Stracony rok - Katherine Marsh

Kup ebooka

41.00 zł
34.03 zł (34,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

MAT­THEW

Le­onia, New Jer­sey, Stany Zjed­no­czone2020

Mroczna be­stia Ga­non ata­ko­wał. Wy­ce­lo­wa­łem Łuk Świa­tła w ja­rzące się serce po­twora i sko­czy­łem. Wy­pu­ści­łem jedną strzałę, po­tem drugą.

- Jest, jest! - do­pin­go­wała mnie Ze­lda. - Moc Ga­nona ma­leje!

Bra­ko­wało je­dy­nie kilku tra­fień Łu­kiem Świa­tła i mógł­bym za­ła­twić naj­więk­szego, naj­sil­niej­szego bossa w grze i od­blo­ko­wać za­koń­cze­nie. Ale zo­stała mi tylko po­łowa ży­cia. Po­trze­bo­wa­łem po­ży­wie­nia. I to szybko! Za­nim brak­nie mi punk­tów ży­cia do dal­szej walki!

- Mat­thew?

Zaj­rza­łem do ekwi­punku. Zja­dłem już wszyst­kie steki i pra­wie całe je­dze­nie.

- Mat­thew! - krzyk­nęła mama. Stała tuż nade mną.

- Już idę - od­par­łem, nie ru­sza­jąc się z ka­napy, gdzie le­ża­łem zwi­nięty w kłę­bek z moim Swit­chem.

- Czas wyjść na dwór - oświad­czyła mama.

Jest! Zo­stał mi jesz­cze szasz­łyk grzy­bowy.

- Grasz w Ze­ldę już od pię­ciu go­dzin - upo­mniała mnie.

Wy­bra­łem szasz­łyk z menu.

- Wiem! - krzyk­ną­łem. - Lek­cje od­ro­bi­łem dziś rano.

Na­wet nie kła­ma­łem. Już od mie­siąca, od­kąd za­częła się pan­de­mia, bra­łem udział w lek­cjach on­line z wła­snej sy­pialni, ale za­zwy­czaj roz­pra­wia­łem się z pra­cami do­mo­wymi w cza­sie, gdy na­uczy­ciele war­czeli na po­zo­sta­łych uczniów, pro­sząc ich, by włą­czyli ka­merki albo prze­stali wy­głu­piać się na cza­cie. Wszy­scy by­li­śmy uzie­mieni - szkoła, za­ję­cia spor­towe i im­prezy uro­dzi­nowe zo­stały od­wo­łane - ale moi przy­ja­ciele mo­gli przy­naj­mniej sie­dzieć na po­dwór­kach do­mów swo­ich ko­le­gów i przez ja­kąś go­dzinę dzien­nie czuli się nor­mal­nie. Mnie na­wet to ode­brano, bo kilka ty­go­dni wcze­śniej mama za­de­cy­do­wała o za­bra­niu mo­jej pra­babci z domu opieki i prze­nie­sie­niu jej do nas. Miała na imię Nadia i sto lat, więc nie mo­gli­śmy po­zwo­lić so­bie na naj­mniej­sze ry­zyko, je­śli cho­dzi o ko­ro­na­wi­rusa, włą­cza­jąc w to za­pro­sze­nie zna­jo­mych do ogródka za do­mem.

- Nie to mam na my­śli - oświad­czyła mama. - Czas wró­cić na pla­netę Zie­mia.

- Nie, dzię­kuję - od­par­łem.

Pla­neta Zie­mia była ostat­nim miej­scem, gdzie chcia­łem te­raz być. Sie­dzia­łem w aresz­cie do­mo­wym z mamą i pra­bab­cią. Nie zro­zum­cie mnie źle - ko­cha­łem pra­bab­cię. Kiedy mama i ja od­wie­dza­li­śmy ją w domu opieki, za­wsze wsu­wała mi ukrad­kiem w rękę ba­to­niki 3 Mu­ske­te­ers. Na­wet przed uda­rem nie była szcze­gól­nie roz­mowna, ale nie prze­szka­dzało mi to: uśmie­cha­li­śmy się do sie­bie, a mama za­da­wała pie­lę­gniar­kom i opie­ku­nom z domu opieki mi­liony iry­tu­ją­cych py­tań, aby upew­nić się, że do­brze trak­tują pra­bab­cię. Gdy ta wpro­wa­dziła się do nas, nie zro­biła się na­gle bar­dziej roz­mowna, cho­ciaż już mniej się uśmie­chała. Więk­szość czasu spę­dzała w łóżku, oglą­da­jąc te­le­wi­zję, albo pa­trząc przed sie­bie z po­nu­rym wy­ra­zem twa­rzy. Gdy mama miała w pracy kon­fe­ren­cje na Zoo­mie, cza­sami pro­siła mnie, że­bym za­no­sił pra­babci jej po­siłki - oso­bliwe mik­stury, jak owsianka z su­szo­nymi śliw­kami na pa­rze. Czu­łem ulgę, wra­ca­jąc na ka­napę do Ze­ldy. Link, moja po­stać, obu­dził się ze stu­let­niego snu i wy­ru­szył ku utra­co­nym wspo­mnie­niom, by uwol­nić kró­le­stwo Hy­rule spod wła­da­nia mrocz­nej be­stii Ga­nona. Cią­gle był w po­dróży, prze­mie­rza­jąc Hy­rule w po­szu­ki­wa­niu ma­gicz­nych przed­mio­tów i wal­czył z po­two­rami, za­miast cią­gle na nowo prze­ży­wać ten sam nudny pan­de­miczny dzień.

Po­żar­łem szasz­łyk grzy­bowy i po­ziom ener­gii Linka wzrósł. Mo­głem wra­cać do ak­cji. Nad­cho­dzę, Ze­ldo!

Pod­nio­słem Łuk Świa­tła, wy­ce­lo­wa­łem... i wtedy mama wy­rwała mi kon­solę z rąk.

Wrza­sną­łem i sko­czy­łem na równe nogi. Ale po­nie­waż długo le­ża­łem w jed­nej po­zy­cji, zdrę­twiała mi noga i po­tkną­łem się. Mama wes­tchnęła.

- Wi­dzisz? To za­nik mię­śni.

- Nie! Nie! Nie! Nie mo­żesz mi tego zro­bić! Pra­wie prze­sze­dłem całą grę!

Jej twarz na­wet nie drgnęła. Dla­czego po­my­śla­łem, że zro­zu­mie, o czym mó­wię? To tata grał ze mną u sie­bie w domu - ale to było, za­nim wy­je­chał do swo­jej strasz­nie waż­nej pracy w Pa­ryżu.

Mama wska­zała mi drzwi.

- Marsz na ze­wnątrz - po­wie­działa.

Gdy wra­cało mi czu­cie w no­gach, prze­mknęło mi przez myśl, że mógł­bym zła­pać mo­jego Swit­cha i uciec. Jed­nak mama wy­da­wała się bar­dziej go­towa do walki niż sama mroczna be­stia Ga­non.

- Po­zwól mi cho­ciaż za­sej­wo­wać - po­wie­dzia­łem bła­gal­nym to­nem.

Ale mama nie za­mie­rzała da­wać mi kon­soli do ręki.

- Po­wiedz, co mam na­ci­snąć - za­żą­dała.

Nie ma nic bar­dziej stre­su­ją­cego niż pa­trze­nie, jak mama pró­buje ogar­nąć moją elek­tro­nikę. Z prze­ra­że­niem my­śla­łem, że przez przy­pa­dek ska­suje cały do­tych­cza­sowy prze­bieg gry. Po­pro­si­łem ją, żeby po­ka­zała mi ekran, bym mógł upew­nić się, że robi wszystko do­brze.

- Jak długo mu­szę zo­stać na dwo­rze? - za­py­ta­łem. My­śla­łem, że po­wie "pół go­dziny" i zdo­łam prze­ko­nać ją do pięt­na­stu mi­nut, ale mama już wszystko prze­wi­działa.

- Mu­szę szybko wy­sko­czyć po za­kupy, za­nim Jack za­dzwoni, żeby cze­piać się szcze­gó­łów w moim ar­ty­kule. - Mama była re­dak­torką w ty­go­dniku kie­ro­wa­nym przez tego ca­łego Jacka, na któ­rego nie­ustan­nie na­rze­kała. - Pra­bab­cia ucięła so­bie drzemkę, więc masz zo­stać na ze­wnątrz, do­póki nie wrócę.

- A nie mógł­bym zo­stać w domu z Ze­ldą? Obie­cuję, że będę ci­cho! - bła­ga­łem.

- Jesz­cze czego. - Mama pod­nio­sła moją kon­solę do góry. - Za­bie­ram to ze sobą.

- To prze­moc wo­bec dzieci! - za­wo­ła­łem. Nie do końca żar­to­wa­łem. Co niby mia­łem ro­bić poza do­mem zu­peł­nie sam? Wy­cią­gną­łem te­le­fon, żeby wy­słać do mo­jego przy­ja­ciela Jo­sha wia­do­mość z prośbą o wspar­cie. "SOS! Mama za­brała mo­jego Swit­cha".

- I żad­nych te­le­fo­nów na po­dwórku. - Mama wy­cią­gnęła rękę, żeby go skon­fi­sko­wać. - To ma być prze­rwa od elek­tro­niki na świe­żym po­wie­trzu.

Mama za­ło­żyła ma­seczkę, przy­łbicę i rę­ka­wiczki, po czym wy­pro­wa­dziła mnie, po­zba­wio­nego elek­tro­niki, za drzwi. Na­prawdę jej w tam­tej chwili nie­na­wi­dzi­łem. Ale nie mo­głem prze­cież uciec i za­miesz­kać z tatą. Przy­jął ofertę pracy ko­re­spon­denta w Pa­ryżu, a po­tem przez dur­nego ko­ro­na­wi­rusa za­mknęli gra­nice. Nie mia­łem jak go od­wie­dzić, a on mu­siał tam zo­stać, o ile nie chciał stra­cić pracy - gdyby wy­je­chał, nie wpusz­czono by go po­now­nie do Fran­cji.

Mie­li­śmy cał­kiem spore po­dwórko z ta­ra­sem od­cho­dzą­cym od po­koju pra­babci, parą bra­mek do gry w piłkę nożną i huś­tawką za­wie­szoną na drze­wie. Ale rany! Mia­łem trzy­na­ście lat, nie sie­dem. Do tego ko­pa­nie piłki do nogi zu­peł­nie sa­memu szybko ro­biło się nudne. Ru­szy­łem w stronę ga­rażu w po­szu­ki­wa­niu cze­goś do zro­bie­nia. Wtedy za­uwa­ży­łem pu­dło, które tata dał mi, za­nim ze­szłej je­sieni wy­pro­wa­dził się do Pa­ryża. Po­wie­dział, że to rze­czy z jego miesz­ka­nia w Bro­okly­nie i sprzęt spor­towy, któ­rego nie mógł za­brać do sa­mo­lotu.

Jako pierw­sze wpa­dły mi w oko rę­ka­wice do bejs­bola. Mniej­szą, moją, obej­mo­wała więk­sza - taty. Ich wi­dok przy­po­mniał mi tam­ten dzień ze­szłej je­sieni. Tata i ja by­li­śmy w parku Pro­spect, ra­zem z mnó­stwem lu­dzi, któ­rzy nie no­sili ma­se­czek ani przy­łbic ani nie wska­ki­wali nie­mal w krzaki, żeby tylko nie przejść zbyt bli­sko osoby nad­cho­dzą­cej z na­prze­ciwka. Wszy­scy urzą­dzali pik­niki i do­pin­go­wali małe dzieci, gra­jące w piłkę nożną, albo przy­sta­wali, by się przy­wi­tać i po­zwo­lić swoim psom na­wza­jem się ob­wą­chać. Tata i ja rzu­ca­li­śmy so­bie piłkę, spo­koj­nie i bez żad­nej spiny, na­wet ze sobą nie roz­ma­wia­jąc. Cie­szy­li­śmy się każ­dym mla­śnię­ciem piłki o rę­ka­wice, bla­skiem słońca i je­sien­nym za­pa­chem wy­sy­cha­ją­cych li­ści. Po­tem po­szli­śmy do Pep­pino's, na­szej ulu­bio­nej piz­ze­rii, obej­rze­li­śmy na ich te­le­wi­zo­rze, jak jan­kesi po­wa­lają na ło­patki red sok­sów, i zje­dli­śmy ca­lu­teńką pizzę pep­pe­roni XL.

Na samo wspo­mnie­nie tego dnia za­kłuło mnie w klatce pier­sio­wej. Pod­nio­słem rę­ka­wice i roz­dzie­li­łem je. Wtedy za­uwa­ży­łem, co le­żało pod nimi: Łuk Świa­tła.

No do­bra, nie był to praw­dziwy Łuk Świa­tła, ale praw­dziwy łuk, a pod nim le­żało w nie­ła­dzie kilka strzał. Ich groty były tępe, ale mo­gły spo­wo­do­wać znacz­nie więk­sze znisz­cze­nia niż zwy­czajne za­bawki z przy­ssaw­kami na czubku, przy­naj­mniej wnio­sku­jąc z ostrze­że­nia wy­dru­ko­wa­nego na sa­mym łuku czer­wo­nymi li­te­rami: "WY­MAGA NAD­ZORU OSOBY DO­RO­SŁEJ".

Za­czą­łem bu­szo­wać w ko­szu do re­cyc­lingu w po­szu­ki­wa­niu pu­stych pu­szek, z któ­rych mógł­bym zbu­do­wać moją wła­sną mroczną be­stię Ga­nona - albo mroczną be­stię Pu­szona, jak go na­zwa­łem, bo, sami prze­cież wie­cie, miał być zro­biony z pu­szek. Ale mama cho­mi­ko­wała puszki z zu­pami i fa­solką na wy­pa­dek apo­ka­lipsy, jak wszy­scy, któ­rzy przez ko­ro­na­wi­rusa wpa­dli w pa­nikę, więc nie zna­la­złem ich wiele. Mu­sia­łem wy­ko­rzy­stać pu­ste opa­ko­wa­nia po nu­tri­drin­kach - nie ma nic bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego niż po­twór zbu­do­wany z pre­pa­ra­tów od­żyw­czych dla sta­rych lu­dzi - ale na­wet one nie po­zwo­liły mi osią­gnąć szcze­gól­nie im­po­nu­ją­cego roz­miaru. Aby uczy­nić mroczną be­stię Pu­szona nieco wyż­szą, prze­cią­gną­łem me­ta­lowy sto­lik ka­wowy do kra­wę­dzi ta­rasu i usta­wi­łem pusz­kowy ka­dłub na bla­cie. Na­stęp­nie uklą­kłem z Łu­kiem Świa­tła za wiel­kim krza­kiem aza­lii na ty­łach po­dwó­rza i za­czą­łem uda­wać, że je­stem Lin­kiem, a Ze­lda do­pin­guje mnie do walki.

- Da­waj, Link! Ce­luj w ża­rzące punkty! - wy­krzyk­ną­łem wy­so­kim, ze­ldo­wa­tym gło­sem.

Głu­pawe, wiem. Ale ba­wi­łem się cał­kiem nie­źle, szcze­gól­nie gdy wy­sko­czy­łem zza krzaka, na­cią­gną­łem strzałę i wy­pu­ści­łem ją. Mroczna be­stia Pu­szon ru­nęła na zie­mię z cu­dow­nie gło­śnym gru­cho­tem, a puszki po­to­czyły się po ta­ra­sie.

Te­raz do­my­ślam się, że to ten ha­łas mu­siał obu­dzić pra­bab­cię. Jed­nak w tam­tym mo­men­cie w ogóle o niej nie my­śla­łem. Nie my­śla­łem o ni­czym - ani o ta­cie, ani o pan­de­mii, ani o tym, że mama za­brała mo­jego Swit­cha. Uwol­ni­łem się od tego wszyst­kiego i by­łem bo­ha­te­rem z mi­sją do wy­peł­nie­nia, a los kró­le­stwa spo­czy­wał na mo­ich bar­kach. Wsko­czy­łem na ta­ras, ze­bra­łem puszki i zbu­do­wa­łem po­twora na nowo. Znowu wy­co­fa­łem się za krzak aza­lii, gdzie ode­gra­łem długą roz­mowę Ze­ldy z Lin­kiem. Tak się na­krę­ci­łem, że gdy wy­sko­czy­łem zza krzaka, wy­strze­li­łem z łuku, nie pa­trząc, gdzie ce­luję. Na po­czątku nie są­dzi­łem, że to coś zmie­nia - w naj­gor­szym ra­zie od­jął­bym so­bie po­łowę serca za kiep­ski strzał. W miarę jak po­dą­ża­łem wzro­kiem za le­cącą strzałą, uświa­da­mia­łem so­bie, że mija mroczną be­stię Pu­szona i kie­ruje się pro­sto na sto­jącą w otwar­tych drzwiach pra­bab­cię.

- Pra­bab­ciu! - krzyk­ną­łem.

Ale było już za późno. Roz­brzmiało gło­śne brzdęk­nię­cie, a po chwili do­strze­głem, że jej spodnie po­krył brą­zowy płyn. W chwili cał­ko­wi­tej pa­niki po­my­śla­łem, że ustrze­li­łem z łuku wła­sną pra­bab­cię, aż zda­łem so­bie sprawę, że krew jest prze­cież czer­wona, a nie brą­zowa. Wtedy zo­ba­czy­łem po­jem­ni­czek le­żący u jej stóp. Nie tra­fi­łem pra­babci, tylko cze­ko­la­dowy nu­tri­drink, który trzy­mała w ręku.

Pra­bab­cia pod­nio­sła wzrok znad prze­siąk­nię­tych nu­tri­drin­kiem spodni i za­śmiała się krótko i dziw­nie. To spło­szyło mnie nie­mal tak bar­dzo jak fakt, że w nią strze­li­łem. Pra­wie ni­gdy się nie śmiała.

- Prze­pra­szam! Tak strasz­nie prze­pra­szam! - wy­krzyk­ną­łem. - Za­cze­kaj, za­raz przy­niosę ręcz­nik.

W tym sa­mym mo­men­cie sa­mo­chód mamy pod­je­chał pod dom. Dał się sły­szeć trzask za­my­ka­nych drzwi. Od­głos kro­ków zbli­żał się w moją stronę. Rzu­ci­łem Łuk Świa­tła w krzaki. A przy­naj­mniej tam ce­lo­wa­łem, ale on wy­lą­do­wał u stóp mo­jej mamy.

Ja­kieś dwie se­kundy upły­nęły, za­nim zro­zu­miała, co za­szło, i ka­zała mi iść do mo­jego po­koju. Sły­sza­łem, jak po­maga pra­babci się prze­brać i jak gniew­nie stąpa do piw­nicy, żeby wrzu­cić jej spodnie do pra­nia. Po­tem wpa­dła do mo­jego po­koju na Roz­mowę.

- Spro­wa­dzi­li­śmy tu pra­bab­cię, żeby była bez­pieczna, a nie po to, że­byś mógł trak­to­wać ją jak żywy cel! - krzyk­nęła.

Prawdę mó­wiąc, cały ten in­cy­dent wstrzą­snął mną do ży­wego, a tym­cza­sem mama ujęła to tak, jak­bym pla­no­wał zo­stać plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym pra­babci.

- Na­prawdę prze­pra­szam - po­wie­dzia­łem. - Ale nie ce­lo­wa­łem w nią. Nie za­uwa­ży­łem na­wet, że tam jest!

Mama spoj­rzała na mnie krzywo.

- A pa­trzy­łeś w ogóle, gdzie strze­lasz?

Mój we­wnętrzny ad­wo­kat pod­po­wia­dał mi, żeby tego nie ro­bić, ale mimo wszystko wy­pa­li­łem:

- Wy­sko­czyła zu­peł­nie znie­nacka.

- Ja­sne - po­wie­działa mama. - Twoja pra­bab­cia to praw­dziwy ninja.

- To był wy­pa­dek, okej? Od razu ją prze­pro­si­łem. Nic jej nie było. Na­wet się za­śmiała.

Gdyby mama nie chciała za wszelką cenę spra­wić, bym czuł się jak kom­pletny buc, mógł­bym ją za­py­tać, czemu jej zda­niem pra­bab­cia się za­śmiała - zu­peł­nie jakby zna­le­zie­nie się na ce­low­niku po­pra­wiło jej hu­mor. Ale mama naj­wy­raź­niej mnie nie słu­chała.

- Ona ma sto lat, Mat­thew. Mo­głeś tra­fić ją w oko albo spra­wić, że straci rów­no­wagę!

- Prze­cież prze­pro­si­łem - wy­mam­ro­ta­łem pod no­sem.

Tego mama też naj­wy­raź­niej nie usły­szała.

- Nie po­wi­nie­neś w ogóle ba­wić się łu­kiem i strza­łami - cią­gnęła. - Wy­sła­łam wia­do­mość two­jemu ta­cie. Nie ro­zu­miem, czemu w ogóle zo­sta­wił ten...

- To nie jego wina!

- Nie - zgo­dziła się. - Wina jest twoja.

- Okej, prze­pra­szam. Na­prawdę prze­pra­szam. Zro­bi­łem coś głu­piego. - Od­cze­ka­łem chwilę, żeby po­ka­zać, że mó­wię po­waż­nie. Po­tem do­da­łem: - Mogę te­raz do­stać z po­wro­tem moją kon­solę?

- Nie!

- Ale wy­sze­dłem na dwór! I prze­pro­si­łem!

- Przy­kro mi, Mat­thew, ale po­trze­bu­jesz prze­rwy od elek­tro­niki. Praw­dzi­wej prze­rwy.

Co?! By­łem tak bli­sko przej­ścia Ze­ldy do końca! Spo­koj­nie, tylko spo­koj­nie, po­wie­dzia­łem so­bie.

- Jak długo?

Mógł­bym przy­siąc, że uśmiech­nęła się jak ja­kiś prze­bie­gły czarny cha­rak­ter.

- Dwa ty­go­dnie - po­wie­działa.

Zgią­łem się wpół, jakby ugo­dziła mnie strzała.

- Tata ni­gdy by mi tego nie zro­bił!

Mama wzru­szyła ra­mio­nami.

- Jego dom, jego za­sady. Mój dom, moje za­sady.

- Ale ja nie mogę na­wet iść do jego domu! - wy­krzyk­ną­łem. - Tata jest na in­nym kon­ty­nen­cie!

- Przy­kro mi, że je­steś z nami uwię­ziony - po­wie­działa mama. - Jed­nak zde­cy­do­wa­nie za dużo czasu spę­dzasz przy­kle­jony do ekranu. Po­trzebny ci de­toks. A skoro tak lu­bisz grze­bać w cu­dzych pu­dłach, chcia­ła­bym, że­byś spę­dził tro­chę two­jego no­wego wol­nego czasu, po­ma­ga­jąc pra­babci upo­rząd­ko­wać jej rze­czy.

- Masz na my­śli pu­dła w jej po­koju?

- Tak.

Pra­wie każ­dego ranka mama ogła­szała, że dziś wresz­cie nad­szedł dzień, by przej­rzeć pu­dła, które pra­bab­cia trzy­mała wcze­śniej w ma­ga­zy­nie domu opieki. Ale każ­dego wie­czora o wpół do dzie­sią­tej mama pa­dała na ka­napę i oświad­czała, że jest zbyt zmę­czona, by się za to za­brać.

- To dla cie­bie ide­alne za­ję­cie - do­dała.

Spró­bo­wa­łem so­bie wy­obra­zić, co może w nich być. Sztuczne zęby, nie­ważne ku­pony pro­mo­cyjne, przed­wieczna bie­li­zna. Te­raz na­prawdę ża­ło­wa­łem mo­jego ze­ldo­wego larpa. Nie chcia­łem tkwić w za­ku­rzo­nym, kwa­śno pach­ną­cym po­koju i py­tać pra­bab­cię o jej rze­czy. Chcia­łem zo­ba­czyć mo­ich przy­ja­ciół. Chcia­łem zo­ba­czyć tatę. Chcia­łem na­wet wró­cić do gim­na­zjum (kto by przy­pusz­czał, że kie­dy­kol­wiek to po­wiem?). Jed­nak nie mo­głem nic zro­bić.

Mama mu­siała do­strzec wy­raz pa­niki na mo­jej twa­rzy, bo na­gle zła­god­niała.

- Jak tylko skoń­czysz po­ma­gać pra­babci po­rząd­ko­wać pu­dła, po­roz­ma­wiamy o tym, kiedy do­sta­niesz kon­solę, do­brze?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki