Prolog. W obliczu traumy
Prolog
W obliczu traumy
Aby doświadczyć traumy, nie trzeba walczyć
na linii frontu ani trafić do obozu dla uchodźców w Syrii lub w Kongu.
Trauma przydarza się nam, naszym przyjaciołom, krewnym i sąsiadom.
Badania przeprowadzone w USA przez Centers for Disease Control and
Prevention (Centra Kontroli i Prewencji Chorób; CDC) wykazały, że co
piąty Amerykanin był molestowany seksualnie w dzieciństwie, co czwarty
został pobity przez rodziców tak dotkliwie, że zostały mu ślady na
ciele, a co trzecia para zmaga się z problemem przemocy fizycznej we
własnym domu. Co czwarte z nas dorastało w rodzinie, w której jeden z bliskich był alkoholikiem, a co ósme patrzyło, jak bito jego matkę1.
Przedstawiciele gatunku ludzkiego są istotami niezwykle odpornymi. Od
zarania dziejów podnosimy się po bezlitosnych wojnach i niezliczonych
katastrofach (tych naturalnych i tych spowodowanych przez nas samych)
oraz po incydentach przemocy i zdrad w codziennym życiu. Ale każde
traumatyczne doświadczenie pozostawia po sobie ślady, zarówno na wielką
skalę (w historii i kulturze), jak i w naszym najbliższym otoczeniu, a mroczne sekrety są niepostrzeżenie przekazywane z pokolenia na
pokolenie. Ślady pozostają także w naszych umysłach i wpływają na
emocje, rzutują na zdolność do odczuwania radości oraz intymności, a nawet na fizjologię oraz układ odpornościowy.
Trauma dotyka nie tylko tych, którzy bezpośrednio jej doświadczyli, lecz
także wszystkich wokół. Żołnierze wracający do domu z linii frontu mogą
przerażać własne rodziny wybuchami wściekłości albo emocjonalną
obojętnością. Żony mężczyzn cierpiących na zespół stresu pourazowego
(ang. posttraumatic stress disorder; PTSD) często wpadają w depresję,
a dzieci matek z depresją są narażone na zwiększone ryzyko dorastania w atmosferze niepewności i niepokoju. Doświadczanie przemocy w środowisku
rodzinnym w dzieciństwie często utrudnia nawiązywanie stabilnych,
opartych na zaufaniu relacji w dorosłym życiu.
Trauma z definicji jest czymś nie do zniesienia, nie do zaakceptowania.
U większości ofiar gwałtów, weteranów wojennych czy molestowanych dzieci
sama myśl o przeżytej traumie wywołuje tak silny lęk, że próbują oni
wyprzeć te wspomnienia i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Życie w cieniu wspomnień o terrorze oraz wstyd płynący z doświadczenia skrajnej
bezsilności i bezbronności wymagają ogromnego wysiłku.
Choć wszyscy chcemy zostawić traumę za sobą, część naszego mózgu
odpowiedzialna za przetrwanie (działająca głęboko pod warstwą mózgu
racjonalnego) nieszczególnie dobrze radzi sobie z wypieraniem
negatywnych wspomnień. Reminiscencje traumatycznego zdarzenia -?nawet
długo po jego zakończeniu -?mogą zostać na nowo rozbudzone przez choćby
cień niebezpieczeństwa, który ożywi zaburzone obwody mózgu i skłoni je
do wydzielania ogromnych ilości hormonów stresu. Rodzi to nieprzyjemne
emocje, silne doznania somatyczne oraz impulsywne i agresywne
zachowania. Tego rodzaju posttraumatyczne reakcje wydają się
niezrozumiałe i przytłaczające. Osoby, które przeżyły traumę, często
czują, że nie są w stanie nad nimi zapanować, i obawiają się, że są
nieodwracalnie zaburzone.
* * *
Po raz pierwszy zainteresowałem się medycyną podczas obozu letniego, gdy
miałem czternaście lat. Mój kuzyn Michael nie dawał mi spać, wyjaśniając
zawiłości działania nerek. Opowiadał, jak substancje będące pochodnymi
przemiany materii wydalają, a potem odzyskują te, które pozwalają
utrzymać homeostazę organizmu. Urzekły mnie jego opowieści o niezwykłych
aspektach funkcjonowania ciała. Później, na poszczególnych etapach
studiowania medycyny -?niezależnie od tego, czy zgłębiałem chirurgię,
kardiologię czy pediatrię -?uważałem za oczywiste, że warunkiem
zdrowienia jest zrozumienie działania całego ludzkiego organizmu. Ale
gdy rozpocząłem staż psychiatryczny, zdumiał mnie kontrast między
niewiarygodną złożonością umysłu oraz różnorodnością interakcji i więzi
międzyludzkich a tym, jak niewiele psychiatrzy wiedzą o źródłach
problemów, które leczą. Czy któregoś dnia będziemy znać tajniki mózgów,
umysłów i miłości tak dobrze, jak znamy inne układy składające się na
ludzki organizm?
Choć od osiągnięcia tak głębokiego zrozumienia dzielą nas jeszcze długie
lata, narodziny trzech dziedzin nauki zapoczątkowały prawdziwą eksplozję
wiedzy o skutkach traumy, nadużyć i zaniedbań. Te nowe dyscypliny to:
neuronauka, zajmująca się badaniem procesów umysłowych zachodzących w mózgu; psychopatologia rozwojowa, która bada wpływ niekorzystnych
doświadczeń na rozwój umysłu i mózgu; oraz neurobiologia
interpersonalna, która skupia się na tym, jak nasze zachowania wpływają
na emocje, fizjologię i nastawienie otaczających nas osób.
Badania prowadzone w ramach tych nowych dyscyplin pokazały, że trauma
przyczynia się do rzeczywistych, fizjologicznych zmian, obejmujących
przestrojenie systemu alarmowego mózgu, wzrost aktywności hormonów
stresu oraz modyfikacje w układzie, który odsiewa informacje istotne od
nieistotnych. Zmiany te wyjaśniają, dlaczego ludzie straumatyzowani
stają się nadmiernie wyczuleni na zagrożenia, przez co rzadziej
przejawiają spontaniczne zachowania w codziennym życiu. Pomagają one
także zrozumieć, dlaczego osoby obciążone traumą tak często powtarzają
te same problematyczne zachowania i mają trudności z uczeniem się na
błędach. Wiemy obecnie, że takie postępowanie nie wynika z braku kompasu
moralnego lub silnej woli i nie jest przejawem złego charakteru, lecz
zostało spowodowane rzeczywistymi zmianami, do jakich doszło w ich
mózgach.
Ogromny wzrost wiedzy dotyczącej podstawowych procesów leżących u podstaw traumy przyczynił się do powstania nowych możliwości łagodzenia
lub nawet eliminowania wyrządzonych przez nią szkód. Możemy opracowywać
metody i techniki, które pomogą ocalałym odzyskać pełnię życia tu i teraz -?oraz znaleźć siłę, by iść dalej. W metodach tych zasadniczo da
się wyróżnić trzy podejścia: (1) odgórne, polegające na rozmowie,
nawiązywaniu (ponownym) kontaktu z innymi oraz poznawaniu i pojmowaniu
tego, co dzieje się w nas podczas przetwarzania traumatycznych
wspomnień; (2) polegające na przyjmowaniu leków, które blokują
nieprawidłowe reakcje alarmowe, bądź opierające się na wykorzystywaniu
technik, które wpływają na sposób uporządkowania informacji w mózgu;
oraz; (3) oddolne, polegające na pozwalaniu ciału na przeżywanie
doświadczeń, które na głębokim i instynktownym poziomie stanowią
zaprzeczenie bezradności, wściekłości lub załamania nerwowego, będących
skutkiem traumy. O tym, które z tych podejść okaże się najlepsze w przypadku konkretnego ocalałego, należy się przekonać empirycznie.
Większość osób, z którymi pracowałem, wymagała ich połączenia.
Na tym polega praca mojego życia. Pomagali mi w niej koledzy i studenci
z Trauma Center, które założyłem trzydzieści lat temu. Wspólnie
leczyliśmy tysiące straumatyzowanych dzieci i dorosłych: ofiary
molestowania, klęsk żywiołowych, wojen, wypadków i handlu ludźmi; osoby,
które doświadczyły przemocy ze strony najbliższych i ludzi zupełnie
obcych. Od lat praktykujemy szczegółowe omawianie problemów wszystkich
pacjentów podczas cotygodniowych spotkań zespołu terapeutycznego, a także dokładne ocenianie skuteczności różnych form terapii w odniesieniu
do poszczególnych osób.
Nasza główna misja polega na roztaczaniu opieki nad dziećmi i dorosłymi
zgłaszającymi się do nas na terapię. Równocześnie od początku
angażowaliśmy się w badania nad wpływem traumatycznego stresu na różne
grupy oraz nad tym, które metody leczenia są najskuteczniejsze.
Otrzymywaliśmy wsparcie w postaci grantów badawczych z National
Institute of Mental Health (Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego),
National Center for Complementary and Alternative Medicine (Narodowego
Centrum Medycyny Komplementarnej i Alternatywnej), Centers for Disease
Control and Prevention i wielu prywatnych fundacji, dzięki czemu
mogliśmy badać skuteczność rozmaitych form leczenia -?od farmakoterapii,
przez terapię rozmową, jogę, EMDR (odwrażliwianie i przetwarzanie za
pomocą ruchu gałek ocznych) i teatr, aż po neurofeedback.
Wyzwanie zawiera się w następującym pytaniu: "Jak ludzie mogą zyskać
kontrolę nad pozostałościami dawnej traumy i na nowo przejąć stery
swojego życia?". Pomocne okazują się rozmowa, zrozumienie i więzi
międzyludzkie, leki mogą natomiast łagodzić nadmierną aktywność systemów
alarmowych. Widzimy jednak, że piętna przeszłości można przemienić i że
można odzyskać samokontrolę dzięki doświadczeniom fizycznym, które
bezpośrednio przeciwstawiają się bezsilności, wściekłości i załamaniu
nerwowemu -?nieodłącznym elementom traumy. Nie mam ulubionej metody
leczenia -?nie istnieje bowiem jedno uniwersalne podejście, które
sprawdziłoby się u każdego. Praktykuję więc wszystkie formy terapii
omówione w tej książce. Każda z nich może doprowadzić do głębokich
zmian, w zależności od natury konkretnego problemu oraz specyfiki danego
pacjenta.
Napisałem tę książkę, by służyła jako przewodnik, a zarazem stała się
zaproszeniem do zmierzenia się z realiami traumy; do odkrywania, jak
najlepiej ją leczyć, oraz do zobowiązania się w ramach całego
społeczeństwa, by zapobiegać jej występowaniu wszelkimi dostępnymi
środkami.
Rozdział 1. Lekcje od weteranów z Wietnamu
Rozdział 1
Lekcje od weteranów z Wietnamu
Stałem się tym, kim teraz jestem, kiedy miałem dwanaście lat, pewnego
mroźnego, pochmurnego dnia zimą roku 1974 (...). Dawno temu; zdążyłem
jednak przekonać się, że nieprawdą jest to, co mówią o przeszłości -?że
czas leczy wszelkie rany (...). Teraz wiem, że w ten opuszczony zaułek
spoglądam od dwudziestu sześciu lat.
-?Khaled Hosseini, Chłopiec z latawcem1
Życie niektórych osób układa się w spójną opowieść. Moje miało wiele
przerw i ponownych początków. Tak właśnie działa trauma. Przerywa wątek
(...). Po prostu się przydarza, a życie toczy się dalej. Nikt nie może nas
na nią przygotować.
-?Jessica Stern, To nie mogło się zdarzyć2
Wtorek, po świątecznym weekendzie, 4 lipca
1978 roku był moim pierwszym dniem pracy jako psychiatry w bostońskiej
klinice Veterans Administration (Departament ds. Weteranów; VA).
Wieszałem właśnie na ścianie nowego gabinetu reprodukcję mojego
ulubionego obrazu Pietera Bruegla, Ślepcy prowadzący ślepców, kiedy
usłyszałem jakiś hałas dobiegający z recepcji znajdującej się na końcu
korytarza. Chwilę później drzwi się otworzyły i do środka wpadł wielki
rozczochrany mężczyzna w poplamionym trzyczęściowym garniturze, z egzemplarzem magazynu "Soldier of Fortune" pod pachą. Olbrzym był
niewątpliwie skacowany i tak wzburzony, że nie miałem pojęcia, jak
mógłbym mu pomóc. Poprosiłem, żeby usiadł i powiedział, co mogę dla
niego zrobić.
Miał na imię Tom. Dziesięć lat wcześniej służył w piechocie morskiej i walczył w Wietnamie. Świąteczny weekend, zamiast z rodziną, spędził w swojej kancelarii prawnej w centrum Bostonu, pijąc alkohol i oglądając
stare zdjęcia. Wiedział z doświadczenia, że rumor, fajerwerki i piknik w ogrodzie siostry, otulonym wczesnoletnią zielenią, doprowadzą go do
szału -?wszystko to kojarzyło mu się z Wietnamem. Kiedy się denerwował,
wolał nie przebywać z rodziną, ponieważ obawiał się, że zacznie
przejawiać agresywne zachowania wobec żony i dwóch małych synów. Hałas
czyniony przez dzieci drażnił go do tego stopnia, że wybiegał z domu, by
nie wyrządzić im krzywdy. Uspokajały go jedynie picie na umór i ryzykownie szybka jazda harleyem.
Noc nie przynosiła ukojenia -?jego sen raz po raz rozdzierały koszmary o zasadzce na wietnamskim polu ryżowym, gdzie niemal wszyscy towarzysze z plutonu polegli lub odnieśli rany. Powracały do niego też koszmarne
obrazy martwych wietnamskich dzieci. Wizje były tak potworne, że bał się
zasnąć i przez większość nocy szukał znieczulenia w alkoholu. Rano żona
zastawała go nieprzytomnego na kanapie w salonie i gdy przygotowywała
chłopcom śniadanie, musiała chodzić na paluszkach, podobnie jak oni.
Tom opowiedział mi o swojej sytuacji i wspomniał, że ukończył liceum
jako prymus. Było to w 1965 roku. Potem zaś, zgodnie z rodzinną
tradycją, właściwie od razu zaciągnął się do piechoty morskiej. Jego
ojciec w czasie II wojny światowej służył w armii generała Pattona, a Tom nigdy nie kwestionował ojcowskich oczekiwań -?jako człowiek
wysportowany, inteligentny i mający zdolności przywódcze po ukończeniu
podstawowego szkolenia czuł się silny i skuteczny. Należał do zespołu,
który był gotowy na wszystko. W Wietnamie szybko został dowódcą plutonu
i miał ośmiu podkomendnych. Umiejętność przetrwania w błocie, pod ogniem
karabinów maszynowych, może dać ludziom poczucie, że poradzą sobie w prawie każdej sytuacji. Kiedy Tom odsłużył swoje i z honorami przeszedł
w stan spoczynku, pragnął jedynie zostawić Wietnam za sobą. I na pozór
to właśnie zrobił. Poszedł do college'u i ukończył studia prawnicze -
jedno i drugie dzięki programom wsparcia dla weteranów -?a potem
poślubił swoją licealną miłość i doczekał się dwóch synów. Niepokoił go
jednak jego chłód emocjonalny względem żony, choć to przecież jej listy
utrzymywały go przy zdrowych zmysłach w piekle wietnamskiej dżungli. Tom
usiłował zachowywać się normalnie, mając nadzieję, że w końcu uda mu się
naprawdę odzyskać dawne życie. Kiedy do mnie przyszedł, miał
prosperującą kancelarię i rodzinę jak z obrazka. Nie czuł się jednak do
końca sobą -?jakby był martwy w środku.
Mimo że Tom był pierwszym weteranem, z jakim zetknąłem się na
płaszczyźnie zawodowej, wiele elementów jego historii było mi znanych.
Dorastałem w powojennej Holandii, gdzie bawiłem się w zbombardowanych
budynkach, i byłem synem człowieka, który jako otwarty przeciwnik
nazistów trafił do obozu. Ojciec wprawdzie nigdy nie rozpowiadał o swoich wojennych przeżyciach, lecz miewał wybuchy wściekłości, które
wprawiały mnie -?wtedy wciąż małego chłopca -?w prawdziwe osłupienie.
Jak to możliwe, że człowiek, który każdego ranka, gdy reszta rodziny
jeszcze spała, cicho schodził po schodach, by oddać się modlitwie i lekturze Biblii, mógł mieć tak porywczy temperament? Jak ktoś, kto
poświęcił życie walce o sprawiedliwość społeczną, mógł być do tego
stopnia przepełniony gniewem? Byłem świadkiem podobnie zagadkowego
zachowania u mojego wujka, który został pojmany przez Japończyków w holenderskich wówczas Indiach Wschodnich (obecnie Indonezja) i wysłany
na przymusowe roboty w Birmie (obecnie Mjanma), gdzie pracował przy
wznoszeniu słynnego mostu na rzece Kwai. On także rzadko wspominał o wojnie, znacznie częściej zaś wybuchał niepohamowanym gniewem.
Słuchając Toma, zastanawiałem się, czy mój wujek i ojciec miewali
koszmary i nawracające wspomnienia. Czy oni także czuli się
zdystansowani emocjonalnie od najbliższych i czy również nie byli zdolni
do odczuwania prawdziwej przyjemności? Gdzieś z tyłu głowy musiałem też
mieć wspomnienia mojej przerażonej (a często też budzącej przerażenie)
matki, która czasem napomykała o traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, a jak wydaje mi się z dzisiejszej perspektywy,
niejednokrotnie ponownie je odgrywała. Kiedy pytałem o przeszłość, miała
w zwyczaju nagle mdleć, a potem oskarżała mnie, że to przeze mnie
znalazła się w takim stanie.
Gdy przekonał się, że naprawdę go słucham, Tom zaczął opowiadać o ogromnym przerażeniu i zagubieniu. Bał się, że idzie w ślady ojca, który
był wiecznie zły i rzadko rozmawiał ze swoimi dziećmi, chyba że chciał w nieprzychylny sposób porównać je do swoich towarzyszy broni, którzy w okolicach Bożego Narodzenia w 1944 roku stracili życie podczas bitwy o Ardeny.
Kiedy sesja dobiegała końca, zrobiłem to, co zwykle robią lekarze:
skupiłem się na tej części historii, którą sądziłem, że rozumiem -?czyli
na koszmarach Toma. Podczas studiów medycznych pracowałem w laboratorium
snu, obserwując cykle snu i marzeń sennych u badanych. Miałem też na
koncie kilka publikacji na temat koszmarów. Ponadto uczestniczyłem we
wczesnych badaniach nad dobroczynnym wpływem środków psychoaktywnych,
które wtedy -?w latach 70. -?dopiero zaczęto stosować. Choć nie zdawałem
sobie w pełni sprawy ze skali problemów Toma, koszmary były dla mnie
punktem zaczepienia, a jako entuzjastyczny zwolennik lepszego życia
dzięki chemii przepisałem mu lek, który miał skutecznie ograniczać ich
częstość i nasilenie. Zaprosiłem Toma na wizytę kontrolną za dwa
tygodnie.
Podczas następnej wizyty już na wstępie zapytałem Toma, jak zadziałał
lek. Odparł, że nie wziął ani pigułki. Usiłując ukryć poirytowanie,
zapytałem o powody. "Zdałem sobie sprawę z tego, że gdybym wziął ten
środek i pozbył się koszmarów -?wyjaśnił -?to tak, jakbym porzucił moich
przyjaciół, a ich śmierć poszłaby wtedy na marne. Muszę być żywym
pomnikiem poległych towarzyszy z Wietnamu".
Osłupiałem: lojalność Toma względem zmarłych nie pozwalała mu żyć
własnym życiem, podobnie jak jego ojcu nie pozwalało żyć oddanie wobec
przyjaciół żołnierzy. Wyniesione z pól bitewnych doświadczenia syna i ojca sprawiły, że reszta ich życia stała się nieistotna. Jak do tego
doszło i czy dało się z tym coś zrobić? Tamtego ranka zdałem sobie
sprawę z tego, że resztę życia zawodowego prawdopodobnie spędzę na
próbach odkrywania tajemnic traumy. Dlaczego czyjeś przerażające
doświadczenia nieodwołalnie więżą go w przeszłości? Jakie zjawiska
zachodzące w ludzkim umyśle sprawiają, że człowiek uparcie tkwi w pułapce miejsca, które tak rozpaczliwie pragnie opuścić? Czemu wojna
Toma nie zakończyła się w lutym 1969 roku -?z chwilą gdy rodzice
wyściskali go na Logan International Airport w Bostonie po długim locie
powrotnym z Da Nang?
Potrzeba Toma, by odgrywać rolę żywego pomnika swoich towarzyszy,
uświadomiła mi, że cierpi on na zaburzenie, którego złożoność znacznie
wykracza poza złe wspomnienia, zakłócenia równowagi chemicznej w mózgu
czy zmiany w obwodach decydujących o odczuwaniu strachu. Przed zasadzką
na polu ryżowym Tom był oddanym i lojalnym przyjacielem -?człowiekiem,
który cieszył się życiem, miał wiele zainteresowań i zdolność do
odczuwania przyjemności. W jednej przerażającej chwili trauma odmieniła
wszystko.
Podczas mojej praktyki w VA poznałem wielu mężczyzn, którzy reagowali
podobnie. Nawet w obliczu drobnych uciążliwości weterani często w jednej
chwili wpadali w skrajną wściekłość. Na płytach gipsowo-kartonowych w publicznie dostępnych częściach kliniki pełno było śladów po uderzeniach
ich pięści, a ochroniarze co rusz musieli strzec recepcjonistów i rzeczoznawców ubezpieczeniowych przed rozjuszonymi weteranami. Ich
zachowania, rzecz jasna, przerażały -?ale mnie także ciekawiły.
W domu z żoną zmagaliśmy się z podobnymi problemami u naszych
kilkulatków, które regularnie wpadały w złość, gdy kazaliśmy im jeść
szpinak lub włożyć skarpetki. Dlaczego więc zupełnie nie przejmowałem
się niedojrzałym zachowaniem moich dzieci, ale głęboko niepokoiło mnie
to, co działo się z weteranami (oczywiście biorąc poprawkę na rozmiar,
jako że ci potężni mężczyźni byli w stanie wyrządzić znacznie większe
szkody niż nasze maluchy)? Byłem bowiem głęboko przekonany, że dzięki
właściwej opiece moje dzieci nauczą się radzić sobie z frustracją i rozczarowaniem. Wątpiłem jednak w to, czy zdołam pomóc weteranom
odzyskać utraconą na wojnie samokontrolę.
Niestety, moje szkolenie psychiatryczne w żadnej mierze nie przygotowało
mnie do radzenia sobie z wyzwaniami, jakie stawiali przede mną Tom i inni weterani. Udałem się do biblioteki medycznej, aby poszukać książek
poruszających kwestie neuroz wojennych, nerwicy frontowej, wyczerpania
bojowego i innych terminów lub diagnoz, które mogłyby rzucić światło na
przypadłości tych pacjentów. Ku mojemu zaskoczeniu w bibliotece w VA nie
było ani jednej pozycji na temat żadnego z wymienionych zaburzeń. Minęło
pięć lat, odkąd ostatni amerykański żołnierz opuścił Wietnam, a kwestia
traumy wojennej wciąż zdawała się nikogo nie obchodzić. W końcu w bibliotece Countway w Harvard Medical School odkryłem opublikowaną w 1941 roku książkę zatytułowaną The Traumatic Neuroses of War
[Traumatyczne wojenne nerwice pourazowe] psychiatry Abrama Kardinera.
Lekarz przedstawił w niej swoje spostrzeżenia dotyczące weteranów I wojny światowej, a sama książka ukazała się z myślą o ogromnej fali
ofiar nerwicy frontowej, jakiej nadejście przewidywano w kontekście
trwającej wówczas II wojny światowej1.
Kardiner opisał w niej te same zjawiska, które obserwowałem: po wojnie
jego pacjentów ogarniało poczucie beznadziei. Stawali się wyobcowani i oderwani od rzeczywistości, nawet jeśli wcześniej funkcjonowali dobrze.
To, co Kardiner nazwał "traumatycznymi neurozami" (ang. traumatic
neuroses), dziś określamy mianem zespołu stresu pourazowego, czyli
PTSD. Badacz zauważył, że u osób cierpiących na nerwice pourazowe
wykształca się skłonność do nieustannego bycia w pogotowiu i wyczulenie
na zagrożenia. Moją uwagę w szczególności zwróciło podsumowanie: "Istotą
nerwicy jest fizjonerwica"2. Innymi słowy -
wbrew przypuszczeniom niektórych ludzi -?stres pourazowy nie "siedzi
wyłącznie w głowie", lecz ma podłoże fizjologiczne. Kardiner już wtedy
zdawał sobie sprawę z tego, że źródłem objawów jest reakcja całego ciała
na pierwotną traumę.
Spostrzeżenia naukowca potwierdzały moje obserwacje, co w jakimś sensie
mnie pokrzepiało, choć nie zawierały wielu wskazówek dotyczących tego,
jak mogę pomóc weteranom. Brak literatury stanowił przeszkodę, lecz
Elvin Semrad, mój wybitny nauczyciel, zawsze powtarzał, abyśmy
podchodzili do podręczników ze sceptycyzmem. Mawiał, że mamy tylko jeden
prawdziwy podręcznik: pacjentów, i powinniśmy ufać jedynie temu, czego
uczymy się od nich, oraz własnemu doświadczeniu. Wydaje się to proste,
lecz Semrad -?choć sam sugerował bazowanie na własnej wiedzy -?ostrzegał
zarazem, jak trudny jest to proces. Ludzie z natury są bowiem ekspertami
w myśleniu życzeniowym i zaciemnianiu prawdy. Pamiętam, jak powiedział:
"Głównym źródłem naszego cierpienia są kłamstwa, które sobie
powtarzamy". Gdy pracowałem w VA, szybko odkryłem, jak bolesne może być
stawianie czoła rzeczywistości. Dotyczyło to zarówno moich pacjentów,
jak i mnie samego.
Tak naprawdę nie chcemy wiedzieć, przez co przechodzą żołnierze na polu
walki. Tak naprawdę nie chcemy wiedzieć, ile dzieci jest molestowanych i maltretowanych ani w ilu związkach -?a jak się okazuje, prawie w jednej
trzeciej -?na jakimś etapie dochodzi do przemocy. Wolimy myśleć o rodzinach jako o bezpiecznych przystaniach w bezdusznym świecie, a o ojczyźnie jako o miejscu zamieszkanym przez oświeconych, cywilizowanych
ludzi. Wolimy wierzyć, że okrucieństwo jest domeną jakichś odległych
rejonów i krajów, takich jak Darfur czy Kongo. Wystarczająco trudno jest
być świadkiem czyjegoś bólu. Nie powinno więc dziwić, że osoby dotknięte
traumą często nie są w stanie znieść wspomnień i sięgają po substancje
psychoaktywne, alkohol lub samookaleczenia, by stłumić świadomość nie do
zniesienia.
Tom i inni weterani byli moimi pierwszymi nauczycielami w dążeniu do
zrozumienia tego, jak przytłaczające doświadczenia są w stanie niszczyć
życie, oraz do poszukiwania sposobów na to, by mogli na nowo zacząć żyć
pełną piersią.
Trauma i utrata siebie
Pierwsze badanie, które przeprowadziłem w VA, zaczęło się od
systematycznego pytania weteranów o ich przeżycia w Wietnamie. Chciałem
się dowiedzieć, co popchnęło ich na skraj przepaści i dlaczego niektórzy
załamali się pod wpływem tego doświadczenia, inni byli zaś w stanie
wrócić do normalnego życia3. Większość
mężczyzn, z którymi rozmawiałem, udawała się na wojnę w przeświadczeniu,
że jest do niej dobrze przygotowana, a rygor szkolenia podstawowego i wspólne mierzenie się z niebezpieczeństwami zbliżyły ich do siebie.
Wymieniali się zdjęciami rodzin i partnerek. Tolerowali niedociągnięcia
towarzyszy i byli gotowi zaryzykować dla nich życie. Większość miała
zaufanego kolegę, któremu zwierzała się z najmroczniejszych sekretów, a niektórzy dzielili się nawet koszulkami i skarpetkami.
Wielu spośród tych mężczyzn miało przyjaźnie podobne do tej, jaką Tom
nawiązał z Alexem. Tom poznał Alexa -?Włocha zamieszkałego w Malden w stanie Massachusetts -?pierwszego dnia w obcym kraju i od razu nawiązali
nić porozumienia. Wspólnie jeździli jeepem, słuchali tej samej muzyki i czytali sobie nawzajem listy z domu. Razem się upijali i uganiali się za
tymi samymi wietnamskimi dziewczynami z barów.
Pewnego dnia tuż przed zachodem słońca, po mniej więcej trzech
miesiącach misji, Tom wyprowadził oddział na patrol przez pole ryżowe.
Nagle z zielonej ściany drzew otaczającej ich dżungli posypał się grad
strzałów, które trafiały jego towarzyszy, jednego po drugim. Tom
opowiedział mi, że patrzył bezsilnie, jak w ciągu zaledwie kilku sekund
wszyscy członkowie jego plutonu zostają zabici lub ranni. Nigdy nie
udało mu się wyrzucić z pamięci jednego obrazu: Alexa leżącego na polu
ryżowym twarzą do dołu, ze stopami w górze. Rozpłakał się, gdy o tym
wspominał: "Był jedynym prawdziwym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek
miałem". Później Tom co noc słyszał krzyki swoich ludzi i widział ich
ciała padające na podmokły grunt. Wszelkie dźwięki, zapachy lub obrazy,
które kojarzyły mu się z zasadzką (na przykład odgłosy sztucznych ogni w Dzień Niepodległości), sprawiały, że czuł się tak samo sparaliżowany,
przerażony i wściekły jak tego dnia, gdy śmigłowiec ewakuował go z pola
ryżowego.
Być może jeszcze gorsze niż nawracające retrospekcje z zasadzki były
wspomnienia tego, co wydarzyło się później. Mogłem sobie wyobrazić, jak
wściekłość z powodu śmierci przyjaciela może stać się przyczyną
kolejnych nieszczęść. Zanim Tom zdobył się na odwagę, by mi o tym
opowiedzieć, przez kilka miesięcy zmagał się z paraliżującym wstydem. Od
niepamiętnych czasów weterani wojenni, tacy jak Achilles z Iliady
Homera, reagowali na śmierć towarzyszy aktami okrutnej zemsty. Nazajutrz
po zasadzce Tom wpadł w szał w pobliskiej wiosce, gdzie zabił dzieci,
zastrzelił niewinnego rolnika i zgwałcił wietnamską kobietę. Po czymś
takim normalny powrót do domu stał się właściwie niemożliwy. Jak mógłbyś
stanąć twarzą w twarz ze swoją ukochaną i powiedzieć jej, że brutalnie
kogoś zgwałciłeś; wyrządziłeś potworną krzywdę osobie takiej jak ona?
Jak mógłbyś patrzeć na stawiającego pierwsze kroki synka, wracając
myślami do dziecka, które zamordowałeś? Tom przeżył śmierć Alexa tak,
jakby nieodwracalnie zniszczona została jakaś jego część -?część dobra,
honorowa i godna zaufania. Trauma, niezależnie od tego, czy jest
wynikiem czegoś, co zrobiono tobie, czy raczej czegoś, co zrobiłeś sam,
prawie zawsze utrudnia nawiązywanie intymnych relacji. Jak możesz
nauczyć się ponownie zaufać sobie albo komukolwiek innemu po
doświadczeniu czegoś tak niewyobrażalnego? I na odwrót: jak możesz wejść
w intymną relację po tym, jak padłeś ofiarą brutalnego gwałtu?
Tom sumiennie przychodził na wizyty, a ja stawałem się dla niego kołem
ratunkowym -?ojcem, którego obecności nigdy tak naprawdę nie czuł;
Alexem, który przeżył zasadzkę. Potrzeba wielkiego zaufania i odwagi,
aby pozwolić sobie na pamiętanie. Dla osób dźwigających brzemię traumy
jednym z najtrudniejszych wyzwań jest zmierzenie się ze wstydem
dotyczącym własnego zachowania w trakcie traumatycznego wydarzenia,
niezależnie od tego, czy ów wstyd jest obiektywnie uzasadniony (jak w przypadku popełniania okrutnych czynów), czy nie (jak w przypadku
dziecka, które próbuje udobruchać oprawcę). Jedną z pierwszych osób
opisujących to zjawisko była Sarah Haley, która zajmowała w klinice VA
gabinet znajdujący się przez ścianę z moim. W publikacji zatytułowanej
Kiedy pacjent mówi o okrucieństwach4, która
stała się istotnym punktem wyjścia do zdefiniowania diagnozy PTSD, Sarah
opisała niezwykle trudne do przełamania bariery przed mówieniem (oraz
słuchaniem) o straszliwych czynach, jakie często popełniają żołnierze w czasie działań wojennych. Wystarczająco trudno jest stawić czoło
cierpieniu zadanemu przez innych. Tymczasem wiele straumatyzowanych osób
w głębi duszy jeszcze bardziej prześladuje wstyd odczuwany z powodu
tego, co same zrobiły lub czego nie zrobiły w zaistniałych
okolicznościach. Gardzą tym, jak bardzo czuły się przerażone, bezwolne,
rozgorączkowane albo wściekłe.
W późniejszych latach zetknąłem się z podobnym zjawiskiem u ofiar
molestowania w dzieciństwie. Większość z nich przepełnia straszliwy
wstyd z powodu tego, co robiły, by przeżyć i podtrzymać więź ze swoim
prześladowcą. Dotyczyło to zwłaszcza tych częstych sytuacji, gdy sprawcą
był ktoś bliski dziecku -?człowiek, od którego pozostawało ono zależne.
Skutkiem tego może być niepewność (byłem ofiarą czy chętnym
uczestnikiem?), która z kolei prowadzi do zatarcia granic między
miłością a strachem; bólem a przyjemnością. Do tej kwestii będę wracał w dalszej części książki.
Odrętwienie
Być może najgorszym spośród objawów Toma było emocjonalne odrętwienie. Z całego serca chciał kochać swoją rodzinę, lecz po prostu nie umiał
wzbudzić w sobie głębokich uczuć do żadnego z bliskich. Czuł się
emocjonalnie zdystansowany od wszystkich, jakby jego serce skuł lód, a on sam żył za szklaną ścianą. Odrętwienie to obejmowało także jego
samego. Poza chwilowymi napadami wściekłości i wstydem nie czuł
właściwie nic. Wyznał, że z trudem rozpoznawał się w lustrze przy
goleniu. Słysząc własne słowa w sądzie, gdy występował w imieniu
klienta, czuł się tak, jakby obserwował siebie z oddali. Dziwił się, jak
ten facet, który wygląda i mówi całkiem jak on, jest w stanie wysuwać
tak przekonujące argumenty. Kiedy wygrywał sprawę, udawał zadowolenie, a kiedy przegrywał, miał takie wrażenie, jakby przewidział porażkę
wcześniej i pogodził się z nią, zanim jeszcze do niej doszło. Choć był
bardzo skutecznym prawnikiem, zawsze odnosił wrażenie zawieszenia w nieokreślonej przestrzeni, pozbawienia poczucia kierunku i sensu.
Jedynym, co raz na jakiś czas przynosiło mu ulgę od wrażenia
bezcelowości, było intensywne zaangażowanie w konkretną sprawę. W trakcie naszej terapii Tom bronił gangstera oskarżonego o morderstwo.
Przez cały proces był bez reszty pochłonięty opracowywaniem strategii
wygrania sprawy i niejednokrotnie zarywał noce, by zagłębić się w coś,
co rzeczywiście go ekscytowało. Tłumaczył mi, że to jak udział w wojnie
-?czuł wtedy, że żyje pełną piersią i nic innego nie ma dla niego
znaczenia. Ale w chwili, gdy wygrał tę sprawę, uleciały z niego cała
energia i poczucie celu. Koszmary wróciły, podobnie jak napady
wściekłości, które były tak silne, że musiał przeprowadzić się do
motelu, by nie skrzywdzić żony ani dzieci. Samotność także była jednak
przerażająca, z pełną mocą wracały w niej bowiem widma wojny. Tom starał
się zaprzątnąć czymś umysł. Pracował, pił alkohol, brał narkotyki i robił wszystko, byle uniknąć konfrontacji ze swoimi demonami.
Ciągle przeglądał egzemplarze "Soldier of Fortune", fantazjując o zaciągnięciu się w charakterze najemnika do udziału w jednym z licznych
konfliktów zbrojnych o zasięgu regionalnym, jakie szalały wówczas w Afryce. Tamtej wiosny wyprowadził swojego harleya i ruszył w podróż
autostradą Kancamagus w New Hampshire. Wibracje, prędkość jazdy i związane z nią niebezpieczeństwo pomogły mu się pozbierać na tyle, że
był w stanie opuścić pokój w motelu i wrócić do rodziny.
Reorganizacja percepcji
Inne badanie, jakie przeprowadziłem w VA, zaczęło się od gromadzenia
informacji o koszmarach, a skończyło na zgłębianiu tego, jak trauma
wpływa na ludzkie postrzeganie i wyobraźnię. Jako pierwszy do mojego
badania koszmarów zgłosił się Bill, były lekarz wojskowy, który dekadę
wcześniej brał udział w ciężkich walkach w Wietnamie. Po przejściu do
cywila zgłosił się do seminarium duchownego i został przydzielony do
pierwszej parafii, kościoła kongregacyjnego na przedmieściach Bostonu.
Radził sobie całkiem dobrze, dopóki jemu i jego żonie nie przyszło na
świat pierwsze dziecko. Niedługo potem żona Billa, pielęgniarka, wróciła
do pracy, on zaś pozostał w domu, gdzie opiekował się niemowlęciem,
opracowywał cotygodniowe kazania i zajmował się innymi obowiązkami
parafialnymi. Już pierwszego dnia, kiedy został sam z dzieckiem, które
zaczęło płakać, nagle zalała go fala niedających się wytrzymać obrazów
umierających dzieci w Wietnamie.
Bill musiał zadzwonić do żony, by przyjechała zająć się ich pociechą, a sam, spanikowany, znalazł się w VA. Powiedział, że wciąż słyszy płacz
małych dzieci i widzi ich poparzone, zakrwawione buzie. Moi koledzy
lekarze uznali, że to psychoza, ponieważ zgodnie z wiedzą zawartą w podręcznikach z tamtych czasów halucynacje słuchowe i wzrokowe stanowiły
objawy schizofrenii paranoidalnej. W tych samych książkach, w których
opisano wskazania do postawienia takiej diagnozy, przytaczano także
przyczynę schorzenia: psychoza Billa miała być wywołana przez poczucie
emocjonalnego odsunięcia na boczny tor przez żonę, która przelała swoje
uczucia na nowo narodzone dziecko.
Gdy przyszedłem tego dnia na izbę przyjęć, zobaczyłem Billa otoczonego
przez zatroskanych lekarzy, którzy zamierzali podać mu silne leki
przeciwpsychotyczne i wysłać na oddział zamknięty. Opisali jego objawy i poprosili mnie o opinię. Ponieważ pracowałem wcześniej na oddziale
specjalizującym się w leczeniu schizofreników, przypadek Billa bardzo
mnie zaintrygował. Coś w jego diagnozie mi nie pasowało. Poprosiłem
Billa o rozmowę, a po wysłuchaniu jego historii mimowolnie
sparafrazowałem słowa Zygmunta Freuda o traumie, które wypowiedział w 1895 roku: "Myślę, że ten człowiek cierpi z powodu wspomnień".
Powiedziałem Billowi, że spróbuję mu pomóc, i po zaordynowaniu kilku
leków, które miały na celu opanowanie napadów paniki, zapytałem, czy
byłby skłonny wrócić za kilka dni, aby wziąć udział w moim badaniu
koszmarów5. Zgodził się.
W ramach tego badania poddawaliśmy jego uczestników testowi
Rorschacha6. W odróżnieniu od innych, które
wymagają odpowiedzi na proste pytania, reakcji w teście Rorschacha
właściwie nie da się sfałszować. Stwarza on unikatową okazję do
obserwowania, jak ludzie konstruują w wyobraźni konkretny obraz mentalny
na podstawie czegoś, co zasadniczo jest bodźcem niemającym żadnego
określonego znaczenia: plamy atramentu. Ponieważ ludzie z natury chcą
nadawać rzeczom sens, mamy skłonność do dostrzegania w owych plamach
obrazów lub nawet całych historii, podobnie jak robimy to w piękny letni
dzień, gdy leżymy na łące i upatrujemy różnych wizualnych znaczeń w płynących nad naszymi głowami chmurach. To, co dana osoba dostrzega we
wspomnianych plamach, może nam wiele powiedzieć o tym, co dzieje się w jej umyśle. Na widok drugiej kartki testu Rorschacha Bill wykrzyknął z przerażeniem: "To jest dziecko, które zginęło w wybuchu w Wietnamie!
Zobacz, tu pośrodku są zwęglone ciało i rany. Krew tryska wszędzie
dookoła!". Dyszał, a na czoło wystąpiły mu kropelki potu. Wyglądał tak,
jakby wpadł w panikę podobną do tej, która wcześniej sprowadziła go do
kliniki VA. Choć słyszałem opowieści weteranów wojennych o nawracających
retrospekcjach, po raz pierwszy byłem świadkiem takiego zjawiska. W tamtej chwili, w moim gabinecie, Bill najwyraźniej widział te same
obrazy, czuł te same zapachy i odbierał te same fizyczne doznania, które
towarzyszyły mu w trakcie pierwotnego, traumatycznego zdarzenia.
Dziesięć lat po tym, jak w poczuciu bezsilności trzymał w ramionach
umierające dziecko, Bill na nowo przeżywał tamtą traumę po ujrzeniu
plamy atramentu.
Obserwowanie nawrotu koszmarnych wspomnień Billa w moim gabinecie
pomogło mi uzmysłowić sobie cierpienia, jakie regularnie stawały się
udziałem weteranów, których próbowałem leczyć. W ten sposób uświadomiłem
sobie, jak ważne jest znalezienie rozwiązania. Samo traumatyczne
zdarzenie, jakkolwiek potworne, miało początek, środek i koniec, ja
tymczasem na własne oczy przekonałem się, że retrospekcje (nazywane też
flashbackami) mogą być jeszcze gorsze. Nigdy nie wiesz, kiedy znów cię
osaczą ani kiedy zostawią w spokoju. Musiały minąć lata, żebym opracował
skuteczną terapię tego rodzaju nawracających wspomnień, a Bill okazał
się jednym z moich najważniejszych mentorów.
Gdy poddaliśmy testowi Rorschacha kolejnych dwudziestu jeden weteranów,
ich reakcje okazały się spójne: na widok drugiej karty szesnastu
zareagowało tak, jakby przeżywali traumę wojenną. Druga karta w tym
teście jest zarazem pierwszą zawierającą kolor, co często skutkuje tak
zwanym szokiem kolorystycznym. Interpretując tę kartę, weterani mówili
na przykład: "To są wnętrzności mojego przyjaciela Jima po tym, jak
rozerwał go pocisk z moździerza"; "To szyja mojego przyjaciela Danny'ego
po tym, gdy pocisk odstrzelił mu głowę podczas lunchu". Żaden nie
wspomniał o tańczących mnichach, trzepoczących skrzydłami motylach,
motocyklistach ani dowolnym innym spośród typowych -?choć niekiedy
specyficznych -?obrazów, jakie widzi na tej karcie wielu ludzi.
O ile większość byłych żołnierzy była głęboko poruszona tym, co
zobaczyła, o tyle reakcja pięciu okazała się jeszcze bardziej
niepokojąca; patrzyli tak, jakby mieli w głowie pustkę. "To nic takiego
-?stwierdził jeden z nich. -?Po prostu trochę atramentu". Rzecz jasna
mieli rację, lecz normalna ludzka reakcja na niejednoznaczny bodziec
wizualny polega na odczytaniu z niego czegoś dzięki wyobraźni.
Wyniki testów Rorschacha powiedziały nam, że osoby obciążone traumą mają
tendencję do patrzenia przez jej pryzmat na wszystko, co znajduje się w ich otoczeniu, oraz trudności z właściwym interpretowaniem tego, co się
w owym otoczeniu dzieje. Ich życie właściwie zdominowały skrajności.
Dowiedzieliśmy się też, że trauma wpływa na wyobraźnię. Pięciu mężczyzn,
którzy nie umieli nadać plamom żadnego znaczenia, zatraciło zdolność do
puszczania wodzy fantazji. Podobnie było z pozostałymi szesnastoma,
którzy dostrzegali w plamach jedynie sceny z przeszłości, co świadczy o braku elastyczności umysłu, będącej przecież filarem wyobraźni. Po
prostu w kółko odtwarzali w myślach ten sam zacinający się film.
Wyobraźnia ma decydujący wpływ na jakość naszego życia. Dzięki niej
możemy oderwać się od rutyny i fantazjować o podróżach, rozkoszach
podniebienia, seksie, zakochaniu się czy o dowiedzeniu własnej racji -
wszystkim, co czyni życie interesującym. Wyobraźnia pozwala snuć wizje
nowych możliwości i stanowi nieodzowny punkt wyjścia do
urzeczywistniania naszych nadziei. Rozpala kreatywność, uwalnia od nudy,
łagodzi cierpienia, wzmaga przyjemność i wzbogaca najintymniejsze
relacje. Ludzie, którzy ciągle, kompulsywnie rozpamiętują przeszłość -
ten ostatni raz, kiedy czuli się w coś silnie zaangażowani i przeżywali
głębokie emocje -?cierpią na brak wyobraźni i zanik elastyczności
umysłowej. Bez wyobraźni nie ma nadziei; nie ma szans na marzenia o lepszej przyszłości, nie ma chęci udania się dokądś, celu do
osiągnięcia.
Testy Rorschacha nauczyły nas też, że ludzie straumatyzowani patrzą na
świat zupełnie inaczej niż pozostali. Dla większości z nas mężczyzna
spacerujący chodnikiem to po prostu ktoś, kto gdzieś idzie. Ofiara
gwałtu może w nim jednak ujrzeć potencjalnego napastnika i wpaść w panikę. U zwykłego dziecka surowa nauczycielka może budzić
onieśmielenie, lecz dla bitego przez ojczyma dziecka niejednokrotnie
uosabia ona kolejnego oprawcę, na widok którego wybuchnie gniewem albo
przerażone skuli się w kącie.
W pułapce traumy
Do naszej kliniki drzwiami i oknami pchali się weterani szukający pomocy
psychiatrycznej. Niestety, z powodu dotkliwego niedoboru
wykwalifikowanej kadry większość z nich mogliśmy jedynie zapisywać na
liście oczekujących, nawet jeśli wiązało się to z ryzykiem dalszego
wyrządzania przez nich krzywd sobie i swoim rodzinom. Zauważyliśmy
gwałtowny wzrost liczby aresztowań byłych żołnierzy za przestępstwa z użyciem przemocy i pijackie awantury, a także alarmującą częstotliwość
samobójstw. W końcu otrzymałem pozwolenie na stworzenie grupy dla
młodych weteranów z Wietnamu, która miała być czymś w rodzaju
przechowalni do czasu rozpoczęcia prawdziwej terapii.
Podczas sesji dla byłych żołnierzy piechoty morskiej pierwszy mężczyzna,
który zabrał głos, oświadczył stanowczo: "Nie chcę rozmawiać o wojnie".
Odparłem, że członkowie grupy mogą rozmawiać, o czymkolwiek zechcą. W końcu, po pół godzinie nieznośnej ciszy, jeden z żołnierzy zaczął
relacjonować katastrofę swojego śmigłowca. Ku mojemu zdumieniu reszta
natychmiast się ożywiła i zaczęła w bardzo emocjonalny sposób opowiadać
o traumatycznych przeżyciach. Tydzień później na spotkaniu pojawili się
wszyscy. Na kolejnym także. Odnaleźli w grupie oddźwięk oraz sens w tym,
co wcześniej sprowadzało się do przerażenia i pustki. Zyskali odnowione
poczucie koleżeństwa, tak istotne dla ich wojennych doświadczeń.
Nalegali, abym wstąpił do ich nowo utworzonej "jednostki", i dali mi na
urodziny mundur kapitana marines. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu,
mam świadomość, że ten gest ujawniał część problemu: albo należałeś do
grupy, albo nie; albo należałeś do jednostki, albo byłeś nikim. Świat po
traumie zostaje ostro spolaryzowany, podzielony na osoby obdarzone
wiedzą i tych, którzy tej wiedzy nie mają. Ludziom bez podobnych
traumatycznych doświadczeń nie można ufać, bo nie potrafią takich
przeżyć zrozumieć. Niestety, w tym gronie często są małżonkowie, dzieci
i współpracownicy.
Później prowadziłem inną grupę, tym razem weteranów z armii Pattona -
mężczyzn już dobrze po siedemdziesiątce, z których każdy mógłby być moim
ojcem. Spotykaliśmy się w poniedziałkowe poranki o ósmej. Śnieżyce w Bostonie czasami paraliżują transport publiczny, tym bardziej więc
zdumiewało mnie, że na spotkania stawiali się jak jeden mąż, nawet
podczas zamieci, choć niektórzy musieli brnąć przez śnieg kilka mil, by
dotrzeć do kliniki VA. Na Gwiazdkę podarowali mi wojskowy zegarek z lat
40. Tak jak w przypadku mojej grupy marines, "za swojego" uznali mnie
dopiero wtedy, gdy zostałem jednym z nich.
Choć wszystkie te doświadczenia były bardzo poruszające, ograniczenia
terapii grupowej stawały się oczywiste w chwilach, kiedy prosiłem
uczestników, by opowiedzieli o problemach, z jakimi borykają się na co
dzień: o relacjach z żonami, dziećmi, partnerkami i rodziną; o układach
z przełożonymi i o czerpaniu satysfakcji z pracy; o nadużywaniu
alkoholu. Zwykle wycofywali się z takich rozmów rakiem lub nawet nie
chcieli ich zaczynać. Za to po raz enty opowiadali o tym, jak wbili nóż
w serce niemieckiego żołnierza w lesie Hürtgen albo jak ich śmigłowiec
został zestrzelony nad dżunglą w Wietnamie.
Bez względu na to, czy do traumatycznych zdarzeń doszło dziesięć, czy
ponad czterdzieści lat temu, moi pacjenci nie byli w stanie zasypać
przepaści między wojennymi doświadczeniami a obecnym życiem. W jakiś
niepojęty sposób to samo wydarzenie, które przysporzyło im tak wiele
bólu, stało się jedynym źródłem sensu. Dopiero wtedy, gdy wracali do
traumatycznej przeszłości, czuli, że naprawdę żyją.
Diagnozowanie stresu pourazowego
W tych dawnych dniach w klinice VA stwierdzaliśmy u weteranów rozmaite
przypadłości -?alkoholizm, nadużywanie substancji psychoaktywnych,
depresję, zaburzenia nastroju, a nawet schizofrenię -?i wypróbowywaliśmy
na nich wszystkie znane nam z podręczników metody terapii. Mimo to
mieliśmy świadomość, jak niewiele osiągamy. Przepisywane przez nas silne
leki często otępiały ich do takiego stopnia, że ledwo byli w stanie
funkcjonować. Kiedy zachęcaliśmy ich do szczegółowego opisania
traumatycznego wydarzenia, zamiast rozwiązać problem, często mimowolnie
uruchamialiśmy lawinę retrospekcji. Wielu rezygnowało z terapii, bo nie
umieliśmy pomóc, a na domiar złego czasami pogarszaliśmy sprawę.
Punkt zwrotny nastąpił w latach 80., kiedy to grupa weteranów z Wietnamu, wspieranych przez nowojorskich psychoanalityków Chaima Shatana
i Roberta J. Liftona, dzięki skutecznemu lobbingowi w American
Psychiatric Association (Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne; APA)
doprowadziła do zdefiniowania nowej jednostki chorobowej: zespołu stresu
pourazowego (PTSD). Jednostka ta obejmowała objawy w większym lub
mniejszym stopniu wspólne dla wszystkich naszych weteranów.
Systematyczne identyfikowanie symptomów i zebranie ich w postaci jednego
zaburzenia pozwoliło w końcu nadać nazwę cierpieniu ludzi przytłoczonych
przerażeniem i bezsilnością. Dzięki pojawieniu się ram koncepcyjnych
PTSD przygotowany został grunt pod radykalną zmianę w rozumieniu
pacjentów. W dalszej kolejności doprowadziło to do istnej eksplozji
badań naukowych i prób opracowania skutecznych metod terapeutycznych.
Zainspirowany możliwościami, jakie otwierała nowa diagnoza,
zaproponowałem klinice VA przeprowadzenie badań nad biologią
traumatycznych wspomnień. Czy retrospekcje osób cierpiących na PTSD
różniły się od reminiscencji innych ludzi? U większości z nas pamięć o nieprzyjemnym zdarzeniu po jakimś czasie zaciera się lub zyskuje
łagodniejszą wymowę. Tymczasem lwia część naszych pacjentów nie
potrafiła przekształcić przeszłości w zamknięty dawno temu rozdział7.
Na samym początku pisemnej odmowy przyznania mi grantu badawczego
stwierdzono: "Nigdy nie wykazano, że PTSD jest istotny dla misji
realizowanej przez Veterans Administration". Od tamtej pory
diagnozowanie PTSD i urazów mózgu stało się, rzecz jasna, jednym z filarów misji VA, a na prowadzenie "opartej na dowodach terapii"
straumatyzowanych weteranów wojennych przeznacza się znaczne środki. W tamtym czasie sprawy wyglądały jednak inaczej, ja zaś -?nie chcąc dalej
pracować w organizacji, której poglądy na rzeczywistość tak dalece
odbiegały od moich -?złożyłem rezygnację. W 1982 roku dostałem się do
Massachusetts Mental Health Center, harwardzkiego szpitala
akademickiego, gdzie studiowałem wcześniej psychiatrię. W ramach moich
nowych obowiązków nauczałem dziedziny, która dopiero się rozwijała -
psychofarmakologii, czyli stosowania leków w celu złagodzenia objawów
zaburzeń psychicznych.
W nowej pracy niemal każdego dnia spotykałem się z problemami, które -
jak sądziłem -?zostawiłem za sobą w VA. Doświadczenia zebrane w kontaktach z weteranami do tego stopnia uwrażliwiły mnie na wpływ
traumy, że z zupełnie innym nastawieniem słuchałem pacjentów z depresją
lub stanami lękowymi, którzy opowiadali mi o molestowaniu i przemocy w rodzinie. Szczególnie uderzyło mnie to, jak wiele pacjentek mówiło o molestowaniu seksualnym w dzieciństwie. Początkowo uważałem to za
zdumiewające, ponieważ w klasycznym wówczas podręczniku psychiatrii
wyraźnie napisano, że kazirodztwo jest w Stanach Zjednoczonych niezwykle
rzadkim zjawiskiem i dotyka mniej więcej co milionowej kobiety8. Biorąc pod uwagę to, że żyło tam wtedy około stu
milionów kobiet, zachodziłem w głowę, jakim cudem niemal połowa z nich -
czterdzieści siedem ze stu teoretycznych ofiar w całym kraju -?trafiła
właśnie do mojego gabinetu w podziemiach szpitala.
W podręczniku napisano ponadto: "Nie ma konsensusu co do roli
kazirodczej relacji między ojcem a córką jako źródła późniejszych
poważnych psychopatologii". Tymczasem tych z moich pacjentek, które
doświadczyły kazirodztwa, z pewnością nie mogłem nazwać "wolnymi od
późniejszych poważnych psychopatologii" -?były w głębokiej depresji,
zagubione i często przejawiały osobliwie autodestrukcyjne zachowania,
takie jak cięcie się żyletkami. Autorzy podręcznika posuwali się wręcz
do usprawiedliwiania kazirodztwa, twierdząc, że "takie kazirodcze
zachowania zmniejszają prawdopodobieństwo wystąpienia psychoz u osoby
badanej i pozwalają na lepsze przystosowanie się do świata
zewnętrznego"9. W rzeczywistości okazało się,
że kazirodztwo ma skrajnie destrukcyjny wpływ na dobrostan kobiet.
Pod wieloma względami pacjentki te nie różniły się zbytnio od weteranów
wojennych, których niedawno pozostawiłem, odchodząc z VA. One też
miewały koszmary i nawracające przerażające wspomnienia. U nich także
sporadyczne napady gniewu przeplatały się z długimi okresami
emocjonalnego odrętwienia. Większość z nich doświadczała dużych
trudności w kontaktach z ludźmi i podtrzymywaniu znaczących relacji.
Jak już wiemy, wojna nie jest jedyną katastrofą, która obraca ludzkie
życia w perzynę. Podczas gdy mniej więcej u co czwartego żołnierza,
który służył w strefach konfliktów wojennych, przypuszczalnie dojdzie do
rozwoju poważnego stresu pourazowego10,
większość Amerykanów w jakimś momencie życia doświadcza brutalnego
przestępstwa. Dokładne raporty ujawniają, że ofiarą gwałtu w USA padło
nawet dwanaście milionów kobiet. Ponad połowa tych gwałtów spotyka
dziewczęta poniżej piętnastego roku życia11.
Dla wielu ludzi wojna zaczyna się w domu: każdego roku zgłaszanych jest
mniej więcej trzy miliony przypadków znęcania się nad dziećmi i zaniedbywania ich. Milion spośród tych spraw jest na tyle poważnych i wiarygodnych, by zmusić opiekę społeczną i sądy do podjęcia działań12. Innymi słowy, na każdego żołnierza w zagranicznych strefach wojny przypada dziesięcioro dzieci, którym
niebezpieczeństwo grozi we własnym domu. Zjawisko to ma szczególnie
tragiczną wymowę, ponieważ dorastającym dzieciom bardzo trudno jest
wrócić do zdrowia w sytuacji, gdy źródłem strachu i cierpienia nie jest
wróg, lecz właśni opiekunowie.
Nowe zrozumienie
W ciągu trzech dekad, jakie minęły, odkąd poznałem Toma, dowiedzieliśmy
się bardzo wiele nie tylko o wpływie i przejawach traumy, lecz także o sposobach pomagania obciążonym nią osobom w powrocie do normalnego
życia. Dzięki metodom neuroobrazowania, dostępnym od początku lat 90.
ubiegłego wieku, zaczęliśmy poznawać rzeczywiste zmiany, jakie zachodzą
w straumatyzowanych umysłach. Okazało się to niezbędne, abyśmy mogli w pełni uświadomić sobie rzeczywiste szkody wyrządzane przez traumę i wytyczyć zupełnie nowe ścieżki ich leczenia.
Zaczęliśmy również rozumieć, jak przytłaczające doświadczenia rzutują na
nasze najgłębsze odczucia oraz podejście do fizycznej rzeczywistości -
czyli sedno tego, kim jesteśmy. Dowiedzieliśmy się, że trauma nie jest
jedynie wydarzeniem, do którego doszło w przeszłości, stanowi ona bowiem
także ślad, jaki wydarzenie to pozostawiło w mózgu i całym ciele. Ślad
ten ma trwały wpływ na to, jak organizm człowieka stara się przetrwać w teraźniejszości.
Trauma skutkuje całkowitą reorganizacją sposobu przetwarzania bodźców
zmysłowych przez mózg. Zmienia ona nie tylko to, jak myślimy i o czym,
lecz także samą zdolność myślenia. Odkryliśmy, że pomaganie ofiarom
traumy w odnajdywaniu słów opisujących to, co je spotkało, jest
niezwykle istotne, ale samo w sobie na ogół nie wystarcza. Akt
relacjonowania swojej historii nie musi zmieniać automatycznych reakcji
fizycznych i hormonalnych, jakie zachodzą w ciele, które przez cały czas
pozostaje w stanie skrajnie podwyższonej czujności, w każdej chwili
gotowe na gwałt lub inną formę napaści. Aby doszło do prawdziwej zmiany,
ciało musi się nauczyć, że niebezpieczeństwo minęło i może ono wrócić do
życia w realiach teraźniejszości. Dzięki naszym próbom zrozumienia
traumy zaczęliśmy myśleć inaczej zarówno o strukturze umysłu, jak i o uzdrawiających go procesach.
Rozdział 2. Przełomy w rozumieniu umysłu i mózgu
Rozdział 2
Przełomy w rozumieniu umysłu i mózgu
Im większe wątpliwości, tym donioślejsze odkrycie. Im mniejsze
wątpliwości, tym odkrycie mniejsze. Nie ma wątpliwości, nie ma odkrycia.
-?C.C. Chang, The Practice of Zen
Żyjesz w tym małym wycinku czasu, który jest twój, lecz wycinek ten
obejmuje nie tylko twoje życie; to suma wszystkich innych żyć toczących
się równolegle (...). To, czym jesteś, stanowi wyraz historii.
-?Robert Penn Warren, World Enough and Time
Pod koniec lat 60., podczas rocznego urlopu
między pierwszym a drugim rokiem studiów medycznych, przypadkowo stałem
się świadkiem doniosłej zmiany w podejściu medycyny do zaburzeń
psychicznych. Udało mi się zdobyć ciepłą posadkę asystenta na oddziale
badawczym w Massachusetts Mental Health Center (MMHC), gdzie byłem
odpowiedzialny za organizowanie zajęć rekreacyjnych dla pacjentów. MMHC
od dawna uchodził za jeden z najlepszych szpitali psychiatrycznych w kraju, klejnot w koronie akademickiego imperium, jakim była Harvard
Medical School. Celem badań na oddziale, gdzie pracowałem, było
ustalenie, czy w przypadku młodych ludzi, u których stwierdzono pierwsze
w życiu schizofreniczne załamanie nerwowe, lepiej sprawdzi się
psychoterapia czy farmakoterapia.
Podstawową metodą leczenia zaburzeń psychicznych w MMHC pozostawała
wówczas terapia rozmową, wywodząca się z tradycji psychoanalizy
freudowskiej. Jednak na początku lat 50. grupa francuskich naukowców
odkryła związek nazwany chloropromazyną (sprzedawany potem pod nazwą
Thorazine), który "uspokajał" pacjentów -?łagodził objawy pobudzenia i urojeń. Odkrycie to dało początek nadziejom na opracowanie środków
pozwalających na leczenie poważnych problemów psychicznych, takich jak
depresja, ataki paniki, stany lękowe i mania, oraz na łagodzenie
niektórych najbardziej niepokojących objawów schizofrenii.
Jako asystent nie miałem nic wspólnego z badaniami prowadzonymi na
oddziale. Nigdy nie informowano mnie, w jaki sposób leczeni są
poszczególni pacjenci. Wszyscy byli mniej więcej w moim wieku -?studenci
z Harvardu, MIT i Uniwersytetu Bostońskiego. Niektórzy próbowali odebrać
sobie życie. Inni kaleczyli się nożami lub żyletkami. Kilku napadło na
swoich współlokatorów bądź w inny sposób wzbudziło strach rodziców albo
przyjaciół nieprzewidywalnym, irracjonalnym zachowaniem. Moim zadaniem
było organizowanie im zajęć typowych dla studenckiej braci, takich jak
wyjścia do pizzerii, biwakowanie w pobliskich lasach, oglądanie meczów
Red Sox czy żeglowanie po rzece Charles.
Jako zupełny nowicjusz w tej dziedzinie w zebraniach na oddziale
uczestniczyłem w dużym skupieniu, starając się rozszyfrować
skomplikowany sposób wypowiedzi i logikę pacjentów. Musiałem też nauczyć
się radzić sobie z ich irracjonalnymi wybuchami złości i zamykaniem się
w sobie podyktowanym lękiem. Któregoś ranka natknąłem się na pacjentkę
stojącą niczym posąg, z twarzą zamarłą ze strachu i ręką uniesioną w obronnym geście. Stała w swoim pokoju w kompletnym bezruchu przez co
najmniej dwanaście godzin. Lekarze powiedzieli mi, co jej dolega -
katatonia. Ale nawet z podręczników, do których uciekłem się w poszukiwaniu wyjaśnień, nie dowiedziałem się ani słowa o tym, co można w tym wypadku zrobić. Po prostu pozwalaliśmy chorobie toczyć się swoim
torem.
O traumie przed świtem
Spędziłem na oddziale wiele nocy i weekendów, dzięki czemu zyskałem
styczność ze zjawiskami, jakich inni lekarze nie mieli sposobności
oglądać podczas swoich krótkich wizyt. Pacjenci, którzy nie mogli spać,
często przychodzili owinięci szlafrokami do zaciemnionej dyżurki
pielęgniarskiej, aby porozmawiać. W głębokiej ciszy nocy zdawali się
bardziej otwarci i opowiadali mi historie o biciu, napaściach i molestowaniu; o krzywdach często zadawanych przez ich rodziców, a czasami przez krewnych, kolegów z klasy albo sąsiadów. Dzielili się
wspomnieniami o tym, jak bezradni i przerażeni leżeli w łóżku w nocy,
słysząc, jak matka jest bita przez męża albo partnera; jak rodzice
wykrzykują do siebie potworne groźby; jak z hukiem pękają rozbijane
meble. Inni opowiadali o pijanych ojcach i o tym, jak nasłuchiwali ich
kroków na półpiętrze, czekając w strachu, aż ci wejdą do pokoju, by
wyciągnąć ich z łóżek i ukarać za jakieś urojone przewinienie. Kilka
kobiet wspomniało, jak leżały bezsennie i nieruchomo, czekając na
nieuniknione -?brata lub ojca, który je molestował.
W trakcie porannych obchodów młodzi lekarze przedstawiali swoje
przypadki przełożonym, a my, pomocnicy, mogliśmy jedynie obserwować ten
rytuał w milczeniu. Rzadko wspominali o historiach, jakie dane mi było
wysłuchać, choć w wielu późniejszych badaniach potwierdzono znaczenie
takich nocnych spowiedzi. Wiemy obecnie, że ponad połowa osób
szukających opieki psychiatrycznej doświadczyła napaści, porzucenia,
zaniedbania, a nawet gwałtu w dzieciństwie bądź była świadkami przemocy
w rodzinie1. Przeżycia te na ogół zdawały się
jednak pomijane podczas obchodu. Byłem często zaskoczony beznamiętnym
tonem omawiania objawów oraz nakładem czasu przeznaczanego na próby
opanowania myśli samobójczych i zachowań autodestrukcyjnych zamiast na
analizowanie przyczyn desperacji i bezsilności. Zaskakiwało mnie także i to, jak niewiele uwagi poświęcano osiągnięciom i aspiracjom pacjentów.
Temu, kogo kochali albo nienawidzili, co ich motywowało i angażowało, co
pętało im ręce, a co uspokajało -?innymi słowy: krajobrazowi ich
wewnętrznego świata.
Kilka lat później, jako młody lekarz, zetknąłem się ze szczególnie
jaskrawym przykładem działania modelu opartego na medykalizacji życia.
Pracowałem wtedy dorywczo w katolickim szpitalu, gdzie wykonywałem
badania fizykalne kobiet, które przyjmowano na terapię elektrowstrząsami
z powodu depresji. Jako ciekawski imigrant często odrywałem wzrok od ich
kart, by zwyczajnie zapytać o życie. W wielu z nich pękały wówczas tamy
i opowiadały o bolesnych małżeństwach, trudnych dzieciach i poczuciu
winy z powodu aborcji. Gdy zwierzały się ze swoich przeżyć, stawały się
pogodniejsze i często wylewnie dziękowały mi za ich wysłuchanie.
Niektóre zastanawiały się nawet, czy po tym, jak zrzuciły z barków ten
ciężar, wciąż potrzebują elektrowstrząsów. Pod koniec takich spotkań
zawsze czułem się przygnębiony. Wiedziałem bowiem, że zabiegi, jakim
kobiety te zostaną poddane nazajutrz rano, skutecznie wymażą z ich
pamięci wspomnienia naszej rozmowy. Nie wytrwałem długo w tej pracy.
W dni wolne od zajęć na oddziale MMHC często chodziłem do Countway
Library of Medicine, aby dowiedzieć się czegoś więcej o pacjentach,
którym miałem pomagać. Pewnego sobotniego popołudnia natrafiłem na tom,
który jest ceniony do dziś: wydany w 1911 roku podręcznik Eugena
Bleulera Dementia Praecox, or the Group of Schizophrenias [Otępienie
wczesne lub grupa schizofrenii]. Spostrzeżenia Bleulera okazały się
fascynujące:
Spośród schizofrenicznych halucynacji cielesnych zdecydowanie
najczęstsze i najważniejsze są omamy seksualne. Pacjenci przeżywają
radości i uniesienia związane z typową i atypową satysfakcją seksualną,
znacznie częściej jednak doświadczają wrażeń związanych z rozmaitymi
obscenicznymi i odpychającymi praktykami, jakie tylko są w stanie
wyczarować w najbardziej ekstrawaganckich fantazjach. Pacjenci płci
męskiej snują wizje o odciąganiu nasienia i stymulowaniu bolesnych
erekcji. Pacjentki są gwałcone i okaleczane na najbardziej diaboliczne
sposoby (...). Pomimo symbolicznego znaczenia wielu tego rodzaju
halucynacji większość z nich odpowiada rzeczywistym doznaniom2.
Zastanowiło mnie to. Nasi pacjenci mieli halucynacje, a lekarze rutynowo
o nie pytali i odnotowywali je, traktując jako jeden z objawów
świadczących o skali zaburzeń. Ale jeśli historie, jakich wysłuchiwałem
po nocach, były prawdziwe, to może "halucynacje" te stanowiły w istocie
fragmenty wspomnień rzeczywistych doświadczeń? A może były jedynie
wytworami chorych mózgów? Czy ludzie mogą wyobrażać sobie fizyczne
doznania, jakich nigdy nie doświadczyli? Czy między kreatywnością a patologiczną wyobraźnią istnieje wyraźna granica? A między pamięcią a wyobraźnią? Pytania te do dziś pozostają bez odpowiedzi, lecz badania
wykazały, że osoby molestowane w dzieciństwie często wykazują objawy
somatyczne (takie jak ból brzucha) niemające oczywistej przyczyny
fizjologicznej, słyszą głosy ostrzegające przed niebezpieczeństwem albo
oskarżające je o potworne zbrodnie.
Wielu pacjentów bez wątpienia przejawiało agresywne, dziwaczne i autodestrukcyjne zachowania, zwłaszcza gdy czuli się sfrustrowani,
tłamszeni albo nierozumiani. Wpadali wtedy w złość, rzucali talerzami,
tłukli szyby i kaleczyli się odłamkami szkła. W tamtym czasie nie miałem
pojęcia, dlaczego ktoś miałby zareagować wściekłością lub strachem na
jakąś prozaiczną prośbę ("Pozwól, że oczyszczę ci włosy z tej mazi").
Zazwyczaj postępowałem zgodnie z radami doświadczonych pielęgniarek,
które sygnalizowały mi, kiedy się wycofać, a jeśli to nie pomagało -
kiedy unieruchomić pacjenta. Byłem zaskoczony, a zarazem zaniepokojony
satysfakcją, jaką czasami odczuwałem, gdy powalałem pacjenta na podłogę,
aby pielęgniarka mogła podać mu zastrzyk. Stopniowo uświadamiałem sobie,
że znaczna część naszego szkolenia zawodowego koncentrowała się na
utrzymaniu kontroli nad sytuacją w obliczu przerażających i dezorientujących realiów.
Sylvia była piękną dziewiętnastoletnią studentką Uniwersytetu
Bostońskiego, która zwykle znajdowała sobie na oddziale samotny kąt.
Wyglądała na śmiertelnie przerażoną i właściwie się nie odzywała, lecz
ciągnęła się za nią reputacja dziewczyny wpływowego bostońskiego
mafioso, która przydawała jej aury tajemniczości. Po ponad tygodniu
odmawiania jedzenia, gdy zaczęła szybko tracić na wadze, lekarze uznali,
że należy karmić ją siłą. Potrzeba było nas trzech, żeby ją przytrzymać.
Następnego, by wepchnąć gumową rurkę do jej gardła, oraz pielęgniarki,
która wlewała odżywczy płyn do jej żołądka. Później, podczas nocnych
wyznań, Sylvia nieśmiało i z wahaniem zwierzyła mi się, że jej brat i wuj molestowali ją, gdy była dzieckiem. Uświadomiłem sobie wtedy, że
nasz pokaz "troski" o jej dobrostan musiał być dla niej czymś w rodzaju
zbiorowego gwałtu. To i podobne doświadczenia pomogły mi w sformułowaniu
zasady, którą przekazywałem potem studentom: jeśli robisz pacjentowi
coś, czego nie zrobiłbyś przyjaciołom albo dzieciom, zastanów się, czy
aby mimowolnie nie odtwarzasz traumy z jego przeszłości.
Jako asystent odpowiedzialny za zapewnianie chorym rozrywek zauważyłem
coś jeszcze: pacjenci w grupie byli zadziwiająco niezdarni i nieskoordynowani. Kiedy jechaliśmy na kemping, większość stała
bezradnie, podczas gdy ja rozbijałem namioty. Raz w trakcie szkwału
prawie wywróciliśmy się na rzece Charles do góry dnem, bo wszyscy tkwili
skuleni na zawietrznej, jakby nie pojmowali, że muszą przenieść się na
drugą stronę, by łódź utrzymała równowagę. Podczas meczów siatkówki
członkowie personelu zawsze byli lepiej skoordynowani niż pacjenci. Inna
wspólna cecha moich podopiecznych polegała na tym, że nawet
najswobodniejsze rozmowy w ich wydaniu zdawały się sztuczne, pozbawione
naturalnej gestykulacji i mimiki, typowych dla dyskutujących przyjaciół.
Znaczenie tych spostrzeżeń stało się dla mnie jasne dopiero po tym, jak
poznałem Petera Levine'a i Pat Ogden, terapeutów specjalizujących się w pracy z ciałem. W dalszych rozdziałach napiszę znacznie szerzej o tym,
jak trauma gnieździ się w ludzkim ciele.
Nadawanie sensu cierpieniu
Po roku na oddziale badawczym wróciłem na studia, a potem -?już jako
świeżo upieczony lekarz -?trafiłem z powrotem do MMHC, gdzie dostałem
się na specjalizację z psychiatrii, co przyjąłem z ogromną radością. W ramach tego samego programu studiowało wielu znanych psychiatrów, w tym
Eric Kandel, późniejszy laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny. To tutaj, w czasie mojego szkolenia, pracujący w laboratorium
w podziemiach szpitala Allan Hobson odkrył komórki mózgu odpowiedzialne
za powstawanie marzeń sennych. To właśnie w MMHC przeprowadzono pierwsze
badania nad chemicznymi podstawami depresji. Ale dla wielu z nas,
rezydentów, najciekawsi byli sami chorzy. Spędzaliśmy z nimi sześć
godzin dziennie, a potem spotykaliśmy się w grupie z bardziej
doświadczonymi psychiatrami, aby dzielić się spostrzeżeniami, zadawać
pytania i walczyć o tytuł autora najbardziej błyskotliwej uwagi.
Elvin Semrad, nasz wybitny nauczyciel, robił, co mógł, by zniechęcić nas
do czytania podręczników psychiatrii na pierwszym roku. (Ta
intelektualna głodówka być może tłumaczy to, że większość z nas później
nie tylko pochłaniała tony książek, lecz także sama chętnie sięgała po
pióro). Semrad nie chciał, aby nasze postrzeganie rzeczywistości zostało
przysłonięte pseudopewnością diagnoz psychiatrycznych. Pamiętam, jak
kiedyś zapytałem go: "Jak nazwałbyś tego pacjenta: schizofrenikiem czy
chorym na zaburzenie schizoafektywne?". Przystanął i potarł brodę, jakby
w głębokim zamyśleniu. "Myślę, że nazwałbym go Michaelem McIntyre'em" -
odparł.
Semrad nauczył nas, że większość ludzkich cierpień wynika z miłości i straty, a zadaniem terapeutów jest pomaganie pacjentom w "uznawaniu,
doświadczaniu i znoszeniu" realiów życia, ze wszystkimi radościami i smutkami. "Największym źródłem naszego cierpienia są kłamstwa, które
sobie powtarzamy" -?mawiał, zachęcając nas do szczerości wobec samych
siebie w każdym aspekcie tego, czego doświadczamy. Często powtarzał, że
ludzie nie poczują się lepiej, dopóki w pełni nie dowiedzą się tego, co
wiedzą, i nie poczują tego, co czują.
Pamiętam, jak bardzo zaskoczył mnie ów szanowany profesor z Harvardu,
gdy wyznał, że lubi zasypiać, czując obok siebie obecność żony, bo daje
mu to poczucie spokoju. Dzieląc się tak prostą ludzką potrzebą,
uświadamiał nam, jak wielki wpływ mają one na kształt naszego życia.
Jeśli je bagatelizujemy, umniejszamy własną egzystencję, bez względu na
to, jak wzniosłe są nasze myśli i jak wiele osiągnęliśmy. Semrad
powiedział nam, że zdrowienie zależy od wiedzy empirycznej: możesz w pełni panować nad swoim życiem dopiero wtedy, gdy umiesz uznać
rzeczywistość własnego ciała we wszystkich jego fizjologicznych
wymiarach.
Nasza dziedzina wiedzy zmierzała jednak w innym kierunku. W 1968 roku w "American Journal of Psychiatry" opublikowano wyniki badania
przeprowadzonego na oddziale, na którym kiedyś byłem asystentem.
Wskazywały one jednoznacznie, że pacjenci ze schizofrenią poddawani
wyłącznie farmakoterapii osiągali lepsze wyniki niż ci, którzy trzy razy
w tygodniu odbywali sesje psychoterapii z najlepszymi bostońskimi
specjalistami3. Badanie to było jednym z wielu
kamieni milowych na drodze, która stopniowo prowadziła do zmiany
nastawienia medycyny i psychiatrii wobec problemów psychologicznych: od
uznawania nieskończenie różnorodnych przejawów nieznośnych uczuć i relacji do modelu bazującego na wielu odrębnych "zaburzeniach"
wynikających z nieprawidłowości działania mózgu.
Podejście medycyny do ludzkiego cierpienia zawsze było zdeterminowane
przez bieżące zdobycze postępu technicznego. Przed epoką oświecenia
aberracje w zachowaniu przypisywano woli boskiej, grzechom, magii,
czarownicom i złym duchom. Dopiero w XIX wieku francuscy i niemieccy
naukowcy zaczęli analizować zachowania przez pryzmat adaptacji do
złożoności świata. Teraz pojawił się nowy paradygmat: gniew, pożądanie,
duma, chciwość, skąpstwo i lenistwo (oraz wszystkie inne odwieczne
przypadłości ludzkiego charakteru) zostały nazwane "zaburzeniami", które
można wyleczyć dzięki podawaniu odpowiednich substancji chemicznych4. Wielu psychiatrów z ulgą i zachwytem uświadomiło
sobie, że dzięki temu stali się "prawdziwymi naukowcami" -?takimi jak
ich koledzy ze studiów medycznych, którzy mieli laboratoria, prowadzili
eksperymenty na zwierzętach, dysponowali kosztowną aparaturą i robili
skomplikowane testy diagnostyczne -?i odłożyło na bok mętne teorie
filozofów takich jak Freud czy Jung. Autorzy jednego z najważniejszych
podręczników psychiatrycznych posunęli się nawet do stwierdzenia: "Za
przyczynę chorób psychicznych uznaje się obecnie nieprawidłowości w funkcjonowaniu mózgu; zaburzenia równowagi chemicznej"5.
Tak jak moi koledzy, ja również z entuzjazmem powitałem farmakologiczną
rewolucję. W 1973 roku zostałem pierwszym starszym rezydentem
psychofarmakologii w MMHC. Być może byłem też pierwszym bostońskim
psychiatrą, który podał lit pacjentce z psychozą maniakalno-depresyjną,
dziś częściej nazywaną chorobą afektywną dwubiegunową. (Czytałem o prowadzonych w Australii pracach Johna Cade'a nad litem i dostałem od
komisji szpitalnej pozwolenie na wypróbowanie tego środka). Pod wpływem
litu kobieta, która rok w rok przez trzydzieści pięć lat popadała w maju
w manię, a w listopadzie w depresję przyprawiającą ją o myśli
samobójcze, wyrwała się z cyklu choroby i przez trzy lata, kiedy była
pod moją opieką, jej nastrój pozostawał stabilny. Wchodziłem też w skład
pierwszego amerykańskiego zespołu badawczego testującego lek
przeciwpsychotyczny o nazwie Clozaril na przewlekle chorych pacjentach,
którzy z braku innego pomysłu byli przetrzymywani na zapyziałych
oddziałach starych szpitali psychiatrycznych6.
Niektórzy reagowali na środek w iście cudowny sposób; ludzie, którzy
większość życia spędzili w straszliwych realiach własnego zamkniętego
świata, mogli wrócić do rodzin i społeczności. Pacjenci pogrążeni w mroku i rozpaczy zaczęli reagować na piękno kontaktów z ludźmi oraz
czerpać przyjemność z pracy i zabawy. Dzięki tym zdumiewającym
osiągnięciom nabieraliśmy optymizmu i przekonania, że w końcu uda się
nam pokonać cierpienie.
Środki przeciwpsychotyczne były jednym z głównych czynników, który
doprowadził do zmniejszenia liczby stałych pacjentów szpitali
psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych z ponad 500 tysięcy w 1955 roku
do niecałych 100 tysięcy w 1996 roku7. Tych,
którzy nie znają realiów świata psychiatrii sprzed pojawienia się
wspomnianych metod farmakoterapii, zapewniam, że zmiana była niemal
niewyobrażalna. Jako student pierwszego roku odwiedziłem szpital stanowy
Kankakee w Illinois i zobaczyłem, jak krępy pielęgniarz polewa wodą z węża dziesiątki brudnych, nagich, nieskoordynowanych pacjentów w ogołoconej z mebli sali wyposażonej w rynienki kanalizacyjne. Dziś
wspomnienie to wydaje mi się bardziej koszmarem niż czymś, co widziałem
na własne oczy. Moją pierwszą pracą po ukończeniu rezydentury w 1974
roku było stanowisko przedostatniego w hierarchii ważności dyrektora
Boston State Hospital, szacownej niegdyś instytucji, w której dawniej
przebywały tysiące pacjentów, rozlokowanych w budynkach na obszarze
dziesiątek hektarów. Już wówczas jednak budynki te -?w tym szklarnie,
ogrody i warsztaty -?w przeważającej części popadały w ruinę. Za czasów
mojego dyrektorowania pacjentów stopniowo przenoszono do "społeczności",
jak w bardzo ogólnikowy sposób nazywano anonimowe schroniska i domy
opieki, gdzie trafiała większość z nich. (Jak na ironię szpital miał
początkowo status azylu. Termin ten oznaczał "sanktuarium" i dopiero
potem nabrał dodatkowego znaczenia. W rzeczywistości stanowił on wspólne
schronienie dla społeczności, w której każdy znał imiona i przypadłości
pacjentów). W 1979 roku, wkrótce po tym, jak podjąłem pracę w VA, bramy
Boston State Hospital zostały zamknięte na głucho, a sama placówka
przemieniła się w osiedle widmo.
W trakcie mojego pobytu w tym szpitalu kontynuowałem prace w laboratorium psychofarmakologicznym MMHC, w którym obrano wówczas inny
niż wcześniej kierunek badań. W latach 60. naukowcy z National
Institutes of Health (Narodowe Instytuty Zdrowia; NIH) zaczęli
opracowywać techniki izolowania i mierzenia poziomów hormonów oraz
neuroprzekaźników we krwi i w mózgu. Neuroprzekaźniki to chemiczni
posłańcy, którzy przenoszą informacje między neuronami, a tym samym
pozwalają nam funkcjonować w świecie.
Kiedy naukowcy znaleźli dowody na to, że nieprawidłowy poziom
noradrenaliny ma związek z depresją, a dopaminy ze schizofrenią,
pojawiła się nadzieja, że da się opracować leki pozwalające na
skorygowanie tego rodzaju nieprawidłowości chemicznych w mózgu. Nadzieja
ta nigdy się w pełni nie ziściła, lecz wysiłki na rzecz badania wpływu
leków na objawy zaburzeń psychicznych doprowadziły do kolejnej głębokiej
zmiany w naszej profesji. Naukowcy potrzebowali precyzyjnego i systematycznego sposobu komunikowania swoich spostrzeżeń, co
doprowadziło do opracowania tak zwanych kryteriów diagnostycznych badań
(ang. research diagnostic criteria), do czego nawet ja -?jako skromny
asystent -?także się w pewnym stopniu przyczyniłem. Ostatecznie stały
się one podstawą pierwszego systemu diagnozowania schorzeń psychicznych,
a mianowicie wydawanego przez American Psychiatric Association
podręcznika Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders
(DSM) [Diagnostyczny i statystyczny podręcznik zaburzeń psychicznych],
często nazywanego zresztą "biblią psychiatrii". Przedmowa do
przełomowego, trzeciego wydania (DSM-3) z 1980 roku była stosownie
skromna i przyznawała, że system ten jest nieprecyzyjny -?na tyle
nieścisły, że nigdy nie powinien być używany do celów kryminalistycznych
ani ubezpieczeniowych8. Wkrótce pokażę, że
skromność ta niestety była krótkotrwała.
Nieunikniony wstrząs
Gdy mierzyłem się z wieloma nierozwikłanymi zagadkami stresu
pourazowego, zacząłem się zastanawiać, czy niektórych spośród nich nie
da się rozwiązać dzięki rodzącej się wówczas dziedzinie wiedzy -
neuronauce. Zainspirowany tym pomysłem zacząłem brać udział w spotkaniach American College of Neuropsychopharmacology (Amerykańskie
Kolegium Neuropsychofarmakologii; ACNP). W 1984 roku ACNP zapewniło
chętnym możliwość wzięcia udziału w wielu fascynujących wykładach na
temat opracowywania nowych leków, lecz dopiero na kilka godzin przed
planowanym lotem powrotnym do Bostonu wysłuchałem prelekcji Stevena
Maiera z Uniwersytetu Kolorado, który współpracował z Martinem
Seligmanem z Uniwersytetu Pensylwanii. Tematem wykładu było zjawisko
wyuczonej bezradności u zwierząt. Maier i Seligman wielokrotnie razili
zamknięte w klatkach psy prądem elektrycznym, co nazywali "nieuniknionym
wstrząsem"9. Jako miłośnik psów byłem
przekonany, że nigdy nie podjąłbym się takiego badania, jednak ciekawiło
mnie, jaki wpływ to okrutne postępowanie wywarło na zwierzęta.
Badacze poddali psy serii wstrząsów elektrycznych, a potem otworzyli
klatki i ponownie potraktowali czworonogi prądem. Wszystkie psy z grupy
kontrolnej, które nie były wcześniej rażone w ten sposób, natychmiast
czmychnęły z klatek, lecz te, które wcześniej zostały poddane
nieuniknionym wstrząsom, nie próbowały uciekać nawet wtedy, gdy
drzwiczki szeroko otwarto -?po prostu leżały, skomlały i defekowały.
Sama możliwość ucieczki najwyraźniej wcale nie musi oznaczać, że
straumatyzowane zwierzęta wybiorą wolność -?i nie inaczej jest u ludzi.
Wielu po prostu się poddaje, tak jak psy Maiera i Seligmana. Zamiast
zaryzykować i spróbować czegoś nowego, pozostają w dobrze im znanym
lęku.
Prelekcja Maiera wywarła na mnie ogromne wrażenie. Moi obarczeni traumą
pacjenci doświadczyli czegoś bardzo podobnego do tego, co badacze
zrobili nieszczęsnym psom. Oni również zostali wystawieni na działanie
kogoś (lub czegoś) i wyrządziło im to straszliwą krzywdę -?taką, przed
którą nie mogli uciec. Dokonałem w myślach szybkiego przeglądu moich
pacjentów. Prawie wszyscy zostali w jakiś sposób uwięzieni albo
unieruchomieni; niezdolni do podjęcia działań, które mogłyby zapobiec
nieuniknionemu. Ich reakcja walki lub ucieczki została zablokowana, co
skutkowało skrajnym pobudzeniem bądź załamaniem.
Maier i Seligman odkryli także, że poddawane wstrząsom psy wydzielały
znacznie większe od typowych ilości hormonów stresu. Spostrzeżenie to
potwierdziło wstępne odkrycia dotyczące podstaw stresu pourazowego.
Grupa młodych badaczy -?wśród nich Steve Southwick i John Krystal z Yale, Arieh Shalev z Hadassah Medical School w Jerozolimie, Frank Putnam
z National Institute of Mental Health oraz Roger Pitman, który później
trafił na Harvard -?doszła do wniosku, że osoby obciążone traumą
wydzielają duże ilości hormonów stresu jeszcze długo po tym, gdy
rzeczywiste zagrożenie ustąpi. Z kolei Rachel Yehuda z Mount Sinai w Nowym Jorku przedstawiła nam zakrawające na paradoks wyniki badań,
zgodnie z którymi osoby z PTSD cechują się niskim poziomem kortyzolu,
jednego z hormonów stresu. Jej odkrycia zaczęły nabierać sensu dopiero w świetle dalszych badań, które pokazały, że kortyzol niejako kończy
reakcję stresową i komunikuje organizmowi, że wszystko w porządku.
Tymczasem w PTSD hormony stresu nie wracają do bazowego poziomu po
ustąpieniu zagrożenia.
Byłoby idealnie, gdyby hormonalny system stresu błyskawicznie reagował
na niebezpieczeństwo, a potem szybko przywracał nas do równowagi.
Tymczasem u pacjentów z PTSD powrót do równowagi jest zakłócony. Choć
niebezpieczeństwo minęło, nadal pojawiają się u nich sygnały walki,
ucieczki lub zamrożenia, a cały system nie wraca do normy tak samo, jak
działo się to u wspomnianych psów. Ciągłe wydzielanie hormonów stresu
manifestuje się pobudzeniem i paniką, a w dłuższej perspektywie sieje
spustoszenie w organizmie.
Tego dnia spóźniłem się na samolot, bo po prostu musiałem porozmawiać ze
Stevenem Maierem. Jego warsztaty dostarczyły mi nie tylko wskazówek
dotyczących podstawowych problemów moich pacjentów, lecz także
możliwości ich rozwiązania. Razem z Seligmanem odkrył on na przykład, że
jedyny sposób nauczenia straumatyzowanych psów, by po otwarciu drzwiczek
zeszły z siatki, która raziła je prądem, polega na wielokrotnym
wyciąganiu ich z klatki, aby mogły fizycznie się przekonać, jak mogą
uciec. Zastanawiałem się, czy nie moglibyśmy w podobny sposób pomóc moim
pacjentom zerwać z przeświadczeniem, że nie mogą zrobić nic, by się
obronić. Czy oni także potrzebowali doświadczeń fizycznych, aby odzyskać
wewnętrzne poczucie kontroli? A gdyby dało się ich nauczyć, że fizyczny
ruch pozwala uciec od potencjalnego zagrożenia -?podobnego do dawnej
traumatycznej sytuacji, w której czuli się uwięzieni i unieruchomieni?
To jeden z moich kluczowych wniosków -?szerzej omawiam go w piątej
części książki, poświęconej leczeniu.
Dalsze badania na zwierzętach -?myszach, szczurach, kotach, małpach i słoniach -?przyniosły kolejne intrygujące rezultaty10. Na przykład gdy naukowcy odtwarzali głośne,
natarczywe dźwięki, myszy wychowane w przytulnych gniazdach i mające pod
dostatkiem pożywienia natychmiast uciekały do siebie. Ale inne myszy,
które dorastały w hałasie i nie mogły liczyć na pełną miskę, także
uciekały do domu, nawet po pewnym czasie spędzonym w przyjemniejszym
otoczeniu11.
Wystraszone zwierzęta uciekają do domu niezależnie od tego, czy jest on
bezpieczny, czy budzi lęk. Pomyślałem o moich pacjentach z przemocowymi
rodzinami, wracających do nich mimo ryzyka kolejnej krzywdy. Czy osoby z traumą są skazane na szukanie ucieczki do tego, co znane? Jeśli tak,
dlaczego tak się dzieje i czy można pomóc im stworzyć więź z miejscami i aktywnościami dającymi poczucie bezpieczeństwa i przyjemności?12
Uzależnieni od traumy: ból rozkoszy i rozkosz bólu
Jednym z doświadczeń, które szczególnie uderzyły mnie i mojego kolegę
Marka Greenberga podczas prowadzenia grup terapeutycznych dla żołnierzy
walczących w Wietnamie, była niezwykła żywiołowość, z jaką opowiadali
oni o katastrofach śmigłowców i umierających towarzyszach broni -?choć
wspomnienia te budziły w nich żal i grozę. (Chris Hedges, były
korespondent "New York Timesa", który relacjonował wiele brutalnych
konfliktów, zatytułował swoją książkę War Is a Force That Gives Us
Meaning [Wojna jest siłą, która daje nam sens]13). Wiele straumatyzowanych osób wydaje się dążyć do
przeżyć, które dla większości są odstręczające14, a pacjenci często uskarżają się na nieokreślone
poczucie pustki i nudy, jakie towarzyszy im, gdy nie są rozgniewani, pod
presją albo zaangażowani w jakieś ryzykowne działania.
Kiedy moja pacjentka Julia miała szesnaście lat, została bestialsko
zgwałcona w pokoju hotelowym. Sprawca groził jej bronią palną. Niedługo
potem związała się z brutalnym alfonsem, który zrobił z niej pracownicę
seksualną. Regularnie ją bił. Wielokrotnie trafiała do aresztu za
świadczenie usług seksualnych, lecz zawsze wracała do swojego alfonsa. W końcu zainterweniowali jej dziadkowie, którzy opłacili intensywny
stacjonarny program rehabilitacyjny. Po jego ukończeniu podjęła pracę
jako recepcjonistka i zaczęła uczęszczać na zajęcia w miejscowym
college'u. W ramach kursu z socjologii napisała pracę semestralną o wyzwalających możliwościach branży erotycznej, a na jej potrzeby
przeczytała wspomnienia kilku sławnych pracownic seksualnych. Stopniowo
rezygnowała z pozostałych kursów. Związek z kolegą z jej roku rozpadł
się szybko, bo jak sama powiedziała, chłopak śmiertelnie ją nudził, a jego zamiłowanie do majtek typu bokserki -?odrzucało. Potem poznała w metrze narkomana, który najpierw ją pobił, a potem zaczął prześladować.
Ostatecznie, po kolejnym dotkliwym pobiciu, zdecydowała się wrócić na
terapię.
Tego rodzaju nawracające traumatyczne przeżycia Freud nazwał "przymusem
powtarzania". Wierzył on -?podobnie jak wielu jego naśladowców -?że
powielanie własnych schematów to podświadome próby przejęcia kontroli
nad traumatyczną sytuacją, które w końcu mają doprowadzić do opanowania
jej i rozwiązania. Nie ma żadnych dowodów na słuszność tej teorii, gdyż
powtarzanie jedynie potęguje ból i nienawiść do samego siebie. Nawet w trakcie terapii ponowne przeżywanie traumy na nowo może nasilać fiksacje
i obsesje.
Mark Greenberg i ja postanowiliśmy dowiedzieć się więcej o atraktorach
(ang. attractors), czyli czynnikach, które nas przyciągają, motywują i dają nam poczucie, że żyjemy. W zwykłych okolicznościach atraktory mają
poprawiać nam samopoczucie. Dlaczego więc tak wiele osób pociągają
sytuacje niebezpieczne lub krzywdzące? W końcu znaleźliśmy badanie
wyjaśniające, jak to się dzieje, że działania powodujące początkowo
strach i ból mogą z biegiem czasu stać się ekscytującymi
doświadczeniami15. W latach 70. ubiegłego wieku
Richard Solomon z Uniwersytetu Pensylwanii wykazał, że ciało uczy się
adaptować do różnych bodźców. Możemy uzależnić się od tak zwanych
rekreacyjnych narkotyków, ponieważ wprawiają nas w euforyczny stan, lecz
czynności takie jak saunowanie, bieganie maratonów czy skakanie ze
spadochronem, choć początkowo rodzą dyskomfort, a nawet przerażenie, po
jakimś czasie także stają się bardzo przyjemne. Ta stopniowa zmiana
sygnalizuje, że w organizmie ustalił się nowy stan chemicznej równowagi,
dzięki której na przykład maratończycy czerpią radość i euforię z przekraczania granic możliwości własnego ciała.
Na tym etapie, podobnie jak w przypadku uzależnienia od narkotyków,
zaczynamy pragnąć danej czynności, a ponieważ nie możemy tego pragnienia
zrealizować, doświadczamy objawów odstawienia. W dłuższej perspektywie
ludzie bardziej przejmują się bolesnymi symptomami odstawienia niż samą
czynnością. Z tego punktu widzenia można zrozumieć, dlaczego niektórzy
płacą komuś za to, żeby ich pobił, przypalają się papierosami albo lgną
tylko do osób, które ich ranią. Strach i niechęć w jakiś perwersyjny
sposób mogą przemienić się w źródło przyjemności.
Solomon wysunął hipotezę, zgodnie z którą endorfiny -?substancje
chemiczne podobne do morfiny, wydzielane przez mózg w odpowiedzi na
stres -?biorą udział w opisanych przez niego paradoksalnych
uzależnieniach. Przypomniałem sobie o jego teorii, gdy jak na mola
książkowego przystało, dokopałem się do publikacji z 1946 roku
zatytułowanej Pain in Men Wounded in Battle [Ból u rannych w walce].
Jej autor, chirurg Henry K. Beecher, zauważył, że 75 procent ciężko
rannych żołnierzy na froncie włoskim nie prosiło o morfinę, co skłoniło
go do wyciągnięcia wniosku, że "silne emocje mogą blokować ból"16.
Czy spostrzeżenia Beechera dałoby się odnieść do osób z PTSD? Mark
Greenberg, Roger Pitman, Scott Orr i ja postanowiliśmy zapytać ośmiu
weteranów wojny w Wietnamie, czy zgodziliby się poddać standardowemu
testowi na próg bólu podczas oglądania scen z kilku filmów. Pierwszy
fragment pochodził z epatującego wizualną brutalnością filmu Olivera
Stone'a Pluton (1986). W trakcie jego oglądania weterani trzymali
prawą dłoń w wiadrze z lodowatą wodą, my zaś mierzyliśmy, jak długo są w stanie to znieść. Potem powtórzyliśmy eksperyment, tylko z bardzo
spokojnym w odbiorze fragmentem zupełnie innego (i dawno zapomnianego)
filmu. Podczas oglądania Plutonu siedmiu z ośmiu weteranów wytrzymało
z ręką w przeszywająco zimnej wodzie o 30 procent dłużej. Obliczyliśmy,
że skuteczność znieczulenia wywołanego oglądaniem kwadransa filmu
wojennego była porównywalna ze wstrzyknięciem ośmiu miligramów morfiny,
czyli dawki zbliżonej do podawanej ludziom trafiającym na SOR z silnym
bólem w klatce piersiowej.
Doszliśmy do wniosku, że blokowanie bólu przez intensywne emocje -?czyli
to, o czym spekulował Beecher -?wynika z uwolnienia morfinopodobnych
substancji wytwarzanych w mózgu. Sugerowało to, że dla wielu osób
obciążonych traumą ponowna ekspozycja na stres może przynosić ulgę17. Był to interesujący eksperyment, nie wyjaśniał
jednak w pełni, dlaczego Julia wciąż wracała do brutalnego alfonsa.
Uciszanie mózgu
Konferencja ACNP zorganizowana w 1985 roku dawała jeszcze więcej do
myślenia niż poprzednie, o ile to w ogóle możliwe. Profesor Jeffrey Gray
z King's College wygłosił wykład na temat ciała migdałowatego -?skupiska
komórek mózgowych, które decydują o tym, czy bodziec taki jak dźwięk,
obraz lub doznanie somatyczne zostanie uznany za zagrożenie. Z danych
Graya wynikało, że wrażliwość ciała migdałowatego zależy -?przynajmniej
częściowo -?od ilości znajdującego się w nim neuroprzekaźnika nazwanego
serotoniną. Zwierzęta, u których poziom serotoniny był niski,
przejawiały nadmierne reakcje na stresujące bodźce (takie jak głośne
dźwięki), a wysoki poziom serotoniny tłumił ich układ lękowy, przez co w odpowiedzi na potencjalne zagrożenia były mniej skłonne do agresji lub
zamarcia w przerażeniu ("zamrożenia")18.
Uznałem to odkrycie za istotne: moi pacjenci zawsze wybuchali w reakcji
na drobne prowokacje i czuli się zdruzgotani nawet przy najbłahszym
odtrąceniu. Zafascynowała mnie potencjalna rola serotoniny w PTSD. Inni
badacze wykazali, że dominujące ("alfa") samce małp mają w mózgach
znacznie wyższy poziom serotoniny niż osobniki znajdujące się niżej w hierarchii, lecz poziom ten spada, jeśli uniemożliwi się im utrzymywanie
kontaktu wzrokowego z małpami, które wcześniej uznały ich wyższość. Dla
odmiany małpy podporządkowane -?po podaniu im serotoniny -?zaczynały
kreować się na przywódców19. Można zatem
powiedzieć, że środowisko społeczne jest sprzężone z chemią mózgu.
Obniżanie rangi małpy w hierarchii powodowało u niej spadek poziomu
serotoniny, a sztuczne zwiększanie tego poziomu skutkowało awansem
byłych podwładnych.
Konsekwencje tego odkrycia dla człowieka wydawały się oczywiste. Tak jak
te zwierzęta w eksperymentach Graya, które miały niski poziom
serotoniny, tak i oni byli nadmiernie reaktywni, a ich zdolność do
radzenia sobie w sytuacjach społecznych często okazywała się zaburzona.
Gdybyśmy znaleźli jakiś sposób na zwiększenie poziomu serotoniny w mózgu, być może udałoby nam się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Na tym samym spotkaniu w 1985 roku dowiedziałem się, że firmy
farmaceutyczne opracowują właśnie dwa nowe środki, które mają mieć
dokładnie takie działanie, lecz ponieważ żaden z nich nie był jeszcze
dostępny, przez krótki czas eksperymentowałem z suplementem diety ze
sklepu ze zdrową żywnością, zawierającym L-tryptofan, będący prekursorem
serotoniny w organizmie. (Rezultaty okazały się rozczarowujące).
Pierwszy z opracowywanych leków nigdy nie trafił do sprzedaży. Drugim
była fluoksetyna, lepiej znana pod handlową nazwą Prozac -?jeden z najpopularniejszych środków psychotropowych w historii.
W poniedziałek 8 lutego 1988 roku Prozac -?produkt firmy farmaceutycznej
Eli Lilly -?trafił na rynek. Pierwszą pacjentką, jaką przyjąłem tego
dnia, była młoda kobieta z koszmarną historią przemocy w dzieciństwie,
obecnie zmagająca się z bulimią. Jej życie na dobrą sprawę składało się
z faz objadania się i wymiotowania. Dostała ode mnie receptę na ten
zupełnie nowy lek, a gdy wróciła w czwartek, powiedziała: "Kilka
ostatnich dni było zupełnie innych: jadłam, kiedy byłam głodna, a resztę
czasu przeznaczałam na naukę". Było to jedno z najbardziej niebywałych
stwierdzeń, jakie usłyszałem w moim gabinecie.
W piątek przyjąłem kolejną pacjentkę, której w poniedziałek zapisałem
Prozac. Była to kobieta w chronicznej depresji, matka dwójki dzieci w wieku szkolnym, przejęta swoją rzekomą nieudolnością w rolach matki i żony oraz przytłoczona oczekiwaniami rodziców, którzy zgotowali jej złe
dzieciństwo. Po czterech dniach przyjmowania Prozacu zapytała mnie, czy
może opuścić następną wizytę w nadchodzący poniedziałek, na który
przypadało święto państwowe -?Dzień Prezydentów. "Tak się składa -
zaczęła się tłumaczyć -?że nigdy nie zabierałam dzieci na narty, bo
zawsze robi to mój mąż, a tego dnia mają przecież wolne. Miło byłoby dać
im okazję do wspólnej zabawy, to zawsze jakieś dobre wspomnienia".
Te słowa wypowiedziała pacjentka, której trudności sprawiało samo
przetrwanie kolejnego dnia. Po jej wizycie zadzwoniłem do znajomego w Eli Lilly i powiedziałem: "Macie lek, który pomaga ludziom żyć tu i teraz, zamiast nurzać się w przeszłości". Później firma przyznała mi
niewielki grant na zbadanie wpływu Prozacu na PTSD u sześćdziesięciu
czterech osób -?dwudziestu dwóch kobiet i czterdziestu dwóch mężczyzn.
Miało to być pierwsze badanie działania tej nowej klasy leków w kontekście stresu pourazowego. Nasz zespół z Trauma Clinic zwerbował do
badania trzydziestu trzech cywilów, a moi współpracownicy, byli koledzy
z VA -?trzydziestu jeden weteranów wojennych. Przez osiem tygodni połowa
każdej grupy otrzymywała Prozac, a druga połowa placebo. Badanie było
podwójnie ślepe, co oznacza, że nikt -?ani my, ani pacjenci -?nie
wiedział, kto i jaką substancję przyjmuje, co eliminowało wpływ naszych
oczekiwań lub uprzedzeń na ostateczną ocenę.
Poprawę, przynajmniej niewielką, odnotowaliśmy u wszystkich uczestników
badania -?nawet tych, którzy dostawali placebo. Większość badań nad PTSD
wskazuje na znaczący efekt placebo. Ludzie zbierający się na odwagę, by
wziąć udział w badaniu, za które nie otrzymują wynagrodzenia, są raz po
raz kłuci igłami i na dodatek mają tylko pięćdziesiąt procent szans na
otrzymanie substancji aktywnej, muszą mieć silną wewnętrzną motywację do
rozwiązania problemu. Być może nagrodą są dla nich sama uwaga oraz
możliwość wyrażenia tego, co czują i myślą. Na podobnej zasadzie
"placebo" można nazwać buziak matki, który magicznie koi wszelkie
dziecięce otarcia.
Na pacjentów z Trauma Clinic Prozac zadziałał znacznie lepiej niż
placebo. W porównaniu z tymi, którzy dostawali cukrowe pigułki, lepiej
spali, skuteczniej panowali nad emocjami i rzadziej roztrząsali
wydarzenia z przeszłości20. O dziwo jednak
Prozac nie miał żadnego wpływu na weteranów wojennych z VA -?w ich
objawach PTSD właściwie nic się nie zmieniło. Wyniki te potwierdziły się
w przypadku większości późniejszych badań farmakologicznych na byłych
żołnierzach: poprawę, na ogół niewielką, stwierdzano u nielicznych, a większość nie odnosiła z przyjmowania leków żadnych korzyści. Nigdy nie
udało mi się tego wyjaśnić, nie mogę jednak zaakceptować popularnego
wytłumaczenia, zgodnie z którym ci ludzie nie zdrowieją, bo na szali
jest zasiłek inwalidzki albo wojskowa renta. Ciało migdałowate nie ma
pojęcia o rentach -?po prostu wykrywa zagrożenia.
Niemniej leki takie jak Prozac i pokrewne, na przykład Zoloft, Celexa,
Cymbalta czy Paxil, wniosły znaczący wkład w leczenie zaburzeń
związanych z traumą. W naszym badaniu nad Prozakiem posłużyliśmy się
testem Rorschacha, aby się przekonać, jak osoby z traumą postrzegają
otoczenie. Dane te dały nam ważną wskazówkę dotyczącą działania
omawianej klasy leków, oficjalnie nazywanych selektywnymi inhibitorami
zwrotnego wychwytu serotoniny (ang. selective serotonin reuptake
inhibitors; SSRI). Przed przyjęciem Prozacu emocje tych pacjentów
rządziły ich reakcjami. Przychodzi mi na myśl pewna Holenderka (nie
brała udziału we wspomnianym badaniu), która przyszła do mnie na terapię
traumy wynikającej z gwałtu doświadczonego w dzieciństwie, ale gdy tylko
usłyszała, że mówię z flamandzkim akcentem, pomyślała, że ja też ją
zgwałcę. Różnica wynikająca z przyjmowania Prozacu była radykalna.
Środek ten pozwolił bowiem pacjentom z PTSD obrać inny punkt
widzenia21 i pomógł im zyskać znaczącą kontrolę
nad impulsami. Jeffrey Gray musiał mieć rację: wraz ze wzrostem poziomu
serotoniny nadreaktywność wielu moich pacjentów malała.
Triumf farmakologii
Nie musiało minąć wiele czasu, by farmakologia zrewolucjonizowała
psychiatrię. Środki psychoaktywne dały lekarzom większe poczucie
skuteczności i obok terapii rozmową stały się ważnym narzędziem
leczenia. Poza tym leki generowały dochody i zyski. Dzięki grantom od
przemysłu farmaceutycznego zyskaliśmy laboratoria pełne wyrafinowanej
aparatury i tryskających entuzjazmem studentów. Oddziały psychiatryczne,
tradycyjnie spychane do szpitalnych piwnic, zaczęły awansować -?zarówno
dosłownie, na wyższe piętra, jak i w przenośni, zyskując na prestiżu.
Symbolami tego awansu były zmiany zachodzące w MMHC, gdzie na początku
lat 90. basen szpitalny przebudowano na laboratorium, a boisko do
koszykówki zagospodarowano jako przestrzeń dla nowej kliniki
farmakoterapii. Przez dziesiątki lat lekarze i pacjenci demokratycznie
dzielili przyjemność pluskania się w basenie i podawania piłek na
boisku. W czasach, kiedy byłem asystentem, spędziłem z chorymi wiele
godzin w szpitalnych obiektach sportowych. Były to jedyne przestrzenie,
gdzie mogliśmy odzyskać poczucie fizycznego dobrostanu -?wyspy na morzu
cierpienia, z jakim mierzyliśmy się każdego dnia. Teraz te wyspy
zredukowano do miejsc, w których pacjenci mieli po prostu "być
naprawiani".
Lekowa rewolucja, zapoczątkowana niezwykle obiecująco, ostatecznie
wyrządziła tyle samo szkód, co przyniosła pożytku. Teoria, zgodnie z którą choroba psychiczna jest spowodowana przede wszystkim zaburzeniami
równowagi chemicznej w mózgu, została powszechnie zaakceptowana przez
media, opinię publiczną i środowisko medyczne22. W wielu przypadkach leki wyparły inne formy
terapii -?pozwalały bowiem tłumić objawy schorzeń, choć nie miały
najmniejszego wpływu na ich pierwotne przyczyny. Pod względem
codziennego funkcjonowania chorych środki antydepresyjne mogą czynić
cuda, a jeśli mamy wybór między braniem tabletki nasennej a upijaniem
się do nieprzytomności każdego wieczoru, żeby przespać choć kilka
godzin, lepsze rozwiązanie nie budzi wątpliwości. U osób wyczerpanych
próbami samodzielnego radzenia sobie dzięki zajęciom jogi, treningom na
siłowni lub po prostu starających się jakoś przetrzymać złe chwile leki
często przynoszą ulgę porównywalną z daniem nowego życia. SSRI mogą
bardzo pomagać straumatyzowanym ludziom w wyzwoleniu się spod jarzma
emocji. Należy traktować je jednak wyłącznie jako uzupełnienie
kompleksowego leczenia23.
Po przeprowadzeniu licznych badań nad lekami na PTSD zdałem sobie sprawę
z tego, że środki psychiatryczne mają poważną wadę, mogą bowiem odwracać
uwagę od zmierzenia się z prawdziwymi przyczynami problemu. Model, w którym zaburzenia psychiczne są traktowane jako choroby mózgu, odbiera
pacjentom możliwość kierowania własnym losem i powierza zadanie
rozwiązania ich problemów lekarzom oraz firmom ubezpieczeniowym.
Przez ostatnie trzy dekady leki psychiatryczne stały się nieodłącznym
elementem naszej kultury, a konsekwencje tego zjawiska budzą poważne
wątpliwości. Przyjrzyjmy się kwestii preparatów przeciwdepresyjnych.
Gdyby rzeczywiście były tak skuteczne, jak nam wmawiano, depresja od
dawna powinna być jedynie marginalnym problemem społecznym. Tymczasem,
choć środki te są przyjmowane coraz częściej, częstotliwość
hospitalizacji z powodu depresji nie spadła ani odrobinę. Ba, w ciągu
ostatnich dwóch dekad [wydanie oryginalne ukazało się w 2015 roku -
przyp. tłum.] liczba osób leczonych na depresję potroiła się, a leki
przeciwdepresyjne bierze obecnie już co dziesiąty Amerykanin26.
Nowa generacja środków przeciwpsychotycznych, takich jak Abilify,
Risperdal, Zyprexa i Seroquel, to jedne z najlepiej sprzedających się
leków w Stanach Zjednoczonych. W 2012 roku mieszkańcy USA wydali na
Abilify 1 526 228 000 dolarów, czyli więcej niż na jakikolwiek inny
farmaceutyk. Na trzecim miejscu znalazła się Cymbalta, lek
przeciwdepresyjny, którego wartość sprzedaży przekroczyła miliard
dolarów25, choć nigdy nie wykazano jej przewagi
nad starszymi lekami tej klasy, takimi jak Prozac, mającymi znacznie
tańsze zamienniki (tzw. generyki). Medicaid, rządowy program zdrowotny
dla ubogich, wydaje na środki przeciwpsychotyczne więcej niż na
jakąkolwiek inną klasę leków26. W 2008 roku,
ostatnim, dla którego dostępne są pełne dane w czasie pisania tej
książki, wartość refundacji tego rodzaju leków sięgnęła 3,6 miliarda
dolarów. Dla porównania w 1999 roku kwota ta wynosiła 1,65 miliarda.
Między 1999 a 2008 rokiem potroiła się liczba osób poniżej dwudziestego
roku życia, które otrzymywały refundowane przez Medicaid środki
przeciwpsychotyczne. Czwartego listopada 2013 roku firma Johnson &
Johnson zgodziła się wypłacić ponad 2,2 miliarda dolarów odszkodowań,
zasądzonych w sprawach karnych i cywilnych, wytoczonych w związku z zarzutami o niewłaściwą promocję leku przeciwpsychotycznego Risperdal,
który był przez nią polecany ludziom starszym, dzieciom oraz osobom z zaburzeniami rozwojowymi27. Nikt jednak nie
pociągnął do odpowiedzialności przepisujących go lekarzy.
Pół miliona amerykańskich dzieci przyjmuje obecnie leki
przeciwpsychotyczne. Dzieci z rodzin o niskich dochodach otrzymują je
czterokrotnie częściej niż te, które są objęte prywatnymi planami
ubezpieczeniowymi. Środki te są często stosowane głównie po to, by
uczynić wykorzystywane i zaniedbywane dzieci posłuszniejszymi. W 2008
roku za pośrednictwem Medicaid przepisano leki przeciwpsychotyczne 19
045 dzieciom w wieku pięciu lat i młodszym28. W jednym z badań, bazującym na danych z Medicaid z trzynastu stanów,
stwierdzono, że środki tego rodzaju otrzymywało 12,4 procent dzieci w rodzinach zastępczych, w porównaniu z zaledwie 1,4 procent ogółu dzieci
kwalifikujących się do świadczeń Medicaid29.
Farmaceutyki te sprawiają, że dzieci stają się bardziej uległe. Łagodzą
wprawdzie przejawy agresji, lecz równocześnie stępiają motywację, chęć
zabawy i ciekawość świata, a więc cechy niezbędne, by młody człowiek
wyrósł na dobrze funkcjonującego członka społeczeństwa, który przyczynia
się do jego rozwoju. Stosowanie tych środków naraża ponadto dzieci na
chorobliwą otyłość i cukrzycę. Równocześnie nieustannie rośnie liczba
przypadków przedawkowania leków psychiatrycznych przyjmowanych w połączeniu ze środkami przeciwbólowymi30.
Ponieważ sprzedaż leków przynosi krocie, w największych czasopismach
medycznych rzadko publikuje się badania na temat niefarmakologicznych
metod leczenia zaburzeń psychicznych31.
Lekarze, którzy się nimi zajmują, są zwykle lekceważąco traktowani jako
przedstawiciele "medycyny alternatywnej". Badania nad
niefarmakologicznymi metodami leczenia rzadko się finansuje, chyba że są
prowadzone według podręcznikowych procedur, w ramach których pacjenci i terapeuci przestrzegają ściśle określonej sekwencji postępowania, co nie
pozwala na większą elastyczność w dostosowaniu terapii do indywidualnych
potrzeb. Medycyna głównego nurtu w ogromnej mierze polega na leczeniu
farmakologicznym. Tymczasem nieustannie ignoruje się lub marginalizuje
to, że istnieją także inne sposoby oddziaływania na fizjologię i wewnętrzną równowagę.
Adaptacja czy choroba?
Model, w którym zaburzenia psychiczne są uznawane za choroby mózgu,
pomija cztery podstawowe prawdy: (1) nasza zdolność do niszczenia siebie
nawzajem jest porównywalna ze zdolnością do wzajemnego uzdrawiania, a odbudowa relacji i społeczności jest warunkiem osiągnięcia dobrostanu;
(2) język daje nam zdolność do zmieniania siebie i innych poprzez
komunikowanie naszych doświadczeń, pomaganie w określaniu tego, co
wiemy, i znajdowanie wspólnych znaczeń; (3) jesteśmy zdolni do
regulowania własnej fizjologii, w tym niektórych tak zwanych
autonomicznych funkcji mózgu i ciała, dzięki bardzo prostym działaniom,
takim jak oddychanie, aktywność ruchowa i dotyk; (4) możemy kształtować
warunki społeczne pod kątem tworzenia środowisk, w których dzieci i dorośli mogliby czuć się bezpiecznie i rozwijać.
Ignorując te fundamentalne wymiary człowieczeństwa, odbieramy ludziom
szansę na wyzdrowienie po traumie i odzyskanie autonomii. Bycie
pacjentem, a nie uczestnikiem procesu leczenia, oddziela cierpiących od
ich społeczności i odbiera im wewnętrzne poczucie własnego "ja". Kiedy
uświadomiłem sobie ograniczenia leków, zacząłem się zastanawiać, czy
istnieją bardziej naturalne sposoby wspierania ludzi w radzeniu sobie z reakcjami na traumę.
Rozdział 3. Zaglądanie do mózgu: neuronaukowa rewolucja
Rozdział 3
Zaglądanie do mózgu: neuronaukowa rewolucja
Gdybyśmy mogli zajrzeć przez czaszkę do mózgu świadomie myślącej osoby i gdyby miejsce odpowiadające największemu pobudzeniu było świetliste,
ujrzelibyśmy tańczącą na powierzchni mózgu jasną plamę o fantastycznych,
falujących granicach, nieustannie zmieniającą wielkość i kształt,
otoczoną mniej lub bardziej intensywną ciemnością, która pokrywa resztę
półkuli.
-?Iwan Pawłow
Patrząc, możesz wiele zauważyć.
-?Yogi Berra
Nowe techniki obrazowania mózgu, opracowane
na początku lat 90., stworzyły wyrafinowane możliwości poznawania
procesów przetwarzania informacji przez mózg -?możliwości, o jakich
wcześniej nawet nie marzyliśmy. Wielkie, kosztujące miliony dolarów
urządzenia, wykorzystujące zaawansowane zjawiska fizyczne i technologie
komputerowe, szybko uczyniły z neuronauki jedną z najpopularniejszych
dziedzin badań. Pozytonowa tomografia emisyjna (PET), a później
funkcjonalne obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego (fMRI)
umożliwiły naukowcom wizualizowanie aktywności poszczególnych części
mózgu podczas wykonywania przez badanych różnych działań lub
przypominania sobie wydarzeń z przeszłości. Po raz pierwszy zyskaliśmy
sposobność do obserwowania mózgu w trakcie przetwarzania przez niego
wspomnień, emocji i doznań, to zaś pozwoliło nam przystąpić do tworzenia
map obwodów umysłu i świadomości. Opracowane wcześniej techniki pomiaru
poziomów substancji chemicznych w mózgu, takich jak serotonina czy
noradrenalina, pozwoliły naukowcom przyjrzeć się temu, co napędza
aktywność neuronalną. Podejście to można jednak porównać do próby
zrozumienia działania silnika samochodu na podstawie badań benzyny.
Neuroobrazowanie zaś pozwoliło zajrzeć do wnętrza owego silnika. Dzięki
temu zmieniło się też nasze rozumienie traumy.
Na czele tej neuronaukowej rewolucji była i nadal jest Harvard Medical
School wraz z należącym do niej Massachusetts General Hospital
Neuroimaging Laboratory (Laboratorium Neuroobrazowania Szpitala
Massachusetts), którego pierwszym dyrektorem został mianowany w 1994
roku młody psychiatra Scott Rauch. Po analizie potencjału nowej
technologii i lekturze moich artykułów Scott zadał kluczowe pytanie: czy
możemy w ten sposób zbadać, co dzieje się w mózgu podczas nawrotów
traumatycznych wspomnień?
Ukończyłem właśnie badanie dotyczące sposobu przechowywania traumy w pamięci (omówię je w rozdziale 12), którego uczestnicy niejednokrotnie
mówili, jak niepokojące było uczucie bycia osaczonym przez obrazy,
odczucia i dźwięki z przeszłości. Ponieważ kilku napomknęło, że ciekawi
ich, jakie figle płata im mózg w trakcie tego rodzaju flashbacków,
postanowiłem zapytać ośmiu z nich, czy byliby skłonni wrócić do kliniki
i położyć się nieruchomo w aparaturze skanującej (co stanowiło zupełnie
nowe doświadczenie), podczas gdy my będziemy rekonstruować sceny
bolesnych zdarzeń, które ich prześladowały. Ku mojemu zaskoczeniu
zgodziła się cała ósemka, a większość wyraziła nadzieję, że wiedza
zdobyta na podstawie ich cierpienia pomoże innym.
Rita Fisler, moja asystentka, współpracująca z nami przed podjęciem
studiów w Harvard Medical School, spotkała się z każdym z uczestników,
aby opracować szczegółowy scenariusz, który chwila po chwili
odzwierciedlał traumatyczne dla niego zdarzenie. Celowo staraliśmy się
zebrać tylko odizolowane fragmenty ich doświadczeń -?konkretne obrazy,
dźwięki i odczucia -?a nie całe historie, ponieważ właśnie tak
doświadcza się traumy. Rita poprosiła też uczestników badania o przedstawienie sytuacji, w której czują się bezpiecznie i mają poczucie
kontroli. Jedna z osób opisała swój typowy poranek, inna zaś siedzenie
na ganku wiejskiego domu w Vermont z idyllicznym widokiem na wzgórza.
Scenariusze przedstawiające te sceny wykorzystaliśmy podczas drugiego
skanowania, które w założeniu miało stanowić odczyt bazowy.
Gdy uczestnicy zweryfikowali wierność scenariuszy (czytali je po cichu,
co jest mniej przytłaczające niż słuchanie lub mówienie), Rita
sporządziła nagrania głosowe przeznaczone do odtwarzania w trakcie ich
pobytu w skanerze. Typowy scenariusz przedstawiał się tak:
Masz sześć lat i szykujesz się do spania. Słyszysz, jak matka i ojciec
na siebie krzyczą. Boisz się. Masz ściśnięty żołądek. Razem z bratem i siostrą siedzisz skulony na szczycie schodów. Spoglądasz przez poręcz i widzisz ojca, który mocno trzyma matkę za ręce, a ona próbuje się
wyszarpnąć. Matka wyje, pluje i syczy jak zwierzę. Czerwienieje ci twarz
i czujesz gorąco rozlewające się po całym ciele. Matce udaje się wyrwać,
biegnie do jadalni i tłucze bardzo drogi chiński wazon. Krzyczysz do
rodziców, żeby przestali, lecz puszczają to mimo uszu. Matka biegnie na
górę. Słyszysz, jak rozbija telewizor. Twoje młodsze rodzeństwo usiłuje
ją nakłonić, by schowała się w szafie. Serce wali ci jak młotem,
dygoczesz.
Podczas pierwszej sesji wyjaśniliśmy uczestnikom sens wdychania
radioaktywnego tlenu: gdy dowolna część mózgu staje się mniej lub
bardziej aktywna pod względem metabolicznym, natychmiast przekłada się
to na tempo zużywania tlenu, co jest wykrywane przez skaner.
Powiedzieliśmy też badanym, że w trakcie skanowania będziemy monitorować
ciśnienie krwi i tętno, by móc później zestawić te fizjologiczne
wskaźniki z aktywnością mózgu.
Kilka dni później uczestnicy zgłosili się do laboratorium
neuroobrazowania. Pierwszą ochotniczką była Marsha, czterdziestoletnia
nauczycielka z przedmieść Bostonu. Jej scenariusz przeniósł ją do dnia
sprzed trzynastu lat, kiedy to odebrała Melissę, pięcioletnią córkę, z półkolonii. Gdy ruszyły, w samochodzie włączył się natrętny sygnał
dźwiękowy, dający znać, że pas bezpieczeństwa Melissy nie został
prawidłowo zapięty. Marsha sięgnęła, żeby go poprawić, i przejechała
skrzyżowanie na czerwonym świetle. Z prawej strony uderzył w nią inny
samochód, zabijając jej córkę na miejscu. W karetce w drodze do szpitala
brzemienna Marsha straciła też siedmiomiesięczny płód.
Z pogodnej kobiety i duszy towarzystwa z dnia na dzień przemieniła się w przygnębiony cień człowieka, prześladowany poczuciem winy, depresją i koszmarami. Zrezygnowała z nauczania na rzecz szkolnej administracji,
gdyż jak wielu rodziców, którzy stracili swoje pociechy, nie była w stanie bezpośrednio pracować z dziećmi -?ich radosny śmiech stał się dla
niej silnym wyzwalaczem negatywnych emocji. Przetrwanie kolejnego dnia
okazało się jednak wyzwaniem nawet wtedy, gdy tkwiła z nosem w papierach. W daremnej próbie zapanowania nad własnymi odczuciami zaczęła
tyrać dzień i noc.
Podczas badania Marshy stałem obok skanera i mogłem obserwować jej
reakcje fizjologiczne na ekranie. W chwili gdy włączyliśmy magnetofon,
jej serce zaczęło się tłuc, a ciśnienie krwi podskoczyło. Samo
wysłuchanie scenariusza pobudziło u niej te same reakcje fizjologiczne,
które wystąpiły podczas wypadku przed trzynastu laty. Po zakończeniu
nagrania, kiedy tętno i ciśnienie krwi Marshy wróciły do normy,
puściliśmy drugi scenariusz, z opisem porannego wstawania i mycia zębów.
Tym razem tętno ani ciśnienie krwi nie uległy zmianie.
Obrazy straumatyzowanego mózgu. Jasne obszary w układzie limbicznym
(A) oraz korze wzrokowej (B) wskazują na silne pobudzenie. Rysunek C
obrazuje wyraźnie zmniejszoną aktywność ośrodka mowy.
Po wyjściu ze skanera Marsha sprawiała wrażenie osoby przybitej,
wyczerpanej i bezwolnej. Miała płytki oddech, szeroko otwarte oczy i przygarbione ramiona -?trudno o lepszy obraz bezbronności i wrażliwości.
Staraliśmy się ją pocieszyć, lecz zastanawiałem się, czy to, co
odkryliśmy, warte jest jej cierpień.
Po przeprowadzeniu procedury u wszystkich ośmiu uczestników Scott Rauch
wraz z zespołem matematyków i statystyków zabrał się do opracowywania
obrazów kompozytowych, które miały ilustrować różnice między pobudzeniem
wywołanym przez retrospekcję a neutralnym stanem mózgu. Po kilku
tygodniach przysłał mi wyniki (można obejrzeć je na poprzedniej
stronie). Przymocowałem te obrazy do lodówki i przez parę następnych
miesięcy wpatrywałem się w nie każdego wieczoru. Przyszło mi do głowy,
że właśnie tak musieli się czuć pierwsi astronomowie, oglądając przez
teleskop nową konstelację.
Na obrazach ze skanera widać było zagadkowe kropki i kolory, lecz
największy spośród pobudzonych obszarów mózgu -?duża czerwona plama po
prawej stronie, w jego centralnej części, odpowiadająca układowi
limbicznemu, nazywanemu też mózgiem emocjonalnym -?nie stanowił
zaskoczenia. Już od dawna wiedzieliśmy, że silne emocje pobudzają układ
limbiczny, w szczególności obszar, który nazywamy ciałem migdałowatym.
Struktura ta ostrzega nas przed zbliżającym się niebezpieczeństwem oraz
aktywuje reakcję stresową organizmu. Nasze badanie wyraźnie pokazało, że
gdy straumatyzowane osoby mają do czynienia z obrazami, dźwiękami lub
wspomnieniami związanymi z tragicznym zdarzeniem, ciało migdałowate
reaguje niepokojem, nawet jeśli od owego zdarzenia minęło trzynaście
lat, jak w przypadku Marshy. Aktywacja tego ośrodka strachu wyzwala
kaskadę hormonów stresu oraz impulsów nerwowych, które zwiększają
ciśnienie krwi, tętno i zapotrzebowanie na tlen, aby przygotować ciało
do walki lub ucieczki1. Czujniki umieszczone na
ramionach Marshy zarejestrowały ten fizjologiczny stan gorączkowego
pobudzenia, choć ona sama doskonale zdawała sobie sprawę, że spokojnie
leży w aparaturze skanującej.
Niema groza
Najbardziej zaskakującym spośród naszych odkryć była nieduża biała plama
umiejscowiona w lewym płacie czołowym kory mózgowej, w obszarze nazwanym
ośrodkiem Broki. W tym przypadku zmiana koloru oznaczała znaczący spadek
aktywności tej części mózgu. Ośrodek Broki jest jedną ze struktur
odpowiedzialnych za mowę, która często ulega uszkodzeniu u pacjentów po
udarze, gdy przestaje docierać do niego krew. Bez sprawnego ośrodka
Broki nie można wyrażać myśli ani uczuć słowami. Z naszych obrazów
wynikało, że obszar ten wyłączał się za każdym razem, gdy u pacjenta
wracały reminiscencje traumatycznego wydarzenia. Innymi słowy:
zyskaliśmy wizualny dowód na to, że skutki traumy nie muszą różnić się
od następstw fizycznych uszkodzeń -?na przykład w wyniku udaru -?i mogą
się na nie nakładać.
Każda trauma jest pozawerbalna. Szekspir uchwycił ten stan niemej grozy
w Makbecie, w scenie po odkryciu ciała zamordowanego króla: "O zgrozo!
Zgrozo! Ani cię potrafi język wysłowić, ani serce pojąć! Swego
arcydzieła Zamęt dokonał"3. W sytuacjach ekstremalnych ludzie
mogą głośno przeklinać, wzywać matkę, wyć lub po prostu zmartwieć z przerażenia. Ofiary napaści i wypadków na izbach przyjęć często milczą i siedzą bez ruchu. Straumatyzowane dzieci "zapominają języka w buzi" i nie chcą mówić. Żołnierze na zdjęciach z frontu patrzą w nieokreśloną
dal, mając pustkę w oczach.
Mimo upływu lat ludzie obciążeni traumą często mają ogromne trudności z opowiadaniem innym o tym, co ich spotkało. Ich ciała ponownie
doświadczają przerażenia, wściekłości i bezsilności. Czują impuls do
walki lub ucieczki, lecz odczucia te są prawie niemożliwe do
wyartykułowania. Trauma z natury doprowadza nas na skraj rozumienia,
odbierając zdolność do posługiwania się językiem opartym na wspólnych
doświadczeniach i dającej się wyobrazić przeszłości.
Nie oznacza to, że ludzie ci nie są w stanie opowiadać o przeżytej
tragedii. Wcześniej czy później większość ocalałych -?podobnie jak
weterani z rozdziału 1 -?wymyśla na potrzeby otoczenia coś, co niejeden
z nich nazywa "przykrywką", a mianowicie historię, która w pewnym
stopniu tłumaczy ich objawy i zachowania. Historie te rzadko oddają
jednak prawdę o ich wewnętrznych przeżyciach. Niezwykle trudno jest
uporządkować własne traumatyczne doświadczenia tak, by stanowiły spójną
opowieść -?narrację z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Nawet
reporter tak doświadczony jak Ed Murrow, słynny korespondent CBS, miał
trudności z ujęciem w słowa okrucieństwa, z jakim zetknął się w 1945
roku w wyzwolonym nazistowskim obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie:
"Modlę się, abyście uwierzyli w to, co powiedziałem. Zrelacjonowałem to,
co zobaczyłem i usłyszałem, lecz nie w pełni. Na większość z tego nie
znajduję słów".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki