Stracone dziesięciolecie - Romuald Szeremietiew

Kup ebooka

70.00 zł
58.10 zł (55,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pia­seczno, 22 czerwca 2002

Pan Marek Król Tygo­dnik "Wprost"

Sza­nowny Panie Redak­to­rze,

Mam prawo sądzić, że auto­rzy arty­kułu Armia mar­no­traw­ców ("Wprost" nr 1021) wpro­wa­dzają czy­tel­ni­ków w błąd.

Posłużę się jed­nym przy­kła­dem odno­szą­cym się do opi­sa­nej w arty­kule samo­bież­nej arma­to­hau­bicy 155 mm. Otóż pro­jekt ten nie powstał w wyniku "widzi­mi­się" gene­ra­łów czy "naci­sku Sze­re­mie­tiewa". Był w pro­gra­mie moder­ni­za­cji Sił Zbroj­nych RP "Armia 2012" przy­ję­tym przez rząd pre­miera Wło­dzi­mie­rza Cimo­sze­wi­cza (SLD-PSL). Następ­nie został umiesz­czony wśród zobo­wią­zań natow­skich zaak­cep­to­wa­nych przez rząd pre­miera Jerzego Buzka (AWS-UW). Przy­po­mi­nam: wstę­pu­jąc do NATO, Pol­ska zobo­wią­zała się do uno­wo­cze­śnie­nia całej armii. Wśród róż­nych typów nowego uzbro­je­nia mamy zaku­pić nie tylko nowy samo­lot wie­lo­za­da­niowy czy trans­por­ter opan­ce­rzony, ale także przy­jęte w armiach NATO jako stan­dar­dowe uzbro­je­nie samo­bieżne arma­to­hau­bice 155 mm (cel EL0905).

Współ­cze­sna samo­bieżna arma­to­hau­bica jest wysoce mobil­nym środ­kiem ognio­wym do pre­cy­zyj­nego nisz­cze­nia celów (tak zwana amu­ni­cja inte­li­gentna) na dużych odle­gło­ściach - do i ponad 40 km. Może więc wystrze­li­wać poci­ski kase­towe zawie­ra­jące "podpoci­ski" typu SMART i nimi nisz­czyć czołgi i wozy opan­ce­rzone (poci­ski "wystrzel-zapo­mnij"), może także spe­cjal­nymi poci­skami mino­wać rejony zagro­żone ata­kiem wojsk prze­ciw­nika. Ta arty­le­ria może wyko­ny­wać zada­nia, które do nie­dawna reali­zo­wano za pomocą rakiet tak­tycz­nych zie­mia-zie­mia. Obec­nie nisz­cze­nie celów poci­skami arty­le­ryj­skimi pre­cy­zyj­nego raże­nia jest bar­dzo sku­teczne, a "inte­li­gentny" pocisk arty­le­ryj­ski dużo tań­szy od rakiety. W porów­na­niu do wyrzutni poci­sków rakie­to­wych działa samo­bieżne są też dla wroga trud­niej­sze do zlo­ka­li­zo­wa­nia i znisz­cze­nia. I nie jest naganne czy dzi­waczne - jak zdają się sądzić auto­rzy arty­kułu - uży­wa­nie samo­lo­tów bez­za­ło­go­wych do roz­po­zna­nia i kie­ro­wa­nia ogniem arma­to­hau­bic. Warun­kuje to sku­tecz­ność ognia i pre­cy­zję ude­rzeń. Reasu­mu­jąc, taka nowo­cze­sna arty­le­ria jest nie­zbędna w dzia­ła­niach bojo­wych dywi­zji i bry­gad zarówno w obro­nie, jak i w ataku.

W ramach przy­ję­tego przez MON pro­gramu zamie­rzano stwo­rzyć nie tylko pro­to­typ działa, ale tak zwany moduł dywi­zjo­nowy obej­mu­jący począt­kowo sześć, a osta­tecz­nie dwa działa i osiem innych pojaz­dów (dowo­dze­nie, kie­ro­wa­nie ogniem, logi­styka). W pierw­szej wer­sji (6 dział) koszt całego pro­gramu pla­no­wa­li­śmy na około 200 mln zł, w tym 86 mln zł na zakup od Bry­tyj­czy­ków sze­ściu wież armat­nich z dzia­łami i licen­cji - ze względu na ogra­ni­cze­nia finan­sowe kupiono dwie wieże i odpo­wied­nio mniej zapła­cono Bry­tyj­czy­kom. Na budowę, o ile pamię­tam, dwu pro­to­typów arma­to­hau­bicy Krab, a nie jed­nego, wydano ogó­łem 72 mln zł - te środki w więk­szo­ści tra­fiły do pol­skich zakła­dów. Twier­dze­nie, że jeden pro­to­typ Kraba kosz­to­wał 300 mln zł, jest nie­praw­dziwe. Takiej kwoty nie pla­no­wano i ni­gdy jej nie wydano.

Istot­nym ele­men­tem kon­traktu zawie­ra­nego przez Hutę Sta­lowa Wola (wyko­nawcę pro­gramu) z bry­tyj­ską firmą Vic­kers Ship­bu­il­ding & Engi­ne­ering Limi­ted były aspekty han­dlowe. W ramach umowy z Bry­tyj­czy­kami uzgod­niono, że strona pol­ska (HSW) będzie na zasa­dzie wyłącz­no­ści pro­du­ko­wać wieże na potrzeby armii bry­tyj­skiej - firma bry­tyj­ska zobo­wią­zała się do prze­ka­za­nia pol­skiej hucie bez­płat­nie (za sym­bo­licz­nego funta) maszyn i osprzętu do pro­duk­cji wież. Obok tego obie firmy (pol­ska i bry­tyj­ska) mają pod­jąć wspólne dzia­ła­nia mar­ke­tin­gowe pro­mu­jące pol­ską arma­to­hau­bicę na ryn­kach zagra­nicz­nych. Już dziś zain­te­re­so­wa­nie Kra­bem wyra­żają kraje posia­da­jące na uzbro­je­niu sprzęt pora­dziecki, na przy­kład Indie. Bio­rąc pod uwagę nowo­cze­sność pol­skiego działa, jego para­me­try i sto­sun­kowo niską cenę, poja­wiają się inni, mię­dzy innymi Szwe­dzi i Nor­we­go­wie.

W arty­kule "Wprost" arma­to­hau­bicę Krab nazwano "angiel­ską", wspo­mi­na­jąc jako swo­iste prze­ci­wień­stwo przed­wo­jenny pol­ski czołg 7TP, wzo­ro­wany, nomen omen, na bry­tyj­skim czołgu Vic­kers. Jeżeli jed­nak porów­namy wkład pol­skich kon­struk­to­rów, to okaże się, że arma­to­hau­bica Krab jest znacz­nie bar­dziej "pol­ska" niż dawny czołg 7TP. Pod­kre­ślam, że pro­to­typ Kraba jest pol­ską kon­struk­cją zre­ali­zo­waną przez HSW i OBRUM w Gli­wi­cach. Zaku­piona od Bry­tyj­czy­ków wieża została spo­lo­ni­zo­wana, a pol­ska kon­struk­cja ma znacz­nie lep­sze para­me­try tech­niczno-tak­tyczne w porów­na­niu do swego bry­tyj­skiego odpo­wied­nika. (Na ten temat pole­cam kom­pe­tentny tekst Andrzeja Kiń­skiego Debiut Kraba w mie­sięcz­niku "Nowa Tech­nika Woj­skowa" z lipca 2001 roku).

Ponadto czy­tel­nik arty­kułu nie dowie­dział się, że opóź­nie­nia w reali­za­cji pro­gra­mów i rezy­gna­cje z pla­no­wa­nych przed­się­wzięć zależą od środ­ków budże­to­wych.

Prak­tyka jest nastę­pu­jąca: dowódz­twa woj­skowe opra­co­wują potrzeby w zakre­sie uzbro­je­nia, a MON ustala, jakie środki i w jakim cza­sie można będzie wydać na nowy sprzęt. Pla­no­wa­nie nakła­dów odbywa się w opar­ciu o kil­ku­let­nią pro­gnozę docho­dów i wydat­ków pań­stwa przed­sta­wianą przez Mini­ster­stwo Finan­sów. Ta pro­gnoza powinna być zre­ali­zo­wana w kolej­nych budże­tach. W MON prze­targ czy pro­gram rusza, gdy Sejm RP uchwali budżet zawie­ra­jący zapla­no­wane środki. Jed­nak w przy­padku dzia­łań kil­ku­let­nich zazwy­czaj już w następ­nym roku reali­za­cji pro­gramu oka­zuje się, iż rze­czy­wi­stość budże­towa nie potwier­dza zało­żeń pro­gnozy - pie­nię­dzy jest mniej, ni­gdy wię­cej. MON musi więc ciąć zapla­no­wane wydatki. Dla­tego rezy­gna­cje z pla­no­wa­nych wcze­śniej przed­się­wzięć i opóź­nie­nia w reali­za­cji pro­gramów w nie­wiel­kim stop­niu zależą od dowód­ców woj­sko­wych, a tym bar­dziej od zwią­za­nych z woj­skiem ośrod­ków naukowo-badaw­czych i prze­my­słu.

Nie tak dawno tra­fi­łem na książkę byłego doradcy mini­stra Onysz­kie­wi­cza. Jej autor twier­dzi, że szef MON spryt­nie pod­ko­lo­ry­zo­wał dane obra­zu­jące stan pol­skiej armii i dzięki temu Pol­ska weszła do NATO. Doradca mini­stra prze­sa­dził. NATO dobrze znało stan naszego woj­ska. Gdyby rze­czy­wi­ście MON chciał oszu­ki­wać, to nie wyszłoby na zdro­wie sta­ra­niom Pol­ski o człon­ko­stwo w soju­szu. Kłam­czu­chów tam by raczej nie przy­jęto. Wspo­mi­na­jąc o tym, nie nama­wiam nikogo do pisa­nia kłamstw przy przed­sta­wia­niu stanu naszej obron­no­ści. Jeżeli jed­nak nie powin­ni­śmy popra­wiać rze­czy­wi­sto­ści, to także nie musimy wszyst­kiego widzieć w czar­nych bar­wach. Wystar­czy zacho­wać obiek­ty­wizm.

Przed­sta­wiony w arty­kule pro­blem moder­ni­za­cji armii pol­skiej warto roz­pa­trzyć, opie­ra­jąc się na rze­tel­nej ana­li­zie fak­tów, odrzu­ca­jąc zmy­śle­nia, plotki i powierz­chowne opi­nie. Auto­rzy arty­kułu nie potra­fili dotrzeć do dostęp­nych prze­cież danych. I nie cho­dzi tu tylko o wia­ry­god­ność ocen i wycią­gnię­tych wnio­sków. Bio­rąc pod uwagę opi­nio­twór­czą rolę mediów, taki tekst może mieć nega­tywny wpływ na poglądy osób decy­du­ją­cych o nakła­dach na moder­ni­za­cję armii. Może być swo­istym uza­sad­nie­niem dal­szego ogra­ni­cza­nia tych nakła­dów, bo czyż warto dawać pie­nią­dze "mar­no­traw­com"?

Romu­ald Sze­re­mie­tiew Dr hab. nauk woj­sko­wych

Kiedy MON zre­zy­gno­wał z "działa Sze­re­mie­tiewa", tra­ci­łem nadzieję, że coś z tego będzie. Jed­nak doświad­cze­nia wojenne ostat­nich lat dowo­dzące przy­dat­no­ści arty­le­rii takiej jak pol­ski Krab spra­wiły, że wraca mi nadzieja. Może więc Kraby tra­fią do pol­skiej armii i może będzie podob­nie także z innymi moimi zamia­rami w dzie­dzi­nie moder­ni­za­cji sił zbroj­nych i w obron­no­ści RP. Może?

Bał­kań­ski KOCIOŁ czy tylko kocio­łek?

27 lutego 2008

Bał­kań­ski KOCIOŁ czy tylko kocio­łek?

Dzie­więć­dzie­siąt cztery lata temu było tak: Zabój­stwo austriac­kiego arcy­księ­cia Fran­ciszka Fer­dy­nanda w Sara­je­wie 28 czerwca 1914 roku przez Serba Gaw­riło Prin­cipa stało się pre­tek­stem dla Austro-Węgier do wypo­wie­dze­nia wojny Ser­bii. Wywo­łało to łań­cuch kolej­nych wyda­rzeń - mobi­li­za­cja oddzia­łów rosyj­skich w celu obrony i wspar­cia Ser­bii, następ­nie wypo­wie­dze­nie wojny Rosji przez Niemcy, Niem­com przez Wielką Bry­ta­nię i Fran­cję - które dopro­wa­dziły do wybu­chu I wojny świa­to­wej. Armia Ser­bii odno­siła wiele zna­czą­cych suk­ce­sów, ale została osta­tecz­nie roz­bita przez połą­czone woj­ska Nie­miec, Austro-Węgier i Buł­ga­rii. W I woj­nie świa­to­wej Ser­bia ponio­sła ogromne straty - zgi­nęło około 1,264 mln osób - 28 pro­cent ówcze­snej serb­skiej popu­la­cji, 58 pro­cent wszyst­kich zamiesz­ku­ją­cych ten kraj męż­czyzn.

Po upadku komu­ni­zmu na Bał­ka­nach Jugo­sła­wia roz­pa­dła się na liczne pań­stwa naro­dowe. Był to pro­ces bole­sny, toczyły się krwawe walki, inter­we­nio­wały siły NATO (bom­bar­do­wa­nia Ser­bii). W końcu wyda­wało się, że udało się wyga­sić kipiący bał­kań­ski kocioł. I oto Albań­czycy zamiesz­ku­jący serb­ską pro­win­cję Kosowo ogło­sili nie­pod­le­głość. Pod bał­kań­skim kotłem poja­wił się pło­mień.

Pol­ska, a przed nią kil­ka­na­ście innych państw, wśród nich USA, Niemcy, Fran­cja, uznała nie­pod­le­głe muzuł­mań­skie pań­stwo Kosowo. Rosja popiera chrze­ści­jań­skich Ser­bów w opo­zy­cji do tego, co robią USA, Niemcy i... Pol­ska?

Poja­wia się pyta­nie, czy pań­stwa uzna­jące Kosowo postę­pują słusz­nie i czy Pol­ska, jedno z nich, zacho­wuje się zgod­nie z naszym inte­re­sem naro­do­wym? Prof. Adam Rot­feld, były szef MSZ, dziś dora­dza­jący mini­strowi Sikor­skiemu, mówi w wywia­dzie, że w spra­wie Kosowa "jak się zacho­wamy, nie odgrywa aż tak istot­nej roli, by miało zna­czący wpływ na roz­wój wypad­ków w tam­tym regio­nie. Gdyby Pol­ska wstrzy­my­wała się z uzna­niem Kosowa, to myślę, że - poza nami - nikt w świe­cie by tego nie odno­to­wał". Czyli nasze sta­no­wi­sko nie ma więk­szego zna­cze­nia. Czy uzna­li­by­śmy, tak jak Ame­ry­ka­nie czy Niemcy, lub nie uznali, jak na przy­kład Hisz­pa­nie, to jest, że tak powiemy z nie­miecka gantze gall. Wydaje się jed­nak, że pan pro­fe­sor raczy się mylić. Sam zresztą sobie zaprze­cza, bowiem w koń­co­wej czę­ści wywiadu powiada tak: "Wielu Pola­ków nie zdaje sobie sprawy, że elity serb­skie wobec naszego kraju mają nie­zwy­kle pozy­tywne nasta­wie­nie. Jeste­śmy dla nich repre­zen­tan­tem kraju sło­wiań­skiego, do któ­rego odczu­wają spon­ta­niczną sym­pa­tię, choćby dla­tego, że wielu czo­ło­wych inte­lek­tu­ali­stów serb­skich stu­dio­wało w naszym kraju. Gdy byłem sze­fem MSZ, poje­cha­łem do Ser­bii i Kosowa, by dać Ser­bom wyraźny sygnał, że Pol­ska trak­tuje ich jak peł­no­praw­nego part­nera. Wtedy odnio­słem wra­że­nie, że oni wycze­ki­wali takiej wizyty jak kania dżdżu". Czyli sta­no­wi­sko Pol­ski nie jest obo­jętne cho­ciażby dla samych Ser­bów. Co jed­nak Pol­ska powinna była zro­bić?

Ogło­sze­nie nie­pod­le­gło­ści przez Kosowo nie­wąt­pli­wie może zaini­cjo­wać nowy poważny kon­flikt na Bał­ka­nach. To zaś ozna­cza koniecz­ność anga­żo­wa­nia się w jego uspo­ko­je­nie Unii Euro­pej­skiej, a być może także NATO. Pol­ska jest człon­kiem obu tych wspól­not. Powinna była więc, skoro inni tego nie dostrze­gli, zaini­cjo­wać pro­ces uzgod­nie­nia wspól­nego sta­no­wi­ska zarówno UE, jak i NATO w kwe­stii nie­pod­le­gło­ści Kosowa. Wypra­co­wa­nie takiego sta­no­wi­ska dałoby czas na usta­le­nie roz­wią­zań poko­jo­wych, potrzebny plan dzia­łań i nie wpy­cha­łoby Ser­bii w ręce Putina. W takiej sytu­acji wyjazd dele­ga­cji pol­skiego MSZ do Bel­gradu i pod­ję­cie z tej pozy­cji roz­mów z wła­dzami Ser­bii mogłoby być bar­dzo kon­struk­tywne. W obec­nej sytu­acji, gdy Pol­ska już uznała Kosowo, zda się to psu na budę.

Wydaje się, że pol­ski rząd, zamiast wyko­rzy­stać przy­ja­zne nasta­wie­nie Ser­bów do Pola­ków i uczest­ni­czyć w kon­struk­tyw­nym roz­wią­zy­wa­niu pro­blemu, swoją decy­zją w spra­wie Kosowa dorzu­cił jesz­cze jedną gałązkę do ognia pło­ną­cego już pod bał­kań­skim kocioł­kiem. A jeśli się mylę i to jest KOCIOŁ, a nie kocio­łek?

Czy teraz w odwe­cie za Ser­bię Rosja zerwie kon­trakt z Niem­cami na budowę rury gazo­wej w Bał­tyku, a Niemcy na złość Rosja­nom uznają nie­pod­le­głość muzuł­mań­skiej Cze­cze­nii?

Non­sza­lan­cja mini­stra obrony

3 kwiet­nia 2008

Non­sza­lan­cja mini­stra obrony

Obej­rza­łem w TVP3 kon­fe­ren­cję pra­sową szefa MON. Mini­ster Bog­dan Klich powie­dział dzien­ni­ka­rzom: "Tra­ge­dia pod Miro­sław­cem poka­zała dużą skalę non­sza­lan­cji w pol­skich Siłach Powietrz­nych".

Dość szcze­gó­łowo omó­wiono prze­bieg lotu, przed­sta­wiono przy­czyny kata­strofy i uka­zano czarny obraz pol­skiego lot­nic­twa woj­sko­wego. Dowie­dzie­li­śmy się, że zawi­nili piloci, nie­do­uczeni w lata­niu na tym typie samo­lotu, zawi­nili kon­tro­le­rzy lotu, roz­ma­wia­jący z pilo­tami niczym gęś z pro­się­ciem - oni poda­wali dane w metrach i kilo­me­trach, a piloci myśleli, że to są stopy i mile. Zawi­nili orga­ni­za­to­rzy lotu i Cen­trum Ope­ra­cji Powietrz­nych. Czyli gene­ral­nie syf i kilka metrów mułu. Prze­ko­na­nie byłego mini­stra obrony naro­do­wej Bro­ni­sława Komo­row­skiego, że pol­ski lot­nik potrafi latać na drzwiach od sto­doły, nie spraw­dziło się. Według Kli­cha "drzwi" spa­dły na zie­mię.

Nie o tym jed­nak warto mówić. Infor­ma­cje podane przez mini­stra Kli­cha należą do tak zwa­nych wraż­li­wych. Przed­sta­wiają istotne ułom­no­ści w funk­cjo­no­wa­niu sił powietrz­nych RP. Gene­ral­nie wyka­zują nie­spraw­ność szko­le­nia i kon­troli lotów oraz bała­gan w struk­tu­rze dowód­czej. To cenna infor­ma­cja dla wywia­dów państw nam wro­gich i osła­bia­jąca pozy­cję Pol­ski w rela­cjach sojusz­ni­czych. To chyba oczy­wi­ste.

Wiem, że w Pol­sce obo­wią­zuje fał­szy­wie poj­mo­wany przy­mus tak zwa­nej przej­rzy­sto­ści (trans­pa­rent­no­ści) i dzien­ni­ka­rze staną na gło­wie, by każdą tajem­nicę wydrzeć. To jed­nak nie ozna­cza, że woj­sko musi temu ule­gać i nie powinno chro­nić tajem­nic. Nie cho­dzi o zamia­ta­nie pod dywan sprawy, tylko o spo­sób jej zała­twie­nia bez ujaw­nia­nia innym naszych sła­bo­ści. Kata­strofa samo­lotu powinna być dokład­nie zba­dana, wycią­gnięte sto­sowne wnio­ski, winni uka­rani, ale CO i JAK powinni wie­dzieć nie­liczni, tylko ci, któ­rzy odpo­wia­dają za stan obron­no­ści Pol­ski. Nie powinni tego wie­dzieć na pewno ci, któ­rzy zagra­nicą zaj­mują się zawo­dowo oceną stanu pol­skiego woj­ska.

Mini­ster Klich, zarzu­ca­jąc lot­ni­kom non­sza­lan­cję, sam non­sza­lancko postą­pił, ujaw­nia­jąc wyniki pracy komi­sji bada­ją­cej kata­strofę samo­lotu CASA.

Brak amu­ni­cji

13 kwiet­nia 2008

Brak amu­ni­cji

Trzy­na­stego kwiet­nia 1943 roku Niemcy ogło­siły światu o odkry­tych pod Smo­leń­skiem maso­wych gro­bach pol­skich ofi­ce­rów. Dziś obcho­dzimy dzień pamięci o ofia­rach tej zbrodni. Mam wła­sne doświad­cze­nie w tej mie­rze. Przed laty, 8 paź­dzier­nika 1982 roku, sąd War­szaw­skiego Okręgu Woj­sko­wego w skła­dzie trzech sędziów, wyso­kich ofi­ce­rów LWP, ska­zał mnie na pięć lat wię­zie­nia. Wśród moich prze­stępstw było też "szka­lo­wa­nie" ZSRR i pod­wa­ża­nie soju­szu z Sowie­tami, bowiem gło­si­łem, że zbrodni w Katy­niu doko­nało NKWD. Sąd, ska­zu­jąc mnie, oparł się na "eks­per­ty­zie" płk. Juliana Sokoła, "pra­cow­nika nauko­wego" Woj­sko­wej Aka­de­mii Poli­tycz­nej im. Feliksa Dzier­żyń­skiego, który oczy­wi­ście stwier­dził, że to Niemcy wymor­do­wali pol­skich ofi­ce­rów.

Jak wia­domo, strona rosyj­ska nie uznaje zbrodni katyń­skiej za ludo­bój­stwo. Stwier­dziła też, że zbrod­nia się przedaw­niła i nie chciała ści­gać żyją­cych jesz­cze opraw­ców. Utaj­niła mate­riały śledz­twa. I nawet trudno się temu dzi­wić. Skoro obecna Fede­ra­cja Rosyj­ska uznaje się za praw­nego kon­ty­nu­atora Związku Sowiec­kiego, to zapewne uważa za konieczne bro­nić przed odpo­wie­dzial­no­ścią karną funk­cjo­na­riu­szy ZSRR, któ­rzy mor­du­jąc Pola­ków w Katy­niu i tylu innych miej­scach na "nie­ludz­kiej ziemi", wyko­ny­wali roz­kazy władz pań­stwo­wych ZSRR.

Czy ta postawa Kremla w spra­wie zbrodni katyń­skiej powinna być przez Pol­skę zaak­cep­to­wana w imię poprawy rela­cji pol­sko-rosyj­skich?

Dwa lub trzy tygo­dnie temu, oglą­da­jąc pro­gram jed­nej ze sta­cji komer­cyj­nych, natkną­łem się na roz­mowę z dzien­ni­ka­rzem, który pra­cuje na zle­ce­nie tej sta­cji w Moskwie. Opo­wia­dał, jak to jego ekipa nie zauwa­żyła, że kame­rzy­sta, fil­mu­jąc frag­ment ulicy, kadrem objął jakiś budy­nek woj­skowy, na któ­rym była tabliczka zaka­zu­jąca foto­gra­fo­wa­nia. Zostali natych­miast zatrzy­mani przez rosyj­skich żoł­nie­rzy i dopro­wa­dzeni przed obli­cze jakie­goś wyż­szego ofi­cera. Ten zapy­tał, kim są fil­mu­jący, a gdy usły­szał, że z Pol­ski, powie­dział: A Paliaki, tak wsiech rastrie­lat'. Pro­wa­dzący pro­gram z nadzieją w gło­sie zaczął dopy­ty­wać, czy to był żart. A gdy usły­szał, że to był żart, rado­śnie obwie­ścił: "A więc nie jest źle. To dobrze rokuje na przy­szłość w sto­sun­kach z Rosją".

W cza­sie wojny domo­wej w pew­nym mie­ście na Sybe­rii miej­scowa cze­re­zwy­czajka aresz­to­wała wielu ludzi. Po kilku dniach wszyst­kich zwol­niono do domów. Kiedy więc po pew­nym cza­sie zostali znów wezwani, nikt się nie ukry­wał, wszy­scy sta­wili się przed obli­cza komi­sa­rzy, wie­rząc, że cho­dzi o wyja­śnie­nie jakichś nie­po­ro­zu­mień. I wszy­scy zostali roz­strze­lani. Dla­czego nie roz­strze­lano ich wcze­śniej? Bowiem oprawcy cze­kali na dostawę amu­ni­cji.

Nie wiem dla­czego, ale wła­śnie dziś, gdy oglą­da­łem uro­czy­sto­ści katyń­skie, przy­po­mniał mi się "żart" rosyj­skiego koman­dira i ta opo­wieść o braku amu­ni­cji z począt­ków ist­nie­nia ZSRR. W Katy­niu amu­ni­cja była na czas, a roz­kaz rastrie­lat' nie był żar­tem.

To ci suk­ces

1 maja 2008

To ci suk­ces

W mediach poja­wiła się wia­do­mość, że kolejny tak zwany szczyt NATO odbę­dzie się w marcu 2009 roku w Pol­sce. Mini­ster spraw zagra­nicz­nych Rado­sław Sikor­ski sko­men­to­wał to w ten spo­sób: "W dzie­sią­tym roku naszej obec­no­ści w soju­szu prze­sta­jemy być tak zwa­nym nowym człon­kiem". Opi­nię szefa MSZ wzmoc­nił mini­ster obrony Bog­dan Klich: "Jestem prze­ko­nany, że to nie tylko świa­dec­two naszej pozy­cji w soju­szu pół­noc­no­atlan­tyc­kim, ale też szansa, że w kolej­nych mie­sią­cach i latach ta pozy­cja będzie rosła. Jed­nym z wymia­rów tej pozy­cji jest dostrze­ga­nie przez naszych sojusz­ni­ków naszej rosną­cej roli w Afga­ni­sta­nie".

Rze­czy­wi­ście, szczyty NATO to ważne wyda­rze­nia w soju­szu. W ramach NATO odby­wają się wpraw­dzie także regu­larne spo­tka­nia na niż­szym szcze­blu. Dwa razy w roku Rada Pół­noc­no­atlan­tycka (NAC) spo­tyka się na szcze­blu mini­strów spraw zagra­nicz­nych oraz na szcze­blu mini­strów obrony. Jed­nak tylko pod­czas szczy­tów soju­szu NAC obra­duje na szcze­blu naj­wyż­szym - głów państw i sze­fów ich rzą­dów. Są one oka­zją dla przy­wód­ców państw człon­kow­skich NATO do wspól­nej oceny dzia­ła­nia struk­tur soju­szu i okre­śle­nia stra­te­gicz­nych kie­run­ków jego roz­woju. Na szczy­tach NATO wpro­wa­dza się nowe kie­runki poli­tyki soju­szu, zapra­sza nowych człon­ków, wpro­wa­dza nowe ini­cja­tywy i pro­wa­dzi klu­czowe roz­mowy z pań­stwami spoza soju­szu. I warto pod­kre­ślić, że nie są to spo­tka­nia regu­larne, w stale wyzna­czo­nych ter­mi­nach, lecz uza­leż­nione od poli­tycz­nych usta­leń i potrzeb.

Skoro więc naj­bliż­szy szczyt odbę­dzie się w Pol­sce, to czy mini­stro­wie spraw zagra­nicz­nych i obrony mają powód do dumy i czy mają rację? Z ich słów wynika, że orga­ni­za­cja tej kon­fe­ren­cji w Pol­sce ozna­cza, że nasz kraj zna­lazł się w gru­pie waż­nych i "sta­rych" człon­ków NATO. Jak można więc wywnio­sko­wać, w prze­ci­wień­stwie do tych nie­dawno przy­ję­tych i zapewne mniej waż­nych.

Pakt Pół­noc­no­atlan­tycki, sojusz poli­tyczno-woj­skowy państw Europy Zachod­niej, USA i Kanady został powo­łany do ist­nie­nia w Waszyng­to­nie 4 kwiet­nia 1949 roku na pod­sta­wie uchwa­lo­nej przez Senat USA w 1948 roku rezo­lu­cji, która wzy­wała do two­rze­nia blo­ków mili­tar­nych w celu zapo­bie­ga­nia sowiec­kiemu zagro­że­niu. Układ pod­pi­sało wów­czas dwa­na­ście państw: Bel­gia, Dania, Fran­cja, Holan­dia, Islan­dia, Luk­sem­burg, Nor­we­gia, Por­tu­ga­lia, Wielka Bry­ta­nia, Wło­chy, a także Kanada i USA. Następ­nie do soju­szu przy­jęto Gre­cję i Tur­cję (1952), Niemcy - RFN (1955) i jako ostat­nią Hisz­pa­nię (1982). Ta grupa państw człon­kow­skich była okre­ślana jako tak zwani sta­rzy człon­ko­wie NATO.

Grupę nowych człon­ków otwie­rały Cze­chy, Węgry i Pol­ska, przy­jęte w 1999 roku po roz­sze­rze­niu NATO, co było moż­liwe w następ­stwie upadku komu­ni­zmu. Ten pro­ces przyj­mo­wa­nia nowych człon­ków trwał. Kolej­nymi stały się Litwa, Łotwa, Esto­nia, Sło­wa­cja, Sło­we­nia, Rumu­nia i Buł­ga­ria (2004).

W okre­sie ist­nie­nia NATO odbyły się 22 spo­tka­nia (szczyty) przy­wód­ców państw człon­kow­skich soju­szu. Od 1999 roku, czyli od momentu przy­ję­cia Pol­ski do NATO, odbyły się spo­tka­nia: w Waszyng­to­nie (USA) - kwie­cień 1999, Bruk­seli (Kwa­tera Główna NATO) - czer­wiec 2001, Rzy­mie (Wło­chy) - maj 2002, Pra­dze (Cze­chy) - listo­pad 2002, Istam­bule (Tur­cja) - czer­wiec 2004, Rydze (Łotwa) - listo­pad 2006 i w Buka­resz­cie (Rumu­nia) - kwie­cień 2008.

Odwo­łu­jąc się więc do krze­pią­cych słów obu mini­strów, trzeba by przy­jąć, że do grona "sta­rych" człon­ków przed Pol­ską wła­dze NATO zali­czyły Cze­chy, Łotwę i Rumu­nię i że mają one w soju­szu co naj­mniej tak samo mocną pozy­cję, cho­ciaż ich zaan­ga­żo­wa­nie na przy­kład w dzia­ła­niach afgań­skich jest nie­po­rów­ny­wal­nie mniej­sze od pol­skich, a nawet żadne.

Roz­wią­zy­wa­nie armii

15 maja 2008

Roz­wią­zy­wa­nie armii

Dowódca eli­tar­nej 6 bry­gady desan­towo-sztur­mo­wej gen. Jerzy Wój­cik został zdjęty ze sta­no­wi­ska przez mini­stra obrony. Gene­rał, bro­niąc dobrego imie­nia swo­ich żoł­nie­rzy, przy­po­mniał, że woj­sko musi wyko­ny­wać roz­kazy. I skon­sta­to­wał - skoro ktoś tego nie rozu­mie, to może należy roz­wią­zać armię.

W demo­kra­tycz­nym pań­stwie żoł­nie­rze nie mają prawa kry­ty­ko­wać zwierzch­ni­ków. Nie mogą straj­ko­wać. Armia jest pod­dana tak zwa­nej cywil­nej kon­troli, co ozna­cza, że nad dowód­cami woj­sko­wymi jest zawsze cywil na sta­no­wi­sku mini­stra obrony - poli­tyk wska­zany przez stron­nic­two wygry­wa­jące wybory. Od poli­tyki więc zależy stan armii, a od kwa­li­fi­ka­cji i zdol­no­ści mini­stra cywila jest uza­leż­nione funk­cjo­no­wa­nie sił zbroj­nych pań­stwa.

Mar­sza­łek Józef Pił­sud­ski pod­kre­ślał, że sprawą naj­waż­niej­szą w woj­sku jest jego morale, czyli duch bojowy, wola walki, goto­wość wypeł­nia­nia roz­ka­zów, zno­sze­nia tru­dów i nie­bez­pie­czeństw oraz odpor­ność psy­chiczna żoł­nie­rzy. Także cesarz Napo­leon mawiał, że moralna siła woj­ska na woj­nie jest trzy razy waż­niej­sza od jego uzbro­je­nia. Mamy sporo przy­kła­dów, gdy żoł­nie­rze dobrze uzbro­jeni, ale o sła­bym morale, prze­gry­wali w star­ciach z zde­ter­mi­no­wa­nymi par­ty­zan­tami. A więc osła­bia­nie morale armii godzi w inte­res naro­dowy, skoro woj­sko prze­staje być sku­teczne w gwa­ran­to­wa­niu pań­stwu bez­pie­czeń­stwa.

Dziś ogni­ska zapalne kon­flik­tów nawet o tysiące kilo­me­trów od Pol­ski mogą powo­do­wać realne zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa kraju. Mogli­śmy się o tym prze­ko­nać, cho­ciażby obser­wu­jąc na ekra­nach tele­wi­zo­rów we wrze­śniu 2001 roku roz­pa­da­jące się wie­żowce WTC w Nowym Jorku. Konieczne więc jest podej­mo­wa­nie dzia­łań wyga­sza­ją­cych kon­flikty. Takie dzia­ła­nia, okre­ślane jako "wymu­sza­nie pokoju", podej­muje NATO. Jedną z takich akcji są ope­ra­cje woj­skowe soju­szu na tery­to­rium Afga­ni­stanu.

Woj­sko Pol­skie uczest­ni­czy w tej akcji. Tym­cza­sem dowódca wojsk lądo­wych gen. Wal­de­mar Skrzyp­czak mówi: "Mamy kło­pot ze skom­ple­to­wa­niem kon­tyn­gen­tów na kolejne zmiany do Afga­ni­stanu. Zamiast zwar­tych oddzia­łów będziemy wysy­łać zbie­ra­ninę ludzi z całej Pol­ski". A żoł­nie­rze, także zawo­dowi, muszą wyra­zić zgodę na wyjazd. Cóż się stało, że nagle bra­kuje chęt­nych?

Jed­nym z powo­dów tego stanu jest postę­po­wa­nie władz pol­skich w spra­wie ostrze­la­nia wio­ski afgań­skiej przez naszych żoł­nie­rzy. Posta­wiono im zarzut popeł­nie­nia zbrodni wojen­nej. Żoł­nie­rze po powro­cie do kraju niczym groźni ban­dyci zostali zatrzy­mani przez anty­ter­ro­ry­stów i od mie­sięcy sie­dzą za kra­tami. Zanim usta­lono fakty, media wska­zały ich jako win­nych. Oka­zało się też, że aresz­to­wani żoł­nie­rze nie mogą liczyć na pomoc obroń­ców zna­ją­cych spe­cy­fikę służby woj­sko­wej. Mini­ster­stwo Obrony Naro­do­wej ma woj­sko­wych sędziów, pro­ku­ra­to­rów, a nie ma woj­sko­wych obroń­ców, adwo­ka­tów. Kiedy grupa byłych żoł­nie­rzy zawo­do­wych zapro­te­sto­wała, wska­zu­jąc, że to nie żoł­nie­rze powinni poszu­ki­wać obroń­ców i im pła­cić, MON oświad­czył, iż zwróci koszty obrony, jeśli żoł­nie­rze okażą się nie­winni. Oka­zało się, że dla MON nie ma żad­nego zna­cze­nia fakt, iż to pań­stwo pol­skie wysy­łało ich na wojnę, a mini­ster­stwo odpo­wiada za przy­go­to­wa­nie żoł­nie­rzy do tych misji. Sze­fo­stwo MON chlubi się, gdy żoł­nie­rze pol­scy są chwa­leni przez sojusz­ni­ków, i umywa ręce, gdy tym żoł­nie­rzom trzeba pomóc.

Jest jed­nak jesz­cze inny pro­blem. Woj­sko jest jak wia­domo struk­turą hie­rar­chiczną. Na szczy­cie tej struk­tury są pre­zy­dent jako zwierzch­nik sił zbroj­nych i mini­ster obrony wyda­jący woj­sku pole­ce­nia z mocą roz­kazu. Zmienne koniunk­tury wybor­cze powo­dują, że mini­strami zostają czę­sto poli­tycy zwal­cza­ją­cych się obo­zów. A sprawę kom­pli­kuje jesz­cze przy­pa­dek, gdy pre­zy­dent i mini­ster repre­zen­tują odmienne opcje poli­tyczne (na przy­kład mini­ster zgła­sza kan­dy­da­tów na gene­ra­łów, a pre­zy­dent odma­wia awan­so­wa­nia). W te tryby tra­fiają żoł­nie­rze. I w prak­tyce bywa tak, że woj­skowy wyko­nu­jący dobrze pole­ce­nia mini­stra jest wyrzu­cany przez jego następcę. Widzie­li­śmy, jak mini­ster Alek­san­der Szczy­gło czy­ścił sta­no­wi­ska woj­skowe po mini­strze Rado­sła­wie Sikor­skim. Teraz mini­ster Bog­dan Klich robi to samo z zaufa­nymi Szczy­gły. A skoro mini­stro­wie zmie­niają się czę­sto - wyjąt­kiem byli tacy, któ­rzy spra­wo­wali urząd pełną kaden­cję - to docho­dzi do zja­wisk szko­dzą­cych woj­sku.

Przy zmia­nie mini­stra obrony naro­do­wej uak­tyw­niają się róż­nego rodzaju karie­ro­wi­cze, jak powia­dają woj­skowi "wła­zid...py", sta­ra­jący się zaskar­bić łaski nowego szefa. A czę­sto tracą sta­no­wi­ska ludzie kom­pe­tentni, ale mało układni i "ska­żeni" zaufa­niem czy tylko uzna­niem poprzed­niego szefa resortu.

Woj­sko potrze­buje nie tylko cywil­nej kon­troli. Ponad wszystko potrze­buje ono sta­bi­li­za­cji, także na naj­wyż­szym mini­ste­rial­nym szcze­blu. (Wpro­wa­dzono tak zwaną kaden­cyj­ność, trwa­jącą trzy lata, na wybra­nych naj­wyż­szych sta­no­wi­skach dowód­czych w woj­sku, może taką samą kaden­cyj­ność nale­ża­łoby zapew­nić ich cywil­nemu sze­fowi). Woj­sko potrze­buje pew­no­ści, że żoł­nierz słu­żący Pol­sce ma zapew­nioną opiekę i ochronę pań­stwa.

Pol­skie siły zbrojne mają nie tylko sporo sta­rego uzbro­je­nia. Mają coś znacz­nie gor­szego. Trwa nie­wi­doczny dla osób postron­nych pro­ces ruj­no­wa­nia morale pol­skiej armii. Gene­rał Wój­cik nie ma racji w jed­nym: roz­wią­zy­wa­nia armii nie trzeba zarzą­dzać, ono zdaje się już jest reali­zo­wane.

MON "dwu­głowy"

23 czerwca 2008

MON "dwu­głowy"

Żoł­nie­rze twier­dzą, że pod­sta­wo­wym ich pra­wem jest być dobrze dowo­dzo­nymi. To powie­dze­nie nie­źle oddaje uwa­run­ko­wa­nia służby żoł­nier­skiej. Woj­sko jest hie­rar­chiczne. Są w nim kolejne szcze­ble dowo­dze­nia. Na każ­dym szcze­blu jest dowódca, a więc prze­ło­żony, który ma ogromną wła­dzę nad żoł­nie­rzami. Dowódca ma bowiem prawo wyda­wa­nia roz­ka­zów, a więc takich pole­ceń służ­bo­wych, które w warun­kach wojen­nych muszą być wyko­nane pod rygo­rem kary śmierci. A skoro woj­sko szkoli się i przy­go­to­wuje do wojny, to rów­nież w cza­sach poko­jo­wych wymogi dys­cy­pliny woj­skowej są surowe. W struk­tu­rach pań­stwa woj­sko powinno być zdy­scy­pli­no­wane, rygo­ry­stycz­nie wyko­nu­jące roz­kazy prze­ło­żonych. Kiedy więc oce­niamy stan armii, to dostrze­żemy, jak wiele zależy od jako­ści dowód­ców. Jeśli woj­skiem będzie dowo­dził ktoś marny pod wzglę­dem cha­rak­teru i kom­pe­ten­cji, to i woj­sko będzie marne. Słusz­nie powiada się, że "na woj­nie prę­dzej zwy­cięży armia zajęcy dowo­dzona przez lwa niż armia lwów dowo­dzona przez zająca".

Kiedy powyż­sze odnie­siemy do Woj­ska Pol­skiego i tego, co woj­sko­wych spo­tyka, można chyba zary­zy­ko­wać twier­dze­nie, że jak dotąd pol­scy żoł­nie­rze chyba nie zaznali lwich rzą­dów. Były na czele Woj­ska Pol­skiego naj­czę­ściej inne, od lwa dużo mniej­sze "zwie­rzątka".

Aby jed­nak sprawa była jasna, pod­kre­ślę, że kiedy wspo­mi­nam o dowo­dze­niu woj­skiem w skali sił zbroj­nych, nie mam na myśli dowód­ców woj­sko­wych. W okre­sie poko­jo­wym nad dowód­cami wszyst­kich szcze­bli, z sze­fem Sztabu Gene­ral­nego WP włącz­nie, Kon­sty­tu­cja RP usta­no­wiła mini­stra cywila. Ma on prawo wyda­wa­nia woj­sku decy­zji z mocą roz­kazu. Wpraw­dzie nad mini­strem i woj­skiem jest zwierzch­nik sił zbroj­nych, pre­zy­dent RP, ale nie ma on takiej wła­dzy decy­zyj­nej w woj­sku jak mini­ster.

Lide­rzy par­tyj­nych obo­zów wygry­wa­ją­cych kolejne wybory par­la­men­tarne nie dostrze­gają tej wyjąt­ko­wej pozy­cji i roli szefa resortu obrony. Dla nich szef MON jest jesz­cze jed­nym człon­kiem rządu, tak jak każdy inny mini­ster. Pew­nie dla­tego sądzi się, że kan­dy­dat na szefa MON nie musi mieć spe­cjal­nej wie­dzy i kom­pe­ten­cji, by kie­ro­wać armią. Nie tak dawno poseł Zdro­jew­ski zapew­niał, że może być rów­nie dobrze mini­strem kul­tury i mini­strem obrony. Jeden z poli­ty­ków, który zresztą przez dłuż­szy czas był mini­strem obrony, ogło­sił, że ni­gdy w woj­sku nie słu­żył i dla­tego jest świet­nym kan­dy­datem na cywil­nego szefa MON. Mini­strami obrony byli więc mate­ma­tyk, fizyk i nauczy­ciel histo­rii, był biblio­te­karz i inży­nier rybo­łów­stwa mor­skiego, także były dzia­łacz wyso­kiego szcze­bla w Związku Mło­dzieży Socja­li­stycz­nej i dla rów­no­wagi dawny akty­wi­sta pacy­fi­stycz­nej orga­ni­za­cji Wol­ność i Pokój. No cóż, w końcu są jesz­cze gene­ra­ło­wie, któ­rzy wie­dzą, jak wyda­wać roz­kazy. Wystar­czy, że sto­sowne "kwity" przy­go­tują cywi­lowi do pod­pisu woj­skowi i MON będzie jakoś funk­cjo­no­wał.

Od szefa resortu nale­ża­łoby ocze­ki­wać decy­zji o cha­rak­te­rze stra­te­gicz­nym, słu­żą­cych reali­za­cji wizji nowo­cze­snego woj­ska, wypa­da­łoby więc, aby czło­wiek zaj­mu­jący fotel mini­stra obrony miał jakiś pro­gram w dzie­dzi­nie obron­no­ści. Trudno jed­nak tego ocze­ki­wać, gdy mini­ster nie ma wiel­kiego poję­cia o woj­sku, a do tego oto­czy go sfora przy­ta­ki­wa­czy, także mun­du­ro­wych, zabie­ga­ją­cych o wła­sne pożytki i ule­ga­ją­cych róż­nym wpły­wom.

Sytu­ację dodat­kowo kom­pli­kuje ukształ­to­wany prak­tyką tryb funk­cjo­no­wa­nia mini­ster­stwa. Mini­ster w kie­ro­wa­niu resor­tem musi się na kimś oprzeć. A ponie­waż nie może odwo­łać się do wła­snej wie­dzy, więc dobiera współ­pra­cow­ni­ków, kie­ru­jąc się wzglę­dami poza­me­ry­to­rycz­nymi. Ot, kogoś kie­dyś gdzieś poznał, ktoś wydał mu się sym­pa­tyczny, kogoś ktoś zna­jomy mu pole­cił itp. itd. W ten spo­sób na awanse i kariery mają wpływ zna­jo­mo­ści z domieszką waze­li­niar­stwa. Pewien wysoki woj­skowy urzęd­nik MON po wypi­ciu kilku kie­lisz­ków opo­wia­dał, jaki jest jego spo­sób na prze­trwa­nie: "Ja, gdy tylko zjawi się nowy mini­ster, natych­miast wcho­dzę mu w du...ę. I jesz­cze się na tym nie zawio­dłem".

Dodat­kowe zamie­sza­nie w woj­sku powo­dują czę­ste zmiany mini­strów obrony - od 1989 roku, w ciągu ostat­nich sie­dem­na­stu lat było sie­dem­na­stu mini­strów obrony naro­do­wej. A kiedy uświa­do­mimy sobie, że każdy taki szef miał swo­ich zaufa­nych i zna­jo­mych, a ci zna­jomi swo­ich, to trudno ocze­ki­wać, aby nowy mini­ster nie dał sta­no­wisk wła­snym zaufa­nym, odbie­ra­jąc je zaufa­nym poprzed­nika! I nie trzeba wiel­kiej wyobraźni, by pojąć, jaki to ma wpływ na poli­tykę kadrową w MON na jego naj­wyż­szych szcze­blach zarzą­dza­nia.

Moje obawy co do sytu­acji w MON pogłę­bił arty­kuł W rzą­dzie zmiany czy oceny ("Rzecz­po­spo­lita" 21.06.2008). Czy­tam: "Cie­kawa sytu­acja jest w resor­cie obrony. W PO przy­znają, że Klich sobie nie radzi. Ale to nie musi ozna­czać jego wymiany. MON jest dwu­stron­nie zabez­pie­czone. Doglą­dają go ludzie Rado­sława Sikor­skiego (szefa MSZ) i Bro­ni­sława Komo­row­skiego (mar­szałka sejmu) - mówi poli­tyk PO".

To "zabez­pie­cze­nie" spo­wo­do­wało, że na Kli­chu wymu­szono, aby tak zwa­nego czło­wieka Komo­row­skiego mia­no­wał sze­fem gabi­netu poli­tycz­nego MON. Dzien­ni­ka­rze: "Jak wynika z naszych infor­ma­cji, Klich nie chciał go w resor­cie, ale musiał ustą­pić". Czyli obecny szef MON ma gorzej niż poprzed­nicy, nie może nawet dobrać swo­ich zaufa­nych. Musi oprzeć się na zaufa­nych Komo­row­skiego i Sikor­skiego. Czy w tych warun­kach żoł­nierz może być dobrze dowo­dzony?

Zawie­szony obo­wią­zek

5 sierp­nia 2008

Zawie­szony obo­wią­zek

Mini­ster obrony naro­do­wej ogło­sił koniec poboru do woj­ska. Mamy mieć armię zawo­dową, pro­fe­sjo­nalną, liczącą 120 tys. żoł­nie­rzy, która będzie Pol­ski bro­nić przed wszel­kimi zagro­że­niami. Pre­mier, prze­ma­wia­jąc do żoł­nie­rzy skła­da­ją­cych przy­sięgę na kra­kow­skim rynku, użył wpa­da­ją­cego w ucho kalam­buru o armii z wyboru, a nie z poboru. I w zasa­dzie do tego można by spro­wa­dzić całość dys­ku­sji o pro­ble­mie armii zawo­do­wej. Tym­cza­sem Kon­sty­tu­cja RP mówi (art. 26): "Siły Zbrojne Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej służą ochro­nie nie­pod­le­gło­ści pań­stwa i nie­po­dziel­no­ści jego tery­to­rium oraz zapew­nie­niu bez­pie­czeń­stwa i nie­na­ru­szal­no­ści jego gra­nic". Mini­ster obrony i paru pomniej­szych "stra­te­gów" zapew­nia nas, że Pol­sce nic nie grozi, bowiem Pol­ska jest w NATO. Kon­sty­tu­cja nie mówi jed­nak, że NATO ma obo­wią­zek zapew­nić pań­stwu pol­skiemu ochronę. Mają to zro­bić Siły Zbrojne RP. Czy two­rzona wła­śnie armia zawo­dowa spro­sta temu zada­niu?

Do czego jest potrzebna armia zawo­dowa, można usły­szeć od zachod­nich eks­per­tów. Otóż: "Armia zawo­dowa jest dosto­so­wana do dzi­siej­szych wyzwań stra­te­gicz­nych i bojo­wych. W zagra­nicz­nych ope­ra­cjach, któ­rych celem jest na przy­kład oba­le­nie jakie­goś reżimu w Trze­cim Świe­cie czy wytro­pie­nie ter­ro­ry­stów, spraw­dza się dużo lepiej". Dużo lepiej niż woj­sko z poboru (bry­tyj­ski eks­pert Amyas God­frey). Jed­nak gdyby doszło do kla­sycz­nego kon­fliktu, na przy­kład agre­sji jed­nego z sąsia­dów, wów­czas armia zawo­dowa nie wystar­czy. Mister God­frey radzi, by w takim przy­padku "zawo­dowcy" powstrzy­my­wali napór wroga do czasu, aż zostaną zmo­bi­li­zo­wane rezerwy i prze­rzuci się je na front.

A więc w razie zagro­że­nia nie­pod­le­gło­ści i gra­nic trzeba będzie się­gnąć do poboru i wezwać pod broń oby­wa­teli, któ­rzy nie są żoł­nie­rzami zawo­do­wymi. W Pol­sce powsta­nie wów­czas pro­blem, skąd wziąć na wojnę żoł­nie­rzy rezerwy, jeśli wcze­śniej nie szko­lono ludzi w posłu­gi­wa­niu się bro­nią? A mini­ster Klich twier­dzi, że nakłady na takie szko­le­nie są dzia­ła­niem "nie­eko­no­micz­nym": "To wiel­kie mar­no­tra­wie­nie środ­ków, bo żoł­nierz przy­cho­dzi do zasad­ni­czej służby na dzie­więć mie­sięcy i na tak krótki czas jego służby idą wiel­kie środki". Mini­ster naj­wy­raź­niej nie wie, że w rezul­ta­cie tego "mar­no­traw­stwa" armia otrzy­muje rezer­wi­stę, któ­rego w cza­sie kon­fliktu wojen­nego będzie można powo­łać do woj­ska i wysłać na front.

W Euro­pie są pań­stwa posia­da­jące armie zawo­dowe i takie, które pre­fe­rują armie z poboru. Przy czym kry­te­rium tego podziału nie jest zaco­fa­nie mili­tarne danego kraju, skoro woj­sko z poboru mają na przy­kład Austria, Nor­we­gia, Fin­lan­dia, Tur­cja.

Decy­zja o rezy­gna­cji z obo­wiąz­ko­wej służby woj­sko­wej powinna wyni­kać z oceny zarówno poło­że­nia geo­po­li­tycz­nego (sąsie­dzi), jak i geo­stra­te­gicz­nego (czego trzeba będzie bro­nić w razie wojny). Jeśli uznamy, że w przy­padku naszego pań­stwa można wyklu­czyć bez­po­śred­nie zagro­że­nie wojenne, a jedy­nym warian­tem uży­cia sił zbroj­nych jest wspie­ra­nie sojusz­ni­ków poza gra­ni­cami kraju, to można znieść obo­wią­zek służby woj­sko­wej. Jeśli na gra­ni­cach pań­stwa znaj­dują się jakieś obszary nie­sta­bilne lub gene­ru­jące zagro­że­nia, to armia naro­dowa i obo­wią­zek służby w woj­sku są bez­względ­nie konieczne.

Pol­ska nie ma takiego poło­że­nia jak Wielka Bry­ta­nia, Wło­chy czy Hisz­pa­nia. W tej mie­rze bli­żej nam chyba do Nor­we­gii, Fin­lan­dii i Tur­cji. Nie wolno zapo­mi­nać, że dziś porów­ny­walną, a według nie­któ­rych sil­niej­szą armią od Pol­ski dys­po­nuje Bia­ło­ruś. I cho­ciaż w Euro­pie nie tylko Polacy sły­szą pogróżki ze strony rosyj­skich gene­ra­łów, to jed­nak z Kali­nin­gradu dużo bli­żej do War­szawy niż do Paryża, Rzymu czy Madrytu.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych w okre­sie pokoju wszy­scy oby­wa­tele zdolni do służby woj­sko­wej są reje­stro­wani, aby w razie koniecz­no­ści powo­łać ich do woj­ska, prze­szko­lić i wysłać na front. Tak ma też być w Pol­sce. Tyle że Pol­ska to nie USA. Ame­ry­ka­nie mają dużą armię zawo­dową i kra­jowy kom­po­nent sił zbroj­nych (Gwar­dia Naro­dowa), umoż­li­wia­jący w razie koniecz­no­ści masowe szko­le­nie rezerw. USA gra­ni­czą z Kanadą, Mek­sy­kiem i dwoma oce­anami, a więc nie wystę­puje groźba bez­po­śred­niego ataku wojsk agre­sora. W przy­padku Pol­ski jest ina­czej. Nie będzie dużej armii zawo­do­wej, jest dużo gor­sze poło­że­nie i w razie wojny nie będzie czasu na szko­le­nie rezerw. A więc czy stać Pol­skę na armię zawo­dową?

O tym, jakie zna­cze­nie ma powszechna służba woj­skowa oby­wa­teli dla bez­pie­czeń­stwa pań­stwa, wska­zuje też Kon­sty­tu­cja RP. Wśród obo­wiąz­ków cią­żą­cych na oby­wa­te­lach jest też usta­no­wiony powszechny obo­wią­zek obrony ("Obo­wiąz­kiem oby­wa­tela pol­skiego jest obrona Ojczy­zny", art. 85 p. 1). A w punk­cie 2 tego arty­kułu dodaje: "Zakres obo­wiązku służby woj­sko­wej okre­śla ustawa". Ten zakres znaj­du­jemy w usta­wie "O powszech­nym obo­wiązku obrony Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej", która w arty­kule 1 stwier­dza: "Obrona Ojczy­zny jest sprawą i obo­wiąz­kiem wszyst­kich oby­wa­teli Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej".

Zasta­na­wiam się, w jaki spo­sób MON chce wyko­nać obo­wią­zek powszech­nej obrony, rezy­gnu­jąc ze służby woj­sko­wej oby­wa­teli. Zapewne jakimś uni­kiem przed koli­zją z normą kon­sty­tu­cyjną jest przy­jęta w MON for­muła "zawie­sze­nia", a nie znie­sie­nia poboru. Cie­kawe jed­nak, jak zosta­nie nazwana nowa ustawa o służ­bie woj­sko­wej, czy w arty­kule 1 tej nowej ustawy prze­czy­tamy, że obrona Ojczy­zny nie jest obo­wiąz­kiem każ­dego oby­wa­tela, a tylko tego, który zde­cy­duje się na zawo­dową służbę w woj­sku? Zresztą może takiej ustawy wcale nie będzie, bowiem na stro­nie inter­ne­to­wej MON można prze­czy­tać, że "Sejm pra­cuje w tej chwili nad tak zwaną małą nowe­li­za­cją ustaw o powszech­nym obo­wiązku obrony".

Opty­mi­styczne w tym wszyst­kim jest tylko jedno, co zostało zawie­szone, to można też odwie­sić.

Znowu bagnet?

11 sierp­nia 2008

Znowu bagnet?

Wypo­wie­dzi na temat przy­czyn wybu­chu wojny mię­dzy Rosją a Gru­zją przy­po­mi­nają nie­kiedy tłu­ma­cze­nie chłop­ców uczest­ni­czą­cych w bójce: to on zaczął pierw­szy; nie, to on. Rosja oskar­żyła Gru­zję o napaść na jej oby­wa­teli miesz­ka­ją­cych zresztą na tere­nie Gru­zji. Gru­zini oskar­żają Rosjan o agre­sję na ich pań­stwo. To sły­szy opi­nia publiczna i poli­tycy Zachodu. Przy czym więk­szość zdaje się przy­zna­wać rację Gru­zi­nom. Naj­ostrzej skry­ty­ko­wał poczy­na­nia Kremla szwedzki mini­ster spraw zagra­nicz­nych, który porów­nał dzia­ła­nia Rosjan do tego, co w 1938 roku robili Niemcy. Podob­nie jak Putin, Hitler też twier­dził, że wystę­puje w obro­nie prze­śla­do­wa­nych ziom­ków, Niem­ców Sudec­kich, przez Cze­chów.

Powstaje jed­nak pro­blem, czy można usta­lić win­nego, uwzględ­nia­jąc prak­tykę sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych. Jak wia­domo, pre­zy­dent Gru­zji od dawna zapo­wia­dał, że pod­po­rząd­kuje wła­dzy cen­tral­nej bun­tu­jące się regiony pań­stwa (Abcha­zja, Adżarja, Ose­tia). I to robi. Kry­ty­ku­jący go za to Wło­dzi­mierz Putin, nie­dawny pre­zy­dent, a dziś pre­mier rządu Fede­ra­cji Rosyj­skiej, sam odpie­rał kry­tykę w spra­wie cze­czeń­skiej, przy­po­mi­na­jąc, że ta repu­blika znaj­duje się na tery­to­rium Fede­ra­cji Rosyj­skiej i wła­dze Rosji mają prawo przy­wo­łać swo­ich oby­wa­teli Cze­cze­nów do porządku. Abcha­zja i Ose­tia są w gra­ni­cach Gru­zji - Rosja powinna akcep­to­wać dzia­ła­nia gru­ziń­skiego pre­zy­denta. Dla­czego pre­zy­dent Gru­zji nie ma takich samych praw na wła­snym tery­to­rium, jakie ma na swoim pre­zy­dent Rosji? I dalej - skoro według władz Rosji zbun­to­wane pro­win­cje Gru­zji mają prawo do nie­za­leż­no­ści od Tbi­lisi, czy to ozna­cza, iż takie same prawa Rosja przy­zna Cze­cze­nii?

Jed­nak także kry­tycy poczy­nań Rosji mają kło­pot. Odwo­łu­jąc się do słusz­nej zasady nie­na­ru­szal­no­ści tery­to­rium Gru­zji, zapo­mnieli, że uzna­jąc na Bał­ka­nach nie­pod­le­głość Kosowa, dopu­ścili się naru­sze­nia inte­gral­no­ści tery­to­rial­nej Ser­bii. Do tego ame­ry­kań­skie uza­sad­nie­nie ope­ra­cji zbroj­nej w Iraku (groźba uży­cia przez Husajna broni bio­lo­gicz­nej i che­micz­nej) nie odpo­wia­dało praw­dzie. A więc i tak zwana nasza strona potrafi pochop­nie się­gać po broń. W poli­tyce mię­dzy­na­ro­do­wej cią­gle kró­luje moral­ność Kalego: jak ktoś mnie ukraść krowę - to zły uczy­nek, jak ja ukraść - dobry.

Wiceh­ra­bia Henry John Tem­ple Pal­mer­ston, angiel­ski mąż stanu, czło­nek Izby Gmin od 1807 roku, mini­ster spraw zagra­nicz­nych w latach 1830-1841 oraz 1846-1851 i pre­mier w latach 1855-1865 był auto­rem powie­dze­nia: "Anglia nie ma wiecz­nych wro­gów ani wiecz­nych przy­ja­ciół, ma tylko wieczne inte­resy". Sądzę, że dla zro­zu­mie­nia przy­czyn wybu­chu wojny na Kau­ka­zie warto zasta­no­wić się także nad Wisłą, jakie inte­resy wywo­łały wojnę.

Gru­zja. Tra­dy­cje pań­stwowe się­gają II tysiąc­le­cia p.n.e. Gru­zini przy­jęli chrze­ści­jań­stwo w IV wieku. Pań­stwo gru­ziń­skie ist­niało dużo wcze­śniej, niż powstał zalą­żek Rosji - Wiel­kie Księ­stwo Moskiew­skie. W XVIII wieku Gru­zini, tak jak Polacy, utra­cili nie­pod­le­głość i zna­leźli się pod pano­wa­niem Rosji. Mieli mniej szczę­ścia od Pola­ków po upadku caratu w 1917 roku. Nie obro­nili swo­jej nie­pod­le­gło­ści przed bol­sze­wicką agre­sją i kraj ich stał się repu­bliką sowiecką. Dopiero w marcu 1991 roku wolna Gru­zja wró­ciła na poli­tyczną mapę świata. To doświad­cze­nie i silne przy­wią­za­nie do wol­no­ści spra­wiają, że Gru­zini nie chcą ponow­nie tra­fić pod pano­wa­nie Rosjan. Chcą zwią­zać się z Zacho­dem. Nie tylko elity, ale także oby­wa­tele pra­gną przy­stą­pie­nia Gru­zji do NATO i Unii Euro­pej­skiej.

Rosja. Po upadku Związku Sowiec­kiego stra­ciła moż­li­wo­ści kon­tro­lo­wa­nia tery­to­riów wcho­dzą­cych w skład impe­rium. Jed­nak jej wła­dze i elity nie pogo­dziły się z tym. Kreml zna­lazł nowy spo­sób na odzy­ska­nie mocar­stwo­wej pozy­cji w poli­tyce świa­to­wej. Rosja dys­po­nuje ogrom­nymi zaso­bami surow­ców (gaz - pierw­sze miej­sce w świe­cie, ropa naf­towa - siódme) i jest praw­dzi­wym super­mo­car­stwem ener­ge­tycz­nym. A skoro gospo­darki współ­cze­snego świata potrze­bują ener­gii, to Rosja­nie posta­no­wili wyko­rzy­stać swoje zasoby jako instru­ment poli­tyki w pla­nie odbu­dowy potęgi Rosji w świe­cie. Nie ukry­wają tego. Wystar­czy zaj­rzeć do ofi­cjal­nych doku­men­tów, na przy­kład do przy­ję­tej przez rząd Fede­ra­cji Rosyj­skiej we wrze­śniu 2003 roku i obo­wią­zu­ją­cej stra­te­gii "Ener­gie­ti­cze­skaja stra­tie­gia Rosji na pie­riod do 2020 goda".

Moskwa chce odbu­do­wać swoje wpływy przede wszyst­kim na tere­nie państw, które wcho­dziły w skład ZSRR, a następ­nie także dalej na zachód. Pań­stwa nale­żące nie tak dawno do bloku sowiec­kiego, wśród nich Pol­ska, musia­łyby pogo­dzić się z pod­po­rząd­ko­wa­niem Rosji, bowiem ich gospo­darki są uza­leż­nione od dostaw rosyj­skich surow­ców ener­ge­tycz­nych. Trzeba też zauwa­żyć, że ropa i gaz nie muszą być jedyną bro­nią mocar­stwo­wej Rosji. W tym kraju od pew­nego czasu dyna­micz­nie rosną wydatki na woj­sko. W naj­bliż­szych latach (2007-2015) Rosja wyda 189 mld dol. na uzbro­je­nie. Wymiana obej­mie pra­wie połowę uzbro­je­nia. I jak widzimy na przy­kła­dzie Gru­zji, Rosja nie musi ogra­ni­czać się do naci­sków gospo­dar­czych.

W gru­pie państw poten­cjal­nie nara­żo­nych na szan­taż ener­ge­tyczny Moskwy powstały plany, aby zmniej­szyć to zagro­że­nie. Pol­ska i Ukra­ina pod­jęły sta­ra­nia, aby zna­leźć źró­dła dostaw poza Rosją, w pań­stwach Azji Środ­ko­wej. Poja­wił się pro­jekt zbu­do­wa­nia alter­na­tyw­nych linii prze­sy­ło­wych surow­ców ener­ge­tycznych z tych kra­jów. Pla­no­wane ruro­ciągi, aby omi­nąć tery­to­rium Rosji, muszą biec tylko jedną drogą - przez Gru­zję.

Desta­bi­li­za­cja Gru­zji lub jesz­cze gorzej opa­no­wa­nie jej przez Rosję, byłyby cio­sem dla środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich pla­nów unie­za­leż­nie­nia się od dostaw surow­ców rosyj­skich. I taki jest inte­res Moskwy na Kau­ka­zie.

W górach Kau­kazu toczy się więc walka o wol­ność i suwe­ren­ność państw, które po 1989 roku wyrwały się z komu­ni­stycz­nej nie­woli. Jeśli uda się zor­ga­ni­zo­wać sku­teczną mię­dzy­na­ro­dową akcję i obro­nić nie­za­leż­ność Gru­zji, to nasza część Europy będzie bez­pieczna. Może więc wspo­mniany wyżej szwedzki mini­ster wie­dział, co mówi?

Wło­dzi­mierz Ilicz Lenin wygło­sił nie­gdyś taką mak­symę: wroga spraw­dzaj bagne­tem. Jeśli wcho­dzi pchnij, jeśli natrafi opór, wyco­faj. Czy tym razem rosyj­ski bagnet wyszczerbi się na Kau­ka­zie?

Poboru nie będzie

20 sierp­nia 2008

Poboru nie będzie

Tomasz Jaśniak, Janusz Polak: Mini­ster Klich zamie­rza defi­ni­tyw­nie roz­stać się z armią pobo­rową. Gdy­by­śmy istot­nie zechcieli pójść drogą likwi­da­cji poboru i powie­rze­nia obrony Pol­ski wyłącz­nie armii zawo­do­wej, jakie według Pana będą tego kon­se­kwen­cje?

Romu­ald Sze­re­mie­tiew: Naj­pierw zasta­nówmy się, czy mini­ster obrony naro­do­wej może to zro­bić? W Kon­sty­tu­cji RP zapi­sano, że na wszyst­kich oby­wa­te­lach ciąży powszechny obo­wią­zek obrony pań­stwa. Taką nazwę nosi też ustawa regu­lu­jąca kwe­stie odby­wa­nia zasad­ni­czej służby woj­sko­wej: "Ustawa o powszech­nym obo­wiązku obrony RP". Mini­ster obrony, nota­bene NARO­DO­WEJ, nie może tak po pro­stu zre­zy­gno­wać z poboru do odby­cia służby woj­sko­wej. Kon­sty­tu­cja RP naka­zuje taką służbę odbyć. Co wię­cej, nie można też pod kątem znie­sie­nia poboru zmie­nić ustawy, bowiem będzie ona sprzeczna z kon­sty­tu­cją. Cie­kaw jestem ogrom­nie, jak z tym upo­rali się praw­nicy Mini­sterstwa Obrony - zapo­wia­da­nych pro­jek­tów ustaw w tej spra­wie cią­gle nie można zoba­czyć2. Teraz inny aspekt likwi­da­cji poboru do woj­ska. Pol­ska ma kilka milio­nów ludzi zdol­nych do nosze­nia broni. Nie będą oni przy­datni w obro­nie kraju, jeśli wcze­śniej nie nauczą się posłu­gi­wać bro­nią, nie poznają żoł­nier­skiego rze­mio­sła. Powiada się, że wojny wygry­wają rezer­wi­ści. Dla­tego jed­nym z naj­waż­niej­szych zadań woj­ska okresu poko­jo­wego jest szko­le­nie rezerw. W razie zagro­że­nia wojen­nego prze­pro­wa­dza się mobi­li­za­cję, czyli zwięk­sza kilka razy armię czasu "P", powo­łu­jąc rezer­wi­stów, ludzi wcze­śniej woj­skowo prze­szko­lo­nych. Jeśli powsta­nie armia zawo­dowa w kształ­cie pro­po­no­wa­nym przez MON, to po znie­sie­niu poboru z cza­sem nie będzie prze­szko­lo­nych rezerw i nie będzie kogo mobi­li­zo­wać na wojnę. Byłoby nie­do­pusz­czalne, by w razie kon­fliktu zbroj­nego ludzie nie­przy­go­to­wani i nie­prze­szko­leni byli kie­ro­wani bez­po­śred­nio do walki. To nie zapewni sku­tecz­nej obrony, a spo­wo­duje wielką liczbę ofiar wśród obroń­ców. Innymi słowy, mała armia zawo­dowa - na dużą nas prze­cież nie stać - być może będzie sku­teczna w akcjach poza gra­ni­cami kraju (w Iraku i Afga­ni­sta­nie), ale raczej nie zapewni bez­pie­czeń­stwa Pol­sce w razie wybu­chu wojny.

Czy armia zawo­dowa jest w sta­nie szko­lić rezerwy?

- To zależy od wielu czyn­ni­ków. Pyta­nie pod­sta­wowe brzmi: ilu ludzi i w jakim cza­sie można wyszko­lić? W USA, na które powo­łują się nasi zwo­len­nicy armii zawo­do­wej, jest duża armia zawo­dowa i kom­po­nent sił zbroj­nych pod nazwą Gwar­dia Naro­dowa, umoż­li­wia­jący w razie koniecz­no­ści masowe szko­le­nie rezerw. Wszy­scy oby­wa­tele zdolni do służby woj­sko­wej są reje­stro­wani i w razie koniecz­no­ści powo­łuje się ich do woj­ska, szkoli, następ­nie wysyła na front. Podob­nie ma być w Pol­sce. Tylko że Pol­ska to nie Ame­ryka. W USA można szko­le­nie prze­pro­wa­dzić sto­sun­kowo szybko, zwa­żyw­szy na wiel­kość armii zawo­do­wej. Do tego warto pamię­tać, że Stany Zjed­no­czone gra­ni­czą z Kanadą, Mek­sy­kiem oraz dwoma oce­anami. W tych warun­kach pro­ces szko­le­nie rezerw nie będzie zagro­żony bez­po­śred­nio przez woj­ska agre­sora. W przy­padku Pol­ski jest ina­czej. Będziemy mieli malutką armię zawo­dową i mamy kiep­skie poło­że­nie geo­stra­te­giczne. Porów­najmy jesz­cze: Wielka Bry­ta­nia, która jest wyspą. Fran­cja czy Hisz­pa­nia, leżące w bez­piecz­nej czę­ści kon­ty­nentu euro­pej­skiego, i Pol­ska znaj­du­jąca się na "linii fron­to­wej". Wpraw­dzie nie tylko Polacy sły­szą pogróżki ze strony rosyj­skich gene­ra­łów, jed­nak z Kali­nin­gradu jest dużo bli­żej do War­szawy niż do Paryża, Lon­dynu, Madrytu czy Waszyng­tonu. Dobrym przy­kła­dem wła­ści­wego podej­ścia do pro­blemu przy­go­to­wa­nia kraju na czas wojny jest Szwaj­ca­ria. Kraj bez­pieczny, wystar­czy zoba­czyć, jakich ma sąsia­dów, a mimo to posiada roz­bu­do­wany sys­tem obrony tery­to­rial­nej i usta­wicz­nie szkoli woj­skowo rze­sze swych oby­wa­teli. Dodajmy - Szwaj­ca­ria nie ma armii zawo­do­wej, cho­ciaż byłoby ją na to stać. Pol­scy twórcy pla­nów utwo­rze­nia armii zawo­do­wej, zapa­trzeni w USA, odrzu­cili taki szwaj­car­ski wariant sił zbroj­nych. Widać to po sto­sunku MON do wojsk obrony tery­to­rial­nej.

Co to ozna­cza dla obron­no­ści pań­stwa?

- Fatalne skutki. Trzeba pamię­tać, czym jest armia zawo­dowa. Znaj­du­jący się w niej ludzie pra­cują, to jest wyko­nują zawód żoł­nie­rza za wyna­gro­dze­nie. A więc jeśli znajdą gdzie indziej lep­sze zarobki, to w woj­sku ich nie będzie. W Bel­gii utwo­rzono armię zawo­dową, a teraz nie ma chęt­nych i rząd roz­waża likwi­da­cję woj­ska w ogóle. Pamię­tam moją wizytę w Bel­gii. Przed fron­tem kom­pa­nii hono­ro­wej, a byli to starsi pano­wie z brzusz­kami, spoj­rza­łem w stronę bel­gij­skiego mini­stra obrony, który powie­dział: "Nie mamy chęt­nych do pracy w woj­sku". Może tak się zda­rzyć rów­nież u nas. W MON zapo­mniano ponadto, że Woj­sko Pol­skie ni­gdy nie było fabryką, miej­scem pracy. Zawsze uwa­żano, że żoł­nierz SŁUŻY Ojczyź­nie, a nie prze­brany w mun­dur pra­cuje. Woj­sko było ważną spo­łecz­nie i naro­dowo insty­tu­cją. Miej­scem kształ­to­wa­nia postaw patrio­tycz­nych i oby­wa­tel­skich słu­żą­cych w nim ludzi. Jest prze­cież esprit de corps (duch armii) i jej tra­dy­cja. Czy można te war­to­ści wyli­czyć w zło­tów­kach? Czy kon­dy­cja współ­cze­snego żoł­nie­rza pol­skiego ma spro­wa­dzać się do pro­blemu wyso­ko­ści jego zarob­ków? Nie należy mylić obo­wiązku tro­ski pań­stwa o mate­rialne warunki służby żoł­nie­rzy z takimi spra­wami, jak misja woj­ska i patrio­tyzm służby. To tro­chę tak, jak­by­śmy chcieli usta­lić, od jakiej kwoty, za ile, warto być pol­skim patriotą. Jakie były zarobki powstańca war­szaw­skiego 1944 roku? Może byłoby dobrze, aby każdy nowy mini­ster obrony przed obję­ciem sta­no­wi­ska prze­czy­tał De vir­tute mili­tari. Zarys etyki woj­sko­wej ojca Bocheń­skiego? Skutki zamia­rów MON dla obron­no­ści mogą być fatalne. Według mnie będą powo­do­wać osła­bie­nie stanu bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego.

Czy to prawda, że wśród czę­ści wyż­szych dowód­ców, a nawet kadry Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej ist­nieje opór prze­ciwko takiemu sta­wia­niu sprawy?

- Armia jest poli­tycz­nym "nie­mową", a ofi­ce­ro­wie muszą słu­chać pole­ceń mini­stra poli­tyka, cywila, czę­sto kogoś, kto ni­gdy w woj­sku nie słu­żył. Ilu wśród woj­sko­wych będzie takich, któ­rzy chcąc się przy­po­do­bać sze­fowi igno­ran­towi, będą chwa­lili jego pomy­sły? W dowódz­twach i Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej są ofi­ce­ro­wie rozu­mie­jący dobrze potrzeby obronne kraju. Każdy myślący dowódca musi zda­wać sobie sprawę, że pro­po­no­wany przez poli­ty­ków model armii nie odpo­wiada potrze­bom obron­nym RP. Nie oni jed­nak decy­dują i nie ich głos liczy się naj­bar­dziej w gabi­ne­tach tak zwa­nych decy­den­tów. Tam domi­nują zwo­len­nicy armii zawo­do­wej. Prze­czy­ta­łem, że z armią zawo­dową będzie można lepiej bro­nić Pol­ski, bowiem w razie wojny będzie nią można spraw­niej manew­ro­wać. To prawda, że chcąc unik­nąć znisz­cze­nia, mała armia zawo­dowa musi być szcze­gól­nie wyćwi­czona w uni­ka­niu star­cia z wro­giem. Imć pan Zagłoba pytany, dla­czego jazda woło­ska nosi nazwę lekka, odpo­wiadał - bo lekko ucieka. Powstaje jed­nak pro­blem, jak samym manew­ro­wa­niem obro­nić sto­sun­kowo duże tery­to­rium przed wielką armią napast­ni­czą?

Czy pozba­wie­nie spo­rego kraju w środku Europy więk­szo­ści poten­cjału obron­nego nie jest swo­istym wyzy­wa­niem losu?

- Wła­śnie, kraju leżą­cego w środku Europy i na skraju UE oraz NATO! Nasi, pożal się Boże, stra­te­dzy zdają się nie wie­dzieć, że naj­waż­niej­szym ele­men­tem sys­temu obron­nego są ludzie, któ­rzy będą bro­nić kraju. Nawet naj­lep­sze uzbro­je­nie jest bez­war­to­ściowe, jeśli nie będzie wystar­cza­ją­cej liczby oby­wa­teli patrio­tów - żoł­nie­rzy. Do tego skoro nasi sojusz­nicy mają w więk­szo­ści armie zawo­dowe, to wspar­cie obrony Pol­ski z ich strony w razie wybu­chu wojny też nie będzie natych­mia­stowe. Muszą mieć czas na zmo­bi­li­zo­wa­nie swo­ich sił. W XVIII wieku nasi przod­ko­wie mieli taką kon­cep­cję bez­pie­czeń­stwa pań­stwa: nie mamy woj­ska i nikomu nie zagra­żamy, a więc inni zosta­wią nas w spo­koju i tym samym pań­stwo będzie bez­pieczne. Rosyj­ska caryca Kata­rzyna i pru­ski król Fry­de­ryk mieli jed­nak inny pogląd i sła­biutka woj­skowo Pol­ska na 123 lata znik­nęła z mapy poli­tycz­nej Europy.

Jak pan oce­nia potrzebę utwo­rze­nia w Pol­sce sys­temu obrony tery­to­rial­nej czy armii oby­wa­tel­skiej szko­lą­cej rezerwy na wypa­dek zagro­że­nia wojen­nego?

- Jest to nie­zbędne, jeśli chcemy wła­ści­wie przy­go­to­wać kraj do obrony i mamy dys­po­no­wać na czas wojny prze­szko­lo­nymi rezer­wami. Kie­ro­wa­łem nie­gdyś zespo­łem opra­co­wu­ją­cym taki sys­tem i mini­ster obrony naro­do­wej Janusz Onysz­kie­wicz nawet zatwier­dził ten pro­jekt, kie­ru­jąc go do reali­za­cji. Wszystko umarło śmier­cią natu­ralną po usu­nię­ciu mnie z MON w 2001 roku. Jed­nostki obrony tery­to­rial­nej są jesz­cze w Stra­te­gii Bez­pie­czeń­stwa RP, ale w pla­nach MON to mar­gi­nes bez przy­szło­ści. A żoł­nie­rze tra­fia­jący obec­nie do wojsk ope­ra­cyj­nych i do tych "resz­tó­wek" obrony tery­to­rial­nej prze­cho­dzą podobne wie­lo­mie­sięczne i kosz­towne prze­szko­le­nie3. Tym­cza­sem wła­ści­wie zbu­do­wany sys­tem obrony tery­to­rial­nej to krót­kie szko­le­nie żoł­nie­rzy, czyli mniej uciąż­liwe i dużo tań­sze. Jeśli jed­nak cał­ko­wi­cie zli­kwi­du­jemy pobór, będzie jesz­cze taniej... Nie będzie żad­nego szko­le­nia. Nie wolno też zapo­mi­nać o aspek­cie spo­łecz­nym sys­temu obrony tery­to­rial­nej. Stwo­rze­nie powszech­nych sił tery­to­rial­nych spo­wo­do­wa­łoby z cza­sem ufor­mo­wa­nie się oby­wa­tel­skiej struk­tury woj­sko­wej. Na szcze­blu gminy, powiatu poja­wi­łoby się woj­sko uru­cha­miane w cza­sie zagro­żeń, nie tylko w razie wojny, ale na przy­kład klęsk żywio­ło­wych. Żoł­nie­rze obrony tery­to­rial­nej, na co dzień cywile, zwy­kli oby­wa­tele, w cza­sie ćwi­czeń i wyko­ny­wa­nia zadań wystę­po­wa­liby w mun­du­rach. Mie­liby za zada­nie bro­nić swo­ich rodzin, domów, miej­sco­wo­ści. To wią­za­łoby obo­wią­zek obrony kraju z tym, co dany czło­wiek uważa za sprawy mu naj­bliż­sze. I w ten spo­sób obo­wiąz­kowa służba woj­skowa byłaby też kształ­ce­niem postaw patrio­tycz­nych i oby­wa­tel­skich. Tego nie uda się uzy­skać za pomocą armii zawo­do­wej.

Jakie roz­wią­za­nia orga­ni­za­cji obron­no­ści uważa pan za naj­lep­sze dla Pol­ski?

- Musimy pamię­tać, że na wszyst­kich oby­wa­te­lach ciąży powszechny OBO­WIĄ­ZEK obrony kraju. Czy oby­wa­tel prze­nie­siony do rezerwy bez odby­cia służby woj­sko­wej wyko­nał ten kon­sty­tu­cyjny wymóg? Zgod­nie z Kon­sty­tu­cją RP szko­le­nie powinno obej­mo­wać wszyst­kich oby­wa­teli zdol­nych do służby woj­sko­wej. Przeszko­le­nie żoł­nie­rza w ramach obo­wiąz­ko­wej służby w obro­nie tery­to­rial­nej powinno trwać trzy, cztery mie­siące. Skoro mamy rocz­nie 200-300 tys. pobo­ro­wych, to stan wojsk obrony tery­to­rial­nej mógłby wyno­sić odpo­wied­nio od 50 do 100 tys. żoł­nie­rzy. Wraz z woj­skami ope­ra­cyj­nymi, zawo­do­wymi, poko­jowy stan Sił Zbroj­nych RP mógłby wyno­sić jakieś 150-160 tys. żoł­nie­rzy. O przy­dat­no­ści sił obrony tery­to­rial­nej w obro­nie dowo­dzi cho­ciażby to, co się stało w Gru­zji. Wła­dze tego pań­stwa wydały w ostat­nich latach naprawdę sporo na woj­sko. Przy czym two­rzono armię, korzy­sta­jąc z pomocy instruk­to­rów ame­ry­kań­skich (było ich 1300) i budu­jąc w zasa­dzie zawo­dową armię wojsk ope­ra­cyj­nych (90 pro­cent żoł­nie­rzy to zawo­dowi lub kon­trak­towi). Zre­zy­gno­wano z wojsk obrony tery­to­rial­nej. Gru­zja miała więc ponad 30 tys. żoł­nie­rzy dobrze uzbro­jo­nych (250 czoł­gów, ponad 200 pod­jaz­dów opan­ce­rzo­nych, 25 samo­lo­tów, silną arty­le­rię). Jak na pań­stwo z 6,7 mln oby­wa­teli to była znaczna siła (sto­su­jąc gru­ziń­skie wskaź­niki dla Pol­ski, powin­ni­śmy mieć armię zawo­dową liczącą jakieś 170-190 tys. żoł­nie­rzy). Gru­ziń­skim zawo­dow­com nie powio­dła się ope­ra­cja zaję­cia mikro­sko­pij­nej Ose­tii Połu­dnio­wej, gdzie opór sta­wiła "mili­cja" ose­tyń­ska, czyli miej­scowa obrona tery­to­rialna z nie­zbyt sil­nym gar­ni­zo­nem rosyj­skich "sił poko­jowych". A kiedy ruszyła ofen­sywa wojsk rosyj­skich (woj­sko z poboru), kil­ka­na­ście tysięcy żoł­nie­rzy i 150 czoł­gów ze wspar­ciem lot­nic­twa, to oka­zało się, że nie bar­dzo było komu bro­nić gru­ziń­skich miast, linii komu­ni­ka­cyj­nych, por­tów.

Czy oprócz obrony tery­to­rial­nej powin­ni­śmy kon­ty­nu­ować pro­ces two­rze­nia armii zawo­do­wej?

- Oczy­wi­ście. Woj­ska ope­ra­cyjne posłu­gu­jące się dro­gim i skom­pli­ko­wa­nym tech­nicz­nie uzbro­je­niem powinny być zawo­dowe. A roz­bu­do­wane siły obrony tery­to­rial­nej byłyby też swo­istym zaple­czem zawo­dowej część armii. Ochot­ni­ków na żoł­nie­rzy zawo­do­wych mogli­by­śmy pozy­ski­wać spo­śród prze­szko­lo­nych w obro­nie tery­to­rial­nej. W woj­skach ope­ra­cyj­nych zna­leź­liby się więc pasjo­naci woj­ska.

Czy utrzy­my­wa­nie wypo­sa­że­nia takich oddzia­łów nie byłoby utrud­nione? Cho­dzi o bez­pie­czeń­stwo maga­zy­nów sprzętu i mate­ria­łów woj­sko­wych.

- Obrona tery­to­rialna to tak zwana lekka pie­chota przy­go­to­wana do dzia­łań ochron­nych, wpie­ra­nia wojsk ope­ra­cyj­nych i w razie koniecz­no­ści zdolna do pro­wa­dze­nia dzia­łań nie­re­gu­lar­nych. Uzbro­je­nie takich oddzia­łów sta­nowi broń lekka, strze­lecka i maszy­nowa, mate­riały wybu­chowe, środki obrony prze­ciw­pan­cer­nej i prze­ciw­lot­ni­czej, na przy­kład rakiety Grom obsłu­gi­wane przez poje­dyn­czych żoł­nie­rzy. Mun­dury i opo­rzą­dze­nie żoł­nie­rze obrony tery­to­rial­nej mogliby prze­cho­wy­wać w swo­ich domach, a broń w odpo­wied­nich maga­zy­nach. Nie bez zna­cze­nia byłby fakt, że całe wypo­sa­że­nie wojsk obrony tery­to­rial­nej mógłby wytwo­rzyć pol­ski prze­mysł obronny. Kwe­stie logi­styczne w przy­padku wojsk obrony tery­to­rial­nej są łatwe do roz­wią­za­nia. Zakła­da­jąc, że woj­sko zbyt szybko nie wyzbę­dzie się posia­da­nej infra­struk­tury; nie­stety, w tej dzie­dzi­nie poczy­niono już dużo złego. Reasu­mu­jąc, Pol­ska potrze­buje nowo­cze­snych, mobil­nych, pro­fe­sjo­nal­nych wojsk ope­ra­cyj­nych (armia zawo­dowa) i maso­wego, prze­szko­lo­nego kom­po­nentu wojsk tery­to­rial­nych. Dla­tego uwa­żam, iż pod­stawą naszej obron­no­ści powi­nien pozo­stać obo­wiąz­kowy pobór i szko­le­nie rezerw. Mówię rze­czy nie­po­pu­larne, ale robię to dla­tego, że mar­twi mnie stan obron­no­ści kraju. Mam kry­tyczny pogląd na to, co MON zamie­rza zro­bić. Można odwo­ły­wać się do idei armii ochot­ni­czej, jeśli jest odpo­wied­nio wysoki poziom patrio­ty­zmu w spo­łe­czeń­stwie, ale nam prze­cież nie cho­dzi o to, by usta­lić, ilu jest patrio­tów w kraju, ale by w momen­cie zagro­że­nia każdy oby­wa­tel wie­dział, jak się bro­nić. To podobna sprawa do umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia samo­chodu - zanim zasią­dziemy za kie­row­nicą, trzeba zdo­być prawo jazdy. Czy bez­pie­czeń­stwo naro­dowe nie jest waż­niej­sze od bez­pie­czeń­stwa na dro­gach? Powin­ni­śmy przy­go­to­wać siły do obrony kraju i stwo­rzyć sys­tem obrony pań­stwa gwa­ran­tu­jący Pol­sce bez­pie­czeń­stwo, nawet gdyby wspar­cie sojusz­ni­cze nie speł­niało naszych ocze­ki­wań. Wtedy będziemy mogli powie­dzieć, że Siły Zbrojne RP są w sta­nie wypeł­nić kon­sty­tu­cyjny obo­wią­zek zapew­nie­nia pań­stwu pol­skiemu nie­na­ru­szal­no­ści jego gra­nic i tery­to­rium. Mała armia zawo­dowa, jaką chce nam zafun­do­wać MON, nie będzie zdolna spro­stać temu obo­wiąz­kowi. Oby nie było tak jak w 1939 roku, gdy gen. Tade­usz Kutrzeba, dowódca Armii "Poznań", wspo­mi­na­jąc bitwę nad Bzurą, powie­dział, że woj­sko otrzy­mało nie­wy­ko­nalny roz­kaz obrony kraju.

"My Naród"

Zamiast Woj­ska Pol­skiego agen­cja ochrony

27 sierp­nia 2008

Zamiast Woj­ska Pol­skiego agen­cja ochrony

Wyda­rze­nia na Kau­ka­zie mają taki sku­tek, że zamil­kli liczni mędrcy gło­szący nie tak dawno, że nic nam nie zagraża i wojny na pewno nie będzie. Nawet nie­zbyt miły Putin będzie bowiem gro­ził i stra­szył "gaz-rurką", ale tan­ków to on na pewno nie użyje. Tym­cza­sem oka­zało się, że Miszka nie tylko gazy pusz­cza, ale potrafi też bły­snąć pan­cer­nymi kłami. Do tego zdaje się nie robi sobie zbyt wiele z bojaź­li­wych napo­mnień Zachodu, że tak postę­po­wać nie wolno. A tam bia­dolą, jakże to, czyż wypada, toż part­ner­stwo z NATO i współ­praca z "wiel­kimi" w UE, Niem­cami i Fran­cją, a i człon­ko­stwo w G8 i do WTO zapra­szamy itp., itd. Pre­zy­dent Mie­dwie­diew wyda­wał się takim miłym pro­za­chod­nim prag­ma­ty­kiem... a tu masz, bomby zrzuca na głowy Gru­zi­nów.

W Pol­sce tym­cza­sem jakby ni­gdy nic robi się malutką armię zawo­dową. Naj­wyż­sze czyn­niki rzą­dowe oświad­czyły, że koń­czymy z pobo­rem do woj­ska. Armia sta­nie się wkrótce zawo­dowa, czyli będą w niej tylko ci, któ­rzy zechcą w niej zatrud­nić się za pie­nią­dze. Obrona Ojczy­zny, jesz­cze kon­sty­tu­cyjny obo­wią­zek każ­dego oby­wa­tela, ma być odtąd obo­wiąz­kiem zawie­szo­nym. Oby­wa­tele zamiast tra­cić czas na zdo­by­wa­nie umie­jęt­no­ści nie­zbęd­nych w razie wojny, wynajmą sobie grupę woja­ków i oni, niczym ochro­nia­rze, będą ich bro­nić w razie wojny.

Pol­ska jest dość dużym pań­stwem leżą­cym na wschod­nim skraju świata zachod­niego (NATO, UE). Jeżeli zasta­no­wimy się, jakimi siłami może być zaata­ko­wana, i uświa­do­mimy sobie, ile miast, fabryk, por­tów, mostów trzeba będzie bro­nić, to spo­strze­żemy, że pla­no­wana armia zawo­dowa nie może wystar­czyć. A na więk­szą "agen­cję ochrony" Pol­ski nie stać.

Sły­szy się argu­ment, że armią zawo­dową będzie można lepiej bro­nić Pol­ski, bowiem w razie wojny będzie się nią spraw­niej manew­ro­wać. Zapewne, chcąc unik­nąć znisz­cze­nia, taka mała armia musi być szcze­gól­nie zwinna w uni­ka­niu star­cia z wro­giem. Sien­kie­wi­czow­ski pan Zagłoba pytany, dla­czego jazdę woło­ską nazywa się lekką, odpo­wia­dał - bo lekko ucieka. Powstaje pro­blem, czy manew­ro­wa­niem można obro­nić sto­sun­kowo duże tery­to­rium przed wielką armią napast­ni­czą?

Powiada się, że wojny wygry­wają rezer­wi­ści. Jed­nym z naj­waż­niej­szych zadań woj­ska okresu poko­jo­wego jest wła­śnie szko­le­nie rezerw. W razie wojny prze­pro­wa­dza się mobi­li­za­cję i zwięk­sza kilka razy armię czasu poko­jo­wego, powo­łu­jąc pod broń rezer­wi­stów, ludzi wcze­śniej woj­skowo prze­szko­lo­nych. Pol­ska ma kilka milio­nów oby­wa­teli zdol­nych do nosze­nia broni, byłoby więc komu jej bro­nić. Nie będą jed­nak oni przy­datni do obrony kraju, jeśli wcze­śniej nie nauczą się posłu­gi­wać bro­nią. Jeśli powsta­nie armia w kształ­cie pro­po­no­wa­nym przez MON, to po znie­sie­niu poboru z cza­sem nie będzie prze­szko­lo­nych rezerw i nie będzie kogo mobi­li­zo­wać na wojnę. A na stro­nie MON można prze­czy­tać, że "ure­gu­lo­wany sto­su­nek do powszech­nego obo­wiązku obrony" będzie miał każdy, kto tylko zgłosi się do reje­stra­cji. Słu­żyć już nie musi. Jed­nak mimo to według MON "...każdy oby­wa­tel pol­ski, zdolny do peł­nie­nia służby woj­sko­wej, w myśl art. 85 ust. 1 Kon­sty­tu­cji Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej, obo­wią­zany jest do obrony ojczy­zny, co ozna­cza, że pro­jek­to­wana zmiana cha­rak­teru Sił Zbroj­nych nie zdej­muje kon­sty­tu­cyj­nych zobo­wią­zań oby­wa­tela wobec pań­stwa". Ha, nie zdej­muje! Czyli w razie wojny KAŻDY oby­wa­tel musi bro­nić kraju. Jed­nak w cza­sie pokoju pań­stwo nie chce tego oby­wa­tela przy­go­to­wać do obrony. Czy w razie wojny ludzie nie­przy­go­to­wani i nie­prze­szko­leni będą kie­ro­wani do walki?

Prze­pisy ruchu dro­go­wego wyma­gają, aby każdy, kto chce pro­wa­dzić samo­chód, zdo­był prawo jazdy. To dość kło­po­tliwy obo­wią­zek. Nie zawsze zdaje się pomyśl­nie sto­sowne egza­miny. No i za to trzeba pła­cić. Cze­muż by tego obo­wiązku nie znieść? Nie, nie można - każdy odpo­wie. Cho­dzi prze­cież o bez­pie­czeń­stwo w ruchu dro­go­wym. A bez­pie­czeń­stwo naro­dowe jest mniej ważne? Można zre­zy­gno­wać z obo­wiązku zdo­by­wa­nia upraw­nień do obrony kraju?

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, na które powo­łują się nasi zwo­len­nicy armii zawo­do­wej, wszy­scy oby­wa­tele zdolni do służby woj­sko­wej są reje­stro­wani i w razie koniecz­no­ści powo­łuje się ich do woj­ska. Podob­nie ma być w Pol­sce. Tylko że Pol­ska to nie USA. Tam jest duża armia zawo­dowa i kom­po­nent sił zbroj­nych pod nazwą Gwar­dia Naro­dowa, umoż­li­wia­jący w razie koniecz­no­ści masowe szko­le­nie rezerw. Warto też pamię­tać, że Stany Zjed­no­czone gra­ni­czą z Kanadą, Mek­sy­kiem oraz dwoma oce­anami. Szko­le­nie rezerw nie będzie zagro­żone bez­po­śred­nio przez woj­ska agre­sora. W przy­padku Pol­ski jest ina­czej. Będziemy mieli malutką armię zawo­dową i nie będzie czasu na szko­le­nie rezerw - mamy kiep­skie poło­że­nie. Porów­najmy: Wielka Bry­ta­nia jest wyspą, Fran­cja czy Hisz­pa­nia leżą w bez­piecz­nej czę­ści Europy, a Pol­ska znaj­duje się na "linii fron­to­wej". I cho­ciaż nie tylko Polacy sły­szą pogróżki ze strony rosyj­skich gene­ra­łów, to jed­nak z Kali­nin­gradu dużo bli­żej do War­szawy niż do Paryża, Lon­dynu, Madrytu czy Waszyng­tonu.

Pol­ska potrze­buje nowo­cze­snych, mobil­nych, pro­fe­sjo­nal­nych wojsk ope­ra­cyj­nych (armia zawo­dowa). I potrze­buje maso­wych wojsk obrony tery­to­rial­nej. Wojsk z poboru, w któ­rych szko­le­nie trwa krótko, trzy, cztery mie­siące. Pod­stawą obron­no­ści powi­nien być obo­wiąz­kowy pobór do obrony tery­to­rial­nej zapew­nia­jący szko­le­nie rezerw. Mam kry­tyczny pogląd na to, co MON zamie­rza z woj­skiem zro­bić. Można odwo­ły­wać się do pomy­słów armii ochot­ni­czej, jeśli jest odpo­wied­nio wysoki poziom patrio­ty­zmu w spo­łe­czeń­stwie. Nie cho­dzi jed­nak o to, by usta­lić, ilu mamy w kraju patrio­tów, ale by w momen­cie zagro­że­nia każdy oby­wa­tel wie­dział, jak się bro­nić. Powin­ni­śmy stwo­rzyć sys­tem obrony pań­stwa gwa­ran­tu­jący Pol­sce bez­pie­czeń­stwo, nawet gdyby wspar­cie sojusz­ni­cze nie speł­niało naszych ocze­ki­wań. Wtedy będziemy mogli powie­dzieć, że Siły Zbrojne RP są w sta­nie wypeł­nić kon­sty­tu­cyjny obo­wią­zek zapew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa pań­stwu pol­skiemu, nie­na­ru­szal­no­ści jego gra­nic i tery­to­rium. Mała armia zawo­dowa nie będzie w sta­nie spro­stać temu obo­wiąz­kowi.

W MON zapo­mniano, że Woj­sko Pol­skie ni­gdy nie było miej­scem pracy, jakąś fabryką. Uwa­żano, że żoł­nierz służy Ojczyź­nie, a nie jest prze­bra­nym w mun­dur pra­cow­ni­kiem. Woj­sko było w Pol­sce ważną spo­łecz­nie i naro­dowo insty­tu­cją. Miej­scem kształ­to­wa­nia postaw patrio­tycz­nych i oby­wa­tel­skich słu­żą­cych w nim ludzi. Jest prze­cież esprit de corps (duch armii) i tra­dy­cja pol­skiego woj­ska. Czy można to wyli­czyć w zło­tów­kach? Czy kon­dy­cja współ­cze­snego żoł­nie­rza pol­skiego ma spro­wa­dzać się do wyso­ko­ści jego zarob­ków? Nie należy mylić obo­wiązku tro­ski pań­stwa o mate­rialne warunki służby żoł­nie­rzy z takimi spra­wami, jak woj­skowa służba pań­stwu i patrio­tyzm tej służby. To tro­chę tak, jak­by­śmy chcieli usta­lić od jakiej kwoty, za ile, warto być pol­skim patriotą. Może byłoby dobrze, aby każdy mini­ster obrony przed obję­ciem sta­no­wi­ska prze­czy­tał De vir­tute mili­tari. Zarys etyki woj­sko­wej ojca Józefa Bocheń­skiego?

Skutki zamia­rów MON dla obron­no­ści będą fatalne. Według mnie będą powo­do­wać osła­bie­nie bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego.

Ewi­dentny suk­ces

7 paź­dzier­nika 2008

Ewi­dentny suk­ces

Mini­ster obrony naro­do­wej Bog­dan Klich prze­ma­wiał w bazie woj­sko­wej Echo w irac­kiej Diwa­nii na uro­czy­sto­ści zakoń­cze­nia pol­skiej misji woj­sko­wej w tym kraju. Twier­dził, że Pol­ska zyskała ewi­dentny suk­ces na płasz­czyź­nie poli­tycz­nej i mili­tar­nej. Nie udało się jedy­nie, baga­tela, uzy­skać cze­go­kol­wiek na polu gospo­dar­czym. Tu jed­nak, jak pod­kre­ślił mini­ster Klich, zawi­nił rząd pre­miera Leszka Mil­lera, który wysy­ła­jąc woj­sko do Iraku, zapo­mniał prze­pro­wa­dzić z Ame­ry­ka­nami "męską roz­mowę" w celu uzy­ska­nia tych korzy­ści. No i kolejne rządy póź­niej nic już nie mogły zro­bić (sic!).

Nie ma pol­skich przed­się­biorstw robią­cych inte­resy w Iraku. Są z innych kra­jów - nie tylko ame­ry­kań­skie czy bry­tyj­skie, ale także fran­cu­skie i nie­miec­kie, a więc z państw, które kry­ty­ko­wały Ame­ry­ka­nów za wojnę w Iraku. Aktywne na tym obsza­rze są firmy z Chin, Fran­cji, Kanady, Korei Połu­dnio­wej, Nor­we­gii, Rosji, Tur­cji. Nie tak dawno do Iraku udali się mini­stro­wie resor­tów gospo­dar­czych Nie­miec i Japo­nii, któ­rym towa­rzy­szyły misje han­dlowe przed­się­bior­ców. Pol­skie Mini­ster­stwo Gospo­darki nie zamie­rza niczego podob­nego robić.

Irak posiada ogromne złoża ropy naf­to­wej - sta­no­wią 10 pro­cent świa­to­wych rezerw ropy i są znane ze swej wyso­kiej jako­ści. Irak z tej racji sta­nowi też szcze­gól­nie atrak­cyjne miej­sce dla inwe­sto­rów. Z osiem­dzie­się­ciu odkry­tych w Iraku złóż, dwa­dzie­ścia sie­dem jest już eks­plo­ato­wa­nych. Geo­lo­dzy wyty­po­wali ponadto czte­ry­sta miejsc, w któ­rych może znaj­do­wać się ropa. Nie ulega zatem wąt­pli­wo­ści, że skoro Pol­ska potrze­buje ropy i gazu, to takie inwe­sty­cje należy podej­mo­wać. Tego nie ma!

Bry­tyj­skie i ame­ry­kań­skie firmy naf­towe dopro­wa­dziły do zmiany irac­kiego prawa i mogą w spo­sób nie­mal nie­skrę­po­wany korzy­stać z irac­kich pól naf­to­wych. Jest tam obecna także anty­ame­ry­kań­ska prze­cież Rosja, która pod­pi­sała poro­zu­mie­nie z rzą­dem w Bag­da­dzie, a Łukoil już inwe­stuje 4 mld dol. w eks­plo­ata­cję jed­nego z naj­więk­szych irac­kich złóż ropy. Nawet komu­ni­styczne Chiny, świa­towy kon­ku­rent USA, zawarły z Ira­kiem kon­trakt wart 3 mld dol. na eks­plo­ata­cję złóż poło­żo­nych w pobliżu Bag­dadu. Obrazu pol­skiej porażki dopeł­nia opu­bli­ko­wana przez iracki rząd lista zagra­nicz­nych przed­się­biorstw dopusz­czo­nych do prze­tar­gów na wydo­by­cie ropy. Oprócz potęg w rodzaju bry­tyj­sko-holen­der­skiego Shella, ame­ry­kań­skiego Exxona czy fran­cu­skiego Totala są na niej firmy z Rosji, Indii, Male­zji, Indo­ne­zji. Nie ma pol­skich firm - Orlenu i PGNiG.

Jedy­nym w zasa­dzie suk­ce­sem Pol­ski były kon­trakty na dostawę uzbro­je­nia. Bumar pod­pi­sał umowy na ponad 400 mln dol. Sprzy­jał temu wice­mi­ni­ster obrony Iraku Cat­tan Ziad, sil­nie zwią­zany z Pol­ską. Absol­went Aka­de­mii Eko­no­micz­nej w Kra­ko­wie z pol­skim oby­wa­tel­stwem. Nie­stety, po zmia­nie ekipy rzą­do­wej w Iraku został oskar­żony o korup­cję. W mediach ame­ry­kań­skich poja­wiły się zarzuty, że kon­trakty z Pol­ską były polem tej korup­cji, a broń dostar­czana przez Pola­ków jest mar­nej jako­ści. W nie­ja­snych oko­licz­no­ściach zostali zabici współ­pra­cow­nicy wice­mi­ni­stra, a on sam ści­gany listem goń­czym ukrywa się. Bumar wypadł z listy dostaw­ców uzbro­je­nia dla armii irac­kiej.

Jedna z gazet zain­spi­ro­wana mową mini­stra Kli­cha przed­sta­wiła "plusy" misji w Iraku. A więc mamy korzy­ści w sfe­rze dyplo­ma­cji - dzięki udzia­łowi w misji sta­li­śmy się "waż­nym part­ne­rem" na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Pyta­nie, czemu to nie prze­ło­żyło się na sferę gospo­dar­czą. Pol­ska dyplo­ma­cja nie potra­fiła dopro­wa­dzić cho­ciażby do poro­zu­mie­nia w spra­wie 850 mln dol., które Irak - naj­więk­szy dłuż­nik Pol­ski - jest winny od wielu lat. Nato­miast potra­fiła to zro­bić Buł­ga­ria, jak można sądzić, dys­po­nu­jąca słab­szymi akty­wami, która do końca roku ma otrzy­mać 360 mln dol. Trudno przy­jąć, że pol­ska dyplo­ma­cja jest jakość szcze­gól­nie wpły­wowa i sku­teczna.

Innym "plu­sem" wska­za­nym przez gazetę ma być decy­zja o przej­ściu w Pol­sce na armię zawo­dową. Czy­tam: "Sztab Gene­ralny prze­stał upie­rać się przy armii z poboru". Nie bar­dzo rozu­miem, dla­czego udział w misji irac­kiej miał skut­ko­wać taką decy­zją? Pomi­ja­jąc dro­biazg, że Pol­ska nie powinna opie­rać swej obrony na malut­kiej armii zawo­do­wej.

Wresz­cie trze­cim i ostat­nim "plu­sem" ma być "lep­sze wypo­sa­że­nie żoł­nie­rzy i przy­go­to­wa­nie dowód­ców, bez­pre­ce­den­sowe doświad­cze­nia". Rze­czy­wi­ście w cza­sie trwa­nia misji oka­zało się, że wysła­li­śmy na nią żoł­nie­rzy źle wypo­sa­żo­nych. Pol­scy decy­denci począt­kowo nie dostrze­gli, że na przy­kład będą potrzebne pojazdy opan­ce­rzone. Nie było zro­zu­mie­nia, że w Iraku trzeba będzie zmie­rzyć się z sytu­acjami bojo­wymi. W tym miej­scu warto jed­nak zasta­no­wić, się w jakim stop­niu wspo­mniane "bez­pre­ce­den­sowe doświad­cze­nia" mogą popra­wić stan pol­skiej obron­no­ści. Jak infor­mo­wało Dowódz­two Ope­ra­cyjne, w cza­sie wszyst­kich zmian żoł­nie­rze wyko­nali ponad 130 tys. patroli i kon­wo­jów, w cza­sie któ­rych spraw­dzono nie­mal 10 mln osób i pojaz­dów. Ponadto wyko­ny­wano różne zada­nia saper­skie - znisz­czono ponad 3,5 mln sztuk amu­ni­cji zare­kwi­ro­wa­nej bądź zna­le­zio­nej. Trudno przy­jąć, że takie poli­cyjno-porząd­kowe czyn­no­ści będą szcze­gól­nie przy­datne w razie obrony Pol­ski przed agre­sją z zewnątrz.

W Iraku zgi­nęło dwu­dzie­stu dwóch pol­skich żoł­nie­rzy. Ponadto stra­ciło życie trzech pra­cow­ni­ków firm ochro­niar­skich, funk­cjo­na­riusz BOR, dzien­ni­karz i mon­ta­ży­sta TVP. Ewi­dentny suk­ces!

"Mąż Sta­chy"

29 listo­pada 2008

"Mąż Sta­chy"

Na początku listo­pada poja­wiły się nie­śmiałe spe­ku­la­cje, czy po unie­win­nia­ją­cym wyroku nie powrócę do poli­tyki. Rze­czy­wi­ście przez całe doro­słe życie tkwi­łem w poli­tyce i dopiero pod­stępne dzia­ła­nia mniej i bar­dziej tajne w 2001 roku spra­wiły, że wypa­dłem za burtę. Sta­łem się z przy­musu obser­wa­to­rem, a nie uczest­ni­kiem życia poli­tycz­nego. Mogłem zasta­na­wiać się nad jako­ścią pol­skiej poli­tyki. Czym ma być poli­tyka pol­ska i kim powinni być pol­scy poli­tycy?

Oby­wa­tele zdają się nie dostrze­gać, że poli­tycy, two­rząc pro­gramy i podej­mu­jąc dzia­ła­nia, decy­dują o ich przy­szło­ści. Jeśli więc jako wyborcy na czele pań­stwa posta­wimy poli­ty­ków nie­udol­nych, nie­do­strze­ga­ją­cych nie­bez­pie­czeństw, to wysta­wimy na hazard nie tylko odzy­skaną wol­ność, ale i nasz byt.

Obcho­dzi­li­śmy dzie­więć­dzie­siątą rocz­nicę odzy­ska­nia przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści. W tym okre­sie mie­li­śmy wła­sne pań­stwo przez czter­dzie­ści lat - dwa­dzie­ścia przed 1939 rokiem i dwa­dzie­ścia po 1989 roku. A w ciągu pozo­sta­łych pięć­dzie­się­ciu ponie­śli­śmy gigan­tyczne straty, doświad­czy­li­śmy zdrady sojusz­ni­ków i sowiec­kiej nie­woli. W tym cza­sie poli­tyka pol­ska oka­zała się dra­ma­tycz­nie nie­sku­teczna. Czy dziś mamy poli­ty­ków lep­szych niż w latach II wojny świa­to­wej i możemy ze spo­ko­jem patrzeć w przy­szłość? W tym miej­scu przy­po­mina mi się angiel­skie powie­dze­nie: "Poli­tyk myśli o przy­szłych wybo­rach, mąż stanu myśli o przy­szłych poko­le­niach". O czym myślą żyjący dziś pol­scy poli­tycy?

Druga Rze­czy­po­spo­lita miała kru­chą nie­pod­le­głość, bowiem jej byt był uza­leż­niony od trwa­ło­ści tak zwa­nego porządku wer­sal­skiego. Trak­tat poko­jowy pod­pi­sany w Wer­salu po zakoń­cze­niu I wojny świa­to­wej ozna­czał osła­bie­nie pozy­cji Nie­miec i uzna­nie ist­nie­nia nowych państw w Euro­pie Środ­ko­wej i Wschod­niej. W 1918 roku nie tylko Polacy odzy­skali nie­pod­le­głość. Porzą­dek wer­sal­ski miał też wro­gów, Rosję i Niemcy, które chciały odzy­skać mocar­stwowe pozy­cje. Wraz z odbu­dową siły mili­tar­nej Rosja Sta­lina i Niemcy Hitlera porzą­dek wer­sal­ski zbu­rzyły.

Po zakoń­cze­niu II wojny świa­to­wej zwy­cięzcy usta­no­wili nowy porzą­dek, okre­ślany mia­nem jał­tań­skiego. To nowe urzą­dze­nie Europy ska­zało narody Europy Środ­ko­wej i Wschod­niej na sta­tus sate­li­tów Moskwy. I dopiero kiedy Sowieci zaczęli prze­gry­wać w rywa­li­za­cji mili­tar­nej z Zacho­dem, a komu­nizm oka­zał się eko­no­micz­nie nie­wy­dolny, wielki ruch pol­skiej Soli­dar­no­ści spra­wił, że Pol­ska i jej sąsie­dzi wol­ność odzy­skali. Wraz z tym roz­padł się porzą­dek jał­tań­ski.

Minęło dwa­dzie­ścia lat. Czy możemy powie­dzieć, że obecny porzą­dek mię­dzy­na­ro­dowy jest trwały i pań­stwu pol­skiemu nic nie zagraża? Nie trzeba zbyt docie­kli­wych ana­liz, by dostrzec, że sta­bil­no­ści w sto­sun­kach mię­dzy­na­ro­dowych zagraża nie tylko islam­ski ter­ro­ryzm. Wyraź­nie rysują się nowe ośrodki siły, takie jak Chiny, Indie i ważna dla Pol­ski Rosja, które chcą osła­bić pozy­cję Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gwa­ranta obec­nego porządku mię­dzy­na­ro­do­wego. Poli­tyka Moskwy na Kau­ka­zie i napię­cia w sto­sun­kach z Ukra­iną wska­zują kie­ru­nek zain­te­re­so­wań Rosji. Z dru­giej zaś strony miękka, by nie powie­dzieć stra­chliwa wobec Rosji poli­tyka part­ne­rów Pol­ski w Unii Euro­pej­skiej i nie­ja­sna postawa NATO muszą nie­po­koić.

Bez echa prze­szedł wywiad ame­ry­kań­skiego poli­to­loga Geo­rge'a Fried­mana4. Jeśli to, co mówi, znaj­dzie wyraz w poli­tyce zagra­nicz­nej USA, to Pol­ska sta­nie przed poważ­nym dyle­ma­tem. W pla­nie ame­ry­kań­skim mia­łaby być naj­waż­niej­szym sojusz­ni­kiem USA powstrzy­mu­ją­cym eks­pan­sję Rosji na zachód. Byłaby takim "przed­mu­rzem" Europy z pro­ro­syj­skimi Niem­cami za ple­cami. W wywia­dzie Fried­mana padają zapew­nie­nia, że USA zaan­ga­żują się w roz­wój pol­skiej gospo­darki, prze­kształcą Pol­skę w mocar­stwo. Nie wia­domo, czy zapew­nie­nia Fried­mana będą reali­zo­wać wła­dze USA. Ale nawet gdyby tak było, to co się sta­nie, jeśli wypadki pobie­gną szyb­ciej niż pro­cesy wzmoc­nie­nia Pol­ski i będziemy tym "przed­mu­rzem", nie będąc mocar­stwem? Przy­po­mnijmy, że Hitler pla­no­wał roz­po­czę­cie wojny na 1944 rok, kiedy miały się zakoń­czyć nie­miec­kie pro­gramy zbro­je­niowe. Tym­cza­sem łatwe suk­cesy w Austrii i Cze­cho­sło­wa­cji tak go roz­zu­chwa­liły, że posta­no­wił zary­zy­ko­wać i napadł na Pol­skę w 1939 roku. W efek­cie w 1944 roku Niemcy wojnę zamiast zaczy­nać koń­czyły. Co w tym cza­sie stało się z Pol­ską, nie trzeba przy­po­mi­nać.

Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, jak pobie­gnie poli­tyka USA i jaki rodzaj rela­cji sojusz­ni­czych będzie łączyć Waszyng­ton z War­szawą, Polacy powinni zadbać o stwo­rze­nie wła­snej sil­nej i sku­tecz­nej obrony swo­jego pań­stwa. Pol­sce, a jeśli Fried­man dobrze przed­sta­wia zamiary USA, także naszemu stra­te­gicz­nemu sojusz­ni­kowi będzie bar­dziej potrzebna silna w defen­sy­wie pol­ska armia niż nawet kilka tysięcy "zawo­dow­ców" w Afga­ni­sta­nie. Być może nie tylko z pol­skiego punktu widze­nia, ale także przez wzgląd na stra­te­giczne potrzeby sojusz­nika trzeba będzie wkrótce zwe­ry­fi­ko­wać i zmie­nić obecne plany "minia­tu­ry­za­cji" Sił Zbroj­nych RP.

A wra­ca­jąc do poli­ty­ków i tytułu tek­stu. W cza­sach gdy "Pol­ska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostat­niej", opo­wia­dano dow­cip: Odbywa się kon­fe­ren­cja mię­dzy­na­ro­dowa. Wcho­dzą przy­wódcy poszcze­gól­nych państw. Spi­ker ogła­sza - pre­zy­dent Fran­cji de Gaulle, mąż stanu; kanc­lerz Nie­miec Ade­nauer, mąż stanu; przy­wódca Pol­ski Gie­rek, mąż Sta­chy (żona tow. Edwarda miała na imię Sta­ni­sława).

Mamy w poli­tyce pol­skiej jesz­cze jakichś innych "mężów Sta­chy"?

Coraz wię­cej wodzów - "pro­fe­sjo­nal­nych"

29 grud­nia 2008

Coraz wię­cej wodzów - "pro­fe­sjo­nal­nych"

"Dowo­dze­nie wielką armią opiera się na takich samych zasa­dach jak dowo­dze­nie kil­koma ludźmi, spro­wa­dza się wła­ści­wie do pro­blemu, jak podzie­lić i upo­rząd­ko­wać swe siły".

Sun Tzu, Sztuka wojny

Mini­ster obrony naro­do­wej udzie­lił wywiadu (26.12.), zapo­wia­da­jąc istotne zmiany w sys­te­mie dowo­dze­nia Siłami Zbroj­nymi RP. Mówił: "Wszyst­kie funk­cje w woj­sku muszą być od sie­bie pre­cy­zyj­nie oddzie­lone; dotych­cza­sowy model tego nie gwa­ran­to­wał". Zapo­wia­dał, że po zmia­nach w Siłach Zbroj­nych RP za pla­no­wa­nie będzie odpo­wia­dał Sztab Gene­ralny WP, za dowo­dze­nie Dowódz­two Ope­ra­cyjne, a za logi­stykę Inspek­to­rat Wspar­cia. Nad nimi "te wszyst­kie funk­cje będzie spi­nał" szef obrony - naj­wyż­szy dowódca WP "z nie­wiel­kim sekre­ta­ria­tem" - jak pod­kre­ślał mini­ster, szef Sztabu Gene­ral­nego WP straci więc swą pozy­cję "pierw­szego żoł­nie­rza" i będzie tylko zastępcą szefa obrony. To tro­chę zaska­ku­jąca sytu­acja.

Dokład­nie rok temu mini­ster Klich wzmac­niał szefa Sztabu Gene­ral­nego WP, pod­po­rząd­ko­wu­jąc mu dowód­ców rodza­jów sił zbroj­nych, przed­tem pod­le­ga­ją­cych bez­po­śred­nio mini­strowi obrony naro­do­wej. Wtedy Klich wyja­śniał posłom, że "Kon­sty­tu­cja pol­ska nie prze­są­dza wprost o tym, jaka jest wza­jemna zależ­ność pomię­dzy sze­fem Sztabu Gene­ral­nego a dowód­cami rodza­jów sił zbroj­nych oraz innymi sze­fami jed­no­stek orga­ni­za­cyj­nych sił zbroj­nych. Posta­no­wi­łem wypo­sa­żyć szefa Sztabu Gene­ral­nego w narzę­dzia, tak by mógł wyda­wać pole­ce­nia także innym dowód­com woj­sko­wym". Miało to według Kli­cha "uspraw­nić pro­ces podej­mo­wa­nia decy­zji i wpro­wa­dzić nie­zbędną zasadę przej­rzy­sto­ści".

Należy sądzić, że zmiana z 2007 roku nie uspraw­niła pro­ce­sów decy­zyj­nych, skoro teraz mini­ster postę­puje na odwrót, osła­bia pozy­cję szefa Sztabu Gene­ral­nego WP. (Z powodu ubie­gło­rocz­nej decy­zji ze sta­no­wi­ska odszedł wicemini­ster Koziej, zwo­len­nik prze­kształ­ce­nia SG WP w organ pla­ni­styczny. Czy teraz gen. Koziej wróci do MON?)

Co jed­nak szef MON zrobi z kon­sty­tu­cją, która tym razem coś "prze­są­dza". Mini­ster obrony zapo­wiada utwo­rze­nie naj­wyż­szego sta­no­wi­ska dowód­czego, któ­rego w kon­sty­tu­cji nie ma! Art. 134 Kon­sty­tu­cji RP doty­czący zwierzch­nic­twa głowy pań­stwa nad siłami zbroj­nymi mówi, że pre­zy­dent mia­nuje szefa SG, który według ustawy o powszech­nym obo­wiązku obrony "jest naj­wyż­szym pod wzglę­dem peł­nio­nej funk­cji żoł­nie­rzem w czyn­nej służ­bie woj­sko­wej" (art. 7 p. 2 ustawy). Ustawę sejm może zmie­nić, ale czy to ozna­cza, że pre­zy­dent, zacho­wu­jąc prawo mia­no­wa­nia szefa SG WP, nie będzie tym samym powo­ły­wał naj­wyż­szego dowódcy woj­sko­wego i czy ta zmiana ustawy będzie zgodna z kon­sty­tu­cją? Wresz­cie kto i w jakim try­bie będzie powo­ły­wał szefa obrony - mini­ster, pre­mier?

Innym ory­gi­nal­nym pomy­słem jest stwo­rze­nie kole­gium dowód­ców rodza­jów sił zbroj­nych, by "zin­te­gro­wać" ich dzia­ła­nia. A będą się oni "inte­gro­wać" po dys­lo­ko­wa­niu do Wro­cła­wia - dowódca wojsk lądo­wych, Pozna­nia - sił powietrz­nych, Gdyni - mary­narki wojen­nej i Kra­kowa - wojsk spe­cjal­nych. Prze­pro­wa­dza­jący wywiad dzien­ni­karz zauważa przy­tom­nie, że "po dys­lo­ka­cji dowództw więk­szość kadry będzie zaj­mo­wała się głów­nie dojeż­dża­niem do War­szawy na narady i odprawy". Mini­ster Klich nie podziela tych obaw, bowiem szef kole­gium będzie w War­sza­wie, czyli tylko on będzie dojeż­dżał - co roku sze­fem będzie dowódca innego rodzaju sił zbroj­nych. A ponadto "nowo­cze­sne środki łącz­no­ści pozwa­lają na pro­wa­dze­nie tele­kon­fe­ren­cji oraz wide­okon­fe­ren­cji". Nie zapy­tano mini­stra, na ile te środki są sto­so­wane w prak­tyce narad MON.

Zasta­na­wia jed­nak, skąd pomysł na utwo­rze­nie takiego kole­gial­nego zespołu? W histo­rii pol­skiego woj­ska nie było kole­giów naj­wyż­szych dowód­ców. Insty­tu­cja taka wystę­puje ow­szem w kra­jach anglo­sa­skich (Wielka Bry­ta­nia, USA). Nie ma jej w kra­jach kon­ty­nen­tal­nej Europy, gdzie ist­niały zawsze jed­no­lite ośrodki dowo­dze­nia woj­skiem.

Dowo­dze­nie i kie­ro­wa­nie siłami zbroj­nymi musi być mak­sy­mal­nie sprawne. Także współ­cze­śnie, gdy powstała koniecz­ność reali­za­cji tak zwa­nych ope­ra­cji połą­czo­nych na "sie­cio­cen­trycz­nym" polu walki. Przy­po­mnijmy, że jed­nym z ele­men­tów ame­ry­kań­skiej Revo­lu­tion in Mili­tary Affa­irs (rewo­lu­cji w spra­wach woj­sko­wych) jest dok­tryna Network Cen­tric War­fare (sie­cio­cen­trycz­nej wojny) opra­co­wana przez wice­ad­mi­rała o swoj­sko brzmią­cym nazwi­sku Cebrow­ski. Dzięki niej woj­sko ma być lepiej dosto­so­wane do wyzwań współ­cze­snej wojny. Dys­po­nu­jący aktu­alną i pełną infor­ma­cją żoł­nie­rze, cały czas połą­czeni kom­pu­te­rową sie­cią obej­mu­jącą zarówno poje­dyn­czego sze­re­gowca, jak i naj­wyż­szego dowódcę, mogą swe dzia­ła­nia syn­chro­ni­zo­wać i samo­or­ga­ni­zo­wać w celu sku­tecz­nego zwal­cza­nia siły wroga. Dok­tryna zasto­so­wana w Iraku wyka­zała nie­do­statki. Oka­zało się, że w warun­kach bojo­wych trudno jest szybko prze­twa­rzać ogromne ilo­ści napły­wa­ją­cych infor­ma­cji. W rezul­ta­cie sys­temy trans­mi­sji danych zawie­szają się i woj­sko "ślep­nie". Zwa­żyw­szy na szybki roz­wój elek­tro­niki, można przy­jąć, że to ogra­ni­cze­nie zosta­nie kie­dyś prze­zwy­cię­żone. Jed­nak pod­sta­wowa zasada dowo­dze­nia mówiąca, że mię­dzy wyda­ją­cym roz­kaz a jego wyko­nawcą powinno być jak naj­mniej ogniw pośred­nich, zacho­wuje tym bar­dziej swą uży­tecz­ność. Decy­zje MON wydają się zmie­rzać w odwrot­nym kie­runku.

Także koniecz­ność reali­zo­wa­nia ope­ra­cji połą­czo­nych jako spo­sobu pro­wa­dze­nia dzia­łań musi mieć wpływ na struk­turę dowo­dze­nia. Ope­ra­cje takie są sko­or­dy­no­wa­nymi w cza­sie i prze­strzeni przed­się­wzię­ciami pla­no­wa­nymi przez kie­row­nic­two stra­te­giczne i reali­zo­wa­nymi przez jed­no­lite dowódz­two ope­ra­cyjne dla osią­gnię­cia celu stra­te­gicznego, w któ­rym biorą udział kom­po­nenty co naj­mniej dwóch rodza­jów sił zbroj­nych. Wiel­kim wyzwa­niem są pla­no­wane i prze­pro­wa­dzane dzia­ła­nia w tere­nie zur­ba­ni­zo­wa­nym (MOUT - Mili­tary Ope­ra­tion on Urba­ni­zed Ter­rain), gdzie obiekty zbu­do­wane przez czło­wieka poważ­nie ogra­ni­czają swo­bodę tak­tyczną dowód­ców. Nie­zbędna jest róż­no­rod­ność, ela­stycz­ność i jed­ność dzia­ła­nia sił wła­snych. Tej łączą­cej roli (ope­ra­cje połą­czone) nie mogą odgry­wać dowódcy poszcze­gól­nych rodza­jów sił zbroj­nych. Ich rolę mini­ster Klich okre­śla tylko jako "dostar­czy­cieli sił" (Force Pro­vi­der). Skoro jed­nak kto inny ma woj­skiem dowo­dzić na polu bitwy, to dla­czego mają być na­dal liczne dowódz­twa - wystar­czy­łyby odpo­wie­dzialne za przy­go­to­wa­nie wojsk inspek­to­raty sił lądo­wych, powietrz­nych i mor­skich.

Dowo­dze­nie woj­skami odbywa się na trzech pozio­mach. Mamy naj­wyż­szy, stra­te­giczny w skali całego pań­stwa, ope­ra­cyjny - w reali­za­cji zadań stra­te­gicznych i poziom tak­tyczny - bez­po­śred­nio wyko­naw­czy. Obec­nie naj­wyż­szym pol­skim dowódz­twem woj­sko­wym jest Sztab Gene­ralny WP, a naj­wyż­szym dowódcą szef SG WP. Teraz ma się poja­wić inny naj­wyż­szy dowódca (szef obrony). Jed­nak nie będzie on miał organu dowo­dze­nia, tylko "mały sekre­ta­riat". Funk­cje dowód­cze utraci SG WP, sta­jąc się orga­nem pla­ni­stycz­nym. W jaki więc spo­sób szef obrony będzie dowo­dził woj­skiem? Jakimi instru­men­tami będzie to robił? Za pomocą kole­gium dowód­ców?

Pro­po­no­wana zmiana wska­zuje, że na szcze­blu stra­te­gicz­nym będziemy mieli nie­ja­sność kom­pe­ten­cji w dowo­dze­niu.

Szcze­bel ope­ra­cyjny. Ist­niały trzy rodzaje sił zbroj­nych (lądowe, powietrzne, mor­skie) i utwo­rzono odpo­wied­nio trzy dowódz­twa. Stwo­rzono czwarte - wojsk spe­cjal­nych dys­po­nu­jące maleń­kimi siłami (ok. 1000 żoł­nie­rzy) za to z rosną­cymi eta­tami szta­bo­wymi (ze 100 na 400). Ponadto na potrzeby pro­wa­dze­nia ope­ra­cji na misjach zagra­nicz­nych zostało powo­łane dodat­kowo dowódz­two ope­ra­cyjne (nie wia­domo, czy dowódca ope­ra­cyjny będzie człon­kiem pla­no­wa­nego przez MON kole­gium). Przy czym poza misjami zagra­nicz­nymi nowemu dowódz­twu dodano zada­nia kra­jowe, odbie­ra­jąc część zadań dowódz­twom rodza­jów sił zbroj­nych. Rangę dowództw ope­ra­cyjnych mają Inspek­to­rat Wspar­cia Sił Zbroj­nych (logi­styka) i być może Inspek­to­rat Woj­sko­wej Służby Zdro­wia. Dowódz­twami szcze­bla ope­ra­cyjnego for­mal­nie są też okręgi woj­skowe pomor­ski (Byd­goszcz) i ślą­ski (Wro­cław). Mini­ster zapo­wie­dział ich likwi­da­cję, ale dodał, że pla­nuje także prze­kształ­ce­nie obec­nych woje­wódz­kich szta­bów woj­sko­wych w cztery regio­nalne. Mie­li­śmy cztery okręgi woj­skowe i dwa z nich mini­ster Onysz­kie­wicz zli­kwi­do­wał. Teraz mini­ster Klich, wicemini­ster przy Onysz­kie­wiczu, zli­kwi­duje pozo­stałe dwa i... utwo­rzy ab ovo cztery okręgi regio­nalne.

Na pozio­mie tak­tycz­nym (dywi­zje, bry­gady, samo­dzielne bata­liony, eska­dry, flo­tylle) jest lepiej, bowiem trudno utwo­rzyć na przy­kład dwa dowódz­twa dla jed­nej dywi­zji czy bry­gady. Jed­nak i na tym szcze­blu tra­fiają się kurioza, na przy­kład w Kra­ko­wie funk­cjo­nuje dowódz­two kor­pusu zme­cha­ni­zo­wa­nego. Kie­dyś były mu pod­po­rząd­ko­wane dwie dywi­zje, pięć bry­gad, pięć puł­ków i dwa samo­dzielne bata­liony. Obec­nie pozo­stał jeden pułk (dowo­dze­nia) i klub woj­skowy oraz zada­nie "pro­wa­dze­nia szko­le­nia i ćwi­czeń dla wybra­nych dowództw i jed­no­stek ope­ra­cyjno-tak­tycz­nych wojsk lądo­wych". Mamy więc przy­kład dowódz­twa, które niczym nie dowo­dzi.

Reasu­mu­jąc, MON zamiast upo­rząd­ko­wać i upro­ścić (spłasz­czyć) sys­tem dowo­dze­nia, two­rzy nowe szcze­ble roz­ka­zo­daw­cze. Skom­pli­kuje rela­cje kie­row­nic­twa resortu obrony z pre­zy­den­tem zwierzch­ni­kiem sił zbroj­nych. Co gor­sza, utrudni ewen­tu­alne funk­cjo­no­wa­nie armii na polu walki, ale tu może nie ma czym się kło­po­tać, skoro do 2030 roku żadna wojna Pol­sce nie grozi - jak twier­dzą eks­perci MON.

Na por­talu Pol­ska zamiesz­czono tekst na temat "pro­fe­sjo­na­li­za­cji" woj­ska. Piszą tam: "...w naszym przy­szłym w pełni zawo­do­wym woj­sku na jed­nego ofi­cera może przy­pa­dać tylko jeden sze­re­gowy żoł­nierz. Już dzi­siaj mówi się, że mamy za dużo wodzów, a za mało Indian".

MON sku­tecz­nie zmniej­sza liczbę "Indian", mnoży nato­miast wodzów.

Tar­cza i miecz

7 stycz­nia 2009

Tar­cza i miecz

Marek Łuka­sie­wicz: Zacznijmy od tematu, który od dłuż­szego czasu anga­żuje uwagę opi­nii publicz­nej. Jakie jest pana zda­nie, panie mini­strze, na temat mili­tar­nego i poli­tycz­nego sensu insta­lo­wa­nia ele­men­tów tar­czy rakie­to­wej na tery­to­rium Pol­ski?

Romu­ald Sze­re­mie­tiew: Pyta­nie o zna­cze­nie tar­czy dla bez­pie­czeń­stwa Pol­ski powin­ni­śmy roz­pa­try­wać przede wszyst­kim w kon­tek­ście roli naszego kraju jako sojusz­nika USA. W latach zim­nej wojny, to jest kon­fron­ta­cji i wyścigu zbro­jeń z blo­kiem sowiec­kim, Pol­ska zali­czana była do tak zwa­nych kra­jów osio­wych (prof. Brze­ziń­ski), które wiel­kie mocar­stwa sta­rają się mieć po swo­jej stro­nie dla uzy­ska­nia prze­wagi w danym regio­nie. W Euro­pie przed upad­kiem komu­ni­zmu takimi kra­jami były Niemcy i Pol­ska. Po roz­pa­dzie Sowie­tów osiowa rola Pol­ski w rela­cjach Wschód-Zachód co naj­mniej zma­lała. Być może plan insta­lo­wa­nia tar­czy w Pol­sce ozna­cza, że nasz kraj w oczach USA znowu staje się kra­jem osio­wym.

Ma to chyba zwią­zek z zagro­że­niem ter­ro­ry­zmem?

- Tar­cza nie posłuży do zwal­cza­nia ter­ro­ry­zmu, który nie ma zasad­ni­czego zna­cze­nia dla bez­pie­czeń­stwa Pol­ski. Odzy­ska­li­śmy suwe­ren­ność w rezul­ta­cie roz­padu porządku jał­tań­skiego usta­lo­nego po II woj­nie świa­to­wej. Korzystna zmiana mię­dzy­na­ro­do­wego poło­że­nia Pol­ski była mię­dzy innymi skut­kiem zwy­cię­stwa USA w kon­fron­ta­cji z Sowie­tami. W następ­stwie powstał na świe­cie jed­no­bie­gu­nowy układ sił z domi­nu­jącą pozy­cją Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie akcep­tują tego pań­stwa aspi­ru­jące do odgry­wa­nia roli mocar­stwo­wej w świe­cie, mię­dzy innymi Chiny i Rosja. Podej­mują one dzia­ła­nia osła­bia­jące pozy­cję USA. A więc zmiana obec­nego układu sił, a nie ter­ro­ryzm mogą zagro­zić bez­pie­czeń­stwu Pol­ski. Ter­ro­ryzm jest oczy­wi­ście groź­nym zja­wi­skiem i należy go eli­mi­no­wać, ale raczej nie spo­wo­duje prze­ta­so­wań w ukła­dzie poli­tycz­nym świata.

Nas inte­re­suje przede wszyst­kim Rosja?

- Musi inte­re­so­wać. Woj­ska sowiec­kie napa­dły na Pol­skę 17 wrze­śnia 1939 roku i dopiero po upły­wie ponad pół­wie­cza, już jako rosyj­skie, opu­ściły gra­nice RP (nomen omen 17 wrze­śnia 1993 roku). Dziś w Moskwie ponow­nie two­rzone są plany odbu­dowy rosyj­skiego impe­rium. Nie­trudno prze­wi­dzieć, w jakim kie­runku może pójść ta odbu­dowa - prze­cież nie na połu­dniowy wschód, by skon­fron­to­wać się z Chi­nami i Indiami, ale raczej na zachód, na Kau­kaz, Ukra­inę? Następna jest Pol­ska. A mamy rosyj­skie powie­dze­nie: kurica nie ptica, Pol­sza nie zagra­nica. Nie jest też powie­dziane, czy w glo­bal­nej poli­tyce Sta­nów Zjed­no­czo­nych prio­ry­te­to­wego miej­sca nie zaj­mie rywa­li­za­cja z potę­gami azja­tyc­kimi, Chi­nami i Indiami, a w kon­se­kwen­cji pojawi się potrzeba zawar­cia soju­szu prze­ciwko nim z Rosją. Wtedy poło­że­nie Pol­ski będzie bar­dzo trudne.

Obec­ność Sił Zbroj­nych USA w Pol­sce, choćby nie­liczna, wydaje się sta­no­wić cał­kiem nie­złe gwa­ran­cje bez­pie­czeń­stwa. Ame­ry­kań­ska opi­nia publiczna jest bar­dzo czuła na punk­cie "ame­ry­kań­skich chłop­ców".

- W Izra­elu nie ma wojsk ame­ry­kań­skich, a pań­stwo to ma cał­ko­wite gwa­ran­cje bez­pie­czeń­stwa ze strony USA. Nie­wielką grupę żoł­nie­rzy łatwo do Pol­ski wysłać i nie będzie trudno ich z Pol­ski zabrać. Do tego zmie­nia się admi­ni­stra­cja w Bia­łym Domu. Co to ozna­cza dla ame­ry­kań­skiej poli­tyki obron­nej - jesz­cze nie wiemy, ale zmiany prze­cież będą. Mogą one mieć wpływ na plany insta­lo­wa­nia tar­czy anty­ra­kie­to­wej w Cze­chach i Pol­sce. Więc nie w tym należy upa­try­wać gwa­ran­cji naszego bez­pie­czeń­stwa. Wpraw­dzie Pol­ska należy do naj­więk­szego soju­szu poli­tyczno-woj­sko­wego, ale ostat­nio nie­po­strze­że­nie prze­kształca się on w wyłącz­nie poli­tyczny. Powiada się, że skrót jego nazwy NATO dziś coraz czę­ściej ozna­cza: No Action Talks Only - nic nie robić, tylko gadać. Efek­tyw­ność NATO w wyda­niu euro­pej­skim widzie­li­śmy przy oka­zji wojny w Gru­zji. Zapewne by do niej nie doszło, gdyby sojusz zapro­po­no­wał Gru­zji (i Ukra­inie) plan uzy­ska­nia człon­ko­stwa w NATO.

Jaki byłby według pana, panie mini­strze, efekt takiego posu­nię­cia?

- Myślę, że zaofe­ro­wa­nie człon­ko­stwa podzia­ła­łoby trzeź­wiąco na zwo­len­ni­ków odbu­dowy rosyj­skiego impe­rium. Można to było zro­bić na ostat­niej nara­dzie NATO w Buka­resz­cie. Nie­stety, Rosja może liczyć na "zro­zu­mie­nie" jej inte­re­sów w gro­nie człon­ków soju­szu (Niemcy, Fran­cja), więc pro­po­zy­cji człon­ko­stwa dla Gru­zji nie było i nie ma. Zaczy­nam podej­rze­wać, że NATO byłoby wstrze­mięź­liwe w reak­cjach, gdyby nawet Rosja weszła w otwarty kon­flikt z Łotwą czy Esto­nią, które do NATO należą. Kwe­stia napra­wie­nia NATO jest więc dziś pierw­szo­pla­no­wym zada­niem dla zapew­nie­nia Pol­sce bez­pie­czeń­stwa. Tar­cza może w tym być pomocna, ale nie należy prze­ce­niać jej roli.

Poja­wiają się i takie głosy, iż insta­la­cja jej ele­men­tów może pro­wo­ko­wać zagro­że­nie ata­kami ter­ro­ry­stycz­nymi.

- Żad­nych zagro­żeń nie należy lek­ce­wa­żyć, ale ter­ro­ry­ści, decy­du­jąc się na atak, sta­rają się, aby był on spek­ta­ku­larny medial­nie. W Pol­sce nie ma obiek­tów "medial­nych" w wymia­rze mię­dzy­na­ro­do­wym. Zamach na metro w Lon­dy­nie daje ter­ro­ry­stom dużo moc­niej­szy efekt oddzia­ły­wa­nia na świa­tową opi­nię niż na przy­kład próba wysa­dze­nia posta­li­now­skiego Pałacu Kul­tury w War­sza­wie.

W Moskwie podob­nych obiek­tów jest, jeśli się nie mylę, dzie­więć.

- To nie ozna­cza, że Moskwa jest bar­dziej zagro­żona. Tam zagro­że­nie wynika z tego, co robi Rosja na tere­nie Cze­cze­nii. W każ­dym razie więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo w pro­wo­ko­wa­niu ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych upa­try­wał­bym w medial­nej nagonce na naszych żoł­nie­rzy jako "zbrod­nia­rzy wojen­nych", na przy­kład zarzuty zwią­zane z akcją woj­skową w afgań­skim Nan­gar Khel. Jacyś ter­ro­ry­ści mogą uwie­rzyć pol­skim mediom, pro­ku­ra­tu­rze i "uka­rać" za czyn żoł­nie­rzy spo­łe­czeń­stwo, na przy­kład pod­kła­da­jąc bombę w war­szaw­skim metrze.

Nasi żoł­nie­rze od zakoń­cze­nia II wojny świa­to­wej biorą udział w misjach sta­bi­li­za­cyj­nych i poko­jo­wych w ramach sił ONZ - od bar­dzo poko­jo­wych, jak w Jeme­nie czy Syrii, przez poli­cyjno-mili­tarne, jak w byłej Jugo­sła­wii, po huma­ni­tarno-woj­skowe, jak w nie­któ­rych kra­jach afry­kań­skich. Obec­no­ści w Iraku i Afga­ni­sta­nie nie nadamy chyba miana misji poko­jo­wej?

- Okre­śle­nie misja poko­jowa i uży­wany czę­sto zamien­nie ter­min wymu­sza­nie pokoju to eufe­mi­zmy. W XXI wieku nie wypada, jak się zdaje, uży­wać takiego poję­cia jak wojna. Z dru­giej strony trzeba pamię­tać, że ist­nieje defi­nio­wa­nie wojen jako spra­wie­dli­wych i są sytu­acje, gdy tylko uży­cie siły może zapo­biec nie­szczę­ściu. Na przy­kład gdyby w 1933 roku Fran­cja zaapro­bo­wała pol­ską pro­po­zy­cję zbroj­nego odsu­nię­cia Hitlera od wła­dzy (wojna pre­wen­cyjna pro­po­no­wana przez Pił­sud­skiego), to nie byłoby II wojny świa­to­wej i całego zła, które ona światu przy­nio­sła.

Wielu sądzi, iż era kon­flik­tów pań­stwo-pań­stwo minęła, że zna­mienne dla współ­cze­snego świata są kon­flikty asy­me­tryczne.

- Po zakoń­cze­niu I wojny świa­to­wej pano­wało w Euro­pie powszechne prze­ko­na­nie, że następ­nej już nie będzie. Hitler i Sta­lin dowie­dli, że były to błędne oceny i doszło do wojny znacz­nie prze­wyż­sza­ją­cej roz­mia­rami kon­flikt z lat 1914-1918. Na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej ujaw­niają się sprzeczne inte­resy i powstają ośrodki nie­za­do­wo­lone z ist­nie­ją­cego układu sił. Próby zmian takiego stanu rze­czy czę­sto pro­wa­dzą do wybu­chu wojen. Jeśli więc spoj­rzeć na dyna­mikę zbro­jeń w dobie obec­nej, to można dostrzec, że jest kilka dużych państw nie­za­do­wo­lo­nych z obec­nego urzą­dze­nia świata. A pol­ska kon­sty­tu­cja sta­nowi, iż Siły Zbrojne RP mają za zada­nie bro­nić nie­pod­le­gło­ści i inte­gral­no­ści tery­to­rial­nej pań­stwa pol­skiego. Plan moder­ni­za­cji woj­ska (armia zawo­dowa) zwięk­sza­jący zdol­ność eks­pe­dy­cyjną do uczest­nic­twa w misjach zagra­nicz­nych, nie wydaje się odpo­wiedni w przy­padku rysu­ją­cych się prób zmiany układu sił na świe­cie. Mogą one bowiem godzić w bez­pie­czeń­stwo naszego kraju.

Jeśli taka sytu­acja zaist­nieje?

- Uczest­nic­two woj­ska w misjach zagra­nicz­nych ma sens poli­tyczny - spraw­dzamy się jako sojusz­nik - i sens gospo­dar­czy, zakła­da­jąc, że przy tej oka­zji coś zdo­łamy dla Pol­ski wyne­go­cjo­wać i rze­czy­wi­ście uzy­skać (w Iraku na przy­kład gospo­dar­czo nie zyska­li­śmy niczego). Aspekt woj­skowy ma mniej­sze zna­cze­nie, może poza szko­le­niem żoł­nie­rzy w warun­kach bojo­wych, tak zwa­nym ostrze­la­niem. W razie koniecz­no­ści odpie­ra­nia wojsk agre­sora umie­jęt­no­ści zdo­by­wane na misjach, takie jak kon­tro­lo­wa­nie pojaz­dów i doku­men­tów czy roz­mi­no­wy­wa­nie terenu, raczej nie na wiele się przy­da­dzą.

Pomysł prze­kształ­ce­nia naszych sił zbroj­nych w armię zawo­dową odbie­rany jest w opi­nii spo­łecz­nej jako atrak­cyjny.

- Oby­wa­tele zwy­kle przyj­mują z zado­wo­le­niem zmniej­sze­nie obo­wiąz­ków wzglę­dem pań­stwa. To jed­nak może oka­zać się nie­bez­pieczne w razie wystą­pie­nia zagro­że­nia. Mówiąc obra­zowo - nie powo­łu­jemy straży pożar­nej w cza­sie pożaru, ale zanim on wybuch­nie. Powin­ni­śmy stwo­rzyć sku­teczny sys­tem obrony pań­stwa, zanim zosta­nie ono zaata­ko­wane. Two­rzymy taki sys­tem, uwzględ­nia­jąc wnio­ski natury geo­stra­te­gicz­nej (jakie jest nasze poło­że­nie i czego trzeba będzie bro­nić) oraz geo­po­li­tycz­nej (kto, kiedy, jak i czym może nam zagro­zić). Jeśli w ten spo­sób prze­ana­li­zu­jemy poło­że­nie Pol­ski, to musimy dojść do wnio­sku, że two­rzona dziś armia zawo­dowa kraju nie obroni. Wska­zuje się, że Stany Zjed­no­czone mają armię zawo­dową, ale to jest przyj­mo­wane na czas pokoju. W razie wybu­chu wojny USA zmo­bi­li­zują pobo­ro­wych. U nas ma być podob­nie, ale Pol­ska ma prze­cież inne poło­że­nie. USA gra­ni­czą z Mek­sy­kiem i Kanadą, a od poten­cjal­nych rywali dzielą je dwa oce­any, Atlan­tycki i Pacy­fik. W razie wojny armia ame­ry­kań­ska będzie miała czas, aby prze­szko­lić swo­ich pobo­ro­wych, Pol­ska nie. Ponadto oprócz armii zawo­do­wej, dużej i kosz­tow­nej w utrzy­ma­niu, Ame­ry­ka­nie mają liczną, zło­żoną z cywi­lów Gwar­dię Naro­dową, przy­go­to­waną do obrony tery­to­rium USA, i milio­nowe siły czyn­nej rezerwy.

Po pierw­sze, siły zdolne do sku­tecz­nej obrony, a dopiero potem siły zdolne do ataku?

- W Pol­sce jak naj­bar­dziej! Muszą być dwa ele­menty: woj­ska ope­ra­cyjne zdolne do ataku i kontr­ata­ko­wa­nia i woj­ska tery­to­rialne przy­go­to­wane do obrony kraju. Kon­cep­cja kie­row­nic­twa MON o zastą­pie­niu powszech­nej służby woj­sko­wej służbą zawo­dową ozna­cza, że Pol­ska będzie miała tylko woj­ska ope­ra­cyjne - jeden kom­po­nent. Drugi skład­nik sił zbroj­nych, tery­to­rialny i defen­sywny, nie będzie ist­niał. Będą tylko poten­cjalni pobo­rowi bez prze­szko­le­nia woj­sko­wego. Jak wspo­mnia­łem, bio­rąc pod uwagę poło­że­nie Pol­ski, trzeba zało­żyć, że w obli­czu takiej groźby nie będzie czasu na ich szko­le­nie. Ci rezer­wi­ści zostaną więc wcie­leni do jed­no­stek bez zdol­no­ści posłu­gi­wa­nia się bro­nią. Ich przy­dat­ność na polu bitwy będzie zni­koma.

Pospo­lite rusze­nie?

- No nie, gorzej. Szlachta w daw­nych wie­kach dobrze wła­dała bro­nią. Takie były wów­czas warunki egzy­sten­cji, że umie­jęt­ność posłu­gi­wa­nia się orę­żem sta­no­wiła nie­zbędny ele­ment codzien­no­ści. Dziś oby­wa­tele nie mają potrzeby nosze­nia broni, nie wspo­mi­na­jąc o jej zasto­so­wa­niu prak­tycz­nym. Do tego na współ­cze­snym polu bitwy będzie w uży­ciu nie tylko broń indy­wi­du­alna żoł­nie­rzy, ale trzeba będzie dzia­łać cho­ciażby w warun­kach ostrzału arty­le­ryj­skiego, rakie­to­wego i ata­ków z powie­trza. W takich oko­licz­no­ściach "zakwa­li­fi­ko­wani do poboru" i zmo­bi­li­zo­wani cywile nie wytrzy­mają naporu wroga.

Oso­bi­ście nie mogę pozbyć się wra­że­nia, iż nie poże­gna­li­śmy się z dok­tryną cza­sów Układu War­szaw­skiego. Widać to po prio­ry­te­tach w zaku­pie sprzętu, w pro­gra­mach szko­leń itd. Gdzie oprócz Rosji i Chin ist­nieje jesz­cze na przy­kład kon­cep­cja roz­po­zna­nia bojem? Albo ćwi­cze­nia w ataku na polach... Kogo my chcemy na tych polach ata­ko­wać? Bia­ło­ruś? Ukra­inę? Może armia zawo­dowa to jed­nak jest jakiś pomysł...

- Wpływ dok­tryny Układu War­szaw­skiego wyraża się w abso­lu­ty­zo­wa­niu wojsk ope­ra­cyj­nych jako zasad­ni­czego ele­mentu Sił Zbroj­nych RP. Jed­nak nawet w PRL nie zanie­dbano two­rze­nia rezerw i stwo­rzono siły tery­to­rialne (OTK - Obrona Tery­to­rialna Kraju), czego dziś nie ma. Żoł­nie­rze zawo­dowi spraw­dzają się dość dobrze w misjach zagra­nicz­nych poza kra­jem. W przy­padku bez­po­śred­niego zagro­że­nia pań­stwa mają powstrzy­mać nacie­ra­ją­cego wroga do czasu uzy­ska­nia peł­nej goto­wo­ści ope­ra­cyj­nej sił mobi­li­zo­wa­nych na wojnę. W naszym przy­padku nie będzie kogo mobi­li­zo­wać.

Czę­sto sły­szy się argu­ment, iż współ­cze­sna tech­nika woj­skowa jest tak skom­pli­ko­wana, że wymaga dłu­go­let­niego szko­le­nia i tylko żoł­nierz zawo­dowy jest w sta­nie ją opa­no­wać.

- W woj­sku jest różne wypo­sa­że­nie: wyma­ga­jące spe­cja­li­stycz­nego szko­le­nia i pro­ste w obsłu­dze, łatwe w zasto­so­wa­niu. Czym innym jest pilo­to­wa­nie nad­dźwię­ko­wego samo­lotu bojo­wego, a czym innym strze­la­nie z kara­binu, zakła­da­nie miny czy rzut gra­na­tem. W Afga­ni­sta­nie Sowieci ponie­śli cięż­kie straty w lot­nic­twie, gdy par­ty­zanci użyli otrzy­ma­nych od Ame­ry­ka­nów rakiet plot. Stin­ger. Obsłu­gi­wali te rakiety afgań­scy anal­fa­beci. Ina­czej też wygląda szko­le­nie żoł­nie­rza wojsk ope­ra­cyj­nych, a ina­czej żoł­nie­rza obrony tery­to­rial­nej, lek­kiej pie­choty. W tym dru­gim przy­padku mamy łatwe w obsłu­dze uzbro­je­nie i krót­kie przeszko­le­nie. W Danii szko­le­nie żoł­nie­rza obrony tery­to­rial­nej trwa 100 godzin w pierw­szym roku, w dwu kolej­nych po 50 godzin i w czwar­tym - 24 godziny. W USA żoł­nierz Gwar­dii Naro­do­wej prze­cho­dzi jed­no­ra­zowe szko­le­nie dwu­ty­go­dniowe i raz w mie­siącu jeden week­end (36 dni rocz­nie).

Przed roz­po­czę­ciem pierw­szej ope­ra­cji Pustynna Burza liczba dezer­cji w armii ame­ry­kań­skiej była bar­dzo duża. "Ame­ry­kań­scy chłopcy" koja­rzyli swoją obec­ność w woj­sku z moż­li­wo­ścią awansu spo­łecz­nego i w swo­ich wybo­rach jakby nie uwzględ­niali, że woj­sko to także wojna, że wojna to zabi­ja­nie i śmierć.

- Trudno ocze­ki­wać głęb­szych moty­wa­cji w przy­padku ludzi, dla któ­rych istot­nym powo­dem wło­że­nia mun­duru są pie­nią­dze i inne gra­ty­fi­ka­cje, na przy­kład moż­li­wość ukoń­cze­nia stu­diów czy uzy­ska­nie oby­wa­tel­stwa danego kraju. Trudno też odwo­ły­wać się do patrio­ty­zmu, gdy wła­sne spo­łe­czeń­stwo nie akcep­tuje dzia­łań, w któ­rych żoł­nie­rze uczest­ni­czą. Zasta­na­wia mnie, że pol­ski mini­ster obrony jako główny argu­ment, mający prze­ko­nać do służby w woj­sku, podaje wyso­kość zarob­ków.

Woj­ska koali­cji zaan­ga­żo­wa­nej w Afga­ni­sta­nie, mówią obec­nie jed­nym gło­sem: prze­gry­wamy.

- W przy­padku dłu­go­trwa­łej tak zwa­nej wojny asy­me­trycz­nej, par­ty­zanc­kiej, pro­fe­sjo­na­lizm armii zawo­do­wej prze­staje odgry­wać decy­du­jącą rolę. Prze­waga w uzbro­je­niu rów­nież. Wspo­mnia­łem, jak afgań­scy mudża­he­dini wygry­wali z Rosja­nami dzięki wyrzut­niom rakiet zie­mia-powie­trze Stin­ger. Taka wyrzut­nia obsłu­gi­wana przez jed­nego czło­wieka to w zasa­dzie rura, którą bie­rze się na ramię i po skie­ro­wa­niu ku górze odpala rakietę, a ona sama wynaj­duje cel. Z broni łatwej w obsłu­dze i kosz­tu­ją­cej kilka tysięcy dola­rów można strą­cić obsłu­gi­wany przez zawo­dow­ców ude­rze­niowy śmi­gło­wiec o war­to­ści kil­ku­na­stu milio­nów dola­rów wypo­sa­żony w naj­no­wo­cze­śniej­szą awio­nikę, opto­elek­tro­nikę itd. Jed­nak nie trzeba aż Stin­gerów. W zasto­so­wa­niu na masową skalę mamy impro­wi­zo­wane ładunki wybu­chowe. To łatwa w obsłu­dze, pry­mi­tywna, tania i... sku­teczna broń. I bar­dzo drogi sprzęt, na przy­kład trans­por­ter Roso­mak, można znisz­czyć, uży­wa­jąc tej broni.

Impro­wi­zo­wane urzą­dze­nia wybu­chowe o dzia­ła­niu kumu­la­cyj­nym - Explo­sive For­med Pro­jec­tile?

- Tak. W wer­sji prze­ciw­pan­cer­nej to jest owalny pojem­nik szczel­nie wypeł­niony pla­stycz­nym mate­ria­łem wybu­cho­wym, wyko­nany z jakiej­kol­wiek rury meta­lo­wej lub PCV. Wierzch z jed­nej strony jest zaśle­piony wkładką mie­dzianą z wgłę­bie­niem kumu­la­cyj­nym. W zależ­no­ści od wiel­ko­ści ładunku, pocisk może prze­bi­jać pan­cerz pojaz­dów i trans­por­te­rów gru­bo­ści od 80 do 110 mm.

Rosyj­skie czołgi w Gro­znym nisz­czyły z RPG-7 cze­czeń­skie nasto­latki...

- Pro­wa­dze­nie ope­ra­cji zaczep­nych przy pomocy armii zawo­do­wej to dziś bar­dzo dro­gie przed­się­wzię­cie. Nato­miast zwal­cza­nie takiego woj­ska siłami nie­re­gu­lar­nymi (par­ty­zanci) - jest tanie. Do tego poja­wia się kwe­stia sku­tecz­no­ści obrony. Aby wygrać w star­ciu armii regu­lar­nych, potrzeba według zgod­nych sza­cun­ków prze­wagi 3:1 w pod­sta­wo­wych for­ma­cjach zbroj­nych (woj­ska pan­cerne, zme­cha­ni­zo­wane, arty­le­ria, lot­nic­two). Sytu­acja ulega zmia­nie, gdy trzeba kon­tro­lo­wać teren, na któ­rym dzia­łają siły nie­re­gu­larne. W takim przy­padku eks­perci mówią o koniecz­no­ści zapew­nie­nia prze­wagi jak 15:1, 20:1, a nawet 40:1. Dla­tego kil­ka­dzie­siąt tysięcy wojsk NATO w Afga­ni­sta­nie nie może opa­no­wać sytu­acji i dowódcy doma­gają się skie­ro­wa­nia tam więk­szej liczby żoł­nie­rzy. Dobrze przy­go­to­wana powszechna obrona tery­to­rialna, zdolna pro­wa­dzić dzia­ła­nia nie­re­gu­larne, znacz­nie zawyża agre­so­rowi tak zwany koszt ataku.

Jeśli ktoś ma prze­wagę w pod­sta­wo­wych for­ma­cjach zbroj­nych w sto­sunku - powiedzmy - powy­żej 3:1, są szanse na suk­ces?

- Załóżmy, że mamy armię zawo­dową o liczeb­no­ści 130 tys. Prze­ciw­nik, chcąc być pew­nym zwy­cię­stwa, powi­nien zaata­ko­wać woj­skiem liczą­cym około 500 tys. żoł­nie­rzy. Jeśli jed­nak pań­stwo będące obiek­tem agre­sji poza armią zawo­dową ma na przy­kład milion żoł­nie­rzy w siłach tery­to­rial­nych potra­fią­cych roz­bi­jać czołgi i strą­cać śmi­głowce, to pół miliona żoł­nie­rzy agre­so­rowi nie wystar­czy. A bio­rąc naj­niż­szy prze­licz­nik 15:1 - napast­nik musi zgro­ma­dzić do napa­ści co naj­mniej pięt­na­sto­mi­lio­nową armię. Jakie pań­stwo stać na wysta­wie­nie takich sił do opa­no­wa­nia kraju wiel­ko­ści Pol­ski? Wydaje się więc, że agre­sor raczej zre­zy­gnuje w ataku. Przy­go­to­wa­nie obrony tery­to­rial­nej może być ele­men­tem sku­tecz­nej stra­te­gii odstra­sza­nia. A wia­domo że naj­lep­sza wojna jest taka, która nie wybu­chła.

Możemy mieć taką pew­ność?

- W Pol­sce zro­biono wiele, aby prze­ko­nać Pola­ków, że wojny nie będzie, co ozna­cza, że służba woj­skowa nie ma sensu. Odbu­dowa sił zbroj­nych to nie tylko uzbro­je­nie i zmiany struk­tu­ralne, ale nade wszystko tro­ska o morale żoł­nie­rza. Zada­niem numer jeden jest przy­wró­ce­nie patrio­tycz­nego sensu służ­bie woj­sko­wej. Woj­sko Pol­skie nie może być szkołą zabi­ja­nia. Powinno być insty­tu­cją oby­wa­tel­ską, kształ­tu­jącą postawy ludzi odpo­wie­dzial­nych za bez­pie­czeń­stwo kraju. Jeśli młody czło­wiek idzie na kilka mie­sięcy "w kama­sze" i sprząta rejony, to rze­czy­wi­ście służba woj­skowa nie ma sensu. Mia­łaby sens, gdyby po krót­kim, ale inten­syw­nym szko­le­niu woj­sko­wym przy­go­to­wała go do obrony rodzin­nego domu.

Prze­ma­wia przez pana pol­ska sła­bość do mun­duru?

- Mun­dur żoł­nier­ski koja­rzył się Pola­kom dobrze, bowiem woj­sko zawsze świad­czyło o tym, że mamy wła­sne pań­stwo. Żoł­nie­rzem zosta­wało się w cza­sach nie­woli, by utra­coną nie­pod­le­głość odzy­skać. W histo­rii pol­skiego woj­ska nie ma zabor­czego mili­ta­ry­zmu, wojen napast­ni­czych, kolo­nial­nych. Mamy nato­miast tra­dy­cje walki "za wol­ność waszą i naszą". Stąd też pol­ski sza­cu­nek dla mun­duru i zaufa­nie do woj­ska. Jaki będzie ten sto­su­nek, gdy zamiast żoł­nie­rza - obrońcy Ojczy­zny pojawi się zawo­do­wiec, nad­sta­wia­jący karku za pie­nią­dze? Armia zawo­dowa jest z natury rze­czy odizo­lo­wana od spo­łe­czeń­stwa. To może skut­ko­wać utratą poczu­cia obo­wiązku obrony Ojczy­zny. Czy można rezy­gno­wać z war­to­ści miesz­czą­cych się w eto­sie pol­skiego żoł­nie­rza?

Kon­cep­cja obrony tery­to­rial­nej?

- To nawią­za­nie do tra­dy­cji kon­spi­ra­cyj­nej Armii Kra­jo­wej z cza­sów II wojny świa­to­wej, wspa­nia­łej tra­dy­cji, i utwo­rze­nie powszech­nej armii oby­wa­tel­skiej do obrony pań­stwa. W obro­nie tery­to­rial­nej byliby ludzie prze­szko­leni w miej­scu zamiesz­ka­nia i przy­go­to­wani do obrony swo­ich domów. Pol­ska, two­rząc siły tery­to­rialne, może wyge­ne­ro­wać poten­cjał, czy­niący ewen­tu­alny atak nie­opła­cal­nym. Nie powin­ni­śmy rezy­gno­wać z niczego, co zwięk­sza nasze bez­pie­czeń­stwo.

"Czas War­szaw­ski", nr 1-2 (494-495)

Rosja na gazie

8 stycz­nia 2009

Rosja na gazie

Zgro­ma­dze­nie Ogólne ONZ w grud­niu 1974 roku w przy­ję­tej rezo­lu­cji zde­fi­nio­wało poję­cie agre­sji. Stwier­dzono, że agre­sją jest uży­cie siły zbroj­nej prze­ciw suwe­ren­no­ści tery­to­rial­nej lub nie­za­wi­sło­ści poli­tycz­nej innego pań­stwa. Przy­to­czono przy­kłady agre­sji, według rezo­lu­cji jest to przede wszyst­kim napaść lub atak sił zbroj­nych jed­nego pań­stwa na tery­to­rium innego i oku­pa­cja mili­tarna. Jed­nak prze­ja­wem agre­sji może też być "uży­cie jakiej­kol­wiek innej broni prze­ciw tery­to­rium innego pań­stwa".

Współ­cze­sne pań­stwa potrze­bują ener­gii i kwe­stia zaopa­trze­nia w surowce do jej wytwa­rza­nia stała się jedną z naj­waż­niej­szych w cało­kształ­cie zagad­nień zwią­za­nych z bez­pie­czeń­stwem. Pierw­szo­pla­no­wym dostar­czy­cie­lem gazu, z racji na naj­więk­sze na świe­cie złoża, jest Rosja. Ta sama Rosja nie ukrywa, że w jej przy­padku dostawy surow­ców ener­ge­tycz­nych do innych kra­jów mają nie tylko han­dlowy wymiar.

Spółce Gaz­prom, dostar­czy­cie­lowi gazu do Europy, pre­mier rosyj­skiego rządu wydał pole­ce­nie wstrzy­ma­nia dostaw tego surowca przez tery­to­rium Ukra­iny. W Euro­pie ze zdzi­wie­niem komen­to­wano tę sytu­ację. No bo jak to moż­liwe, aby pre­mier rządu mógł wyda­wać pole­ce­nia fir­mie nie­za­leż­nej od pań­stwa? Rosyj­scy dzien­ni­ka­rze Wale­rij Paniusz­kin i Michaił Sygar sfor­mu­ło­wali nastę­pu­jącą opi­nię: "Sam w sobie Gaz­prom nie jest ani dobry, ani zły. Jest jak kałasz­ni­kow albo colt: można go użyć do zastra­sza­nia albo w obro­nie wła­snej. Jego war­tość moralna zależy od inten­cji osoby, która trzyma palec na spu­ście. Innymi słowy, prze­stańmy mówić o Gaz­promie jako o zwy­kłym pod­mio­cie ryn­ko­wym: spółka ta jest bro­nią poli­tyczną".

Widać gołym okiem, że Gaz­prom nie jest nor­malną spółką gieł­dową, ale jak piszą rosyj­scy dzien­ni­ka­rze, bro­nią poli­tyczną. I mają rację komen­ta­to­rzy twier­dzący, że Rosja­nom w spo­rze z Ukra­iną nie cho­dzi tylko o cenę gazu. Kraje spo­le­gliwe wobec Kremla (Bia­ło­ruś, Arme­nia) dostają rosyj­ski gaz po ulgo­wych cenach. Mińsk na przy­kład płaci 128 dol. za 1000 m3 rosyj­skiego surowca, czyli pra­wie cztery razy mniej niż War­szawa i Wilno. Za utrzy­ma­nie tej ceny pre­zy­dent Łuka­szenka "zapła­cił" Moskwie. Bia­ło­ruś uznała "nie­pod­le­głość" zbun­to­wa­nych pro­win­cji gru­ziń­skich, Abcha­zji i Ose­tii Płd., uzna­wa­nych dotąd tylko przez Rosję i Nika­ra­guę. Kło­poty z dosta­wami gazu i ropy doty­kają państw znaj­du­ją­cych się w sfe­rze zain­te­re­so­wań Rosji, a nie­pod­da­ją­cych się naci­skom Kremla. Przy­po­mnijmy, że Rosja ogra­ni­czała dostawy surow­ców ener­ge­tycz­nych po "kolo­ro­wych" rewo­lu­cjach na Ukra­inie i w Gru­zji, gdy do wła­dzy doszli tam poli­tycy zmie­rza­jący w kie­runku NATO i UE. W 2006 roku pol­ski Orlen poko­nał rosyj­skich kon­ku­ren­tów w prze­targu na zakup litew­skiej rafi­ne­rii w Możej­kach. W odwe­cie Rosja­nie odcięli dopływ ropy do rafi­ne­rii. Jak poda­wali, z racji trud­no­ści "tech­nicz­nych". Po pod­pi­sa­niu przez rząd cze­ski umowy z USA o insta­lo­wa­niu rada­rów tar­czy anty­ra­kie­to­wej dostawy rosyj­skiej ropy zmniej­szyły się, także z powo­dów "tech­nicz­nych", pra­wie o połowę. Obecne zakrę­ce­nie kur­ków gazo­wych w prak­tyce rosyj­skich dostaw nie jest czymś nad­zwy­czaj­nym. Powstaje jed­nak pyta­nie, jakie wnio­ski wycią­gną rządy państw dotknię­tych decy­zjami Moskwy?

Dostawy rosyj­skiego gazu do Rumu­nii spa­dły do jed­nej trze­ciej. Jesz­cze gorzej jest na Sło­we­nii, która otrzy­muje zale­d­wie 10 pro­cent zamó­wio­nego surowca. Buł­ga­ria i Węgry nie mają żad­nych dostaw. Brak gazu zmu­sił rząd Sło­wa­cji do ogło­sze­nia stanu wyjąt­ko­wego w gospo­darce. Pol­skę czę­ściowo chyba ratuje fakt, że na końcu bie­gną­cej z Bia­ło­rusi przez nasz kraj rury są Niemcy. Rosja nie mogła zakrę­cić kurka na bia­ło­ru­skiej gra­nicy, nie chcąc draż­nić Ber­lina. Moskwa prze­cież bar­dzo liczy na wybu­do­wa­nie ruro­ciągu na dnie Bał­tyku we współ­pracy z Niem­cami. A kiedy to się sta­nie, będzie można Pol­sce zakrę­cić oba kurki gazowe, ukra­iń­ski i bia­ło­ru­ski. Teraz jesz­cze nie.

Bez prze­sady można twier­dzić, że skoro Moskwa używa gazu i ropy jako broni dla osią­ga­nia poli­tycz­nych celów, to można uznać ostat­nie poczy­na­nia Kremla za formę agre­sji godzącą w bez­pie­czeń­stwo wielu państw. Być może uza­sad­niona byłaby inter­pre­ta­cja przy­pi­su­jąca Rosji dzia­ła­nia wyczer­pu­jące zna­miona agre­sji zde­fi­nio­wane przez ONZ. Można twier­dzić, że szan­taż wstrzy­my­wa­nia gwa­ran­to­wa­nych umo­wami dostaw gazu jest przy­kła­dem "uży­cia jakiej­kol­wiek innej broni" wobec innych państw. Jeśli Gaz­prom rze­czy­wi­ście jest czymś w rodzaju kara­binka Kałasz­ni­kowa, to palec na spu­ście tej broni trzyma pre­mier Wła­di­mir Putin. A w kogo Wła­di­mir Wła­di­mirowicz celuje?

Pozba­wione dostaw gazu Buł­ga­ria, Rumu­nia, Sło­wa­cja, Sło­we­nia, Węgry są nie tylko człon­kami UE. Są one przede wszyst­kim w soju­szu pół­noc­no­atlan­tyc­kim. Nad­szedł czas, aby pań­stwa człon­kow­skie NATO roz­wa­żyły, jakie środki powi­nien sto­so­wać sojusz w razie zagro­że­nia takimi dzia­ła­niami, jakie podej­muje Rosja. Skoro uzna­li­śmy w NATO za konieczne zwal­cza­nie ter­ro­ry­zmu, to dla­czego nie zwal­czać innych zagro­żeń.

Rosja w reali­za­cji poli­tyki sto­suje różne formy ataku. Od woj­sko­wych (Krym) poprzez inter­ne­towe hake­rów (w cza­sie sporu z Łotwą) po tak dra­styczną, jak odci­na­nie dostaw gazu godzące w bez­pie­czeń­stwo gospo­dar­cze oraz zdro­wie oby­wa­teli innych kra­jów. Nowy szef NATO, może będzie nim Polak, powi­nien zaini­cjo­wać uzu­peł­nie­nie stra­te­gii soju­szu o spo­soby powstrzy­ma­nia wojow­ni­ków z gazrurką.

W kilku komen­ta­rzach można też zna­leźć tro­chę inne wyja­śnie­nie zacho­wa­nia się Moskwy. Dotych­cza­sowe suk­cesy Putina miały opar­cie w docho­dach ze sprze­daży gazu i ropy. Spa­dek cen tych surow­ców i kry­zys w gospo­darce Zachodu spra­wiły, że dochody zała­mały się i Rosji grozi kata­strofa. Chcąc jej unik­nąć, Moskwa posta­no­wiła więc rato­wać swój budżet docho­dami ze sprze­daży gazu Ukra­inie. W Kijo­wie prze­wi­dziano tę sytu­ację. Ukra­ina zgro­ma­dziła duże zapasy gazu i chce wziąć Rosję na prze­trzy­ma­nie. A więc tym razem to nie Moskwa chce zła­mać Ukra­inę? Wygląda, że to Kijów gra o wysoką stawkę destruk­cji sys­temu rzą­dów w Rosji. Powstaje pro­blem, czy "gazu­jąca" dotąd Rosja nie wpa­dła we wła­sne sidła?

Nervus belli pecu­nia

20 stycz­nia 2009

Nervus belli pecu­nia

Kon­sul rzym­ski Mar­cus Tul­lius Cicero, zapi­sany w dzie­jach Europy jako wielki mówca i obrońca wol­no­ści repu­bliki rzym­skiej, użył powie­dze­nia Nervus belli pecu­nia - pie­niądz jest ner­wem wojny. Wielki filo­zof grecki Pla­ton nazwał pie­niądze żar­to­bli­wie nervus rerum - rzecz naj­waż­niej­sza. Zga­dzał się ze sta­ro­żyt­nymi mędr­cami cesarz Napo­leon, skoro powie­dział: "Żeby pro­wa­dzić wojnę, potrzeba trzech rze­czy: pie­nię­dzy, pie­nię­dzy i pie­nię­dzy". A zdaje się, nie zga­dzają się z tymi sen­ten­cjami wyko­nawcy budżetu w MON.

Media ogło­siły 19 stycz­nia wia­do­mość, że w kasie MON na koniec roku 2008 zabra­kło 1,8 mld zł. Przy czym wice­mi­ni­ster obrony Zenon Kosi­niak-Kamysz, odpo­wie­dzialny za zakupy uzbro­je­nia, poin­for­mo­wał, że ta bli­sko dwu­mi­liar­dowa luka to wydatki na uzbro­je­nie i sprzęt woj­skowy. Mini­ster obrony naro­do­wej przy­znał, że jego resort ma zobo­wią­za­nia na kwotę nieco ponad 1,8 mld zł. A zaprze­czył sło­wom Kli­cha współ­pra­cow­nik Donalda Tuska z kan­ce­la­rii pre­miera Sła­wo­mir Nowak. Pytany przez dzien­ni­karkę TVP3 o wspo­mniane braki finan­sowe odparł, że żad­nych bra­ków nie ma. Rzecz bowiem doty­czy fak­tur, które nie były wyma­galne w roku ubie­głym. Nowak tłu­ma­czył pani redak­tor, że MON nie mógł pła­cić wcze­śniej za coś, co miał ure­gu­lo­wać w 2009 roku. Czyli żad­nej dziury w budże­cie nie ma, a MON po pro­stu zapłaci wtedy, gdy przyj­dzie na to pora i już. Przy­znaję, że tro­chę mnie mini­ster Nowak zdzi­wił. Czy to moż­liwe, aby wysoki urzęd­nik pań­stwowy, wspie­ra­jący swym inte­lek­tem szefa rządu, nie wie­dział, jak wygląda wyko­ny­wa­nie budżetu przez resort obrony?

Budżet w każ­dym mini­ster­stwie, ale w MON szcze­gól­nie, jest dro­bia­zgowo zapi­sany w ukła­dzie wyko­na­nia. Mini­ster obrony naro­do­wej, tak zwany główny dys­po­nent środ­ków finan­so­wych, ma do dys­po­zy­cji roz­bu­do­wany apa­rat reali­zu­jący decy­zję budże­tową i są pro­ce­dury oraz liczne insty­tu­cje kon­tro­lu­jące wyko­na­nie budżetu. Są takie poję­cia jak dys­cy­plina budże­towa i kary dys­cy­plinarne za jej naru­sze­nie. Jest też wymóg zacho­wa­nia dys­cy­pliny finan­so­wej ozna­cza­ją­cej stałe bada­nie rze­czy­wi­stej gospo­darki finan­so­wej MON w związku ze sta­nem zało­żo­nym, pla­no­wa­nym.

Jeśli więc kie­row­nic­two MON stwier­dza, że nie ma środ­ków na pokry­cie ist­nie­ją­cych zobo­wią­zań, to ozna­cza, że mini­ster Nowak nie ma racji. Gdyby bowiem było tak, jak mówi, to wydatki należne w 2009 roku powinny były naj­pierw zna­leźć się w pla­nie na ten rok. Wtedy jed­nak nie byłoby ich w pla­nie wydat­ków na rok 2008 i nie byłoby też żad­nej dziury. Jeśli mini­ster Klich infor­muje, że MON nie dostało pie­nię­dzy z Mini­ster­stwa Finan­sów, a on jaki­miś manew­rami spo­wo­duje ure­gu­lo­wa­nie tych należ­no­ści w roku bie­żą­cym, to ozna­cza, że fak­tury trzeba było zapła­cić w 2008 roku, a tym samym mini­ster Nowak mija się z prawdą.

Mnie zasta­na­wia jed­nak coś innego. Nie tylko lek­kość wypo­wie­dzi mini­stra Nowaka w spra­wach budże­to­wych, ale też lek­kość w trak­to­wa­niu budżetu przez kie­row­nic­two MON. Wiem, jak trudno jest sen­sow­nie i zgod­nie z prze­pi­sami wydać przy końcu roku środki, które udało się jakoś zaosz­czę­dzić. Pro­ce­dury są skom­pli­ko­wane, czasu mało i trzeba nad­zwy­czaj­nych wysił­ków, by zdą­żyć przed zamknię­ciem roku budże­to­wego.

Wiem też, że jest nie­zwy­kle trudno prze­nieść nie­zre­ali­zo­wane wydatki do nowego roku budże­to­wego. W 1999 roku reali­zo­wa­li­śmy pewien zakup u zagra­nicz­nego dostawcy za sumę 30 mln zł. Prze­targ zakoń­czy­li­śmy na dwa mie­siące przed koń­cem roku. Nie­stety, Mini­ster­stwo Gospo­darki nie potra­fiło na czas zawrzeć umowy off­se­to­wej. Zakup więc w 1999 roku nie mógł dojść do skutku. Sta­ra­łem się te 30 mln zł prze­nieść do rezerwy celo­wej na przy­szły rok. Nie udało się. Pre­mier nie wyra­ził zgody i pie­nią­dze MON stra­cił. A teraz mini­ster bez trudu prze­nosi setki milio­nów, jeśli nie miliardy?

W 2007 roku mini­ster obrony naro­do­wej ogła­szał, że poprzed­nik zawa­lił wyko­na­nie budżetu. W kasie MON "pozo­stało 1,7 mld zł". A na koniec roku, osiem dni póź­niej (sic!), stwier­dza: "Nie­zre­ali­zo­wana kwota wydat­ków wynio­sła 120 mln zł - 0,57 pro­cent planu". W ciągu tych dni wydał ponad 1,5 mld zł? A depar­ta­ment pra­sowo-infor­ma­cyjny MON infor­mo­wał: "Do końca ubie­głego roku MON wyko­rzy­stało ponad 99 pro­cent pie­nię­dzy z budżetu na 2007 rok".

Teraz mamy sytu­ację odwrotną - na koniec roku budże­to­wego bra­kuje pra­wie dwa miliardy5. A mini­ster oznaj­mia, że on to wszystko do lutego ure­gu­luje? W jaki spo­sób i z jakich środ­ków? Ta rezerwa celowa w budże­cie na obecny rok to jakiś wór bez dna?

W MON raz mają pie­nię­dzy za dużo, a drugi raz za mało, ale zawsze na czas wyko­nują budżet. Czy ktoś mógłby to wyja­śnić skoro rzecz doty­czy nervus rerum?

Zetną głowę posłańca?

30 stycz­nia 2009

Zetną głowę posłańca?

Powstał strasz­liwy bała­gan w finan­sach MON. Szczę­śli­wie dla mini­stra Kli­cha wybu­chła afera wokół wie­sza­ją­cego się czy raczej powie­szo­nego w celi trze­ciego mor­dercy Krzysz­tofa Olew­nika. Szczę­śli­wie, bowiem pre­mier Tusk odwo­łał ze sta­no­wi­ska mini­stra spra­wie­dli­wo­ści i w ten spo­sób zdaje się na razie wyczer­pał limit zwol­nień w gro­nie tak zwa­nych kon­sty­tu­cyj­nych mini­strów. W następ­stwie sta­no­wi­sko w MON zapewne straci mini­ster "nie­kon­sty­tu­cyjny", czyli odpo­wie­dzialny za zakupy uzbro­je­nia pod­se­kre­tarz stanu Zenon Kosi­niak-Kamysz. Wicemini­ster Kamysz był w MON pierw­szym, który przy­znał się, że resor­towi zabra­kło pie­nię­dzy. Wymie­nił kwotę 1,8 mld zł. Oka­zało się, że bra­kuje 3,3 mld. I zgod­nie z zasadą, że ścina się głowy posłań­ców przy­no­szą­cych złe wia­do­mo­ści, zapewne odwo­łają zastępcę Kli­cha.

Mam w ręku stycz­niowy numer maga­zynu "Nowa Tech­nika Woj­skowa". Zamiesz­czono tam obszerne omó­wie­nie budżetu MON na 2009 rok i napi­sano na samym początku: "Ogól­no­świa­towy kry­zys eko­no­miczny końca 2008 roku wpły­nął tylko nie­znacz­nie na budżet Mini­ster­stwa Obrony Naro­do­wej". Rze­czy­wi­ście "nie­znacz­nie". W końcu 2008 roku mini­ster Klich pre­zen­to­wał sej­mo­wej komi­sji obrony pro­jekt budżetu na rok następny. Jak zauważa autor "NTW", w porów­na­niu do tam­tego pro­jektu kie­row­nic­two MON obcięło zale­d­wie 72 mln i spo­dziewa się otrzy­mać ponad 25 mld zł. Jed­no­cze­śnie mini­ster opty­mi­sta, chyba nie­świa­dom pustek w kasie, bez­tro­sko pod­pi­sy­wał kon­trakty, na przy­kład na zakup samo­lo­tów trans­por­to­wych Bryza (600 mln zł), na rakiety i wypo­sa­że­nie dywi­zjonu nad­mor­skiego (400 mln zł). Naj­wy­raź­niej nie inte­re­so­wał się, czy jakieś pie­nią­dze wpły­wają z Mini­ster­stwa Finan­sów na konto jego resortu. Tak jakby nikt w MON nie odpo­wia­dał za dys­cy­plinę finan­sową. A kiedy oka­zało się, że pie­nię­dzy nie ma, mini­ster Klich zaczął zapew­niać, że zale­gło­ści spłaci do końca lutego bie­żą­cego roku. I zacho­wy­wał się znowu tak, jakby nie rozu­miał, że bra­ku­jące 3 mld będzie musiał wydać z budżetu na rok 2009, czyli pla­no­wane na rok bie­żący wydatki muszą być o taką kwotę zmniej­szone. A to sta­wia pod zna­kiem zapy­ta­nia real­ność wyko­na­nia zaku­pów i badań pla­no­wa­nych w 2009 roku no i... fun­duje bez­na­dziejne poło­że­nie prze­my­słu obron­nego - tu może być po pro­stu kata­strofa.

Zawsze twier­dzi­łem, że siła obronna pań­stwa opiera się na dwu fila­rach - na siłach zbroj­nych i na wła­snym, naro­do­wym prze­my­śle obron­nym. Sądząc po tym, co robi MON, będziemy mieli osła­bie­nie zdol­no­ści obron­nych woj­ska i ciężką zapaść, a może nawet kom­pletną ruinę pol­skiej zbro­je­niówki. Mie­dzy bajki też można wło­żyć pro­gram pro­fe­sjo­na­li­za­cji, czyli two­rze­nia armii zawo­do­wej. A pamię­tajmy, że mini­ster obrony już zdą­żył zre­zy­gno­wać z powszech­nego poboru.

Nie unik­nie się nie­stety cięć w wydat­kach i w następ­stwie tak zwa­nych oszczęd­no­ści. Trzeba to jed­nak zro­bić z sen­sem, nie osła­bia­jąc mocy obron­nej pań­stwa i nie mor­du­jąc pol­skiego prze­my­słu obron­nego.

MON zamie­rzał wydać w 2009 roku 7,6 mld zł na pen­sje, ponad 5 mld na eme­ry­tury, 7,2 mld na bie­żące utrzy­ma­nie woj­ska (wydatki wege­ta­cyjne) i ponad 5 mld na tak zwane inwe­sty­cje, czyli na uzbro­je­nie. Teraz wia­domo że gdy trzeba będzie spła­cić zale­gło­ści z 2008 roku, pole­gną inwe­sty­cje. Wydaje się więc konieczne, aby szybko doko­nać spraw­dze­nia wszyst­kich wydat­ków, a nie tylko tych "uzbro­je­nio­wych". Nie­odzowny byłby zewnętrzny audyt stra­te­giczny MON i usta­le­nie, na ile pla­no­wane wydatki są racjo­nalne ze względu na cel dzia­ła­nia tej insty­tu­cji. Ponadto trzeba wyco­fać się z nie­do­wa­rzo­nego pro­jektu armii zawo­do­wej - można to zro­bić, nie tra­cąc twa­rzy, skoro zabra­kło kasy. Warto też roz­wa­żyć, czy zaan­ga­żo­wa­nie w misje zagra­niczne ma pokry­cie w finan­so­wych moż­li­wo­ściach MON.

Trzeba zasta­no­wić się nad odpo­wied­nią do pol­skich warun­ków stra­te­gią obrony RP i sto­sow­nym, innym mode­lem armii. Zmiana modelu armii w postu­lo­wany nie tylko przeze mnie sys­tem taniej obrony powszech­nej (tery­to­rial­nej) z małymi, nowo­cze­snymi i zawo­do­wymi woj­skami ope­ra­cyj­nymi byłaby moż­liwa przy zmniej­szo­nym budże­cie MON.

Sta­ni­sław Gło­wacki, prze­wod­ni­czący sek­cji kra­jo­wej prze­my­słu obron­nego NSZZ Soli­dar­ność, powie­dział, że dla prze­trwa­nia zbro­je­niówki w 2009 roku potrzebne są zamó­wie­nia na co naj­mniej 1,1 mld zł. Powin­ni­śmy przy­jąć zało­że­nie, że mniej­sze od pla­no­wa­nych środki na zakupy uzbro­je­nia i sprzętu woj­sko­wego skie­ru­jemy do pol­skich fabryk. Przy czym pro­gram two­rze­nia wojsk obrony tery­to­rial­nej, tanich w wypo­sa­że­niu i utrzy­ma­niu, ozna­cza koniecz­ność pro­duk­cji broni strze­lec­kiej, amu­ni­cji, mate­ria­łów wybu­cho­wych, umun­du­ro­wa­nia i opo­rzą­dze­nia, czyli tego, co mogą dostar­czyć pol­skie zakłady. Zakupy zagra­niczne nale­ża­łoby reali­zo­wać na moż­li­wie naj­niż­szym pozio­mie i tylko tam, gdzie musimy to robić w ramach zawar­tych już umów. Należy doko­nać prze­glądu tych umów, spraw­dzić, jak są one reali­zo­wane, i podej­mo­wać sto­sowne kroki, poszu­ku­jąc spo­so­bów odcią­że­nia wydat­ków.

Autor "NTW" oma­wia­jący pro­jekt budżetu MON na 2009 rok stwier­dza: "Oczy­wi­ste jest, że dla każ­dej insty­tu­cji pań­stwo­wej naj­waż­niej­szy jest budżet. Tak jest rów­nież w przy­padku MON". Otóż budżet nie jest naj­waż­niej­szy. Jest on tylko narzę­dziem w ręku mini­stra obrony do wyko­na­nia pracy na powie­rzo­nym mu odcinku OBRONY NARO­DO­WEJ.

Kon­sty­tu­cja RP stwier­dza: "Rzecz­po­spo­lita Pol­ska strzeże nie­pod­le­gło­ści i nie­na­ru­szal­no­ści swo­jego tery­to­rium" (art. 5). Wska­zuje: "Siły Zbrojne Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej służą ochro­nie nie­pod­le­gło­ści pań­stwa i nie­po­dziel­no­ści jego tery­to­rium oraz zapew­nie­niu bez­pie­czeń­stwa i nie­na­ru­szal­no­ści jego gra­nic" (art. 26). Naka­zuje: "Obo­wiąz­kiem oby­wa­tela pol­skiego jest obrona Ojczy­zny" (art. 85). Można odnieść wra­że­nie, że kie­row­nic­two MON nie do końca to zro­zu­miało.

Wiele wska­zuje, że trzeba będzie zaci­snąć pasa. Powinno się to jed­nak robić z roz­wagą, sta­wia­jąc na pierw­szym miej­scu bez­pie­czeń­stwo naro­dowe i zacho­wa­nie prze­my­sło­wego poten­cjału obron­nego RP.

Wstęp

Zale­sie Dolne 2018

Wstęp

Od dawna zaj­muję się obron­no­ścią i woj­skiem. Pamię­tam, jak za nie­boszczki PRL w cza­sie jed­nej z rewi­zji mojego miesz­ka­nia funk­cjo­na­riu­sze Służby Bez­pie­czeń­stwa skru­pu­lat­nie, z wielką uwagą prze­glą­dali książki, sądząc, że tam znajdą jakieś ukryte wia­do­mo­ści. Księ­go­zbiór był spory, więc mieli co robić. I wów­czas szef tej esbec­kiej ekipy zwró­cił uwagę, że mam dużo ksią­żek na tematy woj­skowe. Spoj­rzał na mnie i z drwią­cym uśmiesz­kiem powie­dział, że do woj­ska takich jak ja nie wpusz­czają, więc ta wie­dza, zgro­ma­dzona w mojej biblio­tece, na pewno mi się nie przyda. Wie­dzia­łem, że w "Ludo­wym" WP nie ma dla mnie miej­sca. Kiedy odby­wa­łem zasad­ni­czą służbę woj­skową, w szkole pod­ofi­cer­skiej zgło­si­łem się do dowódcy jed­nostki z zamia­rem pój­ścia do szkoły ofi­cer­skiej. Wów­czas puł­kow­nik, który mnie trak­to­wał z życz­li­wo­ścią, odra­dził. Usły­sza­łem: "Romek, ty prę­dzej dosta­niesz wyrok niż ofi­cer­skie gwiazdki". I wyja­śnił, że uwagę poli­tru­ków zwró­ciły moje poglądy na temat wojny 1920 roku i jako nie­pewny poli­tycz­nie nie mogłem być awan­so­wany na kaprala.

Po latach oka­zało się, że esbek nie miał racji, w końcu tra­fi­łem do woj­ska i to na mini­ste­rialne sta­no­wi­sko, ale miał rację mój dowódca. W PRL za "oba­la­nie" ustroju tra­fi­łem bowiem na parę lat do wię­zie­nia, a gdy PRL się "oba­lił", po dok­to­ra­cie w Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej zda­łem też egza­min ofi­cer­ski i gwiazdki dosta­łem.

Po 1989 roku coraz bar­dziej wsią­ka­łem w sprawy woj­skowe, odcho­dząc od dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej. Dwa razy pra­co­wa­łem w Mini­ster­stwie Obrony Naro­do­wej, w 1992 roku krótko jako szef resortu, a w latach 1997-2001 zaj­mo­wa­łem się tech­niczną moder­ni­za­cją armii na sta­no­wi­sku sekre­ta­rza stanu, pierw­szego zastępcy mini­stra. Uzy­ska­łem habi­li­ta­cję i odtąd na sta­no­wi­skach pro­fe­sor­skich w kilku uczel­niach wykła­da­łem przed­mioty zwią­zane z obron­no­ścią i bez­pie­czeń­stwem naro­do­wym.

Pozna­jąc dzieje Woj­ska Pol­skiego, ana­li­zu­jąc wojny i bitwy, w któ­rych żoł­nierz pol­ski uczest­ni­czył, stu­diu­jąc prace teo­re­ty­ków sztuki wojen­nej, szu­ka­łem odpo­wie­dzi na pyta­nie: co my, Polacy, powin­ni­śmy zro­bić, aby Pol­ska nie musiała doświad­czać tego wszyst­kiego, co było jej udzia­łem od XVIII wieku, gdy stra­ci­li­śmy nie­pod­le­głość, a wielką Rzecz­po­spo­litą agre­sywni sąsie­dzi roze­brali, wyma­zu­jąc nasze pań­stwo z poli­tycz­nej mapy Europy.

Odzy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści w 1918 roku oka­zało się wyda­rze­niem pozba­wio­nym trwa­ło­ści. W 1939 roku wybu­chła wojna świa­towa, w któ­rej ponow­nie stra­ci­li­śmy nie­pod­le­głość, zgi­nęły miliony Pola­ków i w końcu zdra­dzeni przez sojusz­ni­ków zosta­li­śmy wydani na łup zbrod­nia­rzowi Sta­li­nowi. Powstała kulawa sate­licka pań­stwo­wość "Pol­ski Ludo­wej", w któ­rej Polacy znowu, tak jak w cza­sie zabo­rów, zna­leźli się w nie­woli.

Zryw wol­no­ściowy Soli­dar­no­ści 1980 roku, któ­remu patro­no­wał i który wspie­rał wielki Polak papież Jan Paweł II, sku­teczna i sta­now­cza poli­tyka pre­zy­denta Ronalda Reagana i w kon­se­kwen­cji prze­grana komu­ni­zmu oraz roz­pad ZSRR spra­wiły, że Pol­ska znowu odzy­skała suwe­renny byt. Pań­stwo pol­skie jako pod­miot sta­no­wiący o sobie znowu poja­wiło się w gro­nie wol­nych naro­dów. Wraz z tym powstało jed­nak pyta­nie, w jaki spo­sób powin­ni­śmy zadbać o nasze bez­pie­czeń­stwo, aby już nie trzeba było wię­cej toczyć walk w obro­nie zagro­żo­nej nie­pod­le­gło­ści.

Pro­cesy, jakie zaczęły zacho­dzić na are­nie świa­to­wej, una­ocz­niły, że kwe­stia bez­pie­czeń­stwa Pol­ski jest na­dal nie­roz­wią­zana. Wpraw­dzie udało się uzy­skać człon­ko­stwo w NATO, co wielu Pola­ków uznało za wystar­cza­jącą gwa­ran­cję nie­za­gro­żo­nego ist­nie­nia pań­stwa pol­skiego, ale dla każ­dego myślą­cego sta­wało się oczy­wi­ste, że zabez­pie­cze­nia sojusz­ni­cze w przy­szło­ści mogą zanik­nąć i może dojść do powtórki z wrze­śnia 1939 roku, kiedy bro­niąca się Pol­ska cze­kała na pomoc sojusz­ni­ków i jej nie otrzy­mała.

Kiedy uświa­do­mi­łem sobie, że tak jak w cza­sach II RP poszu­ku­jemy gwa­ran­cji bez­pie­czeń­stwa, zabie­ga­jąc o względy mocarstw, uzna­łem, że w dzie­dzi­nie obron­no­ści trzeba szu­kać roz­wią­zań, które zapew­nią Pol­sce bez­pie­czeń­stwo także wów­czas, gdy te mocar­stwa nie będą chciały Pol­sce pomóc.

Tego, co należy zro­bić, aby ten dyle­mat roz­wią­zać, doty­czy ta książka. Zło­żyły się na nią moje wybrane tek­sty i wypo­wie­dzi z ostat­nich dzie­się­ciu lat, w więk­szo­ści publi­ko­wane na moim blogu, na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych, ale także w gaze­tach i mie­sięcz­ni­kach. Zapre­zen­to­wane pod kolej­nymi datami poka­zują, jakie kwe­stie budziły moje zain­te­re­so­wa­nie i co w spra­wach woj­ska, obron­no­ści uwa­ża­łem za warte pod­nie­sie­nia. Uzna­łem za celowe, aby zamie­ścić też wywiady ze mną, gdzie przed­sta­wiam poglądy i opi­nie, z któ­rymi chcia­łem dotrzeć do czy­tel­ni­ków. Każda część książki, cza­sem kil­kuz­da­niowa, a innym razem licząca kilka stron, może być potrak­to­wana jak odrębna całość. Jed­nak wszyst­kie one razem, nawet czy­tane w dowol­nej kolej­no­ści, bez zacho­wa­nia chro­no­lo­gii, powinny poka­zać, jaki jest pro­po­no­wany przeze mnie spo­sób na zbu­do­wa­nie sys­temu obrony gwa­ran­tu­ją­cego Pol­sce bez­pie­czeń­stwo.

Plany moder­ni­za­cji i roz­bu­dowy sił zbroj­nych przy­jęte w Rosji zakła­dają, że w 2020 roku nasz sąsiad będzie dys­po­no­wał armią, któ­rej będzie można użyć do reali­za­cji krem­low­skiego zamiaru odbu­dowy mocar­stwo­wej pozy­cji w świe­cie. Obser­wu­jąc kie­runki poli­tycz­nej aktyw­no­ści Rosji, nie można mieć wąt­pli­wo­ści, że regio­nem, który będzie chciała sobie pod­po­rząd­ko­wać, jest Europa Środ­kowo-Wschod­nia, tak zwana bli­ska zagra­nica, Ukra­ina, a jeśli NATO osłab­nie, także kraje nad­bał­tyc­kie i naj­praw­do­po­dob­niej Pol­ska. Dla­tego tak długo, jak NATO chroni nasz region, trzeba pil­nie budo­wać wła­ściwy sys­tem obrony naro­do­wej Pol­ski, wią­żąc go ści­śle z tym, czym będą dys­po­no­wać pań­stwa Trój­mo­rza, tak jak my zagro­żone przez rosyj­ski impe­ria­lizm. Pol­ska nie może ponow­nie zna­leźć się w takim poło­że­niu jak II RP i inne pań­stwa regionu w latach II wojny świa­to­wej.

Zapewne jakiś zło­śli­wiec powie­dział, że myśle­nie ma kolo­salną PRZE­SZŁOŚĆ. Zda­rza się prze­cież, gdy wspo­mi­na­jąc jakieś nie­miłe zda­rze­nie z prze­szło­ści, nabie­ramy prze­ko­na­nia, że postę­pu­jąc ina­czej, mogli­śmy go unik­nąć. Zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia skut­ków tego, co robimy i czego nie robimy, jest rze­czą bar­dzo cenną, zwłasz­cza gdy od tego zależy los innych ludzi. Zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia jest konieczna szcze­gól­nie w przy­padku osób spra­wu­ją­cych rządy w pań­stwie.

Roz­wa­ża­jąc czas, jaki byłby potrzebny do zbu­do­wa­nia pro­po­no­wa­nego sys­temu obrony Pol­ski, dosze­dłem do prze­ko­na­nia, że może to zająć dzie­więć lat. Uwa­żam, że minione lata 2007-2017 można było poświe­cić na wyko­na­nie takiej pracy. Nie­stety, nie zro­biono tego. Dla­tego ta książka nosi tytuł Stra­cone dzie­się­cio­le­cie. Co Pol­sce przy­niosą nad­cho­dzące lata?

Mistrz Jan Kocha­now­ski, poeta króla Ste­fana Bato­rego, napi­sał:

"Cie­szy mię ten rym: "Polak mądry po szko­dzie";

Lecz jeśli prawda i z tego nas zbo­dzie,

Nową przy­po­wieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szko­dzie głupi"..

Józef Brandt, "Bogu­ro­dzica", 1909 r., olej na płót­nie, 302 × 160 cm, Muzeum Naro­dowe we Wro­cła­wiu

Nie­ist­nie­jące LWP

25 lutego 2009

Nie­ist­nie­jące LWP

Zabie­ram cza­sem głos na popu­lar­nym forum woj­sko­wym. Wspo­mnia­łem ostat­nio, że jako zde­kla­ro­wany prze­ciw­nik komu­ni­stów nie mogłem zostać ofi­ce­rem w LWP. Jeden z dys­ku­tan­tów stwier­dził, że obra­żam słu­żą­cych wtedy żoł­nie­rzy zawo­do­wych. "Z tego wnio­sek, że wszy­scy, któ­rzy zostali pod­ów­czas ofi­ce­rami, to komu­chy, no bo nie mogli być anty­ko­mu­ni­stami, bo nie dosta­liby gwiaz­dek". I na koniec mój opo­nent wypa­lił: "Co to jest LWP? Bo o ile wiem, to cze­goś takiego raczej nie było".

Mar­sza­łek Pił­sud­ski pod­kre­ślał, że pod­sta­wo­wym warun­kiem zwy­cię­stwa jest morale armii. Może być woj­sko dobrze uzbro­jone, ale jeśli nie ma w nim siły moral­nej, brak etosu służby i ducha armii (esprit de corps), to w godzi­nie próby prze­gra. Te war­to­ści woj­sko czer­pie z naro­do­wej tra­dy­cji, z doko­nań poprzed­ni­ków. Nie jest obo­jętne, co tra­fia do głów żoł­nie­rzy i ich dowód­ców, jakie war­to­ści kształ­tują umy­sły ludzi w siłach zbroj­nych. W Pol­sce mamy z tym pro­blem, bowiem obecne Woj­sko Pol­skie powstało na bazie woj­ska kie­ro­wa­nego w latach PRL przez par­tię komu­ni­styczną.

Przy­kład z cza­sów "Pol­ski Ludo­wej". Dwaj ofi­ce­ro­wie II RP.

Ste­fan Mos­sor - wal­czył w woj­nie z bol­sze­wi­kami 1920 roku i w kam­pa­nii 1939. Odzna­cze­nia: Krzyż Nie­pod­le­gło­ści i trzy razy Krzyż Walecz­nych. Wybitny teo­re­tyk sztuki wojen­nej, wykła­dowca Wyż­szej Szkoły Wojen­nej (dzi­siej­szy AON), współ­pra­cow­nik gen. Kutrzeby. Po wyj­ściu z oflagu (był w nie­woli) wstą­pił do woj­ska "ludo­wego". Mia­no­wany przez Bie­ruta gene­ra­łem w Szta­bie Głów­nym WP zaj­mo­wał się mię­dzy innymi zwal­cza­niem pol­skiego pod­zie­mia nie­pod­le­gło­ścio­wego.

Zyg­munt Szen­dzie­larz - dziel­nie wal­czył w kam­pa­nii wrze­śnio­wej 1939 roku, uciekł z nie­woli nie­miec­kiej, następ­nie był w wileń­skiej AK. Boha­ter­ski dowódca bry­gady par­ty­zanc­kiej, po ope­ra­cji Ostra Brama wypro­wa­dził swoją jed­nostkę z okrą­że­nia NKWD i prze­do­stał się na Bia­ło­stoc­czy­znę. Do 1947 roku wal­czył z siłami NKWD, UB i WP. Aresz­to­wany w 1948 roku został zamor­do­wany w wię­zie­niu przez UB. Miej­sce pochówku nie­znane. Odzna­czony krzy­żem orderu wojen­nego Vir­tuti Mili­tari i Krzy­żem Walecz­nych. Publi­cy­ści i histo­rycy PRL fał­szo­wali jego wize­ru­nek. Był opi­sy­wany jako "krwawy herszt wileń­skich ban­dy­tów" i impe­ria­li­styczny szpieg anglo­sa­ski, przed­sta­wiany w taki spo­sób, żeby wzbu­dzić jak naj­więk­szą odrazę.

Obaj byli pol­skimi ofi­ce­rami. Obaj wyda­wali roz­kazy pol­skim żoł­nie­rzom. Pyta­nie: który z nich powi­nien być wzor­cem oso­bo­wym dla współ­cze­snych pol­skich żoł­nie­rzy - ści­ga­jący Szen­dzie­la­rza gene­rał Mos­sor czy major Szen­dzie­larz wal­czący z pod­ko­mend­nymi Mos­sora?

Pol­ska "Ludowa" była pod­mio­tem na are­nie świa­to­wej i w tym sen­sie także pań­stwem pol­skim. A jed­no­cze­śnie była sate­litą sowiec­kim z ustro­jem narzu­co­nym siłą i sto­su­ją­cym na masową skalę prze­moc wobec oby­wa­teli. W miarę upływu lat i po roz­bi­ciu pod­zie­mia reżim komu­ni­styczny zaczął łagod­nieć. Zdrada Pol­ski w Jał­cie przez Zachód powo­do­wała, że zani­kła szansa odzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści, z dru­giej strony repre­sje likwi­do­wały fizycz­nie każdy rodzący się opór (Poznań 1956 i Wybrzeże 1970). Miliony Pola­ków musiały więc żyć w PRL. Ludzie podej­mo­wali pracę, w tym także zawo­dową służbę w woj­sku. Chcąc zagwa­ran­to­wać egzy­sten­cję rodzi­nie, każdy we wła­snym sumie­niu decy­do­wał, jak daleko może oka­zy­wać akcep­ta­cję dla rzą­dów PZPR. Odmowa wstą­pie­nia do par­tii ozna­czała zwy­kle gor­szą pracę i brak życio­wych per­spek­tyw. Z opor­tu­ni­stycz­nych wzglę­dów wstę­po­wano więc do PZPR. Byli też tacy, któ­rzy uzna­wali PRL za swoje pań­stwo i sądzili, że służą Pol­sce. Tak było do dni, aż naród pol­ski odzy­skał moż­li­wość wyra­że­nia swo­jej woli. Pol­ska "Ludowa" zawa­liła się. Ist­niała tak długo, jak długo ist­niał jej pro­tek­tor - ZSRR.

W woj­sku sto­so­wano masko­wany przy­mus przy­na­leż­no­ści do PZPR (w 1980 roku do par­tii nale­żało 80 pro­cent ofi­ce­rów, 53 pro­cent cho­rą­żych i 38,5 pro­cent podofi­ce­rów. Wszy­scy wyżsi dowódcy byli człon­kami PZPR). Nad posłu­szeń­stwem armii czu­wał roz­bu­do­wany apa­rat poli­tyczny (w 1989 roku - 7800 osób, w tym 5700 ofi­ce­rów). Przy czym Główny Zarząd Poli­tyczny funk­cjo­no­wał na pra­wach wydziału KC PZPR. We wszyst­kich jed­nost­kach dzia­łały komi­tety par­tyjne, a tak zwa­nych Pod­sta­wo­wych Orga­ni­za­cji Par­tyj­nych PZPR było 5 tys.

Gene­rał Flo­rian Siwicki, szef Sztabu Gene­ral­nego WP, mówił w Moskwie (1-4 grud­nia 1981) na nara­dzie Układu War­szaw­skiego: "Ludowe Woj­sko Pol­skie, pomimo tego iż do jego sze­re­gów przy­cho­dzą pobo­rowi, któ­rzy znaj­do­wali się pod nega­tyw­nym wpły­wem Soli­dar­no­ści, zacho­wało swój cha­rak­ter ide­owy i poli­tyczny, pomyśl­nie odpiera ataki wroga kla­so­wego i odgrywa istotną rolę sta­bi­li­zu­jącą w życiu naszego kraju". Jak widać z tej wypo­wie­dzi, Siwicki nie miał wąt­pli­wo­ści, że LWP ist­nieje. Można mu wie­rzyć, że wie­dział, czym dowo­dzi.

W kadrze zawo­do­wej LWP byli oczy­wi­ście nie tylko "siwiccy". Była więk­szość woj­sko­wych ukry­wa­jąca swoje praw­dziwe poglądy i usi­łu­jąca pro­fe­sjo­nal­nie peł­nić służbę. Byli opor­tu­ni­ści, któ­rzy dla kariery uda­wali komu­ni­stów, czę­sto peł­niąc funk­cje ofi­ce­rów poli­tycz­nych. I była grupa komu­ni­stów w mun­du­rach, gotowa bro­nić socja­li­zmu. I to oni, zaufani sowiec­kich mar­szał­ków, wspie­rani przez opor­tu­ni­stów, roz­ka­zy­wali woj­sku. Cho­ciaż wszy­scy nosili te same mun­dury, to jed­nak byli to różni ludzie. Dużo ich dzie­liło.

W woj­sku są odzna­cze­nia za odwagę i są wyroki sądów woj­sko­wych za czyny nie­godne. Tak jed­nak jak odwaga i ofiar­ność w cywilu bywa chlub­nym wyjąt­kiem, tak samo czyn boha­ter­ski żoł­nie­rza jest zda­rze­niem nad­zwy­czaj­nym. A to ozna­cza, że żoł­nierz nie może być albo boha­te­rem, albo tchó­rzem. Wśród żoł­nierzy zawo­do­wych LWP byli boha­te­ro­wie, któ­rzy także za cenę życia prze­ciw­sta­wili się reżi­mowi. Ale byli też woj­skowi słu­żący z odda­niem Sowie­tom. Była ponadto więk­szość żoł­nierzy pra­gną­cych słu­żyć wol­nej Pol­sce. Zda­wali sobie z tego sprawę Sowieci, któ­rzy na wypa­dek wojny z Zacho­dem chcieli wysłać pol­skie dywi­zje w bój poje­dyn­czo, pod kon­trolą. Postu­lo­wany przez dowódz­two LWP tak zwany Front Pol­ski ist­niał tylko na mapach szta­bo­wych LWP. Na szczę­ście zamiary szta­bow­ców Układu War­szaw­skiego pozo­stały na papie­rze. Nato­miast pra­gnie­nie wielu żoł­nierzy LWP słu­że­nia wol­nej Pol­sce ziściło się. Trudno jed­nak przy­jąć, że Woj­sko Pol­skie powinno czcić zarówno majora Szen­dzie­la­rza, jak i jego prze­śla­dow­ców.

Na co nam NATO?

16 marca 2009

Na co nam NATO?

W pierw­szej poło­wie 1985 roku pisa­łem (jako Witold Ski­del) pro­gram dla kon­spi­ra­cyj­nej Pol­skiej Par­tii Nie­pod­le­gło­ścio­wej. Jed­nym z postu­la­tów tego pro­gramu było człon­ko­stwo Pol­ski w NATO, wtedy nale­żą­cej do bloku sowiec­kiego. Jacek Kuroń po zapo­zna­niu się z moim tek­stem uznał, że to wariacki pomysł. W 1997 roku jako sekre­tarz stanu w MON odpo­wia­da­łem za wyko­na­nie kilku pro­gramów wpro­wa­dza­ją­cych pol­skie woj­sko do soju­szu. A po marcu 1999 roku, gdy Pol­ska uzy­skała człon­ko­stwo, "wariacki" postu­lat PPN stał się fak­tem.

Sojusz pół­noc­no­atlan­tycki stwo­rzył strefę bez­pie­czeń­stwa na Zacho­dzie. Chcie­li­śmy zna­leźć się w tej stre­fie. I w końcu speł­niło się to pra­gnie­nie. Minęło dzie­sięć lat. Nie ma Związku Sowiec­kiego, a narody Europy Środ­ko­wej i Wschod­niej są dziś wolne. Świat się zmie­nił i zmie­niło się NATO. Musimy na nowo okre­ślić, czym sojusz powi­nien być i jaką rolę powi­nien odgry­wać.

NATO ma za sobą wygraną zimną wojnę. Blok sowiecki tę wojnę prze­grał. Atak ter­ro­ry­styczny na USA spra­wił, że takie zagro­że­nia uznano w NATO za główne wyzwa­nie XXI wieku. I w takiej per­spek­ty­wie roz­wa­żano zada­nia soju­szu, wpro­wa­dzano zmiany w kon­cep­cji dzia­ła­nia i orga­ni­za­cji wojsk państw człon­kow­skich. Z tych prze­sła­nek wziął się też obecny pol­ski zamiar two­rze­nia sił zbroj­nych jako zawo­do­wego kom­po­nentu do "wymu­sza­nia pokoju" w rejo­nach odle­głych od naszych gra­nic. Dziś sły­szymy, że kry­te­rium wia­ry­god­no­ści NATO ma być zwy­cię­stwo nad tali­bami w Afga­ni­sta­nie.

Wydaje się mimo to, że walka z ter­ro­ry­zmem, cho­ciaż ważna, nie może być jedy­nym zada­niem NATO.

Upa­dek ZSRR (według Wła­di­mira Putina naj­więk­sza geo­po­li­tyczna kata­strofa XX wieku) spo­wo­do­wał destruk­cję tak zwa­nego porządku jał­tań­skiego, a wraz z tym uwol­nie­nie się wielu naro­dów z komu­ni­stycz­nej nie­woli. Ukształ­to­wał się nowy porzą­dek mię­dzy­na­ro­dowy okre­ślany jako jed­no­bie­gu­nowy z czo­łową pozy­cją USA w świe­cie. Polacy i inne narody są bene­fi­cjen­tami tej nowej sytu­acji. To korzystne dla nas poło­że­nie może zmie­nić się na gor­sze. Ist­niały prze­cież takie urzą­dze­nia Europy, gdy komu­ni­zmu nie było, a mimo to Polacy byli w nie­woli. Nie powin­ni­śmy zapo­mi­nać, że Polacy przez 123 lata byli pod­da­nymi "trzech czar­nych orłów": pru­skiego, austriac­kiego i rosyj­skiego. I musimy pamię­tać, czym zakoń­czyła się pod­jęta przez Hitlera i Sta­lina zmiana porządku wer­sal­skiego, gwa­ran­tu­ją­cego ist­nie­nie II RP.

Sła­bo­ścią I Rze­czy­po­spo­li­tej w XVIII wieku był brak odpo­wied­niej siły do obrony pań­stwa przed zaku­sami potęż­nych, agre­syw­nych sąsia­dów. Sła­bo­ścią usta­no­wio­nego w 1918 roku porządku wer­sal­skiego był brak sił zdol­nych powstrzy­mać jego prze­ciw­ni­ków. Takich błę­dów nie wolno powta­rzać, skoro i dziś nie­trudno dostrzec, czemu mogą posłu­żyć rosnące nakłady na zbro­je­nia państw chcą­cych decy­do­wać o losach świata.

Pol­ska powinna suwe­ren­nie okre­ślić zagro­że­nia i pod­jąć sta­ra­nia wewnątrz soju­szu w celu ukształ­to­wa­nia kon­cep­cji dzia­łań na wypa­dek ujaw­nie­nia się nie­ko­rzyst­nych dla nas zda­rzeń. Należy wycią­gnąć wnio­ski z takich lek­cji, jak cho­ciażby ta, któ­rej Euro­pie udzie­liła Rosja w Gru­zji. Dla zapew­nie­nia Pol­sce i całej Euro­pie bez­piecz­nej przy­szło­ści trzeba prze­kształ­cić NATO w siłę gwa­ran­tu­jącą takie bez­pie­czeń­stwo. Tak powin­ni­śmy defi­nio­wać misję NATO w XXI wieku.

Babiny w NATO

6 kwiet­nia 2009

Babiny w NATO

Fia­sko sta­rań o sta­no­wi­sko sekre­ta­rza gene­ral­nego NATO dla Polaka nie było dla mnie zasko­cze­niem - dość dawno temu pisa­łem, że mini­ster Sikor­ski nie ma szans. Co innego mnie zasko­czyło; rząd twier­dzi, że porażka to sprawka pre­zy­denta, a pre­zy­dent i jego mini­stro­wie wska­zują na rząd. Media huczą. Wkrótce wszy­scy mamy się dowie­dzieć nie tylko co mini­ster Sikor­ski prze­ka­zy­wał pre­zy­dentowi jako "instruk­cje" rzą­dowe, ale też jaka miała być tak­tyka, czyli za jaką cenę rząd chciał "sprze­dać skórę" Sikor­skiego, którą pre­zy­dent miał oddać za darmo.

Sadzę, że mini­ster Sikor­ski dobrze wie, jak wygląda pro­ces podej­mo­wa­nia decy­zji w NATO. W soju­szu obo­wią­zuje kon­sen­sus, czyli w teo­rii głos USA jest tyle samo wart co głos na przy­kład Sło­wa­cji czy Litwy. Brak zgody mniej­szego pań­stwa ozna­cza, że więk­sze tego zro­bić nie może. Tak jest w teo­rii. A jak wygląda prak­tyka? Zanim przy­stąpi się do podej­mo­wa­nia decy­zji, trwają poufne roz­mowy i wielcy poszu­kują roz­wią­zań, aby opor­nych mniej­szych prze­ko­nać do swo­ich racji. Zwy­kle ofe­rują im coś, na czym tym opor­nym zależy. W efek­cie w dniu ogło­sze­nia decy­zji kon­sen­sus jest osią­gnięty. Mistrzami w takiej grze są Turcy, któ­rzy na przy­kład w cza­sie wojny w Zatoce Per­skiej za zgodę na lądo­wa­nie samo­lo­tów na swoim tery­to­rium dostali od USA parę miliar­dów dola­rów. Tak, tak, łza się w oku kręci!

Co zro­bili pol­scy poli­tycy? Rząd pol­ski powi­nien był prze­cież pouf­nie spraw­dzić, czy kan­dy­da­tura Sikor­skiego ma szanse. Zacho­wy­wał się zaś tak, jakby tego nie usta­lono - do końca sły­sze­li­śmy, że gra się toczy, i że nic nie jest prze­są­dzone.

A teraz kwe­stia tego ugra­nia cze­goś, jeśli rze­czy­wi­ście był taki zamiar. Otóż trzeba było wcze­śniej z czymś do tej gry wejść! Czyli skoro nie było szans po cichu, to rząd RP powi­nien był otwar­cie ogło­sić, że naszym kan­dy­da­tem na szefa NATO jest Sikor­ski. A on sam musiałby po męsku powie­dzieć: tak, chcę tego i nie uda­wać nie­śmia­łego dziew­czątka, co to chcia­łaby, a boi się. Pre­zy­dent Kaczyń­ski powi­nien sta­now­czo poprzeć sta­no­wi­sko rządu, poda­jąc powody, dla któ­rych Polak ma być na czele NATO - są mocne argu­menty. A przed szczy­tem strona pol­ska powinna była oświad­czyć, że będzie sta­now­cza. Z taką pozy­cją weszli­by­śmy do gry i w zamian dosta­li­by­śmy... cho­ciażby sta­no­wi­sko zastępcy sekre­ta­rza, któ­rym teraz zapewne będzie Turek.

Nic takiego nie zro­biono, a teraz wal­czące strony wyty­kają jedna dru­giej różne rze­czy (pre­zy­dent nie mógł dodzwo­nić się do pre­miera?) i się obwi­niają. Przy­po­mina to sytu­ację, jaka mogłaby powstać, gdyby dwie babiny wyzwały się od bru­da­sów, a następ­nie zaczęły poka­zy­wać prze­chod­niom brudną bie­li­znę, chcąc dowieść, że ta druga jest więk­szym flej­tu­chem.

A swoją drogą - po co mini­ster Sikor­ski chciał sze­fo­wać NATO? Jaką miał kon­cep­cję zmian czy uspraw­nień soju­szu? Oczy­wi­ście poza ofertą człon­ko­stwa w NATO dla "przy­ja­ciół Moskali".

W miste­riach Eura­zji

Maj 2009

W miste­riach Eura­zji

Marek Andrze­jew­ski: Współ­cze­sny wybitny rosyj­ski filo­zof i geo­po­li­tyk Alek­san­der Dugin, twórca par­tii Eura­zja, autor takich ksią­żek jak Teo­ria hiper­bo­rej­ska czy Miste­ria Eura­zji, w swo­jej dok­try­nie eura­zja­ty­zmu twier­dzi, że zde­rze­nie tak zwa­nego atlan­ty­zmu, czyli cywi­li­za­cji Zachodu, z rosyj­skim eura­zja­ty­zmem jest nie­uchronne. Wycho­dząc z prze­sła­nek tej teo­rii, czy kon­flikt na linii Unia Euro­pej­ska - Rosja to nie­odwo­łalna przy­szłość?

Romu­ald Sze­re­mie­tiew: Dugin uza­sad­nia pewną ideę, która poja­wiła się z bar­dzo wielką siłą w Rosji po odej­ściu Jel­cyna. Jest to stara i odwieczna idea budowy impe­rium rosyj­skiego. Elity rosyj­skie nie potra­fią sobie wyobra­zić ina­czej egzy­sten­cji Rosji jak tylko w for­mie impe­rial­nej. Dugin sta­nowi uży­teczne uza­sad­nie­nie dla tego typu ten­den­cji, stąd zresztą jego bar­dzo wysoka pozy­cja w struk­tu­rach wła­dzy. Zaczy­nał w swo­istej "poli­tycz­nej piw­nicy", gdzieś na moskiew­skich przed­mie­ściach...

Rosyj­ska Par­tia Naro­dowo-Bol­sze­wicka...

- Tak wła­śnie. Od obdra­pa­nej piw­nicy jako sie­dziby do luk­su­so­wych pomiesz­czeń i salo­nów w cen­trum Moskwy. Od tego momentu zapra­szany na same szczyty wła­dzy, współ­pra­cu­jący z Mini­ster­stwem Obrony, czło­wiek bar­dzo poważ­nie trak­to­wany przez obecną wła­dzę. Świad­czy to, że jego teo­rie i kon­cep­cje są przy­datne, i z tego powodu są rów­nież bar­dzo nie­po­ko­jące i nie­bez­pieczne. Pyta­nie, czy cho­dzi o kon­flikt Eura­zja, czyli Rosja impe­rialna - Europa, czy też ina­czej, Fede­ra­cja Rosyj­ska - Zachód albo w jesz­cze innej kon­fi­gu­ra­cji: impe­rium euro­azja­tyc­kie Świę­tej Rusi - część cywi­li­za­cji Okcy­dentu. W tym wypadku powstaje istotna kwe­stia, które pań­stwa zachod­nie będą współ­pra­co­wały z nowym impe­ria­li­zmem rosyj­skim, a które będą mu prze­ciwne. Jak wia­domo, nie­dawno poja­wiła się ten­den­cja okre­ślana jako Liber­tas. Bodajże Jacek Żakow­ski w jed­nym ze swo­ich komen­ta­rzy powie­dział, że Wałęsa, jeż­dżąc na spo­tka­nia tego nowego paneu­ro­pej­skiego ruchu poli­tycz­nego, de facto wyraża popar­cie dla agenta Kremla, bowiem w inte­re­sie Rosji leży, żeby Europa była słaba, nie zjed­no­czona, czyli bez trak­tatu lizboń­skiego. Mnie się wydaje, że to nie jest wła­ściwy wnio­sek, dla­tego że Europa według modelu, który prze­wi­duje trak­tat z Lizbony, to Europa, w któ­rej bar­dzo silną pozy­cję mają Niemcy, w wyraźny spo­sób współ­pra­cu­jące z Fran­cu­zami. Niemcy, które zawsze miały silne inkli­na­cje w kie­runku Rosji impe­rial­nej.

Współ­praca rosyj­sko-nie­miecka jest bar­dzo mocno zako­rze­niona histo­rycz­nie. Nawet dziś odczu­wamy ją inten­syw­nie, nie potrzeba uważ­nej obser­wa­cji.

- Jakoś tak się działo zawsze w histo­rii, że Rosja­nie i Niemcy czuli do sie­bie pew­nego rodzaju "miętę". Pro­fe­sor Koneczny, któ­rego warto czy­tać zwłasz­cza dzi­siaj, mówi o tym, że ist­nieje kon­flikt cywi­li­za­cyjny mię­dzy Pol­ską z cywi­li­za­cją łaciń­ską a Rosją i Niem­cami. Wska­zuje na Rosję jako na cywi­li­za­cję turań­sko-bizan­tyń­ską i na Niemcy jako enklawę cywi­li­za­cji bizan­tyń­skiej w Euro­pie. Obie są sobie bli­skie i obie wro­gie Pol­sce.

Prof. Feliks Koneczny wska­zy­wał zwłasz­cza na Prusy.

- Pań­stwo pru­skie zdo­mi­no­wało Niemcy od cza­sów Bismarcka, który był zwo­len­ni­kiem tak zwa­nych Małych Nie­miec, Klein Deutsch­land, i dla­tego wypchnął kato­licką Austrię poza teren Nie­miec, żeby pro­te­stanc­kie bizan­tyń­skie Prusy były hege­mo­nem i to one budo­wały Rze­szę Nie­miecką. Po II woj­nie świa­to­wej NRD nazy­wano czer­wo­nymi Pru­sami i tak się zło­żyło, że są one znowu w skła­dzie Nie­miec, a sto­lica z Bonn prze­je­chała do Ber­lina. To ozna­cza, że pru­sac­two ma pewien wpływ na obecną rze­czy­wi­stość nie­miecką, co zdaje się zaczy­namy powoli dostrze­gać. Bizan­tyń­skie Niemcy pru­sac­kie i owa dugi­now­ska, roz­bu­dzona impe­rial­nie Rosja to towa­rzy­stwo dla nas nie­bez­pieczne, ponie­waż my jako cywi­li­za­cja łaciń­ska, zachod­nia, kie­ru­jemy się mię­dzy innymi zasadą, że poli­tyka powinna być moralna i etyczna, a cel nie uświęca środ­ków. Rosja­nie i Pru­sacy uwa­żają, że moral­ność nie ma nic wspól­nego z poli­tyką. Więc jest tu poważny pro­blem, ma pan rację.

W wywia­dzie z 1998 roku dla pisma "Fronda" Dugin powie­dział: "Rosja w swoim geo­po­li­tycz­nym oraz sakralno-geo­gra­ficz­nym roz­woju nie jest zain­te­re­so­wana ist­nie­niem nie­pod­le­głego pań­stwa pol­skiego w żad­nej for­mie". Czy w geo­po­li­tyce rosyj­skiej ist­niało kie­dy­kol­wiek miej­sce na nie­pod­le­głą Rzecz­po­spo­litą?

- Ni­gdy. W geo­po­li­tyce i kon­cep­cjach Rosji impe­rial­nej nie ma miej­sca dla nie­pod­le­głej Pol­ski. Jest wiel­kim dra­ma­tem, że mię­dzy sło­wiań­ską prze­cież Pol­ską i Rosją, przy­zna­jącą się do sło­wiań­stwa, nie ist­niała i nie ist­nieje żadna tra­dy­cja współ­pracy i współ­dzia­ła­nia. W naszych rela­cjach zawsze prze­wa­żał kon­flikt cywi­li­za­cyjny, pol­sko-rosyj­skie zde­rze­nie cywi­li­za­cji, można by powie­dzieć. I rze­czy­wi­ście, jeżeli spoj­rzymy na wschód od Pol­ski, to mię­dzy kato­licką Rze­czą­po­spo­litą a pra­wo­sławną Rosją ist­nieje pewna prze­strzeń geo­po­li­tyczna...

Strefa bufo­rowa mię­dzy naszymi kra­jami? Będąca swego rodzaju zaporą przed zde­rze­niem cywi­li­za­cyj­nym?

- Coś innego. Jest to histo­ryczna strefa kul­tu­ro­wej i cywi­li­za­cyj­nej rywa­li­za­cji. Wiel­kie Księ­stwo Litew­skie byłoby two­rem krót­ko­trwa­łym; gdyby nie jego zwią­zek z Pol­ską - nie zacho­wa­łoby swo­jej pań­stwo­wo­ści. Ruś Kijow­ska rów­nież oka­zała się czymś przej­ścio­wym i w jed­nej czę­ści zna­la­zła się w Rze­czy­po­spo­li­tej, w dru­giej się zru­sy­fi­ko­wała. Na tych tere­nach ście­rały się dwie idee pań­stwowe: pol­ska i rosyj­ska. Są to wyraź­nie odmienne modele rzą­dze­nia. Kozacy, któ­rzy przy­na­le­żeli do Rze­czy­po­spo­li­tej, uwa­żali, że z carem będą ukła­dać się i nego­cjo­wać tak samo jak z kró­lem Pol­ski. Caryca Kata­rzyna II szybko roz­pro­szyła ich złu­dze­nia, każąc spa­lić i wymor­do­wać kozacką Sicz. W ten spo­sób skoń­czyła się wolna i swo­bodna koza­czy­zna. Jeśli potęga impe­rialna Rosji będzie się dziś odbu­do­wy­wać, ta rywa­li­za­cja z Rze­czą­po­spo­litą znowu nastąpi. Przy­po­mi­nam, że święto pań­stwowe współ­cze­snej Rosji to dzień, w któ­rym "wypę­dzono" Pola­ków z Kremla. Dla nas może się to wyda­wać para­dok­sal­nie odle­głe zda­rze­nie. Oczy­wi­ście Rosja­nie mogą powie­dzieć tak: wy macie 1920 rok, 15 sierp­nia. Tylko że to sto­sun­kowo świeża histo­ria, bo to XX wiek, i wtedy my rze­czy­wi­ście wal­czy­li­śmy o nasze być albo nie być. Nato­miast jeżeli cho­dzi o naszą obec­ność na Kremlu, to prze­cież Moskale chcieli, żeby kró­le­wicz Wła­dy­sław został carem Rosji, a wkra­cza­jące do Moskwy woj­ska pol­skie het­mana Żół­kiew­skiego witali chle­bem i solą. To wszystko się poła­mało tylko dla­tego, że Wła­dy­sław nie zgo­dził się na kon­wer­sję na pra­wo­sła­wie. Pol­skość cof­nęła się na zachód. Oka­zuje się, że dla Rosjan jest to żywa sprawa, kręcą filmy na ten temat. Nie­dawno Taras Bulba Miko­łaja Gogola został zekra­ni­zo­wany w wer­sji bar­dzo anty­pol­skiej. My jeste­śmy cią­gle dla Rosji wyzwa­niem, a im bar­dziej jeste­śmy grzeczni i potulni, to oni uwa­żają, że tym bar­dziej pod­stępni, że coś knu­jemy.

Eura­zja­tyzm zakłada powrót Rosji do pozy­cji mocar­stwa poprzez repu­bliki postra­dziec­kie, jak na przy­kład Kazach­stan, Turk­me­ni­stan, Tadży­ki­stan, Uzbe­ki­stan. Ten pro­ces już się roz­po­czął, na początku 2009 roku powstały Zbio­rowe Siły Szyb­kiego Reago­wa­nia (KSOR) sku­pia­jące jed­nostki woj­skowe rosyj­skich sojusz­ni­ków z Azji Środ­ko­wej. Ma to być odpo­wiedź na siły szyb­kiego reago­wa­nia Paktu Pół­noc­no­atlan­tyc­kiego. Czy Puti­nowi uda się zre­kon­stru­ować impe­rium w opar­ciu o kraje Wspól­noty Nie­pod­le­głych Państw?

- Szanse oczy­wi­ście ma, ale moim zda­niem to mu się nie uda. Z kilku powo­dów. Wspo­mi­nał pan o tych repu­bli­kach, rze­czy­wi­ście trzeba pamię­tać, że zanim Wiel­kie Księ­stwo Moskiew­skie ruszyło na zachód, naj­pierw opa­no­wało tereny wschod­nie, zwłasz­cza Sybe­rię. Żeby moż­liwe było roz­po­czę­cie ofen­sywy w kie­runku zachod­nim, Fede­ra­cja Rosyj­ska musi mieć połu­dnie i wschód zabez­pie­czone. Tutaj poja­wia się istotny pro­blem, który wcze­śniej nie wystę­po­wał. Na połu­dniu i na połu­dnio­wym wscho­dzie są bar­dzo poważne ośrodki siły impe­rial­nej - Chiny i Indie. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że będzie to wpły­wało na sytu­ację i pozy­cję geo­po­li­tyczną Rosji.

Wart wspo­mnie­nia jest także fakt chiń­skiego osad­nic­twa na Sybe­rii.

- Liczba Chiń­czy­ków i Rosjan na Sybe­rii - według róż­nych źró­deł - podobno się zrów­nała, pro­por­cja sto­sun­ków demo­gra­ficz­nych wynosi dwa­dzie­ścia pięć milio­nów lud­no­ści w przy­padku obu naro­do­wo­ści. Nie są to pewne dane, ale ist­nieją już duże mia­sta na Sybe­rii, w któ­rych język chiń­ski jest rów­no­prawny z języ­kiem rosyj­skim. Jest to oczy­wi­ście dla Rosjan spory pro­blem, zwłasz­cza że mają strasz­liwy kło­pot z przy­ro­stem natu­ral­nym. To spo­łe­czeń­stwo sta­rze­jące się, podob­nie jak my, ale u nas nie odbywa się to w tak szyb­kim tem­pie jak u nich. Przy­rost natu­ralny w Rosji nastę­puje głów­nie wśród spo­łecz­no­ści rosyj­skich muzuł­ma­nów. Według róż­nych danych, około czter­dzie­stu pro­cent pobo­ro­wych rosyj­skich to muzuł­ma­nie. Prze­wi­duje się, że za dzie­sięć, pięt­na­ście lat ponad pięć­dzie­siąt pro­cent żoł­nie­rzy rosyj­skich będą sta­no­wić isla­mi­ści. Jaki to może mieć wpływ na reali­za­cję impe­rial­nych zamie­rzeń Rosji, nie muszę mówić.

Jaką pozy­cję wzglę­dem Fede­ra­cji Rosyj­skiej powi­nien zająć Zachód, a zwłasz­cza Pol­ska?

- W naszym inte­re­sie leży, aby porzą­dek mię­dzy­na­ro­dowy, w któ­rym obec­nie funk­cjo­nu­jemy jako pań­stwo, był zacho­wany. Zmiana ładu wer­sal­skiego w 1939 roku skoń­czyła się dla Pola­ków utratą nie­pod­le­gło­ści. Trzeba było oba­le­nia porządku jał­tań­skiego, aby Pol­ska odzy­skała suwe­ren­ność. Ist­nieje obawa, że jeżeli obecny porzą­dek zosta­nie zmie­niony, możemy znowu nie­pod­le­głość stra­cić. Nasza poli­tyka musi pole­gać na tym, żeby wspie­rać tych, któ­rzy chcą obecny ład mię­dzy­na­ro­dowy utrzy­mać. Pew­nie nie­któ­rych zmar­twię, ale w utrzy­ma­niu obec­nego porządku świa­to­wego naj­bar­dziej zain­te­re­so­wane są Stany Zjed­no­czone.

Jak by pan zde­fi­nio­wał obecny sys­tem poli­tyczny Rosji i wska­zał jego poten­cjalny kie­ru­nek ewo­lu­cji?

- To jest coś, co zawsze było w Rosji - auto­ry­tarna wła­dza. Tota­li­ta­ryzm sowiecki był tu pew­nym eks­tre­mum w tra­dy­cji rosyj­skiej, ale nie było to czymś dla Rosjan nie­zro­zu­mia­łym. Pol­ski histo­ryk Jan Kucha­rzew­ski twier­dził, że bol­sze­wizm jest rodzi­mym, natu­ral­nym dla Rosji zda­rze­niem. Można zro­zu­mieć Soł­że­ni­cyna, który mówił, że to nie Rosja­nie (inno­rodcy) zain­sta­lo­wali ten sys­tem, ale rzecz cha­rak­te­ry­styczna, że tota­li­ta­ry­zmy były sil­nie umo­co­wane jako naro­dowe reżimy w kra­jach, które tak jak Rosja nie miały wiele wspól­nego z cywi­li­za­cją łaciń­ską. Próba tota­li­tarna we Wło­szech skoń­czyła się faszy­zmem, który był mar­nym tota­li­ta­ry­zmem, nie­mal ope­ret­ko­wym. Ustrój tota­li­tarny ist­niał więc w sta­nie czy­stym w Niem­czech Hitlera i w Rosji. Sys­tem rosyj­ski, poza tym tota­li­tarnym eks­tre­mi­zmem, zawsze przy­bie­rał formę auto­ry­tarną, daw­niej samo­dzier­ża­wie. Dziś jest to puti­nizm. Gor­ba­czow nie cie­szy się popu­lar­no­ścią w Rosji, bo uważa się, że dopro­wa­dził do upadku impe­rium sowiec­kiego. Jel­cyn też jest postrze­gany jako słaby władca, choć z pol­skiego punktu widze­nia był chyba naj­sym­pa­tycz­niej­szym władcą rosyj­skim. Pamię­tam pre­zy­denta Jel­cyna na war­szaw­skim cmen­ta­rzu Powąz­kow­skim, w Dolince Katyń­skiej, gdzie uro­nił łzę przed Krzy­żem Katyń­skim.

Nie­wielu pamięta, że pre­zy­dent Jel­cyn był skory w ramach zadość­uczy­nie­nia za lata komu­ni­stycz­nego znie­wo­le­nia i mord katyń­ski oddać Pol­sce obwód kali­nin­gradzki. Nasi poli­tycy nie wyko­rzy­stali tej szansy.

- Ist­niały nawet dalej idące pro­jekty, było to w okre­sie rzą­dów Gor­ba­czowa, kiedy stwier­dzono, że jeżeli pakt Rib­ben­trop-Moło­tow jest nie­ważny, to ozna­cza, iż konieczny jest powrót do gra­nicy pol­skiej z 1939 roku. Był taki moment, że Vytau­tas Lands­ber­gis (pre­zy­dent Repu­bliki Litew­skiej w latach 1990-1992 - przyp. red.) mówił, no trudno, będzie Litwa bez Wilna, musimy zostać w Kow­nie. Wszystko to było roz­wa­żane bar­dzo poważ­nie, ale Pol­ska nie pod­jęła żad­nej akcji w tym kie­runku, żeby to prze­jąć, może w oba­wie przed kon­flik­tami z Litwi­nami i Ukra­iń­cami. W Wil­nie zaciera się ślady pol­sko­ści, we Lwo­wie wiszą tablice i stoją pomniki sła­wiące Ban­derę, UPA, a nie Orlęta Lwow­skie. W kwe­stii Kali­nin­gradu, czyli Kró­lewca, ma pan słusz­ność. Pomysł ten ist­niał w począt­ko­wym okre­sie rzą­dów Jel­cyna, chciano nawet doko­nać repa­tria­cji Pola­ków z Kazach­stanu i tam ich osie­dlić. Nie sko­rzy­sta­li­śmy także z tej oka­zji, bo ówcze­sne wła­dze pol­skie były albo stra­chliwe, albo uwa­żały to za zbyt wielki kło­pot.

Czy Mie­dwie­diew to mario­netka poli­tyczna w rękach Putina? Były pre­zy­dent, obecny pre­mier Rosji ste­ruje nim z przy­sło­wio­wego tyl­nego sie­dze­nia, czy jed­nak zacho­wuje on auto­no­mię w zakre­sie swo­jej wła­dzy?

- Powiem tak: kiedy się spraw­dza, czy ktoś jest czy­jąś mario­netką? Jeśli się prze­tnie łączące obu sznurki. Jeżeli dana postać prze­staje się wów­czas "ruszać", to zna­czy, że to była mario­netka, jeśli mimo to rusza się dalej, na pewno nie jest mario­netką. Nie mamy jesz­cze sytu­acji, w któ­rej mogli­by­śmy stwier­dzić, że zwią­zek Putin-Mie­dwie­diew został prze­cięty, więc jesz­cze tego nie wiemy.

Pol­skie elity nie wytwo­rzyły po 1989 roku żad­nej ory­gi­nal­nej kon­cep­cji geo­po­li­tycz­nej na miarę tej na przy­kład Wła­dy­sława Gizberta-Stud­nic­kiego w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym. Czy podziela pan pogląd, że pol­ska myśl geo­po­li­tyczna od momentu uzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści po upadku sys­temu socja­li­stycz­nego do dziś nie ist­nieje w żad­nej skon­kre­ty­zo­wa­nej, wyra­zi­stej for­mie?

- Jeśli mówimy o kon­kret­nej oso­bie, to trzeba odwo­łać się do tego, co cho­ciażby pisał Leszek Moczul­ski - była to kon­cep­cja geo­po­li­tyczna Mię­dzy­mo­rza. Są też dostępne różne ana­lizy i opra­co­wa­nia geo­po­li­tyczne. To nie jest tak, że jest cał­kiem pusto, nato­miast na pewno nie ma w Pol­sce geo­po­li­ty­ków, któ­rzy by mieli taką pozy­cję w pol­skich eli­tach wła­dzy jak wspo­mniany Alek­san­der Dugin w Rosji. Pol­scy poli­tycy naj­wy­raź­niej nie dostrze­gają potrzeby ana­liz geo­po­li­tycz­nych i myśle­nia stra­te­gicz­nego, przy­kła­dem jest tu rola, jaką odgrywa Aka­de­mia Obrony Naro­do­wej. Nie jest to ośro­dek pań­stwo­wej myśli stra­te­gicz­nej, tylko miej­sce, gdzie ludzie piszą róż­nego rodzaju skrypty i uczą stu­den­tów.

"Pre­sik"

Armia z dwoma plu­sami, oczy­wi­ście dodat­nimi

22 maja 2009

Armia z dwoma plu­sami, oczy­wi­ście dodat­nimi

W zna­nej mi ze złej strony "Rzecz­po­spo­li­tej"6 uka­zał się bar­dzo kry­tyczny tekst na tematy woj­skowe pod­pi­sany nazwi­skiem pew­nego histo­ryka i poli­tyka. Nie byłoby w tym niczego nad­zwy­czaj­nego, gdyby nie fakt, że poda­ją­cym się za autora jest druga osoba w pań­stwie, to jest mar­sza­łek sejmu Komo­row­ski. A spro­wa­dza­nym w tek­ście do par­teru mini­ster obrony Klich. Stała się więc rzecz nie­by­wała, jeden z naj­waż­niej­szych poli­ty­ków PO zmie­szał z bło­tem jed­nego z naj­waż­niej­szych mini­strów rządu PO.

Czym Klich Komo­row­skiemu pod­padł? Mini­ster Klich twier­dzi, że mimo ruiny budżetu MON prze­pro­wa­dzi plan pro­fe­sjo­na­li­za­cji armii, to jest woj­ska zawo­do­wego. Oświad­cza, że poboru w Pol­sce nie będzie. A Komo­row­ski na to: "Nie ma dziś więk­szego sensu podej­mo­wa­nie prób rato­wa­nia "modelu" kosz­tem poświę­ceń, opóź­nień czy reduk­cji zapla­no­wa­nych zmian".

Mini­ster obrony naro­do­wej zamie­rza prze­no­sić dowódz­twa rodza­jów sił zbroj­nych w odle­głe miej­sca Pol­ski i stwo­rzyć nowe sta­no­wi­sko szefa obrony. A mar­sza­łek poucza mini­stra: "Należy zanie­chać zakła­da­nej kosz­tow­nej idei prze­no­sze­nia dowództw cen­tral­nych z War­szawy i roz­rzu­ca­nia ich po innych dużych mia­stach". I wska­zuje Kli­chowi: "Konieczna jest także rezy­gna­cja z nie­for­tun­nego zamiaru powo­ła­nia jesz­cze jed­nego cen­tral­nego organu dowo­dze­nia w postaci szefa obrony, który miałby być w isto­cie głów­no­do­wo­dzą­cym siłami zbroj­nymi czasu pokoju". Wytyka sze­fowi MON: "W kon­tek­ście naszego człon­ko­stwa w NATO to nie tylko pomysł archa­iczny, ale rodzący dodat­kowe i zby­teczne koszty". I dobija go: "Nie mówiąc już o tym, że stoi on w sprzecz­no­ści z zasadą cywil­nej kon­troli nad siłami zbroj­nymi". Mini­ster Klich nie tylko jest archa­iczny, ale i godzi w demo­kra­cję. Toż cywilna kon­trola nad woj­skiem to w demo­kra­cji świę­tość.

MON nie tak dawno szczy­cił się opra­co­wa­niem stra­te­gii na rzecz ope­ra­cji zagra­nicz­nych. A Komo­row­ski: "Przy­jęta nie­dawno przez rząd stra­te­gia udziału sił zbroj­nych w ope­ra­cjach mię­dzy­na­ro­do­wych nie wytrzy­mała próby, na jaką wysta­wił ją świa­towy kry­zys". Mini­ster Klich kilka razy pod­kre­ślał, że zre­zy­gnuje z misji "bez zna­cze­nia", na Bli­skim Wscho­dzie, a będzie wzmac­niał naszą obec­ność w Afga­ni­sta­nie, co jest zgodne z pol­skim inte­re­sem naro­do­wym. Tym­cza­sem druga osoba w pań­stwie wali tak: "Nale­ża­łoby nato­miast zmi­ni­ma­li­zo­wać obec­ność mili­tarną w Afga­ni­sta­nie, gdzie nie mamy i nie będziemy mieli inte­re­sów naro­do­wych, a koszty ope­ra­cji pono­simy zapewne w stop­niu wyż­szym niż w Iraku, jeżeli nawet nie w 100 pro­cen­tach". I zaleca: "Należy roz­wa­żyć ponow­nie, czy warto rezy­gno­wać z misji na Bli­skim Wscho­dzie, waż­nych dla gospo­dar­czych inte­re­sów Pol­ski oraz refun­do­wa­nych ze środ­ków ONZ". Dotąd wyda­wało się, że afgań­ska eks­pe­dy­cja ma pełne popar­cie par­tii rzą­dzą­cej, a tu taka śmiała kry­tyka. To się w Pen­ta­go­nie ucie­szą.

Mar­sza­łek sejmu kry­ty­kuje też "prak­tykę przyj­mo­wa­nia atrak­cyj­nych "podar­ków" w postaci na przy­kład czoł­gów czy samo­lo­tów poprzed­niej gene­ra­cji". Rze­czy­wi­ście F-16 jest IV gene­ra­cji, a wcho­dzący teraz na uzbro­je­nie F-35 to V gene­ra­cja. No i czołgi Leopard też poda­rek cokol­wiek zle­żały. Jed­nak chcąc być w zgo­dzie z prawdą, trzeba powie­dzieć, że te podarki pocho­dzą z cza­sów, gdy to Komo­row­ski, a nie Klich, był sze­fem MON.

Mar­sza­łek wytyka mini­strowi obrony, że nie potrafi korzy­stać ze środ­ków unij­nych, które według niego "stwa­rzają moż­li­wość jed­no­cze­snej reali­za­cji planu ope­ra­cyj­nego przy­go­to­wa­nia obszaru kraju do celów obron­nych bez koniecz­no­ści anga­żo­wa­nia budżetu pań­stwa". Ale: "Korzy­sta­nie z tej pomocy wymaga jed­nak bliż­szej współ­pracy MON z mini­strem infra­struk­tury i mini­strem roz­woju regio­nal­nego". A tego jak widać MON nie robi.

Tekst jest okra­szony licz­nymi sma­ko­wi­tymi przy­po­wie­ściami. Komo­row­ski mówi: "Mam nadzieję, że Mini­ster­stwo Obrony Naro­do­wej nie będzie się jedy­nie ogra­ni­czać do czy­sto reak­cyj­nej poli­tyki mini­ma­li­za­cji strat i niczym żona Lota trwoż­nie spo­glą­dać przez ramię na pło­nącą Sodomę". Klich w roli trwoż­li­wej żony Lota, a ta pło­nąca Gomora to może MON?

Oma­wia­jąc sys­tem kie­ro­wa­nia i dowo­dze­nia woj­skiem zauważa: "Napo­leon zwykł mawiać, że "armia bara­nów, któ­rej prze­wo­dzi lew, jest sil­niej­sza od armii lwów pro­wa­dzo­nej przez barana". Na czele MON jest Klich, a naj­wyż­szym woj­sko­wym szef Sztabu Gene­ral­nego WP gen. Gągor. Który z nich jest "bara­nem"? Chyba że według Komo­row­skiego armia to barany, ale pod wodzą lwów?

Mar­sza­łek z Plat­formy prze­wi­duje koniec mini­stra powo­ła­nego przez Plat­formę. Koń­czy swoją kry­tykę tak: "Marek Aure­liusz nama­wiał, by każdą rzecz wyko­ny­wać "jakby była ostat­nią w naszym życiu". Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że z takim zało­że­niem powi­nien mini­ster Klich przy­stą­pić do wyko­ny­wa­nia zale­ceń mar­szałka Komo­row­skiego.

Poja­wia się tylko pyta­nie: jaką kon­cep­cję w dzie­dzi­nie obrony naro­do­wej reali­zuje par­tia rzą­dząca? Rządu czy cią­gną­cego w inną stronę mar­szałka Komo­row­skiego?

Komo­row­ski ogło­sił na łamach "Rzepy", że nade­szła "pora wycią­gnąć nega­tywne wnio­ski (wyda­wało mi się, że należy wycią­gać wnio­ski pozy­tywne) z decy­zji poli­tycz­nych podej­mo­wa­nych przez kolejne rządy i kolej­nych pre­zy­den­tów, dzia­ła­ją­cych na zasa­dzie: kto da wię­cej, kto wię­cej żoł­nie­rzy wyśle na anty­pody świata, i należy popra­wić "wie­lo­letni plan trans­for­ma­cji sił zbroj­nych ("Siły Zbrojne RP 2018+Plus")".

A skoro już jest "+Plus", czyli dwa plusy (Klich i Komo­row­ski?), to ozna­cza, że Pol­ska ma armię z dwoma plu­sami. Zapewne oba dodat­nie, jak by powie­dział nobli­sta Wałęsa.

Jak to z samo­lo­tem wie­lo­za­da­nio­wym było

11 czerwca 2009

Jak to z samo­lo­tem wie­lo­za­da­nio­wym było

Przy moim wpi­sie o moder­ni­za­cji armii poja­wił się komen­tarz kogoś posłu­gu­ją­cego się pseu­do­ni­mem E-misjo­narz. Napi­sał on: "Pań­skie sabo­to­wa­nie decy­zji o zaku­pie przez armię samo­lotu F-16 powinno raz na zawsze wyklu­czyć pana z moż­li­wo­ści decy­do­wa­nia o obron­no­ści kraju i dobrze się stało, że zarówno bra­cia Kaczyń­scy, jak i nikt z ich oto­cze­nia nie dali się nabrać na męczeń­stwo "żoł­nie­rza Rzecz­po­spo­li­tej" i nie zechcieli przy­wró­cić Pana do służby".

Pomi­ja­jąc taki dro­biazg, że nikt z PiS nie zamie­rzał mnie "przy­wra­cać", nie mówiąc o "nabie­ra­niu się" i pusz­cza­jąc mimo naigra­wa­nie się z moich przy­krych doświad­czeń z oka­zji afery 2001 roku, podaję kilka słów wyja­śnie­nia. Zakła­dam bowiem, że pan E-misjo­narz napi­sał taką bzdurę, bowiem nie dys­po­no­wał wie­dzą w spra­wie zakupu samo­lo­tów.

Zakup samo­lotu do sprawa bar­dzo poważna i bar­dzo KOSZ­TOWNA. Prze­cho­dzi­li­śmy z uzbro­je­nia sowiec­kiego (Mig i Su) na zachod­nie. Aby doko­nać wła­ści­wego wyboru, trzeba było uwzględ­nić nastę­pu­jące warunki:

1. Zaku­pić naj­no­wo­cze­śniej­szy samo­lot;

2. Powziąć pew­ność, że po kupio­nym będzie szansa na kolejne wer­sje;

3. Osza­co­wać korzyść dla pol­skiego prze­my­słu obron­nego i lot­ni­czego (off­set).

A teraz w kolej­no­ści:

Ad. 1. W momen­cie podej­mo­wa­nia decy­zji o zaku­pie na świe­cie na uzbro­je­niu były samo­loty gene­ra­cji IV i IV plus. Nale­żały do niej nie tylko nasze poso­wiec­kie Mig-29, ale także ame­ry­kań­skie F-16, fran­cu­skie Mirage, czy szwedzko-bry­tyj­skie Gri­peny. W tym cza­sie Ame­ry­ka­nie pra­co­wali nad samo­lo­tem V gene­ra­cji, wtedy był to pro­jekt samo­lotu JSF, dziś lata­jący już F-35, następca F-16.

Ad. 2. Kiedy byli­śmy w Ukła­dzie War­szaw­skim, to na uzbro­je­niu były samo­loty Mig, kolejno: 15, 19, 21, 29. Odpo­wied­nio u Szwe­dów Vigen, Dra­ken, Gri­pen, u Ame­ry­ka­nów kolejne "efy". Współ­cze­sny samo­lot bojowy to drogi sprzęt i tylko mocar­stwa są w sta­nie samo­dziel­nie przy­go­to­wać coraz bar­dziej zaawan­so­wane apa­raty. Kupu­jąc samo­lot, musie­li­śmy więc zwią­zać się z opcją gwa­ran­tu­jącą kolejne, coraz bar­dziej zaawan­so­wane wer­sje kupio­nej maszyny.

Ad. 3. Umowa off­se­towa (kom­pen­sa­cyjna) zgod­nie z ustawą powinna co naj­mniej dla 50 pro­cent war­to­ści zna­leźć adre­sata w naszej zbro­je­niówce. Przy czym sprawą pod­sta­wową było uzy­ska­nie nowych tech­no­lo­gii, bowiem w sfe­rze naj­now­szej tech­niki woj­sko­wej Pol­ska ma duże braki.

Bio­rąc powyż­sze pod uwagę, uwa­ża­łem, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem będzie włą­cze­nie się Pol­ski w ame­ry­kań­ski pro­gram samo­lotu JSF. W cza­sie moich wizyt w USA takie wstępne uzgod­nie­nia poczy­ni­li­śmy. To dałoby Pol­sce w przy­szło­ści samo­lot V gene­ra­cji, a więc wcho­dzi­li­by­śmy w naj­no­wo­cze­śniej­szą tech­nikę i na nią wyda­li­by­śmy pie­nią­dze, a nie na samo­lot gene­ra­cji IV, scho­dzą­cej.

Nie było wia­domo, czy Szwe­dzi i Fran­cuzi będą w przy­szło­ści zdolni wytwo­rzyć nowe i bar­dziej zaawan­so­wane maszyny. Było pewne, że taką zdol­ność zacho­wają Ame­ry­ka­nie - stąd ta opcja wyda­wała się naj­lep­sza.

Pro­ble­mem był off­set. Strona ame­ry­kań­ska nie miała zbyt wiel­kiego zapału, by obdzie­lać Pola­ków nowymi tech­no­lo­giami woj­sko­wymi. Uwa­ża­łem jed­nak, że tę kwe­stię będzie można wyne­go­cjo­wać, jeśli wcze­śniej nie będziemy opo­wia­dali, że wybie­ramy ame­ry­kań­ski samo­lot.

Oczy­wi­ście zakup samo­lotu F-35 mógłby dojść do skutku po 2010 roku, czyli "mój rząd" by go w 2001 roku nie kupił. Jed­nak bio­rąc pod uwagę powyż­sze, moim zda­niem warto było pocze­kać. Pro­ble­mem byłaby dziura sprzę­towa - Migi-21 trzeba było spi­sać na złom, a Migów-29 mie­li­śmy malutko. Pro­po­no­wa­łem, aby na okres przej­ściowy do zakupu nowego samo­lotu poży­czyć od Ame­ry­ka­nów dwie, trzy eska­dry uży­wa­nych F-16. Na nich prze­szko­lić per­so­nel, przy­go­to­wać infra­struk­turę lot­ni­skową i zabez­pie­cze­nia logi­styczne.

Kupu­jąc nowy samo­lot JSF/F-35, byli­by­śmy dosko­nale przy­go­to­wani na jego wpro­wa­dze­nie do woj­ska. Wyda­jąc miliardy dola­rów na potrzebny naszemu lot­nic­twu samo­lot, trzeba było takie uwa­run­ko­wa­nia uwzględ­nić.

Po odwo­ła­niu mnie z MON kupiono F-16. Dziś są kło­poty z per­so­ne­lem, z tymi samo­lo­tami i z logi­styką. A ponadto NIE BĘDZIE NAS STAĆ NA ZAKUP F-35. Pie­nią­dze już wyda­li­śmy! Zamiast więc star­to­wać z samo­lo­tem V gene­ra­cji, będziemy w ciągu naj­bliż­szych trzy­dzie­stu lat fru­wać na odcho­dzą­cym z uzbro­je­nia innych armii F-16.

Takie było to moje "sabo­to­wa­nie".

Rus­sia: a new con­fron­ta­tion?

4 sierp­nia 2009

Rus­sia: a new con­fron­ta­tion?

Komi­sja obrony bry­tyj­skiego par­la­mentu opu­bli­ko­wała raport opa­trzony tytu­łem: Rus­sia: a new con­fron­ta­tion? Tenth Report of Ses­sion 2008-2009 Orde­red by the House of Com­mons to be prin­ted 30 June 2009. Prze­czy­ta­nie tego obszer­nego doku­mentu (276 stron) gorąco pole­cam7. Zasta­na­wiam się, dla­czego w Pol­sce insty­tu­cje odpo­wie­dzialne za bez­pie­czeń­stwo naro­dowe, a mamy też sej­mową Komi­sję Obrony Naro­do­wej, nie potra­fią lub nie chcą two­rzyć takich doku­men­tów, jak to pre­zen­tują bry­tyj­scy par­la­men­ta­rzy­ści?

Gene­rał Sta­ni­sław Koziej, pro­fe­sor nauk woj­sko­wych i były wice­mi­ni­ster obrony, twier­dzi, że resort obrony kie­ro­wany przez obec­nego mini­stra zgu­bił "busolę stra­te­giczną". Innymi słowy, nasz MON żegluje po wodach bez kom­pasu - ciężki zarzut.

Nie tak dawno mini­ster Klich ogło­sił try­um­fal­nie, że pre­zy­dent pod­pi­sał nowelę ustawy o powszech­nym obo­wiązku obrony RP, która zli­kwi­do­wała pobór do woj­ska. Ze zdu­mie­niem czy­ta­łem słowa mini­stra Kli­cha: "Od dzi­siaj żaden młody czło­wiek nie musi się już bać powo­ła­nia do woj­ska". Nie wpa­dłem dotąd, że młody Polak może "bać się" wło­że­nia pol­skiego mun­duru i że jest to dla niego jakiś strasz­liwy dys­kom­fort. Z dru­giej jed­nak strony może mini­ster, w końcu były dzia­łacz pacy­fi­stycz­nego ruchu Wol­ność i Pokój, ma rację. Powo­łany do woj­ska może bowiem tra­fić na wojnę, a na woj­nie, jak wia­domo, można stra­cić życie. Jest się czego bać!

Trwają jesz­cze obchody rocz­ni­cowe Powsta­nia War­szaw­skiego. Mło­dzi Polacy w sierp­niu 1944 roku mieli wiel­kie i czę­sto nie­zisz­czone pra­gnie­nie: wło­żyć pol­skie mun­dury i wziąć do ręki broń, by móc wal­czyć z wro­giem. Jacy byli nie­mą­drzy!

A wra­ca­jąc do raportu bry­tyj­skich par­la­men­ta­rzy­stów. Piszą oni o moż­li­wo­ściach mili­tar­nych Rosji. Podają, że Rosja ma 1,1 mln żoł­nie­rzy, w tym 80 pro­cent naj­niż­szych rang sta­no­wią żoł­nie­rze pocho­dzący z poboru. Ponadto jest 20 mln rezer­wi­stów, z czego 2 mln w tak zwa­nej czyn­nej rezer­wie.

Według pla­nów MON w Pol­sce będziemy mieli armię zawo­dową, "pro­fe­sjo­nalną" - wła­śnie dzięki decy­zjom poli­ty­ków koszary opu­ścili ostatni żoł­nie­rze z poboru. Liczba tych pol­skich "pro­fe­sjo­na­li­stów" jest cią­gle nie­znana - miało być naj­pierw 150 tys., póź­niej 120 tys., następ­nie 100 tys., a ostat­nio sły­szy się, że będzie jakieś 80 tys. żoł­nie­rzy. Obok tego w czyn­nej rezer­wie (Naro­dowe Siły Rezerwy) miało być 30 tys., a być może będzie jakieś 10 tys. Żad­nego szko­le­nia rezerw MON nie prze­wi­duje, a przy­naj­mniej nie można ni­gdzie zna­leźć danych, że coś takiego zamie­rza się robić. Likwi­duje się nato­miast przy­spo­so­bie­nie obronne w szko­łach śred­nich i szko­le­nie woj­skowe stu­den­tów, czyli przy­szłych ofi­ce­rów rezerwy też nie będzie.

Gdyby jed­nak odnieść pol­skie zamiary do tego, czym dys­po­nuje już dziś Rosja, i bio­rąc pod uwagę pro­por­cje lud­no­ściowe: 140 mln i 38 mln (Pol­ska ma jed­nak wyż­szy dochód per capita niż Rosja, czyli moż­li­wo­ści finan­sowe lep­sze), to pol­skie siły zbrojne powinny by liczyć ponad 300 tys. żoł­nie­rzy na sto­pie poko­jo­wej oraz dys­po­no­wać pół­mi­lio­nową czynną rezerwą i 4,5 mln prze­szko­lo­nych woj­skowo rezer­wi­stów.

Jed­nak różni znawcy woj­ska nad Wisłą zdają się uwa­żać, że nie warto brać poważ­nie rojeń Angoli znad Tamizy o groź­bie nowej "zim­nej" i miej­scami "gorą­cej" (Kau­kaz) wojny.

Poszli nasi w bój bez broni

18 sierp­nia 2009

Poszli nasi w bój bez broni

Dowódca wojsk lądo­wych gen. Wal­de­mar Skrzyp­czak powie­dział sporo gorz­kich słów o sta­nie woj­ska i MON na pogrze­bie kapi­tana Daniela Ambro­ziń­skiego, zabi­tego w Afganista­nie. Mini­ster obrony jest wyraź­nie zgor­szony tym wystą­pie­niem i twier­dzi, że dowódca zakwe­stio­no­wał świętą w demo­kra­cji zasadę cywil­nej kon­troli nad woj­skiem. W dys­ku­sjach medial­nych wypo­wia­dają się różne osoby stwier­dza­jące, że gene­rał zapewne ma rację, ale skoro pozwo­lił sobie na publiczną wypo­wiedź, to dla­tego musi być odwo­łany ze sta­no­wi­ska - bo cywilna kon­trola! Gene­rał, dobry żoł­nierz, trak­tu­jący poważ­nie swoje obo­wiązki, oświad­czył, że oddaje się do dys­po­zy­cji pre­zy­denta. A kan­ce­la­ria pre­zy­dencka infor­muje, że czeka na wnio­sek mini­stra obrony odwo­łu­jący gene­rała ze sta­no­wi­ska. Zgod­nie ze zna­nym powie­dze­niem należy ściąć głowę posłańca przy­no­szą­cego złe wie­ści.

W histo­rii Pol­ski zda­rzały się sytu­acje, gdy nasi żoł­nie­rze bez odpo­wied­niego uzbro­je­nia musieli podej­mo­wać walkę z wro­giem. Braki w wypo­sa­że­niu czę­sto nad­ra­biano ofiar­no­ścią i krwią żoł­nier­ską, boha­ter­stwem na polach bitew­nych. Czy­tamy w wier­szu Sygnał Win­cen­tego Pola, poety i odzna­czo­nego orde­rem Vir­tuti Mili­tari żoł­nie­rza powsta­nia listo­pa­do­wego 1830 r.:

"Obok Orła znak Pogoni, Poszli nasi w bój bez broni".

Braki w wypo­sa­że­niu zda­rzały się pol­skiemu woj­sku wiele razy. Czy w ten "tra­dy­cyjny" nie­jako spo­sób możemy też potrak­to­wać marne uzbro­je­nie kon­tyn­gentu pol­skiego w Afga­ni­sta­nie? Jed­nak nie. Czym innym jest bowiem wymu­szona obrona wła­snego kraju w razie agre­sji, a czym innym udział z wyboru w ope­ra­cji zbroj­nej poza kra­jem. W tym dru­gim przy­padku ist­nieje bez­względny obo­wią­zek wła­ści­wego wyekwi­po­wa­nia żoł­nie­rzy. Jeśli pań­stwa na to nie stać, to woj­ska nie wolno wysy­łać "w bój bez broni".

Kon­sty­tu­cja RP sta­nowi: "Siły Zbrojne RP służą ochro­nie nie­pod­le­gło­ści pań­stwa i nie­po­dziel­no­ści jego tery­to­rium oraz zapew­nie­niu bez­pie­czeń­stwa i nie­na­ru­szal­no­ści jego gra­nic" (art. 26). A to ozna­cza, że wła­dze pań­stwowe powinny zadbać, aby woj­sko było w sta­nie to zada­nie wyko­nać. Pań­stwo pol­skie powinno stwo­rzyć zdolną do obrony, odpo­wied­nią liczeb­nie, wyszko­loną i uzbro­joną armię.

Trzeba więc żoł­nie­rzy wyszko­lić przed akcją, a nie opo­wia­dać, że będą się oni szko­lić po wysła­niu do Iraku/Afga­ni­stanu. Trzeba żoł­nie­rzy odpo­wied­nio zabez­pie­czyć - wypo­sa­że­nie i broń; nasze woj­sko jest przy­go­to­wane do dzia­łań na euro­pej­skim teatrze dzia­łań wojen­nych, żoł­nie­rze jadą w inne strefy kli­ma­tyczne. Ale nie tylko to. Żoł­nie­rze muszą mieć dziś na takiej misji zbroj­nej pojazdy odporne na tak zwane impro­wi­zo­wane ładunki wybu­chowe. Dano im wozy lekko opan­ce­rzone, a KTO Roso­mak trzeba było dodat­kowo opan­ce­rzać. Muszą też mieć odpo­wied­nią osłonę (wywiad i lot­ni­cze środki roz­po­zna­nia - bez­pi­lo­towce). Każda akcja musi też mieć wspar­cie z powie­trza (samo­loty, uzbro­jone śmi­głowce) z zacho­wa­niem reguł sie­cio­cen­trycz­nego pola walki.

Tego wszyst­kiego naj­wy­raź­niej zabra­kło, gdy spo­glą­damy na oko­licz­no­ści śmierci kpt. Ambro­ziń­skiego. Oddział w sile plu­tonu miał dać pokaz siły. Został zaata­ko­wany przez ugru­po­wa­nie par­ty­zanc­kie. Trudno przy­jąć, że tych napast­ni­ków nie uda­łoby się wcze­śniej roz­po­znać, gdyby takie roz­po­zna­nie było. Wspar­cie z powie­trza przy­szło po godzi­nie walki, gdy nasi ponie­śli straty w zabi­tych i ran­nych. Pre­cy­zja ude­rzeń z powie­trza nie była, zdaje się, zbyt wielka. Musiała szwan­ko­wać łącz­ność z lot­ni­kami. Do tego ciało zabi­tego ofi­cera zosta­wione na polu walki póź­niej z tru­dem odszu­kano, a więc żoł­nie­rze nie mieli indy­wi­du­al­nych sygna­li­za­to­rów infor­mu­ją­cych, gdzie się znaj­dują.

Trudno mi przy­jąć, że o tych bra­kach nie wie­dzieli pol­scy dowódcy, wysy­ła­jąc żoł­nie­rzy na wojnę. Wydaje się, że to gen. Skrzyp­czak ma rację, a nie jego kry­tycy.

Wypada jed­nak kilka słów powie­dzieć o tych nie­szczę­snych "biu­ro­kra­tach", co potrzeb­nego sprzętu nie potra­fią na czas kupić. Jak mogli­śmy kilka razy usły­szeć z ust mini­stra obrony i innych pro­mi­nent­nych człon­ków rządu, Pol­ska obec­nie nie pro­wa­dzi wojny. A skoro tak, to trzeba w zaku­pach sto­so­wać powolne, poko­jowe pro­ce­dury zaku­pów. A do tego para­li­żuje urzęd­ni­ków MON strach przed oskar­że­niami o korup­cję, jeśli podejmą jakieś dzia­ła­nia na skróty.

W Afga­ni­sta­nie tak naprawdę uczest­ni­czymy w dzia­ła­niach wojen­nych. Wpraw­dzie Kon­sty­tu­cja RP stwier­dza, że możemy pro­wa­dzić wojnę tylko w razie agre­sji na nasz kraj, nie możemy na kogoś napaść, jed­nak możemy pro­wa­dzić dzia­ła­nia wojenne "gdy z umowy mię­dzy­na­ro­do­wej wynika zobo­wią­za­nie do wspól­nej obrony prze­ciwko agre­sji" (art. 229). Czy taki przy­pa­dek zacho­dzi w Afga­ni­sta­nie?

Czy można przy­jąć wła­ściwą dla tej sytu­acji kwa­li­fi­ka­cję prawną i zasto­so­wać pro­ce­dury zaopa­trze­nia woj­ska dzia­ła­ją­cego w warun­kach wojen­nych?

A wra­ca­jąc do gen. Skrzyp­czaka. Czy w pań­stwie demo­kra­tycz­nym dowódca wyso­kiego szcze­bla powi­nien trzy­mać buzię na kłódkę i nie ma prawa wyty­kać błę­dów i zanie­dbań? Przed laty w Szwe­cji, która wpraw­dzie nie jest w NATO, ale jest nie­wąt­pli­wie pań­stwem demo­kra­tycz­nym, naj­wyż­szy woj­skowy skry­ty­ko­wał mini­stra obrony. Szef rządu powo­łał komi­sję do zba­da­nia zarzu­tów. Komi­sja przy­znała, że gene­rał miał rację. I pre­mier mini­stra, a nie gene­rała odwo­łał.

W dzien­niku "Rzecz­po­spo­lita" (18.08.2009) red. Piotr Semka zbesz­tał gen. Skrzyp­czaka za "anar­chi­zo­wa­nie woj­ska" i koń­czy swoje oskar­że­nia zda­niem: "Ktoś musi w końcu wyja­śnić gene­ra­łowi, że to on posu­nął się za daleko". Może jesz­cze ten "ktoś" wyja­śni pani Nata­lii Ambro­ziń­skiej, dla­czego zgi­nął jej mąż.

MON "zdzi­wion" mocno

16 paź­dzier­nika 2009

MON "zdzi­wion" mocno

Artur Bil­ski, koman­dor rezerwy, na łamach "Dzien­nika" ogło­sił arty­kuł W armii trwa peł­za­jący bunt gene­ra­łów z pod­ty­tu­łem Kon­flikt demo­ra­li­zuje żoł­nie­rzy. Autor ubo­lewa, że ostat­nie zmiany w rzą­dzie omi­nęły MON. Według niego obecny mini­ster obrony dopro­wa­dził pol­ską armię "do stanu roz­przę­że­nia, że nie jest ona w sta­nie wziąć odpo­wie­dzial­no­ści za obronę gra­nic Pol­ski". Trudno o zarzut cięż­szego gatunku. Koman­dor Bil­ski oskar­żył mini­stra obrony ni mniej, ni wię­cej tylko o dzia­ła­nia zagra­ża­jące bez­pie­czeń­stwu naro­do­wemu Pol­ski!

Zna­jący moje wypo­wie­dzi wie­dzą, że mam bar­dzo kry­tyczny pogląd na obecny stan sił zbroj­nych i pol­ską obron­ność. Poj­muję jed­nak, że moje opi­nie, zale­d­wie wykła­dowcy KUL, kogoś bez wpły­wów i tak zwa­nego zaple­cza poli­tycz­nego, mogą być igno­ro­wane przez dzier­ży­cieli wła­dzy w naszym kraju. Powstaje jed­nak pro­blem, czy można mimo uszu pusz­czać słowa kry­tyki wyra­żane także przez coraz licz­niej­szych woj­sko­wych. Wspo­mnijmy cho­ciażby gen. Skrzyp­czaka opusz­cza­ją­cego sta­no­wi­sko dowódcy wojsk lądo­wych, naj­waż­niej­szego rodzaju sił zbroj­nych, a wcze­śniej gen. Kozieja, który nie chciał zaj­mo­wać sta­no­wi­ska wice­mi­ni­stra obrony, i gen. Kwiat­kow­skiego ubła­ga­nego przez mini­stra Kli­cha, by nie opusz­czał dowódz­twa ope­ra­cyj­nego, a także gen. Bąka odma­wia­ją­cego mini­strowi obrony naro­do­wej obję­cia dowódz­twa kon­tyn­gentu w Afga­ni­sta­nie i odcho­dzą­cego do cywila (wiek 43 lata!). Ostat­nio były pilot instruk­tor major rezerwy skie­ro­wał do pro­ku­ra­tury zawia­do­mie­nie o moż­li­wo­ści popeł­nie­nia prze­stęp­stwa przez mini­stra Kli­cha jako osoby odpo­wie­dzial­nej za prze­bieg pro­ce­sów szko­le­nia lot­ni­ków. Nie­trudno więc dostrzec, że cywilna kon­trola nie radzi sobie z woj­skiem. A mini­ster Klich - jak pisze Bil­ski - "Stwo­rzył (...) sys­tem cywil­nej kon­troli na armią, który nie jest w sta­nie odpo­wia­dać na wyzwa­nia i sygnały pły­nące z wewnątrz i zewnątrz". I dodaje: "Każdy taki spo­sób spra­wo­wa­nia wła­dzy nad armią jest ska­zany na kry­zys i upa­dek auto­ry­tetu".

We wrze­śniu tuż za wschod­nią gra­nicą Pol­ski odbyły się wiel­kie manewry bia­ło­ru­sko-rosyj­skie. Sce­na­riusz manew­rów: W Grod­nie wybu­cha pol­skie powsta­nie. Pre­zy­dent Bia­ło­rusi wzywa na pomoc Rosję. Moskwa odpo­wiada i prze­pro­wa­dza desant na Grodno. W opa­no­wa­nym już przez Pola­ków mie­ście lądują tysiące rosyj­skich koman­do­sów. Rewolta zostaje stłu­miona, a brat­nie armie odpie­rają atak obcych wojsk z zachodu, czyli z Pol­ski.

Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby pol­skie dowódz­two prze­pro­wa­dziło podobne manewry. Na przy­kład na Łotwie wybu­cha rewolta rosyj­skiej mniej­szo­ści (jest tam sporo Rosjan). Pre­zy­dent Łotwy prosi Pol­skę o pomoc. Jed­nostki pol­skie i litew­skie wkra­czają na Łotwę, pol­skie siły spe­cjalne (GROM, 1 pułk spe­cjalny) lądują w Rydze. Od morza działa pol­ska mary­narka wojenna, a w powie­trzu pol­skie lot­nic­two. Następ­nie siły NATO ćwi­czą odpar­cie ataku wojsk ze wschodu.

Czy coś takiego jest w ogóle w Pol­sce do pomy­śle­nia?

A w Rosji można. Sce­na­riu­sze dzia­łań wojen­nych ćwi­czeń Zapad 2009 zostały opra­co­wane przez sztab w Moskwie. Grami wojen­nymi dowo­dzili ofi­ce­ro­wie z Dowódz­twa Połą­czo­nego Bia­ło­ru­sko-Rosyj­skiej Regio­nal­nej Grupy Wojsk. Brali w nich udział żoł­nie­rze z 20 armii Moskiew­skiego Okręgu Woj­sko­wego (ofi­ce­ro­wie tej armii uczest­ni­czyli w woj­nie z Gru­zją), dywi­zji spa­do­chro­nia­rzy, jed­no­stek rosyj­skich sił powietrz­nych i woj­sko­wego trans­portu lot­ni­czego. Do prze­pro­wa­dze­nia ćwi­czeń tuż przy gra­nicy z Pol­ską zgro­ma­dzono 12,5 tys. żoł­nie­rzy (w tym 6 tys. Rosjan), 228 czoł­gów, 470 pojaz­dów opan­ce­rzo­nych, 63 samo­loty oraz 234 działa samo­bieżne, które zwal­czały pol­ską ruchawkę na Bia­ło­rusi. A to nie były jedyne siły. W tym cza­sie w innych rejo­nach ZBiR bia­ło­ru­skie i rosyj­skie oddziały obrony prze­ciw­lot­ni­czej prze­pro­wa­dzały ope­ra­cje zwal­cza­nia celów powietrz­nych (na przy­kład 15 bry­gada rakie­towa armii rosyj­skiej ćwi­czyła ostrzał rakie­tami S-300). W rejo­nie miej­sco­wo­ści Bie­lica trwały ćwi­cze­nia sił powietrz­no­de­san­to­wych. W tym samym cza­sie jed­nostki spe­cjalne, odpo­wie­dzialne za prze­pro­wa­dza­nie akcji sabo­ta­żo­wych na tere­nie wroga, mię­dzy innymi Wim­pieł i Spec­naz, szko­liły się koło Miń­ska. W powie­trzu ćwi­czyli zwal­cza­nie róż­nych celów naziem­nych piloci na cięż­kich śmi­głow­cach bojo­wych Mi-28N i Mi-24 oraz na samo­lo­tach Su-27. W manew­rach na Bał­tyku wzięły udział okręty rosyj­skich flot: Bał­tyc­kiej, Pół­noc­nej i Czar­no­mor­skiej. W tym celu na Bał­tyk wpły­nęły trzy duże okręty desan­towe Floty Czar­no­mor­skiej z żoł­nie­rzami pie­choty mor­skiej i sprzę­tem woj­sko­wym. Flota rosyj­ska ćwi­czyła w ramach wojen­nego planu z udzia­łem kor­wet i samo­lo­tów Su-27 ope­ru­ją­cych z głów­nej bazy floty rosyj­skiej w Bał­tyj­sku (pol. Piława), blo­ku­ją­cej Zalew Wiślany. Kul­mi­na­cyj­nym punk­tem całych manew­rów był ćwi­czebny bój na poli­go­nie koło Brze­ścia. Wyko­nano tam poko­ny­wa­nie prze­szkód wod­nych i wysa­dza­nie desantu oraz lądo­wa­nie samo­lo­tów bojo­wych Su-25 i Mig-29 na prze­bie­ga­ją­cej w pobliżu auto­stra­dzie.

Takich wiel­kich manew­rów na Bia­ło­rusi nie było od roz­padu ZSRR.

A co na to pol­ski MON? Mini­ster Klich według agen­cji pra­so­wych: "Wyra­ził zdzi­wie­nie skalą manew­rów za wschod­nią gra­nicą Pol­ski i tym, że tam­tej­sze woj­ska ćwi­czą odpar­cie ataku państw NATO". I oświad­czył: "Treść tych ćwi­czeń nie odpo­wiada rze­czy­wi­sto­ści, bo żaden z kra­jów soju­szu pół­noc­no­atlan­tyc­kiego nie ma agre­syw­nych zamia­rów wobec wschod­nich part­ne­rów".

Wschodni sąsiad Pol­ski wyraź­nie ćwi­czy na naszej gra­nicy wariant wojenny zasto­so­wany w prak­tyce na tery­to­rium Gru­zji. A pol­ski mini­ster obrony temu się dziwi. W cza­sach Rosji car­skiej śled­czych w postę­po­wa­niach kar­nych obo­wią­zy­wała nastę­pu­jąca instruk­cja: "Świadka przed inda­ga­cją mocno przez pysk zdzie­lić trzeba, od czego on też mocno zdzi­wion bywa". Dla­tego zapewne pol­ski mini­ster obrony jest "zdzi­wion" rosyj­skimi manew­rami.

Dosta­łem arty­kuł

23 paź­dzier­nika 2009

Dosta­łem arty­kuł

Otrzy­ma­łem tekst od dok­tora nauk woj­sko­wych i ofi­cera rezerwy. Za zgodą autora ogła­szam ten arty­kuł:

SIŁY ZBROJNE RP OFIARĄ PRO­PA­GANDY (PR) RZĄDU

Kiedy w lipcu 2009 roku ostatni żoł­nie­rze z poboru opu­ścili koszary, rząd ogło­sił wielki suk­ces na dro­dze do pro­fe­sjo­na­li­za­cji sił zbroj­nych. Tej opty­mi­stycz­nej atmos­fery nie zakłó­ciły jed­nak żadne głosy roz­sądku pły­nące od osób i insty­tu­cji bez­po­śred­nio zwią­za­nych z armią. W sfe­rach rzą­do­wych zapa­no­wał urzę­dowy opty­mizm i długo nie można było zna­leźć żad­nych ofi­cjal­nych danych na temat tego "suk­cesu".

Dopiero we wrze­śniu, tro­chę przez przy­pa­dek, na ofi­cjal­nej stro­nie inter­ne­to­wej depar­ta­mentu kadr MON (www.kadry.wp.mil.pl) udało mi się zaleźć infor­ma­cję, że liczba żoł­nie­rzy zawo­do­wych Sił Zbroj­nych RP w kwiet­niu 2009 roku wyno­siła 82 950, z czego 22 370 to ofi­ce­ro­wie, 41 537 - podofi­ce­ro­wie zawo­dowi, a 19 043 - to sze­re­gowi zawo­dowi.

Wynika z tego jasno, że sto­su­nek ofi­ce­rów do sze­re­go­wych wynosi 1 do 0,85, a więc na 1 ofi­cera przy­pada 0,85 sze­re­go­wego. Sto­su­nek ten jest jesz­cze bar­dziej szo­ku­jący, jeżeli weź­miemy pod uwagę ofi­ce­rów plus podofi­ce­rów zawo­do­wych (czyli ogól­nie kadrę kie­ru­jącą), wtedy sto­su­nek ten wynie­sie 1 do 0,29, czyli na 1 kie­row­nika (ofi­cera lub podofi­cera) przy­pada 0,29 bez­po­śred­niego wyko­nawcy (sze­re­go­wego).

Spró­bujmy sobie wyobra­zić w tej sytu­acji funk­cjo­no­wa­nie jakiej­kol­wiek innej publicz­nej lub pry­wat­nej orga­ni­za­cji, na przy­kład przed­się­bior­stwa, gdzie sto­su­nek ten powi­nien wyno­sić około 1 do 10.

Co to ozna­cza w prak­tyce dla naszych sił zbroj­nych i dla naszego bez­pie­czeń­stwa? Otóż zna­czy to, że w Woj­sku Pol­skim ist­nieje obec­nie nastę­pu­jąca sytu­acja:

1. W czoł­gach i innych wozach bojo­wych są dowódcy, ale nie ma kie­row­ców i dzia­ło­no­wych - a więc nie ma kto nimi jeź­dzić i nie ma kto z nich strze­lać;

2. Samo­chody pozba­wione są kie­row­ców i mecha­ni­ków - a więc stoją w gara­żach i rdze­wieją;

3. W maga­zy­nach broni jest pełno kara­bi­nów i amu­ni­cji - ale nie ma kto z nich strze­lać;

4. Na strzel­ni­cach i pla­cach ćwi­czeń nie jest reali­zo­wane szko­le­nie - bo nie ma tam kogo szko­lić;

5. Nato­miast dowódz­twa i sztaby pełne są dowód­ców i urzęd­ni­ków woj­sko­wych - któ­rzy pro­du­kują tysiące, w więk­szo­ści nikomu nie­po­trzeb­nych, doku­men­tów w postaci roz­ka­zów, pism, załącz­ni­ków, wnio­sków, próśb, pla­nów, har­mo­no­gra­mów, stra­te­gii, wizji, misji itd.

Co z tego wynika? Otóż od lipca 2009 roku Siły Zbrojne RP nie są w sta­nie wypeł­niać swo­jej kon­sty­tu­cyj­nej misji obrony tery­to­rium kraju (art. 26) - ani pośred­nio przy wspar­ciu sił sojusz­ni­czych NATO, ani tym bar­dziej bezpośred­nio, czyli samo­dziel­nie, w sytu­acji gdyby nasi sojusz­nicy mieli inne, waż­niej­sze zada­nia.

A zatem Siły Zbrojne RP nie ist­nieją! Ani w uję­ciu funk­cjo­nal­nym, ponie­waż nie są w sta­nie wła­ści­wie wypeł­niać swo­ich pod­sta­wo­wych funk­cji, ani nawet w uję­ciu orga­ni­za­cyj­nym, ponie­waż ich struk­tury ist­nieją tylko for­mal­nie, pozo­stały z nich tylko żało­sne resztki, które wege­tują, pod­trzy­mu­jąc tylko z dnia na dzień swoje pod­sta­wowe funk­cje życiowe (kie­ro­wa­nie, zaopa­trze­nie, ochrona wła­sna).

Powo­dem tej sytu­acji są oczy­wi­ście wie­lo­let­nie zanie­dba­nia i błędy popeł­niane przez kolejne rządy, ale do czasu, gdy w sze­re­gach armii słu­żyli żoł­nie­rze z poboru, sytu­acja, cho­ciaż trudna, moż­liwa była jesz­cze do opa­no­wa­nia. Jed­nak likwi­da­cja poboru dopro­wa­dziła do kry­zysu i pra­wie cał­ko­wi­tej dys­funk­cjo­nal­no­ści naszych sił zbroj­nych. Sytu­ację dodat­kowo kom­pli­kuje jesz­cze udział sił zbroj­nych w misjach poza gra­ni­cami kraju, co powo­duje dal­sze ogra­ni­cza­nie i tak już skrom­nych zaso­bów, głów­nie finan­so­wych, na ich funk­cjo­no­wa­nie w kraju.

Gwoź­dziem do trumny naszych sił zbroj­nych stała się więc nie­prze­my­ślana i pośpieszna, ale za to typowo pro­pa­gan­dowa (pija­row­ska) decy­zja obec­nego rządu, a dokład­nie pre­miera Donalda Tuska, o prze­pro­wa­dze­niu ich pro­fe­sjo­na­li­za­cji do końca 2010 roku oraz jej bez­kry­tyczna i bez­myślna reali­za­cja przez mini­stra Kli­cha, przy bier­nej i kon­for­mi­stycz­nej posta­wie decy­den­tów woj­sko­wych.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jed­no­wy­mia­rowe siły zbrojne

20 listo­pada 2007

Jed­no­wy­mia­rowe siły zbrojne

Panie mini­strze od 16 listo­pada 2007 mamy nowego mini­stra obrony naro­do­wej pana Bog­dana Kli­cha. Współ­pra­co­wał pan z Bog­da­nem Kli­chem w MON, w okre­sie rzą­dów AWS. Czy to dobry kan­dy­dat, który spraw­dzi się na tym sta­no­wi­sku?

Romu­ald Sze­re­mie­tiew: Z czasu rzą­dów AWS pan Klich pozo­stał w mojej pamięci jako czło­wiek opa­no­wany, a w kon­tak­tach bez­po­śred­nich sym­pa­tyczny. Nie było mię­dzy nami żad­nych zgrzy­tów. Obec­nie tro­chę mnie zasko­czył, gdy jedną z pierw­szych jego czyn­no­ści po obję­ciu sta­no­wi­ska był prze­lot w F-16. Nie podej­rze­wa­łem, że ma takie chło­pięce pra­gnie­nia. W ten spo­sób tro­chę przy­bli­żył się do mini­stra Sikor­skiego, który zresztą nie tylko latał w samo­lo­cie, ale też ska­kał w tak zwa­nym tan­de­mie, czyli przy­cze­piony do spa­do­chro­nia­rza.

Czy Klich jest dobrym kan­dy­da­tem? Był przez rok wice­mi­ni­strem obrony naro­do­wej, więc pewne doświad­cze­nie resor­towe ma. W 1999 roku obej­mo­wał sta­no­wi­sko powo­łany przez kolegę par­tyj­nego z Unii Wol­no­ści Janu­sza Onysz­kie­wi­cza, mini­stra obrony naro­do­wej. Kiedy Unia zerwała koali­cję z AWS i prze­szła do opo­zy­cji, Klich odszedł z MON. Nie pamię­tam - sam czy został zwol­niony przez następcę Onysz­kie­wi­cza, Bro­ni­sława Komo­row­skiego. Z zawodu nowy mini­ster jest leka­rzem psy­chia­trą, ale zaj­muje się bez­pie­czeń­stwem i obron­no­ścią - pre­ze­suje zało­żo­nemu przez sie­bie kra­kow­skiemu Insty­tu­towi Stu­diów Stra­te­gicz­nych i jest człon­kiem pre­sti­żo­wego Mię­dzy­na­ro­do­wego Insty­tutu Stu­diów Stra­te­gicz­nych w Lon­dy­nie.

Trudno mi jed­nak dziś oce­niać, jakim mini­strem obrony będzie były wice­mi­ni­ster Bog­dan Klich. Z prak­tyki wiem, że wice­mi­ni­ster i mini­ster, a w prze­szło­ści byłem i jed­nym, i dru­gim, to są jed­nak tro­chę inne role.

Pierw­sze decy­zje mini­stra Kli­cha wzbu­dzają kon­tro­wer­sje, dyrek­to­rem depar­ta­mentu MON został gen. Bojar­ski, były ofi­cer WSI i absol­went Woj­sko­wej Aka­de­mii Poli­tycz­nej, a doradcą mini­stra gen. dyw. rez. Piotr Czer­wiń­ski, który odszedł z woj­ska w sierp­niu br. (podobno powo­dem odej­ścia było śledz­two, w któ­rym badano usta­wia­nie w kraju prze­tar­gów dla woj­ska i nad­uży­wa­nie sta­no­wi­ska). Jak pan to sko­men­tuje?

- Jed­nym z kry­te­riów oceny każ­dego szefa jest jego dobór współ­pra­cow­ni­ków. W moim przy­padku mogę stwier­dzić, że prze­sze­dłem naj­ostrzej­szy chyba spraw­dzian wyko­nany przez pro­ku­ra­turę i służby tajne. Z grona moich woj­sko­wych pod­wład­nych nikomu nie posta­wiono zarzu­tów kar­nych, a jed­nemu cywil­nemu posta­wiono, ale sąd go unie­win­nił. Czyli wypa­dłem raczej dobrze.

Oczy­wi­ście nie życzę mini­strowi Kli­chowi podob­nego spraw­dzianu. O gen. Bojar­skim jako sze­fie kadr MON trudno dziś coś sen­sow­nego powie­dzieć - rozu­miem, że mini­ster Klich ma do niego ogromne zaufa­nie, bo jak mawiał Sta­lin, kadry decy­dują o wszyst­kim. A gen. rez. Czer­wiń­ski nie jest doradcą, ale sekre­ta­rzem stanu, pierw­szym zastępcą mini­stra, czyli drugą w hie­rar­chii osobą w mini­sterstwie! O gene­rale wieść nie­sie, że odszedł z woj­ska "pod kape­lusz" na pod­sta­wie dżen­tel­meń­skiego układu z mini­strem Alek­san­drem Szczy­gło. Podobno była jakaś "nie­pra­wi­dło­wość" i mini­ster miał na to przy­mknąć oko w zamian za odej­ście Czer­wiń­skiego do cywila. Teraz, gdy ten "cywil" zdaje się dzięki PSL poszedł w mini­stry, Szczy­gło "oko otwo­rzył" i zoba­czymy, co z nowym sekre­ta­rzem stanu zrobi CBA, jeśli będzie miało powody, by "coś" mu zro­bić. Pamię­ta­jąc jed­nak o tym, co na mój temat "dono­siły" media, jestem ostrożny w oce­nia­niu, na ile gen. Czer­wiń­ski rze­czy­wi­ście czymś zawi­nił. Może mieć rację mini­ster Klich, gdy stwier­dza, że zarzuty wobec gene­rała są pozorne.

Pozo­sta­łymi wice­mi­ni­strami Klich mia­no­wał Marię Wągrow­ską i Sta­ni­sława Komo­row­skiego. Komo­row­ski jest dok­to­rem fizyki, a z pro­fe­sji zawo­do­wym dyplo­matą, nie wiem, jakie ma przy­go­to­wa­nie w dzie­dzi­nie kie­ro­wa­nia obron­no­ścią. Pani Wągrow­ska pod wzglę­dem facho­wym wypada lepiej. Jest wpraw­dzie magi­strem, nie wiem czego (w życio­ry­sie napi­sano: "Absol­wentka Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego"), ale była redak­to­rem naczel­nym "Pol­ski Zbroj­nej" i zaj­mo­wała się tema­tami z dzie­dziny bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego. Zabawne, że w ofi­cjal­nym życio­ry­sie pani mini­ster sprawą ści­śle tajną oka­zał się jej wiek. Nie ma tam zresztą ani jed­nej daty i nie można usta­lić, co i kiedy w życiu robiła. No i ostat­nio pani mini­ster podała się do dymi­sji ze względu na "sprawy rodzinne". Są więc powody, by wyra­żać zdzi­wie­nie.

Nowy mini­ster dużo mówi o wyco­fa­niu armii z Iraku, nie uważa pan, że będzie to ewa­ku­acja w "hisz­pań­skim stylu" podyk­to­wana przede wszyst­kim obiet­ni­cami wybor­czymi PO?

- W kwe­stiach doty­czą­cych wysy­ła­nia lub wyco­fy­wa­nia woj­ska lepiej jest coś zro­bić, niż mówić, co się zrobi. Przy­po­mi­nam sobie, jak kie­dyś mini­ster Szmaj­dziń­ski zapo­wie­dział jakąś wspólną akcję woj­skową z Niem­cami, a póź­niej trzeba było to pro­sto­wać, bo Niemcy o niczym nie wie­dzieli. Kwe­stia dal­szej obec­no­ści pol­skiego woj­ska w Iraku to sprawa poli­tycz­nie deli­katna. Naj­pierw nale­ża­łoby ewen­tu­alne wyco­fa­nie w spo­sób poufny omó­wić z Ame­ry­ka­nami. Nie trzeba tłu­ma­czyć, że stra­te­giczny zwią­zek z USA ma dla bez­pie­czeń­stwa Pol­ski istotne zna­cze­nie. Powstaje jed­nak pyta­nie, w jakich for­mach mamy ten zwią­zek wyra­żać. Nasza obec­ność woj­skowa na tere­nie Iraku w obec­nym kształ­cie wydaje się raczej bez­sen­sowna. Kilka razy w publicz­nych wypo­wie­dziach pod­no­si­łem, by w zwal­cza­niu ter­ro­ry­zmu Pol­ska sta­wiała raczej na poli­tyczne niż mili­tarne środki. Tu otwiera się wiel­kie pole do popisu dla MSZ i róż­nych ośrod­ków ana­lizy i pla­no­wa­nia stra­te­gicz­nego. Tym­cza­sem odno­szę wra­że­nie, że w pol­skiej poli­tyce MON i MSZ w nikłym stop­niu uzgad­niają swoje dzia­ła­nia. Nic mi nie wia­domo, by w Pol­sce się­ga­nie po woj­sko było efek­tem wcze­śniej­szego wyczer­pa­nia środ­ków dyplo­ma­tycz­nych. A para­fra­zu­jąc tro­chę powie­dze­nie sta­rego Cle­men­ceau, pre­miera Fran­cji: "wojna to zbyt poważna sprawa, by zosta­wiać ją w rękach woj­skowych", można by powie­dzieć, że ter­ro­ryzm jest zbyt poważ­nym pro­ble­mem, by sądzić, że do jego roz­wią­za­nia wystar­czy woj­sko. Na mar­gi­ne­sie: mar­nie oce­niam szanse poko­na­nia par­ty­zantki tali­bów w Afga­ni­sta­nie - tam też potrzebne są inne środki albo... jakieś 500 tys. żoł­nie­rzy NATO.

Panie mini­strze, sprawa zatrzy­ma­nia naszych żoł­nie­rzy jest sze­roko komen­to­wana w mediach. Dowódca wojsk lądo­wych gen. Skrzyp­czak bar­dzo hono­rowo sta­nął za żoł­nie­rzami z 18 bata­lionu, oświad­cza­jąc, iż jeśli żoł­nie­rze zostaną ska­zani, on odej­dzie z woj­ska. Czy cała ta sprawa nie została sztucz­nie roz­dmu­chana? Wszak postę­po­wa­nie pro­wa­dzi pro­ku­ra­tor Tomasz Sza­łek, który jest pierw­szym "cywi­lem" na tym sta­no­wi­sku i chyba nie za bar­dzo orien­tuje się w woj­sko­wych pro­ble­mach praw­nych.

- Nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że w MON nie dopil­no­wano wła­ści­wych przy­go­to­wań "praw­nych" w pla­no­wa­niu i wyko­ny­wa­niu tak zwa­nych misji poko­jo­wych, czyli akcji zbroj­nych poza kra­jem. Sły­sza­łem, że szko­le­nie żoł­nie­rzy z prawa o kon­flik­tach trwało zale­d­wie pięć godzin. A te aspekty służby są ważne cho­ciażby z takiego powodu: pol­scy żoł­nie­rze w Afga­ni­sta­nie zostali oddani pod ame­ry­kań­skie dowódz­two. USA nie przy­jęło pew­nych zapi­sów prawa wojen­nego, które obo­wią­zują pol­skich żoł­nie­rzy. Kto będzie odpo­wia­dał, jeśli dowódca ame­ry­kań­ski wyda roz­kaz, któ­rego wyko­na­nie będzie sprzeczne z regu­la­cjami wią­żą­cymi jego pol­skich pod­wład­nych?

MON nie zauwa­żył też, że żoł­nie­rzom uczest­ni­czą­cym w ope­ra­cjach będzie potrzebny nie tylko woj­skowy pro­ku­ra­tor i sędzia, ale także woj­skowy obrońca.

No i tryb postę­po­wa­nia z żoł­nie­rzami podej­rza­nymi o prze­kro­cze­nie prawa. W końcu do Afga­ni­stanu wysłało ich pań­stwo pol­skie, a nie jacyś mafiosi. Nie powinni więc być trak­to­wani według pro­ce­dur sto­so­wa­nych wobec groź­nych ban­dzio­rów. Przy­po­mi­nam sobie, jak w okre­sie rzą­dów mini­stra Szmaj­dziń­skiego z dowódz­twa wojsk lądo­wych wypro­wa­dzono zaku­tego w kaj­danki ofi­cera w mun­du­rze z dys­tynk­cjami puł­kow­nika. A więc nie­godne trak­to­wanie żoł­nie­rzy zaczęło się tro­chę wcze­śniej.

Czy nie jest cza­sem tak, że cała ta sprawa została nagło­śniona, by ude­rzyć w gen. Toma­szyc­kiego, który dowo­dził wtedy PKW, a pośred­nio w gen. Skrzyp­czaka. Nie jest tajem­nicą, że obaj gene­ra­ło­wie nie prze­pa­dają za decy­den­tami ze Sztabu Gene­ral­nego WP.

- Nie wiem, czy ist­nieje jakieś dru­gie dno w spra­wie tej afgań­skiej "zbrodni wojen­nej". Gdyby tak było, to potę­pia­jąc taką intrygę, można by było przy­naj­mniej jakoś wytłu­ma­czyć powody wybu­chu tej afery. Oba­wiam się, że jest dużo gorzej. Ktoś cze­goś nie zro­zu­miał albo źle zin­ter­pre­to­wał zacho­wa­nie naszych żoł­nie­rzy, na przy­kład jakaś orga­ni­za­cja poza­rzą­dowa dzia­ła­jąca w Afga­ni­sta­nie. To tra­fiło do mediów i nasi decy­denci, chcąc unik­nąć odpo­wie­dzial­no­ści, wska­zali jako win­nych żoł­nie­rzy naj­niż­szych stopni. A póź­niej do tego doszła jesz­cze poli­tyka, usłużni wobec wła­dzy funk­cjo­na­riu­sze, goniący za sen­sa­cją dzien­ni­ka­rze i na końcu żoł­nie­rze wylą­do­wali w aresz­cie.

A jak pan mini­ster oce­nia udział Woj­ska Pol­skiego w misjach w Iraku i Afga­ni­sta­nie? Czy spraw­dzili się ludzie i sprzęt? Od kole­gów słu­żą­cych na tych misjach wiem, że sojusz­nicy bar­dzo wysoko oce­niają pol­skich pod­ofi­ce­rów i sze­re­go­wych, gorzej jest nie­stety z kadrą ofi­cer­ską... O sprzę­cie też można usły­szeć różne opi­nie. O roz­kle­ja­ją­cych się butach czy wadli­wych WIST-ach. Choć są też i dobre strony - żoł­nie­rze bar­dzo chwalą Roso­maki i ufają temu pojaz­dowi.

- Nie mam wia­ry­god­nych danych, aby odpo­wie­dzieć na takie pyta­nie. Donie­sie­nia medialne mogą być bała­mutne, cho­ciaż wia­do­mo­ści o niskiej jako­ści wypo­sa­że­nia naszych żoł­nie­rzy (buty itp.) wydają się praw­dziwe. Co do Roso­maka - jest lepiej opan­ce­rzony od Hon­kera i stąd być może to zaufa­nie żoł­nie­rzy. Cho­ciaż roz­ma­wia­łem z jed­nym użyt­kow­ni­kiem, który raczej nie miał wyso­kiego mnie­ma­nia o nim. Ja nie­stety pamię­tam, w jaki spo­sób doszło do zakupu tego trans­por­tera. Tu zdaje się powi­nien wypo­wie­dzieć się pro­ku­ra­tor. Trudno mi też przy­jąć, że na misjach spraw­dzają się żoł­nie­rze, a nawa­lają ofi­ce­ro­wie. To przy­po­mina opo­wie­ści, jak w 1939 roku wal­czyli żoł­nie­rze, a ofi­ce­ro­wie ucie­kali przez Zalesz­czyki do Rumu­nii, lub tezę z PRL-owskich pod­ręcz­ni­ków histo­rii, że w AK były patrio­tyczne "doły" i paskudne "anty­ra­dziec­kie" dowódz­two.

Wróćmy do kwe­stii poli­tyki obron­nej. Kiedy pre­zy­dent Rosji Wła­di­mir Putin pod­pi­suje ustawę zawie­sza­jącą trak­tat o kon­wen­cjo­nal­nych siłach zbroj­nych w Euro­pie (CFE), w Pol­sce mini­ster obrony naro­do­wej mówi o przy­spie­sze­niu prac nad budową armii zawo­do­wej. Przy tym nie pada ani jedno słowo o obro­nie tery­to­rial­nej, nato­miast na woj­sko­wych forach inter­ne­to­wych mówi się przede wszyst­kim o reduk­cji liczby żoł­nie­rzy zawo­do­wych.

- Z nie­po­ko­jem kon­sta­tuję, że w gro­nie ludzi odpo­wie­dzial­nych za obronę pań­stwa zwy­cię­żyła kon­cep­cja budowy takich jed­no­wy­mia­ro­wych sił zbroj­nych - w zasa­dzie dają­cych tylko zdol­ność do wyko­ny­wa­nia zagra­nicz­nych misji zbroj­nych. Sły­sza­łem nawet wypo­wiedź pew­nego posła minio­nej kaden­cji z sej­mo­wej komi­sji obrony, że zbu­du­jemy "woj­ska eks­pe­dy­cyjne". To prawda, że armie zawo­dowe mają obec­nie Ame­ry­ka­nie, Bry­tyj­czycy, Bel­go­wie, Fran­cuzi, Hisz­pa­nie.... Cie­kawe jed­nak, dla­czego takiej armii nie two­rzą Rosja­nie?

Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że współ­cze­sne kon­flikty zbrojne mają głów­nie "asy­me­tryczny" cha­rak­ter - trzeba zwal­czać siły nie­re­gu­larne (par­ty­zanci, ter­ro­ry­ści). To jed­nak nie wyklu­cza wybu­chu wojen mię­dzy pań­stwami, w któ­rych doj­dzie do star­cia regu­lar­nych armii. A wtedy trzeba będzie doko­nać mobi­li­za­cji, czyli wysta­wić siły zbrojne zwie­lo­krot­nione w porów­na­niu do ich sta­nów poko­jo­wych. Skąd wów­czas weź­miemy żoł­nie­rzy do armii czasu "W"? Cóż z tego, że będzie kilka milio­nów Pola­ków zdol­nych do nosze­nia broni, skoro nie będą oni wcze­śniej prze­szko­leni woj­skowo. Armia zawo­dowa nie ma prze­cież zdol­no­ści do prze­szko­lenia setek tysięcy ludzi. Ame­ry­ka­nie, Bry­tyj­czycy czy Fran­cuzi w razie zagro­że­nia będą mieli czas na prze­szko­lenie swo­ich rezer­wi­stów. Pol­ska, leżąca na skraju NATO, takiego czasu nie będzie miała. Co gor­sza, nie będzie miała też wspar­cia w począt­ko­wym okre­sie kon­fliktu, skoro jej sojusz­nicy będą musieli dopiero przy­go­to­wy­wać się do wspar­cia naszej obrony. Oby wów­czas nie było za późno - będziemy bro­nić się na linii Wisły czy od razu na Odrze?

W chwili obec­nej bry­gady obrony tery­to­rial­nej są w trak­cie prze­for­mo­wa­nia w bata­liony. Mimo redu­ko­wa­nia i roz­wią­zy­wa­nia jed­no­stek woj­sko­wych, na przy­kład 15 Bry­gada w Wędrzy­nie, Mini­ster­stwo Obrony Naro­do­wej musi prze­pro­wa­dzać wielką akcję pro­pa­gan­dową, bo nie może obsa­dzić eta­tów, szcze­gól­nie w kor­pu­sie sze­re­go­wych zawo­do­wych i pod­ofi­ce­rów zawo­do­wych. Z dru­giej strony medalu mamy patrio­tyczną mło­dzież sku­pioną w orga­ni­za­cjach strze­lec­kich, która jest kom­plet­nie igno­ro­wana przez wła­dze woj­skowe.

Jaką ma pan mini­ster wizję sił zbroj­nych? Co by pan zro­bił, będąc obec­nie na sta­no­wi­sku mini­stra obrony naro­do­wej?

- Mini­ster­stwo Obrony nie wie, skąd wziąć żoł­nie­rzy zawo­do­wych podej­mu­ją­cych służbę ochot­ni­czo z pobu­dek patrio­tycz­nych. Stąd ta pro­pa­ganda. Zdaje się, że jedy­nym argu­men­tem w zapo­wia­da­nej akcji pro­pa­gu­ją­cej wstę­po­wa­nie do woj­ska ma być pew­ność miej­sca pracy i w miarę przy­zwo­ite zarobki przy­szłych zawo­do­wych sze­re­go­wych i pod­ofi­ce­rów. Pro­blemu z nabo­rem by nie było, gdyby MON celowo wspie­rał mło­dzież, która inte­re­suje się woj­skiem. W tej mie­rze nic jed­nak się nie robi, cho­ciaż jest w resor­cie cały Depar­ta­ment Wycho­wa­nia i Pro­mo­cji Obron­no­ści. Na stro­nie inter­ne­to­wej MON można prze­czy­tać, że jest on wła­ściwy w zakre­sie: ana­li­zo­wa­nia, pro­gra­mo­wa­nia i reali­zo­wa­nia zadań wycho­waw­czych, edu­ka­cji oby­wa­tel­skiej, dzia­łal­no­ści kul­tu­ralno-oświa­to­wej, pro­mo­cji obron­no­ści w kraju i poza jego gra­ni­cami, współ­dzia­ła­nia z insty­tu­cjami pań­stwo­wymi, orga­nami samo­rządu tery­to­rial­nego oraz orga­ni­za­cjami poza­rzą­do­wymi w dzie­dzi­nie two­rze­nia oby­wa­tel­skiego zaple­cza sys­temu obron­no­ści. Nie wydaje się, aby zatrud­nieni w tym depar­ta­men­cie ludzie dostrze­gali wagę współ­pracy na przy­kład z ruchem strze­lec­kim i pro­mo­wali obron­ność w śro­do­wi­skach mło­dzieżowych. Do tego odno­szę wra­że­nie, że część kadry zawo­do­wej nie ma zro­zu­mie­nia dla mło­dych ludzi gar­ną­cych się do woj­ska. Dla zawo­do­wych woj­sko­wych, w tym dowód­ców róż­nych szcze­bli, jed­nostki strze­lec­kie i klasy woj­skowe w szko­łach to kło­pot, z któ­rym nie wia­domo co zro­bić. Doma­gają się oni mun­du­rów, moż­li­wo­ści korzy­sta­nia ze strzel­nic i pla­ców ćwi­czeń, chcą instruk­to­rów i szko­leń. Same stra­pie­nia. Do tego wyko­na­nie pro­jektu tak zwa­nego uza­wo­do­wie­nia woj­ska cał­ko­wi­cie wyeli­mi­nuje ini­cja­tywy oby­wa­tel­skie z obszaru obron­no­ści. Skoro za bez­pie­czeń­stwo naro­dowe ma odpo­wia­dać kil­ka­dzie­siąt tysięcy zawo­dow­ców, to po co w takim sys­te­mie jacyś "ama­to­rzy"? Dla nich miej­sca nie będzie. Jeśli nie znaj­dzie się siła zdolna odpo­wied­nio wpły­nąć na poli­tykę i decy­zje mini­strów, to ruch strze­lecki i idea powszech­nej obrony kraju prze­grają. Sądzę, że z powyż­szego jasno wynika, co bym zro­bił, gdy­bym był mini­strem obrony naro­dowej, ale nim nie jestem i zapewne ni­gdy nie będę. W końcu o tym, kto zostaje mini­strem obrony, decy­dują kwa­li­fi­ka­cje i przy­go­to­wa­nie mery­to­ryczne do zaj­mo­wa­nego sta­no­wi­ska - ha, ha, żar­to­wa­łem!

Chcia­łem zapy­tać o powrót do poli­tyki. Ale wiem, że naj­pierw musia­łaby się zakoń­czyć sprawa przed sądem, jaka toczy się wzglę­dem pana mini­stra. Pań­ski asy­stent został już unie­win­niony. Panu rzuca się kłody pod nogi - a to cho­ruje pani ase­sor, a to sąd odra­cza roz­prawy... Jak w tej chwili wygląda ta sprawa? Bo w to, że zosta­nie pan unie­win­niony, wie­rzy całe moje śro­do­wi­sko, pyta­nie kiedy i dla­czego tak długo?

- W tej mojej spra­wie nie wszystko szło wolno. Były też bar­dzo szyb­kie dzia­ła­nia. W koń­co­wym okre­sie mojego urzę­do­wa­nia w MON byłem prze­wod­ni­czą­cym komi­sji prze­tar­go­wej do wyboru samo­lotu wie­lo­za­da­nio­wego i mia­łem zgod­nie z har­mo­no­gra­mem roz­strzy­gnąć prze­targ 14 wrze­śnia 2001 roku. Tym­cza­sem 7 lipca 2001 roku w sobotę dzien­nik "Rzecz­po­spo­lita" opu­bli­ko­wał arty­kuł Kasjer z MON oskar­ża­jący mojego współ­pra­cow­nika Z. Far­musa o łapow­nic­two. We wto­rek (10 lipca) UOP zatrzy­mał go na pro­mie pły­ną­cym do Szwe­cji. Tego samego dnia mini­ster Komo­row­ski zło­żył do pre­miera Buzka wnio­sek o usu­nię­cie mnie ze sta­no­wi­ska i od 12 lipca nie mia­łem prawa wstępu do mini­sterstwa. Media na wszel­kie spo­soby pod­no­siły, że wykryto w MON "naj­więk­szą w histo­rii korup­cję". Prze­targ na samo­loty i parę innych dość waż­nych zaku­pów (łączna war­tość ponad 25 mld zł) roz­strzy­gnęli moi następcy. Gorzej nato­miast szły sprawy w pro­ku­ra­tu­rze i sądach. Począ­tek śledz­twa, 10 listo­pada 2001 roku, to zapewne był pre­zent na święto 11 Listo­pada. Trwało do 24 kwiet­nia 2004 roku, gdy pro­ku­ra­tura zło­żyła w sądzie akt oskar­że­nia. Pro­ces zaczął się ponad rok póź­niej, 25 wrze­śnia 2005 roku, i został prze­rwany w grud­niu 2006 roku ze względu na stan brze­mienny sądzą­cej mnie pani ase­sor - sprawę roz­pa­try­wał sąd rejo­nowy. Potem "wymiar" zapadł w błogi letarg. W lipcu sąd rejo­nowy uznał się za nie­wła­ściwy i prze­ka­zał akta sprawy do sądu okrę­go­wego. We wrze­śniu sąd okrę­gowy uznał się za nie­wła­ściwy i ode­słał akta do sądu rejo­no­wego. Po wybo­rach coś się zmie­niło, bowiem w końcu listo­pada dosta­łem zawia­do­mie­nie, że zaczną mnie od nowa sądzić w stycz­niu 2008 roku. Tak więc reasu­mu­jąc: bar­dzo szybko wyrzu­cono mnie z MON, tak jakby komuś bar­dzo się spie­szyło, a bar­dzo, bar­dzo wolno mnie sądzą, w tej kwe­stii jak widać pośpie­chu nie ma.

Czy wróci pan jesz­cze do poli­tyki? Jeśli tak, czy będzie budo­wał nową for­ma­cję? Jak pan oce­nia szanse Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści na prze­trwa­nie kry­zysu powy­bor­czego. Czy widziałby się pan w tej for­ma­cji?

- Te pyta­nia są raczej z gatunku science fic­tion. Ciąży na mnie zarzut natury korup­cyj­nej - cóż z tego, że żad­nych prze­stępstw nie popeł­ni­łem, skoro pro­ku­ra­tura w akcie oskar­że­nia domaga się wsa­dze­nia mnie na dzie­sięć lat do wię­zie­nia1. Ta oko­licz­ność pozba­wia mnie zaufa­nia publicz­nego. No już widzę, jak pre­zes Kaczyń­ski z otwar­tymi ramio­nami przyj­muje mnie do PiS. Nawet gdy­bym chciał, to prze­cież nie speł­niam warun­ków, by zaj­mo­wać się poli­tyką. Na mar­gi­ne­sie: za "oba­la­nie ustroju PRL" za komuny ska­zano mnie na pięć lat wię­zie­nia, a za zbyt tanie według oskar­ży­cieli kupie­nie uży­wa­nej lan­cii mam dostać w wol­nej Pol­sce dwa razy wię­cej - osią­gnę­li­śmy więc w III RP znaczny postęp... w kara­niu.

"My Naród"

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W moim przy­padku osta­teczny pra­wo­mocny wyrok unie­win­nia­jący zapadł 8 listo­pada 2010 roku, po 9 latach postę­po­wań w pro­ku­ra­tu­rze i przed sądami, a w przy­padku Zbi­gniewa Far­musa osta­teczny pra­wo­mocny wyrok unie­win­nia­jący ogło­szono 2 lutego 2017 roku - po 16 latach postę­po­wań. W tym okre­sie Far­mus był prze­trzy­my­wany przez 2,5 roku w aresz­cie śled­czym. [wróć]

Pro­jek­tów ustaw nie ma, ale zna­la­złem na stro­nie inter­ne­to­wej MON dział pt. Pro­fe­sjo­na­li­za­cja, a w nim "pyta­nia i odpo­wie­dzi" doty­czące także moich wąt­pli­wo­ści. I tak mądre głowy z MON wyja­śniają, że "Wpro­wa­dze­nie pro­fe­sjo­na­li­za­cji Sił Zbroj­nych rozu­mieć należy jako peł­nie­nie służby woj­sko­wej przez żoł­nie­rzy zawo­do­wych, przy jed­no­cze­snym zawie­sze­niu obo­wiąz­ko­wej zasad­ni­czej służby woj­sko­wej". Hm, zawie­szony obo­wią­zek? I dalej czy­tamy: "...w przy­padku okre­ślo­nych zagro­żeń i potrzeb Sił Zbroj­nych, Pre­zy­dent RP - dzia­ła­jąc na wnio­sek Rady Mini­strów - będzie miał prawną moż­li­wość ponow­nego wpro­wa­dze­nia obo­wiązku zasad­ni­czej służby woj­sko­wej. Zatem obo­wią­zek powszech­nej obrony w dal­szym ciągu będzie miał cha­rak­ter powszechny, a pro­jek­to­wane prze­pisy jedy­nie ogra­ni­czają jego zakres". Czyli prze­pisy tak "ogra­ni­czają" zakres służby woj­sko­wej, że powszech­nej służby woj­sko­wej nie ma. I naj­za­baw­niej­sze: "Jed­nakże każdy oby­wa­tel pol­ski, zdolny do peł­nie­nia służby woj­sko­wej, w myśl art. 85 ust. 1 Kon­sty­tu­cji Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej, obo­wią­zany jest do obrony ojczy­zny, co ozna­cza, że pro­jek­to­wana zmiana cha­rak­teru Sił Zbroj­nych nie zdej­muje kon­sty­tu­cyj­nych zobo­wią­zań oby­wa­tela wobec pań­stwa". Innymi słowy, oby­wa­tel ma na­dal obo­wią­zek, tylko pań­stwo (woj­sko) nie zamie­rza mu w niczym pomóc, aby w razie potrzeby mógł ten obo­wią­zek speł­nić; hm, w bój bez broni? I kurio­zum. Pyta­nie: "Kto będzie miał ure­gu­lo­wany sto­su­nek do powszech­nego obo­wiązku obrony?". Odpo­wiedź: "Wszy­scy ci, któ­rzy dopeł­nili obo­wiązku zgło­sze­nia się do kwa­li­fi­ka­cji woj­sko­wej celem zało­że­nia ewi­den­cji woj­sko­wej". Czyli wystar­czy zare­je­stro­wać się i wszystko będzie okej, możemy zaśpie­wać: Dzi­siaj rezerwa w sze­regi staje, a komu broń swą oddaje? [wróć]

Obec­nie w WP nie ma żad­nych jed­no­stek obrony tery­to­rial­nej, bowiem mini­ster Klich wszyst­kie zli­kwi­do­wał. [wróć]

Geo­rge Fried­man, Nowe mocar­stwo nad Wisłą, "Rzecz­po­spo­lita" 21.11.2008. [wróć]

"Dzien­nik" (20.01.2009) podaje: "Ponad 3 mld zło­tych bra­kuje w kasie MON. Do tej pory resort obrony sza­co­wał, że budże­towa dziura jest pra­wie dwu­krot­nie mniej­sza. Dobrą minę do złej gry robi szef resortu. Bog­dan Klich zapo­wiada, że MON zapłaci zale­głe rachunki naj­póź­niej do 10 lutego". [wróć]

Z racji na udział tej gazety w nagonce na mnie w 2001 roku, kiedy zamiesz­czony w niej arty­kuł Kasjer z MON uru­cho­mił wymie­rzoną we mnie lawinę oskar­żeń i zarzu­tów pod­ję­tych przez pro­ku­ra­turę. [wróć]

http://www.publi­ca­tions.par­lia­ment.uk/pa/cm200809/cmse­lect/cmd­fence/276/27602.htm [wróć]

Czyje to służby, czyje?

11 stycz­nia 2008

Czyje to służby, czyje?

Dziś media donio­sły o wykry­ciu kolej­nego taj­nego agenta WSI. Miał nim być poseł PiS i były wice­mi­ni­ster spraw zagra­nicz­nych Paweł Kowal. Kowal powiada - nie­prawda. Ow­szem, dzwo­nili do mnie, pytali o coś w spra­wach zagra­nicz­nych, ale agen­tem WSI nie byłem. Następ­nie PiS zwo­łał kon­fe­ren­cje pra­sową i prze­wod­ni­czący Gosiew­ski zapew­niał, że par­tia ma pełne zaufa­nie do Kowala, wie­rzy mu. No, a media docie­kają, czy pre­mier Jaro­sław Kaczyń­ski i pre­zy­dent Lech Kaczyń­ski o tym wie­dzieli. Czyli sen­sa­cja co się zowie.

Mam raczej kiep­skie doświad­cze­nia z WSI. W końcu mini­stro­wie obrony naro­do­wej Onysz­kie­wicz i Komo­row­ski kazali pod­wład­nym z WSI inwi­gi­lo­wać mnie, to jest "objąć dzia­ła­niami". Ofi­ce­ro­wie tych służb maczali pazurki w mojej "afe­rze korup­cyj­nej". Także raport komi­sji kie­ro­wa­nej przez mini­stra Macie­re­wi­cza wska­zuje, że w służ­bach woj­sko­wych były tak zwane nie­pra­wi­dło­wo­ści. Ale jest i druga strona tego medalu. Od 1989 roku mamy pań­stwo pol­skie, III RP. W nim funk­cjo­nuje apa­rat pań­stwowy i siły zbrojne. Czę­ścią tego apa­ratu są służby tajne, a czę­ścią sił zbroj­nych były Woj­skowe Służby Infor­ma­cyjne. Zdaję sobie sprawę, że w obec­nej Pol­sce pozo­stało sporo relik­tów z daw­nego PRL. W końcu zmiana ustroju była wyjąt­kowo łagodna (ten Okrą­gły Stół) i nie było roz­li­czeń z poprzed­nim sys­te­mem. Postu­lat deko­mu­ni­za­cji, zgła­szany mię­dzy innymi przez takich oszo­ło­mów jak ja, nie uzy­skał akcep­ta­cji wybor­czej. Nie­pod­le­głe pań­stwo pol­skie powstało więc z budulca cza­sem nie do końca legal­nego. Mimo to można zadać pyta­nie: jaki powi­nien być sto­su­nek oby­wa­tela do obec­nego pań­stwa? Czy ma on je wspie­rać, słu­żyć, gdy trzeba, czy też trzy­mać się z dala i nie "kola­bo­ro­wać". A może wspie­rać pań­stwo, gdy popie­rana przez niego opcja rzą­dzi, i zwal­czać, gdy wybory wygra opcja prze­ciwna?

I dalej: jak powi­nien zacho­wać się oby­wa­tel, gdy tajne służby pań­stwa pol­skiego chcą jego pomocy lub co gor­sza, chcą go zwer­bo­wać? I dalej - czy oby­wa­tel, który pod­jął współ­pracę z taj­nymi służ­bami III RP, jest takim samym nik­czem­ni­kiem jak na przy­kład tajny współ­pra­cow­nik komu­ni­stycz­nej Służby Bez­pie­czeń­stwa?

Andrzej Gra­jew­ski, zasłu­żony dzia­łacz daw­nej PRL-owskiej opo­zy­cji i wybitny znawca sto­sun­ków na Wscho­dzie, ujaw­niony został przez Macie­re­wi­cza jako "kon­sul­tant" WSI. To miało kom­pro­mi­to­wać Gra­jew­skiego. Takich przy­pad­ków było wię­cej. Zwra­cam uwagę, że tym ludziom nie wyka­zano dzia­łań nie­zgod­nych z pra­wem. Uznano za kom­pro­mi­tu­jący fakt poma­ga­nia legal­nym prze­cież pań­stwo­wym służ­bom wywia­dow­czym.

Sejm RP posta­no­wił zli­kwi­do­wać WSI, ale nie uznał tych służb za orga­ni­za­cję prze­stęp­czą. Dla­czego poseł Kowal musi bro­nić się przed podej­rze­niami o współ­pracę z WSI?

Ukra­ina

18 stycz­nia 2008

Ukra­ina

Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że nie­pod­le­gła Ukra­ina jest waż­nym ele­men­tem wpły­wa­ją­cym na stan bez­pie­czeń­stwa Pol­ski. Adolf Bocheń­ski w pracy Mię­dzy Niem­cami a Rosją ogło­szo­nej w 1937 roku wska­zy­wał, że powsta­nie pań­stwa ukra­iń­skiego odsu­nie rosyj­ski impe­ria­lizm od gra­nic Pol­ski. I zasta­na­wiał się, czy nie będzie konieczny sojusz z Rosją, jeśli nie­pod­le­gła Ukra­ina sta­nie się sojusz­ni­kiem Nie­miec, a jej poli­tyka będzie wroga Pol­sce.

Pol­ska po upadku ZSRR jako pierw­sza uznała nie­pod­le­głą Ukra­inę. Kolejne rządy RP dekla­rują, że Ukra­ina jest part­ne­rem stra­te­gicz­nym Pol­ski, a poli­tycy pol­scy, bez względu na opcję, wyra­żają prze­ko­na­nie, że dobre rela­cje pol­sko-ukra­iń­skie mają wiel­kie zna­cze­nie.

Tym­cza­sem powstaje pyta­nie: Jaka będzie w przy­szło­ści ta Ukra­ina? Lub dalej: Na jakiej tra­dy­cji Ukra­ińcy budują swoją pań­stwo­wość i co z tego może wyni­kać dla przy­szłych rela­cji z Pol­ską?

Byłem we Lwo­wie i widzia­łem pomnik führera nacjo­na­li­stów ukra­iń­skich Ste­fana Ban­dery, tego samego, który naka­zał mor­do­wa­nie Pola­ków. Pre­zy­dent Ukra­iny Wik­tor Jusz­czenko ogło­sił nie tak dawno, że dowódca UPA Roman Szu­che­wycz "Czu­prinka", który wska­za­nie Ban­dery wyko­nał, otrzy­mał pośmiert­nie tytuł boha­tera naro­do­wego Ukra­iny. Aktem praw­nym przy­go­to­wy­wa­nym przez pre­zy­denta Jusz­czenkę i popie­ra­nym przez pre­mier Julię Tymo­szenko, która zresztą też zabiega o względy nacjo­na­li­stów, jest ustawa przy­zna­jąca byłym upo­wcom sta­tus kom­ba­tan­tów, czyli człon­ków for­ma­cji zbroj­nej czyn­nie wal­czą­cej prze­ciwko Niem­com w latach II wojny świa­to­wej po alianc­kiej stro­nie!

Ukra­ina jest dużym pań­stwem, tery­to­rial­nie ponad dwa razy więk­szym od Pol­ski. Uważny obser­wa­tor dostrzeże, że mamy tam wschod­nią zru­sy­fi­ko­waną Ukra­inę i zachod­nią, czyli zie­mie daw­nej II RP, gdzie głos decy­du­jący dziś mają spad­ko­biercy wro­gów Pol­ski z OUN i UPA.

W cza­sie II wojny świa­to­wej kola­bo­ru­jący z hitle­row­cami nacjo­na­li­ści ukra­iń­scy dopu­ścili się strasz­li­wych zbrodni na lud­no­ści pol­skiej zamiesz­ku­ją­cej zie­mie wschod­nie RP. Te zbrod­nie nie zostały ni­gdy osą­dzone, a ich sprawcy żyją dziś w chwale bojow­ni­ków o nie­pod­le­głą Ukra­inę. Co wię­cej, w imię fał­szy­wie poj­mo­wa­nej przy­jaźni z Ukra­iń­cami te zbrod­nie są też prze­mil­czane przez wła­dze RP.

Mamy dyle­mat. Pro­za­chod­nia Ukra­ina to odgrze­wa­nie wro­gich Pol­sce "tra­dy­cji" ukra­iń­skiego nacjo­na­li­zmu. Nato­miast poli­tyczni prze­ciw­nicy spad­ko­bier­ców UPA cią­gną Ukra­inę do Rosji. Kogo mamy popie­rać na Ukra­inie i kogo tam wybrać? Czy na ten temat ktoś "trzy­ma­jący wła­dzę" w Pol­sce się zasta­na­wia?

Mini­ster Sikor­ski w Moskwie

21 stycz­nia 2008

Mini­ster Sikor­ski w Moskwie

W rela­cjach pol­sko-rosyj­skich są widoczne zmiany na lep­sze. Mini­stro­wie spraw zagra­nicz­nych Pol­ski i Rosji wymie­niają uśmie­chy i uści­ski rąk. Mini­ster Ław­row oświad­czył, że Rosja nie zamie­rza niczego na Pol­sce wymu­szać w spra­wie ame­ry­kań­skiej tar­czy. Mini­ster Sikor­ski tak­tow­nie mil­czał na temat rury gazo­wej w Bał­tyku (jako mini­ster obrony w rzą­dzie PiS porów­ny­wał ją do paktu Rib­ben­trop-Moło­tow z 1939 roku) i zapew­nił, że Pol­ska będzie prag­ma­tyczna w kon­tak­tach z Rosją. Czyli idzie ku zgo­dzie. Tylko w pań­stwach bał­tyc­kich, na Ukra­inie i w Gru­zji zasta­na­wiają się, nie wie­dzieć czemu, jaki to będzie ten pol­ski prag­ma­tyzm.

Nie wiem dla­czego, ale jakoś tak przy­po­mnia­łem sobie o pak­cie o nie­agre­sji, jaki II RP zawarła daw­niej z sowiecką Rosją. Na początku lat trzy­dzie­stych Moskwa zanie­po­ko­jona zmia­nami poli­tycz­nymi w Niem­czech - hitle­rowcy byli coraz bli­żej wła­dzy - i zagro­żona przez Japo­nię na Dale­kim Wscho­dzie przy­jęła pol­ską ofertę znor­ma­li­zo­wa­nia bar­dzo dotąd złych sto­sun­ków z War­szawą. Po nego­cja­cjach trwa­ją­cych od listo­pada 1931 roku w lipcu 1932 roku strony pod­pi­sały w Moskwie wspo­mniany pakt o nie­agre­sji. Stwier­dzano w nim, że odtąd ewen­tu­alne spory będą roz­strzy­gane wyłącz­nie na dro­dze poko­jo­wej, a pod­stawą będzie trak­tat poko­jowy z 1921 roku usta­na­wia­jący "osta­tecz­nie" gra­nice mię­dzy obu pań­stwami oraz tak zwany pakt Brianda-Kel­loga zaka­zu­jący agre­sji.

Strony dekla­ro­wały, że nie będą wspie­rać agre­sji innego pań­stwa wymie­rzo­nej w drugą ze stron. Zapi­sano też, że dzia­ła­niami sprzecz­nymi z pak­tem: "będzie wszelki akt gwałtu naru­sza­jący całość i nie­ty­kal­ność tery­to­rium lub nie­pod­le­głość poli­tyczną dru­giej uma­wia­ją­cej się strony, nawet gdyby te dzia­ła­nia były doko­nane bez wypo­wie­dze­nia wojny i z unik­nię­ciem wszel­kich jej moż­li­wych prze­ja­wów".

W maju 1934 roku Pol­ska i ZSRR posta­no­wiły prze­dłu­żyć obo­wią­zy­wa­nie paktu o nie­agre­sji do 31 grud­nia 1945 roku.

Rok póź­niej, w maju 1935 roku, zmarł mar­sza­łek Pił­sud­ski. W oka­zjo­nal­nym arty­kule zamiesz­czo­nym w "Izwie­stiach" pisano: "Naszą sprawą nad mogiłą czło­wieka, któ­rego jedyną namięt­no­ścią była myśl o nie­pod­le­gło­ści i wiel­ko­ści Pol­ski, tak jak On to rozu­miał - jest wycią­gnąć dłoń do narodu pol­skiego i powie­dzieć mu: "Nic nie grozi Pol­sce ze strony Związku Radziec­kiego".

Mini­ster Ław­row zapew­nił mini­stra Sikor­skiego, że uło­że­nie rury na dnie Bał­tyku nie będzie miało żad­nego nega­tyw­nego skutku dla przy­szłych dostaw rosyj­skiego gazu do Pol­ski.

NATO, UE i Pol­ska

19 lutego 2008

NATO, UE i Pol­ska

W dys­ku­sji po moim wezwa­niu do two­rze­nia siły mili­tar­nej poja­wiły się głosy, że zarówno Ame­ry­ka­nie, jak i Unia nie potrze­bują sil­nej woj­skowo Pol­ski, więc refor­mo­wa­nie sys­temu obron­nego RP i umac­nia­nie woj­ska są pozba­wione reali­zmu. Jeden z dys­ku­tan­tów napi­sał: "...two­rze­nie potęgi pol­sko-litew­skiej to inne czasy... Pol­ska ma skrę­po­wane ręce poprzez nad­rzęd­ność prawną UE i NATO. Tak naprawdę oni nie są zain­te­re­so­wani liczną i silną pol­ską armią. Oni potrze­bują mieć w pogo­to­wiu kilka tysięcy żoł­nie­rzy zawo­do­wych, by ich prze­rzu­cać na różne psu na budę tak zwane misje. Jeżeli UE trzyma nas nie tylko za gar­dło, ale i kie­szeń, a tak jest bez­spor­nie, to jak możemy mówić o sil­nej armii, porów­nu­jąc czasy, pod­kre­ślam, czasy wolne i tamtą sytu­ację do cza­sów teraź­niej­szych".

Nie mogę się zgo­dzić z opi­niami, że Pol­ska jest ubez­wła­sno­wol­niona w UE i NATO. To jed­nak nie jest blok sowiecki, mimo wielu dener­wu­ją­cych obja­wów lewac­twa w Unii i braku zro­zu­mie­nia w USA dla potrzeb pol­skiej obron­no­ści. Ina­czej też widzę sens udziału Pol­ski w dzia­ła­niach zbroj­nych poza gra­ni­cami kraju, w tym na tere­nie Azji czy Afryki.

Zga­dza­jąc się, że dawna unia z Wiel­kim Księ­stwem Litew­skim to inne czasy, uwa­żam, że w każ­dym cza­sie Pol­ska może i powinna two­rzyć swoją silną pozy­cję. Dziś trzeba poszu­ki­wać spo­so­bów budo­wa­nia siły ina­czej niż to było w cza­sach Kazi­mie­rza Wiel­kiego. Jed­nak wtedy i teraz o to samo cho­dzi - o siłę pań­stwa pol­skiego.

Jak dowiódł prze­bieg II wojny świa­to­wej, Pol­ski nie stać na neu­tral­ność, bowiem jej poten­cjał nie był i na­dal nie jest na tyle wielki, aby spro­stać zagro­że­niom. Przed 1939 rokiem Pol­ska, znaj­du­jąc się mię­dzy Niem­cami Hitlera a Rosją Sta­lina, sta­rała się reali­zo­wać tak zwaną poli­tykę rów­no­wagi. Nie chciała opie­rać się na jed­nym z sąsia­dów w oba­wie, że wów­czas ścią­gnie na sie­bie ude­rze­nie dru­giego. Rząd w War­sza­wie odrzu­cił pro­po­zy­cję Hitlera wzię­cia udziału w agre­sji na ZSRR i nie godził się, aby Sowiety wsparły Pol­skę w razie kon­fliktu z Niem­cami. Pol­ska oba­wiała się, że w soju­szu z Hitle­rem straci swoje Zie­mie Zachod­nie i będzie sate­litą Nie­miec, a w soju­szu z Sowie­tami straci Kresy Wschod­nie i zosta­nie repu­bliką sowiecką. W efek­cie we wrze­śniu 1939 roku doświad­czyła napa­ści wojsk Hitlera i Sta­lina, któ­rzy poro­zu­mieli się w taj­nym pak­cie Rib­ben­trop-Moło­tow. Wtedy też soju­sze Pol­ski zawarte z Fran­cją i Anglią oka­zały się nie­sku­teczne. To nega­tywne doświad­cze­nie z wrze­śnia 1939 roku pogłę­biło jesz­cze zdra­dziec­kie zacho­wa­nie Anglii i USA w Tehe­ra­nie i Jał­cie, gdzie sojusz­nicy Pol­ski oddali ją pod pano­wa­nie Sowie­tów.

Dla­czego mimo to uwa­żam, że sojusz z Zacho­dem jest dla współ­cze­snej Pol­ski potrzebny? NATO oka­zało się spraw­nym i wia­ry­god­nym soju­szem w okre­sie zim­nej wojny. Jest więc czymś zde­cy­do­wa­nie sku­tecz­niej­szym niż nasze soju­sze z Anglią i Fran­cją w 1939 roku.

Jed­nak przy­szłość NATO i jego wia­ry­god­ność obronna sta­no­wią obec­nie przed­miot obaw. Wydaje się słuszne, że po roz­wią­za­niu Układu War­szaw­skiego NATO wyszło poza swoje gra­nice i pod­jęło się misji sta­bi­li­za­cyj­nych - zapo­bie­ga­ją­cych kon­flik­tom w świe­cie. To inna rola niż roz­jem­cza i poko­jowa sił ONZ. Pod­stawą są dzia­ła­nia zbrojne. Pro­ble­mem staje się, czy wszy­scy człon­ko­wie NATO tak samo postrze­gają misję NATO w świe­cie? I czy będą chcieli uczest­ni­czyć w tych ope­ra­cjach? Być może kry­te­rium prawdy dla soju­szu będzie Afga­ni­stan. Jeśli siłom NATO uda się opa­no­wać tam sytu­ację i powsta­nie sta­bilne pań­stwo afgań­skie, zdolne wła­snymi siłami zapew­nić wewnętrzny pokój, to NATO jako for­muła dzia­ła­nia się obroni. Jeśli nie, to sens ist­nie­nia NATO sta­nie pod zna­kiem zapy­ta­nia. Wów­czas także bez­pie­czeń­stwo Pol­ski może ulec zachwia­niu.

Rosyj­skie plany odbu­dowy impe­rium, czego obecna wła­dza w Moskwie spe­cjal­nie nie ukrywa, i wyraźne sym­pa­tie nie­miec­kie, jeśli idzie o współ­pracę z Rosja­nami, mogą znowu wepchnąć Pol­skę w trudne poło­że­nie. Stąd udział Pol­ski w dzia­ła­niach NATO, też poza Europą, ma zna­cze­nie. Także bli­ska współ­praca sojusz­ni­cza ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi, które chyba jako jedyne mocar­stwo zdają sobie sprawę, jakie pro­cesy poli­tyczne mogą zagro­zić obec­nemu w marę sta­bil­nemu porząd­kowi świa­to­wemu.

No i sprawa ewen­tu­al­nych "euro­pej­skich sił zbroj­nych". To kwe­stia odno­sząca się do naszej kon­cep­cji poli­tyki woj­sko­wej w ukła­dach sojusz­ni­czych. Jak wspo­mnia­łem wyżej, przy­szłość NATO rysuje się nie­zbyt jasno. A sojusz pół­noc­no­atlan­tycki opiera się głów­nie na sile mili­tar­nej USA. Jeśli NATO ule­gnie fal­sy­fi­ka­cji jako sku­teczny sojusz i roz­pad­nie się, to Ame­ry­ka­nie wyco­fają się z Europy. W tej sytu­acji Unia Euro­pej­ska i euro­pej­skie siły zbrojne, z zacho­wa­niem suwe­ren­no­ści w dowo­dze­niu i dys­po­no­wa­niu woj­skiem (co udaje się w NATO), byłyby dla Pol­ski innym wspar­ciem bez­pie­czeń­stwa.

Można by zresztą już dziś, obok NATO, zacząć eta­pami budo­wać woj­skową współ­pracę w tej dzie­dzi­nie, na przy­kład z armiami państw bał­tyc­kich. Nic nie stoi na prze­szko­dzie, by stwo­rzyć wspólne regio­nalne dowódz­two i wspólny plan obrony regionu. Można razem ćwi­czyć woj­ska oraz kształ­cić ofi­ce­rów. Lot­nic­two pol­skie mogłoby na stałe objąć osłonę powietrzną regionu, nato­miast pol­ska mary­narka wojenna ochronę mor­ską. Kolej­nym eta­pem mogłoby być pój­ście dalej w kie­runku pół­noc­nym - Fin­lan­dia, Szwe­cja, Nor­we­gia lub połu­dnio­wym - Sło­wa­cja, Rumu­nia, Węgry. Może w obu jed­no­cze­śnie? Ważną kwe­stią staje się współ­praca woj­skowa z Ukra­iną i pro­ble­mem bar­dziej poli­tycz­nym niż woj­sko­wym jest Bia­ło­ruś.

Two­rząc wschod­nio­eu­ro­pej­ski seg­ment woj­skowy, można by prze­ćwi­czyć pewne roz­wią­za­nia i zapro­po­no­wać je dla całej UE. To mogłaby być taka pol­ska "spe­cja­li­za­cja" i wkład do obron­nej poli­tyki unij­nej. W każ­dym razie pol­ski resort obrony mógłby już dziś eta­pami budo­wać euro­pej­skie siły zbrojne w naszym regio­nie. Z tej pozy­cji mogli­by­śmy stać się ponadto part­ne­rem na przy­kład Fran­cji, Nie­miec i w kon­se­kwen­cji stwo­rzyć coś sen­sow­nego mili­tar­nie, co mia­łoby istotne zna­cze­nie dla bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego Pol­ski i regionu.

Trak­tujmy nasze obecne poło­że­nie jako szansę bez­pie­czeń­stwa, a nie drogę ku kata­stro­fie.