Strachociny. Niewesołe miasteczko - Dominik Łuszczyński

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

- Nieeeeee! - Antek krzyczał, miotając się na chodniku. Próbował wstać i uciec jak najdalej, jednak jego nogi odmówiły posłuszeństwa. Przypominały kłębki waty cukrowej.

- Proszę, nie! - Już zaczął się rozglądać w poszukiwaniu pomocy, gdy nagle zdał sobie sprawę, co tak naprawdę się dzieje. Od razu stwierdził, że jego płacz i krzyk były bez sensu.

Bo kiedy minął pierwszy szok, chłopak w końcu zrozumiał, co przed nim stoi. Miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Jego twarz się rozpromieniła, a szybko bijące serce uspokoiło. Wstał powoli z chodnika i podniósł leżący na nim komiks. Sprawdził, czy się nie uszkodził. Uwielbiał, kiedy jego rzeczy były idealne i zawsze wyglądały jak nowe.

- Ale ty jesteś odważny, Bagiński - rzucił do siebie sarkastycznie.

Tuż przed nim, na wielkim słupie oświetleniowym, znajdowała się duża reklama. Na pierwszy rzut oka mogła się wydawać naprawdę straszna. Nie na tyle jednak, by ktokolwiek krzyczał na jej widok. Składała się ze sporej wielkości plastikowego kościotrupa, który uśmiechał się, szczerząc wszystkie zęby. Jego czarne oczodoły zionęły pustką. W długaśnych rękach miał dziwnie wyglądający szyld. Przypominał stary pergamin z narysowaną mapą skarbów. Znajdowała się na nim jakaś informacja wypisana jasnoczerwoną farbą. Antek zbliżył się i przeczytał każde słowo.

Odwiedź nas, by przeżyć absolutnie fantastyczną przygodę z nutką grozy, głosił pierwszy napis. Pod nim zaś znajdował się kolejny, który brzmiał następująco:

Lunapark Szkieletorów. Czy jest wesoło? Sami tego nie wiemy. Czy strasznie? Gwarantujemy!

- Lunapark? U nas w mieście? - Antek był tak samo zafascynowany reklamą, jak i kompletnie zdziwiony. Strachociny, w których mieszkał, były bardzo małe, i wszystkie tego typu atrakcje zawsze omijały je szerokim łukiem. Tymczasem wydawało się, że do ich miasta ma zawitać coś naprawdę niesamowitego. Antek pomyślał chwilę, czy gdzieś mógł już słyszeć nazwę Lunapark Szkieletorów. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Po raz kolejny zerknął na informację trzymaną przez kościotrupa.

Gabinet osobliwości, sale krzywych luster, labirynt pełen strachów, tunel okropności i wiele innych atrakcji!

Każdy napis zdawał się coraz bardziej zachęcać do tego, aby odwiedzić lunapark. Plastikowy szkielet, który tak bardzo wystraszył Antka, wydawał się teraz dziwnie zadowolony i jeszcze bardziej uśmiechnięty niż kilka minut wcześniej. Szczęśliwy, że jakieś dziecko zainteresowało się trzymaną przez niego reklamą. Zupełnie jakby chciał, żeby zabawiło się w lunaparku choćby przez chwilę.

- Muszę dać znać całej ekipie! - wykrzyknął nagle chłopak, gdy przeczytał ostatnie zdanie umieszczone na reklamie.

Lunapark Szkieletorów przyjeżdżał do ich miasta nazajutrz. Tylko na jeden dzień.

Antek domyślał się, że Damian, Patryk i Ula z pewnością nie przepuszczą takiej okazji.

Biegnąc do domu, chłopak już ani razu nie odwrócił się w stronę plastikowego szkieletu reklamowego. Gdyby tylko to zrobił, zobaczyłby, jak ten - bardzo powoli - odwraca swoją uśmiechniętą czaszkę w jego stronę i uważnie go obserwuje.

Po chwili po plastikowym kościotrupie nie było już śladu.

***

- Nigdzie nie pójdziesz!

- Ale mamo! Dlaczego?

- Bo to nie jest odpowiednie miejsce dla dzieci! Poza tym to bardzo daleko!

- Wrzosowe Pola wcale nie są daleko! Ja idę!

- Na razie pójdziesz, ale do swojego pokoju!

W chwili, kiedy Antek wszedł do mieszkania i pobiegł do mamy, nie wiedział jeszcze, że początkowa wymiana zdań przerodzi się w kłótnię.

Aurelia, jego mama, była burmistrzynią Strachocin i zawsze lubiła mieć wszystko pod kontrolą. Przed wyjściem do pracy codziennie spinała włosy w kok, a na nos wkładała okulary w prostokątnych oprawkach, dzięki którym wyglądała bardzo poważnie. Kiedy jednak Antek powiedział jej o Lunaparku Szkieletorów, jej mina zrobiła się tak poważna, jak jeszcze nigdy. Aurelia niemal natychmiast - i to bardzo kategorycznie - zabroniła synowi zbliżać się choćby na krok do tego miejsca.

- Bez sensu - mruknął Antek, gdy był już w drodze do swojego pokoju. Jego mina mówiła wszystko - obraził się na mamę. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie pozwala mu iść do lunaparku.

- Bez sensu jest twoje przekomarzanie się, Antoni - odpowiedziała mama. - Zdradzić ci sekret? Od dawna wiem, że ma przyjechać do nas lunapark.

- Co?! - zapytał zdumiony chłopak i przystanął. - Ale jak to? - Jego oczy zrobiły się wielkie niczym spodki.

- Każdy, kto chce postawić tak duży obiekt na terenie miasta, musi mieć zgodę burmistrza. I ja się nie zgodziłam. Dlatego lunapark stanie tak daleko. Na skraju Wrzosowych Pól.

Antek stał przed mamą i nie wiedział, co powiedzieć. Był zaskoczony.

- Dlaczego? - To pytanie niemal ugrzęzło mu w gardle.

- Miałam swoje powody - odpowiedziała Aurelia tajemniczo i popatrzyła na syna przeszywającym wzrokiem.

- Ale jednak przyjeżdżają - odrzekł po chwili chłopak.

- Bo Wrzosowe Pola, gdzie stanie Lunapark Szkieletorów, nie leżą już na terenie Strachocin. I między innymi dlatego tam nie pójdziesz. A teraz marsz do pokoju.

Antek chciał jeszcze coś powiedzieć, by przekonać mamę, jednak wystarczyło, że Aurelia pokiwała w jego kierunku palcem wskazującym. Chłopak wiedział, że to koniec dyskusji. Gdyby spróbował się teraz odezwać, mógłby dostać szlaban, a tego naprawdę nie chciał. Westchnął tylko po cichu, spuścił głowę i wszedł do swojego pokoju.

Pokój Antka był nieduży, ale za to wypełniały go różnorakie szafki i półeczki. Na biurku leżał kupiony kilkanaście minut wcześniej komiks. Teraz, gdy Antek był smutny, nawet on nie mógł poprawić jego nastroju.

Chłopak usłyszał przez drzwi, jak mama mówi, że wróci późno z pracy. Zamknęła mieszkanie na wszystkie możliwe zamki i zostawiła syna samego. Cisza trwała jednak tylko chwilę. Praktycznie w tym samym momencie, kiedy Antek miał zamiar zasiąść przy biurku, zadzwonił telefon.

- Może to tata! - wykrzyknął uradowany. Choć jego ojciec - Marek - spędzał dużo czasu za granicą, to był o wiele bardziej wyrozumiały niż mama. Antek liczył na to, że gdy opowie o lunaparku tacie, to ten z pewnością pozwoli mu iść. Gdyby Marek nie był za granicą, na pewno poszedłby tam razem z nim.

- Antek? - W słuchawce usłyszał dziewczęcy głos.

- Ula? - Zdziwił się, rozpoznając koleżankę z klasy.

- Super, że jesteś w domu! Mogę do ciebie przyjść? - zapytała. W jej głosie słychać było zdenerwowanie, ale i zniecierpliwienie.

- No jasne. Ale o co chodzi?

- Musimy się pośpieszyć. W mieście będą działy się naprawdę straszne rzeczy!