Strasznowiłka i dzika zima - Jana Bauer

Kup ebooka

24.50 zł
20.34 zł (20,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Statek powietrzny

- Przyszedłem na herbatę. - Pewnej zimnej soboty jeż zapukał do sowy, usiadł i wzburzony zaczął miętosić obrus zwisający ze stołu.

- Ach tak - przytaknęła sowa i wstawiła wodę na herbatę rumiankową.

- Nie mogę spać.

- Widzę - odparła sowa.

- Salamandra też nie śpi - dodał jeż. - I niedźwiedź jest na nogach.

- Niedźwiedź? - zdziwiła się sowa.

- Z popielicą, widzisz, popielica też nie śpi, już cały dzień budują statek powietrzny.

- Statek powietrzny? - Sowa była jeszcze bardziej zdziwiona.

Jeż wiercił się na krześle i dalej miętosił obrus. Sowa w końcu straciła cierpliwość.

- Jeżu, przestań miętosić mój obrus! I co ty w ogóle mamroczesz?

- Strasznowiłka - westchnął jeż. - Po nią lecimy!

- Po nią? - huknęła sowa. - Dlaczego?

- A co jeśli w drodze do domu przytrafiło jej się coś złego? Jeśli w jej czajnik uderzył piorun? Albo ktoś ją porwał? Albo ktoś rzucił na nią urok? A co, jeśli...

- Stój - przerwała mu sowa. - Strasznowiłka odeszła, bo tęskniła za siostrami, kuzynkami i ciotkami. I najprawdopodobniej też za prababcią.

- Prababcią? - parsknął jeż. - Sama powiedziałaś, że strasznie przeklina i, co oboje wiemy, w ogóle nie ma cierpliwości.

- Ale...

- Wiesz, gdzie mieszkają strasznowiłki? - Jeż spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. - Potrzebujemy cię.

- Nie, nie i jeszcze raz nie - odparła sowa.

Nagle usłyszeli hałas. Dochodził z daleka. Dzwoniło i trzaskało. Coraz bliżej i coraz głośniej. Sowa wychyliła głowę z dziupli. W jej kierunku leciała dziwna rzecz. Przypominała statek z drzewem zamiast masztu, ale to nie był statek. Podobna była do domu ze skrzydłami, ale to nie był dom, mimo że tłoczyła się w nim co najmniej połowa Groźnego Gąszczu. Popielica, salamandra, wiewiórka, żabia rodzina, młode zające, nawet niedźwiedź i maciora z młodymi, wszyscy byli tam ściśnięci.

- Popielica narysowała plan statku powietrznego - powiedział jeż. - Ja zawiesiłem dynie, gdybyś czasem nie zauważyła.

- Niektórzy już dawno powinni zapaść w sen zimowy - zawołała sowa w kierunku dzwoniącej rzeczy. - Śnieg pada.

- Rozumiem, że możemy na ciebie liczyć? - prosił jeż, wypił łyk rumianku i wspiął się na statek powietrzny po linie, którą spuściła mu popielica.

Sowa wzięła głęboki wdech, zawiązała na głowie ciepłą czapeczkę i odleciała. Tak naprawdę sama też nie zmrużyła oka. Przeklęta strasznowiłka!

- Przez góry! - Zamachnęła skrzydłem na południe i smyrgnęła na czoło wyprawy.

- Strasznowiłki chyba są dzikie - mruknęła zmartwiona - strasznie dzikie.

*

Lecieli długo. Przez pola, łąki, lasy. Nagle skręcili w lewo i przedzierali się przez mgły nad zaśnieżonymi szczytami. Wiatr świszczał, powoli zapadał zmrok. Lecieli przez noc. I w nowy poranek; zimny, wilgotny. Zapachniało czymś słonym. W oddali błysnęło słońce. Sowa skręciła, aby je ominąć. Poszybowali w świat porośnięty ciernistymi krzewami.

Pośrodku cierni ujrzeli olbrzymie stare drzewo z masywnymi gałęziami. Na drzewie znajdowały się domki dla ptaków, połączone ze sobą schodami i mostami. Zatrzymali się. Dotarli do celu.

- Hej hoooo - zawołał niedźwiedź, który pierwszy wygramolił się ze statku.

Żadne okno się nie otworzyło. Żadne drzwiczki.

- Jeżomiiiiłaaaaa! - zawołała popielica.

Nic.

- Może nie ma nikogo w domu - powiedział niedźwiedź.

- Dlaczego więc wpatruje się w nas tyle małych twarzyczek? - dziwiła się wiewiórka.

- Wkładają sobie do ust jakieś pałeczki - powiedział niedźwiedź.

- Najprawdopodobniej przeszkodziliśmy im w obiedzie - westchnęła wiewiórka. - Wiewiórka zawsze czuje się niezręcznie, gdy przerywa się jej posiłek.

- Nie powiedziałabym! - krzyknęła sowa.

- Uciekajmy! - zawołał jeż. - Mają karabiny!

Setki igieł świerkowych przysłoniło niebo i zleciało na nich.

- Aua - jęknęła wiewiórka, gdy jedna z nich wbiła się jej w pyszczek.

- Do schronu! - krzyknęła popielica i wszyscy schowali się za statek.

- Już wiem - powiedział jeż, wyciągnął białą chusteczkę i przywiązał ją do kija. - Hej ho! - Machając kijem, powoli wychodził z cierni i zmierzał w kierunku drzewa. - Jesteśmy przyjaciółmi, znamy Jeżomiłę.

Igły przestały spadać. Karabiny gdzieś przepadły. Twarzyczki zniknęły z okienek. Przez chwilę było cicho. Jeż się zatrzymał. Triumfalnie pomachał zwierzętom skrywającym się za statkiem powietrznym i stanowczym krokiem ruszył dalej.

Otworzyły się główne drzwi przy korzeniach. Wybiegły cztery małe strasznowiłki. Chwyciły jeża za łapki, uniosły go i zabrały ze sobą. Kłóciły się i krzyczały na siebie.

- Ja pierwsza się nim uczeszę.

- Ja pierwsza go zobaczyłam.

- Dajmy go prababci, a da nam nowe buty.

- Prababcia ma ich już siedemnaście! Lepiej schowajmy go i same się nim czeszmy.

- Porwanie! - piszczał jeż. - Chcą się mną czesać! Małe smarkule!

- Przecież widzimy! - darła się za nim wiewiórka. - Ale nic nie możemy zrobić!

Jeż krzyczał i piszczał, aż zniknął ze strasznowiłkami w drzewie.

- No i tym oto sposobem straciliśmy jeża - westchnęła cicho locha.

- Nikogo nie straciliśmy - huknęła sowa.

- Może będziemy go mogli odkupić za orzechy? - zaproponowała wiewiórka.

Ale nie mieli orzechów. Usiedli zrezygnowani.

- Napadnijmy na nie - rzuciła wiewiórka. - Zniszczmy je, pokażmy, na co nas stać.

- Przecież nie damy rady - dodała cicho popielica. - Pewnie strasznowiłek jest ze sto albo i więcej.

- Musielibyśmy je czymś zająć - myślała na głos sowa. - Zwabić na zewnątrz. Oszukać.

- Wieczór poetycki! - zaproponowała salamandra.

Zwierzęta wywracały oczami.

- Jeszcze tego cyrku brakowało! - wyszemrała locha.

- Cyrk! - przytaknęła sowa. - Wspaniały pomysł.

- Ale... - wtrąciła salamandra. - Ja...

- Ty będziesz klaunem - ustaliła sowa. - Locha i warchlaki będą akrobatami! Żaby mogą ujeżdżać zające, a niedźwiedź będzie jeździł na rowerze.

Wykonali plakat. Narysowali salamandrę z czerwonym nosem i drukowanymi literami napisali CYRK. W nocy popielica przymocowała plakat do drzwi wejściowych drzewa strasznowiłek. Rano przynieśli ze statku powietrznego ławki i ze starych koców zrobili namiot cyrkowy.

- Cyrk - zaśmiała się salamandra. - Pewnie nikt nie przyjdzie.

W tym momencie do namiotu wdarło się trzysta pięćdziesiąt dzikich dziewczynek z obtłuczonymi kolanami i zdartymi łokciami. Szarpały się wokół ławek i zgrzytały zębami. Te z tyłu popychały te z przodu. Pluły i wrzeszczały. Darły się i wyzywały.

- Z drogi - zazgrzytał chropawy głos prababci, która przedarła się do pierwszego rzędu. Różki na jej głowie były już stare, połamane i porośnięte drzewiastymi liszajami. Rozejrzała się wokoło, złapała za ucho jedną z małych strasznowiłek i ściągnęła ją z siedzenia. - Marsz, czarcie - usiadła i włożyła do fajki trochę tytoniu.

- Starucha, pierdziucha - ubliżyła jej mała i przeniosła się do ostatniego rzędu.

Sowa się ukłoniła. Odsunęła kurtynę. Zaczęło się.

W międzyczasie wiewiórka i popielica rozpoczęły akcję ratunkową.