Sto dni - Lotte Kaa Andersen

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ca­ro­line

Nie spę­dza zbyt dużo czasu na ło­nie przy­rody i na­wet nie wie dla­czego. Las jest w jej ży­ciu od­le­głym kie­run­kiem, mimo że z domu do Zwie­rzyńca ma za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów. Oczy­wi­ście po­winna to ro­bić czę­ściej, wszy­scy trą­bią o tym, jak ważna jest przy­roda i jak zdrowo jest prze­by­wać na dwo­rze. Świeże po­wie­trze i ruch. W le­sie można ich za­ży­wać do woli, i to zu­peł­nie za darmo. Mię­dzy drze­wami prze­cha­dzają się stada je­leni sku­bią­cych trawę. Zwie­rzęta bie­gają swo­bod­nie po ca­łym re­zer­wa­cie, nic ich nie od­gra­dza od lu­dzi, są jed­no­cze­śnie pod ochroną i wolne. Na nie­bie nie ma żad­nej chmurki, w po­wie­trzu unosi się woń ziemi i trawy, wy­czuwa się w nim i zimno, i cie­pło. Do oczu na­pły­wają jej łzy, to na pewno przez wiatr. Wyj­muje z to­rebki oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Szczy­pie ją skóra na po­licz­kach, do­staje na­głego przy­pływu ener­gii, pra­wie za­czyna się uśmie­chać. Jesz­cze chwila, a za­cznie opo­wia­dać Ka­aremu o drze­wach, je­le­niach, słońcu, o tym, ja­kie to wszystko jest piękne i, jakby się nad tym za­sta­no­wić, tak do­brze sko­or­dy­no­wane. Zu­peł­nie jak gdyby ja­kaś siła wyż­sza ma­czała w tym palce. Ca­ro­line chcia­łaby po­roz­ma­wiać, ale mil­czy. Ka­are na pewno za­re­ago­wałby scep­tycz­nie, nie byłby w sta­nie na­dą­żyć za jej to­kiem my­śle­nia. Jej wy­nu­rze­nia skwi­to­wałby czymś w ro­dzaju "Je­śli chcesz wie­dzieć, ta twoja siła wyż­sza na­zywa się le­śni­czy". Ka­are zaj­muje się sprze­dażą nie­ru­cho­mo­ści w róż­nych lo­ka­li­za­cjach, ale poza tym przy­roda nie­spe­cjal­nie go in­te­re­suje. To coś zbyt abs­trak­cyj­nego, bar­dziej w gu­ście we­ge­ta­rian i ro­we­rzy­stów. Ca­ro­line i Ka­are nie pro­wa­dzą ta­kich roz­mów, więc ona pro­wa­dzi je sama ze sobą.

- To na­prawdę nie­sa­mo­wite - mówi ci­cho, krę­cąc nie­znacz­nie głową. Dla­czego nikt jej wcze­śniej nie po­wie­dział, jak tu pięk­nie, ni­gdy jej tu­taj nie za­brał? - Zwie­rzy­niec - szep­cze w koł­nierz swo­jego fu­tra, bo na ścież­kach są inni spa­ce­ro­wi­cze i nie chcia­łaby, żeby ktoś ją usły­szał.

Ka­arem nie musi się mar­twić, jest za­jęty stro­fo­wa­niem swo­jego psa. Za­brał ze sobą Kinga i pro­wa­dzi go na krót­kiej smy­czy. Wiel­kie zwie­rzę cią­gnie go ener­gicz­nie we wła­snym kie­runku, czarne oczy świecą na wy­so­ko­ści ludz­kich bio­der, z py­ska ka­pie mu ślina, kiedy pry­cha z eks­cy­ta­cji wy­wo­ła­nej ty­loma no­wymi oka­zjami do za­zna­cze­nia te­ry­to­rium. Pies ze szczę­ściem w oczach zbliża pysk do każ­dej pa­ru­ją­cej koń­skiej kupy na ścieżce, unosi nogę przy każ­dym kre­to­wi­sku, ob­si­kuje każdy mi­jany pniak. Ka­are za­mie­rza go na­uczyć cho­dze­nia przy no­dze, ale in­stynkty biorą górę. King ab­so­lut­nie nie chce go słu­chać.

- Do nogi! King! Kiiing, chodź tu­taj. Już! O tak, do­bry pies, za­raz do­sta­niesz przy­smak. Nie! King? Pro­szę cię...

King igno­ruje wszel­kie roz­kazy. Oto nie­równa walka dwóch sam­ców. Ca­ro­line znów wy­cho­dzi tro­chę na­przód. Jesz­cze przed chwilą czuła się tak wspa­niale, a te­raz... Nie ma siły na udział w tym cyrku, który ser­wują jej Ka­are i jego pies. Lu­kas spa­ce­ruje ze słu­chaw­kami w uszach, pil­nu­jąc od­le­gło­ści około dzie­się­ciu, pięt­na­stu kro­ków od nich. On też nie ma za­miaru roz­ko­szo­wać się wa­lo­rami oto­cze­nia. Każde z nich idzie swoim tem­pem, z wła­snym po­rząd­kiem dnia w gło­wie. Gdyby ob­ser­wo­wał ich ktoś po­stronny, nie wpadłby na to, że są ro­dziną. Ca­ro­line prze­stała się przej­mo­wać. Tym, co my­ślą lu­dzie. Każde z nich stara się, jak może. Prze­stała tę­sk­nić za ide­ałem, któ­remu i tak nie da się spro­stać, wy­obra­że­niem ro­dziny jako Świę­tej Trójcy - oj­ciec, matka, syn trzy­ma­jący się za ręce, spa­ce­ru­jący po le­sie, ro­zu­mie­jący się bez słów. Lu­kas ma szes­na­ście lat i swoje ży­cie. Ide­ały nie ist­nieją.

Ka­are

Ka­are Kri­stian­sen za­pro­sił ro­dzinę na ob­chody Hu­ber­tusa. Ku­pił kasz­kiet i parę bu­tów jeź­dziec­kich z czar­nej skóry, które wło­żył na tę oka­zję. Jako dziecko raz spró­bo­wał jazdy kon­nej. Sie­dze­nie wy­soko na du­żym zwie­rzę­ciu, czu­cie pod sobą na­tu­ral­nej siły jego mię­śni było czymś, czego ni­gdy nie za­po­mniał. W tym ko­niu była ja­kaś do­bro­tli­wość, coś przy­jem­nego, cier­pli­wego, co wy­ni­kało z jego na­tury, jakby zwie­rzę go słu­chało i ro­zu­miało. Ka­are czuł wy­raź­nie, że wierz­cho­wiec jest jego przy­ja­cie­lem, jakby się zro­śli w jedno. Te­raz chce to po­czuć jesz­cze raz. Ka­are za­mie­rza na­uczyć się jeź­dzić. Nie można skap­ca­nieć, trzeba wciąż pró­bo­wać no­wych rze­czy. Kiedy mieszka się po­śród pięk­nej przy­rody Gen­to­fte, tak bli­sko Zwie­rzyńca, po­bie­ra­nie lek­cji jeź­dziec­twa wy­daje się oczy­wi­ste. Musi tylko zna­leźć od­po­wied­niego na­uczy­ciela, na przy­kład ja­kąś ko­biecą tre­nerkę. Ka­are wy­obraża so­bie prze­jażdżkę w nie­dzielny po­ra­nek, nad nim błę­kitne niebo, pod nim silne koń­skie ciało, on wy­pro­sto­wany w sio­dle - męż­czy­zna i jego koń. Ka­aremu po­do­bają się ob­razy prze­wi­ja­jące mu się w gło­wie. Poza tym jeź­dziec­two to sport praw­dzi­wych dżen­tel­me­nów. Hu­ber­tus jest wielką co­roczną tra­dy­cją, w su­mie to za­wsty­dza­jące, że ni­gdy wcze­śniej nie uczest­ni­czyli w jego ob­cho­dach. Wszy­scy tu­taj są. Ro­dzina kró­lew­ska śle­dzi prze­bieg go­ni­twy z bal­konu pa­łacu my­śliw­skiego Ere­mi­tage. Zgro­ma­dzili się tu lu­dzie z wyż­szych sfer w naj­róż­niej­szych od­sło­nach i od­mia­nach: wła­ści­ciele ziem­scy, ary­sto­kra­cja, elita Gen­to­fte. W dzie­ciń­stwie przy­pro­wa­dzali ich tu­taj ro­dzice, któ­rych przy­pro­wa­dzali ich dziad­ko­wie. Ich wła­sne dzieci przejmą tę tra­dy­cję i prze­każą ją swoim dzie­ciom i wnu­kom, i tak bę­dzie to trwało, do­póki ja­kiś młody czło­wiek pew­nego dnia się nie zbun­tuje i z tym nie ze­rwie - tylko po to, aby tu po­wró­cić kilka lat póź­niej i po ci­chu za­jąć na­leżne so­bie miej­sce w sze­regu. Wła­śnie tego ro­dzaju spo­iwem są sca­lone tu­tej­sze ro­dziny. Znają wła­sną war­tość i trwają przy swo­ich zwy­cza­jach. Oni pa­mię­tają. Nie bra­kuje tu­taj gol­fia­rzy, ko­nia­rzy, człon­ków klubu jeź­dziec­kiego z Bern­storf­fspar­ken, wła­ści­cieli wiel­kich willi po­ło­żo­nych w są­siedz­twie Zwie­rzyńca, któ­rzy czują się zo­bo­wią­zani do uczest­nic­twa w ob­cho­dach Hu­ber­tusa i an­ga­żują się w nie, bo od­by­wają się u nich w ogródku. Są tu­taj przed­sta­wi­ciele fi­nan­so­wych wyż­szych sfer i ci, któ­rzy do tego aspi­rują, ale jesz­cze tam nie do­szli i pew­nie ni­gdy nie dojdą. Oczy­wi­ście zja­wiło się też mnó­stwo zwy­kłych lu­dzi, któ­rzy zje­chali do Zwie­rzyńca z Her­lev, Hun­dige i wszel­kich in­nych dziel­nic: Ama­ger, Greve, Jyl­linge i tak da­lej. Prze­ciętni Duń­czycy także chcą do­świad­czyć wspa­nia­ło­ści ob­cho­dów Hu­ber­tusa, spę­dzić nie­dzielę w eks­klu­zyw­nym Klam­pen­borgu. Ka­are świet­nie to ro­zu­mie, bo sam kie­dyś był ta­kim ob­ser­wa­to­rem aspi­ru­ją­cym do cze­goś wię­cej. Znane mu są ich tę­sk­noty. Czę­sto wy­ko­rzy­sty­wał Zwie­rzy­niec jako kartę prze­tar­gową w sprze­daży nie­ru­cho­mo­ści z tej oko­licy. "Z wi­do­kiem na Zwie­rzy­niec, tylko kil­ka­set me­trów od lasu J?gers­borg Hegn, bli­sko parku roz­rywki Bak­ken, tuż obok naj­pięk­niej­szych ob­sza­rów przy­rod­ni­czych w Da­nii, po są­siedzku z je­le­niami i pa­ła­cem Ere­mi­tage". Wie do­kład­nie, na ja­kiej stru­nie za­grać, cho­ciaż sam ni­gdy tu­taj nie był. To zna­czy, oczy­wi­ście był kie­dyś w Bak­ken z Lu­ka­sem, ale ni­gdy nie miał czasu, chęci ani oka­zji, żeby le­piej za­po­znać się z tymi te­re­nami. W tym roku bę­dzie ina­czej. On i Ca­ro­line zgo­dzili się ze sobą, że czas nad­ro­bić za­le­gło­ści i Lu­kas musi im to­wa­rzy­szyć. Nie po­zo­sta­wili mu żad­nego wy­boru. Jako ro­dzice mają okre­ślone obo­wiązki, poza tym uczest­nic­two w ta­kich wy­da­rze­niach po­winno na­le­żeć do jego wy­cho­wa­nia. To do­brze, żeby chło­pak znał lo­kalne tra­dy­cje, skoro te­raz miesz­kają tak bli­sko. Poza tym po­sze­rzy mu to ho­ry­zonty i tak da­lej.

***

Ran­kiem po­je­chali do sta­cji Klam­pen­borg, gdzie zo­sta­wili sa­mo­chód. Zna­le­zie­nie miej­sca za­jęło całą wiecz­ność - to cho­ler­nie trudne, gdy wszy­scy miesz­kańcy przed­mieść za­pra­gnęli się tu zja­wić. Po­winno ist­nieć ja­kieś prawo pierw­szeń­stwa dla oby­wa­teli z Gen­to­fte, żeby nie trzeba było wal­czyć o miej­sce par­kin­gowe z in­tru­zami wszel­kiej ma­ści. Zja­wiło się tu dziś może na­wet pięć­dzie­siąt ty­sięcy osób. Ka­are z ro­dziną osta­tecz­nie za­par­ko­wali kilka ki­lo­me­trów od pa­łacu i naj­pierw mu­sieli prze­brnąć przez grzę­za­wi­sko koń­skich kup i zwię­dłych li­ści, za­nim pra­wie do­tarli na miej­sce. Lu­kas za­cho­wuje się skan­da­licz­nie. Na­rzeka przez cały czas, nie pa­suje mu raz to, raz tamto. Czuje się zmę­czony, ob­cie­rają go buty, za­raz wy­ła­duje mu się te­le­fon, nie chce mu się z nimi cho­dzić, zo­sta­wił w sa­mo­cho­dzie oku­lary prze­ciw­sło­neczne, ko­le­dzy z li­ceum nie mogą go zo­ba­czyć z ro­dzi­cami. Poza tym mę­czy go straszne pra­gnie­nie. Ca­ro­line pró­bo­wała wziąć go pod ra­mię i tro­chę roz­we­se­lić, ale w końcu Ka­are nie wy­trzy­muje.

- Lu­kas, do ja­snej cho­lery, mam tego ser­decz­nie dość! Czy chcesz, czy nie, idziemy do tego prze­klę­tego lasu! I by­łoby miło, gdy­by­śmy mo­gli to zro­bić choć z odro­biną klasy. Masz szes­na­ście lat. Chyba to nie ta­kie trudne przejść trzy ki­lo­me­try? Je­śli się mę­czysz po tak krót­kim spa­ce­rze, może to znak, że mu­sisz za­dbać o kon­dy­cję? Może za dużo czasu spę­dzasz w łóżku? A te­raz weź się w garść, chło­pie. Po­każ, że masz w so­bie odro­binę krzepy!

- Przez tę durną za­chciankę mu­szę brnąć z tobą i z mamą przez ten gi­gan­tyczny park na to­tal­nym zim­nie, i to w nie­dzielę rano! Ogar­nij to wresz­cie: nie mam naj­mniej­szej ochoty w tym uczest­ni­czyć! To był twój po­mysł. Dla­czego nie mo­głeś przyjść tu sam, tylko mu­szę pła­cić za to, że na­gle za­in­te­re­so­wa­łeś się końmi? Wcze­śniej ani sło­wem nie wspo­mi­na­łeś o Hu­ber­tu­sie, aż tu na­gle ro­bisz wiel­kie halo z tego, że ja­kaś zgraja sta­rych lu­dzi jeź­dzi konno w hi­sto­rycz­nych prze­bra­niach i udaje, że po­luje. W ze­szłym roku bez prze­rwy na­wi­ja­łeś o gol­fie. Weź prze­stań, tato. Po pro­stu prze­stań.

Ka­aremu zu­peł­nie odej­muje mowę. Lu­kas ni­gdy wcze­śniej tak się do niego nie ode­zwał. Dla­czego mło­dzi lu­dzie uwa­żają, że mogą so­bie na wszystko po­zwo­lić? Szcze­rze mó­wiąc, Ka­are ma po dziurki w no­sie tej no­wo­cze­snej ga­da­niny, że dzieci po­winno się trak­to­wać jak rów­no­rzęd­nych part­ne­rów. Nie oka­zują ro­dzi­com żad­nego sza­cunku. Ktoś prze­cież musi wy­zna­czać im kurs, ale nie, oni zwra­cają się do cie­bie tak, jak­byś był ich ró­wie­śni­kiem. Za­wsze chcą o wszyst­kim de­cy­do­wać, cho­ciaż są tylko du­żymi dziećmi. Ka­are wy­maga od syna przy­naj­mniej odro­biny sza­cunku, ale im czę­ściej to po­wta­rza, tym wy­raź­niej czuje co­raz mniej­sze po­wa­ża­nie Lu­kasa dla jego osoby, i to de­mon­stro­wane zu­peł­nie otwar­cie. Co po­cząć z ta­kim gder­li­wym szes­na­sto­lat­kiem, który prze­sia­duje w swoim po­koju przed ekra­nem kom­pu­tera albo szlaja się gdzieś po mie­ście z ko­le­gami? Jak z ta­kim po­dej­ściem do ży­cia może wy­ro­snąć na lu­dzi? Ka­are nie wie na­wet, gdzie syn prze­bywa, kiedy go nie ma w domu. Chło­pak twier­dzi, że jeż­dżą ro­we­rami po mie­ście. Na pewno pi­jani w sztok. Oczy­wi­ście nie w smak im uży­wa­nie świa­teł ro­we­ro­wych. Ka­are nie ma po­ję­cia, co tak na­prawdę ro­bią, a py­ta­nie Lu­kasa na nie­wiele się zdaje. Z góry wie, co syn mu od­po­wie: "Nic ta­kiego. To i owo. Tylko czi­lu­jemy. Tak, wszystko jest w po­rządku". To prze­ra­ża­jące, jak szybko na­stę­pują zmiany. Jesz­cze do nie­dawna Lu­kas był ci­chym spo­koj­nym dziec­kiem, które za­czy­ty­wało się w ko­mik­sach, grało na kon­soli i ma­rzyło o tym, żeby do­stać się do naj­lep­szej dru­żyny piłki noż­nej. Te­raz, gdy za­gląda się do jego po­koju, leży w nim długi chudy na­sto­la­tek, któ­remu nie chce się na­wet pod­nieść wzroku, żeby przy­wi­tać się z wła­snym oj­cem. W biały dzień, przy spusz­czo­nych ro­le­tach, leży w łóżku z kom­pu­te­rem, te­le­fo­nem i ta­le­rzem peł­nym kro­mek z nu­tellą. Zwraca na cie­bie uwagę tylko wtedy, gdy przy­cho­dzisz z in­for­ma­cją, że na stole czeka je­dze­nie, albo py­tasz, czy przy­pad­kiem nie bra­kuje mu pie­nię­dzy.

Lu­kas

To me­gaw­kur­wia­jące, że musi leźć przez ten las w mo­krych bu­tach, pięć kro­ków w tyle za oj­cem i matką, jakby miał sie­dem lat. Sto­kroć bar­dziej wo­lałby zo­stać w domu, we wła­snym łóżku, albo prze­by­wać w każ­dym in­nym miej­scu niż to. Wo­lałby, żeby go za­mknięto w win­dzie ze znie­na­wi­dzoną na­uczy­cielką, Jane Degn, niż się tędy wlec - do tego stop­nia jest to dla niego okropne. Od­kąd ja­kiś czas temu ro­dzice prze­czy­tali w lo­kal­nej ga­ze­cie o Hu­ber­tu­sie, oby­dwoje wkrę­cili so­bie film, że Lu­kas ma im to­wa­rzy­szyć pod­czas tej ich po­je­ba­nej wy­cieczki. Zwy­kle dają mu spo­kój, rzadko zda­rza im się zaj­mo­wać tak twarde sta­no­wi­sko i zmu­szać go do cze­goś. Oj­ciec wpadł na kre­tyń­ski po­mysł, żeby się na­uczyć jeź­dzić konno, i stąd po­mysł uczest­nic­twa w te­go­rocz­nych ob­cho­dach. Z tego czy in­nego po­wodu matka po­sta­no­wiła, że wy­bie­rze się tam ra­zem z nim. Są tu­taj, żeby póź­niej się chwa­lić, że tu byli. Opo­wie­dzą ju­tro swoim klien­tom, że oglą­dali go­ni­twę za li­sem w Klam­pen­borgu. Oby­dwoje mają skłon­ność do upięk­sza­nia rze­czy­wi­sto­ści, w ich ustach to­tal­nie chore rze­czy brzmią, jakby były za­je­bi­ste. Naj­gor­szy pod tym wzglę­dem jest oj­ciec, cho­ciaż matka też, jak się oka­zuje, tro­chę na to cierpi. To me­ga­że­nada, a oni tego nie wi­dzą. Lu­kas nie zdą­żył na­wet zjeść śnia­da­nia, bo sta­rzy uparli się, żeby wyjść z domu przed dzie­siątą. A on po­ło­żył się koło czwar­tej, wcze­śniej był z chło­pa­kami na im­pre­zie w Nor­dhavn. Jest zmę­czony i głodny, a w tym gów­nia­nym le­sie nie ma żad­nych bu­dek ani skle­pów, bez kitu, nie ma tu nic, na­wet to­a­lety. Był tu raz ze szkołą, ale poza tym nie zna Zwie­rzyńca za do­brze. Je­le­nie są wpo­rzo. Pod­nosi głowę i do­strzega duże stado, które prze­biega w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści. Są wśród nich do­ro­słe osob­niki i młode cie­laki, trzy­ma­jące się bli­sko ma­tek. Wy­star­czy, że stado przy­staje, a młode za­czy­nają ssać. Lu­kas za­trzy­muje się na chwilę i chło­nie wzro­kiem całą scenę. To za­je­bi­ste ob­ser­wo­wać zwie­rzęta w ich na­tu­ral­nym oto­cze­niu. Na­prawdę przy­jemny wi­dok. Robi im kilka zdjęć te­le­fo­nem. Przez chwilę roz­waża, czy nie po­słać ich chło­pa­kom na sna­pie, ale oczy­wi­ście tego nie robi. Zdzi­wi­liby się tylko, co on wy­pra­wia, dla­czego szwenda się po Zwie­rzyńcu w nie­dzielę rano, w su­mie on też się temu dziwi.

- Zo­bacz, je­le­nie - zwraca mu uwagę matka. - I mają młode, patrz, o tam!

- Co za re­fleks - mru­czy ci­cho pod no­sem.

- Prawda, że tu pięk­nie, Lu­kas? To nie­sa­mo­wite, że ist­nieje ta­kie miej­sce. Zro­bić ci zdję­cie na tle je­leni?

- Wo­lał­bym umrzeć.

Matka gada jak na­krę­cona, ale on jest zbyt znu­żony, żeby od­po­wia­dać na jej py­ta­nia. Czuje się zmę­czony na zu­peł­nie in­nym po­zio­mie, głę­boko, aż do sa­mych ko­mó­rek. Gdzieś w jego mó­zgu jest miej­sce, które ni­gdy się nie bu­dzi. Prze­czy­tał w "Na­tio­nal Geo­gra­phic" o miej­scach w la­sach desz­czo­wych tak gę­sto za­drze­wio­nych, że pro­mie­nie sło­neczne nie mają szansy do­trzeć do le­śnego po­szy­cia. Do tych ukry­tych, po­ro­śnię­tych mchem za­kąt­ków ni­gdy nie za­gląda świa­tło. Po­dob­nie jest z mó­zgiem Lu­kasa. Ja­kaś jego część śpi przez cały czas. Może to przez hasz, któ­rego wy­pala sporo i który otę­pia zmy­sły, zu­peł­nie jakby się za­my­kały na wszystko do­okoła. Część jego mó­zgu po­grą­żyła się w śpiączce. Po­ro­śnięta mchem, czeka na lep­sze czasy. O tym, co ro­dzice na zmianę - oskar­ży­ciel­sko albo z za­tro­ska­niem - na­zy­wają le­ni­stwem lub obo­jęt­no­ścią, Lu­kas my­śli jako o swoim uśpio­nym za­kątku, se­kret­nym śnie zi­mo­wym, taj­nej kry­jówce. Sta­rzy nie ro­zu­mieją jego zmę­cze­nia, a on jest zbyt zmę­czony, żeby im opo­wie­dzieć o chro­nicz­nie uśpio­nych miej­scach i o ak­sa­mit­nym, ja­sno­zie­lo­nym mchu mó­zgo­wym. Oby­dwoje my­ślą tylko o pracy, nie ro­zu­mieją po­trzeby za­pad­nię­cia w śpiączkę i za­mknię­cia się we wła­snym ko­ko­nie. Pew­nego dnia Lu­kas na pewno się prze­bu­dzi, ale naj­pierw musi upo­rać się z kil­koma rze­czami, przy­go­to­wać się. Czuje, że w tym zmę­cze­niu jest ja­kiś głęb­szy sens, że ma ono ja­kąś przy­czynę. Szko­puł w tym, że to samo zmę­cze­nie nie po­zwala mu wy­ja­śnić, jak to wszystko się łą­czy. Lu­kas nie może wta­jem­ni­czyć ro­dzi­ców w to, o czym nie­ustan­nie my­śli, bo i tak by tego nie zro­zu­mieli. Oni kom­plet­nie nic nie ku­mają.

Ca­ro­line

Je­śli świę­tego Hu­berta uznaje się za pa­trona my­śli­wych w Zwie­rzyńcu, to ona w ro­dzi­nie Kri­stian­se­nów jest pa­tronką na­by­wa­nia ogłady. Wczo­raj przez cały wie­czór sie­działa przy kom­pu­te­rze, czy­ta­jąc o kró­lach, dwo­rza­nach, po­lo­wa­niach par force i in­nych sta­rych tra­dy­cjach. Ktoś mu­siał się tym za­jąć, ina­czej nie mie­liby po­ję­cia, co się wo­kół nich dzieje, bo prze­cież żadne z nich nic nie wie­działo o po­lo­wa­niu na lisa i sko­kach przez prze­szkody. W 1669 roku Fry­de­ryk III ka­zał ogro­dzić część lasu po­ło­żo­nego na pół­noc od Ko­pen­hagi i za­go­nić tu jak naj­wię­cej zwie­rzyny pło­wej. Na­zwał to miej­sce swoim no­wym Zwie­rzyń­cem. Był pierw­szym mo­nar­chą ab­so­lut­nym w Da­nii. Jego syn Chri­stian po doj­ściu do wła­dzy pię­cio­krot­nie po­sze­rzył te­ry­to­rium parku ło­wiec­kiego. Nowy król ka­zał wy­to­czyć pięć dróg, które prze­ci­nały się na­wza­jem, two­rząc fi­gurę gwiazdy w le­śnym kra­jo­bra­zie, i które ist­nieją do tej pory. Ka­aremu nie da­wało spo­koju, czym Ca­ro­line się zaj­muje w so­botni wie­czór.

- Czy­tam o hi­sto­rii tej tra­dy­cji, bo nie są­dzę, że­byś sam zaj­rzał do bi­blio­teki.

- Do­bra, do­bra... Można wy­brać się na ob­chody Hu­ber­tusa, nie prze­czy­taw­szy na ten te­mat gru­bych to­mów. Po pro­stu je­stem bar­dziej spon­ta­niczny od cie­bie, wolę dzia­ła­nie, na­uka przez prak­tykę, jak po­wia­dają w mo­jej branży.

Ca­ro­line i Ka­are róż­nią się od sie­bie, także i na tej płasz­czyź­nie.

Pa­łac Ere­mi­tage sta­nowi świa­dec­two mi­nio­nych cza­sów - wy­staw­nych przy­jęć, roz­rzut­nych mo­nar­chów, usta­na­wia­nia wła­dzy. W daw­nych epo­kach stada psów my­śliw­skich za­ga­niały wy­bra­nego je­le­nia w miej­sce, skąd nie miał ucieczki, po czym król zsia­dał z ko­nia i za­bi­jał zwie­rzę mie­czem. Ob­chody Hu­ber­tusa w pierw­szą nie­dzielę li­sto­pada na­wią­zują do tra­dy­cji kró­lew­skich ło­wów w Zwie­rzyńcu. Obecne po­lo­wa­nie to jedno wiel­kie przed­sta­wie­nie, sztuka dla sztuki, nie­winna za­bawa dla wta­jem­ni­czo­nych. Ża­den je­leń nie otrzyma dziś ciosu w serce kró­lew­skim mie­czem. Ca­ro­line po­sor­to­wała in­for­ma­cje, pró­bu­jąc za­pro­wa­dzić w nich ja­kąś chro­no­lo­gię. Pod­cho­dzi do tego za­da­nia jak do wszyst­kiego in­nego: rze­tel­nie i sys­te­ma­tycz­nie. Wy­dru­ko­wała wszyst­kie swoje no­tatki, leżą te­raz w jej to­rebce. Dziś rano, w dro­dze do Zwie­rzyńca, czy­tała z nich na głos Ka­aremu i Lu­ka­sowi. Z jej ust wy­pły­wały aneg­doty i kon­kretne fakty, wi­dać, że dała się tro­chę po­nieść tej no­wej wie­dzy. Ro­zej­rzała się po sa­mo­cho­dzie, żeby spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście jej słu­chają, ale nie uj­rzała na ich twa­rzach ta­kiego za­pału i uwagi, ja­kich ocze­ki­wała. Wy­glą­dali wręcz, jakby ich to nie ob­cho­dziło.

- We­dług was to nie­cie­kawe? Cóż, je­śli nie ma­cie ochoty słu­chać, wa­sza sprawa. W ta­kim ra­zie po­czy­tam so­bie o tym sama.

- Nie, nie, to bar­dzo cie­kawe... prawda, Lu­kas? - Ka­are otwo­rzył sze­roko oczy i zbyt gor­li­wie przy­tak­nął. Uniósł dłoń znad kie­row­nicy i po­kle­pał Ca­ro­line po udzie, ale zdra­dził go bark drga­jący ner­wowo wo­kół wła­snej osi, jakby chciał się uwol­nić. Ten nie­spo­kojny bark wy­krę­cał się od słu­cha­nia. - Ej, śpisz tam czy jak? Chcemy po­słu­chać o Zwie­rzyńcu, prawda?

Lu­kas na mo­ment ode­rwał wzrok od ko­mórki, uniósł brwi i spoj­rzał na ojca bez wy­razu, z miną "A jak ci się wy­daje?". Wła­śnie prze­jeż­dżali obok po­mnika Knuda Ra­smus­sena i Ca­ro­line na­gle po­my­ślała, że ich nie­dzielna wy­cieczka jest jak jedna z eks­pe­dy­cji Thule. Po­dróż­nik po­larny stoi wy­kuty z gra­nitu przy Stran­dve­jen, ręką osła­nia oczy od słońca i pa­trzy w stronę Sundu, ze wzro­kiem skie­ro­wa­nym ku da­le­kim ho­ry­zon­tom. Każda eks­pe­dy­cja po­trze­buje sil­nego do­wódcy, a ten nie za­wsze może być po­pu­larny. Ca­ro­line wy­pro­sto­wała plecy, zło­żyła kartki i za­pa­trzyła się przed sie­bie.

- Uwa­żam, że warto się do­wie­dzieć cze­goś no­wego.

Po­nie­waż mąż i syn nie od­po­wie­dzieli, po­czuła tylko ich zdzi­wione spoj­rze­nia na swoim pro­filu, a po­nie­waż sama też nie wie­działa, co do­kład­nie przez to ro­zu­mie, stra­ciła pew­ność sie­bie i po­wtó­rzyła:

- Uwa­żam, że warto się do­wie­dzieć cze­goś no­wego.

Cille

Każ­dego ranka prze­cho­dzi bo­le­sny ry­tuał. Musi go od­być, nie ma od niego od­wrotu. Kilka razy głę­boko od­dy­cha i pro­stuje się na krze­śle. Obok leżą przy­go­to­wane kartka i dłu­go­pis. Cille wy­peł­nia klatkę pier­siową po­wie­trzem i ob­naża zęby w czymś w ro­dzaju uśmie­chu, który przy­daje gło­sowi lek­ko­ści i dźwięcz­nego brzmie­nia.

- Dzień do­bry, na­zy­wam się Cille Beck­mann. Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzam. Aha, to prze­pra­szam, w ta­kim ra­zie nie zajmę dużo czasu. Dzwo­nię, żeby za­py­tać, czy nie po­trze­bują pań­stwo u sie­bie w fir­mie uta­len­to­wa­nej gra­ficzki. - Za­wsze za­czyna tak samo, w to­na­cji dur. Ryt­miczne re­cy­to­wa­nie do­daje jej od­wagi. Dzwoni do jed­nej firmy dzien­nie. Roz­mowy z re­guły koń­czą się ko­lejną for­mułką, tym ra­zem w to­na­cji mol. - Aha, nie wie­dzia­łam. Tak, tak, oczy­wi­ście, ro­zu­miem, trudno... Nic się na to po­ra­dzi, w ta­kim ra­zie prze­pra­szam za za­wra­ca­nie głowy, dzię­kuję i do wi­dze­nia.

Uśmiech nie scho­dzi jej z twa­rzy, plecy są wy­pro­sto­wane do mo­mentu, aż od­kłada słu­chawkę. Wtedy po­wo­lutku za­czyna się sy­pać od góry w dół, jak zbom­bar­do­wany bu­dy­nek, wieża ob­ra­ca­jąca się w ru­inę. Jej no­śna kon­struk­cja zo­staje zbu­rzona, pię­tro za pię­trem. Po­wieki, ką­ciki ust, żu­chwa i klatka pier­siowa osu­wają się co­raz ni­żej. Serce, wcze­śniej bi­jące jak sza­lone, za chwilę zwolni. Po­tem Cille sie­dzi nie­ru­chomo, jakby ją spa­ra­li­żo­wało, i wy­gląda przez okno pu­stym wzro­kiem. To, co z niej zo­stało, pro­wa­dzi ze sobą walkę. Czuje pie­cze­nie pod po­wie­kami, mocno za­ci­ska zęby. Więk­szość jej dni za­czyna się od ta­kiego za­wa­le­nia się. Ask na­zywa to oso­bi­stym za­bie­ga­niem o pracę.

- Ko­cha­nie, na tym to wszystko po­lega. Ani się obej­rzysz, a coś do­sta­niesz! Pew­nego dnia do­pi­sze ci szczę­ście i te­le­fon od­bie­rze ta wła­ściwa osoba, w naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­cym mo­men­cie. Szanse wzra­stają wraz z co­raz więk­szą liczbą osób, z któ­rymi się kon­tak­tu­jesz. Każ­dego dnia po­win­naś ob­dzwo­nić od dzie­się­ciu do dwu­dzie­stu firm.

- Za każ­dym ra­zem ja­kaś część mnie umiera. Od­pra­wiają mnie jak na­tręt­nego sprze­dawcę. Albo że­braka. Już nie mogę.

W ciągu trzech mie­sięcy tylko raz udało jej się umó­wić na roz­mowę, ale oka­zało się, że firma - przed­się­bior­stwo bu­dow­lane z S?borga - wcale nie miała dla niej żad­nej pracy. Po pro­stu byli cie­kawi - przy­znała sze­fowa kadr. Krą­żyła im po gło­wie myśl, żeby ze­rwać współ­pracę z do­tych­cza­sową agen­cją re­kla­mową i być może, ewen­tu­al­nie, za­trud­nić ko­goś na eta­cie gra­fika. Kie­dyś w przy­szło­ści. W chwili obec­nej wciąż nie mają żad­nych kon­kret­nych pla­nów. Sze­fowa kadr wy­ja­śniła, że chcieli po­znać ewen­tu­alną kan­dy­datkę, spraw­dzić do­stępne na rynku oferty. Uśmiech­nęła się pro­fe­sjo­nal­nie i do­dała, że Cille może oczy­wi­ście wy­peł­nić for­mu­larz, je­śli chce się zna­leźć w ich ba­zie, tak na wszelki wy­pa­dek. Nie było czasu na za­sta­no­wie­nie się, co na­pi­sać w for­mu­la­rzu, zu­peł­nie jakby ubie­gała się o pracę w budce w we­so­łym mia­steczku. Była to zresztą ja­kaś idio­tyczna firma, Cille wcale nie miała ochoty pra­co­wać w ich dusz­nym biu­rze, zim­nym i bez­oso­bo­wym. Brzyd­kim i nie­cie­ka­wym. Po­dob­nie jak ich spo­sób ko­mu­ni­ko­wa­nia się i strona in­ter­ne­towa. O tak, de­spe­racko po­trze­bo­wali po­mocy gra­fika, tylko nie mieli zmy­słu gra­ficz­nego, żeby sami to do­strze­gli. Co ona robi nie tak i dla­czego utknęła w mar­twym punk­cie?

***

Słońce za bar­dzo ją razi, niebo jest zbyt błę­kitne. Cille tę­skni za je­sie­nią i ciem­no­ścią. Za­ciąga za­słony w sa­lo­nie, dzieci oglą­dają te­le­wi­zję, a ona chcia­łaby na­pić się kawy i po­czy­tać ga­zetę. Ask, który wró­cił wła­śnie z jog­gingu spo­cony i czer­wony na twa­rzy, na po­wrót roz­suwa za­słony.

- Dla­czego tu tak ciemno? - Pod­czas ro­bie­nia pom­pek i ćwi­czeń roz­cią­ga­ją­cych na pod­ło­dze w sa­lo­nie pro­po­nuje zdy­sza­nym gło­sem, żeby wy­brali się ra­zem na wy­cieczkę ro­we­rową. - Na przy­kład do Zwie­rzyńca, na ob­chody Hu­ber­tusa. Ro­we­rem do­je­dzie się tam w ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut. Przy oka­zji To­bias so­bie po­ćwi­czy, chciał­bym, żeby od je­sieni za­czął jeź­dzić ro­we­rem do szkoły.

Cille nie czuje się na si­łach. Nie wy­obraża so­bie mo­zol­nego na­ci­ska­nia na pe­dały, a póź­niej bro­dze­nia w mo­krej tra­wie z mę­żem i dziećmi, jakby wszystko było do­brze. Nie czuje się u sie­bie wśród roz­piesz­czo­nych zwo­len­ni­ków jazdy kon­nej i ro­ze­śmia­nych ro­dzin na nie­dziel­nych wy­ciecz­kach. Wczo­raj do­stała pocztą ko­lejną od­mowę. Przyj­dzie tam wielu lu­dzi, ry­zy­ko­wa­łaby spo­tka­niem ko­goś zna­jo­mego. Na przy­kład ro­dzi­ców, ze szkoły albo z przed­szkola, któ­rzy uści­snę­liby ją na przy­wi­ta­nie i za­czę­liby wy­py­ty­wać o Tarę i To­biasa. Roz­wo­dzi­liby się w nie­skoń­czo­ność o je­sien­nych wa­ka­cjach spę­dzo­nych na Flo­ry­dzie albo w Du­baju, tro­chę przy tym na­rze­ka­jąc na nad­miar pracy. Więk­szość roz­mów do­ty­czy wła­śnie dzieci, urlo­pów, sta­łej pracy, po­sia­da­nych nie­ru­cho­mo­ści. W tym miej­scu na­stą­pi­łoby uprzejme na­wią­za­nie do jej wła­snej sy­tu­acji. Po od­chrząk­nię­ciu za­py­ta­liby, co u niej ostat­nio sły­chać, czy już coś zna­la­zła, aby po chwili szybko do­dać: "Aha, no tak, ale prę­dzej czy póź­niej na pewno coś się po­jawi, pro­szę nie tra­cić na­dziei. Nie po­zo­staje nic in­nego, jak nie prze­sta­wać. Po­wo­dze­nia!". Cille na­prawdę nie ma ochoty na żadną wy­cieczkę, ale że chcia­łaby na parę go­dzin mieć dom tylko dla sie­bie, po­zwala so­bie na drobne kłam­stwo.

- To do­bry po­mysł. Po­win­ni­ście się tam wy­brać. Tro­chę boli mnie głowa. We­zmę ta­bletkę i mam na­dzieję, że mi się po­prawi do wa­szego po­wrotu. Spa­kuję wam torbę z pro­wian­tem i spo­tkamy się koło po­łu­dnia.

Do­kłada sta­rań, żeby jej głos brzmiał w miarę na­tu­ral­nie, ale Ask mruży oczy i przy­gląda się jej z uwagą.

- Głowa cię boli? Dla­czego nic nie po­wie­dzia­łaś? Kiedy to się za­częło?

Lewa po­wieka lekko mu drży, Cille zwró­ciła na to ostat­nio uwagę. Dzieje się tak za­wsze, gdy Ask się nie­cier­pliwi albo iry­tuje. Do ja­snej cho­lery, dla­czego choć raz na ja­kiś czas nie wolno jej się po­do­ło­wać, tak aby nie mu­siała się z tego tłu­ma­czyć? Tak trudno mu zro­zu­mieć, że głowa ją boli wła­śnie od tego tempa i pod­krę­ca­nej przez niego at­mos­fery? Dla­czego musi się tłu­ma­czyć z każ­dej naj­mniej­szej zmiany, jaką czuje w swoim ciele, z każ­dego wah­nię­cia na­stroju, każ­dej za­su­nię­tej za­słony, każ­dej od­mowy, każ­dego gwał­tow­niej­szego pul­so­wa­nia w pła­cie czo­ło­wym? Mał­żeń­stwo po­lega na nad­zo­ro­wa­niu i ubez­wła­sno­wol­nie­niu. Na in­wa­zji. Ask ma tak wiele po­my­słów na to, co po­winna ro­bić. "Mu­sisz być bar­dziej pro­ak­tywna, sama wy­cho­dzić do lu­dzi i pró­bo­wać się sprze­dać, stać się sa­mo­dzielna, zy­skać wła­snych klien­tów, wy­bić się na nie­za­leż­ność. Naj­le­piej, gdy­byś się zde­cy­do­wała na ten krok, otwo­rzyła wła­sną agen­cję re­kla­mową". Gada jak na­krę­cony, w ogóle nie my­śląc o tym, do kogo mówi. Cille stała się cał­ko­wi­cie nie­wi­doczna. Na­wet mąż prze­stał ją do­strze­gać. Nie ro­zu­mie, że ona nie ma naj­mniej­szej ochoty na sie­dze­nie w sa­mot­no­ści i pro­wa­dze­nie jed­no­oso­bo­wej firmy. Chce być czę­ścią wspól­noty, przy­cho­dzić rano do praw­dzi­wego biura, ro­bić to, w czym jest do­bra, prze­by­wać wśród ży­wych.

***

Kiedy ku­pili dom przy Ham­bros Allé 7, Cille wy­da­wało się, że miesz­ka­nie w dziel­nicy wil­lo­wej bę­dzie wy­glą­dało ina­czej. Prze­pro­wa­dzali się tu­taj z wiel­kimi na­dzie­jami. Od­tąd ich ży­cie ro­dzinne miało się kształ­to­wać w od­po­wiedni spo­sób. Cille wy­obra­żała so­bie spo­kój do­mo­wego ogni­ska, sku­pie­nie się na ro­dzi­nie i przy­ro­dzie. Drzewa owo­cowe przed do­mem, huś­tawki, do­mek za­baw dla dzieci. Śnież­no­białe pra­nie po­wie­wa­jące na wie­trze, woń trawy i na­grza­nej słoń­cem ziemi. Oczyma du­szy wi­działa sie­bie, jak za­kłada przy­do­mowy wa­rzyw­nik, po­ma­gają jej w tym dzieci, a mię­dzy no­gami plą­cze się szcze­niak. W week­endy miała piec wła­sny chleb i pić ka­kao z bitą śmie­taną w kuchni z przy­tulną wnęką na stół oraz krze­sła i ze świe­cami na pa­ra­pe­cie. Za­mie­rzała na­prawdę się po­sta­rać. Wy­obra­żała so­bie sze­roko otwarte okna i furtki ogro­dowe, świa­tło i świeże po­wie­trze w prze­stron­nych po­ko­jach. Przy­ja­zne twa­rze, wszech­obecną ci­szę, a przez całe lato woń roz­pa­lo­nego grilla w po­rze ko­la­cji. Ro­dzinę i przy­ja­ciół wpa­da­ją­cych z nie­za­po­wie­dzianą wi­zytą. Są­siedz­kie im­prezy, maszty z ło­po­czą­cymi fla­gami, mil­czącą ak­cep­ta­cję, znane wszyst­kim ru­tyny, miłe po­ga­wędki z są­sia­dami. Ich dom miał być miej­scem, do któ­rego in­stynk­tow­nie cią­gną wszyst­kie dzieci z dziel­nicy. Wła­śnie ta­kie było jej dzie­ciń­stwo - bez­pieczne, bez za­kłó­ceń, o nie­skom­pli­ko­wa­nej to­po­gra­fii, bez od­czu­wal­nego nad­zoru. Osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych na pro­win­cji rzą­dziło się wła­snymi pro­stymi za­sa­dami. Trzeba było zdą­żyć ze zro­bie­niem za­ku­pów przed za­mknię­ciem skle­pów, wnieść pra­nie do domu, kiedy za­czy­nało pa­dać, a o wpół do szó­stej po­sta­wić na stole pół­mi­sek z fry­ka­del­kami. Reszta to­czyła się sama swoim po­wol­nym ryt­mem. Stałe pory po­sił­ków i kot wy­le­gu­jący się w słońcu na ta­ra­sie. Znów tak miało być. O tym my­ślała Cille, kiedy ku­po­wali dom, i wła­śnie temu ma­rze­niu po­wie­działa wtedy tak.

Ca­ro­line

Ca­ro­line wło­żyła fu­tro z no­rek. Na co dzień go nie nosi, stara się je oszczę­dzać. Od­wa­żyła się po­nadto na miękki ja­sno­brą­zowy ka­pe­lusz z ciem­no­brą­zową ta­siemką, w którą wszyto za­wa­diac­kie ba­żan­cie piórko. Rano długo prze­glą­dała się w lu­strze w holu, za­sta­na­wia­jąc się, czy pióro to aby nie prze­sada. Wy­da­wało się ele­ganc­kie, kiedy kilka dni temu mie­rzyła ka­pe­lusz w skle­pie przy Store Kon­gens­gade, a słowa eks­pe­dientki, która stwier­dziła, że na ob­chody Hu­ber­tusa nie cho­dzi się z gołą głową, brzmiały sen­sow­nie. Ale Ca­ro­line ni­gdy w ży­ciu nie sie­działa na ko­niu, ni­gdy nie trzy­mała broni my­śliw­skiej, a więc tym bar­dziej ni­gdy nie za­strze­liła żad­nego ba­żanta, któ­rego pió­rami mo­głaby się przy­ozdo­bić. Na­gle to do niej do­tarło. Ka­pe­lusz był atry­bu­tem tylko dla wta­jem­ni­czo­nych, który jej nie przy­słu­gi­wał. Miała go wła­śnie odło­żyć na półkę, gdy z góry zbiegł do niej Ka­are.

- Wow, eks­tra wy­glą­dasz! A niech mnie, ele­gancki ka­pe­lusz! Kró­lew­ski do kwa­dratu. Ko­cha­nie, po pro­stu strzał w dzie­siątkę. Te­raz trzeba za­wieźć kró­lową na po­lo­wa­nie. Lu­kas, je­steś tam? Wy­cho­dzimy!

Jego głos roz­niósł się po domu jak dźwięk rogu my­śliw­skiego. Ca­ro­line dała się zba­ła­mu­cić. Wsie­dli do sa­mo­chodu w pod­nio­słej at­mos­fe­rze. Zda­niem sie­dzą­cego z tyłu Lu­kasa Ca­ro­line wy­glą­dała jak ktoś wy­bie­ra­jący się na au­dien­cję. Można po­wie­dzieć, że czy­tał w jej my­ślach, bo prze­cież na­stępca tronu Fre­de­rik i jego żona Mary też tam dzi­siaj będą. Przyjdą jako wi­dzo­wie ra­zem ze swo­imi dziećmi i Ca­ro­line z pew­no­ścią nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, żeby oso­bi­ście przy­wi­tać się z księż­niczką, gdyby nada­rzyła się ku temu oka­zja. Pro­stuje plecy i sta­wia kroki z jesz­cze więk­szą ener­gią. Po­doba jej się spa­ce­ro­wa­nie w tym miej­scu, samo by­cie tu­taj. Za chwilę dojdą do Ere­mi­tage, gdzie wszystko się roz­pocz­nie. To nie­sa­mo­wite, że miesz­kają tak bli­sko re­zer­watu przy­rody, w któ­rym wznosi się piękny ba­ro­kowy pa­łac, a do­okoła bie­gają ty­siące je­leni jak na zu­peł­nym od­lu­dziu. "Nie do­strze­gamy przy­rody w swoim ży­ciu" - do­cho­dzi do wnio­sku Ca­ro­line. Tego dnia w jej gło­wie po­ja­wiają się zu­peł­nie nowe my­śli. Ła­two zro­zu­mieć, dla­czego lu­dzie piel­grzy­mują tu­taj z ca­łego kraju. To zresztą ka­ry­godne, że ona sama wy­brała się do Zwie­rzyńca do­piero dziś, po raz pierw­szy od ze­szłego lata, gdy Su­san wy­pra­wiała swoje uro­dziny w re­stau­ra­cji Piil & Co. Cie­kawe, czy Lu­kas był tu wcze­śniej, Ca­ro­line nie ma o tym po­ję­cia. Za­trzy­muje się i czeka na niego.

- Za­raz doj­dziemy na miej­sce. Dasz radę?

- Ale bez­na­dzieja, nie zdą­ży­łem zjeść śnia­da­nia.

- Po obej­rze­niu go­ni­twy po­je­dziemy gdzieś na lunch. By­li­ście tu wcze­śniej ze szkołą?

- Mnó­stwo razy i dla­tego nie mam ochoty tu­taj ła­zić. Nie ku­mam, po co zmu­sza­cie mnie do tej wy­cieczki, skoro znam to miej­sce dużo le­piej niż wy.

- Cza­sami przy­jem­nie jest po­ro­bić coś ra­zem, prawda?

- I tak każde z nas idzie osobno.

- Każde cho­dzi swoim tem­pem, to nor­malne, gdy wy­bie­rasz się gdzieś więk­szą grupą. Lu­kas, spró­buj tro­chę zmie­nić na­sta­wie­nie. Ro­zej­rzyj się, zo­bacz, jak tu pięk­nie, po­goda też nam do­pi­sała.

- Wszystko mi jedno.

Line

Line stoi w ła­zience i eks­pe­ry­men­tuje z wło­sami. Trzyma w gó­rze lu­sterko do ma­ki­jażu, żeby wi­dzieć, jak różne fry­zury pre­zen­tują się z boku i z tyłu. Włosy upięte to ele­gancka kla­syka, pod­kre­śla­jąca kształt jej twa­rzy, opa­da­jące luźno na ra­miona są bar­dziej no­wo­cze­sne, na­dają jej wy­lu­zo­wany wy­gląd. Trudna sprawa, nie może się zde­cy­do­wać. Ćwi­czy mały re­per­tuar uśmie­chów i po­waż­niej­szych, bar­dziej za­my­ślo­nych min. Upięte czy luźne, uło­żone czy w nie­ła­dzie, uśmiech czy po­waga? Line nie wie, co wy­brać. Od pew­nego czasu pi­sze z męż­czy­zną o imie­niu Pe­ter, o pięt­na­stej mają się spo­tkać w ha­lach tar­go­wych przy N?r­re­por­cie. Roz­pusz­czone włosy chyba le­piej pa­sują do spo­tka­nia przy ka­wie w nie­dzielne po­po­łu­dnie, w końcu to żadna spe­cjalna oka­zja, mają się tylko po­znać, zo­ba­czyć na żywo, szybko oce­nić, czy jest mię­dzy nimi che­mia i czy warto kon­ty­nu­ować zna­jo­mość. Wy­daje się miły. Nie­prze­ciętny. Line wy­czuwa to w otrzy­my­wa­nych od niego wia­do­mo­ściach i w jego ca­ło­ścio­wym po­dej­ściu. Jest le­ka­rzem i dy­rek­to­rem mię­dzy­na­ro­do­wego fun­du­szu na rzecz walki z ra­kiem, tro­chę star­szym od niej. Zgu­glo­wała go. Do­ra­dza rzą­dowi i kie­row­nic­twu Szpi­tala Kró­lew­skiego w za­kre­sie ba­dań nad ra­kiem, czę­sto wy­stę­puje w me­diach i bywa w Chri­stians­borgu. Le­piej jed­nak pójść z upię­tymi wło­sami. Line spę­dziła sa­motne cztery lata. Nie wy­obraża so­bie prze­ży­cia ko­lej­nej zimy bez męż­czy­zny u swego boku. Pra­gnie przy­tu­lać się pod koł­drą do cie­płego ciała, jeść ra­zem ko­la­cje, cho­dzić do kina, w zwy­kły dzień po­wsze­dni wy­pić z kimś bu­telkę wina, mieć o kim my­śleć. Pra­gnie męż­czy­zny, który przy­tuli ją do sie­bie i po­wie, że bę­dzie z nią na do­bre i na złe. Może ma zbyt wy­gó­ro­wane ocze­ki­wa­nia, ale prze­cież o to cho­dzi w ży­ciu. Roz­waża w my­ślach moż­liwe te­maty roz­mów z tym Pe­te­rem, pró­buje się ubrać sto­sow­nie do oka­zji. Wy­cho­dzi z domu o ta­kiej po­rze, żeby przyjść pięć mi­nut po cza­sie. Czy po­winna po­dać mu rękę, czy ra­czej uści­skać go lekko na przy­wi­ta­nie? To ża­ło­sne, że ko­bieta w jej wieku wdzię­czy się go­dzi­nami przed lu­strem i po­święca tak wiele czasu na do­pra­co­wy­wa­nie swo­ich pro­fili rand­ko­wych. Czy znaj­dzie się ja­kiś mą­dry męż­czy­zna, miły albo po pro­stu taki, na któ­rego bę­dzie mo­gła li­czyć? Zna­jome ciało, ła­godny głos, cie­pła dłoń, praw­dziwy przy­ja­ciel. Czy znaj­dzie się męż­czy­zna dla Line? Ona też ma prawo być ko­chaną. Dla­czego tak ciężko ko­goś po­znać? A je­śli to wszystko nie ma sensu? Je­śli do końca ży­cia zo­sta­nie sama?

***

W Tin­de­rze nie cho­dzi o szu­ka­nie wiel­kiej mi­ło­ści. Raz na ja­kiś czas Line ma dość od­wagi, by tam zaj­rzeć, ale nie wy­star­czają jej seks i flirt. Naj­le­piej się czuje na stro­nach Eli­te­da­ters i Be­au­ti­ful Pe­ople, które wy­soko usta­wiają po­przeczkę. Trzeba mieć wyż­sze wy­kształ­ce­nie albo być w trak­cie stu­diów. Opis wła­snej osoby musi być spo­rzą­dzony z po­lo­tem, tre­ściwy, ory­gi­nalny. Por­tale rand­kowe od­ra­dzają uży­wa­nie sche­ma­tycz­nych zwro­tów i za­chę­cają użyt­kow­ni­ków - no­ta­bene wła­śnie ta­kim zwro­tem - do nie­po­ha­mo­wa­nej kre­atyw­no­ści. Twoje zdję­cie pro­fi­lowe musi speł­niać wy­mogi es­te­tyczne, spo­sób przed­sta­wie­nia po­wi­nien być szczery, a w za­miesz­cza­nych ko­mu­ni­ka­tach naj­le­piej uni­kać prze­sady i nie po­pi­sy­wać się do­mo­ro­słą fi­lo­zo­fią. Line spę­dza dłu­gie go­dziny na tym, żeby za­sto­so­wać się do tych wska­zó­wek, za­sta­na­wia się nad każ­dym sło­wem, każ­dym prze­cin­kiem, za­ma­wia pro­fe­sjo­nalne zdję­cia u fo­to­grafa, bo nie chce na swoim pro­filu żad­nych ama­tor­skich sel­fie. Zmie­nia usta­wie­nia, żeby spraw­dzić, co robi kon­ku­ren­cja, czyli wszyst­kie inne ko­biety spra­gnione mi­ło­ści. Pi­sze, że ma wiele do za­ofe­ro­wa­nia, ale póź­niej to usuwa. Pi­sze, że szuka part­nera na po­zio­mie, który wy­do­bę­dzie z niej to, co naj­lep­sze, i oka­zuje się, że reszta szuka do­kład­nie tego sa­mego. Wpada na po­mysł, żeby wpi­sać do swo­jego tek­stu pro­fi­lo­wego kilka nazw re­gio­nów sły­ną­cych z pro­duk­cji wina, ale od­krywa, że inne pa­nie też na to wpa­dły. Ba­rolo i Bo­ur­go­gne wy­glą­dają na ulu­bione ha­sła wzbo­ga­ca­jące oso­bo­wość ni­czym ety­kietki do­brego smaku. Line pró­buje wy­my­ślić ja­kieś ory­gi­nalne słowa opi­su­jące to, kim jest, ale wszyst­kie są już w uży­ciu. Inne ko­biety też po­dają się za zmy­słowe, kre­atywne, tro­skliwe, au­ten­tyczne, re­flek­syjne. Na tej ma­pie nie ma żad­nych bia­łych plam, wszyst­kie zie­mie zo­stały już dawno za­jęte. Na tar­go­wi­sku mi­ło­ści trudno na­wi­go­wać bez uży­cia fra­ze­sów. W jaki spo­sób się sprze­dać? Po­dać się za młod­szą? Ja­kie sy­gnały wy­sy­łają pie­czo­ło­wi­tość, z którą Line two­rzy swój pro­fil, jej atrak­cyjne zdję­cia prze­ro­bione w Pho­to­sho­pie, czas po­świę­cony na ten mi­ło­sny pro­jekt? Czy do­wo­dzą chęci spra­wo­wa­nia kon­troli, próż­no­ści, pe­dan­tycz­no­ści? Czy zo­sta­nie uznana za starą i zgorzk­niałą, je­śli na­pi­sze, że jest wdową? A może wła­śnie tym się wy­różni z grona roz­wó­dek? Męż­czyźni i ko­biety w każ­dym wieku wy­sta­wiają się na sprze­daż w in­ter­ne­cie ni­czym kieł­basy na targu mię­snym. Jak sto­jąc przy la­dzie, wy­pa­trzyć dla sie­bie naj­lep­szy ką­sek, skoro każdy ku­charz wie, że praw­dziwą ja­kość pro­duktu można spraw­dzić do­piero po prze­kro­je­niu? Nie do­wiesz się, czy po­lę­dwica jest kru­cha, do­póki nie wło­żysz jej do ust. Przy­glą­da­jąc się tym wszyst­kim ofer­tom, Line do­cho­dzi do wnio­sku, że jest to­wa­rem i klientką w jed­nej oso­bie. Czy nie wy­gląda na zbyt wy­su­szoną? Jak przed­sta­wić sie­bie w ory­gi­nalny spo­sób, kiedy je­steś wśród ty­sięcy głod­nych ko­biet po­lu­ją­cych na po­dob­nie wy­posz­czo­nego męż­czy­znę? Może wyj­dzie na zde­spe­ro­waną, ale po­sta­na­wia na­pi­sać prawdę: "Je­stem ko­bietą, która tę­skni za mi­ło­ścią". Jest to naj­szczer­sze wy­zna­nie, na ja­kie zdo­była się od dawna. Nie po­zo­stało jej nic in­nego. Być może wy­różni się tym, że na­pi­sała coś, o czym wszy­scy my­ślą, ale nikt nie mówi na głos.

***

Po­ru­sza­nie się po tym rand­ko­wym świe­cie po­trafi być trudne, a re­guły nim rzą­dzące zbyt bru­talne. Nie­któ­rzy męż­czyźni za­rzu­cają ha­czyk z cał­ko­wi­cie nie­wła­ściwą przy­nętą, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­jąc, czego pra­gną ko­biety. Line do­sta­wała już zdję­cia mę­skich or­ga­nów płcio­wych we wzwo­dzie i w spo­czynku - pro­wo­ku­ją­cych, za­do­wo­lo­nych z sie­bie czę­ści ciała albo smut­nych ma­łych śli­macz­ków bez muszli. Line nie ma dość wy­obraźni, by dojść do tego, czy te zdję­cia zo­stały wy­słane, żeby ją zszo­ko­wać czy za­nę­cić. Pro­szono ją też o zdję­cia piersi albo o akty, jesz­cze za­nim po­znała pi­szą­cego do niej czło­wieka. Od razu blo­kuje ta­kie pro­file. Oprócz tego py­tają ją o jej roz­miar mi­seczki, czy lubi sa­do­ma­so­chizm, trój­kąty i czwo­ro­kąty albo czy po­trafi tań­czyć na ru­rze. Blo­kada, blo­kada, blo­kada. Nie jest za­in­te­re­so­wana ta­kimi rand­kami. Czyżby wy­lą­do­wała na wy­sy­pi­sku śmieci, wśród in­nych po­mi­ło­snych od­pa­dów, albo na par­kie­cie, gdzie ci, któ­rych nikt inny już nie chce, mogą tań­czyć cia­sno przy­tu­leni, szep­cząc swoje ma­rze­nia do ob­cych uszu? Line nie ma ochoty, żeby ktoś za­da­wał jej ból, okła­dał ją pej­czem, nie za­mie­rza też wcho­dzić w geo­me­tryczne układy z oso­bami, któ­rych nie zna. Tę­skni za praw­dzi­wym czło­wie­kiem, czyli czymś sto­sun­kowo zwy­czaj­nym, ale sta­ro­świecka me­toda po­le­ga­jąca na wie­rze w mi­łość i cze­ka­niu na cud już się nie spraw­dza. Line ma­rzy o praw­dzi­wym spo­tka­niu. Naj­le­piej, gdyby za­dzwo­nił do niej ja­kiś dawny zna­jomy, który do­wie­dział się, że jest sama, albo gdyby po­znała ko­goś w ko­lejce do kasy w su­per­mar­ke­cie, ale nic ta­kiego się nie zda­rza. Line jest ko­bietą, która tę­skni. Ma dość po­stawy wy­cze­ki­wa­nia i na­dziei - w skle­pie, w ba­rze, przy te­le­fo­nie. To się nie zda­rza, po pro­stu nie i tyle.

***

Pierw­sza randka to czę­sto zwy­kłe spo­tka­nie przy ka­wie albo na drinka. Je­śli mię­dzy rand­ku­ją­cymi jest che­mia, za­py­ta­nie o na­stępny raz wy­daje się czymś na­tu­ral­nym. W przy­padku nie­tra­fio­nego wy­boru można po­wie­dzieć po dwu­dzie­stu mi­nu­tach: "Dzię­kuję za spo­tka­nie, miło było cię po­znać", i przy po­że­gna­niu obie strony wie­dzą, na czym stoją. W za­sa­dzie już w ciągu pierw­szych dwu­dzie­stu se­kund wia­domo, czy randka była warta za­chodu. Jak dwa psy, które spo­ty­kają się na spa­ce­rze i za­czy­nają ob­wą­chi­wać. Zwie­rzęta wie­dzą na­tych­miast, czy ta druga strona jest wy­star­cza­jąco in­te­re­su­jąca, żeby się z nią ba­wić albo ko­pu­lo­wać, czy też po­winny wy­wę­szyć so­bie inny typ, inną rasę, inny za­pach. Pod­czas tych pierw­szych spo­tkań roz­po­znaw­czych Line czuje się jak stary sa­mo­chód od­dany na prze­gląd. W ze­szłym roku nie zdała kilku ta­kich prób ze swo­imi rów­no­lat­kami i po tych nie­po­wo­dze­niach zro­biła so­bie długą prze­rwę. Za każ­dym ra­zem do­ko­ny­wała wi­wi­sek­cji przed lu­strem: co tym ra­zem spo­wo­do­wało, że ten stary dziad mnie od­rzu­cił? Przed­nie świa­tła, które nie za­bły­sły tak ja­sno, jak po­winny? Małe wgnie­ce­nie z przodu? Nie­wiel­kie za­dra­pa­nie? Nie­do­sta­teczne przy­spie­sze­nie? Zu­peł­nie jakby cho­dziła z pustką wy­pi­saną na czole. Tę­sk­nota po­mniej­sza jej war­tość. Gdy po­znają się ze sobą mło­dzi lu­dzie, każde z nich jest na­dzieją, nie­za­pi­saną kartą, wciąż nie­za­mknię­tym ra­chun­kiem. Gdy po­znają się doj­rzałe osoby, każda z nich sta­nowi ca­łość. Saldo na plu­sie albo na mi­nu­sie. "Masz od­wagę we mnie za­in­we­sto­wać?" Line po­siada ak­tywa w po­staci dwóch be­st­sel­le­ro­wych ksią­żek, w miarę zdro­wego i za­dba­nego ciała oraz dość spo­rej wie­dzy na te­mat lu­dzi. Z dru­giej strony pod­cho­dzi do ży­cia z pewną dozą scep­ty­cy­zmu i zgorzk­nie­nia. Stra­ciła męża, któ­rego - jak się jej wy­da­wało - znała na wy­lot, i bez­pieczną przy­stań w gro­nie ro­dziny. Głę­boko w sercu wciąż jest tą Line, na którą męż­czyźni za­wsze mieli oko, o którą za­bie­gało wielu i która spo­śród nich wy­brała Kri­stiana, bo zro­bił na niej wra­że­nie szcze­rego i peł­nego za­pału. Szczery i pe­łen za­pału Kri­stian Hvidt był spad­ko­biercą wiel­kiego ma­jątku, oj­cem jej dzieci i grubą rybą w świe­cie duń­skiego biz­nesu. Kry­zys go­spo­dar­czy spo­wo­do­wał, że mąż po­pa­dał w co­raz więk­sze długi, aż na ko­niec dał do­brą oka­zję do plo­tek w ca­łej pół­noc­nej Ze­lan­dii, gdy wcze­snym ran­kiem po­je­chał do lasu ze swoim sztu­ce­rem my­śliw­skim i za­koń­czył wszystko strza­łem w usta. Zo­sta­wił ją z troj­giem nie­szczę­śli­wych dzieci, dzien­ni­ka­rzami i fo­to­gra­fami wy­cze­ku­ją­cymi przy jej drzwiach wej­ścio­wych, li­stami po­le­co­nymi, wie­rzy­cie­lami, spła­ca­niem dłu­gów i dwoma do­mami, które trzeba było bły­ska­wicz­nie sprze­dać. Line daje so­bie radę, ale je­dyny ma­ją­tek, jaki jej po­zo­stał, to na­gro­ma­dzone po­kłady mi­ło­ści i tro­ski, któ­rych nikt nie chce.

Ca­ro­line

Rzadko się jej zda­rza po­sta­wić stopę na le­śnej ściółce, ale nikt nie może jej za­rzu­cić, że przy­szła nie­przy­go­to­wana. Po­lo­wa­nie par force było roz­rywką wiel­mo­żów, w któ­rej uczest­ni­czyły setki my­śli­wych w barw­nych mun­du­rach i psy goń­cze, a do da­wa­nia sy­gna­łów uży­wano ro­gów. Cza­sami do­cho­dziło też do nie­szczęść. W 1698 roku gar­baty król Chri­stian V miał za­bić wy­tro­pioną zwie­rzynę, lecz nie udało mu się za­dać śmier­tel­nego ciosu. Ago­nia je­le­nia się prze­cią­gała, zwie­rzę kop­nęło i ra­niło króla, który po do­zna­nych ura­zach ni­gdy nie wró­cił do zdro­wia i umarł pół roku póź­niej. Drzewo, pod któ­rym król i je­leń na­wza­jem ode­brali so­bie ży­cie, wciąż ro­śnie w Zwie­rzyńcu. Obec­nie na­zywa się je "dę­bem Chri­stiana V". Ca­ro­line chcia­łaby je po­ka­zać Lu­ka­sowi, ma tylko na­dzieję, że je znaj­dzie po­śród tych wszyst­kich tłu­mów. Ma wra­że­nie, że nogi same ją niosą, mo­głaby tak iść na ko­niec świata. Może za­cznie wy­cho­dzić z Kin­giem tylko po to, żeby mieć pre­tekst do prze­by­wa­nia tu­taj? Ob­raca się za sie­bie i szuka wzro­kiem Ka­arego. O nie, Ca­ro­line może i po­winna zmie­nić na­wyki, je­śli cho­dzi o spę­dza­nie czasu na dwo­rze, ale nie bę­dzie do nich na­le­żało wy­pro­wa­dza­nie tej be­stii na spa­cer. King wsko­czył wła­śnie na ja­kie­goś mniej­szego psa, ru­dego, zdaje się, że to pu­del. Czwo­ro­nogi wy­glą­dają, jakby się zga­dzały co do tego, co za chwilę na­stąpi. Ruda suczka stoi spo­koj­nie i czeka na wiel­kiego samca, który oka­zał jej za­in­te­re­so­wa­nie. Ca­ro­line wi­dzi jej kę­dzie­rzawą głowę pod zwa­li­stym ciel­skiem Kinga, który z wi­docz­nym tru­dem przy­ci­ska się do niej od tyłu, aby z nią spół­ko­wać. Ka­are i wła­ści­ciel pu­dliczki kłócą się, usta­wieni każde po swo­jej stro­nie tej nie­do­bra­nej pary. Ca­ro­line wi­dzi, jak mąż cią­gnie ner­wowo za smycz, pró­bu­jąc ze­pchnąć Kinga z grzbietu suczki. Na­gle jej wła­ści­ciel wyj­muje z ple­caka bu­telkę wody i wy­lewa za­war­tość Kin­gowi na głowę. Ca­ro­line do­cho­dzi wrzask Ka­arego: "No kurwa, co pan so­bie wy­obraża?!", i wi­dzi, jak King prze­rywa mi­ło­sny akt. Pies otrząsa się z wody i chowa za Ka­arem. Ca­ro­line spusz­cza wzrok i szybko się stam­tąd od­dala, za­uważa, że Lu­kas robi to samo. Dla­czego Ka­are nie za­pa­nuje nad tym mon­strum? To nie­od­po­wie­dzialne, że po­zwala mu rzą­dzić. W tym związku to King roz­daje karty, bez dwóch zdań. Rano, gdy je­chali sa­mo­cho­dem, Ka­are sam po­wie­dział, że ist­nieją okre­ślone za­sady. Otóż to: ist­nieją za­sady, Ka­are Kri­stian­se­nie! Opo­wie­dziana przez niego hi­sto­ria do­ty­czyła spo­tka­nego dwa lata temu męż­czy­zny, któ­remu pies uciekł w oko­lice je­ziora Fu­gl­sangs­s?en.

- Za­strze­lił go le­śni­czy. Zwie­rzy­niec jest re­zer­wa­tem, wolno bie­ga­jące psy sta­no­wią za­gro­że­nie dla je­leni. Ist­nieją okre­ślone za­sady! W tym miej­scu le­śni­czy jest pa­nem ży­cia i śmierci.

Lu­kas i Ca­ro­line mu­szą żyć z tą be­stią pod jed­nym da­chem, bo Ka­are któ­re­goś dnia po pro­stu przy­szedł do domu z do­ro­słym psem my­śliw­skim, nie za­py­taw­szy ni­kogo o zda­nie. Tuż po prze­pro­wadzce na Ham­bros Allé Ka­are no­sił się z wiel­kimi pla­nami do­ty­czą­cymi po­lo­wań. Wy­ro­bił so­bie na­wet kartę ło­wiecką, bo chciał wejść w kręgi wła­ści­cieli ziem­skich i za­po­znać się z elitą. King był czę­ścią tego planu. Tyle że nic z tego nie wy­szło. Ka­arego nie za­sy­pała la­wina za­pro­szeń na po­lo­wa­nia i przy­ję­cia ło­wiec­kie, więc szybko stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie. Ale bez względu na to, jak bar­dzo by się nie sta­rał uczy­nić psa ich wspól­nym pro­jek­tem, wspólną ra­do­ścią, te­ma­tem wspól­nych roz­mów, jego na­dzieja i wy­siłki są da­remne. King na­leży wy­łącz­nie do Ka­arego i nikt poza nim by za tym mon­strum nie tę­sk­nił, gdyby pew­nego dnia ucie­kło i spo­tkało na swo­jej dro­dze le­śni­czego.

Ask

Jadą już od pół go­dziny, ale przed nimi jesz­cze ka­wał drogi. Tara już dwa razy prze­wró­ciła się na swoim ma­łym ró­żo­wym ro­werku. By­łoby o wiele ła­twiej, gdyby Cille po­je­chała z nimi, dla­czego sam musi wszystko ogar­niać? Kiedy do­jeż­dżają do Sko­vsho­ved Havn, Tara jest tak sfru­stro­wana, że mu­szą zro­bić po­stój przy sta­cji ben­zy­no­wej za­pro­jek­to­wa­nej przez Ar­nego Ja­cob­sena. Na jej wi­dok Ask od­zy­skuje do­bry na­stój. Śnież­no­biała fa­sada lśni w bla­sku je­sien­nego słońca na tle po­ły­sku­ją­cych wód Sundu. Lo­ka­li­za­cja wręcz ide­alna dla ho­telu, pa­ła­cyku, luk­su­so­wej willi, ale za­miast tego słynny ar­chi­tekt sta­wia na tym grun­cie sta­cję ben­zy­nową. Kiedy Ja­cob­sen po­sta­na­wia stwo­rzyć naj­pięk­niej­szą na świe­cie sta­cję ben­zy­nową, oczy­wi­ście mu się to udaje. Askowi po­doba się pro­stota tego pro­jektu i pie­czo­ło­wi­tość, z jaką go wy­ko­nano. Ten bu­dy­nek pod­su­mo­wuje wszyst­kie po­wody, dla któ­rych jego zda­niem warto miesz­kać w Gen­to­fte, przy­na­le­żeć do tego świata. Sta­cja obec­nie stoi nie­wy­ko­rzy­stana, ale bu­dy­nek zo­stał wpi­sany na li­stę za­byt­ków. Nada­wałby się ide­al­nie na re­stau­ra­cję albo sie­dzibę biura ar­chi­tek­to­nicz­nego. Jest tu wszystko, co trzeba: las, plaża, iko­niczne ramy, są­sie­dzi o od­po­wied­niej sile na­byw­czej, znany ar­chi­tekt, do­bre na­zwi­sko. Za­pewne to tylko kwe­stia czasu, kiedy ja­kiś sprytny przed­się­biorca na­mówi gminę na otwar­cie tam cze­goś no­wego.

Kiedy mają ru­szyć w dal­szą drogę, Tara nie chce o tym sły­szeć.

- Ko­cha­nie, pro­szę cię. Nie chcesz zo­ba­czyć tych wszyst­kich koni?

- Nie po­jadę da­lej. Nie daję rady.

Ask nie ma po­ję­cia, jak po­stą­pić w ta­kiej sy­tu­acji. Chciałby się za­cho­wać jak do­bry oj­ciec, ale prze­cież wy­bie­rają się do Zwie­rzyńca, taki był ich plan. Po­zwo­lić te­raz Ta­rze go zmie­nić? Z dru­giej strony nie zmusi jej do dal­szej jazdy. Po­wi­nien prze­for­so­wać swój po­mysł czy zre­zy­gno­wać z wy­cieczki? Co zro­bi­łaby Cille?

- Co po­wiesz, To­bias? Chcesz zo­ba­czyć ob­chody Hu­ber­tusa, prawda?

To­bias wzru­sza ra­mio­nami.

- Wy zde­cy­duj­cie.

Dy­plo­ma­tyczny star­szy brat chce się do­pa­so­wać i po­zwala oto­cze­niu wy­zna­czyć dal­szy kurs. Nie za­szko­dzi­łoby, gdyby chło­pak miał wię­cej ikry i był bar­dziej zde­cy­do­wany, a tak Ask sam musi pod­jąć de­cy­zję. Ma ochotę za­dzwo­nić do Cille i po­ra­dzić się w tej kwe­stii, ale by­łoby to przy­zna­niem się do błędu. Nie da jej tej sa­tys­fak­cji. Musi sa­mo­dziel­nie de­cy­do­wać, to także jego dzieci. Gdyby Cille za­brała się z nimi, nie mu­siałby stać tu te­raz w po­ło­wie drogi, nie wie­dząc, co zro­bić z dziec­kiem od­ma­wia­ją­cym dal­szej jazdy. Ten ból głowy, któ­rego żona na­gle do­stała, wy­dał mu się po­dej­rzany. Bez­ro­bo­cie spra­wiło, że za­mknęła się w so­bie. Nie po­dej­muje żad­nej walki, tylko z miej­sca się pod­daje. Za­miast kon­struk­tyw­nie wy­ko­rzy­sty­wać czas wolny, po­pada w co­raz więk­szy ma­razm, który trudno mu za­ak­cep­to­wać. Po­winna na wła­sną rękę pró­bo­wać cze­goś po­szu­kać, od­po­wied­nio się za­pre­zen­to­wać, na pewno zro­bi­łaby fu­rorę, ale mu­sia­łaby naj­pierw wziąć się w garść. Mo­głaby też otwo­rzyć wła­sną firmę, za­cząć od uma­wia­nia się z po­ten­cjal­nymi klien­tami. A je­śli nie, to cho­ciaż za­ję­łaby się czymś sen­sow­nym - na­uczy­łaby się cze­goś no­wego, spo­tkała z daw­nymi ko­le­gami i ko­le­żan­kami z pracy, za­dbała o to, żeby to ona przy­cho­dziła na myśl jako pierw­sza oso­bom, które mo­głyby po­móc coś zna­leźć. Grunt to nie wy­pa­dać z obiegu. Nie­długo mi­nie pięć lat, od­kąd Cille zwol­niono z agen­cji re­kla­mo­wej. W tym cza­sie do­stała dwa za­stęp­stwa za ko­goś, kto po­szedł na urlop ma­cie­rzyń­ski, pra­co­wała w ra­mach umowy o dzieło, wy­ko­ny­wała mniej­sze zle­ce­nia dla ro­dziny i przy­ja­ciół, ale nic poza tym. Ra­dzą so­bie, jak mogą, ale za­równo Cille, jak i ich fi­nan­som wy­szłoby na do­bre, gdyby znów miała stały do­chód. Askowi ciężko to przy­znać, ale żona, od­kąd nie pra­cuje, nie jest w naj­lep­szej for­mie - i oboje o tym wie­dzą. Wy­na­jęli su­te­renę ku­zy­nowi Cille, Ra­smu­sowi. Ten z ko­lei na­brał wia­tru w ża­gle. Jako fa­cho­wiec od wszyst­kiego otwo­rzył jed­no­oso­bową dzia­łal­ność i zna­lazł so­bie miłą dziew­czynę. Idzie mu jak po ma­śle - zna się na swoim fa­chu, za­wsze do­trzy­muje słowa, przy­cho­dzi punk­tu­al­nie. Pół­nocna Ze­lan­dia go za to po­ko­chała. Wy­naj­muje u nich su­te­renę za po­łowę nor­mal­nego czyn­szu, a w za­mian po­maga w kon­ser­wa­cji domu. Więk­szość prac mają już za sobą, zda­niem Aska nad­szedł czas pod­wyż­szyć Ra­smu­sowi czynsz. Ku­zyn Cille pro­wa­dzi firmę w naj­bar­dziej atrak­cyj­nej lo­ka­li­za­cji w ca­łym Hel­le­rup, pła­cąc tylko po­łowę tego, co oni za­ro­bi­liby na in­nym lo­ka­to­rze. Ask my­śli o tym już od dłuż­szego czasu, ale do­tych­czas nie nada­rzyła się spo­sobna oka­zja, żeby po­wie­dzieć o tym Cille, zwłasz­cza że ona czuwa nad Ra­smu­sem jak kwoka. Ich umowa była ko­rzystna dla obu stron, gdy dom wy­ma­gał re­montu, ale te­raz Ask chciałby za­cząć ko­rzy­stać z ży­cia i z do­brej lo­ka­li­za­cji, w któ­rej mieszka. Ha­ruje ca­łymi dniami, żeby mo­gli tu­taj zo­stać. Raz na ja­kiś czas mógłby so­bie po­zwo­lić, tak jak wszy­scy inni, na so­czy­sty stek i bu­telkę rocz­ni­ko­wego wina, ro­dzinny wy­jazd na narty, urlop w cza­sie prze­rwy wiel­ka­noc­nej i dłuż­sze wa­ka­cje la­tem. Po­trzebny im jest także nowy sa­mo­chód. Ko­le­dzy z pracy jeż­dżą audi, mer­ce­de­sami, bmw, ciem­no­nie­bie­skimi te­slami z ta­pi­cer­kami w ko­lo­rze szam­pana. Ask do­jeż­dża do pracy ko­lejką miej­ską, a w jego ga­rażu par­kuje ci­troën kombi, któ­rym Cille wozi dzieci i za­kupy. Od­kąd się tu wpro­wa­dzili, mu­sieli za­ci­skać pasa. Cille nie może prze­stać sku­piać się na prze­szło­ści i ma do Aska pre­ten­sje, że zna­leźli się w ta­kiej sy­tu­acji. "Nie po­win­ni­śmy byli ni­gdy ku­po­wać tego domu ani się tu prze­pro­wa­dzać". Po­wta­rzała to zda­nie setki razy. Cza­sami zbyt­nio wy­cho­dzi z niej pół­noc­no­ju­tlandz­kie po­cho­dze­nie: po­prze­sta­wa­nie na ma­łym, ten­den­cja do tego, by iść po li­nii naj­mniej­szego oporu, wy­bie­ra­nie ła­twych roz­wią­zań. Bra­kuje w tym for­matu i szer­szej per­spek­tywy. Trzeba wy­ka­zać go­to­wość do walki o nie­które rze­czy, na przy­kład o to, żeby twoje dzieci mo­gły do­ra­stać w ele­ganc­kiej dziel­nicy, gdzie pa­nują okre­ślone normy i okre­ślony po­ziom. Cille za­do­wala się byle czym, pod­po­rząd­ko­wuje się, za­miast dą­żyć do tego, co naj­lep­sze. Ta men­tal­ność wy­wo­dzi się z miej­sca, z któ­rego żona po­cho­dzi, gdzie hygge sta­nowi osta­teczny ży­ciowy cel. Na dźwięk tego słowa Ask ma od­ruch wy­miotny. Nie tak wy­obraża so­bie przy­szłość wła­snych dzieci. Jego zda­niem po­winny nie­ustan­nie się roz­wi­jać, po­ka­zać światu, na co je stać, a nie iść przez ży­cie w cie­płych kap­ciach, pi­jąc kawę, ob­ja­da­jąc się cia­stecz­kami i oglą­da­jąc wie­czo­rem te­le­wi­zję. Ich dzieci są ule­pione z in­nej gliny. Sęk w tym, że Ask nie bar­dzo wie, jak prze­szcze­pić swoje wi­zje na grunt ro­dziny. Jako do­radca u McKin­seya do­pro­wa­dza do da­le­ko­sięż­nych zmian, na wielką skalę i na naj­wyż­szym szcze­blu, wpływa na pro­cesy i za­sady funk­cjo­no­wa­nia w glo­bal­nych przed­się­bior­stwach, ale nie jest w sta­nie zmie­nić spo­sobu my­śle­nia u sie­bie w domu. Do­mi­nuje w nim z lu­bo­ścią kul­ty­wo­wana przez Cille co­dzien­ność hygge, bo to żona za­wsze jest w domu. Nie po­maga i to, że w su­te­re­nie mieszka Ra­smus. Tych dwoje utwier­dza się tylko wza­jem­nie w kul­tu­rze pi­cia kawy i pod­gry­za­nia cia­ste­czek, bo w ta­kiej at­mos­fe­rze do­ra­stali. "Na­pijmy się naj­pierw kawy. Tylko spo­koj­nie, usiądź so­bie wy­god­nie, weź cia­steczko". Jak dzieci Cille i Aska mają się zna­leźć w czo­łówce naj­lep­szych uczniów w szkole, jak im wpoić men­tal­ność zwy­cięz­ców, skoro matka cią­gle się z nimi cacka i uczy ich, że ży­cie po­lega przede wszyst­kim na snu­ciu się po domu we wła­snym spo­koj­nym tem­pie? Wła­śnie dla­tego Tara nie jest w sta­nie prze­je­chać na ro­we­rze dłuż­szej trasy. Ma pięć lat, po­winna chyba dać radę po­ko­nać ja­kieś cztery, pięć ki­lo­me­trów? Nie można być zbyt mięk­kim w sto­sunku do dzieci, cho­dzi prze­cież o to, żeby nie stę­pić ich wro­dzo­nego in­stynktu, dą­że­nia do tego, by wszystko ro­bić szyb­ciej, wy­żej, moc­niej. Ci­tius, al­tius, for­tius. Ask uwiel­bia to olim­pij­skie motto.

- No do­brze, po­wiem wam, co zro­bimy - zwraca się do dzieci. - Te­raz pójdę do tam­tego kio­sku i ku­pię w nim to­rebkę żel­ków. Na­zwiemy je ben­zyną dla dzieci. Po­tem wsią­dziemy na ro­wery i po­je­dziemy tak szybko, jak się da, a kiedy się zmę­czy­cie, mo­że­cie u mnie za­tan­ko­wać. Tara, ty po­je­dziesz obok mnie i bę­dziemy so­bie po­ma­gać. Co po­wie­cie na ten plan?

- Okej - mówi Tara i bie­rze go za rękę. - To idę z tobą.

Ask jest dumny z wy­my­ślo­nego roz­wią­za­nia. Dzieci i pod­władni do­pa­so­wują się do tego, czego się od nich ocze­kuje. Za­wsze to po­wta­rza. Mu­szą mieć świa­do­mość wy­soko za­wie­szo­nej po­przeczki. Jak do­brze, że nie za­dzwo­nił do domu. Jak wi­dać - sam też po­trafi. Cille na­zywa jego me­todę cu­kier­kową pe­da­go­giką, ale działa. Na­prawdę działa!

Line

Pe­ter R?n­now ma za­dbane, opa­lone dło­nie i mą­dre spoj­rze­nie. Spodo­bał się jej od pierw­szej se­kundy. Jest ubrany kla­sycz­nie - w dżinsy, ko­szulę i gra­na­towy pu­lo­wer. Na nad­garstku bły­ska piękny ze­ga­rek, Line od razu roz­po­znaje markę - Pa­tek Phi­lippe. Kri­stian miał iden­tyczny. Z Pe­te­rem przy­jem­nie się roz­ma­wia, ten męż­czy­zna słu­cha, co się do niego mówi, i za­daje za­in­te­re­so­wane py­ta­nia. Po jego spoj­rze­niu wi­dać, że on także do­brze się czuje w jej to­wa­rzy­stwie. Opo­wiada z za­an­ga­żo­wa­niem o swo­jej pracy w ECRF, Eu­ro­pean Can­cer Re­se­arch Fund.

- Pro­wa­dzimy w Ko­pen­ha­dze wła­sne cen­trum ba­daw­cze i wspie­ramy ba­da­nia nad ra­kiem w wy­bra­nych szpi­ta­lach i in­sty­tu­tach w ca­łej Eu­ro­pie. Pro­jekty, które w chwili obec­nej mogą się po­szczy­cić naj­lep­szymi wy­ni­kami, są fi­nan­so­wane przez ECRF.

Ze spo­sobu, w jaki wy­ma­wia po­je­dyn­cze słowa, można wy­wnio­sko­wać, że do­ra­stał gdzieś na pół­nocy Ze­lan­dii. Na Line robi do­bre wra­że­nie, że jej roz­mówca czuje wy­raźną dumę z tego, co robi. Udziela się w róż­nych ko­mi­sjach, na­ro­do­wych i mię­dzy­na­ro­do­wych, z lek­kim uśmie­chem do­daje, że jest "le­ka­rzem pra­cu­ją­cym przy biurku". Wcze­śniej był za­trud­niony w Szpi­talu Kró­lew­skim, obec­nie dużo wię­cej czasu spę­dza nad pa­pie­rami. Uczest­ni­czy w wy­bie­ra­niu pro­jek­tów za­słu­gu­ją­cych na wspar­cie fi­nan­sowe, w ten spo­sób może zro­bić wię­cej niż wtedy, gdy pra­co­wał bez­po­śred­nio z pa­cjen­tami. W związku z pracą sporo po­dró­żuje, ju­tro rano leci na przy­kład do RPA. Line opo­wiada o sa­fari, na które wy­brała się kilka lat temu wraz z ro­dziną. Pe­ter kiwa głową z za­in­te­re­so­wa­niem i za­ma­wia wino, a po­nie­waż mają tak wiele te­ma­tów do roz­mowy i tak ła­two im się ze sobą prze­bywa, po­nie­waż wino jest tak wy­śmie­nite, Line za­czyna przej­mo­wać jego spo­sób mó­wie­nia, te dłu­gie, mięk­kie pół­noc­no­ze­landz­kie sa­mo­gło­ski.

- Bar­dzo lu­bię Afrykę - stwier­dza i na­tych­miast czuje się skrę­po­wana, bo ma wra­że­nie, że z tą wy­mową brzmi jak Ka­ren Bli­xen.

Pe­ter po­ta­kuje i mruga do niej po­ufale na znak, że ro­zu­mie. Line nie ma wra­że­nia, że jest oce­niana - a może po pro­stu za­li­czyła prze­gląd? To pa­ra­dok­salne, że je­dyny męż­czy­zna, który w ciągu ostat­nich lat od śmierci Kri­stiana spra­wił, że serce jej moc­niej za­biło, tak bar­dzo go przy­po­mina. Pe­ter ma w so­bie taki sam spo­kój, ema­nuje ta­kim sa­mym au­to­ry­te­tem. Le­karz, roz­wod­nik, oj­ciec do­ro­słej córki, wła­ści­ciel willi w eks­klu­zyw­nym Rung­sted, dy­rek­tor de­cy­du­jący o po­dziale środ­ków na ba­da­nia nad ra­kiem w ca­łej Eu­ro­pie, za­pa­lony węd­karz i czło­wiek do­ce­nia­jący uroki ży­cia. Wszystko, co wcze­śniej na­pi­sał w pro­wa­dzo­nej przez nich kon­wer­sa­cji, jego py­ta­nia i ko­men­ta­rze, miało taką ja­kość, że Line czuła się bez­piecz­nie, jesz­cze za­nim go po­znała. Ku­pił jej dwie ostat­nie książki i uważa jej tok my­śle­nia za "fa­scy­nu­jący". Poza tym wy­glą­dała "nad wy­raz słodko" na zdję­ciach na okład­kach. Wła­ści­wie nie ma czasu na ko­rzy­sta­nie z pro­filu na Eli­te­da­ters, przez ostatni rok nie uma­wiał się na tak zwane randki, ale cza­sem warto po­dą­żyć za tym, co nam pod­po­wiada in­tu­icja. Wraz z tą de­kla­ra­cją Line ma od­wagę być zu­peł­nie szczera. Przy­znaje, że się de­ner­wo­wała i że nie­wiele bra­ko­wało, żeby zre­zy­gno­wała, bo czuła, że ma zbyt wiele do stra­ce­nia, ale te­raz, kiedy tu sie­dzą, cie­szy się, że przy­szła. Wy­pili kawę i bu­telkę wina, a roz­mowa to­czyła się przez całe po­po­łu­dnie w spo­sób lekki i nie­wy­mu­szony. Gdy że­gnają się ze sobą po fran­cu­sku - dwoma cmok­nię­ciami w po­li­czek - Line nie ma wąt­pli­wo­ści, że spo­tkają się po­now­nie. Jesz­cze tego sa­mego wie­czoru do­staje od niego wia­do­mość.

Droga Line,

cu­dow­nie było się z Tobą spo­tkać. Spra­wiło mi to na­prawdę, dużą przy­jem­ność. Tak dużą, że mam na­dzieję znów Cię zo­ba­czyć. Czy da­ła­byś się za­pro­sić do Cap Horn w Ny­havn, w przy­szłą so­botę, po moim po­wro­cie? Mają naj­lep­sze w sto­licy, eko­lo­giczne menu, i pa­nuje tam bar­dzo miła at­mos­fera. Mam na­dzieję, że nie od­mó­wisz.

Ser­decz­nie po­zdra­wiam

Pe­ter

Jest prze­miły. Nie po­trafi sta­wiać prze­cin­ków, ale to bła­hostka. Praw­dziwy z niego dżen­tel­men i zdą­żył ją so­bie grun­tow­nie obej­rzeć, Line wy­czuwa to bez pu­dła. Oto męż­czy­zna, który się nie na­rzuca, ale nie boi się też wy­ło­żyć kart na stół. Line ma ochotę mu od­po­wie­dzieć na­tych­miast i bez owi­ja­nia w ba­wełnę: "Czy nie od­mó­wię? Już się cie­szę na to spo­tka­nie!", ale od­cze­kuje go­dzinę i do­piero wtedy pi­sze:

Drogi Pe­te­rze,

cie­szę się na wyj­ście z Tobą do Cap Horn. Dzię­kuję Ci za dzi­siej­sze spo­tka­nie. Czu­łam się świet­nie w Twoim to­wa­rzy­stwie i chcia­ła­bym znów się z Tobą spo­tkać. Mam na­dzieję, że Twój wy­jazd do RPA bę­dzie udany.

Po­zdra­wiam

Line

Przed wy­sła­niem czyta wia­do­mość kilka razy. Jej ton jest ser­deczny, ale nie prze­sad­nie en­tu­zja­styczny. Line nie chce wyjść na zde­spe­ro­waną. Za­sta­na­wia się, czy opa­trzyć tekst emo­ti­ko­nem, zro­bi­łaby tak, pi­sząc do swo­ich dzieci albo do przy­ja­ciółki, ale Pe­ter jest świet­nie wy­kształ­co­nym i wpły­wo­wym czło­wie­kiem. Na pewno ode­brałby to jako zbyt mło­dzie­żowe i in­fan­tylne. Line po­zo­staje za­tem przy for­mie kla­sycz­nej, bez żad­nych do­dat­ko­wych iko­nek i zbyt wy­mow­nych, zwra­ca­ją­cych uwagę zna­ków in­ter­punk­cyj­nych. Na sa­mym po­czątku, gdy wszystko jest tak nowe i kru­che, na­leży po­stę­po­wać ostroż­nie. Che­mia mię­dzy dwoj­giem lu­dzi, któ­rzy do­piero się po­znali, może się bły­ska­wicz­nie ulot­nić. De­li­katne błony ob­le­ka­jące wszyst­kie te­maty, wy­po­wie­dzi, wy­zna­nia po­tra­fią ła­two się ro­ze­rwać, wy­rzą­dza­jąc nie­na­pra­wialne szkody. To­le­ran­cja i pole ma­newru są nie­skoń­cze­nie małe. Nie­for­tunna uwaga, nie­zgrabny ruch, zbyt pi­skliwy ton głosu, para szpet­nych bu­tów wy­star­czą do za­koń­cze­nia zna­jo­mo­ści. Ry­zyko prze­sad­nego ob­na­że­nia się albo po­peł­nie­nia błędu jest za­warte we wszyst­kim, co się mówi i robi. Line po­wta­rza so­bie, że na­leży po­stę­po­wać po­woli, pró­bu­jąc wy­czuć ocze­ki­wa­nia dru­giej strony, i trzy­mać się w ry­zach - sprawy nie mogą pójść zbyt szybko. Cho­ciaż nie ma czasu do stra­ce­nia, zmu­sza się do pod­cho­dze­nia do tej zna­jo­mo­ści ze spo­ko­jem, ab­so­lut­nym spo­ko­jem. Line jest ko­bietą, która tę­skni za mi­ło­ścią i po­szu­kuje ko­goś tak rzad­kiego jak po­rządny męż­czy­zna - o ile ci jesz­cze ist­nieją. A co, je­śli tak jest i je­śli je­den z nich ma na imię Pe­ter?

Ca­ro­line

W końcu uka­zuje im się pa­łac my­śliw­ski i ota­cza­jący go wielki tłum. Ten sto­sun­kowo nie­wielki bu­dy­nek stoi sa­mot­nie na naj­wyż­szym wznie­sie­niu rów­niny Ere­mi­tage. Ca­ro­line się za­trzy­muje, żeby na­sy­cić się tym wi­do­kiem. Lu­kas po­stę­puje tak samo. Sty­lowy pa­łac o ścia­nach w pia­sko­wym ko­lo­rze i o po­kry­tym zie­loną pa­tyną mie­dzia­nym da­chu - prze­piękna mi­nia­tura po­ło­żona wśród sta­rych ście­żek ło­wiec­kich. Ka­are pod­cho­dzi do żony i staje obok. Cie­kawe, o czym my­śli w tej chwili, Ca­ro­line nie ma od­wagi spy­tać. W kasz­kie­cie i w bu­tach do jazdy kon­nej wy­gląda dziś jak nie on. Wo­la­łaby, żeby się tak nie ubie­rał, to kre­tyń­skie pa­ra­do­wać w tym stroju, skoro sam nie bie­rze udziału w go­ni­twie. Zu­peł­nie jakby był do­świad­czo­nym jeźdź­cem albo pro­wa­dził stad­ninę koni. Jak mu to wy­tłu­ma­czyć, że nie nosi się ta­kich bu­tów, je­śli sa­memu nie jeź­dzi konno ani nie jest się wła­ści­cie­lem ziem­skim z na­tu­ral­nym do­stę­pem do koń­skiego grzbietu i hali jeź­dziec­kiej? Tego typu obu­wie nie na­daje się do spa­ce­rów po le­sie tylko dla­tego, że głów­nym te­ma­tem dnia są ko­nie. Ka­are ma ten­den­cję do błęd­nego ro­zu­mie­nia ta­kich spraw. Na­leży so­bie za­słu­żyć, żeby wejść w to śro­do­wi­sko, i nie wy­star­czy za­kup od­po­wied­nich re­kwi­zy­tów. Ca­ro­line ma nad mę­żem tę prze­wagę, że może się po­chwa­lić wyż­szym wy­kształ­ce­niem. Stu­dio­wała prawo ra­zem z dziew­czy­nami z do­brych pół­noc­no­ze­landz­kich do­mów, z nie­któ­rymi przy­jaźni się do dziś. Wma­wia też so­bie, że ma więk­szą sa­mo­świa­do­mość niż Ka­are. Wie, że jej fu­tro z no­rek ni­gdy nie bę­dzie się ukła­dało na jej ra­mio­nach z równą na­tu­ral­no­ścią jak na Me­re­the Sta­ge­torn, która przez ja­kieś pięć­dzie­siąt lat pra­co­wała jako czo­łowa ad­wo­katka duń­skich elit. Wi­dać, że fu­tro Ca­ro­line zo­stało wy­jęte z szafy na spe­cjalną oka­zję, że nie leży na niej w ten oczy­wi­sty co­dzienny spo­sób, zima za zimą. Jej pa­sek od Her­m?sa wy­gląda na niej ina­czej niż na El­len Hil­ling­s?e, która jako dziecko ba­wiła się ra­zem z na­stępcą tronu księ­ciem Fre­de­ri­kiem i do­ra­stała w ge­ne­ral­skim domu, a któ­rej matka po­cho­dziła ze szlachty. Tę na­tu­ral­ność w ko­rzy­sta­niu ze swo­ich przy­wi­le­jów dzie­dzi­czy się po przod­kach, Ca­ro­line o tym wie i pró­buje się do tego do­sto­so­wać. Za­wsze bę­dzie coś nie­wła­ści­wego w Ka­arem wy­stro­jo­nym w jeź­dziec­kie buty, bez względu na to, jak do­brze na­uczy się jeź­dzić - o ile kie­dy­kol­wiek mu się to uda, Ca­ro­line ma co do tego do­brze uza­sad­nione wąt­pli­wo­ści. Jego nie­umie­jęt­ność od­czy­ty­wa­nia ko­dów spo­łecz­nych ujaw­nia się w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, na przy­kład skóra jego bu­tów jest zbyt lśniąca, zbyt nowa. Ka­are za­cho­wuje się ni­czym dziecko, które wło­żyło buty któ­re­goś z do­ro­słych i udaje ko­goś in­nego. Pod­czas gdy po­zo­stali męż­czyźni sku­piają się na po­lo­wa­niu, on sku­pia się na so­bie pod­czas po­lo­wa­nia. Ni­gdy nie bę­dzie się do­brze pre­zen­to­wał w tych wy­so­kich bu­tach i ni­gdy nie zro­zu­mie dla­czego. Ca­ro­line głę­boko wdy­cha po­wie­trze i wstrzy­muje od­dech, jak naj­dłu­żej się da, po czym ciężko wy­pusz­cza je z płuc. Uśmie­cha się do Ka­arego. Ma ta­kiego męża, a nie in­nego - i wiele do­brych po­wo­dów, żeby być z niego za­do­wo­loną. To dzięki wza­jem­nej po­mocy osią­gnęli swoją obecną po­zy­cję. Być może da­leko im do wzor­co­wej ro­dziny, ale sta­rają się, jak mogą, bio­rąc pod uwagę wszyst­kie swoje dzi­wac­twa. Ca­ro­line nie jest zwo­len­niczką roz­wo­dów, chyba że w grę wcho­dzą al­ko­ho­lizm, prze­moc albo in­nego ro­dzaju nad­uży­cia. Jako ad­wo­katka spe­cja­li­zu­jąca się w spra­wach roz­wo­do­wych na­oglą­dała się pęk­nięć na ide­al­nym ży­ciu róż­nych par. Ma­łost­ko­wość, kłam­stwa, prze­moc. Strach i chłód. Nie­rów­ność i se­kretne konta. Wza­jemny szan­taż i mał­żeń­ska rów­no­waga stra­chu kry­jące się pod płasz­czy­kiem związku. Mil­cze­nie - o któ­rym się nie mówi. "Nikt nie jest do­sko­nały, więc nie wma­wiajmy so­bie i in­nym, że u na­szych są­sia­dek albo przy­ja­ció­łek wspólne ży­cie wy­gląda le­piej niż u nas. Za­zwy­czaj bo­ry­kają się z ta­kimi sa­mymi zmar­twie­niami, one też nie mogą spać w nocy i za­ci­skają zęby, żeby nie zbu­dzić part­nera na­pa­dami lęku i pła­czu. A je­śli opo­wia­dają coś in­nego, naj­praw­do­po­dob­niej kła­mią" - tak zwy­kle mówi swoim słu­chacz­kom, które przy­szły na jej wy­kład. Gdy koń­czy się pół­noc­no­ze­landzka sie­lanka, wzywa się Ca­ro­line w cha­rak­te­rze świadka. Rzadko jest to piękny wi­dok.

Ka­are

Jak to było, to, co mó­wiła Ca­ro­line? Pa­łac Ere­mi­tage wznie­siono w osiem­na­stym wieku dla jed­nego z duń­skich wład­ców, Ka­are nie za­pa­mię­tał któ­rego, nie jest zbyt bie­gły w hi­sto­rii. Na pewno dla jed­nego z Chri­stia­nów, może dla Chri­stiana IV? Nie, chyba nie dla niego. Zresztą to wszystko jedno, który z Chri­stia­nów albo Fre­de­ri­ków do­kład­nie to był, bo uwagę Ka­arego przy­kuło coś zu­peł­nie in­nego. Otóż w tym pa­łacu ar­chi­tekt za­pro­jek­to­wał prze­myślną windę zwaną "ma­szy­ne­rią z Ere­mi­tage'u". Przez otwór w pod­ło­dze trans­por­to­wała z kuchni je­dze­nie i na­pitki pro­sto do ja­dalni, żeby król i jego go­ście mo­gli się obyć bez służby zwy­kle ob­słu­gu­ją­cej bie­siad­ni­ków. Władcę za­wsze ota­czała chmara słu­żą­cych i lo­ka­jów w li­be­rii, ale w tym ma­łym pa­łacu można było spo­ży­wać po­siłki w od­osob­nie­niu - stąd na­zwa Ere­mi­tage, czyli "pu­stel­nia". Z pa­łacu wciąż ko­rzy­sta duń­ska ro­dzina kró­lew­ska, wy­pra­wia­jąc w nim mię­dzy in­nymi przy­ję­cia ło­wiec­kie. Kto wie, być może książę Fre­de­rik i księżna Mary za­siądą tam dziś do stołu, do któ­rego po­da­dzą im pierś z ba­żanta? Na po­czątku Ka­are uwa­żał, że Ca­ro­line tro­chę prze­gięła z tą po­ga­danką o ob­cho­dach Hu­ber­tusa i o po­wsta­niu Zwie­rzyńca, ale spodo­bała mu się hi­sto­ria pa­łacu i pu­stel­nia­nej ma­szy­ne­rii. Prze­ma­wia do niego zmyśl­ność tego wy­na­lazku. Ar­chi­tekt roz­wią­zał pro­blem, pod­cho­dząc do niego w spo­sób no­wa­tor­ski i kre­atywny, do­kład­nie tak jak Ka­are pod­cho­dzi do swo­ich pro­jek­tów z branży nie­ru­cho­mo­ści. Po prze­rwie wró­cił do gry. Kry­zys go­spo­dar­czy ciężko go do­świad­czył, ale jego skutki po­woli za­czyna ob­ra­cać na swoją ko­rzyść. Więk­szość gra­czy na rynku wciąż po­stę­puje ostroż­nie i dzięki temu jest na nim miej­sce dla tego, do czego Ka­are jest stwo­rzony: do­strze­ga­nia moż­li­wo­ści, po­dej­mo­wa­nia ry­zyka i zgar­nia­nia wy­gra­nej sprzed nosa tym, któ­rzy zwle­kają. Od­zy­skał dawny wi­gor. Tym ra­zem prze­niósł się z dzia­łal­no­ścią bar­dziej na pół­noc, wła­śnie sta­wia w cen­trum Klam­pen­borga me­ga­wy­pa­sioną cha­łupę.

Ka­wa­le­rzy­ści ze­brali się i cze­kają w czer­wo­nych kurt­kach jeź­dziec­kich, bia­łych spodniach, czar­nych bu­tach i ka­skach ochron­nych, go­towi do ko­lej­nego etapu. Ka­are za­jął do­bre miej­sce. Jeźdźcy po­lu­zo­wują wo­dze, żeby ko­nie mo­gły się tro­chę po­roz­cią­gać przed ostat­nim eta­pem go­ni­twy. Nie­któ­rzy z nich wy­glą­dają dość wie­kowo, ale spra­wiają wra­że­nie nie­zwy­kle pew­nych, wręcz nie­ty­kal­nych. Uro­dzeni pa­no­wie, któ­rzy wie­dzą, na czym po­lega praw­dziwe ży­cie. Ci ro­śli, doj­rzali męż­czyźni, któ­rzy nie ża­łują czasu na pie­lę­gno­wa­nie tra­dy­cji i od­gry­wa­nie go­ni­twy za li­sem, na­prawdę mu im­po­nują. Zwie­rzęta są zlane po­tem, a mimo to grze­bią ko­py­tami w ziemi i po­trzą­sają łbami, nie mo­gąc się do­cze­kać dal­szego biegu. Ka­arego iry­tuje, że stąpa po ziemi jak ja­kiś żoł­nierz pie­choty, skoro mógłby sie­dzieć wy­soko na grzbie­cie wierz­chowca peł­nej krwi. Bóg ra­czy wie­dzieć, czy gdyby te­raz za­czął po­bie­rać lek­cje jazdy kon­nej, uda­łoby mu się kie­dyś dzięki tre­nin­gowi czyn­nie uczest­ni­czyć w ta­kich ob­cho­dach. Po­doba mu się spo­sób, w jaki od­bywa się go­ni­twa, cały ten blichtr po­le­ga­jący na iden­tycz­nych ubra­niach i li­sich ki­tach przy­pię­tych do ra­mion, a niech go, je­śli nie ma w tym stylu! Ten mistrz w wy­so­kim czar­nym cy­lin­drze - jak czę­sto wi­duje się ko­goś w ta­kim na­kry­ciu głowy? Można tego do­świad­czyć tylko w Klam­pen­borgu, jak by nie pa­trzeć - no­wej dziel­nicy Ka­arego. Czuje się tu­taj wy­raźny po­wiew hi­sto­rii. By­łoby nie­złą za­bawą oso­bi­ście uczest­ni­czyć w show, które wła­śnie się od­sta­wia przed jego oczami. W daw­nych cza­sach Zwie­rzy­niec sta­no­wił miej­sce kró­lew­skich roz­ry­wek i aku­rat w tym mo­men­cie, gdy roz­po­czął się drugi etap biegu, las roz­brzmie­wałby uja­da­niem psów, dę­ciem w róg i tę­ten­tem koń­skich ko­pyt. Ka­are po­ga­nia Ca­ro­line i Lu­kasa. Chce po­dejść nad Staw Ma­ga­zy­nów, na­zwany tak od sto­ją­cych tam w prze­szło­ści za­bu­do­wań, żeby zo­ba­czyć, czy któ­ryś z jeźdź­ców pod­czas prze­jazdu nie spad­nie z koń­skiego grzbietu do wody.

- To kla­syczny punkt kul­mi­na­cyjny, kiedy lą­dują w wo­dzie, na pewno po­każą to w te­le­wi­zji! No chodź­cie! Je­śli się nie po­spie­szy­cie, pójdę sam. Idzie­cie?

- Tak, idziemy, Ka­are, uspo­kój się. To miała być ro­dzinna wy­cieczka, ale ty, jak wi­dać, wy­my­śli­łeś so­bie coś zu­peł­nie in­nego.

- Cho­dzi mi tylko o to, że w ta­kim dzi­kim tłu­mie trzeba się żwa­wiej ru­szać, żeby zdą­żyć za­jąć do­bre miej­sca. No da­lej.

Klasz­cze w ręce, żeby wy­zna­czyć tempo mar­szu, ja­kim ma iść jego ro­dzina. Nie­na­wi­dzi, kiedy coś go omija. Czy to na­prawdę ta­kie trudne - spa­ce­ro­wać tro­chę szyb­szym kro­kiem?

- Ka­are, pro­szę cię, prze­stań. Je­śli masz nas stre­so­wać i po­ga­niać, to wolę iść sama, wła­snym tem­pem - pro­te­stuje Ca­ro­line. - Po­bie­gnij przed nami nad ten swój staw, a my się zdzwo­nimy, kiedy bę­dzie po wszyst­kim.

- No do­brze, w ta­kim ra­zie tak zróbmy, skoro uwa­ża­cie za nie­moż­liwe przejść się odro­binę szyb­ciej. Chcę to zo­ba­czyć, zro­bić ja­kieś zdję­cia. Może wy­ko­rzy­stam je póź­niej w fir­mie, nie­wy­klu­czone, że mi się to ja­koś opłaci.

Ca­ro­line nie od­po­wiada, Lu­kas stoi i tylko gapi się na swój te­le­fon, po­grą­żony we wła­snym świe­cie. Ka­are bie­gnie truch­tem z Kin­giem u boku, prze­ci­ska się przez tłum. Musi jak naj­szyb­ciej się tam zna­leźć, żeby za­jąć do­bre miej­sce. Na­gle się o coś po­tyka. King szar­pie zbyt mocno smy­czą i Ka­are wy­kłada się jak długi na tra­wie. Przez krótką chwilę czuje się jak po­wa­lony koń. Wi­dzi nad sobą łeb Kinga, który pod­cho­dzi i ob­wą­chuje mu włosy, jakby ze zdzi­wie­niem. Kiedy leży z no­sem w tra­wie, z wi­do­kiem na setki ob­cych stóp prze­cho­dzą­cych tuż obok, jego wstyd jest tak wielki, że Ka­are ma ochotę wy­zio­nąć du­cha na miej­scu. Uśmie­cha się, pró­bu­jąc za­ma­sko­wać wście­kłość. Przez krótką chwilę roz­waża, czy nie le­piej tu zo­stać i dać so­bie spo­kój. Od­dy­cha przez nos, wście­kle, z go­ry­czą, głę­boko w klatce pier­sio­wej czuje ból, a w skro­niach gwał­towne pul­so­wa­nie. Do kurwy nę­dzy! Ma ochotę gło­śno wrza­snąć, wbić za­ci­śniętą pięść w tę prze­klętą wy­bo­istą zie­mię. Ostatni raz za­biera ze sobą na po­lo­wa­nie Ca­ro­line i Lu­kasa! Dla­czego każde z nich musi mieć wła­sne zda­nie o tym, jak po­winna wy­glą­dać ich ro­dzina? Wszystko pod­lega dys­ku­sjom i ne­go­cja­cjom, na­wet wy­cieczka do lasu, wy­da­wa­łoby się - coś nie­by­wale pro­stego. Ale nie, tu­taj nic nie może być pro­ste. W tym tipi rzą­dzi trzech wo­dzów i dla­tego kiedy ra­zem gdzieś wy­cho­dzą, każde z nich cią­gnie we wła­sną stronę. Ro­dzina to pole bi­tewne bez zwy­cięz­ców, wy­cień­cza­jąca ha­rówka, ła­twiej jest za­nie­chać wszel­kich ru­chów, zo­stać w tej tra­wie, kurwa. By­łoby mu dużo pro­ściej, gdyby żył w po­je­dynkę. Ka­are ma na­dzieję, że Ca­ro­line i Lu­kas prze­pa­dli gdzieś w tłu­mie i nie wi­dzieli jego sro­mot­nego upadku. Po­tem bie­rze się w garść, rzuca krót­kie prze­kleń­stwo, po­ciąga mocno za smycz, prze­kli­na­jąc w du­chu psa, ro­dzinę, nowe nie­wy­godne buty i kasz­kiet, który spadł mu z głowy i któ­rego musi te­raz szu­kać wśród za­bło­co­nego obu­wia prze­cho­dzą­cych obok lu­dzi, za­nim znów wci­śnie go na czoło. W przy­szłym roku Ka­are wy­bie­rze się tu sam - kto wie, czy nie na koń­skim grzbie­cie, je­śli zdąży opa­no­wać sztukę jeź­dziecką, to się jesz­cze okaże. Po otrze­pa­niu się z ziemi i trawy wraca mu ja­sność my­śle­nia: dość tego uża­la­nia się nad sobą, to do­bre dla dziew­czyn i ge­jów. Czło­wiek ma tylko jedno ży­cie i trzeba je wy­ko­rzy­stać do cna. Ka­are zdą­żył się otrzą­snąć i znów pę­dzi w stronę stawu. King idzie tuż przy jego le­wej no­dze, tak jak to ma wy­glą­dać. Nie ma sensu ję­czeć z po­wodu ma­łych za­dra­pań. Cie­kawe, jak dużo czasu zaj­muje w miarę przy­zwo­ite na­ucze­nie się jazdy kon­nej. Za­trzy­muje się i spraw­dza na te­le­fo­nie. Znaj­duje link do cze­goś w ro­dzaju pod­ręcz­nika: "Za­po­znaj się z za­sa­dami jeź­dziec­twa i po­czuj się pew­nie w sio­dle w za­le­d­wie dwa dni". Dwa dni! Ko­niecz­nie musi się zgło­sić. Nie, Ka­are nie na­leży do tych, któ­rzy na­rze­kają na swój los. Udało mu się zdo­być wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek ma­rzył. Do­ro­bił się domu pod eks­klu­zyw­nym ad­re­sem przy Ham­bros Allé. Za­ło­żył też ro­dzinę, cho­ciaż ta cza­sami bywa kulą u nogi. Ma syna, który nie­źle wy­strze­lił w górę, jesz­cze chwila, a bę­dzie miał metr osiem­dzie­siąt albo coś koło tego. Ma żonę, wziętą ad­wo­katkę, z suk­ce­sem pro­wa­dzącą wła­sną kan­ce­la­rię. Sam rów­nież za­czyna się pod­no­sić po ban­kruc­twie sprzed kilku lat. "Trzeba usta­no­wić w domu pewne za­sady" - my­śli. "Mamy tyle spraw na gło­wie: pro­wa­dze­nie wła­snych firm, ob­słu­gi­wa­nie klien­tów, utrzy­ma­nie wiel­kiego domu i bu­dowa no­wego, któ­rej trzeba na okrą­gło do­glą­dać". Czy to nie iro­nia losu, że ta­kie osoby jak on i Ca­ro­line, pra­co­wite jak mrówki, mają syna w wieku na­sto­let­nim, któ­remu nie chce się kiw­nąć pal­cem? Gdzie to jabłko, które pada nie­da­leko od ja­błoni? Lu­kas do­ra­stał w cza­sie kry­zysu fi­nan­so­wego, ob­ser­wo­wał do­tkliwą po­rażkę ojca, ale Ka­are po­cie­sza się tym, że wi­dział go także pod­czas walki. Czy kry­zys i ban­kruc­two będą tym, co Lu­kas za­pa­mięta z dzie­ciń­stwa? A może za­pa­mięta, że oj­ciec nie dał się roz­ło­żyć na ło­patki? Na szczę­ście Ka­are ma do­sko­nałą kon­dy­cję fi­zyczną, a w gło­wie nie bra­kuje mu oleju - nie ma za­miaru się nad sobą uża­lać. Zda­rza mu się upaść, ja­wohl, w końcu jest tylko czło­wie­kiem, ale po po­rażce po­trafi się pod­nieść. Ka­are za­wsze się pod­nosi.

Line

Line czyta ne­kro­logi. Za­częła się nad nimi za­sta­na­wiać, kiedy sama miała na­pi­sać o Kri­stia­nie. Chciała wy­my­ślić coś szcze­rego i pięk­nego - i na­szły ją wąt­pli­wo­ści. Czy można prze­ka­zać coś war­to­ścio­wego o czło­wieku, re­du­ku­jąc jego ży­cie do kilku słów i daty? Co wła­ści­wie się pi­sze? Na po­czątku czy­tała ne­kro­logi, żeby utwier­dzić się w tym, że nie jest sama. Szu­kała ta­kich, które po­ka­zy­wały, że także w in­nych ro­dzi­nach ży­cie może się skoń­czyć na­gle i we wsty­dliwy spo­sób. Od­tąd otwie­ra­nie ga­zet na stro­nach z ne­kro­lo­gami we­szło jej w na­wyk, któ­rego nie może się po­zbyć. Każ­dego ranka pierw­szym, co czyta w dzien­ni­kach "Ber­ling­ske" i "Po­li­ti­ken", są małe biało-czarne pro­sto­kąty na ostat­niej stro­nie. Nie mówi o tym ni­komu, wie, że to do­wód sza­leń­stwa, ale czuje się tak, jakby cze­goś szu­kała, ja­kiejś wia­do­mo­ści, którą po­winna od­ko­do­wać z ogło­szeń do­pra­sza­ją­cych się jej uwagi. Pa­trzy na na­zwi­ska, daty uro­dzin i zgo­nów, wy­li­cza z nich, jak długo trwało czy­jeś ży­cie, i za­sta­na­wia się, jak dużo czasu zo­stało jej sa­mej. Na pod­sta­wie na­zwi­ska i nie­wielu słów za­war­tych w ne­kro­logu wy­obraża so­bie daną osobę i przy­czynę jej śmierci. Skąd się wła­ści­wie bie­rze ta po­wścią­gli­wość w sy­tu­acji, gdy ktoś umiera? Dla­czego tak skąpi mu się słów? Cza­sami po­da­wane są tylko lata ży­cia i po­je­dyn­cze zda­nie. Więk­szość od­cho­dzi śmier­cią na­tu­ralną, już w po­de­szłym wieku, jedna osoba opu­ściła ten świat zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie, dwie zmarły po krót­ko­trwa­łej cho­ro­bie. Line wy­obraża so­bie wy­padki sa­mo­cho­dowe, przy­padki raka, za­wały serca. Cza­sem po­trafi się roz­pła­kać nad ja­kimś ne­kro­lo­giem, cho­ciaż nie znała ani zmar­łego, ani jego ro­dziny. "Na­sza uko­chana Ida zo­stała nam za­brana zbyt wcze­śnie. Śpij słodko, ko­cha­nie, na pewno znów się zo­ba­czymy. Mama, tata i Jo­se­fine". Line długo roz­my­śla nad przy­pad­kami śmierci osób w jej wieku, a także tro­chę od niej star­szych i młod­szych. Do­piero po spraw­dze­niu lat ży­cia i za­po­zna­niu się z tre­ścią ne­kro­lo­gów, które nie miesz­czą się w zwy­cza­jo­wej nor­mie - do­ty­czą­cych osób mło­dych, bar­dzo sta­rych albo dra­ma­tycz­nych przy­pad­ków - może przejść do pro­gramu te­le­wi­zyj­nego i prze­czy­tać resztę ga­zety. Przez pierw­sze lata po śmierci Kri­stiana czuła się nie­na­sy­cona. Nie wy­star­czały jej ne­kro­logi z ga­zet. Prze­szu­ki­wała in­ter­net, żeby zna­leźć ich wię­cej. Po­tra­fiła spę­dzić całe przed­po­łu­dnie na czy­ta­niu o zmar­łych. Może ma to po matce, która prze­glą­dała ne­kro­logi przez całe ży­cie. Za­częło się to jesz­cze za młodu, tuż po ślu­bie. Sys­te­ma­tyczne prze­cze­sy­wała ru­bryki w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji o zmar­łych ar­chi­tek­tach, bo oj­ciec Line był ar­chi­tek­tem, tuż po stu­diach i bez pracy, sy­tu­acja na­prawdę bez­na­dziejna. Matka Line pod­cho­dziła do tego w spo­sób prag­ma­tyczny. Ar­chi­tekt w trum­nie w ka­plicy mógł ozna­czać miej­sce przy de­sce kre­ślar­skiej dla no­wego mło­dego ar­chi­tekta. Taki na­tu­ralny zgon za­bez­pie­czyłby ich przy­szłość, od tych ne­kro­lo­gów za­le­żało ży­cie ca­łej ro­dziny. Nie­wy­klu­czone, że wła­śnie to po­py­cha Line, gdy każ­dego ranka wyj­muje ga­zetę ze skrzynki. Siada w kuchni, spraw­dza ostat­nie strony, czyta z dłońmi le­żą­cymi na pa­pie­rze, od­dy­cha, kul­ty­wuje swoją co­dzienną ru­tynę - czyli wciąż żyje. Stra­ciła męża, dzieci się wy­pro­wa­dziły, jest sama, ale nie umarła. Utwier­dziw­szy się w tej wie­dzy, może otu­lić się szla­fro­kiem i zejść na po­most przy plaży, od czego za­czyna każdy nowy dzień. Do­póki jej wła­sne imię nie znaj­dzie się w żad­nym z tych czarno-bia­łych pro­sto­ką­tów, Line wciąż bę­dzie na tym świe­cie. Żyje, mimo wszystko wciąż tu­taj jest.

Ca­ro­line

Wła­śnie uj­rzała wra­ca­ją­cego zwy­cięzcę go­ni­twy za li­sem - szczu­pły star­szy pan przyj­muje wi­waty pu­blicz­no­ści, dzię­kuje im ukło­nami i ma­cha do nich z wy­so­ko­ści sio­dła. Gdyby miesz­kał gdzie in­dziej, nie miałby szansy w spo­rcie, bo wszę­dzie kró­luje mło­dość, ale w Klam­pen­borgu można po­zwo­lić so­bie na by­cie w śred­nim wieku, a na­wet jesz­cze star­szym. Wiek przy­daje tu­taj dys­tyn­go­wa­nego wy­glądu i god­no­ści, o ile od­po­wied­nio się go nosi. Ca­ro­line do­strzega tę róż­nicę. Klam­pen­borg jest dumą i uprze­dze­niem, ogładą i dą­że­niami, po­ko­le­niową punk­tu­al­no­ścią i dys­cy­pliną, jest ciężką pracą. W tym miej­scu nie wsty­dzisz się wieku, je­śli ży­jesz w od­po­wiedni spo­sób. Za chwilę od­bę­dzie się wrę­cze­nie na­grody. Na po­czątku ty­go­dnia Ca­ro­line spraw­dziła ka­len­darz ro­dziny kró­lew­skiej i prze­czy­tała, że na­stępca tronu wraz z mał­żonką będą obecni pod­czas ob­cho­dów Hu­ber­tusa. Oczy­wi­ście przy­szła tu także ze względu na go­ni­twę, ale przede wszyst­kim dla­tego, że chciała zo­ba­czyć księż­niczkę Mary. Ce­chuje ją pe­wien ro­dzaj wy­twor­no­ści, do­sko­na­łość, do któ­rej Ca­ro­line pra­gnę­łaby się zbli­żyć i którą chcia­łaby zro­zu­mieć. Za­mie­rza spraw­dzić, czy żona na­stępcy tronu w rze­czy­wi­sto­ści jest rów­nie piękna i cha­ry­zma­tyczna co na zdję­ciach i w te­le­wi­zji. Ca­ro­line stoi sa­mot­nie w tłu­mie, póź­niej bę­dzie mu­siała po­szu­kać Lu­kasa. Wy­ciąga szyję, ale nie wi­dzi ni­kogo z ro­dziny kró­lew­skiej. Na­gle nie­ru­cho­mieje. Prze­cież to oni! Wła­śnie te­raz, o tam! Wy­cho­dzą na schody pa­łacu, całą ro­dziną, ona też! Spoj­rze­nie Ca­ro­line sku­pia się na tym jed­nym punk­cie: Mary. Jej twarz. Jej płaszcz. Jej włosy. Ja­kim cu­dem są tak gład­kie i lśniące? Ca­ro­line ma pra­wie iden­tyczny ko­lor, ale nie po­trafi spra­wić, żeby lśniły w taki sam spo­sób, cie­kawe, jaki jest tego se­kret. Buty z wy­so­kimi cho­lew­kami, oku­lary prze­ciw­sło­neczne na czole. Ca­ro­line też unosi swoje, żeby le­piej wszystko wi­dzieć - ru­chy Mary, jej esen­cję. Prze­piękna księż­niczka stoi na scho­dach ze swoim księ­ciem i gro­madką dzieci - cała czwórka w ele­ganc­kich sto­no­wa­nych ko­lo­ry­stycz­nie ubra­niach, spra­wia­ją­cych wra­że­nie na­tu­ral­nie do­pa­so­wa­nych do pory roku i sto­ją­cego obok brata albo sio­stry. Chło­piec, dziew­czynka, chło­piec, dziew­czynka - na­tura nie­mal zbyt hoj­nie ob­da­ro­wała oboje ro­dzi­ców. Ża­den ge­nialny sty­li­sta, pro­du­cent, spin dok­tor, eks­pert wi­ze­run­kowy nie mógłby za­aran­żo­wać lep­szej in­sce­ni­za­cji: męż­czy­zna, ko­bieta, chło­piec, dziew­czynka, chło­piec, dziew­czynka. W tym wy­padku rze­czy­wi­stość prze­ściga wy­obraź­nię, na­tura od­nosi zwy­cię­stwo - coś, co Ca­ro­line uwiel­bia. To, co przed sobą wi­dzi, jest so­lidne i au­ten­tyczne, pełne po­wagi i na po­zio­mie. Po­winno się to po­dzi­wiać, a nie ob­rzu­cać bło­tem. Spór o ro­dzinę kró­lew­ską przy­po­mina wręcz wojnę, ale Ca­ro­line już dawno opo­wie­działa się po jed­nej ze stron. Dzieli ją od nich ja­kieś dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia pięć me­trów i kil­ka­set osób. Nie­któ­rzy krzy­czą: "Cześć, Frede!", "Cześć, Mary!", jakby wi­tali po­pu­larny ze­spół mu­zyczny. Ca­ro­line nie­kom­for­towo się czuje w zbio­ro­wi­sku lu­dzi, któ­rzy zwra­cają się tak bez­po­śred­nio do naj­wyż­szych rangą osób w kraju. Za­miast prze­py­chać się co­raz da­lej do przodu, nie­ru­cho­mieje i chło­nie tę chwilę całą swoją istotą. Miała na­dzieję, że do niej doj­dzie, a te­raz czuje się tak, jakby roz­grze­wał ją pa­da­jący z góry pro­myk świa­tła. To wprost nie do wiary, że udało jej się po­dejść tak bli­sko. Wi­dzi Mary sto­jącą ra­zem z dziećmi, jak po­chyla się nad dwoj­giem naj­młod­szych i po­ka­zuje pal­cem gdzieś da­leko, żeby im coś wy­ja­śnić. Po­tem bie­rze na ręce małą Jo­se­phine. Ca­ro­line pró­buje od­czy­tać z ust księż­niczki, co ta­kiego mówi do dziecka, na­śla­duje ru­chy jej warg, wy­po­wiada słowa w koł­nierz fu­tra, ale trudno to od­gad­nąć. Może roz­ma­wia z dziećmi po an­giel­sku? Ca­ro­line nie do końca wie, czy tak jest czy nie. Może mówi coś o ko­niach albo o je­le­niach? A może opo­wiada o tym, jak wy­glą­dały po­lo­wa­nia w daw­nych cza­sach? Ona na pewno też za­po­znała się z hi­sto­rią Zwie­rzyńca, ma opi­nię osoby zna­ko­mi­cie przy­go­to­wa­nej do wszyst­kich wy­stą­pień pu­blicz­nych. Pod­czas gdy Mary uśmie­cha się i roz­ma­wia ci­chym gło­sem z dziećmi, Fre­de­rik stoi na scho­dach tro­chę na ubo­czu, ogar­nia­jąc wzro­kiem zgro­ma­dzony tłum i dawne kró­lew­skie te­reny ło­wiec­kie. Wy­daje się, jakby stał tu­taj zu­peł­nie sam, po­grą­żony w my­ślach, we wła­snym osob­nym świe­cie. Przy­szły król dźwi­ga­jący ogrom ocze­ki­wań na swo­ich bar­kach. Ca­ro­line my­śli o tym, co prze­czy­tała wczo­raj. Pa­łac Ere­mi­tage na­zy­wany jest też pa­ła­cem sa­mot­no­ści. W oto­cze­niu ro­dziny Fre­de­rik spra­wia wra­że­nie jesz­cze bar­dziej osa­mot­nio­nego. Ca­ro­line nie ma wąt­pli­wo­ści, że zna­lazł so­bie w Mary od­daną mał­żonkę, a mimo to wciąż wy­gląda, jakby znaj­do­wał się gdzieś poza resztą, jakby nie po­tra­fił stać się czę­ścią ro­dziny, którą sam stwo­rzył. Jak wi­dać, naj­bliżsi nie­ko­niecz­nie sta­no­wią pan­cerz prze­ciwko sa­mot­no­ści. Można ją do­tkli­wie od­czu­wać także w ich kręgu. Ca­ro­line wie, jak on się czuje.

Lu­kas

Jest tak jak za­wsze: ro­dzice się nie do­ga­dali. Oczy­wi­ście żadne z nich nie za­mó­wiło sto­lika w tej ma­łej czer­wo­nej re­stau­ra­cji za kor­tami te­ni­so­wymi w Cot­ta­ge­par­ken.

- My­śla­łem, że ty się tym zaj­miesz! Zor­ga­ni­zo­wa­łem prze­cież całą resztę - kwęka oj­ciec, gdy wra­cają do sa­mo­chodu po tym, jak od­pra­wiono ich z kwit­kiem.

- A co do­kład­nie zor­ga­ni­zo­wa­łeś? - chce wie­dzieć matka. - Przy­wio­złeś nas tu sa­mo­cho­dem, nic poza tym - mówi ni­skim, peł­nym za­wodu gło­sem.

- Za­pro­po­no­wa­łem, że­by­śmy wzięli udział w tych ob­cho­dach. To był mój po­mysł!

Matka z re­zy­gna­cją kręci głową. Od­by­wają sza­lony rajd z Klam­pen­borga do Sko­vsho­ved, przez Or­drup i Char­lot­ten­lund, na­stęp­nie J?gers­borg Allé i Stran­dve­jen aż do Ro­tundy i Tu­borg Havn, żeby za wszelką cenę ura­to­wać plany zje­dze­nia wspól­nego lun­chu. Py­tali w co naj­mniej dzie­się­ciu miej­scach, ale nie są w sta­nie zna­leźć żad­nej po­rząd­nej re­stau­ra­cji ani ka­wiarni z wol­nym sto­li­kiem dla trojga. Wszyst­kie miej­sca są za­jęte przez więk­sze lub mniej­sze grupki osób. Z oka­zji Hu­ber­tusa pół­noc­no­ze­landz­kie ro­dziny je­dzą nie­dzielny lunch poza do­mem, żeby uczcić święto i pie­lę­gno­wać dawne tra­dy­cje, spo­ty­ka­jąc się we wspól­nym gro­nie i przy­po­mi­na­jąc so­bie i in­nym, kim są. Tego dnia po­ka­zuje się dzie­ciom i wnu­kom, jak po­winna prze­bie­gać pierw­sza nie­dziela li­sto­pada. Przy śle­dziu, sznap­sie, cie­płych da­niach, se­rach i cie­ście nie po­zwala się za­po­mnieć o hi­sto­rii i tra­dy­cji. Ro­dzina Sa­mu­ela, któ­rego Lu­kas uważa obec­nie za swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, jest wła­śnie taka. Co roku ro­bią te same rze­czy i nikt nie pró­buje ich kwe­stio­no­wać ani się od nich uchy­lać. Po ob­cho­dach Hu­ber­tusa za­wsze czeka na nich ten sam sto­lik w ulu­bio­nej re­stau­ra­cji, w po­ło­wie lipca jadą na urlop do Ska­gen, a w grud­niu na świą­teczne za­kupy do Lon­dynu. W ro­dzi­nie Sa­mu­ela wszy­scy są le­ka­rzami i sto­ma­to­lo­gami, nie ist­nieją dla nich żadne nowe zwy­czaje - sprawy to­czą się dawno usta­lo­nym ryt­mem. W domu ko­legi wszystko jest ła­twiej­sze. Lu­kas aż się sła­nia z głodu, w końcu nie wy­trzy­muje, musi po­ło­żyć temu kres.

- Nie mo­żemy w ta­kim ra­zie wró­cić do domu? Mam po dziurki w no­sie tego jeż­dże­nia, mdli mnie z głodu. Je­śli chce­cie szu­kać da­lej, to ja wy­sia­dam. Pa­mię­taj­cie, że wciąż ro­snę! Mu­szę na­tych­miast zjeść ja­kieś białko.

- Może ku­pimy pizzę na wy­nos i zjemy je ra­zem? - Ka­are zerka nie­śmiało w stronę Ca­ro­line, która uparła się na lunch w re­stau­ra­cji wy­róż­nio­nej przez Mi­che­lin, kil­ku­eta­powy, z wi­nami do­bra­nymi do dań, ob­sługą pierw­sza klasa, wi­do­kiem na las - żeby móc póź­niej opo­wia­dać o tym przy­ja­ciół­kom.

- Dla­czego nie mo­żemy być choć tro­chę nor­malni? - Ca­ro­line wzdy­cha. - Nie po­tra­fimy na­wet za­mó­wić sto­lika w re­stau­ra­cji, nie po­wo­du­jąc nie­po­ro­zu­mień. Po­wie­dzia­łeś, że za­pra­szasz nas na ob­chody Hu­ber­tusa, a póź­niej na lunch, Ka­are! Dla­czego ni­gdy nie chce ci się zro­bić nic do końca?

- Prze­pra­szam cię naj­moc­niej, jak się da, moja droga mał­żonko, ale te­raz za­pra­szam was na pizzę i wino w re­stau­ra­cji przy Ham­bros Allé pod nu­me­rem dzie­wią­tym. Co wy na to? Zjemy po kró­lew­sku!

Oj­ciec jak za­wsze nie traci ani­mu­szu, ale w jego gło­sie sły­chać lek­kie drże­nie, a może Lu­kas coś źle usły­szał? Po po­wro­cie do domu oj­ciec cho­dzi de­mon­stra­cyj­nie po kuchni, wyj­muje z sza­fek ta­le­rze i kie­liszki, otwiera bu­telkę z wi­nem. Matka siada w sa­lo­nie z no­sem w ekra­nie lap­topa, Lu­kas wi­dzi po jej ple­cach, że wciąż się gniewa.

- Nie ma­cie nic prze­ciwko temu, że­bym zjadł u sie­bie w po­koju? Mam na ju­tro lek­cje do od­ro­bie­nia. - Pa­trzy na ojca.

- Hmmm, no nie wiem... Ca­ro­line, co o tym są­dzisz? Chcesz po­pra­co­wać? Zjemy każde osobno?

- Niech tak bę­dzie. Chcia­ła­bym na coś zer­k­nąć.

Matka wcho­dzi do kuchni. Kła­dzie na ta­lerz swoją pizzę, na­lewa wina do kie­liszka i wraca do sa­lonu.

- Cóż, w ta­kim ra­zie ja też tro­chę po­pra­cuję, domy same się nie sprze­da­dzą - stwier­dza Ka­are, mru­ga­jąc do Lu­kasa. Bie­rze iPada i siada przy ku­chen­nym stole.

Lu­kas stoi przy dwu­skrzy­dło­wych prze­szklo­nych drzwiach od­dzie­la­ją­cych kuch­nię od sa­lonu. Zerka na plecy matki, po­tem na pro­fil ojca. Sie­dzą po­chy­leni każde nad swoim urzą­dze­niem, sły­chać tylko szczęk sztuć­ców kro­ją­cych le­żącą na ta­le­rzu pizzę i ojca sior­bią­cego wino, jego wzdy­cha­nie. W tym domu pa­nuje zbyt wielka ci­sza, tak wielka, że aż krzy­czy. Czy to jego wina, że ten dzień nie skoń­czył się tak, jak so­bie wy­obra­żali? Czy był zbyt ne­ga­tyw­nie na­sta­wiony, wszystko im ze­psuł? Oby­dwoje tak bar­dzo cie­szyli się na te ob­chody. Rano, gdy wy­jeż­dżali z domu, mieli do­bre hu­mory. Lu­kas stoi na gra­nicy mię­dzy tymi dwoma po­miesz­cze­niami i prze­biera no­gami, wo­dzi wzro­kiem od matki do ojca.

- No do­brze... W ta­kim ra­zie dzię­kuję wam za fajną wy­cieczkę do lasu. - Ma wra­że­nie, że jego ciało jest jak z pla­ste­liny - jakby chciało się po­dzie­lić na pół. Ma­rzy o tym, żeby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się u sie­bie, ale czuje się uwię­ziony na tej gra­nicy mię­dzy sa­lo­nem a kuch­nią. Pró­buje jesz­cze raz. - Cie­ka­wie było to zo­ba­czyć. Tak uwa­żam. Mam na my­śli... pa­łac, ko­nie i wszystko inne. Prawda?

Spo­gląda raz w jedną, raz w drugą stronę w ocze­ki­wa­niu na re­ak­cję. Matka pod­nosi głowę, żeby na niego spoj­rzeć.

- To do­brze, że coś z tego wy­nio­słeś - stwier­dza. - Ja też się cie­szę, że zo­ba­czy­łam pa­łac i ro­dzinę kró­lew­ską. Ab­so­lut­nie. Bez dwóch zdań.

Lu­kas nie ru­sza się z miej­sca. Jest zmę­czony aż do naj­głęb­szych za­ka­mar­ków du­szy, a przy tym okla­pły i głodny, skar­pety wciąż ma mo­kre i czuje wła­sny smród. Naj­bar­dziej ze wszyst­kiego miałby ochotę pójść do sie­bie na górę i rzu­cić się na pizzę, ale te­raz nie może tak po pro­stu za­siąść do je­dze­nia. Ma wra­że­nie, że jest im coś wi­nien.

- A ty, tato? Też ci się po­do­bało?

- Tak, jak naj­bar­dziej. A te­raz cu­dow­nie jest coś zjeść, prawda? Mu­szę przy­znać, że po tym wszyst­kim na­bra­łem jesz­cze więk­szej ochoty na na­ukę jazdy kon­nej. - Ka­are kiwa zde­cy­do­wa­nie głową i rzuca spoj­rze­nie za okno. - Cie­kawe, gdzie praw­dziwi ko­nia­rze ku­pują cały swój sprzęt - wy­po­wiada od nie­chce­nia, za­ci­ska­jąc po­wieki. - I ile kosz­tuje taki koń.

Matka krztusi się wi­nem i za­czyna po­tęż­nie kasz­leć. Po­ka­zuje na ojca unie­sio­nym ostrze­gaw­czo pal­cem wska­zu­ją­cym, pró­bu­jąc coś po­wie­dzieć. Ożeż kurwa, nie po­wi­nien był tego za­czy­nać.

- Ka­are, wy­bij to so­bie z głowy! Nie ku­pisz żad­nego ko­nia! Wy­star­czy, że twój pies my­śliw­ski leży w piw­nicy i przez więk­szość czasu ob­ra­sta w tłuszcz, tak samo nie­uży­wany jak sprzęt do golfa. - Ca­ro­line po­ka­słuje po każ­dym zda­niu. - Za­nim na­ku­pisz jesz­cze wię­cej sprzętu, naj­pierw na­ucz się jeź­dzić. Nie sta­niesz się dżo­ke­jem tylko dla­tego, że bę­dziesz no­sił od­po­wiedni strój. Weź to pod uwagę.

Przez ten na­pad kaszlu do oczu na­pły­wają jej łzy. Matka wcale nie jest tak twarda, jak się lu­dziom wy­daje, po pro­stu ma to do sie­bie, że słowa w jej ustach brzmią bru­tal­niej, niż chciała, by za­brzmiały. Oj­ciec wy­łą­cza iPada i mam­ro­cze coś o tym, że chce się prze­je­chać. Wy­cho­dzi z kuchni, a Lu­kas wy­myka się tuż za jego ple­cami. Bie­rze z lo­dówki colę.

- Ja też idę do sie­bie.

- Mhm, okej.

Matka po­syła mu coś w ro­dzaju uśmie­chu i wraca do wła­śnie czy­ta­nego tek­stu. Gdy w końcu udaje mu się do­trzeć do po­koju, po­chła­nia pizzę w mgnie­niu oka, pro­sto z kar­to­no­wego pu­dełka. Colę wy­pija trzema dłu­gimi ły­kami. Wciąż nie czuje się syty. Na szczę­ście zo­stał mu jo­int z wczo­raj. Z tu­ło­wiem wy­chy­lo­nym przez okno za­ciąga się głę­boko dy­mem i na dłuż­szą chwilę za­trzy­muje go w płu­cach. Po­tem wy­dy­cha go z prze­cią­głym wes­tchnie­niem. W ogro­dzie są­sia­dów dwoje ma­łych dzieci ska­cze na tram­po­li­nie. Pró­bują to ro­bić jed­no­cze­śnie, ale im nie wy­cho­dzi, na pewno dla­tego, że dziew­czynka jest młod­sza i lżej­sza od chłopca. Wo­łają matkę, która wła­śnie grabi li­ście, i śmieją się bez­tro­sko, jakby nie miały ab­so­lut­nie żad­nych pro­ble­mów. Szkoda ga­dać, to­talna wtopa, że ich wy­cieczka skoń­czyła się w taki spo­sób. A je­śli to jego wina? Wtedy już na­prawdę by­łaby sku­cha. Nie daje mu to spo­koju, ale rów­no­cze­śnie jakby nie po­tra­fił się tym na­prawdę prze­jąć. Bo co może zro­bić? Po­wi­nien za­siąść do wy­pra­co­wa­nia, które mu za­dano, ma też inne lek­cje do od­ro­bie­nia, jed­nak nie czuje w so­bie ani krzty ener­gii. Jest zbyt zmę­czony, żeby po­grać na Play­Sta­tion, nie ma siły do­słow­nie na nic. Kon­rad za­mie­ścił na My Story zdję­cie pary wiel­kich cyc­ków. "Nowe na li­ście..." - ko­men­tuje, do­da­jąc wy­szcze­rzoną emotkę. Przez na­stępne dwa­dzie­ścia cztery go­dziny reszta chło­pa­ków bę­dzie żyła w prze­ko­na­niu, że ich kum­pel zna­lazł się w po­bliżu tych dwóch do­rod­nych oka­zów. Taaa, na pewno. Kon­rad po­trafi być me­gaw­kur­wia­jący - na sna­pie, na fej­sie, na YouTu­bie - i w re­alu. Cie­kawe, skąd ma to zdję­cie. I kto na nim jest, czyżby ja­kaś dziew­czyna ze szkoły? Lu­kas nie ma za­miaru go py­tać, nie da mu tej sa­tys­fak­cji. Wy­stu­kuje zda­nie na te­le­fo­nie: "Wszę­dzie krążą wilki, a drzewa nie są tym, na co wy­glą­dają". Po­tem je ka­suje, to zbyt wy­du­mane. "Nie­na­wi­dzę swo­jego ży­cia, ko­cham swo­ich przy­ja­ciół, ko­cham swoje ży­cie, nie­na­wi­dzę swo­ich przy­ja­ciół, kie­dyś to wszystko bę­dzie miało ja­kiś sens". Znów to ka­suje i od­rzuca te­le­fon. Jak można się do­wie­dzieć, czy jest ktoś, kto na­prawdę cię ko­cha, w ro­dzi­nie i wśród przy­ja­ciół? Jak w ogóle można być pew­nym? A je­śli tylko udają? Ktoś po­wi­nien wy­na­leźć coś w ro­dzaju wy­kry­wa­cza kłamstw, któ­rym można by spraw­dzić, co jest czym, kto jest kim. Czy je­steś moim przy­ja­cie­lem? Mogę na cie­bie li­czyć? Jak mnie po­strze­gasz? Na­prawdę mnie lu­bisz? Taka wie­dza by­łaby przy­datna. Dla­czego żyję? Musi prze­cież ist­nieć ja­kiś po­wód. Wszy­scy pieją, że trzeba ko­rzy­stać z ży­cia, skąd to, kurwa, wzięli? On ze swo­jego na pewno nie ko­rzy­sta, jest na to zbyt zmę­czony. Są dni, kiedy wszystko wy­daje mu się zbyt cięż­kie i zbyt trudne do ogar­nię­cia. Zmę­cze­nie wy­sysa z niego wszelką ży­ciową ener­gię. Ma je­dy­nie siły na za­cią­gnię­cie za­słon, le­że­nie w łóżku i ga­pie­nie się w su­fit, za­śnię­cie i po­zwo­le­nie na to, żeby nie­dziela po­żarła się od we­wnątrz. Robi sel­fie, na któ­rym udaje mar­twego: głowa na po­duszce, wy­ba­łu­szone oczy, ję­zyk zwi­sa­jący z ust. "Ob­chody Hu­ber­tusa ra­zem z ro­dziną. Fuck, umie­ram" - pi­sze i po­syła to na Sna­pie Sa­mu­elowi. Przy­ja­ciel od­po­wiada na­tych­miast: "Haha, R.I.P. ".

Cille

Świat pra­gnie zwy­cięz­ców, a nie zmę­czo­nej bez­ro­bot­nej matki dwojga dzieci. Lu­dzie jej uni­kają, czuje to. Od­su­wają się, nie chcą się za­ra­zić jej nie­szczę­ściem. Wolą roz­ma­wiać z kimś, kogo ota­cza aura suk­cesu, która też im się udziela. Cille ich ro­zu­mie. Chowa się w domu. A kiedy w końcu zdo­bywa się na od­wagę, żeby z niego wyjść, lu­dzie wi­dzą po niej, że nie na­leży do świata ży­wych, że czuć od niej stę­chli­zną, po­rażką, zdzi­wa­cze­niem. Zdaje so­bie sprawę ze swo­jej ne­ga­tyw­nej karmy. Nie ma siły, za dużo śpi, brak jej pew­no­ści sie­bie i czę­sto na­cho­dzą ją wąt­pli­wo­ści co do naj­prost­szych spraw. Jakby tkwiła w błęd­nym kole: nie znaj­duje pracy, bo jest bez pracy. Z każ­dym ko­lej­nym mie­sią­cem jej CV wy­daje się co­raz mi­zer­niej­sze. Nie za­pra­szają jej na­wet na roz­mowy. Na po­czątku paź­dzier­nika miała kilka lep­szych dni, wtedy po­stą­piła zgod­nie z ra­dami Aska. Po­sta­no­wiła prze­rwać ten za­klęty krąg i uchwy­cić się choćby naj­mniej­szej szansy po­wrotu na ry­nek pracy i do nor­mal­nej co­dzien­no­ści. Apli­ko­wała na sta­no­wi­sko gra­ficzki w dziale ko­mu­ni­ka­cji Duń­skiego Czer­wo­nego Krzyża, w ra­mach wo­lon­ta­riatu. Po­my­ślała, że mógłby to być dla niej do­bry start - wo­lon­ta­riat w naj­więk­szej i naj­star­szej or­ga­ni­za­cji hu­ma­ni­tar­nej. Z ra­do­ścią my­ślała o pracy na rzecz słusz­nej sprawy i trudno było jej so­bie wy­obra­zić, że coś mo­głoby pójść nie tak. Oczyma du­szy wi­działa już sie­bie opro­mie­nioną tym no­wym bla­skiem. Praca w wo­lon­ta­ria­cie do­brze do niej pa­so­wała. Pra­gnęła się za­an­ga­żo­wać, być rzecz­niczką lu­dzi ciężko do­świad­czo­nych przez los, po­ma­gać in­nym. Tsu­nami, trzę­sie­nie ziemi w Ne­palu, dzia­ła­nia wo­jenne na Bli­skim Wscho­dzie, po­zba­wione opieki dzieci uchodź­ców, białe je­epy ze zna­kiem czer­wo­nego krzyża na da­chu, za­cho­wu­jący sto­icki spo­kój ra­tow­nicy me­dyczni i pie­lę­gniarki - wy­obra­żała so­bie, jak sama staje się czę­ścią tej po­mo­co­wej spo­łecz­no­ści i jest w sta­nie zro­bić coś do­brego dla świata. Za­po­znała się z sied­mioma pod­sta­wo­wymi za­sa­dami, we­dług któ­rych działa Czer­wony Krzyż: hu­ma­ni­ta­ryzm, bez­stron­ność, neu­tral­ność, nie­za­leż­ność, do­bro­wol­ność, jed­ność, po­wszech­ność. Wy­dały się jej ab­so­lut­nie słuszne, za­częła spo­rzą­dzać szkice, które po­zwo­li­łyby ująć te za­ło­że­nia w po­staci gra­ficz­nej, i za­łą­czyła je do swo­jego po­da­nia, wy­ka­zu­jąc się w ten spo­sób za­an­ga­żo­wa­niem i ini­cja­tywą. W wy­obraźni wi­działa już sie­bie wpi­saną w ten nowy do­nio­sły kon­tekst, w końcu, na­resz­cie znaj­du­jącą ja­kiś punkt za­cze­pie­nia. Wy­po­sa­żona w swoje umie­jęt­no­ści i kom­pu­ter wy­po­wie­dzia­łaby walkę gło­dowi, woj­nom i ka­ta­stro­fom na­tu­ral­nym. Cille chciała być Czer­wo­nym Krzy­żem, za­wsze na po­ste­runku, przez dzie­sięć go­dzin w ty­go­dniu w ich od­dziale w Lyngby. Jej po­dróż do tej no­wej obie­cu­ją­cej ziemi roz­po­częła się wraz z wy­sła­niem po­da­nia.

Od­mowa przy­szła w ostatni czwar­tek i ude­rzyła w nią ni­czym po­cisk lot­ni­czy. Było im przy­kro, że po­sta­no­wili wy­brać na to sta­no­wi­sko ko­goś in­nego, ale mieli na­dzieję, że mimo to mo­głaby do­łą­czyć do ich sztabu wo­lon­ta­riu­szy od­wie­dza­ją­cych osoby po­trze­bu­jące. "Dzięki temu bę­dziesz mo­gła uczy­nić ich ży­cie lep­szym" - na­pi­sali. Cille za­szyła się w ciem­no­ści sy­pialni i od­zy­skała nad sobą po­wierz­chowne pa­no­wa­nie, do­piero gdy nad­szedł czas wyjść na świa­tło dzienne i ode­brać dzieci ze szkoły. Nikt jej nie po­trze­buje, na­wet w cha­rak­te­rze dar­mo­wej siły ro­bo­czej. Na­daje się tylko do po­ma­ga­nia sta­rym i sa­mot­nym. Ubiega się o wszyst­kie ogła­szane sta­no­wi­ska dla gra­fi­ków, ale są ty­siące in­nych kan­dy­da­tów - zdol­nych, in­no­wa­cyj­nych, ela­stycz­nych, my­ślą­cych glo­bal­nie - a pracy jak na le­kar­stwo. Nie­długo mi­nie rok od jej ostat­niego za­trud­nie­nia na czas okre­ślony w ma­łej fir­mie odzie­żo­wej w H?r­shol­mie. Nie stać ich było na za­trzy­ma­nie jej u sie­bie, wszyst­kie za­da­nia zwią­zane z pro­wa­dze­niem strony in­ter­ne­to­wej zle­cono pra­cow­ni­kom z In­dii, gdzie ja­kość wy­ko­ny­wa­nej pracy jest wy­soka, a kosz­tuje ona jedną piątą tego, co w Da­nii. Cille nie na­daje się do by­cia bez­ro­botną, nie na­leży do ta­kich osób, chcia­łaby za­ra­biać wła­sne pie­nią­dze i stać się peł­no­prawną człon­ki­nią spo­łe­czeń­stwa. Ci, któ­rzy nie pra­cują, nie są ni­kim wię­cej niż jego naj­słab­szym ogni­wem i tak na­prawdę nie przy­na­leżą do wspól­noty. Cille jest ni­kim, a nikt nie ma ochoty na za­trud­nia­nie ko­goś ta­kiego, jest nie­wy­raźna i nie taka, jak po­winna, wła­ści­wie jej tu­taj nie ma.

Ask

Spo­tyka Edu­arda Ma­ceda przy ba­rze i to spo­tka­nie oka­zuje się przy­jem­nie sty­mu­lu­ją­cym punk­tem przy­ję­cia. Ask cho­dzi tylko na te im­prezy, od któ­rych nie może się wy­mi­gać, ale i tak jest ich zbyt wiele - uro­dzi­nowe, ju­bi­le­uszowe, z oka­zji czy­je­goś awansu albo po­że­gnalne. Or­ga­ni­zuje się je za­wsze póź­nym po­po­łu­dniem, kiedy po­wi­nien pra­co­wać, tre­no­wać albo po­woli zbie­rać się do domu. Tak długo, jak Askowi uda się pod­trzy­mać roz­mowę z tym cza­ru­ją­cym nie­zna­jo­mym, bę­dzie pa­so­wał do nie­sko­or­dy­no­wa­nego i ulot­nego kształtu tej im­prezy. Przy­ję­cia są sym­bo­liczne. Wy­pija się na nich pół kie­liszka bia­łego wina, je­dze­niem nie da się na­sy­cić, nie można po­rząd­nie z ni­kim po­ga­dać i wła­śnie o to cho­dzi. Przy­ję­cia są areną dla chwy­tli­wych na­głów­ków, ide­alną wi­tryną suk­cesu. U nas w fir­mie sprawy idą do­brze, no kurwa, mamy ro­boty po pa­chy, ni­gdy nie było le­piej, a u was ja­koś leci? Szyb­kie uśmie­chy, dwu­znaczne po­kle­py­wa­nie po ra­mie­niu przez klien­tów, sze­fów, ko­le­gów i kon­ku­ren­tów, z któ­rymi Ask dzieli tę samą tę­sk­notę: wo­le­liby zna­leźć się gdzie in­dziej. Z Edu­ar­dem ła­two się roz­ma­wia, wy­gląda na fa­ceta tuż przed czter­dziestką, może star­szego. Jest nie­zwy­kle wy­pie­lę­gno­wany, włosy ide­al­nie po­far­bo­wane, skóra eks­tre­mal­nie za­dbana - jego ca­ło­ściowy wy­gląd wy­daje się tak do­sko­nale skom­po­no­wany, że trudno go do­kądś przy­po­rząd­ko­wać.

- Och, co za ulga, jak miło spo­tkać ko­goś przy­zwo­itego, kiedy za­cią­gnięto cię na nudne przy­ję­cie w ob­cym kraju - wy­znaje ze śmie­chem.

On i jego po­cho­dzący ze Szwaj­ca­rii mąż wła­śnie prze­pro­wa­dzili się do Da­nii z Ber­lina. Sam uro­dził się w Mek­syku, ale od ja­kie­goś czasu prze­nosi się z kraju do kraju, do­kąd tylko za­pro­wa­dzi ich praca Mo­ritza. Ask udaje, że przy­wykł do słu­cha­nia męż­czy­zny opo­wia­da­ją­cego o swoim mał­żonku, i kiwa głową ze zro­zu­mie­niem. Lu­dziom wolno brać ślub, z kim chcą, coś mu się po­doba w tym Edu­ar­dzie, który słu­cha z za­in­te­re­so­wa­niem wszyst­kich opo­wie­ści Aska, a w do­datku mówi do­sko­nale po an­giel­sku.

- To­wa­rzy­szę Mo­rit­zowi na do­bre i na złe. Je­ste­śmy jak bra­cia. Bra­cia z pew­nym ma­łym se­kre­tem. - Znów wy­bu­cha śmie­chem. Przed Ber­li­nem miesz­kali w Sztok­hol­mie. - Ży­wi­li­śmy się mango i czer­wo­nym mię­sem, tak trudno było zjeść w Szwe­cji po­rządny po­si­łek. Wszystko sma­ko­wało zbyt prza­śnie. Nie­cie­ka­wie! Je się tam tyle zbóż. W do­datku to zimno! Szwe­dzi są jak małe gry­zo­nie, które za­szy­wają się w swo­ich no­rach i chru­pią zboża od rana do wie­czora. Müsli tu, müsli tam. Otręby owsiane, otręby pszenne, chrup­kie pie­czywo. - Edu­ardo wy­krzy­wia twarz i za­ci­ska usta. - Do­słow­nie wszę­dzie te zboża! Czy ty jako ro­do­wity miesz­ka­niec Skan­dy­na­wii mo­żesz mi wy­ja­śnić, dla­czego Szwe­dzi mają ta­kiego bzika na punk­cie pro­duk­tów zbo­żo­wych? Nie mó­wiąc o strasz­nie wy­so­kich ce­nach! Na tym zim­nie mu­sie­li­śmy trzy­mać się bli­sko sie­bie, grze­jąc się kiep­skim wi­nem, które można było na­być tylko w pań­stwo­wych skle­pach mo­no­po­lo­wych! Gdy chcie­li­śmy się na­pić praw­dzi­wego szam­pana, nie było in­nego wyj­ścia, niż je­chać do Da­nii na za­kupy! Po­wie­dzia­łem Mo­rit­zowi, że musi po­pro­sić o prze­nie­sie­nie do in­nego od­działu. "Wy­bie­raj - ja albo Szwe­cja". Tam się nie da żyć!

Edu­ardo Ma­cedo śmieje się na cały głos. Ask mu wtó­ruje, daje się po­rwać temu ży­wio­ło­wemu Mek­sy­ka­ni­nowi i unieść jego ży­cio­daj­nej, tro­pi­kal­nej rzece, na któ­rej wo­dach jest w sta­nie się utrzy­mać na­wet nie­śmiały chło­pak od McKin­seya ze swoją nie­po­rad­no­ścią w pro­wa­dze­niu roz­mowy. Wszystko, co się wiąże z tym Edu­ar­dem, wy­daje się ku­szące i lek­kie, jakby był ja­kimś eg­zo­tycz­nym cen­trum mocy, całą swoją osobą obie­cu­ją­cym przy­godę i do­bro­byt. W tym, co mówi, nie ma ma­łost­ko­wo­ści ani prawa Jante, zrów­nu­ją­cego wszyst­kich bez względu na pre­dys­po­zy­cje i moż­li­wo­ści. To na­prawdę wy­zwa­la­jące spo­tkać ta­kiego czło­wieka. Jego brą­zowe oczy i biały uśmiech na gład­kiej opa­lo­nej twa­rzy pro­mie­niują bez­tro­ską i ra­do­ścią. Ape­ty­tem na ży­cie. Dla­czego geje za­wsze wy­dają się ra­do­śniejsi i bar­dziej za­do­wo­leni z ży­cia niż męż­czyźni w he­te­ro­sek­su­al­nych związ­kach? - oto py­ta­nie, które, do cho­lery, warto so­bie za­dać.

- A ty sam? - pyta Ask, nieco zdez­o­rien­to­wany. - Czym się zaj­mu­jesz? - Usi­łuje zro­zu­mieć cały ten układ. - Czy twoja praca jest na tyle ela­styczna, że mo­żesz tak po pro­stu prze­pro­wa­dzać się ra­zem z Mo­rit­zem?

- Ja? Nie zaj­muję się ni­czym! Od­wie­dzam przy­ja­ciół i zna­jo­mych tu i tam, a kiedy je­stem w domu, dbam o Mo­ritza, or­ga­ni­zuję przy­ję­cia i wspólne ko­la­cje. Uwierz mi, że gdyby nie ja, nie wi­dy­wa­li­by­śmy się z ni­kim! W tym wzglę­dzie Mo­ritz jest po­twor­nie nudny. Po po­wro­cie z pracy nie ma siły udzie­lać się to­wa­rzy­sko. A wła­śnie, skoro o tym mowa... przyjdź do nas na ko­la­cję, wy­na­ję­li­śmy obłędne miesz­ka­nie przy Kon­gens Ny­torv! I przy­pro­wadź swoją prze­miłą żonę! Za­wsze urzą­dzamy więk­sze przy­ję­cia w pierw­szą so­botę mie­siąca. Cu­dow­nie by było się z wami spo­tkać. Masz pro­fil na Fa­ce­bo­oku, prawda? Za­raz cię znajdę. - Jego palce wir­tu­ozer­sko prze­śli­zgują się po wy­świe­tla­czu. Edu­ardo mruga do Aska i po­syła mu sze­roki uśmiech. - Przyj­mij mnie do grona zna­jo­mych, wtedy wy­ślę ci wszyst­kie szcze­góły. Za nowy po­czą­tek w Ko­pen­ha­dze, naj­bar­dziej cool ze wszyst­kich skan­dy­naw­skich sto­lic! Mam do­bre prze­czu­cia co do tego miej­sca. Tylu tu mi­łych lu­dzi. - Unosi kie­li­szek i wy­pija do końca jego za­war­tość. - Za spo­tka­nie.

- Na pewno spy­tam żonę. Dam ci znać. I dzię­kuję za za­pro­sze­nie. - Askowi plą­cze się ję­zyk, osza­ła­miają go ta przy­ja­zność i na­tych­mia­stowe prze­cho­dze­nie do czynu. To pew­nie przez tę go­rącą mek­sy­kań­ską krew, która krąży w ciele nieco ży­wiej niż ta zwy­kła. Trudno po­wie­dzieć, czy Cille bę­dzie skłonna przy­jąć tak nie­spo­dzie­wane za­pro­sze­nie od ob­cej osoby. Pew­nie nie. Ten Edu­ardo tro­chę go za­in­try­go­wał, za­bawny fa­cet. Ask chęt­nie wy­brałby się na ko­la­cję tuż przy Kon­gens Ny­torv, w sa­mym sercu Ko­pen­hagi. Dla­czego nie? Może wła­śnie taki wie­czór coś zmieni? Dziećmi zaj­mie się opie­kunka, a oni wresz­cie gdzieś wyjdą, po­znają zu­peł­nie no­wych lu­dzi. Na swoim przed­mie­ściu cho­dzą wciąż w te same miej­sca, taka zmiana oto­cze­nia wyj­dzie im na zdro­wie, wręcz jej po­trze­bują.

***

Edu­ardo Ma­cedo pi­sze do niego już na­stęp­nego dnia - chce po­twier­dzić wczo­raj­sze za­pro­sze­nie i po­dzię­ko­wać za miłą roz­mowę. Ma na­dzieję, że Ask i jego żona mają ochotę spo­tkać się z nimi na ko­la­cji, w kręgu przy­ja­ciół, w pierw­szą so­botę grud­nia. Za­czną o dzie­więt­na­stej, nie obo­wią­zują żadne stroje wie­czo­rowe, wszystko ma być na lu­zie, po pro­stu kil­koro przy­ja­ciół, no­wych i sta­rych, spo­tyka się przy drin­kach i do­brym je­dze­niu. "Naj­waż­niej­sze, że­by­ście przy­szli, a spra­wi­cie mnie i Mo­rit­zowi dużą ra­dość!" Ask nie spy­tał jesz­cze Cille. Naj­pierw po­święca sporo czasu na spraw­dze­nie fa­ce­bo­oko­wego pro­filu Edu­arda. Mek­sy­ka­nin bar­dzo go za­in­try­go­wał. Ma w so­bie coś, tylko Ask musi zro­zu­mieć co. Na pro­filu męż­czy­zny z przy­ję­cia wi­dzi ozna­czone naj­bar­dziej eks­klu­zywne lo­ka­li­za­cje na kuli ziem­skiej. Prze­wija te z ostat­nich dwu­na­stu mie­sięcy. Zdję­cie z grud­nia ze­szłego roku po­ka­zuje Edu­arda i Mo­ritza na tro­pi­kal­nej plaży wraz z dwiema ciem­no­wło­symi pięk­no­ściami w bia­łych bi­kini. Opa­trzono je ży­cze­niami: "We­so­łych Świąt z Bra­zy­lii". Mie­siąc póź­niej opu­bli­ko­wano inną fo­to­gra­fię, przed­sta­wia­jącą Edu­arda ra­zem z ja­kimś mło­dym męż­czy­zną w kom­bi­ne­zo­nach nar­ciar­skich i di­zaj­ner­skich oku­la­rach na ośnie­żo­nym stoku w Cha­mo­nix. "Po­zdro­wie­nia z Alp. Jazda na nar­tach jest świetną za­bawą, kiedy je­steś w do­brym to­wa­rzy­stwie!" Wiel­ka­noc spę­dzają w bi­zan­tyj­skim pa­lazzo w We­ne­cji, po­kój ho­te­lowy wy­gląda, jakby miał wy­so­kość co naj­mniej dwu­dzie­stu me­trów.

Cille, którą ką­pie wła­śnie dzieci, woła do niego z ła­zienki:

- Ask? Zlew się za­pchał! Mo­żesz przy oka­zji wy­mie­nić ża­rówkę, która się prze­pa­liła w kuchni?!

Tak go po­chła­nia Wiel­ka­noc Edu­arda, że za­po­mina od­po­wie­dzieć. Te­raz ogląda po­sty za­miesz­czone na pro­filu Mek­sy­ka­nina trzy ty­go­dnie póź­niej. Edu­ardo jest w Se­willi, skąd pi­sze: "Po­kój z wi­do­kiem i śnia­da­nie, dla któ­rych warto się obu­dzić. Czego tu nie lu­bić?". Zdję­cie uka­zuje apar­ta­ment z an­tycz­nymi me­blami, cięż­kimi we­lu­ro­wymi za­sło­nami i gu­stow­nie na­kry­tym sto­łem z bia­łym ob­ru­sem przed otwar­tymi drzwiami bal­ko­no­wymi. Wi­dok na da­chy Se­willi jest po­wa­la­jący, a śnia­da­nie wy­gląda jak wy­jęte z ja­kie­goś filmu: jajka, owoce, cro­is­santy, małe srebrne mi­seczki z mio­dem i mar­mo­ladą. Szam­pan chło­dzący się w wia­derku i dwa wy­so­kie, smu­kłe kie­liszki. Co się za tym kryje? Ja­kim cu­dem ten męż­czy­zna pro­wa­dzi ta­kie ży­cie? Kim on jest? Cille znów go woła: czy Ask zmie­nił tę ża­rówkę w kuchni i czy po­czyta To­bia­sowi i Ta­rze na do­bra­noc, zlew ode­tkała sama.

- Za­raz przyjdę, daj mi jesz­cze dwie mi­nuty, mam ważny e-mail - woła i znów wrzuca w Go­ogle Edu­arda.

Musi ist­nieć ja­kieś wy­ja­śnie­nie. Ni­kogo poza prze­stęp­cami i człon­kami ro­dziny kró­lew­skiej nie stać na ta­kie ży­cie. Nie znaj­duje ni­czego poza pro­fi­lem na In­sta­gra­mie i stroną in­ter­ne­tową ze zdję­ciami z po­dróży, którą już wcze­śniej do­kład­nie prze­cze­sał. Gdzieś musi się kryć coś wię­cej. Kim on jest? Kimś w ro­dzaju za­wo­do­wego he­do­ni­sty? Luk­su­so­wego glob­tro­tera? A może jest am­ba­sa­do­rem ja­kie­goś fun­du­szu albo zna­nej marki, na przy­kład sieci ho­te­lo­wej? Jak fi­nan­suje te wszyst­kie po­byty w ho­te­lach, wy­jazdy na narty, wa­ka­cje na wy­spach, ko­la­cje, kon­sump­cję szam­pana, re­stau­ra­cje, przy­ję­cia - w czym kryje się jego se­kret? Czyżby był prze­stępcą po­dat­ko­wym? A może przed kimś ucieka? A je­śli to pie­nią­dze ma­fii? Ask sie­dzi ner­wowo na brzegu krze­sła, wie, że po­wi­nien się ode­rwać od kom­pu­tera. Musi na­mó­wić Cille na tę ko­la­cję przy Kon­gens Ny­torv. Po­śpiesz­nie za­myka lap­top i wy­cho­dzi do kuchni wy­mie­nić ża­rówkę, a po­tem szybko kie­ruje się do po­koju dzieci. Ko­niecz­nie mu­szą pójść na tę im­prezę, po­sta­na­wia w mo­men­cie, gdy czyta Roz­bój­ni­ków z Kar­da­monu i wi­dzi dzieci le­żące na­prze­ciwko sie­bie w łóżku To­biasa. Nie chce, żeby jego ży­cie tak wy­glą­dało. Ask ko­cha swoją ro­dzinę, oczy­wi­ście, że tak, ale czę­sto przy­ła­puje się na tym, że my­śli o cza­sie spę­dza­nym w domu jak o czymś, co chciałby mieć jak naj­szyb­ciej za sobą. Ko­twica w bez­piecz­niej przy­stani bar­dziej przy­po­mina kulę u nogi. Gdy tylko dzieci za­sną, po­szuka wię­cej in­for­ma­cji na te­mat tego Edu­arda. Kim jest ten czło­wiek? Całe to szczę­ście i lek­kość nie po­ja­wiają się zni­kąd, mu­szą mieć ja­kieś źró­dło, na pewno można je lo­giczne wy­ja­śnić.

Lu­kas

Po lek­cjach jadą z chło­pa­kami na cmen­tarz Or­drup, żeby ro­zej­rzeć się za ko­le­siem o ksy­wie Po­thead. Ostat­nio był tu­taj kilka dni temu, za­wsze sie­dzi w tym sa­mym za­kątku obok drzew o czer­wo­nych li­ściach. To ide­alne miej­sce, nikt tu nie przy­cho­dzi, a mar­twi nic ni­komu nie po­wie­dzą. Po­the­ada nie ma na jego ławce. Jadą ro­we­rami na sta­cję w Or­drup, żeby go po­szu­kać, po­tem spraw­dzają plac za­baw w Klam­pen­borgu, gdzie też czę­sto bywa. Na ko­niec kie­rują się na sta­cję w Char­lot­ten­lun­dzie. Cmen­tarz, plac za­baw, sta­cja to złoty trój­kąt, w któ­rym Po­thead sprze­daje swój to­war. Po­thead to ru­do­włosy chło­pak, wcze­śniej cho­dził chyba do pod­sta­wówki Tj?r­ne­g?rds­sko­len. Nie wie­dzą, czym się te­raz zaj­muje, ra­czej nie kon­ty­nu­uje na­uki. Cza­sami sie­dzi na swo­jej ławce już od po­łu­dnia. Za­pewne wy­rzu­cili go z li­ceum, a może ni­gdy do niego nie po­szedł - o ta­kie rze­czy się nie pyta. Znaj­dują go w tu­nelu sta­cji w Char­lot­ten­lun­dzie. Wita ich ski­nie­niem głowy i unie­sie­niem dłoni. Nie od­zywa się za dużo, ale wiele o nim mówi jego ubiór - na sprze­da­wa­nym to­wa­rze za­ra­bia nie­złą kasę. Hasz można do­stać ta­niej w Chri­stia­nii, na­boje z ga­zem roz­we­se­la­ją­cym jest w sta­nie zdo­być pierw­szy lep­szy de­bil, jed­nak oni naj­bar­dziej lu­bią ku­po­wać u Po­the­ada. Ni­gdy nie ma kwa­sów z po­wodu ja­ko­ści, po­trafi też za­ła­twić droż­szy to­war. W ze­szłym ty­go­dniu chciał im sprze­dać ko­ka­inę i he­ro­inę do pa­le­nia.

- Ko­le­dzy, mu­si­cie tego spró­bo­wać, na maksa daje w cza­chę. To­talny od­lot! To­talny.

Nie stać ich było, więc ku­pili to, co zwy­kle. Tak jak dziś. Biorą parę jo­in­tów i jadą za­pa­lić na placu za­baw. Cza­sami ku­pują hasz, który za­bie­rają do Lu­kasa i palą z bonga. Na po­czątku ro­bili to tylko dla za­bawy, raz na ja­kiś czas. Te­raz ja­ra­nie we­szło im w na­wyk, mają "se­ryjny ubaw", jak na­zywa to Kon­rad. Naj­czę­ściej za­glą­dają tu­taj w czwartki i piątki, na do­bry po­czą­tek week­endu. Lu­kas ku­puje od Po­the­ada także w ciągu ty­go­dnia, bez to­wa­rzy­stwa chło­pa­ków. Nie mówi in­nym, że pali też wtedy, gdy jest sam. To dwie osobne sprawy, które nie mają ze sobą nic wspól­nego. Pa­le­nie w sa­mot­no­ści prze­biega zu­peł­nie ina­czej. Ma to zwią­zek z pi­sa­niem i zro­zu­mie­niem sie­bie, rze­czami, o któ­rych nie może po­roz­ma­wiać z chło­pa­kami. Roz­my­śla o naj­róż­niej­szych spra­wach, od­pręża się i czuje tro­chę tak, jakby zni­kał. Robi to po po­łu­dniu albo wie­czo­rem, kiedy jest sam w domu. Pali na ta­ra­sie albo otwiera oby­dwa okna w swoim po­koju i staje w prze­ciągu, żeby ro­dzice ni­czego nie wy­czuli. Nie są szcze­gól­nie spo­strze­gaw­czy, nie po­dej­rze­wają go o nic po­dob­nego, nie wie­dzą na­wet, czego mie­liby szu­kać, i z całą pew­no­ścią nie po­tra­fią roz­po­znać za­pa­chu. Matka twier­dzi, że ni­gdy nie pró­bo­wała za­pa­lić pa­pie­rosa, o ojcu trudno ra­czej po­wie­dzieć to samo, na­to­miast jego grzeszki mło­do­ści prę­dzej wiążą się z nad­uży­wa­niem al­ko­holu i ko­biet. Oby­dwoje są za­je­bi­ści w swoim fa­chu, ale nie ob­cho­dzi ich pra­wie nic poza wła­snymi du­pami. Są tak ku­rew­sko za­jęci sobą. W domu przy Ham­bros Allé pod nu­me­rem dzie­wią­tym każdy żyje osobno. Od Lu­kasa rów­nież w pew­nym stop­niu ocze­kuje się, że ze wszyst­kim po­ra­dzi so­bie sam, i wła­śnie tak się dzieje.

Ca­ro­line

Wpa­dła na nowy po­mysł, wła­ści­wie to gdzieś o tym prze­czy­tała. W po­nie­działki, środy i nie­dziele będą je­dli ra­zem ko­la­cję, wszy­scy troje. Od wspól­nych po­sił­ków nie da się wy­mó­wić bra­kiem czasu, pracą, od­ra­bia­niem lek­cji czy umó­wio­nymi spo­tka­niami. Ca­milla i Frank, jej sio­stra i szwa­gier, je­dzą ra­zem z dziećmi każ­dego dnia, pra­wie bez wy­jątku. Przy­ja­ciółka Ca­ro­line, Su­san, także dość bez­względ­nie prze­strzega tego, żeby o sta­łej po­rze zjeść z ro­dziną cie­pły po­si­łek. Ca­ro­line już od dawna nie daje spo­koju, że cze­goś im bra­kuje, więc wspólne ko­la­cje by­łyby do­brym po­cząt­kiem zmiany. Pod­czas swo­ich wy­kła­dów głosi, że "ro­dzina jest sumą na­szych wła­snych wy­sił­ków" - pro­blem w tym, że nie za­wsze sama się do tego sto­suje.

- Sta­niemy się pa­ro­dią ro­dziny, je­śli raz na ja­kiś czas nie spo­tkamy się wszy­scy ra­zem, to na­prawdę ważne - wy­ja­śnia Ka­aremu i Lu­ka­sowi.

Skoro inni mogą, im także musi się udać. Czy­tała o pew­nym ba­da­niu, które po­ka­zało, że od­se­tek roz­wo­dów jest naj­niż­szy wśród ro­dzin prak­ty­ku­ją­cych wspólne je­dze­nie każ­dego dnia. Dzieci po­cho­dzące z do­mów, gdzie re­gu­lar­nie jada się ra­zem ko­la­cję, są mniej skłonne do pa­le­nia pa­pie­ro­sów, pi­cia al­ko­holu i re­zy­gna­cji z na­uki w szkole. Na­to­miast tym nie­ja­da­ją­cym z ro­dzi­nami grozi więk­sze ry­zyko sta­nia się nar­ko­ma­nami, na­sto­let­nimi mat­kami, prze­stęp­cami, człon­kami gan­gów. I po­my­śleć, że tak wiele za­leży od tej jed­nej rze­czy, a mimo to lu­dzie tego nie ro­zu­mieją! U Kri­stian­se­nów wspólne je­dze­nie każ­dego dnia nie jest oczy­wi­ście moż­liwe, Ca­ro­line i Ka­are mają zbyt wiele obo­wiąz­ków zwią­za­nych z pro­wa­dze­niem swo­ich firm, ale mo­gliby po­sta­wić so­bie za cel wspólną ko­la­cję trzy razy w ty­go­dniu. Po­mysł po­lega na tym, żeby w ty­go­dniu każde z nich na zmianę od­po­wia­dało za pod­grza­nie po­siłku przy­go­to­wa­nego przez Na­tię albo ku­pie­nie cze­goś na wy­nos. O dwu­dzie­stej mają spo­tkać się w kuchni i zjeść ra­zem ko­la­cję, to żadna fi­lo­zo­fia, na pewno da­dzą radę. W po­zo­stałe dni każde z nich za­dba o wy­ży­wie­nie we wła­snym za­kre­sie, ale w po­nie­działki, środy i nie­dziele wszy­scy będą je­dli to samo - oto nowa re­guła.

Dziś przy­pada ko­lej Ca­ro­line. W dro­dze do domu z ?ster­bro ku­piła taj­skie da­nia. Jest kwa­drans po dwu­dzie­stej, ona i Lu­kas są go­towi roz­po­cząć po­si­łek, ale Ka­are wciąż nie wró­cił z pracy.

- Może po pro­stu za­czniemy? - pro­po­nuje Ca­ro­line. - Ina­czej je­dze­nie wy­sty­gnie.

Lu­kas wzru­sza ra­mio­nami.

- Nie wiem. W końcu to środa.

- Ow­szem, ale twój tata naj­wi­docz­niej o tym za­po­mniał. - Wzdy­cha i kręci głową.

Gdy już sie­dzą przy stole, do domu wpada zzia­jany Ka­are. King wita go gło­śnym szcze­ka­niem i pod­sko­kami. Tak się cie­szy na jego wi­dok, że staje na tyl­nych ła­pach. Ka­are obej­muje psa i ca­łuje go w pysk. Wielki pies i wielki męż­czy­zna, nie­okieł­znana fi­zycz­ność, wza­jemna ra­dość z po­now­nego spo­tka­nia, po­tężny ja­zgot. Nie mó­wiąc o za­gro­że­niu dla zdro­wia - kto wie, gdzie ta be­stia ostat­nio wty­kała pysk, zwie­rzęta nie prze­strze­gają hi­gieny, ale Ka­are oczy­wi­ście ma to gdzieś i tylko tar­mosi pu­pila, za­chę­ca­jąc go wręcz do gwał­tow­nych re­ak­cji.

- Ka­are, sie­dzimy przy stole. Umó­wi­li­śmy się, że bę­dziemy je­dli ra­zem o ósmej, zdą­ży­łeś już za­po­mnieć o na­szej no­wej re­gule?

- Prze­pra­szam! Sie­dzia­łem w biu­rze i tak się czymś prze­ją­łem, że za­po­mnia­łem, która go­dzina. Za­raz wam po­wiem, o co cho­dzi!

Ka­are siada do stołu i na­kłada so­bie wielką por­cję na ta­lerz. Mie­sza nu­dle z wo­ło­winą i ryż z kur­cza­kiem w wielką nie­fo­remną kopę, a na wierzch do­kłada parę kre­we­tek ty­gry­sich usma­żo­nych w głę­bo­kim oleju. Ca­ro­line nie może na to pa­trzeć. Ka­are mówi z ustami peł­nymi je­dze­nia, po­le­wa­jąc wznie­sioną pi­ra­midę so­sem so­jo­wym i chili. Jego nie­po­skro­miony en­tu­zjazm wy­gląda nie­bez­piecz­nie zna­jomo. Nie­które z naj­bar­dziej zwa­rio­wa­nych po­my­słów męża za­czy­nały się wła­śnie w ten spo­sób - z ogni­kami w oczach i je­dze­niem w ustach.

- Po­słu­chaj­cie, co wy­my­śli­łem! Będę sprze­da­wał Gen­to­fte resz­cie Da­nii, co tam Da­nii, resz­cie świata! Przy­cią­gnę tu­taj miesz­kań­ców spoza gminy, opo­wiem im o wszyst­kich jej za­le­tach, po­now­nie roz­kręcę cały biz­nes. Dam z sie­bie wszystko! - Twarz mu się roz­ja­śnia jak wiel­kiemu za­do­wo­lo­nemu chłopcu, który aż się pali do po­ka­za­nia, do czego jest zdolny. Spo­gląda na Ca­ro­line, kiwa głową na po­twier­dze­nie swo­ich słów i jed­nym hau­stem opróż­nia szklankę mleka. - Słu­chaj­cie! Gen­to­fte jest naj­bo­gat­szą gminą w Da­nii, a jed­no­cze­śnie naj­mniej­szą. Miesz­kamy w ma­łym graj­dole, gdzie wszystko działa jak w ze­garku, ale czy reszta kraju, reszta świata o tym wie? Na przy­kład An­glicy? Niemcy? Ame­ry­ka­nie? Ci, któ­rzy na pe­wien czas za­mie­rzają się osie­dlić w Ko­pen­ha­dze? Szu­kają wy­god­nej bazy w po­bliżu sto­licy, ale czy wie­dzą, gdzie ją zna­leźć? Czy wy­bredni biz­nes­meni z Fran­cji i z Włoch od­de­le­go­wani do pracy w Da­nii wie­dzą, że po­winni za­miesz­kać w Gen­to­fte? A nasi ro­dacy z Ju­tlan­dii i z Fio­nii? Mamy opi­nię gminy tylko dla bo­ga­tych, ale Gen­to­fte jest dla wszyst­kich, któ­rzy mają tro­chę pie­nię­dzy i chcą się prze­pro­wa­dzić w bar­dziej przy­ja­zne miej­sce. My, któ­rzy tu miesz­kamy i pra­cu­jemy, wiemy, że Gen­to­fte nie koń­czy się na Stran­dve­jen i na Ham­bros Allé. Każda dziel­nica jest wy­jąt­kowa, ma inne ce­chy cha­rak­te­ry­styczne, silne strony i wła­ściwe so­bie ceny nie­ru­cho­mo­ści. Za­mie­rzam spo­rzą­dzić mapę róż­nych ob­sza­rów w ca­łej gmi­nie. Można po­wie­dzieć, że za­biorę się do pracy tak jak so­cjo­log. Dla osób roz­wa­ża­ją­cych prze­pro­wadzkę ważna jest in­for­ma­cja, że mogą tu miesz­kać wszy­scy, trzeba ich tylko skie­ro­wać we wła­ściwe miej­sce. A ja wiem do­kąd! - Ka­are ude­rza pal­cem wska­zu­ją­cym o stół wraz z każ­dym wy­po­wia­da­nym sło­wem. - Miesz­kam tu­taj już od dzie­się­ciu lat, spę­dzi­łem ka­wał ży­cia na każ­dej z tych cho­ler­nych wil­lo­wych uli­czek i na­resz­cie będę mógł usys­te­ma­ty­zo­wać swoją wie­dzę, otwo­rzyć in­nym oczy na wszyst­kie wspa­nia­ło­ści Gen­to­fte, a tym spo­so­bem także po­móc so­bie! W za­sa­dzie po­wi­nie­nem wejść na twoje te­ry­to­rium i za­cząć wy­gła­szać o tym wy­kłady!

Ca­ro­line wpa­truje się w niego z prze­ra­że­niem.

- Nie zro­bisz tego, Ka­are! Nie wolno ci!

- Spo­koj­nie, nie mam żad­nych kon­kret­nych pla­nów w tym kie­runku, tylko tak po­wie­dzia­łem. Po­słu­chaj: mój po­mysł po­lega na tym, żeby prze­ka­zy­wać wie­dzę o za­le­tach miesz­ka­nia w Gen­to­fte. Chcę zo­stać kimś w ro­dzaju am­ba­sa­dora ni­skiej pre­sji po­dat­ko­wej, do­brych szkół, świet­nie dzia­ła­ją­cych in­sty­tu­cji, le­śnych przed­szkoli i tym po­dob­nych. Kto, jak nie my, zna się na do­brym ży­ciu?! Mamy jedne z naj­lep­szych li­ceów w ca­łym kraju, ba­sen olim­pij­ski, lo­do­wi­sko, halę spor­tową, plażę, las, je­ziora, parki, ob­szary re­kre­acyjne, place za­baw, mnó­stwo do­brych skle­pów, ni­ską prze­stęp­czość, spo­kój i po­rzą­dek, mógł­bym tak w nie­skoń­czo­ność.

- Ale dla­czego? - nie ro­zu­mie Lu­kas. - O co w tym cho­dzi?

Ca­ro­line wy­mow­nie kiwa głową. Otóż to! O co cho­dzi?

- Ro­zej­rzyj się! Mamy to, czego pra­gną wszy­scy! Dla­tego trzeba wyjść do lu­dzi i im o tym po­wie­dzieć, żeby za­częli tu przy­jeż­dżać i ku­po­wać domy, które mam do sprze­da­nia! - Re­cho­cze z za­do­wo­le­niem. - Chcę przy­cią­gnąć tu no­wych oby­wa­teli, my­ślę per­spek­ty­wicz­nie! Zwa­bię klien­tów do swo­jego sklepu! Będę ich prze­ko­ny­wał, że po­winni się wy­pro­wa­dzić z cen­trum, z Fre­de­riks­bergu, z H?r­sholmu, z Hel­sin­g?ru, czy gdzie tam się za­ko­twi­czyli, i za­miast tego przy­by­wać do Gen­to­fte. Do wzo­ro­wej gminy! Wła­śnie dla­tego, Lu­kas! W mar­ke­tingu na­zywa się to stra­te­gią przy­cią­ga­nia. Może uda mi się prze­ka­ba­cić na swoją stronę Hansa To­fta. Ju­tro za­dzwo­nię do bur­mi­strza.

Ca­ro­line wpa­truje się w męża świ­dru­ją­cym wzro­kiem. Kiedy za­świta mu w gło­wie ja­kiś nowy po­mysł, jest nie do za­trzy­ma­nia. Ni­czym czołg roz­jeż­dża­jący wszystko do­okoła i bio­rący w po­sia­da­nie upa­trzoną zie­mię, bez py­ta­nia ko­go­kol­wiek o po­zwo­le­nie.

- Na­niosę na mapę wszyst­kie dziel­nice Gen­to­fte, ra­zem ze zdję­ciami, i opi­szę je zro­zu­mia­łym dla wszyst­kich ję­zy­kiem. Klam­pen­borg znaj­dzie się oczy­wi­ście naj­wy­żej w hie­rar­chii. Zi­lu­struję to pa­ła­cem, je­le­niem i ja­sno­nie­bie­skim ben­tleyem. Char­lot­ten­lund mógł­bym przed­sta­wić za po­mocą srebr­nego bmw, pa­ła­cy­ko­wej willi i la­bra­dora. Sym­bo­lami Hel­le­rupu będą willa z prze­łomu dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego wieku, audi TT i ra­sowy kot. I tak da­lej, aż do Dys­se­g?rd i Van­gede z do­mami sze­re­go­wymi i miesz­ka­niami spół­dziel­czymi, re­naul­tem, ci­tro­ënem, kią i całą resztą. Ni­czego nie po­minę. Mój sys­tem po­każe, że każdy znaj­dzie tu coś dla sie­bie i na swoją kie­szeń. Co wy na to?

Twarz Ka­arego pro­mie­nieje sa­mo­za­do­wo­le­niem i ocze­ki­wa­niem na ich re­ak­cje.

- Ale w jaki spo­sób mia­łoby to po­pra­wić twoją sprze­daż? - chce wie­dzieć Ca­ro­line. - Jak za­mie­rzasz roz­po­wszech­nić swój sys­tem wśród lu­dzi? Jak ma to dzia­łać w prak­tyce?

- Daj mi tro­chę czasu, do­brze? Prze­cież to zu­peł­nie nowy po­mysł. Na pewno uda mi się z tym wy­star­to­wać. Naj­waż­niej­sze, że­by­ście zro­zu­mieli, do­kąd zmie­rzam.

Zda­niem Ca­ro­line jego plan jest zbyt sze­roko za­kro­jony, poza tym wy­kłady to jej ni­sza, Ka­are nie bę­dzie się włó­czył w ślad za nią z ha­słem "Za­miesz­kaj­cie w Gen­to­fte" wy­ma­lo­wa­nym na sztan­da­rach, ga­da­jąc jak na­krę­cony o ba­se­nach i po­dat­kach. Do cięż­kiej cho­lery, niech w końcu sam coś wy­my­śli!

- A tak poza tym, co skła­nia cię do wnio­sku, że Klam­pen­borg po­wi­nien się zna­leźć na szczy­cie hie­rar­chii?

- Droż­sze i pięk­niej­sze domy, więk­sze działki, wiel­ko­pań­ski roz­mach. Za­sta­na­wiam się na­wet, czy nie prze­nieść się z firmą tro­chę da­lej na pół­noc. - Pa­trzy na nią z lek­kim za­wsty­dze­niem. - To zna­czy, w sto­sow­nym cza­sie, kiedy znów stanę na nogi. Są tam naj­więk­sze pie­nią­dze. Wiesz o tym zresztą z wła­snego po­dwórka.

Lu­kas na­kłada so­bie ko­lejną por­cję. Sie­dzi przy stole dłu­żej, niż ma w zwy­czaju.

- Taki Vin­cent z mo­jej klasy mieszka w Klam­pen­borgu - od­zywa się na­gle. - W paź­dzier­niku, pod­czas fe­rii, wy­dał sto dwa­dzie­ścia ty­sięcy.

- Sto dwa­dzie­ścia ty­sięcy w ciągu ty­go­dnia! - Ca­ro­line od­kłada sztućce i pod­nosi na niego wzrok. - Jak to moż­liwe? Co zro­bił?

- Był w Lon­dy­nie z przy­ja­ciółmi, no i wy­rzu­cono ich z miej­sca, w któ­rym miesz­kali. Wtedy Vin­cent wy­na­jął apar­ta­ment w in­nym ho­telu i za­pro­sił na im­prezę kilka dziew­czyn. Jeź­dzili po mie­ście li­mu­zyną i dali czadu, po­pi­ja­jąc szam­pana Moët z pół­to­ra­li­tro­wych bu­te­lek. Ob­cią­żył swoją pla­ty­nową kartę Ma­ster­Card z li­mi­tem na dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­sięcy ko­ron. To on ły­kał ri­ta­lin przed od­da­niem pracy se­me­stral­nej. Nie spał przez trzy dni. Po­tem to od­sy­piał przez trzy­dzie­ści go­dzin. W domu nie mo­gli go do­bu­dzić.

- Co? Jak to w ogóle moż­liwe? Co na to jego ro­dzice? Skąd on wziął tę sub­stan­cję? Prze­cież to nie­le­galne.

Lu­kas wzru­sza ra­mio­nami.

- Chyba ku­pił w sieci. Wszę­dzie mo­żesz to do­stać, wy­star­czy znać wła­ściwe osoby. Wielu tak robi przed od­da­niem więk­szych prac albo przed eg­za­mi­nami. Dzięki le­kom na ADHD jest się za­je­bi­ście skon­cen­tro­wa­nym i ma się dużo lep­sze wy­niki. W ogóle nie po­trze­buje się snu, to me­ga­efek­tywne.

- Kim jest ten chło­pak? To je­den z tych, któ­rzy tu przy­cho­dzą? Czym się zaj­mują jego ro­dzice?

- Oj­ciec pro­wa­dzi ja­kąś dużą firmę, a matka nie wiem, co robi, chyba nie­wiele.

Ca­ro­line wpa­truje się w syna z głę­boką zmarszczką na czole. Kręci głową, nie ma po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć. Ri­ta­lin... czy to moż­liwe? Może Lu­kas prze­sa­dza? Od dawna nie po­świę­cił im tylu mi­nut i słów z rzędu. Do­brze, że w ogóle coś im mówi o tym, co się dzieje w jego ży­ciu. Może po­winna pu­ścić to mimo uszu i za­miast tego się cie­szyć, że po­mysł ze wspól­nymi po­sił­kami naj­wy­raź­niej wy­pa­lił.

- Mu­sisz mi obie­cać, że ni­gdy nie zro­bisz cze­goś ta­kiego. Prawda, że nie przy­szłoby ci to do głowy?

- Nie, nie, spo­koj­nie. Ale, tato... Le­piej jest miesz­kać w Klam­pen­borgu niż tu, gdzie my?

- Tam jest po pro­stu ina­czej. Pa­nuje więk­szy spo­kój. Nie­które domy może ja­koś spe­cjal­nie nie po­wa­lają, ale nie na­leży da­wać się zwieść po­zo­rom. Przy­cho­dzę, dajmy na to, do sym­pa­tycz­nego fa­ceta miesz­ka­ją­cego w żół­tej ce­gla­nej willi, oczy­wi­ście bar­dzo ład­nej, za­dba­nej, ale bez szału. Oto­cze­nie nie ocieka bo­gac­twem, na pod­jeź­dzie żad­nego ja­gu­ara ani astona mar­tina, no ale oka­zuje się, że ten czło­wiek jest wnu­kiem czy pra­wnu­kiem ja­kie­goś tuza albo na przy­kład wże­nił się w ro­dzinę F?r­chów, coś w tym stylu. Wręcz wisi w po­wie­trzu, że to tylko kwe­stia czasu, nim ustawi się jako pierw­szy w ko­lejce po na­prawdę wiel­kie pie­nią­dze. Nie musi się z tym ob­no­sić, bo one spo­koj­nie so­bie krążą w jego krwio­biegu, od za­wsze. Kwoty, które kryją się za tymi fa­sa­dami, Boże drogi, na­wet so­bie tego nie wy­obra­ża­cie! Ro­dzinne for­tuny od po­ko­leń, które z roku na rok pącz­kują i co­raz bar­dziej się roz­ra­stają. W za­ci­szu Klam­pen­borga mają swoją przy­stań przed­się­bior­czy, ro­zumni lu­dzie. A pie­nią­dze po pro­stu tam są i przy­cią­gają ko­lejne. Nie­wy­czer­pane re­zerwy. Więc tak, to do­bre miej­sce do pro­wa­dze­nia firmy. Poza tym Klam­pen­borg jest bramą wjaz­dową do wszyst­kiego, z czego sły­nie pół­nocna Ze­lan­dia: lasu, li­nii brze­go­wej, pięk­nego kra­jo­brazu. Można po­wie­dzieć, że mieszka się tam pra­wie w sa­mym Zwie­rzyńcu.

Ta ostat­nia in­for­ma­cja po­ru­szyła czułą strunę Ca­ro­line.

Klam­pen­borg, Klam­pen­borg, Klam­pen­borg. Coś ją tam wzywa, choć jesz­cze nie wie co.

Lu­kas

Kon­rad stara się, jak może, żeby wejść w ści­słe kręgi li­ce­al­nej elity. W czwartki zda­rza mu się im­pre­zo­wać gdzieś na mie­ście z uczniami dru­giej i trze­ciej klasy, oczy­wi­ście strasz­nie się tym chełpi i na­zywa ich swo­imi no­wymi przy­ja­ciółmi. Opo­wiada, że kilku chło­pa­ków z naj­star­szych klas ry­wa­li­zuje ze sobą o to, kto zrobi naj­bar­dziej od­je­chane fotki pod­czas noc­nych pod­bo­jów i po­dzieli się nimi z resztą na gru­po­wym cza­cie. Kon­rad oczy­wi­ście się tam wkrę­cił i ścią­gnął na te­le­fon mnó­stwo zdjęć. Chło­pacy fo­to­gra­fują po­de­rwane dziew­czyny pod­czas snu albo gdy są zbyt pi­jane czy naja­rane, żeby się zo­rien­to­wać. Na nie­któ­rych zdję­ciach się ką­pią, na in­nych leżą na­gie na łóżku albo na pod­ło­dze. Kon­rad po­ka­zał im jedno przed­sta­wia­jące dziew­czynę w trak­cie ro­bie­nia la­ski ja­kie­muś ty­powi. Ma za­mknięte oczy i nie wy­gląda, jakby wie­działa, że wła­śnie ją fo­to­gra­fują. Obec­nie krąży w obiegu fotka uczen­nicy pierw­szej klasy. Wszy­scy o tym mó­wią. Na imię jej Ka­rina. Ma uro­czą twarz, któ­rej to­wa­rzy­szy ja­kieś dzie­więć­dzie­siąt kilo ży­wej wagi. Na­suwa sko­ja­rze­nia z wiel­kim nie­mow­lę­ciem. Od­kąd w sierp­niu roz­po­częła na­ukę w szkole, Ka­rina stała się tro­feum do upo­lo­wa­nia w za­mknię­tym kręgu chło­pa­ków z trze­ciej klasy. Kon­rad opo­wiada, że ry­wa­li­zo­wali o to, który pierw­szy za­mie­ści na gru­pie zdję­cie cyc­ków Ka­riny, bez­a­pe­la­cyj­nie naj­więk­szych w ca­łej szkole. Wy­grał je­den z sam­ców alfa, zdaje się, że ma na imię Jo­achim. Ka­rina po­szła z nim do domu po ostat­niej szkol­nej im­pre­zie. Są tacy, któ­rzy twier­dzą, że wcią­gnęli kokę, a jesz­cze inni, że Jo­achim zmu­sił dziew­czynę do seksu, ale na zdję­ciu zro­bio­nym w trak­cie nie wy­glą­dała, jakby ktoś ją do cze­goś zmu­szał. "To praw­dziwe porno z tłu­ścio­chami" - śmiał się Kon­rad, po­ka­zu­jąc kum­plom Lu­kasa zrzut ekranu ze Snap­chata. Zdję­cie zro­biono od dołu, Ka­rina sie­dzi na Jo­achi­mie ca­łym swoim wiel­kim pulch­nym cia­łem, oczy za­mknięte, blond włosy przy­kle­jają się do po­licz­ków, jej wi­śniowe usta są otwarte, ko­niu­szek ję­zyka ob­li­zuje górną wargę, a dło­nie mocno ści­skają piersi w roz­mia­rze pi­łek fut­bo­lo­wych. Ma nie­obecny wy­raz twa­rzy, na bank coś wzięła. Naj­pierw zdję­ciem dzie­lili się tylko wta­jem­ni­czeni, ale póź­niej wy­cie­kło poza ich krąg. Wi­dzieli je wszy­scy. Tra­fiło na­wet na za­gra­niczne strony in­ter­ne­towe, któ­rych użyt­kow­nicy nie szczę­dzili mu ko­men­ta­rzy. Ota­go­wano je we wszelki moż­liwy spo­sób: nude fatty girl, horny chubby girl, big hot be­auty, cu­rvy na­ked te­enage girl, fat horny bitch. Ro­dzice Ka­riny skon­tak­to­wali się z kie­row­nic­twem szkoły i zgło­sili sprawę na po­li­cję, bo za­miesz­cza­nie zdjęć w in­ter­ne­cie i ich roz­po­wszech­nia­nie bez po­zwo­le­nia jest ka­ralne. Zda­niem Kon­rada Jo­achim może wy­le­cieć z li­ceum. "I bar­dzo do­brze" - my­śli Lu­kas. Ja­sne, za­baw­nie po­pa­trzeć na ta­kie fotki, ale to me­ga­prze­gię­cie, że tra­fiły do sieci, gdzie do­stęp do nich ma prak­tycz­nie każdy. Ro­dzice Jo­achima za­trud­nili zna­nego ad­wo­kata. Ktoś twier­dzi, że chło­pa­kowi grozi wię­zie­nie, ktoś inny, że kara grzywny, wła­ści­wie nikt nic nie wie na pewno, wszystko jest trzy­mane w ta­jem­nicy, dy­rek­tor szkoły nie po­daje żad­nych ofi­cjal­nych ko­mu­ni­ka­tów, na­uczy­ciele też nie pusz­czają pary z gęby. Wy­star­czył je­den wie­czór, by zu­peł­nie znisz­czyć ży­cie tej dziew­czyny. Wszy­scy są prze­ciwko niej, roz­ma­wiają o niej za ple­cami i żar­tują so­bie z "porno-Ka­riny", "ob­le­śnej la­ski", "głu­piej cipy". Od czasu tego zda­rze­nia nie po­ka­zała się w szkole. Po­dobno pró­bo­wała po­peł­nić sa­mo­bój­stwo, a jej ro­dzina wy­sta­wiła dom na sprze­daż. Pro­file Ka­riny na In­sta­gra­mie, Fa­ce­bo­oku, Twit­te­rze, Tum­bl­rze, Snap­cha­cie zo­stały usu­nięte, znik­nęła ze wszyst­kich grup, zu­peł­nie jakby ni­gdy nie ist­niała. Tylko na nie­licz­nych stro­nach i fo­rach dys­ku­syj­nych wciąż można zna­leźć na­pi­sane przez nią kie­dyś ko­men­ta­rze, poza tym nic. Ro­dzina za­trud­niła spe­cja­li­stów od za­cie­ra­nia śla­dów w in­ter­ne­cie i ży­cie Ka­riny z pierw­szej klasy zo­stało za­koń­czone. Już jej tu nie ma. To dość prze­ra­ża­jące, jedna im­preza i ktoś znika na za­wsze.

Line

Line musi zna­leźć so­bie ja­kieś za­ję­cie przez pra­wie dwa ty­go­dnie, za­nim znów zo­ba­czy się z Pe­te­rem. Usuwa swój pro­fil z Tin­dera, bo wy­daje jej się nie­wła­ściwe wciąż być tam obecną, do­stępną i wi­doczną dla każ­dego, skoro spo­tkała męż­czy­znę, który jej się po­doba. Po­sta­na­wia, że do czasu umó­wio­nej ko­la­cji w Ny­havn na­pi­sze nowy roz­dział książki. Kiedy sie­dzi przy biurku, my­śli nie dają jej spo­koju. Czy w ich wieku seks na dru­giej randce jest czymś nor­mal­nym? Cie­kawe, jak Pe­ter pod­cho­dzi do ta­kich spraw. Co na sie­bie wło­żyć - małą czarną czy le­piej nowe skó­rzane spodnie? At­mos­fera Cap Horn po­zwala na jedno i dru­gie. Line prze­czuwa, że Pe­ter woli bar­dziej tra­dy­cyjny ko­biecy styl, spra­wia wra­że­nie ko­goś, kto do­ce­nia to, że ko­bieta o sie­bie dba, nosi su­kienki, ele­ganc­kie raj­stopy i buty na wy­so­kich ob­ca­sach. Z dru­giej strony Line nie chce się prze­sad­nie wy­stroić. Może wy­bie­rze coś po­mię­dzy - na przy­kład do­brze do­pa­so­wany kom­bi­ne­zon. Do tego parę czó­łe­nek, któ­rych ob­cas pod­wyż­szy ją o kilka cen­ty­me­trów, a w któ­rych jed­no­cze­śnie bę­dzie mo­gła pew­nie stą­pać po bru­ko­wa­nej ulicy, nie bo­jąc się, że wy­kręci stopę albo się po­tknie. Ale naj­waż­niej­sze, że znów się z nim spo­tka. Pe­ter R?n­now - na­wet jego imię i na­zwi­sko mają obie­cu­jące brzmie­nie. Kie­row­nik pro­jek­tów na­uko­wych, spe­cja­li­sta od po­zy­ski­wa­nia środ­ków fi­nan­so­wych, le­karz, pre­zes za­rządu. Jak mało kto zna się na ana­to­mii czło­wieka, po­świę­cił się służ­bie zdro­wia i walce z cho­ro­bami, po­sta­wił so­bie za cel roz­gryźć za­gadkę raka, ra­to­wać lu­dziom ży­cie. Męż­czy­zna, który świet­nie so­bie ra­dzi w bia­łym far­tu­chu w ste­ryl­nym la­bo­ra­to­rium i na sa­lo­nach - Line po­do­bają się sko­ja­rze­nia, ja­kie bu­dzi w niej jego osoba. Na do­da­tek ład­nie się uśmie­cha i ma przy­ja­zne oczy. Przy­stojny z niego męż­czy­zna, typ świa­towca do­ce­nia­ją­cego uroki ży­cia, w su­mie Kri­stian też taki był. Line do­cho­dzi do wnio­sku, że wręcz szuka ta­kich męż­czyzn, po­doba jej się też, kiedy ktoś ma tro­chę ciała. Nie wszy­scy mogą so­bie po­zwo­lić na co­dzienny fit­ness albo ćwi­cze­nia na si­łowni. Pe­ter jest za­jęty kie­ro­wa­niem swoim cen­trum ba­daw­czym, z pew­no­ścią nie ma czasu na re­gu­larne ćwi­cze­nia ani dłu­go­dy­stan­sowe bie­ga­nie. Robi się jej go­rąco na myśl o jego do­świad­cze­niu ży­cio­wym i har­cie du­cha. Spo­koju i wie­dzy. Ma wra­że­nie, jakby na nią te­raz pa­trzył. Co­raz wię­cej ocze­kuje od so­bot­niego spo­tka­nia. Tak dawno tego nie ro­biła, chyba zu­peł­nie od­wy­kła, ale te­raz idzie do sy­pialni, kła­dzie się na łóżku, ściąga dżinsy i majtki, wi­dzi przed sobą jego twarz, sły­szy jego głos, wy­obraża so­bie jego ciało, umię­śnione i silne, z dużą wprawą i w efek­tywny spo­sób za­spo­ka­ja­jąc się oby­dwiema rę­kami. Do­cho­dzi aż trzy razy, aż w końcu na­pię­cie prze­cho­dzi w stan roz­luź­nie­nia i Line za­pada w kil­ku­mi­nu­tową drzemkę. Po­tem pod­rywa się i idzie do ła­zienki. Źre­nice są roz­sze­rzone, po­liczki za­czer­wie­nione. Wi­dzi w lu­strze starą do­brą Line - sie­bie w naj­lep­szym wy­da­niu. Ko­bietę na­miętną, na­sy­coną i go­rącą, za­spo­ko­joną sa­micę. Ta­kiej na­mięt­no­ści po­szu­kują wszy­scy męż­czyźni i w do­bry dzień Line wciąż ją w so­bie ma. Gdy wznieci ją wła­ściwy męż­czy­zna, oka­zuje się, że po tych wszyst­kich la­tach jesz­cze nie znik­nęła. To wprost nie do wiary, czyżby Line spo­tkało aż tak wiel­kie szczę­ście? Czy ży­cie na­prawdę jest tak szczo­dre? Czy po­ja­wiła się szansa na praw­dziwą mi­łość? Czy ona wciąż ist­nieje? Szumi jej w gło­wie, kiedy znaj­duje te­le­fon i znów czyta wia­do­mo­ści od Pe­tera. Na­pi­sał do niej z RPA trzy razy. Line ma ochotę po­dzie­lić się z kimś swoją ra­do­ścią, tylko z kim? Poza tym nie by­łoby z jej strony w po­rządku, gdyby dała do prze­czy­ta­nia ko­muś po­stron­nemu treść prze­zna­czoną tylko dla niej. Ocze­ki­wa­nia ro­sną wraz z tym, że nikt poza nią o tym nie wie. Line tę­skni za bli­sko­ścią męż­czy­zny, a jej tę­sk­nota ma twarz Pe­tera.

***

Sa­mot­ność nie do­pa­dła jej znie­nacka. Po śmierci Kri­stiana przy­cho­dziło co­raz mniej za­pro­szeń. Ro­dzinę Hvid­tów prze­stano uzna­wać za do­bre to­wa­rzy­stwo. Line naj­pierw tego nie do­strze­gała. Cho­dziła jak w tran­sie, była w sta­nie zaj­mo­wać się tylko spra­wami nie­cier­pią­cymi zwłoki, dzieci nie mo­gły wyjść z szoku, mu­siała upo­rząd­ko­wać ro­dzinne fi­nanse, sprze­dać dom przy Ham­bros Allé, dom let­ni­skowy w Ti­svilde, miesz­ka­nie w Can­nes. Kri­stian zo­sta­wił jej ciężką spu­ści­znę. Do­piero po roku Line ro­zej­rzała się i do­strze­gła pa­nu­jącą wo­kół ci­szę, swoje opusz­cze­nie. Gdy dzieci się wy­pro­wa­dziły, uświa­do­miła so­bie, że jest zu­peł­nie sama. Więk­szość dni dłuży jej się i upływa we wła­snym to­wa­rzy­stwie, chyba że sama wy­każe ini­cja­tywę. Zda­rza się, że pra­wie wpada w pa­nikę. Je­śli upad­nie i ude­rzy się w głowę, sama nie bę­dzie w sta­nie so­bie po­móc - i co wtedy? Je­śli umrze, po jak dłu­gim cza­sie ktoś za nią za­tę­skni? Kto na­pi­sze jej ne­kro­log? Czy na tym świe­cie znaj­dzie się jesz­cze ktoś, kto ży­czy jej do­brze? Po­trafi dzwo­nić sama do sie­bie, żeby spraw­dzić, czy nu­mer wciąż działa. Do­dzwa­nia się wtedy na wła­sną pocztę gło­sową i czuje się jak kre­tynka. Sa­mot­ność ją za­wsty­dza, jakby ją wy­sy­sała od we­wnątrz, du­siła, przez nią Line czuje się nie­pewna, kiedy wy­cho­dzi mię­dzy lu­dzi. Za­sta­na­wia się, czy to po niej wi­dać. Wciąż nie do końca ro­zu­mie, jak do tego do­szło. Kie­dyś jej ży­cie było pełne go­ści, wie­czo­rów dla par, przy­jęć, lun­chów, im­prez, uro­czy­stych gali, jej ka­len­darz wy­peł­niony po brzegi. Ro­dzina Hvid­tów znaj­do­wała się w sa­mym cen­trum wy­bu­ja­łego ży­cia to­wa­rzy­skiego. Kie­dyś Line ska­ka­łaby z ra­do­ści, ma­jąc w per­spek­ty­wie dłu­gie jed­no­stajne dni bez za­kłó­ceń, z któ­rych by się cie­szyła i które na­zy­wa­łaby spo­ko­jem do pracy. Te­raz bra­kuje jej urzą­dza­nia wiel­kich przy­jęć. Dłu­gie stoły z go­śćmi, a ona oso­bi­ście od­po­wiada za wszyst­kie da­nia i robi pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Mąż i gro­madka głod­nych na­sto­lat­ków, któ­rzy ocze­kują tro­ski i po­da­nia wszyst­kiego na pół­mi­sku, cie­płych po­sił­ków, uśmiech­nię­tej matki. Czło­wiek jest zwie­rzę­ciem stad­nym, nie mo­żemy się obyć bez in­nych, to na­sza ele­men­tarna po­trzeba bio­lo­giczna. Od­po­wie­dzial­ność, kon­takt, wspólne ru­tyny. Line chcia­łaby być czę­ścią ro­dziny, tę­skni za tym. Bra­kuje jej dzieci i daw­nego Kri­stiana, sie­dze­nia przy stole ra­zem z ludźmi, któ­rych zna i na któ­rych może po­le­gać, roz­mów o naj­zwy­klej­szych spra­wach - przy­ja­ciele, szkoła, plany na week­end, drobne bie­żące wy­da­rze­nia. Line tę­skni za naj­zwy­czaj­niej­szą wspól­notą - za krzą­ta­niem się po domu i sły­sze­niem w tle gło­sów reszty. Do ko­goś przy­szedł ko­lega, ktoś inny ogląda te­le­wi­zję, jesz­cze inny słu­cha mu­zyki w po­koju, a mąż pra­cuje w ga­bi­ne­cie. W cza­sach, gdy w ich wiel­kim bia­łym domu działo się do­brze, za­wsze cze­kała z ko­la­cją, aż Kri­stian wróci z pracy. Kiedy prze­kra­czał próg, je­dze­nie już stało na stole. Ich po­siłki były wy­jąt­kowe, do nich do­sto­so­wy­wali cały dzień. Każdy czło­nek ro­dziny miał wła­sne sprawy i za­ję­cia, ale o dzie­więt­na­stej wszy­scy sia­dali do stołu i je­dli ra­zem ko­la­cję. Na tym fun­da­men­cie zbu­do­wali wspól­notę. Line bra­kuje tego zwy­czaj­nego ży­cia, po­ga­du­szek, po­śpie­chu, oglą­da­nia ja­kie­goś przy­pad­ko­wego filmu w te­le­wi­zji, za­le­ga­jąc na so­fie po pro­stu dla­tego, że przy­jem­nie jest prze­by­wać z resztą. Tę­skni na­wet za sprzą­ta­niem i za in­nymi pra­cami po­trzeb­nymi do tego, żeby cała do­mowa ma­szy­ne­ria dzia­łała bez za­rzutu, za roz­mo­wami z dziećmi, po­ma­ga­niem im w dro­dze do do­ro­sło­ści, po­zna­wa­niem ich przy­ja­ciół, zbie­ra­niem lu­dzi wo­kół sie­bie. Za do­mem peł­nym ży­cia. Line tę­skni za kimś, dla kogo by­łaby ważna.

Pi­sze książki, pro­wa­dzi warsz­taty, la­tem na bal­ko­nie upra­wia zioła i kwiaty, do­stała też po­zwo­le­nie na usta­wie­nie na po­dwórku ma­łej szklarni. Dwa razy w mie­siącu urzą­dza nie­dzielne obiady dla dzieci i te­ścia. Raz na ja­kiś czas za­pra­sza na lunch dawne przy­ja­ciółki, które nie za­wsze re­wan­żują się jej po­dob­nym za­pro­sze­niem. Ma wra­że­nie, że spo­ty­kają się za jej ple­cami, ale trudno o to za­py­tać, trudno to udo­wod­nić, roz­mowę na ten te­mat uznaje za nie­moż­liwą. Wsty­dzi się, że w ogóle przy­szła jej do głowy po­dobna myśl. Stara się nie ob­ni­żać stan­dardu ży­cia. Po­ranną porą za­nu­rza się w mo­rzu na plaży przy Hel­le­rup Havn, po­tem wraca do domu i przez pół go­dziny upra­wia jogę na pod­ło­dze w sa­lo­nie. Około wpół do dzie­wią­tej przy­go­to­wuje so­bie tacę ze śnia­da­niem, które spo­żywa, czy­ta­jąc pierw­sze e-ma­ile tego dnia. Pra­cuje do po­łu­dnia, póź­niej wy­cho­dzi na spa­cer w oko­licy kor­tów te­ni­so­wych i klubu że­glar­skiego albo wzdłuż Stran­dve­jen, gdzie robi za­kupy. O szes­na­stej czter­dzie­ści pięć staje przy oknie sa­lonu z wi­do­kiem na Sund i czeka. Gdy uka­zuje się prom do Oslo, wolno jej wy­pić pierw­szy kie­li­szek wina - taką umowę za­warła sama ze sobą. Więk­szość dni upływa po­woli i w ci­szy, Line pi­sze i czeka na prom. Gdy wielka biała ma­szyna prze­pływa obok jej okna, to­wa­rzy­stwa do­trzy­mują jej do­brzy przy­ja­ciele z Ba­rolo, Bo­ur­go­gne, San­cerre. Line czeka na prom i na przy­szłą so­botę.

Cille

Cy­wi­li­zuje się mię­dzy pięt­na­stą a szes­na­stą. Cze­sze się, ubiera, po­święca kilka mi­nut na ma­ki­jaż, po czym wy­cho­dzi ode­brać dzieci z przed­szkola i ze szkoły. Je­śli udaje jej się tam do­trzeć w oko­li­cach pięt­na­stej, jest uro­dziwą młodą matką, która wcze­śnie przy­cho­dzi po dzieci. Mię­dzy pięt­na­stą a szes­na­stą Cille zmie­nia się w osobę, którą chcia­łaby być i którą ma w niej wi­dzieć cała reszta. Przez tę go­dzinę dzien­nie jej ży­cie wy­gląda w miarę nor­mal­nie. Przed­po­łu­dnia spę­dza przed ekra­nem kom­pu­tera w pi­ża­mie, stroju do bie­ga­nia, szla­froku. Mięk­kie, bez­kształtne tek­sty­lia ni­czego od niej nie wy­ma­gają. Przy­tyła ja­kieś pięć, sześć kilo, tylko zga­duje, bo nie ma od­wagi wejść na wagę. Ubra­nie zbyt mocno opi­na­jące ciało po­wo­duje u niej dys­kom­fort. Kiedy pra­co­wała w agen­cji re­kla­mo­wej, za­wsze no­siła biu­sto­nosz pod­no­szący piersi, ob­ci­słe topy, dżinsy, buty na ob­ca­sach. Te­raz, gdy wy­cho­dzi z domu, naj­czę­ściej wkłada coś sze­ro­kiego i czar­nego, w czym może się ukryć. Kiedy wy­cho­dzi na świa­tło dzienne, mruga oczami, blada i wy­stra­szona. Czę­sto za­po­mina się ro­zej­rzeć. Ostat­nio ja­kiś wście­kły ro­we­rzy­sta zwy­my­ślał ją, kiedy szła Stran­dve­jen:

- Uwa­żaj, tłu­ścio­chu, któ­rędy cho­dzisz! Wla­złaś na ścieżkę, le­piej wra­caj do domu!

Zdą­żył da­leko od­je­chać, gdy ze ści­śnię­tego pła­czem gar­dła udało jej się wy­krztu­sić:

- Cho­dzę, któ­rędy chcę. Pil­nuj swo­jego nosa.

Tego dnia po raz setny od­rzu­cono jej po­da­nie o pracę. Za­miast ode­brać dzieci tuż po pięt­na­stej, Cille wró­ciła do domu, żeby od­dać się ci­chej roz­pa­czy w ukry­ciu pod koł­drą. Przez więk­szość czasu chowa się w domu. Prze­by­wa­nie w prze­strzeni pu­blicz­nej jest za­re­zer­wo­wane dla tych, któ­rzy do­brze funk­cjo­nują i nie zwal­niają tempa, któ­rzy mają pracę, kon­takty i pa­nują nad sy­tu­acją. Osoby dys­funk­cyjne, chore, po­my­lone, bez­ro­botne cho­wają się wśród swo­ich czte­rech ścian. Wła­śnie dla­tego świat wy­daje się pe­łen ładu i nor­mal­no­ści, je­śli ob­rzuca się go je­dy­nie szyb­kim spoj­rze­niem z ze­wnątrz. Ulice mia­sta przed­sta­wiają jego znie­kształ­cony ob­raz, bo spo­tkać tam można wy­łącz­nie przy­sto­so­wa­nych lu­dzi, któ­rzy mają pracę i na­tu­ralne prawo do prze­by­wa­nia w tym miej­scu. O wpół do dzie­wią­tej przy­cho­dzą do biura pach­nący po po­ran­nej ką­pieli, w świeżo wy­pra­so­wa­nym ubra­niu, wy­mie­niają się z ko­le­gami pod­bu­do­wu­ją­cymi hi­sto­riami, wy­pi­jają ra­zem po ka­wie przy eks­pre­sie, po czym roz­cho­dzą się każde do swo­ich za­jęć - in­te­re­su­ją­cych warsz­ta­tów albo waż­nych spo­tkań. W tym cza­sie bez­ro­botni, prze­wle­kle cho­rzy i po­zo­stałe ele­menty za­bu­rza­jące rów­no­wagę pań­stwa so­cjal­nego po­zo­stają za za­mknię­tymi drzwiami swo­ich do­mostw. Brzy­dota nie wy­cho­dzi na świa­tło dzienne. "Ro­bimy tak przed wzgląd na resztę" - my­śli Cille. Ga­pie­nie się na osoby znaj­du­jące się poza na­wia­sem jest rów­nie de­pry­mu­jące, co oglą­da­nie że­bra­ków i wa­ria­tów. My­ślą w du­chu: "Szur­nięte baby", ona zresztą też. Na przy­kład ta psy­chicz­nie chora ko­bieta, która kręci się w ciągu dnia po J?gers­borg Allé i wy­gląda na spo­kojną sta­ruszkę, po­rząd­nie ubraną, z ele­gancką to­rebką na ra­mie­niu. Można do­stać za­wału, gdy na­gle wy­bu­cha i za­czyna pluć swoim pa­to­lo­gicz­nym ja­dem. Cille na­tknęła się na nią po raz pierw­szy, mi­ja­jąc ją na chod­niku, a wtedy tamta za­częła wrzesz­czeć:

- Roz­glą­daj się, jak cho­dzisz, tłu­sta krowo! Co ty so­bie, kurwa, wy­obra­żasz? Wy­daje ci się, że tu rzą­dzisz?!

Cille obej­rzała się z prze­stra­chem. Ko­bieta wy­gra­żała jej pię­ścią, ga­piąc się na nią wście­kłym wzro­kiem. Cille szybko prze­szła na drugą stronę ulicy, pod­czas gdy tamta stała w miej­scu, wy­dzie­ra­jąc się jesz­cze gło­śniej.

- O tak, te­raz so­bie idziesz, prze­klęta krę­taczko! Rany bo­skie, słu­chaj, co do cie­bie mó­wię! Pie­przona krowa, która roz­py­cha się na chod­niku, jakby na­le­żał tylko do niej.

Ko­bieta po­de­szła do okna ka­wiarni Em­mery's i za­częła się ga­pić na sie­dzą­cych w środku go­ści, bez­piecz­nie opa­ko­wa­nych przy­ja­ciół­kami, mac­bo­okami, ga­ze­tami, smart­fo­nami i eko­lo­gicz­nymi cro­is­san­tami. Na obec­ność ko­biety za szybą re­ago­wali ucieczką od sto­li­ków. Pa­niczny strach przed tym, co dziwne i obce, jest ge­ne­tycz­nie wpi­sany w sys­tem lim­biczny. Kiedy ktoś inny niż my sami grozi na­szemu bez­pie­czeń­stwu, go­tu­jemy się do walki albo do ucieczki. Ta psy­chicz­nie chora ko­bieta ze­psuła idyllę o smaku caffé latte, aż za­nie­po­ko­jeni i prze­stra­szeni klienci Em­mery's szu­kali po­mocy przy ba­rze. Kilka mi­nut póź­niej ko­bietę prze­go­nił je­den z eks­pe­dien­tów, bro­daty, z wło­sami upię­tymi w ko­czek. Wy­pę­dził ją aż na drugą stronę ulicy, jak naj­da­lej od te­ry­to­rium za­re­zer­wo­wa­nego dla zdro­wych jed­no­stek. Lu­dzie poza na­wia­sem sta­no­wią nie­wy­godne przy­po­mnie­nie o na­szej kru­cho­ści i moż­li­wym upadku. Cille też nie lubi o tym my­śleć. Cho­rzy, uza­leż­nieni, od­mieńcy są kulą u nogi dla tych po­praw­nie funk­cjo­nu­ją­cych. Trzeba ja­koś roz­wią­zać ten pro­blem! Po­dać im leki! Niech to znik­nie! Ma­ki­jaż i zmiana ubra­nia mię­dzy pięt­na­stą a szes­na­stą to cienka war­stwa nor­mal­no­ści, którą Cille ma­skuje swoją po­rażkę. Tłumi w so­bie krzyk. Gdyby dała mu uj­ście, brzmia­łaby jak ta psy­chicz­nie chora ko­bieta z J?gers­borg Allé.

***

Urząd Pracy i urzęd­nicy z kasy ubez­pie­cze­nio­wej od bez­ro­bo­cia nie spusz­czają jej z oczu. Cille musi uczest­ni­czyć w że­nu­ją­cych, bez­pro­duk­tyw­nych spo­tka­niach z in­nymi w iden­tycz­nej sy­tu­acji. Kie­ruje się ją na bez­u­ży­teczne kursy, wzywa na roz­mowy, pod­czas któ­rych musi udo­ku­men­to­wać, że szuka pracy zgod­nie ze swoim obo­wiąz­kiem. Kiedy je­steś bez­ro­botna, czas nie na­leży do cie­bie, ale do kasy ubez­pie­cze­nio­wej. Ktoś inny za­rzą­dza two­imi dniami i tym, co je wy­peł­nia. Ro­dzina z pół­noc­nej Ju­tlan­dii dzwoni do Cille dwa razy w ty­go­dniu, za­wsze od nie­chce­nia py­ta­jąc, czy coś się zmie­niło. Po­dob­nie jak jej przy­ja­ciółki i dawni współ­pra­cow­nicy. "Co sły­chać? Ktoś się ode­zwał? Coś no­wego? Wi­dzia­łaś to ogło­sze­nie o pracę w Novo Nor­disk?" Ten ki­bi­cu­jący chór i jego znie­cier­pli­wie­nie wzma­gają tylko jej zde­spe­ro­wa­nie. Na czele chóru stoi Ask. Cille nie może się do­cze­kać końca wspól­nych wie­czo­rów i week­en­dów, chcia­łaby jak naj­szyb­ciej się stam­tąd od­da­lić i za­jąć czymś in­nym - spraw­dza­niem ogło­szeń na por­ta­lach z ofer­tami pracy, czy­ta­niem wpi­sów zna­nych blo­ge­rów, któ­rzy zde­cy­do­wali się odejść z kor­po­ra­cji i żyć bli­żej przy­rody - zna­leźć się tam, gdzie wciąż ist­nieje dla niej ja­kaś na­dzieja.

***

Kie­dyś mieli zwy­czaj ja­dać z Ra­smu­sem kilka razy w ty­go­dniu, a w week­endy jeź­dzić ra­zem na wy­cieczki. Od pew­nego czasu Cille unika ku­zyna i jego dziew­czyny Niny. Ich pełne żaru spoj­rze­nia, dło­nie, które nie mogą się od sie­bie ode­rwać, cią­głe piesz­czoty i gła­dze­nie po ple­cach - nie da się na to pa­trzeć. Nie po­trze­bują ni­kogo oprócz sie­bie. "Wy­lu­zuj­cie" - ma ochotę im po­wie­dzieć. "Po­cze­kaj­cie tylko, aż za­cznie się co­dzien­ność". Nie­ład­nie z jej strony, że jest tak ma­łost­kowa, ale Cille nie po­trafi wy­krze­sać z sie­bie choć odro­biny do­brej woli, żeby cie­szyć się ich szczę­ściem. W do­datku za­częli mó­wić o dzie­ciach.

- Nie le­piej tro­chę z tym za­cze­kać? - spy­tała, gdy Nina ostat­nio o tym na­po­mknęła.

Zaj­rzeli do niej kie­dyś w po­rze lun­chu. Cille sie­działa w szla­froku przed kom­pu­te­rem i ja­dła cze­ko­la­dowe cia­steczka.

Nina za­krę­ciła wo­kół palca wska­zu­ją­cego ko­smyk dłu­gich czar­nych wło­sów i spoj­rzała na Ra­smusa.

- Po co mie­li­by­śmy cze­kać? Mamy po dwa­dzie­ścia pięć lat, ko­chamy się i oby­dwoje na­prawdę tego pra­gniemy! - Przy­brała piesz­czo­tliwy ton głosu. - By­łoby cu­dow­nie mieć ta­kiego szkraba, ma­łego twar­dziela jak Ra­smus. Albo ma­lutką uro­czą Ra­smine.

Nina zło­żyła usta w trąbkę i za­ko­ły­sała nie­wi­dzial­nym dziec­kiem w swo­ich ra­mio­nach. Oby­dwoje za­śmiali się gło­śno i po­ca­ło­wali, kura nio­ska umo­ściła się w cie­płym gniazdku na ko­la­nach Ra­smusa. Cille mu­siała spu­ścić wzrok, wi­dok za­ko­cha­nych w so­bie lu­dzi jest nie do znie­sie­nia. Nie li­czą się z in­nymi, są aspo­łeczni.

- Do­brze, do­brze, zo­ba­czymy - burk­nął Ra­smus do­bro­tli­wym ra­do­snym gło­sem, ści­śnię­tym wzru­sze­niem z po­wodu słów Niny.

- Ko­cha­nie, ja­kiś ty nudny! Roz­sądny aż do bólu, stu­pro­cen­towy Ju­tland­czyk - stwier­dziła piesz­czo­tli­wie i zmierz­wiła mu włosy.

"Do­syć tego, idź­cie so­bie stąd, jak naj­szyb­ciej, ale już!" Cille zmu­siła się do uśmie­chu, sy­gna­li­zu­jąc ko­niec wi­zyty. Chcia­łaby się za­cho­wy­wać w po­rządku, być przy­ja­zna i to­wa­rzy­ska, być równą go­ściówą, ku­rew­sko miłą, ale wo­la­łaby, żeby Ra­smus i Nina ogra­ni­czali swoje za­ko­cha­nie do miesz­ka­nia w su­te­re­nie, a nie wjeż­dżali jej z nim do domu. Nie po­winni urzą­dzać tych ob­ści­ski­wa­nek w naj­mniej do­god­nych mo­men­tach, mu­szą zro­zu­mieć, że Cille po­nad wszystko pra­gnie świę­tego spo­koju. Grunt za­pada się jej pod sto­pami, a ona nie po­trze­buje świad­ków.

Ask

Cille roz­siewa wo­kół sie­bie tru­ci­znę. Po­trafi za­in­fe­ko­wać ich dom złą at­mos­ferą, któ­rej cięż­kie i du­szące wy­ziewy kłę­bią się od su­fitu do pod­łogi. Nie można jej od­mó­wić umie­jęt­no­ści za­ra­ża­nia ca­łego oto­cze­nia swoim na­stro­jem, który prze­ja­wia się we wszyst­kim, co robi. Unie­siona brew, krę­ce­nie głową, ura­żony ton głosu, szu­flada za­mknięta ze zbyt dużą siłą, ką­śliwa uwaga wy­star­czą, żeby za­truć po­wie­trze. Od­kąd rok temu stra­ciła pracę w fir­mie odzie­żo­wej, jej umysł za­czął po­grą­żać się w mroku. W jej gło­sie po­brzmie­wają pre­ten­sje, wy­la­tują ze świ­stem spo­mię­dzy za­ci­śnię­tych zę­bów. "Wi­dzę, że mu­szę wsta­wić twój ku­bek do zmy­warki, skoro sam nie masz na to siły", "Nami oczy­wi­ście nie ma po­trzeby się przej­mo­wać" albo: "Może o tym za­po­mnia­łeś, Ask, ale masz ro­dzinę. Dwoje dzieci, jak­byś nie pa­mię­tał". Jemu do­staje się naj­bar­dziej. Cille stara się go uka­rać wszyst­kim, czym dys­po­nuje - gło­sem, spoj­rze­niem, pra­wie nie­do­strze­gal­nym krę­ce­niem głową i ci­chymi roz­gnie­wa­nymi od­gło­sami moc­nego za­ci­ska­nia warg. Kiedy ma gor­sze dni, sy­gna­li­zuje ka­te­go­ryczne od­rzu­ce­nie: daj mi spo­kój, nie roz­ma­wiaj ze mną, trzy­maj się ode mnie z da­leka. Dzie­ciom oka­zuje cie­pło i tro­skę w ta­kim sa­mym stop­niu, w ja­kim wo­bec niego jest ro­ze­źlona i nie­prze­jed­nana. Jaką krzywdę jej wy­rzą­dził? Dla­czego trzeba go uka­rać za to, że za­leży mu na swo­jej pracy? Ask od razu wie, kiedy znaj­duje się pod ostrza­łem. Je­śli czymś ją zde­ner­wo­wał, Cille za­cho­wuje się, jakby go nie było. Jego prze­wi­nie­nie może po­le­gać na tym, że za późno wró­cił do domu, wy­brał się w nie­dzielę na tre­ning, obie­cał jej coś, czego nie może do­trzy­mać, mie­szał się w jej sprawy, w jej imie­niu pod­jął de­cy­zję, z którą ona się nie zga­dza - same drob­nostki. Po­sta­wił torbę tre­nin­gową w ta­kim miej­scu, że ła­two się o nią po­tknąć i prze­wró­cić, nie tra­fił do ko­sza z brudną bie­li­zną, zo­sta­wił szczo­teczkę do zę­bów na brzegu umy­walki. Na­wet naj­mniej­sze, naj­bar­dziej try­wialne czyn­no­ści mogą wy­wo­łać plu­cie ja­dem. Naj­czę­ściej sam do­kład­nie nie wie, jaką świętą za­sadę zła­mał tym ra­zem. Ni­gdy nie może być pe­wien, czy po­padł w nie­ła­skę, czy też może się cie­szyć względ­nym bez­pie­czeń­stwem. Czy żona jest za­do­wo­lona albo czy za chwilę na­stąpi mię­dzy nimi zgrzyt i znów prze­sta­nie go za­uwa­żać. Wsłu­chuje się w ton jej głosu, ni­gdy nie tra­cąc czuj­no­ści wo­bec wszel­kich zmian na­stroju, go­towy do od­par­cia na­głego ataku po­draż­nio­nej sa­micy.

Line

A je­śli on się nie zjawi? Na­gle przy­cho­dzi jej do głowy myśl, że to wszystko jest za do­bre, by było praw­dziwe. Co, je­śli Pe­ter pro­wa­dzi z nią ja­kąś grę, je­śli ją wy­stawi? Jej też zda­rzyło się raz nie przyjść na umó­wione spo­tka­nie. Szła w stronę fran­cu­skiej ka­wiarni, gdzie miała się za­po­znać z męż­czy­zną z por­talu rand­ko­wego, gdy tuż przed przej­ściem dla pie­szych uj­rzała szczu­płego osob­nika, pra­wie dwu­me­tro­wego, który szedł ze zwie­szo­nymi ra­mio­nami jak zmę­czony na­sto­la­tek. Roz­po­znała go ze zdję­cia pro­fi­lo­wego - włosy do ra­mion ob­cięte na coś w ro­dzaju pa­zia, ob­ci­słe szare dżinsy i zde­cy­do­wa­nie za krótka skó­rzana kurtka. Przez ra­mię miał prze­wie­szoną torbę na dłu­gim pa­sku, jak li­ce­ali­sta idący po ro­wer za­par­ko­wany w piw­nicy. Na no­sie oku­lary prze­ciw­sło­neczne mimo za­chmu­rzo­nego nieba. Line prze­szła ochota na pi­cie kawy - na­wet ul­tra­szyb­kiej - ze zmę­czo­nym ży­ciem pięć­dzie­się­cio­let­nim prze­wod­ni­czą­cym rady uczniow­skiej, wy­glą­da­ją­cym jak prze­ro­śnięty szcze­niak. W jego to­wa­rzy­stwie to­rebka od Cha­nel, ze­ga­rek Car­tier i bran­so­letki ze sklepu Sham­balla Je­wels wy­glą­da­łyby co naj­mniej gro­te­skowo. Line sie­dzia­łaby na­prze­ciwko niego ze sztyw­nym uśmie­chem na twa­rzy, czu­jąc się staro i nie ma miej­scu. Wy­słała mu ese­mes z nie­win­nym bia­łym kłam­stew­kiem: "Nie­stety wy­pa­dło mi coś pil­nego. Córka mnie po­trze­buje. Naj­moc­niej prze­pra­szam i mam na­dzieję, że mimo to przy­jem­nie spę­dzisz ten dzień". Żeby tro­chę zła­go­dzić prze­kaz, za­koń­czyła wia­do­mość emo­ti­ko­nem z uśmiech­niętą buźką, cho­ciaż zu­peł­nie nie pa­so­wał w tej sy­tu­acji. Po­tem szybko zna­la­zła swój sa­mo­chód i wró­ciła do Hel­le­rupu. Przez krótki czas tak de­spe­racko tę­sk­niła za mę­skim to­wa­rzy­stwem, że roz­wa­żała od­no­wie­nie zna­jo­mo­ści z John­so­nem. Spraw­dziła go w in­ter­ne­cie, oka­zało się, że otwo­rzył sa­lon ta­tu­ażu na Ve­ster­bro. Au­torka ksią­żek o eko­lo­gicz­nym stylu ży­cia i ta­tu­aży­sta młod­szy od niej o sie­dem­na­ście lat... Zre­zy­gno­wała z tego po­my­słu. Sko­ja­rze­nia w jej gło­wie były zbyt barwne. Zwią­zek z John­so­nem za­dał jej mał­żeń­stwu osta­teczny śmier­telny cios. Line czuła się za­nie­dby­wana przez mil­czą­cego i udrę­czo­nego męża, nie wie­działa, co ze sobą zro­bić, i to wszystko pchnęło ją pro­sto w ra­miona mło­dego in­struk­tora fit­nessu. Za­wio­dła za­ufa­nie męża, być może wła­śnie przez jej ro­mans Kri­stian wy­pły­nął na zbyt głę­bo­kie wody, gdzie stra­cił grunt pod no­gami. Gdyby Line przy­szło do głowy zro­bić so­bie kie­dyś ta­tuaż, chcia­łaby, żeby przy­po­mi­nał jej o tym, o czym wtedy za­po­mniała - o lo­jal­no­ści. Wła­śnie taki znak po­winna no­sić: "Ni­gdy wię­cej zdrady. Bądź wierna".

***

Przy­cho­dzi na spo­tka­nie pięć mi­nut póź­niej, niż się umó­wili. Pe­ter na przy­wi­ta­nie cmoka ją lekko w po­li­czek i kom­ple­men­tuje jej wy­gląd. Roz­ta­cza wo­kół sie­bie aurę swoj­sko­ści. Za­nim zdążą wy­pić ape­ri­tif, Line opo­wiada mu o wsty­dzie, ża­ło­bie i wy­rzu­tach su­mie­nia. Pe­ter ze zro­zu­mie­niem kiwa głową. Line nie wspo­mina o John­so­nie i mniej uwagi po­święca tej czę­ści hi­sto­rii, o któ­rej na­pi­sano w "Jyl­lands-Po­sten", ale nie za­miata jej zu­peł­nie pod dy­wan. Przy­znaje, że w księ­go­wo­ści Kri­stiana od­kryto nie­pra­wi­dło­wo­ści. Trudno jej było do­kład­nie się zo­rien­to­wać, kiedy i dla­czego do­szło do tej kry­tycz­nej sy­tu­acji.

- Pró­bu­jąc ra­to­wać fi­nanse ro­dziny, tylko wszystko po­gor­szył. Po­świę­ci­łam pięć lat na sprzą­ta­nie po tym, co się stało, i na po­wrót do w miarę nor­mal­nego ży­cia. Mam wra­że­nie, jak­bym prze­czoł­gała się przez ciemny tu­nel i do­piero te­raz mo­gła wstać i za­cząć swo­bod­nie od­dy­chać. Znów mogę żyć.

Pe­ter kiwa głową. Czy­tał o tej spra­wie, ale Line wi­dzi, że jej nie oce­nia. Za­ma­wiają je­dze­nie, on wy­biera dor­sza. Line za­pa­mię­tuje, że woli białe ryby od czer­wo­nego mięsa.

- Po­pro­szę o to samo - zwraca się do kel­nera.

Pe­ter za­ma­wia białe wino, które Line też by wy­brała. Przy­gląda jej się in­ten­syw­nie, aż Line do­staje czer­wo­nych plam na szyi.

- Wy­glą­dasz, jakby ci było za go­rąco. - Wciąga ku niej rękę nad sto­łem i de­li­kat­nie gła­dzi ją po po­liczku. Jest to pierw­sza praw­dziwa piesz­czota, jaką wy­mie­niają. - Mam uchy­lić okno?

- Dzię­kuję, nie trzeba. To chyba przez wino. - Uśmie­cha się do niego i unosi kie­li­szek. - Za spo­tka­nie... Miło znów cię wi­dzieć.

Nie na­wy­kła do ta­kich sy­tu­acji. Co się mówi? Jak pro­wa­dzić in­tymną roz­mowę? Jak przyj­mo­wać oznaki ser­decz­no­ści i tro­ski? Line nie wie, zdą­żyła już o tym za­po­mnieć. Pyta go o po­dróż. Oka­zuje się, że Pe­ter wkrótce znów się gdzieś wy­biera, tym ra­zem z czte­rema ko­le­gami. Czę­sto jeź­dzi do Nor­we­gii, sam albo z człon­kami za­rządu fun­du­szu. Bar­dzo lubi ło­wić ryby.

- Osoby za­trud­nione przez fun­dusz są upraw­nione do ko­rzy­sta­nia z na­prawdę wy­jąt­ko­wego miej­sca. Co­dzien­nie wcze­snym ran­kiem ubie­ramy się cie­pło i wy­pły­wamy na fiord na po­łów ło­so­sia. Sta­piasz się w jedno z przy­rodą, która w tym miej­scu jest nie­ska­żona, wręcz dzie­wi­cza. Sie­dzisz z wędką w ma­łej łódce na spo­koj­nych wo­dach fiordu, przy­glą­dasz się gó­rom, za­toce i w tym mo­men­cie, do­kład­nie w tym mo­men­cie, ży­cie wy­daje ci się nie­zwy­kle in­ten­sywne.

Głos mu lekko chryp­nie, a Line do­staje gę­siej skórki. Chcia­łaby chwy­cić go za rękę, ale nie ma od­wagi. Wtedy przy­cho­dzą jej na myśl te wszyst­kie ko­biety z Eli­te­da­ters i Be­au­ti­ful Pe­ople, jej kon­ku­rentki - uro­dziwe, wy­kształ­cone, w wieku od pięt­na­stu do sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat - cze­ka­jące w ko­lejce na Tin­de­rze i chętne, żeby je oglą­dać, ko­chać, laj­ko­wać, do­bie­rać się z nimi w pary, cy­frowo, ana­lo­gowo, na mo­ment i na za­wsze. One by się nie wa­hały, tylko chwy­ci­łyby Pe­tera za rękę, nie po­zwa­la­jąc na to, żeby męż­czy­zna taki jak on mu­siał dwa razy sy­gna­li­zo­wać im za­in­te­re­so­wa­nie. Line ostroż­nie kła­dzie dłoń na jego, a on re­aguje na­tych­miast. Jego skóra jest cie­pła i su­cha. Ta chwila wy­daje się jej głę­boko ero­tyczna, dają o so­bie znać za­po­mniane or­gany i głę­boko ukryte czę­ści ciała. Oby­dwoje uśmie­chają się jak skrę­po­wane na­sto­latki. Pe­ter od­chrzą­kuje i wraca do po­łowu ło­sosi.

- Można po­wie­dzieć, że po­zwa­lamy so­bie na praw­dziwy luk­sus, ale on wzmac­nia ja­kość wy­ko­ny­wa­nej przez nas pracy. Kiedy tam je­ste­śmy, wpa­damy na wiele zna­ko­mi­tych roz­wią­zań. Po­śród przy­rody tak do­brze się my­śli. - Wy­ja­śnia, że za dnia ło­wią ło­so­sie, wie­czo­rem je zja­dają, a pod­czas ko­la­cji i pi­cia whi­sky roz­mowy czę­sto scho­dzą na sprawy za­wo­dowe. - Prze­piękne oto­cze­nie daje mo­ty­wa­cję i po­zy­tyw­nie wpływa na współ­pracę. No i ten bło­go­sła­wiony spo­kój, przy­ja­zna at­mos­fera. Prze­by­wa­nie z Nor­we­gami, ludźmi o tak po­god­nym uspo­so­bie­niu, wpra­wia w do­bry na­strój. Można się cał­ko­wi­cie od­prę­żyć. Wy­daje mi się, że by ci się tam spodo­bało. Może mia­ła­byś ochotę wy­brać się tam ze mną la­tem? Se­zon po­łowu ło­so­sia za­czyna się w czerwcu.

Line pęka. Za­lewa ją ra­dość nie do ukry­cia. Zu­peł­nie jakby jej twarz cał­ko­wi­cie się otwo­rzyła, przez co Pe­ter może czy­tać w niej jak w książce. Czyli jego zda­niem la­tem wciąż będą się wi­dy­wali! Pro­po­nuje: "Wy­bierz się ze mną do Nor­we­gii", a jej po­doba się per­spek­tywa, którą wła­śnie się z nią po­dzie­lił, nie ma żad­nych za­strze­żeń. Line świeci wła­snym świa­tłem, jej oczy pro­mie­niują ra­dio­ak­tyw­nie, wy­raź­nie to czuje. Wła­śnie za czymś ta­kim tę­sk­niła - bie­gu­nem do­dat­nim dla swo­jego ujem­nego, żeby znów ze­spo­lić się w jedną ca­łość. Za męż­czy­zną! Ta­kim, z któ­rym można wyjść na spo­tka­nie lata, który mówi: "Po­jedź tam ze mną". Line pró­buje się opa­no­wać, ale jej to nie wy­cho­dzi. Nie prze­staje się uśmie­chać do sie­dzą­cego na­prze­ciwko niej Pe­tera - le­ka­rza, węd­ka­rza, ko­ne­sera uro­ków ży­cia, jej de­ski ra­tun­ko­wej.

- Oczy­wi­ście, że bym chciała, to fan­ta­styczna pro­po­zy­cja. Uwiel­biam prze­by­wać na ło­nie przy­rody. Ale ni­gdy nie pró­bo­wa­łam zło­wić ło­so­sia, któ­rego póź­niej mo­gła­bym zjeść na ko­la­cję - mówi.

Jest zbyt ła­twą zdo­by­czą. Oby tylko nie oka­zał się jed­nym z tych, któ­rzy naj­bar­dziej lu­bią ko­biety zgry­wa­jące ta­jem­ni­cze i nie do zdo­by­cia, bo w jej uldze wy­wo­ła­nej świa­do­mo­ścią, że spo­tkała po­rząd­nego męż­czy­znę, nie kryje się nic za­gad­ko­wego. Line czuje się lekka i ra­do­sna aż po naj­głęb­sze za­ka­marki swo­jej zmar­z­nię­tej na kość du­szy. Prze­żyła pięć cięż­kich lat bez dru­giej osoby u boku. Miała mnó­stwo czasu, żeby się prze­ko­nać, jak rzadką i wspa­niałą rze­czą jest mi­łość. War­to­ścią bar­dzo kru­chą, o którą na­leży wal­czyć na śmierć i ży­cie. Mia­łaby od­gry­wać trudną do zdo­by­cia, cho­ciaż sie­dzi na­prze­ciwko atrak­cyj­nego męż­czy­zny, który za­pra­sza ją na wy­jazd do Nor­we­gii? Ni­gdy w ży­ciu. Ko­biety z Tin­dera, Eli­te­da­ters, Be­au­ti­ful Pe­ople krążą wo­kół kan­dy­da­tów ta­kich jak Pe­ter ni­czym piękne dra­pieżne ptaki, które ku­szą i przy­wo­łują do sie­bie nie­bez­piecz­nym kok­taj­lem nie­biań­skiej pie­śni i cie­le­snego po­żą­da­nia, go­towe do sprząt­nię­cia go jej sprzed nosa w chwili nie­uwagi. Ale to ona, Line, za­uwa­żyła go jako pierw­sza! Czuje pod­nie­ce­nie i go­rąco w ca­łym ciele. Ze snu Śpią­cej Kró­lewny wy­bu­dza się uwo­dzi­cielka.

- Mogę zro­bić dla nas ja­kiś de­ser u mnie w domu - pro­po­nuje ostroż­nie. - To zna­czy, je­śli masz ochotę.

Go­spo­dyni Line ma pełną kon­trolę nad sy­tu­acją: w za­mra­żal­niku nie bra­kuje mig­da­ło­wych spodów, owo­ców i lo­dów rze­mieśl­ni­czych. Uwo­dzi­cielka Line sta­wia pierw­sze kroki na za­po­mnia­nym lą­dzie. Musi go le­piej po­znać, nie ma czasu do stra­ce­nia. Pe­ter od­po­wiada, że to "zna­ko­mity po­mysł". Kri­stian czę­sto tak mó­wił, jesz­cze za­nim prze­stał się do niej od­zy­wać, i Line uświa­da­mia so­bie, że tę­sk­niła za na­pa­wa­ją­cymi otu­chą sło­wami: "Ko­cha­nie, to zna­ko­mity po­mysł". Do­brze się czuje w to­wa­rzy­stwie męż­czy­zny, który wy­sła­wia się w odro­binę sta­ro­świecki spo­sób: "upraw­nione", "uspo­so­bie­niu", "zna­ko­mity". Line sku­pia się na każ­dym wy­po­wia­da­nym przez niego sło­wie i po­doba jej się to, co sły­szy, bez dwóch zdań.

Lu­kas

- Lu­kas? Lu­kas? Lu­kas! Obudź się, mu­sisz iść do szkoły! Nie sły­szysz bu­dzika? Dzwoni od dzie­się­ciu mi­nut, dla­czego go nie wy­łą­czasz? Prze­cież ty je­steś nie­przy­tomny! Mu­sisz się obu­dzić, jest już późno, o któ­rej się wczo­raj po­ło­ży­łeś? - Z ust matki wy­lewa się po­tok słów.

Lu­kas jest ocię­żały, otu­ma­niony snem, nie wszystko do niego do­ciera. Nie da rady i nie chce otwie­rać oczu. Je­dyna świa­doma myśl, jaka ko­ła­cze mu w gło­wie, sku­pia się na tym, jak tego unik­nąć, jak wy­śli­zgnąć się spod tej koł­dry słów, którą na­krywa go matka. Sięga po te­le­fon i wy­łą­cza dzwo­niący bu­dzik, głę­boko wzdy­cha i kła­dzie się na boku, twa­rzą do ściany.

- Do­bra, ja­sne... - mam­ro­cze, jakby da­lej spał.

- Lu­kas?

- Mhm...

- Wsta­waj, ina­czej się spóź­nisz.

- Rano nie mamy lek­cji, za­czy­namy dziś póź­niej - mru­czy.

- To dla­czego na­sta­wi­łeś bu­dzik na siódmą?

- Przez po­myłkę. Mamy dziś na dzie­siątą.

- Na pewno? Kiedy to zmie­niono? Lu­kas?

Nie od­po­wiada, tylko na­krywa głowę koł­drą. W jego świa­do­mo­ści ist­nieje jedna je­dyna ma­lutka plamka, która wciąż jest żywa, gdzieś z przodu głowy, mię­dzy brwiami, i to ona re­aguje na ga­da­nie matki, cała reszta wciąż śpi. Jest pła­zem, który za­padł w sen zi­mowy, wszyst­kie or­gany dzia­łają na mi­ni­mal­nych ob­ro­tach. Za­wsze tak się dzieje w li­sto­pa­dzie, kiedy Lu­kas ba­lan­suje mię­dzy sta­nem głę­bo­kiej śpiączki i pra­wie śmierci. Dla­czego nie da­dzą mu się wy­spać w spo­koju? To je­dyne, czego pra­gnie.

- No do­brze, w ta­kim ra­zie na­staw bu­dzik na wła­ściwą go­dzinę, że­byś znów nie za­spał. Tata i ja za­raz je­dziemy do pracy, więc nikt cię póź­niej nie obu­dzi. No da­lej, Lu­kas, pa­mię­tasz o tym, że masz cho­dzić do szkoły? Lu­kas, czy ty mnie sły­szysz? Na­staw bu­dzik!

Sięga po te­le­fon i robi to, co mu każe matka. Po­tem ciężko opada na po­duszkę.

- Okej, w ta­kim ra­zie ży­czę ci do­brego dnia. Je­steś pe­wien, że ma­cie dzi­siaj na dzie­siątą? Mam na­dzieję, że so­bie tego nie wy­my­śli­łeś. Lu­kas?

Czy ona ni­gdy dziś nie skoń­czy? Młóci ję­zy­kiem, wy­rzu­ca­jąc z ust py­ta­nia i roz­kazy.

- Pa­mię­taj, żeby wró­cić na czas, dziś jemy ra­zem, jest po­nie­dzia­łek. Ku­pię coś po dro­dze, na co masz ochotę? Lu­kas. No do­brze, coś wy­my­ślę. Wy­ślij ese­mes, je­śli przyj­dzie ci coś do głowy. Lecę, pa, pa.

No­cami grają w Co­un­ter-Strike'a - on, jego przy­ja­ciele i naj­róż­niejsi gra­cze z ca­łego świata. Za­czy­nają koło dwu­dzie­stej trze­ciej. W grze uczest­ni­czą też do­ro­śli, któ­rzy do­łą­czają jesz­cze póź­niej. Co­un­ter-Strike to zo­bo­wią­zu­jąca wspól­nota, trzeba być obec­nym, gdy są tam wszy­scy inni. Nie można grać po po­łu­dniu albo wcze­snym wie­czo­rem, skoro reszta przy­cho­dzi znacz­nie póź­niej, bo cho­dzi o to, by uczest­ni­czyć rów­no­cze­śnie z in­nymi. Lu­ka­sowi zda­rza się za­snąć w ubra­niu. Gdy dzwoni bu­dzik, jest nie­przy­tomny, ale zwy­kle udaje mu się wstać, wsiąść na ro­wer i po­je­chać do szkoły. Po dro­dze za­trzy­muje się przy kio­sku, gdzie ku­puje puszkę red bulla i ba­to­nik mars. Je­śli nie po­ma­gają mu się roz­bu­dzić, łyka kilka ta­ble­tek z ko­fe­iną, bo ina­czej nie miałby dość ener­gii, żeby za­siąść w ławce i uda­wać go­to­wość do chło­nię­cia wie­dzy. Wie, że ma zbyt wiele nie­obec­no­ści, ale dziś nie jest w sta­nie się ru­szyć, po pro­stu nie daje rady. Jego ciało jest cięż­kie jak ołów, głowa pu­sta, Lu­kas musi zre­zy­gno­wać z pierw­szych lek­cji i pójść do szkoły tro­chę póź­niej.

Ka­are

Cipka Je­anne jest jak mię­so­żerny kwiat. Te same od­cie­nie czer­wo­nego, ta sama struk­tura, ten sam głód. Ka­are ni­gdy nie do­świad­czył ni­czego po­dob­nego. Je­anne jest jedną z ko­biet, które za­wsze mają ochotę, za­wsze jest wil­gotna, do­kład­nie tak, jak Ka­are lubi. W do­datku zu­peł­nie jej nie prze­szka­dza, że nie będą ra­zem po wsze czasy, więc nie trzeba jej ni­czego obie­cy­wać. Je­anne wciąż wie­rzy w po­wrót by­łego męża, z któ­rym obec­nie jest w se­pa­ra­cji. Jej zda­niem ich roz­sta­nie było jed­nym wiel­kim nie­po­ro­zu­mie­niem, bo oby­dwoje do­sko­nale się ro­zu­mieją, du­szą i cia­łem, mąż na pewno przej­rzy kie­dyś na oczy. Ka­are ni­gdy go nie spo­tkał, ale musi być nie­złym głup­kiem, skoro zo­sta­wił tak wspa­niałą ko­bietę jak Je­anne. Je­dyną jej wadą jest to, że gada jak na­krę­cona. Na­leży do ko­biet, które mu­szą wszystko wy­ar­ty­ku­ło­wać. Luźne my­śli, prze­ży­cia, wra­że­nia - słowa wy­le­wają się z niej nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem od rana do wie­czora. Wszystko, na co pad­nie jej wzrok, co prze­wi­nie jej się przez głowę, każdy prze­la­tu­jący ptak, przy­cho­dzący ese­mes, cie­le­sne zmiany, we­wnętrzne i ze­wnętrzne do­zna­nia, rze­czy małe i duże, im­pul­syw­nie i bez żad­nej re­flek­sji prze­ka­zy­wane są do ośrodka mowy w mó­zgu i wy­po­wia­dane na głos. Je­anne dzieli się wszyst­kim, co tylko re­je­strują jej zmy­sły, w for­mie su­ro­wej, nie­prze­two­rzo­nej.

- Ojej, patrz, mam si­niaka na udzie! Skąd się tu­taj wziął? To na­prawdę dziwne... Mu­sia­łam się o coś ude­rzyć, może o kant stołu. Co to mo­gło być? I jesz­cze te ręce... wi­dzisz? Mo­co­wa­łam się z ro­we­rem Emi­lie, parę dni temu spadł jej łań­cuch w dro­dze do domu. Jak ja wy­glą­dam! Ten smar jest nie do usu­nię­cia, szo­ro­wa­łam dło­nie, ale na próżno. Jak­bym pra­co­wała w za­kła­dzie ślu­sar­skim! No do­brze, za­pa­rzę nam kawy, nie są­dzisz, że wła­śnie tego nam trzeba?

O nie, dzię­kuję, Ka­are nie przy­szedł tu­taj na kawę i small talk, od dłoni ślu­sa­rza woli czer­wone pa­znok­cie. Gdyby miał wy­słu­chi­wać tego szcze­bio­ta­nia przez cały boży dzień, mu­siałby jej wy­ja­śnić, że są rze­czy, o któ­rych się mówi gło­śno, i ta­kie, które za­trzy­muje się głę­boko w swo­jej gło­wie. Mógłby do­dać, że na­zywa się to ży­ciem we­wnętrz­nym, ale taka uwaga by­łaby zbyt zło­śliwa. Nie mówi się tak do ko­goś, kogo się tylko od­wie­dza w nie­pa­rzy­ste ty­go­dnie. Je­anne pew­nie czuje się tro­chę sa­motna, przy­wy­kła do to­wa­rzy­stwa, więc bra­kuje jej roz­mów. Dla­tego Ka­are ni­czego nie ko­men­tuje, w su­mie to nie jego broszka. Je­anne jest w po­rządku, dzielna z niej babka, praw­dziwa twar­dzielka. Tę­skni za mę­żem, ale do­brze so­bie ra­dzi i przyj­muje wszystko z uśmie­chem. Na do­da­tek ma ener­gię do za­baw z Ka­arem co drugi week­end i oby tak zo­stało. On na pewno nie bę­dzie tym, który za­koń­czy ich re­la­cję. Je­anne jest taka, jaka jest, nie ma lu­dzi do­sko­na­łych.

Cille

Co­raz bar­dziej się od sie­bie od­da­lają. Ask ma wię­cej za­jęć niż zwy­kle. Czę­sto gdy Cille i dzieci wstają z łóżka, on jest już w dro­dze do pracy albo na lot­ni­sko, a kiedy wraca do domu, zda­rza się, że dzieci zdą­żyły za­snąć. Ta sy­tu­acja trwa od ja­kie­goś czasu. Z po­czątku Cille py­tała go, czym się zaj­mo­wał w da­nym dniu, o co w tym cho­dziło i kiedy się z tym upora. Po­tem prze­stała. Jego nie­obec­ność stała się dla niej czymś nor­mal­nym. Ask prze­miesz­cza się szybko w sta­łym trój­ką­cie mię­dzy Ko­pen­hagą, Lon­dy­nem i No­wym Jor­kiem - mię­dzy ko­lej­nymi ter­mi­na­lami lot­nisk i pię­cio­gwiazd­ko­wymi ho­te­lami, za­wsze on­line, za­wsze za­jęty ja­kimś waż­nym za­da­niem. Jego rze­czy­wi­stość ma cha­rak­ter glo­balny i eks­klu­zywny. Ask jest spe­cja­li­stą od efek­tyw­no­ści i zy­sku wiel­kich przed­się­biorstw. Przy­bywa, ob­ser­wuje prze­bieg pracy i struk­tury za­rzą­dza­nia. Do­ra­dza oso­bom na naj­wyż­szych sta­no­wi­skach, jak po­winni pro­wa­dzić swoje firmy. Jest przy­zwy­cza­jony, że go słu­chają, i ocze­kuje, że wszystko się uda. Wy­pro­sto­wane plecy, śnież­no­biała ko­szula, zde­cy­do­wane kroki w lśnią­cych czar­nych bu­tach. Ask my­śli glo­bal­nie, pod­czas gdy Cille pró­buje za­pa­no­wać nad mi­nia­tu­rową skalą ich wła­snego go­spo­dar­stwa. Kiedy mąż prze­bywa w domu, iry­tuje ją spo­sób, w jaki jest tam obecny. Kiedy go nie ma, wścieka ją jego brak. Mi­łość to praw­dziwa udręka. Czy można nie­na­wi­dzić tego, kogo się ko­cha? Cille chcia­łaby ko­chać Aska, to zna­czy: ko­cha go, z całą pew­no­ścią, tylko aku­rat te­raz oka­zuje się to nie­ła­twe. Ten idiota Mek­sy­ka­nin na­mie­szał mu w gło­wie swo­imi wia­der­kami do szam­pana i na­wy­kami bo­ga­cza. Po co ma­rzyć o ja­kimś nie­re­ali­stycz­nym świe­cie? Co się stało z Askiem, wcze­śniej tak trzeźwo my­ślą­cym i sku­tecz­nym w dzia­ła­niu? Kie­dyś ła­two było go zro­zu­mieć, prze­by­wać z nim. Cille chcia­łaby wró­cić do tego, co ich kie­dyś łą­czyło, szko­puł w tym, że już nie pa­mięta, kim są ra­zem. Zda­rza jej się po­ło­żyć obok niego w sy­pialni. Gła­dzi go po wło­sach, bie­rze jego dłoń i wsuwa so­bie mię­dzy nogi. Z cia­łem sprawa jest pro­sta, ono wciąż pra­gnie bli­sko­ści, pełne ocze­ki­wań i za­cie­ka­wione szy­kuje się na to, co ma na­stą­pić. Cza­sami jej tech­niki uwo­dze­nia przy­no­szą efekt, ale nie­kiedy Ask po­trafi za­brać rękę, raz zda­rzyło się na­wet, że zo­sta­wił ją mię­dzy jej no­gami, ciężką i bez­czynną. Ni­czym ka­wa­łek su­ro­wej po­lę­dwicy na la­dzie w skle­pie mię­snym. Czy to ma być męż­czy­zna?! Czy to jest mąż Cille, jej Ask, który nie po­trafi wziąć udziału w za­ba­wie mimo tak bez­po­śred­niego za­pro­sze­nia? Gdzie się po­dział fa­cet, w któ­rym się za­ko­chała, ten silny mil­czący sa­miec alfa po­znany na po­kła­dzie sa­mo­lotu do Rzymu pra­wie dzie­sięć lat temu? Kiedy ich zbli­że­nia w łóżku stają się zbyt nie­udolne, a Ask nie jest w sta­nie do­pro­wa­dzić sprawy do końca, za­czyna się wy­co­fy­wać ra­kiem i nie­zręcz­nie tłu­ma­czyć:

- Ko­cha­nie, na­prawdę bym chciał... tylko je­stem strasz­nie zmę­czony. Nie mo­żemy za­miast tego po­le­żeć przy­tu­leni? Zro­zum, mu­szę się choć tro­chę przy­go­to­wać... Nie po­tra­fię się tak szybko prze­sta­wić. Jesz­cze go­dzinę temu w kuchni śmier­tel­nie się na mnie ob­ra­zi­łaś, a te­raz przy­tu­lasz się do mnie czule, od­prę­żona i naga, jakby ni­gdy nic. Mu­szę wie­dzieć, czy je­ste­śmy przy­ja­ciółmi czy wro­gami, w ja­kim punk­cie się znaj­du­jemy, ro­zu­miesz, co mam na my­śli? Ni­gdy nie wiem, czy je­stem w ła­sce czy nie­ła­sce. Sorry, ale wiesz, o co mi cho­dzi?

Ca­ro­line

Za­le­d­wie kilka ty­go­dni po ob­cho­dach Hu­ber­tusa wy­biera się po­now­nie do Zwie­rzyńca. Po­wie­trze jest zimne. Ca­ro­line za­dziera głowę i pa­trzy w niebo z roz­chy­lo­nymi ustami. Przy­gląda się sza­rym chmu­rom, nie my­śląc o ni­czym. Przez mi­nutę lub dwie nie ob­cho­dzi jej nic poza tymi chmu­rami. Tuż obok prze­cho­dzi kilka czar­nych koni, wtedy szybko po­wraca do rze­czy­wi­sto­ści. Jeźdźcy sta­no­wią małą grupkę męż­czyzn w śred­nim wieku. Ca­ro­line uświa­da­mia so­bie na­gle, że to, co przed sobą wi­dzi, sta­nowi oznakę naj­wyż­szego uprzy­wi­le­jo­wa­nia i kon­troli nad wła­snym ży­ciem: wy­pro­sto­wani pa­no­wie na koń­skich grzbie­tach w so­bot­nie po­po­łu­dnie. Kurtka do jazdy kon­nej nie jest dla każ­dego. Mo­żesz w niej sie­dzieć w sio­dle, tylko je­śli w twoim ży­ciu pa­nuje ide­alna rów­no­waga - pod wzglę­dem prak­tycz­nym, fi­nan­so­wym, umy­sło­wym i to­wa­rzy­skim. Ca­ro­line ma wra­że­nie, że ci jeźdźcy są po­sta­ciami ze świata, który prze­mi­nął. Przy­kłu­so­wali tu­taj z in­nych cza­sów, wolni od wy­na­tu­rzeń i ba­na­łów no­wo­cze­sno­ści. Kiedy sie­dzisz wy­soko w sio­dle, po­dą­ża­jąc hi­sto­rycz­nymi ścież­kami ło­wiec­kimi Klam­pen­borga, nie ciążą ci akta skom­pli­ko­wa­nych spraw, ter­miny, pre­sja czasu, mil­cze­nie na­sto­let­nich dzieci, ro­dzinne zmar­twie­nia i buj­nie roz­ga­łę­ziony układ wy­rzu­tów su­mie­nia na wielu róż­nych po­zio­mach. Już samo to, że znaj­du­jesz czas na taką prze­jażdżkę, czyni cię ab­so­lut­nym władcą wierz­chowca i ota­cza­ją­cego lasu. Po­dob­nie jak przed­kła­da­nie tego nad wszystko inne, na przy­kład sie­dze­nie w domu na ka­na­pie, go­rącz­kowe prze­grze­by­wa­nie in­ter­netu w po­szu­ki­wa­niu przy­ja­ciół i dóbr, cią­głe zer­ka­nie na te­le­fon albo pi­cie drin­ków. Za­miast tego sku­piasz się na tej jed­nej je­dy­nej rze­czy: jeź­dzie na swoim ko­niu w oto­cze­niu przy­rody. Nie roz­ma­wiasz o tym, tak jak Ka­are, tylko rze­czy­wi­ście to ro­bisz - wy­ru­szasz na week­en­dową prze­jażdżkę wy­łącz­nie dla wła­snej przy­jem­no­ści. Prze­mie­rza­nie Zwie­rzyńca na grzbie­cie wierz­chowca czy­stej krwi wy­daje się Ca­ro­line czymś nie­malże nad­ludz­kim, jakby cho­dziło o ja­kie­goś króla albo zba­wi­ciela. Czło­wiek był naj­pierw nic nie­zna­czą­cym zwie­rzę­ciem, które tak jak inne małpy cho­dziło na czte­rech no­gach. Do­piero póź­niej sta­nęło na dwóch i wy­kształ­ciło umie­jęt­ność po­lo­wa­nia, wy­ra­bia­nia na­rzę­dzi i krze­sa­nia ognia. Na sa­mym końcu tej ewo­lu­cji, na jej ostat­nim szcze­blu, znaj­duje się wy­pro­sto­wany czło­wiek w sio­dle, na pięk­nym ko­niu, w Klam­pen­borgu - naj­wy­żej w łań­cu­chu po­kar­mo­wym, naj­wy­żej w spo­łe­czeń­stwie, wznie­siony po­nad zwy­kłe sprawy, dys­po­nu­jący nie­ogra­ni­czoną mocą. Ludzka mi­sja wy­ko­nana. Ci męż­czyźni w sio­dłach po­cho­dzą z in­nego świata, peł­nego przy­wi­le­jów. Wzbu­dzają praw­dziwy sza­cu­nek. "Ejże, a co to ma zna­czyć?!" Ca­ro­line mu­ska ogon jed­nego z mi­ja­ją­cych ją wierz­chow­ców. Uska­kuje z prze­stra­chem w bok. Jeż­dżą zde­cy­do­wa­nie za bli­sko! Prze­cież to po­tężne zwie­rzęta! Trudno prze­wi­dzieć, czy na­gle nie przyj­dzie im do głowy kop­nąć ja­kie­goś spa­ce­ro­wi­cza, chwy­cić zę­bami albo sta­nąć dęba czy co to tam jesz­cze mogą zro­bić. Ktoś jej kie­dyś mó­wił, że ko­nie za­cho­wują się nie­obli­czal­nie. Ci wspa­niali jeźdźcy mo­gliby roz­wa­żyć omi­ja­nie cho­dzą­cych pie­szo nieco więk­szym łu­kiem. Ca­ro­line za­trzy­muje się i czeka, aż wszy­scy prze­jadą. Nie ma za­miaru zwra­cać im uwagi. Czło­wiek czuje się ża­ło­śnie mały, kiedy stoi na ziemi obok wiel­kiego ko­nia z jeźdź­cem na grzbie­cie. Ni­czym chłop pańsz­czyź­niany, do któ­rego ubo­giej za­grody nie­spo­dzie­wa­nie za­jeż­dża król z wi­zytą. Mimo wszystko cóż to za piękny wi­dok - zwinni męż­czyźni na lśnią­cych w słońcu wierz­chow­cach. Spra­wiają wra­że­nie eks­tre­mal­nie zdro­wych i za­dba­nych. Pod ka­skami jeź­dziec­kimi wi­dać ich krót­kie siwe włosy. Wszy­scy po­rząd­nie ogo­leni, o wy­raź­nie za­ry­so­wa­nych szczę­kach. Od­po­wied­nia po­stawa, przy­ja­zne spoj­rze­nie. Ich zmarszczki mi­miczne nie są bruz­dami świad­czą­cymi o zmę­cze­niu ży­ciem, wy­glą­dają ra­czej jak mu­śnię­cie słoń­cem roz­ja­śnia­jące ich twa­rze. Ca­ro­line jest dumna, że mieszka w miej­scu o tak wspa­nia­łych sta­rych tra­dy­cjach. Przez krótką chwilę po­mysł Ka­arego o na­uce jazdy kon­nej wy­daje jej się na­wet cał­kiem do­bry. Może po­winna go wes­przeć w tych pla­nach? Drob­nej bu­dowy koń peł­nej krwi z pew­no­ścią nie dałby rady ga­lo­po­wać z jej dwu­me­tro­wym i wa­żą­cym sto kilo mał­żon­kiem na grzbie­cie. Ka­are po­trze­bo­wałby in­nej rasy, może krę­pego ju­tlanda albo in­nego ko­nia po­cią­go­wego, jak te, które cią­gną bryczki ze sta­cji Klam­pen­borg? Do udźwi­gnię­cia Ka­arego po­trzeba sil­nego wierz­chowca, Ca­ro­line wie, o czym mówi.

***

Z prze­ciw­nej strony zbliża się do niej grupa bie­ga­czy. Ca­ro­line scho­dzi na bok i po­zwala, żeby ją mi­nęli. Może po­winna wziąć z nich przy­kład? Mo­głaby zre­zy­gno­wać z abo­na­mentu w We­lcome Fit­ness i za­miast tego za­cząć bie­gać, tak jak tamci! W każdy wto­rek o sie­dem­na­stej człon­ko­wie lo­kal­nego klubu bie­ga­cza spo­ty­kają się przed skle­pem z ak­ce­so­riami spor­to­wymi przy Stran­dve­jen. Wspól­nie po­ko­nują długi dy­stans do Zwie­rzyńca i z po­wro­tem, z la­tar­kami na czo­łach, w neo­no­wych try­ko­tach, wy­po­sa­żeni w zmyślne bi­dony z wodą za­wie­szone na czymś w ro­dzaju pa­sów su­rvi­va­lo­wych. Każdy może się do nich przy­łą­czyć i w do­datku to nic nie kosz­tuje, czego zde­cy­do­wa­nie nie można po­wie­dzieć o co­ty­go­dnio­wym tre­ningu z Bet­tiną kosz­tu­ją­cym Ca­ro­line około czte­rech ty­sięcy ko­ron mie­sięcz­nie. Z dru­giej strony Bet­tina jest jej dys­cy­pliną, krę­go­słu­pem, roz­grze­sze­niem z wy­rzu­tów su­mie­nia, sil­nym pchnię­ciem w plecy, które zmu­sza ją do spa­ko­wa­nia torby i ru­sze­nia się z domu. Jest warta wszel­kich pie­nię­dzy. Być może bie­ga­nie nie jest tak straszne, kiedy robi się to w gru­pie, może w ta­kim tłu­mie in­nych bie­ga­czy czło­wiek czuje się wręcz nie­siony na skrzy­dłach? Kto wie, czy wła­śnie taka zbio­rowa dy­na­mika nie skło­ni­łaby Ca­ro­line do wy­bie­gnię­cia na ścieżki. Kiedy je­sien­nym wie­czo­rem spo­tyka się grupę bie­ga­czy na Stran­dve­jen, wy­glą­dają jak wiel­kie świet­nie sko­or­dy­no­wane stado zwie­rząt, ide­alna for­ma­cja prze­miesz­cza­jąca się ścieżką ro­we­rową i chod­ni­kiem, w dro­dze do lasu. Bie­gną jed­nym tem­pem i ko­mu­ni­kują się ze sobą umó­wio­nymi ko­dami ni­czym mi­gru­jące zwie­rzęta - stado pta­ków albo ła­wica ryb, pry­mi­tywne stwo­rze­nia po­szu­ku­jące po­ży­wie­nia, sensu, prze­ży­cia. Obie­rają kie­ru­nek na pod­sta­wie zna­ków w kra­jo­bra­zie i oceny sy­tu­acji, re­agu­jąc zbio­rowo na ko­mendy prze­wod­nika: "Prawo! Lewo! Ro­we­rzy­sta. Sto­oop!". Znad tego wiel­kiego neo­no­wego ciel­ska o wielu świe­cą­cych la­tar­ko­wych oczach i wspól­nym cięż­kim od­de­chu unosi się chmura pary. "Bie­gniemy" - mó­wią z każ­dym za­mor­ty­zo­wa­nym ude­rze­niem stopy o as­falt. "Po­świę­camy dużo czasu na dba­nie o swoje ciało, bie­gniemy na świe­żym po­wie­trzu, zmie­rzamy wielką grupą do lasu. Bie­gniemy, pod­czas gdy wy sto­icie w korku i nie­cier­pli­wie bęb­ni­cie pal­cami o kie­row­nicę, wkła­da­cie za­kupy do ko­szy­ków w zmę­czo­nej tę­sk­no­cie za wy­zwo­le­niem z tego wię­zie­nia, w któ­rym sami się za­mknę­li­ście. Za czym tak na­prawdę tę­sk­ni­cie? Co się znaj­duje na końcu tej ko­lejki sa­mo­cho­dów? Spójrz­cie na sie­bie, ży­je­cie w po­śpie­chu, w ża­ło­snym ubó­stwie. Spra­wia­cie nam za­wód. Nie po­świę­ca­cie czasu na bie­ga­nie ra­zem z nami, to ka­ry­godne. Ale oto bie­gniemy. Od­da­jemy cześć chwili, ko­le­żeń­stwu, ciału. Zo­bacz­cie, ilu nas jest i jak tu ra­zem bie­gniemy". Na pół­nocy Ze­lan­dii rządy spra­wuje szczu­pła więk­szość, pa­nuje tu coś w ro­dzaju re­żimu. Zdro­wie, in­te­gral­ność i pa­no­wa­nie nad sobą są obo­wią­zu­ją­cymi pra­wami. Nie­wy­tre­no­wane ciało nie ma ta­kiego sa­mego prawa do by­cia tu­taj i nikt go nie sza­nuje. Neo­nowi bie­ga­cze ga­lo­pują w stronę lasu. Bo mogą. To nie­malże aro­ganc­kie. Pro­wo­ku­jące. Nie­po­ko­jące. Bie­gnące zwie­rzę pry­cha, wy­dy­cha­jąc ob­łoczki wil­goci i cie­pła, które to­wa­rzy­szą mu na ca­łej tra­sie ni­czym od­zna­cza­jąca się w ciem­no­ści sza­ro­biała au­re­ola. La­tarki na czo­łach two­rzą przed nimi świetlne ścieżki. Bie­ga­cze po­ka­zują drogę, dają z sie­bie wszystko, mają wspólne po­czu­cie ho­noru, dzielą ze sobą wy­si­łek, wspie­rają się, dążą do tego sa­mego celu. Ca­ro­line my­śli o tym, że w każde wtor­kowe po­po­łu­dnie bie­gnąca gro­mada wy­zwala się z wszel­kich obo­wiąz­ków i cho­mi­czego ko­ło­wrotka, w któ­rymi tkwi reszta lu­dzi. Jak im się to udaje? Jak znaj­dują na to czas i ener­gię? Samo prze­bra­nie się po dłu­gim dniu w pracy, wło­że­nie stroju do jog­gingu i zmu­sze­nie się do opusz­cze­nia domu wy­dają się Ca­ro­line sza­le­nie trudne. W tej gru­pie znaj­dują się ko­biety i męż­czyźni, sta­rzy, mło­dzi i wiele osób po­mię­dzy, czę­sto ich mija, gdy wraca sa­mo­cho­dem z pracy. Na wi­dok każ­dej ko­biety w swoim wieku, która prze­biega obok, Ca­ro­line czuje nie­zde­fi­nio­wane ukłu­cie w sercu. Ból. Krót­ko­trwały pa­ra­liż.

Jej sio­stra też biega. Opra­co­wali z mę­żem pię­cio­ki­lo­me­trową trasę, którą po­ko­nują dwa razy w ty­go­dniu. Ca­milla kil­ka­krot­nie jej pro­po­no­wała, żeby do nich do­łą­czyła.

- Bie­gaj z nami! Albo zre­zy­gnuj z sa­mo­chodu i za­miast tego po­jedź do pracy ro­we­rem, wtedy co­dzien­nie za­ży­jesz tro­chę ru­chu - udziela jej zwy­cza­jo­wych roz­sąd­nych rad, gdy Ca­ro­line na­rzeka na do­dat­kowe ki­lo­gramy, które po­ja­wiają się znie­nacka każ­dego roku, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się przy­kła­dała do tre­ningu z Bet­tiną. Z ki­lo­grama rocz­nie robi się sporo w ciągu pię­ciu lat, ale co­dzienne bie­ga­nie i jazda na ro­we­rze wy­dają jej się nie­moż­liwe, bo niby jak zna­leźć na nie czas? To nie ta­kie pro­ste, jak przed­sta­wia to Ca­milla.

- Wi­dzia­łaś kie­dyś ad­wo­katkę, która przy­jeż­dża na roz­prawy spo­cona, z po­tar­ga­nymi wło­sami i no­gaw­kami spię­tymi kla­mer­kami? Sa­mo­chód jest mi po­trzebny. Są tacy, co mogą przy­jeż­dżać do sądu na ro­we­rze, ale w moim przy­padku to wy­klu­czone.

Jej przy­ja­ciółka Su­san także biega. Ca­ro­line za­wsze lekko iry­to­wały wła­ściwe wielu bie­ga­czom eu­fo­ria i sa­mo­za­do­wo­le­nie. Czy na­prawdę mu­szą aż tak się nad sobą roz­pły­wać, tak gło­śno wy­ra­żać mi­łość wła­sną? Lu­dzie nie są stwo­rzeni do bie­ga­nia ma­ra­to­nów. Pierw­szy w hi­sto­rii ma­ra­toń­czyk wy­zio­nął przez to du­cha. Czy wła­śnie dla­tego lu­dzie to ro­bią? Czy cho­dzi o to, żeby nad­lu­dzie z Hel­le­rupu i Rung­stedu po­ko­nali dy­stans czter­dzie­stu dwóch ki­lo­me­trów i tym sa­mym udo­wod­nili, że po­tra­fią prze­zwy­cię­żyć śmierć? Wal­czą nie tylko ze sobą na­wza­jem, ale także z ludzką ana­to­mią, pod­da­jąc pró­bie gra­nicę bio­lo­giczną. Zda­niem Ca­ro­line bie­ga­nie dłu­go­dy­stan­sowe kłóci się z pra­wami na­tury. Wiel­błądy, psy za­przę­gowe i ko­nie są stwo­rzone do bie­ga­nia na duże od­le­gło­ści, pod­czas gdy czło­wiek przez wieki roz­wi­nął u sie­bie duży mózg i na jego tre­ningu po­wi­nien się skon­cen­tro­wać. Zdol­ność prze­trwa­nia tkwi w na­szych gło­wach. Dla­czego ci, któ­rzy bie­gają, mają po­trzebę opo­wia­da­nia in­nym o po­ko­na­nym dy­stan­sie co do ki­lo­me­tra, me­tra, cen­ty­me­tra? Do tego ze wska­za­niem, ile czasu im to za­jęło, z do­kład­no­ścią do mi­li­se­kundy. Ko­niecz­nie mu­szą zwie­rzyć się z każ­dego skur­czu mię­śnia, każ­dego ude­rze­nia serca, każ­dego ka­myczka na dro­dze. Ale Ca­ro­line przy­znaje, że chcia­łaby po­czuć te en­dor­finy, nad któ­rymi czę­sto roz­wo­dzi się Su­san. Być może jej osąd był zbyt po­chopny, zbyt ma­łost­kowy i po­winna jed­nak spró­bo­wać? Mo­głaby spraw­dzić, jak jej pój­dzie, za­czy­na­jąc od krót­kiej prze­bieżki wo­kół Fortu Char­lot­ten­lund. Kupi parę bu­tów do bie­ga­nia, ale naj­pierw za­pyta Ca­millę, gdzie zna­leźć coś od­po­wied­niego. Może sio­stra ze­chce do niej do­łą­czyć? Mogą się spo­tkać na lun­chu, a póź­niej po­szu­kać spor­to­wych ak­ce­so­riów. Ca­ro­line ma ochotę za­pro­sić Ca­millę do re­stau­ra­cji Ze­le­ste, od ich ostat­niego spo­tka­nia na mie­ście mi­nęło sporo czasu. Pod­ję­cie tej de­cy­zji wpra­wia ją w do­bry hu­mor, raź­niej sta­wia kroki i czuje, że jej nogi są silne, z pew­no­ścią da­dzą radę ją unieść, w tym mo­men­cie zresztą nie­wiele jej bra­kuje do biegu. Taki szybki chód można chyba za­li­czyć jako lekki jog­ging? Cie­kawe, czy ma szansę stać się bie­gaczką. Ca­ro­line nie na­leży do naj­szyb­szych, ak­tyw­ność fi­zyczna nie jest dla niej czymś na­tu­ral­nym, jej naj­wyż­sze osią­gnię­cia do­ty­czą sfery umy­sło­wej. Oprócz tego ma że­la­zną wolę. To dzięki niej pro­wa­dzi swoją dzia­łal­ność z tak wiel­kim suk­ce­sem, pi­sze książki, wy­gła­sza wy­kłady, cho­dzi do Bet­tiny na tre­ningi i to za­pewne ta de­ter­mi­na­cja pcha ją upar­cie przez ży­cie. Na pół­noc­nych przed­mie­ściach Ko­pen­hagi Ca­ro­line na­zy­wają Że­la­zną Cipą. Wie o tym od dawna. Jej mę­scy ko­le­dzy po fa­chu i mał­żon­ko­wie, z któ­rymi w imie­niu klien­tek sta­cza walki w są­dzie i przy stole ne­go­cja­cyj­nym, uznają za za­bawne po­ni­ża­nie ją w ten spo­sób za jej ple­cami. Ta­kie prze­zwi­sko ni­gdy nie umrze, ale niech no po­cze­kają. Jej że­la­zna wola po­py­cha ją te­raz do bie­ga­nia z resztą neo­no­wej hordy. Jesz­cze im wszyst­kim po­każe. Ca­ro­line też ma ciało i chcia­łaby prze­żyć ten mo­ment upo­je­nia, po­czuć en­dor­finy krą­żące po ca­łym ciele ni­czym mor­fina, które czy­nią cię lekką i szczę­śliwą. Ona też chce zna­leźć so­bie ja­kieś hobby. Kiedy przyj­dzie pora, ro­zej­rzy się za czo­łówką i neo­nową ka­mi­zelką. Po zgro­ma­dze­niu po­trzeb­nego wy­po­sa­że­nia nie bę­dzie już żad­nej wy­mówki, żeby nie spró­bo­wać. Czuje, że do­brze jej robi my­śle­nie o tym ma­łym pro­jek­cie za­ku­po­wym. To wszystko ma sens, plan jest na­prawdę do­bry. Wie­czo­rem za­dzwoni do Ca­milli i za­pyta, czy nie wy­bie­rze się z nią do mia­sta.

Lu­kas

W ostat­nim cza­sie za­czął od­czu­wać zmiany w swoim ciele i w spo­so­bie my­śle­nia. Jakby stał się bar­dziej obo­jętny, może wręcz po­zba­wiony uczuć. Kiedy bra­kuje mu pie­nię­dzy, bie­rze to, co tylko uda mu się zna­leźć, ro­dzice i tak ni­czego nie od­kryją, cho­ciaż wie, że źle po­stę­puje. Po­wi­nien zna­leźć so­bie ja­kąś pracę w cza­sie wol­nym od szkoły, ale niby jaką? W Netto za sześć­dzie­siąt pięć ko­ron za go­dzinę? To za mało na jego po­trzeby. Oj­ciec trzyma w piw­nicy ko­lek­cję mo­net, ostatni raz wspo­mi­nał o niej wiele lat temu. Lu­kas ob­sta­wia, że zu­peł­nie o niej za­po­mniał. Cza­sami udaje mu się sprze­dać starą pię­cio­ko­ro­nówkę za cztery ty­siące, nie do wiary, ile si­wo­włosi ko­lek­cjo­ne­rzy z Vi­rum i Val­lens­b?k są w sta­nie wy­bu­lić na ja­kieś stare mo­nety. Lu­kas wie, że pali za tro­chę za dużo, jakby wszedł te­raz w drugą fazę. Wciąż jara ra­zem z chło­pa­kami z klasy, głów­nie dla przy­jem­no­ści. Kiedy jest sam, ma ry­tu­ały, bez któ­rych ciężko mu się obyć. Wtedy bar­dziej eks­pe­ry­men­tuje. Jest to dla niego in­tymna czyn­ność i po­zwala so­bie na nią tylko wtedy, gdy ma cały dom dla sie­bie. Naj­lep­sze w dra­gach jest to, że dają moż­li­wość by­cia kimś in­nym. Za­leży mu wła­śnie na tym do­zna­niu - ab­so­lut­nej, ni­czym nie­zmą­co­nej przy­jem­no­ści z tego, że leży się w łóżku i po­woli znika ze swo­jego ciała. Trip jest głęb­szy, je­śli po­łą­czyć gaz roz­we­se­la­jący z ha­szem. Samo za­ży­cie gazu nie jest ni­czym szcze­gól­nym, można go do­stać ta­nio, do­słow­nie wszę­dzie, i biorą go wszy­scy, ale ra­zem z pa­le­niem zy­skuje się do­dat­kową głę­bię, przy­jemny od­lot. Do­brze też działa na krót­ko­trwałe pod­nie­sie­nie kre­atyw­no­ści, spra­wia, że słowa w my­ślach zmie­niają szyk. Bę­dąc na ga­zie roz­we­se­la­ją­cym, Lu­kas na­pi­sał kilka po­je­cha­nych wier­szy, z któ­rych jest za­do­wo­lony. Kiedy prze­bywa sam w ich wiel­kim domu i ma szczę­ście wpra­wić się w od­po­wiedni stan, po­trafi two­rzyć po­ezję i wtedy, wła­śnie w tym mo­men­cie, jest tym, kim chciałby być. Ni mniej, ni wię­cej, tylko za­je­bi­ście szczę­śli­wym czło­wie­kiem.

***

Cza­sami ma wra­że­nie, że my­śle­nie o by­ciu na haju przej­muje wła­dzę nad jego mó­zgiem. Sku­pia­nie się na przy­szłych do­zna­niach jest waż­niej­sze od je­dze­nia, spa­nia, prze­by­wa­nia z przy­ja­ciółmi. Ro­dzina i szkoła scho­dzą na drugi plan. Więk­szość czasu zaj­muje mu pla­no­wa­nie, jak zdo­być to, czego po­trze­buje. Owład­nęła nim ob­se­sja wpra­wie­nia się w stan jak naj­bliż­szy ide­al­nemu, my­śli krążą bez­u­stan­nie wo­kół tego. Da radę skom­bi­no­wać kasę? Jak zna­leźć Po­the­ada? Bę­dzie miał wolną chatę? Jak osią­gnąć stan, za któ­rym tę­skni? Kiedy to się uda? W jaki spo­sób naj­dłu­żej go utrzy­mać? Lu­kas czuje się jed­no­cze­śnie my­śli­wym i zwie­rzyną łowną, szczę­śli­wym za­kład­ni­kiem stanu, w któ­rym chciałby się znaj­do­wać na okrą­gło.

- Kurwa, ko­leś, chyba się uza­leż­ni­łeś - za­śmiał się ostat­nio Kon­rad, kiedy ra­zem wy­brali się po hasz na week­end.

Kon­rad za­pro­po­no­wał, żeby póź­niej po­je­chali do niego. Ale Lu­kas chciał wró­cić do domu.

- Wo­lisz przy­grzać sam, prze­gi­nasz, bro - stwier­dził Kon­rad. - Prze­sta­jesz nad tym pa­no­wać, nie masz kon­troli.

- To nie tak, jak my­ślisz - od­po­wie­dział Lu­kas. Sam sły­szał, jak słabo to za­brzmiało. No kurde, cza­sami chce się po­być sa­memu, na­wet Kon­rad po­wi­nien to zro­zu­mieć.

Line

Line leży u sie­bie w sy­pialni z człon­kiem Pe­tera w ustach. Wy­daje jej się to tak na­tu­ralne, jakby wła­śnie wró­ciła do domu. Tę­sk­niła za sek­sem, ta­kim praw­dzi­wym, a nie za­pla­no­wa­nym przed­sta­wie­niem albo dwoma osob­nymi prze­ży­ciami w jed­nym łóżku. Sek­sem mię­dzy dwoj­giem do­ro­słych lu­dzi, któ­rym w ży­ciu bra­ko­wało in­tym­no­ści i któ­rzy po­tra­fią jej się od­dać, gdy w końcu się po­ja­wia. Sek­sem z do­brze zbu­do­wa­nym le­ka­rzem, uzna­nym ba­da­czem, który wie, jak do­ce­nić świet­nie utrzy­mane ko­biece ciało, mimo że nie ma ono już dwu­dzie­stu sied­miu lat. Line czuje się tak, jakby Pe­ter był dla niej szwedz­kim sto­łem za­sta­wio­nym szczę­ściem i moż­li­wo­ściami. Ma pięk­nego członka i po­trafi się nim po­słu­gi­wać. Do­cho­dzi mię­dzy nimi do cie­płej i szcze­rej wy­miany, nie bra­kuje wspól­nej woli i za­in­te­re­so­wa­nia, wza­jem­nego po­ciągu. Line na­zwa­łaby to wręcz ko­mu­ni­ka­cją, a kiedy na­stę­pują w niej prze­rwy, każde z nich opo­wiada o so­bie. Ona mówi, że na­resz­cie może się utrzy­mać z pi­sa­nia i pro­wa­dze­nia warsz­ta­tów o je­dze­niu, zdro­wiu i roz­sąd­nym go­spo­da­ro­wa­niu. Wspo­mina też o ża­ło­bie i bez­sil­no­ści po śmierci Kri­stiana, gdy zo­stała sama z troj­giem osie­ro­co­nych dzieci w na­sto­let­nim wieku. Za de­cy­zją męża kryło się wiele ta­jem­nic i nie­przy­jem­nych nie­spo­dzia­nek, tylko jak można uchro­nić przed tym duże dzieci, kiedy "Jyl­lands-Po­sten" i "Eks­tra Bla­det" za­miesz­czają zdję­cia ojca na pierw­szych stro­nach przez wiele dni z rzędu. Mi­nęło sporo czasu, za­nim jej naj­młod­szy syn był w sta­nie wró­cić do szkoły.

- Naj­gor­sze ze wszyst­kiego było wła­śnie to oszu­stwo... i kłam­stwa - wy­znaje. - Jak­by­śmy w ogóle go nie znali. Wy­pra­wi­li­śmy po­grzeb ko­muś ob­cemu.

Pe­ter nic nie mówi, tylko wstaje i wy­cho­dzi do kuchni. Line sły­szy, jak szuka szklanki i od­kręca kran. Kiedy wraca, kła­dzie się do łóżka i przy­wiera do niej cia­łem.

- Je­steś do­brą matką - stwier­dza. - Opie­ku­jesz się dziećmi, by­łaś dla nich za­wsze, gdy cię po­trze­bo­wały. Wię­cej nie mo­żesz zro­bić. Moim zda­niem masz w so­bie dużo siły i cie­pła.

- Dzię­kuję, je­steś na­prawdę miły. - Ca­łuje go. - Nie bę­dziemy już o nim roz­ma­wiać. Chcia­ła­bym do­wie­dzieć się wię­cej o to­bie.

Ja­kie to cu­downe znów mieć do­stęp do cie­płych ust, które można ca­ło­wać w środku nocy. Le­żeć obok męż­czy­zny, praw­dzi­wego, z krwi i ko­ści, któ­rego chcia­łoby się le­piej po­znać. Ma ochotę mu to po­wie­dzieć, żeby zneu­tra­li­zo­wać tę nie­po­trzebną ga­da­ninę o Kri­stia­nie, wy­znać mu swoje my­śli, ale wie, że jesz­cze na to za wcze­śnie. Nie na­leży mó­wić wszyst­kiego w pierw­szy wie­czór. Na szczę­ście Pe­ter ma dzie­więt­na­sto­let­nią córkę z pierw­szą żoną. Wie, jak wielka jest mi­łość ro­dzi­ciel­ska, i zna udrękę wy­wo­ły­waną świa­do­mo­ścią, że twoje dzieci są smutne i nie da się im po­móc, bo można zro­bić wiele, ale nie zwróci im się zmar­łego ojca. Line wy­czuwa, że Pe­ter to ro­zu­mie. Spo­tkała męż­czy­znę i jest on au­ten­tyczny. Ist­nieje na­prawdę. Oka­zuje się dla niej do­brym to­wa­rzy­szem, mi­łym i czu­łym. Za­pro­siła go do swo­jej sy­pialni i te­raz leży tu obok niej, po­sta­no­wił spę­dzić z nią tę noc, z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli! Line spo­tkała Pe­tera i ma od­wagę żyć da­lej. Z kimś ta­kim jak on nic jej nie­straszne.

Cille

Roz­wią­zuje zbyt wiele te­stów w in­ter­ne­cie, trudno jej się po­wstrzy­mać. Wy­świe­tlają się na ekra­nie i ku­szą, zu­peł­nie jakby wy­cią­gały do niej ręce i do­ma­gały się od­po­wie­dzi. Na­główki mru­gają do niej zna­cząco, obie­cują, że ujaw­nią o niej prawdę, do któ­rej sama nie jest w sta­nie dojść. "Jaki masz typ oso­bo­wo­ści?", "Masz de­pre­sję?", "Jaka jest praca two­ich ma­rzeń?, "Masz w so­bie urok?", "Czy je­steś w zdro­wym związku?", "Czy twoje ży­cie sek­su­alne jest lep­sze niż reszty?", "Czy je­steś do­brą matką?", "Czy mąż cię ko­cha?", "Czy je­steś in­tro­wer­tyczką?, "Czy je­steś atrak­cyjna jako part­nerka?", "Czy je­steś wierną przy­ja­ciółką?", "W ja­kim mie­ście po­win­naś za­miesz­kać?", "Czy ży­jesz zdrowo?", "Jaką rolę od­gry­wasz w swo­jej ro­dzi­nie?", "Ja­kim je­steś ty­pem ro­dzica?", "Czy masz mo­ty­wa­cję do zmiany pracy?", "Je­steś po­pu­larna?", "Masz ni­skie po­czu­cie war­to­ści?", "Czy je­steś atrak­cyjna na rynku pracy?". Przy­cią­gają ją do sie­bie z taką siłą, jakby po­tra­fiły rzu­cać czar. Cille musi roz­wią­zy­wać test za te­stem, cho­ciaż wcale tego nie chce, musi od­po­wie­dzieć na py­ta­nia, żeby prze­ła­mać ich moc - ina­czej za­wi­sną w próżni i będą wy­ty­kać ją oskar­ży­ciel­sko pal­cami. O tak, masz de­pre­sję, je­steś złą matką, twój zwią­zek prze­żywa kry­zys. Twoje ży­cie sek­su­alne jest po­ni­żej śred­niej, utknę­łaś w nie­wła­ści­wym miej­scu, je­steś krzy­czącą po­rażką, nie cie­szysz się zbyt wielką po­pu­lar­no­ścią, nie masz w so­bie ani krzty uroku, co ty so­bie my­śla­łaś? Gdy osiąga do­bry wy­nik, tro­chę ją to uspo­kaja i na kilka mi­nut może ode­tchnąć z ulgą. Nie za­wsze wy­pada słabo - w skali od jed­nego do dzie­się­ciu jest matką na ósemkę, w skali od jed­nego do pię­ciu mąż ko­cha ją na czwórkę, to nie tak źle, jest in­te­re­su­jącą part­nerką sek­su­alną, mieszka we wła­ści­wym miej­scu, jej wy­ma­rzona praca wiąże się z gra­fiką i pro­jek­to­wa­niem. Zda­rza jej się po­wtó­rzyć ja­kiś test, je­śli chce mieć cał­ko­witą pew­ność co do wy­niku, i wtedy al­go­rytm po­trafi zmie­nić zda­nie. Znów staje się złą matką, która musi po­pra­co­wać nad swoim związ­kiem, jej ży­cie in­tymne po­trze­buje za­strzyku ener­gii, po­winna się re­ali­zo­wać jako ar­tystka albo pie­lę­gniarka i miesz­kać w Pa­ryżu, musi też pa­mię­tać, żeby nie za­nie­dby­wać przy­ja­ciół. W ta­kich sy­tu­acjach nie ma in­nego wyj­ścia, niż po­wtó­rzyć test i udzie­lić ta­kich od­po­wie­dzi, żeby uzy­skać wy­nik, który bę­dzie w sta­nie za­ak­cep­to­wać. Pod­cho­dzi do tych wszyst­kich te­stów jak do dro­go­wska­zów. Do­bry wy­nik za­pew­nia jej coś w ro­dzaju gruntu pod no­gami, kru­chego fun­da­mentu, na któ­rym mo­głaby się usta­wić ni­czym po­mnik. Po spę­dze­niu ca­łego przed­po­łu­dnia na roz­wią­zy­wa­niu te­stów Cille ogar­niają agre­sja i zmę­cze­nie. Do­ku­cza jej ból głowy, nie może zna­leźć so­bie miej­sca i trudno jej się zde­cy­do­wać, czy po­winna coś zjeść, zdrzem­nąć się czy wyjść na spa­cer. Kła­dzie się na go­dzinę, za­nim pój­dzie ode­brać dzieci.

***

Do­kład­nie czyta każdą otrzy­maną od­mowę. Są prze­ra­ża­jąco iden­tyczne. Jakby pro­du­ko­wano je ma­sowo i wy­sy­łano z jed­nego biura głów­nego, gdzie raz na za­wsze uznano, że Cille jest nie­zdatna do pracy. Jakby stała się ofiarą ja­kie­goś spi­sku na wielką skalę, pod­ję­tej we wspól­nym sko­rum­po­wa­nym gro­nie de­cy­zji, że ta oto ko­bieta do ni­czego się nie na­daje.

Sza­nowna Pani, na wstę­pie dzię­ku­jemy za Pani za­in­te­re­so­wa­nie. Otrzy­ma­li­śmy trzy­sta osiem­dzie­siąt dzie­więć po­dań i z przy­kro­ścią za­wia­da­miamy, że po­sta­no­wi­li­śmy za­trud­nić na tym sta­no­wi­sku in­nego kan­dy­data. Ży­czymy Pani po­wo­dze­nia w dal­szym po­szu­ki­wa­niu pracy.

Sza­nowna Pani, dzię­ku­jemy za za­in­te­re­so­wa­nie pracą w na­szym kon­cer­nie. Otrzy­ma­li­śmy pięć­set dwa­dzie­ścia je­den po­dań i z przy­kro­ścią za­wia­da­miamy, że po­sta­no­wi­li­śmy za­trud­nić inną kan­dy­datkę. Ży­czymy po­wo­dze­nia.

Sza­nowna Pani, bar­dzo dzię­ku­jemy za za­in­te­re­so­wa­nie. Otrzy­ma­li­śmy czte­ry­sta sie­dem­dzie­siąt dwa po­da­nia i z przy­kro­ścią za­wia­da­miamy, że na sta­no­wi­sku za­trud­niono inną osobę. Ży­czymy Pani po­wo­dze­nia w dal­szym po­szu­ki­wa­niu pracy.

Raz za­dzwo­niono do niej, kiedy była z dziećmi w Ikei. Dy­rek­tor Działu PR Gminy Hvi­do­vre chciał jej oso­bi­ście prze­ka­zać, że kil­ku­krot­nie wra­cali do jej po­da­nia, była wśród dzie­się­ciorga naj­lep­szych kan­dy­da­tów spo­śród wielu, któ­rzy na­de­słali zgło­sze­nie. Cille zdą­żyła przez krótką chwilę uwie­rzyć, że dzwo­nią do niej z pro­po­zy­cją pracy albo z za­pro­sze­niem na roz­mowę, do mo­mentu, aż dy­rek­tor do­koń­czył: "...ale nie­stety wy­bra­li­śmy ko­goś in­nego na to sta­no­wi­sko. Pani pro­fil jest jed­nak na tyle cie­kawy, że umie­ści­li­śmy pa­nią w na­szej ba­zie da­nych. Uzna­łem, że po­winna pani o tym wie­dzieć. Ży­czę uda­nego dnia!". Cille osu­nęła się na czer­woną sofę Klip­pan za ty­siąc czte­ry­sta dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć ko­ron. Dzieci urzę­do­wały w dziale sy­pial­nia­nym, była sama w wiel­kim po­miesz­cze­niu z eks­po­zy­cjami. Po­ło­żyła się na so­fie i wy­buch­nęła pła­czem. Po­tem za­mknęła oczy i pra­wie za­snęła. Dzieci wciąż się ba­wiły, kiedy do­szła do sie­bie, wdzięczna za to, że może tu so­bie po­le­żeć w spo­koju, przez tę krótką chwilę. Tylko pięć mi­nut na ob­cej czer­wo­nej ka­na­pie.

Ka­are

Ka­are puka krótko do drzwi po­koju Lu­kasa, po­tem za­gląda do środka. Chło­pak leży w ciem­no­ściach na łóżku, pa­trzy w ekran lap­topa i słu­cha mu­zyki. W tle gra te­le­wi­zor.

- Mogę wejść? - pyta Ka­are.

- Już wsze­dłeś.

- Ale naj­pierw za­pu­ka­łem, chyba sły­sza­łeś? Mniej­sza z tym... Chcia­łem tylko spy­tać, czy nie wy­bie­rzesz się ze mną do Klam­pen­borga, obej­rzeć dom, który tam bu­duję. Mama też po­je­dzie.

- Te­raz to nie naj­lep­szy mo­ment, pi­szę wy­pra­co­wa­nie na an­giel­ski.

- To zaj­mie tylko go­dzinę... Bar­dzo chciał­bym wam go po­ka­zać. Mó­wię ci, jest eks­tra.

- Tak, tato, wie­rzę ci na słowo, ale dziś nie mogę. To źle?

- Nie, nie, oczy­wi­ście nie po­wi­nie­neś za­nie­dby­wać szkoły.

Ka­are kiwa głową, po­ciera brodę, ale nie ru­sza się z miej­sca. Uśmie­cha się, lekko się ko­ły­sze na sto­pach ryt­micz­nym ru­chem od pięt do pal­ców i z po­wro­tem. Chciałby po­roz­ma­wiać z sy­nem i pró­buje przy­po­mnieć so­bie o czymś, co go in­te­re­suje, czym­kol­wiek, lecz nie po­trafi na nic wpaść.

- A co poza tym? Zaj­mu­jesz się ostat­nio czymś cie­ka­wym? Masz ja­kieś hobby?

- Tato, nikt już tak nie mówi! Od­ra­biam lek­cje na ju­tro.

- Okej, okej. To do­brze. Wi­dzisz coś w tych ciem­no­ściach?

- Bez pro­blemu.

- No do­brze... Je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wał, to wiesz, gdzie włą­czyć świa­tło. Pra­cuj w ta­kim ra­zie, do zo­ba­cze­nia póź­niej.

Zda­rza się, że na krótką chwilę po­tra­fią się po­ro­zu­mieć, mają lep­sze mo­menty, ale są one bar­dzo rzad­kie. Może tak już po pro­stu jest? Po­winno się to za­ak­cep­to­wać i zo­sta­wić go w spo­koju, li­cząc na to, że sam kie­dyś wyj­dzie z tego po­koju? O ile Ka­arego pa­mięć nie myli, on miał bliż­szą re­la­cję z wła­snym oj­cem. Czę­sto urzą­dzali so­bie z Kar­lem nie­dzielne wy­cieczki. Je­chali z Br?ndby na pół­noc Ze­lan­dii po­oglą­dać sa­mo­chody i domy bo­ga­czy. Mieli wspólne za­in­te­re­so­wa­nia, przy­naj­mniej coś ra­zem ro­bili. Lu­bili wspól­nie za­glą­dać do tego in­nego świata, czy­tać ogło­sze­nia o sprze­daży nie­ru­cho­mo­ści, prze­glą­dać ka­ta­logi sa­mo­cho­dowe i ma­rzyć o wszyst­kich tych po­ku­sach. Go­dzi­nami dys­ku­to­wali o tym, gdzie chcie­liby miesz­kać, gdyby tra­fili szóstkę w lotto - w Hel­le­ru­pie, Ved­b?ku, Rung­ste­dzie albo aż w Hum­le­b?ku. Śmiali się, że na­uczy­liby się wtedy pić ró­żowe wino, że­glo­wać i pły­wać na nar­tach wod­nych. Obaj uzna­wali to za mało praw­do­po­dobne, ale Ka­are do­brze się ba­wił, sie­dząc w na­le­żą­cym do ojca sta­rym for­dzie cor­tina i bu­du­jąc swoje wiel­kie ma­rze­nia. Wła­śnie pod­czas tych wy­cie­czek na­ro­dziła się i pod­sy­ciła am­bi­cja Ka­arego. Wi­dział, jak się mieszka za furt­kami z ku­tego że­laza w Klam­pen­borgu, za gę­stymi bu­ko­wymi ży­wo­pło­tami w Hel­le­ru­pie i w wil­lach w Ved­b?ku. Po­dzi­wiał im­po­nu­jące pa­ła­cyki po­ło­żone tuż przy Stran­dve­jen. Też chciał tak żyć - na naj­wyż­szych ob­ro­tach i po­zio­mie, mieć wielki dom w do­brej lo­ka­li­za­cji, piękną żonę i parę du­żych sa­mo­cho­dów za­par­ko­wa­nych na pod­jeź­dzie. Kie­dyś było wła­ści­wie o wiele faj­niej, Ka­are za­czął to ro­zu­mieć, jesz­cze za­nim sam do­ro­bił się peł­nego pa­kietu dóbr. Am­bi­cja oraz dą­że­nie do wspię­cia się po dra­bi­nie spo­łecz­nej i opusz­cze­nia na za­wsze blo­ków Br?ndby zo­stały w nim za­siane, gdy był jesz­cze dziec­kiem. Pod­łogi z li­no­leum, okna wy­cho­dzące na przed­mie­ścia, ogrze­wa­nie elek­tryczne, mie­lone mięso cie­lęce i wie­przowe w naj­róż­niej­szych wa­rian­tach mogą być do­brym mo­to­rem na­pę­do­wym. Ka­are i Ca­ro­line mają na­tury wo­jow­ni­ków. Po­ko­nali długą drogę awansu spo­łecz­nego, wy­ko­rzy­stu­jąc swoje umie­jęt­no­ści i pre­dys­po­zy­cje. Ciężko pra­co­wali i po­ra­dzili so­bie w naj­trud­niej­szych chwi­lach, jak mo­gli naj­le­piej. Dla­czego ich syn nie odzie­dzi­czył nic z tej za­cie­kło­ści w dą­że­niu do celu? Dla­czego tra­fił się im taki Śpiący Kró­le­wicz? Jak do tego do­szło? Zu­peł­nie jakby nie słu­chał, nie sły­szał tego, co on i Ca­ro­line do niego mó­wią. Jakby to do niego nie do­cie­rało. Jak po­bu­dzić mło­dego czło­wieka do dzia­ła­nia? Jak wy­cią­gnąć go z łóżka? Jak dać kop­niaka ko­muś, kto wiecz­nie leży? Cho­lera ja­sna, coś musi dać się zro­bić.

Ca­ro­line

Par­kuje przy to­rze wy­ści­gów kon­nych. Chce przejść przez Zwie­rzy­niec od strony po­łu­dnio­wej, może aż do klubu gol­fo­wego i z po­wro­tem, spraw­dzić, do­kąd uda jej się do­trzeć. Iść bez żad­nego in­nego celu niż samo cho­dze­nie - to dla niej zu­peł­nie nowa dys­cy­plina. Ca­ro­line czuje w so­bie coś, nad czym nie może za­pa­no­wać, ja­kiś nie­po­kój pcha­jący ją ku temu miej­scu. My­śli o za­mknię­tych drzwiach do po­koju Lu­kasa i na krótką chwilę ogar­nia ją na­strój zmar­twie­nia i tę­sk­noty. Za czym? Prze­cież syn chce, żeby zo­sta­wić go w spo­koju. Nie wi­dać u niego chęci częst­szego prze­by­wa­nia z matką. Czyżby ża­ło­wała, że Lu­kas wkrótce wy­bę­dzie z domu? Czas mija tak szybko, jej wła­sne dzie­ciń­stwo też trwało krótko. Jakby ni­gdy do końca nie zro­zu­miała, na czym po­lega ma­cie­rzyń­stwo. Na­gle na­ra­sta w niej pa­nika, ma ochotę za­wró­cić do domu i kop­nia­kiem wy­ła­mać te drzwi, usiąść obok niego, ob­jąć go, za­cząć wszystko od nowa. Czy ona w ogóle zna wła­snego syna? Kiedy przy­cho­dzi, żeby z nim po­roz­ma­wiać, on za­wsze pró­buje się jej po­zbyć. Kiedy wy­py­tuje go o szkołę, jak mu mi­nął dzień, o jego plany, na­strój, udziela krót­kich od­po­wie­dzi. "Wpo­rzo", "Tak, tak", "Okej", "Nie bar­dzo", "Dzię­kuję, do­brze". Ca­ro­line się wtedy wy­co­fuje, a może po­winna po­świę­cić wię­cej czasu na przedar­cie się przez te skąpe po­wolne od­po­wie­dzi, tak jak to robi ze swo­imi klient­kami? Ja­kim on jest czło­wie­kiem? O czym my­śli? Co robi za tymi za­mknię­tymi drzwiami? Czyżby się przed kimś cho­wał? Może jest mu przy­kro z ja­kie­goś po­wodu? Czy coś się stało? Czy to nor­malne u na­sto­lat­ków? Czy wy­star­czy zo­sta­wić ich w spo­koju, a sami so­bie ze wszyst­kim po­ra­dzą, a może po­winno się siłą we­drzeć do ich po­koju? Dla­czego on tam cią­gle sie­dzi? Kiedy to stało się na­gminne? Czyżby wszy­scy troje przy­wy­kli do nie­nor­mal­nej sy­tu­acji, uwie­rzyli w ba­jeczkę, z którą ła­twiej jest im żyć, bo byli zbyt za­jęci wła­snymi spra­wami? Czy Ka­are był do­brym oj­cem? Czego tu­taj za­bra­kło? Zda­niem Ca­ro­line oby­dwoje ha­rują i sta­rają się, jak mogą. Jej klientki opo­wia­dają do­kład­nie to samo, kiedy przy­cho­dzą do niej z pła­czem: "Moim zda­niem ro­bi­łam wszystko, co w mo­jej mocy, przez po­nad dwa­dzie­ścia lat po­świę­ca­łam się jemu i ro­dzi­nie, a te­raz on mnie zo­sta­wił". "Z całą pew­no­ścią tak było" - od­po­wiada Ca­ro­line, ru­ty­no­wym ru­chem prze­su­wa­jąc w stronę roz­mów­czyni pu­dełko z chu­s­tecz­kami hi­gie­nicz­nymi. "Tyle że cza­sami po­trzeba cze­goś in­nego. Cza­sami wszystko, co w na­szej mocy, nie wy­star­cza". Jej roz­mów­czy­nie z re­zy­gna­cją kręcą gło­wami i pa­trzą nie­obec­nym wzro­kiem, aż za do­brze wie­dzą, co Ca­ro­line ma na my­śli. Dzięki pracy ma oka­zję zaj­rzeć ukrad­kiem w ży­cie ro­dzinne in­nych lu­dzi. Wi­dzi mnó­stwo roz­bi­tych ro­dzin, na jej oczach mał­żon­ko­wie wy­mia­tają z za­ka­mar­ków ukry­wane przez lata brudy, i za­czyna są­dzić, że to wszystko się do niej przy­kleja. Musi po­móc in­nym upo­rać się z nie­po­ro­zu­mie­niami i zdradą, a prawda jest taka, że sama so­bie z tym nie ra­dzi. Kim jest dla swo­jego syna? Jesz­cze chwila, a bę­dzie do­ro­sły, czas po­woli się koń­czy, ale czy do­brze go wy­ko­rzy­stali? Gdy Lu­kas był młod­szy, ona i Ka­are po­zwo­lili na to, by w spra­wach co­dzien­nych stery prze­jęły au pair, pod­czas gdy każde z nich za­jęło się roz­bu­do­wy­wa­niem wła­snej firmy. Po­dział pracy wy­glą­dał tak, że ona i Ka­are zaj­mo­wali się du­żymi spra­wami, a opie­kunki - tymi naj­mniej­szymi. Może tu­taj po­peł­nili błąd, źle osza­co­wali pro­por­cje? Co w ta­kiej sy­tu­acji Ca­ro­line po­wie­dzia­łaby klientce? Coś w stylu: "Co in­nego mo­żemy zro­bić niż da­wa­nie tego, co mamy, i by­cie tym, kim je­ste­śmy?". Ro­dzina to skom­pli­ko­wana sprawa, w któ­rej trzeba brać pod uwagę wiele róż­nych czyn­ni­ków, wy­ma­ga­jąca dłu­giej prak­tyki, do­kład­nej zna­jo­mo­ści ob­sługi nie­zli­czo­nej ilo­ści ma­łych przy­ci­sków, które nie za­wsze wi­dać, trzeba wie­dzieć, że tam są, tylko skąd? Ca­milla to wie, Su­san też, Ca­ro­line nie za­wsze, czę­sto ich nie do­strzega, a Ka­are już w ogóle. Ro­dzina to re­ality show, w któ­rym cho­dzi o to, kto prze­żyje i czyim kosz­tem. W ro­dzi­nie Kri­stian­se­nów bra­kuje ja­kie­goś skład­nika. Wła­ści­wie Ca­ro­line za­wsze miała tego świa­do­mość.

Sta­wia zde­cy­do­wane kroki na hi­sto­rycz­nych szu­tro­wych ścież­kach, jakby od­po­wie­dzi na jej py­ta­nia kryły się gdzieś w po­bliżu i tylko mu­siała je zna­leźć. Kiedy tu­taj prze­bywa, za­czyna my­śleć w inny spo­sób. Las ją zmie­nia. Głę­biej się tu od­dy­cha, ra­miona wra­cają na nor­malną wy­so­kość, przy­cho­dzą jej do głowy nowe roz­wią­za­nia. Ca­ro­line za­czyna do­strze­gać rze­czy, któ­rym wcze­śniej nie po­świę­cała uwagi. Ta­kie jak wła­sny od­dech. Mię­śnie brzu­cha. Dłu­gość kro­ków. Nogi. Kiedy tędy idzie, od­czuwa je w zu­peł­nie inny spo­sób. Są silne i chcą, żeby ich uży­wać. Lu­bią cho­dzić. Spo­sób, w jaki jej stopy do­ty­kają ziemi i się od niej od­ry­wają. Niebo. Kiedy ostat­nim ra­zem pa­trzyła w górę i o nim my­ślała? Niebo ma czy­sty błę­kitny ko­lor, zu­peł­nie nie­pa­su­jący do tej pory roku. Gru­dniowa przy­roda jest zmę­czona, ale niebo pro­mie­nieje. Ca­ro­line pa­trzy na roz­ło­ży­ste stare drzewa, któ­rych wi­dok dziw­nie ją wzru­sza. Są ży­wymi i cier­pli­wymi ol­brzy­mami, któ­rych ko­rze­nie się­gają głę­boko w zie­mię i roz­ga­łę­ziają się rów­nie da­leko jak ta część, która ro­śnie nad zie­mią. Ca­ro­line wy­obraża so­bie sys­tem ko­rze­niowy, jaki ma każde drzewo, to, jak da­leko się cią­gnie w każdą stronę ni­czym ar­mia sztur­mem wdzie­ra­jąca się w pod­ziemny świat. Aby utrzy­mać się przy ży­ciu, pra­co­wite ko­rze­nie nie­zmor­do­wa­nie zdo­by­wają nowe te­ry­to­rium, skąd po­bie­rają wodę, sub­stan­cje od­żyw­cze, związki mi­ne­ralne - to pro­cesy, któ­rych nie wi­dać go­łym okiem. Drzewa kil­ka­krot­nie prze­wyż­szają wie­kiem lu­dzi, do­świad­czyły po­lo­wań, wo­jen, su­ro­wych zim, gwał­tow­nych burz, let­nich po­wo­dzi. Przyj­mują, co się im daje, ak­cep­tują wa­runki swo­jej eg­zy­sten­cji, do­pa­so­wują się, bo nie mają in­nego wy­boru. Zo­stają w po­zy­cji sto­ją­cej i nie prze­ry­wają walki. Ta myśl za­piera dech w pier­siach Ca­ro­line, nie­na­wy­kłej do prze­żyć wy­wo­ły­wa­nych zja­wi­skami przy­rody. Uświa­da­mia to so­bie do­piero te­raz, wi­docz­nie na nie­które rze­czy po­trze­buje wię­cej czasu. Drzewa mają se­kretne ży­cie pod po­wierzch­nią ziemi, są ży­wymi or­ga­ni­zmami wal­czą­cymi o prze­trwa­nie każ­dego dnia, przez cały rok. Piją, od­dy­chają i krwa­wią jak inne istoty. Liczne funk­cje drzew, ich wiek, wzrost nad i pod zie­mią, wszystko, co po­tra­fią, samo ich ist­nie­nie, sta­no­wią dla Ca­ro­line ob­ja­wie­nie. Drzewa dzia­łają na nią ko­jąco. To w ja­kiś spo­sób wzru­sza­jące, że tak po pro­stu tu­taj ro­sną, nie­złomne i pełne god­no­ści, i przyj­mują wszyst­kie dary losu. Że so­bie ra­dzą. Do­póki tu­taj będą, do­póty bę­dzie na­dzieja. Ca­ro­line zdo­bywa się na coś wa­riac­kiego tylko dla­tego, że ni­kogo nie ma w po­bliżu. Pod­cho­dzi do wiel­kiego sta­rego dębu i kle­pie go po pniu. Czuje pod pal­cami szorstką po­bruż­dżoną korę i chce jej się pła­kać. Opiera głowę o pień i obej­muje go rę­koma, czu­jąc jed­no­cze­śnie roz­pacz i uko­je­nie, zu­peł­nie jakby nie była sobą. Ca­ro­line ni­gdy wcze­śniej nie do­ce­niała drzew. Nie miała żad­nych szcze­gól­nych prze­my­śleń na te­mat słońca, desz­czu, trawy, ziemi, nieba. Do­piero te­raz ude­rza ją, jak piękny i skom­pli­ko­wany jest ten świat, te wszyst­kie ele­menty przy­rody, tak ide­al­nie do sie­bie pa­su­jące i współ­ży­jące, przy­wo­dzące na myśl me­cha­nizm dzia­ła­jący bez za­rzutu, we­dług do­kład­nie ob­my­ślo­nego planu. Te silne wie­kowe dęby sta­no­wią część nie­za­wod­nego sys­temu. Mają wie­dzę i do­świad­cze­nie, któ­rych jej sa­mej bra­kuje. Ro­sną tu­taj, cier­pliwe i ży­wotne, opo­wia­da­jąc so­bie szep­tem różne se­krety. Cie­kawe, co ta­kiego mó­wią, co to za wie­dza, którą dzielą się tylko ze sobą.

***

W dro­dze po­wrot­nej Ca­ro­line za­trzy­muje się przy ba­rze Joe & The Ju­ice. Ma ochotę spra­wić Lu­ka­sowi miłą nie­spo­dziankę. Wczo­raj wie­czo­rem był na im­pre­zie i wró­cił późno do domu, więc kiedy się obu­dzi, na pewno bę­dzie chciał tro­chę się wzmoc­nić. Nie od­po­wiada na pu­ka­nie, drzwi do jego po­koju są za­mknięte na klucz. Ca­ro­line zo­sta­wia przed nimi ró­żową pa­pie­rową torbę z so­kiem, san­dwi­czem i ciast­kiem. Niech się wy­śpi, kie­dyś w końcu wsta­nie i stam­tąd wyj­dzie.

Cille

Nie prze­pada za tym, żeby wie­czo­rem po­wie­rzać ko­muś opiekę nad dziećmi, ale Askowi naj­wy­raź­niej bar­dzo za­leży na tej ko­la­cji, zresztą nie­wy­klu­czone, że ma ra­cję - może ta­kie wspólne wyj­ście do­brze im zrobi. Miesz­ka­nie mie­ści się w eks­tre­mal­nie za­dba­nej ka­mie­nicy, idzie się do niego sze­ro­kimi scho­dami o mar­mu­ro­wych stop­niach i ma­ho­nio­wych po­rę­czach.

- Cu­dow­nie was wi­dzieć!

Edu­ardo i Mo­ritz wi­tają ich ra­zem przy wej­ściu. Od­zywa się Edu­ardo, który wy­gląda na szcze­rze ura­do­wa­nego ich wi­do­kiem. Ma na so­bie nie­for­malną białą ko­szulę i ciemną ma­ry­narkę. Jego czarne włosy za­cze­sane do tyłu lśnią w świe­tle bi­ją­cym od krysz­ta­ło­wego ży­ran­dola. Mo­ritz ma ja­sne, krótko ostrzy­żone włosy, nosi ja­sno­fio­le­tową ko­szulę pod kasz­mi­ro­wym swe­trem w in­nym od­cie­niu fio­letu. Two­rzą piękną parę - dwóch męż­czyzn mniej wię­cej tego sa­mego wzro­stu, w po­dob­nym wieku, do­brze zbu­do­wa­nych, o sze­ro­kich bia­łych uśmie­chach, try­ska­ją­cych zdro­wiem i do­bro­by­tem, gu­stow­nie ubra­nych i zre­lak­so­wa­nych. Cille i Ask wcho­dzą do jed­nego z naj­pięk­niej­szych miesz­kań, ja­kie wi­dzieli, i zo­stają przed­sta­wieni resz­cie to­wa­rzy­stwa li­czą­cego mniej wię­cej czter­na­ścioro go­ści. Są wśród nich sin­gle i pary, wszy­scy mają od trzy­dzie­stu do czter­dzie­stu lat, dro­gie buty, do­bre geny, wy­glą­dają na sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wane grono. Cho­dzą po miesz­ka­niu i roz­ma­wiają po tro­chu z każ­dym, po­pi­ja­jąc po­dany im kok­tajl na ba­zie szam­pana. Kiedy wi­tają się z in­nymi, przed­sta­wiają się z imie­nia, ale roz­ma­wiają w spo­sób ser­deczny, bez grama sztucz­no­ści, jak w kręgu do­brych przy­ja­ciół. Mu­zyka gra zbyt gło­śno, to wszystko wy­daje się Cille tro­chę dziwne. A może po pro­stu zbyt rzadko wy­cho­dzi do lu­dzi? Po­trze­buje chwili, żeby dojść do sie­bie po tym, jak wcią­gnięto ją w wir Edu­ar­do­wego świata, i pro­wa­dzi Aska na duży bal­kon. Uka­zuje się im pa­no­rama na plac Kon­gens Ny­torv, ho­tel D'An­gle­terre, luk­su­sowy dom to­wa­rowy Ma­ga­sin du Nord, Te­atr Kró­lew­ski, ka­nał bie­gnący wzdłuż Ny­havn.

- Co za miej­sce! Nie­sa­mo­wi­cie tu, prawda? Ko­cha­nie, za ten wie­czór. - Ask unosi kie­li­szek.

- Tak, za ten wie­czór. - Cille wy­pija wszystko, co ma w kie­liszku i od­wraca się w jego stronę. - Kim są ci lu­dzie, Ask?

- Nie wiem, ale są mili, prawda?

- Z całą pew­no­ścią, tylko dla­czego my tu je­ste­śmy? Co tu­taj ro­bimy? - Roz­gląda się wo­koło, wie­dzie wzro­kiem od Aska do D'An­gle­terre, stam­tąd do te­atru, z te­atru do okna sa­lonu, gdzie wi­dać grupę ob­cych osób, któ­rych za­ba­wia try­ska­jący hu­mo­rem Edu­ardo. Stoi po­śród nich i coś im opo­wiada, za­ma­szy­ście ge­sty­ku­lu­jąc. Używa rąk, nóg, któ­rymi śmiesz­nie sta­wia kroki. Wy­gląda jak za­pra­co­wany im­pre­sa­rio, młod­sza, bar­dziej sprę­ży­sta i spon­ta­niczna wer­sja pio­sen­ka­rza Johnny'ego Re­imara. Cille mi­mo­wol­nie wy­bu­cha śmie­chem.

- Spy­tał, czy chcemy przyjść... - szep­cze jej Ask na ucho. - Mu­szę przy­znać, że go lu­bię. - Składa dło­nie, jakby za­mie­rzał wy­gło­sić pod­su­mo­wa­nie, jego lewa po­wieka drga. - Po pro­stu do­brze się bawmy i spędźmy tu­taj miły wie­czór. Chodźmy do reszty.

Po po­wro­cie do sa­lonu oka­zuje się z całą ja­sno­ścią, że obecni tu go­ście ni­gdy wcze­śniej się nie spo­tkali. Każda roz­mowa musi się roz­po­czy­nać zu­peł­nie od zera. Nie ist­nieją mię­dzy nimi żadne po­łą­cze­nia, żadne wspólne hi­sto­rie, któ­rych można by się uchwy­cić. Śred­niego wzro­stu męż­czy­zna o in­ten­syw­nie nie­bie­skich oczach, ubrany w spor­tową kurtkę, przej­muje od­po­wie­dzial­ność za sy­tu­ację i brzdęka no­żem o kie­li­szek.

- Chciał­bym po­wie­dzieć, że miło mi was wszyst­kich po­znać. Wznie­śmy to­ast za na­szych go­spo­da­rzy, Edu­arda i Mo­ritza. Dzię­ku­jemy za za­pro­sze­nie do wa­szego pięk­nego miesz­ka­nia. Nie znam was do­brze, ale wiedz­cie, że oby­dwaj wy­glą­da­cie obłęd­nie. Jaka jest wa­sza re­cepta na suk­ces? Może w ciągu tego wie­czoru od­wa­ży­cie się zdra­dzić, ja­kie wi­ta­miny za­ży­wa­cie i kogo trzeba znać w rzą­dzie albo w ro­dzi­nie kró­lew­skiej, żeby za­miesz­kać w ta­kim miej­scu jak to. Wy­daje mi się, że wielu z nas chcia­łoby po­znać wa­szą ta­jem­nicę.

Reszta to­wa­rzy­stwa od­dy­cha z ulgą. Przez krótką chwilę mają ze sobą coś wspól­nego, punkt wyj­ścia do dal­szych roz­mów, na­dzieję, że mówca za po­mocą słów wy­krze­sze małą iskierkę, z któ­rej może uda się roz­nie­cić sen­sowną kon­wer­sa­cję mię­dzy tymi nie­zna­jo­mymi pa­niami i pa­nami. Stoją w pół­okręgu pod krysz­ta­ło­wym ży­ran­do­lem, cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie do stołu.

- Mo­że­cie sia­dać, gdzie chce­cie, ale pro­szę was, nie zaj­mujmy miejsc obok swo­ich part­ne­rek i part­ne­rów. Nie bądźmy nudni! - za­chęca ich Edu­ardo i po­syła pal­cami po­ca­łu­nek w stronę Mo­ritza.

Go­spo­da­rze sia­dają każdy na swoim końcu gu­stow­nie na­kry­tego dłu­giego stołu ze srebr­nymi ta­le­rzami, ser­we­tami z ma­te­riału i bu­kie­tami róż.

- Z kwia­ciarni Be­ringa? - ośmiela się spy­tać któ­ryś z go­ści.

- W rze­czy sa­mej - śmieje się Edu­ardo. - Ktoś mi po­wie­dział, że do­star­czają kwiaty na dwór kró­lew­ski, więc po­my­śla­łem, że dla nas też będą do­bre.

Wszy­scy się uśmie­chają, ki­wają gło­wami i po­dzi­wiają sto­jące przed nimi bu­kiety.

- Prze­piękne.

- Na­prawdę.

- Są nie­zwy­kle uta­len­to­wani. Pra­cują tam naj­lepsi flo­ry­ści w mie­ście. Masz do­bry gust, Edu­ardo. Tak, tak.

- Tylko spójrz­cie na ko­lory - ko­men­tuje ktoś po an­giel­sku z sil­nym duń­skim ak­cen­tem. - Po pro­stu wspa­niałe.

Ja­kaś blon­dyna za­biera głos. Jej piersi w ob­ci­słej czar­nej su­kience leżą po­dane ni­czym owoce na pa­te­rze. Po­trząsa lekko głową, dłu­gie kol­czyki tań­czą.

- Uwiel­biam kwiaty!

Roz­gląda się wy­mow­nie po resz­cie zgro­ma­dzo­nych, jakby dzie­liła się z nimi epo­ko­wym od­kry­ciem. Cille spo­strzega, że Ask uśmie­cha się cie­pło do tej ko­biety, i przy­wo­łuje go do po­rządku kar­cą­cym spoj­rze­niem. "Kim są ci lu­dzie?" - pyta całą swoją mi­miką, ję­zy­kiem ciała. "Co my tu­taj ro­bimy?" Ask spra­wia wra­że­nie tak po­chło­nię­tego tamtą ko­bietą, je­dze­niem, wi­nem, to­wa­rzy­stwem, że nie za­uważa żony.

Ca­ro­line

We wtorki i w piątki Na­tia sprząta dom z in­ży­nier­ską sta­ran­no­ścią i pre­cy­zją. Gdy Ca­ro­line wraca z pracy, wi­tają ją czy­ste po­wierzch­nie, ozdobne po­duszki uło­żone w pe­dan­tycz­nie rów­nym sze­regu, sterty ręcz­ni­ków po­skła­da­nych w kwa­draty i przy­ja­zna woń płynu do my­cia pod­łóg. Te dwa dni są naj­lep­sze w ca­łym ty­go­dniu. Pol­ska po­moc do­mowa pie­rze i pra­suje ich ubra­nia, aż koł­nie­rzyki i plisy mają ostre jak brzy­twa kanty, a po zmia­nie po­ścieli na czy­stą prze­ście­ra­dła leżą ide­al­nie na­pięte, bez żad­nej zmarszczki, jak w żoł­nier­skim łóżku. Na­tia sprząta, myje okna, układa w szu­fla­dach i w sza­fach. Po po­łu­dniu robi za­kupy i przy­go­to­wuje ko­la­cję ła­twą do od­grza­nia. Cza­sami ma na­wet czas, żeby upiec cia­sto. Ca­ro­line za­trud­niła ją do sprzą­ta­nia, ale tak na­prawdę Na­tia robi dużo wię­cej. Dzięki jej ener­gii ich ży­cie to­czy się bez pro­blemu, a jej pra­co­wi­tość i sta­ran­ność spra­wiają, że ła­twiej im za­pa­no­wać nad co­dzien­no­ścią. Płacą jej sto ko­ron na go­dzinę, na czarno. To tro­chę ry­zy­kowne i gdyby się wy­dało, ucier­pia­łaby na tym re­pu­ta­cja Ca­ro­line, ale co ma zro­bić? Za­trud­nia­jąc duń­ską po­moc do­mową, za­pła­ci­łaby trzy razy wię­cej, a nikt nie sprząta tak do­brze jak Na­tia. Jest naj­lep­sza ze wszyst­kich. Ca­ro­line za­sta­na­wia się, czy nie pod­wyż­szyć stawki do stu dwu­dzie­stu ko­ron, z wła­snej ini­cja­tywy. Raz na ja­kiś czas ra­zem z wy­na­gro­dze­niem za pracę w da­nym dniu zo­sta­wia dla Na­tii na stole w kuchni ja­kiś drobny pre­zent - bi­let do kina, to­rebkę, któ­rej już nie nosi, krem do rąk. Chce tym za­sy­gna­li­zo­wać, że do­ce­nia jej wy­siłki, poza tym je­śli Na­tia bę­dzie za­do­wo­lona z pracy, nie pu­ści ni­komu pary z ust na te­mat formy swo­jego za­trud­nie­nia. Ca­ro­line nie chcia­łaby się zna­leźć na pierw­szej stro­nie bru­kowca "Eks­tra Bla­det" pod na­głów­kiem: "Znana ad­wo­katka od spraw roz­wo­do­wych za­trud­nia na czarno po­moc do­mową w swo­jej willi w Hel­le­ru­pie". Taki skan­dal by ją znisz­czył - re­pre­zen­tantce sys­temu spra­wie­dli­wo­ści nie wolno stać po nie­wła­ści­wej stro­nie, po­winna być czy­sta jak łza albo jesz­cze bar­dziej, to oczy­wi­ste, ale gdy kilka lat temu ode­słała do domu obie au pair, uświa­do­miła so­bie, jak wiele róż­nych obo­wiąz­ków po­ciąga za sobą po­sia­da­nie tak wiel­kiego domu. Jego utrzy­ma­nie w czy­sto­ści i do­pil­no­wa­nie, by w ży­ciu co­dzien­nym wszystko grało, wy­maga pracy pra­wie na pe­łen etat. Nie po­ra­dzi­liby so­bie bez po­mocy Na­tii. Da­nia do­piero te­raz po­woli wy­cho­dzi z kry­zysu, który kilka lat temu wy­buchł nie­spo­dzie­wa­nie i ude­rzył z wielką siłą. Wielu wal­czyło o za­cho­wa­nie do­mów i sta­no­wisk, nie­któ­rzy stra­cili wszystko, co mieli. Ka­are ha­ro­wał dzień i noc, żeby po ban­kruc­twie firmy od­bu­do­wać bazę klien­tów. Jed­nak kry­zys go­spo­dar­czy nie za­szko­dził wy­łącz­nie ich fi­nan­som, bo gdy port­fel jest pu­sty, cierpi na tym także mi­łość mał­żeń­ska. Ba­da­nia wy­ka­zują za­leż­ność mię­dzy liczbą roz­wo­dów a re­ce­sją go­spo­dar­czą - Ca­ro­line na­wią­zuje do tego w wielu swo­ich wy­kła­dach. Spe­cja­li­za­cja w za­kre­sie roz­wo­dów i po­działu mie­nia spo­wo­do­wała, że ostat­nie pięć lat było naj­bar­dziej pra­co­wi­tym okre­sem w jej ka­rie­rze. To do niej dzwo­nią ko­biety, gdy koń­czy się mał­żeń­ska sie­lanka. Ca­ro­line wie, jak dzia­łać w sy­tu­acji kry­zysu i za­bez­pie­czyć swoje klientki przed oszu­stwami prze­bie­głych eks­mę­żów. Że­la­zna Cipa nie składa broni i wła­śnie dla­tego tak długo czeka się na wi­zytę w jej kan­ce­la­rii. Od­se­tek roz­wo­dów na pół­nocy Ze­lan­dii w ostat­nich la­tach był jesz­cze wyż­szy niż w in­nych czę­ściach kraju, Ca­ro­line prze­żywa praw­dziwy boom. Eks­żony usta­wiają się do niej w ko­lejce. Bi­blio­teki, domy kul­tury, sto­wa­rzy­sze­nia ko­biece za­ma­wiają u niej wy­kłady jak ni­gdy przed­tem, wszyst­kie ter­miny są za­bu­ko­wane na dwa lata do przodu. Wy­daw­nic­two na­ma­wia ją do na­pi­sa­nia ko­lej­nej książki. Aby wszyst­kich za­do­wo­lić, Ca­ro­line musi być bez­względna w przy­zna­wa­niu prio­ry­tetu po­szcze­gól­nym spra­wom. W każdy wto­rek i pią­tek przed wyj­ściem do pracy zo­sta­wia Na­tii ty­siąc ko­ron na stole w kuchni, jed­nak dziś do­stała ese­mes z in­for­ma­cją, że pie­nię­dzy nie ma. Jest prze­ko­nana, że je tam kła­dła, ale na­cho­dzą ją wąt­pli­wo­ści. Ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło się jej za­po­mnieć. A może bank­noty zwiał ze stołu prze­ciąg i wpa­dły gdzieś mię­dzy me­ble albo sprzęty ku­chenne? Albo King, to żar­łoczne by­dlę, po­rwał je z blatu? To ja­sne jak słońce! Na pewno wszyst­kiemu jest wi­nien ten durny pies. Ka­are mu­siał za­po­mnieć za­mknąć go rano w su­te­re­nie. Ina­czej nie da się tego wy­ja­śnić, King mu­siał po­żreć pie­nią­dze. Ca­ro­line prze­pra­sza Na­tię, na­stęp­nym ra­zem zo­stawi po­dwójną kwotę, na­prawdę jej przy­kro z tego po­wodu. Wie­czo­rem od­bę­dzie po­ważną roz­mowę z Ka­arem w spra­wie tego psa.

Ask

To bar­dzo ożyw­cze zna­leźć się w to­wa­rzy­stwie, gdzie trzeba za­dać so­bie tro­chę trudu, żeby skie­ro­wać swoje my­śli na inne tory. Przy stole roz­ma­wia się mie­sza­niną duń­skiego i an­giel­skiego. Miło spo­tkać lu­dzi, któ­rych Ask nor­mal­nie nie miałby szansy po­znać. Re­pre­zen­tują zu­peł­nie inne branże i po­cho­dzą z in­nych miejsc niż osoby, z któ­rymi ob­cuje na co dzień. Fa­scy­nuje go zwłasz­cza para go­spo­da­rzy. Mo­ritz ma ja­sne włosy i jest mil­czący, Edu­ardo - ciem­no­włosy i roz­ga­dany. Wy­glą­dają na ide­al­nie do­pa­so­wa­nych i świet­nie się czu­ją­cych w swoim to­wa­rzy­stwie. Każdy z nich na swój spo­sób robi duże wra­że­nie, nie­za­po­mniane, ab­so­lut­nie nie­po­wta­rzalne. W tym gro­nie Cille też zo­staje zmu­szona do więk­szej otwar­to­ści, a może dzięki ta­kim wyj­ściom po­sze­rzy krąg zna­jo­mych i znaj­dzie pracę? Przez ten długi okres bez­ro­bo­cia co­raz bar­dziej stroni od lu­dzi. Zbyt dużo czasu spę­dza na sie­dze­niu w domu, w jej ży­ciu jak naj­prę­dzej po­wi­nien na­stą­pić ja­kiś zwrot. Dzi­siej­szy wie­czór może być do­brym po­cząt­kiem. Jak czę­sto je się ko­la­cję w to­wa­rzy­stwie dwóch ge­jów z wyż­szych sfer, w sa­mym sercu Ko­pen­hagi, przy stole za­sta­wio­nym srebr­nymi ta­le­rzami i ude­ko­ro­wa­nym bu­kie­tami od Be­ringa? "Wy­lu­zuj i uśmiech­nij się" - wy­syła jej czy­telne sy­gnały. W od­po­wie­dzi do­staje pu­ste spoj­rze­nie.

Edu­ardo i Mo­ritz po­dają wy­tworną ko­la­cję skła­da­jącą się z trzech dań i do­bra­nych do nich win, bez więk­szych prze­szkód kie­ru­jąc kon­wer­sa­cją każdy ze swo­jego końca ja­dalni. Mo­ritz dba o to, żeby ni­komu nic nie bra­ko­wało, pod­czas gdy Edu­ardo stara się wcią­gnąć każ­dego do roz­mowy. Wraz z upły­wem czasu na­wet Cille spra­wia wra­że­nie ra­do­snej i pod­eks­cy­to­wa­nej. Ask sły­szy, że roz­ma­wia z ko­bietą ze Szwe­cji na świet­nie znany jej te­mat przed­szkoli i szkół. Do­piero te­raz do­strzega, że bar­dziej niż zwy­kle przy­ło­żyła się do fry­zury i ma­ki­jażu. Na­prawdę jej z tym do twa­rzy, jak do­brze, że wy­szli z domu. Miesz­ka­nie jest prze­stronne i wy­so­kie, urzą­dzone w wy­szu­kany spo­sób. Na pewno kosz­tuje ja­kieś czter­dzie­ści pięć, może na­wet pięć­dzie­siąt ty­sięcy mie­sięcz­nie. Ask pró­buje od­gad­nąć, ile Mo­ritz za­ra­bia, ale ra­chu­nek mu się nie zga­dza. Edu­ardo nie pra­cuje, więc skąd mają tyle pie­nię­dzy? Żyją jak ksią­żęta, czy to moż­liwe, żeby Edu­ardo po­cho­dził z ja­kiejś la­ty­no­ame­ry­kań­skiej szlachty? Ze względu na pracę Mo­ritza jeż­dżą od kraju do kraju, je­śli nie spę­dzają wa­ka­cji w Rio de Ja­ne­iro, Pa­ryżu czy w No­wym Jorku. Nikt spo­śród go­ści nie wy­gląda, jakby znał się do­brze z go­spo­da­rzami. Nikt nie był wcze­śniej w tym miesz­ka­niu i wszy­scy słu­chają z uwagą, gdy Edu­ardo opo­wiada sie­dzą­cej obok ko­bie­cie o tym, jak do­ra­stał w pół­noc­nym Mek­syku wraz z sze­ścior­giem ro­dzeń­stwa, bo nikt nic nie wie o jego po­cho­dze­niu. Mówi, że jego oj­ciec pro­wa­dzi wła­sną firmę, co­kol­wiek to ozna­cza. Czyżby pa­rał się ja­kąś dzia­łal­no­ścią prze­stęp­czą? A je­śli ze­brane tu to­wa­rzy­stwo je i pije za pie­nią­dze za­ro­bione w mek­sy­kań­skim kar­telu nar­ko­ty­ko­wym? A może przez ręce Edu­arda i Mo­ritza prze­cho­dzą nie­le­galne pie­nią­dze ze Szwaj­ca­rii? Kim na­prawdę są ci dwaj?

Cille

W to­czą­cej się przy stole roz­mo­wie wy­stę­puje mnó­stwo dłuż­szych pauz i chwil mil­cze­nia. Lu­dzie chwy­tają się kur­czowo kie­lisz­ków jak sprzętu ra­tun­ko­wego na nie­bez­piecz­nym mo­rzu. Ktoś pro­po­nuje, żeby wszy­scy po ko­lei się przed­sta­wili. Cille tego nie­na­wi­dzi. Ko­niecz­ność za­pre­zen­to­wa­nia się in­nym wy­wo­łuje u niej zde­ner­wo­wa­nie i pod­nosi świa­do­mość wła­snej sy­tu­acji. Czy po­winna po­wie­dzieć, że jest bez pracy? Cała reszta wy­gląda na do­brze usta­wioną. Znaj­dują się wśród nich ar­chi­tekt wnętrz, wła­ści­ciel agen­cji re­kla­mo­wej (żo­naty), szwedzka pie­lę­gniarka (żona tego od re­klamy), pi­sarz (w związku), ma­ki­ja­żystka (sin­gielka), dy­rek­tor ja­kiejś firmy - "zaj­mu­jemy się pom­pami od A do Z" - który kiwa głową i przy­gryza z dumą dolną wargę, jakby pra­co­wał na rzecz po­koju na świe­cie, a nie pro­du­ko­wał urzą­dze­nia pom­pu­jące. Ktoś inny mówi prze­wrot­nie, że żyje z ku­po­wa­nia ta­nio, a sprze­da­wa­nia drogo (sin­giel). Wszy­scy naj­wy­raź­niej ro­bią coś, z czego są dumni. Cille nie ma ochoty stać się w tym to­wa­rzy­stwie sa­mo­zwań­czą lo­oserką, ale chce dać do zro­zu­mie­nia wła­ści­cie­lowi agen­cji re­kla­mo­wej, że po­szu­kuje pracy. Poza tym nie ma żad­nego po­wodu do wstydu, kry­zys go­spo­dar­czy w ca­łym za­chod­nim świe­cie nie zda­rzył się prze­cież z jej winy. Gdy wy­pada jej ko­lej, prze­cze­suje włosy dło­nią i wstaje.

- Cześć, mam na imię Cille. Je­stem pro­jek­tantką gra­ficzną i żoną Aska, który tam sie­dzi. Miesz­kamy w Hel­le­ru­pie i mamy dwoje dzieci, chłopca i dziew­czynkę, więc... no tak - mówi i za­mie­rza usiąść z po­wro­tem na krze­śle.

- Och, to wspa­niale - ko­men­tuje ktoś.

- I... eee... mam okres przej­ściowy w za­trud­nie­niu. Kry­zys ciężko do­tknął moją branżę, więc je­śli zna­cie ko­goś, kto po­trze­buje gra­ficzki, mo­że­cie dać mi znać, kie­dy­kol­wiek. Dzię­kuję, miło mi was po­znać.

Uśmie­cha się do wszyst­kich po ko­lei, pa­trzy na Aska, żeby wy­czy­tać z jego twa­rzy, czy po­stą­piła do­brze, a może się wy­głu­piła, jak mu się wy­daje? On się uśmie­cha i unosi kie­li­szek. Po skoń­czo­nej run­dzie roz­mowa znów za­miera. Go­ście jesz­cze gło­śniej niż przed­tem za­chwy­cają się wi­nem i po raz ko­lejny wy­chwa­lają je­dze­nie pod nie­biosa.

Je­den z ze­bra­nych ma fa­talne wy­czu­cie chwili i na­zywa rze­czy po imie­niu:

- Na­stała mar­twa ci­sza!

Edu­ardo wy­bu­cha śmie­chem i pyta go, co ma na my­śli. Za­dziera głowę i pa­trzy na su­fit, jakby szu­ka­jąc od­po­wie­dzi.

- Nie wi­dzę żad­nych ula­tu­ją­cych z was dusz - stwier­dza, a ze­brani śmieją się z po­bła­ża­niem i z wdzięcz­no­ścią, bo nie­zręczny mo­ment zo­stał prze­zwy­cię­żony, a Edu­ardo wy­ka­zał się dużą cha­ry­zmą i od­wagą. Na­leżą mu się za to słowa uzna­nia.

Na stole po­ja­wia się nowa po­trawa, a wraz z nią ko­lejne wino, któ­rym to­wa­rzy­szą dal­sze słowa. Ja­kaś para li­to­ści­wie opo­wiada o hi­cie ka­so­wym, który wła­śnie wi­dzieli w ki­nie, ab­so­lut­nie war­tym po­le­ce­nia, bo "to nie­sa­mo­wita roz­rywka, za­po­mina się o wszyst­kim, kiedy się sie­dzi w ciem­no­ściach, no i...".

- Aha... w ta­kim ra­zie też mu­simy się wy­brać.

Wszy­scy wy­ka­zują ini­cja­tywę, żeby po­móc pa­rze go­spo­da­rzy w pod­trzy­my­wa­niu kon­wer­sa­cji. Słu­chają opo­wie­ści ob­cych lu­dzi o na­de­rwa­nych mię­śniach, no­gach zwich­nię­tych w ko­stce, uże­ra­niu się z ro­bot­ni­kami re­mon­tu­ją­cymi dom, pro­ble­mach z przed­szko­lami, le­ni­wych au pair, skom­pli­ko­wa­nych sto­sun­kach ro­dzin­nych, są­siedz­kich sprzecz­kach, pla­nach na święta Bo­żego Na­ro­dze­nia i na syl­we­stra. Każdy kiwa głową i po­ka­zuje się od naj­lep­szej strony: "Tak, tak, to oczy­wi­ste". Takt, tak się to na­zywa, bo stół i miesz­ka­nie pre­zen­tują się prze­pięk­nie, a oni chcą się oka­zać go­śćmi na po­zio­mie. Je­dze­nie jest prze­pyszne, Edu­ardo i Mo­ritz wy­ka­zali nie­sa­mo­witą ini­cja­tywę, po pro­stu czapki z głów, o tak. Tych dwóch do­piero co wy­lą­do­wało w Ko­pen­ha­dze i od razu za­częło się akli­ma­ty­zo­wać. Kto na ich miej­scu zdo­byłby się na taki gest, sam w no­wym mie­ście, w no­wym kraju? Na­prawdę, kto by po­my­ślał, że można być tak otwar­tymi i sym­pa­tycz­nymi, Duń­czycy mo­gliby się od nich uczyć.

Po ko­la­cji to­wa­rzy­stwo prze­cho­dzi do dru­giego po­koju i w mięk­kich ob­ję­ciach sof umiera po­wolną śmier­cią. Biały ob­rus, srebrne ta­le­rze, wy­pro­sto­wane plecy na krze­słach w ja­dalni pro­wo­ko­wały ich do kul­tu­ral­nego za­cho­wa­nia, a je­dze­nie i wino wy­ostrzały zmy­sły. Te­raz po­zo­sta­wiono ich sa­mym so­bie. Aneg­doty o mię­dzy­na­ro­do­wym szny­cie, zro­zu­miałe i ba­wiące każ­dego, zdą­żyły się wy­czer­pać. Bły­sko­tli­wość i takt słabną z każdą mi­nutą. Tylko kilka naj­bar­dziej upar­tych dusz nie daje za wy­graną i pró­buje pod­trzy­mać coś w ro­dzaju roz­mowy, któ­rej reszta go­ści woli tylko się przy­słu­chi­wać, pa­syw­nie, nie czu­jąc się na si­łach w niej uczest­ni­czyć.

- A co się działo z tobą? Czym się wcze­śniej zaj­mo­wa­łaś? A jesz­cze wcze­śniej? Przy­po­mnij mi, gdzie miesz­ka­cie: w Vi­rum, Holte? Ahaaa, okej... A ile ma­cie dzieci? Dwoje? Ach, to wspa­niale!

Lu­dzie mru­gają oczami i z le­d­wo­ścią po­wstrzy­mują się od zie­wa­nia, gdy tamci po­wta­rzają swoje nieco zbyt dłu­gie i zbyt nudne od­po­wie­dzi. Trudno spra­wiać wra­że­nie szcze­rze za­in­te­re­so­wa­nych, bo w rze­czy­wi­sto­ści ni­kogo prze­cież nie ob­cho­dzi, gdzie miesz­kają ci obcy lu­dzie, ile mają dzieci i w ja­kich szko­łach, ja­kie dia­gnozy im po­sta­wiono, jak so­bie dają radę z czy­ta­niem i pi­sa­niem, a także jak za­re­ago­wały na re­formę szkol­nic­twa. Trudno za­an­ga­żo­wać się w roz­mowę, gdy ni­kogo się tu nie zna, zwłasz­cza te­raz, tuż przed pół­nocą, po sze­ściu kie­lisz­kach wina, w ob­cym apar­ta­men­cie, gdzie mu­zyka jest zbyt gło­śna, a świa­tło tak ściem­nione, że każdy naj­chęt­niej po­szedłby spać. Mo­ritz pod­gła­śnia mu­zykę i robi moc­niej­sze drinki. Edu­ardo wy­cho­dzi do po­koju obok, po czym wraca ze skó­rzaną wa­li­zeczką za­wie­ra­jącą ze­staw do gry w tryk­traka.

- Wie­cie co? Czas na gręęę! - oznaj­mia z en­tu­zja­zmem go­spo­da­rza pro­gramu te­le­wi­zyj­nego i z dużą wprawą wy­ko­nuje ta­niec czir­li­der­ski z wa­lizką za­miast pom­pona.

Hor­mony snu co­raz bar­dziej wszyst­kich obez­wład­niają. Do­sko­nale wie­dzą, że wię­cej się nie zo­ba­czą, tylko tego jed­nego wie­czoru, w tym barw­nym to­wa­rzy­stwie, w ciem­nym po­koju, wśród gło­śnej mu­zyki ich hi­sto­rie i do­świad­cze­nia mają się wy­mie­szać. Cille sy­gna­li­zuje Askowi, że chce wra­cać do domu. Pod­nosi do ucha dłoń, jakby trzy­mała te­le­fon, na znak, żeby za­dzwo­nił po tak­sówkę. On kręci głową, ge­stami i mi­miką twa­rzy po­ka­zu­jąc, że to za wcze­śnie. "To nie­grzeczne wyjść jako pierwsi". "Je­stem zmę­czona, chcę wra­cać te­raz. Opie­kunka też nie może zo­stać u nas za długo". "Daj spo­kój, tak rzadko gdzieś wy­cho­dzimy, po­cze­kaj jesz­cze go­dzinę". "Nie, Ask. Wy­cho­dzę te­raz i nie zmie­nię zda­nia!" Pro­wa­dzą ze sobą długą mil­czącą roz­mowę opartą na te­le­pa­tii, nie­wi­docz­nej mi­mice, dys­kret­nych ge­stach, sub­tel­nym czy­ta­niu z ru­chu warg po prze­ciw­nych stro­nach sto­lika ka­wo­wego, pod­czas gdy dzielni uczest­nicy tur­nieju tryk­traka kon­cen­trują się na grze, a po­zo­stali leżą wy­mę­czeni na so­fach, ga­piąc się przed sie­bie albo w ekrany swo­ich te­le­fo­nów.

Ask

- Na­prawdę po­cią­gają cię ta­kie im­prezy? - do­py­tuje Cille w tak­sówce. - Je­śli cho­dzi o mnie, czu­łam się tam jak sta­tystka w fil­mie bez ak­cji. Chyba zgo­dzisz się ze mną, że to to­wa­rzy­stwo spra­wiało dzi­waczne wra­że­nie.

- Za­wsze wszystko kry­ty­ku­jesz. Spró­buj spoj­rzeć na to w inny spo­sób. Kie­dyś by­łaś otwarta, od­ważna, ale od ja­kie­goś czasu za­mknę­łaś się w so­bie i, przy­kro mi to mó­wić, ale masz pre­ten­sje do ca­łego świata.

- Ja tylko nie chcę, żeby ota­czał mnie fałsz! Wi­du­jesz się z tym Edu­ar­dem, bo go­łym okiem wi­dać, że ma do­stęp do ja­kiejś ta­jem­ni­czej żyły złota. To ta­kie płyt­kie. Ty też się zmie­ni­łeś, od­kąd ku­pi­li­śmy dom. Hel­le­rup tak na cie­bie wpły­nął.

- My­lisz się, Cille. To nie Hel­le­rup, tylko wszyst­kie te bez­senne noce, cią­gły lęk o na­szą przy­szłość, kosz­mar, przez który prze­szli­śmy. Już o tym za­po­mnia­łaś?! Przez osta­nie lata nie wie­dzia­łem, czy bę­dziemy mo­gli zo­stać w na­szym domu, ale ci o tym nie mó­wi­łem. Pró­buję zna­leźć roz­wią­za­nia, nie ob­cią­ża­jąc cię tym, bo jest ci wy­star­cza­jąco trudno po­zbie­rać się po stra­cie pracy.

Cille od­wraca się od niego i wy­bu­cha pła­czem, a wtedy on znów się od­zywa, tym ra­zem ła­god­niej­szym to­nem:

- Prze­pra­szam, nie to mia­łem na my­śli. Chciał­bym tro­chę wię­cej ko­rzy­stać z ży­cia, ra­zem z tobą. Cie­ka­wie było spo­tkać zu­peł­nie in­nych lu­dzi niż ci, z któ­rymi nor­mal­nie się wi­du­jemy. Nie mo­żemy się cza­sem ro­ze­rwać? Pyszne je­dze­nie, do­bre wina, nowe to­wa­rzy­stwo. Nie ma w tym żad­nego fał­szu.

- Trudno mi to ina­czej na­zwać. Nikt nie wie­dział, co po­wie­dzieć, gdy skoń­czyły się roz­mowy o ró­żach i po­go­dzie. Je­dy­nym po­zy­ty­wem tego wie­czoru był ten wła­ści­ciel agen­cji re­kla­mo­wej i jego żona. Roz­ma­wia­łam z oboj­giem, bar­dzo przy­jemni lu­dzie. Po­pro­sił mnie na­wet o nu­mer te­le­fonu i obie­cał, że za­dzwoni, je­śli bę­dzie po­trze­bo­wał gra­ficzki.

- A wi­dzisz! Ko­cha­nie, to może być prze­łom! Ta­kie spo­tka­nia są nie­zwy­kle ważne. Może się oka­zać, że ten wie­czór był tego wart.

- Może. - Cille wzdy­cha i chło­dzi czoło o szybę, na któ­rej osia­dła skro­plona woda. Chyba za dużo wy­piła.

***

Po tym, jak Cille kła­dzie się spać, Ask siada w sa­lo­nie z lap­to­pem na ko­la­nach. Edu­ardo ota­go­wał go na zdję­ciu za­miesz­czo­nym o dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści sześć. Pod­pi­sał je: "Ko­la­cja w Ko­pen­ha­dze z przy­ja­ciółmi". Wi­dać na nim wszyst­kich go­ści tuż przed po­da­niem je­dze­nia na stół. Zgro­ma­dzeni uśmie­chają się i wzno­szą to­ast kie­lisz­kami z szam­pa­nem. "A te­raz che­eese" - po­le­cił im Edu­ardo tuż przed pstryk­nię­ciem fotki. Pre­zen­tują się wspa­niale, Cille wy­gląda jak mi­lion do­la­rów. W ostat­nim cza­sie przy­tyła i prze­stała o sie­bie dbać, ale je­śli chce, po­trafi być piękna. To­wa­rzy­stwo wy­gląda zja­wi­skowo, stół jest za­sta­wiony po kró­lew­sku. Edu­ardo i Mo­ritz stwo­rzyli wo­kół sie­bie bańkę, w któ­rej wszystko jest do­bre i pełne po­wabu. Każdy chciałby się do­stać do środka. Tych dwóch nie ma żad­nej stycz­no­ści z szarą rze­czy­wi­sto­ścią - tylko jak to moż­liwe? Ask nie może prze­stać my­śleć o Edu­ar­dzie i jego luk­su­so­wym ży­ciu. W ustach tego zło­tego chłopca z Mek­syku wszystko wy­daje się ba­nal­nie pro­ste. Ask spró­bo­wał po­li­czyć roczny koszt ta­kiego ży­cia i wy­szło mu około trzech, czte­rech mi­lio­nów. Miesz­ka­nie przy Kon­gens Ny­torv, ubra­nia, za­mi­ło­wa­nie do wina i wy­kwint­nego je­dze­nia, po­dróże klasą biz­ne­sową, pię­cio­gwiazd­kowe ho­tele na ca­łym świe­cie. A prze­cież ten męż­czy­zna nie ma żad­nego do­chodu! Nie daje mu spo­koju, jak ta­kie ży­cie jest moż­liwe i - pa­trząc na to z mo­ral­nego punktu wi­dze­nia Cille - uczciwe. Może Edu­ardo utrzy­muje się z cze­goś w ro­dzaju apa­naży? Czy ist­nieje choć odro­bina przy­zwo­ito­ści w tym, że dwóch do­ro­słych męż­czyzn w wieku pro­duk­cyj­nym spę­dza więk­szość czasu na luk­su­so­wych wa­ka­cjach nad mo­rzem, im­pre­zach przy grillu na eg­zo­tycz­nych pla­żach, przy­ję­ciach, im­pre­zach, spo­tka­niach i de­gu­sta­cjach win, pod­czas gdy reszta świata musi ciężko pra­co­wać, dwo­jąc się i tro­jąc, żeby zwią­zać ko­niec z koń­cem? Ask czy­tał o Car­lo­sie Sli­mie Helú, in­ży­nie­rze i jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi na świe­cie. Zbił for­tunę w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych na mek­sy­kań­skim rynku te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nym. Pre­zy­dent Mek­syku prze­pro­wa­dził sze­roko za­kro­jony pro­gram pry­wa­ty­za­cyjny pań­stwo­wych spółek z ko­rzy­ścią dla swo­jego daw­nego przy­ja­ciela Car­losa. W spe­cjal­nie zor­ga­ni­zo­wa­nym prze­targu przy­ja­ciel pre­zy­denta do­stał mo­no­pol na świad­cze­nie usług te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nych oby­wa­te­lom Mek­syku na okres pię­ciu lat. Slim pod­niósł ceny o dwie­ście pro­cent, dzięki czemu wsparł fi­nan­sowo kam­pa­nię pre­zy­denta o re­elek­cję. Ręka rękę myje. Czy to moż­liwe, że Edu­ardo Ma­cedo jest w ja­kiś spo­sób sko­li­ga­cony ze Sli­mem Helú? Po­cho­dzą z tego sa­mego mia­sta w pół­noc­nym Mek­syku, je­dy­nie tyle udało się Askowi usta­lić. Czy to tylko zwy­kła zbież­ność, czy też jego nowy zna­jomy rze­czy­wi­ście ma coś wspól­nego z ma­gna­tem te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nym? Ask wpi­suje w wy­szu­ki­warkę ko­lejne ha­sła, czyta jak w go­rączce, ale wszystko to czy­ste spe­ku­la­cje, nie znaj­duje nic. A może na­prawdę na­zywa się ina­czej? Ask zdaje so­bie sprawę, że błą­dzi w ciem­no­ściach, lecz po­trze­buje ja­kie­goś wy­ja­śnie­nia. Edu­ardo Ma­cedo jest za­gadką, a jego naj­wy­raź­niej nie­wy­czer­pane za­soby po­zo­stają ta­jem­nicą. Aska drę­czy ta nie­wie­dza, lecz na­wet gdyby kie­dyś się zbli­żył do Edu­arda i stał się jego praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, ni­gdy nie od­wa­żyłby się spy­tać wprost, skąd po­cho­dzą jego pie­nią­dze. Nie byłby w sta­nie prze­kro­czyć tej gra­nicy. Pie­nią­dze za­pew­niają do­stęp do naj­wyż­szych sta­no­wisk, sta­no­wią o wła­dzy, nie­za­leż­no­ści i de­cy­dują o moż­li­wo­ściach. Z jed­nej strony są wszyst­kim, z dru­giej - nie mówi się o nich, wsty­dzi się ich i trzyma je w ukry­ciu. Po­cho­dze­nie i roz­miar czy­je­goś ma­jątku to ostat­nie tabu na tym świe­cie.

Ka­are

Ni­gdy nie prze­pa­dał za bu­dow­nic­twem wie­lo­ro­dzin­nym. Do­ra­stał pod opieką ojca w nie­wiel­kim miesz­kanku w Br?ndby i można po­wie­dzieć, że wła­śnie to ugrun­to­wało jego nie­chęć. Gdy kilka lat temu kry­zys ude­rzył z całą mocą, Ka­are mu­siał sku­pić się na czymś in­nym niż sprze­daż luk­su­so­wych do­mów. Miesz­ka­niami wła­sno­ścio­wymi ła­twiej było ob­ra­cać na do­tknię­tym re­ce­sją rynku nie­ru­cho­mo­ści i ich ceny tak bar­dzo się nie wa­hały. Do­piero te­raz Ka­are po­woli za­czyna od­zy­ski­wać grunt pod no­gami i od­bu­do­wy­wać swoją markę. Cią­gnie go znów w stronę nie­ru­cho­mo­ści dla ko­ne­se­rów. Dzia­łal­ność na rynku wil­lo­wym jest dużo przy­jem­niej­sza niż sprze­da­wa­nie cia­snych dwu­po­ko­jo­wych kli­tek zu­bo­ża­łym ro­dzi­nom z obrzeży gminy albo sta­wa­nie na rzę­sach, żeby na­mó­wić bo­ga­tych ro­dzi­ców na za­kup miesz­kań stu­denc­kich dla ich le­ni­wych po­ciech. Na ob­ro­cie wil­lami można za­ro­bić dużo wię­cej, je­śli w od­po­wied­nim mo­men­cie trafi się dom w do­brej lo­ka­li­za­cji. Ry­nek po­woli za­czyna ro­snąć. Cho­ciaż da­leko mu do fie­sty sprzed kry­zysu, "mało" nie zna­czy "nic". Ka­aremu udało się poza tym od­chu­dzić swoją firmę i koszty, więc każda sprze­daż jest dla niego od­czu­walna. Pa­trzy w przy­szłość z opty­mi­zmem. Wy­na­jął małe po­miesz­cze­nie przy Stran­dve­jen i sam ob­słu­guje biuro. Za­wsze dzia­łał w po­je­dynkę i wciąż ma do­brego nosa do tego, gdzie i kiedy przy­stą­pić do ofen­sywy. Ca­ro­line pro­te­stuje, jej zda­niem nie po­wi­nien się an­ga­żo­wać w spe­ku­la­cje nie­ru­cho­mo­ściami, ale on jej nie słu­cha. W ze­szłym roku mu się po­szczę­ściło. Ku­pił stary dom nie­da­leko Zwie­rzyńca. Opty­malna lo­ka­li­za­cja, wi­dok na mo­rze, je­le­nie pra­wie wbie­ga­jące do ogrodu, z ta­rasu sły­chać było ich po­ry­ki­wa­nia. Grunt ofe­ro­wał mnó­stwo moż­li­wo­ści, jed­nak sama nie­ru­cho­mość nada­wała się tylko do roz­biórki. Ka­are zrów­nał to wszystko z zie­mią i sta­wia na działce nowy dom. Firmy bu­dow­lane wręcz rzu­cają się na zle­ce­nia, a on do­brze od­ro­bił lek­cję. De­cy­zję o bu­do­wie no­wej willi po­dej­mo­wał w du­żym po­śpie­chu, ale wy­li­czył, że uda mu się zmie­ścić w pię­ciu mi­lio­nach. Na czy­sto za­robi na tym co naj­mniej cztery, w do­datku miesz­kańcy Klam­pen­borga po­winni mu dzię­ko­wać, że uwol­nił ich od wi­doku tej szpe­cą­cej ru­dery. Przed­się­bior­czość Ka­arego przy­czy­nia się do roz­woju kró­lew­skiego ku­rortu, jak za­czął na­zy­wać w swo­ich ogło­sze­niach tę dziel­nicę na przed­mie­ściach Ko­pen­hagi, żeby przy­dać jej nieco świe­żo­ści. Je­śli wszystko pój­dzie po jego my­śli, ry­nek wróci do daw­nego po­ziomu, aku­rat gdy bu­dowa zo­sta­nie ukoń­czona. Ka­aremu do­brze robi ten po­wrót do gry. Po­trze­buje suk­cesu fi­nan­so­wego, zbyt długo żył na utrzy­ma­niu żony. Który sza­nu­jący się męż­czy­zna chciałby być zdany na ła­skę mał­żonki, miesz­kać w jej domu i spo­ży­wać je­dze­nie, za które ona za­pła­ciła? Nie­długo ko­niec z tym. Ka­are za­mie­rza osta­tecz­nie roz­pra­wić się z po­kło­siem kry­zysu i po­wró­cić do krę­gów, w któ­rych za­ra­bia się praw­dziwe pie­nią­dze - duń­skiej mekki fi­nan­so­wej. Kie­dyś się w nich ob­ra­cał i chciałby znów się tam zna­leźć. Jego plan po­lega na ofe­ro­wa­niu no­wych nie­ru­cho­mo­ści wzdłuż pół­noc­nego wy­brzeża Ze­lan­dii, w dziel­ni­cach Klam­pen­borg, Ta­ar­b?k, Skods­borg, Ved­b?k i Rung­sted. W Hel­le­ru­pie nie ma już miej­sca pod nowe in­we­sty­cje, po­my­ślane z roz­ma­chem. Nie­za­bu­do­wane grunty i pie­nią­dze znaj­dują się da­lej na pół­noc. Ka­are nie wy­klu­cza wy­na­ję­cia więk­szej prze­strzeni pod biuro, ma zresztą wiele in­nych po­my­słów, ale jedno jest pewne: Ca­ro­line nie może się o ni­czym do­wie­dzieć. Nie chce, żeby żona po­krzy­żo­wała mu jego epo­kowe plany eks­pan­sji. Nie bę­dzie mu wy­ma­chi­wać przed no­sem wy­li­cze­niami opła­cal­no­ści i stra­szyć go krucz­kami praw­nymi. Nad­zór i cia­sne ramy tłam­szą każdy prze­jaw przed­się­bior­czo­ści. Były lata, gdy Ka­are nie po­tra­fił spoj­rzeć so­bie w oczy, ale te­raz po­wo­lutku wra­cają mu ener­gia i chęć dzia­ła­nia. Dawni klienci znów za­czy­nają do niego dzwo­nić z prośbą o wy­cenę albo z py­ta­niami o oferty do­mów. Mówi się, że sil­nego czło­wieka nie da się zła­mać, a Ka­are do­cho­dzi do wnio­sku, że na­pi­sano to jakby z my­ślą o nim. Wielu pró­bo­wało wcze­śniej rzu­cać mu kłody pod nogi, nie­które być może rzu­cił so­bie sam, ale z przy­czyn zro­zu­mia­łych tylko dla niego za­wsze był w sta­nie się pod­nieść. Ta umie­jęt­ność jest jego wielką siłą i to­wa­rzy­szyła mu za­wsze. Spła­cił wszyst­kie długi, na­wet Ca­ro­line nie może twier­dzić, że jest jej coś wi­nien. Czuje się jak je­den z osad­ni­ków, któ­rzy przy­byli do No­wego Świata bez żad­nego in­nego ka­pi­tału niż na­dzieja i od­waga, i ru­szyli na za­chód, by stać się ko­wa­lami wła­snego losu. Ka­are pa­trzy na pół­noc, coś mu mówi, że to wła­śnie tam na­stąpi jego po­wrót na pół­noc­no­ze­landzki ry­nek nie­ru­cho­mo­ści, po­cze­kaj­cie, a zo­ba­czy­cie.

***

Raz na ja­kiś czas jemu i Kró­lo­wej zda­rza się le­żeć obok sie­bie. Wy­my­ślił jej ta­kie prze­zwi­sko po prze­pro­wadzce do domu przy Ham­bros Allé. "Bę­dziesz się tu czuła jak kró­lowa" - oznaj­mił, nie wie­dząc, jak pro­ro­cze okażą się te słowa. Pod wzglę­dem fi­nan­so­wym żona zy­skała w ich domu wła­dzę ab­so­lutną. Kiedy Ca­ro­line nie może spać albo gdy z rzadka ma ochotę na nocne to­wa­rzy­stwo, leżą obok sie­bie w ciem­no­ści jak brat i sio­stra w sa­ty­no­wej czar­nej po­ścieli, jego ulu­bio­nej. Ko­lejną za­letą spa­nia w osob­nych sy­pial­niach jest de­cy­do­wa­nie o tym, w ja­kiej po­ścieli chce się spać. Tro­chę ze sobą roz­ma­wiają, dużo pa­trzą w su­fit, aż udziela im się pa­nu­jący do­okoła spo­kój. Wraz z bie­giem lat Ka­are do­szedł do tego sa­mego wnio­sku co Ca­ro­line: seks nie jest in­te­gralną czę­ścią mał­żeń­stwa, które sta­nowi coś dużo więk­szego. Dla­czego upie­rać się przy tym, że wszystko musi być tak jak u są­sia­dów? Kto zresztą - poza sa­mymi są­sia­dami - wie, jak tam na­prawdę się u nich układa. Mał­żeń­stwo po­lega na part­ner­stwie i wspie­ra­niu się. Jest ra­cjo­nal­nym mo­de­lem ro­dziny i od­po­wied­nimi ra­mami dla zbu­do­wa­nia ka­riery. Za­pew­nia spo­kój i sta­bil­ność. O tym wszyst­kim mówi Ca­ro­line pod­czas swo­ich wy­kła­dów i Ka­are na­uczył się przy­zna­wać jej ra­cję. Do fi­zycz­no­ści przy­kłada się sta­now­czo zbyt dużą wagę. To zna­czy, seks jest okej, to su­perza­bawa, któ­rej Ka­are so­bie nie ża­łuje, ale po­gląd, że jedna osoba po­winna wy­star­czyć do za­spo­ko­je­nia wszyst­kich na­szych po­trzeb przez całe ży­cie, uważa za ab­so­lut­nie nie­re­ali­styczny. Wła­śnie dla­tego Ka­arego złą­czyła prak­tyczna re­la­cja z Je­anne i in­nymi ko­bie­tami, które były przed nią. On i Ca­ro­line za­warli coś w ro­dzaju mil­czą­cego po­ro­zu­mie­nia, dżen­tel­meń­skiej umowy, zręcz­nie omi­jają ten te­mat, nie po­ru­szają go. Choć nie mó­wią o tym zbyt wiele, oby­dwoje wie­dzą, że ra­zem mogą wię­cej niż w po­je­dynkę i że wszystko ma swoją cenę. Wła­śnie dla­tego tak do­brze się ze sobą do­ga­dują. Udaje im się, bo żyją w praw­dzi­wym świe­cie, bo są re­ali­stami, do cho­lery.

***

Je­anne za­wsze się cie­szy na jego wi­dok, kiedy ją od­wie­dza. Nie ma mię­dzy nimi żad­nych kłamstw, fał­szy­wych na­dziei, ocze­ki­wań. Cza­sem naj­pierw wy­pi­jają po pi­wie albo po kie­liszku wina. Ka­aremu zda­rza się też za­pro­sić ją do re­stau­ra­cji. Jadą wtedy do Hel­sin­g?ru, do Ro­skilde, na­wet aż do Sor?, gdzie na pewno nie spo­tkają ni­kogo zna­jo­mego. Dzięki temu Ca­ro­line może żyć w zgo­dzie ze swoim ryt­mem do­bo­wym, a on po po­wro­cie do domu nie musi się ni­czym mar­twić. Je­anne mówi bez ogró­dek, że nie jest w nim za­ko­chana, wi­duje się z Ka­arem tylko po to, żeby nie wyjść z formy z tymi spra­wami, do­póki mąż nie wróci do domu. Oby­dwoje tro­chę się z tego pod­śmie­wają, jej for­mie z pew­no­ścią ni­czego nie bra­kuje. Taki układ jest do­sko­nały i pod każ­dym wzglę­dem nie­skom­pli­ko­wany. Je­anne jest ni­ska i krą­gła, nie­na­sy­cona w sek­sie i w roz­mo­wie. Wła­śnie za ta­kimi ko­bie­tami prze­pada Ka­are: za­do­wo­lo­nymi z ży­cia, które nie za­po­mniały, dla­czego przy­szły na ten świat, pier­wot­nymi w swo­ich na­tu­ral­nych in­stynk­tach. U każ­dej roz­po­znaje bez pu­dła tę nie­po­ha­mo­waną ra­dość z do­znań zmy­sło­wych - je­dze­nie, wino, cie­pło, czu­cie się do­brze we wła­snym ciele. W oso­bie Je­anne spo­tkał nie­kwe­stio­no­waną czem­pionkę wśród zmy­sło­wych ko­biet. Wie­dział o tym, gdy tylko usia­dła obok niego przy stole pod­czas przy­ję­cia, na któ­rym się po­znali. Za­raz po po­da­niu przy­sta­wek stwier­dził, że musi ją le­piej po­znać. Było to przy­cią­ga­nie od pierw­szego kęsa, po­żą­da­nie i tę­sk­nota od pierw­szego łyku. Ze spo­sobu, w jaki ja­dła i piła, można było wy­czy­tać jej ape­tyt sek­su­alny. Na­wet łyk upi­tej wody po­trafi spra­wić Je­anne tak eks­ta­tyczną przy­jem­ność, że sa­memu na­biera się chęci na pod­sta­wie­nie szklanki pod ten sam kran. De­lek­tuje się wodą, wi­nem, je­dze­niem, ku­ta­sem. Wszystko, co do­staje, po­łyka z wiel­kim ape­ty­tem. Roz­ko­szuje się sma­kiem, kon­sy­sten­cją, ko­lo­rami, pod­czas gdy jej pełne wargi przyj­mują duże dawki wina, je­dze­nia, męż­czy­zny i po­chła­niają je z po­żą­da­niem i nie­na­sy­ce­niem, któ­rych Ka­are ma szczę­ście do­świad­czać oso­bi­ście. De­lek­tuje się jej zmy­sło­wo­ścią, wi­doczną ra­do­ścią z da­wa­nia ciału tego, czego po­trze­buje. Gdy o niej my­śli, od razu na­biera ochoty na prze­jażdżkę do Dys­se­g?rdu i wy­wa­że­nie drzwi do jej sy­pialni. Kiedy Je­anne je, pije, pie­przy się, jest ni­czym dziecko w skle­pie ze sło­dy­czami. Zu­peł­nie traci głowę, gdy do­staje to, czego chce. Mało bra­kuje, żeby stała się zbyt łap­czywa, a jej za­cho­wa­nie nie do znie­sie­nia, wręcz gra­ni­czące z nie­sma­kiem. Wzbu­dza w Ka­arem jed­no­cze­śnie fa­scy­na­cję i lekką od­razę. Kiedy ją od­wie­dza po ty­go­dniu nie­wi­dze­nia się, ona rzuca się na niego wy­głod­niale. Jakby była prze­cie­ka­jącą rurą, a przy­ro­dze­nie Ka­arego sta­no­wiło wła­śnie to na­rzę­dzie, któ­rego na gwałt po­trze­buje. Je­anne do­kład­nie wie, czego chce, i to ona de­cy­duje, kiedy to do­sta­nie. Można po­wie­dzieć, że Ka­are do­star­cza tylko sprzętu do prac hy­drau­licz­nych. Nie ma w tym żad­nej sztucz­no­ści, Je­anne jest szczera i pro­sta. Chce jego or­ganu, jego młotka, to­pora, który ma mię­dzy no­gami. Więk­szość żo­na­tych męż­czyzn zdą­żyła za­po­mnieć o do­zna­niu praw­dzi­wego po­żą­da­nia ze strony ko­biety, tego, że ktoś trak­tuje cię jak męż­czy­znę i za­pra­sza do epi­cen­trum swo­jej chuci. Bo tak wła­śnie jest z ko­bie­tami - po­żą­da­nie tkwi u nich w ca­łym ciele, a nie tylko mię­dzy no­gami, i nie­które pra­gną cię też każ­dym ka­wał­kiem ciała! Mają jed­nak tę przy­pa­dłość, że po wyj­ściu za mąż za­po­mi­nają o swo­ich taj­nych stre­fach i ero­gen­nych ła­dun­kach wy­bu­cho­wych. Ko­biety po­tra­fią po­zo­stać żar­łoczne, je­śli wiesz, jak je trzy­mać na dy­stans, i od­wie­dzasz tylko raz na ja­kiś czas. Z part­ner­kami sek­su­al­nymi nie wy­ku­puje się wspól­nego ubez­pie­cze­nia, nie bie­rze kre­dytu i nie dzieli ra­chunku za prąd. Ca­ro­line ma ra­cję - mał­żeń­stwo i seks nie mają ze sobą nic wspól­nego. Aby zi­den­ty­fi­ko­wać to, co po­dano nam na ta­le­rzu, trzeba po­od­dzie­lać od sie­bie wszyst­kie skład­niki, po­se­gre­go­wać i na­zwać, co jest czym. Gdy bę­dziemy wie­dzieć, czego mo­żemy ocze­ki­wać, każdy bę­dzie nam le­piej sma­ko­wał. Wła­śnie tak na­leży po­dejść do tego ciastka. Ka­are uważa, że ma cho­lerne szczę­ście w ży­ciu. Jest żo­naty z naj­lep­szą ad­wo­katką od roz­wo­dów w ca­łej pół­noc­nej Ze­lan­dii, wni­kliwą pi­sarką i pre­le­gentką, a co drugi week­end może so­bie do woli po­uży­wać z naj­bar­dziej na­pa­loną ko­bietą w Gen­to­fte. Z jed­nej strony roz­są­dek i chłodna kal­ku­la­cja, z dru­giej - po­żą­da­nie i ogni­sty tem­pe­ra­ment. Ka­are czer­pie z obu świa­tów to, co naj­lep­sze. Po ob­cho­dach Hu­ber­tusa przy­szedł mu do głowy pe­wien po­mysł. Wie, że z Je­anne może po­zwo­lić so­bie na wiele, za­tem sprawi so­bie szpi­crutę i spraw­dzi, do czego da się jej użyć. Nie boi się eks­pe­ry­men­to­wać, do­da­wać ży­ciu pi­kan­te­rii. Na Je­anne za­wsze można li­czyć, ona ni­gdy nie od­ma­wia.

Ask

Mi­nął ty­dzień od ko­la­cji w miesz­ka­niu przy Kon­gens Ny­torv. Edu­ardo jest w Bu­da­pesz­cie w ho­telu spa. Po­stuje kilka razy dzien­nie, za­miesz­cza­jąc se­rie trzech, czte­rech zdjęć przed­sta­wia­ją­cych wszyst­kie roz­ko­sze ofe­ro­wane w wę­gier­skiej sto­licy. Mo­ritz i Edu­ardo spę­dzają całe dnie w bia­łych szla­fro­kach i w ma­skach pie­lę­gna­cyj­nych na­ło­żo­nych na twa­rze. Po­zują w pięk­nych za­byt­ko­wych po­miesz­cze­niach łaźni przed kunsz­tow­nymi łu­kami i mar­mu­ro­wymi po­są­gami. Białe zęby i pro­mienne oczy na tle za­schnię­tego błota. Ob­my­wają się pod prze­zro­czy­stymi stru­mie­niami wody pły­ną­cej ze szczo­drych zło­tych kra­nów albo sie­dzą obok sie­bie z kie­lisz­kami szam­pana w dło­niach na brzegu ba­senu w kształ­cie nerki. Edu­ardo za­miesz­cza se­rię zdjęć luk­su­so­wej ła­zienki z ko­min­kiem. Mo­ritz re­lak­suje się w wan­nie przy lek­tu­rze książki. Jacy lu­dzie tak żyją? Kto mieszka w ho­te­lach, gdzie ła­zienki są oświe­tlane praw­dzi­wym ogniem? Czy Edu­ardo ma ja­kie­goś wpły­wo­wego przy­ja­ciela, a może jest spo­krew­niony z kimś ta­kim? Czy może to być ja­kaś forma ko­rup­cji? Ne­po­ty­zmu? Czy Edu­ardo wy­świad­cza ko­muś po­dej­rzane przy­sługi, aby żyć na tym po­zio­mie ze swoim Mo­rit­zem, czy też jest od­wrot­nie i oby­dwaj utrzy­mują się za pie­nią­dze Mo­ritza? Aska w pe­wien spo­sób pod­nieca myśl o tym, że Edu­arda coś łą­czy ze Sli­mem Helu, cho­ciaż nie ma żad­nych pod­staw do ta­kich po­dej­rzeń. Ta sprawa pach­nie mu tro­chę ciem­nymi in­te­re­sami, ła­pów­kar­stwem, trans­ak­cjami wią­za­nymi. Nie może po­dzie­lić się swo­imi hi­po­te­zami z Cille, bo za każ­dym ra­zem, gdy o tym wspo­mina, ona od­po­wiada tak samo.

- Prze­stań w kółko o tym ga­dać! Nie ro­bisz nic, tylko szpie­gu­jesz tego Mek­sy­ka­nina i jego de­mon­stra­cyjne roz­bu­chaną kon­sump­cję! Moim zda­niem to po pro­stu roz­piesz­czony chło­pak z wyż­szych sfer, który ob­nosi się ze swoim pu­stac­twem. Czy to nie wszystko jedno, kto go spon­so­ruje? Mnie oso­bi­ście bar­dziej in­te­re­suje, jak mo­gła­bym za­ro­bić wła­sne pie­nią­dze w rze­telny i uczciwy spo­sób. Za­miast ga­pić się na jego ży­cie, może za­an­ga­żo­wał­byś się we wła­sne? Ro­zej­rzał się wo­kół sie­bie, w praw­dzi­wym świe­cie.

I kto to mówi? Ona, która za­wsze sie­dzi z no­sem w cu­dzych blo­gach opi­su­ją­cych ucieczkę od co­dzien­no­ści i szu­ka­nie szczę­ścia w le­sie głę­boko na szwedz­kim pust­ko­wiu.

***

Cille po­je­chała do Ko­pen­hagi, żeby spo­tkać się z przy­ja­ciółką i ku­pić pre­zenty gwiazd­kowe. Dzieci się ba­wią, Ask za­po­mina przy­go­to­wać dla nich po­si­łek, bo musi się prze­cież do­wie­dzieć, co Edu­ardo i Mo­ritz zje­dzą na lunch w Bu­da­pesz­cie. Pierw­szym da­niem jest go­rąca zupa kasz­ta­nowa przy­brana ka­wał­kiem foie gras, na­stęp­nym - sa­łatka z owo­ców mo­rza po­dana ze schło­dzo­nym cha­blis. Po­po­łu­dnie spę­dzili na ma­sażu i w ja­cuzzi, więc sia­dają głodni do stołu - ra­por­tuje Eu­dardo. Na de­ser za­ma­wiają fran­cu­skie sery z fi­gami, czar­nymi wi­no­gro­nami, orze­chami wło­skimi w mio­dzie aka­cjo­wym i kra­ker­sami oraz porto. Ask sie­dzi z nimi przy stole, czer­piąc przy­jem­ność pod­glą­da­cza z każ­dej spo­ży­wa­nej przez nich po­trawy i każ­dego wy­pi­tego kie­liszka wina. Gdy od­rywa wzrok od kom­pu­tera, oka­zuje się, że dzieci znik­nęły. Znaj­duje je w po­koju To­biasa, każde wpa­trzone w swo­jego iPada. Zja­dły na spółkę całą paczkę cia­ste­czek zna­le­zio­nych w kuchni.

- Oj, prze­pra­szam, mia­łem pilną pracę do zro­bie­nia. Co po­wie­cie na wyj­ście na plac za­baw? Póź­niej sko­czymy do bi­blio­teki na cie­płe ka­kao.

- Ta­aak! - pisz­czy Tara i już za­czyna wkła­dać buty.

Jej brat ma scep­tyczną minę.

- Tato, na­prawdę masz tyle czasu?

To­bias jest sta­rym mą­drym męż­czy­zną w szczu­płym chło­pię­cym ciałku. Zbyt ma­łym i zbyt nie­zep­su­tym, żeby po­wie­dzieć coś z sar­ka­zmem, ale Ask mimo wszystko woli ode­brać jego słowa jako przy­wo­ła­nie go do po­rządku. Przez na­stępne kilka go­dzin chce się skon­cen­tro­wać wy­łącz­nie na dzie­ciach. Ubie­rają się cie­pło i idą do ?re­g?rd­spar­ken. Cille czę­sto tam z nimi spa­ce­ruje. Ask wy­my­śla dla nich różne kon­ku­ren­cje: kto doj­dzie da­lej, wi­sząc na dra­bince i nie do­ty­ka­jąc no­gami ziemi, kto szyb­ciej obej­dzie po murku całą pia­skow­nicę, nie tra­cąc rów­no­wagi, kto wzbije się wy­żej na huś­tawce i tak da­lej. Tara nie ustę­puje w ni­czym star­szemu bratu. Gdy po za­koń­czo­nej za­ba­wie prze­cho­dzą przez park w dro­dze do bi­blio­teki, Ask uczy ją li­czyć do dzie­się­ciu po an­giel­sku. To­bias do­staje ta­kie samo za­da­nie, ale po nie­miecku. Oby­dwoje bły­ska­wicz­nie wszystko za­pa­mię­tują! Ask wy­ma­wia po ko­lei wszyst­kie liczby, dzieci za nim po­wta­rzają. Po trzech ra­zach po­tra­fią po­wie­dzieć je sa­mo­dziel­nie. Pa­trzą na niego z wy­cze­ki­wa­niem, cze­kają na wię­cej. Ask uczy To­biasa ta­bliczki mno­że­nia do sze­ściu, po­tem pyta Tarę, co jej zo­sta­nie, je­śli z dzie­się­ciu ja­błek odda To­bia­sowi trzy gruszki. Ona przy­staje na krótką chwilę, za­sta­na­wia się, po­tem wy­bu­cha śmie­chem i za­ma­chuje się ręką w jego stronę. Ask przy­gląda się im z za­do­wo­le­niem. Po­jem­ność tych ma­łych głów jest nie­bo­tyczna. Na­leży cią­gle je za­peł­niać, kar­mić wie­dzą i umie­jęt­no­ściami, bu­dzić cie­ka­wość, sty­mu­lo­wać wro­dzoną ener­gię do dzia­ła­nia. Ci­tius, al­tius, for­tius, na okrą­gło. To­wa­rzy­stwo dzieci pod­nosi go na du­chu, jak do­brze, że wy­szli z domu. W bi­blio­tece, po zdję­ciu kur­tek, To­bias i Tara pę­dzą każde do swo­jego kom­pu­tera. Ask mówi, że wolno im grać przez naj­wy­żej pół go­dziny, a póź­niej mają zna­leźć so­bie książkę, którą za­biorą ze sobą do ka­fe­te­rii i będą czy­tać, pod­czas gdy on przy­nie­sie im ka­kao. Ask jest dumny ze swo­ich dzi­siej­szych de­cy­zji i zdol­no­ści prze­wi­dy­wa­nia. Cille by­łaby pod wra­że­niem tego, w jaki spo­sób udaje mu się za­pro­wa­dzić rów­no­wagę mię­dzy za­bawą, przy­jem­no­ścią i przyj­mo­wa­niem du­cho­wej strawy. Na­cho­dzi go chęć, żeby zro­bić zdję­cie Ta­rze i To­bia­sowi i za­mie­ścić je na Fa­ce­bo­oku oraz In­sta­gra­mie z ko­men­ta­rzem: "Czas dla ro­dziny: wyj­ście do bi­blio­teki", ale zo­sta­wia te­le­fon w kie­szeni. Dzieci mają pięć i osiem lat, kiedy Ask dużo pra­cuje, gdy prze­rwy mię­dzy chwi­lami ta­kimi jak ta stają się zbyt dłu­gie, zda­rza mu się za­po­mnieć, jak głę­boko je ko­cha i że są do­sko­nałe. By­cie ich oj­cem to dla niego wielka sprawa. Każde z nich jest zu­peł­nie inną nie­sa­mo­witą istotą o od­ręb­nej oso­bo­wo­ści i wła­snych ce­chach cha­rak­te­ry­stycz­nych, ale łą­czy je bar­dzo bli­ska więź. Ich nie­koń­czące się roz­mowy, py­ta­nia, dzi­wie­nie się, pra­gnie­nie zro­zu­mie­nia świata i nada­nia mu sensu. Te cu­downe de­li­katne twa­rzyczki i by­stre oczy, które wi­dzą wszystko. Ufne, małe dło­nie, które chwy­tają go za ręce po obu stro­nach, kiedy idą gdzieś ra­zem. Ask sie­dzi z dziećmi w ka­fe­te­rii i czuje się szczę­śliwy. Za­po­mina o cza­sie, od wyj­ścia z domu nie spoj­rzał na te­le­fon. Do­póki nie wrócą do domu, nie po­święci Edu­ar­dowi ani jed­nej my­śli.

***

Ko­la­cja składa się z czte­rech dań: ja­jek z czar­nymi tru­flami, kaczki z chru­piącą skórką, pie­czo­nej ryby oraz cia­sta i owo­ców na de­ser. Edu­ardo do­ku­men­tuje wszystko, ta­lerz za ta­le­rzem. Cza­sami po­zwala zdję­ciom mó­wić za sie­bie, in­nym ra­zem opa­truje je ja­kimś wy­mow­nym wy­krzyk­ni­kiem albo ko­men­ta­rzem. Jego po­sty ni­gdy nie wy­dają się po­zer­skie, wy­ra­żają je­dy­nie przy­jem­ność i ra­dość. Zdję­cia są ro­bione tuż po przy­nie­sie­niu dań na stół, przez co po­trawy wy­glą­dają pięk­nie pod wzglę­dem es­te­tycz­nym, tak jak za­aran­żo­wał je ku­charz. Do tego za­wsze do­bre wina i piękny wi­dok za oknem. Ask ni­gdy nie był w Bu­da­pesz­cie, ale te­raz na­brał ochoty na week­en­dowy wy­pad ra­zem z Cille. Nie miałby nic prze­ciwko temu, żeby za­nu­rzyć się w ta­kiej wan­nie przy ko­minku i za­znać odro­biny przy­jem­no­ści z ży­cia. Czy to na­prawdę aż tak ła­twe? Ask nie ma pra­wie żad­nych kon­kret­nych da­nych, na któ­rych mógłby oprzeć swoje wy­li­cze­nia, a mimo to nie­ustan­nie do­daje w gło­wie ko­lejne wie­lo­cy­frowe kwoty, nad któ­rymi co­raz trud­niej mu za­pa­no­wać, więc osta­tecz­nie two­rzy ar­kusz w Excelu i na­zywa go po pro­stu "Edu­ardo Ma­cedo". Na pod­sta­wie wła­snych sza­cun­ków wpi­suje weń koszty po­dróży z ostat­niego mie­siąca - trans­portu, ho­teli, po­sił­ków. Na­stęp­nie wy­li­cza śred­nią dzienną kwotę, którą umiesz­cza tam, gdzie nie wia­domo, czym tego dnia zaj­muje się Edu­ardo. Ar­kusz do­ty­czy za­równo Edu­arda, jak i Mo­ritza, bo Ask ma po­dej­rze­nia, że to pierw­szy z nich spon­so­ruje te wszyst­kie przy­jem­no­ści. Dla­czego jego wła­sne ży­cie bar­dziej nie przy­po­mina tego, co robi Mek­sy­ka­nin - dla­czego? Czy czuje tłu­miony gniew, czy za­zdrość, kiedy do­daje te wszyst­kie liczby? A może bez­sil­ność? Dreszcz eks­cy­ta­cji, nudę, cie­ka­wość? Sam do końca nie wie. Naj­waż­niej­sze py­ta­nie brzmi: jak, do cho­lery, to jest moż­liwe? Czy Edu­ardo spe­ku­luje na gieł­dzie? Trwoni odzie­dzi­czony ma­ją­tek? Czy mó­wił prawdę o swoim po­cho­dze­niu? Kim jest Mo­ritz i jaką rolę od­grywa w tym re­ality show, które od­sta­wiają dla wszyst­kich swo­ich ob­ser­wu­ją­cych? Edu­ardo Ma­cedo nie daje Askowi spo­koju. To idio­tyczne, ale spraw­dza jego pro­fil wiele razy dzien­nie, nie­kiedy co go­dzinę. Musi roz­gryźć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

***

Kry­zys osiadł w nim jak głód, któ­rego nie można się wy­zbyć, ob­ja­wia­jący się cią­głym lę­kiem przed nie­do­stat­kiem. Ku­pili dom w szczy­cie fali i wciąż mają do spła­ce­nia wię­cej, niż jest wart. Na­zywa się to "nie­wy­pła­cal­no­ścią tech­niczną" - ter­min, który już piąty rok przy­pra­wia Aska o dreszcz. Nie jest w sta­nie po­wią­zać sie­bie z tą przy­pra­wia­jącą o roz­pacz po­rażką, pu­łapką fi­nan­sową, bez względu na to, jak bar­dzo nie by­łaby re­alna. Ostat­nie kilka lat upły­nęło mu na za­mar­twia­niu się i two­rze­niu ko­lej­nych przy­gnę­bia­ją­cych ar­ku­szy w Excelu, spę­dził wiele bez­sen­nych nocy na ana­li­zo­wa­niu ich fi­nan­sów, per­spek­tyw na przy­szłość, za­cią­gnię­tego kre­dytu, wi­zji ban­kruc­twa. Może wła­śnie dla­tego śle­dze­nie kon­sump­cji Edu­arda tak bar­dzo pod­nosi go na du­chu i jed­no­cze­śnie przy­gnę­bia. Mek­sy­ka­nin ko­rzy­sta z ży­cia bez umiaru i ma­łost­ko­wo­ści. Ze wszyst­kiego czer­pie to, co naj­lep­sze, na­da­jąc po­ję­ciu "przy­jem­ność z ży­cia" zu­peł­nie nowy sens. Jest jak ten ta­jem­ni­czy Gatsby z po­wie­ści, którą Ask czy­tał w li­ceum. Za­po­mniał na­zwi­sko pi­sa­rza, ale nie roz­pa­sa­nie głów­nego bo­ha­tera i huczne im­prezy w West Egg. Po­dob­nie jak on, Edu­ardo Ma­cedo ota­cza się pięk­nymi in­te­re­su­ją­cymi ludźmi, pro­wa­dząc ży­wot szczę­śli­wego czło­wieka. Przy­ję­cia Gatsby'ego miały ukryty cel, chciał za­im­po­no­wać Da­isy. Cie­kawe, co jest ce­lem Edu­arda. Czy Mo­ritz jest dla niego jak Da­isy? Pra­wie każ­dego dnia za­miesz­cza nowe sel­fie, jego oczy pro­mie­nieją szczę­ściem! Nie wy­gląda to na ża­den fałsz. Ten męż­czy­zna ma do­stęp do ja­kie­goś ży­cio­daj­nego źró­dła i pije z niego łap­czy­wie ra­zem ze swoim mil­czą­cym mę­żem ze Szwaj­ca­rii, w do­datku jest dość szczo­dry, żeby dzie­lić się tym luk­su­sem z ludźmi, któ­rych spo­tyka na swo­jej dro­dze. By­cie świad­kiem tego nie­skrę­po­wa­nego od­da­wa­nia się przy­jem­no­ściom fa­scy­nuje i pro­wo­kuje. Cie­kawe, czy Edu­ardo zna tę po­wieść o Gats­bym. Ask miałby ochotę na­pi­sać do niego i mu ją po­le­cić. Cille uważa za dziwne, że mąż dzień za dniem śle­dzi cu­dze ży­cie, ale ona prze­cież robi to samo z tą swoją An­dreą Hejl­skov ze szwedz­kiego lasu. Prze­czy­tała jej książkę Wielka ucieczka i z uwagą śle­dzi jej bloga. Twier­dzi, że ma wielki sza­cu­nek do tej ko­biety. An­drea i jej mąż czuli się wy­pa­leni - pra­co­wali za dużo, byli chro­nicz­nie zmę­czeni, rzadko wi­dy­wali dzieci, które spę­dzały czas przy kom­pu­te­rach, każde w swoim po­koju. Ży­cie ich nie cie­szyło i nie wi­dzieli sensu w tym, co sami stwo­rzyli. Mu­sieli utrzy­my­wać czworo dzieci i dwa sa­mo­chody, co­raz bar­dziej da­wały im się we znaki stres, nad­waga, zgorzk­nie­nie i uczu­cie za­gu­bie­nia. Czuli się jak nie­pro­szeni go­ście we wła­snym ży­ciu. Ich naj­młod­szy syn cho­dził do żłobka, pod­czas gdy oni do­kła­dali sta­rań, żeby na to za­ro­bić. Każ­dego dnia pra­gnęli tylko, żeby na­stał wie­czór i mo­gli po­ło­żyć się spać. Stop­niowo za­częli so­bie uświa­da­miać cały ab­surd tej sy­tu­acji. Za­częli py­tać sa­mych sie­bie, czy na­prawdę po­winno tak być i czy dla tej nie­woli nie ma ja­kiejś al­ter­na­tywy. Cille na okrą­gło o tym mówi. Jest za­fa­scy­no­wana tą ko­bietą i jej od­wagą. Pro­siła Aska, żeby prze­czy­tał jej książkę, czego on nie zro­bił do tej pory, ale z opo­wie­ści żony wie, że ro­dzina An­drei po­sta­no­wiła uciec. Sprze­dali wszystko, co po­sia­dali, i za­miesz­kali w le­sie w Szwe­cji. Zbu­do­wali tu­taj dom z bali i pró­bują żyć w spo­sób sa­mo­wy­star­czalny, w więk­szo­ści bez pie­nię­dzy, sprzę­tów elek­tro­nicz­nych i AGD. Wy­pi­sali się ze spo­łe­czeń­stwa w ra­mach pro­te­stu prze­ciwko roz­bu­cha­nemu kon­sump­cjo­ni­zmowi. Upra­wiają wła­sne wa­rzywa i cho­dzą do lasu na po­lo­wa­nia, w stylu daw­nych hip­pi­sów. Zda­niem Aska ci lu­dzie wy­ka­zują się kom­plet­nym bra­kiem od­po­wie­dzial­no­ści. Jak można wy­pi­sać dzieci ze szkoły i za­brać je ze sobą do lasu? Ro­dzice czworga dzieci po­winni być dla nich wzo­rem, po­ka­zy­wać im drogę, a nie ucie­kać z pod­ku­lo­nym ogo­nem w ża­ło­snej pró­bie cof­nię­cia się w cza­sie, uda­jąc wi­kin­gów albo przed­po­to­po­wych rol­ni­ków. Ask ma uza­sad­nione wąt­pli­wo­ści. Nie prze­szka­dza jed­nak Cille w śle­dze­niu wiel­kiej ucieczki An­drei Hejl­skov, woli za­jąć się swo­imi ta­bel­kami w Excelu. Spra­wia mu dziwną przy­jem­ność drę­cze­nie się ko­lej­nymi ra­do­snymi po­stami Mek­sy­ka­nina i jego es­te­tycz­nymi ko­la­żami ze zdjęć. Edu­ardo i Mo­ritz po­dró­żują, im­pre­zują, sza­stają pie­niędzmi, bo dla­czego mie­liby tego nie ro­bić, skoro mają szczę­ście je po­sia­dać, Ask też by tak po­stą­pił. Cille się wku­rza, kiedy jej o tym mówi.

- Je­śli to twoje ma­rze­nie, na mnie nie licz. Nie wi­dzę nic do­brego w ta­kim ży­ciu. Nie tego pra­gnę dla nas i dla dzieci.

- Syl­we­ster w Bra­zy­lii, wy­jazd na narty do Cha­mo­nix, wio­sna w Se­willi, ostrygi i opera w Pa­ryżu... Rze­czy­wi­ście, coś obrzy­dli­wego, no po pro­stu so­doma i go­mora, brrr... Ale pra­gnę cię uspo­koić, ko­cha­nie: prędko to nie na­stąpi. Je­ste­śmy ska­zani na Ham­bros Allé, utknę­li­śmy na do­bre w tym raju.

Line

Line wraca od swo­jej fry­zjerki z sa­lonu przy J?gers­borg Allé. Prze­cho­dząc przez ulicę, wi­dzi wła­sne od­bi­cie w szkla­nych fa­sa­dach bu­dyn­ków. Nie­świa­do­mie za­rzuca lekko wło­sami jak młoda dziew­czyna. Jej chód od­zy­skał dawną ener­gię, to za­sługa Pe­tera. Wczo­raj wie­czo­rem przy­szedł do niej na ko­la­cję, a rano za­wio­zła go na lot­ni­sko. Leci do Zu­ry­chu na umó­wione spo­tka­nia w głów­nej sie­dzi­bie ECRF, zo­ba­czą się za trzy dni. Za­pro­sił ją na syl­we­strowy wy­jazd do Nor­we­gii, za­miesz­kają w ślicz­nym domku nad fior­dem. Będą cho­dzić na gór­skie wy­cieczki, jeź­dzić na bie­gów­kach, de­lek­to­wać się do­brym wi­nem i je­dze­niem. Przede wszyst­kim jed­nak chcą się zre­lak­so­wać, cie­szyć się sobą i pa­nu­jącą wo­kół ci­szą przy pło­ną­cym ko­minku. O tej po­rze roku Nor­we­gia jest su­rowa i zimna, ale także prze­piękna. "Nie mogę się do­cze­kać, kiedy ci to wszystko po­każę" - po­wie­dział jej Pe­ter. W Line wstą­piło nowe ży­cie, jej ciało tętni ra­do­ścią, już dawno nie czuła się tak do­brze. Zdą­żyła za­po­mnieć, jak to jest znowu żyć. Wcho­dzi do sklepu na rogu ulicy, sprze­dają tam wło­skie to­rebki i buty. Mie­rzy parę czar­nych ko­za­ków z mięk­kiej skórki cie­lę­cej, leżą na niej jak ulał, po­wita w nich Pe­tera na lot­ni­sku. Po wyj­ściu na ulicę pa­trzy w stronę chod­nika i na­wią­zuje kon­takt wzro­kowy z dawną zna­jomą, która idzie w jej stronę. Nie wi­działa He­leny od dłu­giego czasu, ich dzieci cho­dziły do tej sa­mej klasy i kiedy były młod­sze, obie czę­sto uma­wiały się na kawę. Przy­cho­dzili też całą ro­dziną na ko­la­cję do bia­łej willi przy Ham­bros Allé 13, gdy w domu Hvid­tów wciąż do­brze się działo. Line uśmie­cha się do He­leny, ma­cha do niej i kie­ruje się w jej stronę, ale zna­joma spusz­cza wzrok i za­czyna jej się spie­szyć - na­gle za­wraca i skręca za naj­bliż­szy róg. Line naj­pierw musi przy­sta­nąć i ochło­nąć. Co się przed chwilą stało? Jak to moż­liwe? Czyżby wciąż uwa­żano ją za nie­od­po­wied­nie to­wa­rzy­stwo, a spo­tka­nie jej na ulicy po tylu la­tach cią­gle wy­wo­ły­wało kon­ster­na­cję? Kie­dyś ode­szłaby stam­tąd z uczu­ciem upo­ko­rze­nia. Ży­łaby ze wsty­dem z po­wodu od­rzu­ce­nia, po­zwo­li­łaby na pie­kący ból, przy­po­mi­na­jący jej o no­wym po­rządku świata. Dziś się tak jed­nak nie sta­nie, He­lena się tak ła­two nie wy­miga. Znaj­duje ją na ty­łach su­per­mar­ketu Irma. Wzdryga się ner­wowo na wi­dok Line zmie­rza­ją­cej ku niej zde­cy­do­wa­nym kro­kiem.

- Cześć, He­lena. Ukry­wasz się przede mną? Je­stem tak nie­bez­pieczna, że nie mo­żesz się już ze mną przy­wi­tać?

Głos jej drży. He­lena wy­gląda na za­kło­po­taną, ale pró­buje za­cho­wać twarz.

- Nie, ależ skąd! Przy­po­mnia­łam so­bie, że mu­szę za­dzwo­nić, i dla­tego tu przy­szłam - mówi i za­czyna grze­bać w to­rebce w po­szu­ki­wa­niu te­le­fonu.

- Je­steś na­prawdę ża­ło­sna. Nie wie­rzę, że można upaść aż tak ni­sko. Gdy u mnie i u Kri­stiana wszystko działo się do­brze, nie mia­łaś nic prze­ciwko przy­cho­dze­niu do nas, ale te­raz nie po­zna­jesz mnie na ulicy. Że też ci nie wstyd.

Robi pierw­szy krok, żeby odejść, ale na­gle znów od­wraca się twa­rzą w stronę He­leny, która stoi jak przy­kle­jona do ściany sklepu, z prze­ra­żo­nymi oczyma. Line pod­cho­dzi do niej bar­dzo bli­sko.

- Mo­żesz mi po­wie­dzieć, co ja ta­kiego zro­bi­łam? - Jej gar­dło ści­skają wście­kłość i zdu­szony płacz. Ma ochotę chwy­cić He­lenę za ra­miona, ude­rzyć ją, opluć, wy­rwać jej włosy z głowy; wszystko, czego ro­bie­nie nie przy­stoi na J?gers­borg Allé, co jest tu­taj za­ka­zane. - Co ja ta­kiego zro­bi­łam? Po­wiedz mi to! Po­wiedz mi, co ja, kurwa, zro­bi­łam!

He­lena wbija wzrok w zie­mię, nie od­zywa się. Line nie po­winna była tu za nią przy­cho­dzić, nie do twa­rzy jej z ta­kim bra­kiem kon­troli nad sobą. Nogi się pod nią trzęsą, gdy wy­co­fuje się z po­dwórka na ty­łach sklepu i wraca na ele­gancką ulicę, mija wi­tryny ka­wiarni, kwia­ciarni, de­li­ka­te­sów, biur nie­ru­cho­mo­ści, fi­lii ban­ków i skle­pów z fu­trami. Wsiada do czar­nego mini co­opera, rzuca re­kla­mówkę z ko­za­kami na pod­łogę i wraca do domu, wście­kła, ja­dąc na oślep i zde­cy­do­wa­nie za mocno wci­ska­jąc pe­dał gazu.

***

Gdy Line stra­ciła wszystko, lu­dzie za­częli się jej oba­wiać. Ci, któ­rzy wcze­śniej by­wali u nich w domu, te­raz ze­rwali z nią kon­takt. Je­śli przy­pad­kiem gdzieś ich spo­tkała, tłu­ma­czyli się nie­skład­nie, że chcieli zo­sta­wić ją w spo­koju, dać jej czas na doj­ście do sie­bie po tym, przez co prze­szła ra­zem z dziećmi. "Ale pa­mię­taj, że za­wsze mo­żesz za­dzwo­nić! Ko­niecz­nie daj znać, je­śli mo­żemy coś dla cie­bie zro­bić, okej?" - mó­wiły ich usta, pod­czas gdy spoj­rze­nia błą­dziły w po­szu­ki­wa­niu miej­sca ucieczki, wy­krę­tów, pre­tek­stów. Line wi­działa, jak dawni przy­ja­ciele cho­wają się na jej wi­dok w skle­pach i w sa­mo­cho­dach. Nie chcieli, żeby ich wi­dziano ra­zem z nią, wo­leli się z nią wi­tać, bo nie wie­dzieli, co o tym wszyst­kim my­śleć i o czym z nią roz­ma­wiać. Bo ile ona wła­ści­wie wie­działa, jak bar­dzo była świa­doma, współ­winna, w ja­kim stop­niu po­nosi od­po­wie­dzial­ność za tych, któ­rzy przez Kri­stiana stra­cili pie­nią­dze? W jej obec­no­ści czują dys­kom­fort i nie wie­dzą, po któ­rej stro­nie się opo­wie­dzieć. Utratą ma­jątku i spo­łeczną de­gra­da­cją można się za­ra­zić. Do tych, któ­rzy będą się wi­dy­wać z Line Hvidt, też przy­lgnie ban­kruc­two i to­wa­rzy­szący mu skan­dal. "Żona tego wła­ści­ciela fa­bryki, który za­strze­lił się w Cot­ta­ge­par­ken, nie pa­mię­ta­cie? De­frau­da­cja, oszu­stwa, mu­siała wy­pro­wa­dzić się z domu, sprze­dać sa­mo­chody, dom let­ni­skowy, miesz­ka­nie w Can­nes, stra­ciła wszystko, nie zo­stało jej zu­peł­nie nic". Line wie, co o niej opo­wia­dają, i że te plotki są pod­szyte źle ukry­wa­nym za­do­wo­le­niem z cu­dzej krzywdy. Ona, kie­dyś roz­piesz­czana przez męża, ta od im­prez i go­ści, stała się per­sona non grata, wy­klu­czona z to­wa­rzy­skich krę­gów. Cho­ciaż o ni­czym nie wie­działa, grze­chy Kri­stiana przy­pa­dły jej w spadku. Line skryła się w swoim pięk­nym domu, w ży­ciu bez trosk, po­zwa­la­jąc mę­żowi zaj­mo­wać się ro­dzin­nymi fi­nan­sami. Ow­szem, nie była dość czujna, i nie do końca lo­jalna, ale nie po­peł­niła żad­nego prze­stęp­stwa. O ni­czym nie wie­działa.

Ask

- Nie masz ochoty?

- To przeze mnie?

- Czy coś ro­bię coś źle?

- Nie po­cią­gam cię już?

O to go pyta.

- O czym ma­rzysz?

- Dla­czego nic nie mó­wisz?

- Prze­cież musi być ja­kiś po­wód?

- Masz ko­goś?

Żąda od­po­wie­dzi.

Tuż przed pój­ściem spać po­trafi go py­tać o naj­bar­dziej iry­tu­jące rze­czy. Ask nie ma po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć, a ra­czej - na jaką od­po­wiedź so­bie po­zwo­lić. Nie po­wie prze­cież, że tę­skni za dawną Cille, pełną ener­gii, na którą za­wsze mógł li­czyć, któ­rej sło­dy­czą i wi­tal­no­ścią upa­jał się przez pra­wie dzie­sięć lat. Tą, która wszystko ze sobą sca­lała, nada­wała ży­ciu sens. Wła­śnie za nią tę­skni i o niej ma­rzy. Wiecz­nie skwa­szone bab­sko, które pra­wie nie zwraca na niego uwagi, kiedy on wraca do domu, nie jest jego Cille. Po­zba­wiona wdzięku ol­brzymka sie­dząca przed te­le­wi­zo­rem w nie­chluj­nym ubra­niu i tę­sk­niąca za ucieczką do szwedz­kiego lasu nie jest jego żoną. Za dnia prak­tycz­nie go nie za­uważa, do­piero wie­czo­rem, już w sy­pialni, gdy dzieci śpią, a w domu pa­nuje ci­sza, do­piero wtedy wy­raz jej twa­rzy mięk­nie, staje się bar­dziej otwarta, a strefa nie­ty­kal­no­ści wo­kół niej się neu­tra­li­zuje. Po­trafi przy­su­nąć się do niego ca­łym cia­łem, ocze­ku­jąc, że bę­dzie nada­wał na tej sa­mej czę­sto­tli­wo­ści. Cille nie ro­zu­mie, że wła­śnie w tym mo­men­cie, do­kład­nie w tej chwili, Ask nie może tego zro­bić, jak by to ująć - to dla niego fi­zycz­nie nie­moż­liwe. Dla­tego gdy żona go pyta, o czym ma­rzy, nie ma po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć. Bo prze­cież ma­rzy o tym, żeby na po­wrót stała się sobą, żeby od­zy­skać swoją ko­bietę, że wszystko kie­dyś wróci do nor­mal­no­ści. A gdy zu­peł­nie po­pusz­cza wo­dze fan­ta­zji i w ni­czym się nie ogra­ni­cza, ma­rzy o jed­nej nocy spę­dzo­nej z ja­kąś atrak­cyjną nie­zna­jomą w domku let­ni­sko­wym w To­ska­nii, mer­ce­de­sie klasy e w ko­lo­rze czar­nym albo me­ta­lik, wy­pa­dzie na narty z daw­nymi ko­le­gami z ko­pen­ha­skiej Szkoły Biz­nesu, ma­rzy o sta­niu się part­ne­rem w spółce, o do­bro­by­cie i ka­rie­rze, o szczę­śli­wej ro­dzi­nie. Pra­gnie chyba tego, co każdy - chce mieć wszystko, cały pa­kiet.

- Jest coś, czego pra­gniesz?

- Coś, czego nie ro­bimy?

- O czym my­ślisz?

- O czym ma­rzysz? No, po­wiedz.

Nie daje mu spo­koju. Leży oparta na łok­ciu, ze zmarszczką na czole, i za­sy­puje go py­ta­niami, go­towa do walki, zde­spe­ro­wana, nie prze­sta­jąc świ­dro­wać go wzro­kiem. Ask na­krywa się koł­drą po szyję i pa­trzy bez­rad­nie na su­fit. Chciałby stać się ma­lutki i nie­wi­dzialny, ale ona czyha na niego jak dra­pież­nik. To je­den z tych wie­czo­rów, kiedy nie da rady się wy­krę­cić. Jest zmę­czony, ju­tro rano ma spo­tka­nie w Mi­ni­ster­stwie Fi­nan­sów, musi udzie­lić jej ja­kiejś od­po­wie­dzi, żeby wresz­cie zo­sta­wiła go w spo­koju.

- O czym ma­rzę... Hmm, no tak... O czym ja wła­ści­wie ma­rzę? Chyba o tym sa­mym co wszy­scy. Żeby do­brze nam się wio­dło, o szczę­ściu, za­do­wo­lo­nej żo­nie, spo­koju, ja­kimś cie­płym kraju na po­łu­dniu.

- Halo, co to za wy­kręty?! Mia­łam na my­śli: pod wzglę­dem sek­su­al­nym.

W jej ustach brzmi to jak groźba, ma­szy­nowo i me­cha­nicz­nie. Askowi przy­cho­dzi na myśl sprzęt rol­ni­czy. Stal. Cięż­kie urzą­dze­nia, nie­miec­kie stocz­nie, brudny łań­cuch od ro­weru.

- Czy pra­gniesz cze­goś, czego nie ro­bimy? Może mi cze­goś nie mó­wisz?

"Czy ona ni­gdy nie skoń­czy?!"

- Nie, to... - Ostat­nie słowo sta­wia mu opór i nie chce się wy­do­stać z gar­dła, aż na ko­niec zu­peł­nie za­miera. Wy­ma­wia­jąc je bez­gło­śnie, na wy­de­chu, Ask ma na­dzieję, że nie bę­dzie mu­siał do­kań­czać tego zda­nia. Nie wie, co po­wie­dzieć. Wy­łą­cza lampkę do czy­ta­nia po swo­jej stro­nie łóżka, za­ci­ska po­wieki i ciem­ność po­chła­nia spoj­rze­nie Cille, zmar­twioną zmarszczkę na czole, póź­niej­sze płacz i wy­mówki. Ask wci­ska się cia­łem w ma­te­rac, li­czy na to, że wszystko samo prze­mi­nie. Tchórz. Nie jest z sie­bie dumny, ale prawda to nie­bez­pieczne zwie­rzę, któ­rego nie można wy­pu­ścić na wol­ność o tej po­rze. Ask ma­rzy o tym, żeby znów ko­chać żonę.

Line

Z oka­zji dwu­dzie­stych uro­dzin córki Pe­ter za­pro­sił więk­sze grono osób na ko­la­cję w re­stau­ra­cji Pluto w cen­trum Ko­pen­hagi. Line to­wa­rzy­szy mu przez cały czas. Po raz pierw­szy spo­tyka jego ro­dzinę i przy­ja­ciół. Do­kłada sta­rań, żeby po­roz­ma­wiać ze wszyst­kimi, któ­rzy naj­wię­cej dla niego zna­czą. Za­czyna zaj­mo­wać ważne miej­sce w jego ży­ciu i wie, czego do tego po­trzeba. Po de­se­rze, ko­niaku i ka­wie idą do klubu, w któ­rym za­re­zer­wo­wał sto­liki i za­pra­sza na drinki. Ba­wią się ra­zem z mło­dymi, wy­pi­jają tro­chę za dużo. Pe­ter stwa­rza wo­kół sie­bie wy­jąt­kową at­mos­ferę, gdzie­kol­wiek się z nim nie pój­dzie, wszę­dzie wi­tają ich jak długo wy­cze­ki­wa­nych go­ści. Nie ma dla niego rze­czy nie­moż­li­wych. Na ko­niec zor­ga­ni­zo­wał dla wszyst­kich zupę w ma­łej taj­skiej re­stau­ra­cji przy Bred­gade. W środku nocy on i Line pa­dają na sofę w jego domu w Rung­ste­dzie, zbyt zmę­czeni, żeby pójść do łóżka.

- Cu­downy wie­czór! Wy­pra­wi­łeś córce nie­sa­mo­wite przy­ję­cie. To na­prawdę wspa­niały pre­zent, mam na­dzieję, że to do­ce­niła.

- E tam, nie ma o czym mó­wić. Za­słu­guje na wszystko, co naj­lep­sze! Dwa­dzie­ścia lat! Cały świat stoi przed nią otwo­rem, wła­śnie do­stała pierw­szą piątkę na stu­diach praw­ni­czych, w week­end po­je­dziemy obej­rzeć dla niej miesz­ka­nie, poza tym nie­długo święta, a wy się wła­śnie po­zna­ły­ście. Jest wiele po­wo­dów do świę­to­wa­nia. Zresztą firma za wszystko płaci.

Za­czyna mó­wić niż­szym gło­sem i prze­sad­nie ge­sty­ku­lo­wać z miną waż­nego dy­rek­tora. Oby­dwoje wy­bu­chają śmie­chem i pró­bują się po­ca­ło­wać, ale sie­dzą zbyt da­leko od sie­bie, jest zbyt późno, a oni zbyt pi­jani. Line kręci się w gło­wie, wstaje i chwiej­nym kro­kiem idzie do ła­zienki. Kri­stian też po­tra­fił za­pro­sić na ko­la­cję przy­ja­ciół i ro­dzinę, do­pi­su­jąc ra­chu­nek do fir­mo­wych kosz­tów. Gra­nica mię­dzy pry­wat­nym a biz­ne­so­wym spo­tka­niem jest nie­zwy­kle cienka, wie­dzą o tym wszy­scy, któ­rzy roz­po­rzą­dzają fun­du­szem re­pre­zen­ta­cyj­nym. Trudno jest roz­róż­nić, co jest czym - kiedy za­ła­twiasz in­te­resy i dbasz o kon­takty biz­ne­sowe, a kiedy spę­dzasz cał­ko­wi­cie pry­watny wie­czór. Tak na­prawdę wszystko się ze sobą łą­czy i roz­mywa. Gdy spo­ty­kają się przy­ja­ciele i ko­le­dzy z pracy, roz­mowy czę­sto scho­dzą na sprawy za­wo­dowe i oso­bi­ste, i wła­śnie w ta­kich sy­tu­acjach czę­sto wpada się na naj­lep­sze po­my­sły. Bo kto, je­śli nie twoja żona, twój oj­ciec, brat, do­bry przy­ja­ciel i ko­lega ze stu­diów do­ra­dzi ci naj­le­piej? Ten ro­dzaj przy­jęć z pew­no­ścią można na­zwać in­spi­ra­cją, ne­twor­kin­giem, ba­da­niem rynku, spar­rin­giem - o ile ko­rzy­sta się z usług sen­sow­nego re­wi­zora, który żyje w praw­dzi­wym świe­cie. Oczy­wi­ście na­leży znać gra­nice, ale każda z nich jest po­datna na in­ter­pre­ta­cje. Kri­stian już nie żył, gdy Line od­kryła, że na sam ko­niec prze­stały dla niego ist­nieć wszel­kie gra­nice. Po­ży­czał i in­we­sto­wał pry­watne środki, aby po­kryć straty swo­jego przed­się­bior­stwa. Stra­cił ma­ją­tek, któ­rego do­ro­bie­nie się za­jęło jego ro­dzi­nie trzy po­ko­le­nia. Chwy­tał się nie­le­gal­nych dzia­łań, żeby za­tu­szo­wać wła­sne błędy. Gra­nice prze­stały dla niego ist­nieć. Prze­pisy można na­gi­nać i in­ter­pre­to­wać, ale oczy­wi­ście w ra­mach ist­nie­ją­cego prawa, żeby nikt nie mógł się do ni­czego przy­cze­pić. Line ufa Pe­te­rowi i jego zdol­no­ści osądu. Jest zbyt mą­dry, żeby prze­kro­czyć swoje upraw­nie­nia, to le­karz, a nie biz­nes­men. Nie po­peł­nia tego ro­dzaju błę­dów.

***

Pe­ter wie, jak po­ka­zać swoim ko­bie­tom, ile dla niego zna­czą. Dba nie tylko o córkę, ale też o Line. Za­pra­sza ją do swo­jego ży­cia. In­te­re­suje się sztuką i ra­zem cha­dzają na wer­ni­saże, za­biera ją do te­atru, a jego krąg zna­jo­mych ak­cep­tuje ją bez za­strze­żeń. Ra­zem z nim ży­cie znów jest do­bre. Przez tak długi czas Line czuła się zroz­pa­czona i sa­motna, ale te­raz otwiera się w jej ży­ciu zu­peł­nie nowy roz­dział, nowa opo­wieść. Na­zywa Pe­tera swoim oso­bi­stym le­ka­rzem, dzięki niemu wszystko na­biera sensu. Trudno jej tylko pra­co­wać, szczę­ście nie jest do­brym pa­li­wem dla pracy twór­czej. Musi się nie­ustan­nie upo­mi­nać, że po­winna wal­czyć o swoją sprawę. Oso­bie za­ko­cha­nej trudno się wście­kać na stan świata. Nie­któ­rzy na­zy­wają ją eko­bo­jow­niczką. Na­pi­sała dwie be­st­sel­le­rowe książki o za­cho­wy­wa­niu zdro­wego roz­sądku w cza­sach kry­zysu: Sto po­krze­pia­ją­cych po­sił­ków za sto ko­ron i Myśl na wielką skalę, żyj na małą - ale piękną. Ty­tuł ro­bo­czy jej no­wej książki brzmi To ty bądź zmianą. Za­sięg jej prze­sła­nia wy­kra­cza poza gra­nice Da­nii, Line pi­sze o ja­ko­ści ży­cia, eko­lo­gii i za­an­ga­żo­wa­nej po­sta­wie w cza­sach, gdy wielki po­twór kon­sump­cji po­woli za­czyna bu­dzić się ze snu. Na pe­wien czas uśpił go kry­zys, ale w tym roku po raz pierw­szy od pię­ciu lat pro­gno­zuje się wzrost sprze­daży w okre­sie przed­świą­tecz­nym. Jed­no­cze­śnie wię­cej ro­dzin niż kie­dy­kol­wiek po­trze­buje po­mocy ma­te­rial­nej. Bo­gaci stali się jesz­cze bo­gatsi, a biedni zbied­nieli jesz­cze bar­dziej. Line do­strzega kilka wy­raź­nych ten­den­cji, które za­mie­rza opi­sać w od­nie­sie­niu do tego, o czym wie naj­wię­cej - pro­wa­dze­niu go­spo­dar­stwa do­mo­wego, kwe­stiach ja­ko­ści i smaku. Zdro­wym roz­sądku i nie­zgo­dzie na ła­twe roz­wią­za­nia.

Cille

Wnę­trze jej domu nie olśniewa tak, jak po­winno. Cille de­ko­ruje tylko te okna, które wi­dać z ulicy. W tym roku nie zro­biła ra­zem z dziećmi ozdób świą­tecz­nych. Ask ją pyta, czy upieką cia­steczka z Tarą i To­bia­sem. Rze­czy­wi­ście prze­szła jej przez głowę taka myśl, ale na tym się skoń­czyło. Jedna z ma­tek ucznia z klasy To­biasa bie­rze urlop na cały gru­dzień, "bo to taki przy­jemny mie­siąc dla niej i dla dzieci" - wy­ja­śnia, wzbu­dza­jąc u Cille wy­rzuty su­mie­nia. "Gru­dzień jest pe­łen tra­dy­cji, ist­nieje tyle przy­jem­nych rze­czy, które chcia­łoby się ro­bić w ro­dzin­nym gro­nie, prawda?" Matka Ma­gnusa szyje ob­rusy świą­teczne i serca z ma­te­riału, dzieci mają kilka dni wol­nego od szkoły, pod­czas któ­rych przy ku­chen­nym stole zaj­mują się wy­twa­rza­niem pre­zen­tów i prze­pięk­nych wień­ców ad­wen­to­wych. Cille wi­działa zdję­cia na Fa­ce­bo­oku, In­sta­gra­mie, Pin­te­re­ście. A skoro już za­brali się do pracy, mama Ma­gnusa przy oka­zji robi ozdoby do ude­ko­ro­wa­nia klasy syna, dla są­sia­dów "i dla cie­bie" - mówi, wrę­cza­jąc Cille ele­gancki świą­teczny stroik, gdy ta przy­cho­dzi ode­brać od nich To­biasa. Wi­dok es­te­tycz­nej kom­po­zy­cji mchu, ga­łęzi świerku i świecy wpra­wia Cille w tak wiel­kie za­kło­po­ta­nie, że aż za­po­mina po­dzię­ko­wać. Wy­obraża so­bie matkę Ma­gnusa z gro­madką dzieci zbie­ra­ją­cych w le­sie mech i szyszki. Ob­raz kłuje ją w oczy. Spusz­cza wzrok na je­dwabne wstą­żeczki, grubą ręcz­nie od­laną świecę w zło­tym ko­lo­rze i czuje się jak fa­ry­ze­uszka. Jest czarną plamą na szkle oku­la­rów, tą, która za­kłóca idyllę, któ­rej nie można ze­trzeć. Jak te inne matki to ro­bią? Skąd czer­pią ener­gię do tych wszyst­kich ro­bó­tek ręcz­nych? W jaki spo­sób udaje im się się­gać tak wy­soko za­wie­szo­nej po­przeczki? Uma­wiają się z ro­dzi­nami i przy­ja­ciół­kami na wspólne ro­bie­nie de­ko­ra­cji i świą­tecz­nych słod­ko­ści. Cille ogląda na Fa­ce­bo­oku ich po­sty ze zdję­ciami i czuje się bez­na­dziej­nie z po­wodu wła­snej apa­tii. Inne matki udzie­lają się kre­atyw­nie ra­zem ze swo­imi dziećmi, wy­ci­nają i kleją naj­róż­niej­sze cuda z błysz­czą­cego pa­pieru i filcu, ma­lują sprayem na srebrny i złoty wszystko, do czego się zbliżą, i de­ko­rują po­koje u sie­bie w domu mar­twą na­turą zna­le­zioną na plaży, w le­sie i w eks­klu­zyw­nym domu to­wa­ro­wym Il­lums Bo­li­ghus. Smażą fa­worki, pieką bu­łeczki z oka­zji Dnia Świę­tej Łu­cji, na gwiazd­kową za­bawę ubie­rają swoje dzieci w jed­na­kowe stroje, pra­cu­jąc przy tym na pół etatu, tre­nu­jąc i bie­ga­jąc przed za­cho­dem słońca. Ich pa­znok­cie mie­nią się pięk­nymi ko­lo­rami, pa­su­ją­cymi do ko­loru ich ust, blu­zek, spi­nek do wło­sów, to­re­bek. W ich do­mach pach­nie cy­na­mo­nem. Ze względu na dzieci Cille na­bywa w po­ło­wie grud­nia ad­wen­tową świecę ka­len­da­rzową i wtyka ją w kulkę pla­ste­liny, którą owija fo­lią alu­mi­niową. Chce, żeby ład­nie to wy­glą­dało, zwłasz­cza gdy będą po­cie­rać za­pałką o dra­skę i przy­glą­dać się pło­ną­cemu kno­towi. W grud­niu nie może im ni­czego za­brak­nąć, bo o tej po­rze roku brak od­czuwa się dużo do­tkli­wiej i bru­tal­niej. Gru­dzień działa jak wzmac­niacz - wszystko spra­wia ci więk­szy ból, je­śli znaj­dziesz się poza krę­giem wta­jem­ni­czo­nych. A ci, któ­rzy mają wszystko, do­stają jesz­cze wię­cej. Gru­dniowe ży­cze­nia są wiel­kie i waż­kie: żeby wszy­scy się ra­do­wali. Żyli w har­mo­nii. Ko­chali i byli ko­chani. W grud­niu speł­niają się wszyst­kie ży­cze­nia, a je­śli nie do końca tak jest, trzeba uda­wać, żeby nie ze­psuć tej nie­zwy­kłej at­mos­fery. Boże Na­ro­dze­nie to święto szczę­śli­wych lu­dzi. Cille pi­sze ese­mes do matki Ma­gnusa: "Za­po­mnia­łam po­dzię­ko­wać za prze­piękną de­ko­ra­cję. Nie­sa­mo­wi­cie miło z Pani strony. Dzię­kuję i prze­sy­łam ży­cze­nia We­so­łych Świąt". Musi uczest­ni­czyć w tej za­ba­wie, ze względu na dzieci.

Ca­ro­line

Ca­milla i Frank przy­jeż­dżają przed po­łu­dniem. Po­nie­waż trans­port go­to­wych pie­czeni wie­przo­wych i na­dzie­wa­nych ka­czek z Her­lev do Hel­le­rup byłby zbyt uciąż­liwy, Ca­milla po­sta­na­wia przy­go­to­wać ko­la­cję wi­gi­lijną w kuchni Ca­ro­line. Sio­stry umó­wiły się na to już wiele mie­sięcy wcze­śniej.

- Spo­koj­nie ogar­niemy wszyst­kie po­trawy i przy oka­zji bę­dziemy so­bie mo­gły po­ga­dać, a w tym cza­sie nasi mę­żo­wie i dzieci na­kryją do stołu i ude­ko­rują cho­inkę - stwier­dza Ca­milla, z ru­tyną wią­żąc na ple­cach far­tu­szek.

Frank wnosi do domu kar­tony i pla­sti­kowe po­jem­niki z pro­duk­tami, a Ca­milla wy­kłada na ku­chenny stół fo­remki z fo­lii alu­mi­nio­wej i usta­wia jedną na dru­giej, po kilka sztuk. Na wszyst­kim wi­dać po­na­kle­jane żółte kar­teczki. Więk­szość skład­ni­ków Ca­milla przy­go­to­wała już wcze­śniej. Mig­dały i wa­rzywa równo po­sie­kane, do­kład­nie od­mie­rzone i es­te­tycz­nie po­ukła­dane.

- Co tam, sio­stro, jak leci? - pyta.

- Chyba do­brze. - Ca­ro­line wzru­sza ra­mio­nami. - Mu­sisz mną po­kie­ro­wać. Czym się mogę za­jąć?

- Może de­se­rem mig­da­ło­wym? Ale nie mu­sisz ko­niecz­nie cze­goś ro­bić, wy­star­czy, że za­pa­rzysz nam kawy i do­trzy­masz mi to­wa­rzy­stwa. To cu­dow­nie, że spę­dzimy ra­zem święta, Caro. Cała na­sza czwórka nie mo­gła się do­cze­kać.

Ca­milla uśmie­cha się i kiedy prze­cho­dzi obok niej, ca­łuje ją prze­lot­nie w po­li­czek. W każ­dej ro­dzi­nie za­wsze jest jedna pro­mienna osoba, je­den sa­mot­nik, je­den pa­jac i jedna zdolna dziew­czynka i każdy zra­sta się z przy­dzie­loną mu rolą. "Wy­star­czy spoj­rzeć na nas" - my­śli Ca­ro­line. Ich matka za­wsze po­wta­rzała: "Ca­milla jest nie­sa­mo­wi­cie bez­po­śred­nia, ma cu­dow­nie po­godne uspo­so­bie­nie. Za to Ca­ro­line na­uczyła się czy­tać w wieku czte­rech lat i za­wsze sie­dzi z no­sem w książce. Dam so­bie rękę uciąć, że wy­ro­śnie z niej kie­dyś ja­kaś pro­fe­sorka". Naj­nie­bez­piecz­niej­sze w tym wszyst­kim jest to, że ro­dziny naj­czę­ściej oka­zują się mieć ra­cję. Kiedy od wcze­snego wieku do znu­dze­nia po­wta­rza się dziecku, że jest ty­pem mola książ­ko­wego, który stroni od lu­dzi, pro­roc­two w końcu się speł­nia. Ro­dzina trzyma cię w po­trza­sku. Trudno zmie­nić wy­dany przez nią wy­rok, uzy­skać po­zwo­le­nie na sta­nie się kimś in­nym. Ca­milla koń­czy przy­go­to­wy­wać wie­przo­winę, po­sy­pu­jąc ją gru­bo­ziar­ni­stą solą i list­kami lau­ro­wymi, na­stęp­nie wsta­wia mięso do pie­kar­nika i na­tych­miast wraca do sie­ka­nia i kro­je­nia, mie­sza­nia w ron­dlach, wyj­mo­wa­nia z sza­fek ko­lej­nych mi­se­czek. Spra­wia, że ota­cza­jąca ją kuch­nia ożywa. "Ca­milla po­trafi zro­bić wszystko, jej ręce za­wsze są czymś za­jęte". Spo­sób, w jaki pa­nuje nad sy­tu­acją, bu­dzi głę­boki sza­cu­nek. Wszystko jest po­usta­wiane w lo­gicz­nym po­rządku, aku­rat w tym punk­cie są do sie­bie po­dobne.

- Było dużo eks­cy­ta­cji aż do sa­mych świąt z tymi te­stami, oce­nami i całą resztą, prawda? - pyta na­gle Ca­milla. - Ama­lie strasz­nie się de­ner­wo­wała! A jak po­szło Lu­ka­sowi?

- Oce­nami? Nie mam po­ję­cia. Do­stali ostat­nio ja­kieś oceny? Nic ta­kiego nie mó­wił.

- Aha? Może tu­taj od­bywa się to w inny spo­sób? Czyżby Lu­kas cho­dził do jed­nej z tych klas bez ocen?

- Klasy bez ocen...? Co to zna­czy? Nie, nie są­dzę.

Ca­ro­line marsz­czy brwi i prze­wija wstecz całą swoją pa­mięć w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji o Lu­ka­sie. Nie znaj­duje nic. Nic jej nie po­wie­dział, w każ­dym ra­zie Ca­ro­line nie przy­po­mina so­bie, żeby sły­szała albo wi­działa coś, co mia­łoby zwią­zek z oce­nami lub kla­sami bez ocen.

- W nie­któ­rych li­ce­ach two­rzą na próbę ta­kie klasy, w któ­rych uczniów się nie oce­nia. Nie wszy­scy mło­dzi lu­dzie wy­trzy­mują pre­sję i ry­wa­li­za­cję. W tym roz­wią­za­niu cho­dzi o to, żeby mieli od­wagę po­peł­niać błędy i za­da­wać głu­pie py­ta­nia, nie oba­wia­jąc się, że na­uczy­ciel źle ich oceni z tego po­wodu. Nie­któ­rzy uwa­żają, że dzięki temu dzieci le­piej i efek­tyw­niej się uczą. Ale skoro o tym nie roz­ma­wia­li­ście, to zna­czy, że Lu­kas cho­dzi ra­czej do zwy­kłej klasy. Pew­nie za­po­mniał po­ka­zać wam stop­nie, po­win­ni­ście się do­wie­dzieć w ciągu naj­bliż­szych dni.

- Tak są­dzę.

- Ama­lie bar­dzo się ucie­szyła ze swo­ich. Jej ciężka praca zo­stała na­gro­dzona. Nie można jej ode­rwać od ksią­żek, przy­po­mina cie­bie pod tym wzglę­dem.

- Ama­lie ma wro­dzony ta­lent, ale co do Lu­kasa nie by­ła­bym już taka pewna... Z pew­no­ścią jest by­stry, ale nie chce mu się pra­co­wać. Nie mówi nam zbyt wiele. Przez więk­szość czasu sie­dzi w swoim po­koju i gra na Play­Sta­tion. Pra­wie go nie wi­du­jemy. Nie wiem, czym się zaj­muje poza szkołą, i wścieka się na mnie, gdy go o to py­tam. Wy­gląda, jakby był cią­gle zmę­czony. Cza­sami rano nie mogę go do­bu­dzić. We­dług cie­bie to nor­malne? Ama­lie i Vic­tor też tak mają?

Ca­milla od­kłada nóż i na­lewa każ­dej z nich wię­cej kawy.

- Pró­bo­wa­łaś z nim szcze­rze po­roz­ma­wiać? Za­brać go gdzieś, spę­dzić wspól­nie czas na czymś, co lubi? O ile pa­mię­tam, wcze­śniej zda­rzało się wam ra­zem wy­cho­dzić.

- Tak, ale od tam­tej pory upły­nęło dużo czasu.

- Może da się do tego wró­cić? Prze­by­wa­nie ze star­szymi dziećmi spra­wia na­prawdę wielką frajdę! Oka­zuje się, że wie­dzą mnó­stwo rze­czy i mają wła­sne zda­nie do­słow­nie na każdy te­mat. Nie mo­żemy jed­nak pod­cho­dzić do nich tak, jak­by­śmy chcieli je da­lej wy­cho­wy­wać, trzeba je po pro­stu za­ak­cep­to­wać ta­kimi, ja­kimi są.

W ustach Ca­milli za­wsze wszystko brzmi nie­zwy­kle pro­sto. Ca­ro­line przy­gląda się sio­strze. Oby­dwie odzie­dzi­czyły po matce bu­dowę ciała, dło­nie. "Nie je­ste­śmy grube" - po­cie­szały się, kiedy były na­sto­lat­kami. "Mamy po pro­stu so­lidne ko­ści". Ca­ro­line jest star­sza o dwa lata i wyż­sza o dzie­sięć cen­ty­me­trów od Ca­milli, ale szcze­rze ją po­dzi­wia. Nie za­wsze tak było. Zu­peł­nie jakby wraz z wie­kiem umie­jęt­no­ści młod­szej sio­stry zy­skały w jej oczach więk­szą war­tość. Za­rad­ność, po­godne uspo­so­bie­nie, spo­sób by­cia, dzięki któ­remu wszy­scy do niej lgną. Świetne wy­czu­cie naj­róż­niej­szych drob­nych spraw. Kon­takt, jaki ma z Ama­lie i Vic­to­rem, pro­stota i oczy­wi­stość ce­chu­jące ich re­la­cje. Po­dob­nie pod­cho­dzi też do Franka - z ser­decz­no­ścią i dużą dozą cier­pli­wo­ści. Wszystko w niej wy­daje się na­tu­ralne. W do­datku po­trafi przy­go­to­wać całą ko­la­cję wi­gi­lijną, nie zer­ka­jąc ani razu do książki ku­char­skiej. Za­wią­zuje far­tu­szek, dmuch­nię­ciem od­gar­nia grzywkę z czoła i za­biera się do pracy. Jej zręczne dło­nie i zde­cy­do­wane ru­chy przy­po­mi­nają ich wła­sną matkę w kuchni. Ca­milla nie pró­buje za­cho­wy­wać się w ja­kiś okre­ślony spo­sób, ona po pro­stu taka jest.

Ka­are

Ca­milla i Frank nie są za­możni, ale, kur­czę, przy­jemni z nich lu­dzie. Oby­dwoje pra­cują w szkole, Ca­milla chyba uczy duń­skiego, a Frank ma­te­ma­tyki i ja­kie­goś przed­miotu zwią­za­nego z geo­gra­fią albo hi­sto­rią. Miesz­kają w sze­re­gowcu w Her­lev czte­ry­sta me­trów od szkoły, w któ­rej pra­cują. Mają starą to­yotę, któ­rej pra­wie nie uży­wają. Naj­chęt­niej wszę­dzie jeż­dżą ro­we­rami, w su­mie to dość za­bawne, tro­chę jakby czas się u nich za­trzy­mał. Urzą­dzili swój dom w spo­sób, który woła o po­mstę do nieba, me­blami wy­glą­da­ją­cymi jak z aka­de­mika. Ca­milli i Fran­kowi wy­star­cza, że stół ma cztery nogi, a reszta nie ma zna­cze­nia. Nie ob­cho­dzą ich naj­now­sze trendy, nie do­strze­gają pa­nu­ją­cej od ja­kichś dwu­dzie­stu lat mody na urzą­dza­nie wnętrz w stylu mi­ni­ma­li­stycz­nym, ma­lo­wa­nie ścian i pod­łóg na biało. Unik­nęli za to skut­ków kry­zysu go­spo­dar­czego i wszystko w ich ży­ciu wy­gląda do­kład­nie tak jak wcze­śniej. Tych dwoje za­trud­nio­nych na eta­tach w bu­dże­tówce nie miało oczy­wi­ście żad­nych nad­wy­żek fi­nan­so­wych do in­we­sto­wa­nia. Ich dom jest pe­łen brzyd­kich rze­czy - na­le­żą­cych do Franka pla­ka­tów z mo­ty­lami i wy­pcha­nych pta­ków albo wie­sza­nych przez Ca­millę zdjęć dzieci w ram­kach z Ikei, pó­łek z rzę­dami za­ku­rzo­nych ksią­żek. Ka­are czę­sto pro­po­no­wał, żeby znana mu ekipa pol­skich fa­chow­ców wy­re­mon­to­wała im całą cha­łupę, ale oni wo­leli za­jąć się tym sami. "Zro­bimy to po ka­wałku, tak bę­dzie naj­le­piej" - stwier­dził Frank. "Nie ma żad­nego po­śpie­chu". Nie dzieje się jed­nak nic, oby­dwoje za­cho­wują tro­chę dziw­nie w tej kwe­stii. A mógłby to być cał­kiem ładny do­mek, gdyby go tro­chę od­pi­co­wać z ze­wnątrz i w środku. Dla Ka­arego po­zo­staje za­gadką, że dwie sio­stry mogą się aż tak róż­nić. Gdy były młod­sze, nie wi­dy­wały się zbyt czę­sto. Ca­ro­line miaż­dżyła prze­ciw­ni­ków w Są­dzie Re­jo­no­wym w Ko­pen­ha­dze i wy­gła­szała wy­kłady przy peł­nej pu­blicz­no­ści, pod­czas gdy Ca­milla nie ru­szała się z Her­lev, za­jęta spra­wami do­mo­wymi i wy­cho­wy­wa­niem dwójki ma­łych dzieci. Zmie­niło się to w ciągu ostat­nich pię­ciu, może sze­ściu lat. Ca­ro­line co­raz czę­ściej wi­duje się z sio­strą, Ka­are wła­ści­wie też lubi się spo­ty­kać ich ro­dziną. Frank to miły fa­cet, trzeba tylko przy­wyk­nąć do jego po­wol­no­ści i dro­bia­zgo­wego po­dej­ścia do wszyst­kiego. Mają dwoje by­strych dzieci, i to bar­dzo, ni­gdy nie spra­wiają kło­po­tów i wy­wie­rają do­bry wpływ na Lu­kasa. Oży­wia się w wi­doczny spo­sób na wi­dok ku­zynki i ku­zyna, wszy­scy troje są mniej wię­cej ró­wie­śni­kami. Przy­jem­nie jest na nich po­pa­trzeć. Pod­czas wi­gi­lij­nej ko­la­cji Ca­ro­line też try­ska hu­mo­rem.

- Za­czę­łam cho­dzić do Zwie­rzyńca na dłu­gie spa­cery - opo­wiada. - Po­my­śleć tylko, że miesz­kamy tu­taj przez te wszyst­kie lata, a ja do­piero te­raz od­kry­łam, ja­kie to nie­zwy­kłe miej­sce. Frank, ty pew­nie wiesz na ten te­mat wszystko? Wy­obra­żam so­bie, że każdy na­uczy­ciel bio­lo­gii ma­rzy o za­bra­niu tam swo­ich uczniów.

- Ow­szem, cho­dzę się tam cza­sem z naj­młod­szymi kla­sami, żeby po­pa­trzeć na je­le­nie. Zwie­rzy­niec jest je­dyny w swoim ro­dzaju. Ale gdy­bym miał wy­brać, wo­lał­bym pójść do praw­dzi­wego lasu.

- Praw­dzi­wego lasu? - dziwi się Ka­are.

- Cały re­zer­wat jest pod kon­trolą łow­czych i le­śni­czych do­glą­da­ją­cych po­pu­la­cji zwie­rząt. Zimą je­le­nie karmi się sia­nem i bu­ra­kami cu­kro­wymi, nie ma w tym nic dzi­kiego. Za piękno, któ­rego do­świad­czamy w Zwie­rzyńcu, od­po­wiada cały sztab lu­dzi. Jest to śro­do­wi­sko ukształ­to­wane i za­pla­no­wane przez czło­wieka, a nie coś, co ist­nieje samo z sie­bie. Z dru­giej strony je­le­nie nie mają o tym po­ję­cia, więc czy to ważne? Prze­żu­wają w spo­koju przy­no­szone im siano i żyją jak pączki w ma­śle, do­póki le­śni­czy bę­dzie pa­mię­tał, żeby je na­kar­mić.

Ka­are i dzieci wy­bu­chają śmie­chem. Frank ma zdzi­wioną minę, uśmie­cha się i po­pra­wia oku­lary w sta­lo­wej oprawce, wdzięczny wszyst­kim za za­in­te­re­so­wa­nie.

- Na­wet je­śli ukształ­to­wał je czło­wiek, wciąż jest to dla mnie naj­pięk­niej­sze miej­sce na świe­cie. - Ca­ro­line uśmie­cha się do Franka. - Wy­pijmy za Zwie­rzy­niec! Ży­czę wam we­so­łych świąt. Tak się cie­szę, że je­ste­ście tu z nami.

- Wza­jem­nie! Jak do­brze, że cho­dzisz na te spa­cery. W ta­kim ra­zie może da­cie się sku­sić na wy­jazd z nami do Szwe­cji w naj­bliż­sze wa­ka­cje?

- O tak! Chcemy, żeby Luke z nami po­je­chał!

Roz­ra­do­wani Vic­tor i Ama­lie po­kle­pują Lu­kasa po ra­mie­niu, a on od­po­wiada uśmie­chem i coś do nich mru­czy w od­po­wie­dzi. Ca­ro­line kiwa głową i pa­trzy na Ka­arego.

- Co o tym są­dzisz? Może by nam się spodo­bało? - pyta z unie­sio­nymi brwiami, jakby ko­niecz­nie mu­sieli pod­jąć tę de­cy­zję tu i te­raz.

- Nie­wy­klu­czone - od­po­wiada Ka­are wy­raź­nym gło­sem. Myśl o tym, że oni - ro­dzina Kri­stian­se­nów - mie­liby się wy­brać na dwu­ty­go­dniową wy­cieczkę w góry, wę­dro­wać z ple­ca­kami i spać w przy­pad­ko­wych pry­mi­tyw­nych miej­scach noc­le­go­wych, jest trudna do wy­obra­że­nia. To nie może się udać. Z dru­giej strony... W to­wa­rzy­stwie Ca­milli i Franka wszystko w dziwny spo­sób wy­daje się prost­sze. Pro­blem w tym, że gdyby Ka­are miał spę­dzić z ro­dziną czter­na­ście dni w ja­kiejś do­li­nie po­lo­dow­co­wej, na pewno za­tę­sk­niłby za Je­anne. Po­lu­bił ją, i to bar­dziej, niż chciałby przy­znać.

- Jak wspo­mi­na­łem, re­ali­zuję te­raz duży pro­jekt bu­dow­lany w Klam­pen­borgu. Z tego po­wodu nie mogę tak po pro­stu wy­je­chać na dłuż­szy czas, ale do lata dom po­wi­nien stać go­towy. Wtedy zo­ba­czymy, jak to bę­dzie. Wa­ka­cje w szwedz­kich gó­rach, ha, ha, cze­goś ta­kiego się nie spo­dzie­wa­łem. Ale ni­czego nie wy­klu­czam, ab­so­lut­nie.

Line

Za­nim wszystko stra­ciła, wy­da­wało jej się, że mo­głaby bez tego żyć i czuć się szczę­śliwa. Dzieci po­zo­sta­łyby dla niej nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem ra­do­ści, po­dob­nie jak upie­cze­nie zło­ci­stego chleba, zro­bie­nie do­brej zupy mi­ne­strone czy po­ranna ką­piel w mo­rzu. Mak­sy­malne wy­ko­rzy­sty­wa­nie po­sia­da­nych za­so­bów daje dużą sa­tys­fak­cję. Naj­więk­sze ra­do­ści nic nie kosz­tują, do­bro­byt i szczę­ście tkwią w nas sa­mych. O tym pi­sze w swo­ich książ­kach, tak po­winno być i wy­da­wało jej się, że tak jest. Do­piero gdy wy­lą­do­wali z Jo­ha­nem w miesz­ka­niu, które mu­siał jej ku­pić teść, zro­zu­miała, że okła­my­wała samą sie­bie. Nie ma nic atrak­cyj­nego w pie­cze­niu chleba i ugo­to­wa­niu zupy, którą mo­żesz wy­kar­mić wszyst­kich do­mow­ni­ków, je­śli ro­bisz to z braku in­nego wyj­ścia. To moż­li­wość wy­boru przy­daje pro­sto­cie i wy­rze­cze­niu aury atrak­cyj­no­ści. Gdy Jo­han uparł się, że chce pójść do eli­tar­nego li­ceum w Sor?, a Line trudno było za­pła­cić cze­sne, znów mu­siała zwró­cić się do te­ścia z prośbą o po­moc. Do­świad­czyła sy­tu­acji, w któ­rych trzy­mała w ręce plik nie­za­pła­co­nych ra­chun­ków i nie miała po­ję­cia, skąd wziąć na to pie­nią­dze. Te­raz, gdy znów ktoś ją roz­piesz­cza, uświa­da­mia so­bie, jak bar­dzo bra­ko­wało jej luk­susu. Tego, że ktoś za­pra­sza cię do re­stau­ra­cji, ku­puje kwiaty, pre­zenty, za po­mocą róż­nych dro­bia­zgów oka­zuje ci za­in­te­re­so­wa­nie. U boku Pe­tera jest jej aż za do­brze. Na lot­ni­sku, w dro­dze do Nor­we­gii, cią­gnie ją do sklepu Lo­uisa Vu­it­tona, bo chce jej spre­zen­to­wać to­rebkę. Line przy­gląda się wielu mo­de­lom, ale cały czas wraca do pięk­nego czar­nego z no­wej ko­lek­cji.

- Pa­suje ci - stwier­dza Pe­ter, gdy lśniąca no­wo­ścią to­rebka za­wisa na jej nad­garstku.

Jej stara to­rebka od Mul­berry lą­duje w re­kla­mówce, Line ma w zwy­czaju od razu uży­wać wszyst­kich nowo za­ku­pio­nych rze­czy.

- Na­prawdę nie wiem, co po­wie­dzieć, bar­dzo ci dzię­kuję - zwraca się do niego po wyj­ściu ze sklepu. - Nie mu­sia­łeś tego ro­bić. Czy to aby do­bry po­mysł? Za nic nie chcia­ła­bym, że­byś za­sta­wiał dom z mo­jego po­wodu, zwłasz­cza że cał­kiem nie­dawno do­sta­łam od cie­bie piękny pre­zent gwiazd­kowy. Nie po­wi­nie­neś mi da­wać tak dro­gich rze­czy, to na­prawdę zbyt wiele.

Mówi to chyba zbyt po­ucza­ją­cym to­nem, bo na­tych­miast wy­czuwa zmianę na­stroju. Za­trzy­muje się i uśmie­cha, chce go po­ca­ło­wać, ale Pe­ter idzie da­lej. Musi go chwy­cić za ra­mię i za­py­tać, o co cho­dzi, czy po­wie­działa coś nie tak.

- Daję ci pre­zenty, które chcę ci dać. Wię­cej nie mam do po­wie­dze­nia.

Wy­daje się zgorzk­niały i obcy. Line czuje się mała i głu­pia, gdy drep­cze za nim do bramki.

- Prze­pra­szam, Pe­ter. Źle się wy­ra­zi­łam. Po pro­stu cho­dziło mi o to, że się cie­szę, i to bar­dzo. To­rebka jest prze­piękna. Dzię­kuję.

Kiedy idą, zerka na jego pro­fil i ma na­dzieję, że od­wza­jemni jej przy­ja­zne spoj­rze­nie. To ich pierw­szy wspólny wy­jazd. Line musi zaj­rzeć do to­a­lety, żeby wy­trzeć oczy. Bie­rze kilka pa­pie­ro­wych ręcz­ni­ków i wkłada je do no­wej to­rebki. Na wszelki wy­pa­dek.

***

Ko­chają się we wszyst­kich trzech sy­pial­niach i przed ko­min­kiem. Line przy­go­to­wuje dla nich wy­szu­kane po­siłki, cho­dzą na dłu­gie wy­cieczki w weł­nia­nych czap­kach i cięż­kich bu­tach. Pieką jabłka w ko­minku i piją czer­wone wino. Po go­rą­cej ką­pieli wy­bie­gają na dwór i ta­rzają się w śniegu. Są Ada­mem i Ewą w nor­we­skich gó­rach. Afera z to­rebką ode­szła w za­po­mnie­nie. Za­czy­nają od po­czątku, to, co ich łą­czy, jest nowe i obie­cu­jące, nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Ter­mo­metr po­ka­zuje mi­nus dwa­dzie­ścia stopni na dwo­rze, ale w drew­nia­nej chatce tem­pe­ra­tura jest bli­ska wrze­nia. Snują wspólne plany. Wio­sną Pe­ter po­każe Line swoje miesz­ka­nie w Rzy­mie, chce ją też za­brać do Um­brii. Zna kilka do­brych miejsc, w któ­rych mo­gliby za­miesz­kać, a w pew­nej ma­łej re­stau­ra­cji w Al­bie po­dają ma­ka­ron z bia­łymi tru­flami, któ­rego ab­so­lut­nie po­winna spró­bo­wać.

- Nie ma lep­szego. Tak jak cie­bie. Nie ma lep­szej cie­bie, Line. Je­stem ci nie­zwy­kle wdzięczny za to, że się tu ze mną wy­bra­łaś. Nie masz po­ję­cia, jak się cie­szę, że cię po­zna­łem.

Głos mu chryp­nie w spo­sób, który bar­dzo na nią działa. Ca­łuje go, a on przy­nosi nową bu­telkę wina, Line już nie pa­mięta, czy to druga czy trze­cia. Dzień był długi, a oni są na wa­ka­cjach, więc mogą so­bie po­zwo­lić na odro­binę sza­leń­stwa.

- Po­win­ni­śmy wznieść to­ast za nas oboje - mówi Pe­ter. - I za Eli­te­da­ters. To nie­sa­mo­wite, że nie­winna wy­miana zdań na por­talu rand­ko­wym może przy­nieść tyle do­brego. Kur­czę, na­prawdę my­ślę, że cię ko­cham, Line Hvidt.

Ask

Za szkla­nymi ścia­nami, w piw­nicy pod wy­so­kimi po­miesz­cze­niami, w któ­rych znaj­dują się biura firmy McKin­sey & Com­pany, urzą­dzono si­łow­nię. Kie­row­nic­two uznało, że kon­sul­tanci nie są nie­znisz­czalni. Je­śli mają wy­trzy­mać sześć­dzie­się­cio-, a na­wet sześć­dzie­się­cio­pię­cio­go­dzinny ty­dzień pracy, mu­szą być w do­brej for­mie. Trzeba im za­pew­nić miej­sce na sport i sen, może na­wet na ro­dzinę, w końcu do­radcy od McKin­seya także są ludźmi. Tę wy­soko wy­spe­cja­li­zo­waną firmę kon­sul­tin­gową na­zywa się wy­lę­gar­nią wła­dzy, ofe­ru­jącą eli­tom biz­ne­so­wym usługi naj­by­strzej­szych umy­słów w ca­łym kraju, go­to­wych za­pew­nić ich or­ga­ni­za­cjom miej­sce w ści­słej czo­łówce. Wła­śnie stąd re­kru­tują się od­działy do za­dań spe­cjal­nych, gdy wzy­wają po­siłki rządy, ro­dziny kró­lew­skie, Mi­ni­ster­stwo Fi­nan­sów, Wa­ty­kan, Biały Dom, przed­się­bior­stwa ta­kie jak M?rsk czy Lego. Eks­perci z firmy McKin­sey & Com­pany spe­cja­li­zują się w zmia­nach, ale dla tych wy­brań­ców losu, któ­rym udało się do­stać tu pracę, co­dzien­ność pra­wie się nie zmie­niła od nie­mal stu lat. Do tego se­kret­nego kręgu wstęp mają tylko nie­liczni. Ocze­kuje się od nich, że każ­dego dnia wzniosą się po­nad szczyty swo­ich moż­li­wo­ści. Są ni­czym ko­man­dosi świata biz­nesu wy­tre­no­wani w struk­tu­rach, fi­nan­sach i tech­no­lo­giach. Sta­no­wią część glo­bal­nej sieci, która żąda cał­ko­wi­tej dys­kre­cji i cał­ko­wi­tego po­świę­ce­nia się wszyst­kiemu, czym się zaj­mują. Pod­czas prze­rwy na lunch nie gra się tu­taj w te­nisa sto­ło­wego i nie siada w mięk­kich fo­te­lach z no­gami na stole. Nikt się nie bawi mac­bo­okiem, słu­chaw­kami ani ma­szyną do po­pcornu. McKin­sey & Com­pany to fa­bryka dy­rek­to­rów, a nie klub mło­dzie­żowy. Do pracy nie przy­cho­dzi się w ja­skra­wej ko­szuli i w ko­lo­ro­wych skar­pet­kach. Praw­dziwi pro­fe­sjo­na­li­ści cho­dzą neu­tral­nie ubrani w jed­no­ko­lo­rowe ko­szule i ciemne gar­ni­tury ema­nu­jące tym sa­mym chłod­nym au­to­ry­te­tem co śnież­no­białe far­tu­chy le­kar­skie. W tym miej­scu za­wsze no­sisz przy so­bie pasz­port i czarną kartę Ma­ster­Card, bo ni­gdy nie wiesz, kiedy cię we­zwą do No­wego Jorku, Sin­ga­puru, Du­baju czy Rey­kja­viku, aby za­że­gnać ja­kiś na­gły kry­zys. Mu­sisz być przy­go­to­wany.

***

Ask uważa tre­ning za zwy­kłe ćwi­cze­nia roz­cią­ga­jące po dłu­gim dniu w biu­rze. Kiedy przy­cho­dzi do pracy, czę­sto nad­kłada drogi, żeby spraw­dzić, kto wła­śnie ćwi­czy na si­łowni. Przy­gląda się ko­le­gom i ko­le­żan­kom - wy­so­kim męż­czy­znom i smu­kłym ko­bie­tom - jak ci naj­drożsi i naj­po­tęż­niejsi kon­sul­tanci od za­rzą­dza­nia przed­się­bior­stwami sta­czają walkę ze swo­imi cia­łami na bież­niach, leżą na ma­tach do jogi w róż­nych nie­moż­li­wych po­zy­cjach słu­żą­cych po­sze­rze­niu świa­do­mo­ści albo przy­ku­cają i pod­no­szą cię­żary przed oświe­tlo­nymi ścia­nami lu­ster. Gdy wi­dzi swo­ich współ­pra­cow­ni­ków w ak­cji, czuje ukłu­cie tę­sk­noty za tym, żeby do­łą­czyć do to­czą­cej się tam walki. Tre­ning jest dla niego mar­chewką, którą ser­wuje so­bie na ko­niec dnia, co­dzienną na­grodą, na którą się cie­szy, gdy wstaje rano z łóżka. W po­miesz­cze­niu si­łowni jest pro­duk­tywny i uży­teczny, udaje mu się coś zbu­do­wać. To tu­taj czuje, że żyje - za­uważa w du­chu, ale wie, że nie po­wi­nien za bar­dzo się z tym ob­no­sić, ani w domu, ani w pracy. Od dwóch, trzech lat przy­cho­dzi tu co­raz czę­ściej. To­bias i Tara już pod­ro­śli, a Cille i tak sie­dzi przez cały dzień w domu. On na­to­miast po­trze­buje ru­chu. Tre­ning daje mu coś w ro­dzaju uzdro­wie­nia. Si­łow­nia to cen­trum mocy, skąd Ask czer­pie ochotę do ży­cia. Scho­dzi tu­taj każ­dego dnia po pracy, nie­kiedy zda­rza mu się na­wet za­fun­do­wać so­bie małą se­sję z sa­mego rana, tuż po przyj­ściu, jako ro­dzaj pre­lu­dium do sze­rzej za­kro­jo­nego pro­gramu ćwi­czeń w go­dzi­nach wie­czor­nych. Raz na ja­kiś czas przy­jeż­dża na si­łow­nię także w week­endy, ale wtedy musi się przy­go­to­wać na kilka dni za­cie­kłego mil­cze­nia ze strony Cille, co jest sto­sun­kowo wy­soką ceną za pół­to­rej go­dziny tre­ningu. Wy­si­łek fi­zyczny do­star­cza mu ener­gii, dzięki niemu czuje się sil­niej­szy i przez ja­kiś czas ma wra­że­nie, że w jego ży­ciu wszystko gra. Daje z sie­bie wszystko, co­dzien­nie sta­wia so­bie po­przeczkę ciut wy­żej i po­tem może wró­cić do domu w lep­szym na­stroju. Na sam ko­niec za­wsze robi de­skę. Spo­cony i po­bu­dzony po tre­ningu leży przo­dem, opie­ra­jąc się na przed­ra­mio­nach i pal­cach stóp. Na­pina mię­śnie brzu­cha i unosi ciało nad pod­łogą, sztywne ni­czym de­ska od karku do ko­stek. Ćwi­cze­nie wy­gląda na ła­twe, kiedy ro­bią je inni, ale oka­zuje się za­ska­ku­jąco trudne, gdy chce się utrzy­mać w tej po­zy­cji przez dłuż­szy czas. Jest to praw­dziwe ćwi­cze­nie dla pra­cow­ni­ków McKin­seya - stwa­rza wi­doczną zmianę i za­ła­twia wszystko za jed­nym za­ma­chem: pła­ski brzuch, sze­ścio­pak, pra­wi­dłową po­stawę, wy­trzy­ma­łość, wi­doczne re­zul­taty. Bły­ska­wiczny suk­ces. Ask lubi tę co­dzienną próbę sił, to, że prze­cho­dzi sa­mego sie­bie i z każ­dym dniem zwięk­sza prze­wagę nad ko­le­gami. Po kilku mie­sią­cach tre­ningu jest w sta­nie utrzy­mać się w po­zy­cji de­ski przez osiem mi­nut. Przez osiem mi­nut dzien­nie leży roz­cią­gnięty mię­dzy cia­łem i umy­słem, fi­zycz­no­ścią i wolą. Przez osiem mi­nut dzien­nie Ask Beck­mann staje się ostrą prze­kątną w prze­strzeni, ży­wym po­mni­kiem wy­trzy­ma­ło­ści i mocy, po­mo­stem łą­czą­cym pracę i dom, ciało i psy­chikę. Przez osiem mi­nut dzien­nie jest bar­dziej męż­czy­zną niż kim­kol­wiek in­nym. To wła­śnie on, ten męż­czy­zna w piw­nicy, nie­po­dziel­nie de­cy­duje o tym, jak długo bę­dzie tak le­żał, tylko on roz­strzyga, kiedy walka jest wy­grana, kiedy może opaść zwy­cię­sko na pod­łogę. Po­tem po­kle­puje się po ra­mie­niu, bie­rze prysz­nic, prze­biera się w dżinsy i ko­szulkę i je­dzie do domu, czu­jąc się silny i zin­te­gro­wany, przy­naj­mniej przez ja­kiś czas. Kiedy leży w po­zy­cji de­ski, nie my­śli o ni­czym in­nym niż: "Wy­trzy­maj, jesz­cze tro­chę, wiem, że mo­żesz". Po kilku mi­nu­tach mię­śnie za­czy­nają lekko drgać i po­woli się za­kwa­szać, ale on się nie pod­daje, opa­no­wuje sy­tu­ację i wy­trzy­muje do końca. Czuje, jak jego ciało i umysł ra­zem pra­cują nad tym za­da­niem. Wła­śnie tak się to za­częło. Po prze­pro­wadzce do no­wego domu pro­blemy tak ich przy­tło­czyły, a ich fi­nanse były do tego stop­nia nie­pewne, że Ask za­czął cier­pieć na bez­sen­ność. Tre­ning i sku­pie­nie się na co­raz więk­szych osią­gnię­ciach, zmę­cze­nie fi­zyczne po­ma­gały mu za­snąć. Kiedy leży w po­zy­cji de­ski, cała jego eg­zy­sten­cja kręci się wo­kół tego, żeby wy­trzy­mać jesz­cze mi­nutę, jesz­cze dzie­sięć se­kund, jesz­cze dwie. Obec­nie po­bił re­kord w ca­łym biu­rze, cho­ciaż jego ko­le­dzy to szcze­niaki przed trzy­dziestką o mło­dych cia­łach bu­cha­ją­cych te­sto­ste­ro­nem. Ni­gdy nie zda­rzyło im się spę­dzić bez­sen­nych nocy z po­wodu ja­kie­goś pro­blemu. Są mło­dzi i głu­pio od­ważni, zre­kru­to­wani za­raz po ukoń­cze­niu stu­diów albo po dok­to­ra­cie ze szkół biz­ne­so­wych i uni­wer­sy­te­tów na ca­łym świe­cie. Ale ża­den z nich, po pro­stu ża­den, nie po­trafi wy­trzy­mać w po­zy­cji de­ski tak długo jak on. Jako je­dyny w fir­mie wy­trzy­muje dłu­żej niż osiem mi­nut. Osią­gnął re­kord, co­dzien­nie do­da­jąc jedną se­kundę. Tylko jedną, dzień po dniu. Ask żyje we­dług za­sad pa­nu­ją­cych w fir­mie: każ­dego dnia wznosi się po­nad szczyty swo­ich moż­li­wo­ści. Co­dzien­nie wy­trzy­muje w po­zy­cji de­ski o se­kundę dłu­żej i kiedy wraca sa­mo­cho­dem do domu, czuje, że coś osią­gnął. Jest o se­kundę sil­niej­szy i bar­dziej wy­trzy­mały niż dzień wcze­śniej. Ma w so­bie mnó­stwo siły, mnó­stwo męż­czy­zny, wciąż jesz­cze po­trafi.

Ca­ro­line

Trudno jest być ro­dziną, jak to osią­gnąć? Ca­ro­line za­daje so­bie to py­ta­nie od wielu lat. Tyle wy­obra­żeń, na­dziei na to, jak po­winno wy­glą­dać wspólne ży­cie. Ob­ser­wuje się, co ro­bią inni, czyta się o ich re­la­cjach, ak­tyw­nych i peł­nych czu­ło­ści. Wspólne przy­go­to­wy­wa­nie po­sił­ków, wspólna praca, wspólne wa­ka­cje pełne przy­gód, wie­czory dys­ku­syjne, całe nie­dziele spę­dzane na grach plan­szo­wych albo zbie­ra­niu grzy­bów spra­wiają wra­że­nie cze­goś oczy­wi­stego. Ale gdy Ca­ro­line wraca do domu, do wła­snej ro­dziny, i pod­czas wspól­nej ko­la­cji rzuca pro­po­zy­cję, z miej­sca wy­daje jej się ona czymś nie­tra­fio­nym. Na­biera dużo po­wie­trza w płuca, po czym wy­ja­śnia Ka­aremu i Lu­ka­sowi, że raz w ty­go­dniu po­winni się spo­ty­kać na ro­dzin­nej na­ra­dzie.

- To bar­dzo ważna sprawa - do­daje z lek­kim ski­nie­niem głowy i pa­trzy na twa­rze obec­nych.

- Ale dla­czego? - wcho­dzą so­bie w słowo oby­dwaj głupi męż­czyźni.

- No jak to? Bę­dziemy mo­gli po­roz­ma­wiać o tym, co się u nas dzieje, jak się czu­jemy, i tak da­lej - wy­ja­śnia.

Z każ­dym jej sło­wem Ka­are i Lu­kas jakby co­raz bar­dziej za­pa­dają się w so­bie. Ca­ro­line sama sły­szy, że ten sce­na­riusz jest nie­moż­liwy do zre­ali­zo­wa­nia.

- Czy to aby ko­nieczne? - pyta Ka­are. - Spo­ty­kamy się przy ko­la­cji trzy razy w ty­go­dniu, chyba po­winno nam to wy­star­czyć?

Po­syła im swój uśmiech sprze­dawcy i wraca do je­dze­nia, a Lu­kas kiwa głową w mil­cze­niu. Ca­ro­line nie wie, jak ich prze­ko­nać. Na­gle sama prze­staje ro­zu­mieć swój po­mysł, może rze­czy­wi­ście mają ra­cję.

- Ca­milla i Frank ro­bią u sie­bie ta­kie na­rady i u nich to działa - tłu­ma­czy. - Po pro­stu po­my­śla­łam, że ta­kie roz­wią­za­nie mo­głoby nam wyjść na do­bre.

Wcze­śniej pró­bo­wała na­mó­wić ich na wspólne wy­cieczki do mu­zeum ("O nie, tylko nie mu­zeum!" - wy­krzy­kują chó­rem mąż i syn), week­en­dowy wy­jazd do Ham­burga ("Kiedy by to miało być? Nie mogę wziąć wol­nego w nie­dzielę, prze­cież domy się same nie sprze­da­dzą, poza tym kto się zaj­mie Kin­giem?"). Ca­ro­line pro­po­no­wała też, żeby wszy­scy troje na­uczyli się grać w te­nisa ("Je­śli już, wo­la­ła­bym na jazdę konną" - stwier­dza Ka­are. "A ja co­dzien­nie jeż­dżę do szkoły na ro­we­rze i na­prawdę dużo się ru­szam" - do­daje Lu­kas). Pró­buje na wszel­kie spo­soby, lecz ro­dzina sta­wia opór. Jej przy­ja­ciółka Su­san ma troje dzieci i w każdy czwar­tek jeż­dżą ra­zem na bad­min­tona do hali spor­to­wej w Fa­rum. Raz do roku lecą na Lan­za­rote, gdzie wszy­scy pię­cioro upra­wiają wind­sur­fing od rana do wie­czora. Cza­sami cho­dzą też na krę­gle na kilka go­dzin w week­endy, a póź­niej je­dzą wspólny lunch. Za­wsze dzieje się u nich coś cie­ka­wego, czyli mąż i dzieci Su­san mają ochotę spę­dzać czas całą ro­dziną! Su­san twier­dzi, że naj­lep­szym wyj­ściem jest sport, trzeba tylko wy­my­ślić dys­cy­plinę, w któ­rej wszy­scy są do­brzy i którą na­prawdę lu­bią. Ca­ro­line nie jest w sta­nie wpaść na choćby jedną rzecz, która w rów­nym stop­niu przy­pa­dłaby do gu­stu im trojgu. Może poza je­dze­niem su­shi na wy­nos i oglą­da­niem fil­mów sen­sa­cyj­nych - tylko na tym zda­rza im się spę­dzić ra­zem czas, je­śli któ­reś z nich aku­rat nie ma in­nych pla­nów. Ca­milla i Frank ze swo­imi na­sto­let­nimi dziećmi sta­wiają na ak­tywny wy­po­czy­nek po­le­ga­jący na cho­dze­niu po dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów dzien­nie z cięż­kimi ple­ca­kami na ple­cach. Wy­jeż­dżają do Szwe­cji albo pół­noc­nej Nor­we­gii, w oko­lice kręgu po­lar­nego, gdzie wśród Sa­amów i re­ni­fe­rów wę­drują mar­szo­wym kro­kiem jak do­brze zgrana dru­żyna. Ca­ro­line po­dzi­wia sio­strę za cier­pli­wość oka­zy­waną dzie­ciom i mę­żowi. Może pro­blem tkwi w tym, że Lu­kas jest je­dy­na­kiem i przy jed­nym dziecku nie od­czuwa się tak wiel­kiej przy­na­leż­no­ści stad­nej? Zu­peł­nie jakby ni­gdy nie stali się praw­dziwą ro­dziną. Naj­wi­docz­niej nie dzieje się to au­to­ma­tycz­nie. Ro­dzina to po­łą­cze­nie prak­tyki i nie­zre­ali­zo­wa­nych tę­sk­not, plą­ta­nina wy­po­wie­dzia­nych i nie­wy­po­wie­dzia­nych żą­dań lub ocze­ki­wań. Nie można za­po­mi­nać o roz­cza­ro­wa­niu wy­wo­ła­nym tym, że na­sze ży­cie wy­gląda ina­czej niż u przy­ja­ciółki, sio­stry albo w ro­dzi­nie pary ksią­żę­cej z ich dwiema cór­kami i dwoma sy­nami za­wsze gu­stow­nie ubra­nymi, o dźwięcz­nych gło­sach i z ło­bu­zer­skim bły­skiem w oku. Ca­ro­line spo­tyka w swo­jej kan­ce­la­rii wiele nie­szczę­śli­wych ko­biet i nie­do­bra­nych par. Może dla­tego ucze­piła się kur­czowo Ca­milli i Franka, Su­san i Gerta, Mary i Fre­de­rika. Dzięki nim wciąż wie­rzy w to, że mał­żeń­stwo może się po­wieść. Re­pre­zen­to­wać trwałą war­tość. Że ist­nieją ro­dziny zwią­zane mi­ło­ścią, tra­dy­cjami, wspól­notą i nie wszystko musi się krę­cić wo­kół wła­snego in­te­resu. Że wciąż ist­nieje coś tak pro­stego i sta­ro­świec­kiego jak przy­zwo­itość. Ca­ro­line lubi przy­glą­dać się zdję­ciom Mary i Fre­de­rika, kiedy ra­zem uczest­ni­czą w uro­czy­stym otwie­ra­niu no­wych in­sty­tu­cji, cho­dzą na pre­miery albo prze­ka­zują na­grody i pie­nią­dze uta­len­to­wa­nej mło­dzieży. Po­wta­rza so­bie, że in­te­re­suje się nimi ze względu na swoje ba­da­nia na te­mat ro­dzin i wspól­not. In­te­re­suje ją ich we­wnętrzna spój­ność - które z nich prze­trwają i co o tym de­cy­duje. Ten te­mat ma po­ten­cjał, mo­głaby na jego pod­sta­wie stwo­rzyć świetne wy­kłady uzu­peł­nione zdję­ciami i przy­kła­dami z róż­no­rod­nej dzia­łal­no­ści pary ksią­żę­cej. Przy­cią­gnę­łoby to wielu słu­cha­czy. Spraw­dza stronę in­ter­ne­tową ro­dziny kró­lew­skiej, prze­gląda jej ka­len­darz, czyta wszystko, co może zna­leźć na ten te­mat, i ogląda wszyst­kie do­stępne pro­gramy te­le­wi­zyjne. Nie ma w tym żad­nego ukry­tego celu i nie cho­dzi jej o ża­ło­sne pod­glą­dac­two. Ca­ro­line in­te­re­suje się parą ksią­żęcą wy­łącz­nie z przy­czyn za­wo­do­wych, a do za­da­nia, ja­kim jest na­pi­sa­nie no­wej książki o ro­dzi­nach i spój­no­ści, pod­cho­dzi w spo­sób zdy­scy­pli­no­wany. Pla­nu­jąc swoją trze­cią pu­bli­ka­cję o ko­bie­tach i pie­nią­dzach, za­sta­na­wia się, czy nie po­słu­żyć się Mary jako przy­kła­dem. Księż­niczka zdą­żyła już na do­bre za­go­ścić w ser­cach Duń­czy­ków, swoją su­per­nor­mal­no­ścią prze­ko­nała do sie­bie cały na­ród. Z ab­so­lut­nym za­an­ga­żo­wa­niem wcho­dzi w rolę przy­szłej kró­lo­wej, cho­ciaż nie trak­tuje się jej w spo­sób na­leżny ta­kiej po­zy­cji. Kilka lat temu wpro­wa­dzono zmianę w umo­wie mał­żeń­skiej mię­dzy nią a Fre­de­ri­kiem. Miała nie wyjść na jaw, jest to jedna z rze­czy, któ­rej wo­le­li­by­śmy nie wie­dzieć o ro­dzi­nie kró­lew­skiej, ale stała się ta­jem­nicą pu­bliczną. Treść pierw­szej umowy sfor­mu­ło­wano pre­cy­zyj­niej, za­pew­nia­jąc Mary wię­cej praw. Nowa umowa jest pełna nie­ja­sno­ści, przez co z praw­nego punktu wi­dze­nia nie można wy­klu­czyć żad­nej moż­li­wo­ści. W pierw­szej umo­wie wy­raź­nie okre­ślono, co bę­dzie przy­słu­gi­wało Mary w ra­zie roz­wodu, mię­dzy in­nymi że na­leżne jej środki po­winny star­czyć na po­kry­cie kosz­tów "od­po­wied­niego miej­sca za­miesz­ka­nia". We­dług no­wej umowy sy­tu­acja księż­niczki bę­dzie za­leżna od tego, czy obie strony dojdą do po­ro­zu­mie­nia. W ra­zie roz­wodu na jej przy­szło­ści za­ważą wola by­łego mał­żonka, rządu i na­rodu, czyli umowa mał­żeń­ska do­dat­kowo wzmac­nia ist­nie­jącą mię­dzy nimi nie­rów­ność z ra­cji uro­dze­nia. Fre­de­rik i Mary nie są równi. We­wnętrzne po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści Ca­ro­line każe jej uwa­żać, że w tej spra­wie szalki na wa­dze Iu­sti­tii są nie­spra­wie­dli­wie ob­cią­żone. Mary i Fre­de­rik sta­no­wią dla Ca­ro­line przy­kład sil­nej ro­dziny i do­brego mał­żeń­stwa, ale także tego, czego ko­biety po­winny uni­kać, wy­cho­dząc za ko­goś o wyż­szym sta­tu­sie spo­łecz­nym. Ca­ro­line chcia­łaby za­gwa­ran­to­wać spra­wie­dli­wość i rów­ność wo­bec prawa wszyst­kim ko­bie­tom, rów­nież księż­niczce. Jest to kon­tro­wer­syjny te­mat, ale jej ostat­nia książka o sen­sow­nym part­ner­stwie też taka była i wzbu­dziła wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie. Dy­le­mat Mary i Fre­de­rika to je­den z ty­tu­łów, które bie­rze pod uwagę.

Cille

Gdy dzieci śpią, Cille przy­cho­dzi do sa­lonu i siada obok Aska. Mąż czyta coś na kom­pu­te­rze, ale na jej wi­dok za­myka lap­top.

- Nie my­ślisz cza­sem o tym, że całe na­sze ży­cie to wy­ścig szczu­rów? - zwraca się do niego. - Wsta­jemy jesz­cze przed wscho­dem słońca, bu­dzimy dzieci, ja ro­bię im ka­napki i je­śli je­steś w domu, od­wo­zisz je do szkoły i do przed­szkola. Po­tem je­dziesz do pracy, a kiedy wra­casz, znów jest ciemno. Tara i To­bias są zmę­czeni, my też, jemy ko­la­cję, ką­piemy dzieci, czy­tamy im na do­bra­noc, po­tem sie­dzimy każde przy swoim kom­pu­te­rze i na ko­niec kła­dziemy się spać. Ju­tro zro­bimy do­kład­nie to samo, po­dob­nie jak po­ju­trze. - Mi­mo­wol­nie za­czyna się śmiać. - Kiedy mó­wię o tym gło­śno, brzmi to jak ja­kiś ab­surd.

- Wszystko może tak za­brzmieć, je­śli taka jest na­sza in­ten­cja. Moim zda­niem cho­dzi o to, jak chcemy pa­trzeć na rze­czy­wi­stość, ja­kich słów uży­wamy. Sami wy­bra­li­śmy ży­cie, które opi­su­jesz. Po­sta­no­wi­li­śmy mieć dwoje dzieci, co wy­maga sta­łego planu dnia i róż­nych ru­tyn, a ja oczy­wi­ście mu­szę cho­dzić do pracy. To zwy­kła ko­lej rze­czy.

Ask wzdy­cha, drga mu lewe oko. Cille się nie pod­daje, prze­cież ma prawo wy­ra­zić swoje zda­nie.

- Ja nie kry­ty­kuję, tylko... ży­cie jest ta­kie dziwne, je­śli przyj­rzeć mu się z pew­nej od­le­gło­ści. Wy­da­jesz na świat dzieci, któ­rych pra­wie nie wi­du­jesz, bo je­steś za­jęty za­ra­bia­niem pie­nię­dzy, aby je utrzy­mać i nie do­pu­ścić do za­trzy­ma­nia się ca­łej ro­dzin­nej ma­szy­ne­rii. To jakby gryźć wła­sny ogon, prawda? A weź na przy­kład ro­dzinę An­drei Hejl­skov. Chcieli się wy­ła­mać z tego wy­ścigu i dla­tego osie­dlili się w le­sie. Po­sta­no­wili sami kształ­to­wać i wy­cho­wy­wać swoje dzieci. Wię­cej się wi­dy­wać. Byli zmę­czeni sta­niem w kor­kach na au­to­stra­dzie, każde w swoim sa­mo­cho­dzie, pod­czas gdy ich dzieci albo znaj­do­wały się pod opieką in­sty­tu­cji, albo sie­działy same w swo­ich po­ko­jach. Chcieli przy­wró­cić swo­jemu ży­ciu sens, znowu stać się ludźmi.

- Sorry, Cille, ale ten ich pro­jekt, o ile do­brze zro­zu­mia­łem, to tylko ko­lejny wy­ścig szczu­rów. Współ­cze­sna ro­dzina ga­nia po le­sie i udaje lu­dzi z epoki ka­mie­nia. Palą ogni­sko, pieką chleb na pa­tyku i ba­wią się w Do­mek na pre­rii, ale co zro­bią, gdy któ­reś z nich po­waż­nie za­cho­ruje albo dzieci się zbun­tują i będą chciały wró­cić do zwy­kłego ży­cia, do ko­le­gów, klu­bów spor­to­wych i se­riali te­le­wi­zyj­nych? Pod­jęli de­cy­zję brze­mienną w skutki, także w imie­niu dzieci.

- Łą­czą ich wspólne roz­mowy i czas spę­dzany ra­zem, czego bra­kuje nam wszyst­kim. A je­śli oni mają ra­cję? Je­śli są od­waż­niejsi od nas? To nam się wy­daje, że w ży­ciu cho­dzi o za­ro­bie­nie tro­chę wię­cej niż w po­przed­nim roku, ale nie za­sta­na­wiamy się nad tym, na co po­świę­camy cały swój czas.

- Do­brze, po­wiedz mi za­tem, ale szcze­rze: chcia­ła­byś po­świę­cić cały swój czas na zbie­ra­nie ja­gód i po­lo­wa­nia? Chcia­ła­byś miesz­kać w ma­łej drew­nia­nej chatce zbu­do­wa­nej wła­snymi rę­kami, prać ubra­nia w rzece i sama uczyć swoje dzieci? Masz ochotę być sa­mo­wy­star­czalna, upra­wia­jąc wła­sne wa­rzywa i po­zy­sku­jąc sok z brzozy? Na­prawdę pra­gniesz cze­goś ta­kiego? Daj spo­kój, Cille. Kiedy mia­łaś pracę, coś ta­kiego nie przy­cho­dziło ci do głowy. Ma­rzysz o tym tylko dla­tego, że masz za dużo czasu.

Cille za­ci­ska mocno zęby, pró­buje po­wstrzy­mać płacz.

- Wi­dać jak na dłoni, że ty i ja nie umiemy już ze sobą roz­ma­wiać. Każda wy­miana po­glą­dów koń­czy się pre­ten­sjami pod moim ad­re­sem, że nie mam pracy.

- Nie mam pre­ten­sji. Pró­buję tylko uka­zać ci tę twoją bo­ha­terkę ze szwedz­kiego lasu w nieco in­nej per­spek­ty­wie i za­sta­no­wić się nad za­sad­no­ścią jej de­cy­zji, po­dej­mo­wa­nych także w imie­niu jej dzieci. Uwa­żam, że do­brze by ci zro­biło, gdy­byś czę­ściej wy­cho­dziła z domu.

- Co w ta­kim ra­zie chciał­byś, że­bym zro­biła?! Mam zwa­rio­wać na punk­cie fit­nessu, kan­dy­do­wać do rady ro­dzi­ców w szkole To­biasa albo zo­stać tre­nerką po­moc­ni­czą w jego dru­ży­nie piłki ręcz­nej? A może za­cząć od­wie­dzać star­sze i sa­motne osoby z ra­mie­nia Czer­wo­nego Krzyża? Co mam wy­my­ślić? Wiem, mo­gła­bym za­cząć pi­sać bloga o na­szym ży­ciu in­tym­nym! Cho­ciaż le­piej nie, bo ta hi­sto­ria bę­dzie bar­dzo krótka. Mo­żesz mi po­wie­dzieć, Ask, ja­kie masz ocze­ki­wa­nia wzglę­dem mnie, co we­dług cie­bie po­win­nam zro­bić? Chcę to usły­szeć.

On wstaje i wy­cho­dzi, nie pa­trząc na nią. Nie trza­ska drzwiami wej­ścio­wymi, tylko ci­cho je za­myka. Kiedy ona wresz­cie na­uczy się trzy­mać gębę na kłódkę?

Ask

"Im­po­ten­cja (dys­funk­cja wzwodu) to nie­moż­ność osią­gnię­cia lub pod­trzy­ma­nia erek­cji umoż­li­wia­ją­cej od­by­cie za­do­wa­la­ją­cego sto­sunku sek­su­al­nego" - na­pi­sano na stro­nie in­ter­ne­to­wej Net­dok­tor.dk. "Ten stan stwier­dza się u około trzy­dzie­stu pro­cent męż­czyzn w wieku po­wy­żej sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat, na­to­miast wśród męż­czyzn po czter­dzie­stce wy­stę­puje na po­zio­mie od pię­ciu do dzie­się­ciu pro­cent. Czę­ściej niż im­po­ten­cję ob­ser­wuje się lek­kie ob­ni­że­nie zdol­no­ści osią­gnię­cia lub pod­trzy­ma­nia erek­cji, a naj­czę­ściej - krót­ko­trwałe za­bu­rze­nia wzwodu". Dys­funk­cja. Askowi nie po­doba się wią­za­nie jego osoby ze sło­wem za­czy­na­ją­cym się na "dys". Ten przed­ro­stek ozna­cza ja­kąś cho­ro­bliwą wła­ści­wość, ułom­ność albo ano­ma­lię, czyli wszystko, od czego naj­chęt­niej trzy­ma­li­by­śmy z da­leka. Le­piej już brzmią "trud­no­ści z osią­gnię­ciem erek­cji", nie aż tak chro­nicz­nie, ko­ja­rzą się bar­dziej z prze­lot­nym pro­ble­mem, na który można coś za­ra­dzić. Wśród przy­czyn fi­zycz­nych wy­mie­nia się miaż­dżycę, cho­roby serca, nad­ci­śnie­nie i pa­le­nie pa­pie­ro­sów. Aska to na szczę­ście nie do­ty­czy. Jest w zna­ko­mi­tej, wręcz szczy­to­wej for­mie. Wśród przy­czyn psy­chicz­nych wska­zuje się kon­flikty w związku, nie­chęć do part­nerki, nie­pew­ność, strach przed sto­sun­kiem, de­pre­sję. Na tę ostat­nią Ask na pewno nie cierpi. Ist­nieje wiele me­tod le­cze­nia, wśród nich via­gra jako naj­bar­dziej sku­teczna. Ask ogląda wy­świe­tlone przez wy­szu­ki­warkę zdję­cie nie­bie­skich ta­ble­tek. Wy­glą­dają jak tru­jące cu­kierki. Co po­wi­nien zro­bić? Skon­tak­to­wać się z le­ka­rzem ro­dzin­nym? A może jesz­cze po­cze­kać? Po­wszech­nymi skut­kami ubocz­nymi le­cze­nia ta­blet­kami są pro­blemy z tra­wie­niem, ru­mień na twa­rzy, za­tkany nos, ude­rze­nia go­rąca, za­wroty głowy, za­bu­rze­nia wzroku oraz zmiany w re­cep­cji barw (wi­dze­nie na nie­bie­sko). Wi­dze­nie na nie­bie­sko? Ask sie­dzi po­chy­lony nad ekra­nem iPada oświe­tla­ją­cym mu twarz nie­bie­skawą po­światą. Wy­gląda, jakby już za­czął brać te ta­bletki. Via­grę na­leży za­żyć go­dzinę przed ak­tyw­no­ścią sek­su­alną. At­mos­fera u nich w domu jest nie­sta­bilna. Prze­wi­dy­wa­nie z go­dzin­nym wy­prze­dze­niem, czy za­nosi się na seks, nie bę­dzie ła­twe. W ciągu go­dziny iskra może wie­lo­krot­nie zga­snąć. Ero­tyka w po­łą­cze­niu z tra­fie­niem w do­bry mo­ment są jak nie­zwy­kle wraż­liwy mo­tyl, któ­remu trudno bę­dzie prze­żyć, je­śli Cille za­cznie roz­sie­wać wo­kół sie­bie mro­żący chłód i pa­ra­li­żu­jący jad. W dzie­wię­ciu na dzie­sięć przy­pad­ków Ask po­łknie nie­bie­ską ta­bletkę, po czym Cille, która po­trafi przejść do ataku w naj­mniej spo­dzie­wa­nej chwili, znaj­dzie ten czy inny po­wód, żeby go skry­ty­ko­wać. Ask na­ra­ził się na długą li­stę skut­ków ubocz­nych, nie re­ali­zu­jąc swo­jego za­mie­rze­nia i nie do­sta­jąc nic w na­grodę. Na­ła­duje aku­mu­la­tor na próżno i skoń­czy z za­tka­nym no­sem, za­wro­tami głowy, pro­ble­mami tra­wien­nymi oraz za­bu­rze­niami wzroku. Z pe­ni­sem we wzwo­dzie w po­łą­cze­niu z wi­dze­niem na nie­bie­sko. Nie jest to pro­sta sprawa. Chyba le­piej za­cze­kać i zo­ba­czyć, co się sta­nie. Tylko kiedy na­stąpi od­po­wiedni mo­ment, żeby coś zro­bić?

Ka­are

Ide­alna doba Je­anne składa się z sze­ściu go­dzin pracy, sze­ściu go­dzin czasu wol­nego, sze­ściu go­dzin snu i sze­ściu go­dzin seksu. Je­anne śmieje się, kiedy o tym mówi, ale kur­czę, ona na­prawdę nie żar­tuje. Wie, że z przy­czyn prak­tycz­nych nie da się tego zre­ali­zo­wać w dni po­wsze­dnie, na­to­miast w week­endy chcia­łaby przy­naj­mniej spró­bo­wać.

- Po­trzeba mi tylko wy­trzy­ma­łego męż­czy­zny - mówi, pa­trząc wy­zy­wa­jąco na Ka­arego.

Chwali się, że jej były mąż po­tra­fił się spra­wić i dla­tego tak trudno go za­stą­pić. Nie­wielu męż­czyzn jest w sta­nie spro­stać jej ocze­ki­wa­niom, Je­anne twier­dzi jed­nak, że do­ko­na­nia Ka­arego ją sa­tys­fak­cjo­nują. Ta try­ska­jąca bez­po­śred­nio­ścią i zdro­wym po­żą­da­niem ko­bieta sta­nowi bujny fa­li­sty kra­jo­braz moż­li­wo­ści o nie­skoń­czo­nej licz­bie tras do ob­ra­nia. Nie ma tam żad­nych zna­ków stopu ani miejsc, do któ­rych wzbra­nia się wstępu.

- Nie ha­muj się, mój ty wielki męż­czy­zno - szep­cze mu ochry­ple do ucha, gdy wy­ru­szają na wspólną prze­jażdżkę. - Mów o wszyst­kim, co tylko przyj­dzie ci do głowy, mów do mnie, gdy mnie bie­rzesz. I myśl głę­boko, ko­cha­nie. Po­każ, co masz. Mu­sisz my­śleć głę­boko, gdy wcho­dzisz w Je­anne. Nie oszczę­dzaj mnie, ni­czego nie za­ta­jaj, daj mi wszystko, co masz, wszystko, ty wielki nie­grzeczny fa­ce­cie. Myśl głę­boko i się nie ha­muj, ze mną mo­żesz, je­steś tu bez­pieczny. O tak, wła­śnie tak.

Słowa szep­tane do niego przez Je­anne po­tra­fią go wręcz za­wsty­dzić. W week­endy i w nie­pa­rzy­ste ty­go­dnie jest jego wład­czy­nią i bo­gi­nią seksu. Na co dzień pra­cuje w gmin­nym ośrodku po­mocy spo­łecz­nej i jeź­dzi jed­nym z ich ma­łych bia­łych sa­mo­cho­dów. Gdyby Ka­are mi­nął ją na ulicy albo spo­tkał w pracy, z pew­no­ścią nie zwró­ciłby na nią uwagi, ale sy­pial­nia to jej nie­po­dzielne te­ry­to­rium i trudno ją tu­taj zi­gno­ro­wać. Staje się nie­na­sy­cona, nie­po­wstrzy­mana, po­grą­żona we wła­snym świe­cie. Pro­mie­niuje wręcz ko­smiczną aurą. Ka­are robi, co w swo­jej mocy, mo­bi­li­zuje wszyst­kie siły, a kiedy się wy­czer­pują, kiedy po pro­stu chce po­le­żeć na wznak ze wzro­kiem utkwio­nym w po­żół­kły su­fit z płyt gip­so­wych, Je­anne bie­rze od­świe­ża­jącą ką­piel, zjada na­prędce przy­go­to­waną ka­napkę, po czym wśli­zguje się do niego pod koł­drę, go­towa na wię­cej. Pie­ści go pal­cami z dłu­gimi czer­wo­nymi pa­znok­ciami w spo­sób, który spra­wia mu przy­jem­ność, do­pro­wa­dza­jąc go pra­wie do bólu, ale i do roz­ko­szy. Ka­are wy­bu­dza się z hi­ber­na­cji, w którą wpra­wiają go dłu­żące się w nie­skoń­czo­ność pa­rzy­ste ty­go­dnie i ota­cza­jąca go szara co­dzien­ność. Do­tyk Je­anne ba­lan­suje mię­dzy roz­ko­szą a nie­bez­pie­czeń­stwem, trzeba po­zo­sta­wać czuj­nym, mieć się na bacz­no­ści. Jed­no­cze­sne pod­nie­ce­nie i strach, z tą ko­bietą ni­gdy nie można się nu­dzić. Za każ­dym ra­zem, gdy się z nią spo­tyka, ma dla niego coś no­wego w za­na­drzu. Ka­are musi przy­znać, że ta ni­ska pulchna part­nerka prze­wyż­sza go na polu sek­su­al­nym. Z nią każdy raz wy­daje się pierw­szy.

Ca­ro­line

Od­dała auto do warsz­tatu i po raz pierw­szy od wielu lat je­dzie do pracy ko­lejką. Lubi wol­ność i au­to­no­mię, ja­kie za­pew­nia wła­sny śro­dek trans­portu w po­staci sa­mo­chodu. Opóź­nie­nia, od­wo­łane po­łą­cze­nia, bli­ski kon­takt z ob­cymi ludźmi i za­pa­chem ich ciał nie są dla niej. Ki­cha­nie, wy­bu­chy gwał­tow­nych uczuć, gło­śne roz­mowy te­le­fo­niczne i dziwne zwie­rzęta do­mowe - o nie, dzię­kuję bar­dzo. Woli spo­kój i czy­stość pa­nu­jące we wnę­trzu jej czar­nego audi. Dziś nie ma jed­nak wy­boru. Je­dzie w stronę wę­zła ko­mu­ni­ka­cyj­nego N?r­re­port, gdzie prze­sią­dzie się na me­tro, któ­rym do­je­dzie w po­bliże swo­jej kan­ce­la­rii przy Bred­gade. Tuż przed do­tar­ciem na miej­sce przy­cho­dzi jej do głowy pewna myśl. Za­raz może na­stą­pić ko­niec. Czy wła­śnie na­de­szła ta chwila? Zwy­kły po­nie­dzia­łek, pe­łen po­ran­nego po­śpie­chu, jest ide­al­nym mo­men­tem do ataku. Ca­ro­line wy­obraża so­bie tłumy prze­wa­la­jące się przez N?r­re­port. Setki lu­dzi po­dą­żają zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, każdy sku­piony tylko na tym, żeby do­je­chać na miej­sce o cza­sie. Wła­śnie te­raz byłby do­sko­nały mo­ment, żeby gdzieś w po­bliżu zo­sta­wić przy­nie­siony ple­cak i zde­to­no­wać ła­du­nek wy­bu­chowy o wiel­kiej nisz­czą­cej sile ra­że­nia. Z nie­zro­zu­mia­łych przy­czyn ta myśl wy­zwala w niej krótką in­ten­sywną tę­sk­notę. W jed­nej chwili wszystko może się skoń­czyć. Zwie­rzęcy strach, se­kun­dowy pa­ra­liż i to kró­ciut­kie ukłu­cie tę­sk­noty za tym, żeby mieć to już za sobą. Atak z za­sko­cze­nia, na­gła śmierć, cał­ko­wite znisz­cze­nie w pod­ziem­nych tu­ne­lach, krew i oka­le­cze­nia w sa­mym sercu Ko­pen­hagi. Ta myśl nie po­ja­wiła się pierw­szy raz. Nikt nie jest w sta­nie się ochro­nić przez ta­kim na­głym śmier­cio­no­śnym zda­rze­niem. Po­żar, krzyki, chaos. Po­tłu­czone szyby, po­roz­ry­wane ciała. Stan wy­jąt­kowy, zwol­nie­nie od od­po­wie­dzial­no­ści - nikt nie mógł temu za­po­biec, kon­tro­lo­wać sy­tu­acji. Ży­cie, ja­kie zna­li­śmy do tej pory, prze­stało obo­wią­zy­wać. Rzą­dzi te­raz walka o prze­trwa­nie, jest tylko ta chwila i nic wię­cej, to się po pro­stu zda­rzyło. Otwie­rają się drzwi po­ciągu i Ca­ro­line wy­cho­dzi na pe­ron. Po­dąża z falą idą­cych przed sie­bie pa­sa­że­rów. Orien­tu­jąc się dzięki ta­blicz­kom wska­zu­ją­cym drogę, zmie­rza w stronę ru­cho­mych scho­dów pro­wa­dzą­cych jesz­cze ni­żej pod zie­mię. Gdzie nie spoj­rzeć, wszę­dzie stoją lu­dzie. Z gło­śnika płyną rze­czowe in­for­ma­cje, ko­lejne po­ciągi wjeż­dżają na sta­cję i z niej wy­jeż­dżają w od­stę­pie kilku, kil­ku­dzie­się­ciu se­kund. Ha­mują z pi­skli­wym zgrzy­tem, a po­tem ru­szają z miej­sca, wszystko od­bywa się w spo­sób sys­te­ma­tyczny i ryt­miczny, we­dług ja­kie­goś nad­rzęd­nego planu. Znik­nęła groza wy­wo­łana my­ślą o sile, która po­tra­fi­łaby wy­sa­dzić to wszystko w po­wie­trze, po­dob­nie jak znik­nęła tę­sk­nota za tym, żeby na­stą­pił ko­niec. Ca­ro­line chce tylko do­trzeć do pracy. Zjeż­dża­jąc co­raz ni­żej na pe­ron me­tra, nie wi­dzi ni­g­dzie ni­czego nie­zwy­kłego. A może jed­nak. Ja­kiś męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej i ustą­pił miej­sca, żeby mo­gła przed nim wejść na stop­nie. W tu­nelu pro­wa­dzą­cym ze sta­cji ko­lejki na ka­wałku kar­tonu sie­działa młoda bez­domna w cien­kim swe­terku. Pró­bo­wała na­wią­zać kon­takt wzro­kowy z prze­cho­dzą­cymi obok cia­łami ob­le­czo­nymi w zi­mową odzież. Nie­któ­rzy za­trzy­my­wali się, po­świę­ca­jąc chwilę czasu na po­moc. Z kie­szeni i to­re­bek wyj­mo­wali mo­nety, nie­kiedy na­wet bank­noty, i wrzu­cali je do pu­stego kubka po ka­wie, który po­sta­wiła przed sobą na ziemi. W wa­go­nie me­tra młody męż­czy­zna z ta­tu­ażami na szyi i dło­niach ustę­puje miej­sca star­szej pani. Po­maga jej usiąść na krze­sełku przy oknie i przez całą drogę przy­trzy­muje jej cho­dzik na kół­kach. Ko­bieta kil­ka­krot­nie mu dzię­kuje: "Na­prawdę miło z pana strony". Dzieci z przed­szkola jadą gdzieś na wy­cieczkę, a może to jedna z młod­szych klas pod­sta­wówki, Ca­ro­line ni­gdy nie była do­bra w zga­dy­wa­niu wieku. Dzieci chcą przejść na po­czą­tek wa­gonu, żeby śle­dzić jazdę po­ciągu przez tu­nel. Lu­dzie ro­bią im miej­sce, nie­któ­rzy wstają i po­ma­gają, wszy­scy pa­sa­że­ro­wie współ­pra­cują, żeby za­pew­nić naj­młod­szym eks­cy­tu­jące prze­ży­cie. Opie­ku­no­wie dzię­kują z uśmie­chem, roz­ma­wiają cier­pli­wie z pod­opiecz­nymi, dba­jąc o to, żeby każde z nich miało wi­dok na pod­ziemny świat. Ta przy­ja­zność na­pawa Ca­ro­line otu­chą. W ra­do­snej eu­fo­rii wy­siada na sta­cji przy Kon­gens Ny­torv. Uśmie­cha się i ma wra­że­nie, że reszta mia­sta od­wza­jem­nia jej się tym sa­mym. Ma ochotę po­roz­ma­wiać z Lu­ka­sem. Dawno nie zro­bili nic ra­zem. Nie mu­sia­łoby to być nic wiel­kiego, wy­star­czy­łoby kilka go­dzin, sam mógłby wy­brać, na przy­kład wy­pad do Ko­pen­hagi na bur­gery i film. Może uda się go na­mó­wić. Ca­ro­line wy­biera jego nu­mer.

- Mamo? - sły­szy jego szept.

- Cześć, ko­cha­nie. Masz te­raz lek­cje?

- Tak.

- To dla­czego od­bie­rasz?

- No bo dzwo­nisz.

- Nie od­bie­raj te­le­fonu pod­czas lek­cji!

- Ale ty dzwo­nisz, kiedy mam lek­cję.

- Po­wi­nie­neś go wy­łą­czyć w cza­sie za­jęć.

- To dla­czego do mnie dzwo­nisz, skoro wiesz, że je­stem w szkole?

- Mó­wię tylko, że­byś nie od­bie­rał w cza­sie lek­cji.

- Mam w ta­kim ra­zie nie od­bie­rać, kiedy dzwo­nisz? - Ma zmę­czony głos.

- To prawda, głu­pio zro­bi­łam. Chcia­łam tylko... Prze­pra­szam... Już się roz­łą­czam.

- Ale co chcia­łaś?

- Nic ta­kiego. Szybko się roz­łącz, po­roz­ma­wiamy póź­niej. No już!

Lu­kas wzdy­cha.

- Na ra­zie, mamo.

Line

Spę­dziła cały dzień na przy­go­to­wa­niach. Chce im to za­ko­mu­ni­ko­wać w mi­łej at­mos­fe­rze. Od­wagi do­dała jej bu­telka ró­żo­wego wina, którą otwo­rzyła w po­rze lun­chu. Przy­go­to­wała ulu­bione da­nie chłop­ców - po­lę­dwicę wo­łową z do­mo­wymi fryt­kami i so­sem be­ar­neń­skim. Ze względu na So­fie uzu­peł­niła menu hu­mu­sem i gril­lo­wa­nymi wa­rzy­wami, bo córka od dłuż­szego czasu sto­suje dietę we­gań­ską. Se­ba­stian przy­szedł z dziew­czyną, mimo że nie była za­pro­szona.

- Chyba nie masz nic prze­ciwko temu? - pyta ją syn.

Line po­syła mu szyb­kie spoj­rze­nie i do­sta­wia jedno na­kry­cie.

- Oczy­wi­ście, że nie. Wasi przy­ja­ciele są tu za­wsze mile wi­dziani, prze­cież wiesz.

Kiedy Se­ba­stian tak stoi, trzy­ma­jąc Emmę za rękę, Line nie może po­stą­pić ina­czej, niż się uśmiech­nąć i po­wi­tać ją u sie­bie w domu. Tylko jak im to te­raz po­wie? Dla­czego ta dziew­czyna musi uczest­ni­czyć we wszyst­kim, co do­ty­czy ich ro­dziny, na­wet w naj­bar­dziej oso­bi­stych mo­men­tach? Emma jest miła i Se­ba­stian wy­gląda na bar­dzo do niej przy­wią­za­nego, jed­nak... Coś się w niej Line nie po­doba. Może cho­dzi o ten za­własz­cza­jący spo­sób, w jaki go obej­muje. Na­wet gdy sie­dzą przy stole i je­dzą. Jakby chciała za­sy­gna­li­zo­wać, że syn Line na­leży te­raz do niej, a ona ma się od­su­nąć, za­cho­wać od­le­głość. Spo­sób, w jaki pod­kre­śla swoją ko­bie­cość, wy­pina pupę, ob­ciąga bluzkę, żeby pod­kre­ślić ster­czące piersi, prze­chyla głowę i za­rzuca wło­sami. To, jak pod­nosi wi­de­lec do ust, bez­wstyd­nie sięga ję­zy­kiem po je­dze­nie, pa­trząc w oczy Se­ba­stia­nowi. "Spójrz na mój ję­zyk, na moje usta, na mnie całą i po­myśl, co mogę dla cie­bie zro­bić, kiedy bę­dziemy sami". Ta młoda dziew­czyna przy­wo­łuje do sie­bie syna Line, jej pięk­nego chłopca, za­le­d­wie dwu­dzie­sto­jed­no­let­niego. A on się temu pod­daje. Męż­czyźni czują nie­zwy­kłą wdzięcz­ność za roz­kosz da­waną im przez ko­biety i znaj­dują się w tak wiel­kiej nie­woli swo­ich żądz, że nie po­tra­fią przej­rzeć kry­ją­cej się za tym gry. Nie ro­zu­mieją, że się nimi ma­ni­pu­luje i mami naj­róż­niej­szymi tri­kami, od mo­mentu, gdy bu­dzą się rano, do chwili, gdy wie­czo­rem leżą bez­wład­nie w łóżku, ule­gli i po­zba­wieni czuj­no­ści. Kiedy Emma wy­cho­dzi do to­a­lety, Line pro­stuje się nieco na krze­śle, uzna­jąc, że na­de­szła od­po­wied­nia chwila.

- Chcia­ła­bym się z wami czymś po­dzie­lić. Mam oczy­wi­ście na­dzieję, że ucie­szy was ta wia­do­mość. Od­kąd tata zmarł, czu­łam się tro­chę sa­motna, sami do­brze wie­cie. Ale nie­dawno spo­tka­łam ko­goś, kogo z każ­dym dniem po­znaję co­raz le­piej. Jest bar­dzo mi­łym czło­wie­kiem! Ma na imię Pe­ter. - Po wy­po­wie­dze­niu jego imie­nia wzbiera w niej fala cie­pła. Mi­mo­wol­nie się uśmie­cha. - Do­brze się czu­jemy w swoim to­wa­rzy­stwie i... dla­tego chcia­ła­bym, że­by­ście o tym wie­dzieli. To świeża sprawa, je­ste­ście pierw­szymi oso­bami, któ­rym o tym mó­wię. Nie znamy się zbyt długo.

Line od­chrzą­kuje i na­lewa so­bie wię­cej wina. Twarz So­fie roz­ja­śnia się w uśmie­chu. Córka wstaje, żeby uści­skać matkę.

- Mamo, to świetna wia­do­mość, gra­tu­la­cje! Prze­czu­wa­łam, że coś się dzieje, ostat­nio za­cho­wy­wa­łaś się tro­chę ina­czej niż zwy­kle. Cie­szymy się bar­dzo, prawda? - zwraca się do braci.

- No pew­nie! - Se­ba­stian re­aguje od razu. - Bez dwóch zdań. Mamo, to wspa­niała wia­do­mość!

Jo­han, jej naj­młod­szy syn, naj­pierw się w nią wpa­truje, jakby nie wie­rzył w to, co sły­szy. Po­tem wbija wzrok w sto­jący przed nim ta­lerz. Line pod­cho­dzi do niego, staje za nim i kła­dzie mu ręce na ra­mio­nach.

- Na pewno dziw­nie się czu­je­cie z tym, że wa­sza mama so­bie ko­goś zna­la­zła. Otóż wie­rzę szcze­rze w to, że ży­cie po­winno się z kimś dzie­lić. Mam oczy­wi­ście was, z dru­giej strony wy też ma­cie wła­sne sprawy. Miesz­kam tu­taj sama, a w jego to­wa­rzy­stwie czuję się szczę­śliwa. Na pewno go po­lu­bi­cie! To prze­miły czło­wiek, mą­dry i miły w oby­ciu. Z za­wodu jest le­ka­rzem, obec­nie kie­ruje du­żym fun­du­szem do walki z ra­kiem i do­brze mu to wy­cho­dzi. Może za ja­kiś czas, kiedy tro­chę się oswo­icie z tą wia­do­mo­ścią, chcie­li­by­ście go po­znać? Ma córkę w twoim wieku, Jo­han. Wy­daje mi się, że mo­gli­by­ście go po­lu­bić.

- Nie, dzię­kuję! Nie chcę żad­nego za­stęp­czego ojca! Wciąż tę­sk­nię za tatą. Pra­wie w ogóle o nim nie roz­ma­wiamy, zu­peł­nie jakby ni­gdy nie ist­niał. A ja my­ślę o nim każ­dego dnia. Za­sta­na­wiam się, dla­czego to zro­bił, dla­czego nie po­pro­sił nas o po­moc, jak to moż­liwe, że po­su­nął się aż tak da­leko. Wciąż dziw­nie się czuję z tym, że go tu nie ma. A te­raz zja­wia się ja­kiś męż­czy­zna i ot tak zaj­muje jego miej­sce! To chore.

- Jo­han, nie wolno ci tak mó­wić. Mama jest sama już od pię­ciu lat. Nie cho­dzi jej o to, żeby ten nowy part­ner za­jął miej­sce taty. Mama ma prawo z kimś być i wró­cić do nor­mal­nego ży­cia jak my wszy­scy.

- Uwa­żam, że god­niej jest żyć sa­mej, kiedy stra­ciło się męża w taki spo­sób. Silna osoba nie po­trze­buje żad­nego part­nera. Można żyć w po­je­dynkę. Ja też je­stem sam! Wszy­scy, kurwa, je­ste­śmy sami! Można po­sta­no­wić, że chce się żyć sa­memu, bez żad­nych in­nych osób. Ja tak zro­bi­łem, więc mama chyba też po­trafi.

Od­suwa się, kiedy Line chce go ob­jąć. Emma wraca z ła­zienki.

- Co się dzieje? O co się kłó­ci­cie?

- Mama so­bie ko­goś zna­la­zła - od­po­wiada So­fie.

- Ko­cha­nie, my­ślę, że bę­dzie naj­le­piej, je­śli te­raz pój­dziemy, żeby mama i Jo­han mo­gli po­roz­ma­wiać w spo­koju - od­zywa się Se­ba­stian. - Mamo, dzię­ku­jemy. Ko­la­cja była prze­pyszna.

- Chce­cie już iść? Nie po­da­łam jesz­cze de­seru!

- Wpad­niemy in­nym ra­zem, je­ste­śmy umó­wieni na mie­ście. Mamo, było na­prawdę miło i moim zda­niem to su­per, że spo­tka­łaś tego... za­po­mnia­łem jego imię...

- Pe­tera. Pe­tera R?n­nowa. Mieszka w Rung­sted. W pięk­nym domu nad samą wodą.

- Na pewno bę­dzie ci tam wy­god­nie - mru­czy Jo­han.

Line sztyw­nieje. Dla­czego on się tak za­cho­wuje? O co ma do niej pre­ten­sje?

- Ja też już idę. Wra­cam do in­ter­natu. - Syn wstaje od stołu.

- Ko­cha­nie, my­śla­łam, że chcesz zo­stać na noc? Prze­cież mia­łam cię za­wieźć ju­tro na sta­cję. - W jej gło­sie sły­chać tłu­miony płacz.

- Zmie­ni­łem zda­nie, chcę wró­cić dzi­siaj.

Na jego de­li­kat­nej twa­rzy sprzeczne uczu­cia to­czą ze sobą walkę. Czoło zmarsz­czone gnie­wem, twardy wy­raz oczu, trzę­sące się wargi, wi­bru­jące noz­drza. Jest chłop­cem i męż­czy­zną w jed­nym ciele. Tar­ga­nym wąt­pli­wo­ściami, go­to­wym do walki, skłó­co­nym z ca­łym świa­tem, ro­dziną i sobą sa­mym. To wszystko można wy­czy­tać z jego twa­rzy. Line chce go chwy­cić za rękę, ale on ją od­py­cha. Jo­han jest w trze­ciej kla­sie li­ceum eli­tar­nej Aka­de­mii w Sor?. Cho­dził do dzie­wią­tej klasy pod­sta­wówki, gdy Kri­stian po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, i mu­siał ją po­wtó­rzyć. Gdy wresz­cie ukoń­czył szkołę, po­trze­bo­wał się stam­tąd od­da­lić. Oka­zało się, że ucznio­wie prze­ka­zy­wali so­bie pierw­sze strony ga­zet i ar­ty­kuły do­ty­czące ojca, że roz­ma­wiano o tej spra­wie za ple­cami Jo­hana. Kiedy się to działo, nie wspo­mniał o tym ani sło­wem. Do­piero póź­niej Line do­wie­działa się, że ko­le­dzy i ko­le­żanki, a także ich dawne oto­cze­nie, żywo na ten te­mat roz­pra­wiali, głów­nie roz­po­wszech­nia­jąc zło­śliwe plotki, pełne ja­do­wi­tych ko­men­ta­rzy. Kiedy Jo­han chciał za­pła­cić za obóz albo ku­pić ka­napkę w cza­sie prze­rwy, szep­tano tak, aby usły­szał, albo prze­sy­łano mu kar­teczki: "Cie­kawe, skąd ma pie­nią­dze", "Kto za to płaci?", "Czy ta kasa po­cho­dzi z kra­dzieży?". W szkole z in­ter­na­tem stwo­rzył swój wła­sny świat, a Line stra­ciła z nim bli­ski kon­takt. Rzadko przy­jeż­dża do niej na week­end i pra­wie nic jej nie mówi. Trzeba za­cząć spę­dzać z nim wię­cej czasu, ale naj­pierw niech się tro­chę uspo­koi. Od tej pory bę­dzie mu­siała bar­dziej się pil­no­wać, wspo­mi­na­jąc o Pe­te­rze. So­fie po­ży­cza sa­mo­chód Line i za­wozi Jo­hana na dwo­rzec, bo mama tak dużo wy­piła, że sama nie może go pod­rzu­cić.

- Mamo, po­win­naś tro­chę mniej pić - rzuca jej Jo­han na od­chod­nym.

Rów­nie do­brze mógłby ją mocno ude­rzyć w twarz.

Lu­kas

Kon­rad, Wil­liam, Sa­muel i Lu­kas - za­wsze ra­zem, za­wsze we czwórkę. Zry­wają się ze szkoły po śmier­tel­nie nud­nej lek­cji i jadą ro­we­rami do Lu­kasa. Na­uczy­cielka an­giel­skiego na­zywa ich "bandą czte­rech" i nie ma na my­śli nic mi­łego. Na­zywa się Jane Degn, ale każe im wy­ma­wiać swoje imię "dżejn". To me­ga­zma­nie­ro­wane mieć tak przy­ziem­nie na imię i upie­rać się przy an­glo­ję­zycz­nej wy­mo­wie, jakby ra­zem z Tar­za­nem ska­kała na lia­nach po dżun­gli, ubrana w cęt­ko­wane bi­kini. W do­datku stara z niej babka, star­sza od mamy. Ni­gdy nie na­zy­wają jej ina­czej niż Jane Dren albo "wy­dre­no­wana", wy­ma­wia­jąc jej imię wy­raź­nie po duń­sku. Ta ko­bieta na okrą­gło wy­gła­sza umo­ral­nia­jące gadki, jakby nie po­tra­fiła sku­mać, że uczy ich tylko an­giel­skiego. Wła­ści­wie to nie kuma, że nie jest w sta­nie ich ni­czego na­uczyć, bo więk­szość uczniów mówi po an­giel­sku dużo le­piej niż ona.

Koło po­łu­dnia idą do Netto po piwo, biorą po dwa dla każ­dego. Po­tem kie­rują się do no­wej piz­ze­rii, którą otwo­rzyli tro­chę da­lej przy Stran­dve­jen. Bu­telki po­brzę­kują w re­kla­mówce, gdy cała czwórka siada przy je­dy­nym sto­liku. Nie byli tu wcze­śniej, zdaje się, że to miej­sce pro­wa­dzi ja­kiś Kurd. Po krót­kim cza­sie pizze są go­towe. Nie mają pra­wie żad­nych do­dat­ków, ser wy­gląda blado i lśni od tłusz­czu, spodów nie wy­pie­czono do końca. Chło­pacy wpa­trują się w cztery ta­le­rze, które przed nimi po­sta­wiono.

- To naj­obrzy­dliw­sza pizza, jaką wi­dzia­łem - ko­men­tuje szep­tem Kon­rad. - Kurwa, nie mogą nam wci­skać cze­goś ta­kiego.

- Po­ga­dam z nim. - Sa­muel wstaje. Pod­cho­dzi do lady i pyta, czy można pod­piec te pizze nieco dłu­żej.

Wła­ści­ciel pod­nosi na krótko wzrok, któ­rym omiata cała czwórkę, a po­tem kręci głową.

- W ten spo­sób pie­czemy swoje pizze. Je­śli nie je­steś za­do­wo­lony, idź jeść gdzie in­dziej.

Sa­muel od­wraca się do reszty ko­le­gów i pa­trzy na nich py­ta­jąco. Kon­rad po­cho­dzi do lady i z gło­śnym brzę­kiem sta­wia na niej ta­lerz.

- Sam so­bie zjedz to gówno, ja na bank tego nie tknę. - Kon­rad jest wyż­szy od reszty o dzie­sięć cen­ty­me­trów i star­szy o rok. - Ej, no co z wami? Ma­cie za­miar ze­żreć te kro­wie placki, które on wam tu po­dał?

Lu­kas i Wil­liam kręcą głową i wstają od sto­lika. Wła­ści­ciel piz­ze­rii od­kłada nóż, który trzy­mał w ręce.

- Nie bę­dziesz się tak od­zy­wał w mo­jej re­stau­ra­cji. Wy­no­cha stąd, na­tych­miast!

- Re­stau­ra­cji! Na­zy­wasz to re­stau­ra­cją? - Kon­rad uśmie­cha się szy­der­czo i roz­gląda się po lo­kalu. - By­łem w ki­blach ład­niej­szych niż ta twoja re­stau­ra­cja.

- To ja­kaś pa­ra­noja - od­zywa się Wil­liam. - Za­pła­ci­li­śmy dwie­ście pięć­dzie­siąt ko­ron za nie­ja­dalne pizze, a ty jesz­cze nas stąd wy­rzu­casz. Naj­pierw od­daj nam pie­nią­dze! Ina­czej roz­gło­simy po ca­łym mie­ście, żeby trzy­mać się z da­leka od tego miej­sca, wrzu­cimy zdję­cia tych pizz, żeby każdy obej­rzał so­bie gówno, ja­kie po­da­jesz klien­tom. Na­pi­szemy wszę­dzie, gdzie się da, że ro­bisz naj­ohyd­niej­sze żar­cie w oko­licy. Moi ro­dzice pro­wa­dzą tu­taj kilka re­stau­ra­cji i ho­teli, więc le­piej niż ty wiem, o co biega w tym biz­ne­sie. Nie masz szansy, więc le­piej nas prze­proś i zwróć nam forsę.

- Spo­koj­nie, dziew­czynki. Le­piej wra­caj­cie do domu, do mamy i taty, a ja dzię­kuję za wi­zytę.

Wil­liam robi męż­czyź­nie zdję­cie swoim te­le­fo­nem. Oczy wła­ści­ciela ciem­nieją. Pro­stuje plecy, unosi ra­miona i za­czyna roz­wią­zy­wać far­tuch. Chło­pacy się wy­co­fują, na­wet Kon­rad robi kilka kro­ków w tył. Wy­cho­dząc z lo­kalu, Wil­liam ko­pie sto­jący obok drzwi kosz na śmieci. Na chod­nik sy­pią się po­mięte pa­pie­rowe ser­wetki, pu­ste pu­dełka po pizzy i kubki po coli. Kon­rad pluje na szybę, po czym stam­tąd ucie­kają.

Ka­are

Ka­are przy­jął za­pro­sze­nie Je­anne na ko­la­cję u niej w domu. Nie jest to dla niego zwy­kła sy­tu­acja, można po­wie­dzieć, że nie mie­ści się ona w ra­mach, ja­kie wy­ty­czył dla ich re­la­cji. Ale aku­rat w tym sa­mym cza­sie Ca­ro­line za­pla­no­wała wy­pad do Ko­pen­hagi z Lu­ka­sem, któ­remu po­zwo­lono wy­brać, w jaki spo­sób spę­dzą czas. Skoń­czyło się na su­shi i no­wym fil­mie Qu­en­tina Ta­ran­tino. Dzięki temu Ka­are ma wolny wie­czór i bar­dzo się cie­szy na spo­tka­nie. Je­anne to na­prawdę wy­jąt­kowa ko­bieta i jest mu z nią su­per­do­brze, cho­ciaż le­piej w tej kwe­stii trzy­mać ję­zyk za zę­bami, żeby to, co ich łą­czy, nie stało się zbyt skom­pli­ko­wane. Ka­are nie ma spe­cjal­nych ocze­ki­wań co do umie­jęt­no­ści ku­li­nar­nych Je­anne, lecz przez cały ty­dzień ku­mu­lo­wało się w nim po­żą­da­nie. Ku­pił bu­telkę szam­pana i duży bu­kiet kwia­tów. Po dro­dze zaj­rzał także do sklepu z ak­ce­so­riami jeź­dziec­kimi przy Ord­dru­pvej. Ku­pił tam szpi­crutę i po­pro­sił sprze­dawcę, żeby mu ją za­pa­ko­wał na pre­zent. Nie wie, o co do­kład­nie mu cho­dzi, do czego mo­gliby jej użyć, ale na pewno bę­dzie eks­cy­tu­jąco po­ba­wić się z Je­anne w ko­nia i jeźdźca. Na­ci­ska dzwo­nek, zer­ka­jąc z za­do­wo­le­niem na przy­nie­sione pre­zenty. Drzwi się otwie­rają. Nie otwiera ich jed­nak Je­anne, tylko pulchna na­sto­latka o dłu­gich zmierz­wio­nych wło­sach i moc­nym ma­ki­jażu.

- Dzień do­bry - wita się nie­pew­nie Ka­are. - Masz na imię Emi­lie, prawda?

Mruży lekko oczy i ma na­dzieję, że gry­mas na jego twa­rzy przy­po­mina uśmiech.

- Tak - od­po­wiada krótko dziew­czyna. Od­wraca się na pię­cie i wraca do domu.

Je­anne wy­cho­dzi z kuchni z roz­pa­lo­nymi po­licz­kami i ro­ze­śmia­nymi oczami. Ma na so­bie czer­wony far­tu­szek. Na wy­so­ko­ści piersi na­pi­sano na nim wiel­kimi li­te­rami: "Je­dze­nie jak u mamy" z ser­cem za­miast "a" w ostat­nim sło­wie. Ja­kie to słod­kie.

- Prze­pra­szam, że ci nie otwo­rzy­łam. Kiedy za­dzwo­ni­łeś, aku­rat sma­ży­łam mięso, za to po­zna­łeś Emi­lie - mówi, przy­bli­ża­jąc do niego usta, żeby ją po­ca­ło­wał.

Ka­are wrę­cza jej kwiaty i bu­telkę, sy­gna­li­zu­jąc bez­gło­śnie, że mu­szą po­roz­ma­wiać na osob­no­ści. Je­anne po­ka­zuje w stronę kuchni i oby­dwoje się tam za­my­kają.

- Je­anne, mó­wiąc szcze­rze... Nie tego się spo­dzie­wa­łem. Co z na­szym wspól­nym wie­czo­rem? Dla­czego twoja córka jest w domu? Prze­cież wiesz, że nie chcę w to mie­szać na­szych ro­dzin. Uwa­żam, że lekko prze­sa­dzi­łaś, na­prawdę.

- Nie pla­no­wa­łam tego, ale Emi­lie po­kłó­ciła się oj­cem i wła­śnie tu przy­szła. Nie mogę jej zmu­sić, żeby tam zo­stała, a prze­cież nie wy­rzucę jej z domu. Ja­koś chyba damy radę? Ko­la­cję zjemy we troje, póź­niej Emi­lie ma gdzieś wyjść z ko­le­żan­kami. Spę­dzimy miły wie­czór, tylko się od­pręż, na­lej so­bie wina, a ja skoń­czę przy­go­to­wy­wać je­dze­nie. Na­prawdę się po­sta­ra­łam, jest się na co cie­szyć!

- Je­anne... Po­win­naś była do mnie za­dzwo­nić, nie po­doba mi się ten atak z za­sko­cze­nia.

Je­anne pa­trzy na niego z uśmie­chem i kręci głową. Po­tem wspina się na palce, ca­łuje go szybko w po­li­czek, mierzwi mu włosy i wraca do na­kła­da­nia mięsa oraz ziem­nia­ków na duży pół­mi­sek. Chwali się, że przy­go­to­wała pie­czeń cu­lotte. Wy­ma­wia to obce słowo w taki spo­sób jak Ka­are, za­nim po­znał Ca­ro­line.

- Do tego będą pie­czone ziem­niaki Has­sel­back, sos pie­cze­niowy i tro­chę zie­le­niny - opo­wiada z dumą. - A na de­ser ku­pi­łam cze­ko­ladki od An­tona Berga. Ni­czego nam nie za­brak­nie. - Mruga do niego po­ro­zu­mie­waw­czo. - Za­pra­szam do stołu. Emi­lie, je­dze­nie! No, sia­daj­cie i smacz­nego.

Córka nie zdą­żyła usiąść na krze­śle, gdy znów się pod­rywa, żeby przy­nieść ke­czup z kuchni.

- Ależ, Emi­lie... - Je­anne się śmieje, krę­cąc głową. - Czy twój syn też jest taki? Je wszystko z ke­czu­pem?

- Nie wy­daje mi się - od­po­wiada Ka­are. Wciąż nie ma ochoty na udział w roz­mo­wie. - W każ­dym ra­zie nie za­uwa­ży­łem cze­goś ta­kiego.

Emi­lie wy­ci­ska ke­czup z bu­telki, two­rząc skom­pli­ko­wany wzór na swoim je­dze­niu. Je­anne wo­dzi wzro­kiem od córki do Ka­arego i z po­wro­tem.

- Skoro już tu ra­zem sie­dzimy, mo­że­cie się le­piej po­znać. - Uśmie­cha się i wznosi to­ast za udany so­botni wie­czór. Po­tem za­czyna opo­wia­dać o szcze­niaku, któ­rego dziś wi­działa przed wej­ściem do Netto, prze­mi­łym, o je­dwa­bi­ście mięk­kiej sier­ści, po pro­stu mu­siała po­dejść i go po­gła­skać.

Ka­are słu­cha tylko jed­nym uchem.

- Ka­are też lubi psy, prawda? Tak jak my, Emi­lie. Ma na­wet jed­nego, mó­wi­łam ci o tym?

Emi­lie unosi nie­znacz­nie brwi i ob­rzuca Ka­arego krót­kim spoj­rze­niem.

- Aha?

Je­anne drąży da­lej te­mat psa, wy­daje się bar­dziej ga­da­tliwa niż zwy­kle.

- Emi­lie od za­wsze mę­czyła mnie o psa, ale prze­cież by­łoby szkoda zo­sta­wiać go sa­mego w domu na tak długi czas. Nie ma nas przez osiem, dzie­więć go­dzin dzien­nie, ja­kie ży­cie miałby taki zwie­rzak? Uwa­żam, że ci, któ­rzy trzy­mają w domu ja­kieś żywe stwo­rze­nie, mają obo­wią­zek za­pew­nić mu go­dziwe ży­cie. Trzeba je wy­pro­wa­dzać na spa­cer i tre­so­wać, nie lu­bią też być same. W tym punk­cie przy­po­mi­nają nas, lu­dzi. Nie są stwo­rzone do sa­mot­no­ści, chcia­łyby mieć to­wa­rzy­stwo, a my je­ste­śmy im to winni, nie mam ra­cji?

Ani Ka­are, ani Emi­lie nie czują się wy­wo­łani do od­po­wie­dzi, więc tylko ki­wają gło­wami na po­twier­dze­nie i spraw­dzają pod sto­łem swoje te­le­fony, po­woli prze­żu­wa­jąc mięso. Je­anne po raz drugi po­daje im pół­mi­ski. Emi­lie na­kłada so­bie ko­lejną por­cję, pod­czas gdy Ka­are nie jest na­wet w po­ło­wie tego, co ma na ta­le­rzu. Dziew­czyna sięga po naj­więk­szy stek, za­miast wziąć ten, który leży naj­bli­żej. Nie ża­łuje so­bie ziem­nia­ków i sosu, a po­tem znów kunsz­tow­nie ozda­bia wszystko ke­czu­pem. Je­anne po­now­nie unosi kie­li­szek, ści­ska­jąc pod sto­łem nogę Ka­arego. Pyta Emi­lie, czy chce spró­bo­wać wina - mama po­zwala.

- Nie, dzię­kuję, ale wy­pi­ła­bym jesz­cze jedną colę.

Je­anne bie­gnie w pod­sko­kach do kuchni po colę dla córki, a Ka­are pra­wie nie wie­rzy wła­snym oczom, gdy dziew­czyna już trzeci raz wy­ciąga ręce po pół­mi­sek. Prze­cież jest nie­wy­soka, tak jak matka.

- Masz nie­zły ape­tyt - ko­men­tuje. - Ale twoja mama też świet­nie go­tuje, bez dwóch zdań. - Uśmie­cha się do Emi­lie, a Je­anne po­syła zna­czące spoj­rze­nie. Nie może się do­cze­kać, kiedy zo­staną sami i ona roz­pa­kuje swój pre­zent.

Po sprząt­nię­ciu ze stołu Emi­lie ca­łuje matkę na po­że­gna­nie.

- To na ra­zie - że­gna się, rzu­ca­jąc Ka­aremu szyb­kie spoj­rze­nie, po czym znika za drzwiami.

Ka­are wie, że po­wi­nien sie­dzieć ci­cho, nie jest aż tak głupi, ale nie może się po­ha­mo­wać.

- To nie moja sprawa, Je­anne, ale czy Emi­lie nie zja­dła strasz­nie dużo na ko­la­cję?

Je­anne stoi przy zle­wo­zmy­waku i mo­men­tal­nie za­styga w pół ru­chu. Od­kłada ścierkę, od­wraca się i pa­trzy mu pro­sto w twarz.

- Co masz na my­śli?

- No, nic ta­kiego, po pro­stu uwa­żam, że Emi­lie na­kła­dała so­bie ogromne por­cje je­dze­nia. Zja­dła wię­cej niż ja, a w końcu je­stem do­ro­słym dwu­me­tro­wym fa­ce­tem. - Śmieje się tro­chę głup­ko­wato. - Prze­cież jest nie­wy­soka. Na­prawdę my­ślisz, że po­winna jeść tak dużo? To­bie nie przy­szło to do głowy?

Je­anne siada przy stole ku­chen­nym. Wciąż się w niego wpa­truje, na jej czole wi­dać zmarszczkę. W oczach błysz­czą łzy.

- Prze­pada za cu­lotte. Po pro­stu ma do­bry ape­tyt i szybko ro­śnie. To chyba nie ta­kie dziwne?

- Wy­ma­wia się to "kiu­lot" - wy­ja­śnia Ka­are z uśmie­chem. - Nie py­taj mnie dla­czego, zresztą to wszystko jedno. A je­śli cho­dzi o twoją córkę, tylko się nie ob­raź, ale nie jest zbyt szczu­pła. Cho­dzi mi o to, że mo­gła­byś tro­chę ją na­pro­wa­dzić na to, jak dużo po­winna jeść, i tak da­lej. Ab­so­lut­nie nie kwe­stio­nuję two­ich zdol­no­ści ro­dzi­ciel­skich, wiem, jak bar­dzo ją ko­chasz i jak dużo dla niej ro­bisz. Jed­nak tyle się te­raz pi­sze o tych wszyst­kich cho­ro­bach i ob­se­sjach zwią­za­nych z je­dze­niem, ja­kich można się na­ba­wić w tym wieku... ano­rek­sja, bu­li­mia... czy jak to się na­zywa. Nad­mierne ob­ja­da­nie się u dzieci uznaje się wręcz za ro­dzaj za­nie­dba­nia, to zna­czy: jest to za­nie­dba­nie. Trzeba na­zwać rzecz po imie­niu.

Je­anne wstaje z krze­sła. Po­liczki jej płoną tak jak w chwi­lach eks­tre­mal­nego pod­nie­ce­nia w łóżku. Na jej twa­rzy ma­luje się wście­kłość, ale Ka­are do­sko­nale wie, że ma na­turę ła­godną jak ba­ra­nek.

- Ko­cha­nie, nie de­ner­wuj się. Nie ma sensu się o to kłó­cić, le­piej oszczę­dzaj siły, cze­kają na nas waż­niej­sze sprawy. Zo­stawmy to, przy­nio­słem ci coś na­prawdę elek­try­zu­ją­cego.

Wy­ciąga rękę w jej stronę, ale ona jej nie wi­dzi.

- Dość tego! Zna­lazł się wielki pan! Nie znasz mo­jej córki! Nie wolno ci tak o niej mó­wić, ro­zu­miesz? Nie ob­cho­dzi mnie, co masz do po­wie­dze­nia na te­mat tego, jak dużo albo jak mało Emi­lie po­winna jeść, ka­pu­jesz? - Prze­cho­dzi obok niego, kie­ru­jąc się w stronę drzwi wej­ścio­wych, które sze­roko otwiera. - A te­raz pro­szę cię, że­byś so­bie po­szedł. Nie bę­dziesz tak mó­wił o mo­jej córce. Nie mam ab­so­lut­nie żad­nej ochoty na twoje to­wa­rzy­stwo. Do wi­dze­nia. Wiel­kie dzięki za twoje cham­stwo.

- Je­anne, pro­szę cię, wy­lu­zuj... Nie po­wie­dzia­łem tego, żeby cię kry­ty­ko­wać... ale żeby po­móc! Prze­pra­szam. Prze­cież wiesz, że chciał­bym dla cie­bie jak naj­le­piej. Prze­stań z tym dra­ma­ty­zo­wa­niem. No jak? Zgoda?

Pró­buje ją ob­jąć, ale ona go od­py­cha.

- Po­wie­dzia­łam: do wi­dze­nia.

- Je­anne... ko­cha­nie... Nie mo­żesz tak brać wszyst­kiego do sie­bie, to nie w twoim stylu. Za­po­mnij o tym, co po­wie­dzia­łem. Mu­sia­łem coś źle zro­zu­mieć. Nie mo­żemy kon­ty­nu­ować na­szego wie­czoru? Pro­szę cię.

Jego bła­ga­nia na nic się nie zdają, Je­anne jest zimna jak lód i nie­wzru­szona jak skała. Ka­are wraca do sa­lonu po szpi­crutę, le­piej jej tu nie po­rzu­cać, skoro on sam jest nie­mile wi­dziany. Nie­zła z niej hi­ste­ryczka. Zo­sta­wia kwiaty i szam­pana, za ja­kiś czas po­winna się uspo­koić.

Ca­ro­line

Po­mysł wy­ko­rzy­sta­nia ro­dziny kró­lew­skiej jako przy­kładu nie daje Ca­ro­line spo­koju. Tylko jak się do tego za­brać? Zło­śliwi na­zy­wają Fre­de­rika i Mary "kró­lem i kró­lową Hel­le­rupu". Ka­aremu i Lu­ka­sowi też zda­rza się tak po­wie­dzieć, głów­nie po to, żeby za­grać jej na ner­wach. Mó­wie­nie w ten spo­sób o pa­rze ksią­żę­cej jest nie­do­pusz­czalne. Ca­ro­line, która ukoń­czyła wyż­sze stu­dia praw­ni­cze, zna war­tość kon­sty­tu­cji i ro­dziny kró­lew­skiej. Nie­któ­rzy nie ustają w gło­sze­niu ty­rad o apa­na­żach i trwo­nie­niu pie­nię­dzy po­dat­ni­ków, gło­śno wy­li­cza­jąc, ile kosz­tuje utrzy­ma­nie pa­ła­ców i in­nych nie­ru­cho­mo­ści, i roz­wo­dząc się nad to­reb­kami, bu­tami i ubra­niami Mary, nad całą ar­mią słu­żą­cych, opie­ku­nek, ka­mer­dy­ne­rów, nad wil­lami w Hel­le­ru­pie i w Klam­pen­borgu na­le­żą­cymi do ro­dziny księ­cia Jo­achima, nad utrzy­my­wa­niem, pa­syw­nym wspar­ciem, pró­bują od­gad­nąć wy­datki na wiel­kie kró­lew­skie przy­ję­cia, plotą trzy po trzy o pry­wat­nych sa­mo­lo­tach i przy­ja­ciel­skich przy­słu­gach to tu, to tam. Ca­ro­line z miej­sca ucina tego ro­dzaju ma­łost­kową ga­da­ninę - za­równo przy stole u sie­bie w domu, jak i pod­czas spo­tkań ze słu­cha­czami. Gdy wy­po­wiada się pu­blicz­nie, na przy­kła­dzie ro­dziny kró­lew­skiej stara się wy­tłu­ma­czyć, jak ważna jest ro­dzina dla spój­no­ści spo­łecz­nej. Nie­kiedy ro­dzi to kry­tyczne ko­men­ta­rze ze strony pu­blicz­no­ści. Ca­ro­line wsty­dzi się by­cia re­pre­zen­tantką na­rodu, który bez sza­cunku wy­po­wiada się o pa­nu­ją­cych. Duń­czycy po­winni się cie­szyć, że mogą się sku­pić wo­kół ta­kich cen­tral­nych po­staci o dłu­gim ro­do­wo­dzie. Ro­dzina kró­lew­ska po­ka­zuje nam wła­ściwą drogę, sta­nowi ży­cio­dajny i jed­no­czący punkt wśród cha­otycz­nych pry­mi­tyw­nych ludz­kich mas, gdzie za­wsze obo­wią­zują naj­niż­sze stan­dardy. Ro­dzina kró­lew­ska jest wolą i na­dzieją w pro­stac­kim świe­cie bez­gu­ścia, kiep­skiego je­dze­nia, ob­raź­li­wego ję­zyka, wul­gar­no­ści i braku ko­rzeni. Gdy Ca­ro­line na do­bre się roz­gada, ciężko ją uci­szyć. Jej zda­niem czło­wiek nie po­su­nął się za da­leko na dro­dze ewo­lu­cji, a na­wet po­wie­dzia­łaby, że na­stę­puje re­gres. Pa­trząc na taki pa­łac Ere­mi­tage i uświa­da­mia­jąc so­bie, co po­tra­fiono stwo­rzyć po­nad trzy­sta lat temu, po­dzi­wia­jąc ów­cze­sne piękno i prze­pych, do­cho­dzi się do wnio­sku, że ludz­kość cof­nęła się w roz­woju. Wy­star­czy po­rów­nać do­ko­na­nia mi­nio­nych wie­ków z so­bot­nim przed­po­łu­dniem w cen­trum han­dlo­wym Field's peł­nym lu­dzi pod­gry­za­ją­cych pa­rówki w cie­ście, po­pi­ja­ją­cych kwa­śną lu­ro­watą kawę w jed­no­ra­zo­wych kub­kach i przy­glą­da­ją­cych się ja­kiejś tan­det­nej roz­rywce dla nie­wy­ma­ga­ją­cych. Duń­czycy z nad­wagą po­py­chają ol­brzy­mie wózki z za­ku­pami, jakby od tego za­le­żał ich byt. Ro­dziny na za­ku­pach w spodniach dre­so­wych i pla­żo­wych klap­kach, w wiecz­nej po­goni za tym, żeby było dużo, nowo, ta­nio. Wózki pełne coli i piw w pusz­kach, na­pom­po­wa­nej szynki, bia­łego chleba to­sto­wego - "a przy ka­sie weźmy jesz­cze ja­kieś ko­lo­rowe pi­semko". Umię­śnieni do­mi­nu­jący mę­żo­wie, któ­rzy po­mia­tają swo­imi po­kor­nymi żo­nami o wy­bla­kłych ma­to­wych wło­sach na zmę­czo­nych gło­wach, małe dzieci, któ­rym trzeba zmie­nić pie­lu­chę, na­sto­latki z ama­tor­skimi ta­tu­ażami i wło­sami po­far­bo­wa­nymi na zie­lono - wszy­scy oni tkwią w śle­pych ulicz­kach, w które sami się za­pę­dzili. Gdzie nie spoj­rzeć, wszę­dzie nuda, pustka i bez­ce­lo­wość. Ca­ro­li­nie robi się cie­pło koło serca na wi­dok rze­tel­no­ści i po­rządku, a wła­śnie to uosa­bia dla niej księż­niczka Mary. Tylko czy po­słu­gu­jąc się przy­kła­dem ko­biety po­cho­dzą­cej z Ta­sma­nii, bę­dzie w sta­nie po­trzą­snąć duń­skim spo­łe­czeń­stwem? Czy uda się do­pa­so­wać ten ma­te­riał do walki o spra­wie­dli­wość dla ko­biet w po­łą­cze­niu z wiarą w ro­dzinę - także tę kró­lew­ską? No i czy jej po­stu­laty wy­wo­łają sze­roki od­dźwięk, krótko mó­wiąc, czy ta­kie uję­cie sprawy okaże się na tyle atrak­cyjne, żeby się sprze­dać?

Line

Wie­czór jest zimny i bez­wietrzny, mo­rze gład­kie jak lu­stro. Do sy­pialni Pe­tera wpada księ­ży­cowa po­świata. Leżą wtu­leni w sie­bie jak para na­sto­lat­ków. Jego nogi spla­ta­jące się z jej, jej głowa na jego piersi, jego dłoń na jej bio­drze, złą­czone palce, senne od­da­nie. Small talk na wil­got­nej po­ścieli, de­li­rium po sek­sie. Ich dzień to­czy się we­dług tego sa­mego rytmu co u lwów w okre­sie go­do­wym. Seks, sen, seks, sen, po­lo­wa­nie, je­dze­nie, seks, sen. Prze­pływa mię­dzy nimi swo­bodny po­tok mowy i mi­ło­ści. Ga­wo­rzą jak dzieci w ci­chym stru­mie­niu słów i dźwię­ków. W ich gło­sach sły­chać ulgę z po­wodu czu­cia się ko­cha­nymi. Ra­dość z tego, że nie są już sami. Upo­je­nie wy­wo­łane zbli­że­niem, przy­ję­ciem, ak­cep­ta­cją. Tym, że to na­prawdę moż­liwe. Wdzięcz­ność, że są we dwoje.

"Pa­mię­tasz tę nie­dzielę, kiedy spo­tka­li­śmy się w ka­wiarni w ha­lach tar­go­wych? Pa­mię­tasz chwilę, gdy po raz pierw­szy spoj­rze­li­śmy so­bie w oczy - bo dla mnie to był ab­so­lut­nie wy­jąt­kowy mo­ment?", "Tak, czę­sto od­twa­rzam so­bie tę scenę na zwol­nio­nych ob­ro­tach". "Od­twórz ją jesz­cze raz i opo­wiedz, co wi­dzisz". "Wi­dzę piękną ko­bietę, która wcho­dzi do środka, jest tro­chę zde­ner­wo­wana, ale się uśmie­cha, wy­gląda zde­cy­do­wa­nie, wy­pro­sto­wana syl­wetka, ru­chy pełne gra­cji. Od razu mi się spodo­ba­łaś". "Je­steś prze­miły. A wiesz, że po­tra­fię upiec struclę cy­na­mo­nową we­dług prze­pisu babci? Do­ro­śli męż­czyźni pła­czą nad nią z roz­ko­szy". "Ko­niecz­nie mu­szę jej spró­bo­wać. Skąd masz tę bli­znę?" "Kiedy mia­łam sześć lat, spa­dłam z dra­binki i ude­rzy­łam się o ostry ka­mień". "Szkoda, że mnie tam nie było, żeby cię zła­pać". "Opo­wiedz mi ja­kiś se­kret". "Nie mam przed tobą żad­nych ta­jem­nic". "Eee, prze­stań, wiesz, co mam na my­śli". "Znasz to uczu­cie ab­so­lut­nego spo­koju, tak wiel­kiego, aż czu­jesz coś w ro­dzaju upo­je­nia? Wła­śnie tak się te­raz czuję". "Co po­wiesz na śnia­da­nie z szam­pa­nem? Uwa­żam, że na nie za­słu­ży­li­śmy". "Je­steś cu­downą ko­bietą, uro­dzi­łaś się taka?" "Nie ro­dzisz się ko­bietą, tylko się nią sta­jesz". "To piękne... Sama to wy­my­śli­łaś?" "Nie ja, tylko Si­mone de Be­au­voir". "Wiesz tak dużo róż­nych rze­czy. Dla­czego nie sprze­dasz swo­jego miesz­ka­nia i nie wpro­wa­dzisz się do mnie? Pro­szę cię, zróbmy ten ostatni krok". "Prze­cież i tak spę­dzam tu­taj więk­szość czasu". "Chcę, że­byś tu była cią­gle, że­byś na­prawdę ze mną za­miesz­kała. Prze­nieś się do Rung­sted!"

Lu­kas

Szu­kają miejsc, gdzie mogą być sami. Spo­ty­kają się w do­mach ko­le­gów, któ­rych ro­dzice przez więk­szość zimy miesz­kają w Hisz­pa­nii albo w po­łu­dnio­wej Fran­cji albo któ­rych ro­dzina wy­je­chała na urlop, na week­end, wy­szła z domu, jest chwi­lowo nie­obecna. Cią­gną tam, gdzie nikt im nie bę­dzie prze­szka­dzał. W so­botę wie­czór znów wy­pada na niego. Chło­pacy chcą się ze­mścić na wła­ści­cielu piz­ze­rii. Zda­niem Kon­rada to Lu­kas po­wi­nien za­dzwo­nić, bo jako je­dyny nie ode­zwał się tam­tego dnia, więc nikt nie roz­po­zna jego głosu. Roz­ło­żyli się na na­roż­nej so­fie, ku­pili piwo i wódkę. Sa­muel przy­niósł kie­liszki do sho­tów i al­ko­hol o smaku lu­kre­cji. Wil­liam wie o ja­kiejś im­pre­zie w Sko­vsho­ved, która za­cznie się tro­chę póź­niej. So­le­ni­zantka koń­czy osiem­na­ście lat, zdaje się, że w ogro­dzie bę­dzie dar­mowy bar i pod­grze­wane ja­cuzzi, Wil­liam spró­buje tam wkrę­cić całą czwórkę. Lu­kas bie­rze z po­koju swój stary te­le­fon i wraca do sa­lonu. Od­chrzą­kuje przed wy­bra­niem nu­meru, a kiedy mówi, unika kon­taktu wzro­ko­wego z chło­pa­kami.

- Do­bry wie­czór, chciał­bym za­mó­wić trzy­dzie­ści pizz. Tak, trzy­dzie­ści, trzy i zero. Naj­le­piej każdą z in­nymi do­dat­kami, już po­ciętą w trój­kąty. To na im­prezę kla­sową. Może być z do­wo­zem? Dzię­kuję. Mo­żemy za­pła­cić po przy­wie­zie­niu? Za­ma­wia­jąca to Jane Degn, D-e-g-n, ad­res Eri­ka­vej osiem A w Van­gede. Na dzie­wiątą... ide­al­nie, w ta­kim ra­zie dzię­kuję bar­dzo.

Reszta chło­pa­ków po­kłada się ze śmie­chu.

- Za­je­bi­ście, Luke! Dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Kurwa, ale je­steś do­bry!

- Skąd mia­łeś jej ad­res?

Lu­kas uśmie­cha się krzywo, ma­cha­jąc te­le­fo­nem. Po­tem pa­trzy na swoje ręce, wi­dzi, jak się trzęsą, serce wali mu w piersi jak mło­tem - ma na­dzieję, że nie wi­dać tego po nim. To on wpadł na po­mysł, żeby za­ła­twić "Drena". Ta fe­mi­na­zistka fa­wo­ry­zuje dziew­czyny, a chło­pa­ków cią­gle się cze­pia. Cie­kawe, czy za­dzwoni na po­li­cję, a może zrobi to wła­ści­ciel piz­ze­rii. Pew­nie za­leży od tego, które z nich po­nie­sie koszty i komu uda się po­sta­wić na swoim. Te­le­fon jest na kartę, nie da się na­mie­rzyć lo­ka­li­za­cji. Po­li­cja nie zaj­muje się zresztą ta­kimi spra­wami, to tylko wy­głup, zwy­kły dow­cip, ta­kie rze­czy dzieją się non stop.

- Do­sta­nie za­wału, kiedy za­puka do niej do­stawca z trzy­dzie­stoma piz­zami, ha, ha. Szkoda, że nie zo­ba­czymy, jak ska­czą so­bie do gar­deł, kto ma za to za­pła­cić. Cie­kawe, jak to roz­wiążą. Czy sza­nowna pani od an­giel­skiego z pie­przo­nego Van­gede coś na to po­ra­dzi?

Wil­liam pa­trzy na po­zo­sta­łych. Tro­chę się śmieją, ale szybko na­staje ci­sza.

- Cze­kaj­cie... Ona chyba nie ma konta na fej­sie. Po­mo­żemy jej wejść w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek? Za­ło­żymy jej pro­fil.

Wil­liam i Kon­rad sia­dają ra­zem na rogu sofy. Co chwilę wy­bu­chają śmie­chem i wy­dają en­tu­zja­styczne okrzyki.

- Ej, no co tam? Co pi­sze­cie? - pyta Sa­muel.

- Chodź i zo­bacz, za­raz jebnę ze śmie­chu. Póź­niej mo­żemy do­dać wię­cej zdjęć. To bę­dzie mega.

Jako zdję­cie pro­fi­lowe wy­ko­rzy­stują fo­to­gra­fię ścią­gniętą ze strony szkoły. W miej­scu "za­wód" pi­szą su­gar mommy. Do­dali także post: "Czy są tu ja­kieś słod­kie dziew­czynki? Chodź­cie do Ma­musi!". Na wallu opu­bli­ko­wali jedno ze zdjęć z te­le­fonu Kon­rada przed­sta­wia­jące pół­na­gie dziew­częce ciało. Nie wia­domo, kto to jest - twarz zo­stała ucięta, ale wi­dać brzuch, majtki, uda.

- Kurwa, prze­gię­li­ście z tym zdję­ciem! Mu­si­cie to usu­nąć. - Głos Lu­kasa lekko się trzę­sie. Wie, że po­su­nęli się za da­leko. Naj­gor­sze, że sam wszystko za­czął.

Sa­muel przy­znaje mu ra­cję ski­nie­niem głowy i staje za Lu­ka­sem. Wil­liam i Kon­rad kwi­tują to śmie­chem.

- Ale z was cipy. Prze­cież to dla za­bawy. Niech po­działa przez chwilę i zo­ba­czymy, co się sta­nie. Może po­sy­pią się lajki i atrak­cyjne pro­po­zy­cje. Może Dren ucie­szy się z na­szej po­mocy.

- No wła­śnie, może o to jej cho­dzi. Żeby ktoś się nią za­in­te­re­so­wał, po­świę­cił jej wię­cej uwagi, na­wią­zał z nią kon­takt. Kto wie, czy nie wy­dre­no­wała wszyst­kich ze swo­jego oto­cze­nia i nie czuje się te­raz sa­motna.

Wil­liam i Kon­rad ze śmie­chem przy­bi­jają żół­wika, wy­daje im się, że są za­je­bi­ści.

- Nie będę w tym uczest­ni­czył. Kurwa, usuń­cie to! Wy­rzucą nas ze szkoły, zu­peł­nie im od­bije, kiedy to od­kryją! Nie mam nic wspól­nego z tym pro­fi­lem, to w chuj nie­le­galne.

- Wy­lu­zuj tro­chę... Chcemy dać jej szansę, tylko na ten wie­czór. Ju­tro to ska­su­jemy.

Kon­rad wstaje i kil­ka­krot­nym kla­śnię­ciem w dło­nie daje znak, że czas ru­szać da­lej.

- No co tam, chło­paki, idziemy po­szu­kać Po­the­ada? Dziś so­bota, trzeba po­rząd­nie przy­grzać. Sta­wiam!

Lu­kas źle się czuje. Resz­cie mówi, że jest zbyt zmę­czony na jazdę ro­we­rem do Char­lot­ten­lund. Idzie na górę do swo­jego po­koju. Może zo­ba­czą się póź­niej.

Cille

Ask sie­dzi z iPa­dem po swo­jej stro­nie łoża mał­żeń­skiego. Cille zerka, co czyta, i wi­dzi, że mąż jest w Na­mi­bii ra­zem ze swoim mek­sy­kań­skim przy­ja­cie­lem. Prze­piękne zdję­cia pu­styni w obłęd­nych ko­lo­rach, młode sło­nie spra­gnione za­bawy, lwice pod­czas po­lo­wa­nia w ści­śle sko­or­dy­no­wa­nych ze­spo­łach, pię­cio­me­trowe kro­ko­dyle za­grze­bane w czer­wo­nym bło­cie. "Su­perza­bawa przy fo­to­gra­fo­wa­niu na­mi­bij­skich lwów i kro­ko­dyli. Ni­gdy nie od­wra­caj­cie się ple­cami do króla dra­pież­ni­ków" - pi­sze Edu­ardo. Po­zuje na tle uj­ścia ja­kiejś rzeki w spoden­kach khaki, roz­pię­tej ko­szuli, ka­pe­lu­szu o sze­ro­kim ron­dzie i tra­pe­rach. Na szyi wisi mu apa­rat z te­le­obiek­ty­wem. Edu­ardo stoi ra­mię w ra­mię z Mo­rit­zem i lo­kal­nym prze­wod­ni­kiem wy­glą­da­ją­cym jak uzbro­jony straż­nik.

- Ni­gdy ci się nie znu­dzi ta jego opo­wieść o wła­snym szczę­ściu? Nie robi ci się nie­do­brze na ten wi­dok?

Pró­buje po­wie­dzieć to z lek­ko­ścią, nadać gło­sowi we­sołe brzmie­nie. Nie za­mie­rza go kry­ty­ko­wać, chcia­łaby tylko po­ga­dać.

- To za­bawne, że to mó­wisz, bo wła­śnie dziś po­my­śla­łem: "Dość już tego! Za­cznij żyć praw­dzi­wym ży­ciem". Trudno mi wy­ja­śnić, dla­czego te­raz na to pa­trzę. Jego ka­ta­logi wy­po­czyn­kowe za­czy­nają mnie nu­dzić.

Cille po­syła mu uśmiech.

- Wspo­mi­na­łam ci o tym, że zgło­si­łam się do wo­lon­ta­riatu w Czer­wo­nym Krzyżu? W po­nie­dzia­łek idę do star­szej pani o imie­niu Rita, która ma pro­blemy ze wzro­kiem. Mieszka w Char­lot­ten­lun­dzie. Ale na­szły mnie te­raz wąt­pli­wo­ści, może to była głu­pia de­cy­zja. My­ślisz, że się na­daję do cze­goś ta­kiego? Przyjść do czy­je­goś domu i sie­dzieć z zu­peł­nie obcą osobą? O czym będę z nią roz­ma­wiać?

Ask pod­nosi wzrok.

- Wszystko bę­dzie do­brze. Świet­nie so­bie ra­dzisz w roz­mo­wach ze star­szymi oso­bami.

- O co ci cho­dzi? Uwa­żasz, że je­stem nudna?

- Nic ta­kiego nie po­wie­dzia­łem. - Ask od­kłada iPada. - Po­tra­fisz roz­ma­wiać ze wszyst­kimi, to mia­łem na my­śli. Moim zda­niem mo­żesz dużo na tym zy­skać.

- Na przy­kład co? Co mia­ła­bym zy­skać, od­wie­dza­jąc ja­kąś star­szą pa­nią?

Ask wzdy­cha.

- Nie wiem do­kład­nie, Cille. Pew­nie wiele róż­nych rze­czy. Już samo to, że spra­wisz jej ra­dość, a dzięki to­bie jej dni na­biorą wię­cej tre­ści i struk­tury, jest warte za­chodu. Z pew­no­ścią czuje się sa­motna, może twoje wi­zyty będą dla niej naj­waż­niej­szym punk­tem dnia? Z dru­giej strony ty też po­trze­bu­jesz ja­kiejś zmiany, prawda? Bo prze­cież dla­tego się do nich zgło­si­łaś, hm? Ko­cha­nie, wy­glą­dasz, jak­byś była zmę­czona. Zga­simy świa­tło, że­byś się wy­spała?

Mówi cier­pli­wym gło­sem, wi­dać, że się stara, ale jego lewe oko drga. I ten wzrok, któ­rym na nią pa­trzy... Neu­tralny. Pu­sty. Bez żad­nego bły­sku ani cie­pła, które mo­głaby od­wza­jem­nić. Cille tę­skni za jego daw­nym spoj­rze­niem, tym, dzięki któ­remu wszystko za­wsze się ukła­dało i wra­cało na swoje miej­sce. Kiedy tak na nią pa­trzył, po­tra­fiła być sobą w lep­szym wy­da­niu. Kie­dyś nie mo­gła się nim na­sy­cić, pra­gnęła go wię­cej, niż mo­gła do­stać, być jesz­cze bli­żej, niż to moż­liwe. Wszystko, co od niego po­cho­dziło, było do­bre. Te­raz dawki, ja­kie Cille do­staje, są tak skąpe, że bar­dziej jej prze­szka­dzają. Pro­wa­dzone przez nich roz­mowy są nie­za­an­ga­żo­wane i nie­po­radne, po­ufa­łość i in­tym­ność znik­nęły. Cią­gle do­cho­dzi mię­dzy nimi do nie­po­ro­zu­mień. Cille wstrzy­muje od­dech i pra­gnie zna­leźć się jak naj­da­lej stąd. Czeka, aż coś się zda­rzy, co­kol­wiek, te­le­fon od ko­goś, wy­grana w lotto, spa­da­jący me­te­oryt, na­gła cho­roba, po­żar, ucieczka, force ma­jeure. Zgło­siła się do Czer­wo­nego Krzyża, w po­nie­dzia­łek ma od­wie­dzić nie­wi­domą star­szą pa­nią, ale poza tym nie dzieje się nic. Zu­peł­nie nic.

***

Ask śpi od­wró­cony do niej ple­cami. Cille obej­rzała film na Red­tu­bie i wsu­nęła lap­top z po­wro­tem pod łóżko. Wpa­truje się w ciem­ność. Na­gle przy­po­mina jej się mysz, która zła­pała się w ich kuchni, kiedy Cille była dziec­kiem. Głowa tkwiła za­trza­śnięta w pu­łapce, czarne śle­pia wpa­try­wały się w nią i w jej dwoje młod­szego ro­dzeń­stwa. Oczy wy­glą­dały, jakby za­raz miały pęk­nąć, z pyszczka cie­kła krew. Mysz wierz­gała de­spe­racko no­gami i udało jej się prze­su­nąć spory ka­wa­łek po pod­ło­dze w nie­moż­li­wej pró­bie ucieczki. Wtedy oj­ciec Cille chwy­cił go­łymi rę­kami pu­łapkę z my­szą i wy­szedł z nią do ogrodu. Za­bro­nił dzie­ciom iść ze sobą. Na dwo­rze wy­jął mysz z pu­łapki i na­dep­nął ją dwa razy drew­nia­kiem, a po­tem wy­rzu­cił do ko­sza na śmieci. Cille wi­działa to wszystko z okna i pła­kała rzew­nymi łzami nad biedną myszką. Gdy oj­ciec wró­cił do domu, dzieci sie­działy po­chy­lone nad ko­lo­ro­wan­kami. Mył ręce przez długi czas, a po­tem za­sta­wił pu­łapkę w tym sa­mym miej­scu co wcze­śniej. Jako przy­nętę wło­żył pla­ste­rek kieł­basy. "Prze­stań­cie pła­kać, zro­bi­łem to, żeby jej po­móc. Idź­cie na dwór się po­ba­wić" - po­wie­dział. Tylko to, nic wię­cej. Dzieci sie­działy przy stole i zer­kały na sie­bie. Nie miały od­wagi się ode­zwać. Otarły z nosa łzy i gile, uda­wały, że ko­lo­rują. Pa­trzyły na plecy ojca, który znów wy­szedł do ogrodu. Nie ro­zu­miał, dla­czego tak się za­cho­wują, kiedy on zdą­żył już po­wró­cić do in­nych za­jęć wo­kół domu. Nie za­wsze po­tra­fisz wy­ja­śnić do­ro­słym męż­czy­znom, jak bar­dzo jest ci przy­kro, że je­steś mała i prze­stra­szona. Oni tego nie ro­zu­mieją. Nie chcą zro­zu­mieć. Nie poj­mują ta­kiej ma­ło­ści, ta­kiego stra­chu. Nie po­tra­fią i nie chcą udać się z tobą w miej­sce, gdzie nie ma się czego uchwy­cić. Tam, gdzie cia­łem wstrzą­sają spa­zmy, a płacz za­lewa oczy, nos, usta. Ten ro­dzaj by­cia ma­łym, ten ro­dzaj stra­chu są dla do­ro­słych męż­czyzn de­struk­cyjne i nie­bez­pieczne. Przy­po­mi­nają ba­gno krę­pu­jące ich ru­chy. Gu­bią się w nim, tracą roz­pęd i zdol­ność prze­trwa­nia. Dla­tego od­wra­cają się do cie­bie ple­cami i mó­wią: "Ko­cha­nie, wy­glą­dasz, jak­byś była zmę­czona. Zga­simy świa­tło, że­byś się wy­spała?". Nie po­tra­fią po­stą­pić ina­czej. Od­wra­cają się ple­cami do pro­ble­mów, któ­rych nie mogą roz­wią­zać, i za­cho­wują się, jakby nic się nie stało. A wyj­ściem z ba­gna mu­sisz za­jąć się sama. Po­stę­pują tak, bo nie znają in­nej drogi. Oto mroczna ma­te­ria, z któ­rej ule­pieni są męż­czyźni. Ro­bią to, co leży w sfe­rze ich dzia­łal­no­ści, po­zwa­la­jąc światu wchło­nąć płacz i smu­tek, któ­rym nie po­tra­fią za­ra­dzić. Nie wejdą w grzą­skie ba­gno, bo to wbrew ich na­tu­rze. Mil­czą, świę­cie prze­ko­nani, że po­stę­pują słusz­nie, że nie ma w tym nic złego.

Ka­are

Za­częła pu­kać nocą do jego drzwi. Nie dzieje się to czę­sto, ale o co może jej cho­dzić? Kilka lat temu Ca­ro­line przede­fi­nio­wała ich mał­żeń­stwo. Gdy Ka­are zban­kru­to­wał, od­ku­piła od niego jego po­łowę domu i za­żą­dała, żeby od­tąd mieli od­dzielne fi­nanse i spali w osob­nych sy­pial­niach. Naj­pierw mu­siał do tego przy­wyk­nąć, ale wszystko się uło­żyło le­piej niż w jego naj­śmiel­szych ocze­ki­wa­niach. Obec­nie do­strzega prak­tycz­ność ta­kiego roz­wią­za­nia. Ca­ro­line cho­dzi spać dużo wcze­śniej niż on i wstaje skoro świt. Przed­tem Ka­arego czę­sto bu­dził alarm na­sta­wiony przez nią w te­le­fo­nie i jej po­ranne ry­tu­ały. Dzięki osob­nemu spa­niu uni­kają tych i in­nych mo­men­tów iry­ta­cji. W ten spo­sób jest im ła­twiej. W ich łożu mał­żeń­skim i tak nie działo się zbyt wiele, żeby to ro­biło spe­cjalną róż­nicę. Ka­are nie na­leży do osób, które cze­piają się dro­bia­zgów, zwłasz­cza że inne ob­szary ich ży­cia funk­cjo­nują bez za­rzutu. Ca­ro­line jest mą­drą i przed­się­bior­czą ko­bietą, Ka­are bar­dzo ją sza­nuje, bez dwóch zdań. Nie­jed­no­krot­nie od­bywa z nią tre­ściwe in­spi­ru­jące roz­mowy, żona po­trafi świet­nie wszystko zor­ga­ni­zo­wać, spra­wić, że rze­czy dzia­łają bez za­rzutu. Gdy w jego fir­mie po­ja­wiają się pro­blemy, Ka­are za­wsze może się do niej zwró­cić, za­miast za­się­gać wąt­pli­wej po­rady w jed­nej z wielu kan­ce­la­rii, które ka­sują za taką usługę trzy ty­siące ko­ron na go­dzinę. Także to ma swoją war­tość. Za­warł z Ca­ro­line kom­pro­mis, który Ka­aremu od­po­wiada, zwłasz­cza że znaj­duje inne spo­soby na za­spo­ko­je­nie bar­dziej in­tym­nych po­trzeb. Nie ma po­ję­cia, czy Ca­ro­line po­stę­puje tak samo, ale zdzi­wiłby się, gdyby tak było. Sama twier­dzi, że seks w jej ży­ciu od­grywa dru­go­rzędną rolę. Cza­sami zda­rza się jed­nak święto lasu, chyba tak się to mówi, i raz na ja­kiś czas Ca­ro­line ostroż­nie puka do jego drzwi. On mówi: "Wejdź", prze­suwa się i unosi koł­drę, żeby się wśli­zgnęła do łóżka obok niego. Szko­puł w tym, że nie jest w sta­nie zro­bić nic wię­cej. Ciało go nie słu­cha. Może tylko po­gła­skać ją uprzej­mie po ple­cach, po­trzy­mać za rękę i po­roz­ma­wiać o tym, co jej leży na sercu. Nie żeby się nie cie­szył na jej wi­dok, jest mu przy­jem­nie, że przy­tula się do niego w ciem­no­ściach, i od­po­wiada mu jej to­wa­rzy­stwo. Ca­ro­line nie gniewa się o jego nie­moc, tylko mil­czy przez krótką chwilę. W te noce Ka­are stara się być dla niej wy­jąt­kowo miły, przyj­muje rolę po­cie­szy­ciela.

- Ko­cha­nie, to nie twoja wina, tylko moja. Nie­stety ostat­nio mam z nim kiep­ską łącz­ność. Chyba przez to, że tak dużo my­ślę o tej bu­do­wie.

I tak leżą obok sie­bie w czar­nej sa­ty­no­wej po­ścieli. Pa­trzą na su­fit i roz­ma­wiają o zwy­kłych spra­wach. Ca­ro­line mar­twi się Lu­ka­sem, a Ka­are ją uspo­kaja. Nie­po­trzeb­nie wy­naj­duje so­bie pro­blemy.

- Chłopcy już tacy są! Kiedy mają czter­na­ście lat, wcho­dzą do swo­ich po­ko­jów i wy­cho­dzą z nich jako dwu­dzie­sto­lat­ko­wie. Przez te sześć, sie­dem lat po­mię­dzy nie mają spe­cjal­nej ochoty na roz­mowy, to nor­malne. Lu­kas wie, co robi. Mu­simy wie­rzyć w jego roz­są­dek. Sta­ramy się, jak mo­żemy, mamy go na oku, a on wie, że w każ­dej spra­wie może się do nas zwró­cić. Szuka wła­snej drogi, tak jak wszy­scy mło­dzi męż­czyźni. Ze mną też tak było.

Za­czyna opo­wia­dać o tym, jak to sam włó­czył się kie­dyś po Br?ndby. Nie wszystko po­to­czyło się tak, jak po­winno, a mimo to wy­szedł na lu­dzi, prawda? Ca­ro­line słu­cha, kła­dzie mu głowę na piersi. Do­okoła pa­nuje ide­alny spo­kój, jest mu do­brze tak po pro­stu z nią le­żeć, w końcu są mę­żem i żoną, jak­żeby ina­czej.

***

Ka­are zna ekipę pol­skich fa­chow­ców, z któ­rych usług za­wsze ko­rzy­sta przy róż­nych pro­jek­tach re­mon­towo-bu­dow­la­nych. Po­lacy wy­ko­nują więk­szość prac zwią­za­nych z do­mem w Klam­pen­borgu, ale musi też za­trud­nić Duń­czy­ków, żeby móc przed­sta­wić ja­kieś fak­tury, ina­czej bę­dzie to po­dej­rza­nie wy­glą­dało. Nie­któ­rzy na­bywcy nie­ru­cho­mo­ści po­tra­fią za­żą­dać ate­stów tego i owego, Ka­are chce być kryty, żeby póź­niej nie mieć pro­ble­mów ze sprze­dażą. Za­warł umowę z lo­kal­nym cie­ślą. Na­zy­wają go Zło­tym He­blem. Ka­are ma na niego haka zwią­za­nego z błę­dem po­peł­nio­nym na in­nej bu­do­wie i wie, że tam­ten nie ze­drze z niego skóry. Dziś, gdy zja­wił się rano na bu­do­wie, za­cze­pił go je­den z mło­dych cie­śli za­trud­nio­nych u Zło­tego He­bla i po­in­for­mo­wał, że jest pro­blem z da­chem. Żeby za­osz­czę­dzić, Ka­are zle­cił pol­skiej eki­pie wy­ko­na­nie ca­łej kon­struk­cji, i te­raz oka­zuje się, że bra­kuje pu­stej prze­strzeni mię­dzy war­stwą izo­la­cji a po­kry­ciem.

- Musi być przy­naj­mniej dzie­sięć cen­ty­me­trów, ina­czej nie za­pewni się od­po­wied­niego prze­pływu po­wie­trza - po­wie­dział młody cze­lad­nik. - Te­raz są tylko dwa, oso­bi­ście to zmie­rzy­łem. Wiem, że to nie moja sprawa, ale od­kry­łem to przez przy­pa­dek. Tak czy owak, ten dach trzeba unieść o osiem cen­ty­me­trów, ina­czej bę­dzie pan miał pro­blemy z grzy­bem.

- Nie mo­żemy! - ucina Ka­are. - Zbu­do­wa­li­śmy to w zgo­dzie z pro­jek­tem, co do cen­ty­me­tra. Co pan so­bie wy­obraża?! Prze­cież do­brze pan wie, że nie pod­wyż­szę da­chu o osiem cen­ty­me­trów! Mógłby pan rów­nie do­brze ka­zać mi pod­nieść wieżę Eif­fla! Skąd w ogóle ta pro­po­zy­cja, to ja­kaś kom­pletna bzdura, i to cztery mie­siące przed od­da­niem bu­dynku do użytku! Wy­daje się panu, że to za­bawne?

Cze­lad­nik wzru­sza ra­mio­nami.

- Po pro­stu uwa­żam, że po­wi­nien pan o tym wie­dzieć. Je­śli chce pan wziąć na sie­bie od­po­wie­dzial­ność, okej, jak dla mnie nie ma pro­blemu, ale od tego świń­stwa można się po­waż­nie roz­cho­ro­wać. W ro­dzi­nie mo­jego brata był taki przy­pa­dek. Wszy­scy mieli pro­blemy z od­dy­cha­niem, przez dwa lata kasz­leli, mę­czyły ich dusz­no­ści, aż od­kryli, co jest grane. Mu­sieli się wy­pro­wa­dzić, zna­leźć so­bie ja­kiś lo­kal za­stęp­czy. Spe­cja­li­styczna ekipa zdarła wszystko od środka i po­trak­to­wała che­mią, ale po wszyst­kim oka­zało się, że ro­dzina brata i tak nie może tam miesz­kać. Osta­tecz­nie sprze­dali miesz­ka­nie za śmieszną cenę, a póź­niej się roz­wie­dli. Trudno w to uwie­rzyć, ale to prawda. Kiedy to świń­stwo do­staje się do or­ga­ni­zmu, nie da się go po­zbyć. Mó­wię tylko, że to cho­ler­nie nie­bez­pieczne. Może le­piej niech pan spraw­dzi w gmi­nie, czy nie da się uzy­skać zwol­nie­nia z ko­niecz­no­ści pod­nie­sie­nia da­chu o kilka do­dat­ko­wych cen­ty­me­trów, to chyba lep­sze, niż wy­bu­do­wać dom, w któ­rym nie da się za­miesz­kać.

Wku­rza­jący ty­pek, pie­kiel­nie prze­mą­drzały, cho­ciaż nie skoń­czył na­wet dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Co taki mło­kos może wie­dzieć o czym­kol­wiek? Ka­are leży w ciem­no­ści, obej­mu­jąc ra­mie­niem Ca­ro­line i nie może prze­stać o tym my­śleć. Je­śli zwróci się do gminy, trup wy­pad­nie z szafy. Ka­are ry­zy­kuje, że do­sta­nie od­mowę, a jed­no­cze­śnie wada bu­dynku zo­sta­nie ofi­cjal­nie od­no­to­wana. Je­śli na­to­miast pod­nie­sie dach bez od­po­wied­niego po­zwo­le­nia, może się oka­zać, że ja­kiś cze­pial­ski geo­deta bu­dow­lany uzna bu­dy­nek za zbyt wy­soki i trzeba bę­dzie ro­ze­brać całą kon­struk­cję, za­cząć zu­peł­nie od nowa. Ka­are stoi przed trud­nym dy­le­ma­tem. Gdyby tylko ten durny cze­lad­nik nie wty­kał nosa w nie swoje sprawy. Nie da się po­zwać pol­skiej ekipy, bo wy­ko­nali całą ro­botę na czarno, bez żad­nych pa­pie­rów. Nie może po­cią­gnąć ich do od­po­wie­dzial­no­ści i zmu­sić do prze­bu­dowy. To cho­lerna nie­spra­wie­dli­wość. Ka­are jest przed­się­bior­czą jed­nostką, ale ogra­ni­czają go wszyst­kie te kre­tyń­skie prze­pisy. Jak wielki silny ptak po­wi­nien swo­bod­nie la­tać w prze­stwo­rzach. Nikt nie bę­dzie pod­ci­nał mu skrzy­deł, wpy­chał go do klatki. Jest in­we­sto­rem, dzięki któ­remu po­wstają nowe bu­dynki, a gmina staje się pięk­niej­sza. Przy­czy­nia się do pod­nie­sie­nia jej po­ziomu, na­kręca jej atrak­cyj­ność. To on tu de­cy­duje! Le­żąc w łóżku, stwier­dza, że ja­koś to bę­dzie. Na po­czątku gor­li­wie przy­tak­nie wszyst­kim uwa­gom mło­dego cie­śli, a po­tem po­cią­gnie za wła­ściwe sznurki i za­trosz­czy się o to, żeby znik­nął z jego bu­dowy. Mistrz bę­dzie mu­siał mu zna­leźć fu­chę gdzie in­dziej. Ka­are każe pol­skiej eki­pie zna­leźć inne wyj­ście, bar­dziej pro­wi­zo­ryczne. Może da się po­ło­żyć na izo­la­cji cien­kie me­ta­lowe szyny, które tro­chę ją przy­gniotą, co stwo­rzy więk­szą prze­strzeń. Niech ru­szą głową i po­kom­bi­nują, po­winni po so­bie po­sprzą­tać naj­le­piej, jak po­tra­fią. Grzyb nie ata­kuje me­talu, Ka­are tro­chę o tym po­czy­tał. A może uda im się unieść dach o dwa cen­ty­me­try? Za­pewni to pe­wien prze­świt, ale tak mały, że geo­deta z gminy, gdyby się tu przy­pa­łę­tał, mach­nąłby na to ręką. Ka­are nie za­szedł tak da­leko na ostroż­no­ści, tylko na wy­my­śla­niu roz­wią­zań. Otóż to, Ka­are Kri­stian­sen za­wsze coś wy­my­śli! Nikt jesz­cze się nie roz­cho­ro­wał od tego, że nie prze­strzega się co do mi­li­me­tra prze­pi­so­wych wy­mia­rów. Mogą mu na­stu­kać. Współ­cze­śni lu­dzie są tacy krusi i roz­piesz­czeni, kie­dyś to czło­wiek się cie­szył, że ma dach nad głową. Te­raz na­gle w domu uwa­ża­nym za na­da­jący się do za­miesz­ka­nia wy­maga się sys­temu wen­ty­la­cji, ogrze­wa­nia geo­ter­mal­nego, do­kład­nie sied­miu cen­ty­me­trów izo­la­cji i dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wol­nej prze­strzeni pod da­chem. Lu­dzie, czy wy­ście po­sza­leli?! Skup­cie się na tym, co naj­waż­niej­sze. Ka­are chęt­nie sta­nąłby w sze­regu orę­dow­ni­ków li­cze­nia się z rze­czy­wi­sto­ścią i z ra­chun­kiem fi­nan­so­wym. "Halo, tu zie­mia! Prze­cież musi nam się to ja­koś opła­cać!" My­śli o tym wszyst­kim, pod­czas gdy Ca­ro­line przy­tula się do niego w ciem­no­ści. Jest to jedna z nocy, kiedy po­trze­buje się zna­leźć w jego ob­ję­ciach. Prze­suwa dło­nią po jego tor­sie, za­cho­wuje się bar­dziej ofen­syw­nie niż zwy­kle, ale Ka­are jest w sta­nie my­śleć tylko o grzy­bie na da­chu i z wielką de­li­kat­no­ścią usuwa jej dłoń z dol­nych re­gio­nów swo­jego ciała.

- O czym my­ślisz? - pyta go Ca­ro­line.

- O grzy­bie strzęp­ko­wym, ko­cha­nie. Ostat­nio coś o tym sły­sza­łem.

- Po­dobno jest tru­jący dla lu­dzi - mru­czy Ca­ro­line sen­nym gło­sem w stronę jego klatki pier­sio­wej. - Zżera cię od we­wnątrz. Płuca, pa­mięć, cały sys­tem ope­ra­cyjny or­ga­ni­zmu. To na­prawdę nie prze­lewki.

Cille

Ra­smus stoi przed drzwiami wej­ścio­wymi w czar­nych ro­bo­czych spodniach i ko­szulce, która kie­dyś z pew­no­ścią była biała. Jej ku­zyn o ja­snym spoj­rze­niu i z wiecz­nie ster­czą­cymi wło­sami, któ­rego ona zna od za­wsze, tym ra­zem wy­jąt­kowo bez to­wa­rzy­szą­cej mu Niny. Cille wita go uśmie­chem.

- Za­pro­sisz mnie na kawę? - pyta Ra­smus, ma­cha­jąc białą pa­pie­rową torbą z pie­karni.

- Pew­nie. Wejdź. Prze­pra­szam za lekki ba­ła­gan, nie zdą­ży­łam się jesz­cze wy­ką­pać. Pi­sa­łam wła­śnie po­da­nie o pracę. A wła­ści­wie przy­mie­rza­łam się do tego. Czymś w końcu się mu­szę za­jąć.

- No wła­śnie, mię­dzy in­nymi dla­tego też przy­sze­dłem.

Kiwa głową z do­bro­tli­wym wy­ra­zem twa­rzy i pa­trzy na nią. Cille czuje się zmę­czona na samą myśl o te­ma­cie roz­mowy, który wła­śnie za­sy­gna­li­zo­wał. Może uda jej się ja­koś z niej wy­ma­new­ro­wać, wró­cić do ich daw­nych po­ga­wę­dek i nie sku­piać się spe­cjal­nie na jej sy­tu­acji. Może po pro­stu na­piją się kawy, może ją zo­stawi w spo­koju, może po­sie­dzą so­bie tylko przez chwilę. Ra­smus stoi już w kuchni, za późno na zmianę zda­nia. Cille otwiera torbę i wy­bu­cha śmie­chem. Ku­pił tra­dy­cyjną tartę ma­li­nową - cztery so­lidne ka­wałki zbite jak ce­gły, cięż­kie od lu­kru i mar­mo­lady.

- Brawo! Praw­dziwa tarta do­mo­wej ro­boty! Gdzie ty ją zna­la­złeś? Tu w oko­licy można do­stać tylko eko­lo­giczne wy­pieki na zdro­wej born­holm­skiej mące, bez lu­kru i de­ko­ra­cji. Zu­peł­nie inne niż te, któ­rymi za­wsze czę­sto­wała nas bab­cia, pa­mię­tasz?

- Wła­śnie dla­tego ku­pi­łem cztery. Niech Tara i To­bias spró­bują ory­gi­nal­nego rze­mieśl­ni­czego pro­duktu. By­łem dziś rano w Br?n­sh?j wy­mie­rzyć miej­sce pod ta­ras. Ostat­nio czę­sto tam jeż­dżę, to na­prawdę miły fa­cet. Pro­wa­dzi wła­sne biuro po­dróży w cen­trum Ko­pen­hagi, Ba­śniowe Po­dróże, może o nim sły­sza­łaś? Wy­re­mon­to­wa­łem mu piw­nicę i po­ma­lo­wa­łem fa­sadę sklepu. No, mniej­sza z tym. W tej czę­ści Br?n­sh?j, gdzie mieszka, znaj­duje się pie­kar­nia. Jak wi­dzisz, pieką tam praw­dziwą tartę ma­li­nową.

Cille za­pa­rza kawę. Na­prawdę miło, że Ra­smus do niej zaj­rzał. Po­tem siada na­prze­ciwko niego i wi­dzi, jak ku­zyn spusz­cza wzrok i dra­pie się po karku.

- Cille, cho­dzi mi o to, że... Dużo o to­bie my­śla­łem, od­kąd by­łem tu­taj ostat­nio. Tak bar­dzo chciał­bym coś zro­bić. Ja­koś ci po­móc, tylko nie wiem jak. Mu­sisz mi obie­cać, że dasz znać, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała.

- Dzię­kuję ci, to na­prawdę miło z two­jej strony, ale nie po­zo­staje mi nic in­nego jak cią­głe wy­sy­ła­nie po­dań.

- Je­stem pe­wien, że coś znaj­dziesz. Coś po­jawi się ni stąd, ni zo­wąd i znów bę­dziesz pra­co­wać, nie ma in­nej opcji.

- Pro­blem w tym, że zaj­muje to strasz­nie dużo czasu... i nic się nie dzieje.

- Obie­caj mi, że się nie zmie­nisz.

- Co masz na my­śli?

- Że­byś była taka jak wtedy, gdy wciąż miesz­ka­łaś u ro­dzi­ców. Kimś, na kogo pa­trzy się z po­dzi­wem. Ku­zynką, obok któ­rej za­wsze chciało się sie­dzieć na im­pre­zie ro­dzin­nej. Za nic w świe­cie nie chcę się mie­szać w nie swoje sprawy, ale Cille, którą ostat­nio wi­dzę, nie jest tą, którą znam. Tylko to chcia­łem ci po­wie­dzieć, szcze­rze, od serca.

Cille czuje, że łzy na­pły­wają jej do oczu. Sięga po ser­wetkę i pod­nosi wzrok na Ra­smusa. Ta jego twarz, ten ogrom do­brej woli, ten pół­noc­no­ju­tlandzki dia­lekt z cha­rak­te­ry­styczną prze­cią­głą wy­mową sa­mo­gło­sek, urwa­nymi koń­ców­kami, "w" wy­ma­wia­nym jak "ł". Na pół­nocy Ju­tlan­dii mówi się: "Daj mi tro­chę łody", "Kła­śna ta ka­pu­sta", "W le­sie ro­śnie dużo drzeł". Gdy Ra­smus się od­zywa, jego słowa brzmią jak we­zwa­nie. Cille czuje cie­pło roz­cho­dzące się po ciele, kiedy sły­szy to lekko opry­skliwe mo­no­tonne brzmie­nie ko­ja­rzone z dzie­ciń­stwem, bez­pie­czeń­stwem, pew­no­ścią, spo­ko­jem. Wcze­śniej, gdy Ra­smus prze­pro­wa­dził się do Ko­pen­hagi i po­ma­gał im z re­mon­tem, za­wsze tu sie­dzieli. Ona była na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim z Tarą. Ra­zem je­dli po­siłki i po­pi­jali kawę. Ra­smus, z za­wodu cie­śla, aku­rat stra­cił pracę i za­ofe­ro­wał im swoją po­moc, gdy oka­zało się, że Cille i Ask ku­pili praw­dziwą ru­inę. W po­je­dynkę wy­re­mon­to­wał cały dom, żeby mo­gli w nim za­miesz­kać i mieć na­dzieję, że kie­dyś uda im się za­ro­bić na spłatę kre­dytu. Po­mógł im, gdy zre­ali­zo­wał się naj­czar­niej­szy sce­na­riusz.

- Prze­pra­szam cię, Ra­smus. Ostat­nio tro­chę mi ciężko. Sam by­łeś bez pracy, więc na pewno pa­mię­tasz, jak to jest. Masz wra­że­nie, jakby wszy­scy o to­bie za­po­mnieli i jakby coś było z tobą nie tak. Jak­byś zo­sta­wał w tyle. Sta­jesz się kimś in­nym, kim wcale nie chcesz być, ale nie po­tra­fisz wró­cić do swo­jej daw­nej osoby. Cille, o któ­rej mó­wisz... można po­wie­dzieć, że znik­nęła. Nie ma jej już.

- Ow­szem, jest! I nie sie­dzi w domu, uża­la­jąc się nad sobą. Je­steś za do­bra na to, żeby tkwić tu mie­sią­cami w szla­froku, ukryta za ekra­nem kom­pu­tera. Mu­sisz zna­leźć w so­bie dawną Cille. To zna­czy, je­śli chcesz znać moje zda­nie.

Po wyj­ściu Ra­smusa Cille idzie na sam ko­niec ulicy i siada na murku tuż przy plaży. My­śli o ku­zy­nie i o ro­dzi­nie z pół­noc­nej Ju­tlan­dii. Na­gle za­czyna tę­sk­nić za swoim daw­nym na­zwi­skiem. Cille Lund Jo­han­ne­sen. Tak, to wła­śnie ona. W tym na­zwi­sku mie­ści się jej hi­sto­ria, glina, z któ­rej ją ule­piono. Cille Lund Jo­han­ne­sen brzmi sym­pa­tycz­niej i przy­jem­niej się to wy­ma­wia. Cille tę­skni za daw­nym na­zwi­skiem. Po ślu­bie au­to­ma­tycz­nie przy­jęła na­zwi­sko Aska. Nie my­ślała o tym wtedy zbyt wiele, zmiana wy­da­wała jej się słuszna. Chciała się na­zy­wać tak jak mąż i dziecko, któ­rego ocze­ki­wali. Mieli zo­stać praw­dziwą ro­dziną i Cille uwa­żała tę zmianę za pierw­szy krok. Pod­pi­sy­wała się no­wym na­zwi­skiem, ale być może ni­gdy nie stała się praw­dziwą Cille Beck­mann. Brzmi to ostro, kan­cia­sto. A je­śli ta forma zu­peł­nie do niej nie pa­suje, je­śli Cille nie jest żadną Beck­mann? Szybko wraca do domu, chce roz­wią­zać test. Jest ich wiele do wy­boru: "Prze­te­stuj się: czy masz na­zwi­sko nie­udacz­nika?", "Co mówi o to­bie twoje na­zwi­sko?", "Ja­kie skłon­no­ści prze­stęp­cze zdra­dza twoje na­zwi­sko?", "Co zna­czy twoje na­zwi­sko?". Cille wy­biera trzy różne i w każ­dym z nich Cille Lund Jo­han­ne­sen wy­pada le­piej niż Cille Beck­mann. Cille Lund Jo­han­ne­sen jest mę­żatką, ma dzieci, skłon­no­ści prze­stęp­cze po­ni­żej śred­niej i le­piej za­ra­bia. Cille Beck­mann jest o pięć lat star­sza od Cille Lund Jo­han­ne­sen, mieszka sama w wy­naj­mo­wa­nym miesz­ka­niu, ma skłon­no­ści prze­stęp­cze po­wy­żej śred­niej, mniej przy­ja­ciół i niż­szy roczny przy­chód. Je­śli się weź­mie pod uwagę kilka róż­nych pa­ra­me­trów, Cille Lund Jo­han­ne­sen zdo­bywa lep­szy wy­nik, jest tro­chę młod­sza i bar­dziej atrak­cyjna, ni mniej, ni wię­cej. Cille lu­biła swoje dawne na­zwi­sko, wciąż po­doba jej się jego brzmie­nie i ob­razy, które prze­wi­jają jej się przed oczami, gdy mówi je na głos. "Cille Lund Jo­han­ne­sen" brzmi ła­god­niej i me­lo­dyj­niej, nie ma tam żad­nych twar­dych kan­tów, żad­nych ostrych ro­gów, o które można się ude­rzyć. Czy po­winna coś z tym zro­bić, a może to ko­lejny dzi­waczny po­mysł? Czy może za­pre­zen­to­wać Askowi wy­niki uzy­skane w te­stach? Czy mąż nie zin­ter­pre­tuje tego jako chęci roz­wodu? A dzieci, co one po­wie­dzą? Czy jest to krok we wła­ści­wym kie­runku, czy chwy­ta­nie się kur­czowo ni­kłej na­dziei?

***

Po przy­pro­wa­dze­niu dzieci do domu Cille zrywa w ogro­dzie prze­bi­śnieg. Po­tem znaj­duje kartkę pocz­tową i w pra­wym rogu przy­kleja do niego kwia­tek.

Ko­chani Ra­smu­sie i Nino, nie mie­li­by­ście czasu/ochoty zjeść z nami ko­la­cji w so­botę wie­czo­rem? Miło by było się z Wami zo­ba­czyć. Ser­decz­nie po­zdra­wiamy, Cille i Spółka

Ca­ro­line

Wy­jeż­dża z Fa­bri­tius Allé, mija domy sze­re­gowe w an­giel­skim stylu. Wraca od no­wej klientki. Spo­tka­nie prze­bie­gło do­brze, Ca­ro­line zgo­dziła się na po­pro­wa­dze­nie sprawy, która wy­gląda na pewną wy­graną. Te­raz ma ochotę prze­je­chać się po oko­licy, bo do na­stęp­nego spo­tka­nia zo­stało jej jesz­cze tro­chę czasu. Razi ją świa­tło od­bi­ja­jące się od czar­nych gla­zu­ro­wa­nych da­chów, więc zjeż­dża na bok, żeby wy­jąć z to­rebki oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Z Dy­re­ha­ve­vej skręca w Stran­dve­jen, któ­rędy chce do­je­chać do Gam­mel Stran­dvej, żeby na­sy­cić się wi­do­kiem plaży i po­ło­żo­nych nie­opo­dal bia­łych pa­ła­cy­ków. W bez­chmurny dzień taki jak dziś na ho­ry­zon­cie wi­dać na­wet Szwe­cję i most nad Sun­dem, który spo­kojną li­nią łą­czy ze sobą oba kraje. Ca­ro­line prze­jeż­dża obok bu­dowy Ka­arego. Nie można mu od­mó­wić do­brego nosa do to­po­wych lo­ka­li­za­cji. Dom po­wstaje w nie­du­żej od­le­gło­ści od re­zy­den­cji ame­ry­kań­skiego am­ba­sa­dora, można stąd dojść do Zwie­rzyńca w za­le­d­wie kilka mi­nut. Bli­skość przy­rody stała się dla Ca­ro­line ważna jak ni­gdy przed­tem. To dla niej coś zu­peł­nie no­wego, co nie daje jej spo­koju. W zie­lo­nym oto­cze­niu lasu po­trafi się wy­ci­szyć, głę­biej od­dy­chać, po­czuć ład i har­mo­nię. Nie wcho­dzi na bu­dowę, przy­gląda się ro­bot­ni­kom z sa­mo­chodu. Wy­gląda na to, że trwają prace nad da­chem. Ka­are, tak jak inni, zde­cy­do­wał się na czarną gla­zu­ro­waną da­chówkę. Do­pa­so­wuje się do reszty, nie chce być gor­szy od są­sia­dów. W tym pro­jek­cie jest coś po­cią­ga­ją­cego - zu­peł­nie nowy dom, w któ­rym można by za­cząć od zera. Jest mniej­szy i le­piej roz­pla­no­wany od ich wła­snego, co ofe­ruje zu­peł­nie nowe moż­li­wo­ści. Ca­ro­line ru­sza z miej­sca, je­dzie Slot­sal­léen, gdzie białe pa­ła­cyki prężą się ni­czym kró­lowe pięk­no­ści na oświe­tlo­nej sce­nie, ry­wa­li­zu­jąc o to, która z nich jest naj­lep­sza i naj­pięk­niej­sza, która ma naj­wię­cej pie­nię­dzy i która zwy­cięży. Klam­pen­borg to za­ra­zem dziwne i prze­piękne miej­sce. Już samo słowo ma uro­kliwe wy­tworne brzmie­nie. Na­wet te­raz, w stycz­niu, dźwię­czy słoń­cem, la­tem, brycz­kami, pik­ni­kiem, ludźmi w lnia­nych kurt­kach i dłu­gich, bia­łych suk­niach. Klam­pen­borg jest nie­dziel­nym sło­wem, tu­taj niebo za­wsze ma ko­lor błę­kitu. To słowo nie­malże wy­maga unie­sie­nia pod­bródka i po­sta­ra­nia się o wła­ściwą ar­ty­ku­la­cję. W tym miej­scu się nie mam­ro­cze, nie wy­po­wiada w nie­dbały spo­sób, ze spusz­czo­nym wzro­kiem. Klam­pen­borg to ukryte w zie­leni pa­ła­cyki, olśnie­wa­jąco piękne re­zy­den­cje zwró­cone oknami w stronę srebr­no­nie­bie­skiej kur­tyny Sundu, po­ro­śnięte trawą wznie­sie­nia i je­le­nie pa­sące się w ogro­dach za­bez­pie­czo­nych sys­te­mami mo­ni­to­ringu. Wróg czai się bo­wiem tuż za pło­tem, nie każdy uważa, że tu­tej­szym miesz­kań­com na­leżą się ich przy­wi­leje. Klam­pen­borg chroni się przed za­zdro­ścią i za­wist­nymi spoj­rze­niami. Na ze­wnątrz tli się pra­gnie­nie ze­msty na bo­ga­tych su­kin­sy­nach ukry­tych za wy­so­kimi mu­rami, bur­żu­jach, roz­pusz­czo­nych gnoj­kach z wyż­szych sfer, tych, któ­rzy do­rwali się do ko­ryta. Z jed­nej strony stoją wy­pie­lę­gno­wane i sku­pione na so­bie babsz­tyle z Gen­to­fte i ich żądni wła­dzy mę­żo­wie ka­pi­ta­li­ści, z dru­giej - Ro­mo­wie, nar­ko­mani, bandy z Eu­ropy Wschod­niej i reszta prze­stęp­ców o po­cho­dze­niu in­nym niż duń­skie, ży­ciowi wy­ko­le­jeńcy, można po­wie­dzieć - cała reszta świata. Uprze­dze­nia żyją w naj­lep­sze po obu stro­nach za­mknię­tych że­la­znych bram. Klam­pen­borg wy­po­saża się w pry­watne firmy ochro­niar­skie, mo­ni­to­ring, alarmy, sta­lowe ogro­dze­nia z dru­tem kol­cza­stym na wy­so­ko­ści czte­rech me­trów. Ten drogi trój­kąt na ma­pie Da­nii jest za­mknięty na kłódkę, pil­nie strze­żony i nie do ru­sze­nia. Wszystko ma tu­taj długą hi­sto­rię i głęb­sze zna­cze­nie, które miesz­kańcy za­cho­wują tylko dla sie­bie, bo tak wła­śnie chcą. Cią­głość, cha­rak­ter, klasa. Kilka lat temu przy­ja­ciółka Ca­ro­line ku­piła tu stary dom. Gdy za­pro­po­no­wano jej awans na młod­szą part­nerkę w spółce ad­wo­kac­kiej Bech-Bruun, po­sta­no­wiła wró­cić do Klam­pen­borga, żeby za­pew­nić wła­snym dzie­ciom te same moż­li­wo­ści, które miała ona. Za­trud­niła kon­ser­wa­tora za­byt­ków i ar­chi­tekta spe­cja­li­zu­ją­cego się w re­no­wa­cji hi­sto­rycz­nych bu­dyn­ków, aby przy­wró­cić nie­ru­cho­mo­ści dawny blask. Bo tak się to tu­taj robi. Klam­pen­borg to ro­do­wód cią­gnący się wiele po­ko­leń wstecz, to miej­sce, do któ­rego się wraca. To matka, która jako dziecko grała w karty i piła her­batę przy Ham­bros Allé, to dziad­ko­wie, któ­rzy znali Ka­ren Bli­xen, Nie­lsa Bohra i je­dli ko­la­cje z Jen­sem Otto Kra­giem w jego re­zy­den­cji pre­miera. To dzia­dek - były mistrz olim­pij­ski w że­glar­stwie - i bab­cia, która kie­dyś była gwiazdą fil­mową i spę­dzała Boże Na­ro­dze­nie z Clar­kiem Ga­ble'em w Hol­ly­wood. Klam­pen­borg to wi­zyty i przy­ję­cia no­wo­roczne, które prze­wyż­szyć mogą tylko te wy­da­wane przez kró­lową. Miesz­kańcy Klam­pen­borga de­lek­tują się pro­ble­mami, bo za­wsze so­bie po­ra­dzą. Me­di­cus. Ju­sti­ti­cus. Po­li­tico. Im­pe­rio. Rex. Tu­tejsi bie­gle wła­dają ła­ciną, któ­rej na­uczyli się na uni­wer­sy­te­cie, to zna­ko­mite oso­bi­sto­ści ży­jące w po­miesz­cze­niach peł­nych prze­py­chu. Kul­tu­ralni lu­dzie wciąż grają tu­taj w sza­chy i bry­dża. Zrze­szają się w gru­pach czy­tel­ni­czych i klu­bach, gdzie dys­ku­tują o li­te­ra­tu­rze i sztuce w kilku róż­nych ję­zy­kach. Cho­dzi w tym o ko­rze­nie i in­te­gral­ność - jak da­leko wstecz i jak głę­boko sięga hi­sto­ria two­jej ro­dziny, kim był twój pra­dzia­dek, jak brzmi twoja wła­sna opo­wieść, czy na­le­żysz do tego świata i czy po­tra­fisz to udo­wod­nić? Czy je­steś praw­dziwą księż­niczką, czy tylko ko­lejną wy­dmuszką? Klam­pen­borg z miej­sca przej­rzy cię na wy­lot. Wielu chcia­łoby tam za­miesz­kać, stać się czę­ścią tego świata - re­zer­watu dla naj­wyż­szego rangą pro­mila spo­łe­czeń­stwa, lu­dzi kul­tu­ral­nych, na po­zio­mie, pięk­nych, bo­ga­tych i zdro­wych. Wszy­scy pil­nują tu­taj re­gu­lar­nych wi­zyt u sto­ma­to­loga i grun­tow­nej kon­troli stanu zdro­wia co pięć lat, wy­ku­pują pry­watne ubez­pie­cze­nia - to ko­niecz­ność w ich wieku i w tych cza­sach. Klam­pen­borg sta­nowi ni­czym nie­ska­żone serce Da­nii, geo­de­zyjną mapę wspa­nia­ło­ści. Ro­sa­vej, Zi­ca­vej, Chri­stian­sholms Par­kvej, Vi­tus Be­rings Allé, Kon­ge­h?jen, S?ly­stvej, Schim­mel­man­n­svej. W pa­łacu przy Hvi­d?re­vej miesz­kała Dag­mar, była ca­ryca Ma­ria Fio­do­rowna, ra­zem z sio­strą. Przy Emi­lie­kil­de­vej osie­dlił się książę Jo­achim z żoną Ma­rie i wszyst­kimi dziećmi. Klam­pen­borg to lu­dzie z wyż­szych warstw, ale nie bra­kuje tu­taj też dy­rek­to­rów ban­ków - tych, któ­rzy się ostali - po­ja­wia­ją­cych się i zni­ka­ją­cych ra­zem z ma­kle­rami gieł­do­wymi i naj­pręż­niej­szymi han­dlow­cami. W Chri­stian­shol­mie, po­sia­dło­ści wiej­skiej z osiem­na­stego wieku, mieszka biz­nes­men Fritz Schur. Klam­pen­borg to fun­du­sze opły­wa­jące w pie­nią­dze, czci­godni zna­jomi, są­siedzka tro­skli­wość, pra­gnie­nie ży­cia w prze­py­chu i z pompą za każdą cenę. Nu­wo­ry­sze też ku­pują tu­taj domy, je­śli tylko ich na to stać. Jed­nego dnia wpro­wa­dzają się z nie­wy­czer­pa­nymi za­so­bami fi­nan­so­wymi, a na­stęp­nego zni­kają z gi­gan­tycz­nym dłu­giem. W Klam­pen­borgu rzą­dzą skraj­no­ści. Naj­waż­niej­sze jest jed­nak to, że Ca­ro­line nie bra­ko­wa­łoby tu klien­teli. Same sprawy ko­biet z Klam­pen­borga wy­star­czy­łyby jej do pro­wa­dze­nia lu­kra­tyw­nego biz­nesu, a miesz­ka­jąc tu­taj i sta­jąc się czę­ścią tego śro­do­wi­ska, wzmoc­ni­łaby do­dat­kowo swoją po­zy­cję. Wszy­scy wie­dzą, że dziel­nicą le­ka­rzy jest Char­lot­ten­lund, a ad­wo­ka­tów wła­śnie Klam­pen­borg. To oczy­wi­ste, że musi tu za­miesz­kać.

***

Ko­bieta z Fa­bri­tius Allé po­pro­siła Ca­ro­line o jak naj­szyb­sze spo­tka­nie u sie­bie, bo była zbyt roz­trzę­siona, żeby przy­je­chać do cen­trum. Oka­zuje się, że od Wi­gi­lii nie opu­ściła domu. Otwo­rzyła jej drzwi w ciem­nych oku­la­rach, które pod­nio­sła na czoło do­piero po kilku mi­nu­tach roz­mowy. Ca­ro­line za­uwa­żyła ner­wowe tiki wo­kół zmę­czo­nych oczu roz­mów­czyni. Z rę­ka­wów je­dwab­nej ko­szuli zwi­sały bez­wład­nie jej dło­nie, białe jak wosk. Trzę­sły się ner­wowo, gdy za­częła roz­le­wać her­batę do fi­li­ża­nek. Klientka klu­czyła i przej­ście do me­ri­tum za­jęło jej dużo czasu. Trudno było jej przy­znać, że na ide­al­nym ob­ra­zie po­ja­wiła się rysa. W końcu Ca­ro­line nie wy­trzy­mała i za­py­tała wprost, w czym może po­móc. No tak, otóż cho­dzi o to, że mąż ko­biety, znany przed­się­biorca pu­bli­ku­jący fe­lie­tony w dzien­niku "B?r­sen", wy­je­chał w pierw­szy dzień świąt. Spa­ko­wał się po kłótni, do któ­rej do­szło w Wi­gi­lię. Przed wyj­ściem z domu oznaj­mił, że za­ko­chał się w szwedz­kiej pio­sen­karce. Rów­nie do­brze mógł jej po­wie­dzieć o tym te­raz: ma plany na przy­szłość, które nie uwzględ­niają żony. Ku­pił wiel­kie miesz­ka­nie na naj­wyż­szym pię­trze bu­dynku przy na­brzeżu Lan­ge­linje i wła­śnie je re­mon­tuje. Za­mieszka tam ze swoim szwedz­kim skow­ron­kiem. Za­bawne, że gdy w li­sto­pa­dzie ob­cho­dzili z żoną srebrne gody, w mo­wie, którą wy­gło­sił dla stu dwu­dzie­stu go­ści, nie wspo­mniał ani sło­wem o żad­nym miesz­ka­niu. Roz­wo­dził się nad sta­niem za sobą mu­rem w cho­ro­bie i zdro­wiu oraz nad jej nie­wy­czer­pa­nymi po­kła­dami tro­skli­wo­ści. "Moja piękna ju­bi­latko, dzię­kuję za te dwa­dzie­ścia pięć lat, naj­droż­sze ko­cha­nie" i tak da­lej. Ko­bieta prych­nęła. Ob­ra­cała w pal­cach bran­so­letkę, pła­cząc pro­sto w fi­li­żankę z białą her­batą. Kie­dyś już tak po­stą­pił, ale wtedy do niej wró­cił, tym ra­zem wy­gląda to jed­nak po­waż­niej, od ostat­niej roz­mowy nie dał znaku ży­cia. Je­śli ma być szczera, ona też już go nie ko­cha, w każ­dym ra­zie nie z tych po­wo­dów, z któ­rych po­winna. "Ale czy bez niego mam ja­kąś szansę?" - za­łkała. "Co się ze mną sta­nie? Mąż ma duże wpływy, jest uparty i przy­zwy­cza­jony do tego, że wszystko układa się po jego my­śli. Czy mnie wy­rzuci jak zu­żyty me­bel? Czy uda mi się za­trzy­mać swoją część ma­jątku? Mo­głaby mi pani po­móc w tej spra­wie?" Ow­szem, Ca­ro­line może i chce jej po­móc. To jedna ze spraw, w któ­rych wręcz pło­nie żą­dzą wy­gra­nej. Wła­śnie wo­bec ta­kich męż­czyzn naj­bar­dziej chcia­łaby do­wieść spra­wie­dli­wo­ści. Wielu wpły­wo­wych mał­żon­ków uj­rzało na wła­sne oczy swój top­nie­jący ma­ją­tek po tym, jak Ca­ro­line wy­ko­nała swoją po­win­ność. Bo o ile nie ma się do czy­nie­nia z in­ter­cyzą albo umową o wy­łącz­nej wła­sno­ści, żo­nie na­leży się po­łowa bez względu na to, ile lat ży­cia jej mąż po­świę­cił pro­wa­dzo­nemu przed­się­bior­stwu. Na­wet je­śli okaże się, że sama ko­bieta - drę­czona sa­mot­no­ścią i sfru­stro­wana nie­wier­no­ścią mał­żonka - także zła­mała przy­sięgę mał­żeń­ską pod­czas pry­wat­nych lek­cji jazdy kon­nej z młod­szym in­struk­to­rem, po­łowa ma­jątku wciąż na­leży do niej. Tak prze­wi­duje prawo, a za­da­niem Ca­ro­liny jest do­pil­no­wać jego prze­strze­ga­nia. Przy po­że­gna­niu ko­bieta wy­glą­dała na mniej znę­kaną. Ca­ro­line wi­działa już wszystko, nie szo­kują jej wy­zna­nia, któ­rych musi wy­słu­chi­wać. Na hi­sto­rie o kłam­stwach i zdra­dach re­aguje ski­nie­niem głowy, za­cho­wu­jąc pro­fe­sjo­nalny dy­stans. Nie ro­bią na niej wra­że­nia naj­po­dlej­sze ce­chy cha­rak­teru, ukryte strony oso­bo­wo­ści, wy­cho­dzące na jaw ciemne sprawki. Gdy mi­łość zmie­nia się w po­gardę, a mał­żeń­stwo w strefę dzia­łań wo­jen­nych, nie ma gra­nic tego, ja­kie rze­czy mogą wyjść na świa­tło dzienne. Upa­dek ze szczytu naj­wyż­szego ucy­wi­li­zo­wa­nia, po­pad­nię­cie w bru­tal­ność i bar­ba­rzyń­stwo na­stę­pują nie­spo­dzie­wa­nie szybko. Ca­ro­line zna to na wy­lot, sły­szała i wi­działa już wszystko. Jej do­świad­cze­nie, lo­jal­ność w sto­sunku do ko­biet i brak eks­cy­ta­cji sen­sa­cyj­nymi hi­sto­riami wzbu­dzają za­ufa­nie klien­tek i na­pa­wają otu­chą. Po­dob­nie jak drobne oznaki so­li­dar­no­ści, przy­ja­zne spoj­rze­nie, zde­cy­do­wa­nie i od­po­wied­nia po­stura. Czują, że są w do­brych rę­kach.

***

"Roz­wód spra­wia ból. Trzeba mieć na­dzieję na naj­lep­sze, ale przy­go­to­wać się na naj­gor­sze. Przede wszyst­kim jed­nak musi pani za­cząć żyć da­lej. Kim była pani przed ślu­bem? Trzeba od­na­leźć w so­bie tę ko­bietę. Ona wciąż tam się znaj­duje, py­ta­nie na­to­miast brzmi, kim jest i czego pra­gnie" - po­wie­działa Ca­ro­line klientce z Fa­bri­tius Allé tuż przed wyj­ściem. Sama też po­trze­buje pchnąć swoje ży­cie do przodu. Dom przy Ham­bros Allé nie pa­suje do ich ro­dziny. Zu­peł­nie jakby nie po­tra­fili się od­na­leźć w tym żół­tym pa­ła­cyku, który Ka­are ochrzcił Hap­py­lan­dem. Wy­ma­lo­wana czar­nymi li­te­rami na­zwa wid­nieje na szczy­to­wej ścia­nie domu. Ca­ro­line ni­gdy się nie po­do­bała, nie ro­zu­mie, dla­czego nie ka­zała jej usu­nąć po tym, jak spła­ciła męża. W tym wiel­kim domu wszy­scy się gu­bią i nie umieją się ze sobą ko­mu­ni­ko­wać - kiedy to się za­częło i czy było tak od sa­mego po­czątku? Nowy dom Ka­arego ma roz­miar le­piej na­da­jący się dla trojga lu­dzi. Ca­ro­line chce za­miesz­kać w ci­chym ma­je­sta­tycz­nym Klam­pen­borgu. Chce mieć wi­dok na mo­rze i otwarte prze­strze­nie, zna­leźć się bli­żej Zwie­rzyńca, prze­nieść się jesz­cze da­lej na pół­noc. Miesz­kają tu­taj ko­biety, po­ma­ga­niu któ­rym po­sta­no­wiła po­świę­cić ka­rierę. Być może Klam­pen­borg okaże się wła­śnie tą zmianą, któ­rej szuka. Może gdyby się tu prze­pro­wa­dzili całą ro­dziną, zna­leź­liby po­trzebny im spo­kój. W jej sercu po­ja­wia się cień na­dziei, musi tylko prze­ko­nać Ka­arego.

Cille

Par­kuje przed du­żym bia­łym do­mem z czer­wo­nym da­chem. Ko­lumny przy scho­dach pro­wa­dzą­cych do wej­ścia przy­wo­dzą jej na myśl grecką świą­ty­nię. Idąc przez ogród ku fron­to­wej czę­ści domu z cięż­kimi ma­ho­nio­wymi drzwiami, mija oczko wodne z ży­wymi ry­bami. Na mo­sięż­nej ta­bliczce ozdob­nymi li­te­rami wy­ryto "Leif Sche­pe­lern". Lu­dzie z Czer­wo­nego Krzyża nie wspo­mnieli o żad­nym Le­ifie, tylko o Ri­cie Sche­pe­lern w wieku osiem­dzie­się­ciu czte­rech lat, wsku­tek cho­roby oczu pra­wie nie­wi­do­mej, któ­rej przy­da­łoby się to­wa­rzy­stwo i po­moc w czy­ta­niu. Cille na­ci­ska dzwo­nek. Drzwi otwiera ni­ska, drobna ko­bieta. Uśmie­cha się i za­pra­sza ją do wy­so­kiego holu z mar­mu­rową pod­łogą i an­tycz­nymi me­blami.

- Je­stem bar­dzo wdzięczna, że po­święca pani swój czas, aby tro­chę mi po­móc. Pró­buję się orien­to­wać w tym, co się dzieje, na tyle, na ile je­stem w sta­nie, i dla­tego pre­nu­me­ruję dwie ga­zety. Je­śli zo­sta­nie tro­chę czasu, chcia­ła­bym też od­świe­żyć so­bie nie­które kla­syki. Nie wszyst­kie książki można do­stać w bi­blio­tece jako au­dio­bo­oki, poza tym to zu­peł­nie coś in­nego sie­dzieć obok ży­wego czło­wieka, który czyta na głos.

W domu jest ciemno i ci­cho. Przy­jem­nie się tu prze­bywa. Cille ma wra­że­nie, jakby znaj­do­wała się w mu­zeum. Jakby każdy me­bel, ob­raz na ścia­nie, każde zdję­cie ro­dzinne, każda ro­ślina do­nicz­kowa na pa­ra­pe­cie znaj­do­wały się tu­taj, bo to coś zna­czy. Rita pro­wa­dzi ją do ogrodu zi­mo­wego. Dzięki świa­tłu wpa­da­ją­cemu do środka z trzech stron wciąż jest w sta­nie doj­rzeć wy­raz czy­jejś twa­rzy i roz­po­znać li­tery. Dla­tego kiedy czyta albo przyj­muje go­ści, naj­bar­dziej lubi sie­dzieć w tym miej­scu.

- Wcią­gnę­łam flagę na maszt, wi­dzi ją pani stąd? Mój naj­młod­szy wnuk ma dziś uro­dziny. Wie­czo­rem wy­bie­ram się do nich na przy­ję­cie, przy­jadą po mnie o osiem­na­stej. A tam wi­dać las Er­me­lun­den, prawda, że piękny?

Rita ma ele­gancką fry­zurę na pa­zia, a w uszach nosi kol­czyki od Geo­rga Jen­sena w kształ­cie mar­ge­ry­tek, które po­bły­skują bia­łymi płat­kami i żół­tym środ­kiem obok jej twa­rzy. Jej mąż zmarł na za­wał serca dzie­sięć lat temu. Opo­wiada o nim z błysz­czą­cymi oczami.

- Miał wła­sne biuro ar­chi­tek­to­niczne, które pro­wa­dził w domu. - Po­ka­zuje w stronę bi­blio­teki. - Uwiel­biał to miej­sce i dla­tego będę tu miesz­kać, do­póki dam so­bie radę. Leif był zna­ko­mi­tym ar­chi­tek­tem i tak jak ja mo­lem książ­ko­wym. Czy­tał wszystko, co uwa­żał za warte lek­tury. Książki na­le­żały do na­szych wspól­nych za­in­te­re­so­wań. Po­zna­li­śmy się, gdy pra­co­wa­łam w domu u pew­nych pań­stwa w Aar­hus. Od­wie­dzał ich to­wa­rzy­sko i za­chwy­cił mnie od pierw­szego wej­rze­nia.

Rita pre­nu­me­ruje kon­ser­wa­tywne dzien­niki "Ber­ling­ske" i "Kri­ste­ligt Dag­blad", które za­wsze czy­tano w ro­dzi­nie Sche­pe­ler­nów. Kiedy jest sama, daje radę za­po­znać się z na­głów­kami dzięki lu­pie i sil­nemu świa­tłu, ale treść ar­ty­ku­łów po­zo­staje dla niej nie­do­stępna. Cille czyta wszystko, co wy­brała Rita - in­te­re­sują ją zwłasz­cza wia­do­mo­ści z za­gra­nicy i ma­te­riał o kul­tu­rze.

- I jesz­cze sport, je­śli nie ma pani nic prze­ciwko temu.

Po prze­czy­ta­niu "Ber­ling­ske" Rita uważa, że za­słu­żyły na fi­li­żankę her­baty. Cille idzie za nią do kuchni. Dom jest po­grą­żony w zi­mo­wej ciem­no­ści, ale ta ni­ska ko­bieta jakby ja­śniała wła­snym świa­tłem, prze­cho­dząc przez ko­lejne po­koje i stu­ka­jąc ob­ca­sami o pod­łogę. Gra­na­towa su­kienka, ró­żowy roz­pi­nany swe­ter, sznur pe­reł na szyi. Za­pa­rza her­batę i wyj­muje z puszki cia­steczka - kła­dzie dwa na każdą pod­stawkę fi­li­żanki. Cille nie­sie tacę, wra­cają do ogrodu zi­mo­wego, żeby za­brać się do lek­tury "Kri­ste­ligt Dag­blad".

- Jak pani so­bie ra­dzi na co dzień ze wszyst­kimi pra­cami do­mo­wymi?

- Dwa razy w ty­go­dniu przy­cho­dzi ktoś do po­mocy, poza tym dzieci i wnuki są tak miłe, że wy­rę­czają mnie w tym, czego sama już nie zro­bię. Naj­młod­sza córka, która mieszka w Ved­b?ku, za­biera mnie na za­kupy. Nie­stety nie je­stem w sta­nie jeść po­sił­ków przy­wo­żo­nych mi z gminy. Pró­bo­wa­łam, ale są po pro­stu wstrętne. Nie mo­głam tego prze­łknąć, więc osta­tecz­nie po­pro­si­łam o anu­lo­wa­nie tej usługi. Te­raz sama od­po­wia­dam za swój ja­dło­spis. Córka mi po­maga, to do­bra dziew­czyna. Ma trzy córki, które nie­długo będą do­ro­słe. A pani? Ma pani dzieci?

- Tak, mam córkę o imie­niu Tara, która ma pięć lat, i syna To­biasa, ośmio­latka. Tara cho­dzi do przed­szkola, a To­bias do dru­giej klasy.

- Pięć i osiem lat to wspa­niały wiek. Niech się pani nimi na­cie­szy, to naj­lep­sze lata, kiedy dzieci są małe. Tak szybko do­ra­stają.

W sa­lo­nie roz­lega się dzwo­nek te­le­fonu sta­cjo­nar­nego. Rita się nie pod­nosi.

- Mam ode­brać? - pyta Cille.

- Nie ma po­trzeby. Niech dzwoni, póź­niej na pewno jesz­cze się ode­zwie. Tak nam tu miło, nie chcemy, żeby nam prze­szka­dzano.

Wy­słan­nicy Czer­wo­nego Krzyża spę­dzają zwy­kle u od­wie­dza­nych osób od pół­to­rej go­dziny do dwóch, ale Cille za­po­mina o cza­sie. Przy­jem­nie jej słu­chać Rity, w to­wa­rzy­stwie tej sta­ruszki jest coś pod­bu­do­wu­ją­cego, po­doba jej się spo­kój pa­nu­jący w tym domu, przy­ja­zny ton, sta­ran­ność. W tym miej­scu her­batę pa­rzy się do­kład­nie przez osiem mi­nut, ga­zety są czy­tane od po­czątku do końca, a wie­kowa wdowa wciąga flagę na maszt dla swo­ich wnu­ków i od­biera te­le­fony, gdy ma moż­li­wość zro­bić to jak na­leży. Wszystko w od­po­wied­nim cza­sie.

Ka­are

Jego mał­żonka chce się na­gle prze­pro­wa­dzić! Wy­my­śliła so­bie, że za­miesz­kają w jego domu w Klam­pen­borgu. Twier­dzi, że pra­gnie być bli­żej przy­rody, że po­trze­bują zmiany, że w ich ży­ciu musi się zda­rzyć coś no­wego, co­kol­wiek by to miało zna­czyć, do cho­lery. Przed­sta­wia mu li­stę dzie­się­ciu do­brych po­wo­dów do prze­pro­wadzki. Mogą za­ro­bić na sprze­daży domu przy Ham­bros Allé, bo ry­nek po­woli za­czyna wra­cać do daw­nego po­ziomu. Nowy dom jest mniej­szy, więc sporo za­osz­czę­dzą na jego utrzy­ma­niu. Za­miesz­kają w jesz­cze lep­szej lo­ka­li­za­cji, a Ca­ro­line za­wsze ma­rzyła o wi­doku na mo­rze ze swo­jego po­koju. Lu­kas bę­dzie miał bli­żej do szkoły. "Wy­bu­do­wa­łeś na­prawdę piękny dom" - chwali Ka­arego żona. "Dla­czego po­da­ro­wy­wać ko­muś taką perłę? Sami po­win­ni­śmy w nim za­miesz­kać". Ka­are jest zdez­o­rien­to­wany, cho­ciaż, z grub­sza rzecz bio­rąc, się z nią zga­dza. Świet­nie ro­zu­mie, o co jej cho­dzi - sam też chciałby miesz­kać w Klam­pen­borgu, czuć rześką bryzę znad Sundu, upa­jać się wi­do­kiem hi­sto­rycz­nych za­bu­do­wań Ry­dhave i to­czą­cym się tam luk­su­so­wym ży­ciem. Re­zy­den­cja ame­ry­kań­skiego am­ba­sa­dora li­czy po­nad ty­siąc me­trów kwa­dra­to­wych peł­nych prze­py­chu. Pa­ła­cyk ota­czają ogrody ró­żane, ja­bło­nie, kort te­ni­sowy, ba­sen, pole gol­fowe. Ka­are jak naj­bar­dziej wi­działby sie­bie prze­szcze­pio­nego na ten grunt, od dawna po­cią­gały go pół­nocne te­reny przy wy­brzeżu. Nie w tym rzecz. Ma­rze­nie Ca­ro­line o Klam­pen­borgu sta­wia go przed ogrom­nym dy­le­ma­tem. Nie mogą prze­pro­wa­dzić się do domu, gdzie pod da­chem czai się grzyb. Nie może na­ra­zić na ta­kie ry­zyko sie­bie ani swo­jej ro­dziny. Nie dzieli się z ni­kim tymi prze­my­śle­niami, ale co ma te­raz zro­bić? Pod­czas dłu­gich spa­ce­rów z Kin­giem roz­waża wszyst­kie za i prze­ciw. Czy za­miast obrony po­wi­nien przejść do ataku i na­tych­miast wy­bić jej z głowy ten po­mysł? Czy po­wi­nien po­wie­dzieć całą prawdę, pro­sto z mo­stu, czy może spró­bo­wać ugrać tro­chę czasu? Ca­ro­line na niego na­ci­ska. Chce mieć do­stęp do planu prac i rzu­tów bu­dynku, za­mie­rza za­mó­wić ogrod­nika na wcze­snym eta­pie, żeby od sa­mego po­czątku wy­ko­nać wszystko jak na­leży. Za­częła już przy­go­to­wy­wać sprze­daż domu przy Ham­bros Allé, żeby nie mu­sieli utrzy­my­wać dwóch nie­ru­cho­mo­ści. Wszę­dzie jej pełno, wręcz try­ska ener­gią i wy­wiera na nim pre­sję w ten swój de­ner­wu­jący spo­sób.

- Lu­kas od­niósłby do­dat­kową ko­rzyść, miałby bli­żej do szkoły. Mo­gli­by­śmy urzą­dzić mu wła­sną prze­strzeń z osob­nym wej­ściem, prze­cież nie musi już spać na tym sa­mym pię­trze co my. Ka­are, ten dom po pro­stu le­piej do nas pa­suje. Nowy po­czą­tek w no­wym miej­scu, na­prawdę tego nie wi­dzisz?

Co ma od­po­wie­dzieć? "Wy­rzu­ci­łaś mnie z sy­pialni, ob­ję­łaś nad­zo­rem, płacę czynsz wła­snej żo­nie, jak­bym miesz­kał w pen­sjo­na­cie, a te­raz chcesz sa­mo­dziel­nie zde­cy­do­wać, kiedy i do­kąd się prze­pro­wa­dzimy. Ca­ro­line, ko­niec z tym. Po kilku la­tach ży­cia na two­jej ła­sce w końcu zna­la­złem swoją ni­szę: chcę bu­do­wać i sprze­da­wać nie­ru­cho­mo­ści na pół­noc od Ko­pen­hagi. Nie po­zwolę, że­byś zgar­nęła pierw­szy dom, który wy­bu­do­wa­łem. Jest mój! Sły­sza­łaś - to mój dom! Dla­tego pro­szę cię, ko­bieto, że­byś się od­su­nęła. Przy­szła ko­lej na ta­tu­sia".

A może po­wi­nien się zgo­dzić, bo po­mysł wcale nie jest taki głupi? Jego także po­ciąga myśl o prze­pro­wa­dze­niu się z jej domu do jego. Wy­ma­ga­łoby to jed­nak cał­ko­wi­tej prze­bu­dowy da­chu, co do­dat­kowo opóź­ni­łoby prace, a mo­głoby kosz­to­wać na­wet i pół mi­liona, któ­rego Ka­are nie ma. Dia­bli nadali, że wszystko tak się po­kom­pli­ko­wało. Musi wci­snąć Ca­ro­line ja­kiś kit i po­ga­dać z ro­bot­ni­kami. Może Złoty He­bel wpad­nie na do­bre roz­wią­za­nie. Nie ma sensu się zło­ścić, trzeba my­śleć po­zy­tyw­nie. Ka­are za­wsze to po­wta­rza: ten, kto nie po­peł­nia błę­dów, nic nie robi. Coś się wy­my­śli.

Cille

Rita jest na no­gach już od rana. W dro­dze do pracy zaj­rzała do niej córka, żeby zo­sta­wić w lo­dówce mi­skę z pud­din­giem ry­żo­wym i tym sa­mym za­pew­nić matce cie­pły po­si­łek przez ko­lejne dwa dni. Zja­dły ra­zem śnia­da­nie, po­czy­tały ga­zety i córka po­je­chała na spo­tka­nie w Mi­ni­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści.

- Dla­tego po­my­śla­łam, że może dziś po­czy­tamy Pa­nią Bo­vary? Się­gam po nią każ­dego roku o tej po­rze, ostat­nim ra­zem po­mo­gła mi moja ko­chana wnuczka. Książka stoi na re­gale, jest bar­dzo za­bawna, a jed­no­cze­śnie po­twor­nie smutna. To jedna z mo­ich ulu­bio­nych po­wie­ści. Zna pani twór­czość Flau­berta?

- Kogo...? Flau­berta? Mu­szę przy­znać, że nie, ale bar­dzo chęt­nie prze­czy­tam tę książkę.

Ję­zyk po­wie­ści nie na­strę­cza jej trud­no­ści, Cille szybko wpada we wła­ściwy rytm. Rita przy­suwa bli­żej swoje krze­sło, żeby ni­czego nie stra­cić. Cho­ciaż czy­tała tę po­wieść wiele razy, za­nu­rza się cał­ko­wi­cie w hi­sto­rii o pro­win­cjo­nal­nym le­ka­rzu i jego głod­nej roz­ry­wek żo­nie, któ­rzy zu­peł­nie się nie ro­zu­mieją. Za­nosi się śmie­chem aż do łez. Cille musi czę­sto ro­bić prze­rwy, żeby star­sza pani wy­śmiała się do końca. Młoda Emma, ma­rząca o wiel­kiej mi­ło­ści, roz­czy­tuje się w po­wie­ściach. Z nu­dów po­ślu­bia Ka­rola, ale szybko po­pada w nie­za­do­wo­le­nie z po­wodu swo­jego po­spo­li­tego ży­cia i ma­ło­miesz­czań­skiej idylli. Emma chcia­łaby cho­dzić na bale ary­sto­kra­cji, ma­rzy o kon­ku­rach, praw­dzi­wej mi­ło­ści, pełni ży­cia. Nie za­mie­rza sie­dzieć w domu z dziec­kiem i ce­ro­wać poń­czoch, pod­czas gdy mąż le­karz w kółko biega do cho­rych. Gdy tylko nada­rza się oka­zja, Emma wy­myka się z domu i wę­druje mię­dzy ła­nami zbóż, ucieka od bez­barw­nego ży­cia i od męża z brud­nymi pa­znok­ciami. Szuka szczę­ścia poza do­mem. Cho­dzi na za­kupy i po­ży­cza pie­nią­dze, bo jej wy­datki nie­ustan­nie ro­sną. Ma róż­nych ko­chan­ków, ale oni też nie za­spo­ka­jają jej po­żą­da­nia.

- W su­mie do­brze ją ro­zu­miem. Trudno jej nie współ­czuć, ale ma się też ochotę nią po­trzą­snąć, wy­bu­dzić ją z tego snu na ja­wie - od­zywa się Rita po kilku go­dzi­nach słu­cha­nia.

- Chyba tak. To na­prawdę do­bra po­wieść. - Tylko tyle Cille jest w sta­nie wy­my­ślić.

- Mam na­dzieję, że w po­nie­dzia­łek po­czy­tamy so­bie da­lej. Chcia­ła­bym rzec, że po tylu go­dzi­nach wspól­nej lek­tury po­win­ny­śmy chyba przejść na ty.

- Z przy­jem­no­ścią. - Cille kiwa głową z uśmie­chem. Bar­dzo lubi Ritę i lubi prze­by­wać u niej w domu, tylko nie za­wsze wie, jaki wkład wnieść w roz­mowę, gdy star­sza pani opo­wiada o książ­kach. Dla­tego przede wszyst­kim słu­cha.

- Z Flau­ber­tem czu­jesz się za­wsze w do­brym to­wa­rzy­stwie, prawda? A to była jego de­biu­tancka po­wieść, wie­dzia­łaś o tym? To wprost nie do wiary, że na­pi­sał coś ta­kiego i wy­dał jako swoją pierw­szą książkę. - Rita sięga po Pa­nią Bo­vary i kła­dzie ją so­bie na ko­la­nach. Gła­dzi okładkę i grzbiet, jakby była ży­wym stwo­rze­niem. - Ja­kim cu­dem taki młody czło­wiek po­tra­fił od­dać my­śli mło­dej dziew­czyny? Skąd czer­pał wie­dzę? Tak traf­nie, pre­cy­zyj­nie, z nie­by­wa­łym wy­czu­ciem i hu­mo­rem. Jak to moż­liwe? Zu­peł­nie tego nie poj­muję. Za­sta­na­wiam się nad tym za każ­dym ra­zem, gdy czy­tam tę po­wieść.

Cille słu­cha, przy­ta­kuje, ale nie­stety nie może po­móc Ri­cie w zna­le­zie­niu od­po­wie­dzi. Je­dyne, co ci­śnie jej się na usta, to ba­nalne "Na­prawdę?" albo "Łał, to nie­sa­mo­wite!". Lubi czy­tać, ale nic nie wie o pi­sa­rzach i tym po­dob­nych. Może spra­wia wra­że­nie głu­piej? Co się mówi w ta­kich sy­tu­acjach?

- Bez względu na to, ile razy nie prze­czy­ta­ła­bym Pani Bo­vary, wciąż za­chwy­cam się ję­zy­kiem i znaj­duję w niej coś no­wego. Za każ­dym ra­zem iry­tują mnie głup­stwa Emmy, a z dru­giej strony czuję do niej sym­pa­tię. Po­trafi mnie tak roz­ba­wić, że śmieję się na cały głos. Naj­waż­niej­sze py­ta­nie brzmi: czego pra­gnie Emma Bo­vary? Czego jej bra­kuje?

Czy Rita ocze­kuje, że Cille jej na to od­po­wie? Ależ ona nie ma żad­nego przy­go­to­wa­nia, żeby uczest­ni­czyć w ta­kiej roz­mo­wie, nie ope­ruje ta­kimi po­ję­ciami, nie wie, co po­winna mó­wić! Po­wieść jej się po­do­bała, była do­bra, za­bawna, ma ochotę prze­czy­tać dal­szy ciąg, ale co tu wię­cej oma­wiać? Cille czyta głów­nie pod­czas urlopu i kiedy od­kłada książkę, w du­chu do­ko­nuje sądu, czy lek­tura jest do­bra, czy kiep­ska. Je­śli ją nu­dzi, nie czyta jej do końca, cza­sem wy­star­czy tylko pięć stron. Pani Bo­vary, a przy­naj­mniej ta część, którą prze­czy­tały do tej pory, wzbu­dziła w niej cie­ka­wość i cie­szy się na po­zna­nie dal­szych lo­sów bo­ha­terki w po­nie­dzia­łek. Pro­blem w tym, że Cille nie jest przy­zwy­cza­jona do roz­ma­wia­nia o książ­kach w ten spo­sób, ra­zem z kimś. Może mo­głaby się tego na­uczyć? Pró­buje od­po­wie­dzieć na za­dane przez Ritę py­ta­nie.

- No wła­śnie, czego ona pra­gnie? Chyba tego wszyst­kiego, tak jak my? - za­czyna nie­pew­nie. - Chce ko­chać dziecko i męża, ale drę­czy ją nie­po­kój, bo coś jest w niej nie na swoim miej­scu. To zna­czy... nie wiem, jak to na­zwać, ale w za­sa­dzie do­brze ją ro­zu­miem.

- Mój oj­ciec za­wsze ma­wiał: "Ożeń się albo nie, w obu przy­pad­kach bę­dziesz tego ża­ło­wał". Ja ni­gdy nie ża­ło­wa­łam, że wy­szłam za Le­ifa. Oczy­wi­ście były dni, gdy mia­łam ochotę po­wie­dzieć, żeby się wy­no­sił, ale był do­brym czło­wie­kiem, bio­rąc pod uwagę wszyst­kie jego wady i za­lety, mu­szę to przy­znać. Nie, o rze­czy, któ­rych te­raz ża­łuję, mogę mieć pre­ten­sje tylko do sie­bie.

Jako dziecko Rita cho­dziła do pry­wat­nej szkoły w N?stved, ale tylko do szó­stej klasy. Po­tem po­słano ją do szkoły dla go­spo­dyń do­mo­wych. Oj­ciec uwa­żał zro­bie­nie smacz­nego sosu za waż­niej­sze od roz­wią­za­nia rów­na­nia dru­giego stop­nia. Nie wi­dział po­wodu, dla któ­rego dziew­czynki mia­łyby kon­ty­nu­ować na­ukę w szkole, skoro ich prze­zna­cze­niem było wyjść za mąż i zaj­mo­wać się do­mem. W kla­sie Rita nie miała so­bie rów­nych z duń­skiego i ra­chun­ków, chciała pójść do szkoły re­al­nej, gdzie kon­ty­nu­owało się na­ukę do dzie­wią­tej klasy. Ma­rzyła o pracy w bi­blio­tece dla mło­dzieży, bo lu­biła czy­tać i prze­by­wać z dziećmi. Jej oj­ciec pra­co­wał w banku i ni­czego im nie bra­ko­wało, ale tylko bra­ciom po­zwo­lono zdo­być wy­kształ­ce­nie.

- Ta­kie były czasy. Ni­gdy nie mia­łam pre­ten­sji do ojca, że pod­jął taką de­cy­zję. Ale cza­sem tro­chę za­zdrosz­czę wam, mło­dym, wy­kształ­co­nym, pra­cu­ją­cym i opie­ku­ją­cym się dziećmi, i was po­dzi­wiam. Mam wielki sza­cu­nek dla współ­cze­snych ko­biet, ogromny. Moim zda­niem świet­nie so­bie ra­dzi­cie.

- Nie­stety nie pra­cuję już od dłuż­szego czasu, więc w moim przy­padku nie ma czego chwa­lić. Nie je­stem zbyt do­brym przy­kła­dem.

- Masz tylko prze­rwę w pracy, nie z wła­snej winy, poza tym opie­ku­jesz się dziećmi. Przyj­dzie jesz­cze twój czas, wy­star­czy po­cze­kać! Skoń­czy­łaś do­bre stu­dia i zdą­ży­łaś po­ka­zać, co po­tra­fisz. Ja się ni­gdy nie wy­kształ­ci­łam, cho­ciaż po­win­nam była to zro­bić, ale uro­dziło nam się czworo dzieci i klamka za­pa­dła, ktoś mu­siał nad tym wszyst­kim za­pa­no­wać. Póź­niej za­trud­ni­li­śmy ko­goś do po­mocy, ale w tam­tych cza­sach nie było żłob­ków, przed­szkoli, no­wo­cze­snych sprzę­tów ku­chen­nych. Więk­szość ko­biet zaj­mo­wała się do­mem, pod­czas gdy męż­czyźni cho­dzili do pracy. Sprzą­ta­ły­śmy i ro­bi­ły­śmy za­kupy przed po­łu­dniem, o pięt­na­stej po­woli za­czy­na­ły­śmy szy­ko­wać ko­la­cję, żeby wszystko było go­towe na po­wrót męża. - Od­chyla głowę i za­czyna się gło­śno śmiać. - Ha, ha, zdaję so­bie sprawę, jak dziw­nie to brzmi w two­ich uszach. Ale tak to wtedy było, sprawy nie pod­le­gały dys­ku­sji. - Ociera łzy i po chwili po­waż­nieje. - O tak, bar­dzo chcia­łam się da­lej kształ­cić. Dużo o tym my­śla­łam, ale na tym się skoń­czyło. Gdy dzieci pod­ro­sły na tyle, że mo­głam wy­cho­dzić na dłu­żej z domu, wy­da­wało mi się, że już na to za późno. Ale gdy­bym mo­gła, zo­sta­ła­bym bi­blio­te­karką, było to moje wiel­kie ma­rze­nie.

***

Cille wi­działa kie­dyś w te­le­wi­zji pro­gram o sta­rych sa­mi­cach słoni. Mają wy­soki sta­tus w sta­dzie, są nie­zbędne do prze­trwa­nia ze względu na dłu­gie ży­ciowe do­świad­cze­nie. Wie­dzą, jak po­stą­pić w chwi­lach za­gro­że­nia. Po­ma­gają stadu prze­żyć w okre­sie su­szy, bo pa­mię­tają, gdzie znaj­duje się woda, chro­nią młode, po­nie­waż umieją roz­po­znać, czy obce sło­nie są przy­jaź­nie czy wrogo na­sta­wione. Stare sło­nice prze­ka­zują swoją wie­dzę i do­świad­cze­nie młod­szym człon­kom stada i ostrze­gają ich o za­gro­że­niu. Znają se­kretne spo­soby na prze­trwa­nie i za­bez­pie­cze­nie bytu. Sie­dząc w sa­mo­cho­dzie, Cille od­wraca głowę w stronę ścieżki ogro­do­wej. Pa­trzy na ten wielki biały dom, w któ­rym Rita spę­dziła więk­szość ży­cia od czasu, gdy za­miesz­kała tu jako młoda go­spo­dyni. W tym miej­scu do­ra­stały jej dzieci, tu­taj upły­wał jej czas. Nie wszystko uło­żyło się tak, jak chciała, być może pod­jęła nie­wła­ściwe de­cy­zje i po­peł­niała błędy, ale nie spra­wia wra­że­nia zgorzk­nia­łej. Rita wy­brała po­dej­ście do ży­cia pełne mi­ło­ści, które Cille po­dzi­wia. Ta star­sza pani jest dumna ze swo­jej ro­dziny i cie­szy się z każ­dego dnia - z po­po­łu­dnio­wej wi­zyty, z do­brej książki, z pud­dingu ry­żo­wego, który przy­nio­sła jej rano córka, ze wspo­mnień o Le­ifie. Za­chwyca się świa­tłem w zi­mo­wym ogro­dzie i pla­nuje wiel­kie przy­ję­cie w marcu, kiedy skoń­czy osiem­dzie­siąt pięć lat. Cille do­stała za­pro­sze­nie, które wie­zie ze sobą do domu. Ask i dzieci też są tam wy­mie­nieni. Uru­cha­mia sil­nik i je­dzie po Tarę i To­biasa. Po po­wro­cie do domu dzieci na­kry­wają ele­gancko do stołu, pod­czas gdy ona przy­go­to­wuje świą­teczny ry­żowy pud­ding okra­szony ma­słem i po­sy­pany cy­na­mo­nem, a do pi­cia kom­pot. Nad­ra­biają to, czego nie zdą­żyli zro­bić w grud­niu.

Ca­ro­line

W nie­dzielę Ka­are za­wsze ma naj­wię­cej pracy. Tego dnia za­pra­sza wszyst­kich chęt­nych na oglą­da­nie nie­ru­cho­mo­ści - miesz­kań, willi, do­mów sze­re­go­wych - od Char­lot­ten­lundu po ?ster­bro i Em­drup. Ob­szar, na któ­rym działa, jest ogromny, a każda po­je­dyn­cza trans­ak­cja wy­maga ogrom­nego na­kładu pracy. Cza­sem wraca do domu, od progu po­gwiz­du­jąc z za­do­wo­le­niem, co zna­czy, że do­pro­wa­dził do pod­pi­sa­nia umowy. In­nym ra­zem wle­cze się nie­mrawo ku wej­ściu po ca­łym dłu­gim dniu, opada z cięż­kim wes­tchnie­niem na sofę, jakby sam był me­blem, i przez resztę wie­czoru ogląda te­le­wi­zję. Lu­kas sie­dzi w swoim po­koju. Ca­ro­line przy­zwy­cza­iła się, że nie­dziela to dzień taki sam jak inne. Ale dziś sprawy wy­glą­dają ina­czej. Musi za­kłó­cić sy­nowi spo­kój w jego od­osob­nie­niu. Na­słu­chuje przy drzwiach, ma na­wet ochotę po­chy­lić się, żeby zaj­rzeć do środka przez dziurkę od klu­cza, jed­nak w porę się upo­mina, że dla do­ro­słej ko­biety ta­kiej jak ona, pro­fe­sjo­na­listki, skra­da­nie się we wła­snym domu jest po­ni­żej god­no­ści. Tylko dla­czego on tam leży przez cały czas? Co go tak zaj­muje? Śpi? Uczy się? Gra w tę grę, któ­rej na­zwy ni­gdy nie pa­mięta? Ca­ro­line pro­stuje się, od­chrzą­kuje i puka do drzwi.

- Tak? O co cho­dzi? - do­cho­dzi ze środka jego głos.

- To tylko ja - mówi nie­pew­nie i wcho­dzi do po­koju. - Co ro­bisz?

- Nic ta­kiego. Od­po­czy­wam, ba­wię się te­le­fo­nem.

Ca­ro­line siada na sa­mym skraju łóżka, krzy­żuje ręce i nogi. Pró­buje przy­brać wy­raz twa­rzy i ton głosu, które zmniej­szą dzie­lący ich dy­stans i po­zwolą prze­sko­czyć tę pustkę. Cza­sami ci, któ­rzy są nam naj­bliżsi, znaj­dują się tak strasz­nie da­leko od nas - to na­prawdę dziwne, dla­czego tak się dzieje? Ni­gdy wcze­śniej o tym nie my­ślała. Z po­wro­tem roz­kłada ręce, ta po­zy­cja wy­daje się jej na­tu­ral­niej­sza, swo­bod­niej­sza, chcia­łaby tylko po­roz­ma­wiać o czymś z sy­nem, do cho­lery, jako sio­stra Ca­milli po­winna to po­tra­fić! Ca­milla nie mia­łaby pro­blemu z po­zby­ciem się tej dziw­nej sztucz­no­ści, wy­star­czy­łoby po­wie­dzieć coś roz­bra­ja­jąco ser­decz­nego, za­chę­ca­ją­cego, za­cho­wu­jąc przy tym au­to­ry­tet ro­dzica nie­moż­liwy do zi­gno­ro­wa­nia. Na pewno za­pa­rzy­łaby her­batę, przy któ­rej mo­gliby po­roz­ma­wiać szcze­rze, od serca. Ca­milla umie od­po­wied­nio za­aran­żo­wać taką sy­tu­ację i do­pro­wa­dzić do po­myśl­nego końca. Za­wsze wie, co po­wie­dzieć Fran­kowi i dzie­ciom, żeby nie brzmiało to zbyt ne­ga­tyw­nie i oskar­ży­ciel­sko, i za każ­dym ra­zem do­pina swego. Lecz Ca­ro­line nie jest Ca­millą. Nie wie, jak za­cząć, boi się tej prze­pa­ści, którą wy­czuwa przed sobą, poza tym, jakby nie było dość, ju­tro rano ma też ważne spo­tka­nie, do któ­rego się jesz­cze nie przy­go­to­wała. Li­czyła, że zo­sta­nie jej na to cały dzień, nie prze­wi­działa, że bę­dzie ko­nieczna taka roz­mowa. Dla­czego to musi być tak skom­pli­ko­wane? Co zro­bić z dłońmi? Prze­krzy­wia lekko głowę i pró­buje się uśmiech­nąć.

- Chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, co u cie­bie sły­chać. Jak ci idzie w szkole?

Znów od­chrzą­kuje, roz­gląda się po po­koju. Pa­zno­kieć środ­ko­wego palca wbija się w spód dłoni.

- Wpo­rzo. - Lu­kas nie od­rywa wzroku od te­le­fonu.

- Nie jest ci ciężko ze wszyst­kim się wy­ro­bić? Dużo ma­cie za­da­wane? Nie opo­wia­dasz mi za wiele, a chcia­ła­bym wie­dzieć, jak ci idzie.

- Wszystko okej.

- A an­giel­ski? Jak so­bie ra­dzisz z an­giel­skim?

Znów od­ru­chowo od­chrzą­kuje - no nie, dość już tego!

- W miarę. To tylko ję­zyk, zresztą do­brze mó­wię po an­giel­sku. Dla­czego py­tasz?

- Jaka jest wa­sza na­uczy­cielka?

Lu­kas wzru­sza ra­mio­nami.

- Skąd to py­ta­nie?

- Po pro­stu je­stem cie­kawa.

- Jest okej, może tro­chę su­rowa.

- Lu­kas, cho­dzi o to, że... - Ca­ro­line za­po­mina się i znów krzy­żuje ra­miona na piersi. - Dziś rano za­dzwo­niła do mnie twoja na­uczy­cielka an­giel­skiego.

Lu­kas pro­stuje plecy i po raz pierw­szy na nią pa­trzy. Na jego twa­rzy ma­luje się nie­po­kój, mruga po­wie­kami nieco za szybko.

- Jane, tak się chyba przed­sta­wiła. To ona? Jest An­gielką?

- Nie, tylko wy­ma­wia swoje imię po an­giel­sku.

- Dziwne... dla­czego?

- Pew­nie uważa, że tak brzmi le­piej.

- Aha? Po­wie­działa, że na­ra­żono ją na szy­kany i jej zda­niem to sprawka uczniów. Wiesz coś może o wiel­kim za­mó­wie­niu na pizzę, które ktoś zro­bił w jej imie­niu wczo­raj wie­czo­rem?

- Co? Nie! Nic o tym nie wiem. Co ona so­bie my­śli? Jak tylko dzieje się coś złego, od razu po­dej­rzewa mnie.

- Nie ma żad­nych do­wo­dów ani nic kon­kret­nego, na czym mo­głaby oprzeć swoje do­my­sły. Dzwo­niła do róż­nych osób, żeby się do­wie­dzieć, czy ktoś przy­pad­kiem o czymś nie wie. Mu­szę po­wie­dzieć, że wy­da­wała się dość zde­spe­ro­wana. Zro­biło mi się jej żal, to rze­czy­wi­ście bar­dzo nie­przy­jemne do­świad­czyć po­dob­nego nę­ka­nia pod pry­wat­nym ad­re­sem.

- Do­bra, ale ja nic nie zro­bi­łem! O ni­czym nie wiem, nie mam po­ję­cia, o co cho­dzi.

- Co ro­bi­łeś wczo­raj?

- Spo­tka­łem się tu­taj z chło­pa­kami, kiedy was nie było w domu. Wy­pi­li­śmy parę piw, po­tem oni po­je­chali, bo czu­łem się zmę­czony. Wie­czo­rem po­szli­śmy na im­prezę do ko­goś ze Sko­vsho­ved.

- Czyli nie za­mó­wi­li­ście pizz w lo­kalu przy Stran­dve­jen z do­wo­zem do Van­gede? Nic o tym wcze­śniej nie wie­dzia­łeś?

- Mamo, to na­prawdę nie ja! Daj mi spo­kój, za­wsze po­dej­rze­wasz mnie o naj­gor­sze.

Wzdy­cha i od­wraca się do niej ple­cami. W jego gło­sie, w tym mru­ga­niu i spo­so­bie od­dy­cha­nia jest coś przy­ku­wa­ją­cego uwagę. Wy­daje się zbyt obu­rzony, a jego re­ak­cje za szyb­kie. Mimo że leży do niej ty­łem, wy­gląda, jakby re­je­stro­wał jej każdy ruch. Prze­suwa pal­cem po nie­rów­no­ści na ścia­nie, ocze­kuje jej ko­lej­nego kroku, za­cho­wuje czuj­ność. Czy po­winna po­le­gać na swoim in­stynk­cie co do winy bądź nie­win­no­ści, ka­zać mu się od­wró­cić i za­żą­dać wy­ja­śnień, spraw­dzić wszyst­kie szcze­góły, go­dziny, roz­mowy te­le­fo­niczne, przy­ja­ciół, skon­tak­to­wać się z ich ro­dzi­cami, udać się do tej piz­ze­rii, od­dzwo­nić do na­uczy­cielki, ry­zy­ko­wać na­ra­że­niem Lu­kasa na dal­sze pro­blemy, ode­pchnąć go od sie­bie, zwięk­szyć dzie­lący ich dy­stans? Czy po­winna się za­cho­wać jak su­rowa czy jak ser­deczna matka? Czy po­winna po­świę­cić mnó­stwo czasu i ener­gii, aby do­wieść, że syn kła­mie, czy może wie­rzyć jego sło­wom? Kiedy był młod­szy, wszystko wy­da­wało się ła­twiej­sze. Ma ochotę nim po­trzą­snąć, wy­bu­dzić go z tego otę­pie­nia, co, u dia­bła, mu do­lega? Przy­cho­dzi jej do głowy, że naj­le­piej by­łoby go stąd ode­słać na ja­kiś czas - do szkoły z in­ter­na­tem albo do ja­kiejś in­sty­tu­cji wy­cho­waw­czej za gra­nicą, na przy­kład Ful­ton albo in­nej wy­ma­ga­ją­cej i dys­cy­pli­nu­ją­cej szkoły, gdzie do­świad­czyłby twar­dej ręki. Może ja­kiś su­rowy woj­skowy albo dy­rek­tor byłby w sta­nie zro­bić z niego do­ro­słego czło­wieka, na­pro­sto­wać go, spra­wić, żeby zro­zu­miał sens ży­cia. Naj­chęt­niej ode­sła­łaby go da­leko stąd, na długi czas, a jed­no­cze­śnie tę­skni za tym, żeby się do niego zbli­żyć. Gdyby tylko mo­gła ob­jąć go mocno i spy­tać: "Dla­czego? Co się dzieje? O czym my­ślisz? Mo­gła­bym ci w czymś po­móc?". Chcia­łaby go przy­tu­lać tak jak kie­dyś, ale od tam­tej pory jego ciało uro­sło i stało się obce. Kiedy do tego do­szło? Co na jej miej­scu zro­bi­łaby Ca­milla? I gdzie jest oj­ciec tego chłopca w chwili, gdy się go po­trze­buje? Pew­nie pró­buje opchnąć ko­muś za zbyt wy­soką cenę ten czy inny sze­re­go­wiec w Van­gede, wielka pro­wi­zja i wiel­kie wy­ma­chy rąk - na tym się zna naj­le­piej. Ca­ro­line usi­łuje spra­wiać wra­że­nie opa­no­wa­nej i pew­nej sie­bie, ale wy­myka jej się głę­bo­kie wes­tchnie­nie, które brzmi jak od­głos po­wie­trza ula­tu­ją­cego z prze­dziu­ra­wio­nej dętki. Kle­pie Lu­kasa lekko w nogę w taki spo­sób, jakby chciała go za­chę­cić do mó­wie­nia, i pró­buje jesz­cze raz gło­sem słod­kim jak miód.

- A twoi ko­le­dzy z klasy... lu­bisz ich?

- Są okej.

- Przy­szło mi coś do głowy. Prze­je­dziemy się do Zwie­rzyńca, tylko we dwoje? Do­brze nam zrobi odro­bina świe­żego po­wie­trza. Nie wiem, czy wy­glą­da­łeś dziś przez okno, ale spadł śnieg.

- Na spa­cer...? Te­raz?

- Tak, a dla­czego nie? Mo­gli­by­śmy obej­rzeć po dro­dze dom, który tata bu­duje w Klam­pen­borgu, a na sam ko­niec sko­czyć na lunch do Café Jor­den Rundt. Miał­byś ochotę?

Lu­kas po­woli siada na łóżku i od­kłada te­le­fon. Ca­ro­line od­biera to jako zgodę.

***

Śnieg skrzypi, kiedy idą w stronę pa­łacu Ere­mi­tage. Lu­kas ma na so­bie tylko cienką bluzę z kap­tu­rem. Dla­czego nie kupi po­rząd­nej kurtki zi­mo­wej? Do­staje prze­cież co mie­siąc mnó­stwo pie­nię­dzy na ubra­nia. Ca­ro­line ma dość za­da­wa­nia mu tych sa­mych py­tań, które do­ni­kąd nie pro­wa­dzą. Tem­pe­ra­tura jest po­ni­żej zera, a ten spa­ce­ruje jakby ni­gdy nic z rę­kami w kie­sze­niach po­wy­cią­ga­nej ba­weł­nia­nej bluzy. Ukrywa się głę­boko w ciem­nym kap­tu­rze, a mimo to z jego ru­chów można wy­czy­tać ja­kiś ro­dzaj wy­cze­ki­wa­nia, uważ­no­ści, po­dat­no­ści, cień szansy na po­ro­zu­mie­nie. Wła­śnie te­raz nada­rza się oka­zja do od­by­cia z nim praw­dzi­wej roz­mowy. Już samo to, że z nią tu­taj przy­je­chał. To od niej za­leży, czy wy­ko­rzy­sta tę moż­li­wość. Pro­blem w tym, że Ca­ro­line nie wie, co po­wie­dzieć. Za­po­mniała, jak z nim roz­ma­wiać, albo ra­czej ten dawny spo­sób już nie działa. Uświa­da­mia so­bie, że je­śli chce się po­ro­zu­mieć z sy­nem, musi zna­leźć nowy ję­zyk. Tylko nie zna ni­kogo, kto by ją tego na­uczył, a od tego wy­so­kiego szczu­płego chło­paka nie ma co ocze­ki­wać po­mocy. Idzie obok niej lekko przy­gar­biony, z twa­rzą ukrytą w kap­tu­rze. Pra­wie nie wi­dać mu twa­rzy.

- O czym my­ślisz? - pyta go ostroż­nie.

- O ni­czym spe­cjal­nym. Po pro­stu idę. Nie mie­li­śmy się przejść?

- Je­śli chciał­byś o czymś po­roz­ma­wiać, to mam wielką na­dzieję, że zwró­cisz się z tym do mnie. Albo do taty. Wy­star­czy jedno z nas, albo oboje, to za­leży od tego, co ci bar­dziej od­po­wiada.

- Już po­wie­dzia­łem, że nie ma nic ta­kiego. Dla­tego wy­cią­gnę­łaś mnie na ten spa­cer? Bo po­dej­rze­wasz mnie o różne ciemne sprawki? Czyli mam się te­raz zła­mać i przy­znać do wszyst­kiego, a wtedy bę­dziemy mo­gli szcze­rze po­roz­ma­wiać, we trójkę, i wszystko znów bę­dzie do­brze. O to ci cho­dzi? Dla­tego tu je­ste­śmy?

- Nie. Chcia­łam się z tobą przejść, cho­ciaż oczy­wi­ście nie jest mi miło, że do­staję te­le­fony od na­uczy­cielki, która czuje się po­krzyw­dzona. To przy­kre, kiedy roz­ma­wiasz w nie­dzielę rano z za­pła­kaną obcą osobą. Kto by się czuł z tym do­brze?! Chcę wie­rzyć w twoje wy­ja­śnie­nia, ale mu­szę spy­tać, czy coś ci o tym wia­domo.

- Już po­wie­dzia­łem, że nie! Nie mia­łem po­ję­cia, że Dren mieszka w Van­gede!

- Dren?

- Tak ją na­zy­wamy. Nie chcę, że­byś się wtrą­cała w co­kol­wiek, co ma zwią­zek ze szkołą! Sam wszystko ogar­niam. I tak nie zro­zu­mie­cie, jak to jest. Wy­daje się wam, że wie­cie, ale nie wie­cie nic. Kom­plet­nie nic!

- W ta­kim ra­zie opo­wiedz, jak to jest. Po­wiedz mi o czymś, czego nie wiem.

- Jest tyle róż­nych rze­czy... To skom­pli­ko­wane. Pró­buję prze­trwać każdy dzień, do­cze­kać do piątku i so­boty. Tak ja to wi­dzę. Week­endy są dla mnie przy­nętą, o któ­rej sta­ram się my­śleć w ty­go­dniu. Dzięki niej ja­koś się trzy­mam.

- A po­tem w week­endy sie­dzisz przez więk­szość czasu w swoim po­koju. Nie my­śla­łeś o tym? Dla­czego za­wsze je­steś tak zmę­czony? Za­sta­na­wia­łam się, czy nie umó­wić wi­zyty u le­ka­rza. Może bra­kuje ci ja­kichś wi­ta­min? Nie wy­sy­piasz się po­rząd­nie, a to waż­niej­sze, niż ci się zdaje. Ca­milla też tak twier­dzi. Kiedy wła­ści­wie kła­dziesz się spać?

- Weź spró­buj po­słu­chać sa­mej sie­bie. Na­sto­latki za­wsze są zmę­czone, ta­kie jest prawo na­tury. Wszy­scy to wie­dzą. - Kręci głową. - Nie mam za­miaru iść tu­taj obok swo­jej matki i roz­ma­wiać o po­rze cho­dze­nia spać.

- Nie wiem, czy to mą­dre z mo­jej strony, że po­zwa­lam ci na ten wy­jazd na narty, skoro nie je­steś w do­brej kon­dy­cji. Na­prawdę uwa­żasz, że to roz­sądne? Nie je­dzie z wami nikt z do­ro­słych, bę­dzie­cie mu­sieli ra­dzić so­bie sami.

- Mamo, nic mi nie do­lega! Pla­nu­jemy ten wy­pad od kilku mie­sięcy, strasz­nie się na niego cie­szę! Usta­li­li­śmy już, kto bę­dzie z kim miesz­kał, i całą resztę. Kur­czę, nie mo­żesz te­raz zmie­nić zda­nia. Po­tra­fię o sie­bie za­dbać, mam szes­na­ście lat!

Gwał­tow­nie przy­spie­sza i zo­sta­wia ją samą w tyle. Ca­ro­line czuje w so­bie pustkę i za­gu­bie­nie. Co się przed chwilą stało? Kiedy zro­biła nie­wła­ściwy krok? W pracy po­trafi po­dej­mo­wać szyb­kie trafne de­cy­zje w imie­niu in­nych ro­dzin, ale gdy przy­cho­dzi do jej wła­snej, nie umie trzeźwo oce­nić sy­tu­acji, do­ko­nać wła­ści­wego wy­boru. Po­stę­puje zbyt su­rowo czy zbyt miękko? Le­piej się kie­ro­wać ser­cem czy ro­zu­mem? Czy te­raz po­winna go do­go­nić i nie po­zwo­lić mu na ta­kie za­cho­wa­nie czy zo­sta­wić go w spo­koju? Po­wie­dzieć, co my­śli, czy dzia­łać stra­te­gicz­nie? Jak po­stą­pić w ta­kiej sy­tu­acji? Dla­czego nikt nie przy­go­to­wuje przy­szłych ro­dzi­ców do ra­dze­nia so­bie w po­dob­nych mo­men­tach?

- Lu­kas! - krzy­czy za nim. - Czy to na­sza wina?! Ro­bimy coś źle?! - Głos jej się za­ła­muje, nie tak miał wy­glą­dać ich wspólny spa­cer. Chciała je­dy­nie po­roz­ma­wiać z sy­nem, spo­koj­nie i bez ner­wów... Dla­czego nic nie układa się tak, jak za­pla­no­wała? Zu­peł­nie jakby znany jej świat roz­pa­dał się na jej oczach. To, co wy­da­wało się nor­malne, wcale się ta­kie nie oka­zuje. Przy­spie­sza kroku i do­ga­nia syna. - Lu­kas, mam wra­że­nie, że dzieje się coś bar­dzo złego, a my o tym nie roz­ma­wiamy. Nie wiem, co to jest, nie wi­dzę tego, ale na pewno coś się dzieje. Cze­goś mi nie mó­wisz. Drę­czy cię coś, ja­kaś sprawa, o któ­rej mil­czysz. Z każ­dym dniem co­raz bar­dziej. Po­wiedz, co się dzieje. Mu­sisz mi po­móc, bo ja tego nie ro­zu­miem.

Ca­ro­line bra­kuje tchu. Za­czyna pła­kać, bo kiedy słowa już pa­dły, wi­dzi po Lu­ka­sie, że prze­czu­cia jej nie mylą. Od po­nad dwu­dzie­stu lat ma do czy­nie­nia z mó­wie­niem prawdy i mi­ja­niem się z nią, pra­wem i prak­tyką ży­cia. Jej in­stynkt wy­kry­wa­jący kłam­stwa i prze­mil­cze­nia wciąż działa bez za­rzutu. Za­trzy­muje się przed pa­ła­cem, pod­cho­dzi do syna i obej­muje go ra­mie­niem. On też nie może po­wstrzy­mać łez. Jej duży chło­piec. Od kilku lat nie wi­działa, żeby pła­kał.

- Cza­sem chciał­bym, żeby wszystko było tro­chę bar­dziej nor­malne... Zwy­kłe... A mo­men­tami jest me­ga­po­je­bane. Jak pie­przony la­bi­rynt, z któ­rego nie da się wy­plą­tać. Nie cho­dzi o was, nie ma to z wami nic wspól­nego, okej?

Ca­ro­line zgar­nia śnieg ze sto­ją­cej przy ścieżce ławki i ciężko na nią opada. Nie ma pod ręką żad­nego do­raź­nego roz­wią­za­nia. Sie­dzi tu, zmę­czona i ogar­nięta złymi prze­czu­ciami. Może dla­tego to robi, bo nie ma nic do stra­ce­nia: wy­rzuca z sie­bie coś, co od ja­kichś dwóch, trzech lat nie daje jej spo­koju. To ża­ło­sne, matka nie może za­da­wać ta­kich py­tań, ro­biąc to, po­peł­nia za­sad­ni­czy błąd. Ona jed­nak pyta i wraz z tym wy­maga od swo­jego szes­na­sto­let­niego syna, że to on ma za­pa­no­wać na sy­tu­acją i nią po­kie­ro­wać. Sama po­trzeba za­py­ta­nia o to za­wiera już w so­bie od­po­wiedź, jest tą od­po­wie­dzią. Ca­ro­line o tym wie, ale nie może się po­wstrzy­mać, musi to usły­szeć od niego.

- Lu­kas, po­wiedz... Czy po­świę­camy ci dość czasu? Czu­jesz, że mo­żesz na nas po­le­gać? - wy­po­wiada to pra­wie szep­tem.

- Ja­sne, że tak - od­po­wiada syn, krę­cąc głową.

Cille

- Czy tata tu­taj mieszka?

Tara sie­dzi przy stole w kuchni i prze­gląda zdję­cia na te­le­fo­nie To­biasa. Za­trzy­mała się na wa­ka­cyj­nej fo­to­gra­fii przed­sta­wia­ją­cej wszyst­kich czworo. Cille, prze­ra­żona jej py­ta­niem, od­kłada nóż i siada na­prze­ciwko córki.

- Oczy­wi­ście, że tata tu­taj mieszka! Dla­czego o to py­tasz?

Tara marsz­czy brwi i otwiera usta, jakby chciała coś po­wie­dzieć, ale za­miast tego wraca do prze­wi­ja­nia zdjęć wpraw­nym ru­chem palca. Cille ogląda je ra­zem z nią. Dziew­czynka na­leży do tych szczę­śli­wych osób, które uro­dziły się z unie­sio­nymi ką­ci­kami ust. Spra­wia wra­że­nie za­do­wo­lo­nej, bo tak ją stwo­rzyła na­tura. Cille chce, żeby córka po­zo­stała ra­do­snym dziec­kiem, w końcu ma tylko pięć lat i nie po­winna się ni­czym mar­twić.

- Tara, po­wiedz mi... Gdzie tata miałby miesz­kać, je­śli nie tu­taj? Mogę ci przy­siąc, że przez całą noc spał obok mnie.

- Okej.

- Dla­czego o to py­tasz? Bra­kuje ci go?

Tara wzru­sza ra­mie­niem, po­tem kręci głową.

- Kiedy będą na­le­śniki?

- Za­bawne, że o tym wspo­mi­nasz, bo wła­śnie za­mie­rza­łam usma­żyć nam całą stertę. Po­mo­żesz mi?

Cille szybko wstaje z krze­sła, ma na­dzieję, że w lo­dówce znaj­dzie ja­kieś jajka.

***

Cille prze­gląda zdję­cia, ma ich ty­siące na te­le­fo­nie i na kom­pu­te­rze. Tara tuż po na­ro­dzi­nach, To­bias jako nie­mowlę, oby­dwoje na tram­po­li­nie w ogro­dzie, Ask przed swoim bia­łym pło­tem za­raz po tym, jak się tu wpro­wa­dzili - tyle wcze­śniej mó­wił o tym ogro­dze­niu i w końcu stał się jego wła­ści­cie­lem, na­resz­cie się tu­taj zna­leźli. Śpiąca Tara, To­bias uczący się jeź­dzić na ro­we­rze, ona sama w za­awan­so­wa­nej ciąży na spa­ce­rze we Fre­de­riks­berg Have. Cille szuka cze­goś, czego nie po­trafi na­zwać. Ja­kie­goś wzoru, hi­sto­rii, wy­ja­śnie­nia. Dzie­limy ży­cie na lata, mie­siące, ty­go­dnie, dni, go­dziny, ale jak nadać temu upły­wa­ją­cemu cza­sowi sens? Z kim prze­by­wamy pod­czas tych mi­nut i se­kund, które są dla nas naj­waż­niej­sze? Kto dla nas coś zna­czy? O co w tym wszyst­kim cho­dzi? Cille chcia­łaby po­da­ro­wać dzie­ciom pre­zent na lata, chcia­łaby im uka­zać wielki ca­ło­ściowy ob­raz, po­łą­czyć ze sobą dni, ze­brać te wszyst­kie ulotne chwile, z któ­rych składa się dzie­ciń­stwo, opo­wie­dzieć hi­sto­rie, które ina­czej ode­szłyby w za­po­mnie­nie. Po­sta­na­wia, że po­da­ruje im al­bum. Bę­dzie to opo­wieść o ich ro­dzi­nie. Cille chce po­ka­zać dzie­ciom, że są bar­dzo przez nich ko­chaną czę­ścią łań­cu­cha o wielu ogni­wach. Przy­gląda się zdję­ciom. To­bias mię­dzy jej ro­dzi­cami pod­czas świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia, Tara w ba­weł­nia­nym ka­pe­lu­siku i z książką o pta­kach na ko­la­nach ojca Aska, kiedy w ze­szłym roku po­je­chali nad Mo­rze Wat­towe. Oby­dwoje w le­sie z psem matki Aska. Cille przy­nosi z piw­nicy stare kar­tony i al­bumy. Po­święca na to dużo czasu, ni­komu nie mówi ani słowa. Układa zdję­cia w es­te­tyczną kom­po­zy­cję i opa­truje je krót­kimi tek­stami. Ska­nuje ry­sunki dzieci, za­pro­sze­nie na ślub jej i Aska, do­pi­suje krót­kie cy­taty, za­bawne rze­czy po­wie­dziane przez Tarę i To­biasa, wy­li­cza małe i duże zwy­cię­stwa: dzień, w któ­rym na­uczyły się cho­dzić, ich pierw­sza Gwiazdka, pierw­szy dzień w przed­szkolu, pierw­szy skok do ba­senu z wy­so­ko­ści trzech me­trów. Rów­no­cze­śnie sama od­bywa no­stal­giczną po­dróż w cza­sie i pra­cuje przez cały ty­dzień od rana do póź­nego wie­czora, pra­wie jak w go­rączce, zdjęta dziw­nym wzru­sze­niem. Zda­rza jej się pła­kać z tego po­wodu, że jest tylko ma­lut­kim try­bi­kiem w wiel­kiej hi­sto­rii, matką spo­glą­da­jącą wstecz na swo­ich ro­dzi­ców i dziad­ków, pa­trzącą tu i te­raz na wła­sne dzieci i pró­bu­jącą wej­rzeć w przy­szłość, któ­rej wciąż nie wi­dać. Pła­cze z wdzięcz­no­ści i tro­ski, nad prze­mi­ja­ją­cym cza­sem i nad wszyst­kim na­raz, także dla­tego, że wzru­sza ją jej wła­sny pro­jekt. I jesz­cze coś - po­kre­wień­stwo. Tara i To­bias nie tylko są dziećmi jej i Aska, ale też sta­no­wią część więk­szej ca­ło­ści. Chce im to wszystko po­ka­zać, otwo­rzyć ich oczy na coś, co sama le­dwo ro­zu­mie. Po­cho­dze­nie. Hi­sto­rię. Ro­dzinę. Dużo czasu zaj­muje jej na­ry­so­wa­nie kwit­ną­cego, roz­ga­łę­zio­nego drzewa ge­ne­alo­gicz­nego, które umiesz­cza na okładce. Po le­wej szki­cuje wła­sną ro­dzinę do czte­rech po­ko­leń wstecz, po­tem dzwoni do te­ścio­wej, żeby do­wie­dzieć się szcze­gó­łów do­ty­czą­cych ro­dziny Aska, która zaj­mie prawą stronę. Naj­wy­żej, na ko­ro­nie drzewa, umiesz­cza Tarę i To­biasa w czer­wo­nym sercu. Od niego pro­wa­dzą strzałki do niej i do Aska. Cille my­śli, że oto do­ku­men­tuje ich mi­łość i wza­jemne po­wią­za­nia, i znów tro­chę nad tym po­pła­kuje. Prze­cież ona i Ask na­leżą do sie­bie, mimo wszystko, czyż nie? Daje al­bu­mowi ty­tuł To, co mam naj­lep­szego i znów musi się po­rząd­nie wy­pła­kać, za­nim weź­mie się w garść i po­śle ca­łość do druku. W nocy bu­dzi się zlana po­tem i prze­ra­żona. Wie, że po­peł­niła straszny błąd. Z sa­mego rana dzwoni do dru­karni i prosi, żeby za­trzy­mać re­ali­za­cję za­mó­wie­nia. Po­pra­wia ty­tuł na To, co mamy naj­lep­szego. Gdy książki przy­cho­dzą z dru­karni, wkłada je do trzech pu­de­łek, które opa­ko­wuje czer­woną bi­bułą i prze­wią­zuje złotą wstążką. Ask też do­sta­nie je­den eg­zem­plarz. Mi­łość i iskra na­mięt­no­ści, nad któ­rymi sami nie pa­nują, obec­nie się scho­wały, ale na pewno nie zga­sły, oby­dwoje mu­szą tylko pa­mię­tać, żeby je do­strze­gać, bo one wciąż tam są, na pewno, w ukry­ciu, ale są, mu­szą tam być, nie ma in­nej opcji.

Line

Słowa prze­szy­wają ją głę­boko. Na wi­dok pierw­szej strony "Eks­tra Bla­det" Line traci pa­no­wa­nie nad kie­row­nicą. To nie może być prawda! Jakby ktoś po­ra­ził ją prą­dem. "Owiany skan­da­lem dy­rek­tor fun­du­szu sprze­daje luk­su­sową willę". Ogar­niają ją co­raz gor­sze prze­czu­cia, w gło­wie wszystko dzwoni na alarm. Line wci­ska ha­mu­lec. Co to ma zna­czyć? O kogo cho­dzi? Na pewno o ko­goś in­nego, prze­cież to nie­moż­liwe. Zjeż­dża na po­bo­cze i sie­dzi przez kilka mi­nut, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad kłę­bo­wi­skiem my­śli, za­nim od­waży się wyjść z auta i po­dejść do kio­sku. Na­głó­wek w ga­ze­cie wzbu­dza w niej nie­po­kój, który do tej pory pró­bo­wała igno­ro­wać. Po prze­czy­ta­niu ar­ty­kułu ogar­nia ją wstyd. Oczy­wi­ście nie do­ty­czył tego, co jej się wy­da­wało. Line pró­buje się przy­wo­łać do po­rządku, wma­wia so­bie, że wciąż w niej tkwi hi­sto­ria Kri­stiana i stąd taka, a nie inna re­ak­cja. Jej ży­cie w końcu za­czyna się ukła­dać, boi się stra­cić wszystko, co zna­la­zła u boku Pe­tera, i tego, że znów bę­dzie sama. Dla­tego re­aguje zbyt gwał­tow­nie. A może... może jest coś, czego nie chce do­strzec? Ten na­głó­wek po­ru­szył ukrytą czułą strunę, wy­do­był na wierzch strach, który pró­bo­wała za­sy­pać w głę­bo­kim dole. Line to­czy ze sobą walkę, nie ma od­wagi uru­cho­mić sil­nika i po­je­chać da­lej, za­nim cze­goś nie po­sta­nowi. Czuje się tak, jakby ja­kaś jej część o czymś wie­działa, i musi się do­wie­dzieć, co to jest. Ma wy­rzuty su­mie­nia, że działa za ple­cami Pe­tera, ale nie po­zo­staje jej nic in­nego, niż spraw­dzić, jak się rze­czy mają. Po po­wro­cie do domu znaj­duje w in­ter­ne­cie spra­woz­da­nie fi­nan­sowe ECRF za ubie­gły rok. Roczne wy­na­gro­dze­nie dy­rek­tora za­rzą­dza­ją­cego wy­nosi mi­lion ko­ron. Line nie zna się aż tak do­brze na eko­no­mii, ale wie, że mie­sięczna pen­sja w wy­so­ko­ści osiem­dzie­się­ciu ty­sięcy ko­ron nie po­kry­łaby kon­sump­cji Pe­tera, chyba że ko­rzy­stałby z oszczęd­no­ści. Dzieła sztuki, po­dróże, re­stau­ra­cje, przy­ję­cia, willa w Rung­ste­dzie, miesz­ka­nie w Rzy­mie, sa­mo­chody, ze­garki, te­le­wi­zor, który ku­pił w ze­szłym ty­go­dniu, zaj­mu­jący w sa­lo­nie całą boczną ścianę, nie­prze­rwany ciąg pre­zen­tów, ja­kimi ob­da­ro­wuje córkę i Line - ten ra­chu­nek za nic się nie zga­dza. Strach przed tym, co jest prawdą, a co wy­two­rem jej wy­obraźni, kła­dzie się jej ciężko na piersi, jakby przy­sy­pano ją stertą mo­krego pia­sku, blo­kuje jej drogi od­de­chowe. Line nie bę­dzie w sta­nie swo­bod­nie za­czerp­nąć po­wie­trza, do­póki się nie upewni, a jed­no­cze­śnie nie ma od­wagi spy­tać, bo per­spek­tywa ży­cia w sa­mot­no­ści wy­daje jej się tak samo prze­ra­ża­jąca. Co po­winna zro­bić? Jak się zdo­być na taki krok? Snu­jąc ta­kie po­dej­rze­nia, nie bę­dzie mo­gła spoj­rzeć Pe­te­rowi w oczy, nie znie­sie też ewen­tu­al­nego roz­sta­nia - czyżby zmie­rzała ku znisz­cze­niu wszyst­kiego, co ich łą­czy? Musi mu po­ka­zać, że mu ufa, oczy­wi­ście, że tak. Na pewno źle coś zro­zu­miała. Po­winna go spy­tać, ale ostroż­nie, od nie­chce­nia, tylko jak to sfor­mu­ło­wać? Jak wy­po­wie­dzieć ta­kie słowa? Na­stęp­nego dnia Line re­zy­gnuje jed­nak z uda­wa­nia i pyta wprost, do­daw­szy so­bie od­wagi dwoma moc­nymi gi­nami z to­ni­kiem.

- Pe­ter, ko­cha­nie, my­śla­łam o czymś ostat­nio... Chcia­ła­bym cię o coś spy­tać, je­śli nie masz nic prze­ciwko.

- Ależ oczy­wi­ście, py­taj, o co cho­dzi?

- Wy­bacz moją bez­po­śred­niość, być może to nie moja sprawa, ale coś mnie nur­tuje. Nie dla­tego, że ci nie ufam, chyba po pro­stu je­stem prze­czu­lona na punk­cie wy­dat­ków i fi­nan­sów po tej hi­sto­rii z Kri­stia­nem. Tak mi się wy­daje. Cho­dzi o to, że... czy skoro za­pra­szasz mnie do Nor­we­gii i Włoch, ku­pu­jesz dzieła sztuki, nowy te­le­wi­zor i wy­pra­wiasz wiel­kie przy­ję­cie dla córki, to zna­czy, że przez twój ogród prze­biega żyła złota? Czy jest coś, o czym nie wiem? Jak mo­żesz to wy­ja­śnić? - Line uśmie­cha się z za­kło­po­ta­niem, prze­krzy­wia głowę i do­daje cien­kim gło­si­kiem: - To zna­czy... Nie wy­da­jesz pie­nię­dzy na­le­żą­cych do fun­du­szu, prawda?

Czuje się tak głu­pio, że aż za­czyna pła­kać. Co ona naj­lep­szego wy­pra­wia, prze­cież w ten spo­sób od­py­cha go od sie­bie! Ten męż­czy­zna jest naj­lep­szym, co się jej przy­da­rzyło od wielu lat, a ona śmie go osą­dzać. Chyba po­stra­dała zmy­sły, co ona robi? Pe­ter pa­trzy na nią ze zdzi­wie­niem, siada na­prze­ciwko niej.

- Oczy­wi­ście, że nie. Dla­czego tak uwa­żasz?

- Ja ni­czego nie uwa­żam. Prze­pra­szam cię jesz­cze raz, py­tam tylko dla­tego, że się boję, gdy wi­dzę na­głó­wek taki jak ten we wczo­raj­szym "Eks­tra Bla­det". Wi­dzia­łeś go? O tym dy­rek­to­rze fun­du­szu. - Jej głos brzmi jak u ma­łej dziew­czynki. Kręci głową na wła­sne słowa. - Po pro­stu nie je­stem w sta­nie tak tego po­skła­dać, żeby dojść do ja­kie­goś sen­sow­nego wnio­sku. Nie mam po­ję­cia, ile za­ra­biasz, i to nie moja sprawa, wiem na­to­miast, że nie można żyć w taki spo­sób jak my za zwy­kłą le­kar­ską pen­sję. Wła­śnie przez to się boję. Nie oskar­żam cię o nic, tylko py­tam. Zro­zum, że z po­wodu pie­kła fi­nan­so­wego, przez które prze­szłam, je­stem wy­jąt­kowo czujna, je­śli cho­dzi o nie­przej­rzy­ste liczby i ra­chunki. Mu­szę od cie­bie usły­szeć, że wszystko jest tak, jak po­winno.

Pe­ter sięga po­nad sto­łem i bie­rze ją za rękę.

- Line, po­słu­chaj... Mam pod­sta­wowe wy­na­gro­dze­nie, które w każ­dej chwili można spraw­dzić w na­szym rocz­nym spra­woz­da­niu fi­nan­so­wym. W tej pracy jest jed­nak wiele mniej wi­docz­nych za­let i bo­nu­sów, z któ­rych mogę ko­rzy­stać. Wiąże się to z zaj­mo­wa­nym przeze mnie sta­no­wi­skiem i nie ma w tym nic nie­le­gal­nego, nie można się ab­so­lut­nie do ni­czego przy­cze­pić. Mo­jego wkładu pracy i wy­ni­ków, do któ­rych do­cho­dzę, nie da się w rze­czy­wi­sto­ści prze­li­czyć na pie­nią­dze. Nie cho­dzi o to, że­bym te­raz za­czął wy­mie­niać swoje kwa­li­fi­ka­cje, ale re­al­nie pa­trząc, je­stem wart dużo wię­cej niż wy­pła­cane mi co mie­siąc wy­na­gro­dze­nie. Wie­dzą o tym w cen­trali ECRF, wiem o tym ja, wie­dzą o tym wszy­scy z mo­jej branży. Ale po­nie­waż je­ste­śmy fun­du­szem ba­daw­czym, a w Da­nii płaci się naj­wyż­sze na świe­cie po­datki, uzgod­ni­łem z za­rzą­dem taką formę wy­na­gro­dze­nia, że za­miast wyż­szej pen­sji mam do­stęp do róż­nych dóbr, które mi to re­kom­pen­sują. Gdyby mi za­pro­po­no­wano mi­lion wię­cej rocz­nie, nie od­czuł­bym tego w ja­kiś spe­cjalny spo­sób z po­wodu po­datku od naj­wyż­szych do­cho­dów, VAT-u i in­nych da­nin, ja­kie pła­cimy u sie­bie w kraju. Za te pie­nią­dze nie mógł­bym na­wet ku­pić po­rząd­nego sa­mo­chodu. Można za­tem po­wie­dzieć, że mam tak zwaną pen­sję pod­sta­wową, a oprócz niej do­stęp do przy­wi­le­jów sta­no­wią­cych re­kom­pen­satę za mój wkład pracy. Dys­po­nuję dużą kwotą na wy­datki, fir­mo­wym sa­mo­cho­dem, miesz­ka­niem-biu­rem w Rzy­mie, a kiedy Sam­sung wpro­wa­dza na ry­nek nowy ro­dzaj te­le­wi­zo­rów, oczy­wi­ście po­wi­nie­nem go na­być, bo moja praca za­ha­cza o różne dzie­dziny i mu­szę mieć do­stęp do wszyst­kich po­trzeb­nych ka­na­łów. Po­dró­żuję klasą biz­ne­sową, żeby sta­wić się na spo­tka­nia wy­po­częty i go­towy do roz­mów. Pod­czas wy­jaz­dów do­staję diety, mam dar­mowy te­le­fon, pre­nu­me­ruję różne ga­zety i cza­so­pi­sma, z oka­zji pię­cio­le­cia pracy w fun­du­szu do­sta­łem szwaj­car­ski ze­ga­rek. To ty­powe dla tego typu sta­no­wisk. Mu­sia­łaś się ze­tknąć z czymś po­dob­nym w śro­do­wi­sku Kri­stiana. Zdolny dy­rek­tor jest na wagę złota. Je­śli jego re­noma, sieć kon­tak­tów, wie­dza, za­rzą­dza­nie są na od­po­wied­nim po­zio­mie, może za­żą­dać każ­dej kwoty i za­wsze bę­dzie wart tych pie­nię­dzy. W tym świe­tle po­win­naś po­strze­gać do­bra, z któ­rych ko­rzy­stam. Nie tylko wy­pi­sa­łem so­bie czek in blanco, ale i do­staję cały pa­kiet pre­mium. Z dru­giej strony je­stem wart każ­dej wy­da­nej na mnie ko­rony, więc można po­wie­dzieć, że to za­słu­żone wy­na­gro­dze­nie.

Line wsłu­chuje się w tempo i lek­kość jego głosu, daje się za­hip­no­ty­zo­wać ryt­mowi słów, gład­kiej ar­gu­men­ta­cji, nie­za­prze­czal­nej lo­gice. Ko­ły­sze się wraz z tą falą, wy­łą­cza my­śle­nie, z jej ciała scho­dzi część na­pię­cia. Wy­ja­śnie­nia Pe­tera mają sens, może to nie aż tak skom­pli­ko­wane, pew­nie stało się ta­kim tylko w jej gło­wie. Ści­ska mu dłoń i się uśmie­cha. To do­brze, że sama za­py­tała, zresztą ich re­la­cja po­winna wy­trzy­mać także roz­mowy o spra­wach mniej przy­jem­nych, no i mu­szą być wo­bec sie­bie szcze­rzy.

- A wy­jazdy do Nor­we­gii? Im­preza uro­dzi­nowa dla córki? Czy to ob­ciąża twój bu­dżet na po­dróże i konto na wy­datki?

- Wszystko zo­stało za­twier­dzone. To część umowy. Bądź spo­kojna, nie ma w tym nic po­dej­rza­nego. Je­śli chcesz, mogę ci po­ka­zać swoją umowę o pracę.

Do­piero te­raz Line może się od­prę­żyć. Wresz­cie zro­zu­miała. Wszystko zo­stało za­twier­dzone. Czyli gdy Pe­ter mówi, że "firma płaci", to rze­czy­wi­ście tak jest. Nie cho­dzi tu o żadne ciemne sprawki, nie ma w tym żad­nego oszu­stwa. We­dług szwaj­car­skiego prawa taka umowa jest le­galna, a Pe­ter jest za­trud­niony na tam­tej­szych wa­run­kach. Wszystko zo­stało za­twier­dzone. Line robi się przy­kro, że w niego zwąt­piła, i chcia­łaby mu to ja­koś wy­na­gro­dzić.

- Prze­pra­szam, ko­cha­nie. Po pro­stu mu­sia­łam się tego do­wie­dzieć od cie­bie. Chcia­łam zro­zu­mieć, co się dzieje. Bar­dzo wiele dla mnie zna­czy, że nie ma mię­dzy nami żad­nych po­dej­rzeń. To zna­czy... nie że­bym cię kie­dy­kol­wiek o coś po­dej­rze­wała, mam na­dzieję, że ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi.

- Nie­po­trzeb­nie się mar­twi­łaś. Te­raz wiesz, jak się sprawy mają. W mo­jej branży pie­nią­dze są de­li­katną kwe­stią, bo oczy­wi­ście na­leży je wy­da­wać na ba­da­nia i le­cze­nie, wszy­scy się co do tego zga­dzają. Z dru­giej strony przy­służą się pa­cjen­tom tylko wtedy, gdy zdolni lu­dzie są zmo­ty­wo­wani i do­brze wy­ko­nują swoją pracę. Dla­tego trzeba je także in­we­sto­wać w zdol­no­ści, które tę war­tość two­rzą, ro­zu­miesz? Cza­sami trudno za­pro­wa­dzić wła­ściwą rów­no­wagę mię­dzy tym, co jest roz­sąd­nym wy­dat­kiem, jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać pie­nią­dze i jak za­trzy­mać za­an­ga­żo­wa­nych le­ka­rzy i ba­da­czy, że­by­śmy nie­prze­rwa­nie osią­gali do­bre wy­niki. Na pa­pie­rze wy­glą­dam jak kiep­sko opła­cany le­karz gry­zi­pió­rek, ale za pracę na rzecz na­uki i cho­rych na raka mogę jeź­dzić po­rząd­nym sa­mo­cho­dem, za­pro­sić swoją prze­miłą part­nerkę do Nor­we­gii i obej­rzeć wia­do­mo­ści na wiel­kim no­wo­cze­snym te­le­wi­zo­rze. Tak więc tro­chę na tym ko­rzy­stam, nie­praw­daż? Nie mogę na­rze­kać. Ja­koś so­bie ra­dzimy, jak po­wia­dają tu­taj w Rung­ste­dzie. Star­cza nam na wszystko.

Lu­kas

Zaj­mują miesz­ka­nie w al­pej­skim domku z Au­gu­stą i Ma­rie z ich klasy. Ko­le­żanki już dawno ich za­py­tały, czy nie chcą z nimi miesz­kać. Oby­dwie są me­ga­fajne, Lu­kas kilka razy wra­cał do domu z Ma­rie, która mieszka nie­da­leko od niego. Ich lo­kum znaj­duje się bli­sko wy­ciągu nar­ciar­skiego i knajp, po pro­stu nie mo­gło być le­piej. Roz­ma­wiali o tej wy­cieczce przez całą je­sień. W Val Tho­rens aż się roi od duń­skich li­ce­ali­stów. Wszy­scy tu są, wszy­scy im­pre­zują, wszy­scy mają ubaw. Wy­brali się dziś na narty dużą grupą, a te­raz sie­dzą w po­koju dziew­czyn. Roz­ma­wiają, słu­chają mu­zyki, pa­nuje spoko at­mos­fera. Na­pili się wódki i upa­lili ha­szy­szem. Kon­rad prze­my­cił kar­ton na­bo­jów z ga­zem roz­śmie­sza­ją­cym. Au­gu­sta wstała, żeby otwo­rzyć okno. Wdy­cha gaz z na­boju, który po­dał jej Lu­kas.

- Kurwa, kręci mi się w gło­wie. Aaa, jak to ła­sko­cze w twarz! - woła, ma­cha­jąc rę­kami. Wy­bu­cha hi­ste­rycz­nym śmie­chem, chwyta się za głowę i kręci wo­kół swo­jej osi.

Na­gle upada na plecy. Lu­ka­sowi nie udaje się jej chwy­cić. Dziew­czyna ude­rza z ca­łej siły głową o brzeg łóżka pię­tro­wego. Roz­lega się dziwny dźwięk, przez który wszy­scy za­mie­rają, pod­czas gdy ciało Au­gu­sty pada na pod­łogę. Każde z nich za­styga w pół ru­chu i kie­ruje wzrok w dół. Po­tem pa­trzą po so­bie. Kon­rad, jak ja­kiś de­bil, za­czyna się śmiać i kłuć dziew­czynę pal­cem.

- Au­gu­sta, za­li­czy­łaś nie­złą glebę. Bez jaj, wsta­waj już, okej?

- Za­mknij się, Kon­rad, ona się na­prawdę ude­rzyła, nie wi­dzisz?

Au­gu­sta leży z za­mknię­tymi oczami, na jej czole wi­dać pot, z po­ty­licy na pod­łogę są­czy się krew. Lu­kas przy­klęka obok niej i przy­kłada dło­nie do jej po­licz­ków. Pró­buje na­wią­zać z nią kon­takt. Jest go­rąca, jakby się go­to­wała. Kon­rad i Wil­liam chi­cho­czą głup­ko­wato, bo wciąż są na haju. Roz­glą­dają się, jakby cze­kali, aż za­raz ktoś im po­wie: "To tylko za­bawa", i będą mo­gli wró­cić do im­pre­zo­wa­nia. Sa­muel i Ma­rie tylko sie­dzą i się ga­pią. Lu­kas uświa­da­mia so­bie, że ta sy­tu­acja wy­maga od nich re­ak­cji, któ­rej nie jest w sta­nie spro­stać. Pró­buje uło­żyć Au­gu­stę w nor­mal­nej po­zy­cji. Jest cał­ko­wi­cie nie­przy­tomna, wy­gląda prze­ra­ża­jąco. Do oczu na­pły­wają mu łzy, kur­czę, co tu jest grane, jesz­cze mi­nutę temu świet­nie się ba­wili, a te­raz wszystko za­marło i drży mu przed oczami.

- Hej, Au­gu­sta... Wszystko w po­rządku? Au­gu­sta?

Musi się skon­cen­tro­wać na każ­dym swoim ru­chu i sło­wie. Od wy­pa­lo­nego ha­szu ma za­tkany nos, sam czuje, że mówi nie­wy­raź­nie, a jego re­ak­cje i ru­chy są opóź­nione. Gdy ob­raca ją na bok, le­dwo ma od­wagę spoj­rzeć w dół. W po­przed­niej szkole mieli kurs pierw­szej po­mocy, Lu­kas wie, co trzeba zro­bić, musi tylko so­bie przy­po­mnieć. Naj­pierw się spraw­dza, czy osoba od­dy­cha, po­tem kła­dzie się ją na boku, żeby się nie udu­siła wła­snymi wy­mio­ci­nami, i do­piero wtedy dzwoni po po­moc.

- Chło­paki, kurwa, co ro­bimy?

To znów Kon­rad.

- We­dług mnie coś so­bie zro­biła. Mu­simy za­dzwo­nić po po­moc.

"No zrób­cie coś w końcu!" Gdyby tylko był wśród nich ktoś, kto wziąłby się w garść. Lu­kas czuje, że strzałka po­ka­zuje na niego, ale on też nie wie, jak po­stą­pić.

- Co, kurwa, ro­bimy? Mu­simy za­dzwo­nić po po­moc!

- Wtedy wszystko się wyda! Każą nam wra­cać do domu! Nie mo­żemy tego zro­bić, moi sta­rzy się wściekną.

Wil­liam jak zwy­kle ma wszystko w du­pie, my­śli tylko o so­bie.

- Spójrz­cie na nią! Nie mo­żemy jej tak zo­sta­wić, a je­śli grozi jej śmierć?

Lu­kas po­tyka się, wy­bie­ga­jąc do kuchni po wo­re­czek z lo­dem. Po po­wro­cie przy­kłada go ostroż­nie do krwa­wią­cego miej­sca. Na bank nie robi tego, co trzeba, ale uważa sta­nie z za­ło­żo­nymi rę­kami za tak samo nie­wła­ściwe. Nie ma od­wagi od­gar­nąć jej wło­sów i spraw­dzić, jak duża jest rana, wi­dzi tylko krew, która są­cząc się, po­woli barwi po­ty­licę Au­gu­sty na czer­wono. Nie wia­domo, czy dziew­czyna od­czuwa ból mimo utraty przy­tom­no­ści. A je­śli tracą cenne se­kundy, nie po­dej­mu­jąc żad­nych kro­ków? Prze­cież nie mają po­ję­cia, co się stało i jak się za­cho­wać.

- Bę­dziemy mieli me­ga­prze­je­bane, je­śli wyj­dzie na jaw, że tu ja­ramy i wdy­chamy gaz roz­we­se­la­jący. Ro­dzice mnie za­biją! Kurwa, nie zro­bi­cie tego. Po co ta de­bilka gi­bała się przy oknie, na kom­plet­nym haju? - Wi­liam roz­ga­duje się aż do ja­kiejś ko­smicz­nej pa­ra­noi.

- Za­mknij się, Wil­liam. Wszy­scy za­cho­wy­wa­li­śmy się tak samo!

- Może zro­bimy jej sztuczne od­dy­cha­nie albo coś w tym stylu - od­zywa się nie­pew­nie Ma­rie pra­wie bez­gło­śnym szep­tem.

- Zro­biła so­bie dziurę w gło­wie, jest nie­przy­tomna! Nie mam po­ję­cia, co się wtedy robi. Wiem tylko, że to cho­ler­nie nie­bez­pieczne i że nie może tak le­żeć bez żad­nej po­mocy. A je­śli do jej mó­zgu nie do­pływa po­wie­trze, czy, kurwa, jak to się na­zywa... tlen!

Lu­kas ma wra­że­nie, że zna od­po­wiedź na naj­waż­niej­sze py­ta­nia, że są gdzieś w jego gło­wie i po­wi­nien wie­dzieć, co zro­bić, ale nie po­trafi tego wy­ja­śnić po­zo­sta­łym i sa­memu przejść do dzia­ła­nia.

- Wy­nie­śmy ją na drogę - rzuca Wil­liam.

- Na drogę? Od­biło ci?

- No, wy­nie­siemy ją na drogę, na bank ktoś ją tam znaj­dzie, a my nie bę­dziemy mu­sieli się tłu­ma­czyć. Au­gu­sta na pewno ni­czego nie pa­mięta, w każ­dym ra­zie nie bę­dzie w sta­nie nic po­wie­dzieć, do­póki się nią nie zajmą. No daj, kurwa!

- Nie, znie­siemy ją na dół, uło­żymy w bez­piecz­nej po­zy­cji na ja­kimś kocu i za­dzwo­nimy po ka­retkę. A po­tem uciek­niemy.

Lu­kas musi zmo­bi­li­zo­wać wszyst­kie siły, ina­czej wpa­kują się w nie­złe ba­gno. Co po­winno się zro­bić w pierw­szej ko­lej­no­ści? Czy w ogóle wolno prze­no­sić osoby po ura­zie głowy?

- Ma­rie, za­dzwo­nisz po ka­retkę. Mó­wisz po fran­cu­sku naj­le­piej z nas.

- Nie mogę... Co ja im po­wiem? Ni­g­dzie nie dzwo­nię!

- Dzwo­nisz, bez ga­da­nia. Ina­czej sy­tu­acja skoń­czy się tra­gicz­nie. Je­śli nie wie­rzysz, spójrz na nią.

Przez ciało Au­gu­sty prze­cho­dzą nie­znaczne drga­nia, jakby za­raz miała do­stać kon­wul­sji.

- Ale jak... co mam zro­bić? - Ma­rie pła­cze. - We Fran­cji też się dzwoni pod sto dwa­na­ście?

- Spraw­dzisz to, a my znie­siemy ją na dół.

Lu­kas ob­wią­zuje głowę Au­gu­sty czy­stą ścierką i ostroż­nie wkłada jej czapkę nar­ciar­ską, która ma trzy­mać opa­tru­nek. Po­tem wy­no­szą ko­le­żankę do windy i na ulicę. Na wy­cie­raczce przed jed­nym ze skle­pów roz­kła­dają duży ręcz­nik, na któ­rym umiesz­czają dziew­czynę. Ma­rie idzie z nimi i dzwoni z ulicy po ka­retkę. Osoba, z którą roz­ma­wia, za­daje jej mnó­stwo py­tań. Ona udaje, że nie ro­zu­mie, po­wta­rza tylko ad­res i na­zwę sklepu. Po­tem prze­rywa roz­mowę i wy­łą­cza te­le­fon.

- Przy­jadą za chwilę, więc le­piej się stąd zbie­rajmy. Boję się zo­sta­wić włą­czony te­le­fon, żeby mnie nie na­mie­rzyli. Co zro­bimy, je­śli jej się stało coś po­waż­nego?

Łzy spły­wają Ma­rie po po­licz­kach, Au­gu­sta jest jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Bie­gną z po­wro­tem do miesz­ka­nia. Z okna po­koju dzien­nego ob­ser­wują, co się dzieje na ulicy. Lu­kas pa­trzy na nie­ru­chomą dziew­czynę na wy­cie­raczce i czuje w so­bie pustkę. Do­pa­dają go za­wroty głowy, zbiera mu się na mdło­ści i osuwa się na pod­łogę. Siada z głową mię­dzy no­gami, jesz­cze chwila, a zwy­mio­tuje. Ma­rie stoi przy oknie i pła­cze, Sa­muel leży na so­fie i gapi się w su­fit. Kon­rad był tak pi­jany i uja­rany, że za­snął na pod­ło­dze, kiedy reszta wy­no­siła Au­gu­stę na ulicę. Ka­retka przy­jeż­dża po kilku mi­nu­tach, dźwięk sy­gnału od­bija się echem w po­koju jesz­cze długo po jej od­jeź­dzie z Au­gu­stą w środku. Sie­dzą przez ja­kiś czas, nie od­zy­wa­jąc się do sie­bie, a po­tem roz­cho­dzą się do łó­żek, bo nie są w sta­nie wy­my­ślić nic in­nego.

***

Lu­kas nie może spać, my­śli kłę­bią mu się w gło­wie. Jak do­szło do tego wszyst­kiego? Co te­raz bę­dzie? Wzbiera w nim co­raz więk­sza iry­ta­cja na Wil­liama i Kon­rada. Wy­daje im się, że są tacy su­per­cool, ale jak przy­szło co do czego, oka­zało się, że nie można na nich li­czyć. Nisz­czą wszystko, czego się tkną, i mają w du­pie cały świat. W pe­wien spo­sób on też się taki stał. Jane Dren nie po­ja­wiła się w szkole, od­kąd za­mó­wił te pizze do niej do domu. Od kilku ty­go­dni lek­cje an­giel­skiego się nie od­by­wają. Tam­tego wie­czoru na maksa prze­gięli. Kon­rad i Wil­liam usu­nęli fał­szywy pro­fil na­stęp­nego dnia, wciąż nikt się z nimi nie skon­tak­to­wał, to na­prawdę dziwne. Co się te­raz sta­nie z Au­gu­stą? Czy prze­żyje po tym ura­zie? Dla­czego bar­dziej nie uwa­żali? Wy­rzucą ich wszyst­kich ze szkoły? Zo­staną uka­rani? Czy Au­gu­sta kie­dy­kol­wiek doj­dzie do sie­bie? A je­śli trwale ucierpi? Czy to była jego wina? Prze­cież to on po­dał jej ten durny na­bój z ga­zem. Lu­kas czuje się jak uczest­nik za­bawy, która po­su­nęła się za da­leko, albo jakby tkwił w ba­gnie, z któ­rego nie po­trafi się wy­do­stać. Trzę­sie się na ca­łym ciele i boi się tego, w ja­kim jest sta­nie. Czy to może być na­pad lęku? Wie, że stał się osobą, któ­rej sam nie lubi, do któ­rej czuje od­razę. Naj­ła­twiej­szym wyj­ściem by­łoby sko­czyć z bal­konu i zo­sta­wić za sobą to wszystko. Co po­wie­dzą jego ro­dzice? Ma wra­że­nie, jakby stał na sa­mej kra­wę­dzi i mu­siał coś zro­bić, tylko co? Gdzie po­sta­wić pierw­szy krok? Za­czyna dy­szeć i żeby się uspo­koić, kła­dzie się na brzu­chu z ra­mio­nami i dłońmi wci­śnię­tymi pod ciało. Skręca się i prze­wraca, nie mo­gąc so­bie zna­leźć miej­sca. Zwija się w kłę­bek i pró­buje ona­ni­zo­wać, my­śląc o czymś in­nym, ale nie po­trafi się po­bu­dzić, nie ma w nim za grosz chęci, po pro­stu nie może. Jest mu wszystko jedno, chciałby tylko... no wła­śnie, co ta­kiego? Czego on wła­ści­wie chce? Na pewno tego, żeby Au­gu­sta prze­żyła, chciałby też zro­bić coś do­brego, za­cząć od nowa. Wię­cej roz­ma­wiać z Ma­rie, le­piej ją po­znać. Szybko wstaje i za­krada się do po­koju ko­le­ża­nek, nie wie­dząc, skąd się wziął ten im­puls. Przy­kuca obok dol­nego po­sła­nia na łóżku pię­tro­wym.

- Cześć, Ma­rie... Śpisz?

- Nie, nie mogę. Cały czas my­ślę o Au­gu­ście. Kiedy za­my­kam oczy, wi­dzę krew w jej wło­sach i głowę le­żącą nie­ru­chomo na pod­ło­dze.

- Ja też.

- My­ślisz, że z tego wyj­dzie? Jak ci się wy­daje, co się te­raz z nią dzieje?

- Nie wiem, ale na pewno mają tu do­brych le­ka­rzy. O ile mi wia­domo, fran­cu­skie szpi­tale cie­szą się do­brą opi­nią. Wie­dzą, co ro­bić w ta­kiej sy­tu­acji. Ktoś na pewno się nią za­jął. Mam na­dzieję, że ju­tro ją zo­ba­czymy.

- Ja też. Chcesz tu spać?

- A mogę? Nie masz nic prze­ciwko temu?

Ma­rie przy­suwa się do ściany, ro­biąc mu miej­sce na wą­skim łóżku.

- Chodź.

Pod­nosi na niego wzrok, a on kła­dzie się obok niej i ostroż­nie obej­muje ją ra­mie­niem.

***

Na­stęp­nego dnia Ma­rie kil­ka­krot­nie dzwoni do Au­gu­sty, ale ona nie od­biera. Póź­niej na­gle przy­cho­dzi wia­do­mość. Au­gu­sta ma sześć szwów na po­ty­licy. Do­znała wstrzą­śnie­nia mó­zgu i po­ło­żono ją w ciem­nym po­miesz­cze­niu, gdzie prze­bywa na ob­ser­wa­cji. Jej oj­ciec jest w dro­dze do Fran­cji. Ma­rie pyta, czy może ją zo­ba­czyć, lecz oka­zuje się, że nie wolno jej przyj­mo­wać od­wie­dzin. Le­ka­rze wie­dzą, że piła i wą­chała gaz roz­we­se­la­jący, ale nie ujaw­niła nic o resz­cie. Każdy inny na pewno wy­pa­plałby wszystko, wko­pał przy­ja­ciół, zrzu­cił na nich winę, pró­bu­jąc ra­to­wać wła­sny ty­łek, jed­nak nie Au­gu­sta. Leży w ciem­no­ściach w szpi­tal­nym po­koju i jest, kurwa, bo­ha­terką.

Ask

Jego ko­lega z pracy, je­den z tych mło­dych szczyli po dok­to­ra­cie jesz­cze przed trzy­dziestką, zo­stał awan­so­wany na młod­szego part­nera. Uczest­nic­two w przy­ję­ciu z tej oka­zji jest dla Aska tor­turą. Świeżo upie­czony part­ner świeci po­tem i sa­mo­za­do­wo­le­niem, sto­jąc po­środku ele­ganc­kiej za­byt­ko­wej sali ban­kie­to­wej, jakby do niego na­le­żała, jakby miał wszel­kie prawo tu prze­by­wać. Przyj­muje mowy i skła­dane mu ży­cze­nia, nie­świa­domy tego, co taki awans w rze­czy­wi­sto­ści ozna­cza, i przy­wi­le­jów, ja­kie się z nim wiążą. Eks­ta­tycz­nym to­nem na­wija jak ka­ta­rynka ze wszyst­kimi po ko­lei, jakby się, kurwa, na­wdy­chał helu. Jest znacz­nie za młody, żeby po­świę­cać mu aż taką uwagę, przyj­muje to zbyt lekko, zbyt ra­do­śnie. Ask wy­chyla kilka kie­lisz­ków z na­la­nym do po­łowy bia­łym wi­nem, po czym pod­cho­dzi do gwiazdy przy­ję­cia.

- Młod­szy part­ner. Pa­suje do cie­bie ten ty­tuł. Gra­tu­la­cje.

Dzie­cięca twarz tam­tego roz­ciąga się w uśmie­chu.

- Dzię­kuję! To dla mnie wiele zna­czy, że wy, któ­rzy tu pra­cu­je­cie tak długo, na­prawdę mnie wspie­ra­cie. Do­brze wie­dzieć, że mogę li­czyć na po­moc tak do­świad­czo­nych głów. Za­tem ja też dzię­kuję, jest mi bar­dzo miło!

Mło­dzik kle­pie go po ra­mie­niu, jakby chciał go po­cie­szyć i po­dzie­lić się odro­biną wła­snego do­bro­bytu. Po­tem wy­ciąga szyję i spo­gląda za jego plecy, żeby przy­jąć gra­tu­la­cje od ko­lej­nej osoby. Co za na­dęty gów­niarz. Le­d­wie wy­pro­wa­dził się z aka­de­mika, a już wkręca się tu jako part­ner. To, że każdy ja­jo­głowy mło­kos może się na­zy­wać part­ne­rem, umniej­sza war­tość ich marki. "Młod­szy part­ner - śmie­chu warte! Part­ner na niby, to tylko taka za­bawa". Prze­cież ten ko­leś jest zwy­kłym by­strym ucznia­kiem, ma­łym głup­kiem z do­brymi oce­nami, któ­rego wszę­dzie pełno - "zo­bacz­cie mnie, usłysz­cie mnie, do­ceń­cie mnie" - śli­ski bez­oso­bowy typ, cał­ko­wi­cie po­zba­wiony tre­ści, za­je­bi­ście bie­gły w teo­rii, ale bez do­świad­cze­nia i obe­zna­nia z prak­tyką. Kiedy lu­dzie za­czy­nają się roz­cho­dzić, Ask nie jest w sta­nie wró­cić do domu. Je­dzie tak­sówką do re­stau­ra­cji Vic­tor i pije da­lej w czę­ści ba­ro­wej. Sie­dząca obok para za­ma­wia szam­pana i przy­po­mina mu się Edu­ardo, któ­rego pro­fil spraw­dzał kilka dni temu. Mek­sy­ka­nin prze­bywa obec­nie w Ame­ryce Po­łu­dnio­wej. "Ko­la­cja z wi­nem w Peru" - na­pi­sał go­dzinę temu. Mo­ritz i Edu­ardo sie­dzą w re­stau­ra­cji nad je­zio­rem Ti­ti­caca. Je­dzą krwi­ste steki z bi­zo­nów pre­rio­wych i piją wino z ru­sty­kal­nych kie­lisz­ków. "Jak wam­piry" - my­śli Ask i prze­wija ko­lejne zdję­cia.

"Do­ce­nia­jąc uroki ży­cia".

- Mam was w du­pie - mru­czy z pi­jacką po­gardą na wi­dok zdję­cia, na któ­rym Mo­ritz i Edu­ardo stoją przed za­byt­ko­wym po­cią­giem przy­po­mi­na­ją­cym Orient Express.

Są iden­tycz­nie ubrani w ja­sne kurtki z lnu i pia­skowe spodnie z pod­wi­nię­tymi no­gaw­kami, na bo­sych no­gach za­bu­do­wane skó­rzane san­dały. Wy­dają mu się gro­te­skowi z tym swoim "niech wszy­scy zo­ba­czą nas i to, co ro­bimy, mamy wspa­niałe ży­cie, prawda?!". O tak, wspa­niałe do kwa­dratu, prze­kur­wi­ście ba­jeczne. Dwaj wy­pie­lę­gno­wani geje na wy­cieczce - i co z tego? Co z tego, co z tego, co z tego? Wszystko na tę samą mo­dłę. Jakby się wy­bie­rali na bal prze­bie­rań­ców w stro­jach nie­roz­gar­nię­tych tu­ry­stów, przy­po­mina to za­bawę ma­łych dzieci, co to, kurwa, ma być?!

"Ti­ta­nic na szy­nach. De­lek­tu­jąc się po­sił­kiem, su­niemy przez Andy". Mo­ritz i Edu­ardo sie­dzą w wa­go­nie re­stau­ra­cyj­nym po­ciągu prze­jeż­dża­ją­cego przez góry. Wnę­trze jest wy­koń­czone czer­wo­nym we­lu­rem, ma­ho­nio­wymi pa­ne­lami, ozdo­bione sta­rymi por­tre­tami w zło­tych ra­mach. Łań­cuch gór­ski sta­nowi bujne zie­lone tło dla ich cho­rego do­bro­bytu. Srebr­nymi łyż­kami je­dzą kre­mową białą zupę. Na zdję­ciu wi­dać ich idio­tycz­nie wy­pro­sto­wane małe palce u rąk. Jakby tego było mało, pod szyję wło­żyli so­bie ser­wety, żeby nie po­bru­dzić ubrań, o la, la, jacy je­ste­śmy wy­ra­fi­no­wani. Świa­towcy ze śli­nia­kami pod brodą. Lu­dzie, do­ro­śnij­cie w końcu, za­cznij­cie żyć nor­mal­nym ży­ciem.

"Ide­alny po­nie­dzia­łek, ide­alny wto­rek, ide­alny każdy dzień".

Ask za­czyna się gło­śno śmiać. Sie­dzący wo­kół niego lu­dzie naj­pierw się uśmie­chają i zer­kają z za­cie­ka­wie­niem w jego stronę - chcie­liby się do­wie­dzieć, co go tak roz­ba­wiło. Ale gdy chi­cho­cze bez opa­mię­ta­nia, za­czy­nają się w niego wpa­try­wać albo zer­kać wy­mow­nie. Sie­dząca obok para prze­nosi się da­lej ze swo­imi bą­bel­kami w kie­lisz­kach, ko­bieta prze­wraca oczami, męż­czy­zna kręci głową i opie­kuń­czo obej­muje to­wa­rzyszkę ra­mie­niem. Zu­peł­nie jakby Ask był nie­bez­pieczny, jakby sta­no­wił za­gro­że­nie dla ich za­kra­pia­nej szam­pa­nem randki z Tin­dera. Niech go po­ca­łują gdzieś. Dziś po­ka­zu­je­cie się so­bie z naj­lep­szej strony, lecz ju­tro znów do­pad­nie was rze­czy­wi­stość. Obu­dzi­cie się z siń­cami pod oczami i stertą pracy do zro­bie­nia, z nie­re­ali­stycz­nymi ocze­ki­wa­niami, żą­da­niami, pre­sją czasu. Bez względu na to, jak bar­dzo by­ście się nie sta­rali, i tak nikt nie do­ceni wa­szych wy­sił­ków. W końcu uświa­do­mi­cie so­bie, że je­ste­ście zu­peł­nie zwy­kłymi ludźmi, sza­rymi prze­cięt­nia­kami, a nie po­nęt­nymi prze­ro­bio­nymi w Pho­to­sho­pie ma­skami z Tin­dera, które stwo­rzy­li­ście dla sie­bie i dla ewen­tu­al­nych part­ne­rów. Je­ste­ście ni­kim in­nym niż sobą, zwy­kłymi ludźmi, tak jak my wszy­scy. I co, bę­dzie­cie w sta­nie z tym żyć? Znaj­dzie­cie w so­bie siły, żeby się ju­tro obu­dzić i skon­fron­to­wać z ta­kim sta­nem rze­czy? Może naj­le­piej uciąć to na miej­scu? Ask nie ma pew­no­ści, czy wy­po­wiada to na głos, nie wie, co po­zo­staje w jego my­ślach, a co wy­do­bywa mu się z gar­dła, jego umysł nie jest do końca trzeźwy. Nikt mu w każ­dym ra­zie nie od­po­wiada, nikt nic nie mówi, nikt się już nie uśmie­cha, lu­dzie trak­tują go jak po­wie­trze i od­wra­cają się do niego ple­cami. Czas wra­cać do domu, tylko dla­czego mieszka tak da­leko stąd, to cho­ler­nie uciąż­liwe, nie jest w sta­nie się zmu­sić do wsta­nia. Prze­wija agre­syw­nie ko­lejne po­sty Edu­arda z ostat­nich mie­sięcy i gło­śno pry­cha z na­stęp­nych idio­ty­zmów. Za­chody słońca nad Mo­rzem Ka­ra­ib­skim, na­mi­bij­skie kro­ko­dyle, ko­la­cje dla sma­ko­szy w Rzy­mie, We­ne­cji, Pa­ryżu. Szam­pan u stóp Wiel­kiego Sfinksa, blac­kjack w Las Ve­gas, "ach, jakże się ba­wimy, och, ży­cie jest prze­wspa­niałe, zo­bacz­cie nas wszy­scy, tu i te­raz!".

- Co ty so­bie my­ślisz, że kim niby je­steś? Mamy to­tal­nie gdzieś twoje wa­ka­cje w tym ty­go­dniu, pa­nie Edu­ardo pie­przony Ma­cedo. Nic nas to nie ob­cho­dzi! Wsadź so­bie w dupę te gówno warte wy­cieczki!

Czy on to mówi gło­śno, czy może ten głos brzmi tylko w jego gło­wie? Trudno stwier­dzić, Ask sam do końca nie wie. Przez tego po­je­ba­nego Mek­sy­ka­nina i jego durny spek­takl robi mu się nie­do­brze. Drogi Edu­ardo, cze­goś tu bra­kuje. Je­steś świe­cącą gwiazdką bez żad­nej tre­ści. Ask na­sy­cił się do obrzy­dze­nia prze­sło­dzoną au­to­in­sce­ni­za­cją Edu­arda. Co za wstyd! Król Fa­ce­bo­oka sam się zde­tro­ni­zo­wał wszyst­kimi swo­imi sel­fie. Dla­czego Ask po­świę­cił temu czło­wie­kowi wię­cej niż pięć mi­nut, jak do tego do­szło? Jesz­cze chwila i się roz­pła­cze. Ogar­nia go roz­pacz­liwa tę­sk­nota za Cille i dziećmi. Chce wró­cić do domu, do tego, co praw­dziwe. Sam nie ro­zu­mie, co robi, wo­dzi nie­po­rad­nie pal­cem po wy­świe­tla­czu, aż w końcu udaje mu się zna­leźć to, czego szu­kał. Usuwa z grona zna­jo­mych tego mek­sy­kań­skiego pą­czu­sia, który chwilę póź­niej wy­daje mu się je­dy­nie fa­ta­mor­ganą, złu­dze­niem optycz­nym, któ­rego ni­gdy tak na­prawdę nie było. Spo­czy­waj w po­koju, Edu­ardo Ma­cedo. Ask zsuwa się ze stołka ba­ro­wego, spraw­dza, czy ma czu­cie w no­gach, jakby wąt­pił, czy po­trafi się na nich utrzy­mać. Chce wró­cić do domu, jak naj­szyb­ciej.

Cille

Cille śpi, gdy Ask się do niej przy­tula. Za­czyna gła­dzić ją po udach, jest spo­cony i śmier­dzi al­ko­ho­lem. Co się dzieje? W pe­wien spo­sób Cille jest to obo­jętne, gdy jego cie­pła dłoń prze­suwa się po­wol­nym ru­chem w dół po jej no­dze, po­tem od nowa w górę. Gdy do­cho­dzi do maj­tek, za­wraca i wę­druje w dół nogi, na­tar­czy­wie, ba­daw­czo, py­ta­jąco, jakby le­żała przed nim ja­kaś inna nowa ko­bieta. Gdzie on był? Cille po­zwala so­bie go przy­jąć, nic z tego nie ro­zu­mie­jąc. Leży na boku, do­tyk jego dłoni spra­wia jej przy­jem­ność, te­raz wsuwa się pod majtki i ści­ska po­śladki. Dłoń na­biera co­raz więk­szej od­wagi, za­czyna wę­dro­wać w górę pod ko­szulą nocną, stward­niałe sutki sty­kają się z mięk­kim ma­te­ria­łem, Cille wy­daje z sie­bie wes­tchnie­nie roz­ko­szy, ale wciąż leży nie­ru­chomo. W tej bier­no­ści jest coś per­wer­syj­nego. Śpi, a ra­czej udaje sen, nie wie, co się dzieje, dłoń ja­kie­goś ob­cego męż­czy­zny upa­trzyła so­bie jej ciało i robi z nim, co jej się żyw­nie po­doba, bie­rze, co chce. Cille wi­działa film na Red­tu­bie tro­chę przy­po­mi­na­jący tę sy­tu­ację. Obca dłoń eks­plo­ruje jej ciało, a ona tylko leży bez­wol­nie, nie musi od­po­wia­dać ani od­wza­jem­niać jego piesz­czot - wy­gląda, jakby spała, i przyj­muje wszystko. Dłoń znaj­duje się te­raz mię­dzy jej udami, lekko je roz­chyla. Cille jest bier­nym cia­łem z ukry­tymi żą­dzami, cia­łem, które można zwa­bić i po­siąść. Ma ochotę schwy­cić tego nie­zna­jo­mego ko­chanka, ale nie na tym po­le­gają re­guły gry. Zo­staje w nie­ru­cho­mej po­zy­cji, wstrzy­muje swoje po­żą­da­nie, po­zwala mu się sku­mu­lo­wać, aż nie­zna­jomy dłu­żej tego nie znie­sie. Chce, żeby zdarł z niej ko­szulę jak ja­kiś obcy dzi­kus, który nie po­trafi się opa­no­wać. Chce po­czuć jego głód. On od­wraca ją na plecy, ściąga z niej majtki, zbliża ję­zyk do jej czu­łego miej­sca, de­li­kat­nie, pra­wie go nie czuć. Jego głowa mię­dzy jej no­gami, jego dło­nie na jej bio­drach. Jej łono, mięk­kie i spięte, po­woli się przed nim otwiera. On na­pawa się nią, roz­wiera ją ję­zy­kiem, wie, co robi, jego ru­chy stają się ryt­miczne i wy­ma­ga­jące. Ona ję­czy jak zwie­rzę, pró­buje zdu­sić krzyk, dzieci nie mogą się te­raz obu­dzić, nie mogą, w in­nej sy­tu­acji Cille zro­bi­łaby dla nich wszystko, ale nie te­raz. Mi­mo­wol­nie za­czyna pła­kać, tak dawno już tego nie ro­bili. Ciała po­trze­bują sie­bie na­wza­jem, mają swoją wła­sną wolę, czer­pią od sie­bie moc, pra­gną tego sa­mego, za­po­mi­nają o ca­łym świe­cie poza sobą. Ciała ro­zu­mieją, nie ob­cho­dzi ich, co było kie­dyś, prze­ba­czają i prze­cho­dzą do no­wego roz­działu. Cille przy­wiera do męża. Te­raz już jej wolno. Siada na nim, zdziera z sie­bie ko­szulę nocną. Biała po­świata bi­jąca od śniegu w ogro­dzie i blask la­tarni na ulicy roz­ja­śniają ją ni­czym snop re­flek­tora. Ona chło­nie świa­tło i po­żą­da­nie Aska. Jej ciało fos­fo­ry­zuje, piersi na­brzmie­wają, a on pa­trzy na nią swoim daw­nym spoj­rze­niem. Jego dło­nie wę­drują po jej ca­łym ciele - prze­su­wają się po skó­rze, pier­siach, brzu­chu, bio­drach, udach, łap­czy­wie i za­bor­czo, jakby ro­biły to pierw­szy raz. Cille czuje się piękna i silna, gdy zbli­żają się w jed­nym miej­scu, głę­boko we­wnątrz, gdzie nikt jej wcze­śniej nie do­ty­kał. Za­po­mniała, ja­kie to uczu­cie. On prze­bija się przez jej zwąt­pie­nie i roz­dar­cie, do­cho­dząc do tego, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Ich ciała roz­ry­wają bez­gło­śne krzyki, jej ciało opada na jego. Leżą cia­sno przy­tu­leni, od­dy­cha­jąc jed­nym ryt­mem, ale nie od­zy­wa­jąc się ani sło­wem. Do­okoła w po­wie­trzu wi­rują strzępy tego, co kie­dyś było mię­dzy nimi, i na po­wrót za­czy­nają się skła­dać w jedną ca­łość. Cille zdą­żyła za­po­mnieć o tym, ja­kie to pro­ste.

- Gdzie by­łeś? Je­steś pi­jany?

- Pra­wie nie je­stem trzeźwy... tfu... chcia­łem po­wie­dzieć, że je­stem pra­wie trzeźwy. To zna­czy, tro­chę wy­pi­łem. - Wzdy­cha i do­po­wiada szep­tem: - Prze­pra­szam, Cille. Za­cho­wy­wa­łem się jak kre­tyn, ale zda­łem so­bie z tego sprawę do­piero te­raz. Tę­sk­nię za tobą.

- A ja za tobą - od­po­wiada ona tak ci­cho, że słowa sły­chać tylko w jej gło­wie. Szuka jego dłoni i wi­dzi, że już za­snął.

Lu­kas

Słońce świeci jak lampa rent­ge­now­ska. W ta­kim bla­sku nie można mieć ta­jem­nic, prze­świe­tla wszystko na wy­lot jak nie­bez­pieczne pro­mie­nio­wa­nie. Świeżo spa­dły śnieg i błę­kitne niebo - wła­śnie po to tu przy­je­chali w ze­szłym ty­go­dniu. Te­raz to wszystko wy­daje mu się nie na miej­scu, a mi­niony ty­dzień jakby zda­rzył się wieki temu. Przez Val Tho­rens prze­wi­jają się tłumy ro­ze­śmia­nych nar­cia­rzy w ja­skra­wych kom­bi­ne­zo­nach. Ro­dziny z Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Skan­dy­na­wii sie­dzą w re­stau­ra­cjach i pro­wa­dzą we­sołe roz­mowy, jakby nic się nie stało. Zje­chało tu­taj około pię­ciu ty­sięcy duń­skich li­ce­ali­stów, to oni pod wie­czór zaj­mują więk­szość ba­rów. Li­cea z Her­lu­fsholmu i Rung­stedu przy­wio­zły na­wet wła­snego DJ-a, po­dobno jed­nego z tych zna­nych, cho­ciaż Lu­kas ni­gdy o nim nie sły­szał. Gra w lo­kalu La Fo­lie Do­uce i roz­kręca im­prezę dla wszyst­kich pra­gną­cych za­bawy po sza­leń­stwach na stoku, w któ­rej uczest­ni­czy po­nad dwa ty­siące duń­skich na­sto­lat­ków. Piją al­ko­hol i tań­czą na śniegu w du­żych gru­pach. DJ i jego po­moc­nik stoją na bal­ko­nie i po­le­wają szam­pa­nem tań­czą­cych na dwo­rze. Do­bra mu­zyka, mnó­stwo drin­ków, lu­dzie w im­pre­zo­wym na­stroju, szam­pan le­jący się stru­mie­niami - w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Lu­kas stałby po­śród tego tłumu ra­zem z kum­plami i uczest­ni­czył w za­ba­wie. Dziś tylko prze­cho­dzi obok i przy­gląda się wszyst­kiemu z po­zy­cji out­si­dera. Istne sza­leń­stwo - mu­zyka, bu­telki z szam­pa­nem, grupki mło­dych lu­dzi po­ru­sza­ją­cych się w ten sam rytm - przy­po­mina to coś w ro­dzaju aktu ini­cja­cji albo re­li­gij­nego ry­tu­ału. Lu­kas wie, ja­kie to uczu­cie być czę­ścią tego tłumu, ale w tej chwili nie wi­dzi w tym sensu. Wil­liam i Kon­rad, któ­rych pró­bo­wał uni­kać przez cały ostatni ty­dzień, oczy­wi­ście tam są. Ma wra­że­nie, jakby stał się prze­źro­czy­sty, a jed­no­cze­śnie jest mu dziw­nie do­brze. Od wy­padku z Au­gu­stą trzy­mał się z Ma­rie albo ogra­ni­czał do wła­snego to­wa­rzy­stwa. Nie miał ochoty jeź­dzić na nar­tach i kiedy reszta wy­cho­dziła, on zo­sta­wał w domu albo wy­bie­rał się na dłu­gie spa­cery z Ma­rie dro­gami wo­kół mia­sta. Od ty­go­dnia nie tknął ha­szu. Kon­rad i reszta wró­cili do pa­le­nia, w jed­nym z ba­rów zna­leźli ko­goś sprze­da­ją­cego to­war. Lu­kas na­wet chciałby do­łą­czyć do reszty, ale nie jest w sta­nie. Pró­buje pi­sać. For­mu­łuje zda­nia na te­le­fo­nie i nie wie dla­czego, ale mu to po­maga i na­leży tylko do niego. Za­pi­suje swoje my­śli, dla sie­bie, nie ma to nic wspól­nego z ni­kim in­nym, cho­dzi wy­łącz­nie o niego i czuje, że musi to ro­bić. Dziś po raz pierw­szy od ty­go­dnia wy­biera się na narty, Ma­rie go na­mó­wiła, ale jeź­dzi bez pary, ma głowę za­jętą czymś zu­peł­nie in­nym. Czeka, aż coś się sta­nie, choć nie wie co. Że przyjdą po nich uzbro­jeni żan­darmi, że w drzwiach sta­nie na­gle oj­ciec albo matka Au­gu­sty, że za­dzwoni dy­rek­tor szkoły i we­zwie ich na roz­mowę, że wy­rzucą ich z li­ceum - coś w tym stylu. Dni upły­wają jed­nak bez za­kłó­ceń, pra­wie jakby nic się nie stało. Nie­długo będą się zbie­rali do wy­jazdu, ale wciąż nikt się z nimi nie skon­tak­to­wał. Le­ka­rze po­wie­dzieli, że tam­tego wie­czoru ży­cie Au­gu­sty było za­gro­żone i że miała szczę­ście, bo mo­gła się udu­sić. W ta­kiej sy­tu­acji po­winno się szu­kać win­nych, no kurwa, wdro­żyć ja­kieś do­cho­dze­nie. Au­gu­sta wciąż leży w szpi­talu, Ma­rie co­dzien­nie się z nią kon­tak­tuje. Czy to moż­liwe, że wy­winą się tak ni­skim kosz­tem? Coś w nim gło­śno pro­te­stuje, jakby do­tarł do ja­kiejś gra­nicy, sam nie wie ja­kiej. Wrzuca w Go­ogle "mło­dzi", "nar­ko­tyki", "le­cze­nie", a wy­szu­ki­warka po­ka­zuje sto dzie­więć­dzie­siąt pięć ty­sięcy wy­ni­ków. Spę­dza pra­wie cały dzień na spraw­dza­niu naj­róż­niej­szych stron in­ter­ne­to­wych i kli­nik od­wy­ko­wych. Jego uwagę zwraca pry­watny ośro­dek z T?singe. Na zdję­ciach wy­gląda na­prawdę su­per - go­spo­dar­stwo na głę­bo­kiej wsi, są tam ko­nie, kozy i inne zwie­rzęta. Przyj­muje tylko mło­dych lu­dzi. Lu­ka­sowi po­doba się spo­sób, w jaki pi­szą o swo­jej dzia­łal­no­ści: "Wie­rzymy w nowy po­czą­tek". Zu­peł­nie jakby wie­dzieli, jak to jest. Nie ska­zują ko­goś z góry na prze­graną, przy­naj­mniej ta­kie można od­nieść wra­że­nie z tego, co pi­szą. Mają ofertę od­wy­kową skie­ro­waną do osób mię­dzy pięt­na­stym a sie­dem­na­stym ro­kiem ży­cia, którą na­zwali "Bez nar­ko­ty­ków w sto dni". Na stro­nie in­ter­ne­to­wej znaj­duje się roz­kład za­jęć w przy­kła­do­wym ty­go­dniu. Dni po­dzie­lono na stałe bloki z te­ra­pią, spor­tem, lek­cjami, go­to­wa­niem, wspól­nymi za­ję­ciami, cza­sem wol­nym. Przy­po­mina to po­byt na uni­wer­sy­te­cie lu­do­wym albo ko­lo­nie let­nie po­łą­czone z te­ra­pią od­wy­kową. Trudno mu się prze­ła­mać, żeby za­dzwo­nić. Na wstę­pie tłu­ma­czy, że kon­tak­tuje się z nimi w imie­niu przy­ja­ciela, ale za­czyna się ją­kać, bo uda­jąc, że cho­dzi o ko­goś in­nego, nie może za­dać wła­ści­wych py­tań. Osta­tecz­nie przy­znaje, że to on po­trze­buje te­ra­pii. "Ro­zu­miem, zdaję so­bie sprawę, pro­szę się nie krę­po­wać" - ko­men­tuje jego roz­mów­czyni uspo­ka­ja­jąco. Jak miło z jej strony. To do­brze, że za­dzwo­nił, do­daje ko­bieta, zmie­rze­nie się z wła­snymi pro­ble­mami wy­maga od­wagi. Lu­kas do­wia­duje się, że z ośrod­kiem mu­szą się skon­tak­to­wać jego ro­dzice, bo nie ma ukoń­czo­nych osiem­na­stu lat. To zna­czy, naj­praw­do­po­dob­niej mo­gliby go przy­jąć, ale po­byt za­czyna się za­wsze od roz­mowy, w któ­rej uczest­ni­czą też do­ro­śli opie­ku­no­wie. Lu­kas pyta o koszty. Oka­zuje się, że trzeba je po­kryć z wła­snej kie­szeni, je­śli się nie wy­ku­piło spe­cjal­nego ubez­pie­cze­nia. Po­twor­nie tam drogo. "Osią­gamy bar­dzo do­bre wy­niki z mło­dymi uza­leż­nio­nymi ta­kimi jak pan" - in­for­muje go pani z ośrodka. Kiedy pa­dają te słowa, Lu­kas ma wra­że­nie, jakby jego mózg się wy­łą­czył: ciało za­czyna się bu­jać na krze­śle, a głowa kiwa me­cha­nicz­nie, jakby po­stra­dał zmy­sły. Pani pyta, czy wciąż tam jest, czy po­trze­buje po­mocy z po­in­for­mo­wa­niem ro­dzi­ców, czy do­brze się czuje, co są­dzi o ich ofer­cie, czy mo­głaby mu w czymś po­móc tu i te­raz. Ko­bieta z pew­no­ścią jest miła, pro­blem w tym, że Lu­kas nie jest w sta­nie od­po­wie­dzieć na te wszyst­kie py­ta­nia. Mówi, że ni­gdy wcze­śniej nie czuł się tak osa­mot­niony, że chciałby ru­szyć da­lej ze swoim ży­ciem i że po­trze­buje po­mocy - bo co in­nego miałby po­wie­dzieć?

***

Czuje się bez­na­dziej­nie, ale wie, że nie ma wy­boru. Je­śli im to po­wie przez te­le­fon, będą mieli dobę na oswo­je­nie się z wia­do­mo­ścią. Le­piej tak, niż ob­wie­ścić im to ju­tro na żywo.

- Cześć, mamo - mówi ostroż­nie do te­le­fonu. Głos mu lekko drży, brzmi tak, jakby nie na­le­żał do niego, tylko do ma­łego chłopca, który przy­znaje, że na­broił. - Masz chwilę, żeby po­roz­ma­wiać?

- Cześć, ko­cha­nie, jadę wła­śnie do klientki. Nie od­zy­wa­łeś się przez cały ty­dzień, wszystko w po­rządku?

- Mhm... To zna­czy, nie... Nie bar­dzo. Mamo, mo­żemy chwilę po­roz­ma­wiać?

- Lu­kas, nie za­wsze cię sły­szę... Gdzie je­steś? Przy­la­tu­jesz do­piero ju­tro, prawda? Mo­żesz wyjść na dwór albo przejść w miej­sce, gdzie jest lep­szy za­sięg? Dziw­nie brzmisz. Sły­szę tylko co dru­gie słowo z tego, co mó­wisz.

- Te­raz jest le­piej?

- Odro­binę. To ja­kaś pilna sprawa czy mo­żesz za­dzwo­nić za kilka go­dzin? Wła­śnie gdzieś jadę.

- Wo­lał­bym te­raz, je­śli mo­żesz. Cho­dzi o to, że... można po­wie­dzieć, że mam pe­wien pro­blem. Coś się stało. Mu­szę o tym z tobą po­roz­ma­wiać, o czymś ci po­wie­dzieć.

- Lu­kas, znowu cię tracę! Sły­szysz mnie? Po­łą­cze­nie jest bar­dzo słabe, spró­buj pod­rzu­cić te­le­fon w górę, po­dobno to po­maga. Mo­żesz po­wtó­rzyć, co wła­śnie po­wie­dzia­łeś?

- Mó­wię, że mam pe­wien pro­blem. Po­ważny. Po­trze­buję po­mocy. - Jego głos nie ma żad­nej mocy, znów ten sam cienki gło­sik ma­łego dzie­ciaka i na do­da­tek się roz­be­czał. - Mamo? Je­steś tam?

- Lu­kas, prze­pra­szam, ale mu­sisz po­wtó­rzyć, nie sły­sza­łam, co po­wie­dzia­łeś... Wszystko w po­rządku? Czy coś się stało?

- Mamo! Sły­szysz mnie? Mó­wię, że mam pro­blem. Po­trze­buję po­mocy.