Rozdział 75
Uczestnicy
W czasie kilku następnych godzin wędrówki zrobiłem co mogłem, by poznać
dragonów, którymi Alveron obarczył mój grzbiet. Mówię w przenośni, rzecz
prosta, gdyż wśród nich była kobieta, a wszyscy szliśmy pieszo.
Tempi pierwszy zwrócił na siebie moje spojrzenie i najdłużej je
zatrzymał, gdyż był pierwszym ademskim najemnikiem, jakiego kiedykolwiek
spotkałem. W ogóle nie przypominał imponującego zabójcy o twardym
wzroku, jakiego się spodziewałem. Tempi był raczej nijaki - ani
szczególnie wysoki, ani mocno zbudowany. Miał jasną skórę, jasne włosy i bladoszare oczy. Oblicze puste jak niezapisana karta papieru. Dziwnie
puste. Wystudiowanie puste.
Wiedziałem, że ademscy najemnicy noszą krwistoczerwone szaty jako swego
rodzaju oznakę, ale strój Tempiego był inny od tego, jakiego się
spodziewałem.
Koszulę miał ciasno opiętą na tułowiu za sprawą mnóstwa miękkich
skórzanych pasków; także jego spodnie były ściągnięte ciasno na udach,
łydkach i w kolanach. Wszystko było ufarbowane na tę samą
jaskrawokrwistą czerwień i pasowało na niego jak ulał.
Kiedy zrobiło się cieplej, zauważyłem, że zaczął się pocić. Po chłodnym,
rozrzedzonym powietrzu Stormwal tutejszy klimat musiał być dla niego
nadzwyczaj gorący. Godzinę przed południem Adem rozluźnił skórzane paski
koszuli i zdjął ją, po czym użył jej do wytarcia twarzy i barków.
Wyglądało na to, że w najmniejszym stopniu nie jest skrępowany
wędrowaniem półnago królewskim traktem.
Karnację Tempi miał tak jasną, że niemal barwy śmietany, a ciało chude i szczupłe jak psa gończego; mięśnie poruszały się pod skórą ze zwierzęcą
gracją. Próbowałem nie gapić się na niego, ale nie mogłem się
powstrzymać od zerkania na cienkie, blade blizny znaczące jego ramiona,
klatkę piersiową i plecy.
Ani jednym słowem nie poskarżył się na panujący upał. W ogóle słowa z jego strony należały do rzadkości, a na większość pytań odpowiadał
skinieniem lub kręceniem głowy. Niósł worek podróżny podobny do mojego,
a jego miecz wydawał się krótki i niezbyt imponujący.
Dedan różnił się od Tempiego tak bardzo, jak tylko jeden człowiek może
się różnić od drugiego. Był wysoki, szeroki w barach, o byczym karku.
Niósł ciężki miecz, długi nóż i ubrany był w niepasujące do siebie
elementy często naprawianej skórzanej zbroi tak twardej, że dało się w nią postukać. Wyglądał wypisz, wymaluj jak strażnik karawany.
Jadł najwięcej, narzekał najwięcej i klął najwięcej, a oporny był
bardziej niż gruba dębowa decha. Żeby być jednak szczerym, miał
przyjazną naturę i był skory do śmiechu. Skłaniałem się do tego, by ze
względu na maniery i rozmiary uważać go za głupca, ale Dedan miał bystry
rozum, kiedy chciało mu się go używać.
Hespe była najemniczką. Nie takie znowu rzadkie stworzenie, jak
niektórzy ludziska uważają. Gdy chodzi o wygląd i ekwipunek, była niemal
zwierciadlanym odbiciem Dedana. Skóra, ciężki miecz, aura wskazująca na
przebyte życiowe burze i postawa znawczyni świata. Hespe była szeroka w ramionach, miała silne ręce i dumną twarz o szczęce jak pustak.
Delikatne blond włosy, ale obcięte krótko, po męsku.
Jednak postrzeganie jej jako kobiecej wersji Dedana było błędem. Hespe
okazywała powściągliwość w takim samym stopniu, w jakim Dedan się
popisywał. I podczas gdy ten ostatni był dobroduszny, kiedy się nie
złościł, Hespe miała w sobie pewną ostrość, jakby nieustannie
spodziewała się kłopotów.
Tropiciel Marten był najstarszy z nas wszystkich. Nosił niewiele skór,
za to bardziej miękkich i zadbanych niż Dedana i Hespe. Miał długi nóż,
krótki nóż i łuk myśliwski.
Pracował jako łowczy, zanim wypadł z łask barona, którego lasami się
opiekował. W porównaniu z tym zajęcie najemnika było kiepską robotą, ale
pozwalało mu zarobić na chleb. Jego łucznicze umiejętności mogły się
przydać, choć fizycznie daleko mu było do Dedana czy Hespe.
Cała trójka weszła kilka miesięcy temu w luźną spółkę i od tamtej pory
Marten proponował ich usługi jako grupy. Powiedział mi, że wykonywali
już różne zadania dla maera, z których ostatnim był rozpoznawczy wypad
na tereny otaczające Tinuë.
Dziesięć minut zajęło mi zrozumienie, że to Marten powinien dowodzić
wyprawą. Miał więcej leśnego doświadczenia od nas wszystkich, a raz czy
dwa tropił nawet ludzi, za których schwytanie wyznaczono nagrody. Kiedy
o tym wspomniałem, pokręcił głową, uśmiechnął się i powiedział, że być
zdolnym do zrobienia czegoś a chcieć to zrobić, to dwie zupełnie różne
rzeczy.
Ostatni byłem ja, ich nieustraszony przywódca. Polecający list maera
przedstawiał mnie jako: "wyróżniającego się młodego człowieka o porządnym wykształceniu i rozmaitych użytecznych cechach". Chociaż
wszystko to było absolutnie prawdziwe, jednocześnie odmalowywało mnie
jako najżałośniej bezużytecznego dworskiego fircyka na świecie. W dodatku byłem młodszy od nich wszystkich i nosiłem strój bardziej
odpowiedni na proszony obiad niż do podróży. Niosłem lutnię i sakiewkę
maera. Nie miałem zbroi, miecza ani noża.
Nie wątpię, że nie bardzo wiedzieli, co ze mną począć.
Pozostała jakaś godzina do zachodu słońca, kiedy spotkaliśmy na drodze
druciarza. Miał na sobie tradycyjną brązową szatę związaną w pasie
kawałkiem sznura. Nie miał wózka, ale prowadził osła tak obładowanego
tobołkami rupieci, że zwierzę wyglądało jak grzyb.
Druciarz szedł ku nam wolno i śpiewał:
Jeśli nie chcesz nic naprawić i nie trza zrobić nic,
To mądry człowiek wciąż widzi okazję,
by wydać pieniądz w mig.
Ciesz się blaskiem słońca
I chociaż możesz dobrze się czuć,
to pożałujesz, jeśli teraz nie staniesz.
Lepiej po prostu zapłacić,
Na deszczowy dzień gotowym być,
Niźli wspominać druciarza, gdy leje ci się na łeb.
Roześmiałem się i zaklaskałem. Prawdziwi wędrowni druciarze to rzadkie
ptaki i zawsze z przyjemnością witam takiego. Matka mówiła mi, że
przynoszą szczęście, a ojciec cenił ich za roznoszenie wieści. A ponieważ rozpaczliwie potrzebowałem kilku przedmiotów, spotkanie miałem
za po trzykroć błogosławione.
- Hej, druciarzu! - powitał go Dedan, uśmiechając się. - Potrzeba mi
miejsca przy ogniu i napitku. Jak daleko do najbliższej gospody?
Druciarz wskazał w stronę, z której nadszedł.
- Nie ma nawet dwudziestu minut. - Zerknął na Dedana. - Nie możesz mi
jednak powiedzieć, że nie potrzebujesz niczego więcej - upomniał go. -
Każdemu czegoś brakuje.
Dedan zaprzeczył uprzejmym ruchem głowy.
- Musisz mi wybaczyć, druciarzu. Moja sakiewka świeci pustkami.
- A co z tobą? - Druciarz obrzucił mnie spojrzeniem od stóp do głów. -
Ty wyglądasz na chłopaka, który czegoś potrzebuje.
- Istotnie - przyznałem, a widząc, że inni spoglądają tęsknie przed
siebie, skinąłem im ręką. - Idźcie - powiedziałem. - Dogonię was za
kilka minut.
Kiedy odeszli, druciarz zatarł dłonie i uśmiechnął się.
- Dobra, czego potrzebujesz?
- Na początek nieco soli.
- I pojemnik na nią - powiedział i zaczął przetrząsać juki osła.
- Przydałby mi się także nóż, jeśli masz jakiś niezbyt drogi.
- Zwłaszcza jeśli zmierzasz na północ - rzekł bez wahania. - W tamtych
stronach jest niebezpiecznie. Nie byłoby dobrze zostać bez noża.
- Miałeś jakieś kłopoty? - zapytałem z nadzieją, że wie coś, co pomoże
znaleźć bandytów.
- Och, nie - odparł, kopiąc w bagażach. - Nie jest jeszcze tak źle, żeby
komukolwiek przychodziło do głowy porywać się na druciarza. Ale i tak to
nieprzyjemny odcinek drogi. - Znalazł długi, wąski nóż w skórzanej
pochwie i wręczył mi go. - Ramstońska stal.
Wyjąłem nóż z pochwy i przyjrzałem mu się dokładnie. Rzeczywiście -
ramstońska stal.
- Nie potrzebuję niczego tak wspaniałego - powiedziałem, oddając mu go.
- Będę go używał do wszystkiego, głównie do jedzenia.
- Ramstońska stal jest bardzo dobra do codziennego użytku - odparł
druciarz, wpychając nóż z powrotem w moje dłonie. - Możesz łupać nim
drewno na rozpałkę, a potem się ogolić, jeśli chcesz. Nigdy nie traci
ostrości.
- Mogę go poddać ciężkim próbom - sprecyzowałem. - A ramstońska stal
jest krucha.
- To prawda - przyznał druciarz swobodnie. - Jak mawiał mój ojciec, "to
najlepszy nóż, jaki możesz mieć, póki nie pęknie". To samo można jednak
powiedzieć o każdym nożu. A żeby być szczerym, to jedyny nóż, jaki mam.
Westchnąłem. Wiem, kiedy się zdziera ze mnie skórę.
- Krzesiwo i hubkę.
Trzymał je już w dłoni, zanim skończyłem mówić.
- Nie mogłem nie zauważyć, że masz palce poplamione inkaustem. - Wykonał
gest w stronę moich dłoni. - Mam ze sobą trochę papieru dobrej jakości.
Także pióro i atrament. Nie ma nic gorszego, jak wpaść na pomysł pieśni
i nie mieć na czym go zapisać. - Wyciągnął skórzaną teczkę z papierem,
piórami i kałamarzem.
Pokręciłem głową, mając świadomość, że sakiewka maera nie jest bez dna.
- Sądzę, że na jakiś czas skończyłem z pisaniem pieśni, druciarzu.
Wzruszył ramionami, nadal trzymając przybory.
- Do pisania listów. Znam faceta, który otworzył sobie kiedyś żyły, by
napisać list do ukochanej. Prawda, dramatyczne. Z pewnością symboliczne.
Ale także bolesne, niehigieniczne i dosyć makabryczne. Teraz zawsze nosi
ze sobą atrament i pióro.
Poczułem, że blednę, gdyż słowa druciarza przywiodły mi na myśl jeszcze
jedną sprawę, o jakiej zapomniałem, pośpiesznie opuszczając Severen: o Dennie. Wszystkie myśli o niej wyparło mi z głowy gadanie maera o bandytach, dwie butelki mocnego wina i nieprzespana noc. Po kłótni z dziewczyną odszedłem bez słowa. Co sobie pomyśli, skoro przemówiłem do
niej tak szorstko, a potem zniknąłem?
Byłem już cały dzień drogi od Severen. Nie mogłem wrócić, żeby
powiedzieć Dennie, że wyjeżdżam. A może mogłem? Zastanawiałem się nad
tym przez chwilę. Nie. Poza tym ona sama znikała na całe dnie bez słowa.
Zrozumiałaby z pewnością, gdybym postąpił tak samo...
Głupi. Głupi. Głupi. Myśli wirowały mi w głowie, kiedy próbowałem
rozważyć kilka nieprzyjemnych opcji.
Chrapliwe iiiiha osła przywiodło mi coś na myśl.
- Zmierzasz do Severen, druciarzu?
- Bardziej przez miasto niźli do niego - odparł. - Ale tak.
- Właśnie sobie przypomniałem, że muszę wysłać list. Jeśli ci go dam,
dostarczysz go do wskazanej gospody?
Skinął wolno głową.
- Mógłbym - przystał. - Zakładając, że będziesz potrzebował papieru i inkaustu... - Uśmiechnął się i pomachał swoją teczką.
Skrzywiłem się.
- Owszem, druciarzu - przyznałem. - Ale ile to wszystko będzie
kosztowało?
Spojrzał na zgromadzone przedmioty.
- Sól i pojemnik... cztery sztuki. Nóż... piętnaście. Papier, pióra i atrament... osiemnaście sztuk. Krzesiwo i hubka... trzy.
- I dostarczenie listu - podpowiedziałem.
- Pilne dostarczenie - sprostował druciarz z nieznacznym uśmiechem. -
Damie, jeśli nie myli mnie wyraz twojej twarzy.
Skinąłem głową.
- Dobra - rzekł i pomasował sobie podbródek. - Zwykle doszedłbym do
trzydziestu pięciu, a potem nieśpiesznie bym się targował, aż zbiłbyś
cenę do trzydziestu.
Kwota brzmiała rozsądnie, jeśli zważyć, jak trudno było o dobry papier.
Niemniej stanowiło to niemal jedną trzecią pieniędzy otrzymanych od
maera. Będziemy potrzebowali tej forsy na spanie i jedzenie.
Zanim zdążyłem zareagować, druciarz mówił dalej:
- Mogę jednak powiedzieć, że to zbyt wiele, żeby ci odpowiadało -
stwierdził. - I mam nadzieję, że nie okażę się zbyt bezpośredni, mówiąc,
iż nosisz wspaniałą opończę. Zawsze jestem gotów się wymienić.
Zakłopotany otuliłem się ciaśniej moją cudowną bordową opończą.
- Sądzę, że byłbym gotów ją oddać - rzekłem, nie musząc wcale udawać
żalu brzmiącego w głosie - ale zostanę bez jakiegokolwiek okrycia. Co
zrobię na wypadek deszczu?
- Nie ma problemu - odparł druciarz. Wyjął z bagażu zmiętą szatę i wyciągnął, bym się jej przyjrzał. Kiedyś była czarna, ale na skutek
długiego używania i wielokrotnego prania spłowiała do ciemnozielonkawej
barwy.
- Jest trochę znoszona - powiedziałem i wyciągnąłem palec, by wskazać
prujący się szew.
- Tylko przetarty, to wszystko - powiedział lekko i rozpostarł okrycie
na moich barkach. - Dobrze pasuje. Odpowiedni kolor dla ciebie,
podkreśla barwę oczu. Poza tym w związku z bandytami na drogach nie
chciałbyś wyglądać zbyt zamożnie.
Westchnąłem.
- Co mi dasz w zamian? - zapytałem, wręczając mu moją piękną opończę. -
Ten strój nie ma nawet miesiąca, uważasz, i nigdy nie widział kropli
deszczu.
Druciarz przeciągnął dłonią po okryciu.
- Ma mnóstwo małych kieszeni! - pochwalił z podziwem. - To wręcz
cudowne!
Potarłem w palcach cienką tkaninę opończy druciarza.
- Jeśli dorzucisz igłę z nitką, wymienię moją opończę za resztę rzeczy -
powiedziałem tknięty nagłym impulsem. - Poza tym dam ci żelazny grosz,
miedziany grosz i srebrny grosz.
Uśmiechnąłem się. Były to psie pieniądze, ale o to proszą w opowieściach
wszyscy druciarze, kiedy przekazują legendarny magiczny artefakt
niepodejrzewającemu niczego synowi wdowy, kiedy ten odchodzi, by szukać
szczęścia w świecie.
Druciarz odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął śmiechem.
- Miałem zaproponować dokładnie to samo - powiedział. Potem przerzucił
sobie moją opończę przez ramię i mocno uścisnął mi dłoń.
Pogrzebałem w sakiewce i wręczyłem mu żelaznego denara i dwa vintańskie
półgrosze, po czym znalazłem, ku memu miłemu zaskoczeniu, twardy
aturański grosz. Z tym ostatnim poszczęściło mi się, gdyż był wart
jedynie ułamek vintańskiego srebrnego randa. Opróżniłem tuzin kieszeni
bordowej opończy, przełożyłem wszystko do podróżnego worka i odebrałem
od druciarza nowe nabytki.
Dokonawszy tego, napisałem do Denny krótki list, w którym wyjaśniłem, że
mój mecenas wysłał mnie nieoczekiwanie w podróż. Przeprosiłem za
nierozważne opinie, jakie wyraziłem, i obiecałem, że spotkam się z nią,
gdy tylko wrócę do Severen. Chciałbym mieć więcej czasu na napisanie
tego listu. Chciałbym móc przeprosić ją w subtelniejszych słowach,
wyjaśnić wszystko bardziej szczegółowo, ale druciarz skończył pakować
moją cudowną opończę i wyraźnie się palił do drogi.
Nie mając wosku, by zapieczętować list, posłużyłem się sztuczką, którą
wymyśliłem podczas pisania liścików w imieniu maera. Złożyłem papier na
pół, a potem podwinąłem jego końce w taki sposób, że ponowne rozłożenie
wymagałoby rozerwania go.
Wręczyłem list druciarzowi.
- To jest dla pięknej, ciemnowłosej kobiety imieniem Denna. Mieszka pod
"Czterema Ogarkami" w Dolnym Severen.
- Przypomniałeś mi! - wykrzyknął druciarz, wsuwając pismo do kieszeni. -
Świece! - Sięgnął do torby przy siodle, skąd wyjął garść grubych,
łojowych świeczek. - Wszyscy potrzebują świec.
Zabawne było, że mogłem ich użyć, chociaż nie z powodów, o jakich
myślał.
- Mam także wosk do polerowania butów - ciągnął, grzebiąc w tobołkach. -
Sporo pada o tej porze roku.
Śmiejąc się, podniosłem dłonie.
- Dam ci sztukę srebra za cztery świece, ale nie mogę sobie pozwolić na
nic więcej. Jeśli dalej tak pójdzie, będę musiał kupić od ciebie osła,
żeby niósł moje nabytki.
- Rób, jak uważasz - powiedział druciarz ze swobodnym wzruszeniem
ramion. - Miło się robi z tobą interesy, paniczu.
Rozdział 76
Hubka
Słońce zaczęło już zachodzić, kiedy drugiego dnia marszu znaleźliśmy
sposobne miejsce na rozbicie nocnego obozu. Dedan poszedł nazbierać
drewna. Marten zaczął siekać marchewkę i ziemniaki i wysłał Hespę, by
napełniła kociołek wodą. Użyłem małego szpadla Martena, by wykopać dół
na ognisko. Tempi przeniósł gałąź i nastrugał mieczem trochę cienkich
drzazg, by ich użyć na rozpałkę.
Wyjęty z pochwy miecz Adema nadal nie robił nadzwyczajnego wrażenia,
jeśli jednak wziąć pod uwagę, z jaką łatwością Tempi odcinał strużyny
drewna grubości kartki papieru, oręż musiał być ostry jak brzytwa.
Skończyłem obramowywać dół kamieniami. Tempi podał mi garść rozpałki.
Skinąłem głową.
- Chcesz użyć mojego noża? - zapytałem, licząc na wciągnięcie go w zdawkową rozmowę. W ciągu ostatnich dwóch dni zamieniłem z nim ledwo
tuzin słów.
Wzrok bladoszarych oczu Tempiego spoczął na nożu za moim pasem, a potem
Adem przeniósł spojrzenie na swój miecz. Pokręcił głową, wiercąc się
nerwowo.
- Czy to nie szkodzi ostrzu? - dociekałem.
Najemnik wzruszył ramionami, unikając mego wzroku.
Zacząłem rozpalać ogień i wtedy popełniłem pierwszy błąd.
Jak powiedziałem, powietrze było chłodne, a my wszyscy zmęczeni. Zamiast
więc poświęcić pół godziny na troskliwe rozdmuchiwanie iskierki do
postaci przyzwoitego płomienia, ułożyłem wokół strużyn Tempiego gałązki,
a potem jeszcze grubsze kawałki drewna, tworząc ściśle upakowany stos.
Kończyłem właśnie, kiedy zjawił się Dedan z kolejnym naręczem gałęzi.
- Cudownie - zagderał na tyle cicho, by móc udawać, iż mówi do siebie,
ale wystarczająco głośno, by wszyscy go słyszeli. - I to ty dowodzisz.
Wspaniale.
- Co ci znowu doskwiera? - zapytał Marten ze znużeniem w głosie.
- Chłopak buduje mały fort, zamiast rozpalać ognisko. - Dedan westchnął
dramatycznie, a potem przybrał ton, który uważał pewnie za ojcowski, ale
zabrzmiał bardzo protekcjonalnie. - Czekaj, pomogę ci. To się nigdy nie
zajmie od iskry. Masz krzemień i stal? Pokażę ci, jak ich używać.
Nikt nie lubi być traktowany z góry, ale ja mam do tego szczególną
awersję. Od dwóch dni Dedan jasno dawał do zrozumienia, że uważa mnie za
idiotę.
Wydałem znużone westchnienie. Najstarszego, najbardziej zmęczonego
życiem człowieka. Miał mnie za bezużytecznego młodziaka. Musiałem
udowodnić, jak bardzo się mylił.
- Dedan, co o mnie wiesz? - zapytałem.
Spojrzał na mnie pustym wzrokiem.
- Wiesz o mnie jedno - ciągnąłem spokojnie. - Że maer uczynił mnie
dowódcą. - Spojrzałem mu w oczy. - Czy maer jest idiotą?
Dedan wykonał lekceważący gest dłonią.
- Oczywiście, że nie. Mówiłem tylko...
Wstałem i od razu tego pożałowałem, gdyż pokazało to, o ile był wyższy.
- Czy maer postawiłby na czele wyprawy idiotę?
Uśmiechnął się nieszczerze, starając się zamienić dwa dni pogardliwych
pomruków w li tylko nieporozumienie.
- Nie wykręcaj kota ogonem...
Podniosłem dłoń.
- To nie twoja wina. Nic o mnie nie wiesz. Ale nie marnujmy na to czasu
dziś w nocy. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Na razie przyjmij do wiadomości,
że nie jestem jakimś bogatym maminsynkiem na wyprawie dla zabawy. -
Ścisnąłem między palcami szczyptę przyniesionej przez Tempiego rozpałki
i skoncentrowałem się. Zaczerpnąłem więcej ciepła, niż potrzebowałem i ramię zdrętwiało mi aż po łopatkę. - I bądź pewny, że umiem rozpalić
ognisko.
Zestrugane szczapki drewna zajęły się płomieniem, buchając nagle
gorącem, od którego zajęła się reszta rozpałki, a to sprawiło, że ogień
niemal natychmiast skoczył w górę.
Miał to być dramatyczny gest, żeby Dedan przestał o mnie myśleć jak o bezużytecznym dupku, ale czas spędzony na Uniwersytecie stępił moją
wrażliwość. Rozpalenie w ten sposób ognia dla członka Arkanów było
równie proste jak wzucie butów.
Dedan z kolei nigdy dotąd nie spotkał hermetyka i przypuszczalnie nie
znalazł się bliżej niż pięćset mil od Uniwersytetu. Cała jego wiedza na
temat magii brała się z obozowych opowieści.
Kiedy więc płomienie skoczyły w górę, zbladł jak prześcieradło i cofnął
się gwałtownie o kilka kroków. Wyglądał, jakbym niczym Taborlin Wielki
przywołał ryczącą ścianę ognia.
Na twarzach Martena i Hespe dostrzegłem ten sam wyraz wrodzonego
vintańskiego, zabobonnego strachu. Spojrzeli na płonący ogień i z powrotem na mnie. Byłem jednym z "tych". Zadawałem się z ciemnymi
mocami. Przyzywałem demony. Zjadałem cały ser, razem ze skórką.
Przyjrzałem się ich oszołomionym twarzom i zrozumiałem, że cokolwiek
powiem, nie uśmierzy ich obaw. Nie teraz. Westchnąłem więc i zacząłem
przygotowywać matę do spania.
Chociaż tej nocy nie było wielu wesołych rozmów przy ognisku, ucichło
także mruczenie Dedana. Chciałem szacunku, ale wobec jego braku odrobina
strachu może na dłuższą metę sprawić, że wyprawa potoczy się gładko.
Dwa dni bez kolejnych dramatycznych popisów z mojej strony pozwoliły
wszystkim się odprężyć. Dedan był nadal rubaszny i pyszałkowaty, ale
przestał nazywać mnie "chłopcem" i narzekał o połowę rzadziej, więc
uznałem to za zwycięstwo.
Zachęcony tym skromnym sukcesem postanowiłem spróbować aktywniej
wciągnąć Tempiego w rozmowę. Jeśli miałem dowodzić tym małym
oddziałkiem, to musiałem wiedzieć więcej o najemniku. Co ważniejsze,
musiałem wiedzieć, czy potrafi wypowiedzieć więcej niż pięć słów za
jednym zamachem.
Kiedy więc zatrzymaliśmy się na południowy posiłek, zbliżyłem się do
Adema. Siedział nieco na uboczu. Nie zachowywał się z rezerwą. Chodziło
o to, że pozostali jedli i gadali. Tempi tylko jadł.
Tym razem jednak celowo usiadłem obok niego z moim lunchem: kawałkiem
twardej kiełbasy i zimnymi kartoflami.
- Cześć, Tempi.
Podniósł wzrok i skinął głową. Mignęły mi jego bladoszare oczy, po czym
odwrócił spojrzenie, poruszając się nieustannie. Przeciągnął dłonią po
włosach i przez chwilę przypominał mi Simmona. Obaj byli szczupłej
budowy i mieli takiej samej piaskowej barwy włosy. Jednak Simmon nie był
taki milczący; przy nim nie mogłem czasami dojść do słowa.
Oczywiście, już wcześniej usiłowałem rozmawiać z Tempim. Zwykłe
pogawędki: o pogodzie, o nogach obtartych skutkiem długiego dnia
wędrówki, o jedzeniu. Wszystko to prowadziło donikąd. W odpowiedzi
słyszałem jedno, najwyżej dwa słowa. Dużo częściej spotykało mnie
skinięcie głową lub wzruszenie ramion. A przede wszystkim puste
spojrzenie, któremu towarzyszyło wiercenie się i uparta niechęć choćby
spojrzenia mi prosto w oczy.
Dzisiaj miałem więc w zanadrzu konwersacyjny gambit.
- Słyszałem różne opowieści o Lethani - powiedziałem. - Chciałbym się
dowiedzieć czegoś więcej. Mógłbyś mi o tym opowiedzieć?
Wzrok bladoszarych oczu Tempiego spotkał się przelotnie z moim, wyraz
twarzy miał nadal martwy. Potem Adem odwrócił spojrzenie. Szarpnął jeden
ze skórzanych czerwonych pasków i nerwowo pobawił się rękawem.
- Nie. Nie będę mówił o Lethani. To nie jest dla ciebie. Nie pytaj.
Znowu odwrócił ode mnie wzrok i wbił oczy w ziemię.
Policzyłem w myślach. Trzynaście słów. To przynajmniej stanowiło
odpowiedź na jedno z moich pytań.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki