Straszny dziadunio - Maria Rodziewiczówna

Kup ebooka

3.84 zł
3.30 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Delfin

- Hieronim, słyszysz? Wstawaj! A to sen do pozazdroszczenia! Hieronim, Rucio, to ja - Żabba!

- To mi dopiero nowina! - odparł spod burki[1] stłumiony, zaspany głos. - A czego tam chcesz? Pali się?

- Wstań, to zobaczysz.

- Ale kiedy ja nie chcę ani wstawać, ani patrzeć.

- Ano, to się utopisz.

- Coo?

Spod burki wyjrzała na świat rozczochrana, płowa[2] czupryna, potem ręka, potem senna twarz młodego człowieka.

Ziewnął przeciągle, pięściami przetarł oczy i spojrzał.

- Bogowie Olimpu[3] i Walhalli[4]! Co to, potop? - krzyknął, zrywając się na równe nogi.

Było się czemu dziwić. Chłopski alkierz[5], gdzie się to działo, po ramy okien pełen był wody. Wszystkie sprzęty były już zatopione, szczelinami wdzierał się nurt, sycząc; wkoło panowała głucha cisza, tylko z dala dochodziła przeciągła wrzawa głosów ludzkich i przeraźliwy ryk bydła.

Zbudzony, stojąc po kolana w wodzie, rozejrzał się zdumiony.

- Cóż milczysz? - krzyknął do towarzysza. - Gadaj, co się stało!

- Powódź - lakonicznie odparł zagadnięty.

- Wieś zatopiona? Gdzie koledzy?

- Zatopiona. Koledzy bezpieczni, pod lasem. Ja zaszedłem po ciebie.

- Rychło w porę! - zamruczał pan Hieronim. - O włos nie zginąłem przez twą troskliwość.

- Spałeś jak pień.

- Jak pień. Zgrabna metafora. Ciekawym[6], jak byś ty spał, gdybyś wrócił z linii po trzech dniach roboty.

- Grocholski był z tobą, a jednak pierwszy się stawił na alarm.

- Grocholski musi myśleć o pani naczelnikowej. Zakochani mają zawsze lekki sen, jak panienki. Nieprawdaż?

- Musi być - odparł Litwin.

Tu pan Hieronim zakrzątnął się, brodząc po wodzie i monologując pod nosem:

- Już wiem! To pewnie dziadunio nasłał na mnie to nieszczęście za to, żem nie chciał pójść na medycynę. Bogowie piekieł, czy jest w waszej spiżarni mąk gorsza od doli studenta na praktyce? Jako Hiob[7] wyjdę z tej okazji, jeśli życie zachowam. Tłumok w wodzie, odzienie wniwecz[8]; moje rachunki, plany pożarła ta ciecz nikczemna. Dobrze, że choć skrzypce w całości. A masz czółno, Żabba?

- Nie ma - odpowiedział spokojnie.

- Jak to, nie ma? Piechotą pójdziemy po wodzie?

- A juści[9]. Albo to dla ciebie co nowego? Ty Delfin.

- Otóż to! Dlategom nierad[10] mej reputacji marnować w tej odzieży. Hm, a gdzież to smyczek? Leżał na oknie czy pod oknem! Przepadł! Doprawdy, czuję i w tym palec dziadunia. On ma konszachty ze złymi mocami i używa ich na moją zatratę[11]. Oj, oj! Nie ma smyczka, nie ma!

- Porzuć gadanie i chodźmy - wtrącił Żabba.

- Łatwo ci to powiedzieć. Ale ja, dusza muzykalna, cierpię nad tą stratą!

Chłopak załamał ręce patetycznie, oczy mu się jednak śmiały.

- Dajże pokój[12], albo to czas błaznować?

- Na błaznowanie powinien człowiek mieć czas, bo inaczej - cóż robić z życiem? Trzeba będzie dostać żółtaczki, zapchać mózg cyframi, tak wyglądać jak ty, skrzeku pospolity!

Podczas tej operacji pan Hieronim wziął zmokły tłumoczek na plecy, skrzypce pod pachę i wydostał się oknem na świat boży. Kolega zebrał resztę manatków i podążył za nim, nie obrażony bynajmniej zoologiczną przenośnią swego nazwiska.

- Słuchaj no, Żabba, a gdzież to ci bezpieczni koledzy pod lasem? Prowadź, bo doprawdy zgłupiałem ze snu i paniki. To nie moja specjalność wodna komunikacja.

- Tędy - rzekł Żabba - widzisz, koledzy na górce.

- Aha! Widzę, że idziemy prosto na doły z gliną! Śliczna awantura! I to morze było wczoraj nikczemną[13] kałużą. I wierz tu pozorom. Chłopi uciekli i wrzeszczą. Co to im pomoże? Ale że mnie ten wrzask nie zbudził!

- Kiedy bo spałeś jak pień.

- Jak pień! Ten zawsze swoje - mruknął chłopak i umilkł na chwilę.

Woda dochodziła im do pasa, prąd walił z nóg, targał tu i tam. Było dziwnie przykro borykać się z rozpętanym żywiołem, nie wiedząc, gdzie i co ma się pod stopami, bo woda - rozmulona, pełna zielska - była czarna jak atrament.

Nad tą wodą sterczały dachy chat, łby bydła, drzewa lasu - i na wzgórzu tłum ludzi, zbitych w niesforną, wyjącą gromadę.

Pan Hieronim zza pleców kolegi spojrzał w stronę lasu, odmierzył okiem odległość i zaśmiał się niefrasobliwie.

- Stroiki inżynierowej musiały ulec smutnym wypadkom - zauważył wesoło.

- Zostały w chacie podobno.

- Otóż tak, dobrze jej! Po co jeździ z mężem, nieodstępna jak wyrzut sumienia. Siedziałaby w mieście. Bardzo się cieszę z tej straty! Będzie miała naukę na przyszłość. Potrzebna nam tu jak dziura w bucie! Wiecznie kogoś zbałamuci, a my za tego musimy wszystko odrabiać. Szkoda, że ten fircyk[14] Grocholski nie poszedł na dno z jej sukienkami. Brr, co tu wody!

Chłopak odsapnął, bo go nurt za piersi chwytał.

- I powiedz mi, Żabba, skąd się ten tani płyn wziął w takiej ilości przez jedną noc?

- Z gór - wygłosił zapytany.

- Ale z jakich?

- Skąd ta rzeka płynie.

- Gruntownie znasz kwestię! Jakież to? Alpy, Himalaje, Andy?

- Góry i kwita!

- Otóż i odpowiedź inżyniera! Poproszę naczelnika, żeby cię wysłał na praktykę do wiejskiej szkółki na zarysy geografii!

- Nie durz[15] mi głowy! - burknął Litwin.

- To dopiero głowa drogocenna. Żeby ją wytrząść, to przysięgnę, że mak by się sypał.

Kolega coś zamruczał niewyraźnie. Nigdy nie próbował walczyć na języki z panem Hieronimem. Drwin jego i przedrzeźnień bał się cały instytut.

Wzgórek pod lasem zbliżał się widocznie. Można już było rozróżnić wyraźnie kilka postaci czarnych, a jedną jasną i usłyszeć nawoływania znajomych głosów.

Salve[16]! Salve! - wołał pan Hieronim, wyprzedzając Żabbę. - Nie krzyczcie! Wierzę w wasze dobre intencje co do mojej osoby! Jestem wam mocno obowiązany, a jak będę miał możność odwdzięczenia, to klnę się na bogi, że sam się pierwej[17] uratuję, a po was poślę modły do nieba! Witajcie, witajcie!

Żabba, słuchając tego, uśmiechnął się lekko.

- Ja przyszedłem przecież - wtrącił.

- Aha, dopominasz się solidniejszej wdzięczności - śmiał się pan Hieronim. - Bądź spokojny! W takim razie poślę po ciebie tego raka, co to chodził po drożdże[18] na Podlasiu.

- Hm, to już wolę modły!

- Jak się masz, Ruciu, jak się masz! Tędy, tędy! - wołano ze wzgórza.

Chłopak dotarł do stromego brzegu, rzucił nań swe mienie, potem wdrapał się jak kot, pomógł Żabbie i dopiero wtedy otrząsnął się z wody i ukłonił całemu towarzystwu.

- Staję do apelu, panie naczelniku! - ozwał się[19] do mężczyzny w średnim wieku. - Rzeka odarła mnie z narzędzi pracy, nie mam nawet ołówka!

- Dobrze, że żyjemy i kasa uratowana! - odparł naczelnik.

- Ale moje suknie - tam! - wskazała desperacko pulchną rączką dama różowa i biała, uczepiona naczelnikowego ramienia.

- I mój frak przepadł! - jęknął Grocholski melancholijnie.

- Szkoda! - zaśmiał się Hieronim. - Zagrałbym wam Tadeusza[20], żeby nie to, że i mój smyczek zginął.

- Ale widok przepyszny! - ozwał się naczelnik.

Wszyscy spojrzeli na rzekę. Istotnie, widok był piękny grozą i ogromem.

Niewielki potok, płynący wczoraj jeszcze o kilkaset kroków od wsi, leniwy, cichy, przez pół doby urósł do niezwykłych rozmiarów.

Olbrzymimi wałami parła fala przed sobą środkiem prądu stogi siana, deski, zielsko, liście, gałęzie - wszystko splątane w bezładny kłąb.

Huk i wrzenie kotłowało się jak w zbuntowanym mieście, rzeka wyglądała jak lud rozjuszony, pijany, ryczący, żądny krwi i ognia.

- Przypomniała babka dziewic wieczór[21] - rzucił Hieronim, trącając lekko Grocholskiego. - Cóż, Jasiu, nie popłyniesz na ratunek sukien damy swego serca? - zagadnął z cicha.

- Tej sztuki nawet ty byś nie dokazał.

- Doprawdy? Czy wiesz o jakich ważnych przeszkodach?

- Wiem: niemożliwość!

Oczy chłopca zamigotały sinawym błyskiem polerowanej stali.

- Niemożliwość! Hieronim Białopiotrowicz, wasz sługa, nie wie, co to za facecja[22], co się tak brzydko wabi!

- Et, porzuć! - wtrącił Żabba. - Choćbyś chciał, to nie możesz wyłowić smyczka.

- Milcz! Nie otwieraj krwawiących ran, bo jak się rozgniewam, to cię wrzucę tam, gdzie najady[23] przymierzają sukienki naczelnikowej, będziesz dopiero krzyczał z zachwytu!

Koledzy parsknęli śmiechem. Litwin skrzywił się, jak ktoś, co chce kichnąć, a nie może, i mruknął uparcie:

- Ale tak i smyczek przepadł całkiem!

- Masz, idź go szukaj! - zawołał swawolnik[24], porywając czapkę towarzysza i ciskając ją daleko w wodę.

- Ajej, ajej, ajej! - lamentował poszkodowany. - Jedna była, nowiutka. Teraz mi słońce mózg przepali!

- Niewiele go znajdzie! Ale nie śmiej się, nie lamentuj, nie biegaj jak kura za kurczętami! Skacz, Żabbo, jeszcze ją dogonisz!

- Bodaj ci się dziadunio przyśnił!

(...)