Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy - Bessel van der Kolk

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (29,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. W obliczu traumy

Pro­log

W obli­czu traumy

Aby doświad­czyć traumy, nie trzeba wal­czyć na linii frontu ani tra­fić do obozu dla uchodź­ców w Syrii lub w Kongu. Trauma przy­da­rza się nam, naszym przy­ja­cio­łom, krew­nym i sąsia­dom. Bada­nia prze­pro­wa­dzone w USA przez Cen­ters for Dise­ase Con­trol and Pre­ven­tion (Cen­tra Kon­troli i Pre­wen­cji Cho­rób; CDC) wyka­zały, że co piąty Ame­ry­ka­nin był mole­sto­wany sek­su­al­nie w dzie­ciń­stwie, co czwarty został pobity przez rodzi­ców tak dotkli­wie, że zostały mu ślady na ciele, a co trze­cia para zmaga się z pro­ble­mem prze­mocy fizycz­nej we wła­snym domu. Co czwarte z nas dora­stało w rodzi­nie, w któ­rej jeden z bli­skich był alko­ho­li­kiem, a co ósme patrzyło, jak bito jego matkę1.

Przed­sta­wi­ciele gatunku ludz­kiego są isto­tami nie­zwy­kle odpor­nymi. Od zara­nia dzie­jów pod­no­simy się po bez­li­to­snych woj­nach i nie­zli­czo­nych kata­stro­fach (tych natu­ral­nych i tych spo­wo­do­wa­nych przez nas samych) oraz po incy­den­tach prze­mocy i zdrad w codzien­nym życiu. Ale każde trau­ma­tyczne doświad­cze­nie pozo­sta­wia po sobie ślady, zarówno na wielką skalę (w histo­rii i kul­tu­rze), jak i w naszym naj­bliż­szym oto­cze­niu, a mroczne sekrety są nie­po­strze­że­nie prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie. Ślady pozo­stają także w naszych umy­słach i wpły­wają na emo­cje, rzu­tują na zdol­ność do odczu­wa­nia rado­ści oraz intym­no­ści, a nawet na fizjo­lo­gię oraz układ odpor­no­ściowy.

Trauma dotyka nie tylko tych, któ­rzy bez­po­śred­nio jej doświad­czyli, lecz także wszyst­kich wokół. Żoł­nie­rze wra­ca­jący do domu z linii frontu mogą prze­ra­żać wła­sne rodziny wybu­chami wście­kło­ści albo emo­cjo­nalną obo­jęt­no­ścią. Żony męż­czyzn cier­pią­cych na zespół stresu poura­zo­wego (ang. post­trau­ma­tic stress disor­der; PTSD) czę­sto wpa­dają w depre­sję, a dzieci matek z depre­sją są nara­żone na zwięk­szone ryzyko dora­sta­nia w atmos­fe­rze nie­pew­no­ści i nie­po­koju. Doświad­cza­nie prze­mocy w śro­do­wi­sku rodzin­nym w dzie­ciń­stwie czę­sto utrud­nia nawią­zy­wa­nie sta­bil­nych, opar­tych na zaufa­niu rela­cji w doro­słym życiu.

Trauma z defi­ni­cji jest czymś nie do znie­sie­nia, nie do zaak­cep­to­wa­nia. U więk­szo­ści ofiar gwał­tów, wete­ra­nów wojen­nych czy mole­sto­wa­nych dzieci sama myśl o prze­ży­tej trau­mie wywo­łuje tak silny lęk, że pró­bują oni wyprzeć te wspo­mnie­nia i żyć tak, jakby nic się nie wyda­rzyło. Życie w cie­niu wspo­mnień o ter­ro­rze oraz wstyd pły­nący z doświad­cze­nia skraj­nej bez­sil­no­ści i bez­bron­no­ści wyma­gają ogrom­nego wysiłku.

Choć wszy­scy chcemy zosta­wić traumę za sobą, część naszego mózgu odpo­wie­dzialna za prze­trwa­nie (dzia­ła­jąca głę­boko pod war­stwą mózgu racjo­nal­nego) nie­szcze­gól­nie dobrze radzi sobie z wypie­ra­niem nega­tyw­nych wspo­mnień. Remi­ni­scen­cje trau­ma­tycz­nego zda­rze­nia -?nawet długo po jego zakoń­cze­niu -?mogą zostać na nowo roz­bu­dzone przez choćby cień nie­bez­pie­czeń­stwa, który ożywi zabu­rzone obwody mózgu i skłoni je do wydzie­la­nia ogrom­nych ilo­ści hor­mo­nów stresu. Rodzi to nie­przy­jemne emo­cje, silne dozna­nia soma­tyczne oraz impul­sywne i agre­sywne zacho­wa­nia. Tego rodzaju post­trau­ma­tyczne reak­cje wydają się nie­zro­zu­miałe i przy­tła­cza­jące. Osoby, które prze­żyły traumę, czę­sto czują, że nie są w sta­nie nad nimi zapa­no­wać, i oba­wiają się, że są nie­od­wra­cal­nie zabu­rzone.

* * *

Po raz pierw­szy zain­te­re­so­wa­łem się medy­cyną pod­czas obozu let­niego, gdy mia­łem czter­na­ście lat. Mój kuzyn Michael nie dawał mi spać, wyja­śnia­jąc zawi­ło­ści dzia­ła­nia nerek. Opo­wia­dał, jak sub­stan­cje będące pochod­nymi prze­miany mate­rii wyda­lają, a potem odzy­skują te, które pozwa­lają utrzy­mać home­ostazę orga­ni­zmu. Urze­kły mnie jego opo­wie­ści o nie­zwy­kłych aspek­tach funk­cjo­no­wa­nia ciała. Póź­niej, na poszcze­gól­nych eta­pach stu­dio­wa­nia medy­cyny -?nie­za­leż­nie od tego, czy zgłę­bia­łem chi­rur­gię, kar­dio­lo­gię czy pedia­trię -?uwa­ża­łem za oczy­wi­ste, że warun­kiem zdro­wie­nia jest zro­zu­mie­nie dzia­ła­nia całego ludz­kiego orga­ni­zmu. Ale gdy roz­po­czą­łem staż psy­chia­tryczny, zdu­miał mnie kon­trast mię­dzy nie­wia­ry­godną zło­żo­no­ścią umy­słu oraz róż­no­rod­no­ścią inte­rak­cji i więzi mię­dzyludzkich a tym, jak nie­wiele psy­chia­trzy wie­dzą o źró­dłach pro­ble­mów, które leczą. Czy któ­re­goś dnia będziemy znać taj­niki mózgów, umy­słów i miło­ści tak dobrze, jak znamy inne układy skła­da­jące się na ludzki orga­nizm?

Choć od osią­gnię­cia tak głę­bo­kiego zro­zu­mie­nia dzielą nas jesz­cze dłu­gie lata, naro­dziny trzech dzie­dzin nauki zapo­cząt­ko­wały praw­dziwą eks­plo­zję wie­dzy o skut­kach traumy, nad­użyć i zanie­dbań. Te nowe dys­cy­pliny to: neu­ro­nauka, zaj­mu­jąca się bada­niem pro­ce­sów umy­sło­wych zacho­dzą­cych w mózgu; psy­cho­pa­to­lo­gia roz­wo­jowa, która bada wpływ nie­ko­rzyst­nych doświad­czeń na roz­wój umy­słu i mózgu; oraz neu­ro­bio­lo­gia inter­per­so­nalna, która sku­pia się na tym, jak nasze zacho­wa­nia wpły­wają na emo­cje, fizjo­lo­gię i nasta­wie­nie ota­cza­ją­cych nas osób.

Bada­nia pro­wa­dzone w ramach tych nowych dys­cy­plin poka­zały, że trauma przy­czy­nia się do rze­czy­wi­stych, fizjo­lo­gicz­nych zmian, obej­mu­ją­cych prze­stro­je­nie sys­temu alar­mo­wego mózgu, wzrost aktyw­no­ści hor­mo­nów stresu oraz mody­fi­ka­cje w ukła­dzie, który odsiewa infor­ma­cje istotne od nie­istot­nych. Zmiany te wyja­śniają, dla­czego ludzie strau­ma­ty­zo­wani stają się nad­mier­nie wyczu­leni na zagro­że­nia, przez co rza­dziej prze­ja­wiają spon­ta­niczne zacho­wa­nia w codzien­nym życiu. Poma­gają one także zro­zu­mieć, dla­czego osoby obcią­żone traumą tak czę­sto powta­rzają te same pro­ble­ma­tyczne zacho­wa­nia i mają trud­no­ści z ucze­niem się na błę­dach. Wiemy obec­nie, że takie postę­po­wa­nie nie wynika z braku kom­pasu moral­nego lub sil­nej woli i nie jest prze­ja­wem złego cha­rak­teru, lecz zostało spo­wo­do­wane rze­czy­wi­stymi zmia­nami, do jakich doszło w ich mózgach.

Ogromny wzrost wie­dzy doty­czą­cej pod­sta­wo­wych pro­ce­sów leżą­cych u pod­staw traumy przy­czy­nił się do powsta­nia nowych moż­li­wo­ści łago­dze­nia lub nawet eli­mi­no­wa­nia wyrzą­dzo­nych przez nią szkód. Możemy opra­co­wy­wać metody i tech­niki, które pomogą oca­la­łym odzy­skać peł­nię życia tu i teraz -?oraz zna­leźć siłę, by iść dalej. W meto­dach tych zasad­ni­czo da się wyróż­nić trzy podej­ścia: (1) odgórne, pole­ga­jące na roz­mo­wie, nawią­zy­wa­niu (ponow­nym) kon­taktu z innymi oraz pozna­wa­niu i poj­mo­wa­niu tego, co dzieje się w nas pod­czas prze­twa­rza­nia trau­ma­tycz­nych wspo­mnień; (2) pole­ga­jące na przyj­mo­wa­niu leków, które blo­kują nie­pra­wi­dłowe reak­cje alar­mowe, bądź opie­ra­jące się na wyko­rzy­sty­wa­niu tech­nik, które wpły­wają na spo­sób upo­rząd­ko­wa­nia infor­ma­cji w mózgu; oraz; (3) oddolne, pole­ga­jące na pozwa­la­niu ciału na prze­ży­wa­nie doświad­czeń, które na głę­bo­kim i instynk­tow­nym pozio­mie sta­no­wią zaprze­cze­nie bez­rad­no­ści, wście­kło­ści lub zała­ma­nia ner­wo­wego, będą­cych skut­kiem traumy. O tym, które z tych podejść okaże się naj­lep­sze w przy­padku kon­kret­nego oca­la­łego, należy się prze­ko­nać empi­rycz­nie. Więk­szość osób, z któ­rymi pra­co­wa­łem, wyma­gała ich połą­cze­nia.

Na tym polega praca mojego życia. Poma­gali mi w niej kole­dzy i stu­denci z Trauma Cen­ter, które zało­ży­łem trzy­dzie­ści lat temu. Wspól­nie leczy­li­śmy tysiące strau­ma­ty­zo­wa­nych dzieci i doro­słych: ofiary mole­sto­wa­nia, klęsk żywio­ło­wych, wojen, wypad­ków i han­dlu ludźmi; osoby, które doświad­czyły prze­mocy ze strony naj­bliż­szych i ludzi zupeł­nie obcych. Od lat prak­ty­ku­jemy szcze­gó­łowe oma­wia­nie pro­ble­mów wszyst­kich pacjen­tów pod­czas coty­go­dnio­wych spo­tkań zespołu tera­peu­tycz­nego, a także dokładne oce­nia­nie sku­tecz­no­ści róż­nych form tera­pii w odnie­sie­niu do poszcze­gól­nych osób.

Nasza główna misja polega na roz­ta­cza­niu opieki nad dziećmi i doro­słymi zgła­sza­ją­cymi się do nas na tera­pię. Rów­no­cze­śnie od początku anga­żo­wa­li­śmy się w bada­nia nad wpły­wem trau­ma­tycz­nego stresu na różne grupy oraz nad tym, które metody lecze­nia są naj­sku­tecz­niej­sze. Otrzy­my­wa­li­śmy wspar­cie w postaci gran­tów badaw­czych z Natio­nal Insti­tute of Men­tal Health (Naro­do­wego Insty­tutu Zdro­wia Psy­chicz­nego), Natio­nal Cen­ter for Com­ple­men­tary and Alter­na­tive Medi­cine (Naro­do­wego Cen­trum Medy­cyny Kom­ple­men­tar­nej i Alter­na­tyw­nej), Cen­ters for Dise­ase Con­trol and Pre­ven­tion i wielu pry­wat­nych fun­da­cji, dzięki czemu mogli­śmy badać sku­tecz­ność roz­ma­itych form lecze­nia -?od far­ma­ko­te­ra­pii, przez tera­pię roz­mową, jogę, EMDR (odwraż­li­wia­nie i prze­twa­rza­nie za pomocą ruchu gałek ocznych) i teatr, aż po neu­ro­fe­ed­back.

Wyzwa­nie zawiera się w nastę­pu­ją­cym pyta­niu: "Jak ludzie mogą zyskać kon­trolę nad pozo­sta­ło­ściami daw­nej traumy i na nowo prze­jąć stery swo­jego życia?". Pomocne oka­zują się roz­mowa, zro­zu­mie­nie i więzi mię­dzy­ludz­kie, leki mogą nato­miast łago­dzić nad­mierną aktyw­ność sys­te­mów alar­mo­wych. Widzimy jed­nak, że piętna prze­szło­ści można prze­mie­nić i że można odzy­skać samokon­trolę dzięki doświad­cze­niom fizycz­nym, które bez­po­śred­nio prze­ciw­sta­wiają się bez­sil­no­ści, wście­kło­ści i zała­ma­niu ner­wo­wemu -?nie­od­łącz­nym ele­men­tom traumy. Nie mam ulu­bio­nej metody lecze­nia -?nie ist­nieje bowiem jedno uni­wer­salne podej­ście, które spraw­dzi­łoby się u każ­dego. Prak­ty­kuję więc wszyst­kie formy tera­pii omó­wione w tej książce. Każda z nich może dopro­wa­dzić do głę­bo­kich zmian, w zależ­no­ści od natury kon­kret­nego pro­blemu oraz spe­cy­fiki danego pacjenta.

Napi­sa­łem tę książkę, by słu­żyła jako prze­wod­nik, a zara­zem stała się zapro­sze­niem do zmie­rze­nia się z realiami traumy; do odkry­wa­nia, jak naj­le­piej ją leczyć, oraz do zobo­wią­za­nia się w ramach całego spo­łe­czeń­stwa, by zapo­bie­gać jej wystę­po­wa­niu wszel­kimi dostęp­nymi środ­kami.

Rozdział 1. Lekcje od weteranów z Wietnamu

Roz­dział 1

Lek­cje od wete­ra­nów z Wiet­namu

Sta­łem się tym, kim teraz jestem, kiedy mia­łem dwa­na­ście lat, pew­nego mroź­nego, pochmur­nego dnia zimą roku 1974 (...). Dawno temu; zdą­ży­łem jed­nak prze­ko­nać się, że nie­prawdą jest to, co mówią o prze­szło­ści -?że czas leczy wszel­kie rany (...). Teraz wiem, że w ten opusz­czony zaułek spo­glą­dam od dwu­dzie­stu sze­ściu lat.

-?Kha­led Hos­se­ini, Chło­piec z lataw­cem1

Życie nie­któ­rych osób układa się w spójną opo­wieść. Moje miało wiele przerw i ponow­nych począt­ków. Tak wła­śnie działa trauma. Prze­rywa wątek (...). Po pro­stu się przy­da­rza, a życie toczy się dalej. Nikt nie może nas na nią przy­go­to­wać.

-?Jes­sica Stern, To nie mogło się zda­rzyć2

Wtorek, po świą­tecz­nym week­en­dzie, 4 lipca 1978 roku był moim pierw­szym dniem pracy jako psy­chia­try w bostoń­skiej kli­nice Vete­rans Admi­ni­stra­tion (Depar­ta­ment ds. Wete­ra­nów; VA). Wie­sza­łem wła­śnie na ścia­nie nowego gabi­netu repro­duk­cję mojego ulu­bio­nego obrazu Pie­tera Bru­egla, Ślepcy pro­wa­dzący ślep­ców, kiedy usły­sza­łem jakiś hałas dobie­ga­jący z recep­cji znaj­du­ją­cej się na końcu kory­ta­rza. Chwilę póź­niej drzwi się otwo­rzyły i do środka wpadł wielki roz­czo­chrany męż­czy­zna w popla­mio­nym trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze, z egzem­pla­rzem maga­zynu "Sol­dier of For­tune" pod pachą. Olbrzym był nie­wąt­pli­wie ska­co­wany i tak wzbu­rzony, że nie mia­łem poję­cia, jak mógł­bym mu pomóc. Popro­si­łem, żeby usiadł i powie­dział, co mogę dla niego zro­bić.

Miał na imię Tom. Dzie­sięć lat wcze­śniej słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej i wal­czył w Wiet­na­mie. Świą­teczny week­end, zamiast z rodziną, spę­dził w swo­jej kan­ce­la­rii praw­nej w cen­trum Bostonu, pijąc alko­hol i oglą­da­jąc stare zdję­cia. Wie­dział z doświad­cze­nia, że rumor, fajer­werki i pik­nik w ogro­dzie sio­stry, otu­lo­nym wcze­sno­let­nią zie­le­nią, dopro­wa­dzą go do szału -?wszystko to koja­rzyło mu się z Wiet­na­mem. Kiedy się dener­wo­wał, wolał nie prze­by­wać z rodziną, ponie­waż oba­wiał się, że zacznie prze­ja­wiać agre­sywne zacho­wa­nia wobec żony i dwóch małych synów. Hałas czy­niony przez dzieci draż­nił go do tego stop­nia, że wybie­gał z domu, by nie wyrzą­dzić im krzywdy. Uspo­ka­jały go jedy­nie picie na umór i ryzy­kow­nie szybka jazda har­leyem.

Noc nie przy­no­siła uko­je­nia -?jego sen raz po raz roz­dzie­rały kosz­mary o zasadzce na wiet­nam­skim polu ryżo­wym, gdzie nie­mal wszy­scy towa­rzy­sze z plu­tonu pole­gli lub odnie­śli rany. Powra­cały do niego też kosz­marne obrazy mar­twych wiet­nam­skich dzieci. Wizje były tak potworne, że bał się zasnąć i przez więk­szość nocy szu­kał znie­czu­le­nia w alko­holu. Rano żona zasta­wała go nie­przy­tom­nego na kana­pie w salo­nie i gdy przy­go­to­wy­wała chłop­com śnia­da­nie, musiała cho­dzić na palusz­kach, podob­nie jak oni.

Tom opo­wie­dział mi o swo­jej sytu­acji i wspo­mniał, że ukoń­czył liceum jako pry­mus. Było to w 1965 roku. Potem zaś, zgod­nie z rodzinną tra­dy­cją, wła­ści­wie od razu zacią­gnął się do pie­choty mor­skiej. Jego ojciec w cza­sie II wojny świa­to­wej słu­żył w armii gene­rała Pat­tona, a Tom ni­gdy nie kwe­stio­no­wał ojcow­skich ocze­ki­wań -?jako czło­wiek wyspor­to­wany, inte­li­gentny i mający zdol­no­ści przy­wód­cze po ukoń­cze­niu pod­sta­wo­wego szko­le­nia czuł się silny i sku­teczny. Nale­żał do zespołu, który był gotowy na wszystko. W Wiet­na­mie szybko został dowódcą plu­tonu i miał ośmiu pod­ko­mend­nych. Umie­jęt­ność prze­trwa­nia w bło­cie, pod ogniem kara­bi­nów maszy­no­wych, może dać ludziom poczu­cie, że pora­dzą sobie w pra­wie każ­dej sytu­acji. Kiedy Tom odsłu­żył swoje i z hono­rami prze­szedł w stan spo­czynku, pra­gnął jedy­nie zosta­wić Wiet­nam za sobą. I na pozór to wła­śnie zro­bił. Poszedł do col­lege'u i ukoń­czył stu­dia praw­ni­cze - jedno i dru­gie dzięki pro­gra­mom wspar­cia dla wete­ra­nów -?a potem poślu­bił swoją lice­alną miłość i docze­kał się dwóch synów. Nie­po­koił go jed­nak jego chłód emo­cjo­nalny wzglę­dem żony, choć to prze­cież jej listy utrzy­my­wały go przy zdro­wych zmy­słach w pie­kle wiet­nam­skiej dżun­gli. Tom usi­ło­wał zacho­wy­wać się nor­mal­nie, mając nadzieję, że w końcu uda mu się naprawdę odzy­skać dawne życie. Kiedy do mnie przy­szedł, miał pro­spe­ru­jącą kan­ce­la­rię i rodzinę jak z obrazka. Nie czuł się jed­nak do końca sobą -?jakby był mar­twy w środku.

Mimo że Tom był pierw­szym wete­ra­nem, z jakim zetkną­łem się na płasz­czyź­nie zawo­do­wej, wiele ele­men­tów jego histo­rii było mi zna­nych. Dora­sta­łem w powo­jen­nej Holan­dii, gdzie bawi­łem się w zbom­bar­do­wa­nych budyn­kach, i byłem synem czło­wieka, który jako otwarty prze­ciw­nik nazi­stów tra­fił do obozu. Ojciec wpraw­dzie ni­gdy nie roz­po­wia­dał o swo­ich wojen­nych prze­ży­ciach, lecz mie­wał wybu­chy wście­kło­ści, które wpra­wiały mnie -?wtedy wciąż małego chłopca -?w praw­dziwe osłu­pie­nie. Jak to moż­liwe, że czło­wiek, który każ­dego ranka, gdy reszta rodziny jesz­cze spała, cicho scho­dził po scho­dach, by oddać się modli­twie i lek­tu­rze Biblii, mógł mieć tak poryw­czy tem­pe­ra­ment? Jak ktoś, kto poświę­cił życie walce o spra­wie­dli­wość spo­łeczną, mógł być do tego stop­nia prze­peł­niony gnie­wem? Byłem świad­kiem podob­nie zagad­ko­wego zacho­wa­nia u mojego wujka, który został poj­many przez Japoń­czy­ków w holen­der­skich wów­czas Indiach Wschod­nich (obec­nie Indo­ne­zja) i wysłany na przy­mu­sowe roboty w Bir­mie (obec­nie Mjanma), gdzie pra­co­wał przy wzno­sze­niu słyn­nego mostu na rzece Kwai. On także rzadko wspo­mi­nał o woj­nie, znacz­nie czę­ściej zaś wybu­chał nie­po­ha­mo­wa­nym gnie­wem.

Słu­cha­jąc Toma, zasta­na­wia­łem się, czy mój wujek i ojciec mie­wali kosz­mary i nawra­ca­jące wspo­mnie­nia. Czy oni także czuli się zdy­stan­so­wani emo­cjo­nal­nie od naj­bliż­szych i czy rów­nież nie byli zdolni do odczu­wa­nia praw­dzi­wej przy­jem­no­ści? Gdzieś z tyłu głowy musia­łem też mieć wspo­mnie­nia mojej prze­ra­żo­nej (a czę­sto też budzą­cej prze­ra­że­nie) matki, która cza­sem napo­my­kała o trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach z dzie­ciń­stwa, a jak wydaje mi się z dzi­siej­szej per­spek­tywy, nie­jed­no­krot­nie ponow­nie je odgry­wała. Kiedy pyta­łem o prze­szłość, miała w zwy­czaju nagle mdleć, a potem oskar­żała mnie, że to przeze mnie zna­la­zła się w takim sta­nie.

Gdy prze­ko­nał się, że naprawdę go słu­cham, Tom zaczął opo­wia­dać o ogrom­nym prze­ra­że­niu i zagu­bie­niu. Bał się, że idzie w ślady ojca, który był wiecz­nie zły i rzadko roz­ma­wiał ze swo­imi dziećmi, chyba że chciał w nie­przy­chylny spo­sób porów­nać je do swo­ich towa­rzy­szy broni, któ­rzy w oko­li­cach Bożego Naro­dze­nia w 1944 roku stra­cili życie pod­czas bitwy o Ardeny.

Kiedy sesja dobie­gała końca, zro­bi­łem to, co zwy­kle robią leka­rze: sku­pi­łem się na tej czę­ści histo­rii, którą sądzi­łem, że rozu­miem -?czyli na kosz­ma­rach Toma. Pod­czas stu­diów medycz­nych pra­co­wa­łem w labo­ra­to­rium snu, obser­wu­jąc cykle snu i marzeń sen­nych u bada­nych. Mia­łem też na kon­cie kilka publi­ka­cji na temat kosz­ma­rów. Ponadto uczest­ni­czy­łem we wcze­snych bada­niach nad dobro­czyn­nym wpły­wem środ­ków psy­cho­ak­tyw­nych, które wtedy -?w latach 70. -?dopiero zaczęto sto­so­wać. Choć nie zda­wa­łem sobie w pełni sprawy ze skali pro­ble­mów Toma, kosz­mary były dla mnie punk­tem zacze­pie­nia, a jako entu­zja­styczny zwo­len­nik lep­szego życia dzięki che­mii prze­pi­sa­łem mu lek, który miał sku­tecz­nie ogra­ni­czać ich czę­stość i nasi­le­nie. Zapro­si­łem Toma na wizytę kon­tro­lną za dwa tygo­dnie.

Pod­czas następ­nej wizyty już na wstę­pie zapy­ta­łem Toma, jak zadzia­łał lek. Odparł, że nie wziął ani pigułki. Usi­łu­jąc ukryć poiry­to­wa­nie, zapy­ta­łem o powody. "Zda­łem sobie sprawę z tego, że gdy­bym wziął ten śro­dek i pozbył się kosz­ma­rów -?wyja­śnił -?to tak, jak­bym porzu­cił moich przy­ja­ciół, a ich śmierć poszłaby wtedy na marne. Muszę być żywym pomni­kiem pole­głych towa­rzy­szy z Wiet­namu".

Osłu­pia­łem: lojal­ność Toma wzglę­dem zmar­łych nie pozwa­lała mu żyć wła­snym życiem, podob­nie jak jego ojcu nie pozwa­lało żyć odda­nie wobec przy­ja­ciół żoł­nie­rzy. Wynie­sione z pól bitew­nych doświad­cze­nia syna i ojca spra­wiły, że reszta ich życia stała się nie­istotna. Jak do tego doszło i czy dało się z tym coś zro­bić? Tam­tego ranka zda­łem sobie sprawę z tego, że resztę życia zawo­do­wego prawdopodob­nie spę­dzę na pró­bach odkry­wa­nia tajem­nic traumy. Dla­czego czy­jeś prze­ra­ża­jące doświad­cze­nia nie­odwo­łal­nie więżą go w prze­szło­ści? Jakie zja­wi­ska zacho­dzące w ludz­kim umy­śle spra­wiają, że czło­wiek upar­cie tkwi w pułapce miej­sca, które tak roz­pacz­li­wie pra­gnie opu­ścić? Czemu wojna Toma nie zakoń­czyła się w lutym 1969 roku -?z chwilą gdy rodzice wyści­skali go na Logan Inter­na­tio­nal Air­port w Bosto­nie po dłu­gim locie powrot­nym z Da Nang?

Potrzeba Toma, by odgry­wać rolę żywego pomnika swo­ich towa­rzy­szy, uświa­do­miła mi, że cierpi on na zabu­rze­nie, któ­rego zło­żo­ność znacz­nie wykra­cza poza złe wspo­mnie­nia, zakłó­ce­nia rów­no­wagi che­micz­nej w mózgu czy zmiany w obwo­dach decy­du­ją­cych o odczu­wa­niu stra­chu. Przed zasadzką na polu ryżo­wym Tom był odda­nym i lojal­nym przy­ja­cie­lem -?czło­wie­kiem, który cie­szył się życiem, miał wiele zain­te­re­so­wań i zdol­ność do odczu­wa­nia przy­jem­no­ści. W jed­nej prze­ra­ża­ją­cej chwili trauma odmie­niła wszystko.

Pod­czas mojej prak­tyki w VA pozna­łem wielu męż­czyzn, któ­rzy reago­wali podob­nie. Nawet w obli­czu drob­nych uciąż­li­wo­ści wete­rani czę­sto w jed­nej chwili wpa­dali w skrajną wście­kłość. Na pły­tach gip­sowo-kar­to­no­wych w publicz­nie dostęp­nych czę­ściach kli­niki pełno było śla­dów po ude­rze­niach ich pię­ści, a ochro­nia­rze co rusz musieli strzec recep­cjo­ni­stów i rze­czo­znaw­ców ubez­pie­cze­nio­wych przed roz­ju­szo­nymi wete­ra­nami. Ich zacho­wa­nia, rzecz jasna, prze­ra­żały -?ale mnie także cie­ka­wiły.

W domu z żoną zma­ga­li­śmy się z podob­nymi pro­ble­mami u naszych kil­ku­lat­ków, które regu­lar­nie wpa­dały w złość, gdy kaza­li­śmy im jeść szpi­nak lub wło­żyć skar­petki. Dla­czego więc zupeł­nie nie przej­mo­wa­łem się nie­doj­rza­łym zacho­wa­niem moich dzieci, ale głę­boko nie­po­ko­iło mnie to, co działo się z wete­ra­nami (oczy­wi­ście bio­rąc poprawkę na roz­miar, jako że ci potężni męż­czyźni byli w sta­nie wyrzą­dzić znacz­nie więk­sze szkody niż nasze malu­chy)? Byłem bowiem głę­boko prze­ko­nany, że dzięki wła­ści­wej opiece moje dzieci nauczą się radzić sobie z fru­stra­cją i roz­cza­ro­wa­niem. Wąt­pi­łem jed­nak w to, czy zdo­łam pomóc wete­ra­nom odzy­skać utra­coną na woj­nie samo­kon­trolę.

Nie­stety, moje szko­le­nie psy­chia­tryczne w żad­nej mie­rze nie przy­go­to­wało mnie do radze­nia sobie z wyzwa­niami, jakie sta­wiali przede mną Tom i inni wete­rani. Uda­łem się do biblio­teki medycz­nej, aby poszu­kać ksią­żek poru­sza­ją­cych kwe­stie neu­roz wojen­nych, ner­wicy fron­to­wej, wyczer­pa­nia bojo­wego i innych ter­mi­nów lub dia­gnoz, które mogłyby rzu­cić świa­tło na przy­pa­dło­ści tych pacjen­tów. Ku mojemu zasko­cze­niu w biblio­tece w VA nie było ani jed­nej pozy­cji na temat żad­nego z wymie­nio­nych zabu­rzeń. Minęło pięć lat, odkąd ostatni ame­ry­kań­ski żoł­nierz opu­ścił Wiet­nam, a kwe­stia traumy wojen­nej wciąż zda­wała się nikogo nie obcho­dzić. W końcu w biblio­tece Coun­tway w Harvard Medi­cal School odkry­łem opu­bli­ko­waną w 1941 roku książkę zaty­tu­ło­waną The Trau­ma­tic Neu­ro­ses of War [Trau­ma­tyczne wojenne ner­wice poura­zowe] psy­chia­try Abrama Kar­di­nera. Lekarz przed­sta­wił w niej swoje spo­strze­że­nia doty­czące wete­ra­nów I wojny świa­to­wej, a sama książka uka­zała się z myślą o ogrom­nej fali ofiar ner­wicy fron­to­wej, jakiej nadej­ście prze­wi­dy­wano w kon­tek­ście trwa­ją­cej wów­czas II wojny świa­to­wej1.

Kar­di­ner opi­sał w niej te same zja­wi­ska, które obser­wo­wa­łem: po woj­nie jego pacjen­tów ogar­niało poczu­cie bez­na­dziei. Sta­wali się wyob­co­wani i ode­rwani od rze­czy­wi­sto­ści, nawet jeśli wcze­śniej funk­cjo­no­wali dobrze. To, co Kar­di­ner nazwał "trau­ma­tycz­nymi neu­ro­zami" (ang. trau­ma­tic neu­ro­ses), dziś okre­ślamy mia­nem zespołu stresu poura­zo­wego, czyli PTSD. Badacz zauwa­żył, że u osób cier­pią­cych na ner­wice poura­zowe wykształca się skłon­ność do nie­ustan­nego bycia w pogo­to­wiu i wyczu­le­nie na zagro­że­nia. Moją uwagę w szcze­gól­no­ści zwró­ciło pod­su­mo­wa­nie: "Istotą ner­wicy jest fizjo­ner­wica"2. Innymi słowy - wbrew przy­pusz­cze­niom nie­któ­rych ludzi -?stres poura­zowy nie "sie­dzi wyłącz­nie w gło­wie", lecz ma pod­łoże fizjo­lo­giczne. Kar­di­ner już wtedy zda­wał sobie sprawę z tego, że źró­dłem obja­wów jest reak­cja całego ciała na pier­wotną traumę.

Spo­strze­że­nia naukowca potwier­dzały moje obser­wa­cje, co w jakimś sen­sie mnie pokrze­piało, choć nie zawie­rały wielu wska­zó­wek doty­czą­cych tego, jak mogę pomóc wete­ra­nom. Brak lite­ra­tury sta­no­wił prze­szkodę, lecz Elvin Sem­rad, mój wybitny nauczy­ciel, zawsze powta­rzał, aby­śmy pod­cho­dzili do pod­ręcz­ni­ków ze scep­ty­cy­zmem. Mawiał, że mamy tylko jeden praw­dziwy pod­ręcz­nik: pacjen­tów, i powin­ni­śmy ufać jedy­nie temu, czego uczymy się od nich, oraz wła­snemu doświad­cze­niu. Wydaje się to pro­ste, lecz Sem­rad -?choć sam suge­ro­wał bazo­wa­nie na wła­snej wie­dzy -?ostrze­gał zara­zem, jak trudny jest to pro­ces. Ludzie z natury są bowiem eks­per­tami w myśle­niu życze­nio­wym i zaciem­nia­niu prawdy. Pamię­tam, jak powie­dział: "Głów­nym źró­dłem naszego cier­pie­nia są kłam­stwa, które sobie powta­rzamy". Gdy pra­co­wa­łem w VA, szybko odkry­łem, jak bole­sne może być sta­wia­nie czoła rze­czy­wi­sto­ści. Doty­czyło to zarówno moich pacjen­tów, jak i mnie samego.

Tak naprawdę nie chcemy wie­dzieć, przez co prze­cho­dzą żoł­nie­rze na polu walki. Tak naprawdę nie chcemy wie­dzieć, ile dzieci jest mole­sto­wa­nych i mal­tre­to­wa­nych ani w ilu związ­kach -?a jak się oka­zuje, pra­wie w jed­nej trze­ciej -?na jakimś eta­pie docho­dzi do prze­mocy. Wolimy myśleć o rodzi­nach jako o bez­piecz­nych przy­sta­niach w bez­dusz­nym świe­cie, a o ojczyź­nie jako o miej­scu zamiesz­ka­nym przez oświe­co­nych, cywi­li­zo­wa­nych ludzi. Wolimy wie­rzyć, że okru­cień­stwo jest domeną jakichś odle­głych rejo­nów i kra­jów, takich jak Dar­fur czy Kongo. Wystar­cza­jąco trudno jest być świad­kiem czy­je­goś bólu. Nie powinno więc dzi­wić, że osoby dotknięte traumą czę­sto nie są w sta­nie znieść wspo­mnień i się­gają po sub­stan­cje psy­cho­ak­tywne, alko­hol lub samo­oka­le­cze­nia, by stłu­mić świa­do­mość nie do znie­sie­nia.

Tom i inni wete­rani byli moimi pierw­szymi nauczy­cie­lami w dąże­niu do zro­zu­mie­nia tego, jak przy­tła­cza­jące doświad­cze­nia są w sta­nie nisz­czyć życie, oraz do poszu­ki­wa­nia spo­so­bów na to, by mogli na nowo zacząć żyć pełną pier­sią.

Trauma i utrata siebie

Pierw­sze bada­nie, które prze­pro­wa­dzi­łem w VA, zaczęło się od sys­te­ma­tycz­nego pyta­nia wete­ra­nów o ich prze­ży­cia w Wiet­na­mie. Chcia­łem się dowie­dzieć, co popchnęło ich na skraj prze­pa­ści i dla­czego nie­któ­rzy zała­mali się pod wpły­wem tego doświad­cze­nia, inni byli zaś w sta­nie wró­cić do nor­mal­nego życia3. Więk­szość męż­czyzn, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, uda­wała się na wojnę w prze­świad­cze­niu, że jest do niej dobrze przy­go­to­wana, a rygor szko­le­nia pod­sta­wo­wego i wspólne mie­rze­nie się z nie­bez­pie­czeń­stwami zbli­żyły ich do sie­bie. Wymie­niali się zdję­ciami rodzin i part­ne­rek. Tole­ro­wali nie­do­cią­gnię­cia towa­rzy­szy i byli gotowi zary­zy­ko­wać dla nich życie. Więk­szość miała zaufa­nego kolegę, któ­remu zwie­rzała się z naj­mrocz­niej­szych sekre­tów, a nie­któ­rzy dzie­lili się nawet koszul­kami i skar­pet­kami.

Wielu spo­śród tych męż­czyzn miało przy­jaź­nie podobne do tej, jaką Tom nawią­zał z Ale­xem. Tom poznał Alexa -?Wło­cha zamiesz­ka­łego w Mal­den w sta­nie Mas­sa­chu­setts -?pierw­szego dnia w obcym kraju i od razu nawią­zali nić poro­zu­mie­nia. Wspól­nie jeź­dzili jeepem, słu­chali tej samej muzyki i czy­tali sobie nawza­jem listy z domu. Razem się upi­jali i uga­niali się za tymi samymi wiet­nam­skimi dziew­czy­nami z barów.

Pew­nego dnia tuż przed zacho­dem słońca, po mniej wię­cej trzech mie­sią­cach misji, Tom wypro­wa­dził oddział na patrol przez pole ryżowe. Nagle z zie­lo­nej ściany drzew ota­cza­ją­cej ich dżun­gli posy­pał się grad strza­łów, które tra­fiały jego towa­rzy­szy, jed­nego po dru­gim. Tom opo­wie­dział mi, że patrzył bez­sil­nie, jak w ciągu zale­d­wie kilku sekund wszy­scy człon­ko­wie jego plu­tonu zostają zabici lub ranni. Ni­gdy nie udało mu się wyrzu­cić z pamięci jed­nego obrazu: Alexa leżą­cego na polu ryżo­wym twa­rzą do dołu, ze sto­pami w górze. Roz­pła­kał się, gdy o tym wspo­mi­nał: "Był jedy­nym praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, jakiego kie­dy­kol­wiek mia­łem". Póź­niej Tom co noc sły­szał krzyki swo­ich ludzi i widział ich ciała pada­jące na pod­mo­kły grunt. Wszel­kie dźwięki, zapa­chy lub obrazy, które koja­rzyły mu się z zasadzką (na przy­kład odgłosy sztucz­nych ogni w Dzień Nie­pod­le­gło­ści), spra­wiały, że czuł się tak samo spa­ra­li­żo­wany, prze­ra­żony i wście­kły jak tego dnia, gdy śmi­gło­wiec ewa­ku­ował go z pola ryżo­wego.

Być może jesz­cze gor­sze niż nawra­ca­jące retro­spek­cje z zasadzki były wspo­mnie­nia tego, co wyda­rzyło się póź­niej. Mogłem sobie wyobra­zić, jak wście­kłość z powodu śmierci przy­ja­ciela może stać się przy­czyną kolej­nych nie­szczęść. Zanim Tom zdo­był się na odwagę, by mi o tym opo­wie­dzieć, przez kilka mie­sięcy zma­gał się z para­li­żu­ją­cym wsty­dem. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów wete­rani wojenni, tacy jak Achil­les z Iliady Homera, reago­wali na śmierć towa­rzy­szy aktami okrut­nej zemsty. Naza­jutrz po zasadzce Tom wpadł w szał w pobli­skiej wio­sce, gdzie zabił dzieci, zastrze­lił nie­win­nego rol­nika i zgwał­cił wiet­nam­ską kobietę. Po czymś takim nor­malny powrót do domu stał się wła­ści­wie nie­moż­liwy. Jak mógł­byś sta­nąć twa­rzą w twarz ze swoją uko­chaną i powie­dzieć jej, że bru­tal­nie kogoś zgwał­ciłeś; wyrzą­dzi­łeś potworną krzywdę oso­bie takiej jak ona? Jak mógł­byś patrzeć na sta­wia­ją­cego pierw­sze kroki synka, wra­ca­jąc myślami do dziecka, które zamor­do­wa­łeś? Tom prze­żył śmierć Alexa tak, jakby nie­od­wra­cal­nie znisz­czona została jakaś jego część -?część dobra, hono­rowa i godna zaufa­nia. Trauma, nie­za­leż­nie od tego, czy jest wyni­kiem cze­goś, co zro­biono tobie, czy raczej cze­goś, co zro­bi­łeś sam, pra­wie zawsze utrud­nia nawią­zy­wa­nie intym­nych rela­cji. Jak możesz nauczyć się ponow­nie zaufać sobie albo komu­kol­wiek innemu po doświad­cze­niu cze­goś tak nie­wy­obra­żal­nego? I na odwrót: jak możesz wejść w intymną rela­cję po tym, jak padłeś ofiarą bru­tal­nego gwałtu?

Tom sumien­nie przy­cho­dził na wizyty, a ja sta­wa­łem się dla niego kołem ratun­ko­wym -?ojcem, któ­rego obec­no­ści ni­gdy tak naprawdę nie czuł; Ale­xem, który prze­żył zasadzkę. Potrzeba wiel­kiego zaufa­nia i odwagi, aby pozwo­lić sobie na pamię­ta­nie. Dla osób dźwi­ga­ją­cych brze­mię traumy jed­nym z naj­trud­niej­szych wyzwań jest zmie­rze­nie się ze wsty­dem doty­czą­cym wła­snego zacho­wa­nia w trak­cie trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia, nie­za­leż­nie od tego, czy ów wstyd jest obiek­tyw­nie uza­sad­niony (jak w przy­padku popeł­nia­nia okrut­nych czy­nów), czy nie (jak w przy­padku dziecka, które pró­buje udo­bru­chać oprawcę). Jedną z pierw­szych osób opi­su­ją­cych to zja­wi­sko była Sarah Haley, która zaj­mo­wała w kli­nice VA gabi­net znaj­du­jący się przez ścianę z moim. W publi­ka­cji zaty­tu­ło­wa­nej Kiedy pacjent mówi o okru­cień­stwach4, która stała się istot­nym punk­tem wyj­ścia do zde­fi­nio­wa­nia dia­gnozy PTSD, Sarah opi­sała nie­zwy­kle trudne do prze­ła­ma­nia bariery przed mówie­niem (oraz słu­cha­niem) o strasz­li­wych czy­nach, jakie czę­sto popeł­niają żoł­nie­rze w cza­sie dzia­łań wojen­nych. Wystar­cza­jąco trudno jest sta­wić czoło cier­pie­niu zada­nemu przez innych. Tym­cza­sem wiele strau­ma­ty­zo­wa­nych osób w głębi duszy jesz­cze bar­dziej prze­śla­duje wstyd odczu­wany z powodu tego, co same zro­biły lub czego nie zro­biły w zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach. Gar­dzą tym, jak bar­dzo czuły się prze­ra­żone, bez­wolne, roz­go­rącz­ko­wane albo wście­kłe.

W póź­niej­szych latach zetkną­łem się z podob­nym zja­wi­skiem u ofiar mole­sto­wa­nia w dzie­ciń­stwie. Więk­szość z nich prze­peł­nia strasz­liwy wstyd z powodu tego, co robiły, by prze­żyć i pod­trzy­mać więź ze swoim prze­śla­dowcą. Doty­czyło to zwłasz­cza tych czę­stych sytu­acji, gdy sprawcą był ktoś bli­ski dziecku -?czło­wiek, od któ­rego pozo­sta­wało ono zależne. Skut­kiem tego może być nie­pew­ność (byłem ofiarą czy chęt­nym uczest­ni­kiem?), która z kolei pro­wa­dzi do zatar­cia gra­nic mię­dzy miło­ścią a stra­chem; bólem a przy­jem­no­ścią. Do tej kwe­stii będę wra­cał w dal­szej czę­ści książki.

Odrętwienie

Być może naj­gor­szym spo­śród obja­wów Toma było emo­cjo­nalne odrę­twie­nie. Z całego serca chciał kochać swoją rodzinę, lecz po pro­stu nie umiał wzbu­dzić w sobie głę­bo­kich uczuć do żad­nego z bli­skich. Czuł się emo­cjo­nal­nie zdy­stan­so­wany od wszyst­kich, jakby jego serce skuł lód, a on sam żył za szklaną ścianą. Odrę­twie­nie to obej­mo­wało także jego samego. Poza chwi­lo­wymi napa­dami wście­kło­ści i wsty­dem nie czuł wła­ści­wie nic. Wyznał, że z tru­dem roz­po­zna­wał się w lustrze przy gole­niu. Sły­sząc wła­sne słowa w sądzie, gdy wystę­po­wał w imie­niu klienta, czuł się tak, jakby obser­wo­wał sie­bie z oddali. Dzi­wił się, jak ten facet, który wygląda i mówi cał­kiem jak on, jest w sta­nie wysu­wać tak prze­ko­nu­jące argu­menty. Kiedy wygry­wał sprawę, uda­wał zado­wo­le­nie, a kiedy prze­gry­wał, miał takie wra­że­nie, jakby prze­wi­dział porażkę wcze­śniej i pogo­dził się z nią, zanim jesz­cze do niej doszło. Choć był bar­dzo sku­tecz­nym praw­ni­kiem, zawsze odno­sił wra­że­nie zawie­sze­nia w nie­okre­ślo­nej prze­strzeni, pozba­wie­nia poczu­cia kie­runku i sensu.

Jedy­nym, co raz na jakiś czas przy­no­siło mu ulgę od wra­że­nia bez­ce­lo­wo­ści, było inten­sywne zaan­ga­żo­wa­nie w kon­kretną sprawę. W trak­cie naszej tera­pii Tom bro­nił gang­stera oskar­żo­nego o mor­der­stwo. Przez cały pro­ces był bez reszty pochło­nięty opra­co­wy­wa­niem stra­te­gii wygra­nia sprawy i nie­jed­no­krot­nie zary­wał noce, by zagłę­bić się w coś, co rze­czy­wi­ście go eks­cy­to­wało. Tłu­ma­czył mi, że to jak udział w woj­nie -?czuł wtedy, że żyje pełną pier­sią i nic innego nie ma dla niego zna­cze­nia. Ale w chwili, gdy wygrał tę sprawę, ule­ciały z niego cała ener­gia i poczu­cie celu. Kosz­mary wró­ciły, podob­nie jak napady wście­kło­ści, które były tak silne, że musiał prze­pro­wa­dzić się do motelu, by nie skrzyw­dzić żony ani dzieci. Samot­ność także była jed­nak prze­ra­ża­jąca, z pełną mocą wra­cały w niej bowiem widma wojny. Tom sta­rał się zaprząt­nąć czymś umysł. Pra­co­wał, pił alko­hol, brał nar­ko­tyki i robił wszystko, byle unik­nąć kon­fron­ta­cji ze swo­imi demo­nami.

Cią­gle prze­glą­dał egzem­pla­rze "Sol­dier of For­tune", fan­ta­zju­jąc o zacią­gnię­ciu się w cha­rak­te­rze najem­nika do udziału w jed­nym z licz­nych kon­flik­tów zbroj­nych o zasięgu regio­nal­nym, jakie sza­lały wów­czas w Afryce. Tam­tej wio­sny wypro­wa­dził swo­jego har­leya i ruszył w podróż auto­stradą Kan­ca­ma­gus w New Hamp­shire. Wibra­cje, pręd­kość jazdy i zwią­zane z nią nie­bez­pie­czeń­stwo pomo­gły mu się pozbie­rać na tyle, że był w sta­nie opu­ścić pokój w motelu i wró­cić do rodziny.

Reorganizacja percepcji

Inne bada­nie, jakie prze­pro­wa­dzi­łem w VA, zaczęło się od gro­ma­dze­nia infor­ma­cji o kosz­ma­rach, a skoń­czyło na zgłę­bia­niu tego, jak trauma wpływa na ludz­kie postrze­ga­nie i wyobraź­nię. Jako pierw­szy do mojego bada­nia kosz­ma­rów zgło­sił się Bill, były lekarz woj­skowy, który dekadę wcze­śniej brał udział w cięż­kich wal­kach w Wiet­na­mie. Po przej­ściu do cywila zgło­sił się do semi­na­rium duchow­nego i został przy­dzie­lony do pierw­szej para­fii, kościoła kon­gre­ga­cyj­nego na przed­mie­ściach Bostonu. Radził sobie cał­kiem dobrze, dopóki jemu i jego żonie nie przy­szło na świat pierw­sze dziecko. Nie­długo potem żona Billa, pie­lę­gniarka, wró­ciła do pracy, on zaś pozo­stał w domu, gdzie opie­ko­wał się nie­mow­lę­ciem, opra­co­wy­wał coty­go­dniowe kaza­nia i zaj­mo­wał się innymi obo­wiąz­kami para­fial­nymi. Już pierw­szego dnia, kiedy został sam z dziec­kiem, które zaczęło pła­kać, nagle zalała go fala nie­da­ją­cych się wytrzy­mać obra­zów umie­ra­ją­cych dzieci w Wiet­na­mie.

Bill musiał zadzwo­nić do żony, by przy­je­chała zająć się ich pocie­chą, a sam, spa­ni­ko­wany, zna­lazł się w VA. Powie­dział, że wciąż sły­szy płacz małych dzieci i widzi ich popa­rzone, zakrwa­wione buzie. Moi kole­dzy leka­rze uznali, że to psy­choza, ponie­waż zgod­nie z wie­dzą zawartą w pod­ręcz­ni­kach z tam­tych cza­sów halu­cy­na­cje słu­chowe i wzro­kowe sta­no­wiły objawy schi­zo­fre­nii para­no­idal­nej. W tych samych książ­kach, w któ­rych opi­sano wska­za­nia do posta­wie­nia takiej dia­gnozy, przy­ta­czano także przy­czynę scho­rze­nia: psy­choza Billa miała być wywo­łana przez poczu­cie emo­cjo­nal­nego odsu­nię­cia na boczny tor przez żonę, która prze­lała swoje uczu­cia na nowo naro­dzone dziecko.

Gdy przy­sze­dłem tego dnia na izbę przy­jęć, zoba­czy­łem Billa oto­czo­nego przez zatro­ska­nych leka­rzy, któ­rzy zamie­rzali podać mu silne leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne i wysłać na oddział zamknięty. Opi­sali jego objawy i popro­sili mnie o opi­nię. Ponie­waż pra­co­wa­łem wcze­śniej na oddziale spe­cja­li­zu­ją­cym się w lecze­niu schi­zo­fre­ni­ków, przy­pa­dek Billa bar­dzo mnie zain­try­go­wał. Coś w jego dia­gno­zie mi nie paso­wało. Popro­si­łem Billa o roz­mowę, a po wysłu­cha­niu jego histo­rii mimo­wol­nie spa­ra­fra­zo­wa­łem słowa Zyg­munta Freuda o trau­mie, które wypo­wie­dział w 1895 roku: "Myślę, że ten czło­wiek cierpi z powodu wspo­mnień". Powie­dzia­łem Bil­lowi, że spró­buję mu pomóc, i po zaor­dy­no­wa­niu kilku leków, które miały na celu opa­no­wa­nie napa­dów paniki, zapy­ta­łem, czy byłby skłonny wró­cić za kilka dni, aby wziąć udział w moim bada­niu kosz­ma­rów5. Zgo­dził się.

W ramach tego bada­nia pod­da­wa­li­śmy jego uczest­ni­ków testowi Ror­scha­cha6. W odróż­nie­niu od innych, które wyma­gają odpo­wie­dzi na pro­ste pyta­nia, reak­cji w teście Ror­scha­cha wła­ści­wie nie da się sfał­szo­wać. Stwa­rza on uni­ka­tową oka­zję do obser­wo­wa­nia, jak ludzie kon­stru­ują w wyobraźni kon­kretny obraz men­talny na pod­sta­wie cze­goś, co zasad­ni­czo jest bodź­cem nie­ma­ją­cym żad­nego okre­ślo­nego zna­cze­nia: plamy atra­mentu. Ponie­waż ludzie z natury chcą nada­wać rze­czom sens, mamy skłon­ność do dostrze­ga­nia w owych pla­mach obra­zów lub nawet całych histo­rii, podob­nie jak robimy to w piękny letni dzień, gdy leżymy na łące i upa­tru­jemy róż­nych wizu­al­nych zna­czeń w pły­ną­cych nad naszymi gło­wami chmu­rach. To, co dana osoba dostrzega we wspo­mnia­nych pla­mach, może nam wiele powie­dzieć o tym, co dzieje się w jej umy­śle. Na widok dru­giej kartki testu Ror­scha­cha Bill wykrzyk­nął z prze­ra­że­niem: "To jest dziecko, które zgi­nęło w wybu­chu w Wiet­na­mie! Zobacz, tu pośrodku są zwę­glone ciało i rany. Krew try­ska wszę­dzie dookoła!". Dyszał, a na czoło wystą­piły mu kro­pelki potu. Wyglą­dał tak, jakby wpadł w panikę podobną do tej, która wcze­śniej spro­wa­dziła go do kli­niki VA. Choć sły­sza­łem opo­wie­ści wete­ra­nów wojen­nych o nawra­ca­ją­cych retro­spek­cjach, po raz pierw­szy byłem świad­kiem takiego zja­wi­ska. W tam­tej chwili, w moim gabi­ne­cie, Bill naj­wy­raź­niej widział te same obrazy, czuł te same zapa­chy i odbie­rał te same fizyczne dozna­nia, które towa­rzy­szyły mu w trak­cie pier­wot­nego, trau­ma­tycz­nego zda­rze­nia. Dzie­sięć lat po tym, jak w poczu­ciu bez­sil­no­ści trzy­mał w ramio­nach umie­ra­jące dziecko, Bill na nowo prze­ży­wał tamtą traumę po ujrze­niu plamy atra­mentu.

Obser­wo­wa­nie nawrotu kosz­mar­nych wspo­mnień Billa w moim gabi­ne­cie pomo­gło mi uzmy­sło­wić sobie cier­pie­nia, jakie regu­lar­nie sta­wały się udzia­łem wete­ra­nów, któ­rych pró­bo­wa­łem leczyć. W ten spo­sób uświa­do­mi­łem sobie, jak ważne jest zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia. Samo trau­ma­tyczne zda­rze­nie, jak­kol­wiek potworne, miało począ­tek, śro­dek i koniec, ja tym­cza­sem na wła­sne oczy prze­ko­na­łem się, że retro­spek­cje (nazy­wane też fla­sh­bac­kami) mogą być jesz­cze gor­sze. Ni­gdy nie wiesz, kiedy znów cię osa­czą ani kiedy zosta­wią w spo­koju. Musiały minąć lata, żebym opra­co­wał sku­teczną tera­pię tego rodzaju nawra­ca­ją­cych wspo­mnień, a Bill oka­zał się jed­nym z moich naj­waż­niej­szych men­to­rów.

Gdy pod­da­li­śmy testowi Ror­scha­cha kolej­nych dwu­dzie­stu jeden wete­ra­nów, ich reak­cje oka­zały się spójne: na widok dru­giej karty szes­na­stu zare­ago­wało tak, jakby prze­ży­wali traumę wojenną. Druga karta w tym teście jest zara­zem pierw­szą zawie­ra­jącą kolor, co czę­sto skut­kuje tak zwa­nym szo­kiem kolo­ry­stycz­nym. Inter­pre­tu­jąc tę kartę, wete­rani mówili na przy­kład: "To są wnętrz­no­ści mojego przy­ja­ciela Jima po tym, jak roze­rwał go pocisk z moź­dzie­rza"; "To szyja mojego przy­ja­ciela Danny'ego po tym, gdy pocisk odstrze­lił mu głowę pod­czas lun­chu". Żaden nie wspo­mniał o tań­czą­cych mni­chach, trze­po­czą­cych skrzy­dłami moty­lach, moto­cy­kli­stach ani dowol­nym innym spo­śród typo­wych -?choć nie­kiedy spe­cy­ficz­nych -?obra­zów, jakie widzi na tej kar­cie wielu ludzi.

O ile więk­szość byłych żoł­nie­rzy była głę­boko poru­szona tym, co zoba­czyła, o tyle reak­cja pię­ciu oka­zała się jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jąca; patrzyli tak, jakby mieli w gło­wie pustkę. "To nic takiego -?stwier­dził jeden z nich. -?Po pro­stu tro­chę atra­mentu". Rzecz jasna mieli rację, lecz nor­malna ludzka reak­cja na nie­jed­no­znaczny bodziec wizu­alny polega na odczy­ta­niu z niego cze­goś dzięki wyobraźni.

Wyniki testów Ror­scha­cha powie­działy nam, że osoby obcią­żone traumą mają ten­den­cję do patrze­nia przez jej pry­zmat na wszystko, co znaj­duje się w ich oto­cze­niu, oraz trud­no­ści z wła­ści­wym inter­pre­to­wa­niem tego, co się w owym oto­cze­niu dzieje. Ich życie wła­ści­wie zdo­mi­no­wały skraj­no­ści. Dowie­dzie­li­śmy się też, że trauma wpływa na wyobraź­nię. Pię­ciu męż­czyzn, któ­rzy nie umieli nadać pla­mom żad­nego zna­cze­nia, zatra­ciło zdol­ność do pusz­cza­nia wodzy fan­ta­zji. Podob­nie było z pozo­sta­łymi szes­na­stoma, któ­rzy dostrze­gali w pla­mach jedy­nie sceny z prze­szło­ści, co świad­czy o braku ela­stycz­no­ści umy­słu, będą­cej prze­cież fila­rem wyobraźni. Po pro­stu w kółko odtwa­rzali w myślach ten sam zaci­na­jący się film.

Wyobraź­nia ma decy­du­jący wpływ na jakość naszego życia. Dzięki niej możemy ode­rwać się od rutyny i fan­ta­zjo­wać o podró­żach, roz­ko­szach pod­nie­bie­nia, sek­sie, zako­cha­niu się czy o dowie­dze­niu wła­snej racji - wszyst­kim, co czyni życie inte­re­su­ją­cym. Wyobraź­nia pozwala snuć wizje nowych moż­li­wo­ści i sta­nowi nie­odzowny punkt wyj­ścia do urze­czy­wist­nia­nia naszych nadziei. Roz­pala kre­atyw­ność, uwal­nia od nudy, łago­dzi cier­pie­nia, wzmaga przy­jem­ność i wzbo­gaca naj­in­tym­niej­sze rela­cje. Ludzie, któ­rzy cią­gle, kom­pul­syw­nie roz­pa­mię­tują prze­szłość - ten ostatni raz, kiedy czuli się w coś sil­nie zaan­ga­żo­wani i prze­ży­wali głę­bo­kie emo­cje -?cier­pią na brak wyobraźni i zanik ela­stycz­no­ści umy­sło­wej. Bez wyobraźni nie ma nadziei; nie ma szans na marze­nia o lep­szej przy­szło­ści, nie ma chęci uda­nia się dokądś, celu do osią­gnię­cia.

Testy Ror­scha­cha nauczyły nas też, że ludzie strau­ma­ty­zo­wani patrzą na świat zupeł­nie ina­czej niż pozo­stali. Dla więk­szo­ści z nas męż­czy­zna spa­ce­ru­jący chod­ni­kiem to po pro­stu ktoś, kto gdzieś idzie. Ofiara gwałtu może w nim jed­nak ujrzeć poten­cjal­nego napast­nika i wpaść w panikę. U zwy­kłego dziecka surowa nauczy­cielka może budzić onie­śmie­le­nie, lecz dla bitego przez ojczyma dziecka nie­jed­no­krot­nie uosa­bia ona kolej­nego oprawcę, na widok któ­rego wybuch­nie gnie­wem albo prze­ra­żone skuli się w kącie.

W pułapce traumy

Do naszej kli­niki drzwiami i oknami pchali się wete­rani szu­ka­jący pomocy psy­chia­trycz­nej. Nie­stety, z powodu dotkli­wego nie­do­boru wykwa­li­fi­ko­wa­nej kadry więk­szość z nich mogli­śmy jedy­nie zapi­sy­wać na liście ocze­ku­ją­cych, nawet jeśli wią­zało się to z ryzy­kiem dal­szego wyrzą­dza­nia przez nich krzywd sobie i swoim rodzi­nom. Zauwa­ży­li­śmy gwał­towny wzrost liczby aresz­to­wań byłych żoł­nie­rzy za prze­stęp­stwa z uży­ciem prze­mocy i pijac­kie awan­tury, a także alar­mu­jącą czę­sto­tli­wość samo­bójstw. W końcu otrzy­ma­łem pozwo­le­nie na stwo­rze­nie grupy dla mło­dych wete­ra­nów z Wiet­namu, która miała być czymś w rodzaju prze­cho­walni do czasu roz­po­czę­cia praw­dzi­wej tera­pii.

Pod­czas sesji dla byłych żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej pierw­szy męż­czy­zna, który zabrał głos, oświad­czył sta­now­czo: "Nie chcę roz­ma­wiać o woj­nie". Odpar­łem, że człon­ko­wie grupy mogą roz­ma­wiać, o czym­kol­wiek zechcą. W końcu, po pół godzi­nie nie­zno­śnej ciszy, jeden z żoł­nie­rzy zaczął rela­cjo­no­wać kata­strofę swo­jego śmi­głowca. Ku mojemu zdu­mie­niu reszta natych­miast się oży­wiła i zaczęła w bar­dzo emo­cjo­nalny spo­sób opo­wia­dać o trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach. Tydzień póź­niej na spo­tka­niu poja­wili się wszy­scy. Na kolej­nym także. Odna­leźli w gru­pie oddźwięk oraz sens w tym, co wcze­śniej spro­wa­dzało się do prze­ra­że­nia i pustki. Zyskali odno­wione poczu­cie kole­żeń­stwa, tak istotne dla ich wojen­nych doświad­czeń. Nale­gali, abym wstą­pił do ich nowo utwo­rzo­nej "jed­nostki", i dali mi na uro­dziny mun­dur kapi­tana mari­nes. Gdy patrzę na to z per­spek­tywy czasu, mam świa­do­mość, że ten gest ujaw­niał część pro­blemu: albo nale­ża­łeś do grupy, albo nie; albo nale­ża­łeś do jed­nostki, albo byłeś nikim. Świat po trau­mie zostaje ostro spo­la­ry­zo­wany, podzie­lony na osoby obda­rzone wie­dzą i tych, któ­rzy tej wie­dzy nie mają. Ludziom bez podob­nych trau­ma­tycz­nych doświad­czeń nie można ufać, bo nie potra­fią takich prze­żyć zro­zu­mieć. Nie­stety, w tym gro­nie czę­sto są mał­żon­ko­wie, dzieci i współ­pra­cow­nicy.

Póź­niej pro­wa­dzi­łem inną grupę, tym razem wete­ra­nów z armii Pat­tona - męż­czyzn już dobrze po sie­dem­dzie­siątce, z któ­rych każdy mógłby być moim ojcem. Spo­ty­ka­li­śmy się w ponie­dział­kowe poranki o ósmej. Śnie­życe w Bosto­nie cza­sami para­li­żują trans­port publiczny, tym bar­dziej więc zdu­mie­wało mnie, że na spo­tka­nia sta­wiali się jak jeden mąż, nawet pod­czas zamieci, choć nie­któ­rzy musieli brnąć przez śnieg kilka mil, by dotrzeć do kli­niki VA. Na Gwiazdkę poda­ro­wali mi woj­skowy zega­rek z lat 40. Tak jak w przy­padku mojej grupy mari­nes, "za swo­jego" uznali mnie dopiero wtedy, gdy zosta­łem jed­nym z nich.

Choć wszyst­kie te doświad­cze­nia były bar­dzo poru­sza­jące, ogra­ni­cze­nia tera­pii gru­po­wej sta­wały się oczy­wi­ste w chwi­lach, kiedy pro­si­łem uczest­ni­ków, by opo­wie­dzieli o pro­ble­mach, z jakimi bory­kają się na co dzień: o rela­cjach z żonami, dziećmi, part­ner­kami i rodziną; o ukła­dach z prze­ło­żo­nymi i o czer­pa­niu satys­fak­cji z pracy; o nad­uży­wa­niu alko­holu. Zwy­kle wyco­fy­wali się z takich roz­mów rakiem lub nawet nie chcieli ich zaczy­nać. Za to po raz enty opo­wia­dali o tym, jak wbili nóż w serce nie­miec­kiego żoł­nie­rza w lesie Hürtgen albo jak ich śmi­gło­wiec został zestrze­lony nad dżun­glą w Wiet­na­mie.

Bez względu na to, czy do trau­ma­tycz­nych zda­rzeń doszło dzie­sięć, czy ponad czter­dzie­ści lat temu, moi pacjenci nie byli w sta­nie zasy­pać prze­pa­ści mię­dzy wojen­nymi doświad­cze­niami a obec­nym życiem. W jakiś nie­po­jęty spo­sób to samo wyda­rze­nie, które przy­spo­rzyło im tak wiele bólu, stało się jedy­nym źró­dłem sensu. Dopiero wtedy, gdy wra­cali do trau­ma­tycz­nej prze­szło­ści, czuli, że naprawdę żyją.

Diagnozowanie stresu pourazowego

W tych daw­nych dniach w kli­nice VA stwier­dza­li­śmy u wete­ra­nów roz­ma­ite przy­pa­dło­ści -?alko­ho­lizm, nad­uży­wa­nie sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych, depre­sję, zabu­rze­nia nastroju, a nawet schi­zo­fre­nię -?i wypró­bo­wy­wa­li­śmy na nich wszyst­kie znane nam z pod­ręcz­ni­ków metody tera­pii. Mimo to mie­li­śmy świa­do­mość, jak nie­wiele osią­gamy. Prze­pi­sy­wane przez nas silne leki czę­sto otę­piały ich do takiego stop­nia, że ledwo byli w sta­nie funk­cjo­no­wać. Kiedy zachę­ca­li­śmy ich do szcze­gó­ło­wego opi­sa­nia trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia, zamiast roz­wią­zać pro­blem, czę­sto mimo­wol­nie uru­cha­mia­li­śmy lawinę retro­spek­cji. Wielu rezy­gno­wało z tera­pii, bo nie umie­li­śmy pomóc, a na domiar złego cza­sami pogar­sza­li­śmy sprawę.

Punkt zwrotny nastą­pił w latach 80., kiedy to grupa wete­ra­nów z Wiet­namu, wspie­ra­nych przez nowo­jor­skich psy­cho­ana­li­ty­ków Cha­ima Sha­tana i Roberta J. Liftona, dzięki sku­tecz­nemu lob­bin­gowi w Ame­ri­can Psy­chia­tric Asso­cia­tion (Ame­ry­kań­skie Towa­rzy­stwo Psy­chia­tryczne; APA) dopro­wa­dziła do zde­fi­nio­wa­nia nowej jed­nostki cho­ro­bo­wej: zespołu stresu poura­zo­wego (PTSD). Jed­nostka ta obej­mo­wała objawy w więk­szym lub mniej­szym stop­niu wspólne dla wszyst­kich naszych wete­ra­nów. Sys­te­ma­tyczne iden­ty­fi­ko­wa­nie symp­to­mów i zebra­nie ich w postaci jed­nego zabu­rze­nia pozwo­liło w końcu nadać nazwę cier­pie­niu ludzi przy­tło­czo­nych prze­ra­że­niem i bez­sil­no­ścią. Dzięki poja­wie­niu się ram kon­cep­cyj­nych PTSD przy­go­to­wany został grunt pod rady­kalną zmianę w rozu­mie­niu pacjen­tów. W dal­szej kolej­no­ści dopro­wa­dziło to do ist­nej eks­plo­zji badań nauko­wych i prób opra­co­wa­nia sku­tecz­nych metod tera­peu­tycz­nych.

Zain­spi­ro­wany moż­li­wo­ściami, jakie otwie­rała nowa dia­gnoza, zapro­po­no­wa­łem kli­nice VA prze­pro­wa­dze­nie badań nad bio­lo­gią trau­ma­tycz­nych wspo­mnień. Czy retro­spek­cje osób cier­pią­cych na PTSD róż­niły się od remi­ni­scen­cji innych ludzi? U więk­szo­ści z nas pamięć o nie­przy­jem­nym zda­rze­niu po jakimś cza­sie zaciera się lub zyskuje łagod­niej­szą wymowę. Tym­cza­sem lwia część naszych pacjen­tów nie potra­fiła prze­kształ­cić prze­szło­ści w zamknięty dawno temu roz­dział7.

Na samym początku pisem­nej odmowy przy­zna­nia mi grantu badaw­czego stwier­dzono: "Ni­gdy nie wyka­zano, że PTSD jest istotny dla misji reali­zo­wa­nej przez Vete­rans Admi­ni­stra­tion". Od tam­tej pory dia­gno­zo­wa­nie PTSD i ura­zów mózgu stało się, rzecz jasna, jed­nym z fila­rów misji VA, a na pro­wa­dze­nie "opar­tej na dowo­dach tera­pii" strau­ma­ty­zo­wa­nych wete­ra­nów wojen­nych prze­zna­cza się znaczne środki. W tam­tym cza­sie sprawy wyglą­dały jed­nak ina­czej, ja zaś -?nie chcąc dalej pra­co­wać w orga­ni­za­cji, któ­rej poglądy na rze­czy­wi­stość tak dalece odbie­gały od moich -?zło­ży­łem rezy­gna­cję. W 1982 roku dosta­łem się do Mas­sa­chu­setts Men­tal Health Cen­ter, har­wardz­kiego szpi­tala aka­de­mic­kiego, gdzie stu­dio­wa­łem wcze­śniej psy­chia­trię. W ramach moich nowych obo­wiąz­ków naucza­łem dzie­dziny, która dopiero się roz­wi­jała - psy­cho­far­ma­ko­lo­gii, czyli sto­so­wa­nia leków w celu zła­go­dze­nia obja­wów zabu­rzeń psy­chicz­nych.

W nowej pracy nie­mal każ­dego dnia spo­ty­ka­łem się z pro­ble­mami, które - jak sądzi­łem -?zosta­wi­łem za sobą w VA. Doświad­cze­nia zebrane w kon­tak­tach z wete­ra­nami do tego stop­nia uwraż­li­wiły mnie na wpływ traumy, że z zupeł­nie innym nasta­wie­niem słu­cha­łem pacjen­tów z depre­sją lub sta­nami lęko­wymi, któ­rzy opo­wia­dali mi o mole­sto­wa­niu i prze­mocy w rodzi­nie. Szcze­gól­nie ude­rzyło mnie to, jak wiele pacjen­tek mówiło o mole­sto­wa­niu sek­su­al­nym w dzie­ciń­stwie. Począt­kowo uwa­ża­łem to za zdu­mie­wa­jące, ponie­waż w kla­sycz­nym wów­czas pod­ręcz­niku psy­chia­trii wyraź­nie napi­sano, że kazi­rodz­two jest w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­zwy­kle rzad­kim zja­wi­skiem i dotyka mniej wię­cej co milio­no­wej kobiety8. Bio­rąc pod uwagę to, że żyło tam wtedy około stu milio­nów kobiet, zacho­dzi­łem w głowę, jakim cudem nie­mal połowa z nich - czter­dzie­ści sie­dem ze stu teo­re­tycz­nych ofiar w całym kraju -?tra­fiła wła­śnie do mojego gabi­netu w pod­zie­miach szpi­tala.

W pod­ręcz­niku napi­sano ponadto: "Nie ma kon­sen­susu co do roli kazi­rod­czej rela­cji mię­dzy ojcem a córką jako źró­dła póź­niej­szych poważ­nych psy­cho­pa­to­lo­gii". Tym­cza­sem tych z moich pacjen­tek, które doświad­czyły kazi­rodz­twa, z pew­no­ścią nie mogłem nazwać "wol­nymi od póź­niej­szych poważ­nych psy­cho­pa­to­lo­gii" -?były w głę­bo­kiej depre­sji, zagu­bione i czę­sto prze­ja­wiały oso­bli­wie auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nia, takie jak cię­cie się żylet­kami. Auto­rzy pod­ręcz­nika posu­wali się wręcz do uspra­wie­dli­wia­nia kazi­rodz­twa, twier­dząc, że "takie kazi­rod­cze zacho­wa­nia zmniej­szają praw­do­po­do­bień­stwo wystą­pie­nia psy­choz u osoby bada­nej i pozwa­lają na lep­sze przy­sto­so­wa­nie się do świata zewnętrz­nego"9. W rze­czy­wi­sto­ści oka­zało się, że kazi­rodz­two ma skraj­nie destruk­cyjny wpływ na dobro­stan kobiet.

Pod wie­loma wzglę­dami pacjentki te nie róż­niły się zbyt­nio od wete­ra­nów wojen­nych, któ­rych nie­dawno pozo­sta­wi­łem, odcho­dząc z VA. One też mie­wały kosz­mary i nawra­ca­jące prze­ra­ża­jące wspo­mnie­nia. U nich także spo­ra­dyczne napady gniewu prze­pla­tały się z dłu­gimi okre­sami emo­cjo­nal­nego odrę­twie­nia. Więk­szość z nich doświad­czała dużych trud­no­ści w kon­tak­tach z ludźmi i pod­trzy­my­wa­niu zna­czą­cych rela­cji.

Jak już wiemy, wojna nie jest jedyną kata­strofą, która obraca ludz­kie życia w perzynę. Pod­czas gdy mniej wię­cej u co czwar­tego żoł­nie­rza, który słu­żył w stre­fach kon­flik­tów wojen­nych, przy­pusz­czal­nie doj­dzie do roz­woju poważ­nego stresu poura­zo­wego10, więk­szość Ame­ry­ka­nów w jakimś momen­cie życia doświad­cza bru­tal­nego prze­stęp­stwa. Dokładne raporty ujaw­niają, że ofiarą gwałtu w USA padło nawet dwa­na­ście milio­nów kobiet. Ponad połowa tych gwał­tów spo­tyka dziew­częta poni­żej pięt­na­stego roku życia11. Dla wielu ludzi wojna zaczyna się w domu: każ­dego roku zgła­sza­nych jest mniej wię­cej trzy miliony przy­pad­ków znę­ca­nia się nad dziećmi i zanie­dby­wa­nia ich. Milion spo­śród tych spraw jest na tyle poważ­nych i wia­ry­god­nych, by zmu­sić opiekę spo­łeczną i sądy do pod­ję­cia dzia­łań12. Innymi słowy, na każ­dego żoł­nie­rza w zagra­nicz­nych stre­fach wojny przy­pada dzie­się­cioro dzieci, któ­rym nie­bez­pie­czeń­stwo grozi we wła­snym domu. Zja­wi­sko to ma szcze­gól­nie tra­giczną wymowę, ponie­waż dora­sta­ją­cym dzie­ciom bar­dzo trudno jest wró­cić do zdro­wia w sytu­acji, gdy źró­dłem stra­chu i cier­pie­nia nie jest wróg, lecz wła­śni opie­ku­no­wie.

Nowe zrozumienie

W ciągu trzech dekad, jakie minęły, odkąd pozna­łem Toma, dowie­dzie­li­śmy się bar­dzo wiele nie tylko o wpły­wie i prze­ja­wach traumy, lecz także o spo­so­bach poma­ga­nia obcią­żo­nym nią oso­bom w powro­cie do nor­mal­nego życia. Dzięki meto­dom neu­ro­obra­zo­wa­nia, dostęp­nym od początku lat 90. ubie­głego wieku, zaczę­li­śmy pozna­wać rze­czy­wi­ste zmiany, jakie zacho­dzą w strau­ma­ty­zo­wa­nych umy­słach. Oka­zało się to nie­zbędne, aby­śmy mogli w pełni uświa­do­mić sobie rze­czy­wi­ste szkody wyrzą­dzane przez traumę i wyty­czyć zupeł­nie nowe ścieżki ich lecze­nia.

Zaczę­li­śmy rów­nież rozu­mieć, jak przy­tła­cza­jące doświad­cze­nia rzu­tują na nasze naj­głęb­sze odczu­cia oraz podej­ście do fizycz­nej rze­czy­wi­sto­ści - czyli sedno tego, kim jeste­śmy. Dowie­dzie­li­śmy się, że trauma nie jest jedy­nie wyda­rze­niem, do któ­rego doszło w prze­szło­ści, sta­nowi ona bowiem także ślad, jaki wyda­rze­nie to pozo­sta­wiło w mózgu i całym ciele. Ślad ten ma trwały wpływ na to, jak orga­nizm czło­wieka stara się prze­trwać w teraź­niej­szo­ści.

Trauma skut­kuje cał­ko­witą reor­ga­ni­za­cją spo­sobu prze­twa­rza­nia bodź­ców zmy­sło­wych przez mózg. Zmie­nia ona nie tylko to, jak myślimy i o czym, lecz także samą zdol­ność myśle­nia. Odkry­li­śmy, że poma­ga­nie ofia­rom traumy w odnaj­dy­wa­niu słów opi­su­ją­cych to, co je spo­tkało, jest nie­zwy­kle istotne, ale samo w sobie na ogół nie wystar­cza. Akt rela­cjo­no­wa­nia swo­jej histo­rii nie musi zmie­niać auto­ma­tycz­nych reak­cji fizycz­nych i hor­mo­nal­nych, jakie zacho­dzą w ciele, które przez cały czas pozo­staje w sta­nie skraj­nie pod­wyż­szo­nej czuj­no­ści, w każ­dej chwili gotowe na gwałt lub inną formę napa­ści. Aby doszło do praw­dzi­wej zmiany, ciało musi się nauczyć, że nie­bez­pie­czeń­stwo minęło i może ono wró­cić do życia w realiach teraź­niej­szo­ści. Dzięki naszym pró­bom zro­zu­mie­nia traumy zaczę­li­śmy myśleć ina­czej zarówno o struk­tu­rze umy­słu, jak i o uzdra­wia­ją­cych go pro­ce­sach.

Rozdział 2. Przełomy w rozumieniu umysłu i mózgu

Roz­dział 2

Prze­łomy w rozu­mie­niu umy­słu i mózgu

Im więk­sze wąt­pli­wo­ści, tym donio­ślej­sze odkry­cie. Im mniej­sze wąt­pli­wo­ści, tym odkry­cie mniej­sze. Nie ma wąt­pli­wo­ści, nie ma odkry­cia.

-?C.C. Chang, The Prac­tice of Zen

Żyjesz w tym małym wycinku czasu, który jest twój, lecz wyci­nek ten obej­muje nie tylko twoje życie; to suma wszyst­kich innych żyć toczą­cych się rów­no­le­gle (...). To, czym jesteś, sta­nowi wyraz histo­rii.

-?Robert Penn War­ren, World Eno­ugh and Time

Pod koniec lat 60., pod­czas rocz­nego urlopu mię­dzy pierw­szym a dru­gim rokiem stu­diów medycz­nych, przy­pad­kowo sta­łem się świad­kiem donio­słej zmiany w podej­ściu medy­cyny do zabu­rzeń psy­chicz­nych. Udało mi się zdo­być cie­płą posadkę asy­stenta na oddziale badaw­czym w Mas­sa­chu­setts Men­tal Health Cen­ter (MMHC), gdzie byłem odpo­wie­dzialny za orga­ni­zo­wa­nie zajęć rekre­acyj­nych dla pacjen­tów. MMHC od dawna ucho­dził za jeden z naj­lep­szych szpi­tali psy­chia­trycz­nych w kraju, klej­not w koro­nie aka­de­mic­kiego impe­rium, jakim była Harvard Medi­cal School. Celem badań na oddziale, gdzie pra­co­wa­łem, było usta­le­nie, czy w przy­padku mło­dych ludzi, u któ­rych stwier­dzono pierw­sze w życiu schi­zo­fre­niczne zała­ma­nie ner­wowe, lepiej spraw­dzi się psy­cho­te­ra­pia czy far­ma­ko­te­ra­pia.

Pod­sta­wową metodą lecze­nia zabu­rzeń psy­chicz­nych w MMHC pozo­sta­wała wów­czas tera­pia roz­mową, wywo­dząca się z tra­dy­cji psy­cho­ana­lizy freu­dow­skiej. Jed­nak na początku lat 50. grupa fran­cu­skich naukow­ców odkryła zwią­zek nazwany chlo­ro­pro­ma­zyną (sprze­da­wany potem pod nazwą Tho­ra­zine), który "uspo­ka­jał" pacjen­tów -?łago­dził objawy pobu­dze­nia i uro­jeń. Odkry­cie to dało począ­tek nadzie­jom na opra­co­wa­nie środ­ków pozwa­la­ją­cych na lecze­nie poważ­nych pro­ble­mów psy­chicz­nych, takich jak depre­sja, ataki paniki, stany lękowe i mania, oraz na łago­dze­nie nie­któ­rych naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cych obja­wów schi­zo­fre­nii.

Jako asy­stent nie mia­łem nic wspól­nego z bada­niami pro­wa­dzo­nymi na oddziale. Ni­gdy nie infor­mo­wano mnie, w jaki spo­sób leczeni są poszcze­gólni pacjenci. Wszy­scy byli mniej wię­cej w moim wieku -?stu­denci z Harvardu, MIT i Uni­wer­sy­tetu Bostoń­skiego. Nie­któ­rzy pró­bo­wali ode­brać sobie życie. Inni kale­czyli się nożami lub żylet­kami. Kilku napa­dło na swo­ich współ­lo­ka­to­rów bądź w inny spo­sób wzbu­dziło strach rodzi­ców albo przy­ja­ciół nie­prze­wi­dy­wal­nym, irra­cjo­nal­nym zacho­wa­niem. Moim zada­niem było orga­ni­zo­wa­nie im zajęć typo­wych dla stu­denc­kiej braci, takich jak wyj­ścia do piz­ze­rii, biwa­ko­wa­nie w pobli­skich lasach, oglą­da­nie meczów Red Sox czy żeglo­wa­nie po rzece Char­les.

Jako zupełny nowi­cjusz w tej dzie­dzi­nie w zebra­niach na oddziale uczest­ni­czy­łem w dużym sku­pie­niu, sta­ra­jąc się roz­szy­fro­wać skom­pli­ko­wany spo­sób wypo­wie­dzi i logikę pacjen­tów. Musia­łem też nauczyć się radzić sobie z ich irra­cjo­nal­nymi wybu­chami zło­ści i zamy­ka­niem się w sobie podyk­to­wa­nym lękiem. Któ­re­goś ranka natkną­łem się na pacjentkę sto­jącą niczym posąg, z twa­rzą zamarłą ze stra­chu i ręką unie­sioną w obron­nym geście. Stała w swoim pokoju w kom­plet­nym bez­ru­chu przez co naj­mniej dwa­na­ście godzin. Leka­rze powie­dzieli mi, co jej dolega - kata­to­nia. Ale nawet z pod­ręcz­ni­ków, do któ­rych ucie­kłem się w poszu­ki­wa­niu wyja­śnień, nie dowie­dzia­łem się ani słowa o tym, co można w tym wypadku zro­bić. Po pro­stu pozwa­la­li­śmy cho­ro­bie toczyć się swoim torem.

O traumie przed świtem

Spę­dzi­łem na oddziale wiele nocy i week­en­dów, dzięki czemu zyska­łem stycz­ność ze zja­wi­skami, jakich inni leka­rze nie mieli spo­sob­no­ści oglą­dać pod­czas swo­ich krót­kich wizyt. Pacjenci, któ­rzy nie mogli spać, czę­sto przy­cho­dzili owi­nięci szla­fro­kami do zaciem­nio­nej dyżurki pie­lę­gniar­skiej, aby poroz­ma­wiać. W głę­bo­kiej ciszy nocy zda­wali się bar­dziej otwarci i opo­wia­dali mi histo­rie o biciu, napa­ściach i mole­sto­wa­niu; o krzyw­dach czę­sto zada­wa­nych przez ich rodzi­ców, a cza­sami przez krew­nych, kole­gów z klasy albo sąsia­dów. Dzie­lili się wspo­mnie­niami o tym, jak bez­radni i prze­ra­żeni leżeli w łóżku w nocy, sły­sząc, jak matka jest bita przez męża albo part­nera; jak rodzice wykrzy­kują do sie­bie potworne groźby; jak z hukiem pękają roz­bi­jane meble. Inni opo­wia­dali o pija­nych ojcach i o tym, jak nasłu­chi­wali ich kro­ków na pół­pię­trze, cze­ka­jąc w stra­chu, aż ci wejdą do pokoju, by wycią­gnąć ich z łóżek i uka­rać za jakieś uro­jone prze­wi­nie­nie. Kilka kobiet wspo­mniało, jak leżały bez­sen­nie i nie­ru­chomo, cze­ka­jąc na nie­unik­nione -?brata lub ojca, który je mole­sto­wał.

W trak­cie poran­nych obcho­dów mło­dzi leka­rze przed­sta­wiali swoje przy­padki prze­ło­żo­nym, a my, pomoc­nicy, mogli­śmy jedy­nie obser­wo­wać ten rytuał w mil­cze­niu. Rzadko wspo­mi­nali o histo­riach, jakie dane mi było wysłu­chać, choć w wielu póź­niej­szych bada­niach potwier­dzono zna­cze­nie takich noc­nych spo­wie­dzi. Wiemy obec­nie, że ponad połowa osób szu­ka­ją­cych opieki psy­chia­trycz­nej doświad­czyła napa­ści, porzu­ce­nia, zanie­dba­nia, a nawet gwałtu w dzie­ciń­stwie bądź była świad­kami prze­mocy w rodzi­nie1. Prze­ży­cia te na ogół zda­wały się jed­nak pomi­jane pod­czas obchodu. Byłem czę­sto zasko­czony bez­na­mięt­nym tonem oma­wia­nia obja­wów oraz nakła­dem czasu prze­zna­cza­nego na próby opa­no­wa­nia myśli samo­bój­czych i zacho­wań auto­de­struk­cyj­nych zamiast na ana­li­zo­wa­nie przy­czyn despe­ra­cji i bez­sil­no­ści. Zaska­ki­wało mnie także i to, jak nie­wiele uwagi poświę­cano osią­gnię­ciom i aspi­ra­cjom pacjen­tów. Temu, kogo kochali albo nie­na­wi­dzili, co ich moty­wo­wało i anga­żo­wało, co pętało im ręce, a co uspo­ka­jało -?innymi słowy: kra­jo­bra­zowi ich wewnętrz­nego świata.

Kilka lat póź­niej, jako młody lekarz, zetkną­łem się ze szcze­gól­nie jaskra­wym przy­kła­dem dzia­ła­nia modelu opar­tego na medy­ka­li­za­cji życia. Pra­co­wa­łem wtedy doryw­czo w kato­lic­kim szpi­talu, gdzie wyko­ny­wa­łem bada­nia fizy­kalne kobiet, które przyj­mo­wano na tera­pię elek­trow­strzą­sami z powodu depre­sji. Jako cie­kaw­ski imi­grant czę­sto odry­wa­łem wzrok od ich kart, by zwy­czaj­nie zapy­tać o życie. W wielu z nich pękały wów­czas tamy i opo­wia­dały o bole­snych mał­żeń­stwach, trud­nych dzie­ciach i poczu­ciu winy z powodu abor­cji. Gdy zwie­rzały się ze swo­ich prze­żyć, sta­wały się pogod­niej­sze i czę­sto wylew­nie dzię­ko­wały mi za ich wysłu­cha­nie. Nie­które zasta­na­wiały się nawet, czy po tym, jak zrzu­ciły z bar­ków ten cię­żar, wciąż potrze­bują elek­trow­strzą­sów. Pod koniec takich spo­tkań zawsze czu­łem się przy­gnę­biony. Wie­dzia­łem bowiem, że zabiegi, jakim kobiety te zostaną pod­dane naza­jutrz rano, sku­tecz­nie wymażą z ich pamięci wspo­mnie­nia naszej roz­mowy. Nie wytrwa­łem długo w tej pracy.

W dni wolne od zajęć na oddziale MMHC czę­sto cho­dzi­łem do Coun­tway Library of Medi­cine, aby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o pacjen­tach, któ­rym mia­łem poma­gać. Pew­nego sobot­niego popo­łu­dnia natra­fi­łem na tom, który jest ceniony do dziś: wydany w 1911 roku pod­ręcz­nik Eugena Bleu­lera Demen­tia Pra­ecox, or the Group of Schi­zo­ph­re­nias [Otę­pie­nie wcze­sne lub grupa schi­zo­fre­nii]. Spo­strze­że­nia Bleu­lera oka­zały się fascy­nu­jące:

Spo­śród schi­zo­fre­nicz­nych halu­cy­na­cji cie­le­snych zde­cy­do­wa­nie naj­częst­sze i naj­waż­niej­sze są omamy sek­su­alne. Pacjenci prze­ży­wają rado­ści i unie­sie­nia zwią­zane z typową i aty­pową satys­fak­cją sek­su­alną, znacz­nie czę­ściej jed­nak doświad­czają wra­żeń zwią­za­nych z roz­ma­itymi obsce­nicz­nymi i odpy­cha­ją­cymi prak­ty­kami, jakie tylko są w sta­nie wycza­ro­wać w naj­bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kich fan­ta­zjach. Pacjenci płci męskiej snują wizje o odcią­ga­niu nasie­nia i sty­mu­lo­wa­niu bole­snych erek­cji. Pacjentki są gwał­cone i oka­le­czane na naj­bar­dziej dia­bo­liczne spo­soby (...). Pomimo sym­bo­licz­nego zna­cze­nia wielu tego rodzaju halu­cy­na­cji więk­szość z nich odpo­wiada rze­czy­wi­stym dozna­niom2.

Zasta­no­wiło mnie to. Nasi pacjenci mieli halu­cy­na­cje, a leka­rze ruty­nowo o nie pytali i odno­to­wy­wali je, trak­tu­jąc jako jeden z obja­wów świad­czą­cych o skali zabu­rzeń. Ale jeśli histo­rie, jakich wysłu­chi­wa­łem po nocach, były praw­dziwe, to może "halu­cy­na­cje" te sta­no­wiły w isto­cie frag­menty wspo­mnień rze­czy­wi­stych doświad­czeń? A może były jedy­nie wytwo­rami cho­rych mózgów? Czy ludzie mogą wyobra­żać sobie fizyczne dozna­nia, jakich ni­gdy nie doświad­czyli? Czy mię­dzy kre­atyw­no­ścią a pato­lo­giczną wyobraź­nią ist­nieje wyraźna gra­nica? A mię­dzy pamię­cią a wyobraź­nią? Pyta­nia te do dziś pozo­stają bez odpo­wie­dzi, lecz bada­nia wyka­zały, że osoby mole­sto­wane w dzie­ciń­stwie czę­sto wyka­zują objawy soma­tyczne (takie jak ból brzu­cha) nie­ma­jące oczy­wi­stej przy­czyny fizjo­lo­gicz­nej, sły­szą głosy ostrze­ga­jące przed nie­bez­pie­czeń­stwem albo oskar­ża­jące je o potworne zbrod­nie.

Wielu pacjen­tów bez wąt­pie­nia prze­ja­wiało agre­sywne, dzi­waczne i auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nia, zwłasz­cza gdy czuli się sfru­stro­wani, tłam­szeni albo nie­ro­zu­miani. Wpa­dali wtedy w złość, rzu­cali tale­rzami, tłu­kli szyby i kale­czyli się odłam­kami szkła. W tam­tym cza­sie nie mia­łem poję­cia, dla­czego ktoś miałby zare­ago­wać wście­kło­ścią lub stra­chem na jakąś pro­za­iczną prośbę ("Pozwól, że oczysz­czę ci włosy z tej mazi"). Zazwy­czaj postę­po­wa­łem zgod­nie z radami doświad­czo­nych pie­lę­gnia­rek, które sygna­li­zo­wały mi, kiedy się wyco­fać, a jeśli to nie poma­gało - kiedy unie­ru­cho­mić pacjenta. Byłem zasko­czony, a zara­zem zanie­po­ko­jony satys­fak­cją, jaką cza­sami odczu­wa­łem, gdy powa­la­łem pacjenta na pod­łogę, aby pie­lę­gniarka mogła podać mu zastrzyk. Stop­niowo uświadamia­łem sobie, że znaczna część naszego szko­le­nia zawo­do­wego kon­cen­tro­wała się na utrzy­ma­niu kon­troli nad sytu­acją w obli­czu prze­ra­ża­ją­cych i dez­orien­tu­ją­cych realiów.

Sylvia była piękną dzie­więt­na­sto­let­nią stu­dentką Uni­wer­sy­tetu Bostoń­skiego, która zwy­kle znaj­do­wała sobie na oddziale samotny kąt. Wyglą­dała na śmier­tel­nie prze­ra­żoną i wła­ści­wie się nie odzy­wała, lecz cią­gnęła się za nią repu­ta­cja dziew­czyny wpły­wo­wego bostoń­skiego mafioso, która przy­da­wała jej aury tajem­ni­czo­ści. Po ponad tygo­dniu odma­wia­nia jedze­nia, gdy zaczęła szybko tra­cić na wadze, leka­rze uznali, że należy kar­mić ją siłą. Potrzeba było nas trzech, żeby ją przy­trzy­mać. Następ­nego, by wepchnąć gumową rurkę do jej gar­dła, oraz pie­lę­gniarki, która wle­wała odżyw­czy płyn do jej żołądka. Póź­niej, pod­czas noc­nych wyznań, Sylvia nie­śmiało i z waha­niem zwie­rzyła mi się, że jej brat i wuj mole­sto­wali ją, gdy była dziec­kiem. Uświa­do­mi­łem sobie wtedy, że nasz pokaz "tro­ski" o jej dobro­stan musiał być dla niej czymś w rodzaju zbio­ro­wego gwałtu. To i podobne doświad­cze­nia pomo­gły mi w sfor­mu­ło­wa­niu zasady, którą prze­ka­zy­wa­łem potem stu­den­tom: jeśli robisz pacjen­towi coś, czego nie zro­bił­byś przy­ja­cio­łom albo dzie­ciom, zasta­nów się, czy aby mimo­wol­nie nie odtwa­rzasz traumy z jego prze­szło­ści.

Jako asy­stent odpo­wie­dzialny za zapew­nia­nie cho­rym roz­ry­wek zauwa­ży­łem coś jesz­cze: pacjenci w gru­pie byli zadzi­wia­jąco nie­zdarni i nie­sko­or­dy­no­wani. Kiedy jecha­li­śmy na kem­ping, więk­szość stała bez­rad­nie, pod­czas gdy ja roz­bi­ja­łem namioty. Raz w trak­cie szkwału pra­wie wywró­ci­li­śmy się na rzece Char­les do góry dnem, bo wszy­scy tkwili sku­leni na zawietrz­nej, jakby nie poj­mo­wali, że muszą prze­nieść się na drugą stronę, by łódź utrzy­mała rów­no­wagę. Pod­czas meczów siat­kówki człon­ko­wie per­so­nelu zawsze byli lepiej sko­or­dy­no­wani niż pacjenci. Inna wspólna cecha moich pod­opiecz­nych pole­gała na tym, że nawet naj­swo­bod­niej­sze roz­mowy w ich wyda­niu zda­wały się sztuczne, pozba­wione natu­ral­nej gesty­ku­la­cji i mimiki, typo­wych dla dys­ku­tu­ją­cych przy­ja­ciół. Zna­cze­nie tych spo­strze­żeń stało się dla mnie jasne dopiero po tym, jak pozna­łem Petera Levine'a i Pat Ogden, tera­peu­tów spe­cja­li­zu­ją­cych się w pracy z cia­łem. W dal­szych roz­dzia­łach napi­szę znacz­nie sze­rzej o tym, jak trauma gnieź­dzi się w ludz­kim ciele.

Nadawanie sensu cierpieniu

Po roku na oddziale badaw­czym wró­ci­łem na stu­dia, a potem -?już jako świeżo upie­czony lekarz -?tra­fi­łem z powro­tem do MMHC, gdzie dosta­łem się na spe­cja­li­za­cję z psy­chia­trii, co przy­ją­łem z ogromną rado­ścią. W ramach tego samego pro­gramu stu­dio­wało wielu zna­nych psy­chia­trów, w tym Eric Kan­del, póź­niej­szy lau­reat Nagrody Nobla w dzie­dzi­nie fizjo­lo­gii i medy­cyny. To tutaj, w cza­sie mojego szko­le­nia, pra­cu­jący w labo­ra­to­rium w pod­zie­miach szpi­tala Allan Hob­son odkrył komórki mózgu odpo­wie­dzialne za powsta­wa­nie marzeń sen­nych. To wła­śnie w MMHC prze­pro­wa­dzono pierw­sze bada­nia nad che­micz­nymi pod­sta­wami depre­sji. Ale dla wielu z nas, rezy­den­tów, naj­cie­kawsi byli sami cho­rzy. Spę­dza­li­śmy z nimi sześć godzin dzien­nie, a potem spo­ty­ka­li­śmy się w gru­pie z bar­dziej doświad­czo­nymi psy­chia­trami, aby dzie­lić się spo­strze­że­niami, zada­wać pyta­nia i wal­czyć o tytuł autora najbar­dziej bły­sko­tli­wej uwagi.

Elvin Sem­rad, nasz wybitny nauczy­ciel, robił, co mógł, by znie­chę­cić nas do czy­ta­nia pod­ręcz­ni­ków psy­chia­trii na pierw­szym roku. (Ta inte­lek­tu­alna gło­dówka być może tłu­ma­czy to, że więk­szość z nas póź­niej nie tylko pochła­niała tony ksią­żek, lecz także sama chęt­nie się­gała po pióro). Sem­rad nie chciał, aby nasze postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści zostało przy­sło­nięte pseu­do­pew­no­ścią dia­gnoz psy­chia­trycz­nych. Pamię­tam, jak kie­dyś zapy­ta­łem go: "Jak nazwał­byś tego pacjenta: schi­zo­fre­ni­kiem czy cho­rym na zabu­rze­nie schi­zo­afek­tywne?". Przy­sta­nął i potarł brodę, jakby w głę­bo­kim zamy­śle­niu. "Myślę, że nazwał­bym go Micha­elem McIn­tyre'em" - odparł.

Sem­rad nauczył nas, że więk­szość ludz­kich cier­pień wynika z miło­ści i straty, a zada­niem tera­peu­tów jest poma­ga­nie pacjen­tom w "uzna­wa­niu, doświad­cza­niu i zno­sze­niu" realiów życia, ze wszyst­kimi rado­ściami i smut­kami. "Naj­więk­szym źró­dłem naszego cier­pie­nia są kłam­stwa, które sobie powta­rzamy" -?mawiał, zachę­ca­jąc nas do szcze­ro­ści wobec samych sie­bie w każ­dym aspek­cie tego, czego doświad­czamy. Czę­sto powta­rzał, że ludzie nie poczują się lepiej, dopóki w pełni nie dowie­dzą się tego, co wie­dzą, i nie poczują tego, co czują.

Pamię­tam, jak bar­dzo zasko­czył mnie ów sza­no­wany pro­fe­sor z Harvardu, gdy wyznał, że lubi zasy­piać, czu­jąc obok sie­bie obec­ność żony, bo daje mu to poczu­cie spo­koju. Dzie­ląc się tak pro­stą ludzką potrzebą, uświa­da­miał nam, jak wielki wpływ mają one na kształt naszego życia. Jeśli je baga­te­li­zu­jemy, umniej­szamy wła­sną egzy­sten­cję, bez względu na to, jak wznio­słe są nasze myśli i jak wiele osią­gnę­li­śmy. Sem­rad powie­dział nam, że zdro­wie­nie zależy od wie­dzy empi­rycz­nej: możesz w pełni pano­wać nad swoim życiem dopiero wtedy, gdy umiesz uznać rze­czy­wi­stość wła­snego ciała we wszyst­kich jego fizjo­lo­gicz­nych wymia­rach.

Nasza dzie­dzina wie­dzy zmie­rzała jed­nak w innym kie­runku. W 1968 roku w "Ame­ri­can Jour­nal of Psy­chia­try" opu­bli­ko­wano wyniki bada­nia prze­pro­wa­dzo­nego na oddziale, na któ­rym kie­dyś byłem asy­sten­tem. Wska­zy­wały one jed­no­znacz­nie, że pacjenci ze schi­zo­fre­nią pod­da­wani wyłącz­nie far­ma­ko­te­ra­pii osią­gali lep­sze wyniki niż ci, któ­rzy trzy razy w tygo­dniu odby­wali sesje psy­cho­te­ra­pii z naj­lep­szymi bostoń­skimi spe­cja­li­stami3. Bada­nie to było jed­nym z wielu kamieni milo­wych na dro­dze, która stop­niowo pro­wa­dziła do zmiany nasta­wie­nia medy­cyny i psy­chia­trii wobec pro­ble­mów psy­cho­lo­gicz­nych: od uzna­wa­nia nie­skoń­cze­nie róż­no­rod­nych prze­ja­wów nie­zno­śnych uczuć i rela­cji do modelu bazu­ją­cego na wielu odręb­nych "zabu­rze­niach" wyni­ka­ją­cych z nie­pra­wi­dło­wo­ści dzia­ła­nia mózgu.

Podej­ście medy­cyny do ludz­kiego cier­pie­nia zawsze było zde­ter­mi­no­wane przez bie­żące zdo­by­cze postępu tech­nicz­nego. Przed epoką oświe­ce­nia aber­ra­cje w zacho­wa­niu przy­pi­sy­wano woli boskiej, grze­chom, magii, cza­row­ni­com i złym duchom. Dopiero w XIX wieku fran­cu­scy i nie­mieccy naukowcy zaczęli ana­li­zo­wać zacho­wa­nia przez pry­zmat adap­ta­cji do zło­żo­no­ści świata. Teraz poja­wił się nowy para­dyg­mat: gniew, pożą­da­nie, duma, chci­wość, skąp­stwo i leni­stwo (oraz wszyst­kie inne odwieczne przy­pa­dło­ści ludz­kiego cha­rak­teru) zostały nazwane "zabu­rze­niami", które można wyle­czyć dzięki poda­wa­niu odpo­wied­nich sub­stan­cji che­micz­nych4. Wielu psy­chia­trów z ulgą i zachwy­tem uświa­do­miło sobie, że dzięki temu stali się "praw­dzi­wymi naukow­cami" -?takimi jak ich kole­dzy ze stu­diów medycz­nych, któ­rzy mieli labo­ra­to­ria, pro­wa­dzili eks­pe­ry­menty na zwie­rzę­tach, dys­po­no­wali kosz­towną apa­ra­turą i robili skom­pli­ko­wane testy dia­gno­styczne -?i odło­żyło na bok mętne teo­rie filo­zo­fów takich jak Freud czy Jung. Auto­rzy jed­nego z naj­waż­niej­szych pod­ręcz­ni­ków psy­chia­trycz­nych posu­nęli się nawet do stwier­dze­nia: "Za przy­czynę cho­rób psy­chicz­nych uznaje się obec­nie nie­pra­wi­dło­wo­ści w funk­cjo­no­wa­niu mózgu; zabu­rze­nia rów­no­wagi che­micz­nej"5.

Tak jak moi kole­dzy, ja rów­nież z entu­zja­zmem powi­ta­łem far­ma­ko­lo­giczną rewo­lu­cję. W 1973 roku zosta­łem pierw­szym star­szym rezy­den­tem psy­cho­far­ma­ko­lo­gii w MMHC. Być może byłem też pierw­szym bostoń­skim psy­chia­trą, który podał lit pacjentce z psy­chozą mania­kalno-depre­syjną, dziś czę­ściej nazy­waną cho­robą afek­tywną dwu­bie­gu­nową. (Czy­ta­łem o pro­wa­dzo­nych w Austra­lii pra­cach Johna Cade'a nad litem i dosta­łem od komi­sji szpi­tal­nej pozwo­le­nie na wypró­bo­wa­nie tego środka). Pod wpły­wem litu kobieta, która rok w rok przez trzy­dzie­ści pięć lat popa­dała w maju w manię, a w listo­pa­dzie w depre­sję przy­pra­wia­jącą ją o myśli samo­bój­cze, wyrwała się z cyklu cho­roby i przez trzy lata, kiedy była pod moją opieką, jej nastrój pozo­sta­wał sta­bilny. Wcho­dzi­łem też w skład pierw­szego ame­ry­kań­skiego zespołu badaw­czego testu­ją­cego lek prze­ciw­p­sy­cho­tyczny o nazwie Clo­za­ril na prze­wle­kle cho­rych pacjen­tach, któ­rzy z braku innego pomy­słu byli prze­trzy­my­wani na zapy­zia­łych oddzia­łach sta­rych szpi­tali psy­chia­trycz­nych6. Nie­któ­rzy reago­wali na śro­dek w iście cudowny spo­sób; ludzie, któ­rzy więk­szość życia spę­dzili w strasz­li­wych realiach wła­snego zamknię­tego świata, mogli wró­cić do rodzin i spo­łecz­no­ści. Pacjenci pogrą­żeni w mroku i roz­pa­czy zaczęli reago­wać na piękno kon­tak­tów z ludźmi oraz czer­pać przy­jem­ność z pracy i zabawy. Dzięki tym zdu­mie­wa­ją­cym osią­gnię­ciom nabie­ra­li­śmy opty­mi­zmu i prze­ko­na­nia, że w końcu uda się nam poko­nać cier­pie­nie.

Środki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne były jed­nym z głów­nych czyn­ni­ków, który dopro­wa­dził do zmniej­sze­nia liczby sta­łych pacjen­tów szpi­tali psy­chia­trycz­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych z ponad 500 tysięcy w 1955 roku do nie­ca­łych 100 tysięcy w 1996 roku7. Tych, któ­rzy nie znają realiów świata psy­chia­trii sprzed poja­wie­nia się wspo­mnia­nych metod far­ma­ko­te­ra­pii, zapew­niam, że zmiana była nie­mal nie­wy­obra­żalna. Jako stu­dent pierw­szego roku odwie­dzi­łem szpi­tal sta­nowy Kan­ka­kee w Illi­nois i zoba­czy­łem, jak krępy pie­lę­gniarz polewa wodą z węża dzie­siątki brud­nych, nagich, nie­sko­or­dy­no­wa­nych pacjen­tów w ogo­ło­co­nej z mebli sali wypo­sa­żo­nej w rynienki kana­li­za­cyjne. Dziś wspo­mnie­nie to wydaje mi się bar­dziej kosz­ma­rem niż czymś, co widzia­łem na wła­sne oczy. Moją pierw­szą pracą po ukoń­cze­niu rezy­den­tury w 1974 roku było sta­no­wi­sko przed­ostat­niego w hie­rar­chii waż­no­ści dyrek­tora Boston State Hospi­tal, sza­cow­nej nie­gdyś insty­tu­cji, w któ­rej daw­niej prze­by­wały tysiące pacjen­tów, roz­lo­ko­wa­nych w budyn­kach na obsza­rze dzie­sią­tek hek­ta­rów. Już wów­czas jed­nak budynki te -?w tym szklar­nie, ogrody i warsz­taty -?w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści popa­dały w ruinę. Za cza­sów mojego dyrek­to­ro­wa­nia pacjen­tów stop­niowo prze­no­szono do "spo­łecz­no­ści", jak w bar­dzo ogól­ni­kowy spo­sób nazy­wano ano­ni­mowe schro­ni­ska i domy opieki, gdzie tra­fiała więk­szość z nich. (Jak na iro­nię szpi­tal miał począt­kowo sta­tus azylu. Ter­min ten ozna­czał "sank­tu­arium" i dopiero potem nabrał dodat­ko­wego zna­cze­nia. W rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił on wspólne schro­nie­nie dla spo­łecz­no­ści, w któ­rej każdy znał imiona i przy­pa­dło­ści pacjen­tów). W 1979 roku, wkrótce po tym, jak pod­ją­łem pracę w VA, bramy Boston State Hospi­tal zostały zamknięte na głu­cho, a sama pla­cówka prze­mie­niła się w osie­dle widmo.

W trak­cie mojego pobytu w tym szpi­talu kon­ty­nu­owa­łem prace w labo­ra­to­rium psy­cho­far­ma­ko­lo­gicz­nym MMHC, w któ­rym obrano wów­czas inny niż wcze­śniej kie­ru­nek badań. W latach 60. naukowcy z Natio­nal Insti­tu­tes of Health (Naro­dowe Insty­tuty Zdro­wia; NIH) zaczęli opra­co­wy­wać tech­niki izo­lo­wa­nia i mie­rze­nia pozio­mów hor­mo­nów oraz neu­ro­prze­kaź­ni­ków we krwi i w mózgu. Neu­ro­prze­kaź­niki to che­miczni posłańcy, któ­rzy prze­no­szą infor­ma­cje mię­dzy neu­ro­nami, a tym samym pozwa­lają nam funk­cjo­no­wać w świe­cie.

Kiedy naukowcy zna­leźli dowody na to, że nie­pra­wi­dłowy poziom nora­dre­na­liny ma zwią­zek z depre­sją, a dopa­miny ze schi­zo­fre­nią, poja­wiła się nadzieja, że da się opra­co­wać leki pozwa­la­jące na sko­ry­go­wa­nie tego rodzaju nie­pra­wi­dło­wo­ści che­micz­nych w mózgu. Nadzieja ta ni­gdy się w pełni nie ziściła, lecz wysiłki na rzecz bada­nia wpływu leków na objawy zabu­rzeń psy­chicz­nych dopro­wa­dziły do kolej­nej głę­bo­kiej zmiany w naszej pro­fe­sji. Naukowcy potrze­bo­wali pre­cy­zyj­nego i sys­te­ma­tycz­nego spo­sobu komu­ni­ko­wa­nia swo­ich spo­strze­żeń, co dopro­wa­dziło do opra­co­wa­nia tak zwa­nych kry­te­riów dia­gno­stycz­nych badań (ang. rese­arch dia­gno­stic cri­te­ria), do czego nawet ja -?jako skromny asy­stent -?także się w pew­nym stop­niu przy­czy­ni­łem. Osta­tecz­nie stały się one pod­stawą pierw­szego sys­temu dia­gno­zo­wa­nia scho­rzeń psy­chicz­nych, a mia­no­wi­cie wyda­wa­nego przez Ame­ri­can Psy­chia­tric Asso­cia­tion pod­ręcz­nika Dia­gno­stic and Sta­ti­sti­cal Manual of Men­tal Disor­ders (DSM) [Dia­gno­styczny i sta­ty­styczny pod­ręcz­nik zabu­rzeń psy­chicz­nych], czę­sto nazy­wa­nego zresztą "biblią psy­chia­trii". Przed­mowa do prze­ło­mo­wego, trze­ciego wyda­nia (DSM-3) z 1980 roku była sto­sow­nie skromna i przy­zna­wała, że sys­tem ten jest nie­pre­cy­zyjny -?na tyle nie­ści­sły, że ni­gdy nie powi­nien być uży­wany do celów kry­mi­na­li­stycz­nych ani ubez­pie­cze­nio­wych8. Wkrótce pokażę, że skrom­ność ta nie­stety była krót­ko­trwała.

Nieunikniony wstrząs

Gdy mie­rzy­łem się z wie­loma nie­roz­wi­kła­nymi zagad­kami stresu poura­zo­wego, zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy nie­któ­rych spo­śród nich nie da się roz­wią­zać dzięki rodzą­cej się wów­czas dzie­dzi­nie wie­dzy - neu­ro­nauce. Zain­spi­ro­wany tym pomy­słem zaczą­łem brać udział w spo­tka­niach Ame­ri­can Col­lege of Neu­rop­sy­cho­phar­ma­co­logy (Ame­ry­kań­skie Kole­gium Neu­rop­sy­cho­far­ma­ko­lo­gii; ACNP). W 1984 roku ACNP zapew­niło chęt­nym moż­li­wość wzię­cia udziału w wielu fascy­nu­ją­cych wykła­dach na temat opra­co­wy­wa­nia nowych leków, lecz dopiero na kilka godzin przed pla­no­wa­nym lotem powrot­nym do Bostonu wysłu­cha­łem pre­lek­cji Ste­vena Maiera z Uni­wer­sy­tetu Kolo­rado, który współ­pra­co­wał z Mar­ti­nem Selig­ma­nem z Uni­wer­sy­tetu Pen­syl­wa­nii. Tema­tem wykładu było zja­wi­sko wyuczo­nej bez­rad­no­ści u zwie­rząt. Maier i Selig­man wie­lo­krot­nie razili zamknięte w klat­kach psy prą­dem elek­trycz­nym, co nazy­wali "nie­unik­nio­nym wstrzą­sem"9. Jako miło­śnik psów byłem prze­ko­nany, że ni­gdy nie pod­jął­bym się takiego bada­nia, jed­nak cie­ka­wiło mnie, jaki wpływ to okrutne postę­po­wa­nie wywarło na zwie­rzęta.

Bada­cze pod­dali psy serii wstrzą­sów elek­trycz­nych, a potem otwo­rzyli klatki i ponow­nie potrak­to­wali czwo­ro­nogi prą­dem. Wszyst­kie psy z grupy kon­tro­l­nej, które nie były wcze­śniej rażone w ten spo­sób, natych­miast czmych­nęły z kla­tek, lecz te, które wcze­śniej zostały pod­dane nie­unik­nio­nym wstrzą­som, nie pró­bo­wały ucie­kać nawet wtedy, gdy drzwiczki sze­roko otwarto -?po pro­stu leżały, skom­lały i defe­ko­wały. Sama moż­li­wość ucieczki naj­wy­raź­niej wcale nie musi ozna­czać, że strau­ma­ty­zo­wane zwie­rzęta wybiorą wol­ność -?i nie ina­czej jest u ludzi. Wielu po pro­stu się pod­daje, tak jak psy Maiera i Selig­mana. Zamiast zary­zy­ko­wać i spró­bo­wać cze­goś nowego, pozo­stają w dobrze im zna­nym lęku.

Pre­lek­cja Maiera wywarła na mnie ogromne wra­że­nie. Moi obar­czeni traumą pacjenci doświad­czyli cze­goś bar­dzo podob­nego do tego, co bada­cze zro­bili nie­szczę­snym psom. Oni rów­nież zostali wysta­wieni na dzia­ła­nie kogoś (lub cze­goś) i wyrzą­dziło im to strasz­liwą krzywdę -?taką, przed którą nie mogli uciec. Doko­na­łem w myślach szyb­kiego prze­glądu moich pacjen­tów. Pra­wie wszy­scy zostali w jakiś spo­sób uwię­zieni albo unie­ru­cho­mieni; nie­zdolni do pod­ję­cia dzia­łań, które mogłyby zapo­biec nie­unik­nio­nemu. Ich reak­cja walki lub ucieczki została zablo­ko­wana, co skut­ko­wało skraj­nym pobu­dze­niem bądź zała­ma­niem.

Maier i Selig­man odkryli także, że pod­da­wane wstrzą­som psy wydzie­lały znacz­nie więk­sze od typo­wych ilo­ści hor­mo­nów stresu. Spo­strze­że­nie to potwier­dziło wstępne odkry­cia doty­czące pod­staw stresu poura­zo­wego. Grupa mło­dych bada­czy -?wśród nich Steve South­wick i John Kry­stal z Yale, Arieh Sha­lev z Hadas­sah Medi­cal School w Jero­zo­li­mie, Frank Put­nam z Natio­nal Insti­tute of Men­tal Health oraz Roger Pit­man, który póź­niej tra­fił na Harvard -?doszła do wnio­sku, że osoby obcią­żone traumą wydzie­lają duże ilo­ści hor­mo­nów stresu jesz­cze długo po tym, gdy rze­czy­wi­ste zagro­że­nie ustąpi. Z kolei Rachel Yehuda z Mount Sinai w Nowym Jorku przed­sta­wiła nam zakra­wa­jące na para­doks wyniki badań, zgod­nie z któ­rymi osoby z PTSD cechują się niskim pozio­mem kor­ty­zolu, jed­nego z hor­mo­nów stresu. Jej odkry­cia zaczęły nabie­rać sensu dopiero w świe­tle dal­szych badań, które poka­zały, że kor­ty­zol nie­jako koń­czy reak­cję stre­sową i komu­ni­kuje orga­ni­zmowi, że wszystko w porządku. Tym­cza­sem w PTSD hor­mony stresu nie wra­cają do bazo­wego poziomu po ustą­pie­niu zagro­że­nia.

Byłoby ide­al­nie, gdyby hor­mo­nalny sys­tem stresu bły­ska­wicz­nie reago­wał na nie­bez­pie­czeń­stwo, a potem szybko przy­wra­cał nas do rów­no­wagi. Tym­cza­sem u pacjen­tów z PTSD powrót do rów­no­wagi jest zakłó­cony. Choć nie­bez­pie­czeń­stwo minęło, na­dal poja­wiają się u nich sygnały walki, ucieczki lub zamro­że­nia, a cały sys­tem nie wraca do normy tak samo, jak działo się to u wspo­mnia­nych psów. Cią­głe wydzie­la­nie hor­mo­nów stresu mani­fe­stuje się pobu­dze­niem i paniką, a w dłuż­szej per­spek­ty­wie sieje spu­sto­sze­nie w orga­ni­zmie.

Tego dnia spóź­ni­łem się na samo­lot, bo po pro­stu musia­łem poroz­ma­wiać ze Ste­ve­nem Maie­rem. Jego warsz­taty dostar­czyły mi nie tylko wska­zó­wek doty­czą­cych pod­sta­wo­wych pro­ble­mów moich pacjen­tów, lecz także moż­li­wo­ści ich roz­wią­za­nia. Razem z Selig­ma­nem odkrył on na przy­kład, że jedyny spo­sób naucze­nia strau­ma­ty­zo­wa­nych psów, by po otwar­ciu drzwi­czek zeszły z siatki, która raziła je prą­dem, polega na wie­lo­krot­nym wycią­ga­niu ich z klatki, aby mogły fizycz­nie się prze­ko­nać, jak mogą uciec. Zasta­na­wia­łem się, czy nie mogli­by­śmy w podobny spo­sób pomóc moim pacjen­tom zerwać z prze­świad­cze­niem, że nie mogą zro­bić nic, by się obro­nić. Czy oni także potrze­bo­wali doświad­czeń fizycz­nych, aby odzy­skać wewnętrzne poczu­cie kon­troli? A gdyby dało się ich nauczyć, że fizyczny ruch pozwala uciec od poten­cjal­nego zagro­że­nia -?podob­nego do daw­nej trau­ma­tycz­nej sytu­acji, w któ­rej czuli się uwię­zieni i unie­ru­cho­mieni? To jeden z moich klu­czo­wych wnio­sków -?sze­rzej oma­wiam go w pią­tej czę­ści książki, poświę­co­nej lecze­niu.

Dal­sze bada­nia na zwie­rzę­tach -?myszach, szczu­rach, kotach, mał­pach i sło­niach -?przy­nio­sły kolejne intry­gu­jące rezul­taty10. Na przy­kład gdy naukowcy odtwa­rzali gło­śne, natar­czywe dźwięki, myszy wycho­wane w przy­tul­nych gniaz­dach i mające pod dostat­kiem poży­wie­nia natych­miast ucie­kały do sie­bie. Ale inne myszy, które dora­stały w hała­sie i nie mogły liczyć na pełną miskę, także ucie­kały do domu, nawet po pew­nym cza­sie spę­dzo­nym w przy­jem­niej­szym oto­cze­niu11.

Wystra­szone zwie­rzęta ucie­kają do domu nie­za­leż­nie od tego, czy jest on bez­pieczny, czy budzi lęk. Pomy­śla­łem o moich pacjen­tach z prze­mo­co­wymi rodzi­nami, wra­ca­ją­cych do nich mimo ryzyka kolej­nej krzywdy. Czy osoby z traumą są ska­zane na szu­ka­nie ucieczki do tego, co znane? Jeśli tak, dla­czego tak się dzieje i czy można pomóc im stwo­rzyć więź z miej­scami i aktyw­no­ściami dają­cymi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i przy­jem­no­ści?12

Uzależnieni od traumy: ból rozkoszy i rozkosz bólu

Jed­nym z doświad­czeń, które szcze­gól­nie ude­rzyły mnie i mojego kolegę Marka Gre­en­berga pod­czas pro­wa­dze­nia grup tera­peu­tycz­nych dla żoł­nie­rzy wal­czą­cych w Wiet­na­mie, była nie­zwy­kła żywio­ło­wość, z jaką opo­wia­dali oni o kata­stro­fach śmi­głow­ców i umie­ra­ją­cych towa­rzy­szach broni -?choć wspo­mnie­nia te budziły w nich żal i grozę. (Chris Hed­ges, były kore­spon­dent "New York Timesa", który rela­cjo­no­wał wiele bru­tal­nych kon­flik­tów, zaty­tu­ło­wał swoją książkę War Is a Force That Gives Us Meaning [Wojna jest siłą, która daje nam sens]13). Wiele strau­ma­ty­zo­wa­nych osób wydaje się dążyć do prze­żyć, które dla więk­szo­ści są odstrę­cza­jące14, a pacjenci czę­sto uskar­żają się na nie­okre­ślone poczu­cie pustki i nudy, jakie towa­rzy­szy im, gdy nie są roz­gnie­wani, pod pre­sją albo zaan­ga­żo­wani w jakieś ryzy­kowne dzia­ła­nia.

Kiedy moja pacjentka Julia miała szes­na­ście lat, została bestial­sko zgwał­cona w pokoju hote­lo­wym. Sprawca gro­ził jej bro­nią palną. Nie­długo potem zwią­zała się z bru­tal­nym alfon­sem, który zro­bił z niej pra­cow­nicę sek­su­alną. Regu­lar­nie ją bił. Wie­lo­krot­nie tra­fiała do aresztu za świad­cze­nie usług sek­su­al­nych, lecz zawsze wra­cała do swo­jego alfonsa. W końcu zain­ter­we­nio­wali jej dziad­ko­wie, któ­rzy opła­cili inten­sywny sta­cjo­narny pro­gram reha­bi­li­ta­cyjny. Po jego ukoń­cze­niu pod­jęła pracę jako recep­cjo­nistka i zaczęła uczęsz­czać na zaję­cia w miej­sco­wym col­lege'u. W ramach kursu z socjo­lo­gii napi­sała pracę seme­stralną o wyzwa­la­ją­cych moż­li­wo­ściach branży ero­tycz­nej, a na jej potrzeby prze­czy­tała wspo­mnie­nia kilku sław­nych pra­cow­nic sek­su­al­nych. Stop­niowo rezy­gno­wała z pozo­sta­łych kur­sów. Zwią­zek z kolegą z jej roku roz­padł się szybko, bo jak sama powie­działa, chło­pak śmier­tel­nie ją nudził, a jego zami­ło­wa­nie do maj­tek typu bok­serki -?odrzu­cało. Potem poznała w metrze nar­ko­mana, który naj­pierw ją pobił, a potem zaczął prze­śla­do­wać. Osta­tecz­nie, po kolej­nym dotkli­wym pobi­ciu, zde­cy­do­wała się wró­cić na tera­pię.

Tego rodzaju nawra­ca­jące trau­ma­tyczne prze­ży­cia Freud nazwał "przy­mu­sem powta­rza­nia". Wie­rzył on -?podob­nie jak wielu jego naśla­dow­ców -?że powie­la­nie wła­snych sche­ma­tów to pod­świa­dome próby prze­ję­cia kon­troli nad trau­ma­tyczną sytu­acją, które w końcu mają dopro­wa­dzić do opa­no­wa­nia jej i roz­wią­za­nia. Nie ma żad­nych dowo­dów na słusz­ność tej teo­rii, gdyż powta­rza­nie jedy­nie potę­guje ból i nie­na­wiść do samego sie­bie. Nawet w trak­cie tera­pii ponowne prze­ży­wa­nie traumy na nowo może nasi­lać fik­sa­cje i obse­sje.

Mark Gre­en­berg i ja posta­no­wi­li­śmy dowie­dzieć się wię­cej o atrak­to­rach (ang. attrac­tors), czyli czyn­ni­kach, które nas przy­cią­gają, moty­wują i dają nam poczu­cie, że żyjemy. W zwy­kłych oko­licz­no­ściach atrak­tory mają popra­wiać nam samopoczu­cie. Dla­czego więc tak wiele osób pocią­gają sytu­acje nie­bez­pieczne lub krzyw­dzące? W końcu zna­leź­li­śmy bada­nie wyja­śnia­jące, jak to się dzieje, że dzia­ła­nia powo­du­jące począt­kowo strach i ból mogą z bie­giem czasu stać się eks­cy­tu­ją­cymi doświad­cze­niami15. W latach 70. ubie­głego wieku Richard Solo­mon z Uni­wer­sy­tetu Pen­syl­wa­nii wyka­zał, że ciało uczy się adap­to­wać do róż­nych bodź­ców. Możemy uza­leż­nić się od tak zwa­nych rekre­acyj­nych nar­ko­ty­ków, ponie­waż wpra­wiają nas w eufo­ryczny stan, lecz czyn­no­ści takie jak sau­no­wa­nie, bie­ga­nie mara­to­nów czy ska­ka­nie ze spa­do­chro­nem, choć począt­kowo rodzą dys­kom­fort, a nawet prze­ra­że­nie, po jakimś cza­sie także stają się bar­dzo przy­jemne. Ta stop­niowa zmiana sygna­li­zuje, że w orga­ni­zmie usta­lił się nowy stan che­micz­nej rów­no­wagi, dzięki któ­rej na przy­kład mara­toń­czycy czer­pią radość i eufo­rię z prze­kra­cza­nia gra­nic moż­li­wo­ści wła­snego ciała.

Na tym eta­pie, podob­nie jak w przy­padku uza­leż­nie­nia od nar­ko­ty­ków, zaczy­namy pra­gnąć danej czyn­no­ści, a ponie­waż nie możemy tego pra­gnie­nia zre­ali­zo­wać, doświad­czamy obja­wów odsta­wie­nia. W dłuż­szej per­spek­ty­wie ludzie bar­dziej przej­mują się bole­snymi symp­to­mami odsta­wie­nia niż samą czyn­no­ścią. Z tego punktu widze­nia można zro­zu­mieć, dla­czego nie­któ­rzy płacą komuś za to, żeby ich pobił, przy­pa­lają się papie­ro­sami albo lgną tylko do osób, które ich ranią. Strach i nie­chęć w jakiś per­wer­syjny spo­sób mogą prze­mie­nić się w źró­dło przy­jem­no­ści.

Solo­mon wysu­nął hipo­tezę, zgod­nie z którą endor­finy -?sub­stan­cje che­miczne podobne do mor­finy, wydzie­lane przez mózg w odpo­wie­dzi na stres -?biorą udział w opi­sa­nych przez niego para­dok­sal­nych uza­leż­nie­niach. Przy­po­mnia­łem sobie o jego teo­rii, gdy jak na mola książ­ko­wego przy­stało, doko­pa­łem się do publi­ka­cji z 1946 roku zaty­tu­ło­wa­nej Pain in Men Woun­ded in Bat­tle [Ból u ran­nych w walce]. Jej autor, chi­rurg Henry K. Beecher, zauwa­żył, że 75 pro­cent ciężko ran­nych żoł­nie­rzy na fron­cie wło­skim nie pro­siło o mor­finę, co skło­niło go do wycią­gnię­cia wnio­sku, że "silne emo­cje mogą blo­ko­wać ból"16.

Czy spo­strze­że­nia Beechera dałoby się odnieść do osób z PTSD? Mark Gre­en­berg, Roger Pit­man, Scott Orr i ja posta­no­wi­li­śmy zapy­tać ośmiu wete­ra­nów wojny w Wiet­na­mie, czy zgo­dzi­liby się pod­dać stan­dar­do­wemu testowi na próg bólu pod­czas oglą­da­nia scen z kilku fil­mów. Pierw­szy frag­ment pocho­dził z epa­tu­ją­cego wizu­alną bru­tal­no­ścią filmu Oli­vera Stone'a Plu­ton (1986). W trak­cie jego oglą­da­nia wete­rani trzy­mali prawą dłoń w wia­drze z lodo­watą wodą, my zaś mie­rzy­li­śmy, jak długo są w sta­nie to znieść. Potem powtó­rzy­li­śmy eks­pe­ry­ment, tylko z bar­dzo spo­koj­nym w odbio­rze frag­men­tem zupeł­nie innego (i dawno zapo­mnia­nego) filmu. Pod­czas oglą­da­nia Plu­tonu sied­miu z ośmiu wete­ra­nów wytrzy­mało z ręką w prze­szy­wa­jąco zim­nej wodzie o 30 pro­cent dłu­żej. Obli­czy­li­śmy, że sku­tecz­ność znie­czu­le­nia wywo­ła­nego oglą­da­niem kwa­dransa filmu wojen­nego była porów­ny­walna ze wstrzyk­nię­ciem ośmiu mili­gra­mów mor­finy, czyli dawki zbli­żo­nej do poda­wa­nej ludziom tra­fia­ją­cym na SOR z sil­nym bólem w klatce pier­sio­wej.

Doszli­śmy do wnio­sku, że blo­ko­wa­nie bólu przez inten­sywne emo­cje -?czyli to, o czym spe­ku­lo­wał Beecher -?wynika z uwol­nie­nia mor­fi­no­po­dob­nych sub­stan­cji wytwa­rza­nych w mózgu. Suge­ro­wało to, że dla wielu osób obcią­żo­nych traumą ponowna eks­po­zy­cja na stres może przy­no­sić ulgę17. Był to inte­re­su­jący eks­pe­ry­ment, nie wyja­śniał jed­nak w pełni, dla­czego Julia wciąż wra­cała do bru­tal­nego alfonsa.

Uciszanie mózgu

Kon­fe­ren­cja ACNP zor­ga­ni­zo­wana w 1985 roku dawała jesz­cze wię­cej do myśle­nia niż poprzed­nie, o ile to w ogóle moż­liwe. Pro­fe­sor Jef­frey Gray z King's Col­lege wygło­sił wykład na temat ciała mig­da­ło­wa­tego -?sku­pi­ska komó­rek mózgo­wych, które decy­dują o tym, czy bodziec taki jak dźwięk, obraz lub dozna­nie soma­tyczne zosta­nie uznany za zagro­że­nie. Z danych Graya wyni­kało, że wraż­li­wość ciała mig­da­ło­wa­tego zależy -?przy­naj­mniej czę­ściowo -?od ilo­ści znaj­du­ją­cego się w nim neu­ro­prze­kaź­nika nazwa­nego sero­to­niną. Zwie­rzęta, u któ­rych poziom sero­to­niny był niski, prze­ja­wiały nad­mierne reak­cje na stre­su­jące bodźce (takie jak gło­śne dźwięki), a wysoki poziom sero­to­niny tłu­mił ich układ lękowy, przez co w odpo­wie­dzi na poten­cjalne zagro­że­nia były mniej skłonne do agre­sji lub zamar­cia w prze­ra­że­niu ("zamro­że­nia")18.

Uzna­łem to odkry­cie za istotne: moi pacjenci zawsze wybu­chali w reak­cji na drobne pro­wo­ka­cje i czuli się zdru­zgo­tani nawet przy naj­błah­szym odtrą­ce­niu. Zafa­scy­no­wała mnie poten­cjalna rola sero­to­niny w PTSD. Inni bada­cze wyka­zali, że domi­nu­jące ("alfa") samce małp mają w mózgach znacz­nie wyż­szy poziom sero­to­niny niż osob­niki znaj­du­jące się niżej w hie­rar­chii, lecz poziom ten spada, jeśli unie­moż­liwi się im utrzy­my­wa­nie kon­taktu wzro­ko­wego z mał­pami, które wcze­śniej uznały ich wyż­szość. Dla odmiany małpy pod­po­rząd­ko­wane -?po poda­niu im sero­to­niny -?zaczy­nały kre­ować się na przy­wód­ców19. Można zatem powie­dzieć, że śro­do­wi­sko spo­łeczne jest sprzę­żone z che­mią mózgu. Obni­ża­nie rangi małpy w hie­rar­chii powo­do­wało u niej spa­dek poziomu sero­to­niny, a sztuczne zwięk­sza­nie tego poziomu skut­ko­wało awan­sem byłych pod­wład­nych.

Kon­se­kwen­cje tego odkry­cia dla czło­wieka wyda­wały się oczy­wi­ste. Tak jak te zwie­rzęta w eks­pe­ry­men­tach Graya, które miały niski poziom sero­to­niny, tak i oni byli nad­mier­nie reak­tywni, a ich zdol­ność do radze­nia sobie w sytu­acjach spo­łecz­nych czę­sto oka­zy­wała się zabu­rzona. Gdy­by­śmy zna­leźli jakiś spo­sób na zwięk­sze­nie poziomu sero­to­niny w mózgu, być może uda­łoby nam się upiec dwie pie­cze­nie przy jed­nym ogniu. Na tym samym spo­tka­niu w 1985 roku dowie­dzia­łem się, że firmy far­ma­ceu­tyczne opra­co­wują wła­śnie dwa nowe środki, które mają mieć dokład­nie takie dzia­ła­nie, lecz ponie­waż żaden z nich nie był jesz­cze dostępny, przez krótki czas eks­pe­ry­men­to­wa­łem z suple­men­tem diety ze sklepu ze zdrową żyw­no­ścią, zawie­ra­ją­cym L-tryp­to­fan, będący pre­kur­so­rem sero­to­niny w orga­ni­zmie. (Rezul­taty oka­zały się roz­cza­ro­wu­jące). Pierw­szy z opra­co­wy­wa­nych leków ni­gdy nie tra­fił do sprze­daży. Dru­gim była flu­ok­se­tyna, lepiej znana pod han­dlową nazwą Pro­zac -?jeden z naj­po­pu­lar­niej­szych środ­ków psy­cho­tro­po­wych w histo­rii.

W ponie­dzia­łek 8 lutego 1988 roku Pro­zac -?pro­dukt firmy far­ma­ceu­tycz­nej Eli Lilly -?tra­fił na rynek. Pierw­szą pacjentką, jaką przy­ją­łem tego dnia, była młoda kobieta z kosz­marną histo­rią prze­mocy w dzie­ciń­stwie, obec­nie zma­ga­jąca się z buli­mią. Jej życie na dobrą sprawę skła­dało się z faz obja­da­nia się i wymio­to­wa­nia. Dostała ode mnie receptę na ten zupeł­nie nowy lek, a gdy wró­ciła w czwar­tek, powie­działa: "Kilka ostat­nich dni było zupeł­nie innych: jadłam, kiedy byłam głodna, a resztę czasu prze­zna­cza­łam na naukę". Było to jedno z naj­bar­dziej nie­by­wa­łych stwier­dzeń, jakie usły­sza­łem w moim gabi­ne­cie.

W pią­tek przy­ją­łem kolejną pacjentkę, któ­rej w ponie­dzia­łek zapi­sa­łem Pro­zac. Była to kobieta w chro­nicz­nej depre­sji, matka dwójki dzieci w wieku szkol­nym, prze­jęta swoją rze­komą nie­udol­no­ścią w rolach matki i żony oraz przy­tło­czona ocze­ki­wa­niami rodzi­ców, któ­rzy zgo­to­wali jej złe dzie­ciń­stwo. Po czte­rech dniach przyj­mo­wa­nia Pro­zacu zapy­tała mnie, czy może opu­ścić następną wizytę w nad­cho­dzący ponie­dzia­łek, na który przy­pa­dało święto pań­stwowe -?Dzień Pre­zy­den­tów. "Tak się składa - zaczęła się tłu­ma­czyć -?że ni­gdy nie zabie­ra­łam dzieci na narty, bo zawsze robi to mój mąż, a tego dnia mają prze­cież wolne. Miło byłoby dać im oka­zję do wspól­nej zabawy, to zawsze jakieś dobre wspo­mnie­nia".

Te słowa wypo­wie­działa pacjentka, któ­rej trud­no­ści spra­wiało samo prze­trwa­nie kolej­nego dnia. Po jej wizy­cie zadzwo­ni­łem do zna­jo­mego w Eli Lilly i powie­dzia­łem: "Macie lek, który pomaga ludziom żyć tu i teraz, zamiast nurzać się w prze­szło­ści". Póź­niej firma przy­znała mi nie­wielki grant na zba­da­nie wpływu Pro­zacu na PTSD u sześć­dzie­się­ciu czte­rech osób -?dwu­dzie­stu dwóch kobiet i czter­dzie­stu dwóch męż­czyzn. Miało to być pierw­sze bada­nie dzia­ła­nia tej nowej klasy leków w kon­tek­ście stresu poura­zo­wego. Nasz zespół z Trauma Cli­nic zwer­bo­wał do bada­nia trzy­dzie­stu trzech cywi­lów, a moi współ­pra­cow­nicy, byli kole­dzy z VA -?trzy­dzie­stu jeden wete­ra­nów wojen­nych. Przez osiem tygo­dni połowa każ­dej grupy otrzy­my­wała Pro­zac, a druga połowa pla­cebo. Bada­nie było podwój­nie ślepe, co ozna­cza, że nikt -?ani my, ani pacjenci -?nie wie­dział, kto i jaką sub­stan­cję przyj­muje, co eli­mi­no­wało wpływ naszych ocze­ki­wań lub uprze­dzeń na osta­teczną ocenę.

Poprawę, przy­naj­mniej nie­wielką, odno­to­wa­li­śmy u wszyst­kich uczest­ni­ków bada­nia -?nawet tych, któ­rzy dosta­wali pla­cebo. Więk­szość badań nad PTSD wska­zuje na zna­czący efekt pla­cebo. Ludzie zbie­ra­jący się na odwagę, by wziąć udział w bada­niu, za które nie otrzy­mują wyna­gro­dze­nia, są raz po raz kłuci igłami i na doda­tek mają tylko pięć­dzie­siąt pro­cent szans na otrzy­ma­nie sub­stan­cji aktyw­nej, muszą mieć silną wewnętrzną moty­wa­cję do roz­wią­za­nia pro­blemu. Być może nagrodą są dla nich sama uwaga oraz moż­li­wość wyra­że­nia tego, co czują i myślą. Na podob­nej zasa­dzie "pla­cebo" można nazwać buziak matki, który magicz­nie koi wszel­kie dzie­cięce otar­cia.

Na pacjen­tów z Trauma Cli­nic Pro­zac zadzia­łał znacz­nie lepiej niż pla­cebo. W porów­na­niu z tymi, któ­rzy dosta­wali cukrowe pigułki, lepiej spali, sku­tecz­niej pano­wali nad emo­cjami i rza­dziej roz­trzą­sali wyda­rze­nia z prze­szło­ści20. O dziwo jed­nak Pro­zac nie miał żad­nego wpływu na wete­ra­nów wojen­nych z VA -?w ich obja­wach PTSD wła­ści­wie nic się nie zmie­niło. Wyniki te potwier­dziły się w przy­padku więk­szo­ści póź­niej­szych badań far­ma­ko­lo­gicz­nych na byłych żoł­nier­zach: poprawę, na ogół nie­wielką, stwier­dzano u nie­licz­nych, a więk­szość nie odno­siła z przyj­mo­wa­nia leków żad­nych korzy­ści. Ni­gdy nie udało mi się tego wyja­śnić, nie mogę jed­nak zaak­cep­to­wać popu­lar­nego wytłu­ma­cze­nia, zgod­nie z któ­rym ci ludzie nie zdro­wieją, bo na szali jest zasi­łek inwa­lidzki albo woj­skowa renta. Ciało mig­da­ło­wate nie ma poję­cia o ren­tach -?po pro­stu wykrywa zagro­że­nia.

Nie­mniej leki takie jak Pro­zac i pokrewne, na przy­kład Zoloft, Celexa, Cym­balta czy Paxil, wnio­sły zna­czący wkład w lecze­nie zabu­rzeń zwią­za­nych z traumą. W naszym bada­niu nad Pro­za­kiem posłu­ży­li­śmy się testem Ror­scha­cha, aby się prze­ko­nać, jak osoby z traumą postrze­gają oto­cze­nie. Dane te dały nam ważną wska­zówkę doty­czącą dzia­ła­nia oma­wia­nej klasy leków, ofi­cjal­nie nazy­wa­nych selek­tyw­nymi inhi­bi­to­rami zwrot­nego wychwytu sero­to­niny (ang. selec­tive sero­to­nin reup­take inhi­bi­tors; SSRI). Przed przy­ję­ciem Pro­zacu emo­cje tych pacjen­tów rzą­dziły ich reak­cjami. Przy­cho­dzi mi na myśl pewna Holen­derka (nie brała udziału we wspo­mnia­nym bada­niu), która przy­szła do mnie na tera­pię traumy wyni­ka­ją­cej z gwałtu doświad­czo­nego w dzie­ciń­stwie, ale gdy tylko usły­szała, że mówię z fla­mandz­kim akcen­tem, pomy­ślała, że ja też ją zgwałcę. Róż­nica wyni­ka­jąca z przyj­mo­wa­nia Pro­zacu była rady­kalna. Śro­dek ten pozwo­lił bowiem pacjen­tom z PTSD obrać inny punkt widze­nia21 i pomógł im zyskać zna­czącą kon­trolę nad impul­sami. Jef­frey Gray musiał mieć rację: wraz ze wzro­stem poziomu sero­to­niny nad­re­ak­tyw­ność wielu moich pacjen­tów malała.

Triumf farmakologii

Nie musiało minąć wiele czasu, by far­ma­ko­lo­gia zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wała psy­chia­trię. Środki psy­cho­ak­tywne dały leka­rzom więk­sze poczu­cie sku­tecz­no­ści i obok tera­pii roz­mową stały się waż­nym narzę­dziem lecze­nia. Poza tym leki gene­ro­wały dochody i zyski. Dzięki gran­tom od prze­my­słu far­ma­ceu­tycz­nego zyska­li­śmy labo­ra­to­ria pełne wyra­fi­no­wa­nej apa­ra­tury i try­ska­ją­cych entu­zja­zmem stu­den­tów. Oddziały psy­chia­tryczne, tra­dy­cyj­nie spy­chane do szpi­tal­nych piw­nic, zaczęły awan­so­wać -?zarówno dosłow­nie, na wyż­sze pię­tra, jak i w prze­no­śni, zysku­jąc na pre­stiżu.

Sym­bo­lami tego awansu były zmiany zacho­dzące w MMHC, gdzie na początku lat 90. basen szpi­talny prze­bu­do­wano na labo­ra­to­rium, a boisko do koszy­kówki zago­spo­da­ro­wano jako prze­strzeń dla nowej kli­niki far­ma­ko­te­ra­pii. Przez dzie­siątki lat leka­rze i pacjenci demo­kra­tycz­nie dzie­lili przy­jem­ność plu­ska­nia się w base­nie i poda­wa­nia piłek na boisku. W cza­sach, kiedy byłem asy­sten­tem, spę­dzi­łem z cho­rymi wiele godzin w szpi­talnych obiek­tach spor­to­wych. Były to jedyne prze­strze­nie, gdzie mogli­śmy odzy­skać poczu­cie fizycz­nego dobro­stanu -?wyspy na morzu cier­pie­nia, z jakim mie­rzy­li­śmy się każ­dego dnia. Teraz te wyspy zre­du­ko­wano do miejsc, w któ­rych pacjenci mieli po pro­stu "być napra­wiani".

Lekowa rewo­lu­cja, zapo­cząt­ko­wana nie­zwy­kle obie­cu­jąco, osta­tecz­nie wyrzą­dziła tyle samo szkód, co przy­nio­sła pożytku. Teo­ria, zgod­nie z którą cho­roba psy­chiczna jest spo­wo­do­wana przede wszyst­kim zabu­rze­niami rów­no­wagi che­micz­nej w mózgu, została powszech­nie zaak­cep­to­wana przez media, opi­nię publiczną i śro­do­wi­sko medyczne22. W wielu przy­pad­kach leki wyparły inne formy tera­pii -?pozwa­lały bowiem tłu­mić objawy scho­rzeń, choć nie miały naj­mniej­szego wpływu na ich pier­wotne przy­czyny. Pod wzglę­dem codzien­nego funk­cjo­no­wa­nia cho­rych środki anty­de­pre­syjne mogą czy­nić cuda, a jeśli mamy wybór mię­dzy bra­niem tabletki nasen­nej a upi­ja­niem się do nie­przy­tom­no­ści każ­dego wie­czoru, żeby prze­spać choć kilka godzin, lep­sze roz­wią­za­nie nie budzi wąt­pli­wo­ści. U osób wyczer­pa­nych pró­bami samo­dziel­nego radze­nia sobie dzięki zaję­ciom jogi, tre­nin­gom na siłowni lub po pro­stu sta­ra­ją­cych się jakoś prze­trzy­mać złe chwile leki czę­sto przy­no­szą ulgę porów­ny­walną z daniem nowego życia. SSRI mogą bar­dzo poma­gać strau­ma­ty­zo­wa­nym ludziom w wyzwo­le­niu się spod jarzma emo­cji. Należy trak­to­wać je jed­nak wyłącz­nie jako uzu­peł­nie­nie kom­plek­so­wego lecze­nia23.

Po prze­pro­wa­dze­niu licz­nych badań nad lekami na PTSD zda­łem sobie sprawę z tego, że środki psy­chia­tryczne mają poważną wadę, mogą bowiem odwra­cać uwagę od zmie­rze­nia się z praw­dzi­wymi przy­czy­nami pro­blemu. Model, w któ­rym zabu­rze­nia psy­chiczne są trak­to­wane jako cho­roby mózgu, odbiera pacjen­tom moż­li­wość kie­ro­wa­nia wła­snym losem i powie­rza zada­nie roz­wią­za­nia ich pro­ble­mów leka­rzom oraz fir­mom ubez­pie­cze­nio­wym.

Przez ostat­nie trzy dekady leki psy­chia­tryczne stały się nie­od­łącz­nym ele­men­tem naszej kul­tury, a kon­se­kwen­cje tego zja­wi­ska budzą poważne wąt­pli­wo­ści. Przyj­rzyjmy się kwe­stii pre­pa­ra­tów prze­ciw­de­pre­syj­nych. Gdyby rze­czy­wi­ście były tak sku­teczne, jak nam wma­wiano, depre­sja od dawna powinna być jedy­nie mar­gi­nal­nym pro­ble­mem spo­łecz­nym. Tym­cza­sem, choć środki te są przyj­mo­wane coraz czę­ściej, czę­sto­tli­wość hospi­ta­li­za­cji z powodu depre­sji nie spa­dła ani odro­binę. Ba, w ciągu ostat­nich dwóch dekad [wyda­nie ory­gi­nalne uka­zało się w 2015 roku - przyp. tłum.] liczba osób leczo­nych na depre­sję potro­iła się, a leki prze­ciw­de­pre­syjne bie­rze obec­nie już co dzie­siąty Ame­ry­ka­nin26.

Nowa gene­ra­cja środ­ków prze­ciw­p­sy­cho­tycz­nych, takich jak Abi­lify, Risper­dal, Zyprexa i Sero­quel, to jedne z naj­le­piej sprze­da­ją­cych się leków w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W 2012 roku miesz­kańcy USA wydali na Abi­lify 1 526 228 000 dola­rów, czyli wię­cej niż na jaki­kol­wiek inny far­ma­ceu­tyk. Na trze­cim miej­scu zna­la­zła się Cym­balta, lek prze­ciw­de­pre­syjny, któ­rego war­tość sprze­daży prze­kro­czyła miliard dola­rów25, choć ni­gdy nie wyka­zano jej prze­wagi nad star­szymi lekami tej klasy, takimi jak Pro­zac, mają­cymi znacz­nie tań­sze zamien­niki (tzw. gene­ryki). Medi­caid, rzą­dowy pro­gram zdro­wotny dla ubo­gich, wydaje na środki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne wię­cej niż na jaką­kol­wiek inną klasę leków26. W 2008 roku, ostat­nim, dla któ­rego dostępne są pełne dane w cza­sie pisa­nia tej książki, war­tość refun­da­cji tego rodzaju leków się­gnęła 3,6 miliarda dola­rów. Dla porów­na­nia w 1999 roku kwota ta wyno­siła 1,65 miliarda. Mię­dzy 1999 a 2008 rokiem potro­iła się liczba osób poni­żej dwu­dzie­stego roku życia, które otrzy­my­wały refun­do­wane przez Medi­caid środki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne. Czwar­tego listo­pada 2013 roku firma John­son & John­son zgo­dziła się wypła­cić ponad 2,2 miliarda dola­rów odszko­do­wań, zasą­dzo­nych w spra­wach kar­nych i cywil­nych, wyto­czo­nych w związku z zarzu­tami o nie­wła­ściwą pro­mo­cję leku prze­ciw­p­sy­cho­tycznego Risper­dal, który był przez nią pole­cany ludziom star­szym, dzie­ciom oraz oso­bom z zabu­rze­niami roz­wo­jo­wymi27. Nikt jed­nak nie pocią­gnął do odpo­wie­dzial­no­ści prze­pi­su­ją­cych go leka­rzy.

Pół miliona ame­ry­kań­skich dzieci przyj­muje obec­nie leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne. Dzieci z rodzin o niskich docho­dach otrzy­mują je czte­ro­krot­nie czę­ściej niż te, które są objęte pry­wat­nymi pla­nami ubez­pie­cze­nio­wymi. Środki te są czę­sto sto­so­wane głów­nie po to, by uczy­nić wyko­rzy­sty­wane i zanie­dby­wane dzieci posłusz­niej­szymi. W 2008 roku za pośred­nic­twem Medi­caid prze­pi­sano leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne 19 045 dzie­ciom w wieku pię­ciu lat i młod­szym28. W jed­nym z badań, bazu­ją­cym na danych z Medi­caid z trzy­na­stu sta­nów, stwier­dzono, że środki tego rodzaju otrzy­my­wało 12,4 pro­cent dzieci w rodzi­nach zastęp­czych, w porów­na­niu z zale­d­wie 1,4 pro­cent ogółu dzieci kwa­li­fi­ku­ją­cych się do świad­czeń Medi­caid29. Far­ma­ceu­tyki te spra­wiają, że dzieci stają się bar­dziej ule­głe. Łago­dzą wpraw­dzie prze­jawy agre­sji, lecz rów­no­cze­śnie stę­piają moty­wa­cję, chęć zabawy i cie­ka­wość świata, a więc cechy nie­zbędne, by młody czło­wiek wyrósł na dobrze funk­cjo­nu­ją­cego członka spo­łe­czeń­stwa, który przy­czy­nia się do jego roz­woju. Sto­so­wa­nie tych środ­ków naraża ponadto dzieci na cho­ro­bliwą oty­łość i cukrzycę. Rów­no­cze­śnie nie­ustan­nie rośnie liczba przy­pad­ków przedaw­ko­wa­nia leków psy­chia­trycz­nych przyj­mo­wa­nych w połą­cze­niu ze środ­kami prze­ciw­bó­lo­wymi30.

Ponie­waż sprze­daż leków przy­nosi kro­cie, w naj­więk­szych cza­so­pi­smach medycz­nych rzadko publi­kuje się bada­nia na temat nie­far­ma­ko­lo­gicz­nych metod lecze­nia zabu­rzeń psy­chicz­nych31. Leka­rze, któ­rzy się nimi zaj­mują, są zwy­kle lek­ce­wa­żąco trak­to­wani jako przed­sta­wi­ciele "medy­cyny alter­na­tyw­nej". Bada­nia nad nie­far­ma­ko­lo­gicz­nymi meto­dami lecze­nia rzadko się finan­suje, chyba że są pro­wa­dzone według pod­ręcz­ni­ko­wych pro­ce­dur, w ramach któ­rych pacjenci i tera­peuci prze­strze­gają ści­śle okre­ślo­nej sekwen­cji postę­po­wa­nia, co nie pozwala na więk­szą ela­stycz­ność w dosto­so­wa­niu tera­pii do indy­wi­du­al­nych potrzeb. Medy­cyna głów­nego nurtu w ogrom­nej mie­rze polega na lecze­niu far­ma­ko­lo­gicz­nym. Tym­cza­sem nie­ustan­nie igno­ruje się lub mar­gi­na­li­zuje to, że ist­nieją także inne spo­soby oddzia­ły­wa­nia na fizjo­lo­gię i wewnętrzną rów­no­wagę.

Adaptacja czy choroba?

Model, w któ­rym zabu­rze­nia psy­chiczne są uzna­wane za cho­roby mózgu, pomija cztery pod­sta­wowe prawdy: (1) nasza zdol­ność do nisz­cze­nia sie­bie nawza­jem jest porów­ny­walna ze zdol­no­ścią do wza­jem­nego uzdra­wia­nia, a odbu­dowa rela­cji i spo­łecz­no­ści jest warun­kiem osią­gnię­cia dobro­stanu; (2) język daje nam zdol­ność do zmie­nia­nia sie­bie i innych poprzez komu­ni­ko­wa­nie naszych doświad­czeń, poma­ga­nie w okre­śla­niu tego, co wiemy, i znaj­do­wa­nie wspól­nych zna­czeń; (3) jeste­śmy zdolni do regu­lo­wa­nia wła­snej fizjo­lo­gii, w tym nie­któ­rych tak zwa­nych auto­no­micz­nych funk­cji mózgu i ciała, dzięki bar­dzo pro­stym dzia­ła­niom, takim jak oddy­cha­nie, aktyw­ność ruchowa i dotyk; (4) możemy kształ­to­wać warunki spo­łeczne pod kątem two­rze­nia śro­do­wisk, w któ­rych dzieci i doro­śli mogliby czuć się bez­piecz­nie i roz­wi­jać.

Igno­ru­jąc te fun­da­men­talne wymiary czło­wie­czeń­stwa, odbie­ramy ludziom szansę na wyzdro­wie­nie po trau­mie i odzy­ska­nie auto­no­mii. Bycie pacjen­tem, a nie uczest­ni­kiem pro­cesu lecze­nia, oddziela cier­pią­cych od ich spo­łecz­no­ści i odbiera im wewnętrzne poczu­cie wła­snego "ja". Kiedy uświa­do­mi­łem sobie ogra­ni­cze­nia leków, zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy ist­nieją bar­dziej natu­ralne spo­soby wspie­ra­nia ludzi w radze­niu sobie z reak­cjami na traumę.

Rozdział 3. Zaglądanie do mózgu: neuronaukowa rewolucja

Roz­dział 3

Zaglą­da­nie do mózgu: neu­ro­nau­kowa rewo­lu­cja

Gdy­by­śmy mogli zaj­rzeć przez czaszkę do mózgu świa­do­mie myślą­cej osoby i gdyby miej­sce odpo­wia­da­jące naj­więk­szemu pobu­dze­niu było świe­tli­ste, ujrze­li­by­śmy tań­czącą na powierzchni mózgu jasną plamę o fan­ta­stycz­nych, falu­ją­cych gra­ni­cach, nie­ustan­nie zmie­nia­jącą wiel­kość i kształt, oto­czoną mniej lub bar­dziej inten­sywną ciem­no­ścią, która pokrywa resztę pół­kuli.

-?Iwan Paw­łow

Patrząc, możesz wiele zauwa­żyć.

-?Yogi Berra

Nowe tech­niki obra­zo­wa­nia mózgu, opra­co­wane na początku lat 90., stwo­rzyły wyra­fi­no­wane moż­li­wo­ści pozna­wa­nia pro­ce­sów prze­twa­rza­nia infor­ma­cji przez mózg -?moż­li­wo­ści, o jakich wcze­śniej nawet nie marzy­li­śmy. Wiel­kie, kosz­tu­jące miliony dola­rów urzą­dze­nia, wyko­rzy­stu­jące zaawan­so­wane zja­wi­ska fizyczne i tech­no­lo­gie kom­pu­te­rowe, szybko uczy­niły z neu­ro­nauki jedną z naj­po­pu­lar­niej­szych dzie­dzin badań. Pozy­to­nowa tomo­gra­fia emi­syjna (PET), a póź­niej funk­cjo­nalne obra­zo­wa­nie metodą rezo­nansu magne­tycz­nego (fMRI) umoż­li­wiły naukow­com wizu­ali­zo­wa­nie aktyw­no­ści poszcze­gól­nych czę­ści mózgu pod­czas wyko­ny­wa­nia przez bada­nych róż­nych dzia­łań lub przy­po­mi­na­nia sobie wyda­rzeń z prze­szło­ści. Po raz pierw­szy zyska­li­śmy spo­sob­ność do obser­wo­wa­nia mózgu w trak­cie prze­twa­rza­nia przez niego wspo­mnień, emo­cji i doznań, to zaś pozwo­liło nam przy­stą­pić do two­rze­nia map obwo­dów umy­słu i świa­do­mo­ści. Opra­co­wane wcze­śniej tech­niki pomiaru pozio­mów sub­stan­cji che­micz­nych w mózgu, takich jak sero­to­nina czy nora­dre­na­lina, pozwo­liły naukow­com przyj­rzeć się temu, co napę­dza aktyw­ność neu­ro­nalną. Podej­ście to można jed­nak porów­nać do próby zro­zu­mie­nia dzia­ła­nia sil­nika samo­chodu na pod­sta­wie badań ben­zyny. Neuroobra­zo­wa­nie zaś pozwo­liło zaj­rzeć do wnę­trza owego sil­nika. Dzięki temu zmie­niło się też nasze rozu­mie­nie traumy.

Na czele tej neu­ro­nau­ko­wej rewo­lu­cji była i na­dal jest Harvard Medi­cal School wraz z nale­żą­cym do niej Mas­sa­chu­setts Gene­ral Hospi­tal Neu­ro­ima­ging Labo­ra­tory (Labo­ra­to­rium Neu­ro­obra­zo­wa­nia Szpi­tala Mas­sa­chu­setts), któ­rego pierw­szym dyrek­to­rem został mia­no­wany w 1994 roku młody psy­chia­tra Scott Rauch. Po ana­li­zie poten­cjału nowej tech­no­lo­gii i lek­tu­rze moich arty­ku­łów Scott zadał klu­czowe pyta­nie: czy możemy w ten spo­sób zba­dać, co dzieje się w mózgu pod­czas nawro­tów trau­ma­tycz­nych wspo­mnień?

Ukoń­czy­łem wła­śnie bada­nie doty­czące spo­sobu prze­cho­wy­wa­nia traumy w pamięci (omó­wię je w roz­dziale 12), któ­rego uczest­nicy nie­jed­no­krot­nie mówili, jak nie­po­ko­jące było uczu­cie bycia osa­czo­nym przez obrazy, odczu­cia i dźwięki z prze­szło­ści. Ponie­waż kilku napo­mknęło, że cie­kawi ich, jakie figle płata im mózg w trak­cie tego rodzaju fla­sh­bac­ków, posta­no­wi­łem zapy­tać ośmiu z nich, czy byliby skłonni wró­cić do kli­niki i poło­żyć się nie­ru­chomo w apa­ra­tu­rze ska­nu­ją­cej (co sta­no­wiło zupeł­nie nowe doświad­cze­nie), pod­czas gdy my będziemy rekon­stru­ować sceny bole­snych zda­rzeń, które ich prze­śla­do­wały. Ku mojemu zasko­cze­niu zgo­dziła się cała ósemka, a więk­szość wyra­ziła nadzieję, że wie­dza zdo­byta na pod­sta­wie ich cier­pie­nia pomoże innym.

Rita Fisler, moja asy­stentka, współ­pra­cu­jąca z nami przed pod­ję­ciem stu­diów w Harvard Medi­cal School, spo­tkała się z każ­dym z uczest­ni­ków, aby opra­co­wać szcze­gó­łowy sce­na­riusz, który chwila po chwili odzwier­cie­dlał trau­ma­tyczne dla niego zda­rze­nie. Celowo sta­ra­li­śmy się zebrać tylko odizo­lo­wane frag­menty ich doświad­czeń -?kon­kretne obrazy, dźwięki i odczu­cia -?a nie całe histo­rie, ponie­waż wła­śnie tak doświad­cza się traumy. Rita popro­siła też uczest­ni­ków bada­nia o przed­sta­wie­nie sytu­acji, w któ­rej czują się bez­piecz­nie i mają poczu­cie kon­troli. Jedna z osób opi­sała swój typowy pora­nek, inna zaś sie­dze­nie na ganku wiej­skiego domu w Ver­mont z idyl­licz­nym wido­kiem na wzgó­rza. Sce­na­riu­sze przed­sta­wia­jące te sceny wyko­rzy­sta­li­śmy pod­czas dru­giego ska­no­wa­nia, które w zało­że­niu miało sta­no­wić odczyt bazowy.

Gdy uczest­nicy zwe­ry­fi­ko­wali wier­ność sce­na­riu­szy (czy­tali je po cichu, co jest mniej przy­tła­cza­jące niż słu­cha­nie lub mówie­nie), Rita spo­rzą­dziła nagra­nia gło­sowe prze­zna­czone do odtwa­rza­nia w trak­cie ich pobytu w ska­ne­rze. Typowy sce­na­riusz przed­sta­wiał się tak:

Masz sześć lat i szy­ku­jesz się do spa­nia. Sły­szysz, jak matka i ojciec na sie­bie krzy­czą. Boisz się. Masz ści­śnięty żołą­dek. Razem z bra­tem i sio­strą sie­dzisz sku­lony na szczy­cie scho­dów. Spo­glą­dasz przez poręcz i widzisz ojca, który mocno trzyma matkę za ręce, a ona pró­buje się wyszarp­nąć. Matka wyje, pluje i syczy jak zwie­rzę. Czer­wie­nieje ci twarz i czu­jesz gorąco roz­le­wa­jące się po całym ciele. Matce udaje się wyrwać, bie­gnie do jadalni i tłu­cze bar­dzo drogi chiń­ski wazon. Krzy­czysz do rodzi­ców, żeby prze­stali, lecz pusz­czają to mimo uszu. Matka bie­gnie na górę. Sły­szysz, jak roz­bija tele­wi­zor. Twoje młod­sze rodzeń­stwo usi­łuje ją nakło­nić, by scho­wała się w sza­fie. Serce wali ci jak mło­tem, dygo­czesz.

Pod­czas pierw­szej sesji wyja­śni­li­śmy uczest­ni­kom sens wdy­cha­nia radio­ak­tyw­nego tlenu: gdy dowolna część mózgu staje się mniej lub bar­dziej aktywna pod wzglę­dem meta­bo­licz­nym, natych­miast prze­kłada się to na tempo zuży­wa­nia tlenu, co jest wykry­wane przez ska­ner. Powie­dzie­li­śmy też bada­nym, że w trak­cie ska­no­wa­nia będziemy moni­to­ro­wać ciśnie­nie krwi i tętno, by móc póź­niej zesta­wić te fizjo­lo­giczne wskaź­niki z aktyw­no­ścią mózgu.

Kilka dni póź­niej uczest­nicy zgło­sili się do labo­ra­to­rium neu­ro­obra­zo­wa­nia. Pierw­szą ochot­niczką była Mar­sha, czter­dzie­sto­let­nia nauczy­cielka z przed­mieść Bostonu. Jej sce­na­riusz prze­niósł ją do dnia sprzed trzy­na­stu lat, kiedy to ode­brała Melissę, pię­cio­let­nią córkę, z pół­ko­lo­nii. Gdy ruszyły, w samo­cho­dzie włą­czył się natrętny sygnał dźwię­kowy, dający znać, że pas bez­pie­czeń­stwa Melissy nie został pra­wi­dłowo zapięty. Mar­sha się­gnęła, żeby go popra­wić, i prze­je­chała skrzy­żo­wa­nie na czer­wo­nym świe­tle. Z pra­wej strony ude­rzył w nią inny samo­chód, zabi­ja­jąc jej córkę na miej­scu. W karetce w dro­dze do szpi­tala brze­mienna Mar­sha stra­ciła też sied­mio­mie­sięczny płód.

Z pogod­nej kobiety i duszy towa­rzy­stwa z dnia na dzień prze­mie­niła się w przy­gnę­biony cień czło­wieka, prze­śla­do­wany poczu­ciem winy, depre­sją i kosz­ma­rami. Zre­zy­gno­wała z naucza­nia na rzecz szkol­nej admi­ni­stra­cji, gdyż jak wielu rodzi­ców, któ­rzy stra­cili swoje pocie­chy, nie była w sta­nie bez­po­śred­nio pra­co­wać z dziećmi -?ich rado­sny śmiech stał się dla niej sil­nym wyzwa­la­czem nega­tyw­nych emo­cji. Prze­trwa­nie kolej­nego dnia oka­zało się jed­nak wyzwa­niem nawet wtedy, gdy tkwiła z nosem w papie­rach. W darem­nej pró­bie zapa­no­wa­nia nad wła­snymi odczu­ciami zaczęła tyrać dzień i noc.

Pod­czas bada­nia Mar­shy sta­łem obok ska­nera i mogłem obser­wo­wać jej reak­cje fizjo­lo­giczne na ekra­nie. W chwili gdy włą­czy­li­śmy magne­to­fon, jej serce zaczęło się tłuc, a ciśnie­nie krwi pod­sko­czyło. Samo wysłu­cha­nie sce­na­riu­sza pobu­dziło u niej te same reak­cje fizjo­lo­giczne, które wystą­piły pod­czas wypadku przed trzy­na­stu laty. Po zakoń­cze­niu nagra­nia, kiedy tętno i ciśnie­nie krwi Mar­shy wró­ciły do normy, puści­li­śmy drugi sce­na­riusz, z opi­sem poran­nego wsta­wa­nia i mycia zębów. Tym razem tętno ani ciśnie­nie krwi nie ule­gły zmia­nie.

Obrazy strau­ma­ty­zo­wa­nego mózgu. Jasne obszary w ukła­dzie lim­bicz­nym (A) oraz korze wzro­ko­wej (B) wska­zują na silne pobu­dze­nie. Rysu­nek C obra­zuje wyraź­nie zmniej­szoną aktyw­ność ośrodka mowy.

Po wyj­ściu ze ska­nera Mar­sha spra­wiała wra­że­nie osoby przy­bi­tej, wyczer­pa­nej i bez­wol­nej. Miała płytki oddech, sze­roko otwarte oczy i przy­gar­bione ramiona -?trudno o lep­szy obraz bez­bron­no­ści i wraż­li­wo­ści. Sta­ra­li­śmy się ją pocie­szyć, lecz zasta­na­wia­łem się, czy to, co odkry­li­śmy, warte jest jej cier­pień.

Po prze­pro­wa­dze­niu pro­ce­dury u wszyst­kich ośmiu uczest­ni­ków Scott Rauch wraz z zespo­łem mate­ma­ty­ków i sta­ty­sty­ków zabrał się do opra­co­wy­wa­nia obra­zów kom­po­zy­to­wych, które miały ilu­stro­wać róż­nice mię­dzy pobu­dze­niem wywo­ła­nym przez retro­spek­cję a neu­tral­nym sta­nem mózgu. Po kilku tygo­dniach przy­słał mi wyniki (można obej­rzeć je na poprzed­niej stro­nie). Przy­mo­co­wa­łem te obrazy do lodówki i przez parę następ­nych mie­sięcy wpa­try­wa­łem się w nie każ­dego wie­czoru. Przy­szło mi do głowy, że wła­śnie tak musieli się czuć pierwsi astro­no­mo­wie, oglą­da­jąc przez tele­skop nową kon­ste­la­cję.

Na obra­zach ze ska­nera widać było zagad­kowe kropki i kolory, lecz naj­więk­szy spo­śród pobu­dzo­nych obsza­rów mózgu -?duża czer­wona plama po pra­wej stro­nie, w jego cen­tral­nej czę­ści, odpo­wia­da­jąca ukła­dowi lim­bicz­nemu, nazy­wa­nemu też mózgiem emo­cjo­nal­nym -?nie sta­no­wił zasko­cze­nia. Już od dawna wie­dzie­li­śmy, że silne emo­cje pobu­dzają układ lim­biczny, w szcze­gól­no­ści obszar, który nazy­wamy cia­łem mig­da­ło­wa­tym. Struk­tura ta ostrzega nas przed zbli­ża­ją­cym się nie­bez­pie­czeń­stwem oraz akty­wuje reak­cję stre­sową orga­ni­zmu. Nasze bada­nie wyraź­nie poka­zało, że gdy strau­ma­ty­zo­wane osoby mają do czy­nie­nia z obra­zami, dźwię­kami lub wspo­mnie­niami zwią­za­nymi z tra­gicz­nym zda­rze­niem, ciało mig­da­ło­wate reaguje nie­po­ko­jem, nawet jeśli od owego zda­rze­nia minęło trzy­na­ście lat, jak w przy­padku Mar­shy. Akty­wa­cja tego ośrodka stra­chu wyzwala kaskadę hor­mo­nów stresu oraz impul­sów ner­wo­wych, które zwięk­szają ciśnie­nie krwi, tętno i zapo­trze­bo­wa­nie na tlen, aby przy­go­to­wać ciało do walki lub ucieczki1. Czuj­niki umiesz­czone na ramio­nach Mar­shy zare­je­stro­wały ten fizjo­lo­giczny stan gorącz­ko­wego pobu­dze­nia, choć ona sama dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że spo­koj­nie leży w apa­ra­tu­rze ska­nu­ją­cej.

Niema groza

Naj­bar­dziej zaska­ku­ją­cym spo­śród naszych odkryć była nie­duża biała plama umiej­sco­wiona w lewym pła­cie czo­ło­wym kory mózgo­wej, w obsza­rze nazwa­nym ośrod­kiem Broki. W tym przy­padku zmiana koloru ozna­czała zna­czący spa­dek aktyw­no­ści tej czę­ści mózgu. Ośro­dek Broki jest jedną ze struk­tur odpo­wie­dzial­nych za mowę, która czę­sto ulega uszko­dze­niu u pacjen­tów po uda­rze, gdy prze­staje docie­rać do niego krew. Bez spraw­nego ośrodka Broki nie można wyra­żać myśli ani uczuć sło­wami. Z naszych obra­zów wyni­kało, że obszar ten wyłą­czał się za każ­dym razem, gdy u pacjenta wra­cały remi­ni­scen­cje trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia. Innymi słowy: zyska­li­śmy wizu­alny dowód na to, że skutki traumy nie muszą róż­nić się od następstw fizycz­nych uszko­dzeń -?na przy­kład w wyniku udaru -?i mogą się na nie nakła­dać.

Każda trauma jest poza­wer­balna. Szek­spir uchwy­cił ten stan nie­mej grozy w Mak­be­cie, w sce­nie po odkry­ciu ciała zamor­do­wa­nego króla: "O zgrozo! Zgrozo! Ani cię potrafi język wysło­wić, ani serce pojąć! Swego arcy­dzieła Zamęt doko­nał"3. W sytu­acjach eks­tre­mal­nych ludzie mogą gło­śno prze­kli­nać, wzy­wać matkę, wyć lub po pro­stu zmar­twieć z prze­ra­że­nia. Ofiary napa­ści i wypad­ków na izbach przy­jęć czę­sto mil­czą i sie­dzą bez ruchu. Strau­ma­ty­zo­wane dzieci "zapo­mi­nają języka w buzi" i nie chcą mówić. Żoł­nie­rze na zdję­ciach z frontu patrzą w nie­okre­śloną dal, mając pustkę w oczach.

Mimo upływu lat ludzie obcią­żeni traumą czę­sto mają ogromne trud­no­ści z opo­wia­da­niem innym o tym, co ich spo­tkało. Ich ciała ponow­nie doświad­czają prze­ra­że­nia, wście­kło­ści i bez­sil­no­ści. Czują impuls do walki lub ucieczki, lecz odczu­cia te są pra­wie nie­moż­liwe do wyar­ty­ku­ło­wa­nia. Trauma z natury dopro­wa­dza nas na skraj rozu­mie­nia, odbie­ra­jąc zdol­ność do posłu­gi­wa­nia się języ­kiem opar­tym na wspól­nych doświad­cze­niach i dają­cej się wyobra­zić prze­szło­ści.

Nie ozna­cza to, że ludzie ci nie są w sta­nie opo­wia­dać o prze­ży­tej tra­ge­dii. Wcze­śniej czy póź­niej więk­szość oca­la­łych -?podob­nie jak wete­rani z roz­działu 1 -?wymy­śla na potrzeby oto­cze­nia coś, co nie­je­den z nich nazywa "przy­krywką", a mia­no­wi­cie histo­rię, która w pew­nym stop­niu tłu­ma­czy ich objawy i zacho­wa­nia. Histo­rie te rzadko oddają jed­nak prawdę o ich wewnętrz­nych prze­ży­ciach. Nie­zwy­kle trudno jest upo­rząd­ko­wać wła­sne trau­ma­tyczne doświad­cze­nia tak, by sta­no­wiły spójną opo­wieść -?nar­ra­cję z począt­kiem, roz­wi­nię­ciem i zakoń­cze­niem. Nawet repor­ter tak doświad­czony jak Ed Mur­row, słynny kore­spon­dent CBS, miał trud­no­ści z uję­ciem w słowa okru­cień­stwa, z jakim zetknął się w 1945 roku w wyzwo­lo­nym nazi­stow­skim obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Buchen­wal­dzie: "Modlę się, aby­ście uwie­rzyli w to, co powie­dzia­łem. Zre­la­cjo­no­wa­łem to, co zoba­czy­łem i usły­sza­łem, lecz nie w pełni. Na więk­szość z tego nie znaj­duję słów".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki