PRZYJAŹŃ JEST DLA GŁUPCÓW
Trzęsionka
Wiedział, że już jako dziecko miał napady padaczki. Oznaki choroby, które usłyszał z opisów matki, miały następujący przebieg: zginał główkę do klatki piersiowej, podkurczał nóżki, rozkładał szeroko rączki i doznawał lekkich drgawek. Reakcje ciała potomka budziły strach u rodzicielki. Zabrała więc dziecko do poradni lekarskiej, by zasięgnąć opinii specjalisty. Opisała lekarzowi zauważone objawy, ale doktor początkowo nie widział w reakcjach nic podejrzanego. Uspokoił matkę wyjaśniając, że podobne objawy są normalną rekcją organizmu dziecka. Młode organizmy często doznają lekkich wstrząsów, na przykład przed zaśnięciem, jednakże zauważone skurcze mięśni nie mają zupełnie charakteru chorobowego.
Z czasem jednak doznane wstrząsy nie zanikły, a powtarzały się nadal regularnie. Matka ponownie zwróciła się do lekarza z prośbą o pomoc. Doktor przeprowadził z rodzicielką szczegółowy wywiad na temat przebiegu porodu. I wtedy dowiedział się, że poród odbywał się z komplikacjami. W trakcie akcji porodowej doszło do wahań tętna płodu i trzeba było zastosować cesarskie cięcie. Poród zatem przebiegał z kłopotami i w wyniku powstałych problemów doszło do niedotlenia mózgu noworodka. W efekcie nastąpiły trwałe zmiany w postaci powtarzających się rzutów typowej padaczki.
Lekarz zapisał dziecku odpowiednie środki farmakologiczne i poinstruował rodzicielkę, jak postępować w razie nawrotów epilepsji. Odtąd żył już w stałym zagrożeniu występujących czasowo zaburzeń padaczkowych.
W szkole podstawowej nosił ksywkę: Trzęsionka. Usłyszane przezwisko doprowadzało Kornela do szewskiej pasji. Kiedyś pobił się z jednym chłopakiem, który nie tylko nazwał kolegę klasowego: Trzęsionka, ale jeszcze zaczął potrząsać całym ciałem naśladując atak padaczki. Rzucił się na przeciwnika uniesiony palącym gniewem. Poczęli okładać się pięściami. Inni koledzy otoczyli walczących kołem i zagrzewali rywali do ostrego starcia. Stronnicy Kornela wołali:
- Załatw go, Trzęsionka!
Przeciwnicy zaś wykrzykiwali:
- Dołóż Trzęsionce!
Słyszał jedynie stale powtarzane znienawidzone przezwisko, którego dźwięk doprowadzał Kornela do jeszcze większej furii. Nie wiadomo jak skończyłaby się walka, gdyby przeciwników nie rozdzielił któryś z nauczycieli. Po zakończonym pojedynku Kornel odsunął się od wszystkich kolegów w klasie. Przestał akceptować kogokolwiek. Szedł do szkoły sam i wracał do domu samotnie, bez żadnej kompanii. Matka domyślała się przeżyć towarzyszących synowi, ale cóż mogła poradzić? Starała się jedynie zapewnić jak najlepsze warunki pobytu w domu.
W szkole średniej, do której trafił, też nie przyjaźnił się z nikim szczególnie. Uważany był, za pewnego rodzaju dziw natury. Zwłaszcza po zaobserwowanym przez kolegów jednym z ataków choroby. Fama poszła o dziwnym zachowaniu się Kornela. Plotka zaczęła zataczać coraz szersze kręgi i - jak w plotce bywa - stawała się coraz bardziej nieprawdopodobna. Jeden widział kiedyś, jak Kornel tupał nogami bezsilnie, leżąc na ziemi, drugi zauważył, że rzucał spazmatycznie głową na boki, inny zaś dostrzegł wykrzywioną twarz w przeraźliwym grymasie. W sumie ukazał się obraz osobnika nieprzewidywalnego, groźnego, a nawet niebezpiecznego w szale ogarniającym organizm. Dopiero wychowawca klasy wyjaśnił, że Kamil cierpi na chorobę o charakterze neurologicznym. Przypadłość nie jest szkodliwa dla otoczenia. Kamil jest normalnym młodym człowiekiem. Może osiągać dobre wyniki w nauce. Niekiedy doznaje ataków schorzenia, ale przyjaciele powinni pomagać koledze w trudnych chwilach. Nie nagłośniać przypadku i nie wzbudzać sensacji, jedynie, w razie pojawienia się objawów choroby, powiadomić kogoś z grona nauczycielskiego, żeby zajął się cierpiącym.
Czym jest padaczka czy epilepsja? Padaczka jest dolegliwością nieprawidłowo funkcjonujących komórek mózgowych. W korze mózgowej dochodzi do wyładowań elektrycznych, które zakłócają rytm pracy mózgu. W efekcie, gdy zespół neuronów zostaje pobudzony, wysyła niewłaściwe sygnały do części ciała, z którymi jest połączony. Następuje wtedy reakcja ruchowa odpowiednich fragmentów organizmu. Jeśli sygnał trafia do mięśni twarz, oblicze wykrzywia się, chory przewraca gałkami oczu albo mruga powiekami. Gdy komunikat dociera do narządów ruchu szyi dotknięty chorobą poczyna potrząsać lub rzucać głową. Kiedy sygnał przenika do kończyn cierpiący doznaje spazmatycznych drgawek rąk oraz nóg. Bywa też czasami tak, że dotknięty schorzeniem traci przytomność. Na ogół jednak, po kilku albo kilkunastu minutach objawy ustępują i chory odzyskuje pełną świadomość.
Pomoc świadków wypadku powinna być natychmiastowa i w pełni miarodajna. Należy szybko podłożyć coś miękkiego pod głowę cierpiącego, na przykład kurtkę, czy plecak, żeby nie wyrządził sobie krzywdy, uderzając głową o twarde podłoże. Nie należy wkładać żadnych twardych przedmiotów w usta chorego: chodzi oto, żeby zapewnić dotkniętemu epilepsją jak najłatwiejszy dostęp do głębokiego i pełnego oddechu. Układamy chorego na plecach lub na boku, podginając jedną nogę, by zapewnić swobodę ruchu. I czekać cierpliwie, aż atak minie. Gdy cierpiący odzyska świadomość, zapytać: jakie lekarstwa zażywa i czy ma odpowiednie środki medyczne przy sobie? Jeżeli posiada przypisane farmaceutyki, pomóc przyjąć leki podając ewentualnie trochę wody w szklance czy w innym naczyniu do popicia. To wszystko! Tyle zakłada medyczna instrukcja niesienia pomocy osobie cierpiącej na epilepsję...
Sięgając pamięcią wstecz można stwierdzić, że wiele znanych osób cierpiało na padaczkę. Najdawniejszą osobą chorą na epilepsję był Sokrates, wielki filozof grecki. Poszukiwacz prawdy o dobru i ładzie moralnym. Za głoszone poglądy został skazany na karę śmieci. Wśród epileptyków byli też ważni wodzowie wojskowi, jak Karol Wielki, który pobił pół średniowiecznej Europy, czy Napoleon Bonaparte twórca imperium cesarskiego. Epileptykami byli również znani pisarze i artyści.. Do chorych na padaczkę zaliczali się tacy literaci, jak Dante Alighieri twórca "Boskiej komedii", Lew Tołstoj autor epopei "Wojna i pokój" czy Fiodor Dostojewski, który napisał powieść "Zbrodnia i kara". Do grona chorych należeli także kompozytorzy muzyczni; jednym z wielkich kompozytorów był Ludwik van Beethoven, twórca słynnej "Ody do radości" oraz Nicolo Paganini, znany włoski skrzypek. Niedomaganie, które posiadali, nie miało żadnego wpływu na poziom intelektualny i twórczy wymienionych osób.
ze szkolnego pamiętnika...
"Wiele wody w rzece upłynie,
ale nasza przyjaźń nie zginie."
"Płyną chmury po niebie,
moja przyjaźń nie zgaśnie do ciebie."
"Wszystko na świecie nie stałe,
Czas wszystko rozrywa,
Jedynie tylko są trwałe
Szczerej przyjaźni ogniwa."
"Nie ufaj tym, co o przyjaźni mówią wiele.
Lecz obsypuj deszczem złotym,
Tych, co są przyjaciółmi i nie mówią o tym."
Mały książę
Kiedy miał dziewięć albo dziesięć lat dostał od mamy książeczkę pod tytułem "Mały książę", której autorem był pilot francuski o dziwnie brzmiącym nazwisku. Później w szkole, jedna z nauczycielek powiedziała, że należy wymawiać nazwisko pisarza jako Antuę de Sęteksiperi. Od momentu otrzymania prezentu praktycznie nie rozstawał się z publikacją. Czytał książeczkę na różne sposoby: z przodu i z końca, i w środku. Otwierał wydanie na dowolnej stronie i od razu zagłębiał się w atmosferę baśni. Książeczka była jak torebka z cukierkami: wkładał rękę do środka, odnajdował karmelek, za każdym razem inny, odwijał papierek, wkładał do buzi i poczynał rozsmakowywać się słodkim wytworem. Cukierków nie ubywało, wciąż torebka była pełna, a każdy karmelek były pyszny, aromatyczny i jedyny w wybranym gatunku.
Narratorem był francuski lotnik, który rozwoził pocztę. Ale pewnego razu maszyna popsuła się pilotowi i wylądował awaryjnie na pustyni. Wokół był tylko piasek, a najbliższa siedziba ludzka znajdowała się gdzieś niesamowicie daleko. Strudzony lotnik zasnął na piasku, a kiedy się ocknął zobaczył stojącą w pobliżu postać ludzką. Osobnikiem był mały chłopiec, ubrany w książęcy strój. Nosił długi surdut, miał białe bryczesy, wysokie buty, a w ręku trzymał szpadę. Chłopiec nie wyglądał na zagubionego, spragnionego czy przestraszonego. Powiedział jedynie do pilota:
"Narysuj mi baranka."
Lotnik był zaskoczony nieprawdopodobną i absurdalną sytuacją. Ale nie dał poznać po sobie, wyciągnął papier i pióro, i narysował baranka. Lecz rysunek nie spodobał się chłopcu, naszkicował więc drugie zwierzątko, a potem trzecie. Żadne nie przypadło małemu gościowi do gustu, więc zirytowany pilot narysował pudełko z otworami i rzekł:
"W tej skrzynce jest baranek, którego chciałeś mieć."
Ostatni rysunek spodobał się wreszcie Małemu Księciu.
Drobna postać zaintrygowała lotnika. Zapytał więc przybysza:
"Co ty tu robisz, mały?"
"Spadłem z nieba" - odpowiedział chłopiec.
"Ja też" - przyznał awiator.
"Tak. A z jakiej planety jesteś?" - zapytał malec.
Wtedy lotnik zrozumiał, że ma przed sobą przedstawiciela odległej, nieznanej asteroidy; człowieka może spoza układu słonecznego. W kosmosie jest tyle gwiazd, które dotąd nikt nie oglądał, więc może z któregoś nieznanego ciała niebieskiego przybył mały podróżnik.
Od pamiętnego dnia lotnik został wiernym towarzyszem Małego Księcia. Stali się prawdziwymi przyjaciółmi. Z jednej strony dorosły człowiek, odpowiedzialny pilot, mieszkaniec ziemi, a z drugiej mały chłopiec, o książęcym wyglądzie i pochodzący znikąd, z niezidentyfikowanej planety.
Każda przygoda, którą opowiedział nowemu przyjacielowi przybysz z zaświatów, była wielkim przeżyciem dla chłopca o imieniu Kornel, dotkniętego epilepsją. Bohater opowieści postanowił bowiem zwiedzić inne planety krążące wokół asteroidy, której był właścicielem. Pragnął nauczyć się czegoś albo zdobyć nowych przyjaciół.
Na pierwszej planecie spotkał Starego Króla, dumnego i władczego. Od monarchy dowiedział się, że znacznie trudniej sądzić samego siebie niż bliźniego. Jeżeli potrafisz dobrze osądzić siebie, będziesz naprawdę mądry.
Na drugiej planecie zetknął się z człowiekiem próżnym. Spotkany osobnik powiedział, że ludzie próżni znoszą tylko pochwały.
Na następnej planecie przebywał pijak. Mały Książę zapytał pijaka: "Dlaczego pijesz?" Alkoholik odparł: "Piję ze wstydu, że jestem pijakiem."
Czwartą planetę zajmował bankier. Bankowiec zajmował się liczeniem gwiazd. Na pytanie Małego Księcia: "Po co to robisz?" Bankier odpowiedział: "Bo chcę być bogaty." Odpowiedź bankowca nie zadowoliła Małego Księcia, zadał więc kolejne pytanie: "A co zrobisz z posiadanymi gwiazdami?" Bankier odrzekł: "Nic. Policzę je dokładnie, zapiszę na kartce papieru i zamknę w szufladzie na klucz." Mały Książę pomyślał: "To całkiem niepoważne."
Na piątej planecie ujrzał latarnika, który zapalał i gasił latarnię. Asteroida była tak mała, że szybki obrót powodował, że trzeba było stale zapalać i gasić latarnię. Jednak latarnik wzbudził sympatię Małego Księcia. Uznał, że pracowitość wykonawcy zasługuje na szacunek.
Na kolejnej planecie natknął się na Starszego Pana, który przedstawił się jako geograf. Mały Książę zapytał uczonego, jaką planetę powinien odwiedzić? Geograf odparł: "Polecam ziemię, bo ma dobrą sławę."
Mały Książę odwiedził więc ziemię. Trafił na Saharę i pierwszą żywą istotą, którą spotkał, była żmija. Lecz żmija nie wydawała się dość potężna Małemu Księciu. Żmija zapewniła jednak, że jest zdolna przenieść podróżnika w przyszłości na planetę, z której pochodzi. Następnie gwiezdny przybysz, wędrując przez różne krainy dotarł do miejsca, w którym spotkał lisa. Mały arystokrata oswoił lisa i obaj zaprzyjaźnili się. A kiedy przyszło do rozstania, lis powierzył przyjacielowi wielką tajemnicę, która brzmiała następująco: "Tylko sercem widzi się dobrze. A to, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oczu."
Tymczasem skończył się zapas wody, który posiadał lotnik.
"Musimy iść poszukać wody"- oznajmił pilot.
Przyjaciele wyruszyli na poszukiwanie wody. Szli cały dzień i całą noc, aż wreszcie znaleźli studnię. Wyciągnęli wiadro wody ze źródła i ugasili pragnienie.
"Jakie masz plany na przyszłość"? - zapytał Małego Księcia lotnik.
"Będę musiał wrócić na swoją planetę" - odparł. - "Żmija mi pomoże".
"Kiedy"?
"Dziś w nocy".
Lotnikowi zrobiło się smutno. Młody panicz pocieszył druha:
"Nie martw się. Bo kiedy będziesz patrzył na gwiazdy, nie zobaczysz mojej planety, ale będziesz wiedział, że na jednej z nich mieszkam ja, twój przyjaciel. I wtedy zrobi się ci wesoło. Będziesz się uśmiechał do gwiazd. Tego, co najważniejsze, nie można zobaczyć okiem."
Następnego dnia rano nie było już śladu po Małym Księciu. Pilot nareperował maszynę i odleciał do rodzinnego kraju.
Młody Kornel też wpatrywał się w niebo. Śledził gwiazdy. Wierzył, że na jednej z gwiazd mieszka Mały Książę. Bardzo chciał poznać niebieskiego Królewicza.
z zapisków Kornela...
Przybył z nieznanej planety.
Chciał mieć baranka.
W środku pustyni,
Chciał mieć baranka.
Gdzie nie ma wody, ani trawy.
Chciał mieć baranka.
Dziwny chłopiec.
Chciał mieć baranka.
Otrzymał skrzynkę.
Chciał mieć baranka.
Uradował go prezent.
Chciał mieć baranka.
Wrócił na swoją planetę.
Chciał mieć baranka.
Pasie tam teraz owieczkę.
Chciał mieć baranka...
...ciąg dalszy w pełnej wersji książki
STRACONE ZŁUDZENIA
Rozdział I
Rejonowy Ośrodek Pomocy Społecznej w odległej dzielnicy miasta mieścił się w parterowym budynku, w otoczeniu leśnego ostępu. Autobusem liniowym dojeżdżało się do pętli komunikacyjnej, wysiadało się i wąską aleją betonową dochodziło się do pawilonu. Las, który otaczał ośrodek, był skupiskiem drzew sosnowym. Wzdłuż alei stały dorodne sosny, o smukłych i prostych pniach, bursztynowej korze i ciemnozielonych koronach zaopatrzonych w długie igły, bujnych i splątanych w nierozerwalną gęstwinę. Przed budynkiem rosły strzeliste świerki, przysłaniały całkowicie fasadę pawilonu, a szczyty drzew wystawały wysoko ponad dach budowli. Pawilon miał kształt prostopadłościanu, o płaskim zadaszeniu, jasnych ścianach i prostokątnych oknach umieszczonych w równym szeregu, w części frontalnej obiektu. Do budynku prowadziły klasyczne drzwi, wykonane z drewna dębowego, odpornego na działanie warunków atmosferycznych, ale także na częste używanie podwoi przez klientów ośrodka.
Zadania Ośrodka polegały na niesieniu pomocy socjalnej w szerokim zakresie potrzeb. Dotyczyły zwłaszcza warstw społecznych dotkniętych różnego rodzaju nieszczęściami i trudnościami w życiu osobistym. Obejmowały opieką ludzi, którzy znaleźli się na skraju nędzy, opuszczonych, niepełnosprawnych, a także zniszczonych przez nałogi. Pomoc niesiona potrzebującym miała konkretny wymiar w postaci dożywiania częściowego lub całodziennego, wydawania przyodziewku, opału, przydzielania zasiłków socjalnych, a nawet prowadzenia warsztatów terapeutycznych. Pracownicy socjalni dokonywali szeroko pojętej akcji wywiadowczej. Docierali w różne rejony dzielnicy, penetrowali również nieznane zakątki, odosobnione i zapomniane. Wynajdowali osobników wyczerpanych na zdrowiu, wykolejonych i pokrzywdzonych. Szukali dla podopiecznych miejsca w placówkach medycznych, domach opieki społecznej czy schroniskach. Ratowali ludzi z opresji, za zgodą i bez aprobaty poszkodowanych, chronili przed samounicestwieniem. Wykonywali ciężką i mozolną pracę, nie oczekując żadnych pochwał i nagród. Ośrodek spełniał bardzo potrzebną i ważną rolę w środowisku miejskim.
Do Ośrodka zgłosił się pewnego razu Antoni Marcelak ze skierowaniem z Powiatowego Urzędu Pracy. Marcelak nie miał konkretnego przygotowania zawodowego. Akurat był wolny etat woźnego w ośrodku, zatem Antoni został zatrudniony, jako pracownik do zadań fizycznych. Do obowiązków Antoniego należało dbanie o porządek w ośrodka oraz na terenie wokół siedziby, drobne naprawy sprzętu biurowego, konserwacja sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, a także doraźne zakupy na potrzeby biura i pracowników. Widziany był tu i tam, w różnych miejscach biura, zajęty rozmaitymi zleconymi działaniami. Czasami ktoś informował Antoniego o zaistniałych usterkach lub dopytywał się o finał wykonanej usługi. Stał się jakby łącznikiem między wszystkimi ważnymi i konkretnymi pracownikami w instytucji.
Byłem także zatrudniony w Ośrodku. Prowadziłem zajęcia rękodzielnicze dla młodzieży i dorosłych, podczas których wykonywaliśmy różne ozdoby i przedmioty o charakterze dekoracyjnym. Początkowo nie zaprzątałem sobie uwagi osobą Antoniego. Został jednym z etatowych pracowników firmy i nie wyróżniał się niczym szczególnym. Lecz dowiedziałem się kiedyś, że był aktorem i występował na deskach Teatru Miejskiego. Otrzymana wiadomość zaintrygowała mnie wówczas ogromnie. Obaj mieliśmy zainteresowania artystyczne. Dlaczego jeszcze młody człowiek nie kontynuował kariery teatralnej, tylko poświęcił się pracy mało ważnej, nieciekawej z punktu widzenia zawodowego i słabo płatnej? Nie widywaliśmy się często, ale któregoś razu, podczas przypadkowego kontaktu, ucięliśmy krótką pogawędkę na temat pracy, którą wykonujemy. Zawarliśmy więc znajomość i obecnie podczas każdego okazyjnego spotkania z zainteresowaniem wymienialiśmy spostrzeżenia i uwagi, nie tylko na temat wykonywanych zajęć, ale także w sensie ogólnym, ponad zawodowym. Antoni lubił wymieniać poglądy i chętnie opowiadał o wszystkim, co leżało człowiekowi na sercu. Sądzę, że byłem dobrym słuchaczem i podzielałem uwagi, które wygłaszał, dlatego prowadziliśmy niejednokrotnie długie i szczerze dyskursy na różne tematy.
Rozdział II
Widywaliśmy się podczas różnych sprzyjających okoliczności i wymienialiśmy rozmaite sądy na interesujące kwestie. Razu pewnego Antoni zajrzał zaciekawiony do pracowni, w której prowadziłem zajęcia. Miałem okazję pokazać współpracownikowi prace wykonywane przez uczestników warsztatów. Wyprodukowane rekwizyty były różnorodne, o szerokim zakresie tematycznym. Kreatywność wytwórców była nieograniczona. Zajmowaliśmy się wyrobem biżuterii, ozdób świątecznych, przedmiotów dekoracyjnych czy produktów z dzianiny i filcu. Największym zainteresowaniem cieszyły się wytwory precjozów ozdobnych. Ulubionymi cackami produkowanymi przez rehabilitantów były bransoletki, naszyjniki, wisiorki i kolczyki. Każdy z chałupników, uznał za punkt honoru stworzenie nietypowej ozdoby, która będzie oznaką danej osoby. Zapragnęli wyróżniać się bardziej spośród innych, jakby chcieli odrzucić stary tryb życia, odciąć się od anonimowości. Stać się kimś innym, nowym, lepszym. Wymyślali zatem różne wzory, układy, kombinacje, niepodobne jedne do drugich, byle zaznaczyć autorską indywidualność. Oczywiście, zakładali później przybrania na szyję lub przeguby i paradowali dumnie w środowisku, na znak, że osiągnęli już nowy status w życiu.
Pokazałem koledze kilka przykładowych unikatów wytworzonych przez podopiecznych. Wśród okazów znalazł się dorodny naszyjnik, który przypadł Antoniemu szczególnie do gustu. Egzemplarz był naszyjnikiem typy meksykańskiego. Składał się z zasadniczego elementu, koralu Murano o rdzawej barwie, płaskiego jak plakietka, lśniącego i przewierconego na wylot. Zawieszony był na dwóch cienkich rzemykach, połączonych specjalną zapinką. Na paskach zawiązane były liczne supełki. Między węzełkami umieszczone były szklane paciorki. Do głównego koralu podpięte były grube warkocze, wykonane ze sznurka zabarwionego na bordo. Na końcówki splotów nawleczone były czerwone i ametystowe kulki z marmuru. Całość była niewątpliwie bardzo egzotyczna i fascynująca.
Przedstawiłem znajomemu jeszcze inne przykłady wyrobów sporządzonych przez miejscowych amatorów. Pokazałem wyplecione makramy. Nazwa makrama wywodzi się od starożytnej sztuki wyplatania węzłów z różnego rodzaju sznurków. Można, stosując powyższą technikę, wyplatać rozmaite przedmioty użytkowe, jak na przykład kwietniki, makaty, paski, torebki. Przedstawiłem koledze kilka ciekawych produktów. Zaprezentowałem Antoniemu makramy w postaci wiszących kwietników. Wykonane były z mocnego sizalu. Składały się z utkanych fantazyjnie miseczek, w których umieszczane są różnego rodzaju donice lub gliniane wazony z roślinami. Całość podpięta była do grubych splotów, połączonych wspólnie metalowym kółkiem. Krążek służył do zawieszenia plecionki pod sufitem, belce stropowej lub innym dowolnym miejscu.
Zademonstrowałem także nowemu pracownikowi przedmioty dekoracyjne, które można spotkać pod angielską nazwę dreamcatchers, łapacze snów. Amulety wykonane przez Indian stanowiły drewniane lub wiklinowe obręcze, wypełnione wewnątrz pajęczą siecią z włosia bądź sierści, najlepiej zbiegającą się w jeden punkt, w centralnej części urządzenia. Talizmany zazwyczaj przyozdobione bywają piórami i zawieszonymi u spodu paciorkami. Według wierzeń Indian amulety spełniają ważną rolę w kształtowaniu pozytywnej atmosfery w wigwamie czy w innym pomieszczeniu mieszkalnym. Służą do wyłapywani złych omamów czy koszmarów sennych. Wychwycone niedobre zwidy spływają po piórach i paciorkach ku ziemi.
Zaprezentowałem również wyroby z dzianiny, w których specjalizowały się kobiety. Kobiety dziergały różnego rodzaju pokrowce na naczynia, odzienia dla zwierząt oraz czapeczki i szaliki. Mężczyźni natomiast bardziej preferowali wytwory z filcu. Filcowanie polega na rozszczepianiu wełny czesankowej za pomocą ostrej igły. Można wytwarzać różne elementy dekoracyjne, o trójwymiarowym kształcie. Wyprodukowanymi detalami można przyozdabiać przeróżne części garderoby, konstruować zabawki lub sporządzać kilimy i makatki. Wyłożyłem kilka kilimów na blat biurka i pokazałem dzieła rękodzielników. Antoni był zaciekawiony techniką dziewiarską. Podziwiał sposób produkcji. Elementy dekoracji były przytwierdzone do materiału, nie będąc przyklejone ani przyszyte, ale mocno trzymały się podłoża. Uzyskane efekty otrzymywali rzemieślnicy przy pomocy zaledwie paru igieł.
Antoni podziękował za prezentację i obiecał opowiedzieć o działalności teatru, podczas przerw w pracy lub w wolnym czasie po zajęciach, jeżeli będę miał ochotę.
Rozdział III
Dwa dni później Antoni przyszedł do pracowni, w której prowadziłem zajęcia. Właśnie skończyłem sesję i zapisywałem uwagi w dzienniku zajęć. Antoni zapytał, czy mam czas i chcę dowiedzieć się paru rzeczy o działalności teatru i wysłuchać opowieści o pracy i grze aktorskiej? Odpowiedziałem, że bardzo chętnie. Byłem wielce zainteresowany jak działa i funkcjonuje teatr od kulis. Antoni usiadł po drugiej stronie biurka i zamyślił się przez chwilę. Po czym zaczął od bardzo doniosłego wynurzenia.
- Teatr jest świątynią sztuki - rzekł. - Nie ma dla mnie piękniejszego miejsca na świecie. Będę wielbicielem teatru do końca życia.
- Dlaczego więc odszedłeś z teatru? - spytałem.
- Nie odszedłem. Zostałem zwolniony! Opowiem panu kiedyś o tym.
Zamilkł na moment i opuścił wzrok na powierzchnię biurka, ale po chwili podjął dalsze wyznania.
- Graliśmy różne sztuki. Jedne spektakle cieszyły się większym zainteresowaniem publiczności, inne mniejszym. Kilka jednak spektakli poruszyło mnie do głębi. Do grona sztuk, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie zaliczyć można, między innymi, "Lot nad kukułczym gniazdem", według powieści Kena Keseya, "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa, "Pożegnanie z Berlinem", Christophera Isherwooda, na podstawie jego książki powstał znany musical "Cabaret", czy "Opera za trzy grosze" Bertolda Brechta. To były rewelacyjne sztuki. Dawały one pole do popisu grze aktorskiej. Brałem udział we wszystkich spektaklach. Nie opuściłem ani jednego z powodu choroby, niedyspozycji czy innej przyczyny. Stałem za kulisami i obserwowałem rozwój sytuacji na scenie. I chociaż moja rola ograniczała się niekiedy do skromnego udziału, uczestniczyłem w przedstawieniu od początku do końca. Śledziłem widowisko tak, jak każdy widz na widowni. Biła od występów niesamowita magia. Nie mogłem oderwać oczu od aktorów grających na scenie. Przeżywałem wraz z nimi wszystkie rozterki i dylematy, jakby się działy naprawdę. Wracałem do domu, a w uszach wciąż dźwięczały słowa, które padały ze sceny. Oczami wyobraźni nadal widziałem sylwetki artystów, ich ruchy, gesty, a także spojrzenia o różnym zabarwieniu emocjonalnym.
Nie wiem, czy zna pan takiego aktora amerykańskiego Al Pacino?
- Oczywiście, że znam. Znakomity aktor. Ale mów mi po imieniu. Jestem Marcin.
- Dobrze. Ja nazywam się Antoni, ale mój pseudonim sceniczny to Toni Marcel. Mów mi Toni!
- Dobrze.
- Al Pacino jest dla mnie bożyszczem wśród aktorów. Facet nie musi wygłaszać tekstu. Nie musi nic mówić. Ani wykonywać żadnych gestów. On gra spojrzeniem. Jego wzrok jest tak wymowny. Każdym spojrzeniem coś wyraża. Określa sytuację bez słów. Tylko wielcy tak potrafią. Oglądałeś może film "Życie Carlita"?
- Nie pamiętam. Być może.
- Obraz opowiada o życiu i karierze pewnego portorykańskiego gangstera Carlita Brigante. Carlito był bossem narkotykowym. Za prowadzoną działalność dostał trzydzieści lat więzienia. Ale odsiedział tylko pięć. Przestępcy pomógł przyjaciel, adwokat Kleinfeld, który też był powiązany ze światem przestępczym. Carlito po wyjściu na wolność postanowił prowadzić uczciwe i zgodne z prawem życie. Lecz nie pozwolił na taką postawę przyjaciel Kleinfeld, który ponownie wciągnął swego klienta w sferę przestępczej działalności. Carlito chcąc spłacić dług wdzięczności postanowił zlikwidować niewygodnego świadka, który groził Kleinfeldowi. Naraził się tym samym wrogom adwokata. Jedynym sposobem, żeby uniknąć zemsty była ucieczka do nieznanego, egzotycznego kraju. Zbiec chciał z przyjaciółką, która była w ciąży. Kiedy oboje byli już na dworcu i mieli wsiąść do pociągu, Carlita dopadły zbiry wrogiego gangu. Został śmiertelnie postrzelony... I tu zaczyna się popis gry aktorskiej Pacino, który żegnając się z przyjaciółką przybiera wyraz twarzy, z jednej strony zatroskanego o losy matki i przyszłego dziecka, a z drugiej błogiego i radosnego uniesienia, że nareszcie wszystko się kończy, że kończą się wszystkie przeklęte kłopoty. Pokaz gry był mistrzostwem w wykonaniu Pacino.
- Wszystko doskonale pamiętasz.
- Mam ten film nagrany na taśmie magnetowidowej i często go oglądam. Nierzadko oglądam też drugi obraz filmowy z udziałem Pacino "Człowiek z blizną". Ten obraz opowiada również o działalności innego gangstera, Kubańczyka Montany. Latynos rozwinął swoją aktywność w światku przestępczym Florydy. Rozpoczął gangsterską przestępczość pod wodzą nijakiego Franka Lopeza. Wkrótce Montana zabija Lopeza i przejmuje jego imperium. Nawiązuje też kontakt z boliwijskim baronem narkotykowym Alejandro Sosą. Baronowi grozi niebezpieczeństwo ze strony znanego dziennikarza amerykańskiego, który zamierza opublikować kompromitujące materiały o nim na forum ONZ. Sosa zwraca się do Montany, by ten unicestwił przeciwnika. Montana wyraża zgodę, ale w momencie zamierzonej akcji odkrywa, że w samochodzie dziennikarza znajduje się żona oraz dwójka jego dzieci. Montana odstępuje od wykonania zadania, natomiast zabija ludzi Sosy. Wydaje tym samym wyrok na siebie. Popada w paranoję, ucieka w narkotyki. Najemnicy Sosy wdzierają się do pałacu gangstera. Montana zabija przyjaciela, ginie też jego siostra. Gangster jest osaczony. I tu też następuje popis gry aktorskiej Pacino. Aktor ukazuje wszystkie odcienie stanów maniakalnych swego bohatera, z jednoczesnym buńczucznym i chełpliwym nastawieniem wobec zbliżającego się niebezpieczeństwa. Interpretacja aktorska na najwyższym poziomie.
- Ciekawie opowiadasz.
- Nie zanudziłem cię?
- Skądże, jeszcze bardziej zainteresowałeś mnie grą aktorską.
- Oczywiście, gra w filmie różni się od gry w teatrze. W filmie kamera skraca dystans do postaci i oblicza bohatera. Śledzi każdy ruch warg, każde drgnienie powiek, każdy skurcz mięśni policzków. Tworzy dodatkowy obszar wyrażania emocji ludzkiej. W teatrze jest to niemożliwe. Teatr operuje szerokim planem. Jest przestrzeń między sceną a widownią. Teatr szuka innych środków wyrazu. I znajduje. Teatr działa na wyobraźnię widzów. Tak jak słuchowisko radiowe. Twierdzi się, że teatr radiowy nie ma przyszłości, że skończył się. Nieprawda! Jest miejsce na słuchowisko radiowe. Wiesz, dlaczego? Bo słuchowisko oddziałuje na wyobraźnię odbiorcy. A wyobraźnia ma moc niezwykłą, czarodziejską, nieograniczoną. Kiedyś ktoś powiedział, że wyobraźnia jest kuźnią rewolucji. Że w głowach ludzkich roi się od absurdalnych, niedorzecznych pomysłów. Że z tego nie wynika nic dobrego. Z czasem, to zło zamienia się w dobro. Albo inaczej: z niczego rodzi się piękno. W grze aktora teatralnego na plan pierwszy wysuwa się głos. Nie twarz, a głos i gestykulacja odgrywają główną rolę. Modulacja głosu porywa ludzi. I jest jeszcze jeden ważny czynnik: to atmosfera, więź psychiczna między widzem a aktorem. Tylko wielki aktor potrafi nawiązać kontakt duchowy z odbiorcą; ze wszystkimi widzami i z każdym oddzielnie. Ludzie słuchając głosu aktora podążają za nim, jak owce za pasterzem. Wiedzie on ich w krainę szczęścia i cudu. To jest teatr!
- Do licha! Potrafisz nieźle przekonywać.
- Następnym razem, jak się spotkamy, postaram się opowiedzieć ci jakąś sztukę teatralną. To więcej opowiem o kulisach teatru.
- Dobrze. Trzymam cię za słowo.
Rozdział IV
Następnego dnia, gdy tylko skończyłem planowe zajęcia, niespodziewanie pojawił się Toni. W ręku trzymał niezbyt gruby skrypt. Zapytał się, czy mam ochotę posłuchać gawędy o wyjątkowej sztuce granej w teatrze, w którym występował. Zgodziłem się, więc usiadł za biurkiem, jak poprzednio i położył skrypt na blacie. Bez długiego wstępu zaczął opowiadać:
- Pierwsza sztuka, która zapadła mi głęboko w pamięci, była inscenizacją "Lotu nad kukułczym gniazdem" według książki Kena Keseya. To była bardzo przejmująca sztuka, z uwagi na postać głównego bohatera utworu.
Nie otwierając skryptu, kontynuował opowieść:
- Historia działa się na oddziale pewnego szpitala psychiatrycznego w Ameryce. Na scenie ukazany został fragment świetlicy, w której przebywali chorzy. Świetlica była połączona z dyżurką pielęgniarek. Dyżurkę od świetlicy oddzielało wielkie szklane okno, przez którą personel mógł obserwować chorych. W świetlicy stało kilka stolików i prostych krzeseł. Przy stolikach siedzieli pacjenci, rozmawiali ze sobą, czytali starą prasę, bądź grali w karty. W dyżurce królowała Główna Pielęgniarka, która nie spuszczała oka z przebywających w świetlicy chorych.
Oto pierwsza scena sztuki.
Odsłona zaczęła się od porannego przybycia na rewir Wielkiej Oddziałowej. Świetlica była jeszcze pusta o tej porze. Przebywał w niej tylko olbrzymi Indianin, który zajmował się na co dzień myciem podłóg. Przecierał właśnie szmatą, umieszczoną na szczotce, podłogę w pomieszczeniu. Wielka Oddziałowa wkroczyła do świetlicy i bacznym wzrokiem zlustrowała od stóp do głowy podopiecznego. Indianin skulił się pod jej spojrzeniem, z wielkiego chłopa stał się nagle niepozornym stworem. Oddziałowa ubrana była w biały, mocno nakrochmalony fartuch, który szeleścił przy każdym jej ruchu. Miała bladoniebieskie oczy i jasną, niemal porcelanową cerę. Bardzo drażniący był jej makijaż; usta miała pomalowane na ostry pomarańczowy kolor i lakier na paznokciach miał tę samą barwę. Siostra niosła pleciony koszyk, w którym trzymała wiele podejrzanych narzędzi i leków. Służyły one do ujarzmiania niesfornych pacjentów.
Oddziałowa dostrzegła grupkę czarnych sanitariuszy, których uważała za wiecznych nierobów - i już chciała ostro popędzić ich do roboty, kiedy do świetlicy zaczęli wchodzić obudzeni pacjenci oddziału. Siostra zwróciła się do czarnych nieco łagodniej, nakazując im poranne golenie zarostu Indianina, sprzątającego salę. Indianin czmychnął natychmiast podejrzewając, że czeka go jakaś paskudna mordęga. Murzyni puścili się za nim, złapali sprzątacza pod ręce i powlekli do umywalni. Z łazienki poczęły dobiegać jęki czerwonoskórego, który panicznie bał się wszelkich urządzeń mechanicznych, wiążących się nieodmiennie z torturą. Oddziałowa chwyciła garść tabletek ze swego kuferka i pobiegła do umywalni. Po chwili Murzyni wyprowadzili z łazienki Indianina, z gładkim obliczem i słaniającego się na nogach, jak niemowlę. Posadzili pomywacza na krześle pod ścianą, przywiązali go do siedzenia i poszli gdzieś w swoich sprawach.
Tymczasem do szpitala przywieziono nowego pacjenta. Wszyscy chorzy zwrócili wzrok na drzwi świetlicy. Na progu pojawił się nowy delikwent. Był nim rudowłosy typ, szeroki w barach i o pokiereszowanej twarzy. Ubrany był w spłowiały kombinezon, stare buty, a na głowie miał dziurawą wełnianą czapkę. Wszedł do sali i rozejrzała się zuchwale dookoła. Nie było po nim widać żadnej bojaźni.
"Nazywam się McMurphy, chłopaki. Randle, Patrick McMurphy. Jestem karciarz i kobieciarz. Jak nie idzie mi w kartach, to mam powodzenie u kobitek, a jak nie dopisuje szczęście u kobitek, to mam fart w kartach."
Po czym zaniósł się głośnym śmiechem. To był bardziej rechot niż śmiech, wydobywający się wprost z głębi płuc. Aktor może śmiechem wyrazić wiele stanów emocjonalnych. Otwarty śmiech wyraża pewność siebie, odwagę, skryty zaś zakłopotanie, bojaźń a nawet nieszczerość. Śmiech obok słów jest ważnym elementem gry aktorskiej.
Nowy podszedł do pierwszego stolika, zajrzał w karty jednemu z chorych o nazwisku Cheswick i rzekł:
"Coś mi się wydaje, że zbiję tu fortunę. Nie ma babek, ale karta będzie murowana i zysk pewny. W poprzednim miejscu ograłem wszystkich i nie pozostało mi już nic do zdziałania, dlatego poprosiłem o przeniesienie tam, gdzie będzie coś do roboty.
A po chwili dodał:
"Czemu nie pilnujesz kart? Rany, co wy macie za karty? To jakaś lipna talia. Na szczęście mam własną."
Wyciągnął z kieszeni swoją talię kart i podsunął Cheswickowi pod nos:
"Stary, widziałeś takie karty. Pięćdziesiąt dwie pozycje. Jest na co popatrzeć?"
Cheswick, który nie widział dotąd żadnych erotycznych obrazków, wybałuszył oczy.
Nowy powstrzymał go:
"Ostrożnie, bo je pobrudzisz! Będziesz miał czas, żeby sobie figurki pooglądać, a ja się nieźle obłowię."
Czarni usiłowali pochwycić nowego i zaciągnąć go do łazienki, żeby wykąpać przybysza. Ale on im sprytnie umykał, wyjaśniając:
"Brałem już dzisiaj prysznic. Za każdym razem, kiedy mnie przenoszą, każą brać prysznic. Gdyby mogli, nawet w samochodzie zmyliby mi głowę."
Przybysz rozejrzał się ciekawie po sali. Chorzy dzielili się na trzy grupy: Okresowi, Chronicy i Rośliny. Okresowi, przebywali chwilowo w klinice. Reperowano ich trochę i po pewnym czasie odsyłano do domów. Chronicy nie mieli żadnych szans na wyleczenie, byli skazani na pozostanie w klinice do końca życia. Natomiast Rośliny siedziały w wózkach i czekały już tylko na śmierć. Nowy począł chodzić od jednego do drugiego chorego i witać się z nimi osobiście. Zachowywał się jowialnie, beztrosko i nic nie robił sobie z czarnych, którzy chodzili za nim, krok w krok.
Oświadczył, zwracając się do wszystkich:
"Jestem psychopatą. Tak stwierdzili lekarze. Ale mnie to mało obchodzi. Niech gadają, co chcą. Lubię zabawę z babkami, popijać czystą gorzałę i ogrywać frajerów. A jak któryś podskoczy, to dostaje po ryju. Czy to jest nienormalne? Powiedzcie sami?
Chorzy mieli niewyraźne miny. Rudy próbował ich rozruszać:
"Ale z was frustraci. Rozchmurzcie się nieco! Który z was ma najmniej pomieszane w głowie? Co? Chciałbym z nim się zmierzyć. Jeżeli jest lepszy ode mnie, ustąpię mu pola, a jak nie, to zajmę jego miejsce.
Popatrzył na niepozornego chłopaka o blond czuprynie, który nazywał się Billy Bibbit i spytał go:
"Może ty jesteś prezesem tego zgromadzenia świrów?
Billy z przejęcia zaczął się jąkać:
"J-j-ja, nie. To H-h-harding jest tu szefem.
Rudy rzekł do Bibbita:
"To prowadź mnie do niego!"
Billy powiódł nowego do dalszego stolika. Zatrzymał się przed jednym z graczy. Był to szczupły gość, w okularach na nosie i niezwykle białych, jakby wymoczonych rękach. Młodzieniec zwrócił się do niego:
"Harding, t-t-ten człowiek chciałby z tobą p-pomówić."
Harding nie podnosząc oczu znad kart, odparł:
"Nie mam czasu."
Rudy nie ustępował, patrząc na Bibbita:
"Powiedz panu Hardingowi, że Randle Patrick McMurphy uważa, że ten grajdół jest za mały dla nas dwojga. Jeżeli nie obleciał go tchórz, niech stanie naprzeciw mnie, jak przystało na godnego rywala i udowodni, że jest większym wariatem ode mnie."
Harding odpowiedział:
"Bibbit, powiedz temu dryblasowi, że nie boję się takich chojraków jak on i nie zamierzam ustępować miejsca nikomu."
Podniósł się z krzesła i spojrzał przybyszowi w oczy. W jego wzroku musiał dojrzeć jednak coś groźnego, nieokiełznanego, bo nagle sylwetka przywódcy wariatów jakby zmalała, skurczyła się. Zrozumiał, że nie ma szans w tym pojedynku. Wyciągnął zatem rękę do rudzielca i rzekł:
"Niech ci będzie. Pamiętaj jednak, że będę miał oko na ciebie!
Sprawa została więc polubownie załatwiona. McMurphy kontynuował zapoznawanie się z innymi Okresowymi. Kiedy skończył z Okresowymi podszedł do Chroników i także im uściskał dłonie. Jego szulerska żyłka podpowiadała, że z nich można będzie również coś wycisnąć. W końcu trafił na przywiązanego do krzesła Indianina. Czerwonoskóry był w zasadzie półkrwi Indianinem i nazywał się Bromden.
Zaśmiał się tubalnie i zawołał:
"Hola! Popatrzcie, kogo my tu widzimy?"
Lecz Indianin nie zareagował:
"Co jest, Wielki Wodzu? Czemu masz taką skwaszoną minę?
Metys dalej milczał:
"Jak cię zwą, Wodzu?
Bibbit, który stał najbliżej, oznajmił:
"N-n-nazywa się Bromden. Cz-czarni sanitariusze wołają na niego Wódz Sz-szczota. On jest od urodzenia głuchoniemy."
Rudy zauważył:
"Z niego jest kawał chłopa."
Po czym wyciągnął do czerwonoskórego prawicę. Ku zaskoczeniu wszystkich Indianin odwzajemnił jego uścisk.
Naraz rozległ się władczy głos Wielkiej Oddziałowej:
"Panie McMurphy, pozwoli pan do mnie."
Mac Murphy zbliżył się do niej. Piguła zaczęła wygłaszać swoją władczą mowę:
"Rozumiem,że chce pan poznać wszystkich chorych znajdujących się na oddziale, ale regulamin obowiązuje każdego. Dlatego nakazuję panu poddać się zabiegowi higienicznemu, jakim jest prysznic.
Rudy odparł twardo:
"Regulaminy są po to, żeby je omijać..."
Piguła chciała przerwać mu:
"Panie McMurphy...!"
Ale Rudy dokończył swoją myśl:
"...gdyby nie było regulaminów, nikt by się o nie potykał!"
- Nieźle się jej postawił - zauważyłem.
- Tak. Ale to dopiero początek batalii. Przekonasz się, co będzie potem...
...ciąg dalszy w pełnej wersji książki
TAJEMNY AKORD
1
Każdego roku lato spędzaliśmy w Rakowie. Wioska położona jest na Kaszubach, w województwie pomorskim, wtedy jeszcze w gdańskim, nad rzeką Wierzycą. Pamiętam, jak pierwszy raz wybraliśmy się do Rakowa. Dojechaliśmy pociągiem do Kościerzyny, a dalej podróżowaliśmy autobusem do miejscowości Będomin. W Będominie miał oczekiwać na przyjezdnych ktoś z rodziny, do której udawaliśmy się. Ustalone było, że przedstawiciel rodziny przyjedzie wozem dostawczym, należącym do gospodarstwa lub, w najgorszym przypadku, traktorem z przyczepą, na którą załadują się przybysze wraz bagażem osobistym.
Po przyjeździe do Będomina, nikt na podróżnych nie oczekiwał. Siedzieliśmy na walizkach i czekaliśmy na przybycie kogoś z członków rodziny i przewiezienie krewnych do miejsca pobytu. Niestety, po długim okresie wyczekiwania, nikt po przyjezdnych nie przyjechał. Nie było wyjścia, trzeba było samemu poradzić sobie w zaistniałej sytuacji. Zebraliśmy więc przywiezione pakunki i ruszyliśmy pieszo w kierunku Rakowa.
Odległość z Będomina do Rakowa nie była duża. Zaledwie dwa, może trzy kilometry. Przejście powyższego odcinka drogi dla dorosłych nie stanowiło problemu. Inaczej miała się sprawa z bliźniakami. Mieliśmy dwójkę małych chłopców, w wieku siedmiu lat. Bliźniaki nazywali się Kuba i Huba. Kuba, skrót od imienia Jakub, a Huba od imienia Hubert. Już po przejściu kilkuset metrów, bliźniaki zaczęli narzekać, że bolą ich nogi. Postanowiłem na zmianę nieść jednego lub drugiego, na plecach. Wkrótce jednak sam się zmęczyłem i zarządziłem krótki odpoczynek. Wtedy ujrzeliśmy w oddali wóz konny, który poruszał się naprzeciw zdrożonej rodzinie. Do pojazdu zaprzężony był gniady, masywny, ale powolny koń. Poczekaliśmy aż wóz się zrównał z grupą stojącą na poboczy i zawołałem do woźnicy:
- Jedzie, pan do Rakowa?
- Jo - potwierdziła gwarowo.
- Zabierze nas pan do Rakowa?
- Jo - odpowiedział podobnie.
Załadowaliśmy się szybko na pakę. Wóz był drewniany, na gumowych kołach. Burty ukośnie sterczały po bokach pojazdu. Na brzegach skrzyni spoczywała deska, która pełniła rolę kozła.
- Mogę usiąść koło pana?- spytałem.
Przesunął się na desce robiąc miejsce podróżnemu. Wdrapałem się na wóz i usiadłem obok powożącego. Woźnica szarpnął lejcami i cmoknął na konia. Pojazd ruszył z miejsca. Kierujący wozem nie odzywał się, więc zagaiłem pierwszy:
- Pan jest z Rakowa?
- Jo - posłużył się ulubionym przytaknięciem.
- My jedziemy do rodziny na wakacje - powiedziałem, uprzedzając ewentualne pytanie autochtona.
- A, do kogo? - spytał zwięźle.
- Do Michalskich.
- Acha - odparł jedynie.
Znowu milczenie. Począłem się zastanawiać, o co zapytać mieszkańca tutejszej ziemi. Byliśmy w podobnej sytuacji, jeden nie znał drugiego. Stanowiłem większą zagadkę dla tubylca, dlatego postawiłem pytanie w ciemno:
- Udane żniwa?
Nie odpowiedział od razu. Zrozumiałem, że pytanie nie było trafne. Po chwili jednak odrzekł:
- Słabe. - Potem przekonałem się, że każdy rolnik będzie narzekał na zbiory, bo były dalekie od oczekiwanych.
- Dużo macie ziemi, gospodarzu? - zapytałem.
Spojrzał na mnie szybko i przenikliwie. Chyba przeholowałem z postawionym pytaniem. A jednak odpowiedział:
- Mało. Przydałoby się więcej.
- Acha - pokiwałem ze zrozumieniem głową.
Do licha, lepiej nie pytać o nic. Dowiadywanie się o posiadane dobra było jakby wstępem do odebrania czegokolwiek.
- Będzie pogoda w najbliższym czasie?
- Będzie. U nas często pada, słońce też jest - wypowiedział najdłuższe zdanie w prowadzonej rozmowie.
- To dobrze. Myślę o dzieciakach. Będą zadowolone, jak będzie pogoda.
Obejrzałem się do tyłu. Chłopcy klęczeli na dnie paki, trzymając się rękoma brzegu burty i emocjonowali się mijanym otoczeniem. Dla bliźniaków jazda konnym wozem była niesamowitą atrakcją. Żona siedziała na walizce też zadowolona, że minął kłopot pokonywania trasy pieszo.
- Dzieci lubią się pluskać w wodzie - odezwał się nieoczekiwanie autochton.
- Gdzie?
- W naszej rzece. W Wierzycy.
- Głęboka ta Wierzyca? - spytałem zatroskany.
- Nie. Wody w niej do kolan.
- Acha.
- Ale to kapryśna rzeka.
- Dlaczego?
- Na wiosnę potrafi przybrać. I wtedy zalewa pola i domy.
- Ale teraz nie jest groźna?
- Teraz, nie!
Przedstawione zapewnienie uspokoiło gościa. Ciekawe, jak wygląda zapowiedziana Wierzyca?
Koń ciągnął miarowo wóz. Nieprzyjemną stroną jazdy na koźle jest nieustanny widok końskiego zadu. Jeżeli ogon wisi spokojnie, wszystko jest w porządku. Natomiast, gdy koń zaczyna machać ogonem, odganiając muchy, wtedy odsłania całą posiadaną naturę. A nie wyobrażam sobie sceny, kiedy zwierzę ogarnia potrzeba wydalenia przetrawionych resztek pokarmu. Widok nie do pozazdroszczenia. Ale na ludziach ze wsi okazana czynność nie robi najmniejszego wrażenia. Koń, który ciągnął wóz, zachowywał się przyzwoicie i nie usiłował czynić żadnych niespodzianek.
Miałem okazję przyjrzeć się spokojnie okolicy. Teren był płaski, choć dosyć pofalowany, poprzecinany niwami pól uprawnych. Z niektórych połaci uprzątnięto zboża, ostały jedynie ścierniska, a inne zostały już zaorane. Popielato brunatny koloryt ziemi sąsiadował z jasnobeżową barwą rżysk.
Na horyzoncie ciągnęły się długie pasma kompleksu leśnego. Ale łańcuch nie był lasem, bo gdy zbliżaliśmy się do szyku drzewa rozdzielały się na poszczególne fragmenty, a nawet na małe kępy zarośli.
Droga pokryta asfaltem opadała lub wznosiła się, w zależności od ukształtowania terenu. Przy drodze rosły młode brzózki o drobnych listkach, drżących na wietrze. Na szczęście nie padało i nawierzchnia była sucha i czysta.
W końcu dojechaliśmy do rozwidlenia dróg. Skręciliśmy w prawo, w stronę rysujących się w oddali zabudowań. Dobrnęliśmy do Rakowa.
2
Rakowo było niewielką wioską, liczącą zaledwie kilka gospodarstw, usytuowanych wzdłuż drogi przelotowej w osadzie. Mimo niedużych rozmiarów miała samodzielną parafię diecezjalną, z kościołem pod wezwaniem św. Rafała Archanioła. Kościół stał przed wjazdem do Rakowa na obszernym placu, w otoczeniu wysokich, wiekowych drzew. Świątynia była zbudowana z czerwonej cegły, w stylu neogotyckim. Miała jedną wieżę, usytuowaną nad kruchtą. W wieży mieścił się dzwon, który wzywał wiernych na modlitwy. Na szczycie dachu widniał żelazny krzyż, symbol wiary chrześcijańskiej.
Nieopodal kościoła przepływała Wierzyca. Rzeka w pobliżu kościoła była rzeczywiście nieduża. Miała ze trzy, może cztery metry szerokości. Płynęła spokojnym, leniwym nurtem, wśród niskich wodnych roślin. Nie była głęboka, bo widać była wyraźnie piaszczyste dno oraz nieliczne narzutowe kamienie. Nie wyglądała na groźną. Typowa nizinna rzeka, malownicza i sielankowa. Trudno było wyobrazić sobie, szeroko rozlany nurt zagarniający wszystko, co napotykał na drodze. Później byłem świadkiem, jak wysoko sięgał poziom wody w jednym z domów położonych zbyt blisko rzeki. Wydawało się niewiarygodne, ale woda dochodziła wewnątrz niemal do połowy wysokości ścian.
Krewni, u których się zatrzymaliśmy, mieli dwa domy: stary i nowy. Nie zburzyli starego domu, ponieważ dalej służył potrzebom gospodarstwa. Z drugiej strony miał pewną wartość sentymentalną - i dobrze się stało, bo był przykładem dawnej, kaszubskiej techniki budowlanej. Chałupa była zbudowana z ciosanych belek, poczerniałych od starości, uszczelnionych pakułami, pobielonych glinką, dach był dwuspadowy, pokryty słomą w równych rzędach, zachodzących jeden na drugi, jak rybia łuska; okna były dwuczęściowe, składające się z sześciu małych szybek, które wpuszczały niewiele światła do wnętrza. Wyglądała jak ubogi krewny, przy nowym, okazałym budynku. Nowe domostwo, stojące obok, było wyższe, bo osadzone na kamiennym fundamencie, wzniesione z czerwonej cegły i przykryte dachem ułożonym z glinianych dachówek. Okna były duże, jednoczęściowe, zapewniające dobre oświetlanie pomieszczeń w budynku.
Otrzymaliśmy pokój w narożnej części budowli - tak, że można była oglądać wszystko, co się działo zarówno na drodze przebiegającej przez wieś, jak i na sporym wycinku podwórza. Mieliśmy więc pełny wgląd w wydarzenia rozgrywające się wokół budynku. Do czasu zanim oswoiliśmy się z życiem na wsi, często wyglądaliśmy na zewnątrz i obserwowaliśmy toczące się życie.
Posiłki spożywaliśmy w kuchni, jak wszyscy mieszkańcy gospodarstwa. Gospodyni początkowo sama piekła chleb. Potem, gdy otworzono sklep na wsi, wiele artykułów było nabywanych w placówce, między innymi chleb, żeby zaoszczędzić czas pracy i fatygę. Pamiętam jednak wypieki, dokonywane przez gburkę - bo gospodarz po kaszubsku brzmi gbur, co przyjezdnych niezmiernie zaskoczyło, gdyż określenie dotychczas uważali za epitet odnoszący się do człowieka nieokrzesanego i szorstkiego. A więc, gburka piekła chleb w piecu, w starym domostwie. Piec był sprawny i wypieki były bardzo udane. Po raz pierwszy, gdy ujrzałem gotowy wypiek, nie wydawał się apetyczny. Wyglądał przaśnie - szary, ziemisty z twardą i popękaną skórą na zewnątrz. W smaku był też nieciekawy. Z czasem jednak zacząłem doceniać walory wiejskiego chleba. Smakował inaczej, naturalnie - oryginalnie. Podczas następnych pobytów u kuzynów, sięgałem w pierwszej kolejności po chleb wypieczony przez gburkę, gdy pojawiał się na stole, a pomijałem zupełnie pieczywo zakupione w sklepie. Jeszcze jeden istotny przykład, ze zwyczajów wiejskich, muszę przytoczyć. Gdy gospodyni brała do rąk nowy bochenek chleba, robiła nożem znak krzyża na spodzie, i wtedy przystępowała do krojenia wypieku. Zawsze tak czyniła, oddając cześć bożemu darowi natury.
Gburka przygotowywała też zaprawy warzywne i mięsne. W zasadzie przetwory warzywne szykowała na okres zimy, natomiast produkty z mięsa wytwarzała wtedy, kiedy było świniobicie. Ale, gdy zachodziła potrzeba, wyciągała jeden i drugi wyrób na stół, żeby nakarmić domowników. Dla przybyszów z zewnątrz przetwory z mięsa były również niemałą atrakcją, bo nigdy nie smakowali podobnych specjałów. Podawanymi przez gospodynię wyrobami były galarety lub golonki z szynki wieprzowej. Produkty były wekowane, to znaczy umieszczane w słojach ze szklaną pokrywką, zamykane za pomocą sprężynowego zacisku i na koniec pasteryzowane. Gburka otwierała słój i wtedy rozchodził się w pomieszczeniu smakowity aromat przetworu. Mięso w galarecie było drobno zmielone i zalane przyprawionym, żelowym wywarem. Natomiast golonki pokrajane były na małe kawałki, mocno ubite w słoju i przykryte warstwą tłuszczu. Smarowało lub wykładało się mięso na grubą pajdę chleba... i voila, śniadanie było gotowe! Jadło było smacznie, zdrowo i pożywnie.
Na obiad dostawało się najczęściej rosół z kury z domowym makaronem. Makaron wyrabiany przez gospodynię także różnił się od artykułu kupnego. Różnica była kolosalna. Makaron kupny był nijaki, mdły i bezbarwny. Natomiast makaron gburki był złocisty, sprężysty i prawdziwie mączny. Od tamtej pory makaron włodarki stał się jakby wzorem jakości wyrobu. Żaden makaron, który potem gdziekolwiek spożywaliśmy nie równał się wyrobowi gospodyni z Kaszub.
Wieczory spędzaliśmy na rozmowach i pogaduszkach w domu, jak i na zewnątrz w niewielkim sadzie przydomowym. Telewizji prawie wcale się nie oglądało. Telewizja nie pociągała. Ciekawsze były rozmowy z gospodarzami, bądź z odwiedzającymi gburów sąsiadami. Nasi kuzyni, mimo że byli ludźmi prostymi i niewykształconymi, byli weseli i komunikatywni. Opowiadało się różne zabawne historie i anegdoty. Urządzało się także psikusy i niewinne figle nawzajem, ku radości wszystkich zebranych. Szło się spać, gdy zapadał zmierzch na dworze. Gospodarz kładł się spać zaraz po kolacji. A czasami nawet podczas posiłku zasypiał przy stole. Wstawał jednak najwcześniej, oporządzał bydło, sprzątał oborę i wyruszał w pole do pracy. Nie wracał na obiad do domu. Posiłek zanoszono włodarzowi na niwę, którą obrabiał. Nic też dziwnego, że wracał z włości zmęczony i kompletnie znużony. Reszta towarzystwa siedziała jednak do późna i bawiła się świetnie.
Gdy robiło się ciemno i nadciągał chłód wieczoru, powoli wszyscy kierowali się do wyznaczonych pokoi na nocleg.
3
Podczas pierwszego pobytu poznaliśmy całą rodzinę Michalskich, zarówno bliższą, jak i dalszą. Gospodarze mieli trójkę dzieci: chłopca i dwie dziewczynki. Chłopiec nazywał się Grzegorz, natomiast dziewczynki nazywały się: Iwona i Marzena. Grzegorz był w wieku naszych bliźniaków, więc między chłopakami od razu zawiązała się nić porozumienia. Już pierwszego dnia cała trójka obiegła gospodarstwo dookoła. Smyków było widać w różnych miejscach. Włazili do każdego zakamarka i poznawali obejście od podszewki. Każdego dnia przybiegali, przywołani na obiad, ubrudzeni czymś, ze źdźbłami słomy lub siana we włosach i na ubiorach. Żona była załamana ich wyglądem, gdy przybywali na posiłek. Oczywiście w mieście było nie do pomyślenia, żeby dzieci wracały do domu w tak opłakanym stanie. Natychmiast zaganiała bliźniaków do starannego mycia się, czesania i czyszczenia ubrań z niepożądanych dodatków. Poprawa nie trwało jednak długo, bo na kolację zjawiali się podobnie umorusani, jak przed obiadem. W końcu, ograniczyła się do nadzoru, by tylko ręce i twarze mieli umyte, przed zajęciem miejsca przy stole.
Dziewczynki były bardziej stateczne. Iwona miała dwanaście lat, a Marzena dziesięć. W większym stopniu interesowały się życiem w środowisku miejskim. Siadały przy żonie z obu stron i pytały, co porabiają dziewczynki w mieście? Gdzie chodzą na zabawy, w co się ubierają i czy umawiają się z chłopakami? Małgorzata udzielała wyczerpujących informacji. Była dumna, że stała się nieoficjalnym autorytetem.
Ja natomiast, chodziłem trochę bez celu. Krążyłem po gospodarstwie, przyglądając się różnym rzeczom: zaglądałem do obory i przypatrywałem się zwierzętom, które zajęte były pożywianiem się i spoczynkiem, oglądałem maszyny rolnicze, zgromadzone pod specjalną wiatą i sprawdzałem narzędzia gospodarcze, pod kątem użyteczności w pracach wykonywanych w obejściu.
Praca zaczęła się wtedy, kiedy poczęto stawiać nowy dach na stodole. Stary był nieszczelny i trzeba było zbudować nowy. Gospodarz zamówił stertę dłużyc sosnowych do budowy zadaszenia. Stos został ułożony z tyłu, na zapleczu stodoły. Czekaliśmy tylko na przybycie cieśli.
Kiedy przybył cieśla zaczęła się budowa. Majster pomierzył wszystko, przyciął belki do odpowiedniej długości i wtedy rozpoczęła się praca typowo stolarska. Należało przygotować krokwie do łączenia. Wycinać nakładki szczytowe i trójkątne połączenia z murłatą i jętkami. Następnie wyrabiać wrąby i czopy w innych elementach nośnych. Początkowo nie miałem pojęcia, o czym wszyscy mówią? Wiadomo mieszczuch! Majster spytał mnie, co chcę robić? Każda para rąk była ważna, potrzebna. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Fachowiec przydzielił mnie do dłubania wrąbów. Uznał, że tam najmniej mogę spartolić robotę. Wykreślił ołówkiem niewielki prostokącik na powierzchni belki i kazał dłutem wydłubywać kawałki drewna. Nigdy nie zmagałem się z dłutem. Miałem wycinać fragmenty drewna tak, by powstało prostopadłościenne wgłębienie o długości około siedmiu centymetrów. Pierwszy otwór nie wypadł najlepiej. Cieśla pokazał jak należy trzymać dłuto i jak wgłębiać się w strukturę drewna. Zawziąłem się, nie na żarty. Postanowiłem dłubać otwory jak najdoskonalsze. Robota szła coraz lepiej. Majster przestał mnie doglądać. Nabrał przekonania, że prawidłowo wykonuję powierzoną pracę.
Gdy skończyła się faza przygotowawcza, rozpoczął się montaż konstrukcji. Wciągano elementy na zręby murów. Najpierw ustawiono jętki. Za pomocą kołowrotka i sznura windowano krokwie na lico stodoły. Krokwie opierały się na krawędzi murów, na murłacie, a w połowie na jętce. Kiedy szczyty wchodziły w wyżłobienia, mocowano łącza za pomocą drewnianych kołków. Krokiew po krokwi, powstawały trójkątne szczyty. Po tygodniu użebrowanie dachu było gotowe. Przez okres montażu konstrukcji majster spał i jadł u gospodarzy. Przydzielono fachowcowi oddzielny pokój, by mógł wygodnie odpoczywać w nocy, a gospodyni podawała posiłki najpierw gościowi, jako osobie najbardziej honorowej. Dobry fachowiec był na wsi najwyżej szanowany.
Majster odjechał i wszystko wróciło do normy. Na szczęście pogoda dopisywała i chłopcy codziennie biegali do rzeki kąpać się. Co prawda, pływać nie mogli, ale wesoło pluskali się w wodzie. Szedłem z małolatami nad rzekę, siadałem na brzegu i przyglądałem się, jak baraszkowali w wodzie. Nurt w rzece był dość zimny, ale niska temperatura wody nie przeszkadzała dzieciakom. Po raz pierwszy, kiedy zszedłem do rzeki, podkasałem nogawki spodni i zanurzyłem stopy w wodzie. Poczułem zimny prąd wody i początkowo stopy lekko zdrętwiały, ale potem temperatura wody i ciała wyrównały się i przyjemnie było brodzić w chłodnym nurcie. Stopy zagłębiały się w miękkim, piaszczystym dnie, a drobiny piasku przeciskał się między palcami. Niską temperaturę wody wyrównywały ostre promienie słońca, które ogrzewały ramiona i plecy, kiedy stałem w korycie rzeki. Potem wyszedłem z wody i usiadłem na łagodnym, trawiastym zboczu niecki rzeki. Dzieciaki nieustannie pluskały się w nurcie. Polewały i opryskiwały się wodą, wśród głośnych okrzyków radości i pisku protestów. Włosy miały mokre, przyklejone do głów, a krople wody spływały stróżkami po ciałach. Słońce jednak szybko suszyło skórę i dzieci nie odczuwały chłodu. Mogły tak nieskończenie długo wyczyniać harce w wodzie. Przyglądałem się z zadowoleniem zbytkom latorośli w nurcie rzeki. Później przeniosłem wzrok za rzekę. Po drugiej stronie też była pochyła połać łąki, a dalej zaczynał się już dosyć stromy stok wzgórza. Na szczycie porastał las liściasty. Wśród okazów były klony i buki. Drzewa stały gęsto, jedno obok drugiego, tworząc zbitą masę roślin. Złączona, nieprzebita całość wyglądała niczym prawdziwa knieja...
...ciąg dalszy w pełnej wersji książki