Rozdział 1
Nareszcie, pomyślała Charlotte, gdy
samolot lecący z Houston dotknął płyty lotniska w Keflavíku. Odetchnęła
głęboko, patrząc przez okienko na zbliżający się terminal.
Wracała do domu po sześciu pracowitych tygodniach w Teksasie, do którego
przybyła na specjalne zaproszenie doktora Spillmana, światowej sławy
chirurga ortopedy. Spillman zwrócił na nią uwagę na wiosennym sympozjum
ortopedów w Londynie, podczas którego prowadziła wykład na temat
uwarunkowań genetycznych występowania skróconych kości udowych u dzieci.
Czekał cierpliwie, gdy sala pustoszała, a potem podszedł do niej i wyciągnął dużą dłoń.
- Joe Spillman. - Uśmiechnął się, a wesołe chochliki błysnęły w szarych
oczach.
Wysoki, zwyczajnie zbudowany, z gęstą czupryną siwiejących włosów miał w sobie coś, co sprawiało, że budził szacunek.
- Wiem, kim pan jest - odpowiedziała Charlotte i zdała sobie sprawę, że
stres towarzyszący jej podczas wykładu to nic w porównaniu z tym, co
czuje w tej chwili. Wysunęła szczupłą dłoń do doktora Spillmana, a drugą
przejechała po swoich długich jasnych włosach upiętych w ciasny kok.
Poczuła, jak robi jej się gorąco, choć sala była klimatyzowana, a ona
miała na sobie czarną wizytową sukienkę do kolan. Momentalnie jednak
opanowała emocje i obdarzyła swojego rozmówcę profesjonalnym uśmiechem,
ukazując swoje białe, idealnie proste zęby.
- Jestem pod wrażeniem pani wiedzy, pani doktor. - Spillman przysiadł na
biurku, przed którym Charlotte chwilę wcześniej prowadziła wykład.
Skrzyżował ręce na piersi i zmierzył wzrokiem całą jej wysoką, szczupłą
sylwetkę. Od stóp ubranych w wysokie szpilki z czerwoną podeszwą przez
wąskie biodra i talię, krągłe piersi, wystające obojczyki aż po twarz.
Drobną, z uwydatnionymi kośćmi policzkowymi i małym, zgrabnym nosem.
Wpatrzył się w jej duże błękitne oczy, a ona pomyślała, że właśnie traci
u niej cały szacunek, jakim go wcześniej darzyła. Oto kolejny mężczyzna
w jej lekarskiej karierze mierzy ją spojrzeniem, jakby była towarem na
półce w sklepie, a nie osławioną panią chirurg. A wtedy on dodał: - Ale
jeszcze większe wrażenie robią na mnie pani osiągnięcia. Słyszałem, że
składa pani pacjentów nie tylko z Islandii, ale i ze Skandynawii.
Niektórzy nazywają panią nordycką mistrzynią skalpela.
- Pan, panie doktorze, jest za to mistrzem na skalę świata. Przecież
przyjeżdżają do pana pacjenci z całego globu - odpowiedziała skromnie
Charlotte, ale od słów Spillmana zrobiło jej się ciepło na sercu.
Zdawała sobie sprawę ze swoich umiejętności, nie sądziła jednak, że jej
pracę dostrzeże tak wybitny specjalista.
- Spillman Orthopedic Institute ma dla pani propozycję nie do
odrzucenia. - Spillman wstał i spojrzał jej prosto w oczy. - Drugiego
sierpnia mam zaplanowaną operację wydłużenia nogi u siedmioletniej
dziewczynki. Chciałbym, żebyśmy przeprowadzili ją razem. Co pani na to?
Dwa miesiące później Charlotte poleciała do Teksasu. Przez pierwsze trzy
tygodnie asystowała Spillmanowi przy każdym badaniu małej Lenki ze
Słowacji oraz każdej rozmowie z jej rodzicami i członkami zespołu, który
zajmował się dziewczynką. Zapoznawała się ze sprzętem, procedurami i planem operacji. Po operacji, która przebiegła bez jakichkolwiek
problemów, przez nieco ponad trzy tygodnie wspólnie obserwowali
dziewczynkę i monitorowali przebieg wzrostu jej nogi. Następnie
Charlotte, bogatsza o nowe doświadczenie, z potężnym honorarium na
koncie i zaproszeniem na kolejną operację za pięć miesięcy, udała się w podróż powrotną do Islandii, do swoich pacjentów, którzy czekali na nią
w szpitalu w Reykjavíku. Choć ostatnie sześć tygodni spędziła w klimatyzowanej, nowoczesnej klinice, to cieszyła się, że opuszcza
upalny, suchy Teksas i wraca na swoją chłodną wyspę. Przyspieszyła nawet
termin wylotu o jeden dzień, ponieważ podczas jednej z rozmów Jens
powiedział jej, że wyjątkowo ma wolny cały weekend. Postanowiła zrobić
mu niespodziankę. O niczym go nie informując, przyleciała na Islandię w piątek wieczorem. Wysiadła z samolotu i ciągnąc za sobą dwie walizki,
skierowała się do wyjścia z lotniska.
Dobrze, że to całe szaleństwo się skończyło, odetchnęła z ulgą, kiedy
przechodziła przez drzwi.
- Dobry wieczór, pani doktor - przywitał ją strażnik, kiwając głową.
No tak, pomyślała i uniosła rękę w geście pozdrowienia. O jej
wyjeździe do Spillmana mówiła cała Islandia. Wszyscy byli z niej dumni.
Na poniedziałek szpital zaplanował nawet konferencję prasową, żeby mogła
opowiedzieć dziennikarzom o minionych sześciu tygodniach i przebiegu
operacji. Uśmiechając się pod nosem, Charlotte wsiadła do taksówki i wpatrzona w surowy, dostojny krajobraz za oknem głęboko nabrała w płuca
powietrza. Już za chwilę wtuli się w swojego męża. Weźmie długą kąpiel i zamówią coś dobrego do jedzenia. Może steki z jagnięciny? A do kolacji
może wypiją jakieś dobre wino? Znając Jensa, przynajmniej jedna butelka
chłodzi się w lodówce, czekając na specjalną okazję. A dziś jest właśnie
specjalna okazja. To będzie wspaniały wieczór, pomyślała, uśmiechając
się jeszcze szerzej.
Gdy taksówka zatrzymała się pod ich białym domem, który wyglądał jak
dworek i znajdował się nad samą Zatoką Faxa w Reykjavíku, Charlotte od
razu zauważyła, że wewnątrz nikogo nie ma. Albo Jens pojechał jednak do
pracy, albo jest w Drangsnes, pomyślała i wyjęła portfel z torebki.
- Nie trzeba, pani doktor - powiedział taksówkarz, a Charlotte dopiero
teraz zdała sobie sprawę, że obserwował ją we wstecznym lusterku. -
Przyniosła pani dumę naszemu krajowi. Dzisiejszy kurs jest gratis.
To się robi przytłaczające, stwierdziła w myślach, przekręcając klucz
w zamku. Obrzuciła spojrzeniem haczyk przy drzwiach i już wszystko
wiedziała. Brakowało kluczy na breloczku z wieżą Eiffla, jedynej
pamiątce, jaką przywieźli z upojnego weekendu w Paryżu we dwoje pięć lat
temu, a to znaczyło, że Jens jest w ich drugim domu. Charlotte zawahała
się przez chwilę. Marzyła o tym, żeby się wykąpać po długiej podróży i założyć jakiś wygodny strój. Kiedy żegnała się z pracownikami Spillman
Orthopedic Institute, miała na sobie elegancki beżowy kombinezon i wysokie czarne szpilki. Tak wsiadła do samolotu. Teraz myślała już tylko
o tym, żeby je zrzucić.
Już zsuwała but, gdy w jednej chwili zmieniła zdanie. Z powrotem włożyła
stopę w szpilkę, chwyciła kluczyki od swojego samochodu, wzięła torebkę,
którą chwilę wcześniej postawiła na komodzie przy drzwiach, i zamknęła
za sobą drzwi. Wykąpie się i przebierze w Drangsnes. A właściwie
rozbierze się dla męża, któremu pozwoli się umyć. I wymasować. Długie
godziny w samolocie zaczęły jej się dawać we znaki, ale skoro świadomie
przyjechała dzień wcześniej bez zapowiedzi, to nie może mieć pretensji
do Jensa, że akurat wybrał się do odległego o trzy i pół godziny drogi
Drangsnes.
Zmierzchało, gdy Charlotte jechała przez dziewicze tereny Islandii. Na
szczęście skończył się już okres ciągłej jasności i teraz wreszcie można
było odróżnić dzień od nocy, ale nie była to jeszcze tak ciemna noc, jak
te w Teksasie. Charlotte kochała swój kraj. Jego dostojność, dzikość i niezgłębione piękno natury. Jego ciszę i poczucie, że jest się tutaj tak
wolnym, jak tylko się tego pragnie. Ale miesiące, gdy dzień trwał
nieprzerwanie przez całą dobę, drażniły ją niezmiennie od dziecka.
Zwłaszcza gdy wracała wieczorami do domu po dwunastogodzinnym dyżurze, a sąsiedzi wokół, ożywieni wieczorną jasnością, wychodzili z psami na
spacer, na jogging albo ruszali na czarną jak smoła plażę, aby
posiedzieć na niej w kurtce i czapce i cieszyć się z jasnej nocy. Pod
tym względem dobrali się z Jensem idealnie. Nienawidził tego tak samo
jak ona.
Jens... Ciekawe, po co pojechał do Drangsnes?, pomyślała i przesunęła
dłonią po czole. Może planuje dla niej jakąś niespodziankę na jutro?
Rzuciła okiem na mijane Borgarnes i pogłośniła radio. Zmęczenie dawało
jej się coraz bardziej we znaki. Zaczynała żałować, że zdecydowała się
na tę podróż.
- Teraz już za późno - mruknęła do siebie i jeszcze bardziej pogłośniła
radio, aż Björk śpiewająca I miss you zahuczała jej w uszach.
Było przed dwudziestą trzecią, gdy wreszcie zjechała z trasy, skręcając
w prawo, i minęła tabliczkę z napisem Drangsnes. Ich drugi dom. Trafili
tu przypadkiem kilka miesięcy po ślubie, gdy pewnej niedzieli wybrali
się na zwiedzanie północnej Islandii. Charlotte zachwyciła się widokiem
fiordu Steingrímsfjör?ur, maskonurami, basenami termalnymi i wrażeniem,
że czas płynie tutaj trzy razy wolniej. Stojąc na maleńkim podeście,
spod którego odpływały motorówki na wysepkę Grimsey, Charlotte zamknęła
oczy i wciągnęła w płuca czyste, niemal dziewicze powietrze.
- Chcę tu zamieszkać - szepnęła, a Jens ze śmiechem wziął ją w ramiona.
- No nie - powiedział, czochrając ją żartobliwie po głowie. - Ze
wszystkich pustkowi, jakie dzisiaj odwiedziliśmy, ty musiałaś zakochać
się akurat w tym, w którym już naprawdę prawie nikogo nie ma.
Charlotte zaśmiała się pod nosem na to wspomnienie. Przejechała obok
szkoły i trzech gorących źródełek, w których dostrzegła dwie starsze
kobiety w czapkach na głowach, a następnie minęła sklep i skręciła w lewo. W miarę jak jej auto wspinało się pod górę, zabudowa stawała się
coraz rzadsza. Ich dom mieścił się na samym końcu tej
siedemdziesięcioosobowej miejscowości. Był to jedyny wystawiony wówczas
na sprzedaż budynek mieszkalny i choć Charlotte liczyła na coś z widokiem na fiord, to tamtej niedzieli nie wahała się ani chwili.
Najważniejsze, że to jest wciąż w Drangsnes. Mieszkanie w tym miejscu
zdawało się jej przeznaczeniem. Pojawiła się w Drangsnes, zapragnęła tu
zamieszkać i akurat był tu dom na sprzedaż. Wiedziała, że jeśli się od
razu nie zdecyduje, to nieprędko trafi się taka okazja.
Samochód Jensa stał pod domem. Brama była zamknięta i tylko słabe
światło lampki nocnej przebijało się spod nie do końca zaciągniętej
czarnej rolety w ich sypialni na piętrze.
Charlotte zostawiła auto pod bramą i skierowała się do zielonych drzwi
wejściowych. Nacisnęła klamkę, ale nie ustąpiły.
- Komendant policji w Reykjavíku boi się spać sam w domu - prychnęła pod
nosem i wygrzebała klucze z torebki. Zamykanie domu na klucz to ostatnia
rzecz, o jakiej myślą mieszkańcy Drangsnes. - No dobrze, panie
policjancie, przyjechał twój ochroniarz - wymamrotała do siebie i delikatnie otworzyła drzwi.
W domu panowały egipskie ciemności spotęgowane przez czarne rolety
zewnętrzne zasłaniające wszystkie okna. Nie chcąc zapalać światła,
Charlotte sięgnęła do torebki po telefon, ale zdała sobie sprawę, że
zostawiła go w samochodzie. Trudno, pomyślała, dotarła do schodów po
omacku i zdjęła buty. Pójdzie po telefon rano. Zaczęła wspinać się na
paluszkach, a gdy znalazła się na piętrze, skierowała się w stronę drzwi
na lewo. Dopiero teraz usłyszała dobiegające od ich strony przytłumione
jęki. Spod drzwi sączyło się delikatne światło. Charlotte poczuła falę
strachu przechodzącą od czubka głowy aż do palców stóp. Stała tak przez
moment, aż odważyła się zrobić pierwszy krok. Jak w transie wędrowała
przed siebie z ręką wyciągniętą w stronę klamki, a wtedy do jej uszu
doszedł jeszcze jeden dźwięk. Odgłos szamotaniny? Przełknęła z trudem
ślinę i cicho otworzyła drzwi swojej małżeńskiej sypialni. Na potężnym
łóżku na wprost wejścia, w skotłowanej pościeli zobaczyła nagiego Jensa,
który siedział okrakiem na nagiej kobiecie. Jego silne, umięśnione
ramiona zaciskały się na jej szyi, dyszał ciężko z obnażonymi zębami jak
dzikie zwierzę. Nogi dziewczyny jeszcze lekko wierzgały przygniecione
przez ciężkie ciało Jensa, gdy resztkami sił walczyła o życie. Jej oczy
były wielkie i przerażone, a usta otwarte w płonnej nadziei złapania
oddechu. Wreszcie jej dłonie, którymi próbowała oderwać palce Jensa od
swojej szyi, opadły bezwładnie na pościel, a nogi zastygły w bezruchu
Torebka, którą Charlotte wciąż trzymała w ręku, opadła z głuchym
łupnięciem na podłogę. Jens błyskawicznie spojrzał w stronę wejścia.
Zerwał się z łóżka, a głowa dziewczyny opadła na bok. Jej nienaturalnie
wielkie, puste oczy patrzyły teraz wprost na Charlotte. Zanim Jens
chwycił żonę pod pachy i zaczął wlec w stronę schodów, zdążyła jeszcze
dostrzec zasiniałą szyję.
- Jens! - krzyknęła rozpaczliwie Charlotte, wymachując nogami i próbując
się wyrwać. - Jens, kurwa, coś ty zrobił?! Kim jest ta kobieta? Jens! O Boże, nie! Proszę! - wrzasnęła, a zaraz potem mąż pchnął ją jak lalkę na
schody.
Charlotte przekoziołkowała na sam dół. Po drodze próbowała się złapać
drewnianych barierek, ale siła, z jaką zrzucił ją Jens, była tak wielka,
że jej dłonie tylko się ślizgały po wypolerowanym drewnie, a ona sama
bezwładnie spadała coraz niżej, obijając całe ciało. Zanim spadła na
stojące na podłodze szpilki, uderzyła głową w wystający pierwszy stopień
schodów. Z oczu poleciały jej łzy, głowa pulsowała rozrywającym bólem, w uszach jej szumiało, szpilka jednego buta wbijała jej się w policzek, a druga gniotła boleśnie w piersi. Bolały ją poturbowane plecy i ręce
powykrzywiane od rozpaczliwych prób zatrzymania się na schodach. Jednak
nawet nie drgnęła. Nie wiedziała, gdzie jest Jens. Po chwili usłyszała
gorączkową krzątaninę na górze. Trzaskały drzwi szafy, szurały buty, a wreszcie ciężkie kroki zadudniły na schodach. Dreszcz strachu przeszył
całe jej ciało, a łzy momentalnie przestały lecieć. Zamknęła oczy i otworzyła je lekko dopiero, gdy usłyszała, jak Jens otwiera drzwi
wejściowe. W smudze delikatnego światła z lampy nad drzwiami zobaczyła,
jak wychodzi ubrany w swój policyjny mundur z zawiniętą w prześcieradło
dziewczyną przerzuconą przez ramię. Usłyszała trzaśnięcie bagażnika, a chwilę później w drzwiach znów ukazała się wielka postać. Charlotte
błyskawicznie zamknęła oczy. Powoli, krok za krokiem Jens zbliżał się do
niej. Wstrzymała oddech i robiła wszystko, żeby nie drgnął jej choćby
najmniejszy mięsień twarzy. Jens kucnął przy niej i odgarnął jej mokre
od łez włosy z twarzy. Przerażenie ścisnęło jej serce. Pochylał się tak
nad nią w milczeniu, a Charlotte z sekundy na sekundę bała się coraz
bardziej.
- Przecież wiem, że żyjesz - szepnął i przejechał palcem po jej
policzku. - Doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie lubię
niezapowiedzianych wizyt, skarbie. No ale skoro chciałaś mi zrobić
niespodziankę, to muszę ci się jakoś odwdzięczyć.
Charlotte otworzyła oczy, a twarz Jensa rozświetlił uśmiech szaleńca.
- Ty będziesz następna.
Odszedł w stronę drzwi, ale wrócił się jeszcze i z całej siły kopnął ją
w kręgosłup. Charlotte zawyła z bólu, a Jens złapał ją za nogi i zaczął
wlec po podłodze do kuchni.
- Jens, przestań! - wydyszała z trudem, kiedy jej podbródek sunął po
twardych deskach podłogi. Ramiona miała wyciągnięte przed siebie i próbowała zaczepić się gdzieś paznokciami, ale tylko raniła się jeszcze
bardziej. Wreszcie Jens puścił jej nogi, które z łoskotem opadły na
zimne płytki w kuchni. - Jens, co ty... - zaczęła przestraszona, unosząc
się z trudem na rękach. Zobaczyła, że są obok drzwi do piwnicy. -
Błagam, nie! - zdążyła krzyknąć, gdy Jens otworzył je i popchnął ją w dół.
Stoczyła się z sześciu betonowych schodków do maleńkiej piwnicy.
Zobaczyła jeszcze tylko, jak Jens wyłącza bezpieczniki umieszczone w szafce elektrycznej, usłyszała przekręcanie i wyszarpywanie klucza z szafki, a potem trzasnęły drzwi i w pomieszczeniu zrobiło się całkowicie
ciemno, a wilgotny, ciężki zapach wypełnił jej nozdrza.
Była sparaliżowana strachem. Leżała twarzą na zimnym betonie i bała się
choćby głośniej odetchnąć. Ciemność była tak głęboka, że Charlotte nie
widziała nawet swojej dłoni. Poczuła, jak coś ciepłego spływa jej z nosa
na usta, a po chwili wyczuła na języku metaliczny posmak krwi.
Boże, co się właśnie wydarzyło?, pomyślała przerażona, starając się z całych sił dosłyszeć jakiś dźwięk za drzwiami piwnicy. Czuła się jak
zwierzę schwytane w pułapkę. Nie miała pojęcia, ile czasu tak leżała w bezruchu. W pewnym momencie jej wzrok nieco przyzwyczaił się do
ciemności. W końcu uniosła dłoń, otarła sobie krew z nosa i z najwyższym
wysiłkiem uniosła się na rękach. A wtedy w głowie pojawiło jej się jedno
słowo: Kolbrún.
Przerażenie, jakie czuła w obecności Jensa, było niczym w porównaniu do
przerażenia, jakie ogarnęło ją teraz. Zaczęła na czworakach przesuwać
się w stronę schodów. Choć ich nie widziała, to wiedziała, że tam są.
Wymacała dłonią pierwszy stopień i zaczęła się po nich wciągać. Zaledwie
sześć stopni, a wysiłek był taki, jakby wspinała się na Mount Everest.
Bolały ją plecy, dłonie, nogi, szyja i nos. Wszystko. Chociaż siebie nie
widziała, to uważnie rejestrowała każdy ruch, jakby dopiero uczyła się
chodzić. Dłoń, łokieć, kolano. Dłoń, łokieć, kolano. Jak wskazówki
zegara wprawione w ruch. W końcu uderzyła głową w drzwi prowadzące do
kuchni i podciągając się na najwyższy stopień, przesunęła po nich
dłonią. Wyczuła klamkę, nacisnęła ją i wpadła tułowiem na zimne kuchenne
płytki.
Parter był całkowicie ciemny i cichy. Ale już nie tak upiornie ciemny
jak piwnica. Czy Jens jest w domu i obserwuje ją teraz z jakiegoś kąta?
A może pojechał z ciałem tej kobiety? W końcu pakował ją do samochodu. W głowie Charlotte kłębiło się mnóstwo pytań.
- Jens - wyrzęziła cicho, aż sama przeraziła się tego szeptu.
Odchrząknęła i powiedziała głośniej: - Jens, jesteś tutaj? Zrobię, co
tylko chcesz, tylko się pokaż.
Czekała, leżąc połową ciała w kuchni, a połową wciąż na piwnicznych
schodach. Nie słyszała nic, ale też nie czuła niczyjej obecności.
Przełykając z trudem ślinę, złapała dłońmi drzwi i podciągnęła nogi do
siebie. Oddychała ciężko i poczuła napływające do oczu łzy. Och nie,
tylko nie to, pomyślała i wystraszyła się jeszcze bardziej. Przecież
nie może się teraz załamać. Wzięła trzy oddechy, jak zawsze, gdy pacjent
był w stanie zagrożenia życia, a ona była jedyną osobą, która mogła go
uratować od śmierci. Teraz ona jest swoim własnym pacjentem.
Zastanowiła się, która może być godzina. Ile czasu spędziła w piwnicy?
Pamiętała, że przyjechała około dwudziestej trzeciej, ale która godzina
jest teraz? Poczuła nagle na nadgarstku swój złoty zegarek. Klasyczny,
elegancki i piękny, ale teraz kompletnie bezużyteczny, bo w tych
ciemnościach nie była w stanie nawet go dojrzeć, a co dopiero sprawdzić
położenia wskazówek.
Chwyciła dłońmi klamki po obu stronach drzwi i dźwignęła się z trudem na
nogi. Drzwi zaskrzypiały przeraźliwie, a ona czuła, jak trzęsą się jej
nogi i ręce, gdy próbowała utrzymać się w pozycji pionowej. Ale stała!
To najważniejsze. Zrobiła trzy wolne kroki. Chodzi. Otarła palcami nos i usta i czując zimne płytki pod bosymi stopami, poszła powoli w stronę
drzwi wejściowych. Były zamknięte na klucz od zewnątrz. Nacisnęła
przycisk odsłaniający rolety zewnętrzne, ale nic się nie wydarzyło. Okna
w całym domu były szczelnie zasłonięte. Zaczęła się przeklinać w myślach
za to, że tak namawiała Jensa, aby zamontowali elektryczne rolety
zamiast standardowych. Szarpnęła ze złością klamkę drzwi, ale one ani
drgnęły. Odwróciła się do nich plecami i osunęła na podłogę.
Nienawidziła się za to, że znowu płacze i że jest taka bezsilna.
Przecież musi działać, a nie się mazać! I wtedy sobie o czymś
przypomniała. Spróbowała się podnieść, ale zachwiała się i klapnęła
ciężko na pośladki. Zaszlochała i ruszyła na czworakach w stronę schodów
prowadzących na piętro. Chwyciła się barierki i wstała, a potem,
przypominając sobie dokładnie swój upadek z tych schodów, zaczęła powoli
wspinać się po nich na górę. Była zła na siebie, że nie może chodzić
szybciej, bo nie wiedziała, ile czasu zostało do powrotu Jensa. Z nosa
znowu zaczęła jej się sączyć krew. Otarła twarz dłonią i kontynuowała
wspinaczkę, czując, że rozmazuje na całej barierce krwawy odcisk dłoni.
Odetchnęła głęboko, gdy weszła na piętro. Nogi i ręce drżały jej, jakby
przygotowywały ją do ponownego upadku.
- Nie - powiedziała do siebie głośno i poczuła, jak wracają jej czujność
i opanowanie, których doświadczała na sali operacyjnej. Oprócz talentu
koledzy po fachu podziwiali ją właśnie za zachowywanie zimnej krwi.
Nawet w najtrudniejszych momentach, gdy pacjent umierał na stole,
Charlotte potrafiła powstrzymać narastające emocje i działać z precyzją
i opanowaniem. To podejście pojawiło się po śmierci jej pierwszego,
nieformalnego pacjenta. I choć czuła teraz, że ani psychicznie, ani
fizycznie nie daje rady, to wiedziała, że nie ma tutaj nikogo, kto
mógłby jej pomóc. To nie szpital. Nikt nie przyjdzie na zastępstwo ani
nie poda jej żadnego leku. To środek cholernego piekła, w którym
niespodziewanie się znalazła.
Na oślep ruszyła przed siebie w stronę sypialni. Wyciągnęła rękę do
przodu i z wysiłkiem utrzymywała ją w powietrzu, robiąc krok za krokiem
i czekając, aż natknie się na drzwi. Jens musiał zostawić je otwarte, bo
choć ich nie dotknęła, to poczuła, że znalazła się w sypialni. W środku
unosił się zapach potu zmieszany z zapachem spermy i czymś, czego
Charlotte nie potrafiła na początku rozszyfrować.
Strach, usłyszała cichy głos w swojej głowie, a jej ciałem wstrząsnął
dreszcz. Teraz zrozumiała. Taki zapach miał strach. Poczuła, jak włoski
na karku stają jej dęba, i opadła na kolana. Wzdrygnęła się, gdy jej
dłoń natrafiła na jakiś miękki materiał. Ubranie. Chyba majtki.
Odrzuciła je od siebie i dalej desperacko przesuwała dłońmi po podłodze.
Krzyknęła ze strachu, gdy coś ciepłego opadło jej na dłoń, i usiadła,
próbując osłonić twarz.
- Jens?! - powiedziała, oddychając ciężko, ale po chwili zdała sobie
sprawę, że to krew z nosa kapnęła jej na rękę.
Słyszała walenie swojego serca, gdy ponownie przeszukiwała na czworakach
ciemny jak grobowiec pokój. Miała wrażenie, że sprawdziła każdy kąt, a mimo to wciąż nie znalazła tego, po co tu przyszła. Kolana bolały ją
okropnie, gdy ponownie ruszyła przed siebie.
- Au - syknęła, gdy przywaliła głową w ramę łóżka. Usiadła, podpierając
się jedną ręką, a drugą przykładając do czoła. I wtedy ją wyczuła.
Sięgnęła dłonią głębiej pod łóżko i wyciągnęła swoją torebkę. Jens
musiał ją tam kopnąć, zanim wyszedł z pokoju. Charlotte wymacała zamek i otworzyła ją. Wyczuła swój portfel, paszport, wszystkie dokumenty, które
tu miała, a nawet jakiegoś batona, którego nie zjadła w samolocie, i wreszcie na samym spodzie znalazła swoje wybawienie. Pęk kluczy.
Zanim wstała, wygrzebała jeszcze z torebki chusteczki higieniczne.
Wyjęła jedną i przedarła na pół, a potem zrolowała obie części i włożyła
sobie w dziurki od nosa, sycząc przy tym z bólu. Oddychając ciężko przez
usta, wstała i z rękami przed sobą skierowała się w stronę schodów. Była
zbyt obolała, żeby z nich zejść w ciemnościach. I zbyt przerażona, bo w głowie zobaczyła siebie spadającą z nich wcześniej. Usiadła więc na
najwyższym stopniu i trzymając się mocno barierek, zaczęła zsuwać się
pośladkami w dół, stopień za stopniem.
Na samym dole wymacała dłońmi swoje szpilki i uklęknęła przed dziurką od
klucza. Wyjęła z torebki pęk kluczy i opuszkami palców próbowała wymacać
ten właściwy. Był tam jeszcze klucz od domu w Reykjavíku, od mieszkania
teściowej, od skrzynki na listy, od jej samochodu, od samochodu Jensa i od jej gabinetu w szpitalu. Zazwyczaj wystarczał jej rzut oka, aby
wybrać właściwy klucz. Ale teraz, po ciemku, wszystkie wydawały się
takie same. Udało jej się za trzecim razem, a gdy zimne powietrze owiało
jej twarz, z oczu po raz kolejny tej nocy potoczyły się łzy. Wsiadła do
samochodu, z ulgą dostrzegła na fotelu pasażera swój telefon i ruszyła
pustą drogą przed siebie. Przez całą drogę do Keflavíku zerkała
nieustannie w lusterka. Obezwładniający strach ogarnął ją, gdy
pięćdziesiąt kilometrów przed Reykjavíkiem na desce rozdzielczej
zapaliła się kontrolka paliwa. Zjechała na bezobsługową stację
benzynową, o tej porze całkiem pustą. Zatankowała tylko tyle, by
dojechać do lotniska. Zanim wsiadła do samochodu, sprawdziła tylne
siedzenia, choć widziała, że nikogo poza nią tam nie było. Nigdy w życiu
się tak nie bała.
Była prawie czwarta nad ranem, kiedy zaparkowała pod lotniskiem, które
opuściła kilka godzin wcześniej. Całe szczęście, że nie wyjęła nic z torebki po powrocie do domu z Houston. Zanim weszła do hali odlotów,
otworzyła jeszcze bagażnik. Jako lekarz zawsze woziła ze sobą walizeczkę
pełną małych buteleczek płynnych leków na różne przypadłości. Przyjrzała
im się uważnie i przeanalizowała w głowie różne kombinacje, które
jednocześnie mogła bezpiecznie zabrać ze sobą do samolotu. Epinefryna,
Xanax, Midol, ibuprofen, lorazepam i mała, pusta, sterylnie zapakowana
strzykawka. Dla pozorów włożyła jeszcze do torebki kompresy, bandaż oraz
plastry i upewniwszy się, że jej legitymacja lekarska jest w portfelu,
zatrzasnęła klapę bagażnika i wzięła głęboki oddech. Była gotowa do
wylotu.
Stanęła na środku małej hali z przeszklonym dachem, przez który widać
było teraz tylko ciemność. Rozejrzała się, jakby była tu po raz
pierwszy, i podeszła do punktu informacji.
- Muszę się dostać do Perth - powiedziała, patrząc na korpulentną
starszą panią, która mimo środka nocy uśmiechnęła się do niej
promiennie. Momentalnie jednak zmieniła wyraz twarzy i rozszerzyła oczy
z przerażenia.
- Czy wszystko z panią w porządku? - Kobieta wstała z czarnego,
biurowego fotela i badawczo przyjrzała się Charlotte. Była od niej sporo
niższa, więc musiała nieco zadrzeć głowę.
- O co pani, do cholery, chodzi? - zdenerwowała się Charlotte. - Ja chcę
kupić... - dodała, ale urwała i przyłożyła dłoń do twarzy.
Zimny dreszcz strachu wstrząsnął jej szczupłym ciałem, gdy uzmysłowiła
sobie, że musi wyglądać koszmarnie. Ani razu nie przyjrzała się sobie w lusterku samochodu, odkąd uciekła z Drangsnes. Przez całą drogę co
chwilę zerkała we wszystkie trzy lusterka, obawiając się, że zobaczy
samochód goniącego ją Jensa. Była na tym tak bardzo skupiona, że nawet
przez myśl jej nie przeszło, aby choć raz spojrzeć na siebie. Teraz,
patrząc na przerażoną i zmartwioną twarz stojącej przed nią kobiety,
wiedziała, że musi wyglądać upiornie. Charlotte odchrząknęła i spróbowała się uśmiechnąć. Skóra na prawym policzku zapiekła ją
nieznośnie.
- Potknęłam się, wysiadając z samochodu na parkingu pod państwa
lotniskiem. Tam jest pełno dziur, a jeszcze to słabe oświetlenie...
Porysowałam sobie całą twarz przez państwa zaniedbanie. Proszę to
zgłosić do obsługi.
- Ja panią znam - powiedziała powoli kobieta, ignorując słowa Charlotte.
- To pani uratowała mojego syna po wypadku na motocyklu. Addi, siedem
lat temu, pamięta pani? Był wtedy o włos od śmierci, a tydzień temu
urodził mu się drugi syn. To wszystko dzięki pani.
Charlotte otworzyła usta, chcąc jej przerwać, ale kobieta przechyliła
się nad oddzielającym je kontuarem i zapytała cicho:
- Na pewno wszystko w porządku?
- Muszę się dostać do Perth - niemal wykrzyknęła Charlotte, a kobieta
natychmiast zamilkła, usiadła i szybko zaczęła stukać w klawiaturę.
Charlotte przestępowała z nogi na nogę, bo stanie w szpilkach to była
dla niej teraz istna tortura, a jednocześnie rozglądała się z niepokojem
po lotnisku, w każdej chwili spodziewając się Jensa. Nie miała
wątpliwości, że od razu domyśli się, dokąd ucieka.
- Najlepszy lot jest jutro o piętnastej - odezwała się kobieta z punktu
informacji, patrząc na nią ze swoim promiennym uśmiechem, którym
przywitała ją na początku.
W Charlotte aż się zagotowało. Najwyraźniej opanowanie i zimna krew,
które pozwoliły jej uciec z Drangsnes, wyparowały z niej wraz z przekroczeniem progu lotniska.
- Proszę pani - zaczęła najspokojniej jak umiała, ale z każdym słowem
mówiła coraz głośniej - gdybym chciała lecieć jutro, to bym sobie kupiła
bilet przez internet. Muszę lecieć TERAZ!
Uśmiech zniknął z twarzy kobiety. Zmarszczyła brwi i ponownie zaczęła
stukać w klawiaturę.
- Siódma rano, ale są cztery przesiadki i lot potrwa pięćdziesiąt cztery
godziny.
Charlotte poczuła ogarniającą ją panikę. Dochodziła czwarta. Do odlotu
pozostały trzy godziny. Lotnisko w Keflavíku było tak małe, że nie
miałaby się gdzie schować. Jeśli Jens się tutaj pojawi, wszczynanie
alarmu nie będzie miało najmniejszego sensu. Kto uwierzy w oskarżenia
przeciwko komendantowi policji?
Odchrząknęła.
- A jaki samolot odlatuje najwcześniej?
- Najwcześniej do Perth? - Kobieta patrzyła na nią zdezorientowana.
- Nie. - Charlotte uśmiechnęła się samymi ustami. - Dokądkolwiek.
Kobieta zmarszczyła brwi, zerknęła na monitor i powiedziała:
- Berlin, czwarta czterdzieści pięć.
- Doskonale, poproszę bilet.
Miała niewiele ponad pięćdziesiąt minut. Przeszła obok kontroli
bezpieczeństwa i zniknęła w damskiej toalecie. Była tam sama. Spojrzała
w duże lustro nad dwiema umywalkami, a z jej gardła wydobyło się głośne
westchnienie. Dłonie jej drżały, gdy sięgała nimi po białe ręczniki
jednorazowe i moczyła je wodą. Przez cały czas patrzyła na swoje odbicie
w lustrze, jakby nie mogła uwierzyć, że kobieta, którą tam widzi, to ona
sama. Miała czerwoną żyłkę na prawym oku i rozmazany czarny tusz pod
rzęsami. W dziurkach od nosa i nad ustami widać było zaschniętą krew.
Prawy policzek, lekko spuchnięty, miał czerwony ślad po wbitym obcasie.
Na podbródku i szyi ujawniały się już zasinienia, a włosy, zamiast
pozostawać w koku, sterczały z niego we wszystkich kierunkach. Na
odsłoniętych przedramionach widać było pełno siniaków, na łokciach zaś
zdartą do krwi skórę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, czego
doświadczyło jej ciało. Na kombinezonie, na wysokości brzucha dostrzegła
krwawy odcisk dwóch palców. Nie wiedziała, kiedy wytarła dłonie o materiał. Być może stało się to, gdy wchodziła na piętro domu? Albo już
w sypialni, gdy desperacko szukała na podłodze swojej torebki?
Zastanawiała się, co powinna zrobić, żeby nie wezwano policji, gdy
stanie przed bramką samolotu. Zerknęła na zegarek. Czterdzieści osiem
minut od odlotu. Nie ma czasu się nad sobą użalać.
Przyłożyła zmoczone ręczniki do nosa i ust i otarła krew. Potem usunęła
rozmazany tusz pod oczami i rozpuściła spięte w kok włosy. Starała się
zakryć nimi jak największą część twarzy, a potem, przykładając sobie
torebkę do brzucha, wyszła z łazienki i skierowała się do kontroli
bezpieczeństwa.
Siedziała pod bramką, z nikim nie nawiązując kontaktu wzrokowego. Wciąż
się bała. Ta niewiedza, gdzie on teraz jest, doprowadzała ją do
szaleństwa. Czuła się, jakby była w pokoju pełnym ukrytych kamer - nie
wiadomo, gdzie są, ale wiadomo, że nic im nie umknie. Wyśledzenie jej to
dla niego bułka z masłem. Jedyne, co ona musi zrobić, to dotrzeć
pierwsza do Perth, a potem jak najszybciej stamtąd uciec. Odetchnęła
głębiej dopiero wtedy, gdy samolot zaczął kołować po płycie lotniska.
Jak na razie jej się udało. Żyje.
Na lotnisku w Berlinie kupiła bilet do Perth. Dwie przesiadki i dwadzieścia dwie godziny lotu. Jedna w Stambule, druga w Singapurze.
Charlotte w ogóle nie czuła zmęczenia, choć miała za sobą dziewięć
godzin w samolocie ze Stanów, potem podróż samochodem do Drangsnes i z powrotem, a następnie ponad trzygodzinny lot z Keflavíku. Siedziała w kawiarni naprzeciwko bramki samolotu do Stambułu, a obok niej stał
wielki kubek parującej miętowej herbaty. Nie piła jej. Przyszła do
kawiarni, ponieważ były w niej bezprzewodowe ładowarki do telefonu, a ona z zaskoczeniem odkryła, że nie ma własnej w torebce. Musiała ją
schować do bagażu podręcznego. Albo do dużej walizki. Nie wiedziała.
Patrzyła tępym wzrokiem na swój telefon, gdy uzmysłowiła sobie, że w poniedziałek miała być w pracy. Musiała komuś dać znać, że nie
przyjdzie. Wokół jej osoby było zbyt dużo szumu, aby mogła zostawić
szpital bez żadnej wiadomości.
Dzień dobry, Panie Ordynatorze, moja matka miała rozległy zawał. Muszę
pilnie lecieć do Vancouver i się nią zaopiekować. Mam kilka dni
zaległego urlopu za zeszły rok i cały za ten. Wezmę wszystko naraz. Z matką jest bardzo źle.
Kliknęła "wyślij" i podziękowała sobie w duchu, że w szpitalu nikt nie
wiedział o tym, że rozmawia z własną matką tylko na Wielkanoc i Boże
Narodzenie. Suche życzenia, pytanie, jak się masz, i koniec rozmowy.
Niezmiennie od osiemnastu lat.
Wtedy też była straszna noc, choć zegar wskazywał popołudnie. Matka od
tygodni namawiała ich, żeby pojechali całą rodziną na Boże Narodzenie do
jakiegoś domku w pobliżu arboretum Hallormssta?ur, na drugim końcu
Islandii. Zarówno Charlotte, jak i ojcu ten pomysł wydawał się
absurdalny.
- Naprawdę chcesz spędzić Boże Narodzenie w lesie, Torfey? Jest zimno i ciemno, więc i tak przez większość dnia będziemy siedzieć w pomieszczeniu - próbował przekonać matkę ojciec.
- Ale przez te kilka godzin, gdy będzie jasno, będziemy mogli sobie
spacerować w pięknym otoczeniu i rozkoszować się swoim towarzystwem. Tak
mało ostatnio mamy czasu dla siebie - nie dawała za wygraną matka.
Charlotte była uczennicą liceum o profilu medycznym. Sprecyzowała sobie
plany na przyszłość po tym, jak jako dziesięcioletnia dziewczynka
wylądowała w szpitalu z atakiem kolki nerkowej. Gdy następnego ranka
obudziła się na sali szpitalnej, uważnie rozejrzała się po
pomieszczeniu. Potężny ból, jaki przeżyła dzień wcześniej, odszedł w zapomnienie i choć czuła się jeszcze bardzo osłabiona, to jednocześnie
przepełniała ją fascynacja miejscem, w którym się znalazła. Siedziała na
łóżku i przyglądała się wszystkiemu w sali. Przysunęła sobie dłoń pod
oczy i analizowała, pod jakim kątem jest wbity w nią wenflon.
Przypomniała sobie, jak wczoraj była podłączona do niego kroplówka,
przez którą wpływało do jej ciała zbawienne lekarstwo. To jest jak
magia, pomyślała i zsunęła nogi z łóżka. Założyła kapcie i wyszła na
korytarz do łazienki. Minęła otwarte drzwi do gabinetu, w którym
siedziało trzech lekarzy. Cofnęła się i oparła o framugę. Dwóch
siedziało po obu stronach biurka, a trzeci stał pochylony nad nimi i cała trójka o czymś dyskutowała. W tym, który stał, Charlotte rozpoznała
miłego, młodego pana doktora, który przyjął ją wczoraj na oddział. Nagle
spojrzał w stronę drzwi i wyprostował się z uśmiechem.
- Dzień dobry, młoda damo. Jak się dzisiaj czujemy?
- Co pan tam czyta? - zapytała, zbliżając się do biurka.
Lekarz podszedł do niej i położywszy jej dłoń na plecach, wyprowadził ją
z gabinetu i zamknął za nimi drzwi.
- Dokąd się wybierałaś? - zapytał, pochylając się tak, że ich oczy były
na jednym poziomie.
- Do łazienki - powiedziała.
- To idź z niej skorzystać i wracaj do łóżka. Zaraz będzie śniadanie, a potem przyjdę do ciebie na obchód.
- A co to jest obchód?
Lekarz uśmiechnął się szeroko.
- Dużo nowych rzeczy? Będę miał dla ciebie dziesięć minut ekstra za to,
jaką dzielną pacjentką wczoraj byłaś. Wtedy ci powiem, co to jest
obchód. A teraz zmykaj.
Wyprostował się i położył dłoń na klamce.
- A powie mi pan, co pan tam czytał? - Charlotte spojrzała na niego
błagalnie.
- Nie mogę ci tego powiedzieć, bo to dotyczy innego pacjenta, ale za to
przeanalizuję z tobą twoje wyniki badań. Umowa stoi?
- Stoi - powiedziała Charlotte, czując w brzuchu ekscytację. Nigdy
wcześniej się tak nie czuła. I zaczęła żałować, że ból minął, bo to
znaczyło, że nie będzie mogła zostać tutaj dłużej.
Właśnie wtedy zakiełkowała w niej myśl, żeby zostać lekarzem. Każdego
roku była bliżej swojego celu, a medyczne liceum miało jej pomóc w dostaniu się na wymarzony kierunek. Zadanie nie było łatwe, bo tylko
jedna islandzka uczelnia kształciła przyszłych lekarzy i do tego liczba
miejsc, jakie oferowała, była naprawdę ograniczona. Háskóli Íslands,
czyli Uniwersytet Islandzki, każdego roku przyjmował w swoje progi
zaledwie sześćdziesięciu studentów medycyny. Charlotte w liceum harowała
jak wół, żeby mieć jak najlepsze wyniki. Zbierała najwyższe oceny, brała
udział w konkursach, wspólnych projektach i kursach, była też
sekretarzem samorządu uczniowskiego. Dlatego gdy tylko nadszedł
grudzień, zaczęła odliczać dni do przerwy świątecznej. Cieszyła się, że
trochę odsapnie i wreszcie spotka się z przyjaciółkami. Tak jak ojciec
wolała zostać w Reykjavíku, ale nie byli w stanie przekonać matki.
Pierwszego dnia przerwy świątecznej ojciec zamknął swoją księgarnię w pobliżu kościoła Hallgrímura, będącego, zdaniem Charlotte,
najpiękniejszym budynkiem na całej Islandii. Strzelisty, z potężną
wieżą, która płynnie obniżała się w dwa boczne skrzydła, był widoczny z każdego miejsca w mieście. A Charlotte, ilekroć widziała ten cud
architektury, myślała tylko o jednym. Tuż obok, w małej księgarni,
pracował jej ukochany tata. I właśnie z nim oraz mamą zapakowali się w samochód i udali w ośmiogodzinną podróż do wynajętego przez matkę domu w Hallormssta?ur.
Na początku było fajnie. Długie rozmowy przy kominku, grzane wino i ciepłe ciasto. Okazało się, że matka wzięła trzy opasłe albumy z rodzinnymi zdjęciami, więc pochyleni całą trójką nad fotografiami
zaśmiewali się co chwilę, przypominając sobie uchwycone na nich momenty.
A właściwie to rodzice przypominali te momenty Charlotte. Siedzieli na
kanapie wśród zapachu cynamonu i wesołego trzaskania drewna palącego się
w kominku. Charlotte w środku, a rodzice po bokach. Ojciec obejmował ją
ramieniem, a matka niemal cały czas trzymała jej dłoń i z przejęciem
opowiadała historie związane z kolejnymi zdjęciami. Puszczała ją tylko
po to, aby przerzucić duże białe stronice albumu, ale nawet wtedy wciąż
była tak blisko, że Charlotte czuła ciepło jej ciała. W Charlotte
budziły się wspomnienia i, siedząc na kanapie wśród radosnego
trajkotania mamy i rzucanych od czasu do czasu komentarzy taty, myślała
wówczas, jaką jest szczęściarą. Miała kochających się rodziców, którzy
swoją córkę kochali równie mocno jak siebie nawzajem. Choć jej relacja z ojcem była wyjątkowo głęboka, to swojej mamy nie zamieniłaby na żadną
inną. Charlotte była córeczką tatusia, więc Torfey siłą rzeczy musiała
pełnić czasami rolę złego policjanta w ich małej, trzyosobowej
społeczności. Ale zarówno od ojca, jak i od matki dostawała mnóstwo
miłości, wsparcia i poczucia, że jest ważna. Nie mogłaby sobie wymarzyć
lepszych rodziców.
Gdy o jedenastej rano robiło się jasno, wychodzili do lasu. Wracali, gdy
się ściemniało, czyli tuż po trzeciej po południu, by wskoczyć pod koc i dalej beztrosko leniuchować. Charlotte była wdzięczna matce za ten
pomysł, bo dzięki niemu spędzali wszyscy naprawdę cudowny, rodzinny
czas, a co najważniejsze, Charlotte miała ojca non stop przy sobie. Był
dla niej ideałem mężczyzny, najlepszym przyjacielem i osobistym
kucharzem. Kochała go do szaleństwa. Od dziecka, gdy ojciec był obok,
matka mogła nie istnieć. To jego szukała, gdy obtarła sobie kolano albo
gdy pokłóciła się z koleżanką, gdy zezłościła się na coś czy wręcz
przeciwnie - była tak szczęśliwa, że czuła, jakby unosiła się nad
ziemią. To on jej szykował najlepsze śniadania na świecie. To on
przychodził do niej z kubkiem gorącej czekolady, gdy uczyła się do
późna. I to on delikatnie jej sugerował, aby przeprosiła mamę, gdy się
pokłóciły. Charlotte zawsze patrzyła na niego z uwielbieniem i była
dumna, że jest córką tak wspaniałego, dobrego i mądrego człowieka. Był
piękny w środku i na zewnątrz. Postawny blondyn o dużych niebieskich
oczach. Sama jego sylwetka dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Matka
była niska, miała lekko rude włosy i zdecydowanie zbyt dużo kilogramów.
Ojciec mimo upływu lat wciąż lubił ją nazywać "moja pięknotka".
Charlotte nie przypominała matki ani trochę. Była kopią swojego ojca, co
dodatkowo napawało ją dumą.
To się wydarzyło dzień przed sylwestrem. Tego dnia wybrali się na spacer
dopiero po czternastej. Miał być krótki, ale tak zawzięcie analizowała z ojcem wybór swojej specjalizacji, że nawet nie zauważyli, kiedy się
ściemniło.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała w pewnym momencie matka.
Choć było przed szesnastą, nad ich głowami górowały wysokie drzewa, a spomiędzy ich koron prześwitywała wroga ciemność.
- Poczekaj. - Charlotte pogrzebała w kieszeni puchowej kurtki i wyjęła
małą latarkę.
Ojciec obrócił się dookoła własnej osi i wskazując palcem na prawo,
rzekł:
- Musimy iść tam.
Zrobił zaledwie kilka kroków, gdy poślizgnął się na lodzie. To, co się
wydarzyło potem, przypominało film odtwarzany w zwolnionym tempie.
Ojciec zamachał rękami, próbując utrzymać równowagę, ale było zbyt
ślisko. Runął na plecy, a jego upadkowi towarzyszyło głuche łupnięcie.
- Eggert! - krzyknęła Torfey.
Charlotte złapała ją za łokieć. To właśnie wtedy poczuła, jak ogarniają
ją opanowane i jasność umysłu, choć sytuacja była dramatyczna.
- Stój spokojnie i go nie ruszaj - powiedziała cicho do matki, a ta
zaszlochała głośno.
Charlotte poświeciła latarką na ojca i zobaczyła, jak śnieg dookoła jego
głowy szybko zmienia kolor. Krew. Ojciec się nie ruszał. Skierowała snop
światła na tył jego czaszki i zaczęła delikatnie odsuwać śnieg leżący
dookoła niej. Uderzył głową w wystający kamień. Charlotte zdjęła
rękawiczki i położyła je obok głowy ojca.
- Tato, słyszysz mnie? - zapytała, rozchylając mu powieki i świecąc
latarką w źrenice.
Oczy lekko się poruszyły pod naporem światła. Puls bił, choć był słabo
wyczuwalny. Krwi robiło się coraz więcej. Charlotte zdjęła swój płaszcz
i położyła go na śniegu obok ojca. Potem kucnęła przy jego głowie,
przyłożyła łokcie po obu jej stronach i łapiąc ojca pod pachami
zdecydowanym ruchem, uniosła jego ciało znad kamienia i ułożyła w pozycji bocznej na swoim płaszczu.
- Podaj mi latarkę - powiedziała cicho do matki, a Torfey rzuciła się na
śnieg, żeby podnieść urządzenie. W tym czasie Charlotte wyjęła z kieszeni płaszcza ojca paczkę chusteczek i wyciągnęła wszystkie.
Torfey podała jej latarkę i Charlotte skierowała snop światła na głowę
ojca. Potem poświeciła na kamień. Eggert upadł głową wprost na wystający
ostry kant. Charlotte przyłożyła wszystkie chusteczki do rozcięcia w potylicy ojca, z którego leciała krew.
- Masz więcej chusteczek? - Spojrzała na matkę, czując, jak te, które
przykłada do głowy ojca, natychmiast robią się mokre.
Torfey zaczęła grzebać szaleńczo w swoich kieszeniach i błyskawicznie
podsunęła jej paczkę pod nos.
- Trzymaj je - poleciła matce - i spróbuj wyjąć jeszcze paczkę z mojego
płaszcza. Powinny być w tej kieszeni przy nogach taty. Tylko ostrożnie.
Torfey płakała, ale posłusznie włożyła rękę pod płaszcz, na którym leżał
jej mąż.
- Tu nic nie ma, Charlotte.
- Cholera, są w drugiej kieszeni. On na nich leży. - Charlotte zamyśliła
się chwilę. - Chodź tutaj z tymi chusteczkami i przyłóż je do jego
głowy.
Charlotte rzuciła w śnieg zakrwawione chusteczki, a Torfey zajęła jej
miejsce przy ojcu.
- Co ty wyprawiasz?! - Matka patrzyła zszokowana, gdy Charlotte
zdejmowała wełniany sweter, a potem podkoszulek. Zrolowała go, a potem
unosząc delikatnie głowę ojca, owinęła ją i zawiązała mocno na czole.
Narzuciła na siebie sweter i kucnęła przy twarzy ojca, świecąc mu
ponownie latarką w oczy. Zareagowały na światło.
- Tato - powiedziała do niego cicho - zostaniesz teraz z mamą, a ja
pobiegnę do domu i zadzwonię po pogotowie. Pomoc zaraz tu będzie. Musisz
być silny.
- Charlotte, to wszystko przecieka - powiedziała matka przerażonym
głosem.
Charlotte chwyciła leżące przy głowie ojca rękawiczki i podała je matce
wraz z latarką.
- Przyłóż je do jego głowy i trzymaj. Musi być stały ucisk. Wrócę tu z pogotowiem.
Rzuciła na nich ostatnie spojrzenie i puściła się pędem przez las w kierunku, który zdaniem ojca prowadził do domu. Biegła, potykając się o wystające ze śniegu konary drzew, ślizgając się na oblodzeniach,
niepewna, czy podąża we właściwą stronę. Miała wrażenie, że ten bieg
nigdy się nie skończy. W pewnym momencie, gdy wciąż nie widziała żadnej
znajomej drogi w oddali, zatrzymała się i rozejrzała dookoła, tak jak
ojciec, zanim upadł. Mroźne grudniowe powietrze raniło jej płuca, jakby
ktoś wbijał w nie igły, serce łomotało jej w klatce od szaleńczego pędu,
a ona próbowała rozpoznać jakikolwiek fragment tego cholernego lasu,
który przez ostatni tydzień przemierzali wzdłuż i wszerz. Zapatrzyła się
w prawą stronę i rozpoznała ścieżkę. Odetchnęła z ulgą i ruszyła
biegiem. Była blisko. Nie zwolniła nawet wtedy, gdy przebiegała przez
bramę. Wpadła do domu, a ciepło ze środka uderzyło ją w zmarzniętą
twarz. Ogień wesoło trzaskał w kominku, a ona chwyciła za telefon i wykręciła numer na pogotowie.
- Dzień dobry - powiedziała, zanim dyżurny z pogotowia zdążył się
przedstawić. - Mój ojciec miał wypadek. Upadł w lesie, kamień wbił mu
się w czaszkę, nie mogłam zatamować krwotoku. Puls wyczuwalny, ale
słaby, oczy reagują na światło.
- Gdzie jest teraz tata? - zapytał dyżurny.
- W lesie, arboretum Hallormssta?ur.
- Proszę o dokładne współrzędne, wyślemy helikopter.
Charlotte uzmysłowiła sobie, w jak beznadziejnym są położeniu.
- Nie wiem, wracaliśmy ze spaceru, on upadł, ja przybiegłam do domu,
żeby zadzwonić. On tam leży dalej, moja mama z nim jest.
Dyżurny westchnął ciężko.
- Mają państwo latarkę?
- Tak! Znaczy moja mama ma, ona jest z tatą w lesie.
- Proszę tam wrócić i świecić latarką w górę. Helikopter państwa
zobaczy.
Biegnąc z powrotem na miejsce, Charlotte nienawidziła się za pewność,
jaką w tamtej chwili czuła. Była przekonana, że jeśli zastanie ojca
żywego, to on umrze albo w drodze do szpitala, albo już w szpitalu.
Nie zdążyli nawet rozpocząć operacji, gdy lekarz wyszedł do nich i powiedział:
- Bardzo mi przykro, pacjent zmarł.
Matka szalała. Płakała, krzyczała, przewracała krzesła i biła pięściami
w ścianę. A Charlotte siedziała skulona na jedynym krześle, którego
matka nie przewróciła, i nienawidziła się za to jeszcze bardziej.
Podróż powrotną do Reykjavíku spędziły w ciszy. Gdy dotarły późnym
popołudniem do domu, miasto szykowało się do świętowania Nowego Roku.
Charlotte przesiedziała sylwestra w swoim pokoju, wpatrzona w pokaz
fajerwerków na wybrzeżu, choć tak naprawdę go nie widziała. Wysiłek,
jaki podjęła w lesie, żeby uratować swojego tatę, zaczął jej się mocno
dawać we znaki. Czuła ból w całym ciele. Siedząc w fotelu, zapatrzona w okno, starała się go jednak ignorować. Traktowała go jako karę za własną
nieudolność. Matka nie zajrzała do niej ani razu. Charlotte nawet nie
wiedziała, czy matka jest w domu. Nie obchodziło jej to. Czuła się jak
tykająca bomba. Jeden niewłaściwy ruch i wybuchnie, siejąc spustoszenie.
Wydawało jej się niepojęte, że ludzie w swoich domach mogą świętować
nadejście nowego roku, podczas gdy jej zawalił się świat. Wszystko
wydarzyło się tak szybko, że nie miała nawet możliwości, aby się na to
psychicznie przygotować. W jednej chwili miała swojego ukochanego tatę
obok, a zaraz potem już go nie było. Wciąż czuła w sobie ten strach, gdy
biegła przez las i nie mogła znaleźć drogi do domu. Wciąż słyszała
ogłuszający huk lądującego helikoptera i widziała las rozświetlony jego
ostrym światłem. Wracały do niej wspomnienia tego, jak lecieli do
szpitala, a ona tuliła do siebie płaczącą matkę i zapewniała ją, że
wszystko będzie dobrze. Jej nikt nie tulił. Była silna do momentu, gdy
zobaczyła lekarza wychodzącego z bloku operacyjnego i usłyszała jego
spokojny, cichy głos, mówiący, że tata zmarł. Wtedy jej siła zniknęła,
nie zostało z niej absolutnie nic.
Nie ma już siły. I nie ma taty. Co ona ma teraz zrobić? Jak ma się bez
niego odnaleźć? Jak ma żyć w domu tak bardzo przesiąkniętym jego
obecnością? W domu, w którym czuć jego zapach. Jak ma sobie zrobić
herbatę z goździkami, ich ulubiony jesienno-zimowy napój, widząc jego
kubek obok? Jak ma iść do salonu i usiąść na kanapie, wiedząc, że jego
silne ramiona już jej nie obejmą i nikt jej nie zapyta, czego nowego się
tego dnia nauczyła na biologii? Czy powinna przestać chodzić do cukierni
nieopodal księgarni ojca, w której w każdy czwartek czekały na nią dwa
kawałki sernika ze skyru? Zawsze szła z nimi do księgarni, jedli je
razem z ojcem, a po zamknięciu sklepu wracali razem okrężną drogą do
domu. Żeby spalić kalorie i bez grymaszenia zjeść kolację, którą
przygotowała matka. Bo to był ich sekret od lat. I już go nie ma. Nie ma
ojca. Nie ma wspólnych sekretów. Nie ma wspólnych rozmów. Nie ma już
szczęścia, radości. Nie ma już nic.
Poczuła nagle tak wielki ból, że aż zabrakło jej tchu. Wydawało jej się,
że zaraz się udusi. Wstała i chwyciła z parapetu wazon z przyschniętymi
już różowymi różami, które ojciec wręczył jej, zanim pojechali do
arboretum. Wzięła potężny rozmach i rzuciła wazonem o podłogę. Trzask
rozbijanego szkła ją ogłuszył, a na widok rozsypanych po całym pokoju
kawałków wazonu i uschniętych kwiatów odniosła wrażenie, że patrzy na
swoje serce. Tak się teraz czuła. Niespodziewanie rozsypała się na
kawałki. Opuściła ramiona, nabrała w płuca powietrza i zaczęła głośno
płakać. Matka do niej nie przyszła, choć na pewno słyszała huk
rozbijanego wazonu. Charlotte położyła się na łóżku i objęła się
ramionami. Została ze swoim bólem sama.
Ostatnia dłuższa rozmowa, jaką odbyła z matką, nastąpiła dzień później.
- Przełożyłam pogrzeb o tydzień, tak aby ciocia Thea mogła dolecieć z Vancouver.
Charlotte na te słowa wypuściła z rąk kubek świeżo zaparzonej kawy. Płyn
rozbryzgał się po białej kuchni i beżowych legginsach Charlotte. Skóra
na nogach mocno ją piekła, ale ona po prostu stała w miejscu i patrzyła
na matkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki