Strach, który powraca - Magda Stachula

Reflow text when sidebars are open.
Na mojej piersi widnieje wielka czerwona plama. Dotykam zabrudzonego miejsca, dłonie pokrywają się gęstą, mazistą cieczą. Poruszam palcami, przyglądając się, jak powstają między nimi niemal przezroczyste błony, przywodzące na myśl błonę pławną u żaby. Wycieram ręce o koszulę, zostawiając długie, nierówne smugi na białym materiale. Muszę się tego pozbyć jak najszybciej. Ściągam ubranie i wrzucam do wanny, kierując na zabrudzenie strumień wody, która momentalnie barwi się na czerwono. Zwiększam ciśnienie, ale plama nie schodzi, nie wypiorę tego, ubranie jest do wyrzucenia. Zakręcam kurek, schylam się po mokry materiał, wyciskam go i wyrzucam do kosza na śmieci. Mała strata, to nie była moja ulubiona koszula. Podchodzę do umywalki, nabieram na szczotkę mydła i zaczynam szorować ręce. Dynamiczne ruchy wokół paznokci, po wewnętrznej stronie dłoni, między palcami, trę tak długo i zawzięcie, aż skóra zaczyna mnie szczypać i robi się czerwona. Spłukuję ręce ciepłą wodą, wycieram starannie w ręcznik i idę do kuchni. Wyjmuję z szafki butelkę wina. Alkohol sprawia, że świat przestaje istnieć, a tego właśnie mi dziś potrzeba: znieczulenia. Dobrze się stało, nie było innego wyjścia, najlepsze z możliwych rozwiązań. Próbuję zagłuszyć wyrzuty sumienia kolejną lampką wina, już nawet nie wiem którą dzisiejszego wieczoru, ale to nie pomaga. Podchodzę do okna, zmierzch kładzie się na czerwonych dachach kamienic, mgła nad rzeką niespokojnie drga. Upijam kolejny łyk, chociaż i tak kręci mi się już w głowie z głodu i niewyspania, opadam na sofę. Zamykam oczy, opieram się o miękką poduszkę. Sen będzie zbawienny. Na chwilę zagłuszy świadomość, a potem z każdym dniem będzie łatwiej. Trzeba dać sobie czas na przywyknięcie do nowej sytuacji. Sprawy stopniowo same się ułożą. Oddycham głęboko i spokojnie, próbując zapanować nad tym, co dzieje się w moim wnętrzu. Skrajne emocje: ulga, satysfakcja, przerażenie i smutek. Każdego dnia będę się zmagać z konsekwencjami tego czynu, ale stawka w grze była wysoka, nie dało się postąpić inaczej. Czuję, że odpływam, pytania ścigają się w mojej głowie. Czy możliwe, że pojawiła się już jakaś wzmianka w sieci? Czy najnowsze informacje dotarły do mediów? A może jest inaczej? Policja dla dobra śledztwa postanowi utrzymać w tajemnicy najświeższe wieści na temat Anity Rozwady, idealnej matki i przykładnej żony, zaginionej przed kilkoma dniami mieszkanki Krakowa?
17 lipca 2019 Kraków
Stare drzewa rzucają długie cienie. Trawnik poprzecinany jasnymi i ciemnymi paskami przywodzi na myśl labirynt. Zachodzące słońce zabiera ze sobą resztki upalnego dnia, owady oblepione gorącem lewitują nad ziemią, uśpione w locie. Próbuję zapisać w sobie ten obraz na dłużej. Za płotem przejeżdża samochód, telepie się po szutrowej drodze, redukuje prędkość, niemal się zatrzymuje. Oczami wyobraźni widzę wszystkie dziury, które omija, znam je na pamięć. Na naszą ulicę rzadko zagląda ktoś obcy, moja mama żartuje, że tutaj nawet wrony zawracają. To na pewno nie mój mąż, ma dziś ważne spotkanie biznesowe na mieście, prosił, żebym nie czekała na niego z kolacją. Kto w takim razie zapuścił się aż tak daleko? Ktoś szuka działki w tej okolicy, zabłądził czy jednak ma tutaj coś do załatwienia? Może to kurier? Często dostaję niespodziewane przesyłki od firm, z którymi współpracuję, ale jest już po dziewiętnastej, trochę późno jak na dostawcę paczek. Już mam wstać i sprawdzić, gdy słyszę, jak samochód się oddala, i zalega cisza przerywana jedynie pohukiwaniem puszczyka. Kilka sów mieszka w naszej okolicy i cieszy mnie to. Niezastąpione sojuszniczki w walce z myszami. Są nawet lepsze w tej kwestii niż koty, bo dzięki piórom pokrytym meszkiem poruszają się bezszelestnie. Ich ofiary uświadamiają sobie, że są atakowane, dopiero gdy poczują dotyk zimnych pazurów na swoim karku. Auć. I jest już za późno na ucieczkę. Fascynują mnie te ptaki. Mieć taką moc odcięcia się od wszystkiego, potrójne powieki, to byłaby niezawodna broń w walce ze światem i samą sobą. Zazdroszczę im. Na wiosnę jedna z nich zamieszkała w zagłębieniu komina na naszym dachu. Nie powiedziałam o tym Adamowi, bo jeszcze próbowałby ją przegonić. "Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili", jak głosi staropolskie przysłowie. On nie darzy tych ptaków taką sympatią jak ja. Gdy kupiłam Amelce maskotkę sówkę, powiedział, że jemu one nie kojarzą się z mądrością, tylko z cmentarzami. Z delegacji przywiózł jej królika z długimi, miękkimi uszami, myślał, że łatwo podmieni zabawkę, ale nasza córka uwielbia pluszową sówkę znacznie bardziej niż prezent od tatusia i sprawia mi to ogromną satysfakcję.
Po chwili dobiega mnie zza pleców krótki dźwięk wiadomości. Coś przyszło na komórkę, podpiętą do ładowarki na tarasie. Nie chce mi się wstawać i sprawdzać, kto napisał. Wiem, że jeśli zmienię pozycję, już do niej nie wrócę. Zobaczę rozrzucone zabawki, nieumyte talerze z zasychającymi resztkami obiadu i pranie, które zapewne zdążyło się już uprać i oczekuje na wywieszenie. Zajmę się jednym, potem drugim i czas minie bezpowrotnie. A ja chcę się podelektować chwilą, zatrzymać moment, po prostu być. W takie upalne lipcowe dni najbardziej cieszę się z mieszkania w domu z ogrodem. Możliwość wylegiwania się na leżaku niemal nago, śniadanie w koszuli nocnej na tarasie, pranie suszące się w słońcu, a potem pachnące wiatrem. Gorzej, gdy przychodzi jesień, a potem zima, wtedy najbardziej tęsknię za miastem, za wpadaniem na poranną kawę do baru za rogiem, za świeżym pieczywem z pobliskiej piekarni, którego zapach budził mnie każdego ranka, za hałasem tramwajów, po prostu za rytmem dużego miasta. Jestem mieszczuchem, potrzebuję wielkomiejskiej przestrzeni, by czuć się spełniona. Jedynie takie dni jak ten wynagradzają mi decyzję o przeprowadzce.
Do domu na przedmieściach Krakowa przenieśliśmy się trzy lata temu, tuż przed przyjściem na świat naszej córki. Na początku myślałam, że kupimy trochę większy apartament w centrum, z dodatkowym pokojem dla dziecka, ale Adam znalazł atrakcyjną ofertę. Nieruchomość w stanie surowym, do wykończenia, na dużej, pięknej działce, ze starym drzewostanem. Minęły już trzy lata, ale wciąż używam sformułowania "nowy dom", gdy mówię lub myślę o tym miejscu. Czy to się kiedyś zmieni? Na razie ten moment jeszcze nie nadszedł.
Odkąd mieszkamy na skraju miasta, czuję się wykluczona, wyrzucona poza nawias życia społecznego. Mój świat zamknął się w wąskiej przestrzeni domu, ogrodu, najbliższego sklepu spożywczego i placu zabaw. Nie byłam zwolenniczką wyprowadzki z miasta, nie chciałam mieć wszędzie tak daleko, ale Adam i rodzice mnie przekonali. Dom dla dziecka to cudowna sprawa, ogród, piaskownica, świeże powietrze, nie ma się nad czym zastanawiać. Prawda jest jednak taka, że boję się tu mieszkać. Nie znoszę zostawać sama na noc, gdy Adam wyjeżdża w delegację. Mamy najnowszy system antywłamaniowy, kamery z każdej strony domu, ale nie czuję się tu bezpiecznie. Może dlatego, że wyobraźnia wciąż pracuje, podpowiadając najgorsze scenariusze?
Często myślę o mojej dawnej prześladowczyni. Minęło tyle czasu, a ona nadal szybuje w czeluściach mojego umysłu. Nie wiem, co się z nią stało, dlaczego tak nagle zniknęła. Czy rzeczywiście zmęczyła się dręczeniem mnie i dała sobie spokój? A może właśnie coś knuje, chcąc mnie ostatecznie zniszczyć? Nie ma ku temu przesłanek, nic niepokojącego się nie dzieje, żadnych tajemniczych telefonów w środku nocy - a jednak nadal się jej boję. Ona nie była kobietą, która daje za wygraną, która rezygnuje. Mój mąż nie chce o tym słuchać, mówi, że dopowiadam sobie historie, które nie istnieją, że powinnam się cieszyć, iż zniknęła bez śladu, zamiast się zastanawiać, gdzie jest i co robi.
- Wyjechała za granicę, znalazła nową pracę, a nawet gdyby wróciła do Polski, nie zna naszego nowego adresu, nie wie, gdzie teraz mieszkamy - przekonuje mnie, ilekroć o niej wspominam.
Nie lubię, kiedy tak się denerwuje, więc dawno przestałam poruszać z nim ten temat. Ale przecież odnaleźć nas to nic trudnego. Adam nie zmienił pracy, wystarczy się zaczaić pod biurowcem i śledzić go w drodze do domu. Gdyby tutaj dotarła, oznaczałoby to mój koniec. Jest ciepło, ale moje ciało pokrywa się momentalnie gęsią skórką. Z wysiłkiem odrzucam od siebie tę bzdurną myśl. To już zamknięta sprawa, nie warto wracać do przeszłości. Może rzeczywiście znudziła się dręczeniem mnie, a może przerzuciła się na inny obiekt i teraz prześladuje kogoś nowego?
- Mamo - dobiega mnie pojękiwanie Amelki. - Mamusiu!
Moja śliczna trzylatka się zbudziła. Zazwyczaj nie śpi już w dzień, ale czasem zdarza się, że popołudniowa drzemka przeciągnie się aż do wieczora, tak jak dziś. Niechętnie wstaję z leżaka, sięgam po płócienną sukienkę i zarzucam ją na siebie. Amelka uśmiecha się do mnie. Biorę ją na ręce i całuję w czółko. Zaplata rączki wokół mojej szyi i kładzie mi główkę na ramieniu.
- Może zrobimy racuchy? - pytam. - Masz ochotę?
Kręci przecząco główką, wiem, że potrzebuje trochę czasu, zanim się rozbudzi. Ma to po Adamie, powolne dochodzenie do rzeczywistości. Idziemy na taras, kładę ją na huśtawce ogrodowej, kolorowa sówka wypada jej z rąk.
- Proszę. - Schylam się po przytulankę i wręczam jej. - Przyniosę ci coś do picia - rzucam, kierując się w stronę domu.
Nalewam do kubeczka wody. Zazwyczaj pije niechętnie, muszę pilnować, żeby się nie odwodniła. Siada, upija kilka łyków i zaczyna częstować maskotkę. Przypominam sobie o wiadomości, która przyszła przed kilkoma minutami. Wracam do stołu i sięgam po telefon. Dostałam wiadomość na Instagramie. Siadam obok Amelki na huśtawce, zabieram od niej puste naczynie, wygląda na to, że na szczęście wypiła więcej niż sowa. Odpycham się nogami od ziemi, wprowadzając huśtawkę w powolny ruch, a potem sprawdzam, kto do mnie napisał.
Chwilę po urodzeniu córeczki założyłam profil w całości jej poświęcony - idealne.dziecko. Ma pokaźną grupę followersów, codziennie spływają zapytania o współpracę od firm odzieżowych, producentów kosmetyków i zabawek dla dzieci, ale tę wiadomość dostałam na konto prywatne anitarozwada. To rzadkość i dlatego jestem trochę zdziwiona. Moim oczom ukazuje się uśmiechnięty starszy mężczyzna z przydługimi siwymi włosami. Nie znam go. Zdjęcie podpisane jest tagiem #faceappchallenge, pod spodem dodano krótki tekst: "Party 2049?".
Świat oszalał na punkcie tej aplikacji. Od kilku dni Instagram zasypują fotki celebrytów z twarzami postarzonymi o trzydzieści lat. Wszędzie roi się od dojrzałych pań i panów. Jaki jest tego cel? Oswajanie starości? Jeśli tak, podpisuję się pod tym obiema rękami. Każdy sposób jest dobry, by przyzwyczajać się do tego, co nieuniknione. Sama z ciekawości ściągnęłam apkę. Adam przestrzegał mnie przed instalowaniem jej na telefonie, cyberbezpieczeństwo i te sprawy. Wzruszyłam ramionami.
- Codziennie, idąc przez miasto, jestem rejestrowana przez kilkadziesiąt kamer, o których istnieniu nawet nie mam pojęcia, ich operatorzy mogą robić z moim wizerunkiem, co im się tylko podoba. Naprawdę nie chcesz zobaczyć, jak będziesz wyglądać w przyszłości?
Chciał. Przerobiłam kilka naszych zdjęć. Rezultat nie był zachwycający. Będę wyglądać gorzej niż moja matka - mało pokrzepiająca perspektywa. Następnego dnia kupiłam krem przeciwzmarszczkowy, który od dawna poleca mi Ilona, moja kosmetyczka. Nie wiem, czy krem powstrzyma zmiany, które mają uczynić ze mnie staruszkę ze zdjęcia, ale każdego ranka z namaszczeniem wklepuję go w twarz. Adam będzie wyglądać lepiej niż ja: włosy przyprószone siwizną, widoczne zmarszczki wokół ust i oczu, lecz spojrzenie wciąż pociągające. Szczęściarz. Ale kim jest ten facet?
Profil nosi nazwę Be_the_best_version_of_you, na zdjęciu profilowym widnieje rzeźba głowy jakiegoś bożka azteckiego. Brak opisu dotyczącego zainteresowań czy wieku użytkownika. Nie ma wielu postów, na jednym zdjęciu widok z gór, na innym zestaw sushi, zapewne z restauracji w ciepłych krajach, bo w oddali widać turkusowe morze. Pierwszy wpis pochodzi z początku czerwca, konto jest stosunkowo nowe. Mam wrażenie, że facet, chociaż postarzony o trzydzieści lat, wygląda dziwnie znajomo. Zdjęcie nie jest zrobione z bliska, nie mogę się dokładnie przyjrzeć oczom i rysom twarzy, która jednak ma w sobie coś, co każe mi sądzić, że już się spotkaliśmy. A może tylko mi się wydaje? Próbuję sobie wyobrazić, jak ten człowiek może wyglądać współcześnie. Dłuższe włosy mogą być obecnie w każdym kolorze, pociągła twarz, pozbawiona zarostu, lekko przymknięte oczy, jakby mrużył je od słońca. Czy to może być Tomek, niekwestionowany świadek mojej niewierności?
Trudno się do tego przyznać, ale nie zawsze byłam idealną żoną. Kilka miesięcy temu wplątałam się w cyberromans, który mimo początkowych uniesień dostarczył mi wielu problemów. To wszystko jest winą Adama, nie mam co do tego wątpliwości. Gdyby mnie nie zdradził, nigdy nie wchodziłabym w przypadkową znajomość z facetem z sieci. Zrobiłam to z zemsty. Cały czas czułam się naznaczoną, zdradzoną kobietą, żoną niewiernego męża. Na początku, gdy zdrada Adama była świeża, wierzyłam, że to nieznośnie uczucie z czasem się we mnie rozmyje. Ilekroć wizja Adama z kochanką pojawiała się w mojej głowie, przeganiałam ją. Byłam w ciąży, nosiłam w sobie upragnione dziecko, nie mogłam się denerwować. Kiedy urodziłam, zalała mnie gigantyczna dawka hormonów, myślałam, że udało mi się zapomnieć. Ale po kilku tygodniach przeszłość znów zaczęła się dobijać do mojej świadomości. Nie wiem, jak inne kobiety radzą sobie ze zdradą, jak potrafią wybaczyć, puścić w niepamięć: mnie się nie udało. Cichy głos w mojej głowie szeptał: "Nie wyrównałaś rachunków, on jest wygranym, nie poniósł kary, uszło mu to na sucho". I wtedy pojawił się Tomek.
Kiedy Amelia miała jakieś pół roku, postanowiłam założyć blog o macierzyństwie. Chciałam uporządkować te wszystkie szczególne momenty w naszym życiu, pierwszy uśmiech, pierwszy ząbek, mieć pewność, że niczego nie przegapię. Niemal równocześnie zaczęłam prowadzić profil poświęcony córce na Instagramie. Było to cudownym sposobem na zajęcie myśli, zapchanie codzienności, nawet nie podejrzewałam, że tak bardzo zmieni to moje życie. Pewnego dnia przypadkowy instagramer jakcien skomentował jedno ze zdjęć, potem kolejne, w rewanżu odpowiedziałam mu tym samym. I tak się zaczęło. Najpierw niewinna wymiana życzliwości, potem coraz odważniejsze komentarze, przejście do korespondencji prywatnej. Flirtowanie z nim dawało mi satysfakcję. Nie miałam zamiaru zamieniać tej znajomości w coś znaczącego. Komplementy sprawiały mi przyjemność, ale to była tylko zabawa, rozrywka na pozbawionych atrakcji peryferiach, na które wywiózł mnie mój mąż. Chciałam poczuć to, co kiedyś czuł Adam, też mieć przed nim tajemnice, ale zdawałam sobie sprawę, że to nie może się wymknąć spod kontroli. Nie chciałam stracić życia, które wiodłam, nie miałam zamiaru pozbawiać mojej córki szansy na dorastanie w pełnej rodzinie. Mój cyberromans z zamierzenia był chwilowy, czekałam tylko na moment, kiedy nasycę się satysfakcją i go zakończę. Jednak mijał tydzień za tygodniem, a ja angażowałam się coraz bardziej i nie wiem, jak by się to skończyło, ale pewnego dnia odkryłam, że mój cyberkochanek prowadzi ze mną nieczystą grę. Nie tylko ja nie powiedziałam mu o mężu, on także nie przyznał się, że kogoś ma. Podczas wyjazdu z Adamem do Zakopanego natknęłam się na Tomka. Mimo że nigdy wcześniej nie widzieliśmy się na żywo, bez problemu go rozpoznałam, całował się z jakąś kobietą. Zabolało, ale pomogło w wykonaniu kolejnych kroków. Przestałam wysyłać do niego wiadomości, napisał wtedy kilka obraźliwych maili. Już nie chciało mi się z nim flirtować, gdy zrozumiałam, że nie tylko mnie karmi czułymi słówkami. Był wściekły, że tak nagle zerwałam kontakt. Nie chciał dać za wygraną, przerażała mnie jego złość, zniknęły komplementy, a pojawiły się wulgaryzmy. Bałam się go, nawet zastanawiałam się, czy nie powiedzieć o wszystkim Adamowi. Przyznać się do cyberromansu, wyjaśnić, że nigdy nie spotkaliśmy się na żywo, dwuznaczne teksty i kilka odważniejszych zdjęć, które między sobą wymieniliśmy, to wszystko. Czy Adam by to zrozumiał? Myślę, że nie zrozumiałby tego żaden partner. Lojalność w związku to podstawa, ale przyznanie się do zdrady, w momencie gdy chce się zawrócić z drogi niewierności, jest głupotą. Adamowi ta wiedza nie była potrzebna, moja szczerość zniszczyłaby naszą rodzinę. Przekonywałam sama siebie, że moje lęki wobec Tomka są irracjonalne. Co prawda poznał moje imię i nazwisko, ale nie wiedział, gdzie mieszkam, nigdy nie zdradziłam mu tych informacji. Pilnowałam, aby na Instagramie nie oznaczać Krakowa. Nawet będąc na spacerze, nie hashtagowałam charakterystycznych miejsc, które zdradziłyby mu, skąd jestem. Poza tym naprawdę do niczego między nami nie doszło. Tomek równie dobrze mógł być kobietą i jedynie podawać się za faceta. Internet to jedno wielkie bagno, ludzie udają kogoś, kim nie są, i miałam tego dowód - mój czuły kochanek przemienił się w zajadłego dręczyciela. Wierzyłam, że mu przejdzie, pokrzyczy, pozłości się, jak przystało na porzuconą osobę, i w końcu da sobie spokój. "Jeszcze żadna mnie nie zostawiła, to ja zawsze pierwszy odchodzę". Tego typu teksty spływały do mnie każdego ranka. Zablokowałam go. Wysłał mi wtedy kilka obraźliwych maili, nawet zakrawających o pogróżki. Nierozważnie podałam mu swój adres e-mail, kiedyś chciał przesłać większy pakiet zdjęć, sama byłam sobie winna. Wszystkie wiadomości od niego oznaczałam jako przeczytane, nawet do nich nie zaglądając, i tak jak przypuszczałam, po kilku tygodniach mojego milczenia znudził się nękaniem mnie i dał sobie spokój. Może wrócił na łono rodziny, stając się wiernym mężem, o ile ta kobieta z Zakopanego była jego żoną, albo znalazł sobie nową laskę, przed którą udaje kogoś, kim nie jest, wymieniając z nią czułe słówka. Od lutego nie dostałam żadnej wiadomości od Tomka, zdążyłam nawet zapomnieć, że kiedykolwiek istniał. Czy ten uśmiechnięty dziadek ze zdjęcia to on?
Przyglądam się twarzy staruszka, przymrużonym oczom i szpakowatym włosom zmierzwionym przez wiatr. Tomek, którego znałam, obcinał się na jeża, ta fryzura kompletnie nie jest w jego stylu, ale wiadomo, ludzie się zmieniają. Powiększam zdjęcie, próbując dostrzec jakiś charakterystyczny detal miejsca, w którym się znajduje. Mężczyzna siedzi na łódce, barce czy promie. W oddali widać most i rząd kolorowych secesyjnych kamienic. Jest w mieście z dość szeroką rzeką, ale to nie Kraków i na pewno nie Warszawa. Budapeszt, Wiedeń, Praga? Eryk? Mój czeski przyjaciel? Może to on wysłał zdjęcie? Moje serce przyśpiesza, czuję podniecenie. Gdy ostatni raz go widziałam, miał lekko rozwiane, dłuższe włosy. Nie pamiętam go już dobrze, ale w sumie to mógłby być on. W zasadzie nietrudno mnie odszukać, mam konto publiczne z moim imieniem i nazwiskiem w nazwie, dotrzeć do mnie to żadna filozofia. Ale dlaczego miałby to robić? Po ponad trzech latach milczenia odzywać się znienacka? W końcu nigdy nie wiadomo, co komu przyjdzie do głowy.
Odkładam telefon i opieram głowę o miękki zagłówek. Tak dawno nie myślałam o Eryku, uśmiecham się do wspomnień. Chciałabym, żeby to był on. Pomógł mi kiedyś przejść przez trudne chwile, na zawsze pozostanę mu za to wdzięczna. Ciekawe, czy jest już rozpoznawalnym artystą. Czy jest z tamtą dziewczyną, czy ma jakąś nową Rudą przy swoim boku?
- Mamo - odzywa się Amelka, zeskakując z huśtawki. - Chcę jeść.
- Mój niejadek jest głodny, no proszę - mówię, zerkając na nią.
- Fjitki.
- Wykluczone - protestuję.
- Ale ja chcę.
Podnoszę się z huśtawki i ruszam w stronę domu.
- Chcę fjitki! - krzyczy Amelka, biegnąc za mną.
- Nie, kochanie, zjemy zupkę, a potem usmażymy racuchy.
- Nie! Chcę fjitki. Tatuś zawsze pozwala fjitki.
Przewracam oczami. Adam, jego wizyty z Amelką w McDonaldzie i nasze wieczne wojny o to. Gdy Amelka zostaje pod jego opieką, właśnie tak żałośnie wyglądają ich obiady. Przez cały tydzień staram się, żeby miała świeży, pełnowartościowy posiłek, a on z lenistwa i wygody zapycha ją fast foodami i sprawia, że mała zaczyna się uzależniać od niezdrowego żarcia. Muszę z nią walczyć, tak jak teraz, żeby zjadła zupę, nie mówiąc już o gotowanych warzywach, które jako niemowlę pochłaniała w okamgnieniu, a teraz pluje nimi na kilometr.
- Może innym razem, gdy zostaniesz z tatusiem, dzisiaj będzie zupka.
- Chcę, żeby ciebie nie było, chcę zostać tylko z tatusiem.
Spoglądam na nią karcąco.
- Na długo, pojedź, pojedź dzisiaj, już. - Nadyma buzię i patrzy na mnie wrogo.
I choć wiem, że nie myśli tak naprawdę, pęka mi serce.
19 lipca 2019 Kraków
- Szykują się zmiany - odzywa się Wiktor.
- Jakie zmiany? - Spoglądam na niego znad talerza.
Paula nachyla się nad stołem.
- Też o tym słyszałam - szepcze, badawczo zerkając na boki.
- Tylko ja jak zwykle o niczym nie wiem - mówię.
Nie interesują mnie biurowe plotki, i proszę, oto wychodzą moje braki w tematach życia korporacji.
- No właśnie. - Wiktor zerka na mnie z potępieniem, nadziewając na widelec kawałek miętusa, popisowe danie naszej pracowniczej stołówki. - Chcą zwolnić Szymona.
- Co? - Marszczę czoło.
- To na razie tylko plotki - wtrąca Paula. - Ale wczoraj słyszałam, jak Szymon z kimś rozmawiał przez telefon, był wkurwiony.
To jeszcze nic nie oznacza. Mógł rozmawiać z każdym, chociażby z żoną. Ja na przykład mam za sobą kilka ostrych kłótni z Anitą w ostatnim czasie. Naprawdę nie zdarzało nam się wcześniej sprzeczać, odkąd dowiedzieliśmy się, że będziemy rodzicami, trzymaliśmy fason. Nasze życie małżeńskie wskoczyło na właściwe tory. Chciałem odzyskać jej zaufanie i przede wszystkim miałem zostać ojcem. Wspólny wyjazd do Nowej Zelandii, pierwsze miesiące ciąży mojej żony - myślałem tylko o niej i dziecku, które w sobie nosi. A poza tym Anita naprawdę była w świetnej formie, szczęśliwa, uśmiechnięta, znów z powodzeniem zyskiwała najwyższą liczbę punktów w moim osobistym rankingu na "trzy Z": zgrabna, zadbana i zabawna. Nietrudno kochać radosną kobietę. W ciąży miewała huśtawkę nastrojów, bała się o poród, o zdrowie dziecka, ale zdawałem sobie sprawę, że to typowe dla kobiet w jej stanie, burza hormonów tłumaczyła wszystko. Czasem łapały ją bóle krzyża, w dziewiątym miesiącu puchły jej nogi, ale te dolegliwości psychiczne i fizyczne to była pestka w porównaniu z tym, co się z nią działo, gdy próbowała zajść w ciążę. Jako przyszła matka wszystkie niedogodności znosiła z uśmiechem, powtarzając, że służą szczytnemu celowi, jakim jest nasze dziecko. Gdy Amelia pojawiła się na świecie, Anita oszalała na jej punkcie, ja zresztą też. Pierwsze dwa lata macierzyństwa i ojcostwa to nieprzespane noce i notoryczne zmęczenie - ale byliśmy naprawdę szczęśliwi. Mieliśmy nasze upragnione dziecko. Udało się to, co wydawało się niemożliwe. Przeszliśmy przez kryzys, a w nowym rozdaniu zostaliśmy rodzicami, tylko to się liczyło. Przynajmniej chciałem w to wierzyć.
Wmawiałem sobie, że jest świetnie, jednak tak naprawdę dogadywaliśmy się, bo schodziłem Anicie z drogi. Pozwalałem jej triumfować, przyznawałem jej rację, lecz przez cały czas nie opuszczał mnie dziwny, niewymowny rodzaj upokorzenia. Stale wyciągnięty nade mną w górę palec, karcące spojrzenie, wzrok mówiący: zobacz, wybaczyłam ci, zdradziłeś mnie, a ja pozwalam ci nadal być częścią rodziny. Wiedziałem, gdzie moje miejsce - na służalczej pozycji, wiecznie ze słowem "przepraszam" na ustach. Początkowo się z nią zgadzałem. Miała rację, zdradziłem ją, należało mi się takie traktowanie, ale z czasem moje nastawienie się zmieniło. Ile czasu miałem płacić za błędy? Jak długo zamierzała mnie upokarzać? Przeprosiłem ją, byłem jej wierny, skoro mówi, że mi wybaczyła, to znaczy, że zapomniała. Dlaczego więc każdego dnia przypomina mi, jak bardzo ją zawiodłem, rozczarowałem, zraniłem? Nie cofnę czasu, nie dam rady zmienić tego, co się stało, dlaczego więc ona wciąż do tego wraca? Przestałem się zachowywać, jakbym stale ją przepraszał, i wtedy zaczęło się między nami pieprzyć. Apogeum przyszło jesienią. Znów wróciły ukradkowe spojrzenia, chowanie się za ekranem laptopa lub zamykanie się w łazience z komórką. Wyraźnie mnie unikała, a ja nie miałem zamiaru dalej jej się podlizywać. Coś pękło. Może balon sztucznie nadmuchanego zadowolenia z oddania się całkowicie roli ojca i matki, zatracenie się bez reszty w życiu, którego tak naprawdę nie chcieliśmy prowadzić? Przez trzy lata czułem się winny i schodziłem jej z drogi, ale miałem tego dość. Często zostawałem dłużej w pracy i nie dlatego, że musiałem. Nie chciałem wracać do domu, bo kiedy się w nim pojawiałem, słyszałem tylko skargi i lament. Jestem zmęczona, nie daję rady, zajmij się w końcu dzieckiem, już nie mam cierpliwości, oszaleję na tym zadupiu. Wpychała mi Amelię niemal na progu, a ja miałem ochotę powiedzieć jej to samo. Nie wracałem z plaży, z cudownego pikniku nad wodą, tylko z korporacji, w której rywalizacja i nieustanne punktowanie wszystkich za sprawą kadry menedżerskiej są na porządku dziennym, miałem prawo być zmęczony. Stale się kłóciliśmy. Anita wysyłała mi sprzeczne sygnały. Oczekiwała, że zajmę się naszą córką, a gdy to robiłem, pouczała mnie na każdym korku. Nie ta zupka, Amelka za lekko, za ciepło ubrana, wciąż robiłem coś źle. Dlatego coraz mniej angażowałem się w życie rodzinne. Nie rozumiałem, dlaczego Anita oczekiwała mojej nieporadnej pomocy, skoro stale popełniałem jakieś błędy. W czasie naszego sylwestrowego pobytu w Zakopanem coś na nowo zaiskrzyło. Oderwani od codzienności, na progu nowego roku, zdani wyłącznie na swoje towarzystwo, zaczęliśmy do siebie wracać, ale nie na długo. Jedynym efektem chwilowego ocieplenia stosunków było wyniesienie łóżeczka dziecięcego z naszej sypialni, chociaż nawet to nie sprawiło, że zaczęliśmy się częściej bzykać. Brak seksu był jak chmura gradowa cały czas wisząca nad naszym małżeństwem. Najpierw Anita była w ciąży, potem był połóg, długo dochodziła do siebie. Starałem się zrozumieć jej oziębłość. Może seks kojarzy jej się z tymi wszystkimi razami, gdy kochaliśmy się tylko po to, żeby w końcu zaszła w ciążę? Może leżąc pode mną, czując moje ruchy w sobie, wracała do tamtych traumatycznych wspomnień? Nie chciała brać tabletek antykoncepcyjnych, mówiła, że przyjęła tyle chemii na drodze do bycia matką, że musi dać przez kilka lat odpocząć wątrobie. Na żadne inne metody nie chce się zgodzić, nie potrzebuje ich, bo nie ma zamiaru się ze mną kochać. Pewnego wieczoru po kłótni w sypialni zrozumiałem, że brak seksu to część wymyślonej przez nią kary. Niewierny mąż nie jest godzien współżyć ze swoją żoną. I tak to wciąż trwa, moja niekończąca się pokuta. Nikt by nie uwierzył, jak naprawdę wygląda nasze idealne małżeństwo.
- No ty, jako asystentka zarządu, powinnaś najwięcej wiedzieć - wtrąca Wiktor, spoglądając na Paulę.
- Była asystentka - poprawia go. - Była.
Na początku lipca Paula przeszła do naszego działu, zastąpiła Izę, która poszła na macierzyński. Awansowała dzięki mnie, to ja zaproponowałem jej kandydaturę, choć Wiktor był przeciwny. Uważał, że powinniśmy poszukać kogoś z zewnątrz, że Paula się do tego nie nadaje.
- Ona jest za młoda - powiedział. - Zero doświadczenia, maksimum oczekiwań, humorzasta i roszczeniowa laska, w dodatku bardzo kłótliwa. Mogą z nią być problemy, nie potrzebujemy nikogo takiego w zespole.
Nie zgadzałem się z nim. Młoda, może niedoświadczona, ale zdolna i naprawdę przykłada się do pracy. Znacznie więcej z niej pożytku niż z ciężarnej Izy, którą częściej można było znaleźć w toalecie niż przy biurku. Zatrudnianie zupełnie nowej osoby to trzy miesiące pracy z kimś, kto nie zna zwyczajów panujących w firmie, nie miałem ochoty szkolić totalnego żółtodzioba.
- A kto według plotek ma zastąpić Szymona? - pytam, chcąc przerwać ich walkę na słowa.
- Ty - odpowiada.
Zastygam z widelcem w ręce.
- Żarty na bok - ripostuję, kierując przygotowaną porcję jedzenia do ust. - Pytam poważnie.
- Poważnie - upiera się. - Michał z finansów sprzedał mi rano takiego newsa. Szymon za bardzo podskakuje nowemu zarządowi, mimo doświadczenia i wiedzy ma trudny charakter.
Fakt, to specyficzny człowiek, ale to jeszcze nie oznacza, że mogę wskoczyć na jego fotel. Mimo wszystko czuję ogromne podniecenie, to byłoby coś naprawdę wielkiego. Czekam na to od lat. Spoglądam na Paulę, w jej oczach widzę ekscytację. Czyżby plotki miały się potwierdzić?
22 lipca 2019 Porto
Sączę wino na jednym z ciasnych balkonów pod bezchmurnym niebem Portugalii. Wpatruję się w Duero, statki powoli suną po rzece, zostawiając za sobą smugi spienionej wody. Wypijam kolejny łyk porto i przenoszę wzrok na obraz spoczywający na sztaludze. To jedna z kiczowatych akwareli, które rozchodzą się jak ciepłe bułeczki na straganach ciągnących się wzdłuż Ribeiry. Jarmarczne malowidła, ale stanowią główne źródło mojego utrzymania. Ludzie chcą zabrać do domu część krajobrazu uwiecznionego ręką nieznanego artysty, powiesić w przedpokoju czy sypialni i patrząc na niego, przywoływać minione chwile. Trochę ich rozumiem, bo cóż innego pozostało tym, którzy zamieszkują mniej malownicze części świata? Wspomnienia i pamiątki mające je przywołać, gdy te zaczną blednąć. Nakładam na papier farbę, kilka pociągnięć pędzlem i mewa unosi się nad spienionym oceanem. Słońce rozpływa się na jej skrzydłach, nierówne cienie padają na skalisty brzeg. Idealnie. Jestem pewien, że jutro o tej porze obrazek spocznie na dnie walizki jakiegoś obywatela zimnej Północy targającego bagaż przez upstrzone kałużami chodniki tak dobrze mu znanego rodzinnego miasta. Trudno uwierzyć, że niedawno byłem jednym z nich, mieszkańcem odległej krainy, przez większość roku pozbawionej słońca, przybyszem szukającym schronienia w ramionach ukochanej i w mrokach dalekiej Laponii. Tania, co bym bez niej zrobił? Dała mi to, czego potrzebowałem: dom, jedzenie i siebie.
Na jednym z zakrętów życiowych wypadłem z kursu. Eryk, praski artysta, musiał uciekać, porzucić prace restauratorskie w kościele Świętego Tomasza i całkowicie zmienić swoje dotychczasowe życie. Ponad trzy lata temu zrobiłem coś, co naznaczyło mnie na zawsze, coś, co przez długie tygodnie spędzało mi sen z powiek, ale ostatecznie się podźwignąłem. Po ucieczce z Pragi zamieszkałem z Tanią w Finlandii, a kiedy moja eksdziewczyna dostała intratną propozycję współpracy z francuskim domem mody, bez wahania przenieśliśmy się do Paryża. Wyobrażałem sobie, że przeprowadzka spowoduje zmiany w moim artystycznym życiu. Zaistnieję na rynku sztuki - nie jako utalentowany kopista czy twórca tanich pejzaży, ale jako artysta przez wielkie A. Zamieszkaliśmy w maleńkim studio na Montmartre. Tania brała udział w pokazach mody i sesjach zdjęciowych, pozując przed obiektywami znanych i mniej znanych fotografów, a ja włóczyłem się po mieście, szukając kontaktów i inspiracji. Montmartre z całym swym bogactwem, klimatyczne uliczki i zaułki, plac Pigalle, bazylika Sacré-C?ur. Chłonąłem atmosferę Paryża, do domu wracałem przepełniony natchnieniem. Malowałem, poprawiałem, niszczyłem i znów malowałem. Wieczorami wpadałem do pobliskich knajp, poznawałem ludzi, słuchałem ich historii, o sobie zazwyczaj mało mówiłem, miałem zbyt wiele do ukrycia. Do tego, co się stało w Pradze, wracałem jedynie podczas bezsennych nocy, wtedy nachodziły mnie złe wspomnienia, znów miałem przed oczami obraz brzegu rzeki, krwi, moich rozdygotanych dłoni i jej martwej twarzy. Jednak potrafiłem przegonić te wizje, zatracić się w chwili: wyrzec się przeszłości, odrzucić przyszłość, żyć tu i teraz. Siedem tłustych lat, tak sobie mówiłem, w końcu nadszedł czas prosperity, jeszcze nie widać wyraźnej poprawy, ale czy spędzanie poranków na malowaniu, popołudni na spacerach wzdłuż Sekwany i nocy w ramionach pięknej modelki nie było już samo w sobie okresem dobrostanu? Najlepsze dopiero miało nadejść. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez pomocy Tani, miałem tego świadomość i byłem jej za to wdzięczny. Jednak mojej dziewczynie takie życie przestało się z czasem podobać. Po kilku miesiącach mieszkania w Paryżu wybuchła między nami pierwsza wielka kłótnia. Tania uważała, że powinienem pójść do pracy, zaczepić się w jakiejś galerii sztuki, a kiedy powiedziałem jej, że nie chcę być etatowym pracownikiem, że potrzebuję swobody i czasu, by tworzyć, wściekła się.
- Twórz sobie rano, w południe, kiedy chcesz, kiedy masz to swoje pierdolone "odpowiednie światło"! - Zrobiła znak cudzysłowu w powietrzu. - Ale wieczorami nie wychodź do baru na piwo i nie szukaj bezużytecznych kontaktów, tylko zatrudnij się gdzieś! Musisz zacząć zarabiać!!! - wrzeszczała.
Tłumaczyłem jej, że to ważne znajomości, które potem będę mógł wykorzystać, przemienić w pieniądze, że potrzebują czasu i wielu wspólnie wypitych kieliszków wina. Jednak ona była bezlitosna, zagroziła, że jeśli nic się nie zmieni, mam się wynosić. Wiedziałem, że
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.