- Przecież to ty chciałaś mieć dziecko! A teraz masz problem, żeby
odebrać je z przedszkola?! Jak mogłaś zapomnieć, że twoja córka tam na
ciebie czeka? - Bartek miał wrażenie, że wyjdzie z siebie. Dostał
wypieków, a na jego wysokim czole pojawiła się fioletowa żyłka. Wyglądał
trochę jak Rumcajs ze słynnej kreskówki, tyle że z każdym rokiem jego
czoło się wydłużało, a w gęstej brodzie pojawiało się coraz więcej
siwizny. Oczywiście winę zrzucał na Irenę. Miał dość żony karierowiczki
i tego, że jedynym tematem w domu były jej praca, jej operacje i pacjentki. Nie rozumiał, jak matka może zapomnieć o tym, że ma dziecko i że powinna je odebrać z przedszkola. - Irena, czy możesz mi to
wytłumaczyć? Jak mogłaś zapomnieć o Paulinie?
Kobieta o wyrazistych rysach i krótko przystrzyżonych włosach
nonszalancko podniosła wzrok znad komputera. Jak zwykle po pracy usiadła
w kuchni przy stole, ale nie po to, by zjeść z rodziną kolację.
Zamierzała napić się mocnego wytrawnego wina i poczytać artykuły na
temat nowinek we współczesnej medycynie. Dochodziła już dwudziesta
pierwsza, a ona wróciła do domu piętnaście minut temu.
- Ty się tak nie ekscytuj, bo ci jeszcze żyłka pęknie - rzuciła
ironicznie, na co mężczyzna aż zacisnął pięści. - Właściwie co się
wielkiego stało? Bartosz, odpowiedz mi! A od czego ty jesteś? To dziecko
ma też ojca, który także wiecznie jest nieobecny. Chyba korona ci z głowy nie spadnie, gdy wcześniej opuścisz kancelarię?! - Irena podniosła
głos jak przekupka na targu.
Jej arogancja doprowadzała Bartosza do szewskiej pasji. Ile trzeba mieć
w sobie spokoju i opanowania, żeby to znieść! Z trudem powstrzymał się,
by nie rzucić wulgaryzmem. Wiedział, że gdyby wdał się z żoną w pyskówkę, pewnie skończyłoby się na rękoczynach i założeniu niebieskiej
karty.
- To, że mnie ignorujesz, zaniedbujesz, że przestałaś ze mną sypiać,
rozmawiać, a nawet patrzeć na mnie, jestem w stanie zaakceptować, ale
tego, że zapominasz o istnieniu Pauliny - z całej siły uderzył pięścią w stół, przy którym siedziała Irena - nie zaakceptuję i nie zrozumiem!
Podkreślę raz jeszcze, że nie ja namawiałem cię do macierzyństwa! Sama
chciałaś! To był twój kolejny genialny pomysł, bo jak stwierdziłaś,
prawdziwa, wartościowa, szanująca się rodzina ma choć jedno dziecko!
Wszyscy mają! To i ty masz, tyle że o tym zapominasz.
Była akurat w połowie artykułu na temat innowacyjnego przeszczepu
jajników. Westchnęła ciężko, jeszcze raz spojrzała wymownie na męża,
zamknęła komputer i podeszła do Bartka. Stanęła przed nim niczym
zawodnik KSW szykujący się do walki, gotowy znokautować rywala jednym
ciosem w głowę.
- Odebrałeś Paulę? Jest w domu? - spytała.
- A jak myślisz? Leciałem na złamanie karku po tym, jak o godzinie
dziewiętnastej zadzwonili do mnie z przedszkola. Tak, dobrze słyszałaś,
o dziewiętnastej! Moja pierwsza myśl była taka, że coś się stało! A pani
wychowawczyni mnie spytała, czy pamiętam o odbiorze córki, bo
przedszkole jest czynne do osiemnastej trzydzieści, a nikt po nią nie
przyjechał! Wiesz, jak mi było wstyd za ciebie?! Gdybym wiedział, że nie
możesz jej dzisiaj odebrać, sam chętnie bym to zrobił. Całe szczęście,
że byłem w kancelarii i szybko mogłem po nią pojechać, bo ty jak zwykle
byłaś na sali operacyjnej i nie raczyłaś odebrać telefonu!
- Właśnie! Byłam na sali operacyjnej. Ratowałam ludzkie życie!
- Kosztem własnej córki?!
Mężczyzna darł się niemiłosiernie. Nie zauważył, że za filarem ich
luksusowego domu stała mała, prawie sześcioletnia dziewczynka, która
uważnie przysłuchiwała się kłótni rodziców. Miała ciemne włosy do
ramion, jak zawsze rozczochrane, piękne zielone oczy w oprawie gęstych
rzęs i kilka piegów na nosie. Nie była typem słodkiego aniołka,
wyglądała bardzo poważnie jak na swój wiek. Jako jedyna w przedszkolu
wszystkie ubrania miała w stonowanych barwach, nie nosiła warkoczyków,
kolorowych gumek czy kokardek. Była cichym, skrytym dzieckiem, ciągle
przytulającym białego pluszowego króliczka. Kiedy słyszała awantury
rodziców, wiedziała, że musi być cicho, by dodatkowo nie denerwować mamy
i taty. Marzyła o tym, żeby mieć pelerynkę niewidkę jak z Harry'ego
Pottera, by móc zniknąć. Od najmłodszych lat czuła się niechciana,
niekochana, miała wrażenie, że rodzice jej nie lubią i przez nią się
kłócą. Nie zaznała nigdy ich czułości czy zainteresowania. Jedynie
zdawkowo ją pytali, jak było w przedszkolu albo czy chce nową zabawkę.
Nie chciała. Pragnęła tylko być jak inne dzieci, marzyła, by biec w ramiona rodziców, kiedy odbierali ją z przedszkola, tulić się do mamy i na dzień dobry dostawać jajko niespodziankę. Niestety, była dzieckiem,
które jako pierwsze przychodziło do przedszkola, bo już o siódmej
trzydzieści, i wychodziło jako ostatnie, tuż przed zamknięciem placówki.
W dodatku jej mama, ceniona i znana doktor, wielokrotnie zapominała ją z tego przedszkola odebrać, tłumacząc się zawsze tak samo: "Paulinko,
ratowałam życie innej kobiety, kiedyś to zrozumiesz".
Kiedy miała jedenaście lat, jej życie wywróciło się do góry nogami. Od
paru lat w wakacje jeździła na obozy językowe. Podczas gdy inne dzieci
bawiły się beztrosko na podwórku, jeździły z rodzicami na wczasy lub pod
namiot, ona była wysyłana na dwa miesiące za granicę. Jej rodzicie mieli
dwa miesiące, by od niej odpocząć i poświęcić się swoim zajęciom. Tego
lata pojechała na wakacje do Paryża, by podszkolić francuski. Według
Ireny podstawą sukcesu w dzisiejszych czasach była znajomość języków
obcych, a więc francuski, włoski, hiszpański i angielski były w życiu
małej Paulinki najważniejsze. Nawet bajki musiała oglądać w językach
obcych.
Dzieci zazdrościły jej pięknego domu, wielkiego, z marmurami na
podłodze, nowoczesnego, który wyglądał jak żywcem wyjęty z serialu
Beverly Hills, 90210. Paulina miała wielki pokój, własną zjeżdżalnię,
najnowsze zabawki. Koleżanki i koledzy uwielbiali ją odwiedzać, bo czuli
się u niej jak na placu zabaw. Tego lata jednak nikt do niej nie
przyszedł, a ona wróciła z obozu o dwa tygodnie za wcześnie.
Dom był zastawiony kartonami.
- Mamo, dlaczego się pakujecie? - spytała, nie kryjąc przerażenia.
Dłonie zaczęły jej się pocić, poczuła się samotna i nieszczęśliwa. Nie
widziała taty, nawet nie rozmawiała z nim od chwili przyjazdu. Czasami
miała wrażenie, że tylko on ją trochę kocha i się nią przejmuje. Zawsze
robił Irenie dzikie awantury, gdy ją zaniedbywała, sam jednak też nie
poświęcał jej zbyt dużo czasu. Niekiedy zabrał Paulinę na lody, do kina
czy do swojej kancelarii, i to lubiła najbardziej. Siedziała w kącie,
rysując lub przyglądając się pracy ojca.
- Paulinko, przeprowadzamy się. Zabierzemy tylko kilka rzeczy i pojedziemy do naszego nowego apartamentu, bo ten dom sprzedajemy. Nie
będzie podwórka, ale za to duży taras i widok na szpital, w którym
pracuję. Niestety, będziesz musiała zmienić szkołę i kolegów, ale
wierzę, że szybko odnajdziesz się w nowej rzeczywistości.
Irena całkiem zapomniała, że rozmawia z dzieckiem. Traktowała Paulinę,
jakby ta była już dorosła. Nie zważała na jej uczucia, potrzeby, nawet
nie zapytała, jak było we Francji i czy córka nawiązała nowe znajomości.
Dziewczynka z trudem powstrzymywała się od płaczu, w końcu jednak do jej
oczu napłynęły łzy i zaczęło ją szczypać w gardle.
- A tata? Gdzie jest tata? - wyszeptała.
- Twój tatuś odszedł do nowej rodziny. Kiedy byłaś na kursie, wdał się w romans z inną kobietą.
Irena przypomniała sobie, co niedawno oznajmił jej Bartek.
- Mam dość udawania, że jesteśmy dobrym małżeństwem! - wykrzyczał. -
Poznałem kobietę, która daje mi szczęście, dba o mnie, rozmawia ze mną,
sprawia, że czuję się mężczyzną.
- Wiedziałam, że nie masz jaj - odparowała.
- Jesteś bezczelna! Latami byłem ci wierny, znosiłem poniżenia, twoją
arogancję. Koniec tego, życie jest za krótkie. Papiery rozwodowe przyjdą
pocztą. Dom do podziału na pół. A Paulina? Posiadanie dziecka to był
twój pomysł, więc zajmij się córką, a ja będę wpadał w weekendy.
Od dłuższego czasu Irena przeczuwała, że mąż wreszcie odejdzie do innej
kobiety. Praca pochłonęła ją całkowicie, nie potrzebowała mężczyzny,
czułości, seksu, potrzebowała za to pochwał i sukcesów. Nie potrafiła
nawet przejąć się rozwodem, bo właśnie świętowała opublikowanie artykułu
w zagranicznych gazetach medycznych.
- Córciu, skoro już jesteśmy przy ojcu, to zapamiętaj, co ci teraz
powiem. Musisz być niezależna, musisz liczyć tylko na siebie, bo
mężczyźni rozczarowują. Dziś są, jutro ich nie ma, znikają szybciej, niż
się pojawiają.
- Czy to oznacza, że nie zobaczę już taty?
Nie zobaczyła. Mężczyzna tak bardzo zachłysnął się nowym życiem i nową
kobietą, że wyjechał z kraju i zaczął układać sobie życie od nowa, nie
zważając na córkę.
Paulina latami czuła się jak sierota. Na pozór miała wszystko - zabawki,
ciuchy, zagraniczne kursy, wymarzonego pieska - ale była sama, nie czuła
zainteresowania ani wsparcia rodziców, w szczególności ze strony swojej
zimnej jak lód matki.
Szesnaście lat później...
Paulina otworzyła drzwi do mieszkania i zdębiała. Zupełnie nie
wiedziała, jak zareagować na to, co widzi. Inna kobieta na pewno nie
posiadałaby się z radości, ale nie ona. Ostatnio była wiecznie
niezadowolona, czegoś jej brakowało i coś ewidentnie nie pasowało.
Dochodziła dwudziesta trzecia, więc za oknem było już całkiem ciemno.
Tymczasem jej mieszkanie rozjaśniały setki małych świeczek ustawionych
na podłodze, szafkach i stole. Ścieżka z płatków róż była usypana od
drzwi wejściowych do najważniejszego miejsca w mieszkaniu, czyli kanapy
i ławy. Widok zapierał dech w piersiach, bo przecież takie rzeczy
zazwyczaj ogląda się na Instagramie amerykańskich modelek, które zaraz
mają przyjąć oświadczyny.
Paulina bardzo spokojnie, nie okazując żadnych emocji, rozejrzała się po
mieszkaniu i zapytała:
- Po co ta szopka, Jan? - Z niezadowoleniem spojrzała na ukochanego,
który siedział na kanapie z dwiema lampkami jej ulubionego szampana.
Jak zawsze wyglądał perfekcyjnie i wyszczerzał swoje śliczne, równe
ząbki.
- Kochanie, chciałem ci zrobić niespodziankę, wiem, że miałaś ciężki
lot. Dwa dni cię nie było, po prostu się stęskniłem. - Mężczyzna wstał z kanapy i próbował pocałować ją w usta z taką namiętnością i żarliwością,
o jakiej śniła każda kobieta.
Ale nie Paulina. Zrobiła unik i usta Jana zetknęły się z jej policzkiem.
Zrobiło mu się przykro. Poczuł lekkie ukłucie w sercu, już od jakiegoś
czasu bolał go fakt, że żona coraz częściej go odrzucała.
- Niepotrzebnie - rzuciła chłodno i upuściła walizkę, którą wciąż
jeszcze trzymała w ręku. Spojrzała na męża z niesmakiem i niechęcią.
Taki grymas na jej twarzy zawsze wzbudzał u Jana lęk, dezorientację i uczucie porażki. Paulina od jakiegoś czasu czuła do męża tylko niechęć.
Była z nim, bo tak należało, bo tak wypadało. Jan wziął walizkę i zaniósł ją do sypialni. Paulina odprowadziła go wzrokiem, usiadła na
kanapie i upiła łyk szampana.
Chwilę później na stole pojawiła się jej ulubiona sałatka z truskawkami,
kozim serem i orzeszkami pinii. Jan uwielbiał gotować. Nie dość, że był
cholernie przystojny i męski, miał bujną blond czuprynę, którą kiedyś
lubiła targać, muskulaturę, która pobudzała wyobraźnię, to jeszcze był
nad wyraz opiekuńczy i troskliwy. Zawsze dbał o to, by jego żona po
pracy zjadła lekki posiłek i się odprężyła. Zazwyczaj włączał jej serial
na Netfliksie, wtulał się w nią albo masował jej stopy i z pasją
opowiadał o tym, co się wydarzyło u niego w pracy. Kiedyś uznałaby, że
złapała Pana Boga za nogi, bo przecież ma w domu ideał. Całe życie
chciała udowodnić matce, że istnieją dobrzy mężczyźni, i kiedy już jej
się to udało, kiedy dopięła swego, poczuła pustkę. Nicość. Patrzyła dziś
na tego perfekcyjnego Jana, z idealnie zarysowanym torsem i ciepłym
uśmiechem, i nie czuła do niego zupełnie nic. Podczas wielu bezsennych
nocy próbowała sobie przetłumaczyć, że przecież jeszcze go kocha,
jednak... mimo szczerych chęci odrzucała go. Wiedziała, że źle robi, i wcale nie chciała być dla niego taka oziębła, samo tak wychodziło. To
było silniejsze od niej.
- Przepraszam, Janie, dziękuję. To urocze, co zrobiłeś - zreflektowała
się po chwili. Przecież ten niewinny człowiek nie zrobił nic złego. Poza
tym, że wprowadził odrobinę romantyzmu do jej bezsensownego życia. -
Jestem zmęczona i...
- I na pewno chcesz się do mnie, skarbie, przytulić - wtrącił i usiadł
koło Pauliny.
Delikatnie odgarnął jej ciemne włosy za ucho i pocałował ją w usta.
Miała opory, by odwzajemnić pocałunek, ale przypomniała sobie, że
przecież Jan jest jej mężem, w związku z czym musi co jakiś czas spełnić
małżeński obowiązek, bo przecież połowa Polek tak robi. "Nie mam
wyjścia" - pomyślała zrezygnowana. "Jeśli mu odmówię seksu, pójdzie do
innej. Chwila, udam orgazm i będę miała spokój. Zresztą każda żona tak
robi, przecież faceci mają większe potrzeby niż kobiety".
Ostatnio naprawdę rzadko się kochali. Kiedy miało dojść do zbliżenia,
niemal za każdym razem starała się wykręcić, mimo że Jan zawsze dbał, by
była atmosfera, świece, kwiaty. Całował ją namiętnie i pieścił każdy
skrawek jej ciała. Kobiety dałyby się pokroić za takie uniesienia, i to
z tak przystojnym facetem. A ona po każdym stosunku z własnym mężem
płakała. Łzy płynęły jej po policzkach, bo nie chciała ranić tego
wspaniałego człowieka.
Poczuła się znużona. Jan otoczył Paulinę ramieniem, nie wiedziała, czy
trochę sprawia jej to przyjemność, czy raczej budzi lęk, a może nawet
odrazę.
- Nie jestem głupi, Paula, widzę, że coś jest nie tak. Może w końcu czas
o tym porozmawiać? - Starł z jej policzka łzę.
Spojrzała na niego oczami kota ze Shreka.
- Wszystko jest w porządku, przesadzasz. - Schowała twarz w jego
ramionach.
- I dlatego płaczesz po seksie ze mną? Nie chcę cię do niczego zmuszać,
poczekam, aż będziesz gotowa...
"Poczekam, aż będziesz gotowa... Który facet by coś takiego zaproponował,
no który? Co ja wyprawiam" - karciła samą siebie.
- Ja... to nie tak... Po prostu nie wiem, co się ze mną dzieje - wyszeptała,
powstrzymując się od płaczu.
- Minie. - Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.
"Albo nie minie" - pomyślała. W jej głowie kłębiły się miliardy myśli,
chciała zostać porwana, śmiertelnie zachorować, a nawet czasami modliła
się, by Jan ją zdradził i odszedł do innej kobiety. Wtedy niestety
musiałaby przyznać matce rację, ale przynajmniej byłaby wolna. Kiedy
poznała Jana, była nim wprost oczarowana. Był zupełnie innym mężczyzną
niż ci, których poznawała wcześniej. Miał dobre serce i traktował ją jak
księżniczkę, to ona była zawsze dla niego na pierwszym miejscu. W dodatku był pilotem, i to nie byle jakim - cenionym, nagradzanym. Gdy
podczas jednej z pierwszych randek przypadkowo spotkali Irenę, Paulina
wpadła po uszy. Jej matka zachwyciła się pilotem, jego elokwencją,
klasą, pozycją i oczywiście urodą.
- On musi być twoim mężem, to idealny kandydat, tylko czy taki ideał cię
zechce? - Matka zadzwoniła do niej jeszcze tego samego dnia. - Tacy to
się pewnie nie żenią, bo po co ograniczać się do jednej kobiety? Bez
szans, kochana, może jednak odpuść, bo tylko złamie ci serce. Jak twój
ojciec mnie - kontynuowała bez końca swój monolog. - Ale ciacho to z niego jest, muszę przyznać...
- Mamo, daj spokój, to dopiero trzecia czy czwarta randka, a ty już
mówisz o ślubie?
- Paula, zresztą i tak żadnego faceta nie da się usidlić. Nic nie jest
na stałe, nic nie jest na zawsze...
"Da się i ja ci to udowodnię!" - postanowiła. I dopięła swego. Tyle że w tym całym amoku, udowadnianiu i pokazywaniu matce, że się myli, utraciła
to, co najpiękniejsze - radość. Nie była już ani zakochana, ani nawet
zauroczona. Na Jana patrzyła tylko przez pryzmat plusów i minusów,
kalkulacji, które były ważne dla jej matki. Ile zarabia? Czy będzie
dobrym ojcem? Jaką ma pozycję społeczną? I co ludzie powiedzą?
Jej ślub był dotąd najpiękniejszym dniem jej życia i, jak się potem
okazało, zarazem najgorszym.
- Cała ceremonia cudowna. Paulina, jesteś taką szczęściarą - powtarzał
każdy gość weselny.
Jej przyjaciel Adrian chyba najbardziej ze wszystkich rozpływał się nad
Janem.
- Gdybym ja miał takiego męża, niczego więcej nie potrzebowałbym do
szczęścia. Przystojny pilot, świetnie gotujący, w dodatku, jak mówisz,
boski w łóżku! Jak ty go upolowałaś? Szkoda, że nie jest gejem...
- Adrian, daj spokój, nie wiem, jak to się stało. Myślę, że kiedy nie do
końca czegoś chcesz, to wtedy to dostajesz, a jak bardzo czegoś
pragniesz, los pokazuje ci figę z makiem.
- Jak to "nie do końca czegoś chcesz"? Nie mów, że parę godzin po tym,
jak powiedziałaś "tak", stwierdzasz, że już nie chcesz męża. Czy ty
widzisz swoją matkę? Jaka jest zadowolona, jak gada z gośćmi
podekscytowana, że ma takiego kapitalnego zięcia... Jest z ciebie taka
dumna, że chyba zaraz ją rozsadzi.
- No właśnie widzę...
Czy usatysfakcjonowanie matki i udowodnienie jej, że przez całe życie
niesłusznie uważała, że faceci to świnie, było dobrą decyzją? Przez
kilka miesięcy Paulina była pewna, że tak. Zresztą nie dość, że miała
ogromną satysfakcję, że zagrała Irenie na nosie, to jeszcze naprawdę
czuła się wtedy z Janem jak w raju. Codziennie rano na śniadanie robił
jej owsiankę z owocami, oddawali się rozkoszom, a wolny czas upływał im
na podróżach. W dodatku często ze sobą pracowali. Ona stewardesa, on
pilot - uznawani byli za idealną parę, zgraną pod kątem zarówno
intelektualnym, jak i wizualnym. Wszystkie stewardesy zazdrościły
Paulinie, że udało jej się zdobyć Jana. Mężczyznę o żelaznych zasadach,
który nigdy nawet nie poszedł z koleżanką z pracy na kawę, a co dopiero
do łóżka. Był tak szarmancki i przystojny, że chyba nie było kobiety,
która nie marzyłaby o randce z nim.