Strach - Care Santos

Kup ebooka

19.90 zł
16.92 zł (16,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PIZZA

Właśnie wsze­dłem do domu, kiedy roz­legł się dzwo­nek mojego tele­fonu komór­ko­wego. Cho­ciaż nie roz­po­zna­łem numeru, ode­bra­łem natych­miast na wypa­dek, gdyby to był Hugo.

- Cześć stary, co sły­chać? - zapy­tał głos, który wydał mi się zna­jomy, ale ponie­waż zawa­ha­łem się, cią­gnął dalej: - Już o mnie zapo­mnia­łeś, zio­mie? Obie­ca­łem prze­cież, że się ode­zwę, kiedy tylko wyjdę z pudła, żebyś mógł mnie zapro­sić na...

- Omar! - zawo­ła­łem. - Skąd masz mój numer?

- Od Car­lesa. Przy oka­zji kazał ci prze­ka­zać, żebyś ode­zwał się kie­dyś do niego.

Car­les. Dyrek­tor ośrodka popraw­czego dla nie­let­nich, w któ­rym spę­dzi­łem cztery lata. Twardy facet, tro­chę roz­tar­gniony, ale z zasa­dami. Obie­ca­łem, że go odwie­dzę, ale jesz­cze tego nie zro­bi­łem. Zapi­sa­łem to sobie w myślach na mojej liście rze­czy do zro­bie­nia.

Omar nie cze­kał na moją odpo­wiedź. Mówił dalej z pod­nie­ce­niem:

- Jestem wolny, stary. No to jak? Zapro­sisz mnie na tę pizzę?

Nie pamię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek mu coś takiego obie­cał, ale mia­łem wielką ochotę się z nim zoba­czyć.

- Dzi­siaj? - zapy­ta­łem.

- Może być też w przy­szłym roku, ziomku, ale nie wiem, czy do tego czasu dożyję.

Wyczu­łem w jego gło­sie lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Nie lubię zawo­dzić przy­ja­ciół, więc powie­dzia­łem:

- Dobra, wpad­nij do mnie.

- Gites, ulica Pro­feta?

- Nie, nie. - Zasko­czyła mnie jego dobra pamięć. - Teraz miesz­kam w Sants.

- Jak to?

- O wszyst­kim ci opo­wiem. Prze­ślę ci adres SMS-em.

Omar zja­wił się nie­mal po godzi­nie. Dobrze wyglą­dał. Wciąż był chudy, bar­dzo wysoki i przez to tro­chę nie­zgrabny, ale ufar­bo­wał sobie włosy na zie­lono. Miał na sobie spodnie dre­sowe o dwa roz­miary za duże, koszulkę NBA, złoty łań­cuch na szyi, a na gło­wie czapkę z dasz­kiem prze­su­nię­tym do tyłu. Wyglą­dał jak raper. Uści­snął mnie, rozej­rzał się dookoła i zapy­tał:

- Ukra­dli ci meble czy co?

W moim miesz­ka­niu było tylko jedno krze­sło i mate­rac. To rze­czy­wi­ście nie­wiele, ale na razie cał­ko­wi­cie mi wystar­czało. Krze­sło zna­la­złem przy kon­te­ne­rze na śmieci pod domem Hugona. Posta­wi­łem je w dużym pokoju z nadzieją, że kie­dyś pojawi się stół, kanapa, tele­wi­zor i wszyst­kie inne rze­czy, które ludzie mają zazwy­czaj w salo­nie. Mate­rac (dosta­łem go od ojca Sama razem z kom­ple­tem pościeli i poduszką) leżał na pod­ło­dze dru­giego pokoju, który słu­żył mi za sypial­nię. Wciąż nie mogłem uwie­rzyć, że to wszystko było moje. Dla kogoś, kto nie miał ni­gdy niczego na wła­sność, nawet stary mate­rac wydaje się skar­bem.

Zamó­wi­li­śmy dużą pizzę z tuń­czy­kiem, dwa piwa bez­al­ko­ho­lowe (Omar nie je wie­przo­winy i nie pije alko­holu) i zje­dli­śmy kola­cję, sie­dząc na pod­ło­dze, jak­by­śmy byli na pik­niku.

- Jak tam, stary, na­dal jesteś z tą dziew­czyną? Jak ona miała na imię?

- X?nia.

- Poznam ją kie­dyś?

- Ostat­nio rzadko się widu­jemy, bo zakuwa do egza­mi­nów.

Zmarsz­czył brwi.

- Nie spo­ty­ka­cie się, kiedy ona się uczy?

- Zga­dza się.

- Uwa­żaj, żeby ktoś ci jej nie sprząt­nął sprzed nosa.

- Nie sądzę - zaśmia­łem się.

- Dziew­czyn trzeba pil­no­wać, stary.

- Daj spo­kój - powie­dzia­łem, wie­dząc, że nie ma sensu z nim dys­ku­to­wać na ten temat.

Wzru­szył ramio­nami.

- Jak sobie chcesz. Tylko potem nie mów, że cię nie ostrze­ga­łem.

Mia­łem nadzieję, że Omar nie tak łatwo znaj­dzie sobie dziew­czynę, nie byłoby z nim łatwo wytrzy­mać. Kon­tro­lo­wa­nie dru­giej osoby w związku nie­zbyt dobrze wróży na jego przy­szłość.

- Ja też się uczę - powie­dzia­łem. - Jestem w ostat­niej kla­sie liceum. W przy­szłym roku pójdę na uni­we­rek.

Spoj­rzał na mnie oczami wiel­kimi jak spodki. Pew­nie byłby mniej zasko­czony, gdy­bym oznaj­mił, że zamie­rzam zmie­nić płeć.

- Serio? Co chcesz stu­dio­wać?

- Lite­ra­turę.

- Och! - zawo­łał, ale po jego spoj­rze­niu domy­śli­łem się, że nic nie rozu­mie.

- Chcę zostać pisa­rzem - wyja­śni­łem.

Gestem ręki zachę­cił mnie, żebym mówił dalej i wytłu­ma­czył mu swoje życiowe plany.

- Napi­szę powieść.

- Jasne, stary - rzu­cił, jakby się zga­dzał z moim pomy­słem. - Skoro to ci pasuje. Tobie idzie dobrze pisa­nie, a mnie kosze­nie róż­nych rze­czy. Każdy ma jakiś talent. - Pochło­nął kawa­łek pizzy dwoma kęsami i zapy­tał: - Pra­cu­jesz gdzieś?

- Tak. Czy­tam książki na godziny - powie­dzia­łem.

Wyba­łu­szył oczy.

- Że co robisz?

Wyja­śni­łem mu, że moja praca pole­gała na czy­ta­niu na głos, żeby ktoś inny mógł mnie słu­chać.

- I płacą ci za to? - zapy­tał.

- Wię­cej niż się spo­dzie­wa­łem.

- Co czy­tasz?

- Powie­ści.

Omar zamy­ślił się. Pew­nie to była naj­dziw­niej­sza rzecz, jaką w życiu usły­szał.

- I komu je czy­tasz? Jakiejś znu­dzo­nej życiem babci?

- A skąd! Sie­dem­na­sto­let­niemu chło­pa­kowi.

Znów zmarsz­czył brwi.

- Co jest z nim nie tak? Ma za dużo kasy i nie chce mu się samemu czy­tać? A może kręcą go nie­wol­nicy?

- Jest nie­wi­domy.

Omar natych­miast spo­waż­niał, cho­ciaż nie prze­stał zada­wać mi kolej­nych pytań. Pod tym kątem zupeł­nie się nie zmie­nił.

- Cho­lera, to fatal­nie. Co mu się stało?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

NIE­PO­MYŚLNY ZBIEG OKO­LICZ­NO­ŚCI

Zbli­żało się Boże Naro­dze­nie i ulice już od kilku dni przy­ozdo­bione były świą­tecz­nym oświe­tle­niem. Za pięt­na­ście siódma, jak każ­dego popo­łu­dnia przez ostat­nie cztery mie­siące, wysze­dłem z metra na placu Ken­nedy'ego i ruszy­łem nie­spiesz­nie w stronę jed­nej z alei w gór­nej czę­ści Bar­ce­lony. Piękna moder­ni­styczna ele­wa­cja kamie­nicy, w któ­rej miesz­kał Hugo, zasła­niało rusz­to­wa­nie roz­sta­wione na czas remontu. Przed wej­ściem do bramy wysła­łem do X?nii wia­do­mość: "Jak tam popo­łu­dnie?". Odpo­wie­działa natych­miast: "Znu­dzona ucze­niem się o drob­no­ustro­jach".

Za pięć siódma pozdro­wi­łem por­tiera, który jak zwy­kle otwo­rzył mi drzwi windy i zapy­tał, czy wszystko u mnie w porządku. Tra­dy­cyj­nie odpar­łem, że tak. Nie dzi­wił mnie już jego prze­pi­sowy uni­form, uprzej­mość i nie­scho­dzący z ust uśmiech, które tak bar­dzo zasko­czyły mnie przy naszym pierw­szym spo­tka­niu.

Dwie minuty przed siódmą zadzwo­ni­łem do drzwi miesz­ka­nia Hugona. Po dru­giej stro­nie usły­sza­łem kroki. Drzwi się otwarły i jak każ­dego popo­łu­dnia sta­nął w nich Armand z poważną miną, w prze­pi­so­wej libe­rii słu­żą­cego i bia­łych ręka­wicz­kach.

- Dzień dobry, pro­szę wejść, panie ?ricu - powie­dział jak zwy­kle.

Wciąż nie mogłem się przy­zwy­czaić, że zwraca się do mnie per pan, cho­ciaż zna­li­śmy się już od kilku mie­sięcy. To brzmiało dla mnie dziw­nie. Wspo­mnia­łem mu o tym kie­dyś i popro­si­łem, żeby nie trak­to­wał mnie tak ofi­cjal­nie.

- Wolał­bym nie robić wyjąt­ków - odrzekł na to.

Cze­ka­jąc aż Armand zamknie drzwi, zda­łem sobie sprawę, że zdą­ży­łem się już przy­zwy­czaić do tego miej­sca. Gdy wsze­dłem pierw­szy raz do miesz­ka­nia Hugona, nie wie­dzia­łem na czym zatrzy­mać wzrok. Wszystko wpra­wiało mnie w osłu­pie­nie: wazony, złote ramy obra­zów, puszy­ste dywany, białe ręka­wiczki Armanda i jego sta­ro­modne maniery... Myśla­łem, że zna­la­złem się w muzeum albo w sta­rym fil­mie. W dziel­nicy, w któ­rej się wycho­wa­łem nikt nie zatrud­niał kamer­dy­nera.

Ruszy­łem kory­ta­rzem w stronę pokoju Hugona, gdzie spę­dza­li­śmy ostat­nio naj­wię­cej czasu. Hugo twier­dził, że to był jego zamek - jedyne miej­sce, w któ­rym czuł się dobrze. Przy­pusz­czam, że pokój stał się też jego kry­jówką przed uciąż­liwą wszech­obec­no­ścią rodzi­ców i gdzie miał wszystko pod kon­trolą.

Armand jed­nak zatrzy­mał mnie i wska­zał na duże dwu­skrzy­dłowe drzwi z ciem­nego drewna, które pro­wa­dziły do mojego ulu­bio­nego pomiesz­cze­nia w tym domu.

- Dzi­siaj pój­dziemy do biblio­teki.

Był to duży pokój bez okien, a jego cztery ściany zakry­wały cał­ko­wi­cie regały z tysią­cami ksią­żek. Na dywa­nie o geo­me­trycz­nym wzo­rze stały dwie kanapy z ciem­nej skóry, niski sto­lik i lampa. To wła­śnie tutaj odby­łem pierw­szą roz­mowę z Adelą i Jau­mem, rodzi­cami Hugona, zanim mnie zatrud­nili.

Armand zapro­sił mnie do środka. Nic nie zapo­wia­dało nie­spo­dzia­nek. Przy­cho­dząc do tego domu każ­dego popo­łu­dnia od wielu tygo­dni wie­dzia­łem, że rodzice Hugona byli dość nie­kon­wen­cjo­nalni. Pomy­śla­łem, że posta­no­wili prze­pro­wa­dzić ze mną jedną ze swo­ich nie­za­po­wie­dzia­nych roz­mów. Może chcieli się dowie­dzieć, czy ich syn ma lep­szy, bar­dziej opty­mi­styczny nastrój. Albo po pro­stu chcieli mi coś powie­dzieć. Pod­czas tego typu roz­mów oka­zy­wali mi zazwy­czaj swoją wdzięcz­ność za "moje sta­ra­nia, żeby zaprzy­jaź­nić się z Hugo­nem". Zawsze odpo­wia­da­łem, że to nie był żaden wysi­łek, cho­ciaż ich syn miał cza­sami trudny cha­rak­ter. "Hugo potrze­buje tylko czasu", powta­rza­łem. Uśmie­chali się wtedy smutno ale uprzej­mie i pytali, czy moim zda­niem ich syn mógłby za parę lat stać się cho­ciaż cie­niem tego chłopca, któ­rym był, zanim... Prze­rwali w tym miej­scu i w mil­cze­niu patrzyli na sie­bie ze smut­kiem. W tym domu cisza była czymś natu­ral­nym.

Hugo był nie­wi­domy. Kiedy się pozna­li­śmy, miał sie­dem­na­ście lat i wydał mi się naj­niesz­czę­śliw­szym czło­wie­kiem pod słoń­cem. I naj­bar­dziej anty­pa­tycz­nym. Jed­nego dnia zacho­wy­wał się jak praw­dziwy gbur, a następ­nego potra­fił nie odzy­wać się w ogóle. W dni gbu­ro­wate wku­rzał się na wszystko: na pogodę, na ludzi, na sie­bie, na rodzi­ców... Był nie do wytrzy­ma­nia, ale uda­wał, że nie zdaje sobie sprawy, jak bar­dzo jego słowa spra­wiały przy­krość innym. W ciche dni nie odzy­wał się ani jed­nym sło­wem. Odpo­wia­dał na wszel­kie pyta­nia, wzru­sza­jąc ramio­nami. Nic go nie obcho­dziło, zamy­kał się w sobie i w duchu prze­kli­nał ludz­kość.

Rozu­mia­łem go.

Kilka razy zasu­ge­ro­wa­łem Adeli i Jau­memu, że ich syn, jak każdy czło­wiek, potrze­buje wol­no­ści. Sie­dem­na­sto­la­tek nie może być zależny pod każ­dym wzglę­dem tylko od rodzi­ców, bo w końcu zwa­riuje. Powi­nien nabrać pew­no­ści sie­bie, unie­za­leż­nić się, zna­leźć jakieś zaję­cie, prze­żyć jakąś przy­godę, poznać ludzi, może zacząć upra­wiać jakiś sport. Powie­dział mi o kilku rze­czach i byłem gotowy im o nich opo­wie­dzieć, ale ni­gdy nie dali mi szansy. Uśmie­chali się tylko z tym swoim bez­gra­nicz­nym smut­kiem i mówili: "Dzię­ku­jemy za twoją tro­skę, ?ricu, ale to nie­moż­liwe. Hugo już ni­gdy nie będzie mógł pro­wa­dzić nor­mal­nego życia i wszy­scy musimy się z tym pogo­dzić".

Nikt nie może żyć cał­ko­wi­cie pozba­wiony wol­no­ści. Tym bar­dziej, jeśli wcze­śniej doświad­czył wol­no­ści abso­lut­nej.

Wróćmy jed­nak do dnia tuż przed świę­tami, kiedy Armand wpu­ścił mnie do biblio­teki i zamknął za sobą drzwi. Zdzi­wiło mnie, że pokój był pogrą­żony w mroku. Kamer­dy­ner włą­czył świa­tło i sta­nął wypro­sto­wany na środku dywanu w geo­me­tryczny wzór.

- Nastą­piły nie­spo­dzie­wane oko­licz­no­ści - rzekł z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie powagą. Nie zare­ago­wa­łem, bo nie za bar­dzo wie­dzia­łem jak, więc mówił dalej: - Dzi­siaj ma pan wolne, ?ricu. Hugona nie ma w domu. Sesja czy­ta­nia nie odbę­dzie się.

Zdzi­wiły mnie jego słowa. Jed­nym z warun­ków, który posta­wili rodzice Hugona, zanim mnie zatrud­nili, była kon­se­kwent­ność codzien­nych spo­tkań. Nie zdą­ży­łem oka­zać mojego zasko­cze­nia, bo Armand powie­dział:

- Oczy­wi­ście otrzyma pan za dzi­siaj zapłatę.

To nie pie­nią­dze mnie mar­twiły.

- Co się stało? - zapy­ta­łem.

Zaci­snął usta. Naj­wy­raź­niej wolałby niczego mi nie wyja­śniać. Odwró­cił wzrok i powie­dział:

- Doszło do wypadku.

- Hugo miał wypa­dek?

Ski­nął powoli głową.

- Co się stało?

- Nie mogę udzie­lić panu tej infor­ma­cji.

- Gdzie on jest?

- W szpi­talu.

- W któ­rym? Mogę go odwie­dzić?

- Pań­stwo uwa­żają, że nie powi­nien na razie przyj­mo­wać żad­nych wizyt.

- A co Hugo myśli na ten temat?

- Oba­wiam się, że w obec­nej sytu­acji jego zda­nie się nie liczy.

"Jasne, jak zwy­kle", pomy­śla­łem, czu­jąc ogromny smu­tek i gniew. Przy­po­mnia­łem sobie poprzed­nie popo­łu­dnie. Prze­czy­ta­łem Hugo­nowi osiem roz­dzia­łów książki i oma­wia­li­śmy ich treść. Spra­wiał wra­że­nie bar­dziej sko­rego do roz­mowy niż zwy­kle. Kiedy wycho­dzi­łem, poże­gna­li­śmy się do następ­nego dnia. Pierw­szy raz uści­snę­li­śmy sobie dło­nie. Pomy­śla­łem, że to dobry znak, mały postęp. I zale­d­wie kilka godzin póź­niej wyda­rzyło się coś poważ­nego. Cza­sem los płata nam nie­zbyt zabawne figle.

- Dobrze - powie­dzia­łem zre­zy­gno­wa­nym tonem. - Przyjdę jutro.

- Jutro też nie będzie sesji czy­ta­nia - odparł kamer­dy­ner, wrę­cza­jąc mi kopertę z tygo­dniówką, cho­ciaż to nie był jesz­cze pią­tek. - Pań­stwo pro­sili, żebym to panu dał i prze­ka­zał, że na razie nie musi pan przy­cho­dzić.

Chyba dopiero wtedy uświa­do­mi­łem sobie powagę sytu­acji.

- Do kiedy? - zapy­ta­łem.

- Naj­le­piej będzie, jeśli poroz­ma­wia pan z panem Jau­mem albo panią Adelą. Zadzwo­nią do pana i poin­stru­ują, kiedy przyj­dzie na to czas. Oczy­wi­ście będzie pan na­dal otrzy­my­wał usta­lone wyna­gro­dze­nie. Pro­szę przy­cho­dzić co pią­tek, a ja oso­bi­ście...

Armand mówił ofi­cjal­nym, pozba­wio­nym wszel­kich emo­cji tonem. Zasta­na­wia­łem się, jak mu się to uda­wało.

- Nie wie pan, do któ­rego szpi­tala go zabrano? - prze­rwa­łem mu.

- Nawet gdy­bym wie­dział, nie sądzę, żebym mógł panu powie­dzieć.

W mil­cze­niu wyszli­śmy z biblio­teki. Pogrą­żony w myślach, cze­ka­łem aż Armand zamknie drzwi. Byłem pod wra­że­niem jego opa­no­wa­nia i pozor­nego spo­koju. Zasta­na­wia­łem się, co ten czło­wiek czuł, komu i w jakich oko­licz­no­ściach oka­zy­wał swoje uczu­cia.

Wró­ci­li­śmy kory­ta­rzem do przed­po­koju i poże­gnał mnie tak samo, jak zazwy­czaj, choć tego dnia jego słowa zabrzmiały bar­dziej nie­pew­nie:

- Do zoba­cze­nia, panie ?ricu.

Zanim wsia­dłem do windy, wybra­łem numer komórki Hugona. Mar­twi­łem się o niego.

Meta­liczny głos poin­for­mo­wał mnie, że tele­fon był wyłą­czony lub poza zasię­giem.

To zna­czy, odcięty od świata.

ROZ­MOWY PRZEZ TELE­FON

Posta­no­wi­łem wró­cić do domu pie­chotą. Cho­ciaż droga była dość długa, pod­czas spa­ceru mogłem spo­koj­nie upo­rząd­ko­wać myśli. Kilka razy zadzwo­ni­łem do Hugona, ale meta­liczny głos znów poin­for­mo­wał mnie, że numer znaj­duje się poza zasię­giem. Nie chcia­łem cze­kać bez­czyn­nie. Żało­wa­łem, że nie mogę poroz­ma­wiać z Hugo­nem albo cho­ciaż z jego rodzi­cami, ale nie mia­łem ich nume­rów tele­fo­nów. Cokol­wiek się wyda­rzyło, wolał­bym o tym wie­dzieć.

Mia­łem ochotę zadzwo­nić do X?nii, ale wie­dzia­łem, że nie powi­nie­nem. Kiedy przed kil­koma mie­sią­cami zaczę­li­śmy spo­ty­kać się na poważ­nie, jej matka popro­siła mnie, żeby­śmy ogra­ni­czyli kon­takty na czas sesji egza­mi­na­cyj­nej. To doty­czyło też roz­pra­sza­nia jej SMS-ami i roz­mo­wami przez tele­fon. "Jeśli ją kochasz, pozwól jej się uczyć. Stu­dia są dla niej bar­dzo ważne", powie­działa. X?nia speł­niła swoje dzie­cięce marze­nie, dosta­jąc się na medy­cynę. Egza­miny po pierw­szym seme­strze były jej chrztem bojo­wym. Bar­dzo się bała, że ich nie zda i będzie musiała porzu­cić stu­dia. Dla­tego spę­dzała codzien­nie dłu­gie godziny na nauce. Oboje wie­dzie­li­śmy, że ten wysi­łek się opłaci. Od naszego pierw­szego spo­tka­nia w sali odwie­dzin ośrodka wycho­waw­czego wyda­rzyło się tak wiele rze­czy. Kiedy życie się zmie­nia, czło­wiek powi­nien się do tego dosto­so­wać.

Dla mnie jedną z naj­waż­niej­szych zmian było zdo­by­cie wła­snego dachu nad głową. W dniu, w któ­rym w obec­no­ści Alberta, mojego doradcy praw­nego, pod­pi­sa­łem doku­menty u nota­riu­sza, nie posia­da­łem się ze szczę­ścia. W sumie to nie było nic nad­zwy­czaj­nego: miesz­ka­nie w dziel­nicy Sants, nie­da­leko dworca kole­jo­wego. Jed­nak fakt, że byłem jego wła­ści­cie­lem spra­wiał, że wyda­wało mi się naj­cu­dow­niej­szym miej­scem na ziemi! Kupi­łem je za pie­nią­dze ze sprze­daży miesz­ka­nia przy ulicy Pro­feta, które zosta­wił mi Ben, ale gdzie ni­gdy nie zamiesz­ka­łem.

Posta­no­wi­łem je sprze­dać z kilku powo­dów, które mogą wydać się dziwne. Ale jeśli przez całe dzie­ciń­stwo ota­czają cię ludzie pozba­wieni jakich­kol­wiek skru­pu­łów, jesteś przy­go­to­wany na różne sce­na­riu­sze. Na przy­kład, że ktoś cię uprze­dzi, zaj­mie bez­praw­nie twoje miesz­ka­nie, które zmieni w nar­ko­ty­kową dziu­plę, a potem nagle umrze, wykrwa­wia­jąc się w wan­nie jak zarżnięta świ­nia, bo gang Medina wydał na niego wyrok. Na moim sta­rym osie­dlu każdy, kto dotknął nar­ko­ty­ków, nara­żał się rodzi­nie Medi­nów. To wła­śnie spo­tkało tłu­stego Kevina, który oka­zał się idiotą i zdrajcą. Gdyby Ben wcze­śniej się na nim poznał, sprawy poto­czy­łyby się dla wszyst­kich zupeł­nie ina­czej.

Sprze­da­łem tamto miesz­ka­nie, bo nie mia­łem zamiaru przy­po­mi­nać sobie Kevina za każ­dym razem, kiedy chciał­bym się wyką­pać. Z pomocą Alberta oka­zało się to prost­sze, niż myśla­łem. Żeby zaosz­czę­dzić część pie­nię­dzy kupi­łem nie­wiel­kie, skromne miesz­ka­nie w spo­koj­nej dziel­nicy. Skła­dało się z sypialni, maleń­kiego salonu, któ­rego okna wycho­dziły na taras sąsiada, i kuchni o trzesz­czą­cym ze sta­ro­ści wypo­sa­że­niu. Ściany wyma­gały odma­lo­wa­nia i wiele rze­czy trzeba było napra­wić, ale nie przej­mo­wa­łem się tym. Miesz­ka­łem w znacz­nie gor­szych miej­scach (nie wspo­mi­na­jąc o czte­rech latach w popraw­czaku), więc nauczy­łem się cie­szyć tym, co naprawdę było mi nie­zbędne. To i tak było wiele. W rze­czywistości potrze­bu­jemy bar­dzo nie­wielu rze­czy. Pro­blem w tym, że pra­gniemy czę­sto tego, co jest nam nie­po­trzebne.

- Zor­ga­ni­zu­jesz para­pe­tówkę? - zapy­tał mnie Alberto, kiedy ode­bra­łem od nota­riu­sza klu­cze do mojego nowego miesz­ka­nia.

Uśmiech­ną­łem się uda­jąc, że się nad tym zasta­na­wiam.

Kiedy jed­nak wsze­dłem do domu, zamkną­łem za sobą drzwi, dotar­łem kory­ta­rzem do salonu, usia­dłem na pod­ło­dze przy oknie i wybu­chłem pła­czem.

WÓZEK INWA­LIDZKI

Rodzice Hugona, zatrud­nia­jąc mnie, posta­wili tylko dwa warunki: mia­łem przy­cho­dzić regu­lar­nie i nie zre­zy­gno­wać z pracy przed upły­wem roku. Nie wspo­mnieli jed­nak sło­wem o tym, żebym posta­rał się zatrosz­czyć o ich syna albo pró­bo­wał mu pomóc. Robi­łem to z wła­snej ini­cja­tywy, ale nie wycho­dziło mi to za dobrze.

Hugo poru­szał się po domu na wózku inwa­lidz­kim. Nie wyma­gało to od niego żad­nego wysiłku, bo zazwy­czaj wózek pchał Armand, zawo­żąc chło­paka w odpo­wied­nie miej­sce. Nawet w cza­sie naszych sesji czy­ta­nia, kiedy Hugo potrze­bo­wał sko­rzy­stać z toa­lety, naci­skał dzwo­nek zamon­to­wany na biurku. Po krót­kiej chwili poja­wiał się Armand i zawo­ził go do naj­więk­szej łazienki w miesz­ka­niu, która została odpo­wied­nio prze­bu­do­wana. Słu­żący zosta­wiał Hugona w środku i zamy­kał za sobą drzwi, cze­ka­jąc aż chło­pak znów go zawoła. Potem odwo­ził go do pokoju i czy­ta­łem mu dalej.

Pew­nego dnia zapy­ta­łem go, dla­czego sam nie cho­dzi do łazienki.

- Co?

- Dla­czego nie pój­dziesz sam? Prze­cież znasz drogę na pamięć, a poza tym twoje nogi prze­cież są zdrowe.

- Co ty gadasz? Moi rodzice dosta­liby szału - odpo­wie­dział. - Nie zno­szą tego.

- Czego? Że mają nie­wi­do­mego syna?

- Nie. Nie cier­pią, jak cho­dzę po omacku, bo to im jesz­cze bar­dziej przy­po­mina, że jestem nie­wi­domy.

Kiedy następ­nym razem potrze­bo­wał pójść do toa­lety, zła­pa­łem go za rękę, zanim naci­snął guzik dzwonka.

- Zapro­wa­dzę cię - powie­dzia­łem. - Oprzesz się o mnie i pój­dziemy razem do łazienki, zgoda?

- Świet­nie - uśmiech­nął się z drwiną - Wyce­lu­jesz też za mnie?

Wstał. Był tro­chę wyż­szy ode mnie i znacz­nie lepiej zbu­do­wany. Miał wyjąt­kowo dobrze umię­śnione ramiona i nogi, jak ktoś, kto upra­wia dużo sportu. Poło­żył rękę na moich ple­cach i ruszy­li­śmy. Cze­ka­łem na niego pod drzwiami, kiedy nagle poja­wiła się Adela.

- Co tutaj robisz? - zapy­tała.

- Cze­kam na Hugona. Przy­szedł tu na wła­snych nogach.

- Na wła­snych nogach? - zdzi­wiła się, jak­bym wła­śnie powie­dział, że jej syn cho­dził po sufi­cie. - Dla­czego nie zadzwo­nił po Armanda?

- Chcie­li­śmy spraw­dzić, czy sam sobie pora­dzi - odpo­wie­dzia­łem z zado­wo­le­niem. - I poszło mu bar­dzo dobrze.

- Powiedz mu, żeby się stąd nie ruszał - odparła pospiesz­nie. - Zaraz popro­szę Armanda, żeby przy­pro­wa­dził wózek. - Potem popa­trzyła na mnie z nie­za­do­wo­le­niem i dodała: - Pro­szę cię, ?ricu, nie życzę sobie wię­cej takich pomy­słów. Skup się na swo­jej pracy, która polega wyłącz­nie na czy­ta­niu. Za to ci pła­cimy.