Strata. Smutek i depresja - John Bowlby

Kup ebooka

99.00 zł
79.20 zł (99,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dane oryginału

Attachment and Loss. Vol. 3. Loss, Sadness, and Depression

By John Bowby

Copyright ? The Tavistock Institute of Human Relations, 1980

First published as Attachment & Loss Volume 3 in 1980 by Chatto & Windus, an imprint of Vintage. Vintage is part of the Penguin Random House group of companies

Projekt okładki i stron tytułowych

Przemysław Spiechowski

Ilustracja na okładce

Levon Martirosian/Shutterstock

Eladora/Shutterstock

Wydawca

Aleksandra Małek

Redaktor

Joanna Marek-Banach

Redaktor prowadzący

Agata Kołacz

Produkcja

Anna Badura

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Copyright ? for the Polish edition by

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-01-25294-6

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2026 r. (Wydanie I)

Warszawa 2026

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. G. Daimlera 2

tel. 2269 54 321; faks 22 69 54 228

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; www.pwn.pl

Informacje w sprawie współpracy reklamowej: reklama@pwn.pl

Podziękowania

Po raz kolejny w przygotowaniu tego tomu pomogło mi wielu przyjaciół i kolegów, którzy zachęcili mnie do napisania tej pracy oraz hojnie obdarzyli swym czasem i przemyśleniami. Wszystkim im jestem głęboko wdzięczny.

Szczególny dług mam wobec Colina Murraya Parkesa. Na początku lat sześćdziesiątych, kiedy usiłowałem wyjaśnić naturę żałoby, zwrócił moją uwagę na idee Darwina i rolę, jaką odgrywa pragnienie żałobnika, by odzyskać utraconą osobę. Później połączyliśmy siły, a on zapoczątkował, najpierw w Londynie, a następnie w Bostonie, swoje badania nad wdowami, które w istotnym stopniu przyczyniły się do naszego rozumienia tematu. Przeczytał również rozdziały zawarte w części II tego tomu, dotyczące żałoby osób dorosłych, dając wiele cennych krytycznych uwag i sugestii. Kolejnymi osobami, które zapoznały się z rozdziałami tej książki i wniosły wartościowe komentarze, są Robert S. Weiss i Emmy Gut. Wierzę, że dzięki temu zostały one znacznie udoskonalone i tylko ja jestem odpowiedzialny za wszelkie niedociągnięcia, które w nich pozostały.

Beverley Raphael łaskawie sprawdziła dokładność omówienia przeze mnie jej pracy w rozdziale 10, a George Brown zrobił to samo w odniesieniu do opisu jego pracy w rozdziałach 14 i 17. Ostatnia część rozdziału 4 wiele zawdzięcza rozmowom z Mary Main.

Wśród osób, które także wniosły do tej pracy swój wkład, są również Mary Salter Ainsworth i Dorothy Heard, które przeczytały szkice niemal każdego rozdziału i zgłosiły do nich wiele cennych sugestii.

Tekst książki po raz kolejny został przygotowany przez moją sekretarkę, Dorothy Southern, która od początku do końca spisywała na maszynie każde słowo tych tomów, czyniąc to często wielokrotnie, z niesłabnącą gorliwością i oddaniem. Obsługę biblioteczną zapewniła z tradycyjną sprawnością Margaret Walker oraz pracownicy Biblioteki Tavistock. Za przygotowanie listy źródeł, jak również inną pomoc redakcyjną, jestem wdzięczny Molly Townsend, która przygotowała także indeks. Każdej z tych osób należą się moje najserdeczniejsze podziękowania.

Liczne instytucje, począwszy od 1948 roku wspierające badania, na których opiera się ta praca, zostały wymienione w tomie I. Wszystkim im pozostaję głęboko wdzięczny. W czasie przygotowywania tego tomu korzystałem z gościnności Tavistock Clinic i Tavistock Institute of Human Relations, które od czasu mojego przejścia na emeryturę hojnie udostępniały mi przestrzeń biurową oraz inne udogodnienia.

Za zgodę na cytowanie opublikowanych prac należą się podziękowania wydawcom, autorom oraz innym osobom wymienionym poniżej. Dane bibliograficzne wszystkich cytowanych dzieł znajdują się w wykazie źródeł na końcu tomu.

Dziękuję Tavistock Publications w Londynie oraz International Universities Press Inc. w Nowym Jorku, za możliwość cytowania Bereavement: Studies of Grief in Adult Life autorstwa C. M. Parkesa; International Universities Press Inc. w Nowym Jorku za pracę "Aggression: its role in the establishment of object relations" R. A. Spitza, w książce Drives, Affects and Behavior pod redakcją R. M. Loewensteina; za pracę "Notes on the development of basic moods: the depressive affect" M. S. Mahler, z książki Psychoanalysis: A General Psychology pod redakcją R. M. Loewensteina, L. M. Newmana, M. Schura i A. J. Solnita; oraz "Contribution to the metapsychology of schizophrenia" w Essays on Ego Psychology H. Hartmanna; Academic Press Inc. w Nowym Jorku, za "Episodic and semantic memory" E. Tulvinga, w Organization of Memory pod redakcją E. Tulvinga i W. Donaldsona; McGraw Hill Book Co. w Nowym Jorku za "Social use of funeral rites" D. Mandelbauma, w The Meaning of Death pod redakcją H. Feifela; Prentice-Hall International w Hemel Hempstead, Herts. za "The provisions of social relationships" R. S. Weissa, w Doing Unto Others pod redakcją Z. Rubina; John Wiley w Nowym Jorku za "Death, grief and mourning in Britain" G. Gorera, w The Child and his Family pod redakcją C. J. Anthony'ego i C. Koupernika oraz The First Year of Bereavement autorstwa I. O. Glicka, R. S. Weissa i C. M. Parkesa; Basic Books w Nowym Jorku, za Marital Separation pod redakcją R. S. Weissa; Psychological Review za "A new look at the new look" pod redakcją M. H. Erdelyi'a; Redaktorowi Psychosomatic Medicine G. Engelowi za jego "Is Grief a Disease?"; University of Chicago oraz Redaktorowi Perspectives in Biology and Medicine za "Toward a neo-dissociation theory" autorstwa E. Hilgarda; International Universities Press Inc. w Nowym Jorku oraz Redaktorowi Psychoanalytic Study of the Child za "Children's reactions to the death of important objects" autorstwa H. Nagera oraz "Anaclitic Depression" autorstwa R. A. Spitza; Redaktorowi American Journal of Psychiatry za "Symptomatology and management of acute grief" autorstwa E. Lindemanna; Redaktorowi Journal of the American Psychoanalytic Association za "Separation-individuation and object constancy" J. B. McDevitta; Redaktorowi Archives of General Psychiatry za "Children's reactions to bereavement" S. I. Harrisona, C. W. Davenporta i J. F. McDermotta Jr.

Przedmowa

To trzeci i ostatni tom pracy, w której eksploruję implikacje, jakie wynikają dla psychologii i psychopatologii osobowości ze sposobu reagowania małych dzieci na tymczasową lub trwałą utratę figury matczynej. Okoliczności towarzyszące początkom tych dociekań zostały opisane w przedmowach do poprzednich tomów. Ogólna strategia, która zakłada prospektywne podejście do klasycznych problemów psychoanalizy, została przedstawiona w rozdziale 1 tomu I. Można ją podsumować następująco: podstawowymi danymi są obserwacje zachowania małych dzieci w określonych sytuacjach; w świetle tych danych podejmuje się próbę opisania pewnych wczesnych faz funkcjonowania osobowości i, na ich podstawie, ekstrapolacji w przyszłość. Ma to na celu zwłaszcza opisanie pewnych wzorców reakcji, które występują regularnie we wczesnym dzieciństwie, a następnie prześledzenie, w jaki sposób podobne wzorce reakcji można odnajdywać w późniejszym funkcjonowaniu osobowości.

Istnieje wiele powodów, dla których moim początkowym punktem odniesienia była i pod wieloma względami pozostaje psychoanaliza. Bynajmniej nie najmniej ważnym z tych powodów jest fakt, że kiedy interesujące nas tutaj badania zostały zapoczątkowane, psychoanaliza była jedyną nauką behawioralną systematycznie zwracającą uwagę na zjawiska i pojęcia, które wydawały się kluczowe dla mojego zadania: więzi afektywne, lęk separacyjny, żal po stracie i żałoba, nieświadome procesy psychiczne, obrona, trauma, wrażliwe okresy w początkach życia. Niemniej jednak omówiona tutaj teoria różni się pod wieloma względami od klasycznych teorii wysuniętych przez Freuda i opracowanych przez jego zwolenników. Czerpałem bowiem w szczególności z ustaleń i poglądów pochodzących z dwóch dyscyplin, etologii i teorii kontroli, które pod koniec życia Freuda istniały jedynie w zalążku. Co więcej, w tym tomie korzystam z najnowszych prac z zakresu psychologii poznawczej i przetwarzania informacji przez człowieka, próbując wyjaśnić problemy związane z obroną. W rezultacie proponowane aktualnie przeze mnie ujęcie rozwoju osobowości i psychopatologii ma postać nowego paradygmatu i dlatego jest obce klinicystom od dawna przyzwyczajonym do myślenia w inny sposób. Wynikające z tego trudności w komunikacji są równie niefortunne, co nieuniknione.

Niemniej jednak jestem podbudowany faktem, że znalazłem innego psychoanalityka, który niezależnie przyjął stanowisko teoretyczne niemal identyczne z moim. Jest nim Emanuel Peterfreund, którego monografia Information, Systems and Psychoanalysis została opublikowana w 1971 roku. Co ciekawe, choć dr Peterfreund początkowo chciał rozwiązać problemy dotyczące "klinicznego procesu analitycznego i zjawisk wglądu" pozostając pod wpływem tych samych naukowych rozważań, jakie oddziaływały na mnie, jego ustalenia całkowicie różniły się od moich. Mimo to teoretyczne ujęcie opracowane przez każdego z nas okazało się "uderzająco spójne", by posłużyć się słowami użytymi przez owego autora w krótkim przypisie dodanym do jego pracy (s. 149) tuż przed oddaniem jej do druku.

Pod wieloma względami nasze obie prace wzajemnie się uzupełniają. Cechami wyróżniającymi pracę dr. Peterfreunda są, po pierwsze, jego przenikliwa krytyka aktualnej teorii psychoanalitycznej; po drugie, jego błyskotliwa prezentacja podstawowych koncepcji informacji, przetwarzania informacji oraz teorii kontroli; i po trzecie, jego systematyczne zastosowanie tych koncepcji do problemów klinicznych, z którymi każdy analityk leczący pacjentów ma do czynienia na co dzień. Autor ten pokazuje w szczególności, jak zjawiska kryjące się pod terminami "przeniesienie", "obrona", "opór", "interpretacja" i "zmiana terapeutyczna" można wyjaśnić poprzez odniesienie do paradygmatu, którego obaj jesteśmy zwolennikami. Analityków, którzy uważają moją pracę za niezrozumiałą, nie tylko z powodu nieznanego im paradygmatu, lecz także dlatego, że moje prospektywne podejście jest dla nich dziwne, zachęcam do przeczytania pracy dr. Peterfreunda. Moja praca różni się od jego pracy tym, że w centrum uwagi stawiam zagadnienie zachowań przywiązaniowych stanowiących klasę zachowań o własnej dynamice, odrębnych od zachowań związanych z karmieniem czy od zachowań seksualnych, a mających co najmniej taką samą wagę.

Obecnie wielu innych psychoanalityków zwraca uwagę na zalety paradygmatu opartego na aktualnych koncepcjach z obszaru biologii, teorii kontroli i przetwarzania informacji. Przykładem może być praca Rosenblatta i Thickstuna (1977).

Pierwsze kroki w kierunku sformułowania własnego modelu podjąłem w serii artykułów opublikowanych w latach 1958-1963. Niniejsza trzytomowa praca jest kolejną próbą. Pierwszy tom, Przywiązane[1], jest poświęcony problemom pierwotnie poruszonym w pierwszym artykule z wymienionej serii, "The Nature of the Child's Tie to his Mother" (1958).

Drugi tom, Separacja: lęk i złość[2], obejmuje zagadnienia pierwotnie poruszane w dwóch następnych artykułach "Separation Anxiety" (1960a) i "Separation Anxiety: A Critical Review of the Literature" (1961a). Niniejszy, trzeci tom, analizuje problemy żalu i żałoby oraz procesy obronne, które mogą zostać wywołane przez lęk i stratę. Obejmuje on zrewidowany i rozszerzony materiał opublikowany pierwotnie w kolejnych artykułach wspomnianej wcześniejszej serii - "Grief and Mourning in Infancy and Early Childhood" (1960b), "Processes of Mourning" (1961b) i "Pathological Mourning and Childhood Mourning" (1963) - czerpiąc również ze szkiców dwóch kolejnych artykułów dotyczących straty i obrony, które zostały napisane na początku lat sześćdziesiątych i doczekały się pewnego rozpowszechnienia, lecz pozostały nieopublikowane.

Od tamtego czasu mogłem cieszyć się ogromną korzyścią płynącą z faktu bliskiej współpracy z moim przyjacielem, Colinem Murrayem Parkesem. Oznaczało to, że nie tylko mogłem korzystać z przywileju dostępu do jego cennego zbioru danych na temat doświadczenia straty przez dorosłych, lecz także miałem stałą możliwość bliskiego kontaktu z jego przemyśleniami.

Wiele podstawowych danych, od których wychodzę, zostało przedstawionych w początkowych rozdziałach wcześniejszych tomów (patrz zwłaszcza tom I, rozdział 2 oraz tom II, rozdziały 11 i 3) i obecnie są one już dość dobrze znane. Dlatego w rozdziale otwierającym ten tom znajdzie się tylko krótkie podsumowanie. Aby jednak przypomnieć czytelnikowi o doniosłości zaobserwowanych reakcji i zwrócić jego uwagę na dane, które moim zdaniem mają szczególne znaczenie dla zrozumienia genezy procesów psychopatologicznych, przytoczono dodatkowy materiał ilustracyjny.

W tym tomie przedstawiono wiele opisów przypadków zaczerpniętych z publikacji innych klinicystów. Ponieważ większość z nich została w znacznym stopniu przeredagowana, niezbędne jest wyjaśnienie. Powody zmian redakcyjnych są trojakiego rodzaju. W niektórych przypadkach oryginalny zapis jest zbyt długi i wymaga skrótów. W wielu innych jest przesycony terminami technicznymi, które nie tylko zaciemniają prostą narrację wydarzeń i reakcji, na których się skupiam, lecz także są niezgodne z przyjętym przeze mnie paradygmatem. Wreszcie, w kilku przypadkach uznałem za przydatne przedstawienie sekwencji wydarzeń i reakcji pacjenta na nie w sposób bardziej spójny historycznie niż w oryginale; i zwróciłem szczególną uwagę na źródło, z którego pochodzi lub wydaje się pochodzić każda część zapisu. Oczywiście podczas przepisywania zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby zachować istotę oryginału. Jednakże nie sposób uniknąć tu pewnej trudności. Kiedy zapis jest skracany, pominięciu ulega pewien materiał faktograficzny, a przyjęte przeze mnie kryteria wyboru mogą różnić się od tych, które przyjąłby sam autor oryginału. Wszystkich tych, którzy uznają, że w moim sprawozdaniu na temat zgromadzonych przez nich danych wkradły się zniekształcenia, szczerze przepraszam.

Rozdział 1Trauma straty

Definicja zjawisk naukowych powinna opierać się na takich zjawiskach, jakimi je widzimy. Nie mamy żadnego interesu w definiowaniu zjawisk naukowych wedle naszych wyobrażeń o tym, jak według nas powinny one wyglądać. Poszukiwanie tego rodzaju punktów odniesienia wydaje się wynikać z osobistego przekonania, że proste prawa i niepodważalne rozróżnienia z konieczności leżą u podstaw każdego zbioru wzajemnie powiązanych zjawisk.

C. F. A. Pantin, The Relation between sciences

Preludium

W tym stuleciu wielu psychoanalityków i psychiatrów poszukiwało związków przyczynowych między chorobą psychiczną, stratą ukochanej osoby, patologiczną żałobą a doświadczeniami z dzieciństwa.

Przez kilka dekad jedynym punktem wyjścia tych badań był chory pacjent. Później, w latach czterdziestych klinicyści zaczęli zwracać uwagę na intensywny dystres i niepokój emocjonalny, które pojawiają się bezpośrednio po doświadczeniu straty. W kilku spośród przeprowadzonych później badań chodziło o stratę współmałżonka; w innych o stratę matki dotykającą małe dziecko. Chociaż każdy z tych trzech punktów wyjścia przyniósł bardzo interesujące odkrycia, minęło kilka lat, nim udało się zrozumieć sposób, w jaki poszczególne zbiory danych można by powiązać z pozostałymi. Stała trudność polegała na tym, że uogólnienia dokonywane w związku z wcześniejszym zbiorem danych, pozyskanych przy wykorzystaniu metody retrospektywnej, były często błędne, natomiast oferowane teoretyczne wyjaśnienia nie pasowały do żadnego ze zbiorów danych pozyskanych później, w wyniku badań prospektywnych.

W tym tomie staram się powiązać ze sobą te rozmaite zbiory danych i nakreślić teorię, która ma zastosowanie do nich wszystkich. Podobnie jak w dwóch poprzednich tomach, pierwszeństwo przyznano danym pochodzącym z badań prospektywnych.

Ponieważ strata jako dziedzina badań jest źródłem dystresu, jej badacz staje w obliczu problemów zarówno emocjonalnych, jak i intelektualnych.

Strata ukochanej osoby jest jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń, jakie mogą spotkać człowieka. Bolesne jest nie tylko jej doświadczanie, lecz także bycie jej świadkiem, choćby z tego powodu, że jesteśmy niezdolni do zaradzenia jej. Doświadczającym straty prawdziwe pocieszenie może przynieść jedynie powrót utraconej osoby; a jeśli to, co oferujemy, nie spełnia tego wymogu, jest to odczuwane niemal jako zniewaga. Być może w ten sposób można wyjaśnić stronniczość, która przenika znaczną część starszej literatury na temat reakcji ludzi na stratę. Niezależnie od tego, czy autor omawia wpływ straty na osobę dorosłą, czy na dziecko, pojawia się tendencja do niedoceniania tego, jak silny dystres i obezwładnienie powoduje zwykle strata i jak długo dystres, a często i obezwładnienie, zwykle trwają. Jednocześnie istnieje tendencja do zakładania, że normalna, zdrowa osoba może i powinna poradzić sobie z doświadczeniem straty[3] nie tylko względnie szybko, lecz także całkowicie.

W tym tomie będę się przeciwstawiał tym tendencjom. Nieustannie będę kładł nacisk na długie trwanie żalu po stracie, na trudności w wychodzeniu spod jej wpływu oraz na niekorzystne konsekwencje, jakie dla funkcjonowania osobowości tak często przynosi strata. Tylko biorąc poważnie pod uwagę fakty takimi, na jakie wyglądają w rzeczywistości, być może zdołamy złagodzić ból i poczucie bezsilności oraz zmniejszyć liczbę poszkodowanych.

Niestety, pomimo ogromnie zwiększonej uwagi poświęcanej temu tematowi w ostatnich latach, dane empiryczne dotyczące reakcji osób w różnym wieku na różnego rodzaju straty ponoszone w rozmaitych okolicznościach są nadal skąpe. Dlatego najlepsze, co możemy zrobić, to czerpać z dostępnych usystematyzowanych danych i rozważnie korzystać ze znacznie liczniejszych relacji nieusystematyzowanych. Niektóre z tych ostatnich są natury autobiograficznej, jednak większość pochodzi z obserwacji klinicznych osób pozostających w trakcie leczenia. Z tej przyczyny są one zarówno kopalnią złota, jak i pułapką - kopalnią złota, dostarczając cennego wglądu w to, w jak różnych niepożądanych kierunkach może przebiegać reakcja na stratę, oraz pułapką z powodu fałszywych uogólnień, do których mogą one prowadzić. Te ostatnie bywają dwojakiego rodzaju. Z jednej strony zakłada się, że pewne cechy, obecnie rozpoznawane jako szczególnie charakterystyczne dla niekorzystnych reakcji na stratę, są wszechobecnymi cechami o ogólnym znaczeniu; a z drugiej strony mówi się, że reakcje, które wedle obecnej wiedzy są wspólne dla wszystkich form reakcji na stratę, są specyficzne dla patologii. Przykładem pierwszego rodzaju błędu jest założenie, że poczucie winy jest nieodłącznym elementem żałoby, a drugiego rodzaju błędu, że niewiara osoby, iż strata naprawdę nastąpiła (często określana jako "zaprzeczenie"), wskazuje na patologię. Zdrowe przeżywanie żalu po stracie, co będziemy często podkreślać, charakteryzuje się wieloma cechami, które kiedyś uważano za patologiczne, natomiast brakuje jej innych, które kiedyś uważano za typowe.

Ponieważ ścieżka, którą wkroczyłem w tę dziedzinę, prowadziła przez badanie wpływu straty matki na małe dzieci, to właśnie na pochodzące z tych badań dane oraz na pewne kontrowersje przez nie wywołane kieruję uwagę czytelnika w tym pierwszym z pięciu rozdziałów wprowadzających.

W drugim rozdziale dokonuję przeglądu pomysłów wyłonionych podczas leczenia pacjentów, których problemy emocjonalne wyglądały na związane ze stratą, a także nakreślam typy teorii, do których doprowadziły takie badania. W rozdziale tym wskazuję kilka kluczowych pytań, wokół których wciąż istnieją kontrowersje i na które szukam odpowiedzi w kolejnych rozdziałach.

W trzecim i czwartym z tych rozdziałów wstępnych przedstawiam zarys ram koncepcyjnych opracowanych początkowo na potrzeby tego studium, i które wprowadzam podczas prezentacji i interpretacji danych. W ten sposób przygotowawszy grunt, przechodzę do zasadniczej części pracy.

Żal po stracie w okresie niemowlęcym i we wczesnym dzieciństwie

Przyjrzyjmy się na początek danym, które dały początek temu opracowaniu, a mianowicie pochodzącym z obserwacji dotyczących tego, w jaki sposób małe dziecko w wieku od około dwunastu miesięcy do trzech lat reaguje na zabranie go od figury matczynej[4], do której jest przywiązane, i umieszczenie w obcym miejscu z nieznajomymi osobami. Czytelnicy wcześniejszych tomów pamiętają, że pierwsza reakcja[5] dziecka to protest i usilne starania zmierzające do odzyskania utraconej matki. Dziecko wówczas "często głośno płacze, potrząsa łóżeczkiem, rzuca się i z niecierpliwością wypatruje każdego znaku lub dźwięku, który mógłby oznaczać powrót jego nieobecnej matki". Może to trwać z różnym nasileniem nawet tydzień lub dłużej. Przez cały ten czas dziecko wydaje się napędzane w swoich wysiłkach nadzieją i oczekiwaniem na powrót matki.

Prędzej czy później jednakże przychodzi rozpacz. Tęsknota za powrotem matki nie słabnie, ale nadzieja na jej zaspokojenie wygasa. Ostatecznie ustają niespokojne, donośne żądania: dziecko staje się apatyczne i wycofane, a jego rozpacz przerywa jedynie sporadyczne i monotonne zawodzenie. Dziecko znajduje się w stanie nieopisanego nieszczęścia.

Chociaż obraz ten musiał być znany od wieków, dopiero w ostatnich dziesięcioleciach został opisany w literaturze psychologicznej i opatrzony właściwą nazwą - żal po stracie. Jest to termin używany przez Dorothy Burlingham i Annę Freud (1942), przez Spitza (1946b) w tytule jego filmu Grief. A Peril in Infancy, a także przez Robertsona (1953), który przez dwadzieścia pięć lat prowadził unikatowe badania dotyczące praktycznych implikacji tego zjawiska. O dziecku w przedziale wiekowym od osiemnastu do dwudziestu czterech miesięcy Robertson pisze:

Jeśli dziecko zostanie zabrane spod opieki matki w tym wieku, kiedy jest do niej tak zaborczo i namiętnie przywiązane, to rzeczywiście dzieje się tak, jakby jego świat został całkowicie zburzony. Jego ogromna potrzeba bycia z nią jest niezaspokajana, a frustracja i tęsknota mogą doprowadzić je do szaleńczego żalu. Potrzeba wysiłku wyobraźni, aby poczuć intensywność tego cierpienia. To dziecko jest tak samo przytłoczone, jak każdy dorosły, który stracił ukochaną osobę wskutek śmierci. Dla dziecka w wieku dwóch lat, nierozumiejącego frustracji i niezdolnego do jej tolerowania, jest to naprawdę tak, jakby jego matka umarła. Dziecko nie zna śmierci, a jedynie nieobecność; a jeśli jedyna osoba, która może zaspokoić jego nadrzędną potrzebę, jest nieobecna, równie dobrze mogłaby ona nie żyć, tak przytłaczające jest jego poczucie straty.

Kiedyś wierzono, że małe dziecko szybko zapomina o swojej matce i w ten sposób radzi sobie ze swoją niedolą. Sądzono, że żal po stracie w dzieciństwie trwa krótko. Jednak bardziej wnikliwe obserwacje wykazały, że tak nie jest. Tęsknota za powrotem matki nie ustępuje. Wyraźnie pokazały to wczesne badania Robertsona nad małymi dziećmi przebywającymi w stacjonarnych żłobkach i szpitalach, a także dwa systematyczne badania dotyczące dzieci podczas pobytu w stacjonarnych żłobkach przeprowadzone przez Heinicke (Heinicke, 1956; Heinicke i Westheimer, 1966)[6]. Płacz za rodzicami, głównie za matką, był dominującą reakcją, szczególnie w ciągu pierwszych trzech dni. Chociaż później jego nasilenie słabło, u wszystkich dzieci odnotowywano go sporadycznie przez co najmniej pierwsze dziewięć dni. Szczególnie często pojawiał się przed snem i w nocy. Występowało również poszukiwanie matki.

Chociaż myślenie życzeniowe prawdopodobnie przyczyniło się do przekonania, że żal po stracie u małego dziecka jest krótkotrwały, to mylące okazały się też pewne cechy jego zachowania. Na przykład po krytycznej fazie protestu dziecko staje się cichsze i mniej wyraziste w swoim komunikowaniu się. Obserwacja nie wskazuje jednak na to, że zapomniało ono o swojej matce, lecz na to, że nadal jest na nią silnie zorientowane. Robertson zarejestrował wiele przypadków małych dzieci, u których tęsknota za nieobecną matką była widoczna, choć czasami tak wyciszona lub ukryta, że zwykle niedostrzegana. O Laurze, której poświęcił film A Two-year-old Goes to Hospital (1952), pisze: "Wtrącała bez emocji i jakby bez związku z tematem słowa "Chcę do mamusi, gdzie się podziała moja mamusia? " do uwag o czymś zupełnie innym; a kiedy nikt nie podejmował wtrąconej uwagi, nie powtarzała tych "słów bez związku"". To samo dziecko czasami pozwalało ukrytym uczuciom ujawnić się w piosenkach i, najwyraźniej nie zdając sobie z tego sprawy, zastępowało imię "mamusi" nazwą postaci z rymowanki. Pewnego razu dziewczynka wyraziła nagłe pragnienie zobaczenia walca parowego, który właśnie zniknął z jezdni biegnącej pod oknami oddziału, na którym przebywała. Płakała: "Chcę zobaczyć walec parowy, chcę zobaczyć walec parowy, chcę zobaczyć moją mamusię, chcę zobaczyć walec parowy"[7].

Inne dziecko, w wieku trzech i pół roku, przebywające w szpitalu od dziesięciu dni, zostało zaobserwowane podczas samodzielnej powtarzalnej zabawy, na pierwszy rzut oka jawiącej się jako całkiem przyjemne zajęcie. Maluch pochylał się do przodu, przekrzywiając głowę w lewą stronę i unosząc rękę. Wydawało się to dość nieszkodliwe i nic nieznaczące. Kiedy jednak zbliżono się do dziecka, usłyszano, jak mruczy do siebie: "Moja mamusia wkrótce przyjdzie - moja mamusia wkrótce przyjdzie", najwyraźniej wskazując na drzwi, którymi jego mama miała wejść. Działo się to co najmniej trzy godziny wcześniej, zanim można było się jej spodziewać[8].

Dla spostrzegawczego obserwatora takie uporczywe zorientowanie na utraconą matkę jest widoczne nawet u znacznie młodszych dzieci. Mianowicie, Robertson odnotowuje również przypadek Philipa, umieszczonego w żłobku w wieku zaledwie trzynastu miesięcy. Chociaż chłopiec był zbyt mały, by werbalizować jakiekolwiek życzenia dotyczące matki, personel informował, że w dniach rozdrażnienia, i później, gdy tylko był sfrustrowany lub zdenerwowany, wykonywał ruchy związane z rymowanką "dookoła, dookoła ogródka", którą jego matka zwykła go rozśmieszać, kiedy w domu wpadał w złość.

W Hampstead Nurseries[9] Anna Freud i Dorothy Burlingham odnotowały wiele przypadków uporczywej, ale przytłumionej tęsknoty za nieobecną matką (Freud i Burlingham, 1974)[10]. Uderzający jest przykład chłopca w wieku trzech lat i dwóch miesięcy, który doświadczył już dwóch separacji od matki: pierwszej, kiedy przeniesiono go do rodziny zastępczej, gdzie bardzo płakał, i drugiej, kiedy przebywał w szpitalu chory na odrę. Kiedy pozostawiano go w żłobku, upomniano go, aby zachowywał się jak grzeczny chłopiec i nie płakał - w przeciwnym razie jego matka nie będzie go odwiedzać.

Patrick starał się dotrzymać obietnicy i nie widziano go płaczącego. Zamiast tego kiwał głową, gdy ktoś na niego patrzył i zapewniał samego siebie, i każdego, kto zechciał go wysłuchać [...], że jego matka przyjdzie po niego, założy mu palto i zabierze go ze sobą do domu. Ilekroć słuchacz zdawał się mu wierzyć, był zadowolony; gdy ktoś mu zaprzeczał, wybuchał gwałtownym płaczem.

Ten sam stan rzeczy utrzymywał się przez następne dwa lub trzy dni z kilkoma dodatkowymi elementami. Kiwanie głową nabrało bardziej kompulsywnego i automatycznego charakteru: "Moja mama założy mi palto i zabierze mnie z powrotem do domu".

Później Patrick dodał stale wydłużającą się listę ubrań, które jego mama miała mu założyć: "Założy mi palto i getry, zapnie suwak, założy mi czapkę z daszkiem". Kiedy powtarzanie tej formułki stało się monotonne i nie miało końca, ktoś zapytał go, czy nie mógłby przestać powtarzać tego wszystkiego w kółko. Wtedy Patrick znów próbował być grzecznym chłopcem, jakim chciała go widzieć matka. Przestawał powtarzać na głos swoją formułkę, ale po ruchu jego ust było widać, że nadal powtarzał ją do siebie.

W tym samym czasie zastępował wypowiadane słowa gestami, które pokazywały położenie jego czapki z daszkiem, zakładanie wyimaginowanego palta, zapinanie zamka błyskawicznego itp. To, co jednego dnia było ekspresyjnym ruchem, następnego zostało zredukowane do zwykłego, nieudanego drgnięcia palców. Podczas gdy inne dzieci głównie zajmowały się swoimi zabawkami, grami, muzykowaniem itp., Patrick, zupełnie niczym niezainteresowany, stał gdzieś w kącie, poruszając rękami i ustami z prawdziwie tragicznym wyrazem twarzy.

Niestety, wkrótce po przyjęciu Patricka do żłobka, jego matka zachorowała na grypę i została hospitalizowana na ponad tydzień. Dlatego dopiero po jej wypisaniu możliwe było zorganizowanie jej pobytu z Patrickiem w żłobku.

Stan Patricka natychmiast się zmienił. Chłopiec pozbył się swoich symptomów i przylgnął do matki z najwyższą uporczywością. Przez kilka dni i nocy prawie jej nie opuszczał. Kiedy tylko szła na górę lub schodziła na dół, Patrick podążał za nią. Kiedy tylko na chwilę znikała, w całym domu dało się słyszeć jego pełne niepokoju wypytywanie albo można było zobaczyć, jak otwiera drzwi każdego pokoju i zagląda w każdy kąt. Nikomu nie wolno było go dotykać; matka kąpała go, kładła spać i zajmowała łóżko obok jego łóżka (Freud i Burlingham, 1974, s. 19-20).

Przypadek ten omówiono szerzej w rozdziale 23, ponieważ ilustruje on jeden z powszechnie spotykanych sposobów przeżywania żalu po stracie w dzieciństwie i naświetla pewne elementy, które pojawiają się zazwyczaj, gdy reakcje dorosłego na stratę przybierają patologiczny obrót. Cechy, na które należy zwrócić uwagę, to: po pierwsze, uporczywa tęsknota Patricka za ponownym spotkaniem z matką; po drugie, presja wywierana na niego w dobrej wierze przez dorosłych, aby przekonać go do zaprzestania przeżywania żalu po stracie i myślenia o czymś innym; po trzecie, tendencja do utrzymywania się tęsknoty, ale odtąd wyrażana w coraz bardziej niejasnej formie i ukierunkowana na coraz bardziej niejasny cel; i po czwarte, okoliczności, w których Parick zaczyna odtwarzać rolę zaginionej matki. Sugeruję, że ten ostatni element dostarcza cennej wskazówki umożliwiającej zrozumienie procesu utożsamienia z utraconą figurą, z którego Freud uczynił filar swojej teorii żałoby.

Uporczywa tęsknota dziecka za matką jest często przesycona intensywną, uogólnioną wrogością. Donosi o tym kilku badaczy, choćby Robertson (1953) i Spitz (1953). Zjawisko to stanowiło to jedno z najbardziej uderzających odkryć w pierwszych systematycznych badaniach Heinicke'ego (1956). Porównał on zachowanie dwóch grup dzieci w wieku od szesnastu do dwudziestu sześciu miesięcy; jedna grupa przebywała w żłobku stacjonarnym, druga w żłobku dziennym. Dzieci przebywające w żłobku stacjonarnym nie tylko bardziej płakały za swoimi matkami niż dzieci przebywające w żłobku dziennym, lecz także wykazywały bardzo gwałtowną wrogość, której prawie w ogóle nie zaobserwowano u dzieci przebywających w żłobku dziennym. Obiekty tej wrogości były tak zróżnicowane, że trudno było stwierdzić, w kogo była ona zasadniczo wymierzona.

Niemniej jednak istnieją dobre powody, by sądzić, że u swego zarania złość przeżywana przez dzieci doświadczające separacji jest skierowana na nieobecną figurę matczyną. Tak było wyraźnie w przypadku Reggie'go, małego chłopca w wieku dwóch lat i ośmiu miesięcy (opisanego na początkowych stronach tomu II),który bardzo przywiązał się do jednej z pielęgniarek w Hampstead Nurseries, ale nie chciał mieć z nią nic wspólnego, gdy odwiedziła go dwa tygodnie po swoim wyjeździe w celu zamążpójścia. Po jej wizycie chłopiec wpatrywał się w zamykające się drzwi, a wieczorem w łóżku wyraził swoje ambiwalentne uczucia: "Moja Mary-Ann!" wykrzyknął. "Jak ja jej nie lubię" (Freud i Burlingham, 1974).

W kolejnych rozdziałach znajdziemy wiele odniesień do złości, którą tak często wywołuje odejście ukochanej osoby, niezależnie od tego, z jakiego powodu osoba ta odeszła.

Podobnie jak dorosły, który przeżywając stratę i tęskniąc za konkretną osobą, nie potrafi znaleźć pocieszenia w towarzystwie innych, tak samo dziecko przebywające w szpitalu lub stacjonarnym żłobku początkowo odrzuca opiekę tych, którzy się nim zajmują. Chociaż jego apele o pomoc są bardzo wyraźne, to zachowanie częstokroć bywa równie niespójne i frustrujące dla niedoszłego pocie-szyciela, jak zachowanie osoby dorosłej, która niedawno doświadczyła bolesnej straty. Czasami je odrzuca. Innym razem, przywierając kurczowo do opiekunki, szlocha za utraconą matką. Anna Freud i Dorothy Burlingham odnotowały przypadek małej siedemnastomiesięcznej dziewczynki, która przez trzy dni nie mówiła nic poza "mamo, mamo, mamo" i która, choć lubiła siedzieć na kolanach pielęgniarki, obejmującej ją ramieniem, zawsze uparcie siadała plecami do niej tak, aby jej nie widzieć.

Niemniej jednak całkowite lub częściowe odrzucenie obcego dorosłego nie trwa wiecznie. Po opisanej już fazie wycofania i apatii dziecko zaczyna szukać nowych relacji. To, jak się one rozwiną, zależy od sytuacji, w której dziecko się znajduje. Jeśli istnieje jakaś konkretna figura matczyna, z którą dziecko może nawiązać relację i która z miłością się nim zaopiekuje, z czasem dziecko się do niej przekona i będzie ją traktować tak, jakby była jego własną matką. Z kolei w sytuacjach, kiedy dziecko nie ma jednej konkretnej osoby, z którą mogłoby się związać, lub gdy pojawia się kolejno kilka osób, z którymi buduje krótkotrwałe przywiązania, efekt jest inny. Z reguły dziecko wówczas coraz bardziej skupia się na sobie i przejawia skłonność do nawiązywania przelotnych i płytkich relacji z kim popadnie. Ten stan źle wróży jego rozwojowi, jeśli stanie się utrwalonym wzorcem.

Czy małe dzieci przeżywają żałobę? - kontrowersje

W artykule "Grief and Mourning in Infancy and Early Childhood", opublikowanym w 1960 roku, w którym po raz pierwszy zwróciłem uwagę na te obserwacje, wskazałem na uderzające podobieństwa między reakcjami małych dzieci po stracie matki a reakcjami dorosłych doświadczających straty. Nigdy wcześniej nie pod-kreślano liczby i zakresu tych podobieństw. Było tak po części dlatego, że tradycyjne wyobrażenia o reakcjach dzieci i dorosłych na stratę znacznie wyolbrzymiały istniejące różnice, najczęściej z powodu nikłego zrozumienia natury zachowania przywiązaniowego oraz jego roli w życiu człowieka. Ponieważ podobieństwa między dziecięcymi i dorosłymi reakcjami na stratę są kluczowe dla mojej tezy, zostały one gruntownie przeanalizowane w części III. "Tymczasem", w 1960 roku podsumowałem, że:

ponieważ dostępne dane jasno wskazują, że na poziomie opisowym reakcje są podobne w obu grupach wiekowych, uważam, że z metodologicznego punktu widzenia rozsądniej jest założyć, iż procesy leżące u ich podstaw są również podobne, i postulować istnienie różnic tylko wtedy, gdy są na nie wyraźne dowody. Nie mam wątpliwości, że istnieją pewne różnice między grupami wiekowymi, ponieważ u niemowląt i małych dzieci wynik doświadczenia straty wydaje się częściej przybierać formy, które prowadzą do niekorzystnych skutków psychologicznych. Moim zdaniem jednak odmienności te są najlepiej rozumiane jako wynikające ze specjalnych wariantów samego procesu żałoby, a nie z procesów jakościowo odmiennych. Sądzę, że tak pojmowane różnice pozwalają nam zobaczyć, w jaki sposób dane dotyczące reakcji małych dzieci na doświadczenie separacji odnoszą się do ogólnej teorii psychoanalitycznej, jak również przeformułować tę teorię w jaśniejszych kategoriach.

Ta linia argumentacji miała swą kontynuację w dwóch kolejnych artykułach[11], w których podkreśliłem zwłaszcza to,

że reakcje żałoby, które są powszechnie obserwowane w okresie niemowlęcym i wczesnodziecięcym, mają wiele cech charakterystycznych dla patologicznej żałoby u dorosłych (Bowlby, 1963, s. 504).

Szczególną uwagę zwróciłem na cztery patologiczne warianty żałoby występujące u dorosłych opisane już w literaturze klinicznej oraz na fakt, że osoby, które wykazują te reakcje, w dzieciństwie lub w okresie dojrzewania, doświadczyły straty rodzica. Te cztery warianty, opisane tutaj w preferowanych obecnie kategoriach, to:

- nieświadoma tęsknota za utraconą osobą;

- nieświadome wyrzuty wobec utraconej osoby połączone ze świadomymi i często nieustającymi wyrzutami wobec samego siebie;

- kompulsywna troska o inne osoby;

- uporczywe niedowierzanie, że strata jest trwała (często nazywane zaprzeczeniem).

Te pierwsze artykuły wywołały ostre kontrowersje. Spośród wielu dyskutowanych kwestii jedna wymaga natychmiastowego komentarza: mianowicie użycie terminu "żałoba" (mourning).

Jak wyjaśniono w tamtej serii artykułów, przydatne wydawało się użycie terminu "żałoba" w szerokim znaczeniu, aby objąć nim różnorodne reakcje na stratę, w tym te, które prowadzą do patologicznego skutku. To z kolei umożliwia połączenie wielu procesów i zaburzeń, które, jak pokazują dowody, są ze sobą powiązane - podobnie jak termin "stan zapalny" jest używany w fizjologii i patologii do łączenia wielu procesów, z których niektóre prowadzą do zdrowego rezultatu, a niektóre kończą się niepowodzeniem i prowadzą do patologii. Wybrano termin "żałoba", ponieważ został on wprowadzony do psychoanalizy w tłumaczeniu przełomowego artykułu Freuda "Żałoba i melancholia" (1917) i przez wiele lat był szeroko stosowany przez klinicystów.

Zaproponowana przeze mnie teza spotkała się jednak z silnym sprzeciwem, zwłaszcza ze strony psychoanalityków bliskich Freudowi i kontynuatorów tej tradycji[12]. Podnoszone przez nich problemy to kwestie po części merytoryczne, po części terminologiczne. Aby umożliwić zidentyfikowanie tych najistotniejszych, zajmijmy się od razu problemem terminów.

Trudności terminologiczne wynikają z zawężającego sensu, jaki niektórzy z moich krytyków odnajdują, interpretując stwierdzenia Freuda o tym, że "żałoba ma do spełnienia nader określone zadanie psychiczne: ma oderwać od zmarłych wspomnienia i oczekiwania tych, którzy przeżyli"[13] (SE 13, s. 65)[14]. Zastosowanie terminu "żałoba", jak twierdzą owi krytycy, musi być zawężone wyłącznie do procesów psychicznych, prowadzących do tego jednego rezultatu: żadne inne użycie nie jest dopuszczalne.

Taka terminologiczna sztywność jest obca duchowi nauki. Ukuta raz definicja ma tendencję do krępowania myśli i kontrolowania obserwacji, na które pozwala sobie badacz; zatem, zamiast pozwolić definicji ewoluować w taki sposób, aby mogła uwzględniać nowe fakty, fakty nieuwzględnione przez pierwotną definicję zostają zlekceważone. Zatem, gdybyśmy zaakceptowali nakaz zawężenia terminu "żałoba" w proponowany sposób, musielibyśmy ograniczyć go do procesów psychicznych przynoszących efekt, który jest nie tylko z góry określony jako optymalny, ale który, jak mamy podstawy sądzić, zgodnie z tym, co słusznie podejrzewał sam Freud, nigdy nie zostaje w pełni osiągnięty (patrz rozdziały 6 i 16). Procesy prowadzące do jakiegokolwiek odmiennego skutku byłyby z definicji wykluczone, a tym samym musiałyby być opisane innymi terminami.

Takie zawężenie stosowanej terminologii jest niedopuszczalne. Jedna z głównych zasług psychoanalizy polega na przyczynieniu się do integracji psychopatologii z ogólną teorią osobowości. Używanie różnych terminów do opisu procesu lub procesów w zależności od tego, czy ich rezultaty są korzystne, czy niekorzystne, zagraża tej integracji. Trudne do rozwiązania problemy pojawiłyby się zwłaszcza wtedy, gdyby uznano za konieczne zdefiniowanie na wczesnym etapie, gdzie kończą się zdrowe procesy, a zaczynają patologiczne. Gdyby taka definicja okazała się później błędna, zapanowałby zamęt. Właśnie do czegoś takiego doszło w naszej dziedzinie.

Ponieważ uważam, że te względy przeważają nad wszystkimi innymi, zachowuję uzus przyjęty we wcześniejszych artykułach. Zatem termin "żałoba", z odpowiednimi przymiotnikami określającymi, jest używany do oznaczenia dość szerokiego wachlarza procesów psychicznych wywołanych utratą ukochanej osoby, niezależnie od ich wyniku. Mimo to, alternatywnym terminem, znajdującym się już w powszechnym użyciu, jest "doświadczanie żalu po stracie" (grieving) i można by nawet znaleźć argumenty za użyciem go zamiast terminu "żałoba"[15]. Oprócz tego, że pozwoliłoby to uniknąć kontrowersji związanych z ograniczonym zastosowaniem słowa "żałoba" omówionym wcześniej, można by dzięki temu ominąć inną, całkowicie odmienną tradycję specjalistycznego zastosowania tego terminu, wywodzącą się z antropologii, która ogranicza żałobę do publicznego aktu wyrażania żalu po stracie. Ponieważ publiczna żałoba jest zawsze w pewnym stopniu zdeterminowana kulturowo, można ją odróżnić, przynajmniej pojęciowo, od spontanicznych reakcji jednostki. (Takie użycie jest zalecane w Webster's Dictionary of the English Language i zostało przyjęte w opracowaniu Averilla, 1968). Kolejnym powodem użycia terminu "przeżywanie żalu po stracie" w szerokim znaczeniu jest to, że, jak widzieliśmy, był on już używany przez wybitnych psychoanalityków, a zatem nie ma sporu co do tego, że bardzo małe dzieci przeżywają żal po stracie (grieve).

Niemniej jednak istnieją dobre powody, aby zachować termin "żałoba" i używać go w odniesieniu do wszystkich procesów psychicznych, świadomych i nieświadomych, które są uruchamiane przez stratę. Po pierwsze, przez długi czas termin ten tak właśnie był używany w psychopatologii. Po drugie, posługując się nim w ten sposób, można uwolnić termin "doświadczanie żalu po stracie" do opisu stanu osoby doświadczającej cierpienia z powodu straty w mniej lub bardziej widoczny sposób. Jest to nie tylko użycie powszechne, lecz także szczególnie wygodne w dyskusji o paradoksalnym stanie znanym jako brak żalu po stracie (Deutsch, 1937). Chcąc odnieść się do publicznej ekspresji żałoby, możemy użyć terminu "zwyczaje żałobne".

Uznawszy różnice w stosowaniu terminu "żałoba", pozbędziemy się wielu kontrowersji. Na przykład, na co zwraca uwagę Miller (1971), wśród klinicystów panuje obecnie powszechna zgoda co do tego, że kiedy do straty dochodzi w dzieciństwie, reakcje na nią często przybierają patologiczny przebieg. Niemniej jednak nadal mamy do czynienia z istotnymi różnicami.

Najważniejsze jest to, czy dziecko w wieku przedpokwitaniowym jest w stanie w jakichkolwiek okolicznościach zareagować na stratę rodzica zdrową żałobą, którą możemy zdefiniować, dostosowując definicję podaną przez Annę Freud[16], jako skuteczny wysiłek jednostki zmierzający do zaakceptowania zarówno tego, że nastąpiła zmiana w jej świecie zewnętrznym, jak i tego, że wymaga to od niej dokonania odpowiednich zmian w jej wewnętrznym świecie reprezentacji, a także odpowiedniej reorganizacji, a nawet reorientacji jej zachowania przywiązaniowego. Po jednej stronie kontrowersji znajduje się wielu wpływowych analityków, którzy, będąc pod wrażeniem wielu leczonych przezeń pacjentów, u których reakcja na stratę w dzieciństwie przyjęła patologiczny przebieg, doszli do wniosku, że patologiczna forma reakcji jest nieunikniona i starali się wyjaśnić rzekomą nieuchronność, postulując, że ego dziecka jest zbyt słabe i nierozwinięte, "aby znieść obciążenie związane z pracą żałoby". Pogląd ten, po raz pierwszy wysunięty przez Deutsch (1937), był podtrzymywany z różnym naciskiem przez wielu innych, w tym Mahler (1961), Fleming i Altschula (1963), Wolfenstein (1966) i Nagrę (1970). Z drugiej strony pojawiają się psychoanalitycznie wyszkoleni badacze problemu, którzy w wyniku swoich obserwacji podkreślają, że dzięki wsparciu i rzetelnej informacji nawet całkiem małe dzieci mogą opłakiwać utraconego rodzica w równie zdrowy sposób, co dorośli. Pogląd ten, wysunięty przez Roberta i Ernę Furmanów (R. A. Furman, 1964a; E. Furman, 1974), a także przez Gilberta i Ann Klimanów (G. Kliman, 1965), jest poparty relacjami na temat wielu dzieci w wieku od dwóch lat wzwyż, których żałoba po utraconym rodzicu została poddana obserwacji i zarejestrowana.

Drugi punkt kontrowersji dotyczy natury reakcji, które pojawiają się po stracie rodzica w pierwszym bądź drugim roku życia dziecka. Wiąże się to między innymi z pytaniem, kiedy w trakcie rozwoju dziecko staje się zdolne do utrzymywania obrazu swojej nieobecnej matki. Wiąże się to z kwestiami rozwoju zarówno poznawczego, jak i społeczno-emocjonalnego. Zostały one omówione w rozdziale 25, w odniesieniu do pojęć trwałości osoby i stałości obiektu libidynalnego.

W zakresie zarówno tych, jak i innych kontrowersji poglądy wyrażone w tym tomie nie odbiegają zbytnio od wyrażanych w moich wcześniejszych artykułach. Różnice wynikają głównie z uwzględnienia dowodów, opublikowanych od czasu napisania tych artykułów, dotyczących wpływu doświadczeń dziecka z rodzicami i osobami zastępującymi rodziców przed, w trakcie i po jego stracie, na jego reakcje. Te i inne kwestie zostały omówione w rozdziale 15 i kolejnych.

Tymczasem pomocne może być zwrócenie uwagi czytelnika na dwa komplementarne tematy, które przewijają się w tym tomie. Po pierwsze, jak podkreślono we wcześniejszych artykułach, reakcje na stratę obserwowane w pierwszym okresie życia mają wiele wspólnego z reakcjami obserwowanymi w latach późniejszych, natomiast ścisłe rozróżnienia są zarówno nieuzasadnione, jak i mylące. Po drugie, panuje powszechna zgoda co do tego, że pewne różnice istnieją i wymagają one szczegółowego zbadania. W różnych punktach tej wstępnej prezentacji pierwszeństwo nadaje się raz jednemu, raz drugiemu z tych tematów; ale mamy nadzieję, że czytelnik nie zapomni o znaczeniu obu.

Odłączenie

Nim zamknę ten wstępny rozdział, chciałbym powrócić do trzeciej z trzech faz, na które podzieliliśmy z Robertsonem reakcję małego dziecka na stratę matki, a mianowicie fazę, którą nazwaliśmy "odłączeniem" (detachment). Fazę tę, opisaną już w początkowych rozdziałach wcześniejszych tomów (w rozdziale 2 tomu Ioraz w rozdziale 1 tomu II), ale jak dotąd nie omawianą, obserwuje się regularnie za każdym razem, gdy dziecko w wieku od około sześciu miesięcy do trzech lat spędza co najmniej tydzień z dala od matki, nie mając przy sobie żadnego specjalnie mu przypisanego opiekuna zastępczego. Faza ta charakteryzuje się niemal całkowitą nieobecnością zachowania przywiązaniowego w momencie ponownego spotkania z matką[17].

To zagadkowe zjawisko ze szczególną uwagą poddali obserwacji Heinicke i Westheimer (1966) w badaniu z udziałem dziesięciorga małych dzieci w wieku od trzynastu do trzydziestu dwóch miesięcy, które spędziły co najmniej dwanaście dni w jednym z trzech stacjonarnych żłobków[18].

Przy pierwszym spotkaniu z matką po kilku dniach lub tygodniach jej nieobecności każde z dziesięciorga dzieci wykazywało pewien stopień odłączenia. Dwoje zdawało się nie rozpoznawać matki. Pozostałych ośmioro odwróciło się lub nawet odeszło od niej. Większość z nich albo płakała, albo była bliska łez; wiele z nich miało na przemian zapłakaną i pozbawioną wyrazu twarz.

W kontraście do tych reakcji odwrotu od matki albo z obojętnością, albo z towarzyszeniem płaczu, na pierwsze spotkanie z ojcem wszystkie dzieci z wyjątkiem jednego zareagowały z czułością. Co więcej, pięcioro z nich odnosiło się przyjaźnie także do Ilse Westheimer.

Co się tyczy odłączenia, dwa wnioski z wcześniejszych badań znalazły w tym badaniu wyraźne potwierdzenie. Pierwszy to ten, że odłączenie jest szczególnie charakterystyczne dla zachowania dziecka poddanego separacji w momencie ponownego spotykania z matką, natomiast znacznie mniej wyraźnie występuje w przypadku spotkania z ojcem; drugi wniosek to ten, że czas trwania odłącze-nia dziecka od matki koreluje wysoce i znacząco z długością czasu spędzonego poza domem.

W dziewięciu przypadkach odłączenie od matki utrzymywało się w jakimś stopniu przez prawie trzy pierwsze dni po ponownym spotkaniu. U pięciorga dzieci było ono tak wyraźne, że wszystkie ich matki skarżyły się, że ich dzieci traktowały je jak obce osoby; żadne z nich nie przejawiało też skłonności do kurczowego przywierania do matki. U pozostałej czwórki odłączenie było mniej wyraźne; fazy, w których dzieci odwracały się od matki, przeplatały się z fazami, w których do niej lgnęły. Tylko jedno dziecko, Elizabeth, która była najstarsza w badanej grupie i której separacja należała do najkrótszych, zaczęła okazywać czułość matce przed końcem pierwszego dnia w domu.

Kiedy matka nie spotyka się z naturalnymi reakcjami, których spodziewa się ze strony swego dziecka, jest to dla niej jednocześnie zagadkowe i przykre. Dziecko bowiem, nawet jeśli jest zranione, prawdopodobnie nie będzie próbowało szukać u niej pocieszenia, a nawet odrzuci jej starania zmierzające do zapewnienia go. W oczach każdego, kto zna małe dzieci, takie zachowanie wydaje się bardzo niezwykłe. Wiele lat temu Robertson zaobserwował to u małego chłopca, który został przyjęty do szpitala w wieku trzynastu miesięcy i przebywał tam przez trzy lata. W pierwszym miesiącu po powrocie do domu, podczas którego pozostawał całkowicie odłączony, poparzył sobie rękę ogniem. Zamiast krzyczeć i szukać pocieszenia jak zwyczajny maluch, uśmiechnął się i zamknął w sobie. (Doniesienie Ainsworth i Boston, 1952).

Takie samo zachowanie odnotowano u jednego z dzieci należących do grupy objętej badaniami Heinicke'ego i Westheimer (s. 112-158):

Owen na początku jedenastotygodniowej separacji miał dwa lata i dwa miesiące. Zarówno podczas podróży powrotnej do domu z ojcem, jak i po wejściu do domu oraz spotkaniu z matką, pozostawał w charakterystycznym odrętwieniu, milczał i nie reagował; tak naprawdę dopiero po pięćdziesięciu minutach okazał pierwszy przebłysk ożywienia. Wtedy i w ciągu kilku kolejnych dni, zaczął od czasu do czasu zwracać się do ojca, ale matkę nadal ignorował. Drugiego dnia w domu uderzył się w kolano i kiedy wydawało się, że zaraz się rozpłacze, matka natychmiast zaoferowała mu pocieszenie. Owen jednak ominął ją i zamiast do niej podszedł do ojca. Nie bez powodu matka odczuła to jako okrutne odtrącenie.

Oczywiście można przyjąć wiele różnych poglądów na zjawisko odłączenia i już stało się ono przedmiotem debaty (A. Freud, 1960; Bowlby, 1963). We wcześniejszych artykułach mojego autorstwa przyjąłem pogląd, że odłączenie jest wyrazem tego, co w tradycji psychoanalitycznej od zawsze określa się mianem obrony lub, dokładniej, wynikiem procesu obronnego. Zasugerowałem, że procesy obronne są regularnym składnikiem żałoby w każdym wieku i że tym, co charakteryzuje patologię, nie jest ich występowanie, ale formy, jakie one przyjmują, a zwłaszcza zakres, w jakim są odwracalne. Wydaje się, że u niemowląt i starszych dzieci raz uruchomione procesy obronne wykazują tendencję do stabilizacji i utrwalenia.

Wysunąłem zatem tezę, że u małego dziecka doświadczenie separacji od matki lub jej straty wykazuje szczególną zdolność do wywoływania procesów psychicznych, które mają tak samo decydujące znaczenie dla psychopatologii, jak stan zapalny i wynikająca z niego tkanka bliznowata dla fizjopatologii. Nie oznacza to, że okaleczenie osobowości jest rezultatem nieuniknionym; oznacza to jednak, że podobnie jak w przypadku, powiedzmy, gorączki reumatycznej, zbyt często tworzy się tkanka bliznowata, która w późniejszym życiu prowadzi do mniej lub bardziej poważnych dysfunkcji. Zasugerowałem, że procesy, o których mowa, są patologicznymi wariantami niektórych z tych, które są charakterystyczne dla zdrowej żałoby.

Chociaż to stanowisko teoretyczne jest bardzo zbliżone do stanowisk przyjmowanych przez innych, wydaje się jednak od nich różnić. Jego siła polega na powiązaniu patologicznych reakcji napotykanych u starszych pacjentów z reakcjami na stratę i zagrożenie stratą, obserwowanymi w dzieciństwie, oferując tym samym możliwe powiązanie między schorzeniami psychiatrycznymi w późniejszym życiu a doświadczeniami z dzieciństwa. W drugiej części kolejnego rozdziału oraz bardziej szczegółowo w innej pracy mojego autorstwa (Bowlby, 1960b) porównuję tę koncepcję z niektórymi jej poprzedniczkami. Czy okaże się ona użytecznym sposobem porządkowania i rozumienia danych? A jeśli tak, to jakie modyfikacje i rozwinięcia mogą okazać się konieczne? Oto kwestie, do których odnoszę się tym tomie.

Rozdział 2Miejsce straty i żałoby w psychopatologii

Chociaż wiemy, że po stracie ostry stan żałoby ustąpi, wiemy również, że pozostaniemy niepocieszeni i nigdy nie znajdziemy nikogo, kto zastąpi utraconą osobę. Bez względu na to, co będzie mogło wypełnić lukę, nawet jeśli uda się wypełnić ją w całości, to i tak pozostanie ona czymś innym. I tak właśnie powinno być. To jedyny sposób na utrwalenie miłości, której nie chcemy się wyrzec.

Sigmund Freud[19]

Tradycja kliniczna

Minęło osiemdziesiąt lat od czasu, gdy Freud po raz pierwszy wysunął koncepcję, że zarówno histeria, jak i melancholia są manifestacjami patologicznej żałoby po niedawnej lub wcześniejszej bolesnej stracie[20], a sześćdziesiąt lat upłynęło od chwili, gdy w publikacji Żałoba i melancholia (1917) sformułował tę hipotezę jeszcze wyraźniej. Od tego czasu przeprowadzono liczne badania, spośród których wszystkie na różne sposoby wspierają tę hipotezę. Doświadczenie kliniczne i lektura dostępnych nam danych nie pozostawiają wątpliwości co do słuszności głównego twierdzenia - o tym, że wiele chorób psychicznych stanowi wyraz patologicznej żałoby - lub że do takich chorób zalicza się wiele przypadków stanu lękowego, choroby depresyjnej i histerii, a także więcej niż jeden rodzaj zaburzeń charakteru. Najwyraźniej Freud odkrył duże i obiecujące pole do badań. Jest to jednak dziedzina, która dopiero w ostatnich latach zyskała uwagę, na jaką zasługuje.

Kontrowersje, których nigdy nie brak, nadal mnożą się na potęgę. Chcąc je zrozumieć, sięgamy do historii. Czyniąc to, konieczne jest prześledzenie rozwoju poglądów na temat dwóch różnych rodzajów problemów:

- poglądów odnoszących się do natury samych procesów żałoby i tego, czym różnią się procesy zdrowe od patologicznych;

- poglądów odnoszących się do pytania, dlaczego jedne osoby, w przeciwieństwie do innych, miałyby reagować na stratę w sposób patologiczny.

W odniesieniu do pierwszej grupy problemów dawniejsza literatura zajmuje się niemal wyłącznie żałobą dorosłych. W odniesieniu do drugiej kwestii - skupia się w dużej mierze na wydarzeniach i reakcjach występujących w okresie dzieciństwa. Niemniej jednak istnieją głębokie podziały między różnymi szkołami myśli psychoanalitycznej w ujmowaniu natury wydarzeń z dzieciństwa, faz rozwoju, w których wrażliwość dzieci może być szczególna, oraz w sposobach konceptualizacji zarówno wydarzeń, jak i wywoływanych przez nie reakcji.

Śledząc rozwój poglądów na te kwestie w okresie do około 1960 roku, skorzystamy z okazji, aby wskazać kierunki, ku którym wydają się prowadzić nas aktualnie dostępne dane.

Poglądy na temat natury procesów żałoby, zdrowych i patologicznych

W historii myśli psychoanalitycznej badania dotyczące żalu po stracie i żałoby prowadzono zwykle poprzez badanie choroby depresyjnej u osób dorosłych. Dlatego próby konceptualizacji procesów dotyczących żalu i żałoby jako takich podejmowane przez psychoanalityków okazują się nieliczne. Do około 1960 roku jedynie Freud, Melanie Klein, Lindemann i Edith Jacobson zajmowali się tym problemem; a Lindemann wydaje się wręcz osamotniony, czyniąc badanie dotkliwego żalu po stracie swoim głównym przedmiotem zainteresowania. Znaczna część literatury klinicznej zajmuje się wyłącznie chorobami depresyjnymi, a niektóre prace w niewielkim stopniu lub wcale nie odnoszą się do straty bliskiej osobyczy też innej faktycznej straty. Co więcej, nawet jeśli rola straty bliskiej osoby i żałoby jest wyraźnie rozpoznawana, to przeważająca część literatury klinicznej zajmuje się raczej patologicznymi wariantami żałoby niż normalnym procesem. Historię rozwoju psychoanalitycznych teorii żałoby przedstawiłem już w mojej pracy z 1961 roku (Bowlby, 1961b).

Nieszczęściem jest, że przez pół wieku, a nawet dłużej, tradycja kliniczna podchodziła do tego tematu tak jednostronnie, skoro można było przywrócić równowagę, czerpiąc z dorobku innych tradycji myśli psychologicznej. Dwa z najbardziej znaczących przyczynków to prace Darwina (1872) i Shanda (1920). Zainteresowanie Darwina ekspresją emocji, ze względu na jego zaangażowanie w badania porównawcze, skupiało się na pełnionych przez nie funkcjach i użyciu mięśni. Zgodnie z wnioskami poczynionymi w innym obszarze, jego analiza znaczną część ekspresji osoby dorosłej przeżywającej żal po stracie, wywodzi z płaczu niemowlęcia[21]. Shand zaś, czerpiąc swoje dane z dzieł angielskich poetów i francuskich prozaików, nie tylko nakreśla większość znanych nam obecnie głównych cech żalu po stracie, lecz także w systematyczny sposób omawia jego związek ze strachem i złością. Jako wrażliwe i przenikliwe studium, jego książka plasuje się wysoko i zasługuje na większą sławę. Do grona socjologów i psychologów społecznych, których publikacje ukazały się od lat trzydziestych XX wieku, i których prace zasługują na uwagę klinicystów, należą Eliot (1930, 1955), Waller (1951) i Marris (1958).

Ponieważ procesy psychiczne zaangażowane w żałobę, zarówno zdrowe, jak i patologiczne, są różnorodne i łączą je zawiłe relacje, w przeszłości wzbudzały one i wciąż wzbudzają liczne kontrowersje. Dla wygody można je podzielić na osiem obszarów:

1. Jaka jest natura procesów psychicznych zaangażowanych w zdrową żałobę?

2. W jaki sposób należy tłumaczyć bolesność żałoby?

3. W jaki sposób żałoba jest powiązana z lękiem?

4. Jakie rodzaje motywacji są zaangażowane w żałobę?

5. Jaką rolę w żałobie odgrywają złość i nienawiść?

6. Jaką rolę w żałobie odgrywa identyfikacja z utraconą osobą?

7. W jaki sposób patologiczna żałoba różni się od żałoby zdrowej?

8. Na jakim etapie rozwoju i za pomocą jakich procesów jednostka osiąga stan, który umożliwia jej reagowanie na stratę w zdrowy sposób?

1. Wszyscy, którzy podejmują dyskusję o naturze procesów zaangażowanych w zdrową żałobę, są zgodni, że wywołują one między innymi, przynajmniej w jakimś stopniu, wycofanie emocjonalnej inwestycji w utraconą osobę i mogą przygotować ją do nawiązania relacji z kimś nowym. To, jak wyobrażamy sobie osiągnięcie tej zmiany, zależy jednak od tego, jak konceptualizujemy więzi uczuciowe. Ponieważ właśnie w tym punkcie poglądy przyjęte w tej pracy różnią się od poglądów Freuda oraz innych analityków, to właśnie w odniesieniu do tych procesów najbardziej konieczne staje się podjęcie próby sformułowania nowego ujęcia.

Tradycyjnie w pismach psychoanalitycznych kładzie się nacisk na identyfikację z utraconym obiektem jako głównym procesem zaangażowanym w żałobę, przy czym taka identyfikacja jest uważana za kompensację poniesionej straty. Ponadto, podążając za Freudem, dynamika żałoby jest powszechnie przedstawiana w ramach teorii, która (a) postrzega proces identyfikacji jako niemal wyłącznie oralny, oraz (b) traktuje libido jako zasób energii, który podlega transformacji. Każdy z tych poglądów można odrzucić z kilku powodów. Po pierwsze, istniejące dane sugerują, że identyfikacja nie jest ani jedynym, ani nawet głównym procesem zaangażowanym w żałobę. Po drugie, jest ona niemal na pewno niezależna od oralności, choć czasem może być z nią powiązana. Po trzecie, jak wyjaśniono we wcześniejszym tomie (Bowlby, 1969), hydrodynamiczny model instynktu, który przedstawia instynkty na wzór cieczy o zmiennej objętości i ciśnieniu, ma poważne ograniczenia. Dlatego potrzebne jest inne wyjaśnienie procesów zdrowej żałoby, ujętej w ramy nowego paradygmatu.

2. Podejmując próby wyjaśnienia bolesności żałoby, wysunięto dwie główne hipotezy:

- ból jest nieunikniony ze względu na uporczywą i niemożliwą do zaspokojenia naturę tęsknoty za utraconą figurą;

- ból następujący po stracie jest wynikiem poczucia winy i strachu przed odwetem.

Należy zauważyć, że hipotezy te nie wykluczają się wzajemnie, a zatem potencjalnie możliwe są trzy szkoły myślenia na ten temat. W rzeczywistości istnieją jednak tylko dwie. Pierwsza, do której należy Freud, utrzymuje, że ból tęsknoty ma sam w sobie ogromne znaczenie; może, ale nie musi, być zaostrzony i skomplikowany przez poczucie winy lub strach przed odwetem. Druga, reprezentowana zwłaszcza przez Melanie Klein, zwraca mniejszą uwagę na tęsknotę jako coś bolesnego per se i utrzymuje, że ponieważ uważa się, że poczucie winy i paranoiczny strach są w przypadkach straty bliskiej osoby zawsze obecne i zawsze powodują cierpienie, sama bolesność tęsknoty ma jedynie drugorzędne znaczenie. Tej pierwszej szkole wydają się sprzyjać zgromadzone dane.

3. Nasz trzeci temat, związek żałoby z lękiem, został już omówiony w poprzednim tomie. Przyjąłem tam i rozwinąłem pogląd przedstawiony przez Freuda na ostatnich stronach pracy Zahamowanie, symptom, lęk, mówiący o tym, że gdy uznamy, iż w reakcji na tymczasową nieobecność ukochanej osoby pojawia się lęk, w reakcji na trwałą nieobecność pojawiają się ból i żałoba. Pokazałem również, jak bardzo różni się ten pogląd od poglądu Klein, która uważa strach przed unicestwieniem i lęk prześladowczy za pierwotne. W dekadzie poprzedzającej pojawienie się koncepcji Freuda, Shand przedstawił już pogląd zasadniczo podobny do jego poglądu. Strach, jak sugeruje ten autor, zakłada nadzieję. Tylko wtedy, gdy dążymy do lepszego i mamy na to nadzieję, niepokoimy się, że nie uda nam się tego osiągnąć. "Żegnaj więc nadziejo, a wraz z nadzieją żegnaj strachu", napisał Milton[22]. Ponieważ jednak nadzieję można żywić w dowolnym stopniu, istnieje kontinuum uczuć pomiędzy lękiem a rozpaczą. W czasie przeżywania żalu po stracie uczucia często wędrują po tym kontinuum w obu kierunkach, raz bliżej im do lęku, raz do rozpaczy.

4. Eksplorując ten wątek, Shand przyczynił się również do zrozumienia naszego czwartego tematu, czyli złożonej motywacji obecnej w sytuacjach wywołujących żal po stracie lub, używając preferowanego przez niego słowa, smutek. Jego zdaniem pragnienie odzyskania utraconej osoby jest potężne i często utrzymuje się długo po tym, jak rozum uzna je za bezużyteczne. Wyrazem tego pragnienia są szloch i apel do innych o pomoc, apel, który nieuchronnie niesie ze sobą przyznanie się do słabości: "Tak więc wyrazy i gesty smutku - spojrzenie oczu wskazujące spodziewany kierunek nadejścia utraconej osoby, wypatrywanie i wyczekiwanie, a także żałosny płacz - wszystko to dowodzi, że zasadniczym celem całego organizmu takiej osoby jest uzyskanie siły i pomocy innych, by móc zaradzić własnej dowiedzionej słabości" (s. 315). To wezwanie Shand uważa, jak sądzę słusznie, za wyrastające z prymitywnych korzeni i mające swą wartość dla przetrwania: "krzyk smutku [...] ma na celu zachowanie życia młodych poprzez sprowadzenie na pomoc tych, którzy nad nimi czuwają". Jest to sposób konceptualizacji danych, który znajduje silne poparcie w odkryciach Darwina (1872) na temat ekspresyjnych ruchów towarzyszących przeżywaniu smutku. W kolejnych rozdziałach poglądy Shanda i Darwina znajdą silne poparcie i będą zajmowały centralną pozycję. Głównym tematem jest to, że żałobnik wielokrotnie - niezależnie od tego, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie - doznaje przypływu pilnej potrzeby wezwania, poszukiwania i odzyskania utraconej osoby, i że nierzadko działa zgodnie z tym pragnieniem. Określenie "stracić bliską osobę" (bereave), zauważmy, wywodzi się z tego samego rdzenia, co "rabować" (rob).

Niemniej jednak, kiedy badamy różne kliniczne tradycje teoretyzowania na temat żałoby, odkrywamy, że uznanie chęci odzyskania utraconej osoby, a zwłaszcza działań, do których ta chęć prowadzi, pozostaje wyraźnie nieobecne. Aczkolwiek nie brak odniesień do emocji, które towarzyszą tej chęci. Na przykład Freud wielokrotnie odnosi się do tęsknoty za utraconym obiektem, czyli do tematu podjętego i rozwiniętego później przez Jacobsona (1957); Klein (1948) omawia obronę skierowaną przeciwko usychaniu z tęsknoty; tymczasem Bibring (1953) zwraca uwagę na pragnienie żałobnika, aby odzyskać utracony obiekt oraz wynikającą z tego bezradność i beznadzieję przezeń doświadczaną. Brakuje nam wyraźnego rozpoznania, że te emocje i życzenia są jedynie subiektywnymi odpowiednikami chęci żałobnika do działania - wzywania i poszukiwania utraconej osoby - i że nierzadko angażuje się on w te właśnie, jakkolwiek fragmentaryczne i niekompletne, działania.

5. Piąty temat, jeden z najbardziej kontrowersyjnych, dotyczy roli złości i nienawiści w żałobie. Chociaż wszyscy są zgodni co do tego, że złość na utraconą figurę (często nieświadoma i skierowana gdzie indziej) odgrywa znaczącą rolę w patologicznej żałobie, to jednak pojawia się wiele wątpliwości co do tego, czy jej obecność można pogodzić ze zdrową żałobą. Stanowisko Freuda nie jest całkowicie spójne. Z jednej strony w wielu miejscach wyjaśnia on, że jego zdaniem wszystkie relacje charakteryzują się ambiwalencją[23], z czego wynika, że ambiwalencja powinna występować również we wszystkich formach żałoby. Z drugiej strony istnieje pogląd, który wyraził w Żałobie i melancholii i którego, jak się wydaje, nigdy nie zrewidował, że w normalnej żałobie ambiwalencja nie jest obecna, a gdy występuje, przekształca ona to, co w innym przypadku byłoby normalne, w żałobę patologiczną: "Melancholia [...] związana jest z warunkiem, którego spełnienie nie jest wymagane w wypadku normalnej żałoby, a jeśli warunek ów w wypadku żałoby występuje, to sprawia on, że przekształca się ona w żałobę patologiczną. Utrata obiektu miłości to doskonała okazja, by pokazać ambiwalencję w związkach miłosnych". "[...] melancholia [...] ma treść nieco bardziej pojemną niż zwykła żałoba [...] stosunek do obiektu nie przedstawia się tak prosto, jest on skomplikowany za sprawą konfliktu ambiwalentnego"[24] (SE 14, s. 250 i 256).

W rozdziale 6 wykazano, że dane pochodzące z badań nad żałobą przeciętnych zdrowych osób dorosłych nie potwierdzają tego poglądu: ambiwalencja wobec utraconej osoby jest charakterystyczna dla wielu przypadków, w których żałoba ma zdrowy przebieg, chociaż okazuje się oczywiście zarówno bardziej intensywna, jak i bardziej uporczywa u osób, których rozwój miał patologiczny przebieg.

W zasadzie nie ma wątpliwości co do tego, że w normalnej żałobie złość wyrażana wobec tego czy innego adresata stanowi regułę. Wybuchy gniewu podczas żałoby są często opisywane przez socjologów, choćby Eliota (1955), Marrisa (1958) i Hobsona (1964), natomiast literatura antropologiczna przedstawia świadectwa albo bezpośredniej ekspresji złości, na przykład u australijskich Aborygenów (Durkheim, 1915) albo specjalnych sankcji społecznych przeciwdziałających jej wyrażaniu. Shand (1920) w swojej wizji żalu po stracie przyznaje złości centralne miejsce: "Tendencja smutku do wzbudzania złości w pewnych warunkach wydaje się elementem fundamentalnej konstytucji umysłu" (s. 347). Zatem ani występowanie, ani częstotliwość złości nie mogą być już uważane za kwestię sporną.

Co więcej, istnieją mocne podstawy, by sądzić, że nawet w zdrowej żałobie człowiek często kieruje swoją złość w stronę utraconej osoby, choć równie często zdarza się, że kieruje ją na inne osoby, włącznie z samym sobą. Do licznych problemów wymagających zgłębienia zaliczają się zatem przyczyny tych różnych przejawów złości, funkcje, którym mogą one służyć (o ile w ogóle pełnią jakieś funkcje), cele, na które mogą być skierowane, a także przemiany, często o charakterze patologicznym, jakim mogą podlegać te gniewne impulsy.

6. Od momentu pojawienia się pierwszych wypowiedzi Freuda na temat klinicznych problemów żałoby, proces identyfikacji z utraconym obiektem stanowi kamień węgielny każdej teorii psychoanalitycznej. Chociaż początkowo Freud uważał, że proces ten występuje tylko w żałobie patologicznej, później (1923) uznał go za główną cechę wszelkiej żałoby. Dochodząc do tego wniosku, pozostawał pod dużym wpływem teorii, którą rozwijał mniej więcej w tym samym czasie (Psychologia zbiorowości, 1921), że "identyfikacja jest najpierwotniejszą formą więzi uczuciowej z obiektem, [oraz że] na drodze regresji staje się ona namiastką libidynalnej więzi z obiektem" (SE 18, s. 107-108)[25]. Na tych stwierdzeniach oparto sporą część gmachu teorii psychoanalitycznej.

Kwestionowanie podstaw przyznania identyfikacji tak kluczowej roli oznacza zatem zerwanie z długą i wpływową tradycją. Niemniej kwestionowanie to ma swoje uzasadnienie. Po pierwsze, pominąwszy ciężar tradycji, niewiele przemawia za przypuszczeniem, że identyfikacja stanowi pierwotną formę więzi emocjonalnej. Po drugie, nigdy nie przedstawiono żadnych spójnych danych na poparcie poglądu, że identyfikacja z utraconą osobą zajmuje centralne miejsce w procesie żałoby. Jednocześnie wiele istniejących obecnie świadectw wyjaśnianych w tych kategoriach (np. Smith, 1971) można, jak sądzę, znacznie lepiej wyjaśnić w odniesieniu do uporczywego, choć ukrytego, dążenia do odzyskania utraconej osoby (zob. rozdział 6). Wreszcie, nadbudowa teoretyczna skonstruowana przez Freuda oraz innych autorów na podstawie jego pierwotnej sugestii zostaje zastąpiona w przyjętym tu paradygmacie przez inne formy teorii. Tym samym rola, jaką przypisuje się procesom identyfikacji w przedstawionej tu teorii, jest rolą podrzędną: uznaje się, że występują one jedynie sporadycznie, kiedy zaś wybijają się na pierwszy plan, wskazuje to na patologię.

7. Dochodzimy w ten sposób do naszego siódmego tematu, czyli różnic między zdrową a patologiczną żałobą. W Żałobie i melancholii Freud zasugerował trzy kryteria, które istotnie wpłynęły na dalsze rozważania kliniczne, ale żadne z nich nie zostało przyjęte w tej pracy. Jego pierwsze kryterium, zgodnie z którym obecność nienawiści do utraconego obiektu (wyrażonej bezpośrednio lub pośrednio poprzez samooskarżanie) świadczy o patologii, o którym już była mowa, zostało odrzucone jako niezgodne z dostępnymi danymi. Swój drugi pogląd mówiący o tym, że identyfikacja z utraconym obiektem jest obecna tylko w patologicznej żałobie, porzucił kilka lat po jego zaproponowaniu (Ego i Id[26], 1923), być może bardziej z powodu nowego nacisku na identyfikację w jego teorii relacji z obiektem niż z powodu nowych obserwacji przebiegu żałoby. Jego trzecia sugestia została wyrażona w kategoriach teorii libido i dlatego nie ma żadnego związku z prezentowanym paradygmatem. (Chodzi o to, że jedna z form żałoby patologicznej, a mianowicie melancholia, różni się od zdrowej żałoby dyspozycją libido; w zdrowej żałobie libido, które jest wycofywane z utraconego obiektu, uważa się za przeniesione na nowy obiekt, natomiast w melancholii jest ono wycofywane do ego, prowadząc do wtórnego narcyzmu).

Przyjęte tutaj podejście jest takie samo jak podejście Lindemanna, który, odnosząc do ich zdrowych odpowiedników różne opisywane przez siebie chorobowe procesy żałoby, uważa je za wyolbrzymione lub zniekształcone formy procesów normalnych. Im bardziej szczegółowy obraz zdrowej żałoby uzyskujemy, tym wyraźniej jesteśmy w stanie zidentyfikować jej patologiczne warianty jako wynik procesów obronnych, które zakłóciły i odwróciły jej przebieg.

8. To wszystko stwarza nasz ósmy i ostatni problem: na jakim etapie rozwoju i za pośrednictwem jakich procesów jednostka osiąga stan, który umożliwia jej w późniejszym czasie reagowanie na stratę w korzystny sposób?

Tradycyjnie kwestia ta była podnoszona w kontekście próby zrozumienia punktu fiksacji, do którego melancholicy cofają się podczas choroby. W wielu opracowaniach psychoanalitycznych postuluje się, że faza ta występuje we wczesnym niemowlęctwie, z czego wynika, iż zdolność do reagowania na stratę w korzystny sposób powinna, o ile rozwój przebiega prawidłowo, zostać osiągnięta w tym bardzo wczesnym okresie. Za sprawą Klein i jej zwolenników ta krytyczna faza rozwoju psychicznego znana jest jako "pozycja depresyjna". Omówienie przebiegu rozwoju tej i innych pokrewnych koncepcji znajdzie się w następnej sekcji.

Umieszczenie tej fazy rozwoju na tak wczesnym jego etapie budzi jednak wiele wątpliwości. Dane omówione w dalszych rozdziałach sugerują, że zdolność do reagowania na stratę w taki sposób, że z czasem możliwe staje się wznowienie osobistych relacji z innymi, rozwija się w dzieciństwie i okresie dorastania bardzo powoli, i może nawet nigdy nie rozwinąć się w takim stopniu, jakiego byśmy sobie tego życzyli.

Na tym kończy się nasz krótki przegląd niektórych głównych tematów, wymagających uwzględnienia w każdej dyskusji na temat żałoby. Imponująca w żałobie jest nie tylko liczba i różnorodność uczestniczących w niej systemów reagowania, lecz także sposób, w jaki często wchodzą one ze sobą w konflikt. Utrata ukochanej osoby wywołuje nie tylko intensywne pragnienie ponownego spotkania, lecz także złość z powodu tego odejścia, a następnie zazwyczaj prowadzi do pewnego stopnia odłączenia; wyzwala nie tylko wołanie o pomoc, lecz czasami także odrzucenie tych, którzy na to odpowiadają. Nic dziwnego, że jest to doświadczenie bolesne i trudne do zrozumienia. Jak słusznie konkluduje Shand: "Natura smutku jest tak złożona, jego skutki u osób o różnych usposobieniach tak rozmaite, że rzadko kiedy zdarza się, o ile w ogóle jest to możliwe, by jakikolwiek pisarz wykazał się wglądem w nie wszystkie" (Shand, 1920, s. 361).

Poglądy wyjaśniające różnice indywidualne w reakcjach na stratę

Próbując wyjaśnić indywidualne różnice w reakcjach dorosłych na stratę, większość klinicystów posługuje się teorią, która uznaje wagę wydarzeń i reakcji z okresu dzieciństwa. Jednakże poza tym ich opinie pozostają głęboko podzielone: w zakresie natury istotnych zdarzeń, faz rozwoju, w czasie których ich wpływ jest uznawany za największy, oraz sposobów konceptualizacji tych zdarzeń i reakcji.

Okazuje się, że klasyczna szkoła myśli psychoanalitycznej przypisuje duże znaczenie etiologiczne doświadczeniom z dzieciństwa, które, jak tutaj utrzymujemy, można bez trudu interpretować w kategoriach straty lub zagrożenia stratą, ale które w tamtej tradycji są ujmowane w zupełnie innych kategoriach. Tym samym, konceptualizując procesy psychiczne uruchamiane przez omawiane doświadczenia, przedstawiciele szkoły klasycznej nie używali pojęć związanych ze stratą i żałobą, opracowując w to miejsce ich nowy zestaw. Ponieważ powstała w ten sposób tradycja narodziła się już dawno i okazała się wpływowa, warto zacząć od przeglądu prac i koncepcji owych pionierów, a następnie zastanowić się, po pierwsze, w jaki sposób wskazane przez nich dane kliniczne odnoszą się do interesujących nas kwestii, po drugie zaś, w jaki sposób te same dane można zrozumieć i przeformułować na podstawie proponowanych tu pojęć separacji, straty i żałoby. W odrębnym kroku rozważymy idee konkurencyjnej, Kleinowskiej szkoły myślenia. Podczas gdy członkowie tej szkoły przywołują, podobnie jak ja, doświadczenia straty we wczesnym dzieciństwie jako czynniki etiologiczne i konceptualizują procesy psychiczne przez nią wywoływane w kategoriach żałoby, natura strat, a także faza życia, w której występują, znacznie różnią się od tych, które są ważne w moim przekonaniu. Ponadto przyjęty przez nich paradygmat teoretyczny jest daleki od obranego w tej pracy.

Wkrótce po opublikowaniu przez Freuda Żałoby i melancholii, Abraham (1924a) wysunął hipotezę, która wywarła wpływ na wszystkich późniejszych autorów o orientacji psychoanalitycznej. W wyniku leczenia kilku pacjentów cierpiących na melancholię autor ten doszedł do wniosku, że "depresja o podłożu melancholicznym wywodzi się w głównej mierze z nieprzyjemnych doświadczeń z dzieciństwa pacjenta". Postulował on tym samym, że w dzieciństwie melancholicy cierpieli na coś, co nazwał "pierwotną paratymią". Jednakże w przytaczanych fragmentach Abraham nigdy nie używa słów "żal po stracie" czy "żałoba", mimo że już wcześniej opowiadał się za poglądem, że melancholię należy rozumieć jako patologiczny wariant żałoby. Nie jest też jasne, czy uznawał on, że dla małego dziecka doświadczenie utraty matki lub jej miłości wiąże się z poczuciem głębokiej straty.

Od tego czasu wielu innych psychoanalityków, próbując w dzieciństwie poszukiwać źródeł choroby depresyjnej i osobowości podatnych na jej rozwój, zwróciło uwagę na nieszczęśliwe doświadczenia we wczesnych latach życia swoich pacjentów. Jednak, z wyjątkiem Melanie Klein i jej współpracowników, niewielu z nich ujmowało te doświadczenia w kategoriach straty lub zagrożenia stratą oraz żałoby dziecięcej. Niemniej jednak, kiedy zaczynamy badać takie doświadczenia w świetle aktualnej wiedzy na temat rozwoju przywiązania dziecka do matki, wydaje się oczywiste, że jest to układ odniesienia, który dobrze do nich pasuje. Przyjrzyjmy się przykładom trzech pacjentów przedstawionym w literaturze.

W 1936 roku Gerö opisał dwóch pacjentów cierpiących na depresję. Jeden z nich, jak stwierdził, doświadczył jako dziecko "głodu miłości"; drugi został wysłany do stacjonarnego żłobka i wrócił do domu dopiero w wieku trzech lat. Obaj przejawiali silną ambiwalencję w stosunku do każdej osoby, która była obdarzana przez nich miłością, co według Gerö było związane z wczesnymi doświadczeniami. W drugim przypadku autor mówi zarówno o fiksacji na matce, jak i niezdolności do wybaczenia jej separacji.

Jacobson, w swojej obszernej pracy na temat psychopatologii depresji, regularnie odnosi się do pacjentki Peggy, której analizę opisuje w dwóch artykułach (1943, 1946). W momencie skierowania na konsultację dwudziestoczteroletnia Peggy znajdowała się w stanie ciężkiej depresji, której towarzyszyły impulsy samobójcze i depersonalizacja; objawy te zostały wywołane stratą, a dokładnie utratą kochanka. Doświadczenie z dzieciństwa, któremu Jacobson przypisuje duże znaczenie, przydarzyło się Peggy, gdy miała ona trzy i pół roku. Jej matka poszła do szpitala, aby urodzić drugie dziecko, tymczasem ona i jej ojciec zostali w domu z babcią ze strony matki. Doszło do kłótni i ojciec wyjechał. "Dziecko zostało samo, zawiedzione przez ojca, z niecierpliwością oczekując powrotu matki. Powróciwszy jednak do domu, matka pojawiła się z dzieckiem". Peggy przypomniała sobie swoje odczucie: "To nie była moja matka, to była inna osoba" (co jest to nierzadko występującym doznaniem wśród małych dzieci, które przez kilka tygodni były odseparowane od swoich matek).Jacobson uważa, że wkrótce potem "dziewczynka po raz pierwszy wpadła w głęboką depresję".

Otóż można kwestionować zarówno to, czy doświadczenia z wczesnego dzieciństwa tych pacjentów zostały dokładnie przywołane, jak i to, czy analitycy mieli rację, przypisując im znaczenie etiologiczne. Ale jeśli uznamy, ku czemu sam się skłaniam, zarówno trafność przywołanych doświadczeń, jak i ich znaczenie, okaże się, że koncepcja dziecięcej żałoby świetnie nadaje się nie tylko do opisu reakcji pacjenta w tamtym czasie, lecz także do powiązania doświadczeń z dzieciństwa z chorobą psychiczną w późniejszym życiu. Żaden z autorów nie używa jednak tego pojęcia. Obaj używają słów takich jak "zawód" i "rozczarowanie", które mają bardzo różne znaczenia.

Kilku innych analityków, będąc w większym lub mniejszym stopniu świadomymi patogennej roli takich doświadczeń w dzieciństwie, również nie konceptualizuje reakcji dziecka na stratę w kategoriach żalu czy żałoby. Jednym z nich jest Fairbairn (1952). Drugim Stengel, który w swoich badaniach nad kompulsywnym wędrowaniem (1939, 1941, 1943) zwraca szczególną uwagę na chęć odzyskania utraconej ukochanej figury. Trzeci to piszący te słowa w swoich wcześniejszych pracach (1944, 1951). Do pozostałych należą Anna Freud (1960) i Rene Spitz (1946b), którzy, odrzucając pogląd, że małe dzieci przeżywają żałobę, wykluczają w swych rozważaniach hipotezę, zgodnie z którą wykształcenie się charakteru neurotycznego czy psychotycznego może w niektórych przypadkach następować wskutek procesów żałoby zapoczątkowanych w dzieciństwie, które przybrały niekorzystny obrót i tym samym pozostawiły daną osobę ze skłonnością do reagowania na późniejsze straty w sposób patologiczny.

Głównym powodem, dla którego reakcja dziecka na stratę tak często bywa nieuznawana za formę żałoby jest, jak widzieliśmy, tradycja, która ogranicza pojęcie żałoby do procesów o zdrowym przebiegu. Trudności wynikające z tego ograniczonego użycia zostały zilustrowane w ważnym artykule Absence of Grief autorstwa Helene Deutsch (1937). W jej dyskusji na temat czterech pacjentów wyraźnie widać zarówno uznanie centralnego miejsca straty w dzieciństwie w powstawaniu objawów i odchyleń charakteru, jak i mechanizmu obronnego, który po stracie może prowadzić do braku afektu. Niemniej jednak, chociaż autorka odnosi ten mechanizm do żałoby, jest on przedstawiany bardziej jako alternatywa dla żałoby niż jako jej patologiczny wariant. To rozróżnienie nie jest trywialne. Uznanie bowiem procesu obronnego po stracie w dzieciństwie za alternatywę dla żałoby oznacza przeoczenie zarówno tego, że procesy obronne podobnego rodzaju, ale o mniejszym nasileniu i późniejszym początku, wchodzą również w skład zdrowej żałoby, jak i tego, że patologiczne są nie tyle same procesy obronne, ile ich zakres, intensywność i tendencja do uporczywości w ich utrzymywaniu się.

Podobnie Freud, chociaż z jednej strony był głęboko zainteresowany patogenną rolą żałoby, a z drugiej, zwłaszcza w późniejszych latach, miał również świadomość patogennej roli straty z dzieciństwa, wydaje się jednak, że nigdy nie wskazał żałoby dziecięcej i jej tendencji do patologicznego przebiegu jako pojęcia, które łączy ze sobą te dwa zestawy poglądów. Dobrze ilustruje to jego dyskusja na temat "rozszczepienia ja w procesie obronnym"[27], któremu poświęcał szczególną uwagę pod koniec życia (1938).

W jednym z artykułów (1927) Freud opisuje dwóch pacjentów, u których rozszczepienie ja nastąpiło po utracie ojca:

Z analizy dwóch młodych mężczyzn dowiedziałem się, że obaj - jeden w wieku dwóch, a drugi w wieku dziesięciu lat - nie przyjęli do wiadomości faktu śmierci umiłowanego ojca [...], jednak w wypadku żadnego z nich nie doszło do powstania psychozy. A zatem mielibyśmy tu do czynienia z zaprzeczeniem niewątpliwie ważnego fragmentu rzeczywistości [...]. Tylko jeden nurt ich życia psychicznego nie uznał faktu śmierci ojca; ale istniał też inny nurt, który w pełni uczynił zadość temu faktowi; adekwatne do życzenia [aby ojciec nadal żył] i rzeczywistości [czyli faktu, że ojciec nie żyje] nastawienia istniały obok siebie (SE 21, s. 155-156).[28]

Jednakże w tym i podobnych artykułach Freud nie odnosi swojego odkrycia dotyczącego tego rodzaju rozszczepień do patologii żałoby w ogóle, ani do żałoby dziecięcej w szczególności. Niemniej jednak uznawał je jako nierzadkie następstwa żałoby we wczesnym okresie życia. "Podejrzewam", zauważa, omawiając swoje odkrycia, "że podobne zdarzenia nie są wcale rzadkie w dzieciństwie". Późniejsze badania pokazują, że jego podejrzenia były uzasadnione.

Zatem lektura literatury pokazuje, że pomimo przypisywania patogennego znaczenia utracie rodzica i utracie miłości, w głównym nurcie tradycji teorii psychoanalitycznej źródła patologicznej żałoby u dorosłych (lub, jak niektórzy mogliby się upierać, patologicznych alternatyw dla żałoby) i wynikające z niej choroby psychiczne, do których doprowadzają, nie są wiązane ani z żałobą dziecięcą, ani z tendencją do patologicznego przebiegu procesów żałoby wywoływanych w okresie niemowlęcym i w późniejszym dzieciństwie.

Główny wkład Melanie Klein (1935, 1940) polega na wprowadzeniu tego powiązania. Według niej niemowlęta i małe dzieci przeżywają żałobę i przechodzą przez fazy depresji, a ich reakcje w tych okresach determinują sposób, w jaki będą reagowały na dalsze straty w późniejszym życiu. Jej zdaniem pewne rodzaje obron należy rozumieć jako "skierowane przeciwko "tęsknocie" za utraconym obiektem". Pod tymi względami zaproponowane przeze mnie podejście nie tylko przypomina podejście Klein, ale wręcz pozostaje pod jego wpływem. Niemniej jednak istnieje wiele daleko idących różnic między naszymi stanowiskami. Dotyczą one natury doświadczeń straty, które uznaje się za mające znaczenie etiologiczne, przedziału wiekowego, w którym, jak się uważa, występują takie straty mające znaczenie, natury oraz pochodzenia lęku i złości, a także roli współczesnych i późniejszych okoliczności, które uznaje się za mające wpływ na sposób reagowania dziecka na stratę. Podczas gdy, jak zobaczymy w części III, istnieją dowody na to, że na reak-cje dziecka znaczny wpływ mają warunki panujące w jego rodzinie w czasie, gdy zaistniała strata i po niej, Klein nie tylko nie podnosi tej ewentualności, ale kładąc nacisk w innym miejscu, wywołuje wrażenie, że takie uwarunkowania byłyby mało istotne.

Doświadczenia straty, które, jak sugeruje Klein, mają charakter patogenny, przynależą do pierwszego roku życia i są głównie związane z karmieniem i odstawianiem od piersi. Agresja jest traktowana jako wyraz instynktu śmierci, a lęk jako wynik jego projekcji. Nic z tego nie jest przekonujące. Po pierwsze, dowody, które przedstawia autorka, dotyczące przytłaczającego znaczenia pierwszego roku życia i odstawiania od piersi, nie sposób nazwać imponującymi (Bowlby, 1960b). Po drugie, jej hipotezy dotyczące agresji i lęku, wraz z jej ogólnym paradygmatem, są niemożliwe do pogodzenia z jakimkolwiek przejawem myśli biologicznej. Skoro zatem tak znaczna część teorii Klein nie przekonuje, z łatwością można by odrzucić jej użyteczne pomysły wraz z całą resztą. A byłaby to wielka szkoda.

Otóż przyjęte tutaj stanowisko jest następujące: choć odrzucamy paradygmat przyjęty przez Klein, a także hipotezy, które wysuwa ona w celu wyjaśnienia indywidualnych różnic w reakcji na stratę, to jednak jej poglądy zawierają zalążki konstruktywnego sposobu porządkowania danych. Alternatywne koncepcje, za którymi, jak uważam, przemawiają dowody, zakładają, że najbardziej znaczącym obiektem, który można utracić, nie jest pierś, ale sama matka (a czasem ojciec). Okres podatności na zranienie nie ogranicza się do pierwszego roku życia, ale rozciąga się na wiele lat dzieciństwa (jak zawsze twierdził Freud), a także na okres dorastania, a strata rodzica prowadzi nie tylko do lęku separacyjnego i żalu, lecz także do procesów żałoby. W procesach tych agresja, której funkcją jest osiągnięcie ponownego połączenia, odgrywa główną rolę. Pozostając w zgodzie z danymi, ujęcie to ma tę dodatkową zaletę, że z łatwością wpisuje się w teorię biologiczną.

Pełniejszą prezentację dotyczącą tego, w jaki sposób reakcje na stratę w dzieciństwie są traktowane w literaturze psychoanalitycznej, można znaleźć w jednym z dawniejszych artykułów (Bowlby, 1960b).

Przypisy

[1] J. Bowlby, Przywiązanie, tłum. M. Polaszewska-Nicke, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007 - przyp. tłum.

[2] J. Bowlby, Separacja: lęk i złość, tłum. M. Polaszewska-Nicke, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2024 - przyp. tłum.

[3] Bowlby operuje w tym tomie wieloma określeniami odnoszącymi się zarówno do samego faktu straty bliskiej osoby, jak i do jej doświadczania (por. przyp. 13, s. 14). Określenie "doświadczenie (ew. "przeżycie") straty" jest stosowane tutaj konsekwentnie jako odpowiednik angielskiego słowa bereavement, co pozwala zachować w przekładzie różnice znaczeniowe względem takich terminów, jak mourning ("żałoba") czy grieving ("doświadczanie żalu po stracie") - przyp. tłum.

[4] Chociaż w całej tej pracy tekst odnosi się zwykle do "matki", a nie do "figury matki", należy rozumieć, że w każdym przypadku mowa jest o osobie, która matkuje dziecku i do której się ono przywiązuje. Oczywiście w przypadku większości dzieci osoba ta jest również jego biologiczną matką.

[5] Zob. tom II, rozdział 2.

[6] Szczegółowe informacje na temat badań Heinicke podano w rozdziale 1 tomu II tej pracy.

[7] Więcej informacji na temat reakcji Laury podczas jej pobytu w szpitalu i po nim można znaleźć w rozdziałach 23 i 25.

[8] Obserwacja ta, dokonana przez Jamesa Robertsona, została opisana w artykule autorstwa Bowlby'ego, Robertsona i Rosenbluth (1952).

[9] Stworzone przez Annę Freud i Dorothy Burlingham Hampstead War Nurseries działały w latach 1941-1945. W ich skład wchodziły trzy główne obiekty, z których dwa były położone w dzielnicy Londynu Hampstead, a trzeci w miejscowości Linsell, około 70 kilometrów od Londynu. Placówki zapewniały pomoc zarówno dzieciom pozbawionym opieki rodzicielskiej, jak i dzieciom samotnych matek. Część dzieci przebywała w nich na stałe, a część dochodziła codziennie. Matki dzieci, które przebywały w placówce na stałe, zachęcano do regularnych odwiedzin. Około 20% dzieci mieszkało tam z matkami. Przez cały okres działania, z opieki w tych ośrodkach skorzystało około 190 dzieci. Placówki utworzono w celach zarówno humanitarnych, jak i badawczych (Freud, Burlingham, 1943, 1974) - przyp. red. nauk.

[10] Raporty z obserwacji przeprowadzonych w Hampstead Nurseries zostały po raz pierwszy opublikowane podczas wojny w Wielkiej Brytanii (Burlingham i Freud, 1942, 1944) oraz w Stanach Zjednoczonych (Freud i Burlingham, 1943). Obecnie można je znaleźć w tomie dzieł zebranych Anny Freud (Freud i Burlingham, 1974), a odnośniki do stron podane w tekście odpowiadają tej publikacji. W przytoczonej relacji pseudonim Patrick, użyty pierwotnie w wydaniu z 1943 roku, ale zmieniony na Billie w 1974 roku, został zachowany, ponieważ we wcześniejszych moich publikacjach, w których odnoszę się do tego przypadku (np. Bowlby i in., 1952), użyto właśnie pseudonimu Patrick.

[11] "Processes of Mourning" (1961b) i "Pathological Mourning and Childhood Mourning" (1963).

[12] Proszę sprawdzić trzy krytyczne artykuły Anny Freud, Maxa Schura i René Spitza, które zostały wydrukowane w tomie 15 The Psychoanalytic Study of the Child (1960), po pierwszym z moich trzech artykułów: patrz także Wolfenstein (1966).

[13] Wyd. pol. S. Freud, S. Totem i tabu, tłum. R. Reszke, w: S. Freud, Pisma społeczne (Dzieła, t. IV), Wydawnictwo KR: Warszawa 1998, s. 299 - przyp. tłum.

[14] Skrót SE oznacza Standard Edition of The Complete Psychological Works of Sigmund Freud, opublikowane w 24 tomach przez Hogarth Press Ltd w Londynie i dystrybuowane w Ameryce przez W. W. Norton w Nowym Jorku. Wszystkie cytaty z dzieł Freuda podane w tej pracy pochodzą z tego wydania.

[15] Terminy mourning i grieving, których znaczenia autor analizuje w tym miejscu, konsekwentnie w całym tomie zastępowane są polskimi terminami "żałoba" i "doświadczanie (ew. "przeżywanie") żalu po stracie". Takie rozwiązanie pozwala na odróżnienie w przekładzie terminów sadness (smutek), grief (żal po stracie) i grieving (doświadczanie żalu po stracie). Z kolei termin bereavement oddany jest polskim określeniem "doświadczenie straty", określenie zaś "osoba dotknięta stratą" bądź "osoba doświadczająca straty" to w oryginale the bereaved - przyp. tłum.

[16] "Proces żałoby (Trauerarbeit) w jego analitycznym znaczeniu oznacza dla nas wysiłek jednostki, aby zaakceptować fakt w świecie zewnętrznym (utratę katektowanego obiektu) i dokonać odpowiednich zmian w świecie wewnętrznym (wycofanie libido z utraconego obiektu, identyfikacja z utraconym obiektem)" (A. Freud, 1960, s. 58).

[17] Należy zauważyć, że to użycie terminu "odłączenie" odbiega radykalnie od tego znaczenia, w którym stosują je badacze w odniesieniu do dziecięcej tendencji do eksplorowania z dala od matki czy też do rosnącej z wiekiem zdolności do polegania na sobie (temat omówiony w tomie II, w rozdziale 21).

[18] Przedstawione streszczenie ich ustaleń pochodzi z pierwszego rozdziału książki Separacja: lęk i złość.

[19] Z listu do Ludwiga Binswangera, który stracił syna.

[20] Według Stracheya (1957) pierwsze odniesienie do tego tematu znajduje się w rękopisie z 31 maja 1897 roku, którego kopię Freud wysłał do Fliessa (Freud, 1954).

[21] W rozdziałach 6 i 7 książki The Expression of the Emotions in Animals and Man (faktycznie tytuł brzmi The Expression of the Emotions in Man and Animals - przyp. red. nauk.) Darwin analizuje ekspresję oraz zaangażowane w nią ruchy mięśni, widoczne w lęku, żalu po stracie i rozpaczy, popierając pogląd, że wszystkie one wywodzą się z krzyku niemowlęcia. "We wszystkich przypadkach cierpienia, dużego czy małego, nasze mózgi na skutek długiego przyzwyczajenia wykazują tendencję do wysyłania rozkazu do pewnych mięśni, aby się kurczyły, tak jakbyśmy byli jeszcze niemowlętami w momencie krzyku; ale temu nakazowi ... jesteśmy w stanie częściowo przeciwdziałać" za pomocą środków, które są dla nas nieświadome.

[22] Innym słynnym Anglikiem, który wyrażał podobne przekonania, jest Winston Churchill. Opisując swoje odczucia podczas ucieczki z obozu jenieckiego, napisał: "kiedy nadzieja odeszła, zniknął też strach".

[23] "Do pewnego momentu ambiwalencja uczuć tego rodzaju wydaje się normalna" ("Dynamika przeniesienia", SE 12, s. 106). "Ta ambiwalencja jest obecna w większym lub mniejszym stopniu we wrodzonej dyspozycji każdego człowieka" ("Totem i tabu", SE 13, s. 60). "Nieświadomość wszystkich istot ludzkich jest wystarczająco pełna takich życzeń śmierci, nawet wobec tych, których kochają" ("Przypadek homeoseksualizmu u kobiety", SE 18, s. 162-163).

[24] Wyd. pol. S. Freud (2007), Żałoba i melancholia, tłum. R. Reszke, w: S. Freud, Psychologia nieświadomości (Dzieła, t. VIII), Warszawa: Wydawnictwo KR, s. 153, 158 - przyp. tłum.

[25] Wyd. pol. S. Freud, S. (2005), Psychologia zbiorowości i analiza "ja", tłum. R. Reszke, w: S. Freud, Pisma Społeczne (Dzieła t. IV), Wydawnictwo KR, Warszawa 1998, s. 51-119 - przyp. tłum.

[26] Wyd. pol. S. Freud, Zarys psychoanalizy, tłum. J. Prokopiuk, w: S. Freud, Poza zasadą przyjemności, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994, s. 59-92 - przyp. tłum.

[27] Istnieje wydanie polskojęzyczne cytowanej pracy (Rozszczepienie "Ja" w procesie odparcia, tłum. R. Reszke, w: S. Freud, Psychologia nieświadomości (Dzieła, t. VIII), Wydawnictwo KR, Warszawa 2007), jednak ze względu na precyzję przekładu zdecydowano się tutaj na użycie terminu "proces obronny" w odniesieniu do anglojęzycznego defensive process - przyp. tłum.

[28] Wyd. pol. S. Freud, Fetyszyzm, tłum. R. Reszke, w: S. Freud, Psychologia nieświadomości (Dzieła, t. VIII), Wydawnictwo KR, Warszawa 2007, s.308 - przyp. tłum.