Caroline
W niedzielę Kaare zawsze ma najwięcej pracy. Tego dnia zaprasza wszystkich chętnych na oglądanie nieruchomości - mieszkań, willi, domów szeregowych - od Charlottenlundu po ?sterbro i Emdrup. Obszar, na którym działa, jest ogromny, a każda pojedyncza transakcja wymaga ogromnego nakładu pracy. Czasem wraca do domu, od progu pogwizdując z zadowoleniem, co znaczy, że doprowadził do podpisania umowy. Innym razem wlecze się niemrawo ku wejściu po całym długim dniu, opada z ciężkim westchnieniem na sofę, jakby sam był meblem, i przez resztę wieczoru ogląda telewizję. Lukas siedzi w swoim pokoju. Caroline przyzwyczaiła się, że niedziela to dzień taki sam jak inne. Ale dziś sprawy wyglądają inaczej. Musi zakłócić synowi spokój w jego odosobnieniu. Nasłuchuje przy drzwiach, ma nawet ochotę pochylić się, żeby zajrzeć do środka przez dziurkę od klucza, jednak w porę się upomina, że dla dorosłej kobiety takiej jak ona, profesjonalistki, skradanie się we własnym domu jest poniżej godności. Tylko dlaczego on tam leży przez cały czas? Co go tak zajmuje? Śpi? Uczy się? Gra w tę grę, której nazwy nigdy nie pamięta? Caroline prostuje się, odchrząkuje i puka do drzwi.
- Tak? O co chodzi? - dochodzi ze środka jego głos.
- To tylko ja - mówi niepewnie i wchodzi do pokoju. - Co robisz?
- Nic takiego. Odpoczywam, bawię się telefonem.
Caroline siada na samym skraju łóżka, krzyżuje ręce i nogi. Próbuje przybrać wyraz twarzy i ton głosu, które zmniejszą dzielący ich dystans i pozwolą przeskoczyć tę pustkę. Czasami ci, którzy są nam najbliżsi, znajdują się tak strasznie daleko od nas - to naprawdę dziwne, dlaczego tak się dzieje? Nigdy wcześniej o tym nie myślała. Z powrotem rozkłada ręce, ta pozycja wydaje się jej naturalniejsza, swobodniejsza, chciałaby tylko porozmawiać o czymś z synem, do cholery, jako siostra Camilli powinna to potrafić! Camilla nie miałaby problemu z pozbyciem się tej dziwnej sztuczności, wystarczyłoby powiedzieć coś rozbrajająco serdecznego, zachęcającego, zachowując przy tym autorytet rodzica niemożliwy do zignorowania. Na pewno zaparzyłaby herbatę, przy której mogliby porozmawiać szczerze, od serca. Camilla umie odpowiednio zaaranżować taką sytuację i doprowadzić do pomyślnego końca. Zawsze wie, co powiedzieć Frankowi i dzieciom, żeby nie brzmiało to zbyt negatywnie i oskarżycielsko, i za każdym razem dopina swego. Lecz Caroline nie jest Camillą. Nie wie, jak zacząć, boi się tej przepaści, którą wyczuwa przed sobą, poza tym, jakby nie było dość, jutro rano ma też ważne spotkanie, do którego się jeszcze nie przygotowała. Liczyła, że zostanie jej na to cały dzień, nie przewidziała, że będzie konieczna taka rozmowa. Dlaczego to musi być tak skomplikowane? Co zrobić z dłońmi? Przekrzywia lekko głowę i próbuje się uśmiechnąć.
- Chciałabym się dowiedzieć, co u ciebie słychać. Jak ci idzie w szkole?
Znów odchrząkuje, rozgląda się po pokoju. Paznokieć środkowego palca wbija się w spód dłoni.
- Wporzo. - Lukas nie odrywa wzroku od telefonu.
- Nie jest ci ciężko ze wszystkim się wyrobić? Dużo macie zadawane? Nie opowiadasz mi za wiele, a chciałabym wiedzieć, jak ci idzie.
- Wszystko okej.
- A angielski? Jak sobie radzisz z angielskim?
Znów odruchowo odchrząkuje - no nie, dość już tego!
- W miarę. To tylko język, zresztą dobrze mówię po angielsku. Dlaczego pytasz?
- Jaka jest wasza nauczycielka?
Lukas wzrusza ramionami.
- Skąd to pytanie?
- Po prostu jestem ciekawa.
- Jest okej, może trochę surowa.
- Lukas, chodzi o to, że... - Caroline zapomina się i znów krzyżuje ramiona na piersi. - Dziś rano zadzwoniła do mnie twoja nauczycielka angielskiego.
Lukas prostuje plecy i po raz pierwszy na nią patrzy. Na jego twarzy maluje się niepokój, mruga powiekami nieco za szybko.
- Jane, tak się chyba przedstawiła. To ona? Jest Angielką?
- Nie, tylko wymawia swoje imię po angielsku.
- Dziwne... dlaczego?
- Pewnie uważa, że tak brzmi lepiej.
- Aha? Powiedziała, że narażono ją na szykany i jej zdaniem to sprawka uczniów. Wiesz coś może o wielkim zamówieniu na pizzę, które ktoś zrobił w jej imieniu wczoraj wieczorem?
- Co? Nie! Nic o tym nie wiem. Co ona sobie myśli? Jak tylko dzieje się coś złego, od razu podejrzewa mnie.
- Nie ma żadnych dowodów ani nic konkretnego, na czym mogłaby oprzeć swoje domysły. Dzwoniła do różnych osób, żeby się dowiedzieć, czy ktoś przypadkiem o czymś nie wie. Muszę powiedzieć, że wydawała się dość zdesperowana. Zrobiło mi się jej żal, to rzeczywiście bardzo nieprzyjemne doświadczyć podobnego nękania pod prywatnym adresem.
- Dobra, ale ja nic nie zrobiłem! O niczym nie wiem, nie mam pojęcia, o co chodzi.
- Co robiłeś wczoraj?
- Spotkałem się tutaj z chłopakami, kiedy was nie było w domu. Wypiliśmy parę piw, potem oni pojechali, bo czułem się zmęczony. Wieczorem poszliśmy na imprezę do kogoś ze Skovshoved.
- Czyli nie zamówiliście pizz w lokalu przy Strandvejen z dowozem do Vangede? Nic o tym wcześniej nie wiedziałeś?
- Mamo, to naprawdę nie ja! Daj mi spokój, zawsze podejrzewasz mnie o najgorsze.
Wzdycha i odwraca się do niej plecami. W jego głosie, w tym mruganiu i sposobie oddychania jest coś przykuwającego uwagę. Wydaje się zbyt oburzony, a jego reakcje za szybkie. Mimo że leży do niej tyłem, wygląda, jakby rejestrował jej każdy ruch. Przesuwa palcem po nierówności na ścianie, oczekuje jej kolejnego kroku, zachowuje czujność. Czy powinna polegać na swoim instynkcie co do winy bądź niewinności, kazać mu się odwrócić i zażądać wyjaśnień, sprawdzić wszystkie szczegóły, godziny, rozmowy telefoniczne, przyjaciół, skontaktować się z ich rodzicami, udać się do tej pizzerii, oddzwonić do nauczycielki, ryzykować narażeniem Lukasa na dalsze problemy, odepchnąć go od siebie, zwiększyć dzielący ich dystans? Czy powinna się zachować jak surowa czy jak serdeczna matka? Czy powinna poświęcić mnóstwo czasu i energii, aby dowieść, że syn kłamie, czy może wierzyć jego słowom? Kiedy był młodszy, wszystko wydawało się łatwiejsze. Ma ochotę nim potrząsnąć, wybudzić go z tego otępienia, co, u diabła, mu dolega? Przychodzi jej do głowy, że najlepiej byłoby go stąd odesłać na jakiś czas - do szkoły z internatem albo do jakiejś instytucji wychowawczej za granicą, na przykład Fulton albo innej wymagającej i dyscyplinującej szkoły, gdzie doświadczyłby twardej ręki. Może jakiś surowy wojskowy albo dyrektor byłby w stanie zrobić z niego dorosłego człowieka, naprostować go, sprawić, żeby zrozumiał sens życia. Najchętniej odesłałaby go daleko stąd, na długi czas, a jednocześnie tęskni za tym, żeby się do niego zbliżyć. Gdyby tylko mogła objąć go mocno i spytać: "Dlaczego? Co się dzieje? O czym myślisz? Mogłabym ci w czymś pomóc?". Chciałaby go przytulać tak jak kiedyś, ale od tamtej pory jego ciało urosło i stało się obce. Kiedy do tego doszło? Co na jej miejscu zrobiłaby Camilla? I gdzie jest ojciec tego chłopca w chwili, gdy się go potrzebuje? Pewnie próbuje opchnąć komuś za zbyt wysoką cenę ten czy inny szeregowiec w Vangede, wielka prowizja i wielkie wymachy rąk - na tym się zna najlepiej. Caroline usiłuje sprawiać wrażenie opanowanej i pewnej siebie, ale wymyka jej się głębokie westchnienie, które brzmi jak odgłos powietrza ulatującego z przedziurawionej dętki. Klepie Lukasa lekko w nogę w taki sposób, jakby chciała go zachęcić do mówienia, i próbuje jeszcze raz głosem słodkim jak miód.
- A twoi koledzy z klasy... lubisz ich?
- Są okej.
- Przyszło mi coś do głowy. Przejedziemy się do Zwierzyńca, tylko we dwoje? Dobrze nam zrobi odrobina świeżego powietrza. Nie wiem, czy wyglądałeś dziś przez okno, ale spadł śnieg.
- Na spacer...? Teraz?
- Tak, a dlaczego nie? Moglibyśmy obejrzeć po drodze dom, który tata buduje w Klampenborgu, a na sam koniec skoczyć na lunch do Café Jorden Rundt. Miałbyś ochotę?
Lukas powoli siada na łóżku i odkłada telefon. Caroline odbiera to jako zgodę.
***
Śnieg skrzypi, kiedy idą w stronę pałacu Eremitage. Lukas ma na sobie tylko cienką bluzę z kapturem. Dlaczego nie kupi porządnej kurtki zimowej? Dostaje przecież co miesiąc mnóstwo pieniędzy na ubrania. Caroline ma dość zadawania mu tych samych pytań, które donikąd nie prowadzą. Temperatura jest poniżej zera, a ten spaceruje jakby nigdy nic z rękami w kieszeniach powyciąganej bawełnianej bluzy. Ukrywa się głęboko w ciemnym kapturze, a mimo to z jego ruchów można wyczytać jakiś rodzaj wyczekiwania, uważności, podatności, cień szansy na porozumienie. Właśnie teraz nadarza się okazja do odbycia z nim prawdziwej rozmowy. Już samo to, że z nią tutaj przyjechał. To od niej zależy, czy wykorzysta tę możliwość. Problem w tym, że Caroline nie wie, co powiedzieć. Zapomniała, jak z nim rozmawiać, albo raczej ten dawny sposób już nie działa. Uświadamia sobie, że jeśli chce się porozumieć z synem, musi znaleźć nowy język. Tylko nie zna nikogo, kto by ją tego nauczył, a od tego wysokiego szczupłego chłopaka nie ma co oczekiwać pomocy. Idzie obok niej lekko przygarbiony, z twarzą ukrytą w kapturze. Prawie nie widać mu twarzy.
- O czym myślisz? - pyta go ostrożnie.
- O niczym specjalnym. Po prostu idę. Nie mieliśmy się przejść?
- Jeśli chciałbyś o czymś porozmawiać, to mam wielką nadzieję, że zwrócisz się z tym do mnie. Albo do taty. Wystarczy jedno z nas, albo oboje, to zależy od tego, co ci bardziej odpowiada.
- Już powiedziałem, że nie ma nic takiego. Dlatego wyciągnęłaś mnie na ten spacer? Bo podejrzewasz mnie o różne ciemne sprawki? Czyli mam się teraz złamać i przyznać do wszystkiego, a wtedy będziemy mogli szczerze porozmawiać, we trójkę, i wszystko znów będzie dobrze. O to ci chodzi? Dlatego tu jesteśmy?
- Nie. Chciałam się z tobą przejść, chociaż oczywiście nie jest mi miło, że dostaję telefony od nauczycielki, która czuje się pokrzywdzona. To przykre, kiedy rozmawiasz w niedzielę rano z zapłakaną obcą osobą. Kto by się czuł z tym dobrze?! Chcę wierzyć w twoje wyjaśnienia, ale muszę spytać, czy coś ci o tym wiadomo.
- Już powiedziałem, że nie! Nie miałem pojęcia, że Dren mieszka w Vangede!
- Dren?
- Tak ją nazywamy. Nie chcę, żebyś się wtrącała w cokolwiek, co ma związek ze szkołą! Sam wszystko ogarniam. I tak nie zrozumiecie, jak to jest. Wydaje się wam, że wiecie, ale nie wiecie nic. Kompletnie nic!
- W takim razie opowiedz, jak to jest. Powiedz mi o czymś, czego nie wiem.
- Jest tyle różnych rzeczy... To skomplikowane. Próbuję przetrwać każdy dzień, doczekać do piątku i soboty. Tak ja to widzę. Weekendy są dla mnie przynętą, o której staram się myśleć w tygodniu. Dzięki niej jakoś się trzymam.
- A potem w weekendy siedzisz przez większość czasu w swoim pokoju. Nie myślałeś o tym? Dlaczego zawsze jesteś tak zmęczony? Zastanawiałam się, czy nie umówić wizyty u lekarza. Może brakuje ci jakichś witamin? Nie wysypiasz się porządnie, a to ważniejsze, niż ci się zdaje. Camilla też tak twierdzi. Kiedy właściwie kładziesz się spać?
- Weź spróbuj posłuchać samej siebie. Nastolatki zawsze są zmęczone, takie jest prawo natury. Wszyscy to wiedzą. - Kręci głową. - Nie mam zamiaru iść tutaj obok swojej matki i rozmawiać o porze chodzenia spać.
- Nie wiem, czy to mądre z mojej strony, że pozwalam ci na ten wyjazd na narty, skoro nie jesteś w dobrej kondycji. Naprawdę uważasz, że to rozsądne? Nie jedzie z wami nikt z dorosłych, będziecie musieli radzić sobie sami.
- Mamo, nic mi nie dolega! Planujemy ten wypad od kilku miesięcy, strasznie się na niego cieszę! Ustaliliśmy już, kto będzie z kim mieszkał, i całą resztę. Kurczę, nie możesz teraz zmienić zdania. Potrafię o siebie zadbać, mam szesnaście lat!
Gwałtownie przyspiesza i zostawia ją samą w tyle. Caroline czuje w sobie pustkę i zagubienie. Co się przed chwilą stało? Kiedy zrobiła niewłaściwy krok? W pracy potrafi podejmować szybkie trafne decyzje w imieniu innych rodzin, ale gdy przychodzi do jej własnej, nie umie trzeźwo ocenić sytuacji, dokonać właściwego wyboru. Postępuje zbyt surowo czy zbyt miękko? Lepiej się kierować sercem czy rozumem? Czy teraz powinna go dogonić i nie pozwolić mu na takie zachowanie czy zostawić go w spokoju? Powiedzieć, co myśli, czy działać strategicznie? Jak postąpić w takiej sytuacji? Dlaczego nikt nie przygotowuje przyszłych rodziców do radzenia sobie w podobnych momentach?
- Lukas! - krzyczy za nim. - Czy to nasza wina?! Robimy coś źle?! - Głos jej się załamuje, nie tak miał wyglądać ich wspólny spacer. Chciała jedynie porozmawiać z synem, spokojnie i bez nerwów... Dlaczego nic nie układa się tak, jak zaplanowała? Zupełnie jakby znany jej świat rozpadał się na jej oczach. To, co wydawało się normalne, wcale się takie nie okazuje. Przyspiesza kroku i dogania syna. - Lukas, mam wrażenie, że dzieje się coś bardzo złego, a my o tym nie rozmawiamy. Nie wiem, co to jest, nie widzę tego, ale na pewno coś się dzieje. Czegoś mi nie mówisz. Dręczy cię coś, jakaś sprawa, o której milczysz. Z każdym dniem coraz bardziej. Powiedz, co się dzieje. Musisz mi pomóc, bo ja tego nie rozumiem.
Caroline brakuje tchu. Zaczyna płakać, bo kiedy słowa już padły, widzi po Lukasie, że przeczucia jej nie mylą. Od ponad dwudziestu lat ma do czynienia z mówieniem prawdy i mijaniem się z nią, prawem i praktyką życia. Jej instynkt wykrywający kłamstwa i przemilczenia wciąż działa bez zarzutu. Zatrzymuje się przed pałacem, podchodzi do syna i obejmuje go ramieniem. On też nie może powstrzymać łez. Jej duży chłopiec. Od kilku lat nie widziała, żeby płakał.
- Czasem chciałbym, żeby wszystko było trochę bardziej normalne... Zwykłe... A momentami jest megapojebane. Jak pieprzony labirynt, z którego nie da się wyplątać. Nie chodzi o was, nie ma to z wami nic wspólnego, okej?
Caroline zgarnia śnieg ze stojącej przy ścieżce ławki i ciężko na nią opada. Nie ma pod ręką żadnego doraźnego rozwiązania. Siedzi tu, zmęczona i ogarnięta złymi przeczuciami. Może dlatego to robi, bo nie ma nic do stracenia: wyrzuca z siebie coś, co od jakichś dwóch, trzech lat nie daje jej spokoju. To żałosne, matka nie może zadawać takich pytań, robiąc to, popełnia zasadniczy błąd. Ona jednak pyta i wraz z tym wymaga od swojego szesnastoletniego syna, że to on ma zapanować na sytuacją i nią pokierować. Sama potrzeba zapytania o to zawiera już w sobie odpowiedź, jest tą odpowiedzią. Caroline o tym wie, ale nie może się powstrzymać, musi to usłyszeć od niego.
- Lukas, powiedz... Czy poświęcamy ci dość czasu? Czujesz, że możesz na nas polegać? - wypowiada to prawie szeptem.
- Jasne, że tak - odpowiada syn, kręcąc głową.