Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów. Trzecie lato - Ann Brashares


Reflow text when sidebars are open.
Po pierwsze - jak zawsze - chcę wyrazić głęboką wdzięczność Jodi Anderson. Dziękuję także, i to bardzo gorąco, mojemu Stowarzyszeniu Wędrujących Redaktorek - Wendy Loggii oraz Beverly Horowitz. Jestem bardzo wdzięczna całemu działowi publikacji dla dzieci i młodzieży wydawnictwa Random House, a w szczególności Marci Senders, Kathy Dunn, Judith Haut, Daisy Kline i Chip Gibson. Pragnę podziękować Leslie Morgenstein, która pomagała mi od samego początku. Dziękuję również mojej przyjaciółce i jednocześnie agentce literackiej - niezrównanej Jennifer Rudolph Walsh.
Bardzo dziękuję moim rodzicom: Jane Easton Brashares i Williamowi Brasharesowi, braciom: Beau, Justinowi oraz Benowi Brasharesom, i wreszcie mojej kochanej gromadce: Samowi, Nathanielowi i Susannah.
My, członkinie Stowarzyszenia Wędrujących Dżinsów, niniejszym ustalamy następujące reguły rządzące ich używaniem:
1. Nigdy nie pierzemy Dżinsów.
2. W żadnym wypadku nie obrębiamy nogawek. To obciach. I nigdy nie przestanie być obciachem.
3. Mając na sobie Dżinsy, nie możemy wymawiać słowa "gruba". Nie wolno też tak o sobie myśleć, kiedy jest się w Dżinsach.
4. Nie wolno pozwolić chłopakowi, by zdjął którejś z nas Dżinsy (choć możemy je zdjąć same w jego obecności).
5. Mając na sobie Dżinsy, nie możemy dłubać w nosie. Można jednak drapać się po nim od niechcenia, lekko podłubując.
6. Gdy się znów spotkamy, należy udokumentować okres noszenia Dżinsów według następującej procedury:
- na lewej nogawce Dżinsów zapisujemy nazwę najwspanialszego miejsca, jakie odwiedziłyśmy w Dżinsach.
- na prawej nogawce opisujemy najważniejszą rzecz, jaka nas w tym czasie spotkała (na przykład: "Gdy miałam na sobie Wędrujące Dżinsy, wyszłam za kuzyna").
7. Przez całe lato musimy pisać listy do pozostałych członkiń Stowarzyszenia, choćbyśmy świetnie się bez nich bawiły.
8. Dżinsy należy przekazywać kolejnym członkiniom zgodnie z wytycznymi Stowarzyszenia. Złamanie tej zasady karane będzie klapsami podczas wspólnego spotkania.
9. Nie wpuszczamy koszuli w Dżinsy i nie nosimy paska. Patrz reguła nr 2.
10. Pamiętajmy: Dżinsy = Miłość. Kochajmy swoje kumpelki. I kochajmy siebie.
Gdy nadchodzi lato,
dusza aż rwie się
do śpiewania.
- WILLIAM CARLOS WILLIAMS
Jeśli czytacie ten wstęp, to być może już nas znacie. Nas albo przynajmniej nasze przygody z Wędrującymi Dżinsami. Jeśli tak jest, możecie śmiało przekartkować kilka stron do przodu. A jeśli nie - zostańcie ze mną przez chwilę. Postaram się, żeby to nam szybko poszło.
Ktoś mógłby powiedzieć: ale ja wcale nie chcę czytać książki o jakichś tam portkach. Wiem, potrafię to zrozumieć. (A tak przy okazji portek - czy słyszeliście, że niektórzy mówią tak na... kalesony?). Ale uwierzcie mi, że akurat z tymi spodniami łączy się już cała epopeja... Wędrujące Dżinsy mają niezwykłą właściwość. Sprawiają, że cztery z pozoru zwyczajne nastolatki przemieniają się w olśniewające piękności, które wiodą życie pełne niezwykłych przygód, nie wspominając już o tym, że szaleje na ich punkcie cały kwiat młodzieży płci męskiej.
No dobra, przesadziłam. Rzeczywistość nie jest aż tak bajkowa. Dżinsy jednak pozwalają nam utrzymać więzy przyjaźni, gdy się rozdzielamy. Dają poczucie bezpieczeństwa i miłości. Prowadzą nas tam, gdzie same nie miałybyśmy śmiałości się udać. Pomagają rozróżnić, którzy chłopcy są czegoś warci, a którzy nie. Dzięki nim nie tylko my same jesteśmy lepsze, lepsza jest także nasza przyjaźń. To wszystko prawda - przysięgam!
Na dodatek w dżinsach zawsze wyglądamy po prostu super.
Kim jesteśmy "my"? "My" to my - nasza zgrana od niepamiętnych czasów paczka. Wszystko zaczęło się mniej więcej osiemnaście lat temu w miasteczku Bethesda w stanie Maryland, w sali gimnastycznej u Gildy, gdzie prowadzone były zajęcia aerobiku dla kobiet w ciąży. Moja mama wraz z mamą Carmen, mamą Leny i mamą Bee spędziły tu całe lato, ćwicząc, pocąc się i zacieśniając przyjaźń, by we wrześniu wydać na świat dziewczynki (mama Bee dodatkowo urodziła chłopczyka). Z tego, co mi na ten temat wiadomo, przez pierwsze lata nasze mamy wychowywały nas raczej stadnie niż indywidualnie. Okres rozdzielenia się tej grupy przyszedł dopiero później.
Jak można opisać naszą czwórkę? Posłużę się porównaniem do samochodów.
Carmen byłaby krwistoczerwonym, paliwożernym autem z wyżyłowanym, sportowym silnikiem V-8 i napędem na cztery koła. Ten bolid potrafi naprawdę nieźle namieszać, ale podczas jazdy można liczyć na dobrą zabawę, świetnie trzyma się drogi, no i ma szaleńcze przyspieszenie.
Lena zdobyłaby wiele punktów za niskie zużycie paliwa. Zupełnie niczym modele z napędem hybrydowym: są przyjazne dla środowiska, a przy tym miłe dla oka. Elementem jej wyposażenia byłby supernowoczesny system GPS, ostatni cud techniki, który jednak od czasu do czasu dostarczałby błędnych wskazań. A dodatkowo - poduszki powietrzne.
Bee nie miałaby żadnych poduszek powietrznych. Mogłaby też nie mieć zderzaków. A nawet hamulców. Robiłaby milion kilometrów na godzinę. Takie ferrari w pięknym kolorze oceanu, tyle że bez hamulców.
Za to ja, Tibby, byłabym... rowerem. Nie, to tylko żart (kurczę, przecież w końcu jestem już na tyle dorosła, żeby prowadzić samochód!). Hmm, do czego mogłabym się porównać? Może do potężnego, ciemnozielonego plymoutha dustera z nieco grymaśną skrzynią biegów. No dobrze, właściwie to bardziej chciałabym się porównać do takiego auta. Ale ponieważ akurat ja mam teraz głos, ja decyduję.
Wędrujące Dżinsy pojawiły się w naszym życiu w idealnym momencie. To znaczy wtedy, kiedy miałyśmy po raz pierwszy na dłużej się rozstać. Swoją magię dżinsy objawiły w czasie wakacji dwa lata temu, a zeszłego lata ponownie wprowadziły wiele nagłych zmian w życiu każdej z nas. Bo widzicie, dżinsów nie nosimy przez okrągły rok. Dajemy im odpocząć, nabrać sił przed nadejściem kolejnych wakacji. (Co prawda tej zimy Carmen włożyła dżinsy z okazji ślubu swojej mamy, ale był to całkiem wyjątkowy przypadek).
Dwa lata temu pierwsza wakacyjna rozłąka wydawała nam się bardzo trudna. Z kolei w te wakacje po raz ostatni mamy okazję być razem. Jutro przypada dzień zakończenia szkoły, a we wrześniu rozpoczniemy studia. I nie będzie tak jak w jednym z tych programów rozrywkowych w telewizji, w którym okazałoby się, że w jakiś magiczny sposób wszystkie trafiłyśmy na tę samą uczelnię. Idziemy do czterech różnych szkół w trzech różnych miastach (tyle że wszystkie dzieli od siebie nie więcej niż cztery godziny jazdy - to był nasz warunek).
Z całej czwórki Bee jest najmniej przykładną uczennicą, ale zaproponowano jej miejsce we wszystkich szkołach, do których złożyła dokumenty. (Czy można to uznać za jakiś rekord?). Bee wybrała Uniwersytet Browna. Lena zdecydowała - wbrew radom swych rodziców - że pójdzie na akademię sztuk plastycznych Rhode Island School of Design. Carmen wybiera się do Williams College, tak jak zawsze marzyła, a ja zaczynam studia w szkole filmowej w Nowym Jorku.
Wszystkie te życiowe zmiany to ogromnie trudna dla nas sytuacja. Mój tata co prawda twierdzi beztrosko: "Ani się obejrzycie, a już będą święta", ale ja mam inne podejście - zdaję sobie sprawę, że coś się kończy. Nasze dzieciństwo, które przeżywałyśmy wspólnie. Może już nigdy nie będziemy mieszkać w rodzinnych domach. Może już nigdy nie będziemy wszystkie mieszkać w tym samym mieście. Każda z nas znajduje się u progu nowego, prawdziwego życia. Dla mnie ta myśl jest fascynująca, a z drugiej strony nic mnie chyba bardziej nie przeraża.
Jutro wieczorem u Gildy wyekspediujemy dżinsy w ich trzecią letnią wędrówkę. Już jutro zaczynamy wielką balangę i najwspanialsze wakacje naszego życia. Właśnie przy takich okazjach najbardziej przydają się dżinsy.
A później
cały wszechświat
wybuchnie tylko
dla twojej przyjemności.
- DOUGLAS ADAMS
- Dobrze, a teraz Bee razem z Gretą, a obok Valia i Lena - zakomenderowała Carmen, łapiąc za rękę swą rozkojarzoną babcię i ustawiając ją nieruchomo w miejscu.
Bee i Lena splotły nogi, próbując przewrócić siebie nawzajem, w chwili gdy Carmen naciskała spust migawki swego aparatu cyfrowego.
- No, to teraz... Effie i... mmm... Perry. A tutaj Katherine i Nicky. Do tego Tibby, Lena i Bee.
Lena rzuciła Carmen wymowne spojrzenie. Szczerze nienawidziła zdjęć.
- Płacą ci za to czy co? - burknęła gniewnie.
Carmen odgarnęła włosy ze spoconego karku. Czarna, błyszcząca szkolna toga była wyjątkowo nieprzewiewna. Carmen ściągnęła z głowy biret (kto wymyślił taką nazwę - brzmi prawie tak samo jak "bidet") i wcisnęła go pod pachę.
- Stańcie bliżej siebie, dobrze? Perry się nie mieści.
Katherine, trzyletnia siostra Tibby, zaprotestowała krzykiem, gdy starszy brat Nicky nadepnął jej na nogę.
Nie była to wina Carmen, że jej przyjaciółki mają tak liczne rodziny. Ale przecież to dzień zakończenia szkoły. Naprawdę ważna okazja. Nikogo nie może więc zabraknąć na tych pamiątkowych zdjęciach.
Carmen nie miała rodzonych braci ani sióstr, toteż musiała postarać się wypaść jak najlepiej wobec tych przyszywanych.
- Nie ma tu nawet odrobiny cienia... - stwierdziła cierpko Valia, babcia Leny.
Stali na boisku futbolowym. Carmen wyobraziła sobie, jaki kłopot sprawiałby graczom cienisty wiąz lub dąb zasadzony w pobliżu linii środkowej. Na tę myśl obróciła się i spojrzała w stronę hałaśliwej grupy zawodników szkolnej drużyny futbolowej, ich rodzin i kibiców. Była to jedna z wielu grup i grupek rozproszonych po całej rozgrzanej od słońca płycie boiska - nie było tu mowy o jakimkolwiek szyku czy porządku.
Babcia Carmen, przez Tibby nazywana "seniora", popatrywała z ukosa na Alberta, ojca Carmen, tak jakby to jego obarczała winą za niemiłosierną spiekotę. Carmen potrafiła czytać w jej myślach: skoro Albert był zdolny do tego, aby odejść od Christiny, mamy Carmen, to znaczy, że mógłby się posunąć właściwie do wszystkiego.
- A teraz ustawcie się wszyscy razem, dobrze?
To był bardzo długi ranek. Carmen wiedziała, że mają już dosyć. I mocno ją to stresowało. Ale kto inny jak nie ona miałby zadbać o to, by zachować coś dla przyszłych pokoleń? No, kto?
- To już ostatnie, przysięgam!
Ojców i wysokich chłopców ustawiła z tyłu. Znalazł się tam również ojciec Leny - bynajmniej nie dlatego, że był wysoki (Bee przerastała go o prawie dziesięć centymetrów), ale dlatego, że Carmen podchodziła do takich szczegółów z należytą troską.
Kolejny rząd utworzyły babcie i mamy. Valia, babcia Carmen, Felicia - stareńka prababcia Tibby, a także Greta, która nerwowo poprawiała trwałą na głowie. Była też Ari, ubrana w bardzo gustowny beżowy kostium, Christina, która co chwila spoglądała przez ramię na swego nowego męża - Davida, mama Tibby ze śladami szminki rozmazanej na zębach i wreszcie Lydia, żona Alberta, która wyraźnie chciała zostać uwieczniona na zdjęciu, a jednocześnie miała obawy, czy przypadkiem nie zabiera zbyt wiele miejsca.
Na końcu Carmen ustawiła do zdjęcia "młodsze pokolenie". Effie skrzywiła się, wyrażając niezadowolenie, że musi klęczeć na tym samym poziomie co Nicky i Katherine. Tibby zmusiła Briana, aby przeniósł się z upatrzonego przez siebie miejsca na skraju i stanął w tylnym rzędzie.
Teraz nadszedł czas na "wrześniowe". Siedząc na samym przedzie, ścieśniły się obok siebie, walcząc z przytłaczającą ilością czarnego nieprzewiewnego sztucznego materiału. W środku zostawiły miejsce dla Carmen.
- Dobra, tak jest super! - krzyknęła Carmen na zachętę. - Wytrzymajcie tak jeszcze przez chwilkę - dodała, niemal zapaśniczym chwytem ściągając panią Collings z ustawionego obok podium. Pani Collings najczęściej ze wszystkich nauczycieli wypraszała Carmen za drzwi, ale też najbardziej ją lubiła. - Jesteśmy gotowi. Wystarczy tu nacisnąć - powiedziała Carmen, pokazując pani Collings, jak ma trzymać aparat.
Carmen rzuciła jeszcze okiem w wizjer. W małej ramce ujrzała ich wszystkich - ukochane przyjaciółki, swoją mamę, macochę, ojczyma, tatę, babcię. Rodziców i innych członków rodzin przyjaciółek. Czuła się z nimi tak blisko związana. Byli całym jej życiem - tu i teraz. Takim gronem współplemieńców, wszystkim, co się liczy.
No i ta chwila - na swój sposób magiczna. Zebrali się po to, by świętować sukces, jaki osiągnęły one cztery, coś, co należało do każdej z nich po równo. W ich wspólnym życiu był to punkt kulminacyjny.
Carmen rzuciła się ku przyjaciółkom. Nie mogąc się powstrzymać, aż krzyknęła z emocji, co spowodowało, że po chwili krzyczały wszystkie razem. Poszczególne rzędy zafalowały i stopiły się ze sobą jeszcze bardziej. Stali tak, obejmując się za ramiona i w pasie, przyciśnięci policzkami do siebie - i starzy, i młodzi. Carmen wybuchła płaczem, wiedząc, że na zdjęciu widać będzie jej zapuchnięte oczy.
Tibby zdecydowanie nie była w dobrym nastroju. Wszystko naokoło zaczynało się zmieniać. Był to również jedyny temat ich rozmów. Tibby nie podobało się, że Bee już drugi dzień z rzędu włożyła buty na obcasach. Zirytowało ją też to, że Lena skróciła włosy o dziesięć centymetrów. Czy nie można by zostawić wszystkiego w spokoju, tak jak jest, choćby na kilka minut?
Dostosowywanie się do nowych sytuacji zawsze szło Tibby opornie. Kiedy chodziła do zerówki, nauczyciele wystawili jej opinię, że ma trudności z adaptacją. Szukając informacji czy rady, Tibby raczej oglądała się wstecz, niż patrzyła przed siebie. Jeśli coś ją niepokoiło, w każdej chwili była skłonna zanieść do wróżki swoją opinię z przedszkola. Wydawało jej się, że to najtańsza i najlepsza z dostępnych metod samoanalizy.
W taki sam sposób Tibby postrzegała studio aerobiku u Gildy. Ono też zdążyło się zmienić. Okres swojej świetności (który przypadł na koniec lat osiemdziesiątych) miało dawno za sobą. Wnętrza były nadgryzione zębem czasu. Niegdyś lśniące parkiety teraz były porysowane i poszarzałe. Popękał jeden z lustrzanych paneli na ścianie. Maty do ćwiczeń wyglądały tak, jakby miały tyle samo lat co Tibby i były wyraźnie rzadko czyszczone. Gilda starała się iść z duchem czasu, oferując zajęcia kick-boxingu i jogi (tak wynikało z rozpiski na wielkiej tablicy), jednak Tibby nie miała wrażenia, aby to specjalnie w czymś pomagało. Co będzie, jeśli studio zbankrutuje? Sama myśl o tym wydawała się straszna. Może Tibby powinna wykupić abonament na któreś zajęcia? Nie, przecież to byłoby dziwaczne, prawda?
- Tibby, jesteś gotowa?
Lena patrzyła na nią z uniesionymi brwiami.
- A jeśli Gilda zostanie zamknięta? - zapytała w zamyśleniu Tibby.
Carmen, która trzymała dżinsy, Lena, która właśnie zapalała świeczki, oraz Bee, która nie bardzo umiała obsługiwać ściemniacze umieszczone przy drzwiach, obróciły się w jej stronę.
- Przyjrzyjcie się, jak to wygląda. - Tibby wskazała gestem dookoła. - Kto tu jeszcze przychodzi?
- No, nie wiem - z namysłem odparła Lena. - Jakieś kobiety, no i ci, co trenują jogę...
- Ci, co trenują jogę? - powtórzyła Carmen.
- No, nie wiem - roześmiała się Lena.
Tibby najbardziej z nich czterech umiała zachować dystans emocjonalny, ale tego wieczoru wszystkie uczucia aż się w niej kłębiły. Irracjonalne myśli na temat Gildy wprawiły ją w stan desperacji, tak jakby upadek studia mógł przekreślić ich całe życie, tak jakby teraźniejsza zmiana mogła wymazać fakty z przeszłości. A przeszłość była dla Tibby czymś bardzo istotnym. Tyle że przeszłości nie można zmienić, prawda? Dlaczego więc czuła tak wielką potrzebę, by ją chronić?
- Myślę, że nadszedł już czas dżinsów - odezwała się Carmen.
Przekąski były porozkładane. Świeczki zapalone. Grała też jakaś koszmarna muzyka taneczna.
Tibby wcale nie była pewna, czy ten czas już nadszedł. I z trudem zachowywała kontrolę nad sobą. Bała się, że przyjaciółki zorientują się, co to wszystko znaczy. Za późno. Carmen zaprezentowała wszystkim obiekt, któremu poświęcały ten rytuał. Dżinsy, obudzone ze swego zimowego snu, zdawały się nabierać sił pod wpływem sprzyjającego mikroklimatu u Gildy. Carmen rozłożyła je na podłodze, a na nich - tekst manifestu spisanego owej pierwszej nocy dwa lata temu i ustalającego reguły rządzące ich używaniem. "Wrześniowe" utworzyły krąg, w ciszy przyglądając się napisom i wyszywankom, które upamiętniały ich wakacyjne przygody.
- Dziś żegnamy się z naszą szkołą średnią, a na jakiś czas także z Bee - powiedziała uroczyście Carmen. - Witamy lato i wakacje, witamy też Wędrujące Dżinsy. - Zmieniła ton na mniej oficjalny. - Dziś nie będziemy się martwić tym, że czekają nas wzajemne pożegnania. To zostawimy sobie na sam koniec lata, który spędzimy na plaży. Umowa stoi, zgoda?
Tibby miała ochotę wycałować Carmen. Nawet ona - chociaż cechowała ją taka odwaga - obawiała się wybiec myślami w przyszłość.
- Zgoda! - potwierdziła ochoczo Tibby.
Ostatni weekend wakacji stał się już w ich myślach święty. Z jednej strony była to świętość, a z drugiej - coś, czego się bardzo obawiały. Państwo Morganowie mieli domek letniskowy tuż przy plaży w Rehoboth. Zaproponowali Carmen, że dadzą jej klucze na ten ostatni weekend. Jak podejrzewała Carmen, jednym z powodów było to, że do opieki nad dziećmi w czasie wakacji przyjęli jakąś Dunkę i mieli poczucie winy, że tej propozycji nie złożyli jej - tak jak poprzedniego lata.
Obiecały sobie we czwórkę jeszcze wiosną, że będzie to weekend tylko dla nich. Tylko one cztery i nikt inny. A teraz mocno trzymały się tych postanowień. Cokolwiek działoby się podczas tegorocznych wakacji, ów weekend będzie taką ostateczną granicą, za którą kryje się wielka niewiadoma.
Tibby wiedziała, że każda z nich ma inne nastawienie do studiów. Każda miała też co innego do stracenia. Bee, która żyła w opustoszałym domu, nie miała nic. Carmen - owszem. Przerażała ją perspektywa rozstania z mamą. Z kolei Tibby wolała pozostać w chaosie, który ją otaczał - przynajmniej dobrze go znała. Lena przeżywała huśtawkę nastrojów. Jednego dnia obawiała się zerwania więzi, a następnego zrobiłaby wszystko, żeby jak najszybciej opuścić dom.
Jednak tym, czego bały się wszystkie jednakowo, i to bardzo, była konieczność rozstania się z najbliższymi przyjaciółkami.
Po losowaniu, komu w pierwszej kolejności przypadną dżinsy (wygrała Tibby), przypomnieniu reguł (nie było to potrzebne, ale odczytały je w hołdzie tradycji) i krótkiej przerwie na zjedzenie kilku żelków nadeszła pora na złożenie przysięgi. Podobnie jak rok wcześniej wypowiedziały jej tekst chórem:
Uczcijmy nasze dżinsy. I Stowarzyszenie. I tę chwilę. To lato. Resztę naszego życia. Razem i każdej z osobna.
Gdy doszły do słów: "i resztę naszego życia", Tibby poczuła, że po policzku spływa jej łza. Kiedyś ta "reszta życia" wydawała się bardzo odległą drogą, a dziś wieczorem w głębi serca wiedziała, że już nią kroczą.
Ktoś wcześniej
już złamał mi serce.
- SADE
Tej nocy Tibby przyśniły się wypchane zwierzęta. W jej śnie Felicia, szalona prababcia Tibby, wypchała Wędrujące Dżinsy i miał to być prezent od niej na zakończenie szkoły.
"Przecież właśnie tego chciałaś!" - krzyczała Felicia.
Spodnie zostały wypchane w pełni profesjonalnie. Nałożono je na sztuczne nogi, a całość umieszczono na marmurowym, wypolerowanym podeście. Sprawiało to wrażenie, jakby czyjaś dolna połowa ciała została uchwycona w pół kroku. Spodnie wyglądały jak żywe, choć należy zaznaczyć, że nie było widać tułowia, głowy czy choćby stóp. Z marmurowym podestem łączył je miedziany pręt wystający z jednej nogawki.
"Ale przecież one nie mogą nigdzie odejść" - zauważyła nieśmiało Tibby.
"Właśnie o to chodzi! - zagrzmiała Felicia. - Przecież tego chciałaś!".
"Naprawdę?" - zapytała Tibby, zmieszana i z poczuciem winy, że być może rzeczywiście tego chciała.
Zaczęła się też zastanawiać, czy dżinsy w obecnym stanie nie są zbyt ciężkie, by przesyłać je z jednego akademika do drugiego.
"Teraz to już naprawdę nie będziemy musiały się martwić o ich pranie" - pocieszyła się Tibby w swoim śnie.
Kiedy się przebudziła, zobaczyła koło siebie głowę Katherine. Trzyletnia siostra Tibby stała przy jej łóżku.
- Brian złożył nam wizytę - oznajmiła Katherine.
Uwielbiała używać nowych słów. Była z siebie bardzo zadowolona, że nie powiedziała po prostu: "Brian przyszedł".
Półprzytomna Tibby usiadła na łóżku.
- A która to godzina?
Katherine stanęła przed radiobudzikiem, Tibby przyglądała mu się uważnie, z nadzieją.
- Kurczę, już prawie jedenasta! - odpowiedziała Tibby samej sobie.
Już miała zejść prosto na dół, ale postanowiła, że najpierw umyje zęby. Gdy dotarła do kuchni, Brian siedział przy stole, ustawiając klocki domina razem z Nickym.
- A teraz spróbujmy ustawić kilka naraz - zaproponował cierpliwie Brian, tworząc z kostek wijącego się węża. Jednak Nicky był zainteresowany głównie ich strącaniem.
- Hej! - powiedziała Tibby.
- Hej.
- Jadłeś śniadanie? - zapytała.
- No... owszem. - Brian był z jakiegoś powodu podenerwowany. Świadczyły o tym jego napięte ramiona.
- Co słychać? - zagadnęła Tibby, podchodząc do lodówki, by sprawdzić, co jest do jedzenia.
- No, hmm... Możemy chwilę porozmawiać?
Zamknęła lodówkę i się wyprostowała. Spojrzała w jego stronę.
- Pewnie.
- To może przejdziemy... tam? - Brian wskazał ręką w stronę salonu.
- Tam? - Tibby ze zdziwieniem zmarszczyła brwi.
W tym domu w zasadzie nie korzystano z salonu. Raz w tygodniu Loretta zapuszczała się tam, by zebrać gromadzące się pajęczyny. A co kilka miesięcy rodzice wydawali przyjęcie, w trakcie którego sprawiali wrażenie, jakby regularnie wypoczywali na utrzymanych w idealnym stanie sofach.
Nie mogąc wyjść ze zdumienia, podążyła za Brianem. Przysiedli na skraju sofy niczym dwoje gości na koktajlu.
- No to... o co chodzi? - zapytała Tibby, czując niepokój.
Sytuacja była nawet dość zabawna - siedzieli tuż koło siebie zwróceni twarzami w tym samym kierunku. Brian otarł dłonie o dżinsowe spodnie opinające jego uda. Tibby podwinęła nogi na kanapę i na niego spojrzała.
- Wszystko w porządku?
- Chciałem cię o coś zapytać.
- Dobrze. W takim razie pytaj.
- Wiesz, chodzi mi o tę uroczystość dziś wieczorem...
- Hmm... O bal absolwentów?
- Poszłabyś ze mną?
Tibby zmarszczyła brwi jeszcze bardziej.
- Przecież wszyscy tam idą. Lena... Bee...
Brian machnął ręką na znak, że oczywiście to wszystko wie.
- Ale chodzi mi o to, czy pójdziesz tam ze mną...
To pytanie wprawiło ją w zupełne osłupienie.
- Jako twoja... osoba towarzysząca? - wyrwało się jej, choć samo to określenie zabrzmiało wręcz śmiesznie.
- Coś w tym stylu. Tak.
Tibby nagle uświadomiła sobie, że to bardzo niedelikatne z jej strony, aby w takiej sytuacji prychać lekceważąco czy się śmiać. Przechyliła głowę. Brian zachowywał się bardzo odważnie - nie odrywał spojrzenia od jej oczu.
Tibby splotła dłonie. Dotarło do niej, że ma na sobie top na ramiączkach i dół od piżamy. Co prawda, zwykła spędzać w piżamie ogromnie dużo czasu, a Brian widział ją już w takim stroju setki razy, jednak tutaj, w przypominającym dekorację sceniczną salonie, w obliczu tak dziwacznie postawionego pytania, piżama jeszcze potęgowała groteskowość sytuacji.
- Coś w tym stylu? - powtórzyła wolno.
- Tak.
Nie chciała zranić jego uczuć. Po prostu nie mogła. Nieważne, jakie będą tego skutki. Skinęła głową.
- Dobrze.
Czuła się teraz bardzo nieswojo, siedząc koło Briana na kanapie. Kiedy nachylił się w jej stronę, nie miała najmniejszego pojęcia, co się za chwilę stanie. Jego ciało poruszało się niczym w zwolnionym tempie, a Tibby miała wrażenie, że ogląda tę scenę z odległego kąta pokoju. Zauważyła coś nowego. Brian był opanowany, a przy tym pewny siebie. Tibby poczuła strach, a jednocześnie niezwykły spokój.
Siedziała tak bez ruchu i patrzyła mu w oczy, gdy się do niej nachylił. Nie pocałował jej ani nic z tych rzeczy. Jednak to, co zrobił, wydało się Tibby szokująco intymne i serdeczne. Trzy palce jego prawej dłoni leciutko musnęły jej rozpaloną twarz, przeganiając z czoła wyraz konsternacji.
- No to dobrze - powiedział.
Pewnego dnia wczesną wiosną, kiedy Lena nie poszła do szkoły i siedziała chora w domu, obejrzała w telewizji jakiś talk-show. Wystąpiła w nim młoda kobieta, która napisała książkę o tym, jak to jest być adoptowanym dzieckiem. Kobieta nigdy nie poznała swej biologicznej matki, która sama też nigdy nie starała się z nią skontaktować. Stale żyła nadzieją, że prawdziwa matka jednak ją odnajdzie. Opowiadała, że z tego powodu nie chciała wyprowadzić się z domu, w którym mieszkała z przybranymi rodzicami. Nie lubiła długich podróży. Za każdym razem, gdy przenosiła się z miejsca na miejsce, zostawiała szczegółowe informacje, jak można ją odszukać. Dbała o to, aby jej numer telefonu zawsze figurował w książce telefonicznej pod jej prawdziwym nazwiskiem. Zostawiała za sobą wszelkiego rodzaju ślady. Chciała mieć pewność, że w razie czego nie będzie problemów z jej odnalezieniem.
Od tamtego dnia Lena wiele razy wracała myślami do tej kobiety - w zasadzie sama nie wiedziała dlaczego. Raczej nie roztrząsała jej sprawy. Mózg działa w sposób niewytłumaczalny, nigdy nie wiadomo, kiedy powrócą natrętne myśli. Lenie na przykład zawsze przypominały się słone krakersy, wtedy gdy goliła nogi. Kto może wiedzieć, dlaczego tak jest? I czy ma to w ogóle jakieś znaczenie?
Teraz, leżąc na łóżku i wypełniając formularze zgłoszeniowe na uczelnię, Lena znów pomyślała o bohaterce tamtego talk-show. Gdy wypełniała kwestionariusz dotyczący współlokatorów w akademiku, co chwila powracał do niej widok szarych, smutnych oczu kobiety. Gdy zaznaczała, w jakiego rodzaju akademiku chciałaby zamieszkać, widziała jej drżącą dolną wargę.
Lena przekręciła się na plecy i zakryła twarz dłońmi. W końcu zrozumiała, kogo przypomina jej ta kobieta - ją samą.
Nie do końca zdając sobie z tego sprawę, Lena odrzucała pomysł wyjazdu dokądkolwiek w czasie wakacji. Nawet tydzień spędzony poza domem spowodowałby, że czułaby się nieco rozklejona. Myśl o przeprowadzce do innego miasta, która czekała ją we wrześniu, była przerażająca i sprawiała jej ból.
Lena chciała wyprowadzić się z domu. Po pierwsze, była już na to gotowa. A po drugie, od czasu kiedy jej ojciec zmusił Valię, swoją owdowiałą matkę, do tego, by opuściła piękną grecką wysepkę i przeprowadziła się do podmiejskiej dzielnicy w Bethesdzie w stanie Maryland, w domu Kaligarisów aż iskrzyło od napięć.
Lena bardzo chciała dostać się na akademię sztuk plastycznych. Pragnęła zostać artystką - to nie ulegało wątpliwości. Wakacyjne lekcje rysunku były chyba jedyną rzeczą, która sprawiała jej satysfakcję, oczywiście nie licząc spotkań z przyjaciółkami.
A z drugiej strony... Z drugiej strony Lena nie chciała nigdzie wyjeżdżać. Nie chciała opuścić miejsca, w którym mógłby jej szukać Kostos. A na innej, głębszej płaszczyźnie, nie chciała zwiększać dystansu - zarówno w czasie, jak i w przestrzeni - pomiędzy teraźniejszością a okresem, kiedy Kostos ją kochał. Lena nie chciała zmienić się w inną dziewczynę niż ta, która go urzekła.
Zadzwonił telefon. Lena porwała słuchawkę, zanim zdążyłaby to zrobić Valia, i krzyknęła do mikrofonu:
- Halo?
- Cześć, to ja.
- Carma. Cześć! Co robisz?
- Szykuję się. Użyłam wosku do depilacji, ale to kolejna porażka. W co się ubierasz?
Lena rzuciła okiem na zegarek. Miała spotkać się ze wszystkimi na balu absolwentów już za pół godziny. W roli jej osoby towarzyszącej wystąpi Effie. Po pierwsze, dlatego że Lena nie miała żadnej innej osoby towarzyszącej, a po drugie - Effie leciała na jakiegoś chłopaka z ostatniej klasy.
Lena błyskawicznie zlustrowała otwartą szafę.
Dobór kreacji nie wywoływał u niej specjalnych emocji. W garderobie Leny ubrania dzieliły się na dwie kategorie: do pierwszej zaliczały się te, które nosiła przy Kostosie (z nimi wiązały się wspomnienia), a do drugiej te, które wkładała na inne okazje (brak wspomnień). Nie miała ochoty ani na pierwszą, ani na drugą kategorię.
- Nie mam pojęcia. Jeszcze się nie zdecydowałam.
- Lenny, przecież to wyjątkowy wieczór - próbowała przekonać ją Carmen. - Ubieraj się, już! Włóż coś wyjątkowego, umaluj się. Chcesz, żebym do ciebie wpadła?
- Nie, dam sobie radę. - Lena nie bardzo miała ochotę, żeby Carmen hasała w jej garderobie.
- Tylko przypadkiem nie wkładaj tej spódnicy khaki! - zastrzegła Carmen.
- Nie, coś ty! - odparła Lena, chociaż zaplanowała sobie, że włoży właśnie tę spódnicę.
Niestety, garderoba Leny stanowiła odzwierciedlenie jej życia. Miało ono dwa główne składniki niczym komputer ze swoim wszechświatem zer i jedynek. Te dwa składniki czy ustawienia to: 1. Myślenie o Kostosie. 2. Unikanie myślenia o Kostosie.
Lena głęboko współczuła adoptowanej bohaterce talk-show. Ona sama też została porzucona przez człowieka, o którym myślała, że kocha ją nad życie. Podświadomie i mimowolnie kryła w sobie odrobinę nadziei, że pewnego dnia do niej wróci.