Stigmata - Beatrix Gurian

Reflow text when sidebars are open.
Schowała list w kieszeni habitu i szybkim krokiem poszła do biura na piętrze, skąd rozciągał się widok na cały teren i skąd było doskonale widać wszelkie bumelantki. Dzisiaj jednak dosłownie zmuszała się, by kontrolnie wyglądać przez okno, i tylko przelotnie zerkała na zewnątrz. Z dezaprobatą stwierdziła, że jej ciało jest bardzo pobudzone, co zawsze wywoływało w niej przerażenie, była jednak pewna, że w tym wyjątkowym wypadku Pan jej wybaczy.
Serce waliło jej jak oszalałe, krew szumiała w uszach, lewa dłoń, zaciśnięta na liście w kieszeni, drżała niespokojnie. Także prawa dygotała, i to tak bardzo, że potężny pęk kluczy dźwięczał cichutko. Gdyby ojciec Braun się o tym dowiedział, byłoby już po niej, nie pomogłoby nawet wstawiennictwo innych sióstr.
Sięgnęła po nóż do papieru przypominający sztylet, rozcięła kopertę i zaczęła czytać.
Rzym, 10 października 1968
Dot.: Akta sprawy Avrs/4O7r/Egz.
Zapytanie z dnia 16 września 1968
Szanowna Matko Przełożona,
mimo wszelkich dzielących nas różnic wyznaniowych zgadzamy się z Siostrą w zupełności co do rzeczywistej natury Szatana, który jest konkretną istotą duchową, jednym z niezliczonych aniołów stworzonych przez Boga. Jak wszystkie inne anioły, również Szatan był kiedyś dobry i szczęśliwy - dopóki nie uległ pokusie. Jasne jest, że Szatan i jego zwolennicy stali się demonami z własnej woli, bo nie chcieli służyć Chrystusowi. Demony to samodzielne istoty obdarzone wolną wolę. Ponieważ, w przeciwieństwie do człowieka, nie posiadają duszy ani ciała, są bytami jedynie duchowymi, czasami posługującymi się ciałem ludzkim.
Co to za żałosny wykład? Wiedziała aż za dobrze, czym jest szatan. Przecież właśnie dlatego zwróciła się o pomoc, a teraz urągano jej inteligencji. Przebiegła list wzrokiem, aby znaleźć najważniejszy fragment.
Jednak w przedstawionym przez Siostrę przypadku dziewczynki czujemy się w obowiązku udzielić Siostrze odpowiedzi odmownej.
Ci... Ci... Nie przeklinała nigdy, przenigdy. Nawet w myślach. I tylko dlatego teraz milczała. Trzęsąc się ze złości, czytała dalej:
Mimo naszego głębokiego przekonania, że kierowały Siostrą jedynie troska i współczucie oraz że nie wyciągnęła Siostra pochopnych wniosków, twierdząc, iż dziewczynka ta jest opętana, prosimy, by Siostra najpierw dopilnowała, aby dziewczynkę zbadał lekarz w celu wykluczenia zwykłej choroby psychicznej. Jak Siostra zapewne wie, w takich wypadkach nie można dokonywać egzorcyzmu.
Ciekawe, do czego jeszcze posuną się ci bezczelni rzymscy hierarchowie? Za kogo niby się uważają, kwestionując jej osądy?
Ponieważ sprawa dotyczy podopiecznej Siostry, nietrudno będzie zapewne otoczyć dziecko szczególną troską i poddać je obserwacji.
Och, tego mogą być pewni. Otoczy małą szczególną opieką, na pewno. Zrobi wszystko, co w jej mocy, byle ją wyrwać ze szponów szatana. Nawet jeśli będzie przy tym zdana tylko na siebie.
Może się Siostra oczywiście za nią modlić, bo modlitwa osoby postronnej, która wkłada w nią całe serce, jest o wiele skuteczniejsza, niż się Siostrze wydaje! Przypomnijmy choćby świętą Katarzynę ze Sieny, która przyjmowała opętanych, których współcześni jej egzorcyści nie mogli uzdrowić. Modliła się za nich i wymodliła ich uzdrowienie.
Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi! (2. Kor)[1]
A także z wami, Siostro Gertrudo, i owieczkami powierzonymi Waszej opiece.
Franz Johannes biskup Lechner
Zgniotła list i z gniewem cisnęła go do kosza. Nerwowo przechadzała się po gabinecie. Tchórzliwi rzymscy słabeusze! W dzisiejszych czasach nikt już nie ma odwagi! I znowu, jak ostatnio coraz częściej, będzie musiała wziąć sprawy we własne ręce; w końcu miała pod swoją opieką cały ośrodek i nie mogła pozwolić, by w jej trzódce pojawiła się choćby jedna demoniczna iskra buntu.
Otworzyła okno i chciała zaczerpnąć głęboko powietrza, zaraz jednak dała sobie spokój, zniechęcona nietypowym upałem, który ją uderzył, i szybko ponownie zamknęła okno.
No dobrze.
Bóg dał jej dość rozumu. Posłuży się nim.
Bardzo tu cicho. Liście potężnych buków zwisają smętnie z drzew, nie słychać świergotu ptaków, w upale nie bzyczy choćby jedna mucha. Ciszę przerywa jedynie moje nienaturalnie głośne sapanie, gdy najszybciej jak to możliwe biegnę pod górę po leśnym zboczu usianym kamieniami i korzeniami. Nie widzę nawet jednego motyla, żadnych kwiatów, żadnych owadów, tylko ziemię.
Nienawidzę sportu, nienawidzę gór. A już najbardziej nienawidzę siebie i tego, co się wydarzyło, i właśnie dlatego muszę to teraz zrobić.
Wyżej, coraz wyżej, aż do zamku myśliwskiego, w którym, taką przynajmniej mam nadzieję, znajdę odpowiedzi. Cały czas odnoszę wrażenie, że ktoś mnie śledzi, ale ilekroć się odwracam, nikogo nie widzę, a teraz, gdy zostawiam las za sobą i wychodzę na kamieniste zbocze, obserwator nie miałby nawet gdzie się schować. A zatem to urojenia, wytwory wyobraźni, przed którymi muszę mieć się na baczności, jeśli naprawdę chcę się czegoś dowiedzieć.
Zaciskam zęby, nie zwracam uwagi na plecak, który z każdym kilometrem ciąży mi coraz bardziej na zlanych potem plecach, nie zwracam uwagi na bąble na stopach, a już na pewno nie zwracam uwagi na wewnętrznego drania, który kusi mnie co chwila, by usiąść, odpocząć, popatrzeć za siebie, w ciemną dolinę, i zalać się łzami. Już dość się napłakałam, teraz muszę się w końcu dowiedzieć, o co tu chodzi.
Godzina po godzinie wspinam się coraz wyżej, by potem zejść do przełęczy, i od nowa w górę, do celu. Z rzadka idę skrawkiem cienistego lasu, najczęściej wędruję kamienistymi zboczami, aż w końcu widzę przed sobą wierzchołek. Droga zwęża się do kamienistej ścieżki, ocienionej skalnymi nawisami i głazami. Po prawej stronie jest strome zejście w dół. Słońce jest już nisko nad horyzontem, ożywia szarobłękitne żyłki w kamieniu. Zatrzymuję się na chwilę, żeby uspokoić oddech.
I wtedy widzę pierwsze żywe stworzenie, odkąd wyruszyłam z doliny. Orzeł krąży nad przepaścią, nagle gwałtownie nurkuje.
Chwilę później słyszę spadające kamienie. Instynktownie odskakuję w lewo i tylko dlatego głazy toczące się z góry nie trafiają we mnie.
Przerażona obserwuję, jak potężne kamienie znikają w dolinie. Serce wali mi jak oszalałe. Puszczam się biegiem, chowam pod potężnym skalnym nawisem, patrzę w górę, usiłuję dojrzeć, skąd i dlaczego osunęły się kamienie. Kozica? Ale w zasięgu wzroku nie widzę ani zwierzęcia, ani człowieka. Tylko ta cisza, a w niej szybujący orzeł ze zdobyczą trzepoczącą się w dziobie.
Może jednak wcześniej ktoś za mną szedł? Ale nawet gdyby, prześladowca musiałby mnie wyprzedzić, żeby wywołać lawinę, prawda? O ile wiem, to jest jedyna droga przez przełęcz do następnej doliny, w której znajduje się zamek.
Nicoletta mówiła, że mam mieć oczy i uszy otwarte i za wszelką cenę zachować czujność, bo droga nie jest łatwa, a w niektórych odkrytych miejscach nawet niebezpieczna. A co, jeśli kamienie naprawdę nie osunęły się przypadkowo? Jeśli ktoś nie chce, żebym się dowiedziała, co naprawdę się stało? To dowodziłoby, że jestem na właściwym tropie.
Prostuję obolałe barki. Nawet największa lawina na świecie mnie nie powstrzyma. Podpisałam i nie zrezygnuję, w żadnym wypadku.
Jestem jej to winna.
Wszystko zaczęło się od tego, że tak bardzo rozwścieczyłam moją zazwyczaj łagodną i spokojną mamę swoimi nieustępliwymi pytaniami i wywrzeszczanymi prosto w twarz zarzutami, że wybiegła z domu i kilka godzin później zginęła w wypadku samochodowym. Tak przynajmniej sądziłam, póki dwa tygodnie potem nie rozległ się dzwonek do drzwi.
Nikogo nie oczekiwałam i nie miałam zamiaru otwierać, bo od śmierci mamy spędzałam dzień za dniem w łóżku. Nie w moim, tylko w jej, w malutkim pokoiku, w którym zamieszkała z własnej woli.
Właściwie był to składzik, ale spała tam, żebyśmy mogły mieć wspólny salonik, a ja - własny pokój. Największy. Twierdziła, że lubi ciasne pomieszczenia, poza tym taki mały pokój może bez trudu ciągle przemalowywać. Z czasem zrozumiałam, że zabierała się do malowania, ilekroć coś ją zdenerwowało, ale nie chciała o tym rozmawiać. Ze mną nigdy nie rozmawiała o kłopotach w pracy czy jakimkolwiek innym problemie. Nie chciała mnie obciążać.
Dzień przed wypadkiem akurat skończyła malować pokój na miętowozielono. Kłóciłyśmy się nawet o wybór koloru. Czy raczej kłóciłam się ja, mama głównie milczała. Ta mdła miętowa zieleń była moim zdaniem dowodem jej tchórzostwa. Ona nigdy nie stawała do walki, nigdy nie dyskutowała z przełożoną w klinice, nigdy nie zawalczyła o większe mieszkanie, nie - angażowała się w każde gówno. Nigdy w życiu nie pomalowałaby pokoju na kolor, który coś obwieszcza światu, na ognistą czerwień czy słoneczny pomarańcz. Nie, ona wybierała błękit oceanu albo zieleń mchu.
Kiedy dzisiaj o tym myślę, ze wstydu mam ochotę zapaść się pod ziemię, zwłaszcza że od wypadku czułam się bezpiecznie tylko w jej mikroskopijnym pokoiku. Całymi dniami leżałam na jej łóżku, otoczona ścianami w kolorze miętowej zieleni, który na zawsze już będzie kolorem mamy, i wdychałam zapach pościeli, nadal jeszcze pachnącej nią; tą mieszanką mandarynki i kremu do rąk, który wcierała w wysuszone dłonie po każdej zmianie w szpitalu, gdzie pracowała jako pielęgniarka.
Tak więc tamtego dnia, dwa tygodnie po śmierci ma-my, ktoś zadzwonił do drzwi. Początkowo wcale nie miałam zamiaru otwierać. Opiekun, którego wyznaczyła mi mama, śmieszny typ o nazwisku doktor Grünbein, miał własny klucz, a Lisa, moja najlepsza przyjaciółka, telefonowała już wcześniej.
Dzwonek jednak nie milkł. Ponieważ mieszkamy w okolicy, w której dzieciaki nie bawią się w dzwonienie do obcych drzwi, uznałam, że wiekowe urządzenie po prostu się zepsuło, podobnie jak winda i lampa na klatce schodowej. Przez pewien czas ignorowałam ten dźwięk, choć masakrował mi mózg. I bardzo dobrze, myślałam, na nic lepszego nie zasłużyłam. Przecież ona zginęła przeze mnie!
W końcu dzwonek ucichł, za to rozległo się walenie w drzwi, a w końcu pani Schmitt, nasza dozorczyni, krzyknęła przez otwór na listy, że się o mnie martwi i że na wycieraczce czeka na mnie paczka. Pani Schmitt jest twarda; wiedziałam, że odejdzie dopiero, kiedy otworzę. Poczłapałam więc do drzwi, uchyliłam je odrobinę i wzięłam od niej paczkę. Nie chciałam, żeby zobaczyła - albo poczuła - że od dwóch tygodni się nie myłam ani nie zmieniałam ubrania.
Przyniosła też pudełko muffinek z jagodami, które przyjęłam, żeby nie sprawiać jej przykrości. Wiedziałam jednak, że prędzej pokruszę je ptakom, niż zjem sama. Primo, nie zasłużyłam na ciasto, secundo, i tak zrobiłoby mi się po nim niedobrze, jak po wszystkim, co usiłowałam zjeść po śmierci mamy.
Podziękowałam pani Schmitt, bąknęłam coś o przeziębieniu, zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i osunęłam na podłogę. I tak siedziałam, z muffinkami po prawej stronie i niedużą paczką, starannie zawiniętą w staroświecki papier do pakowania, po lewej. Nie zwracałam na nią uwagi, wpatrywałam się tępo w ponurą czarno-białą fotografię na przeciwległej ścianie. Jako dziecko zawsze się jej bałam, choć nie było w niej nic strasznego. Oczywiście nigdy nie zadałam sobie trudu, by zapytać mamę, dlaczego właściwie tak bardzo lubiła to zdjęcie.
W końcu zamknęłam oczy, bo nie mogłam już wytrzymać widoku karuzeli na fotografii i zarazem przypomnienia mojej obojętności. Nie mam pojęcia, jak długo tak siedziałam, niezdolna się poruszyć, niczym sparaliżowana, jakby krew zastygła mi w żyłach. Stanowiłam ożywioną masę skóry i kości i tak było dobrze. Moje życie skończyło się wraz z jej życiem.
Dlaczego właściwie na nią nawrzeszczałam? Dlaczego lekceważyłam jej troskę, dlaczego tak bardzo mnie denerwowała jej wyrozumiałość i skłonność do wybaczania, dlaczego, dlaczego, dlaczego?
Już nikt nigdy nie poprawi mi koszmarnego porannego humoru kubkiem kawy i ciepłym uśmiechem, już nikt nie obejmie mnie serdecznie, mówiąc: ależ Emmo, jesteś bardzo ładna, naprawdę! A jeśli ten chłopak cię nie docenia, najwyraźniej na ciebie nie zasłużył. Już nikt na mnie nie nakrzyczy, że jem pizzę na białej kanapie przed telewizorem, już nikt nigdy nie wyrzuci mi papierosów do sedesu, już nikt nie będzie mnie chwalił przy byle głupim drobiazgu: Emmo, świetnie to zrobiłaś, a potem obejmował czule. Nikt, bo nie miałam innych krewnych, byłyśmy tylko we dwie. Zresztą drugiej takiej osoby jak moja mama pewnie nie ma na całym świecie.
W pewnym momencie ocknęłam się, cały czas tkwiąc przy drzwiach, bo zrobiło mi się zimno. Zesztywniała, podniosłam paczkę i pudełko z muffinkami, po czym powlokłam się do kuchni. Położyłam wszystko na starym stole i napiłam się wody prosto z kranu.
Przetarłam oczy i spojrzałam na paczkę. Zaadresowana do mnie. Nieznany mi charakter pisma. Sama nie wiedziałam, czego obawiałam się bardziej. Kolejnych szczerych kondolencji składanych w dobrej wierze, których mnóstwo dostałam po wypadku? Czy nowej porcji dokumentów mamy, które już po wszystkim będę musiała przejrzeć z panem Grünbeinem? Nie dorosłam ani do jednego, ani do drugiego.
A jednak w końcu rozerwałam papier. Moim oczom ukazało się coś podłużnego, w miękkiej szaroniebieskiej oprawie.
Stary album ze zdjęciami.
Po raz pierwszy od dwóch tygodni ocknęłam się z odrętwienia. Kto mi przesłał coś takiego? Poza mamą nie miałam żadnej rodziny, dlatego tuż po moich narodzinach wyznaczyła pana Grünbeina na mojego prawnego opiekuna na wypadek, gdyby coś się jej stało. Może album to prezent od przyjaciółki z dawnych lat, który przesłała, żeby mnie pocieszyć? Ale co to miałaby być za przyjaciółka? Większość kondolencji napłynęła od dawnych pacjentów i ludzi, którym pomogła wybrnąć z tarapatów. Jej koleżanki z pracy przesłały mi piękną kartę z wiekowym drzewem, która zapewne bardzo spodobałaby się mamie. Dotarły też do mnie ciepłe słowa rodziców moich przyjaciółek. Co po raz kolejny uświadomiło mi, jak ważna jest przyjaźń, i posmutniałam na myśl, że mama nie miała takiej prawdziwej przyjaciółki. Choć wszyscy ją lubili, zawsze była samowystarczalna. To też doprowadzało mnie do szału. Jak człowiek może w ogóle funkcjonować bez przyjaciół?
Album ze zdjęciami! Usiadłam przy stole i powoli odsłoniłam pierwszą kartkę. Coś zaszeleściło; czarne kartonowe arkusze były poprzekładane cieniutkim pergaminem. Popatrzyłam na pierwszą stronę.
Pusta.
W pierwszej chwili poczułam rozczarowanie, potem jednak przyjrzałam się dokładniej i zobaczyłam, że nie zawsze była pusta. Kiedyś było tu zdjęcie, które ktoś wyrwał. Dotknęłam palcami miejsc, na których zostały jeszcze srebrzyste drobinki kleju. Był dziwnie szorstki. Widziałam malutkie dziurki w czarnym kartonie, dostrzegłam cieniutkie włókna papieru. A więc strona była nie tyle pusta, co zraniona, pozbawiona zawartości. Przewróciłam kolejną kartkę i następną, i jeszcze następną, coraz szybciej, z coraz większym gniewem. Co to ma być?
I w końcu, na ostatniej stronie, zobaczyłam zdjęcie. Przyglądałam mu się tak długo, że mało brakowało, a nie dostrzegłabym białego napisu pod fotografią. Drukowane litery, zachodzące na siebie tak, że musiałam pochylić się nisko nad kartką, żeby móc je odczytać.
Jeśli chcesz wiedzieć, kim są mordercy twojej matki, zgłosisz się. Najlepiej jeszcze dzisiaj.
***
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji