Pola
Rosół gotował się wolno, tak jak przyuczała ją babcia - na małym ogniu, by tylko pyrkał sobie wesoło i nabierał smaku oraz aromatu. Filip raz po raz podnosił wzrok znad swojego rysunku i upewniał się, że jego mama dogląda wyczekiwaną zupę z należytą starannością. W dodatku Pola przygotowywała naleśniki z twarogiem waniliowym i truskawkami, które specjalnie dla syna kroiła na mniejsze kawałki.
Spokojna melodia, którą wygrywało radio ustawione w kącie pod oknem, idealnie wkomponowane pomiędzy dwa storczyki, umilała im czas. Audycje wyznaczały pewien rytm dnia. Lista przebojów, wiadomości, wywiad, trochę muzyki. Żarty, loteria, muzyka. Znów wiadomości i tak w kółko. Od rana do wieczora. Od śniadania do kolacji. Co dzień. Rutyna.
Pola uniosła pokrywkę, by zajrzeć do garnka. Przyjemny zapach uderzył ją w twarz, natychmiast przywołując wspomnienia sprzed kilku lat. Dni, gdy w tej samej, jeszcze niewyremontowanej kuchni krzątała się każdego ranka, z trudem utrzymując zmęczone powieki.
Babcia Basia wstawała skoro świt, by śniadanie było przygotowane jak należy i aby nikt nie musiał się martwić, że nie zdąży wypić kawy. A dziadek Tadeusz po porannym spacerze po najnowsze wydania gazet zasiadał przy stole i przeglądał je z zapałem. Dziadkowie... Zawdzięczała im wszystko. Od dachu nad głową, przez wychowanie i wykształcenie, aż po wspomnienia rodziców, które utkała z ich opowieści. Babcia zawsze z włosami związanymi w ciasny, wygodny kok i dziadek nierozstający się z okularami, bez których ledwo dostrzegał kubek na stole. Ofiarowali Poli ciepły, pełen miłości dom, gdy jej świat bezpowrotnie roztrzaskał się w proch. Mogła trafić do sierocińca, pod opiekę zupełnie obcych ludzi, ale to właśnie dziadkowie postanowili, że zamieszka z nimi w maleńkim mieszkanku w Gdańsku, które po ich śmierci odziedziczyła.
- Mamusiu, zobacz! - Filip triumfalnie uniósł ukończony obrazek nad głowę i uradowany czekał na pochwałę.
Pola uśmiechnęła się do niego przelotnie, rzucając krótkie: "Tak, tak, piękne". Wytrącona ze wspomnień, ledwo dostrzegła, co jej syn tym razem zamierzał powiesić w swojej małej galerii na ścianie.
- Taki jak na twoim zdjęciu! - Chłopczyk zeskoczył z krzesła i podbiegł do matki.
Tym razem musiała na niego spojrzeć. Zmierzwione jasne cieniutkie włosy, które z taką pieczołowitością układała z samego rana, już wywinęły się w swoim stałym porządku.
- Znowu się nastroszyłeś - powiedziała ze spokojem, kucając przed synem.
Filip, kompletnie nie przejmując się swoją fryzurą, podsunął Poli rysunek.
- A... co to jest? - Kobieta potrząsnęła głową, z niemałym zaskoczeniem, dostrzegając na kartce sporych rozmiarów samochód w słonecznym kolorze. Jego dach sięgał prawie czubka choinek, które stanowiły tło dla przedstawionej scenki.
- Podobny, prawda? - Filip objął ją za szyję.
- Ale do czego, kochanie?
- No do tego samochodu z twojego zdjęcia!
Pola nie rozumiała, o czym mówił jej syn, ale im dłużej przyglądała się małemu dziełu sztuki, tym większy gorąc czuła w swoim ciele.
- Filipku, pokaż mi to zdjęcie - poprosiła, przełykając ślinę, by nieco zwilżyć wyschnięte z emocji gardło.
Chłopczyk w podskokach opuścił kuchnię, a Pola się wyprostowała, nie odrywając wzroku od narysowanego samochodu. Tuż obok pojazdu stały trzy osoby, dwóch mężczyzn i kobieta, na której rękach wylegiwał się czarny kot, i jeszcze nim synek wrócił z fotografią w dłoniach, Pola zrozumiała, że chłopczyk musiał grzebać w pudłach schowanych w szafie. Szybko przeszła do sypialni. Tak jak się spodziewała, syn siedział na podłodze, przy otwartych kartonach, a przy nim leżały rozrzucone zdjęcia.
- Kochanie, dlaczego to wyciągnąłeś? - zapytała, próbując panować nad swoim głosem.
- Bo szukałem tego szarego kapelusza z balu, żeby być podróżnikiem - wyjaśnił Filip. - No i to wypadło. O, zobacz! - Ucieszony, podniósł odpowiednie zdjęcie, wygrzebane spod stosu kolorowych i czarno-białych odbitek.
Pola musiała usiąść, bo znów poczuła znajomą falę gorąca, która zawładnęła nią niebezpiecznie. Wpatrzona w fotografię, zastanawiała się, dlaczego lepiej jej nie schowała albo właściwie dlaczego jej nie wyrzuciła.
- A co to jest? - zapytał nagle Filip, nachylając się do mamy. Wskazał palcem na samochód.
- To kamper. - Pola uśmiechnęła się lekko. - To taki samochód, w którym możesz pojechać na przykład nad morze i w nim zamieszkać na jakiś czas.
- Taki mały domek? - Chłopczyk zmarszczył brwi.
- Tak.
- A będziemy mieć taki kamprer?
- Kamper.
- Taki kamper? - Filip podniósł wzrok na matkę.
- Raczej nie. To był samochód tego pana... - Wskazała na jednego z mężczyzn.
Opierał się o maskę, krzyżując ramiona na piersi. Na sam widok jego szerokiego uśmiechu Pola się rozpromieniła. Przeniosła spojrzenie na siebie, młodszą o prawie sześć lat, jeszcze nieświadomą tego, co szykował dla niej los. Cichą, spokojną, wycofaną Polę...
Filip szybko stracił zainteresowanie zdjęciami, bo wyszedł z sypialni, nucąc pod nosem ulubioną piosenkę, i już po chwili słychać było, że wdrapywał się na swoje krzesło w kuchni. Tymczasem przygnieciona obrazami z przeszłości Pola nie była w stanie się ruszyć i wrócić do przygotowywania obiadu, mimo że syn zaczął ją nawoływać. Wpatrywała się w zdjęcie jak zahipnotyzowana, a wspomnienia sprzed kilku lat na nowo, element po elemencie, jak puzzle, układały się w jej głowie, tworząc klarowny obraz podróży, która na zawsze zmieniła jej życie.
***
A wszystko zaczęło się od podsłuchanej rozmowy i spotkania z ciotką, kiedy to ostatnie dni kalendarzowego stycznia wyznaczały całkowitą zmianę wystroju w sklepach i galeriach handlowych. Znikały świąteczne ozdoby w postaci sporych rozmiarów figur reniferów, bałwanów czy bombek. Choinki i klimatyczne światełka z powrotem upychano do kartonów, by schować je w magazynach na kolejny rok, a z głośników nie wygrywano już bożonarodzeniowych kawałków. I choć przecież każdy się tego spodziewał, to jednak tęsknym wzrokiem odprowadzał pracowników z naręczem łańcuchów maszerujących w stronę wózków z pudłami.
Pola gwałtownie odwróciła wzrok, gdy jeden z mężczyzn potknął się o anielskie włosie i prawie upadł na sąsiednie stoliki. Nie rozbawiło jej to. Wręcz przeciwnie, współczuła mu, bo pozostali goście kawiarni nie ukrywali śmiechu, a to oznaczało, że nieszczęśnik stał się iście komediowym bohaterem tego spokojnego dnia.
Dziewczyna szarpnęła rękaw sweterka, by nieco go podwinąć. Zegarek na jej nadgarstku wskazywał na to, że czekała w kawiarni już dobrą godzinę. Polecona przez uśmiechniętą kelnerkę zimowa herbata zdążyła wystygnąć. Pomarańcze z wetkniętymi w miąższ goździkami unosiły się na powierzchni, a kawałki rozgniecionych malin smętnie opadały na dno przezroczystej szklanki z podwójnego szła, zupełnie jakby straciły jakąkolwiek nadzieję na ratunek. Pola pomyślała, że czuje się dokładnie tak samo jak one. Pozbawiona wszelkich sił i resztek złudzeń, zbliżała się nieuchronnie ku emocjonalnej katastrofie.
Wyciągnęła z kieszeni komórkę, by sprawdzić wiadomość od ciotki i upewnić się, że nie pomyliła dnia ani godziny spotkania. Drżącymi z emocji palcami szukała w komórce ostatnich SMS-ów, gdy poczuła, że ktoś położył jej dłoń na ramieniu. Podskoczyła.
- To ja, Polcia. - Uspokajający głos ciotki wybrzmiał za jej plecami.
- Już myślałam, że nie przyjdziesz... - mruknęła.
- Nie powinnam - przyznała, zajmując miejsce po przeciwnej stronie stolika. Rozejrzała się przy tym i westchnęła. - Byłam punktualnie, ale już trzy razy prawie wyszłam z galerii. - Zacisnęła dłonie na torebce i wymownie uśmiechnęła się do kelnerki, która sprzątała najbliższy stolik. - Poproszę to samo... - odparła, wskazując na herbatę Poli.
Dziewczyna z rosnącym napięciem przyglądała się ciotce. Jej rozbiegane spojrzenie, ciągłe kontrolowanie tego, kto je mijał czy przysłuchiwał się ich rozmowie, no i kurczowe trzymanie uchwytów torebki wyraźnie wskazywały na to, że była zdenerwowana.
- Babcia wie? - zapytała, gdy zostały same, co wyrwało Polę z zamyślenia.
- Oczywiście, że nie - obruszyła się.
Czy ciotka Rozalia naprawdę sądziła, że była aż tak nieostrożna? Przecież po całej tej nieszczęsnej sytuacji, która wypłynęła w święta Bożego Narodzenia, babka ze swoimi atakami paniki otarła się o szpital.
- Racja. Lepiej jej nie mówić. Jeszcze... - Kobieta odchrząknęła, zsuwając z ramion ciepły zimowy płaszcz. Najwyraźniej poczuła, że może się nieco rozluźnić. - A może wcale? Dziecko... - Na jej zatroskanej twarzy pojawiło się kilka dodatkowych zmarszczek, gdy załamanym wzrokiem spojrzała na Polę. - Nie powinnaś grzebać w przeszłości.
- Tak, już mówiłaś - westchnęła dziewczyna, zakładając niedbałym ruchem kosmyk czarnych włosów za ucho. - Ale nie daje mi to spokoju.
Rozalia syknęła raptownie i opadła na oparcie wygodnego kawiarnianego fotela. Przytknęła do ust dłoń zaciśniętą w pięść, zupełnie jakby próbowała samą siebie uciszyć. Najwyraźniej toczyła wewnętrzną walkę, z tą ciotką, która najchętniej wyjawiłaby jej wszystko, zrzucając z ramion cały ciężar odpowiedzialności za tajemnicę. A ta bitwa wydawała się Poli wyjątkowo zażarta i trudna.
Dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo. Ciotka była młodszą siostrą babci. Wyjątkowo ekstrawagancką, pewną siebie, żyjącą tak, jak jej było wygodnie. Nigdy nie bała się mówić tego, co jej ślina na język przyniosła, i z dumą znosiła ewentualne konsekwencje swoich działań i postanowień. Nigdy nie wyszła za mąż, mimo że miała wielu adoratorów, i wciąż zdarzało jej się wspominać o nowych mężczyznach, którzy pojawiali się w jej życiu na krócej lub dłużej. Choć żaden z nich nie był w stanie na stałe zagrzać miejsca u boku Rozalii, to Pola wierzyła, że nawet ciotka doczeka się kiedyś tej prawdziwej miłości. Bajkowej, z happy endem, jak w romantycznych filmach.
- No dobrze! - Rozalia nagle wyrzuciła w górę ramiona i usadowiła się wygodnie w fotelu. - Opowiem ci to, co wiem. A wiem niewiele. Choć i to wywróci ci życie do góry nogami. Lojalnie cię ostrzegam, żebyś później nie miała do mnie pretensji. A jak się babcia twoja dowie, od kogo wiesz...
- Nie dowie się - zapewniła, sięgając po swoją zimną herbatę. Idealną na ostudzenie emocji.
- Dowie się - odparła Rozalia tonem znawcy. - Ale niech to nie będzie twój problem. - Znów uśmiechnęła się do kelnerki, która postawiła przed nią parującą szklankę, i spoważniała. - Jesteś pewna, że chcesz?
- Tak.
Nie było odwrotu. Gryzła się tym już wystarczająco długo. Jedna podsłuchana rozmowa zdążyła namieszać jej w głowie tak mocno, że musiała poznać prawdę, a jedyną osobą, która poza babką mogła jej pomóc, była właśnie ciotka Rozalia.
- To wszystko zmieni... - ostrzegła ją kobieta.
- Najgorsza prawda nie jest tak straszna jak niepewność - zacytowała Antona Czechowa.
- Prawda... - westchnęła i przymknęła oczy. - Ale w tym wypadku nie jestem o tym przekonana - dodała, znów wbijając w Polę to lustrujące spojrzenie, pod wpływem którego chłód przeszywał do szpiku kości.
- Muszę wiedzieć. - Dziewczyna usłyszała, jak rozpaczliwie zabrzmiały jej słowa, i skuliła się nieznacznie.
Rozalia przygryzła wargę, jakby chciała się powstrzymać przed tym, co cisnęło jej się na usta, ale w końcu drżącym głosem wydusiła z siebie prawdę. A im dłużej mówiła, tym Pola dobitniej rozumiała, że ciotka miała rację i rozdrapywanie tej konkretnej rany sprawiło, że wszystkie kłamstwa sprzed lat zburzyły jej poukładane życie...