Prolog
WIECZÓR TEGO DNIA był wyjątkowo ciepły. Ludwik Sztern opuścił szyby w samochodzie i pozwalał, by pęd powietrza mierzwił jego włosy. Jechał krętą drogą przez las i co jakiś czas szczypał się w przedramię, chcąc się upewnić, że szczęście, które go spotkało, nie było tylko snem.
Wracał ze szpitala, gdzie na świat przyszło jego pierwsze dziecko, a on czuł, jakby razem z nim sam narodził się na nowo. Helena miała wielkie niebieskie oczy, ciemne włosy i niespożyty apetyt. Od pierwszej chwili uwielbiał jej drobne usta, stópki i paluszki, którymi chwytała jego kciuk. Jej zapach go uspokajał. Ta woń, mleka i wanilii, przypominała mu dom, matkę i beztroskie dzieciństwo. Kiedy trzymał swoją córkę w ramionach, zdawała mu się krucha jak szkło. Najchętniej nie wypuszczałby jej już nigdy z rąk. Gdy na nią patrzył, cichł cały zamęt, który nosił w sobie. Jej ciepło sprawiało, że to, co w nim złe i brzydkie, topniało, a wszystkie kanty i ostrości stawały się gładkie.
Otarł łzy wzruszenia i po raz pierwszy od dawna nie wstydził się tego, że płacze. Roześmiał się w głos, a później wziął głęboki wdech, napełniając płuca sosnowym powietrzem. Z emocji kręciło mu się w głowie. Nie sądził, że zdoła zasnąć tej nocy, ale zupełnie się tym nie przejmował. Na niebie wisiała srebrna połówka księżyca, a światła samochodu wyłuskiwały z ciemności kolejne fragmenty drogi. Ludwik zaczął pogwizdywać wesołą melodię, po czym skręcił mocno w prawo, a za moment ponownie odbił w lewo. Nagle w blasku reflektorów dostrzegł jasny kształt poruszający się między drzewami. Zwolnił w obawie, że to może być jeleń lub sarna, ale wtedy z lasu wybiegła kobieta.
Była bosa i niemal naga. Miała na sobie jedynie bieliznę, a jej długie włosy zakrywały twarz i piersi. Zmierzała w jego stronę, przysłaniając ręką oczy. Sztern zatrzymał samochód i z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy wpatrywał się w nieznajomą. Jej blade, wychudzone ciało upodabniało ją do zjawy. Przemieszczała się z wyraźnym wysiłkiem, co jakiś czas zerkając z lękiem za siebie. Nogi gięły się pod nią jak wiotkie gałązki, a chód stawał się coraz bardziej chwiejny.
Ludwik przełknął ślinę, a później wysiadł z auta i rozejrzał się nerwowo. W dłoni ściskał telefon, w oczach miał niepokój.
- Czy coś się pani stało? - zapytał.
Kobieta przystanęła, uniosła na niego przestraszony wzrok, a zaraz potem na jej twarzy odmalował się wyraz ulgi. Drżąc, wyciągnęła przed siebie rękę, jakby chciała mu coś pokazać, po chwili jednak zatoczyła się w miejscu i niespodziewanie runęła na asfalt. Ludwik przeklął siarczyście. Podbiegł do kobiety i ukląkł obok niej. Dopiero teraz zauważył, że była bardzo młoda. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Pod jej cienką, papierową skórą odznaczały się kości i linie żył. Usta miała spierzchnięte, a jej oczy zdawały się zapadać w czaszce. Wodziła wzrokiem po niebie, poruszając wargami, z których wydobywały się niezrozumiałe słowa.
- Zaraz wezwę pomoc, proszę się nie bać - powiedział, ale kiedy zaczął wybierać numer alarmowy, kościste palce chwyciły go za rękę.
- Chciał ukraść mi duszę - wyszeptała kobieta, a potem jej oczy się zamknęły, a dłoń opadła bezwładnie na ziemię.
Ludwik trwał nieruchomo, wciąż pochylony nad ciałem. Telefon wysunął mu się z palców, oddech zamarł w piersi. Patrząc na nieznajomą, na powrót pomyślał o swojej córce, Helenie, o tym, jak jest bezbronna i delikatna. W tamtej chwili, klęcząc na jezdni, obiecał sobie, że już zawsze będzie ją chronił.
Nagle drogą przetoczył się silny podmuch, który rozwiał włosy kobiety. Drobiny piasku zawirowały w powietrzu, a potem nastała cisza. Nie była to jednak cisza kojąca, lecz taka, która zwiastuje coś złego.
1
"NIGDY WCZEŚNIEJ NIE WIDZIELI równie krwawego miejsca zdarzenia". Te słowa dyżurnego pobrzmiewały w myślach Anity Bauer, gdy wjeżdżała windą na piętro jednego z warszawskich bloków. W lustrze odbijała się jej wyprostowana sylwetka, na twarzy malowało się skupienie. Technik poruszyła palcami obejmującymi uchwyt walizki kryminalistycznej i głęboko odetchnęła. Tej nocy nad miastem miała rozpętać się nawałnica, ale na razie zarówno na zewnątrz, jak i w sercu Anity panowało pełne napięcia oczekiwanie na to, co nadejdzie.
Policjantka wiedziała, że ofiarą jest trzydziestoparoletnia kobieta, Kamila Lipska, którą mąż znalazł martwą na podłodze w łazience, i że to jej zadaniem będzie odczytać ze śladów historię tego, co spotkało zmarłą. Kiedy kabina dźwigu zatrzymała się z szarpnięciem, Bauer wysiadła z windy, minęła funkcjonariusza próbującego odesłać do domów zaniepokojonych sąsiadów i przystanęła pod drzwiami lokalu oznaczonego numerem osiem. Założyła kombinezon, ochraniacze na buty, maseczkę oraz nitrylowe rękawiczki, a później weszła do środka.
Tuż za progiem jej uszu dobiegło łkanie pomieszane ze słowami wyrzucanymi w rozpaczy. Anita wsłuchiwała się w nie przez chwilę, po czym ruszyła korytarzem prowadzącym w głąb mieszkania. Omiotła wzrokiem roślinę doniczkową o długich mieczowatych liściach, a następnie skręciła w prawo. Pierwszym, co przyciągnęło jej uwagę, gdy wyłoniła się zza załomu ściany, był plakat w ramie leżący na podłodze, a zaraz potem znajdujący się nieopodal telefon komórkowy. Technik ściągnęła brwi, a gdy uniosła głowę, w przeciwległym krańcu apartamentu zauważyła komisarza Borysa Ładę. Policjant przebywał w otwartym salonie połączonym z kuchnią. Siedział na kanapie obok mężczyzny, którego drgające ramiona przykrywał koc, a twarz schowana była w dłoniach. Łada spojrzał na Bauer i skinął w kierunku łazienki, skąd właśnie wychodził lekarz.
Medyk podszedł do policjantki, zdjął rękawiczki i w milczeniu pokręcił głową.
- Ofiara nie żyje od kilku godzin. Mamy już wyraźne stężenie pośmiertne, a plamy opadowe są w pełni wykształcone - przekazał, ściszając głos.
- Co mogło być przyczyną śmierci?
- Najpewniej uraz czaszkowo-mózgowy. Kobieta ma rozległą ranę tłuczoną dartą na bocznej powierzchni głowy, z wyczuwalnym złamaniem kości. Podejrzewam, że doszło do krwotoku śródczaszkowego, ale to potwierdzi już sekcja.
- Coś jeszcze? - dopytała, zauważywszy wahanie lekarza.
- Nie. - Na moment uciekł spojrzeniem w kierunku męża ofiary. - Najlepiej będzie, jeśli sama to pani zobaczy - dodał i odsunął się, umożliwiając jej przejście.
Anita postąpiła kilka kroków naprzód, minęła plakat oraz telefon leżące naprzeciw wejścia do łazienki i zatrzymała się w progu pomieszczenia. To, co w nim zastała, sprawiło, że jej usta się otworzyły, a palce ciaśniej objęły rączkę walizki. Miała przed sobą jeden z bardziej makabrycznych obrazów, jakie widziała na służbie.
Niemal całą podłogę pokrywała warstwa zaschniętej krwi. Przywodziła na myśl brunatną falę, która podchodziła pod drzwi i kończyła się jakieś pół metra przed nimi. Krwawe ślady znajdowały się wszędzie: na wannie, toalecie i ciele ofiary. Ta leżała na boku, z głową od strony wyjścia i stopami zwróconymi w kierunku okna. Wyciągała przed siebie rękę, jakby chciała po coś sięgnąć, a mięśnie jej twarzy zastygły w bolesnym spazmie. Kobieta miała na sobie jedynie majtki, które - podobnie jak brzuch, uda i ręce - znaczyły smugi zaschniętej krwi.
Bauer wzięła głęboki wdech, a jej nozdrza wypełnił charakterystyczny rdzawy zapach. Sunęła wzrokiem po wnętrzu, rejestrując detale, które opowiadały historię tego, co zdarzyło się w tym miejscu. Większość śladów skupiała się wokół wolnostojącej wanny, która stanowiła centralny punkt pomieszczenia. Przy jednym z jej brzegów, tym położonym bliżej drzwi, Anita dostrzegła przewrócony taboret, porozrzucane na podłodze kosmetyki oraz roztrzaskaną kamienną tacę, na której wcześniej najpewniej stały buteleczki z płynami.
Dalej, w okolicy okna, odnotowała ciśnięty na podłogę ręcznik, wgniecenie w rolecie i przesuniętą pokrywę spłuczki. Jednak tym, co zainteresowało ją najbardziej, były ślady stóp i dłoni zostawione we krwi na podłodze. Przez chwilę analizowała oświetlenie w łazience, a gdy stwierdziła, że jest wystarczająco silne, odstawiła walizkę kryminalistyczną na korytarz i sięgnęła po aparat, by utrwalić zastany obraz miejsca zdarzenia. Sprawdzała właśnie ustawienia sprzętu, kiedy podszedł do niej komisarz Łada.
- Niezła jatka, co? - powiedział.
- Koszmarna. Masz jakieś hipotezy na temat tego, co tu się stało?
- Na pewno możemy wykreślić z opcji śmierć z przyczyn naturalnych i samobójstwo. Wygląda, jakby doszło do brutalnej zbrodni, ale nie chcę wyrokować, dopóki nie zbadamy wszystkich śladów. Na razie staram się ustalić, jaką rolę odegrał w tym mąż, ale facet jest w totalnej rozsypce i nie da się z nim normalnie rozmawiać. Twierdzi, że spędzali wieczór u sąsiadów z trzeciego piętra. Jego żonę rozbolała głowa, dlatego wyszła wcześniej. On został u znajomych i wrócił do domu trzy godziny później. Zaniepokoił go widok jej komórki i plakatu na podłodze. Dlatego od razu pobiegł do łazienki i wtedy znalazł żonę.
- Wierzysz mu?
Borys wzruszył ramionami.
- Wiesz, co mówią statystyki. Większość kobiet ginie z rąk partnerów albo członków rodziny. I wbrew temu, co wielu sądzi, wcale nie w ciemnych zaułkach, ale we własnych domach.
Anita omiotła ciało zmarłej spojrzeniem pełnym współczucia.
- A co z drzwiami do mieszkania? Były zamknięte od wewnątrz? - zapytała.
- Nie, ofiara zostawiła je otwarte. Pewnie myślała, że jej mąż niedługo wróci.
- Czyli mógł tu wejść właściwie każdy.
- Niestety tak. Na szczęście w bloku mają porządny monitoring. Rejestrują wszystkich, którzy wjeżdżają na parking, a kamery na dole nagrywają osoby wchodzące do klatek schodowych. Nie da się tu wśliznąć i nie zostać zauważonym.
- Chyba że jesteś już w środku. Nie widziałam kamer ani w windzie, ani na korytarzu prowadzącym do mieszkania, a to oznacza, że lokatorzy mogą przemieszczać się między piętrami z dala od wścibskich oczu monitoringu.
- Zgadza się. Nic ci nie umknie, co? - Łada otaksował policjantkę spojrzeniem, którym obdarzał ją czasem jeszcze rok temu, gdy byli parą. Jednocześnie flirciarskim i wyrażającym uznanie. - Skoro jesteś tak spostrzegawcza, zdradź, jaką ty masz teorię. Co powiedziały ci ślady?
- Wolałabym powstrzymać się z wyciąganiem pochopnych wniosków na etapie, na którym nie znamy jeszcze wszystkich danych. Można wtedy zacząć naginać fakty do własnej wizji, a to nie prowadzi do niczego dobrego.
- Ale coś z pewnością przyszło ci do głowy.
Anita westchnęła.
- Myślę, że mogło tu dojść do szarpaniny. Zwróć uwagę na przewrócony taboret, wgniecenie rolety okiennej i przesuniętą pokrywę od spłuczki. Zakładam, że kobieta napełniła wannę wodą, rozebrała się i kiedy była już w bieliźnie, ktoś ją zaatakował. Być może między nią a napastnikiem wywiązała się kłótnia, zaczęli się przepychać, a w końcu on złapał tę marmurową tacę, na której stały kosmetyki, i uderzył ofiarę w głowę, co spowodowało złamanie czaszki. Choć to oczywiście tylko hipoteza i nie powinniśmy się do niej w żaden sposób przywiązywać.
Borys przygryzł wargę i mruknął w zastanowieniu.
- Jej obrażenia tłumaczą ilość krwi, ale dlaczego jest rozmazana prawie po całej podłodze?
- Jeszcze nie wiem, ale mamy tu sporo materiału do analizy. Mnóstwo odbitek palców, stóp i dłoni, któreś z nich mógł zostawić sprawca.
Oboje kucnęli, by lepiej przyjrzeć się posadzce.
- Tylko dlaczego nigdzie nie ma śladów butów? Przecież napastnik nie przyszedł tu boso - zauważył Łada.
- A co ma na nogach mąż?
- Skarpety, ale to też się nie spina, bo na podłodze zachowały się jedynie odbicia bosych stóp.
Bauer lustrowała wzrokiem połać zaschniętej krwi, gdy jej uwagę przyciągnęło miejsce, w którym widniały ślady przesuwania.
- Spójrz na to. - Wskazała dłonią fragment nieopodal nich. - Wygląda, jakby ktoś coś zacierał.
- Cholera, rzeczywiście - stwierdził Borys. - Trzeba jak najszybciej przesłuchać męża, zabezpieczyć nagrania z monitoringu i rozpytać sąsiadów. Istnieje szansa, że coś widzieli.
- Nie wiesz, czy mąż dotykał ofiary po śmierci?
- Tak, operator numeru alarmowego poprosił, żeby sprawdził, czy wyczuwa tętno żony. Twierdzi, że przyłożył palce do jej szyi, a później wyszedł z łazienki, bo nie mógł znieść widoku krwi.
- Może dobrze byłoby zabezpieczyć też jego ubrania? Na wszelki wypadek, skoro nie jesteśmy pewni, czy ma związek ze śmiercią żony.
- Nie widzę przeszkód, ale pamiętaj, że przed przyjazdem patrolu zdążyłby się przebrać i schować albo nawet wyrzucić to, co miał na sobie wcześniej.
Na te słowa Anita znieruchomiała. Po chwili nasłuchiwania wypluła z ust przekleństwo i zanim komisarz zdążył choćby mrugnąć, wypadła z łazienki niczym huragan. Niezwłocznie skierowała się w lewo, po czym szarpnięciem otworzyła drzwi do sąsiedniego pomieszczenia i ponownie przeklęła. Tym razem tak szpetnie, że nawet Borys skrzywił się zniesmaczony. Zamierzał skomentować jej wulgarność, ale kiedy do niej dołączył i zorientował się, na co patrzy, słowa uwięzły mu w gardle. Przed sobą mieli niewielką pralnię zaaranżowaną w komórce, w której wcześniej musiała być toaleta. Dokładnie naprzeciwko nich stała pralka, a mrugające światełko na cyferblacie i miarowe pikanie oznajmiały, że cykl pracy urządzenia właśnie dobiegł końca.
- Kto, u licha, wstawia pranie o północy? - zapytał Łada.
- Być może ktoś, kto stara się zatrzeć ślady tego, co się tu naprawdę wydarzyło - stwierdziła Anita.
Ledwie jej słowa wybrzmiały, a drzwi mieszkania zatrzasnęły się z hukiem i do środka wpadł spóźniony prokurator Roman Adler.
- Co mamy? - rzucił, zatrzymując się obok policjantów.
Na jego szarym płaszczu widniały ślady kropel deszczu.
- Wygląda na to, że zabójstwo - odparł Borys.
Urzędnik otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz zanim zdążył to zrobić, budynkiem wstrząsnął ryk potężnego grzmotu. Znak, że burza rozpętała się na dobre.
2
TEJ NOCY MACIEJ WAJDA również nie położył się spać. Po tym, jak ostatni pacjent opuścił jego gabinet, zanotował kilka informacji w kalendarzu, odpowiedział na zalegające w skrzynce maile, a później uprzątnął biurko i wyszedł z budynku. Powietrze na zewnątrz miało świeży, lekko gryzący zapach. Niebo przykryły ciemne chmury. Wajda zadarł głowę i przez chwilę podziwiał ten kasandryczny widok. Od paru miesięcy narastała w nim gotowość do zmierzenia się ze wspomnieniem, które wróciło do niego z otchłani niepamięci, i wreszcie poczuł, że oto nastał właściwy moment.
Dwadzieścia lat wcześniej, w noc, podczas której pokłócił się z ojcem i uciekł z domu, nad miastem również szalała burza. Maciej przepadł wówczas na kilkanaście dni, a kiedy ocknął się w lesie setki kilometrów od Warszawy, nie potrafił zrozumieć, skąd się tam wziął. Mógłby przysiąc, że nie było go ledwie chwilę, a gdy uświadomiono mu, że jego zniknięcie trwało znacznie dłużej, uznał to za ponury żart. Uwierzył lekarzom dopiero wtedy, gdy wręczyli mu gazetę, a on przeczytał datę nadrukowaną na pierwszej stronie. Egzemplarz dziennika wypadł mu z dłoni, a z ust uleciało ciche: "To niemożliwe".
Osiemnastoletni Wajda nie rozumiał, z jakiego powodu niczego nie pamiętał, a im więcej wysiłku wkładał w to, by dotrzeć do zagubionych wspomnień, tym bardziej te się oddalały. Specjaliści uznali, że doświadczył rzadkiego rodzaju amnezji, noszącego nazwę fugi dysocjacyjnej. Jej wystąpienie poprzedzają najczęściej silnie stresujące wydarzenia, w wyniku których osoba niespodziewanie opuszcza miejsce zamieszkania, wyrusza w podróż i jednocześnie traci pamięć dotyczącą własnej tożsamości. Taki stan może trwać od kilku godzin do wielu tygodni, a gdy ustępuje, dotknięty amnezją odzyskuje wspomnienia z przeszłości. Na powrót wie, kim jest, i potrafi odtworzyć to, co spotkało go przed momentem zaćmienia, nie ma jednak pojęcia, co wydarzyło się w okresie fugi.
Maciej latami próbował przebić się przez mur odgradzający go od kilkunastu dni wymazanych z pamięci, ale ten solidnie strzegł do nich dostępu. Dopiero parę miesięcy temu, kiedy psycholog balansował na linie zawieszonej między życiem a śmiercią, mocno przechylając się w kierunku tej ostatniej, w murze pojawiło się pęknięcie i przez wąską szczelinę do Wajdy wróciło wspomnienie. Obraz tak straszny, że kiedy go przywoływał, zaczynał wątpić we wszystko, w co dotychczas wierzył. A najbardziej w samego siebie i w to, do czego jest zdolny.
Mijał jednak czas i lęk, który ogarnął psychologa, gdy przeszłość ukazała mu swoje szkaradne oblicze, topniał. Miejsce obaw zajął głód prawdy o tym, co wydarzyło się w sierpniu dwa tysiące pierwszego roku, dlatego kiedy Maciej dostrzegł oznaki nadciągającej nawałnicy, odczytał to jako znak. Zaproszenie do tego, by wrócić do punktu, w którym to wszystko się zaczęło, i odszukać odpowiedzi na pytania dręczące go od lat.
Wsiadł do samochodu, wsunął do ust pasek gumy balonowej i zdecydowanym gestem uruchomił silnik. BMW zamruczało, a Wajda włączył składankę starego dobrego bluesa. Do niedawna w SUV-ie rozbrzmiewała głównie muzyka z bollywoodzkich produkcji, ale po stracie kobiety, którą kochał, nie mógł dłużej znosić skocznych indyjskich melodii i przerzucił się na gatunek bliższy jego nastrojowi. Blues miał tę zaletę, że świetnie komponował się ze smutkiem, a jeszcze lepiej z whisky i seksem, choć ten ostatni nie stanowił obecnie istotnej części jego życia.
Chropowaty głos Beth Hart płynął z głośników, wywołując gęsią skórkę na karku psychologa. Wajda docisnął mocniej pedał gazu i skręcił na południe, w kierunku Henrykowa, gdzie mieścił się jego rodzinny dom. Nie lubił tam jeździć. Nie tylko dlatego, że przypominał mu o kłótni z ojcem, po której nic już nie było takie jak przedtem, ale również z powodu ducha matki wyzierającego z każdego kąta pokrytego kurzem wnętrza. Wprawdzie wszystkie pamiątki po niej zostały zamknięte w sypialni na piętrze, lecz Maciej bez trudu potrafił przywołać obraz matki czytającej książkę na sofie albo pochylonej nad garnkiem bulgoczących konfitur. Czasami jakby słyszał jej kroki na schodach, ale to tylko drewno wydawało z siebie ciche jęknięcia. Ten dom nigdy nie zasypiał, żył i oddychał razem z nimi. Był świadkiem narodzin i śmierci, miłości i nienawiści, radości i łez.
Przez to, że budynek stał na niewielkim wzniesieniu, Maciej dostrzegł go już z oddali. Otoczony szkarłatnym żywopłotem z berberysu, sprawiał wrażenie niedostępnego. Nad stromym dachem zawisły ciężkie, ołowiane chmury, jakby mieściło się tam epicentrum zła. Świeże pędy niedawno wysianego jęczmienia, rosnące po obu stronach drogi, zafalowały pod wpływem podmuchu wiatru, a z nieba dobiegł niski pomruk grzmotu. Burza była jeszcze daleko, choć jej oddech już muskał glebę.
Wajda przystanął na drodze wijącej się niczym wstążka i popatrzył w ciemne okna gmaszyska. Tylko w jednym z nich żarzyło się światło. Znak, że jego ojciec czuwał. Być może czytał książkę, jak to miał w zwyczaju przed zaśnięciem, a może przeglądał dokumenty dotyczące spraw, w których orzekał o wypłacie odszkodowania, gdy jeszcze pracował w firmie ubezpieczeniowej. Po tym, jak przeszedł na emeryturę, rozliczanie przeszłości stało się jego obsesją. Z nieznanej Maciejowi przyczyny dokonywał rachunku sumienia, jak ktoś, kto przed śmiercią musi się upewnić, czy nie popełnił żadnych błędów.
Psycholog wyobraził sobie posiwiałego siedemdziesięciolatka spoczywającego na oparciu z poduszek. Niemal widział, jak wzrok ojca mętnieje, głowa opada na pierś, a wertowane dokumenty wysuwają się z dłoni. W jego ciele rozlała się tkliwość, w gardle poczuł drapanie, a chwilę później miodowa poświata w oknie zgasła. Wajda westchnął i zawrócił. Uznał, że nie musi podjeżdżać pod sam dom, by odtworzyć trasę z tamtego wieczoru. Na szybę SUV-a spadły pierwsze krople deszczu, niebo przecięła błyskawica, a zaraz potem rozległo się dudnienie grzmotu. Stojące na polu strachy na wróble zaczęły wymachiwać ramionami, ich dziurawe kapoty łopotały na wietrze. Maciej minął je, spoglądając trwożliwie w lusterko, jakby chciał się upewnić, czy go nie ścigają.
Pędził tak szybko, że opony ślizgały się na mokrej nawierzchni. Deszcz z każdą chwilą przybierał na sile i wycieraczki ledwie nadążały ze zbieraniem wody. Ich miarowy pisk zlewał się z hukiem gromów. Wajda odbił gwałtownie w prawo, unikając zderzenia z odłamaną gałęzią drzewa, którą podmuch wichury cisnął mu pod koła, i poczuł, jak zalewa go fala gorąca. Rozsądek podpowiadał mu, że powinien odpuścić albo chociaż przeczekać w bezpiecznym miejscu, dopóki nawałnica się nie uspokoi, ale nie potrafił zrezygnować.
Ulewa była już tak gęsta, że prawie nie widział drogi przed sobą. Zwolnił nieco i z nosem przytkniętym do szyby starał się jechać tak, by nie zgubić asfaltu i nie wylądować w polu, gdzie SUV zakopałby się w grząskiej ziemi. Czarne niebo pękało od piorunów raz po raz rozjaśniających ciemność, a pomrukiwania grzmotów zamieniły się w ostre trzaski. Maciej zaczął liczyć w myślach sekundy między błyskiem a kolejnym hukiem. Dotarł zaledwie do sześciu, kiedy światem wstrząsnął odgłos przypominający wystrzał z bicza. Psycholog wzdrygnął się, instynktownie wstrzymując oddech. Burza znajdowała się coraz bliżej.
Wajda przystanął na rozstaju dróg i rozejrzał się dookoła. Na jego twarzy odmalowało się wahanie. Nie miał pojęcia, w którą stronę skierował się dwadzieścia lat temu. Nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek jechał tą drogą i czy ona już wtedy istniała. Przez dwie dekady krajobraz mógł się przecież bardzo zmienić. Na horyzoncie rozpościerały się jedynie pola i zagajniki, podobne do setek innych pól i lasów, które widział w życiu. Żadnych charakterystycznych budynków ani miejsc, które mógłby kojarzyć. Jego rodzinny dom już dawno połknęła ciemność. Maciej stwierdził, że skręci w prawo, a jeśli ten wybór nie zawiedzie go w znajome okolice, zawróci i pojedzie w przeciwnym kierunku. Poruszał się ostrożnie, by nie przeoczyć niczego, co mogłoby naprowadzić go na właściwy trop, ale wszystko wokół zdawało się wyglądać tak samo.
Deszcz bębnił o karoserię i wkrótce ta monotonna melodia zaczęła wywoływać w Wajdzie senność. Psycholog ziewnął, gotów skapitulować, lecz kiedy skręcił, reflektory BMW wyłuskały z mroku szpaler drzew położony w oddali za zieloną połacią pól. Ten kadr wydał się mu znajomy, jego puls przyspieszył. Przed dwudziestu laty, po tym, jak w gniewie przemierzył kilkanaście kilometrów, zatrzymał się przy drodze, wysiadł z samochodu ojca i pobiegł przez pole w kierunku podobnej lipowej alei. To wtedy rozpoczęła się jego fuga. W jednej chwili grzązł w mokrej od deszczu ziemi, a w następnej wszystko zgasło. Docisnął pedał gazu i ruszył w stronę drogi ciągnącej się w oddali. Wiedział, że może się mylić. To mogło być jedno z wielu podobnych nasadzeń, ale uczepił się nadziei, jak przestraszone dziecko chwyta się matczynej spódnicy.
Kiedy przejeżdżał przez tunel z drzew, noc rozjaśniła żyła błyskawicy, a tuż po niej zagrzmiał huk gromu. Maciej znalazł się w centrum burzy. Na asfalcie przed sobą widział połamane gałęzie. Jeśli tamtej nocy porzucił samochód ojca, nie mógł odejść daleko. Musiał skryć się gdzieś i zaczekać, aż ulewa osłabnie. Dokąd w takim razie się udał?
Sunął wzrokiem po okolicy, wypatrując zabudowań czy choćby wiaty przystankowej, ale niczego takiego nie dostrzegał. Jego uwagę przykuł jednak drogowskaz skierowany w stronę lasu. Psycholog zbliżył się do niego, po czym odczytał wyryty w drewnie napis - "Siedlisko Ciche" - i zdecydował się podążyć za znakiem.
Koła SUV-a zachrzęściły na żwirowej alejce prowadzącej przez gęstwinę, a strzeliste sylwetki drzew zakołysały się nad autem, jakby chciały je zamknąć w objęciach. Na końcu podjazdu stał drewniany budynek z przeszkleniami, za którymi mieniły się setki maleńkich światełek. Maciej przystanął na ścieżce i przyjrzał się wnętrzu sali weselnej wypełnionej elegancko nakrytymi stołami. Miejsce było tak zachwycające, że aż zamrugał z wrażenia. I choć po bolesnej stracie, której niedawno doświadczył, trudno było mu wierzyć, że jeszcze kiedyś zdoła kogoś pokochać, to magia tej okolicy obudziła w nim nowe pragnienie. Dopiero po chwili zauważył kobietę, która poprawiała ułożenie miękkiego woalu spływającego z sufitu na drewnianą belkę, a dalej na podłogę. Pochłonięta pracą, nawet nie zerknęła w kierunku okna. Zeszła z drabiny, wygładziła obrusy na kilku stołach, bo czym oceniła badawczym spojrzeniem swoje dzieło i uśmiechnęła się z satysfakcją.
Wajda obserwował, jak gasi girlandy światełek, a później wkłada kurtkę i kieruje się do wyjścia. To właśnie wtedy uniosła wzrok i zobaczywszy obcy samochód na podjeździe, zamarła. Maciej przeklął w duchu swoją bezmyślność. Znajdowali się na zupełnym odludziu, dochodziła północ, a on czaił się w ciemnościach jak jakiś morderca polujący na ofiarę. Powoli wysiadł z SUV-a i osłaniając się od deszczu sportową marynarką, przyjaźnie pomachał do kobiety za szybą. Musiał jednak zrobić coś nie tak, bo twarz brunetki jeszcze bardziej się napięła, a ona sama wycofała się w głąb pomieszczenia. Psycholog westchnął ciężko i podszedł do przeszklonych drzwi. Zamierzał wytłumaczyć, że nie ma złych intencji.
Zastukał delikatnie w drewniane skrzydło, a gdy nikt nie zareagował, nacisnął klamkę, ale zamek okazał się zaryglowany.
- Czy mogłaby mnie pani wpuścić? Chcę tylko porozmawiać! - zawołał, kuląc się pod naporem ulewy.
Za mleczną szybą zamajaczył cień. Ktoś był po drugiej stronie, ale najwyraźniej nie planował odpowiedzieć na jego prośbę.
- Nazywam się Maciej Wajda. Zależy mi na dotarciu... - Nie zdążył wyjaśnić, bo kształt za szkłem się poruszył, klucz w zamku zazgrzytał i drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem.
- Na głowę pan upadł? Czego pan tu szuka po nocy? Proszę stąd odejść, bo będę musiała wezwać policję - zagroziła kobieta, którą dostrzegł w szczelinie.
- Najmocniej przepraszam za to najście. Nie chciałem pani przestraszyć. Chętnie wszystko wytłumaczę, ale ze względu na deszcz wolałbym to zrobić w środku.
Widział, że brunetka się waha. Mierzyła go pełnym lęku spojrzeniem, a w końcu otworzyła szerzej drzwi.
- Niech pan wejdzie - rzuciła.
Splotła przedramiona na piersi i odsunęła się aż pod ścianę. Maciej zauważył, że zerka na komórkę ściskaną w dłoni, a jej ręka drży.
- Nie musi się mnie pani obawiać. Chodzi mi tylko o rozmowę. Jeździłem po okolicy w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłem schronić się dwadzieścia lat temu podczas burzy, i kiedy zobaczyłem drogowskaz do siedliska, pomyślałem, że może na jego widok coś mi się przypomni.
Pomiędzy brwiami kobiety zarysowała się pionowa zmarszczka.
- No tak, gadam bez sensu. Pewnie ma mnie pani za wariata - stwierdził Wajda, ścierając z twarzy krople deszczu. - W wieku osiemnastu lat doznałem przejściowej amnezji. Nigdy nie udało mi się odtworzyć przebiegu kilkunastu dni wymazanych z pamięci. Wiem tylko, że zanim w moich wspomnieniach powstała wyrwa, znajdowałem się gdzieś tu, w okolicy. - Psycholog zatoczył ręką koło.
- To jakiś żart?
- Nie, choć jestem przekonany, że tak to wygląda. Pamiętam jedynie, że tamtej nocy biegłem przez pole, wokół szalała nawałnica, a później nagle wszystko zgasło. Ocknąłem się w lesie jakieś dwa tygodnie potem i nie rozumiałem, skąd się tam wziąłem.
Brunetka zmrużyła oczy, przyglądając się mu nieufnie. Jej ciało nieco się rozluźniło, ale palce nadal kurczowo obejmowały telefon.
- I ja mam w to uwierzyć? Zjawia się pan tu w środku nocy i doprowadza mnie prawie do zawału tylko po to, żeby coś sobie przypomnieć? Przecież to jakiś nonsens. Nie wiem, czego pan ode mnie chce, ale ma pan stąd natychmiast wyjść - zażądała, drżącą ręką wskazując drzwi.
- Naprawdę nie zamierzałem... - Maciej uniósł dłonie w uspokajającym geście, ale zanim zdążył dokończyć, kobieta weszła mu w słowo:
- Chyba że woli pan porozmawiać z moim mężem. Zadzwoniłam po niego, kiedy wysiadł pan z samochodu. Z tego, co widzę, będzie tu lada chwila. - Zerknęła na komórkę i odwróciła ją ekranem w kierunku Wajdy.
Niebieska kropka poruszała się na mapie aplikacji śledzącej lokalizację.
- Źle mnie pani oceniła. Nie szukam kłopotów, tylko odpowiedzi - rzucił, po czym omiótł spojrzeniem kałużę, która utworzyła się wokół jego stóp, bąknął ciche "przepraszam" i wyszedł na zewnątrz.
Nie wysilał się już nawet, by osłonić ciało przed deszczem. Ubranie i tak było przemoczone do suchej nitki, a w butach chlupotała woda. Wsiadł do samochodu i z impetem zatrzasnął drzwi. Buzowała w nim złość. Na siebie za ten idiotyczny pomysł i na kobietę, która nie chciała go nawet wysłuchać, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że jej reakcja była uzasadniona. To on się wygłupił. Nie wiedział przecież nawet, czy kiedykolwiek odwiedził to miejsce. Niepotrzebnie napędził brunetce strachu. Mógł zaczekać do rana i wtedy z nią porozmawiać. Bezsensownie uroił sobie, że będzie jak dawniej, że noc i burza go poprowadzą, a on wreszcie odzyska wspomnienia.
Odpalił silnik, po czym zawrócił i ruszył kamienistą aleją w kierunku głównej drogi. Woda z twarzy skapywała mu na kolana, a mokre spodnie kleiły się do fotela. Dojeżdżał już do asfaltówki, gdy na ścianie lasu zauważył blask reflektorów. Zastygł, nie wiedząc, co powinien teraz zrobić. Docisnąć pedał gazu i spróbować umknąć wezwanemu na pomoc małżonkowi czy zostać na miejscu i postarać się wyjaśnić to nieporozumienie.
Rozejrzał się panicznie wokół. Snop świateł zbliżającego się samochodu lizał już asfalt, który psycholog widział przed sobą. W popłochu Wajda wbił wsteczny, po czym wycofał i ukrył się w wąskiej przecince między drzewami.
Ledwie zgasił silnik, a na podjazd wjechała rozpędzona terenówka. Maciej wstrzymał oddech i skulił się za kierownicą, mając nadzieję, że w zacinającym deszczu kierowca go nie zauważy. Nie wiedział wprawdzie, czy kobieta nie obserwowała go przez okno i za moment nie przekaże mężowi, gdzie się schował, ale uznał, że jeśli tak się stanie, będzie miał wystarczająco dużo czasu, by uciec. Na razie trwał przyczajony. Serce wierzgało mu w piersi jak oszalałe, a ciepły oddech skraplał się na szybie, pokrywając ją mgiełką, zza której niewiele było widać.
Maciej starł dłonią parę i wyjrzał przez zamazane okno, by ocenić, gdzie znajduje się mężczyzna. Nie mógł tego określić dokładnie, bo drzewa zasłaniały mu widok, ale odniósł wrażenie, że w świetle reflektorów dżipa dostrzega poruszające się sylwetki. Przyszło mu na myśl, że mógłby teraz odjechać, skorzystać z okazji, gdy małżonkowie byli najpewniej zajęci wymianą informacji, ale obawiał się, że mężczyzna ruszy za nim w pogoń, i postanowił jeszcze zaczekać. Zablokował oświetlenie podsufitki, a później ostrożnie uchylił drzwi. Do samochodu wpadło świeże, wilgotne powietrze, a zaraz potem uszu Wajdy doleciały odgłosy rozmowy. Psycholog skrzywił się w skupieniu, próbując zrozumieć słowa zagłuszane przez szum deszczu, gdy nagle rozległo się wykrzyczane ze złością:
- Niczego sobie nie ubzdurałam. Wiem, że to był on. Wszędzie rozpoznałabym to spojrzenie. To ten sam człowiek, który prawie zabił Załuskę.
Maciej znieruchomiał. Oddech ugrzązł mu w piersi, a obraz przed oczyma zaczął się rozmywać. Znów wrócił kadr, który wypłynął z jego nieświadomości kilka miesięcy temu. To jedno wyraźne wspomnienie z czasu amnezji, które zdołał odzyskać. Trzymał w dłoni rękojeść noża wbitego w brzuch mężczyzny o twarzy, której jego pamięć nie potrafiła odwzorować. Plama krwi na ubraniu tamtego rosła w zastraszającym tempie. Palce Wajdy pokryły się lepką, ciepłą jeszcze czerwienią. Ranny osunął się na ziemię. Jego powieki się zamknęły, głowa bezwładnie opadła, a spod ciała zaczęła wypływać bordowa rzeka.
Czy to mógł być wspomniany Załuska? Maciej nie znał żadnego człowieka o tym nazwisku, ale wstąpiła w niego nadzieja, że być może nikogo nie zabił. Jeśli wierzyć słowom brunetki, mężczyzna przeżył atak. Tajemnicą pozostawało jednak, dlaczego Wajda próbował odebrać mu życie.
Psycholog spojrzał na swoje dłonie, które teraz wydały mu się obce. Zaczął drżeć na całym ciele i choć wmawiał sobie, że to z zimna, to domyślał się, że wstrząsa nim strach. Lęk przed samym sobą i tym, do czego był zdolny.