Prolog
Czerwin, dzień po Wielkanocy, 1783 roku
- Czemu ten koczkodan straszy u mnie, a nie u ciebie? - Anna z Szostakowskich Lubiczowa, pani na włościach w Czerwinie, patrzyła z wyrzutem na swoją młodszą siostrę Mariannę.
- A co to ja jestem, żeby to wiedzieć? Duch Święty? - Ta w odpowiedzi
przewróciła oczami. - Może nie umie trafić do domu? Jak sama wiesz,
natenczas jak żyw jeszcze był, to też często mu się to zdarzało.
Anna w duchu przyznała jej rację. Dopiero co wyprawiony przez nie do
Królestwa Niebieskiego mąż Marianny, podczaszy czernichowski Józef
Celiński, słynął z tego, że głowę do trunków miał słabowitą, za to
zamiłowanie do nich wręcz odwrotnie - nadzwyczaj mocne. Parobkowie
znajdowali go już w rozmaitych miejscach: a to rozłożonego malowniczo na
polu wśród kwiecia rzepaku, a to w stodole słodko drzemiącego na sianku,
a to w oborze wtulonego w nieco zdziwioną jego pochrapywaniem trzodę
chlewną.
Swój rekord podczaszy pobił, kiedy raz włamał się po pijaku do kościoła,
po czym, przekonany, że jest we własnej sypialni, zasnął pod ołtarzem,
przykryty obrusem, a następnego ranka piekielnie przeraził
odprawiającego mszę ojczulka oraz jego parafian. Traf bowiem chciał, że
gdy ksiądz w czasie kazania opowiadał o wskrzeszeniu przez proroka
Elizeusza syna Szunemitki i doszedł do fragmentu Biblii brzmiącego:
"Wtedy to chłopiec kichnął siedem razy i otworzył oczy", wskrzesił się
też i podczaszy. Wciągnąwszy zaś nieco kadzidłowego dymu, zaczął i on
kichać tak rozgłośnie, że aż doprowadził do omdlenia hrabinę Turbańską,
pewną, że to sam Lucyfer przyzywa ją do piekieł za palenie tabaki, którą
kradła swojemu mężowi.
I o ile w nadużywaniu trunków nie było w sumie nic złego, bo wszyscy
szlachcice traktowali to bez mała jako patriotyczny obowiązek, o tyle
nijak nie dało się powiedzieć tego samego o dwóch innych pasjach Józefa.
Czyli nadużywaniu dziewek służebnych i hazardzie. Przyłapawszy małżonka
kilka razy na równie gorszących jej oczy, co w jego wydaniu wyjątkowo
mało estetycznych scenach intymnych, a potem dowiedziawszy się, że
zdążył już przegrać w lancknechta kawał odziedziczonej po przodkach
ziemi, Marianna postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. W związku z powyższym udała się na bagniska, gdzie zapłaciła lokalnej wiedźmie za
nawarzenie trującego naparu, który następnie dolała Józefowi do jego
ukochanego wina. Wyprawiwszy takim sposobem męża w zaświaty, przejęła
rządy nad włościami i dworem.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że dwa dni po swoim pogrzebie
Józef pojawił się w położonym nieopodal dworku należącym do siostry
Marianny. Rzecz jasna nie cieleśnie, bo tej sztuczki umiał dokonać w całej historii świata tylko jeden człowiek, ale w charakterze ducha. Co
do tożsamości zjawy nie mogło być żadnych wątpliwości, opisały ją bowiem
aż dwie dwórki, które za życia wielokrotnie był chędożył. Ponieważ obie
wykazywały bujną wyobraźnię, dodały jeszcze, że podczaszy miał "ognie w oczach", "diaboliczny wyraz twarzy", a z jego ust "wydobywał się syk
wężom podobny".
Marianna i od początku wtajemniczona we wszystko Anna na wszelki wypadek
sprawdziły, czy zewłok Józefa na pewno leży w trumnie, a następnie
wezwały egzorcystę i zażądały, aby odesłał ducha tam, gdzie jego
miejsce. Czyli w sumie gdziekolwiek, skąd już nigdy więcej nie wróci.
Ksiądz zrobił swoje, a po kilku wieczorach Józef znów się objawił, tym
razem teściowej Anny, która od tego o mało co trupem nie padła. I choć
akurat w tym starsza z Szostakowskich widziała duży plus, bo matkę
swojego męża uważała za starą złośliwą gropę, to jednak na dłuższą metę
obcowanie z widmem szwagra nijak jej się nie widziało.
- Weź coś z nim zrób! - zażądała teraz stanowczo, po tym jak z powodu
Józefa inne szlachcianki zaczęły omijać jej dom szerokim łukiem.
Anna lubiła wydawać przyjęcia i spotykać się na ploteczki. Na myśl, że
ze względu na ducha będzie musiała sama się tłuc wyboistymi drogami do
przyjaciółek, z miejsca dostała globusa.
- Ale co? - zapytała nieco bezradnie Marianna.
- Zasuwaj do tej wiedźmy! I to w te pędy! - rozkazała jej Lubiczowa. -
Pomogła ci się pozbyć dziada, to teraz niech powie, jak odesłać jego
ducha w zaświaty.
- Kiedy tam się idzie między bagnami i już raz o mało co nie straciłam
tam życia - zaprotestowała Marianna. - Za to gdy stamtąd wracałam,
akurat w bagnie topiła się krowa, i to nie był miły widok. Nie zamierzam
iść w jej ślady!
- Nie ważysz jeszcze tyle co krowa - pocieszyła ją siostra. - Poza tym
mogę ci towarzyszyć.
- Żebyśmy utonęły razem? - zaciekawiła się Marianna, po czym zmierzywszy
krytycznym wzrokiem Annę, dodała: - We dwie ważymy już więcej od krowy!
- Głupiaś! - fuknęła ta. - Jak jedna wpadnie, to druga ją wyciągnie.
Musimy tam iść! Nie lubiłam twojego męża, nawet kiedy żył, i nie życzę
sobie spotykać go po śmierci. No już! Rusz się!
Marianna zawsze ulegała siostrze. Tak stało się i tym razem. Tego
samego, mglistego popołudnia udały się na bagniska. Wiedźma je
wysłuchała, później trochę pogłówkowała, a na koniec wręczyła im szałwię
i poleciła, aby ją zapaliły o północy, a potem o północy jej dymem
okadziły domostwa, na wszelki wypadek oba, koniecznie w obecności
czarnego kota.
Kiedy siostry chciały zapłacić, wiedźma odmówiła przyjęcia pieniędzy, a w zamian za swoją radę poprosiła, aby szlachcianki wybroniły ją przed
lokalnym proboszczem. Księdzu jej działalność od lat była bowiem solą w oku i postanowił zrobić wszystko, aby wykurzyć ją z tego miejsca.
Siostry obiecały, że wstawią się za nią, i pobiegły przepędzać Józefa. O północy w towarzystwie mocno zdegustowanego i bezustannie ziewającego
czarnego kota o imieniu Auguścik, którego musiały uwiązać na postronku,
żeby nie nawiał, obeszły z szałwią oba domostwa, przy okazji narażając
się na podejrzenia służby, że zidiociały już do końca.
O dziwo jednak od tego czasu duch podczaszego przestał nawiedzać ich
włości. Gorzej jednak wyszło z wypełnieniem obietnicy, którą złożyły
wiedźmie. Do księdza co prawda poszły, ten jednak zdradził im pewną
tajemnicę i obiecał coś, co sprawiło, że zamiast stać po stronie
kobiety, która wyświadczyła im przysługę, stały się jej wrogami. Wiedźma
czekała cierpliwie, aż pewnego dnia, kiedy wracała z pól, gdzie rwała
zioła potrzebne do wywarów, zobaczyła, jak ksiądz w towarzystwie
szlachcianek podpala jej chatę. Kiedy stamtąd uszli, wyraźnie zadowoleni
ze swojego czynu, weszła do środka i nie bacząc na to, że może stracić
życie, uratowała coś, co było dla niej najcenniejsze i co w związku z tym schowała wyjątkowo dobrze. Starą, czarną księgę...
Zasiadła do niej po kilku dniach, daleko od Czerwina, w nowym, naprędce
znalezionym, równie odludnym lokum, odstąpionym jej przez koleżankę po
fachu, która przenosiła się w okolice Gdańska, twierdząc, że tam jest
lepsze powietrze, łatwiej o czarnego kota i mniej się kaszle. Nie mówiąc
już o tym, że ludzie jakoś przyjaźniej traktują czarownice.
Pożegnawszy przyjaciółkę, wiedźma otworzyła księgę, której sama trochę
się bała i w związku z tym zaglądała do niej jedynie od wielkiego
dzwonu, odnalazła odpowiednie strony, po czym wcieliła w życie zapisane
tam instrukcje. Nad obiema szlachciankami oraz ich potomstwem zaciążyło
od tej chwili prastare zaklęcie.
Lata mijały i mijały aż do czasów, kiedy po stanie szlacheckim nie
zostało nawet wspomnienie, bagna osuszono i postawiono tam osiedle
mieszkaniowe, na miejscu chaty wiedźmy wyrósł supermarket "Dino", dworek
Anny przerobiono na hotel, a rezydencja Marianny obróciła się w ruinę i nie potrzeba było zjawy, żeby się jej wystraszyć.
Zaklęcie jednak trwało i rychło miało skomplikować życie kilku
nieświadomym jego istnienia osobom.
Rozdział I
Każdy, kto usiłował dostać się do hotelu "Miodowy Młyn" w Opatowie w ciągu ostatniego półrocza, czyli w czasie, który upłynął od popełnionego
tam morderstwa, musiał przejść przez tak zwaną próbę Mariana. Pozwalała
ona od razu zorientować się personelowi hotelu, z jaką osobą ma do
czynienia.
Marian był kotem. Pojawił się kiedyś pod hotelem i poobserwowawszy go
uważnie przez kilka dni, postanowił, że właśnie tutaj będzie jego nowy
dom. Właścicielkę tego przybytku urobił sobie mniej więcej w pół dnia, a pracowników w pozostałe pół i od następnego poranka miał tu już swoje
królestwo, służbę i pałac. Z tego ostatniego, czyli naprędce wykonanej
drewnianej budki, obserwował przybywających tutaj gości. Tych lepszych
zaszczycał łaskawym pozwoleniem, aby go pogłaskali i złożyli hołd jego
wybitnej urodzie. Tych o gorszym charakterze traktował obojętnie albo z niechęcią. Z czasem wszyscy miejscowi nauczyli się bezkrytycznie wierzyć
kociej intuicji.
Tego dnia Marian był w wyjątkowo dobrym nastroju, wynikającym z faktu,
że aż trzy osoby dały się nabrać na jego oscarową rolę biednego,
słaniającego się z głodu zwierzątka i uraczyły go saszetkami z kurczaczkiem. Na widok doskonale mu już znanej Magdy Zając postanowił
więc się nie wygłupiać i nie żebrać, tym bardziej że i tak nie zdołałby
zmieścić w brzuchu niczego więcej. Nawet najsmaczniejszego. Zamiast
tradycyjnego ocierania się o nogi i słabych miauków, wskazujących, że
bez papu dłużej nie pociągnie, dał się jej pogłaskać, z przejedzenia nie
mając nawet ochoty zmienić pozycji z leżącej na siedzącą.
- Ale cię upasły... - mruknęła Magda, z niesmakiem konstatując, że
niebawem kocurowi łatwiej będzie się turlać, niż chodzić.
Marian popatrzył na nią złym wzrokiem, oznaczającym: "Czy ty się
ostatnio przeglądałaś w lustrze?", po czym z wyraźną urazą, ale i z pewnym wysiłkiem odwrócił się do niej ogonem.
- Chcesz mu dać jedzonko? - zapytała z troską obserwująca ją od
hotelowych drzwi gospodyni "Miodowego Młyna".
- Nie żartuj! - prychnęła Zając z politowaniem. - Przecież ten kot
zaczyna już przypominać warchlaka.
- Nie on jeden! - Barbara potoczyła po niej znaczącym wzrokiem. - Kawa?
Magda potaknęła i weszła do hotelu.
- O, dałaś radę - mruknęła Skowron złośliwie. - Co nie zmienia faktu, że
jeszcze trochę i będę musiała poszerzyć drzwi.
- Też się cieszę, że cię widzę - odpowiedziała Zając, postanowiwszy w duchu nie reagować na ową potwarz. - A co do wagi to od jutra zaczynam
dietę i szybkie spacery. Z tobą! Też ci się przyda, bo siedzisz i siedzisz w tej swojej kanciapie i powoli stajesz się zmurszałą matroną.
Trochę pochodzisz, to od razu odżyjesz!
- Już raz w tym roku byłam na spacerze - poinformowała ją przyjaciółka.
- I wystarczy!
Minęły recepcję i przeszły do części restauracyjnej.
- Poproszę o latte. - Magda uśmiechnęła się do dziewczyny stojącej za
barem. - Na odtłuszczonym mleku.
Barbara skrzywiła się lekko.
- Na odtłuszczonym? - powtórzyła powoli. - Kogo ty chcesz oszukać? Zjesz
coś? Bezę?
- Rozumiem, że po remoncie siłowni został ci styropian i teraz go
upłynniasz jako deser?
- Nie robiłam żadnego remontu - poinformowała Barbara. - Na razie mnie
nie stać.
Przyjaciółka popatrzyła na nią uważnie. Choć ktoś, kto ich nie znał, a jedynie przysłuchiwałby się tej konwersacji, mógłby dojść do wniosku, że
obie się wzajemnie nie znoszą, to wtajemniczeni wiedzieli, że jest
akurat odwrotnie i w każdej sytuacji mogą na siebie liczyć.
- Jak bardzo jest źle? - spytała Magda, sadowiąc się przy stoliku.
- Bywało lepiej - przyznała Barbara.
Zając znała ją zbyt długo, aby nie wiedzieć, co kryje się w tej
wstrzemięźliwej odpowiedzi.
- Czyli dupa - podsumowała krótko. - Co się dzieje?
- Życie. - Barbara wzruszyła ramionami. - Sezonowa posucha. Taki mamy
klimat, są okresy hossy i okresy bessy. Teraz wypadł Rów Mariański.
Wszystko w normie.
- Powiedzmy, że ci wierzę - mruknęła Zając. - A swoją drogą, powiem ci,
że mnie to zadziwia. Ludzie lecą na jakieś takie chore atrakcje, a prawdziwe perły leżą odłogiem. Zresztą może je za mało reklamujemy. Mamy
przecież tyle samo zabytków co Sandomierz. Tam walą tłumy przez okrągły
rok, a nas poza sezonem omijają.
- U nich kręcą Ojca Mateusza - przypomniała Skowron. - Stała promocja
na cały kraj!
- No właśnie... - Magda zastanowiła się przez chwilę. - My też coś takiego
powinniśmy mieć! I to na stałe!
- Mieliśmy - mruknęła Barbara. - Morderstwo.
Jej wypowiedź dotyczyła nieboszczyka, który został pół roku wcześniej
znaleziony w hotelowej siłowni i którego mordercę wytropiła siostra
Małgorzata Chmielewska, okazując się o wiele skuteczniejsza od policji.
Potem wydawało się, że w "Miodowym Młynie" rozegrała się kolejna
tragedia, kiedy wypatrzono w oknie byłego burmistrza Opatowa z nożem w klatce piersiowej. Szybko jednak się okazało, że nic mu się nie stało, a jedynie ćwiczył do roli Hamleta, którą miał grać w amatorskim teatrze, i był bardzo zdziwiony, kiedy znienacka do jego pokoju wpadło kilkanaście
jednostek różnej płci, z czego jedna z okrzykiem, że wie, jak się robi
sztuczne oddychanie. Ponieważ ową ostatnią jednostką był mężczyzna, to
burmistrz, będący znanym homofobem, na przerażającą myśl, że zaraz
przyssie mu się do ust inny chłop, natychmiast zmartwychwstał. W ten
sposób liczba morderstw popełnionych w "Miodowym Młynie" pozostała bez
zmian.
- No tak - przyznała Zając - ale to działało tylko przez chwilę. A mnie
chodzi o coś na stałe.
- Czyli...?
- No wiesz... coś niecodziennego.
Barbara popatrzyła na nią podejrzliwie.
- Rozumiem, że morderstwo uważasz za coś powszedniego - mruknęła z przekąsem. - Jedziesz z rana po chleb, przy okazji kupisz pączki, kogoś
zastrzelisz i akurat wybija trzynasta, można iść do fryzjera.
- Oj tam. - Magda skinęła z wdzięcznością kelnerce, która postawiła
przed nią szklankę z kawą. - Mam na myśli coś, co się nie kojarzy ze
zbrodnią, tylko z zagadką i tajemnicą. Coś jak na przykład... duch
młynarza.
Skowron zamrugała z wyraźnym zdziwieniem na twarzy.
- Słucham?!
- No, sama pomyśl... - ciągnęła niezrażona Magda. - "Miodowy Młyn" aż się
prosi o jakąś legendę! Ludzie to uwielbiają! Puściłoby się w internecie
informację, że tu straszy i że ktoś widział postać w oknie pokoju, który
teoretycznie był pusty i zamknięty. A ktoś inny słyszał kroki w nocy. I ponure zawodzenia!
- Zamierzasz śpiewać? - zaciekawiła się Barbara.
- Albo dźwięk koła młyńskiego, mimo że go tutaj nie ma - dokończyła siłą
rozpędu Zając.
Hotelarka patrzyła na nią przez chwilę jak na wariatkę.
- Mówisz serio? - upewniła się.
- Jak najbardziej.
- Czyli twoim zdaniem mam teraz zacząć udawać, że są tu duchy?
- Yhm.
- I zainwestować w prześcieradła, żeby móc zacząć łazić w nocy po
korytarzach w charakterze białej damy? - Barbara nadal miała na poły
rozbawiony, a na poły zdumiony wyraz twarzy. - Może sama tu strasz? A nie, sorry, korytarze są wąskie i mogłabyś się zaklinować.
- Wielkie dzięki - prychnęła gniewnie Zając. - Próbuję ci pomóc, a ty
sobie ze mnie żarty robisz.
- Bo to, co mówisz, też brzmi jak żart. Duch młynarza, dobre sobie! Kto
w tych czasach wierzy w duchy?
- Zdziwiłabyś się, jak wiele osób - mruknęła Magda. - Mam czasem
wrażenie, że my się w ogóle cofamy.
- Ty raczej przesz do przodu - zauważyła Barbara. - Zwłaszcza na wadze.
- Oj, przestań już! - zgromiła ją przyjaciółka. - Przecież czytałaś
badania!
- Które?
- Te, w których wyszło, że co trzeci nasz rodak jest przekonany, że
ludzie żyli w czasach dinozaurów...
- Klaudia Hutniak na pewno. Wyprowadzała małego tireksika na poranne
siusiu!
- A prawie połowa nie uznaje teorii ewolucji - dokończyła Zając. - I bodajże co piąty uważa, że Ziemia jest płaska. Sama widziałaś, jakie się
larum zrobiło po wprowadzeniu edukacji zdrowotnej. Zdrowotnej! Nie
seksualnej, choć też by się przydało! Niebawem znów dojdziemy do tego,
że w razie choroby trzeba ludzi wsadzać do pieca na trzy Zdrowaśki.
- Do czego zmierzasz? - Skowron postanowiła uciąć tyradę przyjaciółki,
zanim dojdzie do postponowania polityków, niechybnie z każdej opcji.
- Do tego, że według innych badań prawie połowa ludzkości wierzy w zjawiska nadprzyrodzone - poinformowała ją triumfalnie Magda. - W duchy,
klątwy, wiedźmy, jasnowidzów. Czyli w ducha młynarza pewnie też by
uwierzyła. Nawet nie wiesz, ilu jest entuzjastów takich historii. Ogłoś,
że masz nawiedzony hotel, i będziesz miała wszystko zabukowane do dwa
tysiące pięćdziesiątego.
- Na razie najbardziej nawiedzona w tym hotelu jesteś ty!
- Po prostu to przemyśl.
- Jasne, a jak mnie zamkną za wprowadzanie ludzi w błąd, będziesz mi
przynosiła do więzienia czosnek i cebulę.
- Niby z jakiego paragrafu mają cię wsadzić do pierdla? To już prędzej
do psychiatryka.
- No faktycznie znakomita alternatywa. Lecę, pędzę!
- Pogadaj sobie z Rozmarynem, to może zmienisz zdanie...
Barbara wytrzeszczyła oczy.
- Czyś ty się szaleju najadła? - zapytała z lekką zgrozą. - Najpierw
wymyślasz jakieś idiotyzmy, a teraz każesz mi rozmawiać z ziołami! Co
dalej? Mam otworzyć gabinet wróżb czy co? W sumie to proste. Kupię sobie
na Temu cygańską chustę i magiczną kulę. Kota już mam.
- Marian nie jest czarny - przypomniała Magda.
- Rasistka...
- W sumie Rozmaryn też jest Marian. Tyle że to człowiek - wyjaśniła
Zając. - Autor książek grozy, w których wykorzystuje historie o zjawiskach nadprzyrodzonych. Będzie na festiwalu w Ciekotach. Nic ci się
nie zmieniło? Jedziesz?
- Oczywiście. - Skowron pokiwała głową. - Zabieram ze sobą siostrę i...
Chciała jeszcze coś dodać, ale w tym momencie do restauracji wszedł
szczupły, ubrany na czarno i ostrzyżony na jeża czterdziestolatek. Na
jego widok obie się uśmiechnęły.
- Pepe!
Tytułowany tym pseudonimem Paweł Kwiatek podszedł do nich, po czym każdą
serdecznie uściskał.
- Siadaj! - poprosiła Barbara. - I mów, co ci podać. Wolisz moją gęsinę
czy swój ramen?
Pepe, który na co dzień pracował jako agent zwariowanej autorki
kryminałów Róży Krull, hobbystycznie zajmował się także kulinariami.
Wydał nawet pięć książek kucharskich, a owa chińska zupa była jego
kultowym daniem. Skowron, raz ją spróbowawszy na imprezie z okazji
promocji którejś z książek Krull, tak się nią zachwyciła, że natychmiast
- oczywiście za zgodą mistrza - wprowadziła ją do swojego menu.
- Może być ramen - odpowiedział, zajmując miejsce przy stole. - Zabawię
się w Magdę Gessler i ocenię, czy nie skopałyście smaku.
- Jesteś sam? - zdziwiła się Magda. - Róży nie będzie?
- Wyjechała - odpowiedział Pepe z wyraźną ulgą. - Na "poszukiwanie
weny".
- To znaczy?
- Na Kretę. Moim zdaniem znajdzie tam jedynie oliwę z oliwek, ale i tak
się cieszę, że mam choć dwa tygodnie odpoczynku. Nawet nie wiecie, jaka
to radość, kiedy nie budzi was SMS: "Czy pamiętasz, gdzie położyłam to,
co zgubiłam w zeszłym miesiącu?".
- No tak... - westchnęła Barbara. - Cała Róża.
- A co u was? - zapytał Pepe. - Gotowe na imprezę?
- Owszem - potwierdziła Zając.
- Kreacje wybrane?
- Magda wkłada namiot - poinformowała go z nieskrywanym sarkazmem
Skowron. - W nic innego się nie mieści.
- A ty zaraz pojedziesz w skórce z Mariana...
- Co ci kot zawinił?!
- Kot nic, ale jego właścicielka sporo!
Pepe przyzwyczajony był do stylu ich konwersacji.
- To nie będzie łatwa impreza... - westchnął, ignorując złośliwości
przyjaciółek.
- Czemu? - Magda popatrzyła na niego pytająco.
- Mam wrażenie, że Wojtek trochę przesadził.
- Z czym? - zapytała Barbara.
- Zaprosił towarzystwo, które normalnie nie powinno się znaleźć w jednym
miejscu bez nadzoru służb - wyjaśnił agent Krull.
- Czyli? - drążyła Zając. - Bo szczerze mówiąc, tylko tak pobieżnie
spojrzałam na program i zapamiętałam jedynie siostrę i Klaudię Hutniak.
- I jakiegoś Rozmaryna - przypomniała cicho Barbara.
- Hutniak to jeszcze nic - westchnął Pepe. - Będzie też Nastazja
Pasztetowicz.
- A kto to? - Magda popatrzyła na niego niepewnie. - Powinnam znać?
- Jeśli nie znasz, to tylko dobrze świadczy o twoim guście - skomentował
Kwiatek. - Kilka lat temu miała parę hitów, a teraz wiecznie usiłuje o sobie przypominać. Trochę desperacko. Biła się nawet w klatce.
- W jakiej klatce? - zdziwiła się tym razem Barbara.
- We freak fightach. Takie bijatyki dla świrów. Ale za ogromne
pieniądze. Wytrzymała w tej klatce całe dwadzieścia sekund. No ale jej
przeciwniczką była Facjata, więc i tak długo dała radę.
- Facja... Kto?! - Skowron miała coraz bardziej osłupiały wyraz twarzy.
- Influencerka z TikToka - wyjaśnił cierpliwie Pepe, nie dziwiąc się, że
tak porządne kobiety jak jego opatowskie przyjaciółki nie mają zielonego
pojęcia o celebryckich patologiach. - Pokazuje tam, że dziewczyny też
mogą uprawiać sztuki walki. Ma biceps większy niż wszystkie moje mięśnie
razem wzięte. Myślę, że to w ogóle jest facet, ale jako kobieta kroi
większą kasę. A co do Pasztetowicz to o wiele popularniejsza jest jej
papużka Landrynka.
- Że co? - zdumiała się Magda.
- Landrynka - powtórzył Kwiatek. - Papużka. Mówi ludzkim głosem. To
znaczy, powtarza to, co usłyszała. Nastazja nagrywa z nią filmiki, w których Landrynka ocenia piosenki albo występy jej konkurentek. Na
przykład na widok Klaudii Hutniak wykrzyknęła: "Waria-tka! Waria-tka!",
a kiedy zobaczyła Marylę w stroju świtezianki, to zrobiła dziób w siup i spadła z drążka. Jest zabawna, w odróżnieniu od swojej opiekunki. Ma
nawet własny fan club na Instagramie.
- Mówisz serio? - upewniła się Barbara.
- Jak najbardziej. Nastazja pewnie przyjedzie z Landrynką, bo nigdy się
nie rozstają, to sama zobaczysz. Klaudia jej nienawidzi, z powodu tych
jej okrzyków.
- Kogo nienawidzi? - usiłowała sprecyzować Magda. - Nastazji czy
Landrynki?
- Obu. Mówię wam, że z tego wyniknie jakieś piekło - westchnął Pepe. -
Do tego będzie też typ, który podaje się za jasnowidza i medium.
Rozmawiałem z nim kiedyś przez chwilę. Na którychś targach. Jeśli on
widzi przyszłość, to ja jestem baletnicą klasyczną.
- Może jesteś - zauważyła Zając. - Tylko jeszcze nie odkryłeś swojego
talentu.
- Z moim kręgosłupem bardziej nadaję się do tańca eksperymentalnego. -
Pokiwał smutnie głową Kwiatek, który z powodu nawracającego lumbago
zawsze woził ze sobą plastry rozgrzewające.
Skowron machnęła ręką.
- Kto jeszcze tam będzie?
- Ignacy Klonowicz - zaraportował. - Literat. Nawet nieźle pisze. I dobrze się trzyma. Niedawno zostaliśmy zaproszeni z Różą na jego
siedemdziesiąte piąte urodziny, ale niestety nie poszliśmy, bo byliśmy w Trójmieście. A szkoda, bo wynajął salę w Sky Hall. Podobno stamtąd jest
bajeczny widok na całą Warszawę! Swoją drogą był z tego niezgorszy
skandal, bo po wszystkim jakaś kelnerka oskarżyła jego ojca o molestowanie.
- Ojca?! - Magda zrobiła wielkie oczy. - Skoro on ma siedemdziesiąt pięć
lat, to ile ma ten ojciec? Sto?!
- Yhm, skończy w sobotę - potwierdził Pepe z lekkim roztargnieniem. -
Albo może sto pięć czy dziesięć? Kto by to pamiętał. Będziemy świętowali
ów fakt w Ciekotach, to się zobaczy na torcie.
Jego rozmówczynie najwyraźniej lekko zamurowało.
- I najlepsze na koniec - westchnął Kwiatek. - Rozmaryn...
Zając uniosła brwi.
- Co z nim?
- Będzie promował swoją nową książkę o nawiedzonych dworach i udowadniał, że w Ciekotach też straszy. W tym celu przywlecze tam tego
jasnowidza, o którym już mówiłem. Szykuje nam się seans spirytystyczny.
Zapadła chwila ciszy. Barbara przewróciła oczami.
- Błagam cię! - parsknęła.
- Dokładnie tak samo zareagowałem - rzekł Pepe z pełnym zrozumieniem. -
Bo jeśli ktoś tam straszy, to co najwyżej Wojtek. Schudł już tyle, że
może robić za kościotrupa Żeromskiego.
- Szczęściarz - westchnęła Magda. - Ale medium też może nam się przydać!
Jako konsultant!
Pepe spojrzał na nią podejrzliwie.
- Coś kombinujecie... - mruknął.
- My? - oburzyła się Zając przekornie. - Nigdy.
- Mów! - zażądał Kwiatek.
Magda odchrząknęła.
- Hmmm... Jak to ująć...? Rozważamy wprowadzenie w "Miodowym" pewnych
atrakcji.
- Nie my - sprostowała Barbara. - Tylko ty.
- Jakich atrakcji? - zapytał w tym samym momencie Pepe.
- No, żeby tu straszyło... - wyjaśniła Zając. - To znaczy, coś więcej niż
Barbara.
Kwiatek ściągnął brwi.
- Przepraszam, ale... co?
- No na przykład duch młynarza - wyjaśniła zbita z pantałyku Magda. -
Jako lokalna atrakcja, która przyciągnie do hotelu nowych gości.
Pepe, przed którym kelnerka postawiła właśnie miskę z ramenem, zastygł z łyżką w połowie drogi do ust.
- Ja was bardzo lubię - zaczął ostrożnie - ale mam nieodparte wrażenie,
że mówicie coś bez sensu.
- Ona mówi, nie ja - sprostowała kolejny raz Barbara. - Magda uważa, że
najlepszym lekarstwem na moje problemy będzie zjawa z zaświatów. Jeszcze
trochę mnie powykańcza i sama będę tu straszyła.
- Masz kłopoty? - Kwiatek wyłapał z jej słów te najważniejsze.
- No mam, mam - przyznała niechętnie hotelarka. - Dlatego chętnie się na
chwilę od nich uwolnię. Mam nadzieję, że w tych Ciekotach atrakcji nam
nie zabraknie!
I, rzecz jasna, wymówiła te słowa w złą godzinę. Gdyby tylko mogła
przewidzieć, jakie atrakcje będą ją oraz jej towarzyszy czekały w "Szklanym Domu", niewątpliwie wolałaby zostać w "Miodowym Młynie". Nawet
w charakterze białej damy w prześcieradle.
Rozdział II
Choć Centrum Kultury w Ciekotach od frontu nie robiło może jakiegoś
przesadnie oszałamiającego wrażenia, to wystarczyło jedynie przejść
przez pierwszy nowoczesny budynek, aby tuż za nim zobaczyć sielski
krajobraz, gdzie główną rolę grał zrekonstruowany dworek, w którym
młodość spędził Stefan Żeromski, oraz znajdujący się po jego lewej
stronie ogromny staw.
Sam pisarz mieszkał w Ciekotach zaledwie przez dwanaście lat swojego
dzieciństwa i wieku nastoletniego. Przyjechał tu w słoneczny czerwcowy
dzień tysiąc osiemset siedemdziesiątego pierwszego roku wraz z ojcem,
mamą oraz dwiema siostrami. Szybko pokochał swój nowy dom, jego bielone
ściany, skrzypiące modrzewiowe podłogi i sielankowe otoczenie. Tu też
zaczął tworzyć. Prawie nigdy nie rozstawał się z zeszytem, w którym
zapisywał swoje wiersze. Ale jako że nie samą poezją człowiek żyje,
pomagał też w sianokosach i żniwach. Wyprowadził się stąd po śmierci
taty, kiedy miał zaledwie osiemnaście lat. I już nigdy do Ciekot nie
wrócił. Dworek spłonął doszczętnie w tysiąc dziewięćset pierwszym roku.
Decyzję o jego rekonstrukcji podjęto dopiero sto dziewięć lat później.
Został zaaranżowany i wyposażony zgodnie z opisami samego Żeromskiego, a teraz mieściło się tu muzeum jego imienia.
Tego przedpołudnia królował tu chaos, charakterystyczny po trosze dla
każdego miejsca, w którym za pięć minut rozpocząć ma się jakaś impreza.
Samochody na parkingu stały krzywo, ktoś cofał pod prąd, ktoś inny
trąbił bez wyraźnego powodu, a nad tym wszystkim unosił się donośny,
histeryczny krzyk.
- Miej nas, Panie, w swej opiece! To ona... - westchnął Pepe, stając na
przedostatnim wolnym miejscu na parkingu, i zgasił silnik.
- Kto? - zapytała Magda, zerkając do lusterka, by poprawić uczesanie.
- Klaudia - wyjaśnił smętnie Kwiatek. - Ewentualnie ktoś obdziera ze
skóry pawia.
Zanim zdążyli wysiąść, drzwi od strony pasażera otworzyły się z impetem
i do środka zajrzała zadyszana kobieta w średnim wieku, z obłędem w oczach i rozczochranymi kręconymi włosami wyglądającymi tak, jakby
czesała je w czasie orkanu, i to szczerbatym grzebieniem. Pepe z trudem
rozpoznał w niej na co dzień spokojną i elegancką Jadwigę Maselniak,
prawą rękę dyrektora tego miejsca.
- Dobrze, że jesteście - jęknęła z rozpaczą. - Mamy... sytuację. -
Machnęła dłonią w stronę schodów wejściowych do centrum kultury.
Pepe podążył wzrokiem za jej ręką i zobaczył kilkuosobową grupę,
pośrodku której znajdowała się najbardziej kapryśna diwa rodzimej
estrady. Po chwili dotarła do niego też treść jej słów.
- Gdzie jest ten cholerny ptak?! - wrzeszczała z furią Hutniak. - No
gdzie?!
- Proszę się uspokoić... - mówił ktoś nieśmiało.
- Dajcie mi go, to go przerobię na pieczyste! - piekliła się diwa.
- Landrynka nie zrobiła tego specjalnie. - W stojącej obok niej
niziutkiej, zażywnej kobiecie w przesadnie błyszczącej sukni Kwiatek z trudem rozpoznał Nastazję.
Kiedy ją widział poprzednio na jakimś party, mniej więcej pół roku temu,
była szczupła, żeby nie powiedzieć - wychudzona. Teraz prezentowała się
tak, jakby po tamtej imprezie zjadła samą siebie. W rękach ściskała
pustą klatkę i miała zatroskaną minę, choć Pepe był skłonny się założyć,
że całe to zamieszanie wcale jej nie martwi.
- Nie specjalnie?! - Klaudia odwróciła się do niej gwałtownie. - To był
mój kolczyk mocy!
- Ona po prostu lubi błyskotki...
- To nie była błyskotka, tylko energetyczny katalizator sceniczny.
Kwiatek uniósł brwi.
- Klaudia jest, jak widzę, w szczytowej formie - mruknął do Magdy, która
jedynie pokiwała głową.
W tym momencie ze środka budynku wybiegł Wojtek Purtak. Miał minę kogoś,
kto właśnie rozważa zmianę zawodu z animatora kultury na hodowcę
pieczarek.
- Co tu się dzieje?! - zawołał z przejęciem. - Dlaczego jeszcze nie
zaczęła się próba?
- Jej obsrany ptak ukradł mi kolczyk. To jest armagedon! - oznajmiła
Klaudia dramatycznie, podkreślając wagę swoich słów przyłożeniem ręki do
klatki piersiowej w okolicach serca. - Bez kolczyka nie mogę śpiewać, bo
był specjalnie wybrany na ten wieczór przez mojego guru! Z Tanzanii!
Miał mi zapewnić połączenie z korzeniem prawdy! Nie mogę wykonywać
repertuaru z nowej płyty bez korzenia, bo nie mam się wtedy czym
zespolić z matką naturą!
- Ja pierdzielę... - mruknął agent Nastazji, Julian Kłębek, wpatrzony w Hutniak takim wzrokiem, jakby miał przed sobą kosmitkę.
- Nie obsrany ptak, tylko papużka, bardzo czysta - zaprotestowała w tej
samej chwili Pasztetowicz, w duchu zgodnie z podejrzeniami Kwiatka
rozkoszująca się tą sceną i żałująca jedynie tego, że nie może z niej
zrobić live'a na Instagramie. Oglądalność na pewno byłaby rekordowa!
- Rozumiem - zapewnił Wojtek, zastanawiając się, co go opętało, żeby
zaprosić Klaudię i Nastazję, a nie kolejny raz Annę Marię Jopek. Ona nie
przywoziła ze sobą zwierząt i nie potrzebowała korzenia, żeby śpiewać
jak sam anioł. - Dokąd ta papużka poleciała?
- Tam - odpowiedziało jednocześnie kilka osób, wskazując różne kierunki.
Siostra Małgorzata Chmielewska, która przyjechała chwilę wcześniej razem
z Barbarą i dotąd stała obok Pepe i Magdy, obserwując całą tę scenę z uśmiechem pełnym niedowierzania, zrobiła krok do przodu.
- Zawsze możemy się pomodlić o odnalezienie kolczyka - zaproponowała.
Zapadła krótka cisza. Nawet Klaudia wpadła w wyraźną konsternację,
wynikającą głównie z tego, że zapomniała, jakiego jest aktualnie
wyznania. Zmieniała je ostatnio tak często, że w sumie nie była pewna,
czy aby w tym tygodniu nie wypada jej katolicyzm. Jeśli tak, to nie
mogła wysłać Chmielewskiej do diabła. Jako córa Kościoła powinna bowiem
mieć szacunek dla habitu zakonnego. Niezależnie od tego, kto by go
nosił.
- Niby do kogo mam się pomodlić? - zapytała w końcu z rezygnacją. - Jaki
święty jest od biżuterii rąbniętej przez ptaka?
- Antoni - odpowiedziała siostra. - Jest od wszystkich zagubionych
rzeczy, nie tylko biżuterii. Proszę spróbować się do niego zwrócić. Jak
ma dobry humor, to pomaga. Wiele razy dzięki niemu coś znalazłam.
Choć osoby niewierzące potraktowały jej słowa z pobłażliwym uśmiechem,
to Hutniak nagle poczuła w sobie ducha Violetty Villas. Nieznoszącym
sprzeciwu gestem rozgoniła stojących dokoła niej ludzi, po czym
teatralnie padła na kolana i z emfazą zaczęła zmawiać "Święty Antoni
nasz, któryś jest w niebie" na modłę pacierza, zmieniając jedynie frazę
"chleba naszego powszedniego" na "kolczyka mojego zagubionego". Brzmiało
to co prawda nieco bluźnierczo, ale najwyraźniej podziałało, bo chwilę
później tuż nad jej głową rozległo się znajome:
- Waria-tka! Waria-tka!
Wszyscy zadarli głowy. Na gałęzi starego drzewa, dokładnie nad wejściem
do "Szklanego Domu", siedziała Landrynka. Na jednym ze szponów miała
coś, co błyszczało w słońcu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki