszkał z rodzicami przy Nowej Szewskiej.
Rodzice, pomyślał Vimes. Jeszcze gorzej.
- Ktoś ich już zawiadomił? Tylko mi nie mów, że Nobby. Nie chcemy przecież powtarzać tego idiotyzmu z "Założę się o dolca, że jest pani wdową Jackson".
- Ja tam poszedłem, sir. Gdy tylko dostaliśmy wiadomość.
- Dziękuję. Jak to przyjęli?
- No... z powagą, sir.
Vimes jęknął w duchu. Mógł sobie wyobrazić ich twarze.
- Napiszę do nich oficjalny list - zdecydował, otwierając szufladę biurka. - Niech ktoś go zaniesie, dobrze? I powie, że później sam się zjawię. Może to nie jest właściwa pora... - Nie, zaraz, to przecież krasnoludy. A krasnoludy nie lekceważą kwestii finansowych. - Nie tak. Niech powie, że dostarczymy wszystkie szczegóły renty po nim i tak dalej. Zginął na służbie... no, prawie. To oznacza dodatkową premię. Wszystko się dodaje... - Pogrzebał w szafce. - Gdzie jego akta?
- Tutaj, sir. - Marchewa wręczył mu teczkę. - Mamy być w pałacu o dziesiątej, sir. Komitet Straży Miejskiej. Ale na pewno zrozumieją - dodał szybko, widząc minę Vimesa. - Pójdę sprzątnąć szafkę Wręcemocnego, sir. Sądzę, że chłopcy zrobią składkę na kwiaty i resztę...
Gdy kapitan wyszedł, Vimes pochylił się nad czystą kartką firmowego papieru. Akta... musiał zaglądać do tych nieszczęsnych akt... Ale ostatnio mieli tylu strażników...
Składka na kwiaty. I trumnę. Nie wolno zapominać o swoich. Sierżant Dickins to powtarzał wiele lat temu...
Vimes nie radził sobie ze słowami, zwłaszcza takimi do zapisania. Kilka razy zajrzał jednak do teczki, żeby odświeżyć sobie pamięć, i spisał najlepsze, co mu przyszło do głowy.
To były dobre słowa, a także - mniej więcej - prawdziwe. Ale szczerze mówiąc, Wręcemocny był zwyczajnym przyzwoitym krasnoludem, któremu płacili za bycie gliną. Zaciągnął się, bo w tych czasach wstąpienie do straży było niezłym wyborem kariery. Straż płaciła przyzwoicie, dawała sensowną emeryturę i doskonałą opiekę medyczną tym, którym wystarczało siły woli, by poddać się zabiegom Igora w piwnicy. A po około roku wyszkolony w Ankh-Morpork strażnik mógł wyjechać z miasta i dostać pracę w straży gdzie indziej, na całych równinach, a do tego natychmiastowy awans. Tak działo się bez przerwy. Nazywali ich Samsi - nawet w miejscach, gdzie nigdy nie słyszeli o Samie Vimesie. Sams oznaczał strażnika, który potrafi myśleć bez poruszania ustami, nie bierze łapówek - w każdym razie nieczęsto, a i wtedy tylko na poziomie piwa i pączków, co nawet Vimes uznawał za smar pozwalający sprawom gładko się toczyć - i, ogólnie biorąc, godnego zaufania. Przynajmniej dla danej wartości "zaufania".
Tupot biegnących nóg sugerował, że sierżant Detrytus prowadzi najnowszych rekrutów z porannej przebieżki. Vimes słyszał piosenkę, jakiej Detrytus ich nauczył. Nietrudno było odgadnąć, że ułożył ją troll.
Głupią piosenkę śpiewamy!
I przy śpiewaniu biegamy!
Po co śpiew ten my nie wiemy!
Słowa nie chcą się porządnie rymować!
- Koniec śpiewu!
- Raz! Dwa!
- Koniec śpiewu!
- Dużo! Mnóstwo!
- Koniec śpiewu!
- E... Co?
Vimesa ciągle irytowało, że mały ośrodek szkoleniowy w starej fabryce lemoniady wypuszczał tylu strażników, którzy wyjeżdżali z miasta, jak tylko zakończyli okres próbny. Ale miało to swoje zalety. Samsi służyli prawie po granice Überwaldu, a wszyscy szybko się wspinali po drabinach awansów. Pomagało pamiętanie ich imion, a także pamiętanie, że nosiciele tych imion zostali nauczeni, by mu salutować. Meandry i zakola polityki oznaczały często, że miejscowi władcy nie rozmawiali ze sobą, ale Samsi - przez wieże semaforowe - rozmawiali przez cały czas.
Kończył już list, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
- Prawie gotowy! - zawołał.
- To ja, fir - oznajmił funkcjonariusz Igor, zaglądając do środka. I dodał: - Igor, sir.
- Tak, Igorze? - zapytał Vimes.
Zastanowił się już nie pierwszy raz, po co przedstawia się ktoś, kto ma szwy dookoła głowy1.
- Chcę tylko powiedzieć, fir, że mogłem postawić młodego Wręcemocnego na nogi, fir - oświadczył Igor z wyrzutem.
Vimes westchnął. Twarz Igora wyrażała troskę z pewną sugestią rozczarowania. Nie pozwolono mu na wykonywanie swej... sztuki. Oczywiście, że był rozczarowany.
- Już rozmawialiśmy na ten temat, Igorze. To nie to samo co przyszyć z powrotem nogę. A krasnoludy absolutnie się temu sprzeciwiają.
- Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego, fir. Jestem wyznawcą filozofii naturalnej! A on był jeszcze ciepły, kiedy go przynieśli...
- Takie są zasady, Igorze. Ale dziękuję ci. Wiemy, że serce masz we właściwym miejscu...
- Serca we właściwych miejscach, sir - poprawił go Igor.
- O to mi właśnie chodziło - zapewnił Vimes, nie wahając się ani przez moment, tak jak Igor nigdy się nie wahał.
- Och... No trudno, sir. - Igor zrezygnował. Odczekał chwilę, nim zapytał: - Jak się czuje lady Sybil, sir?
Vimes się tego spodziewał. To straszne, kiedy umysł robi właścicielowi coś takiego, ale jego umysł zaprezentował mu już ideę Igora i Sybil w tym samym zdaniu. Nie to, że Vimes Igora nie lubił. Wręcz przeciwnie. Paru strażników patrolujących w tej chwili ulice nie miałoby nóg, gdyby nie geniusz Igora przy igle. Ale...
- Świetnie. Czuje się świetnie - zapewnił.
- No bo słyszałem, że pani Content się trochę niepo...
- Igorze, są pewne dziedziny, w które... Słuchaj, czy ty w ogóle wiesz cokolwiek o... o kobietach i dzieciach?
- Nie tak dokładnie, sir, ale przekonałem się, że jak już kogoś położę na stole i trochę w nim, no wie pan, trochę pogmeram, to jakof fobie poukładam więkfofć rzeczy...
W tym momencie wyobraźnia Vimesa odmówiła dalszych działań.
- Dziękuję ci, Igorze - zdołał odpowiedzieć bez drżenia głosu. - Ale pani Content jest bardzo doświadczoną akuszerką.
- Jefli pan tak twierdzi, sir... - odparł Igor, lecz zwątpienie dźwięczało w jego słowach.
- Muszę już iść - oświadczył Vimes. - Czeka mnie długi dzień...
Zbiegł po schodach, rzucił list Colonowi, skinął na Marchewę i szybkim krokiem ruszyli do pałacu.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, jeden ze strażników uniósł głowę znad biurka, przy którym zmagał się z raportem i trudem zapisania - jak to u policjantów - tego, co powinno się wydarzyć.
- Sierżancie?
- Tak, kapralu Ping?
- Dlaczego niektórzy z was noszą fioletowe kwiatki, sierżancie?
Nastąpiła subtelna zmiana w atmosferze, wyssanie dźwięku wywołane uważnym nasłuchiwaniem wielu par uszu. Wszyscy funkcjonariusze w pokoju przestali pisać.
- Bo wie pan, sierżancie - ciągnął Ping - widziałem, że pan, Reg i Nobby nosiliście je w zeszłym roku o tej porze, więc pomyślałem, że może wszyscy powinniśmy...
Ping się zająknął. Zwykle przyjazne oczy sierżanta Colona zmrużyły się nagle, przesyłając jasne ostrzeżenie: mój chłopcze, stąpasz po cienkim lodzie, który zaczyna trzeszczeć...
- No bo moja gospodyni ma ogród i mógłbym szybko podskoczyć i ściąć... - ciągnął Ping w nietypowym dla siebie usiłowaniu samobójstwa.
- Chciałbyś dzisiaj nosić bez, tak? - zapytał Colon cicho.
- To znaczy, gdyby pan chciał, to mógłbym...
- A byłeś tam? - Colon wstał z takim rozmachem, że przewrócił krzesło.
- Spokojnie, Fred - mruknął Nobby.
- Przecież ja nie... - zaczął Ping. - To znaczy... gdzie byłem, sierżancie?
Colon oparł się o blat i przysunął swą okrągłą, poczerwieniałą twarz na cal od nosa Pinga.
- Skoro nie wiesz, gdzie było to "tam", to tam nie byłeś - oświadczył tym samym cichym głosem. Znów się wyprostował. - A teraz ja i Nobby wychodzimy. Spocznij, Ping.
- E...
To nie był dobry dzień dla kaprala Pinga.
- Tak? - rzucił Colon.
- No bo... regulamin, sierżancie. Pan jest najwyższy stopniem, a ja jestem dzisiaj funkcjonariuszem dyżurnym. Inaczej bym nie pytał, ale... Jeśli pan wychodzi, sierżancie, musi mi pan powiedzieć, dokąd pan idzie. Rozumie pan, na wypadek gdyby ktoś chciał się z panem skontaktować. Muszę to zapisać w dzienniku. Piórem i w ogóle... - dodał.
- Wiecie, jaki dziś dzień, Ping? - spytał Colon.
- No... dwudziesty piąty maja, sierżancie.
- A wiecie, Ping, co to oznacza?
- No...
- Oznacza - wtrącił Nobby - że każdy tak ważny, że może spytać, dokąd idziemy...
- ...wie, dokąd poszliśmy - dokończył Fred Colon.
Drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem.
1 Igor, zatrudniony w Straży Miejskiej jako patolog i asystent medyczny, był dość młody (o ile można to stwierdzić u Igora, jako że użyteczne kończyny i inne organy Igory przekazywały sobie tak, jak inni kieszonkowe zegarki) i bardzo nowoczesny. Czesał się w kaczy kuper z wydłużoną grzywką, nosił buty na grubej gumowej podeszwie i czasami zapominał seplenić.