Przedmowa
PRZEDMOWA
Stop prawa był (swego rodzaju) przypadkiem. Nie planowałem go
pierwotnie jako części podserii Z Mgły Zrodzonego, ale jest to również
doskonały przykład, dlaczego nie należy się za bardzo przywiązywać do
konspektów.
Książki o Waxie i Waynie, z których Stop jest pierwszą, mają być
zabawne, dynamiczne i interesujące - jako przeciwwaga dla Burzowego
Światła, które jest długie, epickie i wymaga mnóstwa wysiłku
umysłowego, żeby nadążać za dużą liczbą bohaterów. To nie znaczy, że
książki o Waxie i Waynie nie są głębokie - są jednak bardziej skupione,
z niewielką liczbą postaci i fabułami, które skupiają się na nich,
zamiast dotyczyć konfliktów obejmujących całe kontynenty.
Kiedy zacząłem tworzyć cosmere, wiedziałem, że chcę mieć kilka wątków
przenikających całą mega-sekwencję, która miała obejmować tysiące lat. Z tego powodu umieściłem w konspekcie kilka kluczowych serii.
Jedną z nich jest Archiwum Burzowego Światła, w którym mamy
istniejących przez wieki Heroldów. W końcu postanowiłem podzielić serię
na dwie osobne części. Inne cykle również poruszają kwestię bohaterów
żyjących przez wiele lat. Na przykład Dragonsteel będzie swego rodzaju
klamrą, obejmującą z jednej strony pochodzenie Hoida, a z drugiej strony
powieści dziejące się pod koniec całej historii cosmere.
W przypadku Zrodzonego z Mgły miałem w planach coś innego. Ze względu
na estetykę chciałem stworzyć świat fantasy, który się zmienił,
unowocześnił i zmodernizował. Jednym z moich osobistych zamierzeń jako
miłośnika epickiej fantasy jest wykorzystanie tego, co stworzono
wcześniej, i rozwinięcie historii w kierunkach, których moim zdaniem nie
badano wcześniej wystarczająco często.
Dlatego kiedy zgłosiłem się z serią Z Mgły Zrodzony do redaktora
prowadzącego, nie reklamowałem jej jako jednej osobnej trylogii, ale
jako ciągłość - trylogię trylogii. Każda miała obejmować inną epokę w historii Scadrialu i każda miała opisywać innych bohaterów - poczynając
od epickiej fantasy aż po space operę. Łączyć je miała magia, nie zaś
pojedynczy bohaterowie.
Miałem w tym większy cel niż tylko stworzenie unowocześnionego świata
fantasy. Celem było pokazanie upływu czasu w uniwersum i pozwolenie, by
czytelnik poczuł jego ciężar.
Niektórzy z bohaterów cosmere, jak Hoid, są zasadniczo nieśmiertelni - a w każdym razie nie starzeją się i dość trudno ich zabić. Czułem, że
gdyby czytelnicy dostali wspaniałą powieść epicką, w której żaden z bohaterów się nie zmienia, czegoś by im brakowało. Mogłem Wam
powiedzieć, że coś się zmienia, ale gdyby bohaterowie pozostali ci sami,
nie czulibyście, że wszechświat się starzeje.
Chciałem, by cosmere wywoływało wrażenie poruszania się przez epoki, a żeby to osiągnąć, uznałem, że muszę zrobić coś odważnego - musiałem
regularnie restartować świat Z Mgły Zrodzonego z nowymi bohaterami i scenerią.
W ramach ostrzeżenia dla pisarzy: zwykle uważa się to za pisarski
nietakt. Czytelnicy lubią tych samych bohaterów i tworzenie wyrw, jak ja
to zrobiłem (i ciągle robię), często ma negatywny wpływ na sprzedaż.
Czytelnicy naturalnie czują pragnienie dokończenia serii, a jeśli dać im
punkt, w którym mogą przerwać - gdy historia zostaje domknięta - tracą
chęć, by sięgnąć po kolejną książkę.
Mimo że jest to uznana zasada w świecie wydawniczym, martwię się, że w przypadku niektórych serii doprowadziła do złych decyzji pod względem
artystycznym. Kiedy seria robi się bardzo długa, w umysłach czytelników
dzieją się dziwne rzeczy. Choć chcą czytać o znajomych postaciach,
czasami zaczynają czuć do nich niechęć - i czytają jedynie po to, by
dowiedzieć się, co się z nimi w końcu stanie.
Lubimy czytać o tych samych postaciach, lecz jednocześnie się nimi
męczymy. (Chyba że autor zrobi coś sprytnego, jak Jim Butcher z Dresdenem).
Restart Z Mgły Zrodzonego to jeden ze sposobów, w jaki z tym walczę, i jestem przekonany, że na dłuższą metę przysłuży się serii.
Wróćmy jednak do trylogii trylogii. Po epickiej fantasy zamierzałem
skoczyć setki lat naprzód, utrzymać ten sam system magii i napisać
kolejną serię dziejąca się w czymś, co przypominało nasze lata
osiemdziesiąte. Później zamierzałem rozwinąć ten świat w science
fiction, w którym magia została całkowicie przeobrażona w naukę i umożliwiała podróże kosmiczne. Przy tym wszystkim oryginalna trylogia
fantasy miała zmienić się w późniejszych epokach w mitologię.
Kiedy pracowałem nad Drogą Królów, uświadomiłem sobie, że między
publikacją Bohatera wieków a moim powrotem do świata Z Mgły
Zrodzonego i napisaniem drugiej zaplanowanej trylogii minie mnóstwo
czasu.
Usiadłem, żeby napisać opowiadanie i stworzyć coś w świecie Z Mgły
Zrodzonego jako swego rodzaju zapchajdziurę między zaplanowanymi
trylogiami, ale poczułem się rozczarowany próbą - którą zamieszczam na
końcu tej przedmowy dla zainteresowanych. Próba ta jednak uświadomiła
mi, że między tymi pierwszymi trylogiami były historie, które chciałem
opowiedzieć.
Wtedy zmusiłem się, by spojrzeć z dystansu i zastanowić się, jak
naprawdę chcę do tego podejść. Uznałem, że pragnę stworzyć nową serię Z Mgły Zrodzonego jako przeciwwagę dla Burzowego Światła. Coś dla fanów
Z Mgły Zrodzonego, co wykorzystuje pewne podstawowe elementy serii
(Allomancja, historia o skoku) i miesza je z innym gatunkiem - w przeciwieństwie do epickiej fantasy - by stworzyć coś bardziej
dynamicznego i skupionego niż Burzowe Światło.
W ten sposób mogłem tworzyć na przemian szeroko zakrojone historie i opowieści skupione na bohaterach. Mogłem sprawić, by ludzie nie
zapomnieli o Z Mgły Zrodzonym, gdy mozoliłem się nad Burzowym
Światłem.
Efektem był Stop prawa, eksperyment w drugiej erze Z Mgły
Zrodzonego, umiejscowiony między dwiema pierwszymi zaplanowanymi
trylogiami. Pierwsza książka nie była w takim razie do końca
przypadkiem, nie wywodziła się też z ukończonego opowiadania. (Słyszałem
obie te wersje i się im nie sprzeciwiałem, bo było to łatwiejsze niż
wyjaśnienie całego procesu). Jako czas akcji wybrałem początek
dwudziestego wieku, bo to okres, który uważam za fascynujący i zaciekawiła mnie koncepcja małomiasteczkowego stróża prawa uwikłanego w wielką politykę.
Stop nie był przypadkiem, ale bez wątpienia był eksperymentem. Nie
byłem pewien, jak czytelnicy zareagują nie tylko na taki łagodny
restart, ale też na zmianę tonu z epickiego na skupiony. Początkowo
martwiłem się, że tego może być za wiele, ale reakcja fanów była
entuzjastyczna i obok tego jubileuszowego wydania Stopu prawa ukazuje
się po raz pierwszy ostatni tom cyklu, Zaginiony metal. Dziesięć lat
później era, która zaczęła się jako "przypadek", zbliża się do końca, a ja zachęcam Was, byście znów zobaczyli, jak zaczęła się historia Waxa,
Wayne'a, Steris i Marasi.
Ale zanim do tego przejdziemy, oto początek tego niekanonicznego
opowiadania, które obiecałem wcześniej.
***
Easel opuścił rondo dużego słomkowego kapelusza, osłaniając oczy przed
blaskiem zachodzącego słońca. Uśmiechnął się z zadowoleniem. Kapelusz
był idealny, tak skonstruowany, że łatwo się go zakładało i maksymalnie
osłaniał czoło i szyję, a jednocześnie upleciony w taki sposób, że
przepuszczał powietrze i nie pozwalał, by jego głowa się przegrzewała.
- Nie wolno lekceważyć roli porządnego kapelusza. Nie sądzisz?
Jego koń wciąż się wlókł.
- Kapelusz definiuje człowieka - mówił dalej Ease. - Czy jego nakrycie
głowy jest praktyczne czy modne? Czy było kiedyś modne, ale przestało, a właściciel nosi je z nawyku wyrobionego przez dziesięciolecia? Czy
kapelusz jest obszarpany czy nowy, zadbany czy pomięty? Czy symbolizuje
zawód właściciela, a może jest pamiątką dawnego zawodu? Czy noszący go
jest człowiekiem, który zmienia nakrycie głowy w zależności od nastroju,
zadania lub sytuacji? Tyle pytań. Założę się, że nie miałaś pojęcia, jak
wiele pytań wiąże się z kapeluszami.
Koń nic nie mówił.
Ease jechał przez zapyloną okolicę. Słońce wisiało na horyzoncie jak
gruby kawał czerwonego wosku, wydawało się, że chmury wypływają z niego
i otaczają je halo. Końskie kopyta uderzały miarowo o ziemię, wzbudzając
kłęby kurzu. W okolicy nie było właściwie drzew, tylko kolczaste zarośla
o czerwonofioletowych kwiatach. Easel odwrócił się i sięgnął do juków w poszukiwaniu filcu i igieł. Na ten wieczór potrzebował nowego kapelusza.
Jednakże ruch konia utrudniał mu pracę z materiałem.
- Nie obraź się, ale to była nudna jazda. Miałem nadzieję, że rozwój
kolei pozwoli uniknąć pokonywania dużych odległości na końskim
grzbiecie.
- A myślisz, że dźwiganie cię to taka wielka przyjemność? - mruknął koń.
- Jestem ci za to wdzięczny - powiedział swobodnie Easel. - Nie
skarżyłem się na ciebie, ale na to, że ta misja jest konieczna.
Współczuję ci, tak na marginesie. Ale bądźmy szczerzy. Nie mógłbym
ponieść cię na swoim grzbiecie i tak naprawdę do tego celu jesteś
przeznaczona.
Koń chrząknął.
- Jeśli chcesz, mogę ci zrobić kapelusz - zaproponował Easel.
- Dużo gadasz.
- Tak. To błogosławieństwo. Wszyscy ludzie mają talenty. Ja mam to
szczęście, że mam trzy.
- Żałuję, że jednym z nich nie jest podróżowanie z małym bagażem -
powiedział koń. Miał kobiecy głos, który brzmiał nieco niewyraźnie, z powodu wykorzystania nieludzkiego pyska do wypowiadania słów.
- Ja podróżuję bez większego bagażu. Przynajmniej jak na mnie. -
Przekręcił się i trącił dużą torbę z tyłu, najeżoną twardymi kawałkami.
- To te rzeczy cię obciążają.
- Nie dotykaj ich.
Easel macał dalej z zaciekawieniem.
- Niektóre z nich są naładowane - ostrzegła ToraLin.
Zamarł.
- Że co?
- Raz dałam się złapać bez naładowanej broni - wyjaśniła. - Nigdy
więcej.
- Przejechałem całą tę drogę, mając za plecami wycelowane we mnie
naładowane pistolety?
- Są skierowane w inną stronę. - Zawahała się. - W większości.
- Cudownie. Wiesz, że w tej chwili nie masz rąk. Sądzę, że gdybyś miała
wystrzelić z tych pistoletów, ich rozładowanie byłoby najmniejszym
problemem.
- Stworzyłam konia z chwytnym językiem.
- Ty... ty możesz zrobić coś takiego?
- To sztuczka, której nauczyłam się od jednego gościa przed paroma
dziesięcioleciami. Jeśli zostaniemy zaatakowani, być może będziesz
musiał wcisnąć mi pistolet do pyska. - Brzmiała całkowicie poważnie.
Kandry takie bywały. Poważne aż do szpiku kości... niezależnie od tego, z jakich kości właśnie korzystały.
- W takim razie postaram się wcisnąć pistolet we właściwy sposób, jeśli
pojawi się taka potrzeba. - Ease znów posłał spojrzenie torbie, która
zaczęła robić złowrogie wrażenie.
Całe szczęście przejechali kolejny odcinek bez niespodziewanego
wystrzału. Słońce zniknęło za horyzontem, ostatnie bryły czerwieni się
rozpłynęły. Easel przyglądał się uważnie, z nadzieją, że tej nocy
pojawią się mgły. W suchym krajobrazie wydawało się to niedorzeczne, ale
mgły nie zachowywały się zgodnie z normalną pogodą. Równie dobrze mogły
się pojawić na pustyni, jak na mokrym wybrzeżu.
Niestety, ta noc zapowiadała się bezmgliście. Westchnął i się rozluźnił.
Wkrótce zobaczyli przed sobą światła. Dustmire.
- W końcu - powiedziała ToraLin. - Zsiadaj.
Easel spojrzał z ukosa na światła miasta, wciąż odległe.
- Pewnie nie uda mi się przekonać cię, żebyś poniosła mnie jeszcze
kawałek...
- Jasne. Zakładając, że chcesz podróżować w moim żołądku.
Ease zaśmiał się cicho, po czym urwał, kiedy dotarł do niego beznamiętny
ton głosu kandry. Z całą pewnością ona nie...
Pośpiesznie zsunął się z siodła.
- Wiesz co... - Kiedy zdejmował bagaże, kandra spojrzała na niego wielkimi
końskimi oczami. - Parę tygodni temu usłyszałem coś interesującego. Ktoś
twierdził, że kandrom kiedyś nie wolno było zabijać. Ciekawe, co?
ToraLin odwróciła się.
- Ten zakaz został zniesiony dawno temu.
Ease zawahał się i pozwolił, by jedna z toreb spadła z brzękiem na
ziemię.
- To była prawda?
- To było w dniach zmroku.
- Och.
Z tamtych czasów pochodziło wiele opowieści. Czasów, kiedy ziemia była
poczerniała i ciemna, kiedy niebo płonęło, a legendy walczyły z Panem
Zmroku. Dziadek Ease'a twierdził, że pamięta dni Wielkiego Rozkwitu,
kiedy życie zostało stworzone, a świat odrodzony, ale Ease miał
wrażenie, że to była przesada.
Zdjął z sapnięciem resztę bagaży. Kandra mogła przenieść znacznie
większy ciężar niż zwykły koń. W połowie pracy wymienił słomkowy
kapelusz na filcowy z bawełnianą podszewką, która wchłaniała pot.
Doskonałe dzieło. Był z niego dumny.
Wreszcie skończył, zdjął siodło kandry i zsunął je na zapyloną ziemię.
- Dzięki - powiedziała ToraLin. - A teraz trzecia torba po lewej.
Ease przeglądał torby, które zdjął, i poczuł, że dostaje gęsiej skórki.
- Ta? - spytał, unosząc nieduży worek.
Kości w środku zagrzechotały.
- Doskonale.
- Co mam...?
- Po prostu wysyp je na ziemię.
Kości upadły z grzechotem. Ease cofnął się, uniósł brew i odrzucił torbę
na bok. Zawsze się zastanawiał, jak to działa...
Koń popatrzył na niego.
- Czy mogłabym dostać trochę prywatności?
Och, pomyślał Ease.
- Ależ oczywiście. O jakim "trochę" mówimy?
- Około piętnastu minut.
Ease spojrzał na zegarek w blasku gwiazd, wyciągnął kapelusz do
chodzenia w nocy - z szerokim rondem, z ciemnego, wykrochmalonego filcu
- i skinąwszy głową kandrze, odszedł w stronę zachodzącego słońca.
Prolog
Wax skradał się skulony wzdłuż nierównego płotu, podeszwy jego butów
szurały po wyschniętej ziemi. Swojego sterriona 36 trzymał uniesionego
na wysokości głowy, długą srebrzystą lufę pokrywał czerwony pył.
Rewolwer nie robił większego wrażenia, choć sześciokomorowy bębenek był
dopasowany bez najmniejszego luzu. Metal nie błyszczał, rękojeści nie
obłożono rzadkim materiałem. Ale idealnie pasował do jego dłoni.
Sięgający do pasa płot był lichy, drewno przez lata poszarzało, w jednym
kawałku utrzymywał go jedynie poprzecierany sznur. Śmierdział starością.
Nawet robactwo uciekło przed wielu laty.
Wyjrzał nad powiązanymi deskami, rozglądając się po opustoszałym
mieście. Dzięki Allomancji pole widzenia wypełniały mu błękitne linie,
sięgające od jego piersi do skupisk metalu. Tak działało spalanie stali
- pozwalało zobaczyć pobliskie źródła metalu, a później Odepchnąć się od
nich, gdyby tylko zechciał. Jego ciężar przeciwstawiony ciężarowi
przedmiotu. Jeśli przedmiot był cięższy, Odpychał człowieka. Jeśli był
lżejszy, sam był Odpychany do przodu.
Teraz jednak nie Odpychał. Jedynie obserwował linie, by sprawdzić, czy
metal się porusza. Nic takiego się nie działo. Gwoździe utrzymywały
budynki w jednym kawałku, zużyte łuski leżały na piachu, a cichą kuźnię
wypełniały sterty podków - wszystkie były równie nieruchome jak stara
ręczna pompa stojąca po jego prawej.
On również pozostał bez ruchu. Stal wciąż przyjemnie płonęła w jego
żołądku, więc jako środek ostrożności delikatnie Odpychał na zewnątrz.
Tę sztuczkę wymyślił przed kilku laty - nie Odpychał żadnego określonego
metalowego przedmiotu, ale tworzył wokół siebie swego rodzaju bańkę
ochronną. Wszelki metal, który by się do niego zbliżał, zostałby lekko
zepchnięty z kursu.
Nie była to metoda całkowicie niezawodna i mógł zostać postrzelony. Ale
pociski leciały w bok, nie uderzając w miejsce, w które zostały
wycelowane. Kilka razy uratowało mu to życie. Właściwie nawet nie
wiedział, jak to robi - Allomancją często posługiwał się instynktownie.
Jakimś sposobem udawało mu się nawet pomijać metal, który miał przy
sobie, i nie Odpychał broni, którą trzymał w rękach.
Ruszył dalej wzdłuż płotu - wciąż obserwując linie metalu, by mieć
pewność, że nikt się do niego nie podkrada. Feltrel było niegdyś
zamożnym miasteczkiem. Przed dwudziestu laty. Później w okolicy
zamieszkał klan kolossów. Sprawy nie potoczyły się dobrze.
Tego dnia martwe miasto wydawało się zupełnie puste, choć wiedział, że
tak nie jest. Wax przybył na polowanie na psychopatę. I nie był sam.
Chwycił szczyt płotu i przeskoczył na drugą stronę; czuł, jak jego stopy
wbijają się w czerwoną glinę. Pochylony, przebiegł wzdłuż ściany starej
kuźni. Ubranie miał zakurzone, ale doskonale skrojone - elegancki
garnitur, srebrzysty fular na szyi, migoczące spinki w mankietach
porządnej białej koszuli. Wydawał się tu nie na miejscu, jakby właśnie
wybierał się na bal w Elendel, a nie skradał przez wymarłe miasteczko w Dziczy, polując na mordercę. Dodatkowo na głowie miał melonik dla
ochrony przed słońcem.
Dźwięk. Ktoś stanął na desce po drugiej stronie ulicy, a ta
zaskrzypiała. Odgłos był tak słaby, że Wax niemal go przegapił.
Zareagował natychmiast, rozjarzając stal płonącą w żołądku. W chwili gdy
rozległ się strzał, on już Odpychał gwoździe w ścianie. Nagłe
Odepchnięcie sprawiło, że ściana zagrzechotała, stare, zardzewiałe
gwoździe z trudem utrzymały się na miejscu. Wax poleciał na bok i przetoczył się po ziemi. Nagle ujrzał błękitną linię - kulę - która
uderzyła w ziemię tam, gdzie znajdował się jeszcze przed chwilą. Gdy
zaczął się podnosić, rozległ się kolejny strzał. Ten pocisk prawie
trafił, ale w ostatniej chwili został odepchnięty w bok.
Kula gwizdnęła mu koło ucha, bańka stali wciąż działała. Cal w prawo, a trafiłaby w czoło, niezależnie od Odpychania. Oddychając spokojnie,
uniósł sterriona i wycelował w balkon starego hotelu po drugiej stronie,
skąd do niego strzelano. Balkon zasłaniał szyld hotelu, za którym mógł
się ukryć strzelec.
Wax wystrzelił i Odepchnął kulę, popychając ją dodatkowo do przodu, by
była szybsza i mocniej raziła. By była celniejsza.
Nie używał typowych ołowianych naboi z ołowianym lub miedzianym
płaszczem, potrzebował czegoś mocniejszego.
Pocisk dużego kalibru ze stalową łuską uderzył w balkon, a dodatkowa moc
Waxa sprawiła, że przebił drewno i trafił kryjącego się za szyldem
mężczyznę. Niebieska linia prowadząca do broni tamtego zadrżała, gdy
padał bez słowa. Wax podniósł się powoli i otrzepał ubranie z kurzu.
Wtedy właśnie rozległ się kolejny wystrzał.
Zaklął i odruchowo znów Odepchnął się od gwoździ, choć instynkt
podpowiadał mu, że tym razem było za późno. Kiedy usłyszał strzał,
Odpychanie nie mogło mu już pomóc.
Został rzucony na ziemię. Siła musiała znaleźć swoje ujście, a jeśli
gwoździe nie mogły się poruszyć, to on musiał. Jęknął, kiedy uderzył o ziemię, i uniósł rewolwer; kurz lepił się do potu na jego ręce.
Gorączkowo szukał tego, który do niego strzelał. Nie trafił. Może bańka
stali...
Z dachu kuźni zsunęło się ciało i łupnęło o ziemię, wzbijając chmurę
czerwonego pyłu. Wax zamrugał, uniósł broń na wysokość głowy i znów
skulił się za płotem. Miał oko na Allomantyczne linie. Ostrzegały go, że
ktoś się zbliżał, pod warunkiem, że ten ktoś nosił na sobie metal.
Do ciała, które upadło obok budynku, nie prowadziły żadne linie.
Jednakże kolejna grupa drżących linii wskazywała na coś poruszającego
się na tyłach kuźni. Wax wycelował broń, gdy zza budynku wyłoniła się
postać i ruszyła biegiem w jego stronę.
Kobieta miała na sobie biały płaszcz do konnej jazdy, u dołu czerwony.
Ciemne włosy związała w kucyk, nosiła spodnie i szeroki pas, a na nogach
ciężkie buty. Miała kwadratową twarz. Silną twarz, z wargami, których
prawy kącik często unosiła w półuśmiechu.
Wax westchnął z ulgą i ponownie uniósł broń.
- Lessie.
- Znów się rzuciłeś na ziemię? - spytała jego żona, gdy razem z nim
ukryła się za płotem. - Na twarzy masz więcej kurzu niż Miles grymasów.
Może czas, żebyś przeszedł na emeryturę, staruszku.
- Lessie, jestem od ciebie starszy o trzy miesiące.
- To były długie trzy miesiące. - Wyjrzała za płot. - Widziałeś kogoś
jeszcze?
- Pozbyłem się gościa na tamtym balkonie - odparł Wax. - Nie widziałem,
czy to Krwawy Garbarz, czy nie.
- Nie - sprzeciwiła się. - On by nie próbował cię zastrzelić z takiej
odległości.
Wax pokiwał głową. Garbarz lubił kontakt osobisty. Bliskość. Psychopata
narzekał, kiedy musiał korzystać z broni palnej; i rzadko strzelał do
kogoś, jeśli nie mógł zobaczyć strachu w jego oczach.
Wax wskazał na mężczyznę leżącego przy ścianie.
- Twoja robota?
- Miał łuk - odpowiedziała. - Kamienne groty. Prawie cię ustrzelił z góry.
- Dzięki.
Wzruszyła ramionami, jej oczy błyszczały zadowoleniem. Te oczy otaczały
teraz zmarszczki, zmęczyło je ostre słońce Dziczy. W swoim czasie ona i Wax liczyli, kto komu częściej ratował życie. Już przed wielu laty
stracili rachubę.
- Osłaniaj mnie - powiedział Wax.
- Czym? - spytała. - Płaszczem? Tarczą? Już okrywa cię pył.
Wax uniósł brew.
- Przepraszam - powiedziała, krzywiąc się. - Ostatnio za często grywam w karty z Wayne'em.
Prychnął i podbiegł schylony do trupa, po czym go obrócił. To był
mężczyzna o okrutnej twarzy, z kilkudniowym zarostem. Kula wbiła się w jego prawy bok. Chyba go poznaję, pomyślał Wax i zabrał się do
przeglądania kieszeni mężczyzny. Wyciągnął kilka pocisków i szklany
paciorek w kolorze krwi.
Pośpiesznie wrócił do płotu.
- I jak? - spytała Lessie.
- Ekipa Donala - odparł Wax, pokazując jej paciorek.
- Sukinsyny. Nie mogli po prostu zostawić tego nam, nie?
- W końcu strzelałaś do jego syna, Lessie.
- A ty do jego brata.
- Ja w samoobronie.
- Ja też - powiedziała. - Ten dzieciak był denerwujący. Poza tym on
przeżył.
- Bez palca u nogi.
- Komplet nie jest niezbędny - zauważyła. - Moja kuzynka ma tylko
cztery. Radzi sobie doskonale. - Uniosła rewolwer i rozejrzała się po
pustym miasteczku. - Oczywiście wygląda dość absurdalnie. Osłaniaj mnie.
- Czym?
Ona jedynie się uśmiechnęła i wyłoniła zza zasłony, po czym pośpiesznie
ruszyła w stronę kuźni.
Harmonio, pomyślał z uśmiechem Wax, jak ja kocham tę kobietę.
Rozglądał się w poszukiwaniu innych strzelców, ale Lessie bez problemu
dotarła do budynku. Wax skinął jej głową i przebiegł przez ulicę do
hotelu. Zajrzał do środka w poszukiwaniu ukrytych w kątach przeciwników.
Sala była pusta, więc ukrył się w drzwiach i machnął Lessie ręką. Ona
podbiegła do kolejnego budynku po swojej stronie ulicy i sprawdziła go.
Ekipa Donala. Owszem, Wax zastrzelił jego brata - tamten rabował wówczas
wagon kolejowy. O ile jednak wiedział, Donal nieszczególnie przejmował
się swoim bratem. Jedynym, co go ruszało, była utrata pieniędzy i pewnie
dlatego znalazł się tutaj. Wyznaczył cenę za głowę Krwawego Garbarza,
kiedy ten ukradł jego ładunek stopu bizmutowego. Donal pewnie nie
spodziewał się, że Wax wyruszy zapolować na Garbarza w tym samym czasie,
kiedy on to zrobił, a jego ludzie mieli stały rozkaz strzelać do Waxa i Lessie, gdy tylko ich zobaczą.
Waxa kusiło, żeby opuścić martwe miasteczko i pozwolić Donalowi zetrzeć
się z Garbarzem. Jednakże na tę myśl zadrgała mu powieka. Obiecał dopaść
Garbarza. I tyle.
Lessie zamachała ze swojego budynku, po czym wskazała na tyły. Miała
zamiar wyjść z tamtej strony i prześlizgnąć się wzdłuż kolejnej grupy
budynków. Wax pokiwał głową i zrobił krótki gest. Chciał znaleźć Wayne'a i Barla, którzy udali się sprawdzić drugą połowę miasta.
Lessie zniknęła, a Wax ruszył przez hotel w stronę bocznego wyjścia.
Mijał stare, brudne gniazda, zarówno szczurów, jak i ludzi. Miasteczko
przyciągało łotrów, jak pies pchły. Minął nawet miejsce, w którym jakiś
wędrowiec zrobił sobie ognisko z wykorzystaniem arkusza blachy i kręgu
kamieni. Cud, że głupiec nie spalił całego budynku.
Waxillium ostrożnie otworzył boczne drzwi i wyszedł w uliczkę między
hotelem a sklepem obok. Wcześniejsze strzały na pewno zostały usłyszane
i ktoś mógł przyjść, żeby sprawdzić, co się dzieje. Lepiej nie
pozostawać na widoku.
Wax prześlizgnął się na tył sklepu, cicho stawiając stopy na czerwonej
glinie. Zbocze wzgórza było zarośnięte chwastami, z wyjątkiem wejścia do
starej piwniczki. Wax obszedł je, po czym zawahał się, spoglądając na
obramowany deskami otwór.
Może...
Ukląkł przy otworze i zajrzał do środka.
Kiedyś na dół prowadziła drabina, ale przegniła - na dnie leżały jej
pozostałości. Powietrze pachniało pleśnią i wilgocią... z nutą dymu. Ktoś
tam palił pochodnię.
Wax wrzucił w otwór kulę i wskoczył do środka z wyciągniętą bronią.
Spadając, wypełniał metalmyśl, zmniejszając swój ciężar. Był Podwójnym,
jednocześnie Feruchemikiem i Allomantą. Jego Allomantyczną mocą było
Odpychanie stali, a Feruchemiczną Muskanie, zdolność do zwiększania lub
zmniejszania własnego ciężaru. To było potężne połączenie talentów.
Odepchnął się od pocisku na dole, spowalniając swój upadek. Wylądował
lekko. Wrócił do normalnej wagi - a raczej normalnej dla niego. Często
zmniejszał ciężar do trzech czwartych rzeczywistego, dzięki czemu lżej
stąpał i szybciej reagował.
Skradał się w ciemnościach. Droga do kryjówki Krwawego Garbarza była
długa i trudna. Główną wskazówką okazał się fakt, że w Feltrel nagle
zabrakło innych bandytów, wędrowców i nieszczęśników. Wax stąpał cicho,
wchodząc coraz dalej w głąb piwnicy. Woń dymu była tu silniejsza i Wax
zauważył palenisko przy ścianie. Jak również drabinę, którą można było
zanieść do otworu wejściowego.
To kazało mu się zatrzymać. Wskazywało, że ten, kto krył się w piwnicy -
Garbarz albo ktoś zupełnie inny - wciąż tam był. Chyba że istniała inna
droga wyjścia. Wax przesunął się odrobinę naprzód, mrużąc oczy.
Przed sobą widział światło.
Cicho odbezpieczył rewolwer, po czym z kieszeni mgielnego płaszcza wyjął
małą fiolkę. Wyciągnąwszy zębami korek, jednym łykiem wypił whiskey i stal, by uzupełnić rezerwy. Rozjarzył stal. Tak... przed nim był metal, w tunelu. Jak długa była ta piwnica? Zakładał, że będzie mała, ale
szalowane drewnem ściany wskazywały na coś głębszego i dłuższego.
Bardziej przypominającego korytarze kopalni.
Skradał się, skupiając się na liniach metalu. Jeśli ktoś go zobaczy,
będzie musiał wycelować w niego rewolwer, a wtedy metal zadrży,
pozwalając mu Odepchnąć broń z rąk przeciwnika. Nic się nie poruszyło.
Prześlizgiwał się naprzód, czując woń wilgotnej ziemi, grzybów,
kiełkujących ziemniaków. Zbliżył się do drżącego światła, ale nic nie
słyszał. Linie metalu się nie poruszały.
W końcu zbliżył się na tyle, że zobaczył lampę wiszącą na haku na
drewnianej belce przy ścianie. Pośrodku tunelu wisiało coś jeszcze.
Ciało? Powieszone? Waxillium zaklął cicho i pobiegł naprzód, choć
obawiał się pułapki. To był trup, ale jego widok zbił Waxa z tropu. Na
pierwszy rzut oka wydawał się bardzo stary. Oczy zniknęły, skóra mocno
przylegała do kości. Nie śmierdział i nie był napuchnięty.
Waxowi wydawało się, że go rozpoznaje. Geormin, woźnica, który przywoził
pocztę do Weathering z wiosek w okolicy. W każdym razie trup nosił jego
mundur, włosy też pasowały. Był jedną z pierwszych ofiar Garbarza, to
jego zniknięcie sprawiło, że Wax ruszył na polowanie. Stało się to przed
zaledwie dwoma miesiącami.
Został zmumifikowany, pomyślał Wax. Sprawiony i wysuszony jak skóra.
Czuł obrzydzenie - zdarzało mu się pić z Georminem i choć mężczyzna
oszukiwał w kartach, był całkiem sympatycznym gościem.
Do tego nie został zwyczajnie powieszony. Za pomocą drutów ramiona
Geormina rozłożono na boki, jego głowa była przechylona, a usta miał
otwarte. Waxillium odwrócił się od koszmarnego widoku, drżała mu
powieka.
Ostrożnie, powiedział do siebie. Nie pozwól, by cię rozzłościł. Zachowaj
skupienie. Miał zamiar wrócić i odciąć Geormina. Na razie jednak nie
mógł hałasować. Przynajmniej wiedział, że znajduje się na właściwej
drodze. To z pewnością była kryjówka Krwawego Garbarza.
W pewnej odległości zauważył kolejne źródło światła. Jak długi był ten
tunel? Wax zbliżył się do następnej plamy światła i ujrzał kolejnego
trupa, powieszonego bokiem na ścianie. Annarel, odwiedzająca okolicę
geolog, która zniknęła wkrótce po Georminie. Biedaczka. Została
zmumifikowana w ten sam sposób, a jej ciało przymocowano do ściany w charakterystyczny sposób, jakby klęczała i przyglądała się stercie
kamieni.
Jego uwagę zwróciła kolejna plama światła. To z pewnością nie była
zwyczajna piwnica, lecz najpewniej tunel przemytników z czasów, kiedy
Feltrel było prosperującym miastem. Garbarz nie mógł go wybudować,
przeczyły temu stare drewniane szalunki.
Wax minął kolejne sześć trupów - każdy był oświetlony latarnią i ustawiony w specyficznej pozie. Jeden siedział na krześle, inny został
zawieszony, jakby fruwał, kilka przymocowano do ściany.
Na Rdzę i Zniszczenie, pomyślał Wax. To nie jest kryjówka Krwawego
Garbarza, lecz jego galeria.
Pełen odrazy Wax ruszył w stronę kolejnej plamy światła. Ta jednak
wydawała się inna. Jaśniejsza. W miarę zbliżania się zrozumiał, że to
światło słońca wpadające przez otwór w sklepieniu - pewnie po dawnej
klapie, która przegniła lub się rozpadła. Dno tunelu unosiło się
stopniowo w stronę otworu.
Wax przekradł się na górę, po czym ostrożnie wystawił głowę. Dotarł do
budynku. Dach się zawalił, ale ceglane ściany pozostały właściwie
nienaruszone, a z przodu, po lewej stronie, znajdowały się cztery
ołtarze. Stara kaplica Ocalałego. Wydawała się pusta.
Wax wyczołgał się z otworu, unosząc sterriona na wysokość głowy i brudząc płaszcz ziemią. Czyste, suche powietrze pachniało wspaniale.
- Każde życie jest przedstawieniem - powiedział ktoś, a jego głos
odbijał się echem w zrujnowanej świątyni.
Wax natychmiast uskoczył w bok i przetoczył się do ołtarza.
- Ale nie jesteśmy aktorami. Jesteśmy marionetkami.
- Garbarzu - powiedział Wax. - Wyjdź.
- Widziałem Boga, stróżu prawa - wyszeptał Garbarz. - Widziałem samą
Śmierć, z gwoździami w oczach. Widziałem Ocalałego, który jest życiem.
Wax rozejrzał się po niewielkiej kaplicy. Wypełniały ją połamane ławki i powalone rzeźby. Obszedł ołtarz, oceniając, że głos dochodzi z tyłów
pomieszczenia.
- Inni ludzie się zastanawiają, ale ja wiem. Wiem, że jestem marionetką.
Wszyscy jesteśmy. Czy podobało ci się moje przedstawienie? Stworzyłem je
z dużym wysiłkiem.
Wax szedł dalej wzdłuż prawej ściany budynku, zostawiając ślady na
pokrytej kurzem podłodze. Oddychał płytko, po jego prawej skroni
spływała strużka potu. Powieka mu drżała. Oczyma duszy widział trupy na
ścianach.
- Wielu ludzi nigdy nie ma okazji, by stworzyć prawdziwą sztukę - mówił
dalej Garbarz. - A najlepsze przedstawienia to te, których nie da się
powtórzyć. Miesiące i lata przygotowań. Wszystko umieszczone na
właściwym miejscu. Przed końcem tego dnia znów zacznie się rozkład. Nie
udało mi się ich naprawdę zmumifikować, zabrakło mi czasu i środków. Ale
zachowałem ich do tego jednego przedstawienia. Jutro będzie po
wszystkim. Tylko ty je widziałeś. Tylko ty. Wydaje mi się... wszyscy
jesteśmy marionetkami... wiesz...
Głos dobiegał z tyłu pomieszczenia, zza sterty gruzu, która zasłaniała
Waxowi widok.
- Porusza nami ktoś inny - stwierdził Garbarz.
Waxillium wyskoczył zza sterty gruzu, unosząc sterriona.
Stał tam Garbarz, trzymając przed sobą Lessie, zakneblowaną, z szeroko
otwartymi oczami. Wax zamarł z uniesioną bronią. Lessie krwawiła z ran
na ręce i nodze. Została postrzelona, jej twarz pobladła. Utrata krwi
sprawiła, że Garbarzowi udało się ją pokonać.
Wax uspokoił serce i oddech. Nie czuł lęku. Nie mógł sobie na to
pozwolić - wtedy ręka mogłaby mu zadrżeć i spudłowałby. Widział twarz
Garbarza za Lessie - mężczyzna trzymał garotę na jej szyi.
Garbarz był smukłym mężczyzną o delikatnych palcach. Niegdyś prowadził
zakład pogrzebowy. Przerzedzone czarne włosy zaczesane do tyłu.
Elegancki garnitur błyszczący od świeżej krwi.
- Porusza nami ktoś inny, stróżu prawa - powtórzył cicho Garbarz.
Lessie spojrzała Waxowi w oczy. Oboje wiedzieli, co zrobić w tej
sytuacji. Poprzednim razem to on został schwytany. Ludzie zawsze
próbowali wygrać jedno przeciwko drugiemu. Zdaniem Lessie nie był to
problem. Wyjaśniłaby, że gdyby Garbarz nie wiedział o ich związku, od
razu by ją zabił. A tak porwał ją. To dawało im obojgu szansę.
Waxillium wycelował, a Lessie zamrugała. Raz. Dwa. Trzy.
Wax strzelił.
W tej samej chwili Garbarz szarpnął Lessie w prawo.
Odgłos wystrzału odbił się echem od cegieł. Głowa kobiety poleciała do
tyłu, kiedy kula Waxa trafiła ją tuż nad prawym okiem. Krew opryskała
cegły. Lessie upadła na ziemię.
Wax stał nieruchomo, przerażony. Nie... to nie tak... nie może...
- Najlepsze przedstawienia to te, których nie da się powtórzyć -
powiedział Garbarz z uśmiechem, spoglądając z góry na Lessie.
Wax strzelił mu w głowę.
Rozdział 1
Wax szedł przez jedno z licznych pomieszczeń, w których trwało ożywione
przyjęcie, mijając mężczyzn w ciemnych frakach i kobiety w kolorowych
sukienkach, dopasowanych w talii, ale z licznymi obfitymi falbanami.
Wszyscy zwracali się do niego "lordzie Waxilliumie".
Odpowiadał skinieniem głowy każdemu, kto się do niego odezwał, ale nie
dawał się wciągnąć w rozmowę. Celowo udał się na tyły budynku, do
pokoju, w którym olśniewające żarówki elektryczne - mówiono o nich w całym mieście - emanowały zbyt stałym blaskiem, odpychając mrok nocy. Za
oknami mgła muskała szkło.
Wbrew zasadom dobrego wychowania, Wax wyszedł przez olbrzymie, podwójne
szklane drzwi i znalazł się na wspaniałym balkonie rezydencji. Tu w końcu poczuł, że może odetchnąć.
Zamknął oczy, wciągał powietrze i je wypuszczał, czując wilgotny dotyk
mgieł na twarzy. Budynki są tak... duszące tu, w mieście, pomyślał. Czy
zdążyłem już o tym zapomnieć, czy też nie zauważałem tego, kiedy byłem
młodszy?
Otworzył oczy i oparł dłonie na balustradzie, po czym spojrzał na
Elendel. To było najwspanialsze miasto na całym świecie, metropolia
zaprojektowana przez samego Harmonię. Miejsce, w którym się wychował.
Miejsce, które od dwudziestu lat nie było jego domem.
Od śmierci Lessie minęło pięć miesięcy. Wciąż słyszał strzał, widział
krew, która spryskała ceglaną ścianę. Opuścił Dzicz i wrócił do Miasta,
odpowiadając na rozpaczliwe wezwanie, by wypełnił swoje obowiązki wobec
rodu po śmierci wuja.
Pięć miesięcy i pół świata dalej, a on wciąż słyszał ten strzał. Ostry,
wyrazisty, jak trzask pękających niebios.
Zza jego pleców z wnętrza ciepłego pokoju dochodził melodyjny śmiech.
Rezydencja Cettów była wspaniałą budowlą, pełną cennego drewna, miękkich
dywanów i migoczących żyrandoli. Nikt nie przyłączył się do niego na
balkonie. Z tego miejsca doskonale widział, jak zapalają się światła na
Promenadzie Demoux. Podwójny rząd jasnych elektrycznych latarni
emanujących równym, oślepiającym blaskiem. Wyglądały jak świetliste kule
rozmieszczone wzdłuż szerokiego bulwaru, graniczącego z jeszcze szerszym
kanałem, którego spokojne wody odbijały światło. Wieczorny pociąg
zagwizdał na powitanie, przejeżdżając z sapaniem przez odległe centrum
Miasta i napełniając mgły dymem.
Dalej, przy Promenadzie Demoux wyrastały Żelazna Budowla i Wieża Tekiel,
po przeciwnych stronach kanału i drogi. Choć oba budynki nie zostały
jeszcze ukończone, to ich stalowe kratownice wznosiły się wysoko w niebo. Oszałamiająco wysoko.
Architekci regularnie wypuszczali poprawione wersje raportów na temat
tego, jak wysoko zamierzali dotrzeć, a jeden próbował przegonić
drugiego. Wedle pogłosek, które słyszał na tym przyjęciu, całkiem
wiarygodnych, obaj mieli zamiar zakończyć na wysokości ponad
pięćdziesięciu kondygnacji. Nikt nie wiedział, która budowla okaże się
wyższa, choć wśród przyjaciół popularne były zakłady.
Wax odetchnął głęboko we mgłę. W Dziczy rezydencję Cettów - dwupiętrowy
budynek - uważano by za szczyt możliwości. Tutaj wydawała się
przytłoczona. Przez te lata, które spędził poza miastem, świat się
zmienił. Dorósł, wymyślił światła, które nie potrzebowały ognia, i budynki, które mogły wznieść się ponad same mgły. Spoglądając z góry na
szeroką ulicę w Piątym Oktancie, Wax poczuł się nagle bardzo stary.
- Lordzie Waxilliumie? - odezwał się ktoś z tyłu.
Odwrócił się i ujrzał starszą kobietę, lady Aving Cett, stojącą w drzwiach. Siwe włosy upięła w kok, na szyi miała sznur rubinów.
- Na Harmonię, mój drogi. Przeziębisz się tam! Przyszło kilka osób,
które z pewnością chciałbyś poznać.
- Niebawem wrócę, milady - odparł Wax. - Pragnąłem zaczerpnąć nieco
świeżego powietrza.
Lady Cett zmarszczyła czoło, ale się wycofała. Nie wiedziała, co o nim
sądzić - nikt z nich nie wiedział. Niektórzy uważali go za tajemniczego
potomka Ladrianów, kojarzyli go z dziwnymi opowieściami o krainach za
górami. Reszta uważała go za niewyrobionego, prowincjonalnego błazna.
Uznał, że pewnie jest jednym i drugim.
Przez cały wieczór był wystawiony na pokaz. Miał sobie szukać żony i wszyscy o tym wiedzieli. Ród Ladrianów stał się niewypłacalny na skutek
nieostrożnego zarządzania majątkiem przez jego wuja, a najszybszym
sposobem na odzyskanie wypłacalności było małżeństwo. Niestety, wujowi
udało się również obrazić trzy czwarte śmietanki towarzyskiej Miasta.
Wax pochylił się na balkonie, trzymany pod pachą sterrion wbijał się w jego bok. Broń o długiej lufie nie była przeznaczona do noszenia w kaburze pod pachą. Całą noc czuł się niezręcznie. Powinien wrócić na
przyjęcie, by rozmawiać z zebranymi i próbować naprawić reputację rodu
Ladrianów.
Tyle że myśl o tym zatłoczonym pomieszczeniu... tak gorąco, wszyscy
ściśnięci. Duszno, trudno oddychać...
Nie dając sobie nawet chwili na dalsze zastanowienie, przeskoczył przez
balustradę i zaczął spadać trzy kondygnacje w dół. Spalił stal, po czym
rzucił łuskę od pocisku i Odepchnął się od niej - jego ciężar sprawił,
że poleciała w dół szybciej niż on. Jak zawsze, dzięki Feruchemii był
lżejszy, niż powinien. Właściwie już nie pamiętał, jak to jest nosić
swój prawdziwy ciężar.
Kiedy łuska uderzyła w ziemię, Odepchnął się od niej i, lecąc niemal
poziomo, skierował się w stronę muru ogrodu. Oparłszy dłoń na jego
szczycie, skoczył w górę, a później znacznie zmniejszył swój ciężar i opadł po drugiej stronie muru. Wylądował lekko.
Dobrze, pomyślał, przykucając i wpatrując się w mgły. Dziedziniec
powozów. Pojazdy, którymi wszyscy przybyli, stały w równych rzędach, a sami stangreci siedzieli i gadali w kilku przytulnych pomieszczeniach
emanujących pomarańczowym blaskiem. Tu nie było elektryczności, jedynie
dające ciepło kominki.
Przeszedł wzdłuż rzędu powozów, aż odnalazł swój i otworzył skrzynię
przymocowaną z tyłu.
Zdjął elegancki frak. Wymienił go na mgielny płaszcz, długi i obszerny
wierzchni strój z grubym kołnierzem i mankietami. Wsunął śrutówkę o krótkiej lufie do specjalnej kieszeni po wewnętrznej stronie, po czym
zapiął pas i przełożył sterriony do kabur na biodrach.
Ech, pomyślał. O wiele lepiej. Naprawdę powinien przestać nosić
sterriony i kupić sobie jakąś bardziej praktyczną i łatwiejszą do
ukrycia broń. Niestety wiedział, że nigdy nie znajdzie nic lepszego od
dzieła Ranette. Czy ona nie przeprowadziła się do miasta? Może mógłby ją
odnaleźć i namówić, żeby coś dla niego zrobiła? Zakładając, że nie
strzeli do niego w chwili, kiedy go zobaczy.
Kilka chwil później biegł przez miasto odziany w mgielny płaszcz. Nie
zapiął go z przodu, ukazując czarną koszulę i eleganckie spodnie. Dolna
połowa sięgającego do kostek płaszcza była podzielona na wąskie paski,
które unosiły się za nim z cichym szelestem.
Upuścił łuskę i skoczył wysoko w powietrze, po czym wylądował na dachu
budynku naprzeciwko rezydencji. Obejrzał się przez ramię w stronę jej
okien płonących w mroku wieczora. Ciekawe, jakie plotki wywoła jego
zniknięcie z balkonu?
Cóż, wiedzieli, że jest Podwójnym - nie było to żadną tajemnicą. A jego
zniknięcie raczej nie pomoże reputacji rodziny. W tej chwili go to nie
obchodziło. Niemal każdy wieczór od powrotu do Miasta spędzał na
imprezach, a od wielu tygodni nie było mglistej nocy.
Potrzebował mgieł. To była część jego natury.
Wax przebiegł po dachu i zeskoczył z niego, kierując się ku Promenadzie
Demoux. Nim uderzył w ziemię, rzucił łuskę i Odepchnął się od niej,
spowalniając upadek. Wylądował pośrodku ozdobnego żywopłotu, który
pochwycił pasma jego płaszcza i zaczął szeleścić. A niech to! W Dziczy
nikt nie hodował ozdobnych żywopłotów. Oswobodził się, krzywiąc się z powodu hałasu. Kilka tygodni w mieście i jego umiejętności już zaczęły
rdzewieć?
Pokręcił głową i znów Odepchnął się w powietrze, kierując się w stronę
szerokiego bulwaru i równoległego do niego kanału. Tak ustalił kierunek
lotu, by wylądować na jednej z nowych elektrycznych latarni. Nowoczesne
miasto miało tę zaletę, że było w nim mnóstwo metalu.
Uśmiechnął się, po czym rozjarzył stal i Odepchnął się od latarni,
wznosząc się wysoko w powietrze. Mgła przepływała obok i wirowała, gdy
wiatr uderzał go w twarz. Waxa przeszywał przyjemny dreszcz. Człowiek
nie czuł się naprawdę wolny, dopóki nie zerwał okowów grawitacji i nie
ruszył w niebo.
Kiedy zaczął opadać, Odepchnął się od kolejnej latarni i ruszył dalej
naprzód. Długi szereg metalowych słupów był niczym osobista linia
kolejowa. Wax przeskakiwał od latarni do latarni, a jego wyczyny
przyciągały uwagę pasażerów przejeżdżających powozów, zarówno
zaprzężonych w konie, jak i tych bez koni.
Uśmiechnął się. Monetostrzelnych takich jak on nie spotykało się często,
ale Elendel było dużym, gęsto zaludnionym miastem. Ci ludzie z pewnością
już wcześniej widzieli kogoś, kto skakał po ulicach, odbijając się od
metalu. W Elendel Monetostrzelni często pełnili funkcję szybkich gońców.
Rozmiar miasta wciąż go oszałamiał. Mieszkało w nim kilka milionów
ludzi, może nawet aż pięć. Nikt nie oszacował dokładnie mieszkańców
wszystkich dzielnic - nazywano je oktantami i, jak można się spodziewać,
było ich osiem.
Miliony - nie umiał sobie tego wyobrazić, choć przecież tu dorastał.
Zanim opuścił Weathering, sądził, że robi się zbyt duże, choć w miasteczku mogło mieszkać najwyżej dziesięć tysięcy ludzi.
Wylądował na latarni naprzeciwko ogromnej Żelaznej Budowli. Wygiął szyję
i spojrzał w górę na potężną konstrukcję. Jej szczyt niknął w mroku. Czy
mógłby wspiąć się na coś tak wysokiego? Nie umiał Przyciągać metali,
jedynie się od nich Odpychać - nie był mitycznym Zrodzonym z Mgły ze
starych historii, jak Ocalały czy Wojowniczka Wstąpienia. Jedna moc
Allomantyczna i jedna Feruchemiczna, to było maksimum. A nawet
posiadanie jednej z nich uważano za rzadki przywilej - Podwójni tacy jak
Wax byli prawdziwymi wyjątkami.
Wayne twierdził, że znał na pamięć nazwy wszystkich możliwych kombinacji
Podwójnych. Oczywiście Wayne twierdził też, że kiedyś ukradł konia,
który melodyjnie bekał, więc wszyscy wiedzieli, że jego słowa należy
brać ze szczyptą miedzi. Sam Wax nie zwracał większej uwagi na wszelkie
definicje i nazwy dla Podwójnych - kogoś takiego jak on, połączenie
Monetostrzelnego i Muskacza, nazywano Zderzaczem. Rzadko o sobie w ten
sposób myślał.
Zaczął napełniać metalmyśli, bransolety, które nosił na przedramionach,
pozbawiając się ciężaru i czyniąc się jeszcze lżejszym. Ten ciężar
magazynował do wykorzystania w przyszłości. Później, ignorując
ostrożniejszą część umysłu, rozjarzył stal i Odepchnął.
Wystrzelił do góry. Szum wiatru zmienił się w ryk, a latarnia była
doskonałą kotwicą - mnóstwo metalu mocno przymocowanego do ziemi -
zdolną odepchnąć go wysoko. Leciał pod niewielkim kątem, a kolejne
piętra budynku rozmywały się przed nim. Wylądował na wysokości około
dwudziestu kondygnacji, kiedy jego Odpychanie od latarni osiągnęło
maksimum.
Ta część budynku została już wykończona, pokrywał ją formowany materiał
imitujący obrobiony kamień. Ceramika, jak słyszał. Tak często robiono w wypadku wysokich budowli - niższe kondygnacje rzeczywiście budowano z kamienia, a wyższe z czegoś lżejszego.
Chwycił występ. Nie był na tyle lekki, by mógł go porwać wiatr - nie z całą bronią i metalmyślami na ramionach. Co więcej, lżejsze ciało
sprawiało, że łatwiej mu było się utrzymać.
Pod nim kłębiła się mgła. Robiła wrażenie wręcz rozbawionej. Spojrzał w górę, planując kolejny krok. Stal ukazała mu błękitne linie prowadzące
do pobliskich źródeł metalu, z których wiele było częścią szkieletu
budowli. Odepchnięcie się od każdego z nich sprawiłoby, że oddaliłby się
od budynku.
Tutaj, pomyślał, zauważając sporą półkę jakieś pięć stóp wyżej. Wspiął
się po ścianie budynku, jego okryte rękawiczkami dłonie bez trudu
znajdowały pewny uchwyt na ozdobionej skomplikowanymi wzorami
powierzchni. Monetostrzelny szybko uczył się nie bać wysokości.
Podciągnął się na półkę, upuścił łuskę i ją przydepnął.
Spojrzał w górę, wyliczając trajektorię. Wyciągnął zza pasa fiolkę,
odkorkował ją i wypił płyn z opiłkami metalu. Syknął, kiedy whiskey
wypaliła mu gardło. Dobry trunek, z gorzelni Stagina. A niech to, będzie
mi jej brakować, kiedy skończy mi się zapas, pomyślał, chowając fiolkę.
Większość Allomantów nie trzymała whiskey w swoich flakonikach z metalami. Większość Allomantów przegapiła doskonałą okazję. Uśmiechnął
się, kiedy poczuł uzupełnienie wewnętrznych zapasów stali, później
rozjarzył metal i skoczył.
Wzniósł się w nocne niebo. Niestety, Żelazna Budowla zwężała się ku
górze i każda kolejna kondygnacja była nieco cofnięta w stosunku do
poprzedniej. To oznaczało, że choć Odepchnął się prosto w górę, wkrótce
szybował przez otwartą przestrzeń, otoczony mgłami, a ściana budynku
znajdowała się dobre dziesięć stóp od niego.
Wax sięgnął za pazuchę i wyjął krótkolufową śrutówkę z długiej,
przypominającej rękaw kieszeni po wewnętrznej stronie płaszcza. Odwrócił
się, kierując broń na zewnątrz, oparł ją o bok i wystrzelił.
Był na tyle lekki, że odrzut pchnął go w stronę budynku. Odgłos strzału
odbijał się głośnym echem, ale strzelba była załadowana śrutem, zbyt
małym, by, spadając, zrobił komuś krzywdę.
Uderzył w ścianę budynku pięć kondygnacji wyżej i chwycił się występu
przypominającego iglicę. Ozdoby na tej wysokości wyglądały naprawdę
wspaniale. Ale kto miał je oglądać? Potrząsnął głową. Architekci byli
dziwnymi gośćmi. Zupełnie niepraktycznymi, w przeciwieństwie do
rusznikarzy. Wax wspiął się na kolejną półkę i znów skoczył w górę.
Następny skok sprawił, że Wax znalazł się na poziomie stalowej
kratownicy niewykończonych wyższych pięter. Swobodnie przeszedł po
dźwigarze i wbiegł po pionowym wsporniku - dzięki zmniejszonemu
ciężarowi nie było to szczególnie trudne - po czym wspiął się na
najwyższą belkę wystającą ze szczytu budynku.
Wysokość była oszałamiająca. Mimo mgieł okrywających okolicę widział
podwójny rząd latarni oświetlających ulicę poniżej. Inne emanowały
delikatniejszym blaskiem, rozświetlając miasto jak pływające świece
podczas morskiego pogrzebu. Tylko nieobecność świateł pozwoliła mu
dostrzec parki i zatokę daleko na zachodzie.
Kiedyś miasto było jego domem. Zanim przeżył dwadzieścia lat pośród
pyłu, w krainie, w której prawo czasem było odległym wspomnieniem, a ludzie uważali powozy za rozrzutność. Co by Lessie pomyślała o jednym z tych bezkonnych pojazdów z wąskimi kołami, przeznaczonymi do jazdy po
pięknie wybrukowanych ulicach miasta? Środkach transportu napędzanych
przez ropę i smar, nie siano i podkowy.
Obrócił się na swojej grzędzie. W ciemności i pośród mgieł trudno było
ocenić położenie, ale miał tę przewagę, że młodość spędził właśnie w tych okolicach. Wszystko się zmieniało, ale nie aż tak. Wybrał kierunek,
sprawdził rezerwy stali i rzucił się w mrok. Wystrzelił wspaniałym
łukiem ponad miasto. Odepchnąwszy się od tych olbrzymich dźwigarów,
leciał przez dobre pół minuty. Drapacz chmur stał się jedynie cieniem za
jego plecami, a później zniknął. W końcu jego pęd się wyczerpał i Wax
zaczął w ciszy opadać pośród mgieł. Pozwalał sobie na to. Kiedy światła
się przybliżyły - i widział, że poniżej jest pusto - wycelował w ziemię
i pociągnął za spust.
Szarpnięcie na chwilę spowolniło jego spadanie. Odepchnął się od śrutu
na ziemi, by zwolnić jeszcze bardziej. Wylądował swobodnie,
przykucnięty. Z niezadowoleniem zauważył, że jego strzał uszkodził kilka
porządnych płyt chodnika.
Harmonio, pomyślał. Przyzwyczajenie się do tego miejsca musiało mu zająć
trochę czasu. Jestem jak koń przebijający się przez zatłoczone
targowisko, pomyślał, znów chowając śrutówkę pod płaszczem. Brakuje mi
finezji. W Dziczy uważano go za wyrafinowanego dżentelmena. Tutaj, jeśli
nie będzie uważał, wkrótce udowodni, że jest niewyrobionym prostakiem,
za którego i tak uważała go większość szlachetnie urodzonych. To...
Strzały.
Wax zareagował natychmiast. Odepchnął się w bok od żelaznej bramy i przetoczył. Kiedy się wyprostował, od razu sięgnął po broń. Prawą ręką
wyciągnął sterriona, lewą sięgnął do śrutówki.
Wpatrzył się w mrok. Czyżby jego bezmyślne strzały przyciągnęły uwagę
miejscowych konstabli? Ktoś znów wystrzelił i Wax zmarszczył czoło. Nie,
zbyt daleko. Coś się dzieje.
Po raz pierwszy od miesięcy poczuł, że przeszywa go dreszcz. Skoczył w górę i do przodu, Odpychając się od tej samej żelaznej bramy, żeby
wznieść się wyżej. Wylądował na dachu budynku. Tę okolicę wypełniały
dwu- i trzypiętrowe kamienice oddzielone od siebie wąskimi przejściami.
Jak ludzie mogli żyć bez żadnej przestrzeni wokół? On by oszalał.
Przeszedł po kilku budynkach - jakie to dogodne, że miały płaskie dachy
- i zatrzymał się, żeby posłuchać. Serce biło mu coraz szybciej i zrozumiał, że na coś takiego liczył. Właśnie dlatego poczuł przymus, by
opuścić przyjęcie, odnaleźć drapacz chmur i się na niego wspiąć, biec
pośród mgieł. W Weathering, kiedy miasteczko urosło, często prowadził
nocne patrole, rozglądając się za kłopotami.
Zacisnął dłoń na sterrionie, kiedy rozległ się kolejny strzał, tym razem
bliżej. Ocenił odległość, upuścił łuskę i Odepchnął się w powietrze.
Zwiększył swój ciężar do trzech czwartych i już go nie zmniejszał.
Trzeba trochę ważyć, żeby skutecznie walczyć.
Mgły kłębiły się i wirowały, zaczepiając go. Nigdy nie dało się
przewidzieć, które noce sprowadzą mgły, one były niezależne od pogody.
Jednej nocy, wilgotnej i chłodnej, nie pojawiało się nawet jedno pasmo,
a inną, z początku suchą jak jesienne liście, mgły opanowywały
całkowicie.
Tej nocy były rozproszone, pozostawiając niezłą widoczność. Ciszę
przerwał kolejny trzask. Tam, pomyślał Wax. Czując przyjemne ciepło
palącej się stali, przeskoczył nad kolejną ulicą, łopocząc pasmami
mgielnego płaszcza pośród wirującej mgły i wiatru.
Wylądował cicho i przebiegł pochylony po dachu, unosząc broń na wysokość
głowy. Dotarł do krawędzi i spojrzał w dół. Poniżej ktoś ukrył się za
stertą skrzyń przy wejściu do bocznej uliczki. Tej mglistej, ciemnej
nocy Wax nie widział wielu szczegółów, ale zauważył strzelbę opartą na
skrzyni, z lufą skierowaną w stronę grupki ludzi na ulicy. Nosili oni
charakterystyczne wypukłe nakrycia głowy miejskich konstabli.
Wax zaczął lekko Odpychać wokół siebie, tworząc w ten sposób bańkę
stali. Zasuwa na klapie u jego stóp zadrżała, gdy wpłynął na nią
Allomancją. Spojrzał z góry na mężczyznę strzelającego do konstabli.
Dobrze by było zrobić coś rzeczywiście z pożytkiem dla miasta, a nie
tylko gadać z elegancko ubranymi przedstawicielami klas
uprzywilejowanych.
Upuścił łuskę, a jego Allomancja natychmiast przycisnęła ją do dachu.
Odepchnął się od niej mocniej i wystrzelił w górę pośród wirujących
mgieł. Znacznie zmniejszył swój ciężar, a spadając, Odepchnął się od
zasuwki okiennicy, dzięki czemu wylądował dokładnie pośrodku uliczki.
Dzięki stali widział linie biegnące w stronę czterech postaci, które
stały przed nim. W chwili lądowania, gdy mężczyźni zaczęli kląć i obracać się w jego stronę, uniósł sterriona i wycelował w pierwszego z oprychów. Mężczyzna miał postrzępioną brodę i oczy czarne jak noc.
Wax usłyszał jęk. To był głos kobiety.
Zamarł, jego broń nie zadrżała, ale nie mógł się poruszyć. Wspomnienia,
tak starannie zablokowane w umyśle, przebiły się przez tamę i zalały go.
Lessie. Uniesiona broń. Jeden strzał. Krew na czerwonych cegłach.
Oprych wycelował w stronę Waxa i wystrzelił. Stalowa bańka odrobinę
odchyliła tor lotu i pocisk przebił się przez płaszcz Allomanty, o włos
mijając jego żebra.
Próbował strzelić, ale te jęki...
Na Harmonię, pomyślał z przerażeniem. Skierował lufę w dół, wystrzelił w ziemię, Odepchnął się od kuli i wyskoczył z uliczki.
Kule przeszywały powietrze wszędzie wokół niego. Mimo bańki i tak
powinien zostać trafiony. Miał duże szczęście, że ocalił życie, gdy
wylądował na kolejnym dachu i przetoczył się, po czym rozciągnął płasko,
a gzyms chronił go przed pociskami.
Wax z trudem łapał oddech. Idiota, pomyślał o sobie. Głupiec. Nigdy
wcześniej nie zamarł w walce, nawet kiedy był całkiem zielony. Nigdy.
Jednakże to był pierwszy raz, kiedy próbował do kogoś strzelić, od czasu
katastrofy w zniszczonej świątyni.
Chciał się wycofać, zawstydzony, lecz zacisnął zęby i podczołgał się do
krawędzi dachu. Teraz lepiej widział mężczyzn na dole, którzy zebrali
się razem i wyraźnie przygotowywali do ucieczki. Pewnie nie chcieli mieć
do czynienia z Allomantą.
Wycelował do tego, którego uznał za ich przywódcę. Nim jednak zdążył
wystrzelić, mężczyznę powaliły strzały konstabli. Po chwili w uliczce
mrowiło się od ludzi w mundurach. Wax uniósł sterriona i odetchnął
głęboko.
Tym razem bym wystrzelił, powiedział sobie. Zamarłem tylko w tej jednej
chwili. To by się nie powtórzyło. Powiedział to sobie kilkakrotnie, a poniżej konstable wyciągali złoczyńców z uliczki, jednego po drugim.
Nie było żadnej kobiety. Jęki wydawał z siebie jeden z oprychów, który
został ranny przed przybyciem Waxa. Mężczyzna wciąż jęczał z bólu, gdy
go zabierali.
Konstable nie widzieli Waxa. Odwrócił się i zniknął w mroku.
***
Wkrótce dotarł do rezydencji Ladrianów. Jego miejskiej posiadłości, domu
przodków. Nie czuł, że to jego miejsce, ale i tak z niej korzystał.
Okazała rezydencja nie miała wielkich ogrodów, za to cztery eleganckie
kondygnacje z balkonami i przyjemne patio na tyłach. Wax upuścił monetę
i przeskoczył nad płotem, lądując na dachu stróżówki. Zauważył, że powóz
wrócił. Nic dziwnego. Przyzwyczajali się do niego - choć nie wiedział,
czy powinno go to cieszyć, czy też raczej zawstydzać.
Odepchnął się od bramy - która zagrzechotała pod naciskiem - i wylądował. Monetostrzelni musieli uczyć się precyzji, w przeciwieństwie
do pokrewnych im Allomantów, Żelazoprzyciągaczy, zwanych również
Szarpaczami. Ci jedynie wybierali sobie cel i Przyciągali się w jego
stronę, choć zazwyczaj jednocześnie ocierali się o boki budynków, robiąc
spory hałas. Monetostrzelni musieli być delikatni, staranni, dokładni.
Okiennica nie była zamknięta, tak ją pozostawił. Nie miał ochoty na
kontakty z ludźmi. Nieudana konfrontacja ze złoczyńcami bardzo nim
wstrząsnęła. Wślizgnął się do ciemnego pokoju, po czym przeszedł przezeń
ostrożnie i zaczął nasłuchiwać przy drzwiach. Z korytarza nie dochodziły
żadne odgłosy. Cicho otworzył drzwi i wyszedł.
Na korytarzu panowała ciemność, a on nie był Cynookim, zdolnym wyczulić
zmysły. Ostrożnie stawiał krok za krokiem, starając się nie potknąć o krawędź dywanu ani nie wpaść na postument.
Jego pokoje znajdowały się na końcu korytarza. Chwycił mosiężną gałkę
dłonią w rękawiczce. Doskonale. Ostrożnie otworzył drzwi i wszedł do
swojej sypialni. Teraz musiał jedynie...
Po drugiej stronie pokoju otworzyły się inne drzwi, wpuszczając do
środka mocne żółte światło. Wax zamarł, choć jego dłoń szybko sięgnęła
do sterriona.
W drzwiach stał starzejący się mężczyzna z dużym lichtarzem w dłoniach.
Miał na sobie schludną czarną liberię i białe rękawiczki. Na widok Waxa
uniósł brew.
- Lordzie Ladrianie, widzę, że pan wrócił - powiedział.
- Aha - odparł Wax, z zawstydzeniem wyciągając rękę spod płaszcza.
- Przygotowałem kąpiel, milordzie.
- Nie prosiłem o kąpiel.
- To prawda, ale biorąc pod uwagę pańskie... rozrywki tej nocy, uznałem,
że przygotowanie jej będzie rozsądne. - Pociągnął nosem. - Proch?
- No tak.
- Ufam, że nie zastrzelił pan nikogo zbyt ważnego, milordzie.
Nie, pomyślał Wax. Nie udało mi się.
Tillaume stał w drzwiach, sztywny i pełen dezaprobaty. Nie wypowiedział
na głos tego, co bez wątpienia myślał - że zniknięcie Waxa z przyjęcia
wywołało pomniejszy skandal i że utrudni to jeszcze bardziej znalezienie
odpowiedniej narzeczonej. Nie powiedział, że był rozczarowany. Nie mówił
tego wszystkiego, gdyż był w końcu doskonałym służącym lorda.
Poza tym jego spojrzenie i tak wszystko wyrażało.
- Czy mam przygotować list z przeprosinami do lady Cett, milordzie? Jak
mniemam, będzie go oczekiwać, skoro wysłał pan taki list do lorda
Stantona.
- Tak, bardzo dobrze.
Wax opuścił palce do pasa i wymacał fiolki z metalami. Czuł rewolwery na
biodrach, ciężar śrutówki pod płaszczem. Co ja wyprawiam? Zachowuję się
jak idiota.
Nagle poczuł się dziecinnie. Opuścić przyjęcie, żeby patrolować miasto,
szukając kłopotów? Co go napadło?
Miał wrażenie, że próbuje coś odzyskać. Część osoby, którą był przed
śmiercią Lessie. W głębi duszy wiedział, że mógłby mieć teraz problem ze
strzelaniem, i chciał sobie udowodnić, że jest inaczej.
Oblał ten test.
- Milordzie - odezwał się Tillaume, podchodząc bliżej. - Czy wolno mi
odezwać się... śmiało?
- Masz moje pozwolenie.
- W tym mieście jest wielu konstabli. I świetnie sobie radzą. Nasz ród
ma jednak tylko jednego najwyższego lorda. Liczą na pana tysiące,
milordzie.
Tillaume skłonił z szacunkiem głowę, po czym zaczął zapalać świece w sypialni.
Kamerdyner mówił prawdę. Ród Ladrianów był jednym z najpotężniejszych w mieście, przynajmniej historycznie. We władzach miasta Wax reprezentował
interesy wszystkich, których zatrudniała jego rodzina. Owszem, oni mieli
też przedstawicieli wybieranych przez swoje gildie, ale to na Waxie
polegali.
Jego ród niemal zbankrutował - miał wielki potencjał, posiadłości i robotników, ale z winy nierozsądnego wuja brakowało mu pieniędzy i koneksji. Jeśli Wax tego nie zmieni, mogło to oznaczać utratę miejsc
pracy, ubóstwo i upadek, gdy inne rody rozdrapią jego posiadłości za
niespłacone długi.
Wax przeciągnął palcami po sterrionach. Konstable świetnie sobie radzili
na tych ulicach, przyznał sam przed sobą. Nie potrzebowali mnie. To
miasto mnie nie potrzebuje, w przeciwieństwie do Weathering.
Kurczowo trzymał się tego, kim był w przeszłości. Ale nie był już tym
człowiekiem. Nie mógł nim być. Ludzie potrzebowali go z innych przyczyn.
- Tillaume - powiedział.
Kamerdyner podniósł wzrok znad świec. Rezydencja nie miała jeszcze
oświetlenia elektrycznego, choć wkrótce miało zostać zainstalowane. Wuj
przed śmiercią opłacił robotników i tych pieniędzy Wax nie mógł
odzyskać.
- Tak, milordzie.
Wax zawahał się, powoli wysunął śrutówkę z kieszeni za pazuchą płaszcza,
po czym włożył ją do skrzyni stojącej przy łóżku, obok bliźniaczej
broni, którą umieścił tam wcześniej. Zdjął mgielny płaszcz i przewiesił
przez ramię. Przez chwilę trzymał go z szacunkiem, po czym również
umieścił w skrzyni. Za nim podążyły sterriony. Nie były tylko bronią,
ale również symbolem życia w Dziczy.
Zamknął wieko skrzyni dawnego życia.
- Weź to, Tillaume - powiedział. - Schowaj gdzieś.
- Tak, milordzie - odparł kamerdyner. - Będzie czekać w gotowości, gdyby
pan jej jeszcze potrzebował.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki