Piaseczno, 22 czerwca 2002
Pan Marek Król
Tygodnik "Wprost"
Szanowny Panie Redaktorze,
Mam prawo sądzić, że autorzy artykułu Armia marnotrawców ("Wprost" nr
1021) wprowadzają czytelników w błąd.
Posłużę się jednym przykładem odnoszącym się do opisanej w artykule
samobieżnej armatohaubicy 155 mm. Otóż projekt ten nie powstał w wyniku
"widzimisię" generałów czy "nacisku Szeremietiewa". Był w programie
modernizacji Sił Zbrojnych RP "Armia 2012" przyjętym przez rząd premiera
Włodzimierza Cimoszewicza (SLD-PSL). Następnie został umieszczony wśród
zobowiązań natowskich zaakceptowanych przez rząd premiera Jerzego Buzka
(AWS-UW). Przypominam: wstępując do NATO, Polska zobowiązała się do
unowocześnienia całej armii. Wśród różnych typów nowego uzbrojenia mamy
zakupić nie tylko nowy samolot wielozadaniowy czy transporter
opancerzony, ale także przyjęte w armiach NATO jako standardowe
uzbrojenie samobieżne armatohaubice 155 mm (cel EL0905).
Współczesna samobieżna armatohaubica jest wysoce mobilnym środkiem
ogniowym do precyzyjnego niszczenia celów (tak zwana amunicja
inteligentna) na dużych odległościach - do i ponad 40 km. Może więc
wystrzeliwać pociski kasetowe zawierające "podpociski" typu SMART i nimi
niszczyć czołgi i wozy opancerzone (pociski "wystrzel-zapomnij"), może
także specjalnymi pociskami minować rejony zagrożone atakiem wojsk
przeciwnika. Ta artyleria może wykonywać zadania, które do niedawna
realizowano za pomocą rakiet taktycznych ziemia-ziemia. Obecnie
niszczenie celów pociskami artyleryjskimi precyzyjnego rażenia jest
bardzo skuteczne, a "inteligentny" pocisk artyleryjski dużo tańszy od
rakiety. W porównaniu do wyrzutni pocisków rakietowych działa samobieżne
są też dla wroga trudniejsze do zlokalizowania i zniszczenia. I nie jest
naganne czy dziwaczne - jak zdają się sądzić autorzy artykułu - używanie
samolotów bezzałogowych do rozpoznania i kierowania ogniem armatohaubic.
Warunkuje to skuteczność ognia i precyzję uderzeń. Reasumując, taka
nowoczesna artyleria jest niezbędna w działaniach bojowych dywizji i brygad zarówno w obronie, jak i w ataku.
W ramach przyjętego przez MON programu zamierzano stworzyć nie tylko
prototyp działa, ale tak zwany moduł dywizjonowy obejmujący początkowo
sześć, a ostatecznie dwa działa i osiem innych pojazdów (dowodzenie,
kierowanie ogniem, logistyka). W pierwszej wersji (6 dział) koszt całego
programu planowaliśmy na około 200 mln zł, w tym 86 mln zł na zakup od
Brytyjczyków sześciu wież armatnich z działami i licencji - ze względu
na ograniczenia finansowe kupiono dwie wieże i odpowiednio mniej
zapłacono Brytyjczykom. Na budowę, o ile pamiętam, dwu prototypów
armatohaubicy Krab, a nie jednego, wydano ogółem 72 mln zł - te środki w większości trafiły do polskich zakładów. Twierdzenie, że jeden prototyp
Kraba kosztował 300 mln zł, jest nieprawdziwe. Takiej kwoty nie
planowano i nigdy jej nie wydano.
Istotnym elementem kontraktu zawieranego przez Hutę Stalowa Wola
(wykonawcę programu) z brytyjską firmą Vickers Shipbuilding &
Engineering Limited były aspekty handlowe. W ramach umowy z Brytyjczykami uzgodniono, że strona polska (HSW) będzie na zasadzie
wyłączności produkować wieże na potrzeby armii brytyjskiej - firma
brytyjska zobowiązała się do przekazania polskiej hucie bezpłatnie (za
symbolicznego funta) maszyn i osprzętu do produkcji wież. Obok tego obie
firmy (polska i brytyjska) mają podjąć wspólne działania marketingowe
promujące polską armatohaubicę na rynkach zagranicznych. Już dziś
zainteresowanie Krabem wyrażają kraje posiadające na uzbrojeniu sprzęt
poradziecki, na przykład Indie. Biorąc pod uwagę nowoczesność polskiego
działa, jego parametry i stosunkowo niską cenę, pojawiają się inni,
między innymi Szwedzi i Norwegowie.
W artykule "Wprost" armatohaubicę Krab nazwano "angielską", wspominając
jako swoiste przeciwieństwo przedwojenny polski czołg 7TP, wzorowany,
nomen omen, na brytyjskim czołgu Vickers. Jeżeli jednak porównamy wkład
polskich konstruktorów, to okaże się, że armatohaubica Krab jest
znacznie bardziej "polska" niż dawny czołg 7TP. Podkreślam, że prototyp
Kraba jest polską konstrukcją zrealizowaną przez HSW i OBRUM w Gliwicach. Zakupiona od Brytyjczyków wieża została spolonizowana, a polska konstrukcja ma znacznie lepsze parametry techniczno-taktyczne w porównaniu do swego brytyjskiego odpowiednika. (Na ten temat polecam
kompetentny tekst Andrzeja Kińskiego Debiut Kraba w miesięczniku "Nowa
Technika Wojskowa" z lipca 2001 roku).
Ponadto czytelnik artykułu nie dowiedział się, że opóźnienia w realizacji programów i rezygnacje z planowanych przedsięwzięć zależą od
środków budżetowych.
Praktyka jest następująca: dowództwa wojskowe opracowują potrzeby w zakresie uzbrojenia, a MON ustala, jakie środki i w jakim czasie można
będzie wydać na nowy sprzęt. Planowanie nakładów odbywa się w oparciu o kilkuletnią prognozę dochodów i wydatków państwa przedstawianą przez
Ministerstwo Finansów. Ta prognoza powinna być zrealizowana w kolejnych
budżetach. W MON przetarg czy program rusza, gdy Sejm RP uchwali budżet
zawierający zaplanowane środki. Jednak w przypadku działań kilkuletnich
zazwyczaj już w następnym roku realizacji programu okazuje się, iż
rzeczywistość budżetowa nie potwierdza założeń prognozy - pieniędzy jest
mniej, nigdy więcej. MON musi więc ciąć zaplanowane wydatki. Dlatego
rezygnacje z planowanych wcześniej przedsięwzięć i opóźnienia w realizacji programów w niewielkim stopniu zależą od dowódców wojskowych,
a tym bardziej od związanych z wojskiem ośrodków naukowo-badawczych i przemysłu.
Nie tak dawno trafiłem na książkę byłego doradcy ministra Onyszkiewicza.
Jej autor twierdzi, że szef MON sprytnie podkoloryzował dane obrazujące
stan polskiej armii i dzięki temu Polska weszła do NATO. Doradca
ministra przesadził. NATO dobrze znało stan naszego wojska. Gdyby
rzeczywiście MON chciał oszukiwać, to nie wyszłoby na zdrowie staraniom
Polski o członkostwo w sojuszu. Kłamczuchów tam by raczej nie przyjęto.
Wspominając o tym, nie namawiam nikogo do pisania kłamstw przy
przedstawianiu stanu naszej obronności. Jeżeli jednak nie powinniśmy
poprawiać rzeczywistości, to także nie musimy wszystkiego widzieć w czarnych barwach. Wystarczy zachować obiektywizm.
Przedstawiony w artykule problem modernizacji armii polskiej warto
rozpatrzyć, opierając się na rzetelnej analizie faktów, odrzucając
zmyślenia, plotki i powierzchowne opinie. Autorzy artykułu nie potrafili
dotrzeć do dostępnych przecież danych. I nie chodzi tu tylko o wiarygodność ocen i wyciągniętych wniosków. Biorąc pod uwagę
opiniotwórczą rolę mediów, taki tekst może mieć negatywny wpływ na
poglądy osób decydujących o nakładach na modernizację armii. Może być
swoistym uzasadnieniem dalszego ograniczania tych nakładów, bo czyż
warto dawać pieniądze "marnotrawcom"?
Romuald Szeremietiew
Dr hab. nauk wojskowych
Kiedy MON zrezygnował z "działa Szeremietiewa", traciłem nadzieję, że
coś z tego będzie. Jednak doświadczenia wojenne ostatnich lat dowodzące
przydatności artylerii takiej jak polski Krab sprawiły, że wraca mi
nadzieja. Może więc Kraby trafią do polskiej armii i może będzie
podobnie także z innymi moimi zamiarami w dziedzinie modernizacji sił
zbrojnych i w obronności RP. Może?
Bałkański KOCIOŁ czy tylko kociołek?
27 lutego 2008
Bałkański KOCIOŁ czy tylko kociołek?
Dziewięćdziesiąt cztery lata temu było tak: Zabójstwo austriackiego
arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku przez
Serba Gawriło Principa stało się pretekstem dla Austro-Węgier do
wypowiedzenia wojny Serbii. Wywołało to łańcuch kolejnych wydarzeń -
mobilizacja oddziałów rosyjskich w celu obrony i wsparcia Serbii,
następnie wypowiedzenie wojny Rosji przez Niemcy, Niemcom przez Wielką
Brytanię i Francję - które doprowadziły do wybuchu I wojny światowej.
Armia Serbii odnosiła wiele znaczących sukcesów, ale została ostatecznie
rozbita przez połączone wojska Niemiec, Austro-Węgier i Bułgarii. W I wojnie światowej Serbia poniosła ogromne straty - zginęło około 1,264
mln osób - 28 procent ówczesnej serbskiej populacji, 58 procent
wszystkich zamieszkujących ten kraj mężczyzn.
Po upadku komunizmu na Bałkanach Jugosławia rozpadła się na liczne
państwa narodowe. Był to proces bolesny, toczyły się krwawe walki,
interweniowały siły NATO (bombardowania Serbii). W końcu wydawało się,
że udało się wygasić kipiący bałkański kocioł. I oto Albańczycy
zamieszkujący serbską prowincję Kosowo ogłosili niepodległość. Pod
bałkańskim kotłem pojawił się płomień.
Polska, a przed nią kilkanaście innych państw, wśród nich USA, Niemcy,
Francja, uznała niepodległe muzułmańskie państwo Kosowo. Rosja popiera
chrześcijańskich Serbów w opozycji do tego, co robią USA, Niemcy i...
Polska?
Pojawia się pytanie, czy państwa uznające Kosowo postępują słusznie i czy Polska, jedno z nich, zachowuje się zgodnie z naszym interesem
narodowym? Prof. Adam Rotfeld, były szef MSZ, dziś doradzający
ministrowi Sikorskiemu, mówi w wywiadzie, że w sprawie Kosowa "jak się
zachowamy, nie odgrywa aż tak istotnej roli, by miało znaczący wpływ na
rozwój wypadków w tamtym regionie. Gdyby Polska wstrzymywała się z uznaniem Kosowa, to myślę, że - poza nami - nikt w świecie by tego nie
odnotował". Czyli nasze stanowisko nie ma większego znaczenia. Czy
uznalibyśmy, tak jak Amerykanie czy Niemcy, lub nie uznali, jak na
przykład Hiszpanie, to jest, że tak powiemy z niemiecka gantze gall.
Wydaje się jednak, że pan profesor raczy się mylić. Sam zresztą sobie
zaprzecza, bowiem w końcowej części wywiadu powiada tak: "Wielu Polaków
nie zdaje sobie sprawy, że elity serbskie wobec naszego kraju mają
niezwykle pozytywne nastawienie. Jesteśmy dla nich reprezentantem kraju
słowiańskiego, do którego odczuwają spontaniczną sympatię, choćby
dlatego, że wielu czołowych intelektualistów serbskich studiowało w naszym kraju. Gdy byłem szefem MSZ, pojechałem do Serbii i Kosowa, by
dać Serbom wyraźny sygnał, że Polska traktuje ich jak pełnoprawnego
partnera. Wtedy odniosłem wrażenie, że oni wyczekiwali takiej wizyty jak
kania dżdżu". Czyli stanowisko Polski nie jest obojętne chociażby dla
samych Serbów. Co jednak Polska powinna była zrobić?
Ogłoszenie niepodległości przez Kosowo niewątpliwie może zainicjować
nowy poważny konflikt na Bałkanach. To zaś oznacza konieczność
angażowania się w jego uspokojenie Unii Europejskiej, a być może także
NATO. Polska jest członkiem obu tych wspólnot. Powinna była więc, skoro
inni tego nie dostrzegli, zainicjować proces uzgodnienia wspólnego
stanowiska zarówno UE, jak i NATO w kwestii niepodległości Kosowa.
Wypracowanie takiego stanowiska dałoby czas na ustalenie rozwiązań
pokojowych, potrzebny plan działań i nie wpychałoby Serbii w ręce
Putina. W takiej sytuacji wyjazd delegacji polskiego MSZ do Belgradu i podjęcie z tej pozycji rozmów z władzami Serbii mogłoby być bardzo
konstruktywne. W obecnej sytuacji, gdy Polska już uznała Kosowo, zda się
to psu na budę.
Wydaje się, że polski rząd, zamiast wykorzystać przyjazne nastawienie
Serbów do Polaków i uczestniczyć w konstruktywnym rozwiązywaniu
problemu, swoją decyzją w sprawie Kosowa dorzucił jeszcze jedną gałązkę
do ognia płonącego już pod bałkańskim kociołkiem. A jeśli się mylę i to
jest KOCIOŁ, a nie kociołek?
Czy teraz w odwecie za Serbię Rosja zerwie kontrakt z Niemcami na budowę
rury gazowej w Bałtyku, a Niemcy na złość Rosjanom uznają niepodległość
muzułmańskiej Czeczenii?
Nonszalancja ministra obrony
3 kwietnia 2008
Nonszalancja ministra obrony
Obejrzałem w TVP3 konferencję prasową szefa MON. Minister Bogdan Klich
powiedział dziennikarzom: "Tragedia pod Mirosławcem pokazała dużą skalę
nonszalancji w polskich Siłach Powietrznych".
Dość szczegółowo omówiono przebieg lotu, przedstawiono przyczyny
katastrofy i ukazano czarny obraz polskiego lotnictwa wojskowego.
Dowiedzieliśmy się, że zawinili piloci, niedouczeni w lataniu na tym
typie samolotu, zawinili kontrolerzy lotu, rozmawiający z pilotami
niczym gęś z prosięciem - oni podawali dane w metrach i kilometrach, a piloci myśleli, że to są stopy i mile. Zawinili organizatorzy lotu i Centrum Operacji Powietrznych. Czyli generalnie syf i kilka metrów mułu.
Przekonanie byłego ministra obrony narodowej Bronisława Komorowskiego,
że polski lotnik potrafi latać na drzwiach od stodoły, nie sprawdziło
się. Według Klicha "drzwi" spadły na ziemię.
Nie o tym jednak warto mówić. Informacje podane przez ministra Klicha
należą do tak zwanych wrażliwych. Przedstawiają istotne ułomności w funkcjonowaniu sił powietrznych RP. Generalnie wykazują niesprawność
szkolenia i kontroli lotów oraz bałagan w strukturze dowódczej. To cenna
informacja dla wywiadów państw nam wrogich i osłabiająca pozycję Polski
w relacjach sojuszniczych. To chyba oczywiste.
Wiem, że w Polsce obowiązuje fałszywie pojmowany przymus tak zwanej
przejrzystości (transparentności) i dziennikarze staną na głowie, by
każdą tajemnicę wydrzeć. To jednak nie oznacza, że wojsko musi temu
ulegać i nie powinno chronić tajemnic. Nie chodzi o zamiatanie pod dywan
sprawy, tylko o sposób jej załatwienia bez ujawniania innym naszych
słabości. Katastrofa samolotu powinna być dokładnie zbadana, wyciągnięte
stosowne wnioski, winni ukarani, ale CO i JAK powinni wiedzieć
nieliczni, tylko ci, którzy odpowiadają za stan obronności Polski. Nie
powinni tego wiedzieć na pewno ci, którzy zagranicą zajmują się zawodowo
oceną stanu polskiego wojska.
Minister Klich, zarzucając lotnikom nonszalancję, sam nonszalancko
postąpił, ujawniając wyniki pracy komisji badającej katastrofę samolotu
CASA.
Brak amunicji
13 kwietnia 2008
Brak amunicji
Trzynastego kwietnia 1943 roku Niemcy ogłosiły światu o odkrytych pod
Smoleńskiem masowych grobach polskich oficerów. Dziś obchodzimy dzień
pamięci o ofiarach tej zbrodni. Mam własne doświadczenie w tej mierze.
Przed laty, 8 października 1982 roku, sąd Warszawskiego Okręgu
Wojskowego w składzie trzech sędziów, wysokich oficerów LWP, skazał mnie
na pięć lat więzienia. Wśród moich przestępstw było też "szkalowanie"
ZSRR i podważanie sojuszu z Sowietami, bowiem głosiłem, że zbrodni w Katyniu dokonało NKWD. Sąd, skazując mnie, oparł się na "ekspertyzie"
płk. Juliana Sokoła, "pracownika naukowego" Wojskowej Akademii
Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego, który oczywiście stwierdził, że
to Niemcy wymordowali polskich oficerów.
Jak wiadomo, strona rosyjska nie uznaje zbrodni katyńskiej za
ludobójstwo. Stwierdziła też, że zbrodnia się przedawniła i nie chciała
ścigać żyjących jeszcze oprawców. Utajniła materiały śledztwa. I nawet
trudno się temu dziwić. Skoro obecna Federacja Rosyjska uznaje się za
prawnego kontynuatora Związku Sowieckiego, to zapewne uważa za konieczne
bronić przed odpowiedzialnością karną funkcjonariuszy ZSRR, którzy
mordując Polaków w Katyniu i tylu innych miejscach na "nieludzkiej
ziemi", wykonywali rozkazy władz państwowych ZSRR.
Czy ta postawa Kremla w sprawie zbrodni katyńskiej powinna być przez
Polskę zaakceptowana w imię poprawy relacji polsko-rosyjskich?
Dwa lub trzy tygodnie temu, oglądając program jednej ze stacji
komercyjnych, natknąłem się na rozmowę z dziennikarzem, który pracuje na
zlecenie tej stacji w Moskwie. Opowiadał, jak to jego ekipa nie
zauważyła, że kamerzysta, filmując fragment ulicy, kadrem objął jakiś
budynek wojskowy, na którym była tabliczka zakazująca fotografowania.
Zostali natychmiast zatrzymani przez rosyjskich żołnierzy i doprowadzeni
przed oblicze jakiegoś wyższego oficera. Ten zapytał, kim są filmujący,
a gdy usłyszał, że z Polski, powiedział: A Paliaki, tak wsiech
rastrielat'. Prowadzący program z nadzieją w głosie zaczął dopytywać,
czy to był żart. A gdy usłyszał, że to był żart, radośnie obwieścił: "A więc nie jest źle. To dobrze rokuje na przyszłość w stosunkach z Rosją".
W czasie wojny domowej w pewnym mieście na Syberii miejscowa
czerezwyczajka aresztowała wielu ludzi. Po kilku dniach wszystkich
zwolniono do domów. Kiedy więc po pewnym czasie zostali znów wezwani,
nikt się nie ukrywał, wszyscy stawili się przed oblicza komisarzy,
wierząc, że chodzi o wyjaśnienie jakichś nieporozumień. I wszyscy
zostali rozstrzelani. Dlaczego nie rozstrzelano ich wcześniej? Bowiem
oprawcy czekali na dostawę amunicji.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie dziś, gdy oglądałem uroczystości
katyńskie, przypomniał mi się "żart" rosyjskiego komandira i ta
opowieść o braku amunicji z początków istnienia ZSRR. W Katyniu amunicja
była na czas, a rozkaz rastrielat' nie był żartem.
To ci sukces
1 maja 2008
To ci sukces
W mediach pojawiła się wiadomość, że kolejny tak zwany szczyt NATO
odbędzie się w marcu 2009 roku w Polsce. Minister spraw zagranicznych
Radosław Sikorski skomentował to w ten sposób: "W dziesiątym roku naszej
obecności w sojuszu przestajemy być tak zwanym nowym członkiem". Opinię
szefa MSZ wzmocnił minister obrony Bogdan Klich: "Jestem przekonany, że
to nie tylko świadectwo naszej pozycji w sojuszu północnoatlantyckim,
ale też szansa, że w kolejnych miesiącach i latach ta pozycja będzie
rosła. Jednym z wymiarów tej pozycji jest dostrzeganie przez naszych
sojuszników naszej rosnącej roli w Afganistanie".
Rzeczywiście, szczyty NATO to ważne wydarzenia w sojuszu. W ramach NATO
odbywają się wprawdzie także regularne spotkania na niższym szczeblu.
Dwa razy w roku Rada Północnoatlantycka (NAC) spotyka się na szczeblu
ministrów spraw zagranicznych oraz na szczeblu ministrów obrony. Jednak
tylko podczas szczytów sojuszu NAC obraduje na szczeblu najwyższym -
głów państw i szefów ich rządów. Są one okazją dla przywódców państw
członkowskich NATO do wspólnej oceny działania struktur sojuszu i określenia strategicznych kierunków jego rozwoju. Na szczytach NATO
wprowadza się nowe kierunki polityki sojuszu, zaprasza nowych członków,
wprowadza nowe inicjatywy i prowadzi kluczowe rozmowy z państwami spoza
sojuszu. I warto podkreślić, że nie są to spotkania regularne, w stale
wyznaczonych terminach, lecz uzależnione od politycznych ustaleń i potrzeb.
Skoro więc najbliższy szczyt odbędzie się w Polsce, to czy ministrowie
spraw zagranicznych i obrony mają powód do dumy i czy mają rację? Z ich
słów wynika, że organizacja tej konferencji w Polsce oznacza, że nasz
kraj znalazł się w grupie ważnych i "starych" członków NATO. Jak można
więc wywnioskować, w przeciwieństwie do tych niedawno przyjętych i zapewne mniej ważnych.
Pakt Północnoatlantycki, sojusz polityczno-wojskowy państw Europy
Zachodniej, USA i Kanady został powołany do istnienia w Waszyngtonie 4
kwietnia 1949 roku na podstawie uchwalonej przez Senat USA w 1948 roku
rezolucji, która wzywała do tworzenia bloków militarnych w celu
zapobiegania sowieckiemu zagrożeniu. Układ podpisało wówczas dwanaście
państw: Belgia, Dania, Francja, Holandia, Islandia, Luksemburg,
Norwegia, Portugalia, Wielka Brytania, Włochy, a także Kanada i USA.
Następnie do sojuszu przyjęto Grecję i Turcję (1952), Niemcy - RFN
(1955) i jako ostatnią Hiszpanię (1982). Ta grupa państw członkowskich
była określana jako tak zwani starzy członkowie NATO.
Grupę nowych członków otwierały Czechy, Węgry i Polska, przyjęte w 1999
roku po rozszerzeniu NATO, co było możliwe w następstwie upadku
komunizmu. Ten proces przyjmowania nowych członków trwał. Kolejnymi
stały się Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja, Słowenia, Rumunia i Bułgaria
(2004).
W okresie istnienia NATO odbyły się 22 spotkania (szczyty) przywódców
państw członkowskich sojuszu. Od 1999 roku, czyli od momentu przyjęcia
Polski do NATO, odbyły się spotkania: w Waszyngtonie (USA) - kwiecień
1999, Brukseli (Kwatera Główna NATO) - czerwiec 2001, Rzymie (Włochy) -
maj 2002, Pradze (Czechy) - listopad 2002, Istambule (Turcja) - czerwiec
2004, Rydze (Łotwa) - listopad 2006 i w Bukareszcie (Rumunia) - kwiecień
2008.
Odwołując się więc do krzepiących słów obu ministrów, trzeba by przyjąć,
że do grona "starych" członków przed Polską władze NATO zaliczyły
Czechy, Łotwę i Rumunię i że mają one w sojuszu co najmniej tak samo
mocną pozycję, chociaż ich zaangażowanie na przykład w działaniach
afgańskich jest nieporównywalnie mniejsze od polskich, a nawet żadne.
Rozwiązywanie armii
15 maja 2008
Rozwiązywanie armii
Dowódca elitarnej 6 brygady desantowo-szturmowej gen. Jerzy Wójcik
został zdjęty ze stanowiska przez ministra obrony. Generał, broniąc
dobrego imienia swoich żołnierzy, przypomniał, że wojsko musi wykonywać
rozkazy. I skonstatował - skoro ktoś tego nie rozumie, to może należy
rozwiązać armię.
W demokratycznym państwie żołnierze nie mają prawa krytykować
zwierzchników. Nie mogą strajkować. Armia jest poddana tak zwanej
cywilnej kontroli, co oznacza, że nad dowódcami wojskowymi jest zawsze
cywil na stanowisku ministra obrony - polityk wskazany przez stronnictwo
wygrywające wybory. Od polityki więc zależy stan armii, a od
kwalifikacji i zdolności ministra cywila jest uzależnione funkcjonowanie
sił zbrojnych państwa.
Marszałek Józef Piłsudski podkreślał, że sprawą najważniejszą w wojsku
jest jego morale, czyli duch bojowy, wola walki, gotowość wypełniania
rozkazów, znoszenia trudów i niebezpieczeństw oraz odporność psychiczna
żołnierzy. Także cesarz Napoleon mawiał, że moralna siła wojska na
wojnie jest trzy razy ważniejsza od jego uzbrojenia. Mamy sporo
przykładów, gdy żołnierze dobrze uzbrojeni, ale o słabym morale,
przegrywali w starciach z zdeterminowanymi partyzantami. A więc
osłabianie morale armii godzi w interes narodowy, skoro wojsko przestaje
być skuteczne w gwarantowaniu państwu bezpieczeństwa.
Dziś ogniska zapalne konfliktów nawet o tysiące kilometrów od Polski
mogą powodować realne zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. Mogliśmy się
o tym przekonać, chociażby obserwując na ekranach telewizorów we
wrześniu 2001 roku rozpadające się wieżowce WTC w Nowym Jorku. Konieczne
więc jest podejmowanie działań wygaszających konflikty. Takie działania,
określane jako "wymuszanie pokoju", podejmuje NATO. Jedną z takich akcji
są operacje wojskowe sojuszu na terytorium Afganistanu.
Wojsko Polskie uczestniczy w tej akcji. Tymczasem dowódca wojsk lądowych
gen. Waldemar Skrzypczak mówi: "Mamy kłopot ze skompletowaniem
kontyngentów na kolejne zmiany do Afganistanu. Zamiast zwartych
oddziałów będziemy wysyłać zbieraninę ludzi z całej Polski". A żołnierze, także zawodowi, muszą wyrazić zgodę na wyjazd. Cóż się stało,
że nagle brakuje chętnych?
Jednym z powodów tego stanu jest postępowanie władz polskich w sprawie
ostrzelania wioski afgańskiej przez naszych żołnierzy. Postawiono im
zarzut popełnienia zbrodni wojennej. Żołnierze po powrocie do kraju
niczym groźni bandyci zostali zatrzymani przez antyterrorystów i od
miesięcy siedzą za kratami. Zanim ustalono fakty, media wskazały ich
jako winnych. Okazało się też, że aresztowani żołnierze nie mogą liczyć
na pomoc obrońców znających specyfikę służby wojskowej. Ministerstwo
Obrony Narodowej ma wojskowych sędziów, prokuratorów, a nie ma
wojskowych obrońców, adwokatów. Kiedy grupa byłych żołnierzy zawodowych
zaprotestowała, wskazując, że to nie żołnierze powinni poszukiwać
obrońców i im płacić, MON oświadczył, iż zwróci koszty obrony, jeśli
żołnierze okażą się niewinni. Okazało się, że dla MON nie ma żadnego
znaczenia fakt, iż to państwo polskie wysyłało ich na wojnę, a ministerstwo odpowiada za przygotowanie żołnierzy do tych misji.
Szefostwo MON chlubi się, gdy żołnierze polscy są chwaleni przez
sojuszników, i umywa ręce, gdy tym żołnierzom trzeba pomóc.
Jest jednak jeszcze inny problem. Wojsko jest jak wiadomo strukturą
hierarchiczną. Na szczycie tej struktury są prezydent jako zwierzchnik
sił zbrojnych i minister obrony wydający wojsku polecenia z mocą
rozkazu. Zmienne koniunktury wyborcze powodują, że ministrami zostają
często politycy zwalczających się obozów. A sprawę komplikuje jeszcze
przypadek, gdy prezydent i minister reprezentują odmienne opcje
polityczne (na przykład minister zgłasza kandydatów na generałów, a prezydent odmawia awansowania). W te tryby trafiają żołnierze. I w praktyce bywa tak, że wojskowy wykonujący dobrze polecenia ministra jest
wyrzucany przez jego następcę. Widzieliśmy, jak minister Aleksander
Szczygło czyścił stanowiska wojskowe po ministrze Radosławie Sikorskim.
Teraz minister Bogdan Klich robi to samo z zaufanymi Szczygły. A skoro
ministrowie zmieniają się często - wyjątkiem byli tacy, którzy
sprawowali urząd pełną kadencję - to dochodzi do zjawisk szkodzących
wojsku.
Przy zmianie ministra obrony narodowej uaktywniają się różnego rodzaju
karierowicze, jak powiadają wojskowi "włazid...py", starający się
zaskarbić łaski nowego szefa. A często tracą stanowiska ludzie
kompetentni, ale mało układni i "skażeni" zaufaniem czy tylko uznaniem
poprzedniego szefa resortu.
Wojsko potrzebuje nie tylko cywilnej kontroli. Ponad wszystko potrzebuje
ono stabilizacji, także na najwyższym ministerialnym szczeblu.
(Wprowadzono tak zwaną kadencyjność, trwającą trzy lata, na wybranych
najwyższych stanowiskach dowódczych w wojsku, może taką samą
kadencyjność należałoby zapewnić ich cywilnemu szefowi). Wojsko
potrzebuje pewności, że żołnierz służący Polsce ma zapewnioną opiekę i ochronę państwa.
Polskie siły zbrojne mają nie tylko sporo starego uzbrojenia. Mają coś
znacznie gorszego. Trwa niewidoczny dla osób postronnych proces
rujnowania morale polskiej armii. Generał Wójcik nie ma racji w jednym:
rozwiązywania armii nie trzeba zarządzać, ono zdaje się już jest
realizowane.
MON "dwugłowy"
23 czerwca 2008
MON "dwugłowy"
Żołnierze twierdzą, że podstawowym ich prawem jest być dobrze
dowodzonymi. To powiedzenie nieźle oddaje uwarunkowania służby
żołnierskiej. Wojsko jest hierarchiczne. Są w nim kolejne szczeble
dowodzenia. Na każdym szczeblu jest dowódca, a więc przełożony, który ma
ogromną władzę nad żołnierzami. Dowódca ma bowiem prawo wydawania
rozkazów, a więc takich poleceń służbowych, które w warunkach wojennych
muszą być wykonane pod rygorem kary śmierci. A skoro wojsko szkoli się i przygotowuje do wojny, to również w czasach pokojowych wymogi dyscypliny
wojskowej są surowe. W strukturach państwa wojsko powinno być
zdyscyplinowane, rygorystycznie wykonujące rozkazy przełożonych. Kiedy
więc oceniamy stan armii, to dostrzeżemy, jak wiele zależy od jakości
dowódców. Jeśli wojskiem będzie dowodził ktoś marny pod względem
charakteru i kompetencji, to i wojsko będzie marne. Słusznie powiada
się, że "na wojnie prędzej zwycięży armia zajęcy dowodzona przez lwa niż
armia lwów dowodzona przez zająca".
Kiedy powyższe odniesiemy do Wojska Polskiego i tego, co wojskowych
spotyka, można chyba zaryzykować twierdzenie, że jak dotąd polscy
żołnierze chyba nie zaznali lwich rządów. Były na czele Wojska Polskiego
najczęściej inne, od lwa dużo mniejsze "zwierzątka".
Aby jednak sprawa była jasna, podkreślę, że kiedy wspominam o dowodzeniu
wojskiem w skali sił zbrojnych, nie mam na myśli dowódców wojskowych. W okresie pokojowym nad dowódcami wszystkich szczebli, z szefem Sztabu
Generalnego WP włącznie, Konstytucja RP ustanowiła ministra cywila. Ma
on prawo wydawania wojsku decyzji z mocą rozkazu. Wprawdzie nad
ministrem i wojskiem jest zwierzchnik sił zbrojnych, prezydent RP, ale
nie ma on takiej władzy decyzyjnej w wojsku jak minister.
Liderzy partyjnych obozów wygrywających kolejne wybory parlamentarne nie
dostrzegają tej wyjątkowej pozycji i roli szefa resortu obrony. Dla nich
szef MON jest jeszcze jednym członkiem rządu, tak jak każdy inny
minister. Pewnie dlatego sądzi się, że kandydat na szefa MON nie musi
mieć specjalnej wiedzy i kompetencji, by kierować armią. Nie tak dawno
poseł Zdrojewski zapewniał, że może być równie dobrze ministrem kultury
i ministrem obrony. Jeden z polityków, który zresztą przez dłuższy czas
był ministrem obrony, ogłosił, że nigdy w wojsku nie służył i dlatego
jest świetnym kandydatem na cywilnego szefa MON. Ministrami obrony byli
więc matematyk, fizyk i nauczyciel historii, był bibliotekarz i inżynier
rybołówstwa morskiego, także były działacz wysokiego szczebla w Związku
Młodzieży Socjalistycznej i dla równowagi dawny aktywista pacyfistycznej
organizacji Wolność i Pokój. No cóż, w końcu są jeszcze generałowie,
którzy wiedzą, jak wydawać rozkazy. Wystarczy, że stosowne "kwity"
przygotują cywilowi do podpisu wojskowi i MON będzie jakoś funkcjonował.
Od szefa resortu należałoby oczekiwać decyzji o charakterze
strategicznym, służących realizacji wizji nowoczesnego wojska,
wypadałoby więc, aby człowiek zajmujący fotel ministra obrony miał jakiś
program w dziedzinie obronności. Trudno jednak tego oczekiwać, gdy
minister nie ma wielkiego pojęcia o wojsku, a do tego otoczy go sfora
przytakiwaczy, także mundurowych, zabiegających o własne pożytki i ulegających różnym wpływom.
Sytuację dodatkowo komplikuje ukształtowany praktyką tryb funkcjonowania
ministerstwa. Minister w kierowaniu resortem musi się na kimś oprzeć. A ponieważ nie może odwołać się do własnej wiedzy, więc dobiera
współpracowników, kierując się względami pozamerytorycznymi. Ot, kogoś
kiedyś gdzieś poznał, ktoś wydał mu się sympatyczny, kogoś ktoś znajomy
mu polecił itp. itd. W ten sposób na awanse i kariery mają wpływ
znajomości z domieszką wazeliniarstwa. Pewien wysoki wojskowy urzędnik
MON po wypiciu kilku kieliszków opowiadał, jaki jest jego sposób na
przetrwanie: "Ja, gdy tylko zjawi się nowy minister, natychmiast wchodzę
mu w du...ę. I jeszcze się na tym nie zawiodłem".
Dodatkowe zamieszanie w wojsku powodują częste zmiany ministrów obrony -
od 1989 roku, w ciągu ostatnich siedemnastu lat było siedemnastu
ministrów obrony narodowej. A kiedy uświadomimy sobie, że każdy taki
szef miał swoich zaufanych i znajomych, a ci znajomi swoich, to trudno
oczekiwać, aby nowy minister nie dał stanowisk własnym zaufanym,
odbierając je zaufanym poprzednika! I nie trzeba wielkiej wyobraźni, by
pojąć, jaki to ma wpływ na politykę kadrową w MON na jego najwyższych
szczeblach zarządzania.
Moje obawy co do sytuacji w MON pogłębił artykuł W rządzie zmiany czy
oceny ("Rzeczpospolita" 21.06.2008). Czytam: "Ciekawa sytuacja jest w resorcie obrony. W PO przyznają, że Klich sobie nie radzi. Ale to nie
musi oznaczać jego wymiany. MON jest dwustronnie zabezpieczone.
Doglądają go ludzie Radosława Sikorskiego (szefa MSZ) i Bronisława
Komorowskiego (marszałka sejmu) - mówi polityk PO".
To "zabezpieczenie" spowodowało, że na Klichu wymuszono, aby tak zwanego
człowieka Komorowskiego mianował szefem gabinetu politycznego MON.
Dziennikarze: "Jak wynika z naszych informacji, Klich nie chciał go w resorcie, ale musiał ustąpić". Czyli obecny szef MON ma gorzej niż
poprzednicy, nie może nawet dobrać swoich zaufanych. Musi oprzeć się na
zaufanych Komorowskiego i Sikorskiego. Czy w tych warunkach żołnierz
może być dobrze dowodzony?
Zawieszony obowiązek
5 sierpnia 2008
Zawieszony obowiązek
Minister obrony narodowej ogłosił koniec poboru do wojska. Mamy mieć
armię zawodową, profesjonalną, liczącą 120 tys. żołnierzy, która będzie
Polski bronić przed wszelkimi zagrożeniami. Premier, przemawiając do
żołnierzy składających przysięgę na krakowskim rynku, użył wpadającego w ucho kalamburu o armii z wyboru, a nie z poboru. I w zasadzie do tego
można by sprowadzić całość dyskusji o problemie armii zawodowej.
Tymczasem Konstytucja RP mówi (art. 26): "Siły Zbrojne Rzeczypospolitej
Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego
terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego
granic". Minister obrony i paru pomniejszych "strategów" zapewnia nas,
że Polsce nic nie grozi, bowiem Polska jest w NATO. Konstytucja nie mówi
jednak, że NATO ma obowiązek zapewnić państwu polskiemu ochronę. Mają to
zrobić Siły Zbrojne RP. Czy tworzona właśnie armia zawodowa sprosta temu
zadaniu?
Do czego jest potrzebna armia zawodowa, można usłyszeć od zachodnich
ekspertów. Otóż: "Armia zawodowa jest dostosowana do dzisiejszych wyzwań
strategicznych i bojowych. W zagranicznych operacjach, których celem
jest na przykład obalenie jakiegoś reżimu w Trzecim Świecie czy
wytropienie terrorystów, sprawdza się dużo lepiej". Dużo lepiej niż
wojsko z poboru (brytyjski ekspert Amyas Godfrey). Jednak gdyby doszło
do klasycznego konfliktu, na przykład agresji jednego z sąsiadów,
wówczas armia zawodowa nie wystarczy. Mister Godfrey radzi, by w takim
przypadku "zawodowcy" powstrzymywali napór wroga do czasu, aż zostaną
zmobilizowane rezerwy i przerzuci się je na front.
A więc w razie zagrożenia niepodległości i granic trzeba będzie sięgnąć
do poboru i wezwać pod broń obywateli, którzy nie są żołnierzami
zawodowymi. W Polsce powstanie wówczas problem, skąd wziąć na wojnę
żołnierzy rezerwy, jeśli wcześniej nie szkolono ludzi w posługiwaniu się
bronią? A minister Klich twierdzi, że nakłady na takie szkolenie są
działaniem "nieekonomicznym": "To wielkie marnotrawienie środków, bo
żołnierz przychodzi do zasadniczej służby na dziewięć miesięcy i na tak
krótki czas jego służby idą wielkie środki". Minister najwyraźniej nie
wie, że w rezultacie tego "marnotrawstwa" armia otrzymuje rezerwistę,
którego w czasie konfliktu wojennego będzie można powołać do wojska i wysłać na front.
W Europie są państwa posiadające armie zawodowe i takie, które preferują
armie z poboru. Przy czym kryterium tego podziału nie jest zacofanie
militarne danego kraju, skoro wojsko z poboru mają na przykład Austria,
Norwegia, Finlandia, Turcja.
Decyzja o rezygnacji z obowiązkowej służby wojskowej powinna wynikać z oceny zarówno położenia geopolitycznego (sąsiedzi), jak i geostrategicznego (czego trzeba będzie bronić w razie wojny). Jeśli
uznamy, że w przypadku naszego państwa można wykluczyć bezpośrednie
zagrożenie wojenne, a jedynym wariantem użycia sił zbrojnych jest
wspieranie sojuszników poza granicami kraju, to można znieść obowiązek
służby wojskowej. Jeśli na granicach państwa znajdują się jakieś obszary
niestabilne lub generujące zagrożenia, to armia narodowa i obowiązek
służby w wojsku są bezwzględnie konieczne.
Polska nie ma takiego położenia jak Wielka Brytania, Włochy czy
Hiszpania. W tej mierze bliżej nam chyba do Norwegii, Finlandii i Turcji. Nie wolno zapominać, że dziś porównywalną, a według niektórych
silniejszą armią od Polski dysponuje Białoruś. I chociaż w Europie nie
tylko Polacy słyszą pogróżki ze strony rosyjskich generałów, to jednak z Kaliningradu dużo bliżej do Warszawy niż do Paryża, Rzymu czy Madrytu.
W Stanach Zjednoczonych w okresie pokoju wszyscy obywatele zdolni do
służby wojskowej są rejestrowani, aby w razie konieczności powołać ich
do wojska, przeszkolić i wysłać na front. Tak ma też być w Polsce. Tyle
że Polska to nie USA. Amerykanie mają dużą armię zawodową i krajowy
komponent sił zbrojnych (Gwardia Narodowa), umożliwiający w razie
konieczności masowe szkolenie rezerw. USA graniczą z Kanadą, Meksykiem i dwoma oceanami, a więc nie występuje groźba bezpośredniego ataku wojsk
agresora. W przypadku Polski jest inaczej. Nie będzie dużej armii
zawodowej, jest dużo gorsze położenie i w razie wojny nie będzie czasu
na szkolenie rezerw. A więc czy stać Polskę na armię zawodową?
O tym, jakie znaczenie ma powszechna służba wojskowa obywateli dla
bezpieczeństwa państwa, wskazuje też Konstytucja RP. Wśród obowiązków
ciążących na obywatelach jest też ustanowiony powszechny obowiązek
obrony ("Obowiązkiem obywatela polskiego jest obrona Ojczyzny", art. 85
p. 1). A w punkcie 2 tego artykułu dodaje: "Zakres obowiązku służby
wojskowej określa ustawa". Ten zakres znajdujemy w ustawie "O powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej", która w artykule 1 stwierdza: "Obrona Ojczyzny jest sprawą i obowiązkiem
wszystkich obywateli Rzeczypospolitej Polskiej".
Zastanawiam się, w jaki sposób MON chce wykonać obowiązek powszechnej
obrony, rezygnując ze służby wojskowej obywateli. Zapewne jakimś unikiem
przed kolizją z normą konstytucyjną jest przyjęta w MON formuła
"zawieszenia", a nie zniesienia poboru. Ciekawe jednak, jak zostanie
nazwana nowa ustawa o służbie wojskowej, czy w artykule 1 tej nowej
ustawy przeczytamy, że obrona Ojczyzny nie jest obowiązkiem każdego
obywatela, a tylko tego, który zdecyduje się na zawodową służbę w wojsku? Zresztą może takiej ustawy wcale nie będzie, bowiem na stronie
internetowej MON można przeczytać, że "Sejm pracuje w tej chwili nad tak
zwaną małą nowelizacją ustaw o powszechnym obowiązku obrony".
Optymistyczne w tym wszystkim jest tylko jedno, co zostało zawieszone,
to można też odwiesić.
Znowu bagnet?
11 sierpnia 2008
Znowu bagnet?
Wypowiedzi na temat przyczyn wybuchu wojny między Rosją a Gruzją
przypominają niekiedy tłumaczenie chłopców uczestniczących w bójce: to
on zaczął pierwszy; nie, to on. Rosja oskarżyła Gruzję o napaść na jej
obywateli mieszkających zresztą na terenie Gruzji. Gruzini oskarżają
Rosjan o agresję na ich państwo. To słyszy opinia publiczna i politycy
Zachodu. Przy czym większość zdaje się przyznawać rację Gruzinom.
Najostrzej skrytykował poczynania Kremla szwedzki minister spraw
zagranicznych, który porównał działania Rosjan do tego, co w 1938 roku
robili Niemcy. Podobnie jak Putin, Hitler też twierdził, że występuje w obronie prześladowanych ziomków, Niemców Sudeckich, przez Czechów.
Powstaje jednak problem, czy można ustalić winnego, uwzględniając
praktykę stosunków międzynarodowych. Jak wiadomo, prezydent Gruzji od
dawna zapowiadał, że podporządkuje władzy centralnej buntujące się
regiony państwa (Abchazja, Adżarja, Osetia). I to robi. Krytykujący go
za to Włodzimierz Putin, niedawny prezydent, a dziś premier rządu
Federacji Rosyjskiej, sam odpierał krytykę w sprawie czeczeńskiej,
przypominając, że ta republika znajduje się na terytorium Federacji
Rosyjskiej i władze Rosji mają prawo przywołać swoich obywateli
Czeczenów do porządku. Abchazja i Osetia są w granicach Gruzji - Rosja
powinna akceptować działania gruzińskiego prezydenta. Dlaczego prezydent
Gruzji nie ma takich samych praw na własnym terytorium, jakie ma na
swoim prezydent Rosji? I dalej - skoro według władz Rosji zbuntowane
prowincje Gruzji mają prawo do niezależności od Tbilisi, czy to oznacza,
iż takie same prawa Rosja przyzna Czeczenii?
Jednak także krytycy poczynań Rosji mają kłopot. Odwołując się do
słusznej zasady nienaruszalności terytorium Gruzji, zapomnieli, że
uznając na Bałkanach niepodległość Kosowa, dopuścili się naruszenia
integralności terytorialnej Serbii. Do tego amerykańskie uzasadnienie
operacji zbrojnej w Iraku (groźba użycia przez Husajna broni
biologicznej i chemicznej) nie odpowiadało prawdzie. A więc i tak zwana
nasza strona potrafi pochopnie sięgać po broń. W polityce
międzynarodowej ciągle króluje moralność Kalego: jak ktoś mnie ukraść
krowę - to zły uczynek, jak ja ukraść - dobry.
Wicehrabia Henry John Temple Palmerston, angielski mąż stanu, członek
Izby Gmin od 1807 roku, minister spraw zagranicznych w latach 1830-1841
oraz 1846-1851 i premier w latach 1855-1865 był autorem powiedzenia:
"Anglia nie ma wiecznych wrogów ani wiecznych przyjaciół, ma tylko
wieczne interesy". Sądzę, że dla zrozumienia przyczyn wybuchu wojny na
Kaukazie warto zastanowić się także nad Wisłą, jakie interesy wywołały
wojnę.
Gruzja. Tradycje państwowe sięgają II tysiąclecia p.n.e. Gruzini
przyjęli chrześcijaństwo w IV wieku. Państwo gruzińskie istniało dużo
wcześniej, niż powstał zalążek Rosji - Wielkie Księstwo Moskiewskie. W XVIII wieku Gruzini, tak jak Polacy, utracili niepodległość i znaleźli
się pod panowaniem Rosji. Mieli mniej szczęścia od Polaków po upadku
caratu w 1917 roku. Nie obronili swojej niepodległości przed bolszewicką
agresją i kraj ich stał się republiką sowiecką. Dopiero w marcu 1991
roku wolna Gruzja wróciła na polityczną mapę świata. To doświadczenie i silne przywiązanie do wolności sprawiają, że Gruzini nie chcą ponownie
trafić pod panowanie Rosjan. Chcą związać się z Zachodem. Nie tylko
elity, ale także obywatele pragną przystąpienia Gruzji do NATO i Unii
Europejskiej.
Rosja. Po upadku Związku Sowieckiego straciła możliwości
kontrolowania terytoriów wchodzących w skład imperium. Jednak jej władze
i elity nie pogodziły się z tym. Kreml znalazł nowy sposób na odzyskanie
mocarstwowej pozycji w polityce światowej. Rosja dysponuje ogromnymi
zasobami surowców (gaz - pierwsze miejsce w świecie, ropa naftowa -
siódme) i jest prawdziwym supermocarstwem energetycznym. A skoro
gospodarki współczesnego świata potrzebują energii, to Rosjanie
postanowili wykorzystać swoje zasoby jako instrument polityki w planie
odbudowy potęgi Rosji w świecie. Nie ukrywają tego. Wystarczy zajrzeć do
oficjalnych dokumentów, na przykład do przyjętej przez rząd Federacji
Rosyjskiej we wrześniu 2003 roku i obowiązującej strategii
"Energieticzeskaja stratiegia Rosji na pieriod do 2020 goda".
Moskwa chce odbudować swoje wpływy przede wszystkim na terenie państw,
które wchodziły w skład ZSRR, a następnie także dalej na zachód. Państwa
należące nie tak dawno do bloku sowieckiego, wśród nich Polska,
musiałyby pogodzić się z podporządkowaniem Rosji, bowiem ich gospodarki
są uzależnione od dostaw rosyjskich surowców energetycznych. Trzeba też
zauważyć, że ropa i gaz nie muszą być jedyną bronią mocarstwowej Rosji.
W tym kraju od pewnego czasu dynamicznie rosną wydatki na wojsko. W najbliższych latach (2007-2015) Rosja wyda 189 mld dol. na uzbrojenie.
Wymiana obejmie prawie połowę uzbrojenia. I jak widzimy na przykładzie
Gruzji, Rosja nie musi ograniczać się do nacisków gospodarczych.
W grupie państw potencjalnie narażonych na szantaż energetyczny Moskwy
powstały plany, aby zmniejszyć to zagrożenie. Polska i Ukraina podjęły
starania, aby znaleźć źródła dostaw poza Rosją, w państwach Azji
Środkowej. Pojawił się projekt zbudowania alternatywnych linii
przesyłowych surowców energetycznych z tych krajów. Planowane rurociągi,
aby ominąć terytorium Rosji, muszą biec tylko jedną drogą - przez
Gruzję.
Destabilizacja Gruzji lub jeszcze gorzej opanowanie jej przez Rosję,
byłyby ciosem dla środkowoeuropejskich planów uniezależnienia się od
dostaw surowców rosyjskich. I taki jest interes Moskwy na Kaukazie.
W górach Kaukazu toczy się więc walka o wolność i suwerenność państw,
które po 1989 roku wyrwały się z komunistycznej niewoli. Jeśli uda się
zorganizować skuteczną międzynarodową akcję i obronić niezależność
Gruzji, to nasza część Europy będzie bezpieczna. Może więc wspomniany
wyżej szwedzki minister wiedział, co mówi?
Włodzimierz Ilicz Lenin wygłosił niegdyś taką maksymę: wroga sprawdzaj
bagnetem. Jeśli wchodzi pchnij, jeśli natrafi opór, wycofaj. Czy tym
razem rosyjski bagnet wyszczerbi się na Kaukazie?
Poboru nie będzie
20 sierpnia 2008
Poboru nie będzie
Tomasz Jaśniak, Janusz Polak: Minister Klich zamierza definitywnie
rozstać się z armią poborową. Gdybyśmy istotnie zechcieli pójść drogą
likwidacji poboru i powierzenia obrony Polski wyłącznie armii zawodowej,
jakie według Pana będą tego konsekwencje?
Romuald Szeremietiew: Najpierw zastanówmy się, czy minister obrony
narodowej może to zrobić? W Konstytucji RP zapisano, że na wszystkich
obywatelach ciąży powszechny obowiązek obrony państwa. Taką nazwę nosi
też ustawa regulująca kwestie odbywania zasadniczej służby wojskowej:
"Ustawa o powszechnym obowiązku obrony RP". Minister obrony, notabene
NARODOWEJ, nie może tak po prostu zrezygnować z poboru do odbycia służby
wojskowej. Konstytucja RP nakazuje taką służbę odbyć. Co więcej, nie
można też pod kątem zniesienia poboru zmienić ustawy, bowiem będzie ona
sprzeczna z konstytucją. Ciekaw jestem ogromnie, jak z tym uporali się
prawnicy Ministerstwa Obrony - zapowiadanych projektów ustaw w tej
sprawie ciągle nie można zobaczyć2. Teraz inny aspekt likwidacji poboru
do wojska. Polska ma kilka milionów ludzi zdolnych do noszenia broni.
Nie będą oni przydatni w obronie kraju, jeśli wcześniej nie nauczą się
posługiwać bronią, nie poznają żołnierskiego rzemiosła. Powiada się, że
wojny wygrywają rezerwiści. Dlatego jednym z najważniejszych zadań
wojska okresu pokojowego jest szkolenie rezerw. W razie zagrożenia
wojennego przeprowadza się mobilizację, czyli zwiększa kilka razy armię
czasu "P", powołując rezerwistów, ludzi wcześniej wojskowo
przeszkolonych. Jeśli powstanie armia zawodowa w kształcie proponowanym
przez MON, to po zniesieniu poboru z czasem nie będzie przeszkolonych
rezerw i nie będzie kogo mobilizować na wojnę. Byłoby niedopuszczalne,
by w razie konfliktu zbrojnego ludzie nieprzygotowani i nieprzeszkoleni
byli kierowani bezpośrednio do walki. To nie zapewni skutecznej obrony,
a spowoduje wielką liczbę ofiar wśród obrońców. Innymi słowy, mała armia
zawodowa - na dużą nas przecież nie stać - być może będzie skuteczna w akcjach poza granicami kraju (w Iraku i Afganistanie), ale raczej nie
zapewni bezpieczeństwa Polsce w razie wybuchu wojny.
Czy armia zawodowa jest w stanie szkolić rezerwy?
- To zależy od wielu czynników. Pytanie podstawowe brzmi: ilu ludzi i w jakim czasie można wyszkolić? W USA, na które powołują się nasi
zwolennicy armii zawodowej, jest duża armia zawodowa i komponent sił
zbrojnych pod nazwą Gwardia Narodowa, umożliwiający w razie konieczności
masowe szkolenie rezerw. Wszyscy obywatele zdolni do służby wojskowej są
rejestrowani i w razie konieczności powołuje się ich do wojska, szkoli,
następnie wysyła na front. Podobnie ma być w Polsce. Tylko że Polska to
nie Ameryka. W USA można szkolenie przeprowadzić stosunkowo szybko,
zważywszy na wielkość armii zawodowej. Do tego warto pamiętać, że Stany
Zjednoczone graniczą z Kanadą, Meksykiem oraz dwoma oceanami. W tych
warunkach proces szkolenie rezerw nie będzie zagrożony bezpośrednio
przez wojska agresora. W przypadku Polski jest inaczej. Będziemy mieli
malutką armię zawodową i mamy kiepskie położenie geostrategiczne.
Porównajmy jeszcze: Wielka Brytania, która jest wyspą. Francja czy
Hiszpania, leżące w bezpiecznej części kontynentu europejskiego, i Polska znajdująca się na "linii frontowej". Wprawdzie nie tylko Polacy
słyszą pogróżki ze strony rosyjskich generałów, jednak z Kaliningradu
jest dużo bliżej do Warszawy niż do Paryża, Londynu, Madrytu czy
Waszyngtonu. Dobrym przykładem właściwego podejścia do problemu
przygotowania kraju na czas wojny jest Szwajcaria. Kraj bezpieczny,
wystarczy zobaczyć, jakich ma sąsiadów, a mimo to posiada rozbudowany
system obrony terytorialnej i ustawicznie szkoli wojskowo rzesze swych
obywateli. Dodajmy - Szwajcaria nie ma armii zawodowej, chociaż byłoby
ją na to stać. Polscy twórcy planów utworzenia armii zawodowej,
zapatrzeni w USA, odrzucili taki szwajcarski wariant sił zbrojnych.
Widać to po stosunku MON do wojsk obrony terytorialnej.
Co to oznacza dla obronności państwa?
- Fatalne skutki. Trzeba pamiętać, czym jest armia zawodowa. Znajdujący
się w niej ludzie pracują, to jest wykonują zawód żołnierza za
wynagrodzenie. A więc jeśli znajdą gdzie indziej lepsze zarobki, to w wojsku ich nie będzie. W Belgii utworzono armię zawodową, a teraz nie ma
chętnych i rząd rozważa likwidację wojska w ogóle. Pamiętam moją wizytę
w Belgii. Przed frontem kompanii honorowej, a byli to starsi panowie z brzuszkami, spojrzałem w stronę belgijskiego ministra obrony, który
powiedział: "Nie mamy chętnych do pracy w wojsku". Może tak się zdarzyć
również u nas. W MON zapomniano ponadto, że Wojsko Polskie nigdy nie
było fabryką, miejscem pracy. Zawsze uważano, że żołnierz SŁUŻY
Ojczyźnie, a nie przebrany w mundur pracuje. Wojsko było ważną
społecznie i narodowo instytucją. Miejscem kształtowania postaw
patriotycznych i obywatelskich służących w nim ludzi. Jest przecież
esprit de corps (duch armii) i jej tradycja. Czy można te wartości
wyliczyć w złotówkach? Czy kondycja współczesnego żołnierza polskiego ma
sprowadzać się do problemu wysokości jego zarobków? Nie należy mylić
obowiązku troski państwa o materialne warunki służby żołnierzy z takimi
sprawami, jak misja wojska i patriotyzm służby. To trochę tak, jakbyśmy
chcieli ustalić, od jakiej kwoty, za ile, warto być polskim patriotą.
Jakie były zarobki powstańca warszawskiego 1944 roku? Może byłoby
dobrze, aby każdy nowy minister obrony przed objęciem stanowiska
przeczytał De virtute militari. Zarys etyki wojskowej ojca
Bocheńskiego? Skutki zamiarów MON dla obronności mogą być fatalne.
Według mnie będą powodować osłabienie stanu bezpieczeństwa narodowego.
Czy to prawda, że wśród części wyższych dowódców, a nawet kadry
Akademii Obrony Narodowej istnieje opór przeciwko takiemu stawianiu
sprawy?
- Armia jest politycznym "niemową", a oficerowie muszą słuchać poleceń
ministra polityka, cywila, często kogoś, kto nigdy w wojsku nie służył.
Ilu wśród wojskowych będzie takich, którzy chcąc się przypodobać szefowi
ignorantowi, będą chwalili jego pomysły? W dowództwach i Akademii Obrony
Narodowej są oficerowie rozumiejący dobrze potrzeby obronne kraju. Każdy
myślący dowódca musi zdawać sobie sprawę, że proponowany przez polityków
model armii nie odpowiada potrzebom obronnym RP. Nie oni jednak decydują
i nie ich głos liczy się najbardziej w gabinetach tak zwanych
decydentów. Tam dominują zwolennicy armii zawodowej. Przeczytałem, że z armią zawodową będzie można lepiej bronić Polski, bowiem w razie wojny
będzie nią można sprawniej manewrować. To prawda, że chcąc uniknąć
zniszczenia, mała armia zawodowa musi być szczególnie wyćwiczona w unikaniu starcia z wrogiem. Imć pan Zagłoba pytany, dlaczego jazda
wołoska nosi nazwę lekka, odpowiadał - bo lekko ucieka. Powstaje jednak
problem, jak samym manewrowaniem obronić stosunkowo duże terytorium
przed wielką armią napastniczą?
Czy pozbawienie sporego kraju w środku Europy większości potencjału
obronnego nie jest swoistym wyzywaniem losu?
- Właśnie, kraju leżącego w środku Europy i na skraju UE oraz NATO!
Nasi, pożal się Boże, stratedzy zdają się nie wiedzieć, że
najważniejszym elementem systemu obronnego są ludzie, którzy będą bronić
kraju. Nawet najlepsze uzbrojenie jest bezwartościowe, jeśli nie będzie
wystarczającej liczby obywateli patriotów - żołnierzy. Do tego skoro
nasi sojusznicy mają w większości armie zawodowe, to wsparcie obrony
Polski z ich strony w razie wybuchu wojny też nie będzie natychmiastowe.
Muszą mieć czas na zmobilizowanie swoich sił. W XVIII wieku nasi
przodkowie mieli taką koncepcję bezpieczeństwa państwa: nie mamy wojska
i nikomu nie zagrażamy, a więc inni zostawią nas w spokoju i tym samym
państwo będzie bezpieczne. Rosyjska caryca Katarzyna i pruski król
Fryderyk mieli jednak inny pogląd i słabiutka wojskowo Polska na 123
lata zniknęła z mapy politycznej Europy.
Jak pan ocenia potrzebę utworzenia w Polsce systemu obrony
terytorialnej czy armii obywatelskiej szkolącej rezerwy na wypadek
zagrożenia wojennego?
- Jest to niezbędne, jeśli chcemy właściwie przygotować kraj do obrony i mamy dysponować na czas wojny przeszkolonymi rezerwami. Kierowałem
niegdyś zespołem opracowującym taki system i minister obrony narodowej
Janusz Onyszkiewicz nawet zatwierdził ten projekt, kierując go do
realizacji. Wszystko umarło śmiercią naturalną po usunięciu mnie z MON w 2001 roku. Jednostki obrony terytorialnej są jeszcze w Strategii
Bezpieczeństwa RP, ale w planach MON to margines bez przyszłości. A żołnierze trafiający obecnie do wojsk operacyjnych i do tych "resztówek"
obrony terytorialnej przechodzą podobne wielomiesięczne i kosztowne
przeszkolenie3. Tymczasem właściwie zbudowany system obrony
terytorialnej to krótkie szkolenie żołnierzy, czyli mniej uciążliwe i dużo tańsze. Jeśli jednak całkowicie zlikwidujemy pobór, będzie jeszcze
taniej... Nie będzie żadnego szkolenia. Nie wolno też zapominać o aspekcie
społecznym systemu obrony terytorialnej. Stworzenie powszechnych sił
terytorialnych spowodowałoby z czasem uformowanie się obywatelskiej
struktury wojskowej. Na szczeblu gminy, powiatu pojawiłoby się wojsko
uruchamiane w czasie zagrożeń, nie tylko w razie wojny, ale na przykład
klęsk żywiołowych. Żołnierze obrony terytorialnej, na co dzień cywile,
zwykli obywatele, w czasie ćwiczeń i wykonywania zadań występowaliby w mundurach. Mieliby za zadanie bronić swoich rodzin, domów, miejscowości.
To wiązałoby obowiązek obrony kraju z tym, co dany człowiek uważa za
sprawy mu najbliższe. I w ten sposób obowiązkowa służba wojskowa byłaby
też kształceniem postaw patriotycznych i obywatelskich. Tego nie uda się
uzyskać za pomocą armii zawodowej.
Jakie rozwiązania organizacji obronności uważa pan za najlepsze dla
Polski?
- Musimy pamiętać, że na wszystkich obywatelach ciąży powszechny
OBOWIĄZEK obrony kraju. Czy obywatel przeniesiony do rezerwy bez odbycia
służby wojskowej wykonał ten konstytucyjny wymóg? Zgodnie z Konstytucją
RP szkolenie powinno obejmować wszystkich obywateli zdolnych do służby
wojskowej. Przeszkolenie żołnierza w ramach obowiązkowej służby w obronie terytorialnej powinno trwać trzy, cztery miesiące. Skoro mamy
rocznie 200-300 tys. poborowych, to stan wojsk obrony terytorialnej
mógłby wynosić odpowiednio od 50 do 100 tys. żołnierzy. Wraz z wojskami
operacyjnymi, zawodowymi, pokojowy stan Sił Zbrojnych RP mógłby wynosić
jakieś 150-160 tys. żołnierzy. O przydatności sił obrony terytorialnej w obronie dowodzi chociażby to, co się stało w Gruzji. Władze tego państwa
wydały w ostatnich latach naprawdę sporo na wojsko. Przy czym tworzono
armię, korzystając z pomocy instruktorów amerykańskich (było ich 1300) i budując w zasadzie zawodową armię wojsk operacyjnych (90 procent
żołnierzy to zawodowi lub kontraktowi). Zrezygnowano z wojsk obrony
terytorialnej. Gruzja miała więc ponad 30 tys. żołnierzy dobrze
uzbrojonych (250 czołgów, ponad 200 podjazdów opancerzonych, 25
samolotów, silną artylerię). Jak na państwo z 6,7 mln obywateli to była
znaczna siła (stosując gruzińskie wskaźniki dla Polski, powinniśmy mieć
armię zawodową liczącą jakieś 170-190 tys. żołnierzy). Gruzińskim
zawodowcom nie powiodła się operacja zajęcia mikroskopijnej Osetii
Południowej, gdzie opór stawiła "milicja" osetyńska, czyli miejscowa
obrona terytorialna z niezbyt silnym garnizonem rosyjskich "sił
pokojowych". A kiedy ruszyła ofensywa wojsk rosyjskich (wojsko z poboru), kilkanaście tysięcy żołnierzy i 150 czołgów ze wsparciem
lotnictwa, to okazało się, że nie bardzo było komu bronić gruzińskich
miast, linii komunikacyjnych, portów.
Czy oprócz obrony terytorialnej powinniśmy kontynuować proces tworzenia
armii zawodowej?
- Oczywiście. Wojska operacyjne posługujące się drogim i skomplikowanym
technicznie uzbrojeniem powinny być zawodowe. A rozbudowane siły obrony
terytorialnej byłyby też swoistym zapleczem zawodowej część armii.
Ochotników na żołnierzy zawodowych moglibyśmy pozyskiwać spośród
przeszkolonych w obronie terytorialnej. W wojskach operacyjnych
znaleźliby się więc pasjonaci wojska.
Czy utrzymywanie wyposażenia takich oddziałów nie byłoby utrudnione?
Chodzi o bezpieczeństwo magazynów sprzętu i materiałów wojskowych.
- Obrona terytorialna to tak zwana lekka piechota przygotowana do
działań ochronnych, wpierania wojsk operacyjnych i w razie konieczności
zdolna do prowadzenia działań nieregularnych. Uzbrojenie takich
oddziałów stanowi broń lekka, strzelecka i maszynowa, materiały
wybuchowe, środki obrony przeciwpancernej i przeciwlotniczej, na
przykład rakiety Grom obsługiwane przez pojedynczych żołnierzy. Mundury
i oporządzenie żołnierze obrony terytorialnej mogliby przechowywać w swoich domach, a broń w odpowiednich magazynach. Nie bez znaczenia byłby
fakt, że całe wyposażenie wojsk obrony terytorialnej mógłby wytworzyć
polski przemysł obronny. Kwestie logistyczne w przypadku wojsk obrony
terytorialnej są łatwe do rozwiązania. Zakładając, że wojsko zbyt szybko
nie wyzbędzie się posiadanej infrastruktury; niestety, w tej dziedzinie
poczyniono już dużo złego. Reasumując, Polska potrzebuje nowoczesnych,
mobilnych, profesjonalnych wojsk operacyjnych (armia zawodowa) i masowego, przeszkolonego komponentu wojsk terytorialnych. Dlatego
uważam, iż podstawą naszej obronności powinien pozostać obowiązkowy
pobór i szkolenie rezerw. Mówię rzeczy niepopularne, ale robię to
dlatego, że martwi mnie stan obronności kraju. Mam krytyczny pogląd na
to, co MON zamierza zrobić. Można odwoływać się do idei armii
ochotniczej, jeśli jest odpowiednio wysoki poziom patriotyzmu w społeczeństwie, ale nam przecież nie chodzi o to, by ustalić, ilu jest
patriotów w kraju, ale by w momencie zagrożenia każdy obywatel wiedział,
jak się bronić. To podobna sprawa do umiejętności prowadzenia samochodu
- zanim zasiądziemy za kierownicą, trzeba zdobyć prawo jazdy. Czy
bezpieczeństwo narodowe nie jest ważniejsze od bezpieczeństwa na
drogach? Powinniśmy przygotować siły do obrony kraju i stworzyć system
obrony państwa gwarantujący Polsce bezpieczeństwo, nawet gdyby wsparcie
sojusznicze nie spełniało naszych oczekiwań. Wtedy będziemy mogli
powiedzieć, że Siły Zbrojne RP są w stanie wypełnić konstytucyjny
obowiązek zapewnienia państwu polskiemu nienaruszalności jego granic i terytorium. Mała armia zawodowa, jaką chce nam zafundować MON, nie
będzie zdolna sprostać temu obowiązkowi. Oby nie było tak jak w 1939
roku, gdy gen. Tadeusz Kutrzeba, dowódca Armii "Poznań", wspominając
bitwę nad Bzurą, powiedział, że wojsko otrzymało niewykonalny rozkaz
obrony kraju.
"My Naród"
Zamiast Wojska Polskiego agencja ochrony
27 sierpnia 2008
Zamiast Wojska Polskiego agencja ochrony
Wydarzenia na Kaukazie mają taki skutek, że zamilkli liczni mędrcy
głoszący nie tak dawno, że nic nam nie zagraża i wojny na pewno nie
będzie. Nawet niezbyt miły Putin będzie bowiem groził i straszył
"gaz-rurką", ale tanków to on na pewno nie użyje. Tymczasem okazało się,
że Miszka nie tylko gazy puszcza, ale potrafi też błysnąć pancernymi
kłami. Do tego zdaje się nie robi sobie zbyt wiele z bojaźliwych
napomnień Zachodu, że tak postępować nie wolno. A tam biadolą, jakże to,
czyż wypada, toż partnerstwo z NATO i współpraca z "wielkimi" w UE,
Niemcami i Francją, a i członkostwo w G8 i do WTO zapraszamy itp., itd.
Prezydent Miedwiediew wydawał się takim miłym prozachodnim pragmatykiem...
a tu masz, bomby zrzuca na głowy Gruzinów.
W Polsce tymczasem jakby nigdy nic robi się malutką armię zawodową.
Najwyższe czynniki rządowe oświadczyły, że kończymy z poborem do wojska.
Armia stanie się wkrótce zawodowa, czyli będą w niej tylko ci, którzy
zechcą w niej zatrudnić się za pieniądze. Obrona Ojczyzny, jeszcze
konstytucyjny obowiązek każdego obywatela, ma być odtąd obowiązkiem
zawieszonym. Obywatele zamiast tracić czas na zdobywanie umiejętności
niezbędnych w razie wojny, wynajmą sobie grupę wojaków i oni, niczym
ochroniarze, będą ich bronić w razie wojny.
Polska jest dość dużym państwem leżącym na wschodnim skraju świata
zachodniego (NATO, UE). Jeżeli zastanowimy się, jakimi siłami może być
zaatakowana, i uświadomimy sobie, ile miast, fabryk, portów, mostów
trzeba będzie bronić, to spostrzeżemy, że planowana armia zawodowa nie
może wystarczyć. A na większą "agencję ochrony" Polski nie stać.
Słyszy się argument, że armią zawodową będzie można lepiej bronić
Polski, bowiem w razie wojny będzie się nią sprawniej manewrować.
Zapewne, chcąc uniknąć zniszczenia, taka mała armia musi być szczególnie
zwinna w unikaniu starcia z wrogiem. Sienkiewiczowski pan Zagłoba
pytany, dlaczego jazdę wołoską nazywa się lekką, odpowiadał - bo lekko
ucieka. Powstaje problem, czy manewrowaniem można obronić stosunkowo
duże terytorium przed wielką armią napastniczą?
Powiada się, że wojny wygrywają rezerwiści. Jednym z najważniejszych
zadań wojska okresu pokojowego jest właśnie szkolenie rezerw. W razie
wojny przeprowadza się mobilizację i zwiększa kilka razy armię czasu
pokojowego, powołując pod broń rezerwistów, ludzi wcześniej wojskowo
przeszkolonych. Polska ma kilka milionów obywateli zdolnych do noszenia
broni, byłoby więc komu jej bronić. Nie będą jednak oni przydatni do
obrony kraju, jeśli wcześniej nie nauczą się posługiwać bronią. Jeśli
powstanie armia w kształcie proponowanym przez MON, to po zniesieniu
poboru z czasem nie będzie przeszkolonych rezerw i nie będzie kogo
mobilizować na wojnę. A na stronie MON można przeczytać, że "uregulowany
stosunek do powszechnego obowiązku obrony" będzie miał każdy, kto tylko
zgłosi się do rejestracji. Służyć już nie musi. Jednak mimo to według
MON "...każdy obywatel polski, zdolny do pełnienia służby wojskowej, w myśl art. 85 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązany
jest do obrony ojczyzny, co oznacza, że projektowana zmiana charakteru
Sił Zbrojnych nie zdejmuje konstytucyjnych zobowiązań obywatela wobec
państwa". Ha, nie zdejmuje! Czyli w razie wojny KAŻDY obywatel musi
bronić kraju. Jednak w czasie pokoju państwo nie chce tego obywatela
przygotować do obrony. Czy w razie wojny ludzie nieprzygotowani i nieprzeszkoleni będą kierowani do walki?
Przepisy ruchu drogowego wymagają, aby każdy, kto chce prowadzić
samochód, zdobył prawo jazdy. To dość kłopotliwy obowiązek. Nie zawsze
zdaje się pomyślnie stosowne egzaminy. No i za to trzeba płacić. Czemuż
by tego obowiązku nie znieść? Nie, nie można - każdy odpowie. Chodzi
przecież o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. A bezpieczeństwo narodowe
jest mniej ważne? Można zrezygnować z obowiązku zdobywania uprawnień do
obrony kraju?
W Stanach Zjednoczonych, na które powołują się nasi zwolennicy armii
zawodowej, wszyscy obywatele zdolni do służby wojskowej są rejestrowani
i w razie konieczności powołuje się ich do wojska. Podobnie ma być w Polsce. Tylko że Polska to nie USA. Tam jest duża armia zawodowa i komponent sił zbrojnych pod nazwą Gwardia Narodowa, umożliwiający w razie konieczności masowe szkolenie rezerw. Warto też pamiętać, że Stany
Zjednoczone graniczą z Kanadą, Meksykiem oraz dwoma oceanami. Szkolenie
rezerw nie będzie zagrożone bezpośrednio przez wojska agresora. W przypadku Polski jest inaczej. Będziemy mieli malutką armię zawodową i nie będzie czasu na szkolenie rezerw - mamy kiepskie położenie.
Porównajmy: Wielka Brytania jest wyspą, Francja czy Hiszpania leżą w bezpiecznej części Europy, a Polska znajduje się na "linii frontowej". I chociaż nie tylko Polacy słyszą pogróżki ze strony rosyjskich generałów,
to jednak z Kaliningradu dużo bliżej do Warszawy niż do Paryża, Londynu,
Madrytu czy Waszyngtonu.
Polska potrzebuje nowoczesnych, mobilnych, profesjonalnych wojsk
operacyjnych (armia zawodowa). I potrzebuje masowych wojsk obrony
terytorialnej. Wojsk z poboru, w których szkolenie trwa krótko, trzy,
cztery miesiące. Podstawą obronności powinien być obowiązkowy pobór do
obrony terytorialnej zapewniający szkolenie rezerw. Mam krytyczny pogląd
na to, co MON zamierza z wojskiem zrobić. Można odwoływać się do
pomysłów armii ochotniczej, jeśli jest odpowiednio wysoki poziom
patriotyzmu w społeczeństwie. Nie chodzi jednak o to, by ustalić, ilu
mamy w kraju patriotów, ale by w momencie zagrożenia każdy obywatel
wiedział, jak się bronić. Powinniśmy stworzyć system obrony państwa
gwarantujący Polsce bezpieczeństwo, nawet gdyby wsparcie sojusznicze nie
spełniało naszych oczekiwań. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że Siły
Zbrojne RP są w stanie wypełnić konstytucyjny obowiązek zapewnienia
bezpieczeństwa państwu polskiemu, nienaruszalności jego granic i terytorium. Mała armia zawodowa nie będzie w stanie sprostać temu
obowiązkowi.
W MON zapomniano, że Wojsko Polskie nigdy nie było miejscem pracy, jakąś
fabryką. Uważano, że żołnierz służy Ojczyźnie, a nie jest przebranym w mundur pracownikiem. Wojsko było w Polsce ważną społecznie i narodowo
instytucją. Miejscem kształtowania postaw patriotycznych i obywatelskich
służących w nim ludzi. Jest przecież esprit de corps (duch armii) i tradycja polskiego wojska. Czy można to wyliczyć w złotówkach? Czy
kondycja współczesnego żołnierza polskiego ma sprowadzać się do
wysokości jego zarobków? Nie należy mylić obowiązku troski państwa o materialne warunki służby żołnierzy z takimi sprawami, jak wojskowa
służba państwu i patriotyzm tej służby. To trochę tak, jakbyśmy chcieli
ustalić od jakiej kwoty, za ile, warto być polskim patriotą. Może byłoby
dobrze, aby każdy minister obrony przed objęciem stanowiska przeczytał
De virtute militari. Zarys etyki wojskowej ojca Józefa Bocheńskiego?
Skutki zamiarów MON dla obronności będą fatalne. Według mnie będą
powodować osłabienie bezpieczeństwa narodowego.
Ewidentny sukces
7 października 2008
Ewidentny sukces
Minister obrony narodowej Bogdan Klich przemawiał w bazie wojskowej Echo
w irackiej Diwanii na uroczystości zakończenia polskiej misji wojskowej
w tym kraju. Twierdził, że Polska zyskała ewidentny sukces na
płaszczyźnie politycznej i militarnej. Nie udało się jedynie, bagatela,
uzyskać czegokolwiek na polu gospodarczym. Tu jednak, jak podkreślił
minister Klich, zawinił rząd premiera Leszka Millera, który wysyłając
wojsko do Iraku, zapomniał przeprowadzić z Amerykanami "męską rozmowę" w celu uzyskania tych korzyści. No i kolejne rządy później nic już nie
mogły zrobić (sic!).
Nie ma polskich przedsiębiorstw robiących interesy w Iraku. Są z innych
krajów - nie tylko amerykańskie czy brytyjskie, ale także francuskie i niemieckie, a więc z państw, które krytykowały Amerykanów za wojnę w Iraku. Aktywne na tym obszarze są firmy z Chin, Francji, Kanady, Korei
Południowej, Norwegii, Rosji, Turcji. Nie tak dawno do Iraku udali się
ministrowie resortów gospodarczych Niemiec i Japonii, którym
towarzyszyły misje handlowe przedsiębiorców. Polskie Ministerstwo
Gospodarki nie zamierza niczego podobnego robić.
Irak posiada ogromne złoża ropy naftowej - stanowią 10 procent
światowych rezerw ropy i są znane ze swej wysokiej jakości. Irak z tej
racji stanowi też szczególnie atrakcyjne miejsce dla inwestorów. Z osiemdziesięciu odkrytych w Iraku złóż, dwadzieścia siedem jest już
eksploatowanych. Geolodzy wytypowali ponadto czterysta miejsc, w których
może znajdować się ropa. Nie ulega zatem wątpliwości, że skoro Polska
potrzebuje ropy i gazu, to takie inwestycje należy podejmować. Tego nie
ma!
Brytyjskie i amerykańskie firmy naftowe doprowadziły do zmiany irackiego
prawa i mogą w sposób niemal nieskrępowany korzystać z irackich pól
naftowych. Jest tam obecna także antyamerykańska przecież Rosja, która
podpisała porozumienie z rządem w Bagdadzie, a Łukoil już inwestuje 4
mld dol. w eksploatację jednego z największych irackich złóż ropy. Nawet
komunistyczne Chiny, światowy konkurent USA, zawarły z Irakiem kontrakt
wart 3 mld dol. na eksploatację złóż położonych w pobliżu Bagdadu.
Obrazu polskiej porażki dopełnia opublikowana przez iracki rząd lista
zagranicznych przedsiębiorstw dopuszczonych do przetargów na wydobycie
ropy. Oprócz potęg w rodzaju brytyjsko-holenderskiego Shella,
amerykańskiego Exxona czy francuskiego Totala są na niej firmy z Rosji,
Indii, Malezji, Indonezji. Nie ma polskich firm - Orlenu i PGNiG.
Jedynym w zasadzie sukcesem Polski były kontrakty na dostawę uzbrojenia.
Bumar podpisał umowy na ponad 400 mln dol. Sprzyjał temu wiceminister
obrony Iraku Cattan Ziad, silnie związany z Polską. Absolwent Akademii
Ekonomicznej w Krakowie z polskim obywatelstwem. Niestety, po zmianie
ekipy rządowej w Iraku został oskarżony o korupcję. W mediach
amerykańskich pojawiły się zarzuty, że kontrakty z Polską były polem tej
korupcji, a broń dostarczana przez Polaków jest marnej jakości. W niejasnych okolicznościach zostali zabici współpracownicy wiceministra,
a on sam ścigany listem gończym ukrywa się. Bumar wypadł z listy
dostawców uzbrojenia dla armii irackiej.
Jedna z gazet zainspirowana mową ministra Klicha przedstawiła "plusy"
misji w Iraku. A więc mamy korzyści w sferze dyplomacji - dzięki
udziałowi w misji staliśmy się "ważnym partnerem" na arenie
międzynarodowej. Pytanie, czemu to nie przełożyło się na sferę
gospodarczą. Polska dyplomacja nie potrafiła doprowadzić chociażby do
porozumienia w sprawie 850 mln dol., które Irak - największy dłużnik
Polski - jest winny od wielu lat. Natomiast potrafiła to zrobić
Bułgaria, jak można sądzić, dysponująca słabszymi aktywami, która do
końca roku ma otrzymać 360 mln dol. Trudno przyjąć, że polska dyplomacja
jest jakość szczególnie wpływowa i skuteczna.
Innym "plusem" wskazanym przez gazetę ma być decyzja o przejściu w Polsce na armię zawodową. Czytam: "Sztab Generalny przestał upierać się
przy armii z poboru". Nie bardzo rozumiem, dlaczego udział w misji
irackiej miał skutkować taką decyzją? Pomijając drobiazg, że Polska nie
powinna opierać swej obrony na malutkiej armii zawodowej.
Wreszcie trzecim i ostatnim "plusem" ma być "lepsze wyposażenie
żołnierzy i przygotowanie dowódców, bezprecedensowe doświadczenia".
Rzeczywiście w czasie trwania misji okazało się, że wysłaliśmy na nią
żołnierzy źle wyposażonych. Polscy decydenci początkowo nie dostrzegli,
że na przykład będą potrzebne pojazdy opancerzone. Nie było zrozumienia,
że w Iraku trzeba będzie zmierzyć się z sytuacjami bojowymi. W tym
miejscu warto jednak zastanowić, się w jakim stopniu wspomniane
"bezprecedensowe doświadczenia" mogą poprawić stan polskiej obronności.
Jak informowało Dowództwo Operacyjne, w czasie wszystkich zmian
żołnierze wykonali ponad 130 tys. patroli i konwojów, w czasie których
sprawdzono niemal 10 mln osób i pojazdów. Ponadto wykonywano różne
zadania saperskie - zniszczono ponad 3,5 mln sztuk amunicji
zarekwirowanej bądź znalezionej. Trudno przyjąć, że takie
policyjno-porządkowe czynności będą szczególnie przydatne w razie obrony
Polski przed agresją z zewnątrz.
W Iraku zginęło dwudziestu dwóch polskich żołnierzy. Ponadto straciło
życie trzech pracowników firm ochroniarskich, funkcjonariusz BOR,
dziennikarz i montażysta TVP. Ewidentny sukces!
"Mąż Stachy"
29 listopada 2008
"Mąż Stachy"
Na początku listopada pojawiły się nieśmiałe spekulacje, czy po
uniewinniającym wyroku nie powrócę do polityki. Rzeczywiście przez całe
dorosłe życie tkwiłem w polityce i dopiero podstępne działania mniej i bardziej tajne w 2001 roku sprawiły, że wypadłem za burtę. Stałem się z przymusu obserwatorem, a nie uczestnikiem życia politycznego. Mogłem
zastanawiać się nad jakością polskiej polityki. Czym ma być polityka
polska i kim powinni być polscy politycy?
Obywatele zdają się nie dostrzegać, że politycy, tworząc programy i podejmując działania, decydują o ich przyszłości. Jeśli więc jako
wyborcy na czele państwa postawimy polityków nieudolnych,
niedostrzegających niebezpieczeństw, to wystawimy na hazard nie tylko
odzyskaną wolność, ale i nasz byt.
Obchodziliśmy dziewięćdziesiątą rocznicę odzyskania przez Polskę
niepodległości. W tym okresie mieliśmy własne państwo przez czterdzieści
lat - dwadzieścia przed 1939 rokiem i dwadzieścia po 1989 roku. A w ciągu pozostałych pięćdziesięciu ponieśliśmy gigantyczne straty,
doświadczyliśmy zdrady sojuszników i sowieckiej niewoli. W tym czasie
polityka polska okazała się dramatycznie nieskuteczna. Czy dziś mamy
polityków lepszych niż w latach II wojny światowej i możemy ze spokojem
patrzeć w przyszłość? W tym miejscu przypomina mi się angielskie
powiedzenie: "Polityk myśli o przyszłych wyborach, mąż stanu myśli o przyszłych pokoleniach". O czym myślą żyjący dziś polscy politycy?
Druga Rzeczypospolita miała kruchą niepodległość, bowiem jej byt był
uzależniony od trwałości tak zwanego porządku wersalskiego. Traktat
pokojowy podpisany w Wersalu po zakończeniu I wojny światowej oznaczał
osłabienie pozycji Niemiec i uznanie istnienia nowych państw w Europie
Środkowej i Wschodniej. W 1918 roku nie tylko Polacy odzyskali
niepodległość. Porządek wersalski miał też wrogów, Rosję i Niemcy, które
chciały odzyskać mocarstwowe pozycje. Wraz z odbudową siły militarnej
Rosja Stalina i Niemcy Hitlera porządek wersalski zburzyły.
Po zakończeniu II wojny światowej zwycięzcy ustanowili nowy porządek,
określany mianem jałtańskiego. To nowe urządzenie Europy skazało narody
Europy Środkowej i Wschodniej na status satelitów Moskwy. I dopiero
kiedy Sowieci zaczęli przegrywać w rywalizacji militarnej z Zachodem, a komunizm okazał się ekonomicznie niewydolny, wielki ruch polskiej
Solidarności sprawił, że Polska i jej sąsiedzi wolność odzyskali. Wraz z tym rozpadł się porządek jałtański.
Minęło dwadzieścia lat. Czy możemy powiedzieć, że obecny porządek
międzynarodowy jest trwały i państwu polskiemu nic nie zagraża? Nie
trzeba zbyt dociekliwych analiz, by dostrzec, że stabilności w stosunkach międzynarodowych zagraża nie tylko islamski terroryzm.
Wyraźnie rysują się nowe ośrodki siły, takie jak Chiny, Indie i ważna
dla Polski Rosja, które chcą osłabić pozycję Stanów Zjednoczonych,
gwaranta obecnego porządku międzynarodowego. Polityka Moskwy na Kaukazie
i napięcia w stosunkach z Ukrainą wskazują kierunek zainteresowań Rosji.
Z drugiej zaś strony miękka, by nie powiedzieć strachliwa wobec Rosji
polityka partnerów Polski w Unii Europejskiej i niejasna postawa NATO
muszą niepokoić.
Bez echa przeszedł wywiad amerykańskiego politologa George'a Friedmana4. Jeśli to, co mówi, znajdzie wyraz w polityce
zagranicznej USA, to Polska stanie przed poważnym dylematem. W planie
amerykańskim miałaby być najważniejszym sojusznikiem USA powstrzymującym
ekspansję Rosji na zachód. Byłaby takim "przedmurzem" Europy z prorosyjskimi Niemcami za plecami. W wywiadzie Friedmana padają
zapewnienia, że USA zaangażują się w rozwój polskiej gospodarki,
przekształcą Polskę w mocarstwo. Nie wiadomo, czy zapewnienia Friedmana
będą realizować władze USA. Ale nawet gdyby tak było, to co się stanie,
jeśli wypadki pobiegną szybciej niż procesy wzmocnienia Polski i będziemy tym "przedmurzem", nie będąc mocarstwem? Przypomnijmy, że
Hitler planował rozpoczęcie wojny na 1944 rok, kiedy miały się zakończyć
niemieckie programy zbrojeniowe. Tymczasem łatwe sukcesy w Austrii i Czechosłowacji tak go rozzuchwaliły, że postanowił zaryzykować i napadł
na Polskę w 1939 roku. W efekcie w 1944 roku Niemcy wojnę zamiast
zaczynać kończyły. Co w tym czasie stało się z Polską, nie trzeba
przypominać.
Niezależnie jednak od tego, jak pobiegnie polityka USA i jaki rodzaj
relacji sojuszniczych będzie łączyć Waszyngton z Warszawą, Polacy
powinni zadbać o stworzenie własnej silnej i skutecznej obrony swojego
państwa. Polsce, a jeśli Friedman dobrze przedstawia zamiary USA, także
naszemu strategicznemu sojusznikowi będzie bardziej potrzebna silna w defensywie polska armia niż nawet kilka tysięcy "zawodowców" w Afganistanie. Być może nie tylko z polskiego punktu widzenia, ale także
przez wzgląd na strategiczne potrzeby sojusznika trzeba będzie wkrótce
zweryfikować i zmienić obecne plany "miniaturyzacji" Sił Zbrojnych RP.
A wracając do polityków i tytułu tekstu. W czasach gdy "Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej", opowiadano dowcip: Odbywa się
konferencja międzynarodowa. Wchodzą przywódcy poszczególnych państw.
Spiker ogłasza - prezydent Francji de Gaulle, mąż stanu; kanclerz
Niemiec Adenauer, mąż stanu; przywódca Polski Gierek, mąż Stachy (żona
tow. Edwarda miała na imię Stanisława).
Mamy w polityce polskiej jeszcze jakichś innych "mężów Stachy"?
Coraz więcej wodzów - "profesjonalnych"
29 grudnia 2008
Coraz więcej wodzów - "profesjonalnych"
"Dowodzenie wielką armią opiera się na takich samych zasadach jak
dowodzenie kilkoma ludźmi, sprowadza się właściwie do problemu, jak
podzielić i uporządkować swe siły".
Sun Tzu, Sztuka wojny
Minister obrony narodowej udzielił wywiadu (26.12.), zapowiadając
istotne zmiany w systemie dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP. Mówił:
"Wszystkie funkcje w wojsku muszą być od siebie precyzyjnie oddzielone;
dotychczasowy model tego nie gwarantował". Zapowiadał, że po zmianach w Siłach Zbrojnych RP za planowanie będzie odpowiadał Sztab Generalny WP,
za dowodzenie Dowództwo Operacyjne, a za logistykę Inspektorat Wsparcia.
Nad nimi "te wszystkie funkcje będzie spinał" szef obrony - najwyższy
dowódca WP "z niewielkim sekretariatem" - jak podkreślał minister, szef
Sztabu Generalnego WP straci więc swą pozycję "pierwszego żołnierza" i będzie tylko zastępcą szefa obrony. To trochę zaskakująca sytuacja.
Dokładnie rok temu minister Klich wzmacniał szefa Sztabu Generalnego WP,
podporządkowując mu dowódców rodzajów sił zbrojnych, przedtem
podlegających bezpośrednio ministrowi obrony narodowej. Wtedy Klich
wyjaśniał posłom, że "Konstytucja polska nie przesądza wprost o tym,
jaka jest wzajemna zależność pomiędzy szefem Sztabu Generalnego a dowódcami rodzajów sił zbrojnych oraz innymi szefami jednostek
organizacyjnych sił zbrojnych. Postanowiłem wyposażyć szefa Sztabu
Generalnego w narzędzia, tak by mógł wydawać polecenia także innym
dowódcom wojskowym". Miało to według Klicha "usprawnić proces
podejmowania decyzji i wprowadzić niezbędną zasadę przejrzystości".
Należy sądzić, że zmiana z 2007 roku nie usprawniła procesów
decyzyjnych, skoro teraz minister postępuje na odwrót, osłabia pozycję
szefa Sztabu Generalnego WP. (Z powodu ubiegłorocznej decyzji ze
stanowiska odszedł wiceminister Koziej, zwolennik przekształcenia SG WP
w organ planistyczny. Czy teraz gen. Koziej wróci do MON?)
Co jednak szef MON zrobi z konstytucją, która tym razem coś "przesądza".
Minister obrony zapowiada utworzenie najwyższego stanowiska dowódczego,
którego w konstytucji nie ma! Art. 134 Konstytucji RP dotyczący
zwierzchnictwa głowy państwa nad siłami zbrojnymi mówi, że prezydent
mianuje szefa SG, który według ustawy o powszechnym obowiązku obrony
"jest najwyższym pod względem pełnionej funkcji żołnierzem w czynnej
służbie wojskowej" (art. 7 p. 2 ustawy). Ustawę sejm może zmienić, ale
czy to oznacza, że prezydent, zachowując prawo mianowania szefa SG WP,
nie będzie tym samym powoływał najwyższego dowódcy wojskowego i czy ta
zmiana ustawy będzie zgodna z konstytucją? Wreszcie kto i w jakim trybie
będzie powoływał szefa obrony - minister, premier?
Innym oryginalnym pomysłem jest stworzenie kolegium dowódców rodzajów
sił zbrojnych, by "zintegrować" ich działania. A będą się oni
"integrować" po dyslokowaniu do Wrocławia - dowódca wojsk lądowych,
Poznania - sił powietrznych, Gdyni - marynarki wojennej i Krakowa -
wojsk specjalnych. Przeprowadzający wywiad dziennikarz zauważa
przytomnie, że "po dyslokacji dowództw większość kadry będzie zajmowała
się głównie dojeżdżaniem do Warszawy na narady i odprawy". Minister
Klich nie podziela tych obaw, bowiem szef kolegium będzie w Warszawie,
czyli tylko on będzie dojeżdżał - co roku szefem będzie dowódca innego
rodzaju sił zbrojnych. A ponadto "nowoczesne środki łączności pozwalają
na prowadzenie telekonferencji oraz wideokonferencji". Nie zapytano
ministra, na ile te środki są stosowane w praktyce narad MON.
Zastanawia jednak, skąd pomysł na utworzenie takiego kolegialnego
zespołu? W historii polskiego wojska nie było kolegiów najwyższych
dowódców. Instytucja taka występuje owszem w krajach anglosaskich
(Wielka Brytania, USA). Nie ma jej w krajach kontynentalnej Europy,
gdzie istniały zawsze jednolite ośrodki dowodzenia wojskiem.
Dowodzenie i kierowanie siłami zbrojnymi musi być maksymalnie sprawne.
Także współcześnie, gdy powstała konieczność realizacji tak zwanych
operacji połączonych na "sieciocentrycznym" polu walki. Przypomnijmy, że
jednym z elementów amerykańskiej Revolution in Military Affairs
(rewolucji w sprawach wojskowych) jest doktryna Network Centric
Warfare (sieciocentrycznej wojny) opracowana przez wiceadmirała o swojsko brzmiącym nazwisku Cebrowski. Dzięki niej wojsko ma być lepiej
dostosowane do wyzwań współczesnej wojny. Dysponujący aktualną i pełną
informacją żołnierze, cały czas połączeni komputerową siecią obejmującą
zarówno pojedynczego szeregowca, jak i najwyższego dowódcę, mogą swe
działania synchronizować i samoorganizować w celu skutecznego zwalczania
siły wroga. Doktryna zastosowana w Iraku wykazała niedostatki. Okazało
się, że w warunkach bojowych trudno jest szybko przetwarzać ogromne
ilości napływających informacji. W rezultacie systemy transmisji danych
zawieszają się i wojsko "ślepnie". Zważywszy na szybki rozwój
elektroniki, można przyjąć, że to ograniczenie zostanie kiedyś
przezwyciężone. Jednak podstawowa zasada dowodzenia mówiąca, że między
wydającym rozkaz a jego wykonawcą powinno być jak najmniej ogniw
pośrednich, zachowuje tym bardziej swą użyteczność. Decyzje MON wydają
się zmierzać w odwrotnym kierunku.
Także konieczność realizowania operacji połączonych jako sposobu
prowadzenia działań musi mieć wpływ na strukturę dowodzenia. Operacje
takie są skoordynowanymi w czasie i przestrzeni przedsięwzięciami
planowanymi przez kierownictwo strategiczne i realizowanymi przez
jednolite dowództwo operacyjne dla osiągnięcia celu strategicznego, w którym biorą udział komponenty co najmniej dwóch rodzajów sił zbrojnych.
Wielkim wyzwaniem są planowane i przeprowadzane działania w terenie
zurbanizowanym (MOUT - Military Operation on Urbanized Terrain), gdzie
obiekty zbudowane przez człowieka poważnie ograniczają swobodę taktyczną
dowódców. Niezbędna jest różnorodność, elastyczność i jedność działania
sił własnych. Tej łączącej roli (operacje połączone) nie mogą odgrywać
dowódcy poszczególnych rodzajów sił zbrojnych. Ich rolę minister Klich
określa tylko jako "dostarczycieli sił" (Force Provider). Skoro jednak
kto inny ma wojskiem dowodzić na polu bitwy, to dlaczego mają być nadal
liczne dowództwa - wystarczyłyby odpowiedzialne za przygotowanie wojsk
inspektoraty sił lądowych, powietrznych i morskich.
Dowodzenie wojskami odbywa się na trzech poziomach. Mamy najwyższy,
strategiczny w skali całego państwa, operacyjny - w realizacji zadań
strategicznych i poziom taktyczny - bezpośrednio wykonawczy. Obecnie
najwyższym polskim dowództwem wojskowym jest Sztab Generalny WP, a najwyższym dowódcą szef SG WP. Teraz ma się pojawić inny najwyższy
dowódca (szef obrony). Jednak nie będzie on miał organu dowodzenia,
tylko "mały sekretariat". Funkcje dowódcze utraci SG WP, stając się
organem planistycznym. W jaki więc sposób szef obrony będzie dowodził
wojskiem? Jakimi instrumentami będzie to robił? Za pomocą kolegium
dowódców?
Proponowana zmiana wskazuje, że na szczeblu strategicznym będziemy mieli
niejasność kompetencji w dowodzeniu.
Szczebel operacyjny. Istniały trzy rodzaje sił zbrojnych (lądowe,
powietrzne, morskie) i utworzono odpowiednio trzy dowództwa. Stworzono
czwarte - wojsk specjalnych dysponujące maleńkimi siłami (ok. 1000
żołnierzy) za to z rosnącymi etatami sztabowymi (ze 100 na 400). Ponadto
na potrzeby prowadzenia operacji na misjach zagranicznych zostało
powołane dodatkowo dowództwo operacyjne (nie wiadomo, czy dowódca
operacyjny będzie członkiem planowanego przez MON kolegium). Przy czym
poza misjami zagranicznymi nowemu dowództwu dodano zadania krajowe,
odbierając część zadań dowództwom rodzajów sił zbrojnych. Rangę dowództw
operacyjnych mają Inspektorat Wsparcia Sił Zbrojnych (logistyka) i być
może Inspektorat Wojskowej Służby Zdrowia. Dowództwami szczebla
operacyjnego formalnie są też okręgi wojskowe pomorski (Bydgoszcz) i śląski (Wrocław). Minister zapowiedział ich likwidację, ale dodał, że
planuje także przekształcenie obecnych wojewódzkich sztabów wojskowych w cztery regionalne. Mieliśmy cztery okręgi wojskowe i dwa z nich minister
Onyszkiewicz zlikwidował. Teraz minister Klich, wiceminister przy
Onyszkiewiczu, zlikwiduje pozostałe dwa i... utworzy ab ovo cztery
okręgi regionalne.
Na poziomie taktycznym (dywizje, brygady, samodzielne bataliony,
eskadry, flotylle) jest lepiej, bowiem trudno utworzyć na przykład dwa
dowództwa dla jednej dywizji czy brygady. Jednak i na tym szczeblu
trafiają się kurioza, na przykład w Krakowie funkcjonuje dowództwo
korpusu zmechanizowanego. Kiedyś były mu podporządkowane dwie dywizje,
pięć brygad, pięć pułków i dwa samodzielne bataliony. Obecnie pozostał
jeden pułk (dowodzenia) i klub wojskowy oraz zadanie "prowadzenia
szkolenia i ćwiczeń dla wybranych dowództw i jednostek
operacyjno-taktycznych wojsk lądowych". Mamy więc przykład dowództwa,
które niczym nie dowodzi.
Reasumując, MON zamiast uporządkować i uprościć (spłaszczyć) system
dowodzenia, tworzy nowe szczeble rozkazodawcze. Skomplikuje relacje
kierownictwa resortu obrony z prezydentem zwierzchnikiem sił zbrojnych.
Co gorsza, utrudni ewentualne funkcjonowanie armii na polu walki, ale tu
może nie ma czym się kłopotać, skoro do 2030 roku żadna wojna Polsce nie
grozi - jak twierdzą eksperci MON.
Na portalu Polska zamieszczono tekst na temat "profesjonalizacji"
wojska. Piszą tam: "...w naszym przyszłym w pełni zawodowym wojsku na
jednego oficera może przypadać tylko jeden szeregowy żołnierz. Już
dzisiaj mówi się, że mamy za dużo wodzów, a za mało Indian".
MON skutecznie zmniejsza liczbę "Indian", mnoży natomiast wodzów.
Tarcza i miecz
7 stycznia 2009
Tarcza i miecz
Marek Łukasiewicz: Zacznijmy od tematu, który od dłuższego czasu
angażuje uwagę opinii publicznej. Jakie jest pana zdanie, panie
ministrze, na temat militarnego i politycznego sensu instalowania
elementów tarczy rakietowej na terytorium Polski?
Romuald Szeremietiew: Pytanie o znaczenie tarczy dla bezpieczeństwa
Polski powinniśmy rozpatrywać przede wszystkim w kontekście roli naszego
kraju jako sojusznika USA. W latach zimnej wojny, to jest konfrontacji i wyścigu zbrojeń z blokiem sowieckim, Polska zaliczana była do tak
zwanych krajów osiowych (prof. Brzeziński), które wielkie mocarstwa
starają się mieć po swojej stronie dla uzyskania przewagi w danym
regionie. W Europie przed upadkiem komunizmu takimi krajami były Niemcy
i Polska. Po rozpadzie Sowietów osiowa rola Polski w relacjach
Wschód-Zachód co najmniej zmalała. Być może plan instalowania tarczy w Polsce oznacza, że nasz kraj w oczach USA znowu staje się krajem
osiowym.
Ma to chyba związek z zagrożeniem terroryzmem?
- Tarcza nie posłuży do zwalczania terroryzmu, który nie ma zasadniczego
znaczenia dla bezpieczeństwa Polski. Odzyskaliśmy suwerenność w rezultacie rozpadu porządku jałtańskiego ustalonego po II wojnie
światowej. Korzystna zmiana międzynarodowego położenia Polski była
między innymi skutkiem zwycięstwa USA w konfrontacji z Sowietami. W następstwie powstał na świecie jednobiegunowy układ sił z dominującą
pozycją Stanów Zjednoczonych. Nie akceptują tego państwa aspirujące do
odgrywania roli mocarstwowej w świecie, między innymi Chiny i Rosja.
Podejmują one działania osłabiające pozycję USA. A więc zmiana obecnego
układu sił, a nie terroryzm mogą zagrozić bezpieczeństwu Polski.
Terroryzm jest oczywiście groźnym zjawiskiem i należy go eliminować, ale
raczej nie spowoduje przetasowań w układzie politycznym świata.
Nas interesuje przede wszystkim Rosja?
- Musi interesować. Wojska sowieckie napadły na Polskę 17 września 1939
roku i dopiero po upływie ponad półwiecza, już jako rosyjskie, opuściły
granice RP (nomen omen 17 września 1993 roku). Dziś w Moskwie ponownie
tworzone są plany odbudowy rosyjskiego imperium. Nietrudno przewidzieć,
w jakim kierunku może pójść ta odbudowa - przecież nie na południowy
wschód, by skonfrontować się z Chinami i Indiami, ale raczej na zachód,
na Kaukaz, Ukrainę? Następna jest Polska. A mamy rosyjskie powiedzenie:
kurica nie ptica, Polsza nie zagranica. Nie jest też powiedziane, czy
w globalnej polityce Stanów Zjednoczonych priorytetowego miejsca nie
zajmie rywalizacja z potęgami azjatyckimi, Chinami i Indiami, a w konsekwencji pojawi się potrzeba zawarcia sojuszu przeciwko nim z Rosją.
Wtedy położenie Polski będzie bardzo trudne.
Obecność Sił Zbrojnych USA w Polsce, choćby nieliczna, wydaje się
stanowić całkiem niezłe gwarancje bezpieczeństwa. Amerykańska opinia
publiczna jest bardzo czuła na punkcie "amerykańskich chłopców".
- W Izraelu nie ma wojsk amerykańskich, a państwo to ma całkowite
gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA. Niewielką grupę żołnierzy łatwo
do Polski wysłać i nie będzie trudno ich z Polski zabrać. Do tego
zmienia się administracja w Białym Domu. Co to oznacza dla amerykańskiej
polityki obronnej - jeszcze nie wiemy, ale zmiany przecież będą. Mogą
one mieć wpływ na plany instalowania tarczy antyrakietowej w Czechach i Polsce. Więc nie w tym należy upatrywać gwarancji naszego
bezpieczeństwa. Wprawdzie Polska należy do największego sojuszu
polityczno-wojskowego, ale ostatnio niepostrzeżenie przekształca się on
w wyłącznie polityczny. Powiada się, że skrót jego nazwy NATO dziś coraz
częściej oznacza: No Action Talks Only - nic nie robić, tylko gadać.
Efektywność NATO w wydaniu europejskim widzieliśmy przy okazji wojny w Gruzji. Zapewne by do niej nie doszło, gdyby sojusz zaproponował Gruzji
(i Ukrainie) plan uzyskania członkostwa w NATO.
Jaki byłby według pana, panie ministrze, efekt takiego posunięcia?
- Myślę, że zaoferowanie członkostwa podziałałoby trzeźwiąco na
zwolenników odbudowy rosyjskiego imperium. Można to było zrobić na
ostatniej naradzie NATO w Bukareszcie. Niestety, Rosja może liczyć na
"zrozumienie" jej interesów w gronie członków sojuszu (Niemcy, Francja),
więc propozycji członkostwa dla Gruzji nie było i nie ma. Zaczynam
podejrzewać, że NATO byłoby wstrzemięźliwe w reakcjach, gdyby nawet
Rosja weszła w otwarty konflikt z Łotwą czy Estonią, które do NATO
należą. Kwestia naprawienia NATO jest więc dziś pierwszoplanowym
zadaniem dla zapewnienia Polsce bezpieczeństwa. Tarcza może w tym być
pomocna, ale nie należy przeceniać jej roli.
Pojawiają się i takie głosy, iż instalacja jej elementów może
prowokować zagrożenie atakami terrorystycznymi.
- Żadnych zagrożeń nie należy lekceważyć, ale terroryści, decydując się
na atak, starają się, aby był on spektakularny medialnie. W Polsce nie
ma obiektów "medialnych" w wymiarze międzynarodowym. Zamach na metro w Londynie daje terrorystom dużo mocniejszy efekt oddziaływania na
światową opinię niż na przykład próba wysadzenia postalinowskiego Pałacu
Kultury w Warszawie.
W Moskwie podobnych obiektów jest, jeśli się nie mylę, dziewięć.
- To nie oznacza, że Moskwa jest bardziej zagrożona. Tam zagrożenie
wynika z tego, co robi Rosja na terenie Czeczenii. W każdym razie
większe niebezpieczeństwo w prowokowaniu ataków terrorystycznych
upatrywałbym w medialnej nagonce na naszych żołnierzy jako "zbrodniarzy
wojennych", na przykład zarzuty związane z akcją wojskową w afgańskim
Nangar Khel. Jacyś terroryści mogą uwierzyć polskim mediom, prokuraturze
i "ukarać" za czyn żołnierzy społeczeństwo, na przykład podkładając
bombę w warszawskim metrze.
Nasi żołnierze od zakończenia II wojny światowej biorą udział w misjach
stabilizacyjnych i pokojowych w ramach sił ONZ - od bardzo pokojowych,
jak w Jemenie czy Syrii, przez policyjno-militarne, jak w byłej
Jugosławii, po humanitarno-wojskowe, jak w niektórych krajach
afrykańskich. Obecności w Iraku i Afganistanie nie nadamy chyba miana
misji pokojowej?
- Określenie misja pokojowa i używany często zamiennie termin wymuszanie
pokoju to eufemizmy. W XXI wieku nie wypada, jak się zdaje, używać
takiego pojęcia jak wojna. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że istnieje
definiowanie wojen jako sprawiedliwych i są sytuacje, gdy tylko użycie
siły może zapobiec nieszczęściu. Na przykład gdyby w 1933 roku Francja
zaaprobowała polską propozycję zbrojnego odsunięcia Hitlera od władzy
(wojna prewencyjna proponowana przez Piłsudskiego), to nie byłoby II
wojny światowej i całego zła, które ona światu przyniosła.
Wielu sądzi, iż era konfliktów państwo-państwo minęła, że znamienne dla
współczesnego świata są konflikty asymetryczne.
- Po zakończeniu I wojny światowej panowało w Europie powszechne
przekonanie, że następnej już nie będzie. Hitler i Stalin dowiedli, że
były to błędne oceny i doszło do wojny znacznie przewyższającej
rozmiarami konflikt z lat 1914-1918. Na arenie międzynarodowej ujawniają
się sprzeczne interesy i powstają ośrodki niezadowolone z istniejącego
układu sił. Próby zmian takiego stanu rzeczy często prowadzą do wybuchu
wojen. Jeśli więc spojrzeć na dynamikę zbrojeń w dobie obecnej, to można
dostrzec, że jest kilka dużych państw niezadowolonych z obecnego
urządzenia świata. A polska konstytucja stanowi, iż Siły Zbrojne RP mają
za zadanie bronić niepodległości i integralności terytorialnej państwa
polskiego. Plan modernizacji wojska (armia zawodowa) zwiększający
zdolność ekspedycyjną do uczestnictwa w misjach zagranicznych, nie
wydaje się odpowiedni w przypadku rysujących się prób zmiany układu sił
na świecie. Mogą one bowiem godzić w bezpieczeństwo naszego kraju.
Jeśli taka sytuacja zaistnieje?
- Uczestnictwo wojska w misjach zagranicznych ma sens polityczny -
sprawdzamy się jako sojusznik - i sens gospodarczy, zakładając, że przy
tej okazji coś zdołamy dla Polski wynegocjować i rzeczywiście uzyskać (w Iraku na przykład gospodarczo nie zyskaliśmy niczego). Aspekt wojskowy
ma mniejsze znaczenie, może poza szkoleniem żołnierzy w warunkach
bojowych, tak zwanym ostrzelaniem. W razie konieczności odpierania wojsk
agresora umiejętności zdobywane na misjach, takie jak kontrolowanie
pojazdów i dokumentów czy rozminowywanie terenu, raczej nie na wiele się
przydadzą.
Pomysł przekształcenia naszych sił zbrojnych w armię zawodową odbierany
jest w opinii społecznej jako atrakcyjny.
- Obywatele zwykle przyjmują z zadowoleniem zmniejszenie obowiązków
względem państwa. To jednak może okazać się niebezpieczne w razie
wystąpienia zagrożenia. Mówiąc obrazowo - nie powołujemy straży pożarnej
w czasie pożaru, ale zanim on wybuchnie. Powinniśmy stworzyć skuteczny
system obrony państwa, zanim zostanie ono zaatakowane. Tworzymy taki
system, uwzględniając wnioski natury geostrategicznej (jakie jest nasze
położenie i czego trzeba będzie bronić) oraz geopolitycznej (kto, kiedy,
jak i czym może nam zagrozić). Jeśli w ten sposób przeanalizujemy
położenie Polski, to musimy dojść do wniosku, że tworzona dziś armia
zawodowa kraju nie obroni. Wskazuje się, że Stany Zjednoczone mają armię
zawodową, ale to jest przyjmowane na czas pokoju. W razie wybuchu wojny
USA zmobilizują poborowych. U nas ma być podobnie, ale Polska ma
przecież inne położenie. USA graniczą z Meksykiem i Kanadą, a od
potencjalnych rywali dzielą je dwa oceany, Atlantycki i Pacyfik. W razie
wojny armia amerykańska będzie miała czas, aby przeszkolić swoich
poborowych, Polska nie. Ponadto oprócz armii zawodowej, dużej i kosztownej w utrzymaniu, Amerykanie mają liczną, złożoną z cywilów
Gwardię Narodową, przygotowaną do obrony terytorium USA, i milionowe
siły czynnej rezerwy.
Po pierwsze, siły zdolne do skutecznej obrony, a dopiero potem siły
zdolne do ataku?
- W Polsce jak najbardziej! Muszą być dwa elementy: wojska operacyjne
zdolne do ataku i kontratakowania i wojska terytorialne przygotowane do
obrony kraju. Koncepcja kierownictwa MON o zastąpieniu powszechnej
służby wojskowej służbą zawodową oznacza, że Polska będzie miała tylko
wojska operacyjne - jeden komponent. Drugi składnik sił zbrojnych,
terytorialny i defensywny, nie będzie istniał. Będą tylko potencjalni
poborowi bez przeszkolenia wojskowego. Jak wspomniałem, biorąc pod uwagę
położenie Polski, trzeba założyć, że w obliczu takiej groźby nie będzie
czasu na ich szkolenie. Ci rezerwiści zostaną więc wcieleni do jednostek
bez zdolności posługiwania się bronią. Ich przydatność na polu bitwy
będzie znikoma.
Pospolite ruszenie?
- No nie, gorzej. Szlachta w dawnych wiekach dobrze władała bronią.
Takie były wówczas warunki egzystencji, że umiejętność posługiwania się
orężem stanowiła niezbędny element codzienności. Dziś obywatele nie mają
potrzeby noszenia broni, nie wspominając o jej zastosowaniu praktycznym.
Do tego na współczesnym polu bitwy będzie w użyciu nie tylko broń
indywidualna żołnierzy, ale trzeba będzie działać chociażby w warunkach
ostrzału artyleryjskiego, rakietowego i ataków z powietrza. W takich
okolicznościach "zakwalifikowani do poboru" i zmobilizowani cywile nie
wytrzymają naporu wroga.
Osobiście nie mogę pozbyć się wrażenia, iż nie pożegnaliśmy się z doktryną czasów Układu Warszawskiego. Widać to po priorytetach w zakupie
sprzętu, w programach szkoleń itd. Gdzie oprócz Rosji i Chin istnieje
jeszcze na przykład koncepcja rozpoznania bojem? Albo ćwiczenia w ataku
na polach... Kogo my chcemy na tych polach atakować? Białoruś? Ukrainę?
Może armia zawodowa to jednak jest jakiś pomysł...
- Wpływ doktryny Układu Warszawskiego wyraża się w absolutyzowaniu wojsk
operacyjnych jako zasadniczego elementu Sił Zbrojnych RP. Jednak nawet w PRL nie zaniedbano tworzenia rezerw i stworzono siły terytorialne (OTK -
Obrona Terytorialna Kraju), czego dziś nie ma. Żołnierze zawodowi
sprawdzają się dość dobrze w misjach zagranicznych poza krajem. W przypadku bezpośredniego zagrożenia państwa mają powstrzymać
nacierającego wroga do czasu uzyskania pełnej gotowości operacyjnej sił
mobilizowanych na wojnę. W naszym przypadku nie będzie kogo mobilizować.
Często słyszy się argument, iż współczesna technika wojskowa jest tak
skomplikowana, że wymaga długoletniego szkolenia i tylko żołnierz
zawodowy jest w stanie ją opanować.
- W wojsku jest różne wyposażenie: wymagające specjalistycznego
szkolenia i proste w obsłudze, łatwe w zastosowaniu. Czym innym jest
pilotowanie naddźwiękowego samolotu bojowego, a czym innym strzelanie z karabinu, zakładanie miny czy rzut granatem. W Afganistanie Sowieci
ponieśli ciężkie straty w lotnictwie, gdy partyzanci użyli otrzymanych
od Amerykanów rakiet plot. Stinger. Obsługiwali te rakiety afgańscy
analfabeci. Inaczej też wygląda szkolenie żołnierza wojsk operacyjnych,
a inaczej żołnierza obrony terytorialnej, lekkiej piechoty. W tym drugim
przypadku mamy łatwe w obsłudze uzbrojenie i krótkie przeszkolenie. W Danii szkolenie żołnierza obrony terytorialnej trwa 100 godzin w pierwszym roku, w dwu kolejnych po 50 godzin i w czwartym - 24 godziny.
W USA żołnierz Gwardii Narodowej przechodzi jednorazowe szkolenie
dwutygodniowe i raz w miesiącu jeden weekend (36 dni rocznie).
Przed rozpoczęciem pierwszej operacji Pustynna Burza liczba dezercji w armii amerykańskiej była bardzo duża. "Amerykańscy chłopcy" kojarzyli
swoją obecność w wojsku z możliwością awansu społecznego i w swoich
wyborach jakby nie uwzględniali, że wojsko to także wojna, że wojna to
zabijanie i śmierć.
- Trudno oczekiwać głębszych motywacji w przypadku ludzi, dla których
istotnym powodem włożenia munduru są pieniądze i inne gratyfikacje, na
przykład możliwość ukończenia studiów czy uzyskanie obywatelstwa danego
kraju. Trudno też odwoływać się do patriotyzmu, gdy własne społeczeństwo
nie akceptuje działań, w których żołnierze uczestniczą. Zastanawia mnie,
że polski minister obrony jako główny argument, mający przekonać do
służby w wojsku, podaje wysokość zarobków.
Wojska koalicji zaangażowanej w Afganistanie, mówią obecnie jednym
głosem: przegrywamy.
- W przypadku długotrwałej tak zwanej wojny asymetrycznej,
partyzanckiej, profesjonalizm armii zawodowej przestaje odgrywać
decydującą rolę. Przewaga w uzbrojeniu również. Wspomniałem, jak
afgańscy mudżahedini wygrywali z Rosjanami dzięki wyrzutniom rakiet
ziemia-powietrze Stinger. Taka wyrzutnia obsługiwana przez jednego
człowieka to w zasadzie rura, którą bierze się na ramię i po skierowaniu
ku górze odpala rakietę, a ona sama wynajduje cel. Z broni łatwej w obsłudze i kosztującej kilka tysięcy dolarów można strącić obsługiwany
przez zawodowców uderzeniowy śmigłowiec o wartości kilkunastu milionów
dolarów wyposażony w najnowocześniejszą awionikę, optoelektronikę itd.
Jednak nie trzeba aż Stingerów. W zastosowaniu na masową skalę mamy
improwizowane ładunki wybuchowe. To łatwa w obsłudze, prymitywna, tania
i... skuteczna broń. I bardzo drogi sprzęt, na przykład transporter
Rosomak, można zniszczyć, używając tej broni.
Improwizowane urządzenia wybuchowe o działaniu kumulacyjnym - Explosive
Formed Projectile?
- Tak. W wersji przeciwpancernej to jest owalny pojemnik szczelnie
wypełniony plastycznym materiałem wybuchowym, wykonany z jakiejkolwiek
rury metalowej lub PCV. Wierzch z jednej strony jest zaślepiony wkładką
miedzianą z wgłębieniem kumulacyjnym. W zależności od wielkości ładunku,
pocisk może przebijać pancerz pojazdów i transporterów grubości od 80 do
110 mm.
Rosyjskie czołgi w Groznym niszczyły z RPG-7 czeczeńskie nastolatki...
- Prowadzenie operacji zaczepnych przy pomocy armii zawodowej to dziś
bardzo drogie przedsięwzięcie. Natomiast zwalczanie takiego wojska
siłami nieregularnymi (partyzanci) - jest tanie. Do tego pojawia się
kwestia skuteczności obrony. Aby wygrać w starciu armii regularnych,
potrzeba według zgodnych szacunków przewagi 3:1 w podstawowych
formacjach zbrojnych (wojska pancerne, zmechanizowane, artyleria,
lotnictwo). Sytuacja ulega zmianie, gdy trzeba kontrolować teren, na
którym działają siły nieregularne. W takim przypadku eksperci mówią o konieczności zapewnienia przewagi jak 15:1, 20:1, a nawet 40:1. Dlatego
kilkadziesiąt tysięcy wojsk NATO w Afganistanie nie może opanować
sytuacji i dowódcy domagają się skierowania tam większej liczby
żołnierzy. Dobrze przygotowana powszechna obrona terytorialna, zdolna
prowadzić działania nieregularne, znacznie zawyża agresorowi tak zwany
koszt ataku.
Jeśli ktoś ma przewagę w podstawowych formacjach zbrojnych w stosunku -
powiedzmy - powyżej 3:1, są szanse na sukces?
- Załóżmy, że mamy armię zawodową o liczebności 130 tys. Przeciwnik,
chcąc być pewnym zwycięstwa, powinien zaatakować wojskiem liczącym około
500 tys. żołnierzy. Jeśli jednak państwo będące obiektem agresji poza
armią zawodową ma na przykład milion żołnierzy w siłach terytorialnych
potrafiących rozbijać czołgi i strącać śmigłowce, to pół miliona
żołnierzy agresorowi nie wystarczy. A biorąc najniższy przelicznik 15:1
- napastnik musi zgromadzić do napaści co najmniej piętnastomilionową
armię. Jakie państwo stać na wystawienie takich sił do opanowania kraju
wielkości Polski? Wydaje się więc, że agresor raczej zrezygnuje w ataku.
Przygotowanie obrony terytorialnej może być elementem skutecznej
strategii odstraszania. A wiadomo że najlepsza wojna jest taka, która
nie wybuchła.
Możemy mieć taką pewność?
- W Polsce zrobiono wiele, aby przekonać Polaków, że wojny nie będzie,
co oznacza, że służba wojskowa nie ma sensu. Odbudowa sił zbrojnych to
nie tylko uzbrojenie i zmiany strukturalne, ale nade wszystko troska o morale żołnierza. Zadaniem numer jeden jest przywrócenie patriotycznego
sensu służbie wojskowej. Wojsko Polskie nie może być szkołą zabijania.
Powinno być instytucją obywatelską, kształtującą postawy ludzi
odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju. Jeśli młody człowiek idzie na
kilka miesięcy "w kamasze" i sprząta rejony, to rzeczywiście służba
wojskowa nie ma sensu. Miałaby sens, gdyby po krótkim, ale intensywnym
szkoleniu wojskowym przygotowała go do obrony rodzinnego domu.
Przemawia przez pana polska słabość do munduru?
- Mundur żołnierski kojarzył się Polakom dobrze, bowiem wojsko zawsze
świadczyło o tym, że mamy własne państwo. Żołnierzem zostawało się w czasach niewoli, by utraconą niepodległość odzyskać. W historii
polskiego wojska nie ma zaborczego militaryzmu, wojen napastniczych,
kolonialnych. Mamy natomiast tradycje walki "za wolność waszą i naszą".
Stąd też polski szacunek dla munduru i zaufanie do wojska. Jaki będzie
ten stosunek, gdy zamiast żołnierza - obrońcy Ojczyzny pojawi się
zawodowiec, nadstawiający karku za pieniądze? Armia zawodowa jest z natury rzeczy odizolowana od społeczeństwa. To może skutkować utratą
poczucia obowiązku obrony Ojczyzny. Czy można rezygnować z wartości
mieszczących się w etosie polskiego żołnierza?
Koncepcja obrony terytorialnej?
- To nawiązanie do tradycji konspiracyjnej Armii Krajowej z czasów II
wojny światowej, wspaniałej tradycji, i utworzenie powszechnej armii
obywatelskiej do obrony państwa. W obronie terytorialnej byliby ludzie
przeszkoleni w miejscu zamieszkania i przygotowani do obrony swoich
domów. Polska, tworząc siły terytorialne, może wygenerować potencjał,
czyniący ewentualny atak nieopłacalnym. Nie powinniśmy rezygnować z niczego, co zwiększa nasze bezpieczeństwo.
"Czas Warszawski", nr 1-2 (494-495)
Rosja na gazie
8 stycznia 2009
Rosja na gazie
Zgromadzenie Ogólne ONZ w grudniu 1974 roku w przyjętej rezolucji
zdefiniowało pojęcie agresji. Stwierdzono, że agresją jest użycie siły
zbrojnej przeciw suwerenności terytorialnej lub niezawisłości
politycznej innego państwa. Przytoczono przykłady agresji, według
rezolucji jest to przede wszystkim napaść lub atak sił zbrojnych jednego
państwa na terytorium innego i okupacja militarna. Jednak przejawem
agresji może też być "użycie jakiejkolwiek innej broni przeciw
terytorium innego państwa".
Współczesne państwa potrzebują energii i kwestia zaopatrzenia w surowce
do jej wytwarzania stała się jedną z najważniejszych w całokształcie
zagadnień związanych z bezpieczeństwem. Pierwszoplanowym dostarczycielem
gazu, z racji na największe na świecie złoża, jest Rosja. Ta sama Rosja
nie ukrywa, że w jej przypadku dostawy surowców energetycznych do innych
krajów mają nie tylko handlowy wymiar.
Spółce Gazprom, dostarczycielowi gazu do Europy, premier rosyjskiego
rządu wydał polecenie wstrzymania dostaw tego surowca przez terytorium
Ukrainy. W Europie ze zdziwieniem komentowano tę sytuację. No bo jak to
możliwe, aby premier rządu mógł wydawać polecenia firmie niezależnej od
państwa? Rosyjscy dziennikarze Walerij Paniuszkin i Michaił Sygar
sformułowali następującą opinię: "Sam w sobie Gazprom nie jest ani
dobry, ani zły. Jest jak kałasznikow albo colt: można go użyć do
zastraszania albo w obronie własnej. Jego wartość moralna zależy od
intencji osoby, która trzyma palec na spuście. Innymi słowy, przestańmy
mówić o Gazpromie jako o zwykłym podmiocie rynkowym: spółka ta jest
bronią polityczną".
Widać gołym okiem, że Gazprom nie jest normalną spółką giełdową, ale jak
piszą rosyjscy dziennikarze, bronią polityczną. I mają rację
komentatorzy twierdzący, że Rosjanom w sporze z Ukrainą nie chodzi tylko
o cenę gazu. Kraje spolegliwe wobec Kremla (Białoruś, Armenia) dostają
rosyjski gaz po ulgowych cenach. Mińsk na przykład płaci 128 dol. za
1000 m3 rosyjskiego surowca, czyli
prawie cztery razy mniej niż Warszawa i Wilno. Za utrzymanie tej ceny
prezydent Łukaszenka "zapłacił" Moskwie. Białoruś uznała "niepodległość"
zbuntowanych prowincji gruzińskich, Abchazji i Osetii Płd., uznawanych
dotąd tylko przez Rosję i Nikaraguę. Kłopoty z dostawami gazu i ropy
dotykają państw znajdujących się w sferze zainteresowań Rosji, a niepoddających się naciskom Kremla. Przypomnijmy, że Rosja ograniczała
dostawy surowców energetycznych po "kolorowych" rewolucjach na Ukrainie
i w Gruzji, gdy do władzy doszli tam politycy zmierzający w kierunku
NATO i UE. W 2006 roku polski Orlen pokonał rosyjskich konkurentów w przetargu na zakup litewskiej rafinerii w Możejkach. W odwecie Rosjanie
odcięli dopływ ropy do rafinerii. Jak podawali, z racji trudności
"technicznych". Po podpisaniu przez rząd czeski umowy z USA o instalowaniu radarów tarczy antyrakietowej dostawy rosyjskiej ropy
zmniejszyły się, także z powodów "technicznych", prawie o połowę. Obecne
zakręcenie kurków gazowych w praktyce rosyjskich dostaw nie jest czymś
nadzwyczajnym. Powstaje jednak pytanie, jakie wnioski wyciągną rządy
państw dotkniętych decyzjami Moskwy?
Dostawy rosyjskiego gazu do Rumunii spadły do jednej trzeciej. Jeszcze
gorzej jest na Słowenii, która otrzymuje zaledwie 10 procent zamówionego
surowca. Bułgaria i Węgry nie mają żadnych dostaw. Brak gazu zmusił rząd
Słowacji do ogłoszenia stanu wyjątkowego w gospodarce. Polskę częściowo
chyba ratuje fakt, że na końcu biegnącej z Białorusi przez nasz kraj
rury są Niemcy. Rosja nie mogła zakręcić kurka na białoruskiej granicy,
nie chcąc drażnić Berlina. Moskwa przecież bardzo liczy na wybudowanie
rurociągu na dnie Bałtyku we współpracy z Niemcami. A kiedy to się
stanie, będzie można Polsce zakręcić oba kurki gazowe, ukraiński i białoruski. Teraz jeszcze nie.
Bez przesady można twierdzić, że skoro Moskwa używa gazu i ropy jako
broni dla osiągania politycznych celów, to można uznać ostatnie
poczynania Kremla za formę agresji godzącą w bezpieczeństwo wielu
państw. Być może uzasadniona byłaby interpretacja przypisująca Rosji
działania wyczerpujące znamiona agresji zdefiniowane przez ONZ. Można
twierdzić, że szantaż wstrzymywania gwarantowanych umowami dostaw gazu
jest przykładem "użycia jakiejkolwiek innej broni" wobec innych państw.
Jeśli Gazprom rzeczywiście jest czymś w rodzaju karabinka Kałasznikowa,
to palec na spuście tej broni trzyma premier Władimir Putin. A w kogo
Władimir Władimirowicz celuje?
Pozbawione dostaw gazu Bułgaria, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry są
nie tylko członkami UE. Są one przede wszystkim w sojuszu
północnoatlantyckim. Nadszedł czas, aby państwa członkowskie NATO
rozważyły, jakie środki powinien stosować sojusz w razie zagrożenia
takimi działaniami, jakie podejmuje Rosja. Skoro uznaliśmy w NATO za
konieczne zwalczanie terroryzmu, to dlaczego nie zwalczać innych
zagrożeń.
Rosja w realizacji polityki stosuje różne formy ataku. Od wojskowych
(Krym) poprzez internetowe hakerów (w czasie sporu z Łotwą) po tak
drastyczną, jak odcinanie dostaw gazu godzące w bezpieczeństwo
gospodarcze oraz zdrowie obywateli innych krajów. Nowy szef NATO, może
będzie nim Polak, powinien zainicjować uzupełnienie strategii sojuszu o sposoby powstrzymania wojowników z gazrurką.
W kilku komentarzach można też znaleźć trochę inne wyjaśnienie
zachowania się Moskwy. Dotychczasowe sukcesy Putina miały oparcie w dochodach ze sprzedaży gazu i ropy. Spadek cen tych surowców i kryzys w gospodarce Zachodu sprawiły, że dochody załamały się i Rosji grozi
katastrofa. Chcąc jej uniknąć, Moskwa postanowiła więc ratować swój
budżet dochodami ze sprzedaży gazu Ukrainie. W Kijowie przewidziano tę
sytuację. Ukraina zgromadziła duże zapasy gazu i chce wziąć Rosję na
przetrzymanie. A więc tym razem to nie Moskwa chce złamać Ukrainę?
Wygląda, że to Kijów gra o wysoką stawkę destrukcji systemu rządów w Rosji. Powstaje problem, czy "gazująca" dotąd Rosja nie wpadła we własne
sidła?
Nervus belli pecunia
20 stycznia 2009
Nervus belli pecunia
Konsul rzymski Marcus Tullius Cicero, zapisany w dziejach Europy jako
wielki mówca i obrońca wolności republiki rzymskiej, użył powiedzenia
Nervus belli pecunia - pieniądz jest nerwem wojny. Wielki filozof
grecki Platon nazwał pieniądze żartobliwie nervus rerum - rzecz
najważniejsza. Zgadzał się ze starożytnymi mędrcami cesarz Napoleon,
skoro powiedział: "Żeby prowadzić wojnę, potrzeba trzech rzeczy:
pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy". A zdaje się, nie zgadzają się z tymi
sentencjami wykonawcy budżetu w MON.
Media ogłosiły 19 stycznia wiadomość, że w kasie MON na koniec roku 2008
zabrakło 1,8 mld zł. Przy czym wiceminister obrony Zenon
Kosiniak-Kamysz, odpowiedzialny za zakupy uzbrojenia, poinformował, że
ta blisko dwumiliardowa luka to wydatki na uzbrojenie i sprzęt wojskowy.
Minister obrony narodowej przyznał, że jego resort ma zobowiązania na
kwotę nieco ponad 1,8 mld zł. A zaprzeczył słowom Klicha współpracownik
Donalda Tuska z kancelarii premiera Sławomir Nowak. Pytany przez
dziennikarkę TVP3 o wspomniane braki finansowe odparł, że żadnych braków
nie ma. Rzecz bowiem dotyczy faktur, które nie były wymagalne w roku
ubiegłym. Nowak tłumaczył pani redaktor, że MON nie mógł płacić
wcześniej za coś, co miał uregulować w 2009 roku. Czyli żadnej dziury w budżecie nie ma, a MON po prostu zapłaci wtedy, gdy przyjdzie na to pora
i już. Przyznaję, że trochę mnie minister Nowak zdziwił. Czy to możliwe,
aby wysoki urzędnik państwowy, wspierający swym intelektem szefa rządu,
nie wiedział, jak wygląda wykonywanie budżetu przez resort obrony?
Budżet w każdym ministerstwie, ale w MON szczególnie, jest drobiazgowo
zapisany w układzie wykonania. Minister obrony narodowej, tak zwany
główny dysponent środków finansowych, ma do dyspozycji rozbudowany
aparat realizujący decyzję budżetową i są procedury oraz liczne
instytucje kontrolujące wykonanie budżetu. Są takie pojęcia jak
dyscyplina budżetowa i kary dyscyplinarne za jej naruszenie. Jest też
wymóg zachowania dyscypliny finansowej oznaczającej stałe badanie
rzeczywistej gospodarki finansowej MON w związku ze stanem założonym,
planowanym.
Jeśli więc kierownictwo MON stwierdza, że nie ma środków na pokrycie
istniejących zobowiązań, to oznacza, że minister Nowak nie ma racji.
Gdyby bowiem było tak, jak mówi, to wydatki należne w 2009 roku powinny
były najpierw znaleźć się w planie na ten rok. Wtedy jednak nie byłoby
ich w planie wydatków na rok 2008 i nie byłoby też żadnej dziury. Jeśli
minister Klich informuje, że MON nie dostało pieniędzy z Ministerstwa
Finansów, a on jakimiś manewrami spowoduje uregulowanie tych należności
w roku bieżącym, to oznacza, że faktury trzeba było zapłacić w 2008
roku, a tym samym minister Nowak mija się z prawdą.
Mnie zastanawia jednak coś innego. Nie tylko lekkość wypowiedzi ministra
Nowaka w sprawach budżetowych, ale też lekkość w traktowaniu budżetu
przez kierownictwo MON. Wiem, jak trudno jest sensownie i zgodnie z przepisami wydać przy końcu roku środki, które udało się jakoś
zaoszczędzić. Procedury są skomplikowane, czasu mało i trzeba
nadzwyczajnych wysiłków, by zdążyć przed zamknięciem roku budżetowego.
Wiem też, że jest niezwykle trudno przenieść niezrealizowane wydatki do
nowego roku budżetowego. W 1999 roku realizowaliśmy pewien zakup u zagranicznego dostawcy za sumę 30 mln zł. Przetarg zakończyliśmy na dwa
miesiące przed końcem roku. Niestety, Ministerstwo Gospodarki nie
potrafiło na czas zawrzeć umowy offsetowej. Zakup więc w 1999 roku nie
mógł dojść do skutku. Starałem się te 30 mln zł przenieść do rezerwy
celowej na przyszły rok. Nie udało się. Premier nie wyraził zgody i pieniądze MON stracił. A teraz minister bez trudu przenosi setki
milionów, jeśli nie miliardy?
W 2007 roku minister obrony narodowej ogłaszał, że poprzednik zawalił
wykonanie budżetu. W kasie MON "pozostało 1,7 mld zł". A na koniec roku,
osiem dni później (sic!), stwierdza: "Niezrealizowana kwota wydatków
wyniosła 120 mln zł - 0,57 procent planu". W ciągu tych dni wydał ponad
1,5 mld zł? A departament prasowo-informacyjny MON informował: "Do końca
ubiegłego roku MON wykorzystało ponad 99 procent pieniędzy z budżetu na
2007 rok".
Teraz mamy sytuację odwrotną - na koniec roku budżetowego brakuje prawie
dwa miliardy5. A minister oznajmia, że on to wszystko do lutego
ureguluje? W jaki sposób i z jakich środków? Ta rezerwa celowa w budżecie na obecny rok to jakiś wór bez dna?
W MON raz mają pieniędzy za dużo, a drugi raz za mało, ale zawsze na
czas wykonują budżet. Czy ktoś mógłby to wyjaśnić skoro rzecz dotyczy
nervus rerum?
Zetną głowę posłańca?
30 stycznia 2009
Zetną głowę posłańca?
Powstał straszliwy bałagan w finansach MON. Szczęśliwie dla ministra
Klicha wybuchła afera wokół wieszającego się czy raczej powieszonego w celi trzeciego mordercy Krzysztofa Olewnika. Szczęśliwie, bowiem premier
Tusk odwołał ze stanowiska ministra sprawiedliwości i w ten sposób zdaje
się na razie wyczerpał limit zwolnień w gronie tak zwanych
konstytucyjnych ministrów. W następstwie stanowisko w MON zapewne straci
minister "niekonstytucyjny", czyli odpowiedzialny za zakupy uzbrojenia
podsekretarz stanu Zenon Kosiniak-Kamysz. Wiceminister Kamysz był w MON
pierwszym, który przyznał się, że resortowi zabrakło pieniędzy. Wymienił
kwotę 1,8 mld zł. Okazało się, że brakuje 3,3 mld. I zgodnie z zasadą,
że ścina się głowy posłańców przynoszących złe wiadomości, zapewne
odwołają zastępcę Klicha.
Mam w ręku styczniowy numer magazynu "Nowa Technika Wojskowa".
Zamieszczono tam obszerne omówienie budżetu MON na 2009 rok i napisano
na samym początku: "Ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny końca 2008 roku
wpłynął tylko nieznacznie na budżet Ministerstwa Obrony Narodowej".
Rzeczywiście "nieznacznie". W końcu 2008 roku minister Klich prezentował
sejmowej komisji obrony projekt budżetu na rok następny. Jak zauważa
autor "NTW", w porównaniu do tamtego projektu kierownictwo MON obcięło
zaledwie 72 mln i spodziewa się otrzymać ponad 25 mld zł. Jednocześnie
minister optymista, chyba nieświadom pustek w kasie, beztrosko
podpisywał kontrakty, na przykład na zakup samolotów transportowych
Bryza (600 mln zł), na rakiety i wyposażenie dywizjonu nadmorskiego (400
mln zł). Najwyraźniej nie interesował się, czy jakieś pieniądze wpływają
z Ministerstwa Finansów na konto jego resortu. Tak jakby nikt w MON nie
odpowiadał za dyscyplinę finansową. A kiedy okazało się, że pieniędzy
nie ma, minister Klich zaczął zapewniać, że zaległości spłaci do końca
lutego bieżącego roku. I zachowywał się znowu tak, jakby nie rozumiał,
że brakujące 3 mld będzie musiał wydać z budżetu na rok 2009, czyli
planowane na rok bieżący wydatki muszą być o taką kwotę zmniejszone. A to stawia pod znakiem zapytania realność wykonania zakupów i badań
planowanych w 2009 roku no i... funduje beznadziejne położenie przemysłu
obronnego - tu może być po prostu katastrofa.
Zawsze twierdziłem, że siła obronna państwa opiera się na dwu filarach -
na siłach zbrojnych i na własnym, narodowym przemyśle obronnym. Sądząc
po tym, co robi MON, będziemy mieli osłabienie zdolności obronnych
wojska i ciężką zapaść, a może nawet kompletną ruinę polskiej
zbrojeniówki. Miedzy bajki też można włożyć program profesjonalizacji,
czyli tworzenia armii zawodowej. A pamiętajmy, że minister obrony już
zdążył zrezygnować z powszechnego poboru.
Nie uniknie się niestety cięć w wydatkach i w następstwie tak zwanych
oszczędności. Trzeba to jednak zrobić z sensem, nie osłabiając mocy
obronnej państwa i nie mordując polskiego przemysłu obronnego.
MON zamierzał wydać w 2009 roku 7,6 mld zł na pensje, ponad 5 mld na
emerytury, 7,2 mld na bieżące utrzymanie wojska (wydatki wegetacyjne) i ponad 5 mld na tak zwane inwestycje, czyli na uzbrojenie. Teraz wiadomo
że gdy trzeba będzie spłacić zaległości z 2008 roku, polegną inwestycje.
Wydaje się więc konieczne, aby szybko dokonać sprawdzenia wszystkich
wydatków, a nie tylko tych "uzbrojeniowych". Nieodzowny byłby zewnętrzny
audyt strategiczny MON i ustalenie, na ile planowane wydatki są
racjonalne ze względu na cel działania tej instytucji. Ponadto trzeba
wycofać się z niedowarzonego projektu armii zawodowej - można to zrobić,
nie tracąc twarzy, skoro zabrakło kasy. Warto też rozważyć, czy
zaangażowanie w misje zagraniczne ma pokrycie w finansowych
możliwościach MON.
Trzeba zastanowić się nad odpowiednią do polskich warunków strategią
obrony RP i stosownym, innym modelem armii. Zmiana modelu armii w postulowany nie tylko przeze mnie system taniej obrony powszechnej
(terytorialnej) z małymi, nowoczesnymi i zawodowymi wojskami
operacyjnymi byłaby możliwa przy zmniejszonym budżecie MON.
Stanisław Głowacki, przewodniczący sekcji krajowej przemysłu obronnego
NSZZ Solidarność, powiedział, że dla przetrwania zbrojeniówki w 2009
roku potrzebne są zamówienia na co najmniej 1,1 mld zł. Powinniśmy
przyjąć założenie, że mniejsze od planowanych środki na zakupy
uzbrojenia i sprzętu wojskowego skierujemy do polskich fabryk. Przy czym
program tworzenia wojsk obrony terytorialnej, tanich w wyposażeniu i utrzymaniu, oznacza konieczność produkcji broni strzeleckiej, amunicji,
materiałów wybuchowych, umundurowania i oporządzenia, czyli tego, co
mogą dostarczyć polskie zakłady. Zakupy zagraniczne należałoby
realizować na możliwie najniższym poziomie i tylko tam, gdzie musimy to
robić w ramach zawartych już umów. Należy dokonać przeglądu tych umów,
sprawdzić, jak są one realizowane, i podejmować stosowne kroki,
poszukując sposobów odciążenia wydatków.
Autor "NTW" omawiający projekt budżetu MON na 2009 rok stwierdza:
"Oczywiste jest, że dla każdej instytucji państwowej najważniejszy jest
budżet. Tak jest również w przypadku MON". Otóż budżet nie jest
najważniejszy. Jest on tylko narzędziem w ręku ministra obrony do
wykonania pracy na powierzonym mu odcinku OBRONY NARODOWEJ.
Konstytucja RP stwierdza: "Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości
i nienaruszalności swojego terytorium" (art. 5). Wskazuje: "Siły Zbrojne
Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic" (art. 26). Nakazuje: "Obowiązkiem
obywatela polskiego jest obrona Ojczyzny" (art. 85). Można odnieść
wrażenie, że kierownictwo MON nie do końca to zrozumiało.
Wiele wskazuje, że trzeba będzie zacisnąć pasa. Powinno się to jednak
robić z rozwagą, stawiając na pierwszym miejscu bezpieczeństwo narodowe
i zachowanie przemysłowego potencjału obronnego RP.
Wstęp
Zalesie Dolne 2018
Wstęp
Od dawna zajmuję się obronnością i wojskiem. Pamiętam, jak za
nieboszczki PRL w czasie jednej z rewizji mojego mieszkania
funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa skrupulatnie, z wielką uwagą
przeglądali książki, sądząc, że tam znajdą jakieś ukryte wiadomości.
Księgozbiór był spory, więc mieli co robić. I wówczas szef tej esbeckiej
ekipy zwrócił uwagę, że mam dużo książek na tematy wojskowe. Spojrzał na
mnie i z drwiącym uśmieszkiem powiedział, że do wojska takich jak ja nie
wpuszczają, więc ta wiedza, zgromadzona w mojej bibliotece, na pewno mi
się nie przyda. Wiedziałem, że w "Ludowym" WP nie ma dla mnie miejsca.
Kiedy odbywałem zasadniczą służbę wojskową, w szkole podoficerskiej
zgłosiłem się do dowódcy jednostki z zamiarem pójścia do szkoły
oficerskiej. Wówczas pułkownik, który mnie traktował z życzliwością,
odradził. Usłyszałem: "Romek, ty prędzej dostaniesz wyrok niż oficerskie
gwiazdki". I wyjaśnił, że uwagę politruków zwróciły moje poglądy na
temat wojny 1920 roku i jako niepewny politycznie nie mogłem być
awansowany na kaprala.
Po latach okazało się, że esbek nie miał racji, w końcu trafiłem do
wojska i to na ministerialne stanowisko, ale miał rację mój dowódca. W PRL za "obalanie" ustroju trafiłem bowiem na parę lat do więzienia, a gdy PRL się "obalił", po doktoracie w Akademii Obrony Narodowej zdałem
też egzamin oficerski i gwiazdki dostałem.
Po 1989 roku coraz bardziej wsiąkałem w sprawy wojskowe, odchodząc od
działalności politycznej. Dwa razy pracowałem w Ministerstwie Obrony
Narodowej, w 1992 roku krótko jako szef resortu, a w latach 1997-2001
zajmowałem się techniczną modernizacją armii na stanowisku sekretarza
stanu, pierwszego zastępcy ministra. Uzyskałem habilitację i odtąd na
stanowiskach profesorskich w kilku uczelniach wykładałem przedmioty
związane z obronnością i bezpieczeństwem narodowym.
Poznając dzieje Wojska Polskiego, analizując wojny i bitwy, w których
żołnierz polski uczestniczył, studiując prace teoretyków sztuki
wojennej, szukałem odpowiedzi na pytanie: co my, Polacy, powinniśmy
zrobić, aby Polska nie musiała doświadczać tego wszystkiego, co było jej
udziałem od XVIII wieku, gdy straciliśmy niepodległość, a wielką
Rzeczpospolitą agresywni sąsiedzi rozebrali, wymazując nasze państwo z politycznej mapy Europy.
Odzyskanie niepodległości w 1918 roku okazało się wydarzeniem
pozbawionym trwałości. W 1939 roku wybuchła wojna światowa, w której
ponownie straciliśmy niepodległość, zginęły miliony Polaków i w końcu
zdradzeni przez sojuszników zostaliśmy wydani na łup zbrodniarzowi
Stalinowi. Powstała kulawa satelicka państwowość "Polski Ludowej", w której Polacy znowu, tak jak w czasie zaborów, znaleźli się w niewoli.
Zryw wolnościowy Solidarności 1980 roku, któremu patronował i który
wspierał wielki Polak papież Jan Paweł II, skuteczna i stanowcza
polityka prezydenta Ronalda Reagana i w konsekwencji przegrana komunizmu
oraz rozpad ZSRR sprawiły, że Polska znowu odzyskała suwerenny byt.
Państwo polskie jako podmiot stanowiący o sobie znowu pojawiło się w gronie wolnych narodów. Wraz z tym powstało jednak pytanie, w jaki
sposób powinniśmy zadbać o nasze bezpieczeństwo, aby już nie trzeba było
więcej toczyć walk w obronie zagrożonej niepodległości.
Procesy, jakie zaczęły zachodzić na arenie światowej, unaoczniły, że
kwestia bezpieczeństwa Polski jest nadal nierozwiązana. Wprawdzie udało
się uzyskać członkostwo w NATO, co wielu Polaków uznało za wystarczającą
gwarancję niezagrożonego istnienia państwa polskiego, ale dla każdego
myślącego stawało się oczywiste, że zabezpieczenia sojusznicze w przyszłości mogą zaniknąć i może dojść do powtórki z września 1939 roku,
kiedy broniąca się Polska czekała na pomoc sojuszników i jej nie
otrzymała.
Kiedy uświadomiłem sobie, że tak jak w czasach II RP poszukujemy
gwarancji bezpieczeństwa, zabiegając o względy mocarstw, uznałem, że w dziedzinie obronności trzeba szukać rozwiązań, które zapewnią Polsce
bezpieczeństwo także wówczas, gdy te mocarstwa nie będą chciały Polsce
pomóc.
Tego, co należy zrobić, aby ten dylemat rozwiązać, dotyczy ta książka.
Złożyły się na nią moje wybrane teksty i wypowiedzi z ostatnich
dziesięciu lat, w większości publikowane na moim blogu, na portalach
społecznościowych, ale także w gazetach i miesięcznikach. Zaprezentowane
pod kolejnymi datami pokazują, jakie kwestie budziły moje
zainteresowanie i co w sprawach wojska, obronności uważałem za warte
podniesienia. Uznałem za celowe, aby zamieścić też wywiady ze mną, gdzie
przedstawiam poglądy i opinie, z którymi chciałem dotrzeć do
czytelników. Każda część książki, czasem kilkuzdaniowa, a innym razem
licząca kilka stron, może być potraktowana jak odrębna całość. Jednak
wszystkie one razem, nawet czytane w dowolnej kolejności, bez zachowania
chronologii, powinny pokazać, jaki jest proponowany przeze mnie sposób
na zbudowanie systemu obrony gwarantującego Polsce bezpieczeństwo.
Plany modernizacji i rozbudowy sił zbrojnych przyjęte w Rosji zakładają,
że w 2020 roku nasz sąsiad będzie dysponował armią, której będzie można
użyć do realizacji kremlowskiego zamiaru odbudowy mocarstwowej pozycji w świecie. Obserwując kierunki politycznej aktywności Rosji, nie można
mieć wątpliwości, że regionem, który będzie chciała sobie
podporządkować, jest Europa Środkowo-Wschodnia, tak zwana bliska
zagranica, Ukraina, a jeśli NATO osłabnie, także kraje nadbałtyckie i najprawdopodobniej Polska. Dlatego tak długo, jak NATO chroni nasz
region, trzeba pilnie budować właściwy system obrony narodowej Polski,
wiążąc go ściśle z tym, czym będą dysponować państwa Trójmorza, tak jak
my zagrożone przez rosyjski imperializm. Polska nie może ponownie
znaleźć się w takim położeniu jak II RP i inne państwa regionu w latach
II wojny światowej.
Zapewne jakiś złośliwiec powiedział, że myślenie ma kolosalną
PRZESZŁOŚĆ. Zdarza się przecież, gdy wspominając jakieś niemiłe
zdarzenie z przeszłości, nabieramy przekonania, że postępując inaczej,
mogliśmy go uniknąć. Zdolność przewidywania skutków tego, co robimy i czego nie robimy, jest rzeczą bardzo cenną, zwłaszcza gdy od tego zależy
los innych ludzi. Zdolność przewidywania jest konieczna szczególnie w przypadku osób sprawujących rządy w państwie.
Rozważając czas, jaki byłby potrzebny do zbudowania proponowanego
systemu obrony Polski, doszedłem do przekonania, że może to zająć
dziewięć lat. Uważam, że minione lata 2007-2017 można było poświecić na
wykonanie takiej pracy. Niestety, nie zrobiono tego. Dlatego ta książka
nosi tytuł Stracone dziesięciolecie. Co Polsce przyniosą nadchodzące
lata?
Mistrz Jan Kochanowski, poeta króla Stefana Batorego, napisał:
"Cieszy mię ten rym: "Polak mądry po szkodzie";
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi"..
Józef Brandt, "Bogurodzica", 1909 r., olej na płótnie, 302 × 160 cm,
Muzeum Narodowe we Wrocławiu
Nieistniejące LWP
25 lutego 2009
Nieistniejące LWP
Zabieram czasem głos na popularnym forum wojskowym. Wspomniałem
ostatnio, że jako zdeklarowany przeciwnik komunistów nie mogłem zostać
oficerem w LWP. Jeden z dyskutantów stwierdził, że obrażam służących
wtedy żołnierzy zawodowych. "Z tego wniosek, że wszyscy, którzy zostali
podówczas oficerami, to komuchy, no bo nie mogli być antykomunistami, bo
nie dostaliby gwiazdek". I na koniec mój oponent wypalił: "Co to jest
LWP? Bo o ile wiem, to czegoś takiego raczej nie było".
Marszałek Piłsudski podkreślał, że podstawowym warunkiem zwycięstwa jest
morale armii. Może być wojsko dobrze uzbrojone, ale jeśli nie ma w nim
siły moralnej, brak etosu służby i ducha armii (esprit de corps), to w godzinie próby przegra. Te wartości wojsko czerpie z narodowej tradycji,
z dokonań poprzedników. Nie jest obojętne, co trafia do głów żołnierzy i ich dowódców, jakie wartości kształtują umysły ludzi w siłach zbrojnych.
W Polsce mamy z tym problem, bowiem obecne Wojsko Polskie powstało na
bazie wojska kierowanego w latach PRL przez partię komunistyczną.
Przykład z czasów "Polski Ludowej". Dwaj oficerowie II RP.
Stefan Mossor - walczył w wojnie z bolszewikami 1920 roku i w kampanii
1939. Odznaczenia: Krzyż Niepodległości i trzy razy Krzyż Walecznych.
Wybitny teoretyk sztuki wojennej, wykładowca Wyższej Szkoły Wojennej
(dzisiejszy AON), współpracownik gen. Kutrzeby. Po wyjściu z oflagu (był
w niewoli) wstąpił do wojska "ludowego". Mianowany przez Bieruta
generałem w Sztabie Głównym WP zajmował się między innymi zwalczaniem
polskiego podziemia niepodległościowego.
Zygmunt Szendzielarz - dzielnie walczył w kampanii wrześniowej 1939
roku, uciekł z niewoli niemieckiej, następnie był w wileńskiej AK.
Bohaterski dowódca brygady partyzanckiej, po operacji Ostra Brama
wyprowadził swoją jednostkę z okrążenia NKWD i przedostał się na
Białostocczyznę. Do 1947 roku walczył z siłami NKWD, UB i WP.
Aresztowany w 1948 roku został zamordowany w więzieniu przez UB. Miejsce
pochówku nieznane. Odznaczony krzyżem orderu wojennego Virtuti Militari
i Krzyżem Walecznych. Publicyści i historycy PRL fałszowali jego
wizerunek. Był opisywany jako "krwawy herszt wileńskich bandytów" i imperialistyczny szpieg anglosaski, przedstawiany w taki sposób, żeby
wzbudzić jak największą odrazę.
Obaj byli polskimi oficerami. Obaj wydawali rozkazy polskim żołnierzom.
Pytanie: który z nich powinien być wzorcem osobowym dla współczesnych
polskich żołnierzy - ścigający Szendzielarza generał Mossor czy major
Szendzielarz walczący z podkomendnymi Mossora?
Polska "Ludowa" była podmiotem na arenie światowej i w tym sensie także
państwem polskim. A jednocześnie była satelitą sowieckim z ustrojem
narzuconym siłą i stosującym na masową skalę przemoc wobec obywateli. W miarę upływu lat i po rozbiciu podziemia reżim komunistyczny zaczął
łagodnieć. Zdrada Polski w Jałcie przez Zachód powodowała, że zanikła
szansa odzyskania niepodległości, z drugiej strony represje likwidowały
fizycznie każdy rodzący się opór (Poznań 1956 i Wybrzeże 1970). Miliony
Polaków musiały więc żyć w PRL. Ludzie podejmowali pracę, w tym także
zawodową służbę w wojsku. Chcąc zagwarantować egzystencję rodzinie,
każdy we własnym sumieniu decydował, jak daleko może okazywać akceptację
dla rządów PZPR. Odmowa wstąpienia do partii oznaczała zwykle gorszą
pracę i brak życiowych perspektyw. Z oportunistycznych względów
wstępowano więc do PZPR. Byli też tacy, którzy uznawali PRL za swoje
państwo i sądzili, że służą Polsce. Tak było do dni, aż naród polski
odzyskał możliwość wyrażenia swojej woli. Polska "Ludowa" zawaliła się.
Istniała tak długo, jak długo istniał jej protektor - ZSRR.
W wojsku stosowano maskowany przymus przynależności do PZPR (w 1980 roku
do partii należało 80 procent oficerów, 53 procent chorążych i 38,5
procent podoficerów. Wszyscy wyżsi dowódcy byli członkami PZPR). Nad
posłuszeństwem armii czuwał rozbudowany aparat polityczny (w 1989 roku -
7800 osób, w tym 5700 oficerów). Przy czym Główny Zarząd Polityczny
funkcjonował na prawach wydziału KC PZPR. We wszystkich jednostkach
działały komitety partyjne, a tak zwanych Podstawowych Organizacji
Partyjnych PZPR było 5 tys.
Generał Florian Siwicki, szef Sztabu Generalnego WP, mówił w Moskwie
(1-4 grudnia 1981) na naradzie Układu Warszawskiego: "Ludowe Wojsko
Polskie, pomimo tego iż do jego szeregów przychodzą poborowi, którzy
znajdowali się pod negatywnym wpływem Solidarności, zachowało swój
charakter ideowy i polityczny, pomyślnie odpiera ataki wroga klasowego i odgrywa istotną rolę stabilizującą w życiu naszego kraju". Jak widać z tej wypowiedzi, Siwicki nie miał wątpliwości, że LWP istnieje. Można mu
wierzyć, że wiedział, czym dowodzi.
W kadrze zawodowej LWP byli oczywiście nie tylko "siwiccy". Była
większość wojskowych ukrywająca swoje prawdziwe poglądy i usiłująca
profesjonalnie pełnić służbę. Byli oportuniści, którzy dla kariery
udawali komunistów, często pełniąc funkcje oficerów politycznych. I była
grupa komunistów w mundurach, gotowa bronić socjalizmu. I to oni,
zaufani sowieckich marszałków, wspierani przez oportunistów, rozkazywali
wojsku. Chociaż wszyscy nosili te same mundury, to jednak byli to różni
ludzie. Dużo ich dzieliło.
W wojsku są odznaczenia za odwagę i są wyroki sądów wojskowych za czyny
niegodne. Tak jednak jak odwaga i ofiarność w cywilu bywa chlubnym
wyjątkiem, tak samo czyn bohaterski żołnierza jest zdarzeniem
nadzwyczajnym. A to oznacza, że żołnierz nie może być albo bohaterem,
albo tchórzem. Wśród żołnierzy zawodowych LWP byli bohaterowie, którzy
także za cenę życia przeciwstawili się reżimowi. Ale byli też wojskowi
służący z oddaniem Sowietom. Była ponadto większość żołnierzy pragnących
służyć wolnej Polsce. Zdawali sobie z tego sprawę Sowieci, którzy na
wypadek wojny z Zachodem chcieli wysłać polskie dywizje w bój
pojedynczo, pod kontrolą. Postulowany przez dowództwo LWP tak zwany
Front Polski istniał tylko na mapach sztabowych LWP. Na szczęście
zamiary sztabowców Układu Warszawskiego pozostały na papierze. Natomiast
pragnienie wielu żołnierzy LWP służenia wolnej Polsce ziściło się.
Trudno jednak przyjąć, że Wojsko Polskie powinno czcić zarówno majora
Szendzielarza, jak i jego prześladowców.
Na co nam NATO?
16 marca 2009
Na co nam NATO?
W pierwszej połowie 1985 roku pisałem (jako Witold Skidel) program dla
konspiracyjnej Polskiej Partii Niepodległościowej. Jednym z postulatów
tego programu było członkostwo Polski w NATO, wtedy należącej do bloku
sowieckiego. Jacek Kuroń po zapoznaniu się z moim tekstem uznał, że to
wariacki pomysł. W 1997 roku jako sekretarz stanu w MON odpowiadałem za
wykonanie kilku programów wprowadzających polskie wojsko do sojuszu. A po marcu 1999 roku, gdy Polska uzyskała członkostwo, "wariacki" postulat
PPN stał się faktem.
Sojusz północnoatlantycki stworzył strefę bezpieczeństwa na Zachodzie.
Chcieliśmy znaleźć się w tej strefie. I w końcu spełniło się to
pragnienie. Minęło dziesięć lat. Nie ma Związku Sowieckiego, a narody
Europy Środkowej i Wschodniej są dziś wolne. Świat się zmienił i zmieniło się NATO. Musimy na nowo określić, czym sojusz powinien być i jaką rolę powinien odgrywać.
NATO ma za sobą wygraną zimną wojnę. Blok sowiecki tę wojnę przegrał.
Atak terrorystyczny na USA sprawił, że takie zagrożenia uznano w NATO za
główne wyzwanie XXI wieku. I w takiej perspektywie rozważano zadania
sojuszu, wprowadzano zmiany w koncepcji działania i organizacji wojsk
państw członkowskich. Z tych przesłanek wziął się też obecny polski
zamiar tworzenia sił zbrojnych jako zawodowego komponentu do "wymuszania
pokoju" w rejonach odległych od naszych granic. Dziś słyszymy, że
kryterium wiarygodności NATO ma być zwycięstwo nad talibami w Afganistanie.
Wydaje się mimo to, że walka z terroryzmem, chociaż ważna, nie może być
jedynym zadaniem NATO.
Upadek ZSRR (według Władimira Putina największa geopolityczna katastrofa
XX wieku) spowodował destrukcję tak zwanego porządku jałtańskiego, a wraz z tym uwolnienie się wielu narodów z komunistycznej niewoli.
Ukształtował się nowy porządek międzynarodowy określany jako
jednobiegunowy z czołową pozycją USA w świecie. Polacy i inne narody są
beneficjentami tej nowej sytuacji. To korzystne dla nas położenie może
zmienić się na gorsze. Istniały przecież takie urządzenia Europy, gdy
komunizmu nie było, a mimo to Polacy byli w niewoli. Nie powinniśmy
zapominać, że Polacy przez 123 lata byli poddanymi "trzech czarnych
orłów": pruskiego, austriackiego i rosyjskiego. I musimy pamiętać, czym
zakończyła się podjęta przez Hitlera i Stalina zmiana porządku
wersalskiego, gwarantującego istnienie II RP.
Słabością I Rzeczypospolitej w XVIII wieku był brak odpowiedniej siły do
obrony państwa przed zakusami potężnych, agresywnych sąsiadów. Słabością
ustanowionego w 1918 roku porządku wersalskiego był brak sił zdolnych
powstrzymać jego przeciwników. Takich błędów nie wolno powtarzać, skoro
i dziś nietrudno dostrzec, czemu mogą posłużyć rosnące nakłady na
zbrojenia państw chcących decydować o losach świata.
Polska powinna suwerennie określić zagrożenia i podjąć starania wewnątrz
sojuszu w celu ukształtowania koncepcji działań na wypadek ujawnienia
się niekorzystnych dla nas zdarzeń. Należy wyciągnąć wnioski z takich
lekcji, jak chociażby ta, której Europie udzieliła Rosja w Gruzji. Dla
zapewnienia Polsce i całej Europie bezpiecznej przyszłości trzeba
przekształcić NATO w siłę gwarantującą takie bezpieczeństwo. Tak
powinniśmy definiować misję NATO w XXI wieku.
Babiny w NATO
6 kwietnia 2009
Babiny w NATO
Fiasko starań o stanowisko sekretarza generalnego NATO dla Polaka nie
było dla mnie zaskoczeniem - dość dawno temu pisałem, że minister
Sikorski nie ma szans. Co innego mnie zaskoczyło; rząd twierdzi, że
porażka to sprawka prezydenta, a prezydent i jego ministrowie wskazują
na rząd. Media huczą. Wkrótce wszyscy mamy się dowiedzieć nie tylko co
minister Sikorski przekazywał prezydentowi jako "instrukcje" rządowe,
ale też jaka miała być taktyka, czyli za jaką cenę rząd chciał "sprzedać
skórę" Sikorskiego, którą prezydent miał oddać za darmo.
Sadzę, że minister Sikorski dobrze wie, jak wygląda proces podejmowania
decyzji w NATO. W sojuszu obowiązuje konsensus, czyli w teorii głos USA
jest tyle samo wart co głos na przykład Słowacji czy Litwy. Brak zgody
mniejszego państwa oznacza, że większe tego zrobić nie może. Tak jest w teorii. A jak wygląda praktyka? Zanim przystąpi się do podejmowania
decyzji, trwają poufne rozmowy i wielcy poszukują rozwiązań, aby
opornych mniejszych przekonać do swoich racji. Zwykle oferują im coś, na
czym tym opornym zależy. W efekcie w dniu ogłoszenia decyzji konsensus
jest osiągnięty. Mistrzami w takiej grze są Turcy, którzy na przykład w czasie wojny w Zatoce Perskiej za zgodę na lądowanie samolotów na swoim
terytorium dostali od USA parę miliardów dolarów. Tak, tak, łza się w oku kręci!
Co zrobili polscy politycy? Rząd polski powinien był przecież poufnie
sprawdzić, czy kandydatura Sikorskiego ma szanse. Zachowywał się zaś
tak, jakby tego nie ustalono - do końca słyszeliśmy, że gra się toczy, i że nic nie jest przesądzone.
A teraz kwestia tego ugrania czegoś, jeśli rzeczywiście był taki zamiar.
Otóż trzeba było wcześniej z czymś do tej gry wejść! Czyli skoro nie
było szans po cichu, to rząd RP powinien był otwarcie ogłosić, że naszym
kandydatem na szefa NATO jest Sikorski. A on sam musiałby po męsku
powiedzieć: tak, chcę tego i nie udawać nieśmiałego dziewczątka, co to
chciałaby, a boi się. Prezydent Kaczyński powinien stanowczo poprzeć
stanowisko rządu, podając powody, dla których Polak ma być na czele NATO
- są mocne argumenty. A przed szczytem strona polska powinna była
oświadczyć, że będzie stanowcza. Z taką pozycją weszlibyśmy do gry i w zamian dostalibyśmy... chociażby stanowisko zastępcy sekretarza, którym
teraz zapewne będzie Turek.
Nic takiego nie zrobiono, a teraz walczące strony wytykają jedna drugiej
różne rzeczy (prezydent nie mógł dodzwonić się do premiera?) i się
obwiniają. Przypomina to sytuację, jaka mogłaby powstać, gdyby dwie
babiny wyzwały się od brudasów, a następnie zaczęły pokazywać
przechodniom brudną bieliznę, chcąc dowieść, że ta druga jest większym
flejtuchem.
A swoją drogą - po co minister Sikorski chciał szefować NATO? Jaką miał
koncepcję zmian czy usprawnień sojuszu? Oczywiście poza ofertą
członkostwa w NATO dla "przyjaciół Moskali".
W misteriach Eurazji
Maj 2009
W misteriach Eurazji
Marek Andrzejewski: Współczesny wybitny rosyjski filozof i geopolityk
Aleksander Dugin, twórca partii Eurazja, autor takich książek jak
Teoria hiperborejska czy Misteria Eurazji, w swojej doktrynie
eurazjatyzmu twierdzi, że zderzenie tak zwanego atlantyzmu, czyli
cywilizacji Zachodu, z rosyjskim eurazjatyzmem jest nieuchronne.
Wychodząc z przesłanek tej teorii, czy konflikt na linii Unia Europejska
- Rosja to nieodwołalna przyszłość?
Romuald Szeremietiew: Dugin uzasadnia pewną ideę, która pojawiła się z bardzo wielką siłą w Rosji po odejściu Jelcyna. Jest to stara i odwieczna idea budowy imperium rosyjskiego. Elity rosyjskie nie potrafią
sobie wyobrazić inaczej egzystencji Rosji jak tylko w formie
imperialnej. Dugin stanowi użyteczne uzasadnienie dla tego typu
tendencji, stąd zresztą jego bardzo wysoka pozycja w strukturach władzy.
Zaczynał w swoistej "politycznej piwnicy", gdzieś na moskiewskich
przedmieściach...
Rosyjska Partia Narodowo-Bolszewicka...
- Tak właśnie. Od obdrapanej piwnicy jako siedziby do luksusowych
pomieszczeń i salonów w centrum Moskwy. Od tego momentu zapraszany na
same szczyty władzy, współpracujący z Ministerstwem Obrony, człowiek
bardzo poważnie traktowany przez obecną władzę. Świadczy to, że jego
teorie i koncepcje są przydatne, i z tego powodu są również bardzo
niepokojące i niebezpieczne. Pytanie, czy chodzi o konflikt Eurazja,
czyli Rosja imperialna - Europa, czy też inaczej, Federacja Rosyjska -
Zachód albo w jeszcze innej konfiguracji: imperium euroazjatyckie
Świętej Rusi - część cywilizacji Okcydentu. W tym wypadku powstaje
istotna kwestia, które państwa zachodnie będą współpracowały z nowym
imperializmem rosyjskim, a które będą mu przeciwne. Jak wiadomo,
niedawno pojawiła się tendencja określana jako Libertas. Bodajże Jacek
Żakowski w jednym ze swoich komentarzy powiedział, że Wałęsa, jeżdżąc na
spotkania tego nowego paneuropejskiego ruchu politycznego, de facto
wyraża poparcie dla agenta Kremla, bowiem w interesie Rosji leży, żeby
Europa była słaba, nie zjednoczona, czyli bez traktatu lizbońskiego.
Mnie się wydaje, że to nie jest właściwy wniosek, dlatego że Europa
według modelu, który przewiduje traktat z Lizbony, to Europa, w której
bardzo silną pozycję mają Niemcy, w wyraźny sposób współpracujące z Francuzami. Niemcy, które zawsze miały silne inklinacje w kierunku Rosji
imperialnej.
Współpraca rosyjsko-niemiecka jest bardzo mocno zakorzeniona
historycznie. Nawet dziś odczuwamy ją intensywnie, nie potrzeba uważnej
obserwacji.
- Jakoś tak się działo zawsze w historii, że Rosjanie i Niemcy czuli do
siebie pewnego rodzaju "miętę". Profesor Koneczny, którego warto czytać
zwłaszcza dzisiaj, mówi o tym, że istnieje konflikt cywilizacyjny między
Polską z cywilizacją łacińską a Rosją i Niemcami. Wskazuje na Rosję jako
na cywilizację turańsko-bizantyńską i na Niemcy jako enklawę cywilizacji
bizantyńskiej w Europie. Obie są sobie bliskie i obie wrogie Polsce.
Prof. Feliks Koneczny wskazywał zwłaszcza na Prusy.
- Państwo pruskie zdominowało Niemcy od czasów Bismarcka, który był
zwolennikiem tak zwanych Małych Niemiec, Klein Deutschland, i dlatego
wypchnął katolicką Austrię poza teren Niemiec, żeby protestanckie
bizantyńskie Prusy były hegemonem i to one budowały Rzeszę Niemiecką. Po
II wojnie światowej NRD nazywano czerwonymi Prusami i tak się złożyło,
że są one znowu w składzie Niemiec, a stolica z Bonn przejechała do
Berlina. To oznacza, że prusactwo ma pewien wpływ na obecną
rzeczywistość niemiecką, co zdaje się zaczynamy powoli dostrzegać.
Bizantyńskie Niemcy prusackie i owa duginowska, rozbudzona imperialnie
Rosja to towarzystwo dla nas niebezpieczne, ponieważ my jako cywilizacja
łacińska, zachodnia, kierujemy się między innymi zasadą, że polityka
powinna być moralna i etyczna, a cel nie uświęca środków. Rosjanie i Prusacy uważają, że moralność nie ma nic wspólnego z polityką. Więc jest
tu poważny problem, ma pan rację.
W wywiadzie z 1998 roku dla pisma "Fronda" Dugin powiedział: "Rosja w swoim geopolitycznym oraz sakralno-geograficznym rozwoju nie jest
zainteresowana istnieniem niepodległego państwa polskiego w żadnej
formie". Czy w geopolityce rosyjskiej istniało kiedykolwiek miejsce na
niepodległą Rzeczpospolitą?
- Nigdy. W geopolityce i koncepcjach Rosji imperialnej nie ma miejsca
dla niepodległej Polski. Jest wielkim dramatem, że między słowiańską
przecież Polską i Rosją, przyznającą się do słowiaństwa, nie istniała i nie istnieje żadna tradycja współpracy i współdziałania. W naszych
relacjach zawsze przeważał konflikt cywilizacyjny, polsko-rosyjskie
zderzenie cywilizacji, można by powiedzieć. I rzeczywiście, jeżeli
spojrzymy na wschód od Polski, to między katolicką Rzecząpospolitą a prawosławną Rosją istnieje pewna przestrzeń geopolityczna...
Strefa buforowa między naszymi krajami? Będąca swego rodzaju zaporą
przed zderzeniem cywilizacyjnym?
- Coś innego. Jest to historyczna strefa kulturowej i cywilizacyjnej
rywalizacji. Wielkie Księstwo Litewskie byłoby tworem krótkotrwałym;
gdyby nie jego związek z Polską - nie zachowałoby swojej państwowości.
Ruś Kijowska również okazała się czymś przejściowym i w jednej części
znalazła się w Rzeczypospolitej, w drugiej się zrusyfikowała. Na tych
terenach ścierały się dwie idee państwowe: polska i rosyjska. Są to
wyraźnie odmienne modele rządzenia. Kozacy, którzy przynależeli do
Rzeczypospolitej, uważali, że z carem będą układać się i negocjować tak
samo jak z królem Polski. Caryca Katarzyna II szybko rozproszyła ich
złudzenia, każąc spalić i wymordować kozacką Sicz. W ten sposób
skończyła się wolna i swobodna kozaczyzna. Jeśli potęga imperialna Rosji
będzie się dziś odbudowywać, ta rywalizacja z Rzecząpospolitą znowu
nastąpi. Przypominam, że święto państwowe współczesnej Rosji to dzień, w którym "wypędzono" Polaków z Kremla. Dla nas może się to wydawać
paradoksalnie odległe zdarzenie. Oczywiście Rosjanie mogą powiedzieć
tak: wy macie 1920 rok, 15 sierpnia. Tylko że to stosunkowo świeża
historia, bo to XX wiek, i wtedy my rzeczywiście walczyliśmy o nasze być
albo nie być. Natomiast jeżeli chodzi o naszą obecność na Kremlu, to
przecież Moskale chcieli, żeby królewicz Władysław został carem Rosji, a wkraczające do Moskwy wojska polskie hetmana Żółkiewskiego witali
chlebem i solą. To wszystko się połamało tylko dlatego, że Władysław nie
zgodził się na konwersję na prawosławie. Polskość cofnęła się na zachód.
Okazuje się, że dla Rosjan jest to żywa sprawa, kręcą filmy na ten
temat. Niedawno Taras Bulba Mikołaja Gogola został zekranizowany w wersji bardzo antypolskiej. My jesteśmy ciągle dla Rosji wyzwaniem, a im
bardziej jesteśmy grzeczni i potulni, to oni uważają, że tym bardziej
podstępni, że coś knujemy.
Eurazjatyzm zakłada powrót Rosji do pozycji mocarstwa poprzez republiki
postradzieckie, jak na przykład Kazachstan, Turkmenistan, Tadżykistan,
Uzbekistan. Ten proces już się rozpoczął, na początku 2009 roku powstały
Zbiorowe Siły Szybkiego Reagowania (KSOR) skupiające jednostki wojskowe
rosyjskich sojuszników z Azji Środkowej. Ma to być odpowiedź na siły
szybkiego reagowania Paktu Północnoatlantyckiego. Czy Putinowi uda się
zrekonstruować imperium w oparciu o kraje Wspólnoty Niepodległych
Państw?
- Szanse oczywiście ma, ale moim zdaniem to mu się nie uda. Z kilku
powodów. Wspominał pan o tych republikach, rzeczywiście trzeba pamiętać,
że zanim Wielkie Księstwo Moskiewskie ruszyło na zachód, najpierw
opanowało tereny wschodnie, zwłaszcza Syberię. Żeby możliwe było
rozpoczęcie ofensywy w kierunku zachodnim, Federacja Rosyjska musi mieć
południe i wschód zabezpieczone. Tutaj pojawia się istotny problem,
który wcześniej nie występował. Na południu i na południowym wschodzie
są bardzo poważne ośrodki siły imperialnej - Chiny i Indie. Nie ulega
wątpliwości, że będzie to wpływało na sytuację i pozycję geopolityczną
Rosji.
Wart wspomnienia jest także fakt chińskiego osadnictwa na Syberii.
- Liczba Chińczyków i Rosjan na Syberii - według różnych źródeł -
podobno się zrównała, proporcja stosunków demograficznych wynosi
dwadzieścia pięć milionów ludności w przypadku obu narodowości. Nie są
to pewne dane, ale istnieją już duże miasta na Syberii, w których język
chiński jest równoprawny z językiem rosyjskim. Jest to oczywiście dla
Rosjan spory problem, zwłaszcza że mają straszliwy kłopot z przyrostem
naturalnym. To społeczeństwo starzejące się, podobnie jak my, ale u nas
nie odbywa się to w tak szybkim tempie jak u nich. Przyrost naturalny w Rosji następuje głównie wśród społeczności rosyjskich muzułmanów. Według
różnych danych, około czterdziestu procent poborowych rosyjskich to
muzułmanie. Przewiduje się, że za dziesięć, piętnaście lat ponad
pięćdziesiąt procent żołnierzy rosyjskich będą stanowić islamiści. Jaki
to może mieć wpływ na realizację imperialnych zamierzeń Rosji, nie muszę
mówić.
Jaką pozycję względem Federacji Rosyjskiej powinien zająć Zachód, a zwłaszcza Polska?
- W naszym interesie leży, aby porządek międzynarodowy, w którym obecnie
funkcjonujemy jako państwo, był zachowany. Zmiana ładu wersalskiego w 1939 roku skończyła się dla Polaków utratą niepodległości. Trzeba było
obalenia porządku jałtańskiego, aby Polska odzyskała suwerenność.
Istnieje obawa, że jeżeli obecny porządek zostanie zmieniony, możemy
znowu niepodległość stracić. Nasza polityka musi polegać na tym, żeby
wspierać tych, którzy chcą obecny ład międzynarodowy utrzymać. Pewnie
niektórych zmartwię, ale w utrzymaniu obecnego porządku światowego
najbardziej zainteresowane są Stany Zjednoczone.
Jak by pan zdefiniował obecny system polityczny Rosji i wskazał jego
potencjalny kierunek ewolucji?
- To jest coś, co zawsze było w Rosji - autorytarna władza. Totalitaryzm
sowiecki był tu pewnym ekstremum w tradycji rosyjskiej, ale nie było to
czymś dla Rosjan niezrozumiałym. Polski historyk Jan Kucharzewski
twierdził, że bolszewizm jest rodzimym, naturalnym dla Rosji zdarzeniem.
Można zrozumieć Sołżenicyna, który mówił, że to nie Rosjanie (innorodcy)
zainstalowali ten system, ale rzecz charakterystyczna, że totalitaryzmy
były silnie umocowane jako narodowe reżimy w krajach, które tak jak
Rosja nie miały wiele wspólnego z cywilizacją łacińską. Próba
totalitarna we Włoszech skończyła się faszyzmem, który był marnym
totalitaryzmem, niemal operetkowym. Ustrój totalitarny istniał więc w stanie czystym w Niemczech Hitlera i w Rosji. System rosyjski, poza tym
totalitarnym ekstremizmem, zawsze przybierał formę autorytarną, dawniej
samodzierżawie. Dziś jest to putinizm. Gorbaczow nie cieszy się
popularnością w Rosji, bo uważa się, że doprowadził do upadku imperium
sowieckiego. Jelcyn też jest postrzegany jako słaby władca, choć z polskiego punktu widzenia był chyba najsympatyczniejszym władcą
rosyjskim. Pamiętam prezydenta Jelcyna na warszawskim cmentarzu
Powązkowskim, w Dolince Katyńskiej, gdzie uronił łzę przed Krzyżem
Katyńskim.
Niewielu pamięta, że prezydent Jelcyn był skory w ramach
zadośćuczynienia za lata komunistycznego zniewolenia i mord katyński
oddać Polsce obwód kaliningradzki. Nasi politycy nie wykorzystali tej
szansy.
- Istniały nawet dalej idące projekty, było to w okresie rządów
Gorbaczowa, kiedy stwierdzono, że jeżeli pakt Ribbentrop-Mołotow jest
nieważny, to oznacza, iż konieczny jest powrót do granicy polskiej z 1939 roku. Był taki moment, że Vytautas Landsbergis (prezydent Republiki
Litewskiej w latach 1990-1992 - przyp. red.) mówił, no trudno, będzie
Litwa bez Wilna, musimy zostać w Kownie. Wszystko to było rozważane
bardzo poważnie, ale Polska nie podjęła żadnej akcji w tym kierunku,
żeby to przejąć, może w obawie przed konfliktami z Litwinami i Ukraińcami. W Wilnie zaciera się ślady polskości, we Lwowie wiszą
tablice i stoją pomniki sławiące Banderę, UPA, a nie Orlęta Lwowskie. W kwestii Kaliningradu, czyli Królewca, ma pan słuszność. Pomysł ten
istniał w początkowym okresie rządów Jelcyna, chciano nawet dokonać
repatriacji Polaków z Kazachstanu i tam ich osiedlić. Nie skorzystaliśmy
także z tej okazji, bo ówczesne władze polskie były albo strachliwe,
albo uważały to za zbyt wielki kłopot.
Czy Miedwiediew to marionetka polityczna w rękach Putina? Były
prezydent, obecny premier Rosji steruje nim z przysłowiowego tylnego
siedzenia, czy jednak zachowuje on autonomię w zakresie swojej władzy?
- Powiem tak: kiedy się sprawdza, czy ktoś jest czyjąś marionetką? Jeśli
się przetnie łączące obu sznurki. Jeżeli dana postać przestaje się
wówczas "ruszać", to znaczy, że to była marionetka, jeśli mimo to rusza
się dalej, na pewno nie jest marionetką. Nie mamy jeszcze sytuacji, w której moglibyśmy stwierdzić, że związek Putin-Miedwiediew został
przecięty, więc jeszcze tego nie wiemy.
Polskie elity nie wytworzyły po 1989 roku żadnej oryginalnej koncepcji
geopolitycznej na miarę tej na przykład Władysława Gizberta-Studnickiego
w dwudziestoleciu międzywojennym. Czy podziela pan pogląd, że polska
myśl geopolityczna od momentu uzyskania niepodległości po upadku systemu
socjalistycznego do dziś nie istnieje w żadnej skonkretyzowanej,
wyrazistej formie?
- Jeśli mówimy o konkretnej osobie, to trzeba odwołać się do tego, co
chociażby pisał Leszek Moczulski - była to koncepcja geopolityczna
Międzymorza. Są też dostępne różne analizy i opracowania geopolityczne.
To nie jest tak, że jest całkiem pusto, natomiast na pewno nie ma w Polsce geopolityków, którzy by mieli taką pozycję w polskich elitach
władzy jak wspomniany Aleksander Dugin w Rosji. Polscy politycy
najwyraźniej nie dostrzegają potrzeby analiz geopolitycznych i myślenia
strategicznego, przykładem jest tu rola, jaką odgrywa Akademia Obrony
Narodowej. Nie jest to ośrodek państwowej myśli strategicznej, tylko
miejsce, gdzie ludzie piszą różnego rodzaju skrypty i uczą studentów.
"Presik"
Armia z dwoma plusami, oczywiście dodatnimi
22 maja 2009
Armia z dwoma plusami, oczywiście dodatnimi
W znanej mi ze złej strony "Rzeczpospolitej"6
ukazał się bardzo krytyczny tekst na tematy wojskowe podpisany
nazwiskiem pewnego historyka i polityka. Nie byłoby w tym niczego
nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że podającym się za autora jest druga
osoba w państwie, to jest marszałek sejmu Komorowski. A sprowadzanym w tekście do parteru minister obrony Klich. Stała się więc rzecz
niebywała, jeden z najważniejszych polityków PO zmieszał z błotem
jednego z najważniejszych ministrów rządu PO.
Czym Klich Komorowskiemu podpadł? Minister Klich twierdzi, że mimo ruiny
budżetu MON przeprowadzi plan profesjonalizacji armii, to jest wojska
zawodowego. Oświadcza, że poboru w Polsce nie będzie. A Komorowski na
to: "Nie ma dziś większego sensu podejmowanie prób ratowania "modelu"
kosztem poświęceń, opóźnień czy redukcji zaplanowanych zmian".
Minister obrony narodowej zamierza przenosić dowództwa rodzajów sił
zbrojnych w odległe miejsca Polski i stworzyć nowe stanowisko szefa
obrony. A marszałek poucza ministra: "Należy zaniechać zakładanej
kosztownej idei przenoszenia dowództw centralnych z Warszawy i rozrzucania ich po innych dużych miastach". I wskazuje Klichowi:
"Konieczna jest także rezygnacja z niefortunnego zamiaru powołania
jeszcze jednego centralnego organu dowodzenia w postaci szefa obrony,
który miałby być w istocie głównodowodzącym siłami zbrojnymi czasu
pokoju". Wytyka szefowi MON: "W kontekście naszego członkostwa w NATO to
nie tylko pomysł archaiczny, ale rodzący dodatkowe i zbyteczne koszty".
I dobija go: "Nie mówiąc już o tym, że stoi on w sprzeczności z zasadą
cywilnej kontroli nad siłami zbrojnymi". Minister Klich nie tylko jest
archaiczny, ale i godzi w demokrację. Toż cywilna kontrola nad wojskiem
to w demokracji świętość.
MON nie tak dawno szczycił się opracowaniem strategii na rzecz operacji
zagranicznych. A Komorowski: "Przyjęta niedawno przez rząd strategia
udziału sił zbrojnych w operacjach międzynarodowych nie wytrzymała
próby, na jaką wystawił ją światowy kryzys". Minister Klich kilka razy
podkreślał, że zrezygnuje z misji "bez znaczenia", na Bliskim Wschodzie,
a będzie wzmacniał naszą obecność w Afganistanie, co jest zgodne z polskim interesem narodowym. Tymczasem druga osoba w państwie wali tak:
"Należałoby natomiast zminimalizować obecność militarną w Afganistanie,
gdzie nie mamy i nie będziemy mieli interesów narodowych, a koszty
operacji ponosimy zapewne w stopniu wyższym niż w Iraku, jeżeli nawet
nie w 100 procentach". I zaleca: "Należy rozważyć ponownie, czy warto
rezygnować z misji na Bliskim Wschodzie, ważnych dla gospodarczych
interesów Polski oraz refundowanych ze środków ONZ". Dotąd wydawało się,
że afgańska ekspedycja ma pełne poparcie partii rządzącej, a tu taka
śmiała krytyka. To się w Pentagonie ucieszą.
Marszałek sejmu krytykuje też "praktykę przyjmowania atrakcyjnych
"podarków" w postaci na przykład czołgów czy samolotów poprzedniej
generacji". Rzeczywiście F-16 jest IV generacji, a wchodzący teraz na
uzbrojenie F-35 to V generacja. No i czołgi Leopard też podarek
cokolwiek zleżały. Jednak chcąc być w zgodzie z prawdą, trzeba
powiedzieć, że te podarki pochodzą z czasów, gdy to Komorowski, a nie
Klich, był szefem MON.
Marszałek wytyka ministrowi obrony, że nie potrafi korzystać ze środków
unijnych, które według niego "stwarzają możliwość jednoczesnej
realizacji planu operacyjnego przygotowania obszaru kraju do celów
obronnych bez konieczności angażowania budżetu państwa". Ale:
"Korzystanie z tej pomocy wymaga jednak bliższej współpracy MON z ministrem infrastruktury i ministrem rozwoju regionalnego". A tego jak
widać MON nie robi.
Tekst jest okraszony licznymi smakowitymi przypowieściami. Komorowski
mówi: "Mam nadzieję, że Ministerstwo Obrony Narodowej nie będzie się
jedynie ograniczać do czysto reakcyjnej polityki minimalizacji strat i niczym żona Lota trwożnie spoglądać przez ramię na płonącą Sodomę".
Klich w roli trwożliwej żony Lota, a ta płonąca Gomora to może MON?
Omawiając system kierowania i dowodzenia wojskiem zauważa: "Napoleon
zwykł mawiać, że "armia baranów, której przewodzi lew, jest silniejsza
od armii lwów prowadzonej przez barana". Na czele MON jest Klich, a najwyższym wojskowym szef Sztabu Generalnego WP gen. Gągor. Który z nich
jest "baranem"? Chyba że według Komorowskiego armia to barany, ale pod
wodzą lwów?
Marszałek z Platformy przewiduje koniec ministra powołanego przez
Platformę. Kończy swoją krytykę tak: "Marek Aureliusz namawiał, by każdą
rzecz wykonywać "jakby była ostatnią w naszym życiu". Nie ulega
wątpliwości, że z takim założeniem powinien minister Klich przystąpić do
wykonywania zaleceń marszałka Komorowskiego.
Pojawia się tylko pytanie: jaką koncepcję w dziedzinie obrony narodowej
realizuje partia rządząca? Rządu czy ciągnącego w inną stronę marszałka
Komorowskiego?
Komorowski ogłosił na łamach "Rzepy", że nadeszła "pora wyciągnąć
negatywne wnioski (wydawało mi się, że należy wyciągać wnioski
pozytywne) z decyzji politycznych podejmowanych przez kolejne rządy i kolejnych prezydentów, działających na zasadzie: kto da więcej, kto
więcej żołnierzy wyśle na antypody świata, i należy poprawić "wieloletni
plan transformacji sił zbrojnych ("Siły Zbrojne RP 2018+Plus")".
A skoro już jest "+Plus", czyli dwa plusy (Klich i Komorowski?), to
oznacza, że Polska ma armię z dwoma plusami. Zapewne oba dodatnie, jak
by powiedział noblista Wałęsa.
Jak to z samolotem wielozadaniowym było
11 czerwca 2009
Jak to z samolotem wielozadaniowym było
Przy moim wpisie o modernizacji armii pojawił się komentarz kogoś
posługującego się pseudonimem E-misjonarz. Napisał on: "Pańskie
sabotowanie decyzji o zakupie przez armię samolotu F-16 powinno raz na
zawsze wykluczyć pana z możliwości decydowania o obronności kraju i dobrze się stało, że zarówno bracia Kaczyńscy, jak i nikt z ich
otoczenia nie dali się nabrać na męczeństwo "żołnierza Rzeczpospolitej"
i nie zechcieli przywrócić Pana do służby".
Pomijając taki drobiazg, że nikt z PiS nie zamierzał mnie "przywracać",
nie mówiąc o "nabieraniu się" i puszczając mimo naigrawanie się z moich
przykrych doświadczeń z okazji afery 2001 roku, podaję kilka słów
wyjaśnienia. Zakładam bowiem, że pan E-misjonarz napisał taką bzdurę,
bowiem nie dysponował wiedzą w sprawie zakupu samolotów.
Zakup samolotu do sprawa bardzo poważna i bardzo KOSZTOWNA.
Przechodziliśmy z uzbrojenia sowieckiego (Mig i Su) na zachodnie. Aby
dokonać właściwego wyboru, trzeba było uwzględnić następujące warunki:
1. Zakupić najnowocześniejszy samolot;
2. Powziąć pewność, że po kupionym będzie szansa na kolejne wersje;
3. Oszacować korzyść dla polskiego przemysłu obronnego i lotniczego
(offset).
A teraz w kolejności:
Ad. 1. W momencie podejmowania decyzji o zakupie na świecie na
uzbrojeniu były samoloty generacji IV i IV plus. Należały do niej nie
tylko nasze posowieckie Mig-29, ale także amerykańskie F-16, francuskie
Mirage, czy szwedzko-brytyjskie Gripeny. W tym czasie Amerykanie
pracowali nad samolotem V generacji, wtedy był to projekt samolotu JSF,
dziś latający już F-35, następca F-16.
Ad. 2. Kiedy byliśmy w Układzie Warszawskim, to na uzbrojeniu były
samoloty Mig, kolejno: 15, 19, 21, 29. Odpowiednio u Szwedów Vigen,
Draken, Gripen, u Amerykanów kolejne "efy". Współczesny samolot bojowy
to drogi sprzęt i tylko mocarstwa są w stanie samodzielnie przygotować
coraz bardziej zaawansowane aparaty. Kupując samolot, musieliśmy więc
związać się z opcją gwarantującą kolejne, coraz bardziej zaawansowane
wersje kupionej maszyny.
Ad. 3. Umowa offsetowa (kompensacyjna) zgodnie z ustawą powinna co
najmniej dla 50 procent wartości znaleźć adresata w naszej zbrojeniówce.
Przy czym sprawą podstawową było uzyskanie nowych technologii, bowiem w sferze najnowszej techniki wojskowej Polska ma duże braki.
Biorąc powyższe pod uwagę, uważałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie
włączenie się Polski w amerykański program samolotu JSF. W czasie moich
wizyt w USA takie wstępne uzgodnienia poczyniliśmy. To dałoby Polsce w przyszłości samolot V generacji, a więc wchodzilibyśmy w najnowocześniejszą technikę i na nią wydalibyśmy pieniądze, a nie na
samolot generacji IV, schodzącej.
Nie było wiadomo, czy Szwedzi i Francuzi będą w przyszłości zdolni
wytworzyć nowe i bardziej zaawansowane maszyny. Było pewne, że taką
zdolność zachowają Amerykanie - stąd ta opcja wydawała się najlepsza.
Problemem był offset. Strona amerykańska nie miała zbyt wielkiego
zapału, by obdzielać Polaków nowymi technologiami wojskowymi. Uważałem
jednak, że tę kwestię będzie można wynegocjować, jeśli wcześniej nie
będziemy opowiadali, że wybieramy amerykański samolot.
Oczywiście zakup samolotu F-35 mógłby dojść do skutku po 2010 roku,
czyli "mój rząd" by go w 2001 roku nie kupił. Jednak biorąc pod uwagę
powyższe, moim zdaniem warto było poczekać. Problemem byłaby dziura
sprzętowa - Migi-21 trzeba było spisać na złom, a Migów-29 mieliśmy
malutko. Proponowałem, aby na okres przejściowy do zakupu nowego
samolotu pożyczyć od Amerykanów dwie, trzy eskadry używanych F-16. Na
nich przeszkolić personel, przygotować infrastrukturę lotniskową i zabezpieczenia logistyczne.
Kupując nowy samolot JSF/F-35, bylibyśmy doskonale przygotowani na jego
wprowadzenie do wojska. Wydając miliardy dolarów na potrzebny naszemu
lotnictwu samolot, trzeba było takie uwarunkowania uwzględnić.
Po odwołaniu mnie z MON kupiono F-16. Dziś są kłopoty z personelem, z tymi samolotami i z logistyką. A ponadto NIE BĘDZIE NAS STAĆ NA ZAKUP
F-35. Pieniądze już wydaliśmy! Zamiast więc startować z samolotem V
generacji, będziemy w ciągu najbliższych trzydziestu lat fruwać na
odchodzącym z uzbrojenia innych armii F-16.
Takie było to moje "sabotowanie".
Russia: a new confrontation?
4 sierpnia 2009
Russia: a new confrontation?
Komisja obrony brytyjskiego parlamentu opublikowała raport opatrzony
tytułem: Russia: a new confrontation? Tenth Report of Session 2008-2009
Ordered by the House of Commons to be printed 30 June 2009.
Przeczytanie tego obszernego dokumentu (276 stron) gorąco polecam7. Zastanawiam się,
dlaczego w Polsce instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo narodowe,
a mamy też sejmową Komisję Obrony Narodowej, nie potrafią lub nie chcą
tworzyć takich dokumentów, jak to prezentują brytyjscy parlamentarzyści?
Generał Stanisław Koziej, profesor nauk wojskowych i były wiceminister
obrony, twierdzi, że resort obrony kierowany przez obecnego ministra
zgubił "busolę strategiczną". Innymi słowy, nasz MON żegluje po wodach
bez kompasu - ciężki zarzut.
Nie tak dawno minister Klich ogłosił tryumfalnie, że prezydent podpisał
nowelę ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP, która zlikwidowała
pobór do wojska. Ze zdumieniem czytałem słowa ministra Klicha: "Od
dzisiaj żaden młody człowiek nie musi się już bać powołania do wojska".
Nie wpadłem dotąd, że młody Polak może "bać się" włożenia polskiego
munduru i że jest to dla niego jakiś straszliwy dyskomfort. Z drugiej
jednak strony może minister, w końcu były działacz pacyfistycznego ruchu
Wolność i Pokój, ma rację. Powołany do wojska może bowiem trafić na
wojnę, a na wojnie, jak wiadomo, można stracić życie. Jest się czego
bać!
Trwają jeszcze obchody rocznicowe Powstania Warszawskiego. Młodzi Polacy
w sierpniu 1944 roku mieli wielkie i często nieziszczone pragnienie:
włożyć polskie mundury i wziąć do ręki broń, by móc walczyć z wrogiem.
Jacy byli niemądrzy!
A wracając do raportu brytyjskich parlamentarzystów. Piszą oni o możliwościach militarnych Rosji. Podają, że Rosja ma 1,1 mln żołnierzy,
w tym 80 procent najniższych rang stanowią żołnierze pochodzący z poboru. Ponadto jest 20 mln rezerwistów, z czego 2 mln w tak zwanej
czynnej rezerwie.
Według planów MON w Polsce będziemy mieli armię zawodową,
"profesjonalną" - właśnie dzięki decyzjom polityków koszary opuścili
ostatni żołnierze z poboru. Liczba tych polskich "profesjonalistów" jest
ciągle nieznana - miało być najpierw 150 tys., później 120 tys.,
następnie 100 tys., a ostatnio słyszy się, że będzie jakieś 80 tys.
żołnierzy. Obok tego w czynnej rezerwie (Narodowe Siły Rezerwy) miało
być 30 tys., a być może będzie jakieś 10 tys. Żadnego szkolenia rezerw
MON nie przewiduje, a przynajmniej nie można nigdzie znaleźć danych, że
coś takiego zamierza się robić. Likwiduje się natomiast przysposobienie
obronne w szkołach średnich i szkolenie wojskowe studentów, czyli
przyszłych oficerów rezerwy też nie będzie.
Gdyby jednak odnieść polskie zamiary do tego, czym dysponuje już dziś
Rosja, i biorąc pod uwagę proporcje ludnościowe: 140 mln i 38 mln
(Polska ma jednak wyższy dochód per capita niż Rosja, czyli możliwości
finansowe lepsze), to polskie siły zbrojne powinny by liczyć ponad 300
tys. żołnierzy na stopie pokojowej oraz dysponować półmilionową czynną
rezerwą i 4,5 mln przeszkolonych wojskowo rezerwistów.
Jednak różni znawcy wojska nad Wisłą zdają się uważać, że nie warto brać
poważnie rojeń Angoli znad Tamizy o groźbie nowej "zimnej" i miejscami
"gorącej" (Kaukaz) wojny.
Poszli nasi w bój bez broni
18 sierpnia 2009
Poszli nasi w bój bez broni
Dowódca wojsk lądowych gen. Waldemar Skrzypczak powiedział sporo
gorzkich słów o stanie wojska i MON na pogrzebie kapitana Daniela
Ambrozińskiego, zabitego w Afganistanie. Minister obrony jest wyraźnie
zgorszony tym wystąpieniem i twierdzi, że dowódca zakwestionował świętą
w demokracji zasadę cywilnej kontroli nad wojskiem. W dyskusjach
medialnych wypowiadają się różne osoby stwierdzające, że generał zapewne
ma rację, ale skoro pozwolił sobie na publiczną wypowiedź, to dlatego
musi być odwołany ze stanowiska - bo cywilna kontrola! Generał, dobry
żołnierz, traktujący poważnie swoje obowiązki, oświadczył, że oddaje się
do dyspozycji prezydenta. A kancelaria prezydencka informuje, że czeka
na wniosek ministra obrony odwołujący generała ze stanowiska. Zgodnie ze
znanym powiedzeniem należy ściąć głowę posłańca przynoszącego złe
wieści.
W historii Polski zdarzały się sytuacje, gdy nasi żołnierze bez
odpowiedniego uzbrojenia musieli podejmować walkę z wrogiem. Braki w wyposażeniu często nadrabiano ofiarnością i krwią żołnierską,
bohaterstwem na polach bitewnych. Czytamy w wierszu Sygnał Wincentego
Pola, poety i odznaczonego orderem Virtuti Militari żołnierza powstania
listopadowego 1830 r.:
"Obok Orła znak Pogoni,
Poszli nasi w bój bez broni".
Braki w wyposażeniu zdarzały się polskiemu wojsku wiele razy. Czy w ten
"tradycyjny" niejako sposób możemy też potraktować marne uzbrojenie
kontyngentu polskiego w Afganistanie? Jednak nie. Czym innym jest bowiem
wymuszona obrona własnego kraju w razie agresji, a czym innym udział z wyboru w operacji zbrojnej poza krajem. W tym drugim przypadku istnieje
bezwzględny obowiązek właściwego wyekwipowania żołnierzy. Jeśli państwa
na to nie stać, to wojska nie wolno wysyłać "w bój bez broni".
Konstytucja RP stanowi: "Siły Zbrojne RP służą ochronie niepodległości
państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu
bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic" (art. 26). A to oznacza,
że władze państwowe powinny zadbać, aby wojsko było w stanie to zadanie
wykonać. Państwo polskie powinno stworzyć zdolną do obrony, odpowiednią
liczebnie, wyszkoloną i uzbrojoną armię.
Trzeba więc żołnierzy wyszkolić przed akcją, a nie opowiadać, że będą
się oni szkolić po wysłaniu do Iraku/Afganistanu. Trzeba żołnierzy
odpowiednio zabezpieczyć - wyposażenie i broń; nasze wojsko jest
przygotowane do działań na europejskim teatrze działań wojennych,
żołnierze jadą w inne strefy klimatyczne. Ale nie tylko to. Żołnierze
muszą mieć dziś na takiej misji zbrojnej pojazdy odporne na tak zwane
improwizowane ładunki wybuchowe. Dano im wozy lekko opancerzone, a KTO
Rosomak trzeba było dodatkowo opancerzać. Muszą też mieć odpowiednią
osłonę (wywiad i lotnicze środki rozpoznania - bezpilotowce). Każda
akcja musi też mieć wsparcie z powietrza (samoloty, uzbrojone śmigłowce)
z zachowaniem reguł sieciocentrycznego pola walki.
Tego wszystkiego najwyraźniej zabrakło, gdy spoglądamy na okoliczności
śmierci kpt. Ambrozińskiego. Oddział w sile plutonu miał dać pokaz siły.
Został zaatakowany przez ugrupowanie partyzanckie. Trudno przyjąć, że
tych napastników nie udałoby się wcześniej rozpoznać, gdyby takie
rozpoznanie było. Wsparcie z powietrza przyszło po godzinie walki, gdy
nasi ponieśli straty w zabitych i rannych. Precyzja uderzeń z powietrza
nie była, zdaje się, zbyt wielka. Musiała szwankować łączność z lotnikami. Do tego ciało zabitego oficera zostawione na polu walki
później z trudem odszukano, a więc żołnierze nie mieli indywidualnych
sygnalizatorów informujących, gdzie się znajdują.
Trudno mi przyjąć, że o tych brakach nie wiedzieli polscy dowódcy,
wysyłając żołnierzy na wojnę. Wydaje się, że to gen. Skrzypczak ma
rację, a nie jego krytycy.
Wypada jednak kilka słów powiedzieć o tych nieszczęsnych "biurokratach",
co potrzebnego sprzętu nie potrafią na czas kupić. Jak mogliśmy kilka
razy usłyszeć z ust ministra obrony i innych prominentnych członków
rządu, Polska obecnie nie prowadzi wojny. A skoro tak, to trzeba w zakupach stosować powolne, pokojowe procedury zakupów. A do tego
paraliżuje urzędników MON strach przed oskarżeniami o korupcję, jeśli
podejmą jakieś działania na skróty.
W Afganistanie tak naprawdę uczestniczymy w działaniach wojennych.
Wprawdzie Konstytucja RP stwierdza, że możemy prowadzić wojnę tylko w razie agresji na nasz kraj, nie możemy na kogoś napaść, jednak możemy
prowadzić działania wojenne "gdy z umowy międzynarodowej wynika
zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji" (art. 229). Czy taki
przypadek zachodzi w Afganistanie?
Czy można przyjąć właściwą dla tej sytuacji kwalifikację prawną i zastosować procedury zaopatrzenia wojska działającego w warunkach
wojennych?
A wracając do gen. Skrzypczaka. Czy w państwie demokratycznym dowódca
wysokiego szczebla powinien trzymać buzię na kłódkę i nie ma prawa
wytykać błędów i zaniedbań? Przed laty w Szwecji, która wprawdzie nie
jest w NATO, ale jest niewątpliwie państwem demokratycznym, najwyższy
wojskowy skrytykował ministra obrony. Szef rządu powołał komisję do
zbadania zarzutów. Komisja przyznała, że generał miał rację. I premier
ministra, a nie generała odwołał.
W dzienniku "Rzeczpospolita" (18.08.2009) red. Piotr Semka zbeształ gen.
Skrzypczaka za "anarchizowanie wojska" i kończy swoje oskarżenia
zdaniem: "Ktoś musi w końcu wyjaśnić generałowi, że to on posunął się za
daleko". Może jeszcze ten "ktoś" wyjaśni pani Natalii Ambrozińskiej,
dlaczego zginął jej mąż.
MON "zdziwion" mocno
16 października 2009
MON "zdziwion" mocno
Artur Bilski, komandor rezerwy, na łamach "Dziennika" ogłosił artykuł W armii trwa pełzający bunt generałów z podtytułem Konflikt demoralizuje
żołnierzy. Autor ubolewa, że ostatnie zmiany w rządzie ominęły MON.
Według niego obecny minister obrony doprowadził polską armię "do stanu
rozprzężenia, że nie jest ona w stanie wziąć odpowiedzialności za obronę
granic Polski". Trudno o zarzut cięższego gatunku. Komandor Bilski
oskarżył ministra obrony ni mniej, ni więcej tylko o działania
zagrażające bezpieczeństwu narodowemu Polski!
Znający moje wypowiedzi wiedzą, że mam bardzo krytyczny pogląd na obecny
stan sił zbrojnych i polską obronność. Pojmuję jednak, że moje opinie,
zaledwie wykładowcy KUL, kogoś bez wpływów i tak zwanego zaplecza
politycznego, mogą być ignorowane przez dzierżycieli władzy w naszym
kraju. Powstaje jednak problem, czy można mimo uszu puszczać słowa
krytyki wyrażane także przez coraz liczniejszych wojskowych. Wspomnijmy
chociażby gen. Skrzypczaka opuszczającego stanowisko dowódcy wojsk
lądowych, najważniejszego rodzaju sił zbrojnych, a wcześniej gen.
Kozieja, który nie chciał zajmować stanowiska wiceministra obrony, i gen. Kwiatkowskiego ubłaganego przez ministra Klicha, by nie opuszczał
dowództwa operacyjnego, a także gen. Bąka odmawiającego ministrowi
obrony narodowej objęcia dowództwa kontyngentu w Afganistanie i odchodzącego do cywila (wiek 43 lata!). Ostatnio były pilot instruktor
major rezerwy skierował do prokuratury zawiadomienie o możliwości
popełnienia przestępstwa przez ministra Klicha jako osoby
odpowiedzialnej za przebieg procesów szkolenia lotników. Nietrudno więc
dostrzec, że cywilna kontrola nie radzi sobie z wojskiem. A minister
Klich - jak pisze Bilski - "Stworzył (...) system cywilnej kontroli na
armią, który nie jest w stanie odpowiadać na wyzwania i sygnały płynące
z wewnątrz i zewnątrz". I dodaje: "Każdy taki sposób sprawowania władzy
nad armią jest skazany na kryzys i upadek autorytetu".
We wrześniu tuż za wschodnią granicą Polski odbyły się wielkie manewry
białorusko-rosyjskie. Scenariusz manewrów: W Grodnie wybucha polskie
powstanie. Prezydent Białorusi wzywa na pomoc Rosję. Moskwa odpowiada i przeprowadza desant na Grodno. W opanowanym już przez Polaków mieście
lądują tysiące rosyjskich komandosów. Rewolta zostaje stłumiona, a bratnie armie odpierają atak obcych wojsk z zachodu, czyli z Polski.
Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby polskie dowództwo
przeprowadziło podobne manewry. Na przykład na Łotwie wybucha rewolta
rosyjskiej mniejszości (jest tam sporo Rosjan). Prezydent Łotwy prosi
Polskę o pomoc. Jednostki polskie i litewskie wkraczają na Łotwę,
polskie siły specjalne (GROM, 1 pułk specjalny) lądują w Rydze. Od morza
działa polska marynarka wojenna, a w powietrzu polskie lotnictwo.
Następnie siły NATO ćwiczą odparcie ataku wojsk ze wschodu.
Czy coś takiego jest w ogóle w Polsce do pomyślenia?
A w Rosji można. Scenariusze działań wojennych ćwiczeń Zapad 2009
zostały opracowane przez sztab w Moskwie. Grami wojennymi dowodzili
oficerowie z Dowództwa Połączonego Białorusko-Rosyjskiej Regionalnej
Grupy Wojsk. Brali w nich udział żołnierze z 20 armii Moskiewskiego
Okręgu Wojskowego (oficerowie tej armii uczestniczyli w wojnie z Gruzją), dywizji spadochroniarzy, jednostek rosyjskich sił powietrznych
i wojskowego transportu lotniczego. Do przeprowadzenia ćwiczeń tuż przy
granicy z Polską zgromadzono 12,5 tys. żołnierzy (w tym 6 tys. Rosjan),
228 czołgów, 470 pojazdów opancerzonych, 63 samoloty oraz 234 działa
samobieżne, które zwalczały polską ruchawkę na Białorusi. A to nie były
jedyne siły. W tym czasie w innych rejonach ZBiR białoruskie i rosyjskie
oddziały obrony przeciwlotniczej przeprowadzały operacje zwalczania
celów powietrznych (na przykład 15 brygada rakietowa armii rosyjskiej
ćwiczyła ostrzał rakietami S-300). W rejonie miejscowości Bielica trwały
ćwiczenia sił powietrznodesantowych. W tym samym czasie jednostki
specjalne, odpowiedzialne za przeprowadzanie akcji sabotażowych na
terenie wroga, między innymi Wimpieł i Specnaz, szkoliły się koło
Mińska. W powietrzu ćwiczyli zwalczanie różnych celów naziemnych piloci
na ciężkich śmigłowcach bojowych Mi-28N i Mi-24 oraz na samolotach
Su-27. W manewrach na Bałtyku wzięły udział okręty rosyjskich flot:
Bałtyckiej, Północnej i Czarnomorskiej. W tym celu na Bałtyk wpłynęły
trzy duże okręty desantowe Floty Czarnomorskiej z żołnierzami piechoty
morskiej i sprzętem wojskowym. Flota rosyjska ćwiczyła w ramach
wojennego planu z udziałem korwet i samolotów Su-27 operujących z głównej bazy floty rosyjskiej w Bałtyjsku (pol. Piława), blokującej
Zalew Wiślany. Kulminacyjnym punktem całych manewrów był ćwiczebny bój
na poligonie koło Brześcia. Wykonano tam pokonywanie przeszkód wodnych i wysadzanie desantu oraz lądowanie samolotów bojowych Su-25 i Mig-29 na
przebiegającej w pobliżu autostradzie.
Takich wielkich manewrów na Białorusi nie było od rozpadu ZSRR.
A co na to polski MON? Minister Klich według agencji prasowych: "Wyraził
zdziwienie skalą manewrów za wschodnią granicą Polski i tym, że
tamtejsze wojska ćwiczą odparcie ataku państw NATO". I oświadczył:
"Treść tych ćwiczeń nie odpowiada rzeczywistości, bo żaden z krajów
sojuszu północnoatlantyckiego nie ma agresywnych zamiarów wobec
wschodnich partnerów".
Wschodni sąsiad Polski wyraźnie ćwiczy na naszej granicy wariant wojenny
zastosowany w praktyce na terytorium Gruzji. A polski minister obrony
temu się dziwi. W czasach Rosji carskiej śledczych w postępowaniach
karnych obowiązywała następująca instrukcja: "Świadka przed indagacją
mocno przez pysk zdzielić trzeba, od czego on też mocno zdziwion bywa".
Dlatego zapewne polski minister obrony jest "zdziwion" rosyjskimi
manewrami.
Dostałem artykuł
23 października 2009
Dostałem artykuł
Otrzymałem tekst od doktora nauk wojskowych i oficera rezerwy. Za zgodą
autora ogłaszam ten artykuł:
SIŁY ZBROJNE RP OFIARĄ PROPAGANDY (PR) RZĄDU
Kiedy w lipcu 2009 roku ostatni żołnierze z poboru opuścili koszary,
rząd ogłosił wielki sukces na drodze do profesjonalizacji sił zbrojnych.
Tej optymistycznej atmosfery nie zakłóciły jednak żadne głosy rozsądku
płynące od osób i instytucji bezpośrednio związanych z armią. W sferach
rządowych zapanował urzędowy optymizm i długo nie można było znaleźć
żadnych oficjalnych danych na temat tego "sukcesu".
Dopiero we wrześniu, trochę przez przypadek, na oficjalnej stronie
internetowej departamentu kadr MON (www.kadry.wp.mil.pl) udało mi się
zaleźć informację, że liczba żołnierzy zawodowych Sił Zbrojnych RP w kwietniu 2009 roku wynosiła 82 950, z czego 22 370 to oficerowie, 41 537
- podoficerowie zawodowi, a 19 043 - to szeregowi zawodowi.
Wynika z tego jasno, że stosunek oficerów do szeregowych wynosi 1 do
0,85, a więc na 1 oficera przypada 0,85 szeregowego. Stosunek ten jest
jeszcze bardziej szokujący, jeżeli weźmiemy pod uwagę oficerów plus
podoficerów zawodowych (czyli ogólnie kadrę kierującą), wtedy stosunek
ten wyniesie 1 do 0,29, czyli na 1 kierownika (oficera lub podoficera)
przypada 0,29 bezpośredniego wykonawcy (szeregowego).
Spróbujmy sobie wyobrazić w tej sytuacji funkcjonowanie jakiejkolwiek
innej publicznej lub prywatnej organizacji, na przykład
przedsiębiorstwa, gdzie stosunek ten powinien wynosić około 1 do 10.
Co to oznacza w praktyce dla naszych sił zbrojnych i dla naszego
bezpieczeństwa? Otóż znaczy to, że w Wojsku Polskim istnieje obecnie
następująca sytuacja:
1. W czołgach i innych wozach bojowych są dowódcy, ale nie ma kierowców
i działonowych - a więc nie ma kto nimi jeździć i nie ma kto z nich
strzelać;
2. Samochody pozbawione są kierowców i mechaników - a więc stoją w garażach i rdzewieją;
3. W magazynach broni jest pełno karabinów i amunicji - ale nie ma kto z nich strzelać;
4. Na strzelnicach i placach ćwiczeń nie jest realizowane szkolenie - bo
nie ma tam kogo szkolić;
5. Natomiast dowództwa i sztaby pełne są dowódców i urzędników
wojskowych - którzy produkują tysiące, w większości nikomu
niepotrzebnych, dokumentów w postaci rozkazów, pism, załączników,
wniosków, próśb, planów, harmonogramów, strategii, wizji, misji itd.
Co z tego wynika? Otóż od lipca 2009 roku Siły Zbrojne RP nie są w stanie wypełniać swojej konstytucyjnej misji obrony terytorium kraju
(art. 26) - ani pośrednio przy wsparciu sił sojuszniczych NATO, ani tym
bardziej bezpośrednio, czyli samodzielnie, w sytuacji gdyby nasi
sojusznicy mieli inne, ważniejsze zadania.
A zatem Siły Zbrojne RP nie istnieją! Ani w ujęciu funkcjonalnym,
ponieważ nie są w stanie właściwie wypełniać swoich podstawowych
funkcji, ani nawet w ujęciu organizacyjnym, ponieważ ich struktury
istnieją tylko formalnie, pozostały z nich tylko żałosne resztki, które
wegetują, podtrzymując tylko z dnia na dzień swoje podstawowe funkcje
życiowe (kierowanie, zaopatrzenie, ochrona własna).
Powodem tej sytuacji są oczywiście wieloletnie zaniedbania i błędy
popełniane przez kolejne rządy, ale do czasu, gdy w szeregach armii
służyli żołnierze z poboru, sytuacja, chociaż trudna, możliwa była
jeszcze do opanowania. Jednak likwidacja poboru doprowadziła do kryzysu
i prawie całkowitej dysfunkcjonalności naszych sił zbrojnych. Sytuację
dodatkowo komplikuje jeszcze udział sił zbrojnych w misjach poza
granicami kraju, co powoduje dalsze ograniczanie i tak już skromnych
zasobów, głównie finansowych, na ich funkcjonowanie w kraju.
Gwoździem do trumny naszych sił zbrojnych stała się więc nieprzemyślana
i pośpieszna, ale za to typowo propagandowa (pijarowska) decyzja
obecnego rządu, a dokładnie premiera Donalda Tuska, o przeprowadzeniu
ich profesjonalizacji do końca 2010 roku oraz jej bezkrytyczna i bezmyślna realizacja przez ministra Klicha, przy biernej i konformistycznej postawie decydentów wojskowych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Jednowymiarowe siły zbrojne
20 listopada 2007
Jednowymiarowe siły zbrojne
Panie ministrze od 16 listopada 2007 mamy nowego ministra obrony
narodowej pana Bogdana Klicha. Współpracował pan z Bogdanem Klichem w MON, w okresie rządów AWS. Czy to dobry kandydat, który sprawdzi się na
tym stanowisku?
Romuald Szeremietiew: Z czasu rządów AWS pan Klich pozostał w mojej
pamięci jako człowiek opanowany, a w kontaktach bezpośrednich
sympatyczny. Nie było między nami żadnych zgrzytów. Obecnie trochę mnie
zaskoczył, gdy jedną z pierwszych jego czynności po objęciu stanowiska
był przelot w F-16. Nie podejrzewałem, że ma takie chłopięce pragnienia.
W ten sposób trochę przybliżył się do ministra Sikorskiego, który
zresztą nie tylko latał w samolocie, ale też skakał w tak zwanym
tandemie, czyli przyczepiony do spadochroniarza.
Czy Klich jest dobrym kandydatem? Był przez rok wiceministrem obrony
narodowej, więc pewne doświadczenie resortowe ma. W 1999 roku obejmował
stanowisko powołany przez kolegę partyjnego z Unii Wolności Janusza
Onyszkiewicza, ministra obrony narodowej. Kiedy Unia zerwała koalicję z AWS i przeszła do opozycji, Klich odszedł z MON. Nie pamiętam - sam czy
został zwolniony przez następcę Onyszkiewicza, Bronisława Komorowskiego.
Z zawodu nowy minister jest lekarzem psychiatrą, ale zajmuje się
bezpieczeństwem i obronnością - prezesuje założonemu przez siebie
krakowskiemu Instytutowi Studiów Strategicznych i jest członkiem
prestiżowego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych w Londynie.
Trudno mi jednak dziś oceniać, jakim ministrem obrony będzie były
wiceminister Bogdan Klich. Z praktyki wiem, że wiceminister i minister,
a w przeszłości byłem i jednym, i drugim, to są jednak trochę inne role.
Pierwsze decyzje ministra Klicha wzbudzają kontrowersje, dyrektorem
departamentu MON został gen. Bojarski, były oficer WSI i absolwent
Wojskowej Akademii Politycznej, a doradcą ministra gen. dyw. rez. Piotr
Czerwiński, który odszedł z wojska w sierpniu br. (podobno powodem
odejścia było śledztwo, w którym badano ustawianie w kraju przetargów
dla wojska i nadużywanie stanowiska). Jak pan to skomentuje?
- Jednym z kryteriów oceny każdego szefa jest jego dobór
współpracowników. W moim przypadku mogę stwierdzić, że przeszedłem
najostrzejszy chyba sprawdzian wykonany przez prokuraturę i służby
tajne. Z grona moich wojskowych podwładnych nikomu nie postawiono
zarzutów karnych, a jednemu cywilnemu postawiono, ale sąd go uniewinnił.
Czyli wypadłem raczej dobrze.
Oczywiście nie życzę ministrowi Klichowi podobnego sprawdzianu. O gen.
Bojarskim jako szefie kadr MON trudno dziś coś sensownego powiedzieć -
rozumiem, że minister Klich ma do niego ogromne zaufanie, bo jak mawiał
Stalin, kadry decydują o wszystkim. A gen. rez. Czerwiński nie jest
doradcą, ale sekretarzem stanu, pierwszym zastępcą ministra, czyli drugą
w hierarchii osobą w ministerstwie! O generale wieść niesie, że odszedł
z wojska "pod kapelusz" na podstawie dżentelmeńskiego układu z ministrem
Aleksandrem Szczygło. Podobno była jakaś "nieprawidłowość" i minister
miał na to przymknąć oko w zamian za odejście Czerwińskiego do cywila.
Teraz, gdy ten "cywil" zdaje się dzięki PSL poszedł w ministry, Szczygło
"oko otworzył" i zobaczymy, co z nowym sekretarzem stanu zrobi CBA,
jeśli będzie miało powody, by "coś" mu zrobić. Pamiętając jednak o tym,
co na mój temat "donosiły" media, jestem ostrożny w ocenianiu, na ile
gen. Czerwiński rzeczywiście czymś zawinił. Może mieć rację minister
Klich, gdy stwierdza, że zarzuty wobec generała są pozorne.
Pozostałymi wiceministrami Klich mianował Marię Wągrowską i Stanisława
Komorowskiego. Komorowski jest doktorem fizyki, a z profesji zawodowym
dyplomatą, nie wiem, jakie ma przygotowanie w dziedzinie kierowania
obronnością. Pani Wągrowska pod względem fachowym wypada lepiej. Jest
wprawdzie magistrem, nie wiem czego (w życiorysie napisano: "Absolwentka
Uniwersytetu Warszawskiego"), ale była redaktorem naczelnym "Polski
Zbrojnej" i zajmowała się tematami z dziedziny bezpieczeństwa
narodowego. Zabawne, że w oficjalnym życiorysie pani minister sprawą
ściśle tajną okazał się jej wiek. Nie ma tam zresztą ani jednej daty i nie można ustalić, co i kiedy w życiu robiła. No i ostatnio pani
minister podała się do dymisji ze względu na "sprawy rodzinne". Są więc
powody, by wyrażać zdziwienie.
Nowy minister dużo mówi o wycofaniu armii z Iraku, nie uważa pan, że
będzie to ewakuacja w "hiszpańskim stylu" podyktowana przede wszystkim
obietnicami wyborczymi PO?
- W kwestiach dotyczących wysyłania lub wycofywania wojska lepiej jest
coś zrobić, niż mówić, co się zrobi. Przypominam sobie, jak kiedyś
minister Szmajdziński zapowiedział jakąś wspólną akcję wojskową z Niemcami, a później trzeba było to prostować, bo Niemcy o niczym nie
wiedzieli. Kwestia dalszej obecności polskiego wojska w Iraku to sprawa
politycznie delikatna. Najpierw należałoby ewentualne wycofanie w sposób
poufny omówić z Amerykanami. Nie trzeba tłumaczyć, że strategiczny
związek z USA ma dla bezpieczeństwa Polski istotne znaczenie. Powstaje
jednak pytanie, w jakich formach mamy ten związek wyrażać. Nasza
obecność wojskowa na terenie Iraku w obecnym kształcie wydaje się raczej
bezsensowna. Kilka razy w publicznych wypowiedziach podnosiłem, by w zwalczaniu terroryzmu Polska stawiała raczej na polityczne niż militarne
środki. Tu otwiera się wielkie pole do popisu dla MSZ i różnych ośrodków
analizy i planowania strategicznego. Tymczasem odnoszę wrażenie, że w polskiej polityce MON i MSZ w nikłym stopniu uzgadniają swoje działania.
Nic mi nie wiadomo, by w Polsce sięganie po wojsko było efektem
wcześniejszego wyczerpania środków dyplomatycznych. A parafrazując
trochę powiedzenie starego Clemenceau, premiera Francji: "wojna to zbyt
poważna sprawa, by zostawiać ją w rękach wojskowych", można by
powiedzieć, że terroryzm jest zbyt poważnym problemem, by sądzić, że do
jego rozwiązania wystarczy wojsko. Na marginesie: marnie oceniam szanse
pokonania partyzantki talibów w Afganistanie - tam też potrzebne są inne
środki albo... jakieś 500 tys. żołnierzy NATO.
Panie ministrze, sprawa zatrzymania naszych żołnierzy jest szeroko
komentowana w mediach. Dowódca wojsk lądowych gen. Skrzypczak bardzo
honorowo stanął za żołnierzami z 18 batalionu, oświadczając, iż jeśli
żołnierze zostaną skazani, on odejdzie z wojska. Czy cała ta sprawa nie
została sztucznie rozdmuchana? Wszak postępowanie prowadzi prokurator
Tomasz Szałek, który jest pierwszym "cywilem" na tym stanowisku i chyba
nie za bardzo orientuje się w wojskowych problemach prawnych.
- Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w MON nie dopilnowano właściwych
przygotowań "prawnych" w planowaniu i wykonywaniu tak zwanych misji
pokojowych, czyli akcji zbrojnych poza krajem. Słyszałem, że szkolenie
żołnierzy z prawa o konfliktach trwało zaledwie pięć godzin. A te
aspekty służby są ważne chociażby z takiego powodu: polscy żołnierze w Afganistanie zostali oddani pod amerykańskie dowództwo. USA nie przyjęło
pewnych zapisów prawa wojennego, które obowiązują polskich żołnierzy.
Kto będzie odpowiadał, jeśli dowódca amerykański wyda rozkaz, którego
wykonanie będzie sprzeczne z regulacjami wiążącymi jego polskich
podwładnych?
MON nie zauważył też, że żołnierzom uczestniczącym w operacjach będzie
potrzebny nie tylko wojskowy prokurator i sędzia, ale także wojskowy
obrońca.
No i tryb postępowania z żołnierzami podejrzanymi o przekroczenie prawa.
W końcu do Afganistanu wysłało ich państwo polskie, a nie jacyś mafiosi.
Nie powinni więc być traktowani według procedur stosowanych wobec
groźnych bandziorów. Przypominam sobie, jak w okresie rządów ministra
Szmajdzińskiego z dowództwa wojsk lądowych wyprowadzono zakutego w kajdanki oficera w mundurze z dystynkcjami pułkownika. A więc niegodne
traktowanie żołnierzy zaczęło się trochę wcześniej.
Czy nie jest czasem tak, że cała ta sprawa została nagłośniona, by
uderzyć w gen. Tomaszyckiego, który dowodził wtedy PKW, a pośrednio w gen. Skrzypczaka. Nie jest tajemnicą, że obaj generałowie nie przepadają
za decydentami ze Sztabu Generalnego WP.
- Nie wiem, czy istnieje jakieś drugie dno w sprawie tej afgańskiej
"zbrodni wojennej". Gdyby tak było, to potępiając taką intrygę, można by
było przynajmniej jakoś wytłumaczyć powody wybuchu tej afery. Obawiam
się, że jest dużo gorzej. Ktoś czegoś nie zrozumiał albo źle
zinterpretował zachowanie naszych żołnierzy, na przykład jakaś
organizacja pozarządowa działająca w Afganistanie. To trafiło do mediów
i nasi decydenci, chcąc uniknąć odpowiedzialności, wskazali jako winnych
żołnierzy najniższych stopni. A później do tego doszła jeszcze polityka,
usłużni wobec władzy funkcjonariusze, goniący za sensacją dziennikarze i na końcu żołnierze wylądowali w areszcie.
A jak pan minister ocenia udział Wojska Polskiego w misjach w Iraku i Afganistanie? Czy sprawdzili się ludzie i sprzęt? Od kolegów służących
na tych misjach wiem, że sojusznicy bardzo wysoko oceniają polskich
podoficerów i szeregowych, gorzej jest niestety z kadrą oficerską... O sprzęcie też można usłyszeć różne opinie. O rozklejających się butach
czy wadliwych WIST-ach. Choć są też i dobre strony - żołnierze bardzo
chwalą Rosomaki i ufają temu pojazdowi.
- Nie mam wiarygodnych danych, aby odpowiedzieć na takie pytanie.
Doniesienia medialne mogą być bałamutne, chociaż wiadomości o niskiej
jakości wyposażenia naszych żołnierzy (buty itp.) wydają się prawdziwe.
Co do Rosomaka - jest lepiej opancerzony od Honkera i stąd być może to
zaufanie żołnierzy. Chociaż rozmawiałem z jednym użytkownikiem, który
raczej nie miał wysokiego mniemania o nim. Ja niestety pamiętam, w jaki
sposób doszło do zakupu tego transportera. Tu zdaje się powinien
wypowiedzieć się prokurator. Trudno mi też przyjąć, że na misjach
sprawdzają się żołnierze, a nawalają oficerowie. To przypomina
opowieści, jak w 1939 roku walczyli żołnierze, a oficerowie uciekali
przez Zaleszczyki do Rumunii, lub tezę z PRL-owskich podręczników
historii, że w AK były patriotyczne "doły" i paskudne "antyradzieckie"
dowództwo.
Wróćmy do kwestii polityki obronnej. Kiedy prezydent Rosji Władimir
Putin podpisuje ustawę zawieszającą traktat o konwencjonalnych siłach
zbrojnych w Europie (CFE), w Polsce minister obrony narodowej mówi o przyspieszeniu prac nad budową armii zawodowej. Przy tym nie pada ani
jedno słowo o obronie terytorialnej, natomiast na wojskowych forach
internetowych mówi się przede wszystkim o redukcji liczby żołnierzy
zawodowych.
- Z niepokojem konstatuję, że w gronie ludzi odpowiedzialnych za obronę
państwa zwyciężyła koncepcja budowy takich jednowymiarowych sił
zbrojnych - w zasadzie dających tylko zdolność do wykonywania
zagranicznych misji zbrojnych. Słyszałem nawet wypowiedź pewnego posła
minionej kadencji z sejmowej komisji obrony, że zbudujemy "wojska
ekspedycyjne". To prawda, że armie zawodowe mają obecnie Amerykanie,
Brytyjczycy, Belgowie, Francuzi, Hiszpanie.... Ciekawe jednak, dlaczego
takiej armii nie tworzą Rosjanie?
Nie ulega wątpliwości, że współczesne konflikty zbrojne mają głównie
"asymetryczny" charakter - trzeba zwalczać siły nieregularne
(partyzanci, terroryści). To jednak nie wyklucza wybuchu wojen między
państwami, w których dojdzie do starcia regularnych armii. A wtedy
trzeba będzie dokonać mobilizacji, czyli wystawić siły zbrojne
zwielokrotnione w porównaniu do ich stanów pokojowych. Skąd wówczas
weźmiemy żołnierzy do armii czasu "W"? Cóż z tego, że będzie kilka
milionów Polaków zdolnych do noszenia broni, skoro nie będą oni
wcześniej przeszkoleni wojskowo. Armia zawodowa nie ma przecież
zdolności do przeszkolenia setek tysięcy ludzi. Amerykanie, Brytyjczycy
czy Francuzi w razie zagrożenia będą mieli czas na przeszkolenie swoich
rezerwistów. Polska, leżąca na skraju NATO, takiego czasu nie będzie
miała. Co gorsza, nie będzie miała też wsparcia w początkowym okresie
konfliktu, skoro jej sojusznicy będą musieli dopiero przygotowywać się
do wsparcia naszej obrony. Oby wówczas nie było za późno - będziemy
bronić się na linii Wisły czy od razu na Odrze?
W chwili obecnej brygady obrony terytorialnej są w trakcie
przeformowania w bataliony. Mimo redukowania i rozwiązywania jednostek
wojskowych, na przykład 15 Brygada w Wędrzynie, Ministerstwo Obrony
Narodowej musi przeprowadzać wielką akcję propagandową, bo nie może
obsadzić etatów, szczególnie w korpusie szeregowych zawodowych i podoficerów zawodowych. Z drugiej strony medalu mamy patriotyczną
młodzież skupioną w organizacjach strzeleckich, która jest kompletnie
ignorowana przez władze wojskowe.
Jaką ma pan minister wizję sił zbrojnych? Co by pan zrobił, będąc
obecnie na stanowisku ministra obrony narodowej?
- Ministerstwo Obrony nie wie, skąd wziąć żołnierzy zawodowych
podejmujących służbę ochotniczo z pobudek patriotycznych. Stąd ta
propaganda. Zdaje się, że jedynym argumentem w zapowiadanej akcji
propagującej wstępowanie do wojska ma być pewność miejsca pracy i w miarę przyzwoite zarobki przyszłych zawodowych szeregowych i podoficerów. Problemu z naborem by nie było, gdyby MON celowo wspierał
młodzież, która interesuje się wojskiem. W tej mierze nic jednak się nie
robi, chociaż jest w resorcie cały Departament Wychowania i Promocji
Obronności. Na stronie internetowej MON można przeczytać, że jest on
właściwy w zakresie: analizowania, programowania i realizowania zadań
wychowawczych, edukacji obywatelskiej, działalności
kulturalno-oświatowej, promocji obronności w kraju i poza jego
granicami, współdziałania z instytucjami państwowymi, organami samorządu
terytorialnego oraz organizacjami pozarządowymi w dziedzinie tworzenia
obywatelskiego zaplecza systemu obronności. Nie wydaje się, aby
zatrudnieni w tym departamencie ludzie dostrzegali wagę współpracy na
przykład z ruchem strzeleckim i promowali obronność w środowiskach
młodzieżowych. Do tego odnoszę wrażenie, że część kadry zawodowej nie ma
zrozumienia dla młodych ludzi garnących się do wojska. Dla zawodowych
wojskowych, w tym dowódców różnych szczebli, jednostki strzeleckie i klasy wojskowe w szkołach to kłopot, z którym nie wiadomo co zrobić.
Domagają się oni mundurów, możliwości korzystania ze strzelnic i placów
ćwiczeń, chcą instruktorów i szkoleń. Same strapienia. Do tego wykonanie
projektu tak zwanego uzawodowienia wojska całkowicie wyeliminuje
inicjatywy obywatelskie z obszaru obronności. Skoro za bezpieczeństwo
narodowe ma odpowiadać kilkadziesiąt tysięcy zawodowców, to po co w takim systemie jacyś "amatorzy"? Dla nich miejsca nie będzie. Jeśli nie
znajdzie się siła zdolna odpowiednio wpłynąć na politykę i decyzje
ministrów, to ruch strzelecki i idea powszechnej obrony kraju przegrają.
Sądzę, że z powyższego jasno wynika, co bym zrobił, gdybym był ministrem
obrony narodowej, ale nim nie jestem i zapewne nigdy nie będę. W końcu o tym, kto zostaje ministrem obrony, decydują kwalifikacje i przygotowanie
merytoryczne do zajmowanego stanowiska - ha, ha, żartowałem!
Chciałem zapytać o powrót do polityki. Ale wiem, że najpierw musiałaby
się zakończyć sprawa przed sądem, jaka toczy się względem pana ministra.
Pański asystent został już uniewinniony. Panu rzuca się kłody pod nogi -
a to choruje pani asesor, a to sąd odracza rozprawy... Jak w tej chwili
wygląda ta sprawa? Bo w to, że zostanie pan uniewinniony, wierzy całe
moje środowisko, pytanie kiedy i dlaczego tak długo?
- W tej mojej sprawie nie wszystko szło wolno. Były też bardzo szybkie
działania. W końcowym okresie mojego urzędowania w MON byłem
przewodniczącym komisji przetargowej do wyboru samolotu wielozadaniowego
i miałem zgodnie z harmonogramem rozstrzygnąć przetarg 14 września 2001
roku. Tymczasem 7 lipca 2001 roku w sobotę dziennik "Rzeczpospolita"
opublikował artykuł Kasjer z MON oskarżający mojego współpracownika Z.
Farmusa o łapownictwo. We wtorek (10 lipca) UOP zatrzymał go na promie
płynącym do Szwecji. Tego samego dnia minister Komorowski złożył do
premiera Buzka wniosek o usunięcie mnie ze stanowiska i od 12 lipca nie
miałem prawa wstępu do ministerstwa. Media na wszelkie sposoby
podnosiły, że wykryto w MON "największą w historii korupcję". Przetarg
na samoloty i parę innych dość ważnych zakupów (łączna wartość ponad 25
mld zł) rozstrzygnęli moi następcy. Gorzej natomiast szły sprawy w prokuraturze i sądach. Początek śledztwa, 10 listopada 2001 roku, to
zapewne był prezent na święto 11 Listopada. Trwało do 24 kwietnia 2004
roku, gdy prokuratura złożyła w sądzie akt oskarżenia. Proces zaczął się
ponad rok później, 25 września 2005 roku, i został przerwany w grudniu
2006 roku ze względu na stan brzemienny sądzącej mnie pani asesor -
sprawę rozpatrywał sąd rejonowy. Potem "wymiar" zapadł w błogi letarg. W lipcu sąd rejonowy uznał się za niewłaściwy i przekazał akta sprawy do
sądu okręgowego. We wrześniu sąd okręgowy uznał się za niewłaściwy i odesłał akta do sądu rejonowego. Po wyborach coś się zmieniło, bowiem w końcu listopada dostałem zawiadomienie, że zaczną mnie od nowa sądzić w styczniu 2008 roku. Tak więc reasumując: bardzo szybko wyrzucono mnie z MON, tak jakby komuś bardzo się spieszyło, a bardzo, bardzo wolno mnie
sądzą, w tej kwestii jak widać pośpiechu nie ma.
Czy wróci pan jeszcze do polityki? Jeśli tak, czy będzie budował nową
formację? Jak pan ocenia szanse Prawa i Sprawiedliwości na przetrwanie
kryzysu powyborczego. Czy widziałby się pan w tej formacji?
- Te pytania są raczej z gatunku science fiction. Ciąży na mnie zarzut
natury korupcyjnej - cóż z tego, że żadnych przestępstw nie popełniłem,
skoro prokuratura w akcie oskarżenia domaga się wsadzenia mnie na
dziesięć lat do więzienia1. Ta okoliczność pozbawia mnie zaufania publicznego. No
już widzę, jak prezes Kaczyński z otwartymi ramionami przyjmuje mnie do
PiS. Nawet gdybym chciał, to przecież nie spełniam warunków, by zajmować
się polityką. Na marginesie: za "obalanie ustroju PRL" za komuny skazano
mnie na pięć lat więzienia, a za zbyt tanie według oskarżycieli kupienie
używanej lancii mam dostać w wolnej Polsce dwa razy więcej -
osiągnęliśmy więc w III RP znaczny postęp... w karaniu.
"My Naród"
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W moim przypadku ostateczny prawomocny wyrok uniewinniający zapadł 8 listopada 2010 roku, po 9 latach postępowań w prokuraturze i przed sądami, a w przypadku Zbigniewa Farmusa ostateczny prawomocny wyrok uniewinniający ogłoszono 2 lutego 2017 roku - po 16 latach postępowań. W tym okresie Farmus był przetrzymywany przez 2,5 roku w areszcie śledczym. [wróć]
Projektów ustaw nie ma, ale znalazłem na stronie internetowej MON dział pt. Profesjonalizacja, a w nim "pytania i odpowiedzi" dotyczące także moich wątpliwości. I tak mądre głowy z MON wyjaśniają, że "Wprowadzenie profesjonalizacji Sił Zbrojnych rozumieć należy jako pełnienie służby wojskowej przez żołnierzy zawodowych, przy jednoczesnym zawieszeniu obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej". Hm, zawieszony obowiązek? I dalej czytamy: "...w przypadku określonych zagrożeń i potrzeb Sił Zbrojnych, Prezydent RP - działając na wniosek Rady Ministrów - będzie miał prawną możliwość ponownego wprowadzenia obowiązku zasadniczej służby wojskowej. Zatem obowiązek powszechnej obrony w dalszym ciągu będzie miał charakter powszechny, a projektowane przepisy jedynie ograniczają jego zakres". Czyli przepisy tak "ograniczają" zakres służby wojskowej, że powszechnej służby wojskowej nie ma. I najzabawniejsze: "Jednakże każdy obywatel polski, zdolny do pełnienia służby wojskowej, w myśl art. 85 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązany jest do obrony ojczyzny, co oznacza, że projektowana zmiana charakteru Sił Zbrojnych nie zdejmuje konstytucyjnych zobowiązań obywatela wobec państwa". Innymi słowy, obywatel ma nadal obowiązek, tylko państwo (wojsko) nie zamierza mu w niczym pomóc, aby w razie potrzeby mógł ten obowiązek spełnić; hm, w bój bez broni? I kuriozum. Pytanie: "Kto będzie miał uregulowany stosunek do powszechnego obowiązku obrony?". Odpowiedź: "Wszyscy ci, którzy dopełnili obowiązku zgłoszenia się do kwalifikacji wojskowej celem założenia ewidencji wojskowej". Czyli wystarczy zarejestrować się i wszystko będzie okej, możemy zaśpiewać: Dzisiaj rezerwa w szeregi staje, a komu broń swą oddaje? [wróć]
Obecnie w WP nie ma żadnych jednostek obrony terytorialnej, bowiem minister Klich wszystkie zlikwidował. [wróć]
George Friedman, Nowe mocarstwo nad Wisłą, "Rzeczpospolita" 21.11.2008. [wróć]
"Dziennik" (20.01.2009) podaje: "Ponad 3 mld złotych brakuje w kasie MON. Do tej pory resort obrony szacował, że budżetowa dziura jest prawie dwukrotnie mniejsza. Dobrą minę do złej gry robi szef resortu. Bogdan Klich zapowiada, że MON zapłaci zaległe rachunki najpóźniej do 10 lutego". [wróć]
Z racji na udział tej gazety w nagonce na mnie w 2001 roku, kiedy zamieszczony w niej artykuł Kasjer z MON uruchomił wymierzoną we mnie lawinę oskarżeń i zarzutów podjętych przez prokuraturę. [wróć]
http://www.publications.parliament.uk/pa/cm200809/cmselect/cmdfence/276/27602.htm [wróć]
Czyje to służby, czyje?
11 stycznia 2008
Czyje to służby, czyje?
Dziś media doniosły o wykryciu kolejnego tajnego agenta WSI. Miał nim
być poseł PiS i były wiceminister spraw zagranicznych Paweł Kowal. Kowal
powiada - nieprawda. Owszem, dzwonili do mnie, pytali o coś w sprawach
zagranicznych, ale agentem WSI nie byłem. Następnie PiS zwołał
konferencje prasową i przewodniczący Gosiewski zapewniał, że partia ma
pełne zaufanie do Kowala, wierzy mu. No, a media dociekają, czy premier
Jarosław Kaczyński i prezydent Lech Kaczyński o tym wiedzieli. Czyli
sensacja co się zowie.
Mam raczej kiepskie doświadczenia z WSI. W końcu ministrowie obrony
narodowej Onyszkiewicz i Komorowski kazali podwładnym z WSI inwigilować
mnie, to jest "objąć działaniami". Oficerowie tych służb maczali pazurki
w mojej "aferze korupcyjnej". Także raport komisji kierowanej przez
ministra Macierewicza wskazuje, że w służbach wojskowych były tak zwane
nieprawidłowości. Ale jest i druga strona tego medalu. Od 1989 roku mamy
państwo polskie, III RP. W nim funkcjonuje aparat państwowy i siły
zbrojne. Częścią tego aparatu są służby tajne, a częścią sił zbrojnych
były Wojskowe Służby Informacyjne. Zdaję sobie sprawę, że w obecnej
Polsce pozostało sporo reliktów z dawnego PRL. W końcu zmiana ustroju
była wyjątkowo łagodna (ten Okrągły Stół) i nie było rozliczeń z poprzednim systemem. Postulat dekomunizacji, zgłaszany między innymi
przez takich oszołomów jak ja, nie uzyskał akceptacji wyborczej.
Niepodległe państwo polskie powstało więc z budulca czasem nie do końca
legalnego. Mimo to można zadać pytanie: jaki powinien być stosunek
obywatela do obecnego państwa? Czy ma on je wspierać, służyć, gdy
trzeba, czy też trzymać się z dala i nie "kolaborować". A może wspierać
państwo, gdy popierana przez niego opcja rządzi, i zwalczać, gdy wybory
wygra opcja przeciwna?
I dalej: jak powinien zachować się obywatel, gdy tajne służby państwa
polskiego chcą jego pomocy lub co gorsza, chcą go zwerbować? I dalej -
czy obywatel, który podjął współpracę z tajnymi służbami III RP, jest
takim samym nikczemnikiem jak na przykład tajny współpracownik
komunistycznej Służby Bezpieczeństwa?
Andrzej Grajewski, zasłużony działacz dawnej PRL-owskiej opozycji i wybitny znawca stosunków na Wschodzie, ujawniony został przez
Macierewicza jako "konsultant" WSI. To miało kompromitować Grajewskiego.
Takich przypadków było więcej. Zwracam uwagę, że tym ludziom nie
wykazano działań niezgodnych z prawem. Uznano za kompromitujący fakt
pomagania legalnym przecież państwowym służbom wywiadowczym.
Sejm RP postanowił zlikwidować WSI, ale nie uznał tych służb za
organizację przestępczą. Dlaczego poseł Kowal musi bronić się przed
podejrzeniami o współpracę z WSI?
Ukraina
18 stycznia 2008
Ukraina
Nie ulega wątpliwości, że niepodległa Ukraina jest ważnym elementem
wpływającym na stan bezpieczeństwa Polski. Adolf Bocheński w pracy
Między Niemcami a Rosją ogłoszonej w 1937 roku wskazywał, że powstanie
państwa ukraińskiego odsunie rosyjski imperializm od granic Polski. I zastanawiał się, czy nie będzie konieczny sojusz z Rosją, jeśli
niepodległa Ukraina stanie się sojusznikiem Niemiec, a jej polityka
będzie wroga Polsce.
Polska po upadku ZSRR jako pierwsza uznała niepodległą Ukrainę. Kolejne
rządy RP deklarują, że Ukraina jest partnerem strategicznym Polski, a politycy polscy, bez względu na opcję, wyrażają przekonanie, że dobre
relacje polsko-ukraińskie mają wielkie znaczenie.
Tymczasem powstaje pytanie: Jaka będzie w przyszłości ta Ukraina? Lub
dalej: Na jakiej tradycji Ukraińcy budują swoją państwowość i co z tego
może wynikać dla przyszłych relacji z Polską?
Byłem we Lwowie i widziałem pomnik führera nacjonalistów ukraińskich
Stefana Bandery, tego samego, który nakazał mordowanie Polaków.
Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko ogłosił nie tak dawno, że dowódca
UPA Roman Szuchewycz "Czuprinka", który wskazanie Bandery wykonał,
otrzymał pośmiertnie tytuł bohatera narodowego Ukrainy. Aktem prawnym
przygotowywanym przez prezydenta Juszczenkę i popieranym przez premier
Julię Tymoszenko, która zresztą też zabiega o względy nacjonalistów,
jest ustawa przyznająca byłym upowcom status kombatantów, czyli członków
formacji zbrojnej czynnie walczącej przeciwko Niemcom w latach II wojny
światowej po alianckiej stronie!
Ukraina jest dużym państwem, terytorialnie ponad dwa razy większym od
Polski. Uważny obserwator dostrzeże, że mamy tam wschodnią zrusyfikowaną
Ukrainę i zachodnią, czyli ziemie dawnej II RP, gdzie głos decydujący
dziś mają spadkobiercy wrogów Polski z OUN i UPA.
W czasie II wojny światowej kolaborujący z hitlerowcami nacjonaliści
ukraińscy dopuścili się straszliwych zbrodni na ludności polskiej
zamieszkującej ziemie wschodnie RP. Te zbrodnie nie zostały nigdy
osądzone, a ich sprawcy żyją dziś w chwale bojowników o niepodległą
Ukrainę. Co więcej, w imię fałszywie pojmowanej przyjaźni z Ukraińcami
te zbrodnie są też przemilczane przez władze RP.
Mamy dylemat. Prozachodnia Ukraina to odgrzewanie wrogich Polsce
"tradycji" ukraińskiego nacjonalizmu. Natomiast polityczni przeciwnicy
spadkobierców UPA ciągną Ukrainę do Rosji. Kogo mamy popierać na
Ukrainie i kogo tam wybrać? Czy na ten temat ktoś "trzymający władzę" w Polsce się zastanawia?
Minister Sikorski w Moskwie
21 stycznia 2008
Minister Sikorski w Moskwie
W relacjach polsko-rosyjskich są widoczne zmiany na lepsze. Ministrowie
spraw zagranicznych Polski i Rosji wymieniają uśmiechy i uściski rąk.
Minister Ławrow oświadczył, że Rosja nie zamierza niczego na Polsce
wymuszać w sprawie amerykańskiej tarczy. Minister Sikorski taktownie
milczał na temat rury gazowej w Bałtyku (jako minister obrony w rządzie
PiS porównywał ją do paktu Ribbentrop-Mołotow z 1939 roku) i zapewnił,
że Polska będzie pragmatyczna w kontaktach z Rosją. Czyli idzie ku
zgodzie. Tylko w państwach bałtyckich, na Ukrainie i w Gruzji
zastanawiają się, nie wiedzieć czemu, jaki to będzie ten polski
pragmatyzm.
Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak przypomniałem sobie o pakcie o nieagresji, jaki II RP zawarła dawniej z sowiecką Rosją. Na początku lat
trzydziestych Moskwa zaniepokojona zmianami politycznymi w Niemczech -
hitlerowcy byli coraz bliżej władzy - i zagrożona przez Japonię na
Dalekim Wschodzie przyjęła polską ofertę znormalizowania bardzo dotąd
złych stosunków z Warszawą. Po negocjacjach trwających od listopada 1931
roku w lipcu 1932 roku strony podpisały w Moskwie wspomniany pakt o nieagresji. Stwierdzano w nim, że odtąd ewentualne spory będą
rozstrzygane wyłącznie na drodze pokojowej, a podstawą będzie traktat
pokojowy z 1921 roku ustanawiający "ostatecznie" granice między obu
państwami oraz tak zwany pakt Brianda-Kelloga zakazujący agresji.
Strony deklarowały, że nie będą wspierać agresji innego państwa
wymierzonej w drugą ze stron. Zapisano też, że działaniami sprzecznymi z paktem: "będzie wszelki akt gwałtu naruszający całość i nietykalność
terytorium lub niepodległość polityczną drugiej umawiającej się strony,
nawet gdyby te działania były dokonane bez wypowiedzenia wojny i z uniknięciem wszelkich jej możliwych przejawów".
W maju 1934 roku Polska i ZSRR postanowiły przedłużyć obowiązywanie
paktu o nieagresji do 31 grudnia 1945 roku.
Rok później, w maju 1935 roku, zmarł marszałek Piłsudski. W okazjonalnym
artykule zamieszczonym w "Izwiestiach" pisano: "Naszą sprawą nad mogiłą
człowieka, którego jedyną namiętnością była myśl o niepodległości i wielkości Polski, tak jak On to rozumiał - jest wyciągnąć dłoń do narodu
polskiego i powiedzieć mu: "Nic nie grozi Polsce ze strony Związku
Radzieckiego".
Minister Ławrow zapewnił ministra Sikorskiego, że ułożenie rury na dnie
Bałtyku nie będzie miało żadnego negatywnego skutku dla przyszłych
dostaw rosyjskiego gazu do Polski.
NATO, UE i Polska
19 lutego 2008
NATO, UE i Polska
W dyskusji po moim wezwaniu do tworzenia siły militarnej pojawiły się
głosy, że zarówno Amerykanie, jak i Unia nie potrzebują silnej wojskowo
Polski, więc reformowanie systemu obronnego RP i umacnianie wojska są
pozbawione realizmu. Jeden z dyskutantów napisał: "...tworzenie potęgi
polsko-litewskiej to inne czasy... Polska ma skrępowane ręce poprzez
nadrzędność prawną UE i NATO. Tak naprawdę oni nie są zainteresowani
liczną i silną polską armią. Oni potrzebują mieć w pogotowiu kilka
tysięcy żołnierzy zawodowych, by ich przerzucać na różne psu na budę tak
zwane misje. Jeżeli UE trzyma nas nie tylko za gardło, ale i kieszeń, a tak jest bezspornie, to jak możemy mówić o silnej armii, porównując
czasy, podkreślam, czasy wolne i tamtą sytuację do czasów
teraźniejszych".
Nie mogę się zgodzić z opiniami, że Polska jest ubezwłasnowolniona w UE
i NATO. To jednak nie jest blok sowiecki, mimo wielu denerwujących
objawów lewactwa w Unii i braku zrozumienia w USA dla potrzeb polskiej
obronności. Inaczej też widzę sens udziału Polski w działaniach
zbrojnych poza granicami kraju, w tym na terenie Azji czy Afryki.
Zgadzając się, że dawna unia z Wielkim Księstwem Litewskim to inne
czasy, uważam, że w każdym czasie Polska może i powinna tworzyć swoją
silną pozycję. Dziś trzeba poszukiwać sposobów budowania siły inaczej
niż to było w czasach Kazimierza Wielkiego. Jednak wtedy i teraz o to
samo chodzi - o siłę państwa polskiego.
Jak dowiódł przebieg II wojny światowej, Polski nie stać na neutralność,
bowiem jej potencjał nie był i nadal nie jest na tyle wielki, aby
sprostać zagrożeniom. Przed 1939 rokiem Polska, znajdując się między
Niemcami Hitlera a Rosją Stalina, starała się realizować tak zwaną
politykę równowagi. Nie chciała opierać się na jednym z sąsiadów w obawie, że wówczas ściągnie na siebie uderzenie drugiego. Rząd w Warszawie odrzucił propozycję Hitlera wzięcia udziału w agresji na ZSRR
i nie godził się, aby Sowiety wsparły Polskę w razie konfliktu z Niemcami. Polska obawiała się, że w sojuszu z Hitlerem straci swoje
Ziemie Zachodnie i będzie satelitą Niemiec, a w sojuszu z Sowietami
straci Kresy Wschodnie i zostanie republiką sowiecką. W efekcie we
wrześniu 1939 roku doświadczyła napaści wojsk Hitlera i Stalina, którzy
porozumieli się w tajnym pakcie Ribbentrop-Mołotow. Wtedy też sojusze
Polski zawarte z Francją i Anglią okazały się nieskuteczne. To negatywne
doświadczenie z września 1939 roku pogłębiło jeszcze zdradzieckie
zachowanie Anglii i USA w Teheranie i Jałcie, gdzie sojusznicy Polski
oddali ją pod panowanie Sowietów.
Dlaczego mimo to uważam, że sojusz z Zachodem jest dla współczesnej
Polski potrzebny? NATO okazało się sprawnym i wiarygodnym sojuszem w okresie zimnej wojny. Jest więc czymś zdecydowanie skuteczniejszym niż
nasze sojusze z Anglią i Francją w 1939 roku.
Jednak przyszłość NATO i jego wiarygodność obronna stanowią obecnie
przedmiot obaw. Wydaje się słuszne, że po rozwiązaniu Układu
Warszawskiego NATO wyszło poza swoje granice i podjęło się misji
stabilizacyjnych - zapobiegających konfliktom w świecie. To inna rola
niż rozjemcza i pokojowa sił ONZ. Podstawą są działania zbrojne.
Problemem staje się, czy wszyscy członkowie NATO tak samo postrzegają
misję NATO w świecie? I czy będą chcieli uczestniczyć w tych operacjach?
Być może kryterium prawdy dla sojuszu będzie Afganistan. Jeśli siłom
NATO uda się opanować tam sytuację i powstanie stabilne państwo
afgańskie, zdolne własnymi siłami zapewnić wewnętrzny pokój, to NATO
jako formuła działania się obroni. Jeśli nie, to sens istnienia NATO
stanie pod znakiem zapytania. Wówczas także bezpieczeństwo Polski może
ulec zachwianiu.
Rosyjskie plany odbudowy imperium, czego obecna władza w Moskwie
specjalnie nie ukrywa, i wyraźne sympatie niemieckie, jeśli idzie o współpracę z Rosjanami, mogą znowu wepchnąć Polskę w trudne położenie.
Stąd udział Polski w działaniach NATO, też poza Europą, ma znaczenie.
Także bliska współpraca sojusznicza ze Stanami Zjednoczonymi, które
chyba jako jedyne mocarstwo zdają sobie sprawę, jakie procesy polityczne
mogą zagrozić obecnemu w marę stabilnemu porządkowi światowemu.
No i sprawa ewentualnych "europejskich sił zbrojnych". To kwestia
odnosząca się do naszej koncepcji polityki wojskowej w układach
sojuszniczych. Jak wspomniałem wyżej, przyszłość NATO rysuje się niezbyt
jasno. A sojusz północnoatlantycki opiera się głównie na sile militarnej
USA. Jeśli NATO ulegnie falsyfikacji jako skuteczny sojusz i rozpadnie
się, to Amerykanie wycofają się z Europy. W tej sytuacji Unia Europejska
i europejskie siły zbrojne, z zachowaniem suwerenności w dowodzeniu i dysponowaniu wojskiem (co udaje się w NATO), byłyby dla Polski innym
wsparciem bezpieczeństwa.
Można by zresztą już dziś, obok NATO, zacząć etapami budować wojskową
współpracę w tej dziedzinie, na przykład z armiami państw bałtyckich.
Nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć wspólne regionalne dowództwo i wspólny plan obrony regionu. Można razem ćwiczyć wojska oraz kształcić
oficerów. Lotnictwo polskie mogłoby na stałe objąć osłonę powietrzną
regionu, natomiast polska marynarka wojenna ochronę morską. Kolejnym
etapem mogłoby być pójście dalej w kierunku północnym - Finlandia,
Szwecja, Norwegia lub południowym - Słowacja, Rumunia, Węgry. Może w obu
jednocześnie? Ważną kwestią staje się współpraca wojskowa z Ukrainą i problemem bardziej politycznym niż wojskowym jest Białoruś.
Tworząc wschodnioeuropejski segment wojskowy, można by przećwiczyć pewne
rozwiązania i zaproponować je dla całej UE. To mogłaby być taka polska
"specjalizacja" i wkład do obronnej polityki unijnej. W każdym razie
polski resort obrony mógłby już dziś etapami budować europejskie siły
zbrojne w naszym regionie. Z tej pozycji moglibyśmy stać się ponadto
partnerem na przykład Francji, Niemiec i w konsekwencji stworzyć coś
sensownego militarnie, co miałoby istotne znaczenie dla bezpieczeństwa
narodowego Polski i regionu.
Traktujmy nasze obecne położenie jako szansę bezpieczeństwa, a nie drogę
ku katastrofie.