Stranger Things. Rebel Robin - A. R. Capetta

-
Proszę czekać

PRO­LOG

PRO­LOG

8 CZERWCA 1984

Pędzę tak szybko, że kon­tury sza­fek na szkol­nym kory­ta­rzu roz­ma­zują się, a w mojej naprędce prze­ro­bio­nej kiecce pękają szwy. W ciem­nym kory­ta­rzu przed pra­cow­niami ostat­nich klas mijam pary, które daro­wały sobie udział w zaba­wie i idą w ślinę. Zwy­kle już na same odgłosy ich osten­ta­cyj­nych czu­ło­ści skrę­ci­ła­bym, wybie­ra­jąc alter­na­tywną trasę, ale w tej chwili trak­tuję je jak oble­śny szum w tle, nic wię­cej.

Czuję się jak w śnio­nym tysiące razy kosz­ma­rze, w któ­rym bie­gnę kory­ta­rzami Liceum Haw­kins. Ale nawet w naj­bar­dziej eks­tre­mal­nych sce­na­riu­szach ni­gdy nie mam aż tak krót­kich wło­sów i aż tyle maki­jażu. No i pod­świa­do­mość ni­gdy dotąd nie wmik­so­wała mi w te kosz­mary balu matu­ral­nego.

Jestem pra­wie na końcu kory­ta­rza. Nie ma już odwrotu. Pakuję się pro­sto w trze­wia lice­al­nej bestii - i to jest naj­dziw­niej­sze ze wszyst­kiego, bo w snach zawsze pró­buję się stąd wyrwać. Ni­gdy, prze­nigdy nie pró­bo­wa­ła­bym wedrzeć się do środka.

- Stop, panno Buc­kley! - krzy­czy ktoś wyso­kim, noso­wym gło­sem doro­słej pedantki. To któ­raś z roz­sier­dzo­nych mamu­siek przy­zwo­itek.

- Ej! Wra­caj! I to już! - Szorstki głos, jakim został rzu­cony ten roz­kaz, na sto pro­cent należy do komen­danta Hop­pera.

Ale prze­cież bunt liczy się dopiero wtedy, gdy pod­pad­nie się wła­dzy - prawda?

Cie­kawe, jakimi kło­po­tami może się dla mnie skoń­czyć wpa­ro­wa­nie na tę zabawę i wywo­ła­nie po dro­dze małych znisz­czeń mie­nia. Zawie­sze­niem? Wyda­le­niem ze szkoły? Czy wzbu­rzeni rodzice lice­ali­stów z Haw­kins pozwą mnie do sądu za to, co wła­śnie zro­bi­łam na par­kingu?

Bie­gnę szyb­ciej.

Skrę­cam za róg i mijam sto­liki roz­sta­wione wzdłuż kory­ta­rza przed salą gim­na­styczną. Kręci się tutaj może z dzie­sięć osób, pod­ja­da­jąc z pater czipsy i cia­steczka i pró­bu­jąc oce­nić, jak bar­dzo zapra­wiany jest poncz.

- Robin! - Moje imię nie­sie się echem po całym kory­ta­rzu. Tym razem wykrzy­kuje je Dash. Dash, któ­rego kie­dyś uwa­ża­łam za przy­ja­ciela.

Muszę go przy­ha­mo­wać - jego i resztę tych, któ­rzy chcą mi prze­szko­dzić. Nie­znacz­nie zba­czam więc z drogi, wpa­da­jąc z impe­tem na sto­lik, który ugina się pod, lekko licząc, dwu­stoma do trzy­stu litrami (sądząc po zapa­chu, wyjąt­kowo mocno zapra­wia­nego) pon­czu. Napój roz­lewa się na wszyst­kie strony rwą­cymi poto­kami, ja zaś susem naprzód sal­wuję się ucieczką przed naj­gor­szymi skut­kami kata­strofy. Pozo­stali wrzesz­czą, gdy ich balowe stroje pokrywa war­stwa lep­kiej sztucz­nej sło­dy­czy.

Mam już w polu widze­nia oka­załe dwu­skrzy­dłowe drzwi do sali gim­na­stycz­nej. Dobiega mnie zza nich sil­nie łomo­czący puls jakie­goś nowo­fa­lo­wego prze­boju. Czy Tammy Thomp­son jest już na par­kie­cie? Co sobie pomy­śli, kiedy zoba­czy, jak gwał­tow­nie i zuchwale wdzie­ram się do środka, ści­gana przez miej­sco­wych funk­cjo­na­riu­szy?

Co powie, kiedy usły­szy ode mnie, co czuję?

Nie ma czasu na gdy­ba­nie.

Jed­nym pchnię­ciem otwie­ram na oścież podwójne drzwi. Ude­rza we mnie sza­lony dźwięk syn­te­za­to­rów, zapach potu i lakieru do wło­sów.

- Cześć, Tam - szep­czę pod nosem, ćwi­cząc podej­ście do wiel­kiego, prze­ra­ża­jąco szcze­rego momentu, w któ­rym okażę jej, co czu­łam przez cały ostatni rok, a mój bunt w skali od zera do dzie­się­ciu się­gnie jede­nastki. - Zatań­czymy?

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

6 WRZE­ŚNIA 1983

Zanim jesz­cze zacznie się pierw­sza lek­cja tego­rocz­nego kursu histo­rii, wiem już dokład­nie, jak się on poto­czy - minuta po minu­cie, godzina po godzi­nie. Mam wyra­zi­stą wizję całego roku szkol­nego. A przy­naj­mniej mogła­bym przy­siąc, że ją mam, gdy nagle do klasy wcho­dzi Tammy Thomp­son.

Coś się w niej zmie­niło.

Może to jej włosy. Kie­dyś były pro­ste jak druty i rude. Teraz są krót­kie, nastro­szone - i jesz­cze bar­dziej rude. A może to uśmiech. W pierw­szej kla­sie liceum była śred­nio lubiana i co naj­mniej śred­nio z tym pogo­dzona, ale teraz, w dru­giej, ten uśmiech dowo­dzi, że Tammy pla­nuje zdo­by­wa­nie przy­ja­ciół i wpły­wa­nie na wybory kró­lo­wej balu matu­ral­nego. (Nie żeby­śmy mogły jako dru­go­kla­sistki tra­fić na bal matu­ralny - chyba że zapro­szą nas chło­paki z wyż­szych klas, co jest zja­wi­skiem tak nie­by­wale rzad­kim jak prze­lot mete­oru).

A może cho­dzi o to, że na jej widok w moim mózgu włą­cza się muzyka.

Cicha, ale paskudna muzyka.

Zaraz, zaraz. W moim mózgu nigdy nie włą­czyłby się duet Hall i Oates. Obra­cam się na krze­śle i widzę, że sie­dzący na końcu sali Ned Wri­ght trzyma na ramie­niu wielki magne­to­fon ste­reo. Ze skrę­coną gło­śno­ścią, żeby nie zare­kwi­ro­wała mu go zasia­da­jąca za biur­kiem pani Click, która igno­ruje nas jak zawo­do­wiec i aż do dzwonka na lek­cję udaje, że nie ist­nie­jemy. Kiedy zaję­cia się zaczną, Ned wsu­nie ste­reo pod pul­pit i wyko­rzy­sta jako pod­nó­żek. (Robi tak nie­prze­rwa­nie od końca ósmej klasy. Też jest zawo­dow­cem). Na razie jed­nak Tammy Thomp­son prze­cho­dzi przez pra­cow­nię powol­nym kro­kiem przy akom­pa­nia­men­cie Kiss On My List i w opa­rach jakie­goś... mali­no­wego aro­matu. Bal­sam? Szam­pon? Cokol­wiek to jest, koja­rzy mi się z naklej­kami typu "potrzyj i pową­chaj", któ­rych szał zbie­ra­nia ogar­nął mnie w cza­sach gim­na­zjum.

Tammy wsuwa się na swoje miej­sce, a krąg jej psiap­sió­łek wita ją piskli­wym szcze­bio­tem:

- O rany, ale masz włosy, Tam.

- Jak było nad morzem?

"Tam"?

Może wła­śnie to się zmie­niło - w pakie­cie z nową fry­zurą i roz­wi­niętą funk­cją uśmie­chu jest nowa wer­sja imie­nia.

- Tam - szep­czę pod nosem na tyle cicho, by nikt mnie nie usły­szał w zamie­sza­niu wywo­ła­nym tema­tem jej waka­cji.

Pani Click pod­nosi wzrok. Zna­cząco.

Minuta do roz­po­czę­cia lek­cji. Gdy­bym była prze­ciętną nerdką, za jaką sta­ram się ucho­dzić, mia­ła­bym już przed sobą gotowy do użytku plik nie­ska­zi­tel­nie czy­stych zeszy­to­wych kar­tek. Za sobą zaś - kilka roz­dzia­łów z pod­ręcz­nika, prze­czy­ta­nych na dobry począ­tek. Wszyst­kie moje ołówki byłyby zatem­pe­ro­wane z woj­skową pre­cy­zją, ide­al­nie ostro.

Tym­cza­sem ja dopiero w ostat­niej chwili rzu­cam się pod pul­pit i grze­bię w ple­caku w poszu­ki­wa­niu pod­ręcz­nika do histo­rii oraz cze­go­kol­wiek nada­ją­cego się do pisa­nia. Na spo­dzie pul­pitu odkry­wam cmen­ta­rzy­sko gum do żucia. A że pod koniec waka­cji dałam się namó­wić Kate na zro­bie­nie trwa­łej - od któ­rej skóra na gło­wie swę­działa mnie przez tydzień i aż do teraz cią­gnie się za mną zapach za długo goto­wa­nego jajka - mam taką szopę wło­sów, że muszę cią­gle uwa­żać, żeby do niczego się nie przy­cze­piły.

Kiedy jed­nak sły­szę, jak Tammy zaczyna śpie­wać, nie­mal walę głową w spód pul­pitu.

Jej głos prze­bija się przez śpiew... sama nie wiem, Halla czy Oatesa. Tammy śpiewa odważ­nie i słodko, i choć prze­sa­dza z uży­ciem wibrato mniej wię­cej tak jak ja z ilo­ścią masła orze­cho­wego na kanap­kach, naj­waż­niej­sze jest to, że się nie krę­puje. Wszy­scy ją sły­szą. Wynu­rzam się z cze­lu­ści ple­caka i roz­glą­dam po kla­sie, ale naj­wy­raź­niej wszyst­kim wisi fakt, że na pół minuty przed począt­kiem lek­cji Tam śpiewa na środku sali, wkła­da­jąc w to całe swoje serce. I naj­wy­raź­niej jej także wisi, czy kto­kol­wiek się jej przy­gląda.

Cie­kawe, jakie to uczu­cie.

Obra­cam ołó­wek w pal­cach, wyczu­wa­jąc pod opusz­kami każdą z jego sze­ściu kra­wę­dzi.

A potem brzę­czy dzwo­nek, pani Click pod­nosi się zza biurka i wszystko rap­tow­nie wraca na swoje miej­sce - dokład­nie tak, jak to sobie wyobra­ża­łam.

Łącz­nie z tym, że Steve Har­ring­ton zja­wia się spóź­niony o trzy i pół minuty i ze zdez­o­rien­to­waną miną, pew­nie dla­tego, że włosy opa­dły mu na oczy i nie był w sta­nie roz­po­znać nume­rów sal. Jakim cudem udaje mu się tra­fić gdzie­kol­wiek z tą strze­chą na gło­wie? Wygląda na jesz­cze więk­szą niż w ubie­głym roku.

- Heja, ludzi­ska - odzywa się Steve.

Wszy­scy par­skają śmie­chem jak publicz­ność w sit­co­mie recho­cząca w reak­cji na nie­spe­cjal­nie śmieszny, za to stały greps głów­nego boha­tera. Chyba wie­dzą, że tak naprawdę nie muszą tego robić, prawda? Nawet pani Click uśmie­cha się do niego tak pro­mien­nie, jakby jego włosy były cudow­nym lekiem na raka. To ten eks­tre­malny, ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści poziom popu­lar­no­ści, na któ­rym nawet nauczy­ciele prze­stają gro­mić czło­wieka wzro­kiem, bo jest po pro­stu zbyt cen­nym spo­łecz­nie skar­bem.

Steve pakuje się na miej­sce tuż obok Tam.

Tam różo­wieje niczym świeżo doj­rzała malina.

Cała ta scena ema­nuje takim absur­dem, że w mózgu robi mi się krót­kie spię­cie, palce na chwilę prze­stają dzia­łać i ołó­wek wypada z nich na pod­łogę z dono­śnym łosko­tem. Schy­lam się po niego, ale leży ciut za daleko. Wycią­gam się i roz­cią­gam, ale nie mogę go dosię­gnąć. Gdy mi się w końcu udaje, w poczu­ciu triumfu pro­stuję się o wiele za szybko i jed­nak walę głową w spód pul­pitu. Czyli w cmen­ta­rzy­sko gum do żucia. Przy­dzwa­niam tak mocno, że moje skrę­cone w loki włosy zawa­dzają o jakieś dzie­sięć sta­ro­żyt­nych resz­tek gum naraz. Resz­tek tak stward­nia­łych, że nie przy­wie­rają mi do wło­sów.

Na szczę­ście. Choć to rów­no­cze­śnie prze­ra­ża­jące.

- Robin, potrze­bu­jesz iść do pani pie­lę­gniarki? - pyta współ­czu­ją­cym tonem pani Click, kiedy wynu­rzam się spod pul­pitu. Wzru­sza mnie jej tro­ska.

- Nie, chyba że jest tam jakiś wehi­kuł czasu, któ­rym będę się mogła cof­nąć w prze­szłość równo o godzinę.

- No to dobrze - odpo­wiada nauczy­cielka i roz­po­czyna swój zwy­kły mono­log z oka­zji pierw­szej lek­cji w roku szkol­nym.

Przy­naj­mniej reszta klasy szybko prze­staje zwra­cać na mnie uwagę. A Tam chyba nawet nie dostrzega mojej kom­pro­mi­ta­cji. (Nie żeby mi na tym jakoś zale­żało). Ale prze­szka­dza mi, tylko ociu­pinkę, powód, z jakiego jej nie dostrzega: bo jest zbyt zajęta nuce­niem Kiss On My List i gapie­niem się na Steve'a Har­ring­tona.

ROZ­DZIAŁ DRUGI

7 WRZE­ŚNIA 1983

Liczy­łam, że uda mi się dobrnąć przy­naj­mniej do końca pierw­szego tygo­dnia nauki, zanim oświad­czę tę oczy­wi­stość wszem wobec: druga klasa pozo­sta­wia wiele do życze­nia.

- Zupeł­nie jakby wszy­scy nauczy­ciele zwy­czaj­nie się pod­dali - mówię. - Jakby pod­jęli zbio­rową decy­zję, że ten rok to mar­twa strefa w naszym pro­ce­sie kształ­ce­nia.

Jestem jedną z tych dzi­wa­czek, które pod­czas zajęć szkol­nych mają ochotę auten­tycz­nie się uczyć. W każ­dym razie dotąd taka byłam. Teraz, gdy coraz sil­niej wyczu­wam, że tak naprawdę nikt z naszych bel­frów nie chce tu być, mój trzeźwy cynizm się pogłę­bia i coraz trud­niej mi przej­mo­wać się nauką.

Mil­ton, Kate i Dash inte­re­sują się szkołą na swój inten­sywny spo­sób cha­rak­te­ry­styczny dla osób żąd­nych suk­cesu - tak samo, jak inte­re­sują się wszyst­kim. Kiedy na początku pierw­szej po waka­cjach próby naszej orkie­stry szkol­nej rzu­cam myśl, że druga klasa tak naprawdę się nie liczy, wyglą­dają na zasko­czo­nych. Mil­ton wręcz tłumi okrzyk zdu­mie­nia.

Kate marsz­czy brwi i zaczyna prze­rzu­cać arku­sze nut i sche­maty musz­try (które są jej zbędne, bo już od mie­sięcy ma wszystko wykute na bla­chę). Jest ode mnie niż­sza - ale więk­szość dziew­czyn z naszego rocz­nika jest ode mnie niż­sza, więc może to nie­zbyt przy­datna infor­ma­cja. Kate ma sto pięć­dzie­siąt dwa i pół cen­ty­me­tra wzro­stu, choć lubi żar­to­wać, że trwała dodaje jej co naj­mniej pięć cen­ty­me­trów.

- Skoro nauczy­cie­lom nie zależy na naszym wykształ­ce­niu, nam musi zale­żeć dwa razy bar­dziej.

Cała Kate. Zawsze waleczna, co widać choćby po tym, że już w dru­giej kla­sie wywal­czyła sobie w sek­cji dętej miej­sce pierw­szej trąbki.

- I tak wszy­scy zbli­żamy się do punktu, w któ­rym na dobrą sprawę będziemy mądrzejsi od nauczy­cieli - dodaje z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem Dash.

On nie haruje aż tak jak Kate. Dash - czyli Dashiell James Mon­ta­gue junior - na wszyst­kich lek­cjach sie­dzi w pierw­szym rzę­dzie, ale nie robi nota­tek, bo twier­dzi, że wszystko zapa­mię­tuje. Potem w dniu spraw­dzianu, kosz­tem rezy­gna­cji z poran­nego prysz­nica, ładuje sobie całą wie­dzę do głowy i zali­cza na szóstkę. Mówi, że jest zako­chany w nauce, ale jego praw­dziwą miło­ścią jest śred­nia ocen. W dodatku naj­wy­raź­niej nie dostrzega, że swoją rezy­gna­cją z prysz­nica w dniu spraw­dzianu roz­pra­sza wszyst­kich w pro­mie­niu trzech metrów, a to na serio nie w porządku wobec tych, któ­rzy mają pecha sie­dzieć bli­sko i pró­bują napi­sać sen­sowną roz­prawkę na pięć aka­pi­tów.

Zna­cie ten typ kole­sia.

- Serio, moim zda­niem we czwórkę jeste­śmy inte­li­gent­niejsi niż dzie­więć­dzie­siąt pro­cent kadry w naszej szkole - dodaje Dash.

- Naj­wy­raź­niej nie dość inte­li­gentni, żeby zorien­to­wać się, że sły­szę - oświad­cza pani Geno­vese, nie pod­no­sząc wzroku znad par­ty­tury.

- Ma słuch tak czuły, że aż strach - szep­cze Mil­ton.

- Ow­szem. Mam czuły słuch - zga­dza się pani Geno­vese. - Dla­tego to ja dyry­guję orkie­strą. W dodatku sły­szę każdy fałsz w tym, co gra­cie - oświad­cza, zwra­ca­jąc się ogól­nie do wszyst­kich. - I to aż boli. Te skrzy­pliwe piski drę­czą mnie w noc­nych kosz­ma­rach.

Pod­cho­dzi do Ryana Mil­lera z sek­cji per­ku­syj­nej, żeby pomóc mu z jego zesta­wem bęb­nów. Dash mach­nię­ciem ręki przy­zywa nas bli­żej. Ostroż­nie węszę. Jego kasz­ta­nowe włosy wyglą­dają schlud­nie i czuć go mydłem o zapa­chu sosny. Nie zanosi się na żaden spraw­dzian. Przy­su­wam się bli­żej razem z krze­słem.

- Nauczy­ciele to, ogól­nie rzecz bio­rąc, groza - szep­cze. - Oni wcale nie przy­cho­dzą nas uczyć. Moim zda­niem są tu po to, żeby żywić się naszymi wro­dzo­nymi zdol­no­ściami.

- Jak wam­piry? - upew­nia się Mil­ton. Trak­tuje to zde­cy­do­wa­nie zbyt serio. Ale Mil­ton już taki jest: bar­dzo, bar­dzo poważny. I ner­wowy. Mar­twi­ła­bym się o niego, ale sam mar­twi się tak czę­sto, że byłoby to pew­nie zby­teczne.

- Zasta­nów­cie się. Nie są tacy znowu bystrzy, snują się nie­mrawo po kory­ta­rzach, do prze­ży­cia potrze­bują naszych mózgów. To ewi­dent­nie zom­biaki.

Mil­ton i ja wyda­jemy z sie­bie jęk zde­gu­sto­wa­nia. Kate chi­cho­cze ner­wowo.

Dash ma bzika na punk­cie hor­ro­rów od pią­tej klasy, czyli odkąd się poła­pał, że to go wyróż­nia spo­śród reszty dzie­cia­ków, na­dal zasy­pia­ją­cych przy włą­czo­nych noc­nych lamp­kach. Wią­żące się z tym poczu­cie triumfu i wyż­szo­ści naj­wy­raź­niej ni­gdy mu się nie znu­dziło. Jeśli tylko coś pożera ludz­kie ciało, pije ludzką krew albo czai się w cie­niu, Dash na to jak na lato. A pro­pos "lato", przez całe waka­cje oglą­da­li­śmy Mar­twe zło. I to czę­sto. Na ostat­nie uro­dziny Dash dostał w pre­zen­cie wypa­siony magne­to­wid - zga­dza się, ma wła­sny magne­to­wid; co za absurd, nawet jak na stan­dardy boga­tych - więc wciąż zapra­szał wszyst­kich na wspólne oglą­da­nie fil­mów, tyle że jaką by taśmą aku­rat się nie prze­chwa­lał, i tak zawsze koń­czyło się na oglą­da­niu Mar­twego zła.

Prze­sta­łam cho­dzić do niego jakoś w sierp­niu - zaczę­łam wyma­wiać się rodzi­cami, że niby muszę wię­cej poma­gać im w domu. Prawda była taka, że nie mogłam już znieść widoku Kate z Dashem na kana­pie; przy­su­wali się do sie­bie mili­metr po mili­metrze z minami nie­wi­nią­tek, jakby nie wie­dzieli, że ich bio­dra są na kur­sie koli­zyj­nym.

To kolejny pro­blem z drugą klasą liceum.

W gim­na­zjum o zauro­cze­niach innymi ludźmi gadało się wyłącz­nie w auto­bu­sie i pod­czas imprez z noco­wa­niem u przy­ja­ció­łek, a cho­dze­nie ze sobą miało posmak nowo­ści. W pierw­szej lice­al­nej związki nabrały cech nie­unik­nio­nej koniecz­no­ści. W tym roku zaś wszyst­kich ogar­nęło kom­pletne sza­leń­stwo. Nie minął nawet tydzień, a już wyda­rzyła się cała masa kory­ta­rzo­wych obśli­nia­nek, teatral­nych roz­stań oraz dekla­ra­cji dozgon­nej miło­ści. A w orkie­strze dętej sytu­acja nakrę­ciła się jesz­cze szyb­ciej, bo zaczy­namy próby w środku waka­cji.

Szybko omia­tam salę wzro­kiem. Co naj­mniej połowa dziew­cząt z orkie­stry ma na sobie bły­skotki z wygra­we­ro­wa­nymi imio­nami chło­pa­ków, któ­rzy też są w orkie­strze. (Nerdy z orkie­stry uma­wiają się z innymi ner­dami z orkie­stry - naj­wy­raź­niej takie panuje tu prawo). Kiedy jakaś para chce się for­mal­nie ujaw­nić, chło­pak daje dziew­czy­nie złoty łań­cu­szek na kostkę z imio­nami swoim i jej na zawieszce. Ale więk­szość dziew­czyn powąt­piewa, by tak dys­kretny dowód przy­wią­za­nia był zauwa­żalny, więc same kupują sobie dłuż­sze złote łań­cuszki i noszą te zawieszki na szyi jak wisiorki.

Nie mogę się docze­kać dnia, w któ­rym Dash w końcu da coś takiego Kate. (Tak naprawdę to Kate nie może się tego docze­kać - ja cze­kam tylko w jej imie­niu). Nawet teraz, w tej wła­śnie chwili Kate z Dashem prze­sy­łają sobie spoj­rze­nia w jakiejś odmia­nie alfa­betu Morse'a.

Rzęsy Dasha: Pomig­da­limy się póź­niej?

Rzęsy Kate: Może...

Rzęsy Dasha: Poważ­nie?!?!

Rzęsy Kate: No prze­cież mówię, że może. Gram na pierw­szej trąbce, próba zaraz się zacznie, nie roz­pra­szaj mnie.

Rzęsy Dasha: Ale jesteś taka ładna.

Rzęsy Kate: Poważ­nie?!?!

Sama nie wiem, ile tego jesz­cze dam radę znieść.

Kate nie chce teraz roz­ma­wiać o niczym poza chło­pa­kami, a w szcze­gól­no­ści Dashem. Tak jakby mało było tego, że lubiane dziew­czyny w typie Tammy Thomp­son doku­ment­nie się odmóż­dżają z powodu żało­snych czu­pi­ra­deł w rodzaju Steve'a Har­ring­tona.

Co spra­wia, że wra­cam do roz­mowy o zom­bich.

- Jeśli nasi nauczy­ciele to oży­wione mar­twiaki, to są przy oka­zji mocno nie­do­ży­wieni. Zauwa­ży­li­ście, że stale wyglą­dają na wygłod­nia­łych? Nasze mózgi są za mało pożywne. Może wcale nie jeste­śmy tacy inte­li­gentni, jak się nam wydaje. Może przez to, że wszy­scy nagle popa­dli­śmy w nie­zdrową obse­sję na punk­cie cho­dze­nia ze sobą.

Taka sub­telna alu­zja.

Kate tylko po raz kolejny par­ska ner­wo­wym śmie­chem i wraca do swo­jej trąbki, ćwi­cząc pal­co­wa­nie do jed­nego z licz­nych mar­szów Johna Phi­lipa Sousy, któ­rymi wiecz­nie tor­tu­ruje nas pani Geno­vese.

Prze­pło­szy­łam ją, ale wcale nie jest mi od tego lepiej.

- No dobrze - mówi pani Geno­vese. - Czas zor­ga­ni­zo­wać się w czwórki mar­szowe orkie­stry dętej na sezon roku osiem­dzie­sią­tego trze­ciego! Na wybór nazwy swo­jej czwórki macie trzy minuty i ani sekundy dłu­żej. Tylko pro­szę, bez pytań, ile jesz­cze zostało czasu. Zegar wisi nad drzwiami.

Wszy­scy zbie­rają się w czwórki i nara­dzają - z wyjąt­kiem nas, bo zebra­li­śmy się już wcze­śniej. Jestem jedyną wal­tor­nią w naszej orkie­strze dętej. No, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, to gram na wal­torni jedy­nie w kon­cer­to­wej wer­sji orkie­stry. Kiedy masze­ru­jemy, kro­czę z melo­fo­nem, na któ­rym gra się iden­tycz­nie, z tym że ten instru­ment nie jest okrą­gły, a lekko spłasz­czony, żebym mogła go nosić całymi mie­sią­cami. W pierw­szej kla­sie pani Geno­vese kazała mi dołą­czyć na czwartą do trójki trę­ba­czy, co pew­nie miało sens, bo melo­fon wygląda jak trąbka z dodat­ko­wymi zawi­ja­sami pośrodku. Tam­ten moment sca­lił nas czworo w jed­nostkę spo­łeczną. Kate lubi mawiać, że jeste­śmy jak jeden atom, bo tego typu ner­dow­sko ujmu­jące meta­fory to jej spe­cjal­ność.

Ale prawda jest taka, że choć spę­dzamy razem mnó­stwo czasu w sali prób i na boisku, w auto­bu­sie i pod­czas meczów, mimo wszystko czuję się nie do końca zgrana z resztą grupy. Na jakimś pozio­mie - może sub­a­to­mo­wym? - mam wra­że­nie, że nie cał­kiem pasuję do więk­szo­ści dzie­cia­ków z orkie­stry. Że choć­bym nie wiem jak długo się z nimi inte­gro­wała, ni­gdy nie będę jedną z nich. A taka per­spek­tywa potrafi prze­ra­żać, bo w Liceum Haw­kins wyróż­nia­nie się z tłumu ozna­cza w zasa­dzie wyrok śmierci - chyba że jest się kimś lubia­nym i popu­lar­nym.

- No dobra - odzywa się Dash i gwał­tow­nie wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści. - Nazwa naszej czwórki w dru­giej kla­sie. Daje­cie.

- Znowu będziemy Paczką Dzi­waczką, nie? - upew­nia się Mil­ton. - Gło­so­wa­li­śmy nad tym już w zeszłym roku. Moim zda­niem powin­ni­śmy przy tym zostać, tak dla zacho­wa­nia cią­gło­ści, a poza tym wymy­śla­nie nowej nazwy będzie drogą przez mękę. - Mil­ton to jedyny trze­cio­kla­si­sta w naszym skła­dzie, więc cho­ciaż przez swoją wyci­szoną, ner­wową naturę nie umie przy­jąć postawy fak­tycz­nego lidera, to kiedy zabiera głos tak jak teraz, Kate i Dash na ogół go słu­chają.

- Paczka Dzi­waczka jest super! - zga­dza się Kate.

- A więc posta­no­wione: Paczka Dzi­waczka - dodaje Dash.

Kiwam głową. Nie żeby ktoś tu cze­kał na mój głos.

Kolejne dwie minuty mijają nam w ciszy. Kate i Dash prze­szli od flirtu wzro­ko­wego do trą­ca­nia się kost­kami nóg. (Widzia­łam, jakie Dash ma stopy. Ohyda). Kon­cen­truję się na przy­go­to­wa­niach do pierw­szej ofi­cjal­nej próby gene­ral­nej roku. Utwory już zapa­mię­ta­łam, ale to dopiero połowa mojej walki z wal­tor­nią. Powiedzmy sobie szcze­rze: w porów­na­niu z innymi instru­men­tami w tej sali mój jest naprawdę mor­der­czy. To skom­pli­ko­wane ustroj­stwo pełne meta­lo­wych rurek, ist­nie­jące naj­wy­raź­niej tylko po to, żeby wydać z sie­bie piskliwe mecze­nie w naj­gor­szym moż­li­wym momen­cie. Wybra­łam wal­tor­nię jesz­cze w pod­sta­wówce, bo nikt inny nie chciał na niej grać. Wła­ści­wie to nie żałuję tam­tej decy­zji - szkoda tylko, że nikt mnie wtedy nie ostrzegł, jak czę­sto będę uży­wać kra­nika do opróż­nia­nia instru­mentu z wil­goci.

Uzgod­ni­li­śmy nazwę naszej czwórki za szybko. Na­dal mamy jesz­cze dwie minuty. Dwie minuty nic­nie­ro­bie­nia. W dodatku dzięki pani Geno­vese i jej drob­nemu przy­po­mnie­niu o obec­no­ści zegara nie mogę sku­pić się na niczym poza jego tyka­niem. To jeden z tych wiel­kich, okrą­głych biało-czar­nych modeli z sekund­ni­kiem, który gło­śnym pstry­ka­niem pod­kre­śla upły­wa­jące chwile ludz­kiego życia.

Pstryk. Pstryk. Pstryk.

Minęły kolejne trzy sekundy.

Przy­ła­puję panią Geno­vese na tym, że wpa­truje się w drzwi wyj­ściowe na tyłach sali. Widy­wa­łam już, jak wybiega na par­king dla nauczy­cieli w sekundę po dzwonku koń­czą­cym lek­cje, żeby zapa­lić swo­jego uko­cha­nego men­tola. Zda­rzało mi się wyczu­wać upo­rczywy zapach dymu, któ­rym w prze­rwie obia­do­wej prze­sią­kają jej włosy. Teraz też ucieka z sali, jakby ktoś ją gonił - ma aku­rat dość czasu na szyb­kiego macha.

Nasi nauczy­ciele nie chcą tutaj być. Ludzie z klasy kom­bi­nują tylko, jak się o sie­bie nawza­jem poocie­rać. A ja mam prze­brnąć jesz­cze przez trzy takie lata? Jakim cudem?

Aku­rat zbie­ram się w sobie, żeby też wstać i wyjść za drzwi, kiedy uprze­dza mnie gra­jąca na oboju She­ena Rol­lins. A w każ­dym razie usi­łuje mnie uprze­dzić. Bo kiedy pod­cho­dzi do drzwi, zagra­dza jej drogę jeden z palan­tów z sek­cji per­ku­syj­nej.

Może i mar­twię się, że nie cał­kiem przy­staję do oto­cze­nia, ale daleko mi do She­eny Rol­lins; to mode­lowy przy­kład kogoś, kto pasuje do całej reszty jak pięść do nosa. W kla­sie zaj­muje pul­pit tuż przed moim, więc mam poczu­cie, jak­bym pro­ces nęka­nia jej obser­wo­wała z pierw­szego rzędu widowni; z roku na rok doku­czają jej bar­dziej, pod­czas gdy ona staje się ewi­dent­nie coraz dziw­niej­sza. Czę­ściowo widać to po jej stroju. Od stóp do głów ubiera się na biało: cza­sami jest to biały kom­bi­ne­zon z białą tiarą na gło­wie, innym razem puszy­sta biała miniówka z powłó­czy­stą, za dużą koszulą. Nic z tego, co nosi, nie speł­nia nie­pi­sa­nych norm ubioru całej reszty szkoły. W więk­szo­ści wypad­ków ma się wra­że­nie, że przy­naj­mniej część stroju She­ena uszyła sama. (Kolejny pre­tekst do nęka­nia dla moich rówie­śni­ków, owład­nię­tych obse­sją na punk­cie modo­wych marek). Dzi­siaj ma na sobie białą sukienkę w stylu lat pięć­dzie­sią­tych w maleń­kie czarne kropki oraz białą opa­skę na gło­wie.

- Ej, She­ena - odzywa się ktoś. - Co ty kom­bi­nu­jesz? Facetka zni­kła, nie ma kogo pytać o pozwo­le­nie na wyj­ście z klasy. Posadź swój nakra­piany tyłek z powro­tem.

She­ena zaci­ska mocno wargi, ale nie odcina się żad­nym tek­stem. Nie mówi zupeł­nie nic.

To druga cecha cha­rak­te­ry­styczna She­eny Rol­lins: pamię­tam ją z pod­sta­wówki jako wyga­daną dziew­czynkę, ale od siód­mej klasy nie sły­sza­łam, żeby ode­zwała się choćby jed­nym sło­wem. Nawet na swoim oboju gra tak cicho, że pani Geno­vese bez prze­rwy każe jej dmu­chać moc­niej. (Pada­jące wtedy wul­garne dow­cipy nie­spe­cjal­nie poma­gają).

- Dokąd to? - pyta Craig Whi­te­stone z uśmie­chem rów­nie sztucz­nym jak klop­sik ze szkol­nej sto­łówki.

She­ena wzru­sza ramio­nami.

- Ona kła­mie! - pisz­czy Dash.

- Dash - szep­czę, rów­no­cze­śnie pró­bu­jąc poczę­sto­wać go kuk­sań­cem w bok. Nie­stety tra­fiam tylko bole­śnie łok­ciem w trąbkę.

- Całą lek­cję potrafi spę­dzić w łazience - infor­muje mnie Kate, jakby uspra­wie­dli­wia­jąc tym poli­cyjny nad­zór nad She­eną ze strony innych muzy­ków z orkie­stry.

- No to co? - pytam. - Kogo to obcho­dzi?

- W orkie­strze nie ury­wamy się z zajęć - przy­po­mina Mil­ton.

- Pani Geno­vese wła­śnie się urwała - przy­po­mi­nam Mil­to­nowi.

- Prze­cież to nauczy­cielka - szep­cze Kate ze świę­tym obu­rze­niem w gło­sie. Według niej to nie­moż­liwe, żeby nauczy­ciel zro­bił coś nie tak.

She­ena pró­buje obejść Cra­iga, ale ten ponow­nie zagra­dza jej drogę. Dziew­czyna podej­muje kolejną próbę - pochyla głowę i rusza przed sie­bie z tro­chę więk­szym zde­cy­do­wa­niem - ale Craig łapie ją za koń­ski ogon i zawraca w stronę sali. Kilku jego kum­pli palan­tów recho­cze.

- Ej - odzy­wam się. - Pusz­czaj ją, cym­bale.

- To ich pro­blem - syczy Kate. - Nie wtrą­caj się.

Sama wiem, że nie powin­nam się wtrą­cać, jeśli chcę prze­żyć. Ale ten fakt aku­rat budzi moje naj­więk­sze obrzy­dze­nie.

- Hej, She­ena - mówi Craig. - Tak się wystro­iłaś, a nie masz dokąd pójść. Zatań­czymy?

Ski­nie­niem głowy daje znak koleż­kom z orkie­stry i kilku z nich zaczyna coś grać. Żeby nie dać się wcią­gnąć w jego kre­tyń­ski kawał, She­ena wska­kuje na krze­sło. Craig tym­cza­sem przy­klęka na jedno kolano, jakby miał zaśpie­wać jej sere­nadę, więc dziew­czyna czer­wieni się - choć tylko ze zło­ści. Zeska­kuje z krze­sła i po raz kolejny pró­buje prze­drzeć się do drzwi, ale Craig chwyta ją za ramię i obraca nią dookoła w paro­dii jakie­goś tanecz­nego układu. Paru dużych, napa­ko­wa­nych chło­pa­ków od per­ku­sji posta­na­wia pomóc Cra­igowi. Okrą­żają go i stają przed dwu­skrzy­dło­wymi drzwiami, blo­ku­jąc She­enie wyj­ście z sali prób. Tań­czą dziew­czy­nie przed nosem, odwra­cają się i kręcą tył­kami, a potem obra­cają się znowu i wypi­na­jąc bio­dra ku przo­dowi, symu­lują krę­ce­nie... innymi czę­ściami ciała.

W razie gdyby ktoś nie wie­dział: dzie­ciaki z orkie­stry potra­fią zacho­wy­wać się zaska­ku­jąco oble­śnie. Kiedy pani Geno­vese w końcu wraca, zastaje coś w rodzaju bur­le­ski w sto­dole i led­wie udaje się jej okieł­znać chaos.

- No dobra. - Zakłada chude ramionka na piersi. - Kto zaczął?

Pod­no­szę dłoń, żeby wska­zać Cra­iga Whi­te­stone'a, ale Kate łapie mnie za rękę. Przy­naj­mniej połowa sali wytyka pal­cami She­enę.

- Panno Rol­lins - mówi pani Geno­vese, cmo­ka­jąc z dez­apro­batą. - Za karę zosta­nie pani po zaję­ciach. Już pierw­szego dnia. Jestem pod wra­że­niem.

She­ena opada na krze­sło z taką miną, jakby była gotowa poła­mać swój obój na kawałki i wyjść. Ale nie robi tego. Zostaje, bo musi. A wszy­scy zamie­niają jej życie w pie­kło, bo... no, bo tak już jest.

Jesz­cze kilka lat temu więk­szość męczarni, któ­rym ją pod­da­wano, ini­cjo­wały wyłącz­nie naj­po­pu­lar­niej­sze dzie­ciaki. W liceum jed­nak zauwa­ży­łam, że tego typu zacho­wa­nia zata­czają wśród spo­łecz­no­ści szkol­nej coraz szer­sze kręgi, tak że wszy­scy razem coraz pro­fe­sjo­nal­niej uprzy­krzają życie tym, któ­rzy odstają od reszty.

Może obej­rza­łam już u Dasha za dużo hor­ro­rów, ale prawda wydaje mi się dość oczy­wi­sta.

Liceum jest potwo­rem, powoli poże­ra­ją­cym wszyst­kich, któ­rych znam.

ROZ­DZIAŁ TRZECI

9 WRZE­ŚNIA 1983

Im uważ­niej się przy­glą­dam, tym wyraź­niej widzę potworną naturę liceum. A kon­kret­nie - Liceum Haw­kins. Działa tu okrutny para­doks: czło­wiek albo wpada w śmier­telną pułapkę, sta­ra­jąc się być taki sam, jak wszy­scy dookoła, albo zostaje pożarty za to, że jest odmień­cem.

Dwa dni po tym, jak She­ena pró­bo­wała wyjść z sali prób, naty­kam się na nią przy jej szkol­nej szafce. Co kilka dni z szafki tej wysy­puje się kaskada rze­czy, które ludzie wepchnęli przez szcze­liny w meta­lo­wych drzwicz­kach: biały bro­kat, paskudne liściki, pre­zer­wa­tywy.

Tym razem She­ena z nie­do­wie­rza­niem kręci głową nad pod­ręcz­ni­kami. Pró­buje otwo­rzyć jeden z nich, ale nie może. Jakiś przy­muł zabrał je do pra­cowni ZPT, prze­po­ło­wił, a potem skleił połówki ze sobą.

- Kto w ogóle mar­nuje czas na coś takiego? - mam­ro­czę pod nosem. Ruszam w jej stronę, żeby jakoś pomóc. - She­ena... - odzy­wam się gło­śniej.

Dziew­czyna albo mnie nie sły­szy, albo nie życzy sobie mojej lito­ści. Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rza cały kory­tarz aż do koń­co­wej ściany, gdzie wyrzuca pod­ręcz­niki do kosza na śmieci.

Przy­ła­puje ją na tym jedna z nauczy­cie­lek i każe jej zostać po lek­cjach za nisz­cze­nie szkol­nego mie­nia.

Ta sama nauczy­cielka - pani Garvey - odpro­wa­dza­jąc ją do gabi­netu dyrek­tora, kła­dzie jej na ramie­niu dłoń i naj­ła­god­niej, jak umie, mówi:

- Nie przy­tra­fia­łyby ci się takie rze­czy, She­eno, gdy­byś choć odro­binkę bar­dziej się sta­rała, żeby inni cię rozu­mieli.

Jesz­cze odro­binkę i zwy­mio­tuję pro­sto na buty pani Garvey.

Zasta­na­wiam się, czyby nie pójść pro­sto do dyrek­tora i nie powie­dzieć mu o wszyst­kim, co zoba­czy­łam. Ale czy w ogóle go to obej­dzie? Może tylko każe mi zostać po lek­cjach razem z She­eną za wyty­ka­nie mu, że jego szkoła jest rajem dla mło­do­cia­nych prze­stęp­ców? Odpo­wiedź jest oczy­wi­sta, więc zamiast sta­wać do walki z wie­lo­głową hydrą, jaką jest Liceum Haw­kins, wycho­dzę.

W piątki orkie­stra nie ma prób na boisku, a pierw­szy mecz sezonu z naszym wystę­pem odbę­dzie się dopiero w przy­szłym tygo­dniu. W sekundę po ostat­nim dzwonku zdej­muję ze sto­jaka swój rower. Kie­dyś nale­żał do mamy. Zdo­bią go jej stare kwia­towe kal­ko­ma­nie, a na koń­cach rączek kie­row­nicy widać żało­sne, kró­ciut­kie szczątki wstą­żek, które poury­wa­łam, mając trzy­na­ście lat. Nie ma prze­rzu­tek, a codzien­nie musi zno­sić wokół sie­bie zgraję błysz­czą­cych huf­fy­sów i schwin­n­sów z dzie­się­cioma bie­gami. Pakuję się na dłu­gie, wąskie sio­dełko (auć! za każ­dym razem!) i odla­tuję jak ptak.

Samotna jazda na rowe­rze to naj­wspa­nial­sze uczu­cie pod słoń­cem. W dodatku pęd powie­trza spra­wia, że włosy powie­wają za mną jak skrzy­dła, tak że prze­staję czuć zapach mojej trwa­łej. Płyty chod­ni­kowe pstry­kają mi pod kołami, kwa­drat po kwa­dra­cie. Drzewa są gęsto zie­lone, domy wykroch­ma­lone na biało.

Prze­mie­rza­jąc dłuż­szy kawa­łek rów­nego chod­nika, się­gam do walk­mana i włą­czam go. Nie muszę spraw­dzać, co w nim mam - zawsze sie­dzi w nim jedna z moich kaset do nauki języ­ków.

Wci­skam kla­wisz i włą­czają się lek­cje fran­cu­skiego: taśma 2, strona A, Pogoda.

- Le temps - mówi jakiś kobiecy głos, kojący i bar­dzo fran­cu­ski.

- Le temps - mam­ro­czę.

- La temp?te.

- La temp?te.

- La brise.

- La brise.

Zaczy­nam już nie­źle łapać rytm, kiedy nagle jakiś samo­chód jadący od strony liceum śmiga obok mnie, trą­biąc tak gło­śno, że wytrą­cona z rów­no­wagi pra­wie zali­czam glebę na chod­niku. Nakry­wam dło­nią walk­mana. Nic mu nie jest. Ale mógł bez pro­blemu wypaść mi i się roz­bić, a wtedy nie mia­ła­bym jak słu­chać kaset do nauki języka, o któ­rych kupno ubła­ga­łam rodzi­ców w ósmej kla­sie (ni mniej, ni wię­cej, tylko po rekla­mie tele­wi­zyj­nej).

Jadę dalej jak boss, bez trzy­manki, za to ze wznie­sio­nymi oby­dwoma środ­ko­wymi pal­cami - i z uśmie­chem.

- Udław się opa­rami die­sla! - krzy­czę.

- Zdy­chaj, fra­jerko! - odkrzy­kuje ktoś z auta.

- Co za banał. - Staję na peda­łach i drę się, zanim odje­dzie za daleko: - Zapisz się na korki z ripo­sto­wa­nia!

Poję­cia nie mam, kto sie­dzi za kie­row­nicą. On pew­nie też nie widział dokład­nie, kim jestem - wystar­czył mu fakt, że on pro­wa­dzi samo­chód, a ja przed­po­to­powy rower. Pozy­cja siły - usta­lona. Fra­jerka - wia­domo kto. Zresztą tu tak naprawdę nie cho­dzi o wygraną i prze­graną. Wszy­scy żyjemy na pro­win­cji stanu Indiana. Nie ma tu żad­nego wiel­kiego, błysz­czą­cego tro­feum do zdo­by­cia. Myślę, że ludzie to wie­dzą, nawet jeśli nie chcą się do tego przy­znać. Co zna­czy, że oplu­wa­nie innych (dosłow­nie i w prze­no­śni) to tylko jeden ze spo­so­bów zabi­ja­nia czasu. Jestem abso­lut­nie pewna, że gdy­by­śmy miesz­kali gdzieś, gdzie mie­li­by­śmy co robić - coś, co ma zna­cze­nie - to nie musia­ła­bym tak inten­syw­nie tre­no­wać poka­zy­wa­nia faka. Ale miesz­kam w Haw­kins. Jeśli pomiesz­kam tu wystar­cza­jąco długo, zostanę Jane Fondą środ­ko­wych pal­ców.

Znowu chwy­tam za kie­row­nicę i czę­stuję barana, który mnie wyprze­dził, kil­koma dodat­ko­wymi brzęk­nię­ciami dzwon­kiem - na wypa­dek, gdyby jesz­cze uwa­żał.

Jadę dalej aż do obrzeży mia­steczka, gdzie wię­cej jest chmur niż aut. Pogoda jest ide­alna, ale to, że jadę dłuż­szą trasą - mija­jąc pola i okrą­ża­jąc kamie­nio­łom - zaczyna mi cią­żyć. Mam wię­cej czasu na roz­my­śla­nie o tym, że ten popis popu­lar­nego chło­paczka w samo­cho­dzie przed chwilą to tylko jedna z licz­nych macek potwora, któ­rego zasięg wykra­cza daleko poza samą szkołę. A to zna­czy, że ni­gdy nie uda mi się przed nim uciec. W każ­dym razie dopóki tu miesz­kam.

Ale nie mogę nic na to pora­dzić. Tkwię w do bólu nor­mal­nym mia­steczku. Mia­steczku, gdzie nor­mal­no­ści wyro­sły kły.

Kiedy dojeż­dżam do domu, czuję, że muszę dać przy­naj­mniej czę­ściowy upust mojej fru­stra­cji. Wycią­gam zapa­sowy klucz ze skrytki pod donicą z kwiat­kiem, otwie­ram drzwi, wcho­dzę i jesz­cze w progu krzy­czę:

- Nie chce mi się wie­rzyć, że dobro­wol­nie zde­cy­do­wa­li­ście się tu zamiesz­kać!

Mama tań­czy po pokoju dzien­nym w dłu­giej powłó­czy­stej sukience, od góry cia­sno opię­tej szy­deł­ko­wym, się­ga­ją­cym jej mniej wię­cej do pępka swe­ter­kiem. Ma zamknięte oczy i pstryka pal­cami. Kiedy wra­cam ze szkoły, naj­czę­ściej jest jesz­cze w pracy, a ja wcho­dzę do pustego domu, ale dzi­siaj skoń­czyła wcze­śniej.

- Nie chce ci się wie­rzyć w co, skar­bie?

Na gra­mo­fo­nie wień­czą­cym postu­ment z rzeź­bio­nego drewna obraca się płyta, z któ­rej docho­dzą prze­wi­dy­wal­nie zawo­dzące dźwięki: ktoś się upiera, że jeśli ktoś inny nie kocha go teraz, to nie poko­cha go już ni­gdy wię­cej. Jest czwarta po połu­dniu, a mama upa­liła się i słu­cha Fle­etwood Mac.

- Nie chce mi się wie­rzyć, że dobro­wol­nie zde­cy­do­wa­li­ście się zamiesz­kać wła­śnie tutaj - powta­rzam.

- Ależ uszczy­pliwy ton, Robin - zauważa mama nie­mal szep­tem. - Możesz zacząć od początku, od jakie­goś bar­dziej nasy­co­nego spo­ko­jem punktu?

Kiedy zaczyna prze­ma­wiać do mnie man­trami, już wiem, że nie docze­kam się odpo­wie­dzi.

Nor­mal­nie zamio­tła­bym ten temat pod wło­chaty dywan, zna­la­zła sobie coś na ząb i poszła do swo­jego pokoju odbęb­nić pracę domową, żeby zająć się tym, co naprawdę lubię: języ­kami. Na razie doszłam do czte­rech (angiel­ski, hisz­pań­ski, fran­cu­ski, wło­ski), a chcę bie­gle wła­dać każ­dym z nich, zanim zacznę uczyć się kolej­nych.

Ale w coraz czar­niej­szej wizji reszty dru­giej klasy jest coś, co zaczyna mie­szać mi w gło­wie, więc codzienna rutyna już mi nie wystar­cza. Pod­cho­dzę do gra­mo­fonu i przy­ci­szam go. Mama szybko otwiera oczy - nie lubi, kiedy ktoś dobiera się do jej płyt. Mar­twi się, że mogłyby się pory­so­wać, mniej wię­cej tak samo, jak inni ludzie mar­twią się, że mogliby ura­zić uczu­cia przy­ja­ciela.

- Czy ty wiesz, że aby stwo­rzyć tę pio­senkę, poskle­jali ze sobą kawałki innych utwo­rów? - pyta z jakimś roz­ma­rzo­nym hiper­prze­ję­ciem. Można by pomy­śleć, że Fle­etwood Mac w poje­dynkę (w piątkę?) zapro­wa­dzili pokój na ziemi.

- A czy ty wiesz, że od wyda­nia Rumo­urs zdą­żyli nagrać już dwa nowe albumy?

- Które nie są aż tak dobre jak tam­ten - odpiera mama. - Robin, skar­bie, znasz moje zda­nie na ten temat. Ludzie mają obse­sję na punk­cie nowo­ści.

Fakt, dobrze wiem, co ma na myśli. Wszy­scy w szkole łykają jak peli­kany nowe mody, tech­no­lo­gie i inne fana­be­rie. Mil­ton obse­syj­nie kolek­cjo­nuje wszystko, na czym można grać nową falę - od key­ta­rów po magne­to­fony ośmio­ścież­kowe. Dash ma z dzie­sięć swe­trów wycię­tych w serek i zarzeka się, że każdy jest innej marki, mimo że na jego chu­dym ciele wszyst­kie wyglą­dają iden­tycz­nie, a na każdy dzień tygo­dnia ma inną parę butów żeglar­skich marki Sperry Top-Sider, jakby cho­dził do pry­wat­nego, a nie sta­no­wego liceum. Kate wolno nosić wyłącz­nie takie rze­czy, jakie mogłaby zało­żyć do kościoła, w związku z czym już od pię­ciu lat prze­pusz­cza kie­szon­kowe na tajną gar­de­robę, którą trzyma wepchniętą do swo­jej szafki w szkol­nej szatni od wuefu. Ostat­nio zaczęła zbie­rać koron­kowe opa­ski na głowę, za które strasz­nie prze­płaca, bo chce wyglą­dać jak któ­raś nowa gwiazda popu o wyjąt­kowo kato­lic­kim pseu­do­ni­mie.

Człon­ko­wie Paczki Dzi­waczki to i tak raczej grzeczne przy­kłady. Za to Tam i jej psiap­siółki mają chyba codzien­nie nową szminkę albo kredkę do oczu. I lepiej nie dawaj­cie mi mega­fonu i nie pytaj­cie, ile taki Steve Har­ring­ton musi wyda­wać na środki do pie­lę­gna­cji wło­sów i masywne, nie­twa­rzowe oku­lary prze­ciw­sło­neczne, bo ludzie usły­szą o tym aż w Michi­gan.

Ota­cza­jące nas rze­czy muszą być albo błysz­czące nowo­ścią, albo kupione w skle­pie, albo tak dro­gie, żeby aż mdliło. Speł­nie­nie wszyst­kich tych warun­ków naraz to triada ide­alna. To kolejna rzecz, w któ­rej lice­alny potwór jest dobry: stała i coraz szyb­sza kon­sump­cja. Nawet nie pró­buję za nią nadą­żać. Uwiel­biam roz­pa­da­jące się książki w mięk­kich okład­kach, które znaj­duję na wyprze­da­żach biblio­tecz­nych. Jedyne tech­niczne gadżety, jakie mam, to nie­mar­kowy walk­man do kaset z lek­cjami języ­ko­wymi oraz apa­rat Pola­ro­ida, który Kate dała mi na uro­dziny ostat­niej wio­sny (a podej­rze­wam, że pozbyła się w ten spo­sób wła­snego sta­rego modelu, bo sama dostała now­szą, bar­dziej błysz­czącą kamerę na taśmę osiem mili­me­trów). Więk­szość moich ciu­chów to sta­ro­cie albo ubra­nia po roz­ma­itych "kuzyn­kach". (Nie po praw­dzi­wych krew­nych, tylko po dzie­ciach hipi­sow­skich zna­jo­mych moich rodzi­ców. A tacy mają mnó­stwo dzieci).

Aku­rat w tej kwe­stii zga­dzam się z mamą. Ale jest jesz­cze inny aspekt tej dys­ku­sji.

- Razem z tatą przy­wią­zu­je­cie tro­chę prze­sadną wagę do wszyst­kiego, co stare. Jeśli coś wypro­du­ko­wano w latach sześć­dzie­sią­tych, momen­tal­nie uzna­je­cie to za świę­tość. Rozu­mie­cie chyba, że makram i lamp z efek­tem lawy nie można trak­to­wać jak przed­mio­tów kultu reli­gij­nego?

Krzy­żu­jąc ręce na piersi, mama przy­gląda mi się spod przy­mru­żo­nych powiek, a jej kapi­talny nastrój wyha­mo­wuje z piskiem opon.

- Poważ­nie: jakim cudem taka para skoń­czo­nych dzieci kwia­tów jak wy osia­dła na mie­liź­nie w Haw­kins w sta­nie Indiana? - pytam, opa­da­jąc z klap­nię­ciem na dywan i pod­wi­ja­jąc nogi. To kon­fron­ta­cja: potom­stwo kon­tra rodzic. Nie ruszę się z miej­sca, dopóki nie wydu­szę z niej prawdy.

- Naprawdę chcesz wie­dzieć? - pyta mama.

- Naprawdę.

Nie zadaję rodzi­com zbyt wielu pytań, a jeśli już, to reto­ryczne. Nie żądam odpo­wie­dzi. Zawsze byłam, jak to ujmuje mama, "bez­pro­ble­mo­wym dziec­kiem", zgod­nym, nie­spra­wia­ją­cym kło­po­tów. Więc może ze względu na nowość tej sytu­acji robi się podejrz­liwa, a może po pro­stu nie lubi opo­wia­dać o prze­szło­ści ina­czej niż na wła­snych warun­kach.

- A po co?

- Taką mam pracę domową - odpo­wia­dam ze wzru­sze­niem ramion. - O swoim pocho­dze­niu.

Kiedy trzeba impro­wi­zo­wać, wyka­zuję nie­zły refleks. Wspo­mi­na­łam już?

Mama śmieje się i kręci bran­so­let­kami przy wtó­rze piskli­wego gru­cha­nia z You Make Loving Fun.

- Co do two­jego pocho­dze­nia, to zosta­łaś poczęta w fur­go­netce Volks­wa­gena pew­nej szcze­gól­nie magicz­nej nocy na ore­goń­skim wybrzeżu...

Z całej siły zaty­kam uszy dłońmi, zry­wam się na równe nogi i wyno­szę się jak naj­da­lej od tej ewi­dent­nie nie­do­pusz­czal­nej sytu­acji.

W swoim pokoju nakła­dam meta­liczne słu­chawki i ponow­nie wci­skam kla­wisz walk­mana. Włą­cza się język fran­cu­ski, taśma 2, strona A, Powi­ta­nia i poże­gna­nia, ale kojąco mono­tonny kobiecy głos, który recy­tuje: "Bon­jour! Salut! Coucou! Allô? Au revoir! Je suis désolée, mais je dois y aller" tym razem jakoś w niczym mi nie pomaga.

Się­gam do swo­ich ubo­gich zbio­rów muzyki i w ramach rywa­li­za­cji z upo­rczy­wie kato­wa­nym przez mamę Fle­etwood Mac włą­czam sobie solowy album Ste­vie Nicks Bella Donna. Nie­wielki to bunt z mojej strony, ale zaspo­kaja potrzebę chwili. Pomi­jam pierw­szą połowę i zaczy­nam od super­dra­ma­tycz­nego początku Edge of Seven­teen. Muzyka wypeł­nia mi umysł, a ja rzu­cam się na dywan.

Gapię się na sufit.

Sufit gapi się na mnie.

Czuję, że defi­ni­tyw­nie utknę­łam w mar­twym punk­cie i poję­cia nie mam, co z tym dalej począć. Ste­vie Nicks swoim chro­pa­wym gło­sem przy­po­mina mi, że do sie­dem­nastki jesz­cze mi daleko. W per­spek­ty­wie sie­dem­na­stej rocz­nicy uro­dzin kryje się pewna nadzieja, obiet­nica jakiejś przy­gody, o któ­rej na razie mogę sobie tylko poma­rzyć. Jesz­cze dalej czeka osiem­nastka. A wraz z nią wol­ność. I reszta mojego życia.

Mam dopiero pięt­na­ście i pół roku.

O takim wieku w pio­sen­kach nie śpie­wają.

ROZ­DZIAŁ CZWARTY

10 WRZE­ŚNIA 1983

W Haw­kins nawet wypad do spo­żyw­czaka może być źró­dłem fru­stra­cji.

Jestem tu tylko po śmie­ciowe żar­cie, nie­zbędny skład­nik zapla­no­wa­nej na tę sobotę posia­dówy z Kate, ale uty­kam w kolejce do kasy za czy­jąś mamą, którą poznaję ze szkoły. Pani Whe­eler. Jej córki Nancy nie widać w pobliżu, za to kręci się przy niej czwórka mło­dych, z któ­rych przy­naj­mniej jeden jest jej potom­kiem. Zamiast jej pomóc, wszy­scy krążą wokół, wpa­dają mię­dzy regały z płat­kami śnia­da­nio­wymi i krzy­czą do sie­bie tajem­ni­cze zda­nia przez krót­ko­fa­lówki.

- Spo­koj­nie, Mike! - woła pani Whe­eler, siląc się na pobłaż­liwy ton. - Nie sza­lej­cie za bar­dzo, dobrze?

Mike, jej blady jak ściana syn, odpo­wiada jej jakimś wark­nię­ciem i ucieka.

- Ależ to dia­bły wcie­lone! - Pani Whe­eler dzieli się tą uwagą z bab­cio­watą kobie­ciną zza kasy i obie par­skają tłu­mio­nym śmie­chem.

Przedni dow­cip.

Pani Whe­eler jest w bia­łej sukience i różo­wych szpil­kach, a na gło­wie ma burzę ufry­zo­wa­nych blond wło­sów. Jej skle­powy wózek wypeł­nia nie­wia­ry­godna ilość jedze­nia, ale wygląda na to, że bar­dziej od tego wszyst­kiego potrze­buje poga­du­szek. Dosłow­nie nie prze­staje zaga­dy­wać do kasjerki. Opo­wiada jej o nowym znaku stopu, który gdzieś posta­wili. (Zmiany w ruchu ulicz­nym to naj­wy­raź­niej nie byle co, gdy czło­wiek nie ma w życiu innych atrak­cji).

Kiedy już wszyst­kie jej zakupy zostały pod­li­czone, pani Whe­eler ogląda się. Fasada uprzej­mo­ści na chwilę znika z jej twa­rzy, a głos słod­kiej jak melasa mamuśki z opery mydla­nej prze­cho­dzi nagle w tryb komendy instruk­tora musz­try.

- Mike! Chodź tu z kole­gami i pomóż­cie mi z pako­wa­niem!

Jej upiorny syna­lek z potworną fry­zurą na gar­nek drze się w odpo­wie­dzi:

- Mamo! Jeste­śmy zajęci!

Kobieta zaci­ska szczęki, aż uwy­pu­klają się jej smugi różu na policz­kach.

- Dobrze, Mike, czyli... widzimy się przed skle­pem?

Mike z pomru­kiem nie­chęci wdu­sza guzik krót­ko­fa­lówki.

- Kon­fron­ta­cja z Bia­ło­włosą Meduzą przed skle­pem.

Pani Whe­eler wzdy­cha ciężko. Wygląda na przy­gnę­bioną, ale kiedy odwraca się do chło­paka paku­ją­cego zakupy do toreb, zaci­ska zęby w cierp­kim uśmie­chu.

- Możemy tro­chę szyb­ciej? - inda­guje.

- Prze­pra­szam panią.

Pani Whe­eler marsz­czy brwi i zaczyna - z nie­usta­ją­cym uśmie­chem - ganić chło­paka za to, że według niej pakuje zakupy "nie tak jak trzeba". Naj­wy­raź­niej zupeł­nie nie ma pro­blemu z trak­to­wa­niem go jak kogoś niż­szej kate­go­rii, jak słu­żą­cego. Mam wra­że­nie, że obser­wuję dzia­ła­nie lice­al­nej hie­rar­chii spo­łecz­nej w świe­cie dzi­kiej przy­rody. Kiedy koń­czymy szkołę, nic nie ulega zmia­nie, chyba że wyje­dzie się z Haw­kins. Na miej­scu wszystko tylko ewo­lu­uje w nowe formy.

Kiedy pani Whe­eler (naresz­cie!) prze­suwa się dalej, kładę na ladzie swoje m&m'sy oraz nieco już roz­mię­kły bato­nik Milky Way i cze­ka­jąc, aż kasjerka mnie pod­li­czy, prze­trzą­sam kie­sze­nie dżin­so­wej kurtki w poszu­ki­wa­niu drob­nych.

Pani Whe­eler mie­rzy mnie wzro­kiem i zauważa:

- Och, skar­bie, tylko sło­dy­cze? Ależ ty masz szczę­ście, że nie musisz jesz­cze mar­twić się o figurę. - Wygła­dza przód sukienki, popi­su­jąc się swoim ewi­dent­nie wypłasz­czo­nym na aero­biku brzu­chem. - Pamię­tam, sama taka byłam w liceum. Zupeł­nie jak ty.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki