Strach ma twoje oczy - Agnieszka Ewa Rybka

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Naresz­cie, pomy­ślała Char­lotte, gdy samo­lot lecący z Houston dotknął płyty lot­ni­ska w Keflavíku. Ode­tchnęła głę­boko, patrząc przez okienko na zbli­ża­jący się ter­mi­nal.

Wra­cała do domu po sze­ściu pra­co­wi­tych tygo­dniach w Tek­sa­sie, do któ­rego przy­była na spe­cjalne zapro­sze­nie dok­tora Spil­l­mana, świa­to­wej sławy chi­rurga orto­pedy. Spil­l­man zwró­cił na nią uwagę na wio­sen­nym sym­po­zjum orto­pe­dów w Lon­dy­nie, pod­czas któ­rego pro­wa­dziła wykład na temat uwa­run­ko­wań gene­tycz­nych wystę­po­wa­nia skró­co­nych kości udo­wych u dzieci. Cze­kał cier­pli­wie, gdy sala pusto­szała, a potem pod­szedł do niej i wycią­gnął dużą dłoń.

- Joe Spil­l­man. - Uśmiech­nął się, a wesołe cho­chliki bły­snęły w sza­rych oczach.

Wysoki, zwy­czaj­nie zbu­do­wany, z gęstą czu­pryną siwie­ją­cych wło­sów miał w sobie coś, co spra­wiało, że budził sza­cu­nek.

- Wiem, kim pan jest - odpo­wie­działa Char­lotte i zdała sobie sprawę, że stres towa­rzy­szący jej pod­czas wykładu to nic w porów­na­niu z tym, co czuje w tej chwili. Wysu­nęła szczu­płą dłoń do dok­tora Spil­l­mana, a drugą prze­je­chała po swo­ich dłu­gich jasnych wło­sach upię­tych w cia­sny kok. Poczuła, jak robi jej się gorąco, choć sala była kli­ma­ty­zo­wana, a ona miała na sobie czarną wizy­tową sukienkę do kolan. Momen­tal­nie jed­nak opa­no­wała emo­cje i obda­rzyła swo­jego roz­mówcę pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem, uka­zu­jąc swoje białe, ide­al­nie pro­ste zęby.

- Jestem pod wra­że­niem pani wie­dzy, pani dok­tor. - Spil­l­man przy­siadł na biurku, przed któ­rym Char­lotte chwilę wcze­śniej pro­wa­dziła wykład. Skrzy­żo­wał ręce na piersi i zmie­rzył wzro­kiem całą jej wysoką, szczu­płą syl­wetkę. Od stóp ubra­nych w wyso­kie szpilki z czer­woną pode­szwą przez wąskie bio­dra i talię, krą­głe piersi, wysta­jące oboj­czyki aż po twarz. Drobną, z uwy­dat­nio­nymi kośćmi policz­ko­wymi i małym, zgrab­nym nosem. Wpa­trzył się w jej duże błę­kitne oczy, a ona pomy­ślała, że wła­śnie traci u niej cały sza­cu­nek, jakim go wcze­śniej darzyła. Oto kolejny męż­czy­zna w jej lekar­skiej karie­rze mie­rzy ją spoj­rze­niem, jakby była towa­rem na półce w skle­pie, a nie osła­wioną panią chi­rurg. A wtedy on dodał: - Ale jesz­cze więk­sze wra­że­nie robią na mnie pani osią­gnię­cia. Sły­sza­łem, że składa pani pacjen­tów nie tylko z Islan­dii, ale i ze Skan­dy­na­wii. Nie­któ­rzy nazy­wają panią nor­dycką mistrzy­nią skal­pela.

- Pan, panie dok­to­rze, jest za to mistrzem na skalę świata. Prze­cież przy­jeż­dżają do pana pacjenci z całego globu - odpo­wie­działa skrom­nie Char­lotte, ale od słów Spil­l­mana zro­biło jej się cie­pło na sercu. Zda­wała sobie sprawę ze swo­ich umie­jęt­no­ści, nie sądziła jed­nak, że jej pracę dostrzeże tak wybitny spe­cja­li­sta.

- Spil­l­man Ortho­pe­dic Insti­tute ma dla pani pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia. - Spil­l­man wstał i spoj­rzał jej pro­sto w oczy. - Dru­giego sierp­nia mam zapla­no­waną ope­ra­cję wydłu­że­nia nogi u sied­mio­let­niej dziew­czynki. Chciał­bym, żeby­śmy prze­pro­wa­dzili ją razem. Co pani na to?

Dwa mie­siące póź­niej Char­lotte pole­ciała do Tek­sasu. Przez pierw­sze trzy tygo­dnie asy­sto­wała Spil­l­ma­nowi przy każ­dym bada­niu małej Lenki ze Sło­wa­cji oraz każ­dej roz­mo­wie z jej rodzi­cami i człon­kami zespołu, który zaj­mo­wał się dziew­czynką. Zapo­zna­wała się ze sprzę­tem, pro­ce­du­rami i pla­nem ope­ra­cji. Po ope­ra­cji, która prze­bie­gła bez jakich­kol­wiek pro­ble­mów, przez nieco ponad trzy tygo­dnie wspól­nie obser­wo­wali dziew­czynkę i moni­to­ro­wali prze­bieg wzro­stu jej nogi. Następ­nie Char­lotte, bogat­sza o nowe doświad­cze­nie, z potęż­nym hono­ra­rium na kon­cie i zapro­sze­niem na kolejną ope­ra­cję za pięć mie­sięcy, udała się w podróż powrotną do Islan­dii, do swo­ich pacjen­tów, któ­rzy cze­kali na nią w szpi­talu w Reykjavíku. Choć ostat­nie sześć tygo­dni spę­dziła w kli­ma­ty­zo­wa­nej, nowo­cze­snej kli­nice, to cie­szyła się, że opusz­cza upalny, suchy Tek­sas i wraca na swoją chłodną wyspę. Przy­spie­szyła nawet ter­min wylotu o jeden dzień, ponie­waż pod­czas jed­nej z roz­mów Jens powie­dział jej, że wyjąt­kowo ma wolny cały week­end. Posta­no­wiła zro­bić mu nie­spo­dziankę. O niczym go nie infor­mu­jąc, przy­le­ciała na Islan­dię w pią­tek wie­czo­rem. Wysia­dła z samo­lotu i cią­gnąc za sobą dwie walizki, skie­ro­wała się do wyj­ścia z lot­ni­ska.

Dobrze, że to całe sza­leń­stwo się skoń­czyło, ode­tchnęła z ulgą, kiedy prze­cho­dziła przez drzwi.

- Dobry wie­czór, pani dok­tor - przy­wi­tał ją straż­nik, kiwa­jąc głową.

No tak, pomy­ślała i unio­sła rękę w geście pozdro­wie­nia. O jej wyjeź­dzie do Spil­l­mana mówiła cała Islan­dia. Wszy­scy byli z niej dumni. Na ponie­dzia­łek szpi­tal zapla­no­wał nawet kon­fe­ren­cję pra­sową, żeby mogła opo­wie­dzieć dzien­ni­ka­rzom o minio­nych sze­ściu tygo­dniach i prze­biegu ope­ra­cji. Uśmie­cha­jąc się pod nosem, Char­lotte wsia­dła do tak­sówki i wpa­trzona w surowy, dostojny kra­jo­braz za oknem głę­boko nabrała w płuca powie­trza. Już za chwilę wtuli się w swo­jego męża. Weź­mie długą kąpiel i zamó­wią coś dobrego do jedze­nia. Może steki z jagnię­ciny? A do kola­cji może wypiją jakieś dobre wino? Zna­jąc Jensa, przy­naj­mniej jedna butelka chło­dzi się w lodówce, cze­ka­jąc na spe­cjalną oka­zję. A dziś jest wła­śnie spe­cjalna oka­zja. To będzie wspa­niały wie­czór, pomy­ślała, uśmie­cha­jąc się jesz­cze sze­rzej.

Gdy tak­sówka zatrzy­mała się pod ich bia­łym domem, który wyglą­dał jak dwo­rek i znaj­do­wał się nad samą Zatoką Faxa w Reykjavíku, Char­lotte od razu zauwa­żyła, że wewnątrz nikogo nie ma. Albo Jens poje­chał jed­nak do pracy, albo jest w Drang­snes, pomy­ślała i wyjęła port­fel z torebki.

- Nie trzeba, pani dok­tor - powie­dział tak­sów­karz, a Char­lotte dopiero teraz zdała sobie sprawę, że obser­wo­wał ją we wstecz­nym lusterku. - Przy­nio­sła pani dumę naszemu kra­jowi. Dzi­siej­szy kurs jest gra­tis.

To się robi przy­tła­cza­jące, stwier­dziła w myślach, prze­krę­ca­jąc klucz w zamku. Obrzu­ciła spoj­rze­niem haczyk przy drzwiach i już wszystko wie­działa. Bra­ko­wało klu­czy na bre­loczku z wieżą Eif­fla, jedy­nej pamiątce, jaką przy­wieźli z upoj­nego week­endu w Paryżu we dwoje pięć lat temu, a to zna­czyło, że Jens jest w ich dru­gim domu. Char­lotte zawa­hała się przez chwilę. Marzyła o tym, żeby się wyką­pać po dłu­giej podróży i zało­żyć jakiś wygodny strój. Kiedy żegnała się z pra­cow­ni­kami Spil­l­man Ortho­pe­dic Insti­tute, miała na sobie ele­gancki beżowy kom­bi­ne­zon i wyso­kie czarne szpilki. Tak wsia­dła do samo­lotu. Teraz myślała już tylko o tym, żeby je zrzu­cić.

Już zsu­wała but, gdy w jed­nej chwili zmie­niła zda­nie. Z powro­tem wło­żyła stopę w szpilkę, chwy­ciła klu­czyki od swo­jego samo­chodu, wzięła torebkę, którą chwilę wcze­śniej posta­wiła na komo­dzie przy drzwiach, i zamknęła za sobą drzwi. Wyką­pie się i prze­bie­rze w Drang­snes. A wła­ści­wie roz­bie­rze się dla męża, któ­remu pozwoli się umyć. I wyma­so­wać. Dłu­gie godziny w samo­lo­cie zaczęły jej się dawać we znaki, ale skoro świa­do­mie przy­je­chała dzień wcze­śniej bez zapo­wie­dzi, to nie może mieć pre­ten­sji do Jensa, że aku­rat wybrał się do odle­głego o trzy i pół godziny drogi Drang­snes.

Zmierz­chało, gdy Char­lotte jechała przez dzie­wi­cze tereny Islan­dii. Na szczę­ście skoń­czył się już okres cią­głej jasno­ści i teraz wresz­cie można było odróż­nić dzień od nocy, ale nie była to jesz­cze tak ciemna noc, jak te w Tek­sa­sie. Char­lotte kochała swój kraj. Jego dostoj­ność, dzi­kość i nie­zgłę­bione piękno natury. Jego ciszę i poczu­cie, że jest się tutaj tak wol­nym, jak tylko się tego pra­gnie. Ale mie­siące, gdy dzień trwał nie­prze­rwa­nie przez całą dobę, draż­niły ją nie­zmien­nie od dziecka. Zwłasz­cza gdy wra­cała wie­czo­rami do domu po dwu­na­sto­go­dzin­nym dyżu­rze, a sąsie­dzi wokół, oży­wieni wie­czorną jasno­ścią, wycho­dzili z psami na spa­cer, na jog­ging albo ruszali na czarną jak smoła plażę, aby posie­dzieć na niej w kurtce i czapce i cie­szyć się z jasnej nocy. Pod tym wzglę­dem dobrali się z Jen­sem ide­al­nie. Nie­na­wi­dził tego tak samo jak ona.

Jens... Cie­kawe, po co poje­chał do Drang­snes?, pomy­ślała i prze­su­nęła dło­nią po czole. Może pla­nuje dla niej jakąś nie­spo­dziankę na jutro?

Rzu­ciła okiem na mijane Bor­gar­nes i pogło­śniła radio. Zmę­cze­nie dawało jej się coraz bar­dziej we znaki. Zaczy­nała żało­wać, że zde­cy­do­wała się na tę podróż.

- Teraz już za późno - mruk­nęła do sie­bie i jesz­cze bar­dziej pogło­śniła radio, aż Björk śpie­wa­jąca I miss you zahu­czała jej w uszach.

Było przed dwu­dzie­stą trze­cią, gdy wresz­cie zje­chała z trasy, skrę­ca­jąc w prawo, i minęła tabliczkę z napi­sem Drang­snes. Ich drugi dom. Tra­fili tu przy­pad­kiem kilka mie­sięcy po ślu­bie, gdy pew­nej nie­dzieli wybrali się na zwie­dza­nie pół­noc­nej Islan­dii. Char­lotte zachwy­ciła się wido­kiem fiordu Steingrímsfjör?ur, masko­nu­rami, base­nami ter­mal­nymi i wra­że­niem, że czas pły­nie tutaj trzy razy wol­niej. Sto­jąc na maleń­kim pode­ście, spod któ­rego odpły­wały moto­rówki na wysepkę Grim­sey, Char­lotte zamknęła oczy i wcią­gnęła w płuca czy­ste, nie­mal dzie­wi­cze powie­trze.

- Chcę tu zamiesz­kać - szep­nęła, a Jens ze śmie­chem wziął ją w ramiona.

- No nie - powie­dział, czo­chra­jąc ją żar­to­bli­wie po gło­wie. - Ze wszyst­kich pust­kowi, jakie dzi­siaj odwie­dzi­li­śmy, ty musia­łaś zako­chać się aku­rat w tym, w któ­rym już naprawdę pra­wie nikogo nie ma.

Char­lotte zaśmiała się pod nosem na to wspo­mnie­nie. Prze­je­chała obok szkoły i trzech gorą­cych źró­de­łek, w któ­rych dostrze­gła dwie star­sze kobiety w czap­kach na gło­wach, a następ­nie minęła sklep i skrę­ciła w lewo. W miarę jak jej auto wspi­nało się pod górę, zabu­dowa sta­wała się coraz rzad­sza. Ich dom mie­ścił się na samym końcu tej sie­dem­dzie­się­cio­oso­bo­wej miej­sco­wo­ści. Był to jedyny wysta­wiony wów­czas na sprze­daż budy­nek miesz­kalny i choć Char­lotte liczyła na coś z wido­kiem na fiord, to tam­tej nie­dzieli nie wahała się ani chwili. Naj­waż­niej­sze, że to jest wciąż w Drang­snes. Miesz­ka­nie w tym miej­scu zda­wało się jej prze­zna­cze­niem. Poja­wiła się w Drang­snes, zapra­gnęła tu zamiesz­kać i aku­rat był tu dom na sprze­daż. Wie­działa, że jeśli się od razu nie zde­cy­duje, to nie­prędko trafi się taka oka­zja.

Samo­chód Jensa stał pod domem. Brama była zamknięta i tylko słabe świa­tło lampki noc­nej prze­bi­jało się spod nie do końca zacią­gnię­tej czar­nej rolety w ich sypialni na pię­trze.

Char­lotte zosta­wiła auto pod bramą i skie­ro­wała się do zie­lo­nych drzwi wej­ścio­wych. Naci­snęła klamkę, ale nie ustą­piły.

- Komen­dant poli­cji w Reykjavíku boi się spać sam w domu - prych­nęła pod nosem i wygrze­bała klu­cze z torebki. Zamy­ka­nie domu na klucz to ostat­nia rzecz, o jakiej myślą miesz­kańcy Drang­snes. - No dobrze, panie poli­cjan­cie, przy­je­chał twój ochro­niarz - wymam­ro­tała do sie­bie i deli­kat­nie otwo­rzyła drzwi.

W domu pano­wały egip­skie ciem­no­ści spo­tę­go­wane przez czarne rolety zewnętrzne zasła­nia­jące wszyst­kie okna. Nie chcąc zapa­lać świa­tła, Char­lotte się­gnęła do torebki po tele­fon, ale zdała sobie sprawę, że zosta­wiła go w samo­cho­dzie. Trudno, pomy­ślała, dotarła do scho­dów po omacku i zdjęła buty. Pój­dzie po tele­fon rano. Zaczęła wspi­nać się na palusz­kach, a gdy zna­la­zła się na pię­trze, skie­ro­wała się w stronę drzwi na lewo. Dopiero teraz usły­szała dobie­ga­jące od ich strony przy­tłu­mione jęki. Spod drzwi sączyło się deli­katne świa­tło. Char­lotte poczuła falę stra­chu prze­cho­dzącą od czubka głowy aż do pal­ców stóp. Stała tak przez moment, aż odwa­żyła się zro­bić pierw­szy krok. Jak w tran­sie wędro­wała przed sie­bie z ręką wycią­gniętą w stronę klamki, a wtedy do jej uszu doszedł jesz­cze jeden dźwięk. Odgłos sza­mo­ta­niny? Prze­łknęła z tru­dem ślinę i cicho otwo­rzyła drzwi swo­jej mał­żeń­skiej sypialni. Na potęż­nym łóżku na wprost wej­ścia, w sko­tło­wa­nej pościeli zoba­czyła nagiego Jensa, który sie­dział okra­kiem na nagiej kobie­cie. Jego silne, umię­śnione ramiona zaci­skały się na jej szyi, dyszał ciężko z obna­żo­nymi zębami jak dzi­kie zwie­rzę. Nogi dziew­czyny jesz­cze lekko wierz­gały przy­gnie­cione przez cięż­kie ciało Jensa, gdy reszt­kami sił wal­czyła o życie. Jej oczy były wiel­kie i prze­ra­żone, a usta otwarte w płon­nej nadziei zła­pa­nia odde­chu. Wresz­cie jej dło­nie, któ­rymi pró­bo­wała ode­rwać palce Jensa od swo­jej szyi, opa­dły bez­wład­nie na pościel, a nogi zasty­gły w bez­ru­chu

Torebka, którą Char­lotte wciąż trzy­mała w ręku, opa­dła z głu­chym łup­nię­ciem na pod­łogę. Jens bły­ska­wicz­nie spoj­rzał w stronę wej­ścia. Zerwał się z łóżka, a głowa dziew­czyny opa­dła na bok. Jej nie­na­tu­ral­nie wiel­kie, puste oczy patrzyły teraz wprost na Char­lotte. Zanim Jens chwy­cił żonę pod pachy i zaczął wlec w stronę scho­dów, zdą­żyła jesz­cze dostrzec zasi­niałą szyję.

- Jens! - krzyk­nęła roz­pacz­li­wie Char­lotte, wyma­chu­jąc nogami i pró­bu­jąc się wyrwać. - Jens, kurwa, coś ty zro­bił?! Kim jest ta kobieta? Jens! O Boże, nie! Pro­szę! - wrza­snęła, a zaraz potem mąż pchnął ją jak lalkę na schody.

Char­lotte prze­ko­zioł­ko­wała na sam dół. Po dro­dze pró­bo­wała się zła­pać drew­nia­nych barie­rek, ale siła, z jaką zrzu­cił ją Jens, była tak wielka, że jej dło­nie tylko się śli­zgały po wypo­le­ro­wa­nym drew­nie, a ona sama bez­wład­nie spa­dała coraz niżej, obi­ja­jąc całe ciało. Zanim spa­dła na sto­jące na pod­ło­dze szpilki, ude­rzyła głową w wysta­jący pierw­szy sto­pień scho­dów. Z oczu pole­ciały jej łzy, głowa pul­so­wała roz­ry­wa­ją­cym bólem, w uszach jej szu­miało, szpilka jed­nego buta wbi­jała jej się w poli­czek, a druga gnio­tła bole­śnie w piersi. Bolały ją potur­bo­wane plecy i ręce powy­krzy­wiane od roz­pacz­li­wych prób zatrzy­ma­nia się na scho­dach. Jed­nak nawet nie drgnęła. Nie wie­działa, gdzie jest Jens. Po chwili usły­szała gorącz­kową krzą­ta­ninę na górze. Trza­skały drzwi szafy, szu­rały buty, a wresz­cie cięż­kie kroki zadud­niły na scho­dach. Dreszcz stra­chu prze­szył całe jej ciało, a łzy momen­tal­nie prze­stały lecieć. Zamknęła oczy i otwo­rzyła je lekko dopiero, gdy usły­szała, jak Jens otwiera drzwi wej­ściowe. W smu­dze deli­kat­nego świa­tła z lampy nad drzwiami zoba­czyła, jak wycho­dzi ubrany w swój poli­cyjny mun­dur z zawi­niętą w prze­ście­ra­dło dziew­czyną prze­rzu­coną przez ramię. Usły­szała trza­śnię­cie bagaż­nika, a chwilę póź­niej w drzwiach znów uka­zała się wielka postać. Char­lotte bły­ska­wicz­nie zamknęła oczy. Powoli, krok za kro­kiem Jens zbli­żał się do niej. Wstrzy­mała oddech i robiła wszystko, żeby nie drgnął jej choćby naj­mniej­szy mię­sień twa­rzy. Jens kuc­nął przy niej i odgar­nął jej mokre od łez włosy z twa­rzy. Prze­ra­że­nie ści­snęło jej serce. Pochy­lał się tak nad nią w mil­cze­niu, a Char­lotte z sekundy na sekundę bała się coraz bar­dziej.

- Prze­cież wiem, że żyjesz - szep­nął i prze­je­chał pal­cem po jej policzku. - Dosko­nale zda­jesz sobie sprawę, że nie lubię nie­za­po­wie­dzia­nych wizyt, skar­bie. No ale skoro chcia­łaś mi zro­bić nie­spo­dziankę, to muszę ci się jakoś odwdzię­czyć.

Char­lotte otwo­rzyła oczy, a twarz Jensa roz­świe­tlił uśmiech sza­leńca.

- Ty będziesz następna.

Odszedł w stronę drzwi, ale wró­cił się jesz­cze i z całej siły kop­nął ją w krę­go­słup. Char­lotte zawyła z bólu, a Jens zła­pał ją za nogi i zaczął wlec po pod­ło­dze do kuchni.

- Jens, prze­stań! - wydy­szała z tru­dem, kiedy jej pod­bró­dek sunął po twar­dych deskach pod­łogi. Ramiona miała wycią­gnięte przed sie­bie i pró­bo­wała zacze­pić się gdzieś paznok­ciami, ale tylko raniła się jesz­cze bar­dziej. Wresz­cie Jens puścił jej nogi, które z łosko­tem opa­dły na zimne płytki w kuchni. - Jens, co ty... - zaczęła prze­stra­szona, uno­sząc się z tru­dem na rękach. Zoba­czyła, że są obok drzwi do piw­nicy. - Bła­gam, nie! - zdą­żyła krzyk­nąć, gdy Jens otwo­rzył je i popchnął ją w dół.

Sto­czyła się z sze­ściu beto­no­wych schod­ków do maleń­kiej piw­nicy. Zoba­czyła jesz­cze tylko, jak Jens wyłą­cza bez­piecz­niki umiesz­czone w szafce elek­trycz­nej, usły­szała prze­krę­ca­nie i wyszar­py­wa­nie klu­cza z szafki, a potem trza­snęły drzwi i w pomiesz­cze­niu zro­biło się cał­ko­wi­cie ciemno, a wil­gotny, ciężki zapach wypeł­nił jej noz­drza.

Była spa­ra­li­żo­wana stra­chem. Leżała twa­rzą na zim­nym beto­nie i bała się choćby gło­śniej ode­tchnąć. Ciem­ność była tak głę­boka, że Char­lotte nie widziała nawet swo­jej dłoni. Poczuła, jak coś cie­płego spływa jej z nosa na usta, a po chwili wyczuła na języku meta­liczny posmak krwi.

Boże, co się wła­śnie wyda­rzyło?, pomy­ślała prze­ra­żona, sta­ra­jąc się z całych sił dosły­szeć jakiś dźwięk za drzwiami piw­nicy. Czuła się jak zwie­rzę schwy­tane w pułapkę. Nie miała poję­cia, ile czasu tak leżała w bez­ru­chu. W pew­nym momen­cie jej wzrok nieco przy­zwy­czaił się do ciem­no­ści. W końcu unio­sła dłoń, otarła sobie krew z nosa i z naj­wyż­szym wysił­kiem unio­sła się na rękach. A wtedy w gło­wie poja­wiło jej się jedno słowo: Kolbrún.

Prze­ra­że­nie, jakie czuła w obec­no­ści Jensa, było niczym w porów­na­niu do prze­ra­że­nia, jakie ogar­nęło ją teraz. Zaczęła na czwo­ra­kach prze­su­wać się w stronę scho­dów. Choć ich nie widziała, to wie­działa, że tam są. Wyma­cała dło­nią pierw­szy sto­pień i zaczęła się po nich wcią­gać. Zale­d­wie sześć stopni, a wysi­łek był taki, jakby wspi­nała się na Mount Eve­rest. Bolały ją plecy, dło­nie, nogi, szyja i nos. Wszystko. Cho­ciaż sie­bie nie widziała, to uważ­nie reje­stro­wała każdy ruch, jakby dopiero uczyła się cho­dzić. Dłoń, łokieć, kolano. Dłoń, łokieć, kolano. Jak wska­zówki zegara wpra­wione w ruch. W końcu ude­rzyła głową w drzwi pro­wa­dzące do kuchni i pod­cią­ga­jąc się na naj­wyż­szy sto­pień, prze­su­nęła po nich dło­nią. Wyczuła klamkę, naci­snęła ją i wpa­dła tuło­wiem na zimne kuchenne płytki.

Par­ter był cał­ko­wi­cie ciemny i cichy. Ale już nie tak upior­nie ciemny jak piw­nica. Czy Jens jest w domu i obser­wuje ją teraz z jakie­goś kąta? A może poje­chał z cia­łem tej kobiety? W końcu pako­wał ją do samo­chodu. W gło­wie Char­lotte kłę­biło się mnó­stwo pytań.

- Jens - wyrzę­ziła cicho, aż sama prze­ra­ziła się tego szeptu. Odchrząk­nęła i powie­działa gło­śniej: - Jens, jesteś tutaj? Zro­bię, co tylko chcesz, tylko się pokaż.

Cze­kała, leżąc połową ciała w kuchni, a połową wciąż na piw­nicz­nych scho­dach. Nie sły­szała nic, ale też nie czuła niczy­jej obec­no­ści. Prze­ły­ka­jąc z tru­dem ślinę, zła­pała dłońmi drzwi i pod­cią­gnęła nogi do sie­bie. Oddy­chała ciężko i poczuła napły­wa­jące do oczu łzy. Och nie, tylko nie to, pomy­ślała i wystra­szyła się jesz­cze bar­dziej. Prze­cież nie może się teraz zała­mać. Wzięła trzy odde­chy, jak zawsze, gdy pacjent był w sta­nie zagro­że­nia życia, a ona była jedyną osobą, która mogła go ura­to­wać od śmierci. Teraz ona jest swoim wła­snym pacjen­tem.

Zasta­no­wiła się, która może być godzina. Ile czasu spę­dziła w piw­nicy? Pamię­tała, że przy­je­chała około dwu­dzie­stej trze­ciej, ale która godzina jest teraz? Poczuła nagle na nad­garstku swój złoty zega­rek. Kla­syczny, ele­gancki i piękny, ale teraz kom­plet­nie bez­u­ży­teczny, bo w tych ciem­no­ściach nie była w sta­nie nawet go doj­rzeć, a co dopiero spraw­dzić poło­że­nia wska­zó­wek.

Chwy­ciła dłońmi klamki po obu stro­nach drzwi i dźwi­gnęła się z tru­dem na nogi. Drzwi zaskrzy­piały prze­raź­li­wie, a ona czuła, jak trzęsą się jej nogi i ręce, gdy pró­bo­wała utrzy­mać się w pozy­cji pio­no­wej. Ale stała! To naj­waż­niej­sze. Zro­biła trzy wolne kroki. Cho­dzi. Otarła pal­cami nos i usta i czu­jąc zimne płytki pod bosymi sto­pami, poszła powoli w stronę drzwi wej­ścio­wych. Były zamknięte na klucz od zewnątrz. Naci­snęła przy­cisk odsła­nia­jący rolety zewnętrzne, ale nic się nie wyda­rzyło. Okna w całym domu były szczel­nie zasło­nięte. Zaczęła się prze­kli­nać w myślach za to, że tak nama­wiała Jensa, aby zamon­to­wali elek­tryczne rolety zamiast stan­dar­do­wych. Szarp­nęła ze zło­ścią klamkę drzwi, ale one ani drgnęły. Odwró­ciła się do nich ple­cami i osu­nęła na pod­łogę. Nie­na­wi­dziła się za to, że znowu pła­cze i że jest taka bez­silna. Prze­cież musi dzia­łać, a nie się mazać! I wtedy sobie o czymś przy­po­mniała. Spró­bo­wała się pod­nieść, ale zachwiała się i klap­nęła ciężko na pośladki. Zaszlo­chała i ruszyła na czwo­ra­kach w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro. Chwy­ciła się barierki i wstała, a potem, przy­po­mi­na­jąc sobie dokład­nie swój upa­dek z tych scho­dów, zaczęła powoli wspi­nać się po nich na górę. Była zła na sie­bie, że nie może cho­dzić szyb­ciej, bo nie wie­działa, ile czasu zostało do powrotu Jensa. Z nosa znowu zaczęła jej się sączyć krew. Otarła twarz dło­nią i kon­ty­nu­owała wspi­naczkę, czu­jąc, że roz­ma­zuje na całej barierce krwawy odcisk dłoni. Ode­tchnęła głę­boko, gdy weszła na pię­tro. Nogi i ręce drżały jej, jakby przy­go­to­wy­wały ją do ponow­nego upadku.

- Nie - powie­działa do sie­bie gło­śno i poczuła, jak wra­cają jej czuj­ność i opa­no­wa­nie, któ­rych doświad­czała na sali ope­ra­cyj­nej. Oprócz talentu kole­dzy po fachu podzi­wiali ją wła­śnie za zacho­wy­wa­nie zim­nej krwi. Nawet w naj­trud­niej­szych momen­tach, gdy pacjent umie­rał na stole, Char­lotte potra­fiła powstrzy­mać nara­sta­jące emo­cje i dzia­łać z pre­cy­zją i opa­no­wa­niem. To podej­ście poja­wiło się po śmierci jej pierw­szego, nie­for­mal­nego pacjenta. I choć czuła teraz, że ani psy­chicz­nie, ani fizycz­nie nie daje rady, to wie­działa, że nie ma tutaj nikogo, kto mógłby jej pomóc. To nie szpi­tal. Nikt nie przyj­dzie na zastęp­stwo ani nie poda jej żad­nego leku. To śro­dek cho­ler­nego pie­kła, w któ­rym nie­spo­dzie­wa­nie się zna­la­zła.

Na oślep ruszyła przed sie­bie w stronę sypialni. Wycią­gnęła rękę do przodu i z wysił­kiem utrzy­my­wała ją w powie­trzu, robiąc krok za kro­kiem i cze­ka­jąc, aż natknie się na drzwi. Jens musiał zosta­wić je otwarte, bo choć ich nie dotknęła, to poczuła, że zna­la­zła się w sypialni. W środku uno­sił się zapach potu zmie­szany z zapa­chem spermy i czymś, czego Char­lotte nie potra­fiła na początku roz­szy­fro­wać.

Strach, usły­szała cichy głos w swo­jej gło­wie, a jej cia­łem wstrzą­snął dreszcz. Teraz zro­zu­miała. Taki zapach miał strach. Poczuła, jak wło­ski na karku stają jej dęba, i opa­dła na kolana. Wzdry­gnęła się, gdy jej dłoń natra­fiła na jakiś miękki mate­riał. Ubra­nie. Chyba majtki. Odrzu­ciła je od sie­bie i dalej despe­racko prze­su­wała dłońmi po pod­ło­dze. Krzyk­nęła ze stra­chu, gdy coś cie­płego opa­dło jej na dłoń, i usia­dła, pró­bu­jąc osło­nić twarz.

- Jens?! - powie­działa, oddy­cha­jąc ciężko, ale po chwili zdała sobie sprawę, że to krew z nosa kap­nęła jej na rękę.

Sły­szała wale­nie swo­jego serca, gdy ponow­nie prze­szu­ki­wała na czwo­ra­kach ciemny jak gro­bo­wiec pokój. Miała wra­że­nie, że spraw­dziła każdy kąt, a mimo to wciąż nie zna­la­zła tego, po co tu przy­szła. Kolana bolały ją okrop­nie, gdy ponow­nie ruszyła przed sie­bie.

- Au - syk­nęła, gdy przy­wa­liła głową w ramę łóżka. Usia­dła, pod­pie­ra­jąc się jedną ręką, a drugą przy­kła­da­jąc do czoła. I wtedy ją wyczuła. Się­gnęła dło­nią głę­biej pod łóżko i wycią­gnęła swoją torebkę. Jens musiał ją tam kop­nąć, zanim wyszedł z pokoju. Char­lotte wyma­cała zamek i otwo­rzyła ją. Wyczuła swój port­fel, pasz­port, wszyst­kie doku­menty, które tu miała, a nawet jakie­goś batona, któ­rego nie zja­dła w samo­lo­cie, i wresz­cie na samym spo­dzie zna­la­zła swoje wyba­wie­nie. Pęk klu­czy.

Zanim wstała, wygrze­bała jesz­cze z torebki chu­s­teczki higie­niczne. Wyjęła jedną i przedarła na pół, a potem zro­lo­wała obie czę­ści i wło­żyła sobie w dziurki od nosa, sycząc przy tym z bólu. Oddy­cha­jąc ciężko przez usta, wstała i z rękami przed sobą skie­ro­wała się w stronę scho­dów. Była zbyt obo­lała, żeby z nich zejść w ciem­no­ściach. I zbyt prze­ra­żona, bo w gło­wie zoba­czyła sie­bie spa­da­jącą z nich wcze­śniej. Usia­dła więc na naj­wyż­szym stop­niu i trzy­ma­jąc się mocno barie­rek, zaczęła zsu­wać się poślad­kami w dół, sto­pień za stop­niem.

Na samym dole wyma­cała dłońmi swoje szpilki i uklęk­nęła przed dziurką od klu­cza. Wyjęła z torebki pęk klu­czy i opusz­kami pal­ców pró­bo­wała wyma­cać ten wła­ściwy. Był tam jesz­cze klucz od domu w Reykjavíku, od miesz­ka­nia teścio­wej, od skrzynki na listy, od jej samo­chodu, od samo­chodu Jensa i od jej gabi­netu w szpi­talu. Zazwy­czaj wystar­czał jej rzut oka, aby wybrać wła­ściwy klucz. Ale teraz, po ciemku, wszyst­kie wyda­wały się takie same. Udało jej się za trze­cim razem, a gdy zimne powie­trze owiało jej twarz, z oczu po raz kolejny tej nocy poto­czyły się łzy. Wsia­dła do samo­chodu, z ulgą dostrze­gła na fotelu pasa­żera swój tele­fon i ruszyła pustą drogą przed sie­bie. Przez całą drogę do Keflavíku zer­kała nie­ustan­nie w lusterka. Obez­wład­nia­jący strach ogar­nął ją, gdy pięć­dzie­siąt kilo­me­trów przed Reykjavíkiem na desce roz­dziel­czej zapa­liła się kon­tro­lka paliwa. Zje­chała na bez­ob­słu­gową sta­cję ben­zy­nową, o tej porze cał­kiem pustą. Zatan­ko­wała tylko tyle, by doje­chać do lot­ni­ska. Zanim wsia­dła do samo­chodu, spraw­dziła tylne sie­dze­nia, choć widziała, że nikogo poza nią tam nie było. Ni­gdy w życiu się tak nie bała.

Była pra­wie czwarta nad ranem, kiedy zapar­ko­wała pod lot­ni­skiem, które opu­ściła kilka godzin wcze­śniej. Całe szczę­ście, że nie wyjęła nic z torebki po powro­cie do domu z Houston. Zanim weszła do hali odlo­tów, otwo­rzyła jesz­cze bagaż­nik. Jako lekarz zawsze woziła ze sobą wali­zeczkę pełną małych bute­le­czek płyn­nych leków na różne przy­pa­dło­ści. Przyj­rzała im się uważ­nie i prze­ana­li­zo­wała w gło­wie różne kom­bi­na­cje, które jed­no­cze­śnie mogła bez­piecz­nie zabrać ze sobą do samo­lotu. Epi­ne­fryna, Xanax, Midol, ibu­pro­fen, lora­ze­pam i mała, pusta, ste­ryl­nie zapa­ko­wana strzy­kawka. Dla pozo­rów wło­żyła jesz­cze do torebki kom­presy, ban­daż oraz pla­stry i upew­niw­szy się, że jej legi­ty­ma­cja lekar­ska jest w port­felu, zatrza­snęła klapę bagaż­nika i wzięła głę­boki oddech. Była gotowa do wylotu.

Sta­nęła na środku małej hali z prze­szklo­nym dachem, przez który widać było teraz tylko ciem­ność. Rozej­rzała się, jakby była tu po raz pierw­szy, i pode­szła do punktu infor­ma­cji.

- Muszę się dostać do Perth - powie­działa, patrząc na kor­pu­lentną star­szą panią, która mimo środka nocy uśmiech­nęła się do niej pro­mien­nie. Momen­tal­nie jed­nak zmie­niła wyraz twa­rzy i roz­sze­rzyła oczy z prze­ra­że­nia.

- Czy wszystko z panią w porządku? - Kobieta wstała z czar­nego, biu­ro­wego fotela i badaw­czo przyj­rzała się Char­lotte. Była od niej sporo niż­sza, więc musiała nieco zadrzeć głowę.

- O co pani, do cho­lery, cho­dzi? - zde­ner­wo­wała się Char­lotte. - Ja chcę kupić... - dodała, ale urwała i przy­ło­żyła dłoń do twa­rzy.

Zimny dreszcz stra­chu wstrzą­snął jej szczu­płym cia­łem, gdy uzmy­sło­wiła sobie, że musi wyglą­dać kosz­mar­nie. Ani razu nie przyj­rzała się sobie w lusterku samo­chodu, odkąd ucie­kła z Drang­snes. Przez całą drogę co chwilę zer­kała we wszyst­kie trzy lusterka, oba­wia­jąc się, że zoba­czy samo­chód gonią­cego ją Jensa. Była na tym tak bar­dzo sku­piona, że nawet przez myśl jej nie prze­szło, aby choć raz spoj­rzeć na sie­bie. Teraz, patrząc na prze­ra­żoną i zmar­twioną twarz sto­ją­cej przed nią kobiety, wie­działa, że musi wyglą­dać upior­nie. Char­lotte odchrząk­nęła i spró­bo­wała się uśmiech­nąć. Skóra na pra­wym policzku zapie­kła ją nie­zno­śnie.

- Potknę­łam się, wysia­da­jąc z samo­chodu na par­kingu pod pań­stwa lot­ni­skiem. Tam jest pełno dziur, a jesz­cze to słabe oświe­tle­nie... Pory­so­wa­łam sobie całą twarz przez pań­stwa zanie­dba­nie. Pro­szę to zgło­sić do obsługi.

- Ja panią znam - powie­działa powoli kobieta, igno­ru­jąc słowa Char­lotte. - To pani ura­to­wała mojego syna po wypadku na moto­cy­klu. Addi, sie­dem lat temu, pamięta pani? Był wtedy o włos od śmierci, a tydzień temu uro­dził mu się drugi syn. To wszystko dzięki pani.

Char­lotte otwo­rzyła usta, chcąc jej prze­rwać, ale kobieta prze­chy­liła się nad oddzie­la­ją­cym je kon­tu­arem i zapy­tała cicho:

- Na pewno wszystko w porządku?

- Muszę się dostać do Perth - nie­mal wykrzyk­nęła Char­lotte, a kobieta natych­miast zamil­kła, usia­dła i szybko zaczęła stu­kać w kla­wia­turę.

Char­lotte prze­stę­po­wała z nogi na nogę, bo sta­nie w szpil­kach to była dla niej teraz istna tor­tura, a jed­no­cze­śnie roz­glą­dała się z nie­po­ko­jem po lot­ni­sku, w każ­dej chwili spo­dzie­wa­jąc się Jensa. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że od razu domy­śli się, dokąd ucieka.

- Naj­lep­szy lot jest jutro o pięt­na­stej - ode­zwała się kobieta z punktu infor­ma­cji, patrząc na nią ze swoim pro­mien­nym uśmie­chem, któ­rym przy­wi­tała ją na początku.

W Char­lotte aż się zago­to­wało. Naj­wy­raź­niej opa­no­wa­nie i zimna krew, które pozwo­liły jej uciec z Drang­snes, wypa­ro­wały z niej wraz z prze­kro­cze­niem progu lot­ni­ska.

- Pro­szę pani - zaczęła naj­spo­koj­niej jak umiała, ale z każ­dym sło­wem mówiła coraz gło­śniej - gdy­bym chciała lecieć jutro, to bym sobie kupiła bilet przez inter­net. Muszę lecieć TERAZ!

Uśmiech znik­nął z twa­rzy kobiety. Zmarsz­czyła brwi i ponow­nie zaczęła stu­kać w kla­wia­turę.

- Siódma rano, ale są cztery prze­siadki i lot potrwa pięć­dzie­siąt cztery godziny.

Char­lotte poczuła ogar­nia­jącą ją panikę. Docho­dziła czwarta. Do odlotu pozo­stały trzy godziny. Lot­ni­sko w Keflavíku było tak małe, że nie mia­łaby się gdzie scho­wać. Jeśli Jens się tutaj pojawi, wsz­czy­na­nie alarmu nie będzie miało naj­mniej­szego sensu. Kto uwie­rzy w oskar­że­nia prze­ciwko komen­dan­towi poli­cji?

Odchrząk­nęła.

- A jaki samo­lot odla­tuje naj­wcze­śniej?

- Naj­wcze­śniej do Perth? - Kobieta patrzyła na nią zdez­o­rien­to­wana.

- Nie. - Char­lotte uśmiech­nęła się samymi ustami. - Dokąd­kol­wiek.

Kobieta zmarsz­czyła brwi, zer­k­nęła na moni­tor i powie­działa:

- Ber­lin, czwarta czter­dzie­ści pięć.

- Dosko­nale, popro­szę bilet.

Miała nie­wiele ponad pięć­dzie­siąt minut. Prze­szła obok kon­troli bez­pie­czeń­stwa i znik­nęła w dam­skiej toa­le­cie. Była tam sama. Spoj­rzała w duże lustro nad dwiema umy­wal­kami, a z jej gar­dła wydo­było się gło­śne wes­tchnie­nie. Dło­nie jej drżały, gdy się­gała nimi po białe ręcz­niki jed­no­ra­zowe i moczyła je wodą. Przez cały czas patrzyła na swoje odbi­cie w lustrze, jakby nie mogła uwie­rzyć, że kobieta, którą tam widzi, to ona sama. Miała czer­woną żyłkę na pra­wym oku i roz­ma­zany czarny tusz pod rzę­sami. W dziur­kach od nosa i nad ustami widać było zaschniętą krew. Prawy poli­czek, lekko spuch­nięty, miał czer­wony ślad po wbi­tym obca­sie. Na pod­bródku i szyi ujaw­niały się już zasi­nie­nia, a włosy, zamiast pozo­sta­wać w koku, ster­czały z niego we wszyst­kich kie­run­kach. Na odsło­nię­tych przed­ra­mio­nach widać było pełno sinia­ków, na łok­ciach zaś zdartą do krwi skórę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, czego doświad­czyło jej ciało. Na kom­bi­ne­zo­nie, na wyso­ko­ści brzu­cha dostrze­gła krwawy odcisk dwóch pal­ców. Nie wie­działa, kiedy wytarła dło­nie o mate­riał. Być może stało się to, gdy wcho­dziła na pię­tro domu? Albo już w sypialni, gdy despe­racko szu­kała na pod­ło­dze swo­jej torebki? Zasta­na­wiała się, co powinna zro­bić, żeby nie wezwano poli­cji, gdy sta­nie przed bramką samo­lotu. Zer­k­nęła na zega­rek. Czter­dzie­ści osiem minut od odlotu. Nie ma czasu się nad sobą uża­lać.

Przy­ło­żyła zmo­czone ręcz­niki do nosa i ust i otarła krew. Potem usu­nęła roz­ma­zany tusz pod oczami i roz­pu­ściła spięte w kok włosy. Sta­rała się zakryć nimi jak naj­więk­szą część twa­rzy, a potem, przy­kła­da­jąc sobie torebkę do brzu­cha, wyszła z łazienki i skie­ro­wała się do kon­troli bez­pie­czeń­stwa.

Sie­działa pod bramką, z nikim nie nawią­zu­jąc kon­taktu wzro­ko­wego. Wciąż się bała. Ta nie­wie­dza, gdzie on teraz jest, dopro­wa­dzała ją do sza­leń­stwa. Czuła się, jakby była w pokoju peł­nym ukry­tych kamer - nie wia­domo, gdzie są, ale wia­domo, że nic im nie umknie. Wyśle­dze­nie jej to dla niego bułka z masłem. Jedyne, co ona musi zro­bić, to dotrzeć pierw­sza do Perth, a potem jak naj­szyb­ciej stam­tąd uciec. Ode­tchnęła głę­biej dopiero wtedy, gdy samo­lot zaczął koło­wać po pły­cie lot­ni­ska. Jak na razie jej się udało. Żyje.

Na lot­ni­sku w Ber­li­nie kupiła bilet do Perth. Dwie prze­siadki i dwa­dzie­ścia dwie godziny lotu. Jedna w Stam­bule, druga w Sin­ga­pu­rze. Char­lotte w ogóle nie czuła zmę­cze­nia, choć miała za sobą dzie­więć godzin w samo­lo­cie ze Sta­nów, potem podróż samo­cho­dem do Drang­snes i z powro­tem, a następ­nie ponad trzy­go­dzinny lot z Keflavíku. Sie­działa w kawiarni naprze­ciwko bramki samo­lotu do Stam­bułu, a obok niej stał wielki kubek paru­ją­cej mię­to­wej her­baty. Nie piła jej. Przy­szła do kawiarni, ponie­waż były w niej bez­prze­wo­dowe łado­warki do tele­fonu, a ona z zasko­cze­niem odkryła, że nie ma wła­snej w torebce. Musiała ją scho­wać do bagażu pod­ręcz­nego. Albo do dużej walizki. Nie wie­działa. Patrzyła tępym wzro­kiem na swój tele­fon, gdy uzmy­sło­wiła sobie, że w ponie­dzia­łek miała być w pracy. Musiała komuś dać znać, że nie przyj­dzie. Wokół jej osoby było zbyt dużo szumu, aby mogła zosta­wić szpi­tal bez żad­nej wia­do­mo­ści.

Dzień dobry, Panie Ordy­na­to­rze, moja matka miała roz­le­gły zawał. Muszę pil­nie lecieć do Van­co­uver i się nią zaopie­ko­wać. Mam kilka dni zale­głego urlopu za zeszły rok i cały za ten. Wezmę wszystko naraz. Z matką jest bar­dzo źle.

Klik­nęła "wyślij" i podzię­ko­wała sobie w duchu, że w szpi­talu nikt nie wie­dział o tym, że roz­ma­wia z wła­sną matką tylko na Wiel­ka­noc i Boże Naro­dze­nie. Suche życze­nia, pyta­nie, jak się masz, i koniec roz­mowy. Nie­zmien­nie od osiem­na­stu lat.

Wtedy też była straszna noc, choć zegar wska­zy­wał popo­łu­dnie. Matka od tygo­dni nama­wiała ich, żeby poje­chali całą rodziną na Boże Naro­dze­nie do jakie­goś domku w pobliżu arbo­re­tum Hallormssta?ur, na dru­gim końcu Islan­dii. Zarówno Char­lotte, jak i ojcu ten pomysł wyda­wał się absur­dalny.

- Naprawdę chcesz spę­dzić Boże Naro­dze­nie w lesie, Tor­fey? Jest zimno i ciemno, więc i tak przez więk­szość dnia będziemy sie­dzieć w pomiesz­cze­niu - pró­bo­wał prze­ko­nać matkę ojciec.

- Ale przez te kilka godzin, gdy będzie jasno, będziemy mogli sobie spa­ce­ro­wać w pięk­nym oto­cze­niu i roz­ko­szo­wać się swoim towa­rzy­stwem. Tak mało ostat­nio mamy czasu dla sie­bie - nie dawała za wygraną matka.

Char­lotte była uczen­nicą liceum o pro­filu medycz­nym. Spre­cy­zo­wała sobie plany na przy­szłość po tym, jak jako dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka wylą­do­wała w szpi­talu z ata­kiem kolki ner­ko­wej. Gdy następ­nego ranka obu­dziła się na sali szpi­tal­nej, uważ­nie rozej­rzała się po pomiesz­cze­niu. Potężny ból, jaki prze­żyła dzień wcze­śniej, odszedł w zapo­mnie­nie i choć czuła się jesz­cze bar­dzo osła­biona, to jed­no­cze­śnie prze­peł­niała ją fascy­na­cja miej­scem, w któ­rym się zna­la­zła. Sie­działa na łóżku i przy­glą­dała się wszyst­kiemu w sali. Przy­su­nęła sobie dłoń pod oczy i ana­li­zo­wała, pod jakim kątem jest wbity w nią wenflon. Przy­po­mniała sobie, jak wczo­raj była pod­łą­czona do niego kro­plówka, przez którą wpły­wało do jej ciała zba­wienne lekar­stwo. To jest jak magia, pomy­ślała i zsu­nęła nogi z łóżka. Zało­żyła kap­cie i wyszła na kory­tarz do łazienki. Minęła otwarte drzwi do gabi­netu, w któ­rym sie­działo trzech leka­rzy. Cof­nęła się i oparła o fra­mugę. Dwóch sie­działo po obu stro­nach biurka, a trzeci stał pochy­lony nad nimi i cała trójka o czymś dys­ku­to­wała. W tym, który stał, Char­lotte roz­po­znała miłego, mło­dego pana dok­tora, który przy­jął ją wczo­raj na oddział. Nagle spoj­rzał w stronę drzwi i wypro­sto­wał się z uśmie­chem.

- Dzień dobry, młoda damo. Jak się dzi­siaj czu­jemy?

- Co pan tam czyta? - zapy­tała, zbli­ża­jąc się do biurka.

Lekarz pod­szedł do niej i poło­żyw­szy jej dłoń na ple­cach, wypro­wa­dził ją z gabi­netu i zamknął za nimi drzwi.

- Dokąd się wybie­ra­łaś? - zapy­tał, pochy­la­jąc się tak, że ich oczy były na jed­nym pozio­mie.

- Do łazienki - powie­działa.

- To idź z niej sko­rzy­stać i wra­caj do łóżka. Zaraz będzie śnia­da­nie, a potem przyjdę do cie­bie na obchód.

- A co to jest obchód?

Lekarz uśmiech­nął się sze­roko.

- Dużo nowych rze­czy? Będę miał dla cie­bie dzie­sięć minut eks­tra za to, jaką dzielną pacjentką wczo­raj byłaś. Wtedy ci powiem, co to jest obchód. A teraz zmy­kaj.

Wypro­sto­wał się i poło­żył dłoń na klamce.

- A powie mi pan, co pan tam czy­tał? - Char­lotte spoj­rzała na niego bła­gal­nie.

- Nie mogę ci tego powie­dzieć, bo to doty­czy innego pacjenta, ale za to prze­ana­li­zuję z tobą twoje wyniki badań. Umowa stoi?

- Stoi - powie­działa Char­lotte, czu­jąc w brzu­chu eks­cy­ta­cję. Ni­gdy wcze­śniej się tak nie czuła. I zaczęła żało­wać, że ból minął, bo to zna­czyło, że nie będzie mogła zostać tutaj dłu­żej.

Wła­śnie wtedy zakieł­ko­wała w niej myśl, żeby zostać leka­rzem. Każ­dego roku była bli­żej swo­jego celu, a medyczne liceum miało jej pomóc w dosta­niu się na wyma­rzony kie­ru­nek. Zada­nie nie było łatwe, bo tylko jedna islandzka uczel­nia kształ­ciła przy­szłych leka­rzy i do tego liczba miejsc, jakie ofe­ro­wała, była naprawdę ogra­ni­czona. Háskóli Íslands, czyli Uni­wer­sy­tet Islandzki, każ­dego roku przyj­mo­wał w swoje progi zale­d­wie sześć­dzie­się­ciu stu­den­tów medy­cyny. Char­lotte w liceum haro­wała jak wół, żeby mieć jak naj­lep­sze wyniki. Zbie­rała naj­wyż­sze oceny, brała udział w kon­kur­sach, wspól­nych pro­jek­tach i kur­sach, była też sekre­ta­rzem samo­rządu uczniow­skiego. Dla­tego gdy tylko nad­szedł gru­dzień, zaczęła odli­czać dni do prze­rwy świą­tecz­nej. Cie­szyła się, że tro­chę odsap­nie i wresz­cie spo­tka się z przy­ja­ciół­kami. Tak jak ojciec wolała zostać w Reykjavíku, ale nie byli w sta­nie prze­ko­nać matki.

Pierw­szego dnia prze­rwy świą­tecz­nej ojciec zamknął swoją księ­gar­nię w pobliżu kościoła Hallgrímura, będą­cego, zda­niem Char­lotte, naj­pięk­niej­szym budyn­kiem na całej Islan­dii. Strze­li­sty, z potężną wieżą, która płyn­nie obni­żała się w dwa boczne skrzy­dła, był widoczny z każ­dego miej­sca w mie­ście. A Char­lotte, ile­kroć widziała ten cud archi­tek­tury, myślała tylko o jed­nym. Tuż obok, w małej księ­garni, pra­co­wał jej uko­chany tata. I wła­śnie z nim oraz mamą zapa­ko­wali się w samo­chód i udali w ośmio­go­dzinną podróż do wyna­ję­tego przez matkę domu w Hallormssta?ur.

Na początku było faj­nie. Dłu­gie roz­mowy przy kominku, grzane wino i cie­płe cia­sto. Oka­zało się, że matka wzięła trzy opa­słe albumy z rodzin­nymi zdję­ciami, więc pochy­leni całą trójką nad foto­gra­fiami zaśmie­wali się co chwilę, przy­po­mi­na­jąc sobie uchwy­cone na nich momenty. A wła­ści­wie to rodzice przy­po­mi­nali te momenty Char­lotte. Sie­dzieli na kana­pie wśród zapa­chu cyna­monu i weso­łego trza­ska­nia drewna palą­cego się w kominku. Char­lotte w środku, a rodzice po bokach. Ojciec obej­mo­wał ją ramie­niem, a matka nie­mal cały czas trzy­mała jej dłoń i z prze­ję­ciem opo­wia­dała histo­rie zwią­zane z kolej­nymi zdję­ciami. Pusz­czała ją tylko po to, aby prze­rzu­cić duże białe stro­nice albumu, ale nawet wtedy wciąż była tak bli­sko, że Char­lotte czuła cie­pło jej ciała. W Char­lotte budziły się wspo­mnie­nia i, sie­dząc na kana­pie wśród rado­snego traj­ko­ta­nia mamy i rzu­ca­nych od czasu do czasu komen­ta­rzy taty, myślała wów­czas, jaką jest szczę­ściarą. Miała kocha­ją­cych się rodzi­ców, któ­rzy swoją córkę kochali rów­nie mocno jak sie­bie nawza­jem. Choć jej rela­cja z ojcem była wyjąt­kowo głę­boka, to swo­jej mamy nie zamie­ni­łaby na żadną inną. Char­lotte była córeczką tatu­sia, więc Tor­fey siłą rze­czy musiała peł­nić cza­sami rolę złego poli­cjanta w ich małej, trzy­oso­bo­wej spo­łecz­no­ści. Ale zarówno od ojca, jak i od matki dosta­wała mnó­stwo miło­ści, wspar­cia i poczu­cia, że jest ważna. Nie mogłaby sobie wyma­rzyć lep­szych rodzi­ców.

Gdy o jede­na­stej rano robiło się jasno, wycho­dzili do lasu. Wra­cali, gdy się ściem­niało, czyli tuż po trze­ciej po połu­dniu, by wsko­czyć pod koc i dalej bez­tro­sko leniu­cho­wać. Char­lotte była wdzięczna matce za ten pomysł, bo dzięki niemu spę­dzali wszy­scy naprawdę cudowny, rodzinny czas, a co naj­waż­niej­sze, Char­lotte miała ojca non stop przy sobie. Był dla niej ide­ałem męż­czy­zny, naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i oso­bi­stym kucha­rzem. Kochała go do sza­leń­stwa. Od dziecka, gdy ojciec był obok, matka mogła nie ist­nieć. To jego szu­kała, gdy obtarła sobie kolano albo gdy pokłó­ciła się z kole­żanką, gdy zezło­ściła się na coś czy wręcz prze­ciw­nie - była tak szczę­śliwa, że czuła, jakby uno­siła się nad zie­mią. To on jej szy­ko­wał naj­lep­sze śnia­da­nia na świe­cie. To on przy­cho­dził do niej z kub­kiem gorą­cej cze­ko­lady, gdy uczyła się do późna. I to on deli­kat­nie jej suge­ro­wał, aby prze­pro­siła mamę, gdy się pokłó­ciły. Char­lotte zawsze patrzyła na niego z uwiel­bie­niem i była dumna, że jest córką tak wspa­nia­łego, dobrego i mądrego czło­wieka. Był piękny w środku i na zewnątrz. Postawny blon­dyn o dużych nie­bie­skich oczach. Sama jego syl­wetka dawała jej poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Matka była niska, miała lekko rude włosy i zde­cy­do­wa­nie zbyt dużo kilo­gra­mów. Ojciec mimo upływu lat wciąż lubił ją nazy­wać "moja pięk­notka". Char­lotte nie przy­po­mi­nała matki ani tro­chę. Była kopią swo­jego ojca, co dodat­kowo napa­wało ją dumą.

To się wyda­rzyło dzień przed syl­we­strem. Tego dnia wybrali się na spa­cer dopiero po czter­na­stej. Miał być krótki, ale tak zawzię­cie ana­li­zo­wała z ojcem wybór swo­jej spe­cja­li­za­cji, że nawet nie zauwa­żyli, kiedy się ściem­niło.

- Gdzie my jeste­śmy? - zapy­tała w pew­nym momen­cie matka.

Choć było przed szes­na­stą, nad ich gło­wami góro­wały wyso­kie drzewa, a spo­mię­dzy ich koron prze­świ­ty­wała wroga ciem­ność.

- Pocze­kaj. - Char­lotte pogrze­bała w kie­szeni pucho­wej kurtki i wyjęła małą latarkę.

Ojciec obró­cił się dookoła wła­snej osi i wska­zu­jąc pal­cem na prawo, rzekł:

- Musimy iść tam.

Zro­bił zale­d­wie kilka kro­ków, gdy pośli­zgnął się na lodzie. To, co się wyda­rzyło potem, przy­po­mi­nało film odtwa­rzany w zwol­nio­nym tem­pie. Ojciec zama­chał rękami, pró­bu­jąc utrzy­mać rów­no­wagę, ale było zbyt śli­sko. Runął na plecy, a jego upad­kowi towa­rzy­szyło głu­che łup­nię­cie.

- Eggert! - krzyk­nęła Tor­fey.

Char­lotte zła­pała ją za łokieć. To wła­śnie wtedy poczuła, jak ogar­niają ją opa­no­wane i jasność umy­słu, choć sytu­acja była dra­ma­tyczna.

- Stój spo­koj­nie i go nie ruszaj - powie­działa cicho do matki, a ta zaszlo­chała gło­śno.

Char­lotte poświe­ciła latarką na ojca i zoba­czyła, jak śnieg dookoła jego głowy szybko zmie­nia kolor. Krew. Ojciec się nie ruszał. Skie­ro­wała snop świa­tła na tył jego czaszki i zaczęła deli­kat­nie odsu­wać śnieg leżący dookoła niej. Ude­rzył głową w wysta­jący kamień. Char­lotte zdjęła ręka­wiczki i poło­żyła je obok głowy ojca.

- Tato, sły­szysz mnie? - zapy­tała, roz­chy­la­jąc mu powieki i świe­cąc latarką w źre­nice.

Oczy lekko się poru­szyły pod napo­rem świa­tła. Puls bił, choć był słabo wyczu­walny. Krwi robiło się coraz wię­cej. Char­lotte zdjęła swój płaszcz i poło­żyła go na śniegu obok ojca. Potem kuc­nęła przy jego gło­wie, przy­ło­żyła łok­cie po obu jej stro­nach i łapiąc ojca pod pachami zde­cy­do­wa­nym ruchem, unio­sła jego ciało znad kamie­nia i uło­żyła w pozy­cji bocz­nej na swoim płasz­czu.

- Podaj mi latarkę - powie­działa cicho do matki, a Tor­fey rzu­ciła się na śnieg, żeby pod­nieść urzą­dze­nie. W tym cza­sie Char­lotte wyjęła z kie­szeni płasz­cza ojca paczkę chu­s­te­czek i wycią­gnęła wszyst­kie.

Tor­fey podała jej latarkę i Char­lotte skie­ro­wała snop świa­tła na głowę ojca. Potem poświe­ciła na kamień. Eggert upadł głową wprost na wysta­jący ostry kant. Char­lotte przy­ło­żyła wszyst­kie chu­s­teczki do roz­cię­cia w poty­licy ojca, z któ­rego leciała krew.

- Masz wię­cej chu­s­te­czek? - Spoj­rzała na matkę, czu­jąc, jak te, które przy­kłada do głowy ojca, natych­miast robią się mokre.

Tor­fey zaczęła grze­bać sza­leń­czo w swo­ich kie­sze­niach i bły­ska­wicz­nie pod­su­nęła jej paczkę pod nos.

- Trzy­maj je - pole­ciła matce - i spró­buj wyjąć jesz­cze paczkę z mojego płasz­cza. Powinny być w tej kie­szeni przy nogach taty. Tylko ostroż­nie.

Tor­fey pła­kała, ale posłusz­nie wło­żyła rękę pod płaszcz, na któ­rym leżał jej mąż.

- Tu nic nie ma, Char­lotte.

- Cho­lera, są w dru­giej kie­szeni. On na nich leży. - Char­lotte zamy­śliła się chwilę. - Chodź tutaj z tymi chu­s­tecz­kami i przy­łóż je do jego głowy.

Char­lotte rzu­ciła w śnieg zakrwa­wione chu­s­teczki, a Tor­fey zajęła jej miej­sce przy ojcu.

- Co ty wypra­wiasz?! - Matka patrzyła zszo­ko­wana, gdy Char­lotte zdej­mo­wała weł­niany swe­ter, a potem pod­ko­szu­lek. Zro­lo­wała go, a potem uno­sząc deli­kat­nie głowę ojca, owi­nęła ją i zawią­zała mocno na czole. Narzu­ciła na sie­bie swe­ter i kuc­nęła przy twa­rzy ojca, świe­cąc mu ponow­nie latarką w oczy. Zare­ago­wały na świa­tło.

- Tato - powie­działa do niego cicho - zosta­niesz teraz z mamą, a ja pobie­gnę do domu i zadzwo­nię po pogo­to­wie. Pomoc zaraz tu będzie. Musisz być silny.

- Char­lotte, to wszystko prze­cieka - powie­działa matka prze­ra­żo­nym gło­sem.

Char­lotte chwy­ciła leżące przy gło­wie ojca ręka­wiczki i podała je matce wraz z latarką.

- Przy­łóż je do jego głowy i trzy­maj. Musi być stały ucisk. Wrócę tu z pogo­to­wiem.

Rzu­ciła na nich ostat­nie spoj­rze­nie i puściła się pędem przez las w kie­runku, który zda­niem ojca pro­wa­dził do domu. Bie­gła, poty­ka­jąc się o wysta­jące ze śniegu konary drzew, śli­zga­jąc się na oblo­dze­niach, nie­pewna, czy podąża we wła­ściwą stronę. Miała wra­że­nie, że ten bieg ni­gdy się nie skoń­czy. W pew­nym momen­cie, gdy wciąż nie widziała żad­nej zna­jo­mej drogi w oddali, zatrzy­mała się i rozej­rzała dookoła, tak jak ojciec, zanim upadł. Mroźne gru­dniowe powie­trze raniło jej płuca, jakby ktoś wbi­jał w nie igły, serce łomo­tało jej w klatce od sza­leń­czego pędu, a ona pró­bo­wała roz­po­znać jaki­kol­wiek frag­ment tego cho­ler­nego lasu, który przez ostatni tydzień prze­mie­rzali wzdłuż i wszerz. Zapa­trzyła się w prawą stronę i roz­po­znała ścieżkę. Ode­tchnęła z ulgą i ruszyła bie­giem. Była bli­sko. Nie zwol­niła nawet wtedy, gdy prze­bie­gała przez bramę. Wpa­dła do domu, a cie­pło ze środka ude­rzyło ją w zmar­z­niętą twarz. Ogień wesoło trza­skał w kominku, a ona chwy­ciła za tele­fon i wykrę­ciła numer na pogo­to­wie.

- Dzień dobry - powie­działa, zanim dyżurny z pogo­to­wia zdą­żył się przed­sta­wić. - Mój ojciec miał wypa­dek. Upadł w lesie, kamień wbił mu się w czaszkę, nie mogłam zata­mo­wać krwo­toku. Puls wyczu­walny, ale słaby, oczy reagują na świa­tło.

- Gdzie jest teraz tata? - zapy­tał dyżurny.

- W lesie, arbo­re­tum Hallormssta?ur.

- Pro­szę o dokładne współ­rzędne, wyślemy heli­kop­ter.

Char­lotte uzmy­sło­wiła sobie, w jak bez­na­dziej­nym są poło­że­niu.

- Nie wiem, wra­ca­li­śmy ze spa­ceru, on upadł, ja przy­bie­głam do domu, żeby zadzwo­nić. On tam leży dalej, moja mama z nim jest.

Dyżurny wes­tchnął ciężko.

- Mają pań­stwo latarkę?

- Tak! Zna­czy moja mama ma, ona jest z tatą w lesie.

- Pro­szę tam wró­cić i świe­cić latarką w górę. Heli­kop­ter pań­stwa zoba­czy.

Bie­gnąc z powro­tem na miej­sce, Char­lotte nie­na­wi­dziła się za pew­ność, jaką w tam­tej chwili czuła. Była prze­ko­nana, że jeśli zasta­nie ojca żywego, to on umrze albo w dro­dze do szpi­tala, albo już w szpi­talu.

Nie zdą­żyli nawet roz­po­cząć ope­ra­cji, gdy lekarz wyszedł do nich i powie­dział:

- Bar­dzo mi przy­kro, pacjent zmarł.

Matka sza­lała. Pła­kała, krzy­czała, prze­wra­cała krze­sła i biła pię­ściami w ścianę. A Char­lotte sie­działa sku­lona na jedy­nym krze­śle, któ­rego matka nie prze­wró­ciła, i nie­na­wi­dziła się za to jesz­cze bar­dziej.

Podróż powrotną do Reykjavíku spę­dziły w ciszy. Gdy dotarły póź­nym popo­łu­dniem do domu, mia­sto szy­ko­wało się do świę­to­wa­nia Nowego Roku. Char­lotte prze­sie­działa syl­we­stra w swoim pokoju, wpa­trzona w pokaz fajer­wer­ków na wybrzeżu, choć tak naprawdę go nie widziała. Wysi­łek, jaki pod­jęła w lesie, żeby ura­to­wać swo­jego tatę, zaczął jej się mocno dawać we znaki. Czuła ból w całym ciele. Sie­dząc w fotelu, zapa­trzona w okno, sta­rała się go jed­nak igno­ro­wać. Trak­to­wała go jako karę za wła­sną nie­udol­ność. Matka nie zaj­rzała do niej ani razu. Char­lotte nawet nie wie­działa, czy matka jest w domu. Nie obcho­dziło jej to. Czuła się jak tyka­jąca bomba. Jeden nie­wła­ściwy ruch i wybuch­nie, sie­jąc spu­sto­sze­nie. Wyda­wało jej się nie­po­jęte, że ludzie w swo­ich domach mogą świę­to­wać nadej­ście nowego roku, pod­czas gdy jej zawa­lił się świat. Wszystko wyda­rzyło się tak szybko, że nie miała nawet moż­li­wo­ści, aby się na to psy­chicz­nie przy­go­to­wać. W jed­nej chwili miała swo­jego uko­cha­nego tatę obok, a zaraz potem już go nie było. Wciąż czuła w sobie ten strach, gdy bie­gła przez las i nie mogła zna­leźć drogi do domu. Wciąż sły­szała ogłu­sza­jący huk lądu­ją­cego heli­kop­tera i widziała las roz­świe­tlony jego ostrym świa­tłem. Wra­cały do niej wspo­mnie­nia tego, jak lecieli do szpi­tala, a ona tuliła do sie­bie pła­czącą matkę i zapew­niała ją, że wszystko będzie dobrze. Jej nikt nie tulił. Była silna do momentu, gdy zoba­czyła leka­rza wycho­dzą­cego z bloku ope­ra­cyj­nego i usły­szała jego spo­kojny, cichy głos, mówiący, że tata zmarł. Wtedy jej siła znik­nęła, nie zostało z niej abso­lut­nie nic.

Nie ma już siły. I nie ma taty. Co ona ma teraz zro­bić? Jak ma się bez niego odna­leźć? Jak ma żyć w domu tak bar­dzo prze­siąk­nię­tym jego obec­no­ścią? W domu, w któ­rym czuć jego zapach. Jak ma sobie zro­bić her­batę z goź­dzi­kami, ich ulu­biony jesienno-zimowy napój, widząc jego kubek obok? Jak ma iść do salonu i usiąść na kana­pie, wie­dząc, że jego silne ramiona już jej nie obejmą i nikt jej nie zapyta, czego nowego się tego dnia nauczyła na bio­lo­gii? Czy powinna prze­stać cho­dzić do cukierni nie­opo­dal księ­garni ojca, w któ­rej w każdy czwar­tek cze­kały na nią dwa kawałki ser­nika ze skyru? Zawsze szła z nimi do księ­garni, jedli je razem z ojcem, a po zamknię­ciu sklepu wra­cali razem okrężną drogą do domu. Żeby spa­lić kalo­rie i bez gry­ma­sze­nia zjeść kola­cję, którą przy­go­to­wała matka. Bo to był ich sekret od lat. I już go nie ma. Nie ma ojca. Nie ma wspól­nych sekre­tów. Nie ma wspól­nych roz­mów. Nie ma już szczę­ścia, rado­ści. Nie ma już nic.

Poczuła nagle tak wielki ból, że aż zabra­kło jej tchu. Wyda­wało jej się, że zaraz się udusi. Wstała i chwy­ciła z para­petu wazon z przy­schnię­tymi już różo­wymi różami, które ojciec wrę­czył jej, zanim poje­chali do arbo­re­tum. Wzięła potężny roz­mach i rzu­ciła wazo­nem o pod­łogę. Trzask roz­bi­ja­nego szkła ją ogłu­szył, a na widok roz­sy­pa­nych po całym pokoju kawał­ków wazonu i uschnię­tych kwia­tów odnio­sła wra­że­nie, że patrzy na swoje serce. Tak się teraz czuła. Nie­spo­dzie­wa­nie roz­sy­pała się na kawałki. Opu­ściła ramiona, nabrała w płuca powie­trza i zaczęła gło­śno pła­kać. Matka do niej nie przy­szła, choć na pewno sły­szała huk roz­bi­ja­nego wazonu. Char­lotte poło­żyła się na łóżku i objęła się ramio­nami. Została ze swoim bólem sama.

Ostat­nia dłuż­sza roz­mowa, jaką odbyła z matką, nastą­piła dzień póź­niej.

- Prze­ło­ży­łam pogrzeb o tydzień, tak aby cio­cia Thea mogła dole­cieć z Van­co­uver.

Char­lotte na te słowa wypu­ściła z rąk kubek świeżo zapa­rzo­nej kawy. Płyn roz­bry­zgał się po bia­łej kuchni i beżo­wych leg­gin­sach Char­lotte. Skóra na nogach mocno ją pie­kła, ale ona po pro­stu stała w miej­scu i patrzyła na matkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki