Straszliwy hotel - Edgar Wallace

-
Proszę czekać

Byłby to czyn nieetyczny, a może nawet nielegalny i krzywdzący tych nielicznych, którym przysługuje wątpliwy przywilej przesiadywania za kratą więzienia w Broadmoor, tego doczesnego zapiecka dla wykolejonych społecznie elementów; byłby to czyn godny najostrzejszej nagany, gdybyśmy takiemu amatorowi więziennej strawy i pretendentowi do więziennej pryczy rzucili w twarz słowo "zbrodniarz", zanim kolegium uczonych kryminologów i grono miłosiernych sędziów skaże go na spożywanie tego jadła oraz beznadziejne wylegiwanie się na pryczy. Choćby jednostka, o której mowa, osiągnęła szczyt swej bandyckiej reputacji, a jej imię dawno przeszło do legendy, byłby to, powtarzam, czyn niecny, podły, nietowarzyski i niehumanitarny. A przecież palcami pokazywano sobie Johna Flacka, gdy wałęsał się po dziedzińcu więziennym, ze splecionymi z tyłu rękami, z głową zwieszoną na piersi, w obcisłym płóciennym ubraniu, wysoki, szczupły drab, który rzadko kiedy odzywał się do kogokolwiek i jeszcze rzadziej nagabywany bywał przez innych.

- Patrzcie! John Flack... Król włamywaczy... Stary Flack, krwawy Flack... dziewięć morderstw...

Człowiek, który popełnił jedno tylko zabójstwo i teraz odsiadywał je w Broadmoor, korzył się w głębi ducha przed Starym Johnem i podziwiał jego bohaterskie czyny. Dowodzi to, że więźniom nie brakowało humoru, a czasem nawet rozsądku. Strażnicy, którzy zamykali Flacka na noc i pilnowali jego snu, nie mogli się uskarżać na swego pupila, był bowiem spokojny, nie wadził nikomu i przez całe sześć lat pobytu w więzieniu ani razu nie uległ owemu atakowi szaleństwa, którego konsekwencje są, jak wiadomo, opłakane: jakaś Bogu ducha winna ofiara kończy w szpitalu, a impulsywny sprawca awantury wkłada tak zwany kaftan bezpieczeństwa.

Czas schodził mu głównie na czytaniu i pisaniu, trzeba bowiem wiedzieć, że władał piórem niegorzej niż wytrychem. Pisał z szaloną szybkością. Tysiące małych zeszycików zapełniał rozdziałami swojego wielkiego traktatu o zbrodni.

Przełożony go lubił; pozwalał mu pracować nad tym drastycznym tematem, spodziewając się z czasem włączyć rękopis do swego muzeum, które było istną perłą kryminologii.

Raz, w drodze wielkiej łaski, dał mu stary filut jedną ze swoich książek do przeczytania. Przełożony czytał i oczy mu na wierzch wyłaziły. Tytuł brzmiał: Jak obrabować bank, kiedy na straży stoi tylko dwóch ludzi. Wskazówki metodyczne dla początkujących. Przełożony, który był niegdyś wojskowym, czytał i czytał, nie mogąc się oderwać, tylko od czasu do czasu wyjmował chustkę, aby otrzeć pot ściekający mu z czoła; bo ten dokument, nakreślony ładnym, czytelnym charakterem Johna Flacka, przypominał mu plan dobrze zorganizowanego ataku dywizji. Najmniejszy szczegół miał swoją wagę; każda przeszkoda, każda okoliczność była przewidziana. Podane były nie tylko składniki chemiczne eliksiru, który miał ukatrupić pierwszego strażnika, ale tuż obok znajdował się także obszerny przypisek, zaiste godny zacytowania in extracto.

Jeśli zdarzy się, że medykamentu nie będzie można nabyć ani go sfabrykować, wówczas polecam operatorowi, aby się udał do podmiejskiego lekarza i podał następujące symptomy (...). Lekarz zapisze mu lekarstwo, które zawiera potrzebną substancję w bardzo małej dawce procentowej. Lekarstwa tego nabyć sześć butelek i wyciągnąć z niego ekstrakt, stosując następującą metodę (...).

- Bój się Boga, Flack, dużo tego napisałeś? - zapytał urzędnik, otwierając szeroko usta.

- Czy dużo? - John Flack wzruszył kościstymi ramionami. - Robię to dla rozrywki, po prostu, aby nie wyjść z wprawy. Napisałem już sześćdziesiąt trzy książki z tej dziedziny i, niestety, nie mogę ich skorygować. W ciągu sześciu lat pobytu u panów nie przyszło mi na myśl ani jedno ulepszenie, które dałoby się wprowadzić do mojego starego systemu.

Czyżby żartował? Czyżby były to oznaki zbliżającego się szaleństwa? Chociaż przełożony znał się na fachu i miał z aresztantami najrozmaitszych temperamentów wiele obycia, jednak się zawahał.

- Powiadasz, że napisałeś encyklopedię zbrodni? - zapytał z niedowierzaniem. - Gdzie ją można dostać?

Wąskie wargi starego Flacka wykrzywiły się w pogardliwym uśmiechu, ale milczał jak zaklęty.

Sześćdziesiąt trzy tomy rękopisu reprezentowały całokształt jego twórczości, dzieło jego życia. Był z tego dumny i nie pozwalał wyrażać się o swoim dorobku lekceważąco.

Innym razem, kiedy przełożony napomknął o tej fenomenalnej działalności literackiej, Flack odrzekł:

- Mądry człowiek mógłby zbić na mnie ogromny majątek. Oczywiście - rozmarzył się - musi to być człowiek energiczny i stanowczy, a książki muszą się dostać do jego rąk nie później niż za dwa, trzy lata; teraz bowiem wiedza kroczy naprzód w tak błyskawicznym tempie, że to, co dzisiaj jest objawieniem, jutro stanie się zwykłym banałem.

Przełożony miał pewne wątpliwości co do istnienia owych tomów, ale niewiele dni po wyżej przytoczonej rozmowie musiał swój sąd nieco zweryfikować. Scotland Yard, który nie zwykł się uganiać za chińskimi cieniami i który fatyguje swoich detektywów tylko wtedy, kiedy sprawa jest naprawdę poważna, przysłał niejakiego Simpsona, głównego inspektora. Był to człowiek całkowicie pozbawiony wyobraźni i dlatego właśnie piastował tak zaszczytne stanowisko. Jego rozmowa z genialnym aresztantem trwała krótko.

- Słuchaj, stary - rzekł. - Nie chcę, żeby te twoje książki wpadły w niepowołane ręce. Ravini powiada, że masz gdzieś w ukryciu około stu tomów...

- Ravini? - John Flack obnażył zęby. - Powiem panu coś, panie Simpson. Chyba nie macie zamiaru trzymać mnie w tej dziurze przez całe życie, tak czy nie? A jeżeli nawet tak wam się spodobało moje towarzystwo, to poradzimy sobie inaczej. Którejś nocy dam nura, możesz pan powiedzieć to przełożonemu, spotkam się z Ravinim i pogadamy...

Jego głos był teraz cienki i ostry. W oczach pojawił się znów ten szaleńczy błysk, na który Simpson zwrócił już przedtem uwagę.

- Simpson! Czy miewa pan czasem wizje? Bo ja tak. Ostatnio byłem w transie trzy razy. Odkryłem nową metodę uciekania z milionem w kieszeni; ale to dotyczy tylko mnie osobiście. Innym razem widziałem Reedera; może mu pan o tym powiedzieć, proszę bardzo! Śniło mi się, że spotykam go samego w nocy, wie pan, taka ciemna, mglista, klawa noc, kiedy to policja nie może się zorientować, skąd dochodzą krzyki. Trzecia wizja dotyczyła Raviniego. Georgio Ravini ma przed sobą jedno tylko przeznaczenie: umrze, zanim ja się stąd wydostanę!

- Jesteś wariat - rzekł Simpson.

- Właśnie dlatego trzymają mnie tutaj - odpowiedział John Flack. I nie pomylił się wcale.

Te dwie rozmowy - z Simpsonem i z przełożonym - były najdłuższe ze wszystkich, które przeprowadził w Broadmoor. Kiedy go zmęczyła praca umysłowa, wałęsał się po dziedzińcu więziennym, ze splecionymi z tyłu rękami, z głową zwieszoną na piersi. Pewnego razu zaszedł w pobliże wysokiego muru i podobno przerzucił na tamtą stronę jakieś listy. Jest to jednak wersja mało prawdopodobna. Należy raczej przypuszczać, że znalazł sobie gońca, który od czasu do czasu nosił jego szyfrowane skrypty, przynosząc w odpowiedzi umówione znaki monosylabiczne. Żył w wielkiej przyjaźni z żandarmem, który pilnował jego celi - wiadomo, do czego to prowadzi. Pewnego wczesnego, pięknego poranka znaleziono żandarma z poderżniętym gardłem. Drzwi od celi stały otworem, a John Flack bujał na wolności i zapewne starał się urzeczywistnić swoje trzy więzienne wizje.