Stewardesa. seria Pink Book - Edyta Folwarska

Kup ebooka

21.00 zł
17.85 zł (16,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- Prze­cież to ty chcia­łaś mieć dziecko! A teraz masz pro­blem, żeby ode­brać je z przed­szkola?! Jak mogłaś zapo­mnieć, że twoja córka tam na cie­bie czeka? - Bar­tek miał wra­że­nie, że wyj­dzie z sie­bie. Dostał wypie­ków, a na jego wyso­kim czole poja­wiła się fio­le­towa żyłka. Wyglą­dał tro­chę jak Rum­cajs ze słyn­nej kre­skówki, tyle że z każ­dym rokiem jego czoło się wydłu­żało, a w gęstej bro­dzie poja­wiało się coraz wię­cej siwi­zny. Oczy­wi­ście winę zrzu­cał na Irenę. Miał dość żony karie­ro­wiczki i tego, że jedy­nym tema­tem w domu były jej praca, jej ope­ra­cje i pacjentki. Nie rozu­miał, jak matka może zapo­mnieć o tym, że ma dziecko i że powinna je ode­brać z przed­szkola. - Irena, czy możesz mi to wytłu­ma­czyć? Jak mogłaś zapo­mnieć o Pau­li­nie?

Kobieta o wyra­zi­stych rysach i krótko przy­strzy­żo­nych wło­sach non­sza­lancko pod­nio­sła wzrok znad kom­pu­tera. Jak zwy­kle po pracy usia­dła w kuchni przy stole, ale nie po to, by zjeść z rodziną kola­cję. Zamie­rzała napić się moc­nego wytraw­nego wina i poczy­tać arty­kuły na temat nowi­nek we współ­cze­snej medy­cy­nie. Docho­dziła już dwu­dzie­sta pierw­sza, a ona wró­ciła do domu pięt­na­ście minut temu.

- Ty się tak nie eks­cy­tuj, bo ci jesz­cze żyłka pęk­nie - rzu­ciła iro­nicz­nie, na co męż­czy­zna aż zaci­snął pię­ści. - Wła­ści­wie co się wiel­kiego stało? Bar­tosz, odpo­wiedz mi! A od czego ty jesteś? To dziecko ma też ojca, który także wiecz­nie jest nie­obecny. Chyba korona ci z głowy nie spad­nie, gdy wcze­śniej opu­ścisz kan­ce­la­rię?! - Irena pod­nio­sła głos jak prze­kupka na targu.

Jej aro­gan­cja dopro­wa­dzała Bar­to­sza do szew­skiej pasji. Ile trzeba mieć w sobie spo­koju i opa­no­wa­nia, żeby to znieść! Z tru­dem powstrzy­mał się, by nie rzu­cić wul­ga­ry­zmem. Wie­dział, że gdyby wdał się z żoną w pyskówkę, pew­nie skoń­czy­łoby się na ręko­czy­nach i zało­że­niu nie­bie­skiej karty.

- To, że mnie igno­ru­jesz, zanie­dbu­jesz, że prze­sta­łaś ze mną sypiać, roz­ma­wiać, a nawet patrzeć na mnie, jestem w sta­nie zaak­cep­to­wać, ale tego, że zapo­mi­nasz o ist­nie­niu Pau­liny - z całej siły ude­rzył pię­ścią w stół, przy któ­rym sie­działa Irena - nie zaak­cep­tuję i nie zro­zu­miem! Pod­kre­ślę raz jesz­cze, że nie ja nama­wia­łem cię do macie­rzyń­stwa! Sama chcia­łaś! To był twój kolejny genialny pomysł, bo jak stwier­dzi­łaś, praw­dziwa, war­to­ściowa, sza­nu­jąca się rodzina ma choć jedno dziecko! Wszy­scy mają! To i ty masz, tyle że o tym zapo­mi­nasz.

Była aku­rat w poło­wie arty­kułu na temat inno­wa­cyj­nego prze­szczepu jaj­ni­ków. Wes­tchnęła ciężko, jesz­cze raz spoj­rzała wymow­nie na męża, zamknęła kom­pu­ter i pode­szła do Bartka. Sta­nęła przed nim niczym zawod­nik KSW szy­ku­jący się do walki, gotowy zno­kau­to­wać rywala jed­nym cio­sem w głowę.

- Ode­bra­łeś Paulę? Jest w domu? - spy­tała.

- A jak myślisz? Lecia­łem na zła­ma­nie karku po tym, jak o godzi­nie dzie­więt­na­stej zadzwo­nili do mnie z przed­szkola. Tak, dobrze sły­sza­łaś, o dzie­więt­na­stej! Moja pierw­sza myśl była taka, że coś się stało! A pani wycho­waw­czyni mnie spy­tała, czy pamię­tam o odbio­rze córki, bo przed­szkole jest czynne do osiem­na­stej trzy­dzie­ści, a nikt po nią nie przy­je­chał! Wiesz, jak mi było wstyd za cie­bie?! Gdy­bym wie­dział, że nie możesz jej dzi­siaj ode­brać, sam chęt­nie bym to zro­bił. Całe szczę­ście, że byłem w kan­ce­la­rii i szybko mogłem po nią poje­chać, bo ty jak zwy­kle byłaś na sali ope­ra­cyj­nej i nie raczy­łaś ode­brać tele­fonu!

- Wła­śnie! Byłam na sali ope­ra­cyj­nej. Rato­wa­łam ludz­kie życie!

- Kosz­tem wła­snej córki?!

Męż­czy­zna darł się nie­mi­ło­sier­nie. Nie zauwa­żył, że za fila­rem ich luk­su­so­wego domu stała mała, pra­wie sze­ścio­let­nia dziew­czynka, która uważ­nie przy­słu­chi­wała się kłótni rodzi­ców. Miała ciemne włosy do ramion, jak zawsze roz­czo­chrane, piękne zie­lone oczy w opra­wie gęstych rzęs i kilka pie­gów na nosie. Nie była typem słod­kiego aniołka, wyglą­dała bar­dzo poważ­nie jak na swój wiek. Jako jedyna w przed­szkolu wszyst­kie ubra­nia miała w sto­no­wa­nych bar­wach, nie nosiła war­ko­czy­ków, kolo­ro­wych gumek czy kokar­dek. Była cichym, skry­tym dziec­kiem, cią­gle przy­tu­la­ją­cym bia­łego plu­szo­wego kró­liczka. Kiedy sły­szała awan­tury rodzi­ców, wie­działa, że musi być cicho, by dodat­kowo nie dener­wo­wać mamy i taty. Marzyła o tym, żeby mieć pele­rynkę nie­widkę jak z Harry'ego Pot­tera, by móc znik­nąć. Od naj­młod­szych lat czuła się nie­chciana, nie­ko­chana, miała wra­że­nie, że rodzice jej nie lubią i przez nią się kłócą. Nie zaznała ni­gdy ich czu­ło­ści czy zain­te­re­so­wa­nia. Jedy­nie zdaw­kowo ją pytali, jak było w przed­szkolu albo czy chce nową zabawkę. Nie chciała. Pra­gnęła tylko być jak inne dzieci, marzyła, by biec w ramiona rodzi­ców, kiedy odbie­rali ją z przed­szkola, tulić się do mamy i na dzień dobry dosta­wać jajko nie­spo­dziankę. Nie­stety, była dziec­kiem, które jako pierw­sze przy­cho­dziło do przed­szkola, bo już o siód­mej trzy­dzie­ści, i wycho­dziło jako ostat­nie, tuż przed zamknię­ciem pla­cówki. W dodatku jej mama, ceniona i znana dok­tor, wie­lo­krot­nie zapo­mi­nała ją z tego przed­szkola ode­brać, tłu­ma­cząc się zawsze tak samo: "Pau­linko, rato­wa­łam życie innej kobiety, kie­dyś to zro­zu­miesz".

Kiedy miała jede­na­ście lat, jej życie wywró­ciło się do góry nogami. Od paru lat w waka­cje jeź­dziła na obozy języ­kowe. Pod­czas gdy inne dzieci bawiły się bez­tro­sko na podwórku, jeź­dziły z rodzi­cami na wczasy lub pod namiot, ona była wysy­łana na dwa mie­siące za gra­nicę. Jej rodzi­cie mieli dwa mie­siące, by od niej odpo­cząć i poświę­cić się swoim zaję­ciom. Tego lata poje­chała na waka­cje do Paryża, by pod­szko­lić fran­cu­ski. Według Ireny pod­stawą suk­cesu w dzi­siej­szych cza­sach była zna­jo­mość języ­ków obcych, a więc fran­cu­ski, wło­ski, hisz­pań­ski i angiel­ski były w życiu małej Pau­linki naj­waż­niej­sze. Nawet bajki musiała oglą­dać w języ­kach obcych.

Dzieci zazdro­ściły jej pięk­nego domu, wiel­kiego, z mar­mu­rami na pod­ło­dze, nowo­cze­snego, który wyglą­dał jak żyw­cem wyjęty z serialu Beverly Hills, 90210. Pau­lina miała wielki pokój, wła­sną zjeż­dżal­nię, naj­now­sze zabawki. Kole­żanki i kole­dzy uwiel­biali ją odwie­dzać, bo czuli się u niej jak na placu zabaw. Tego lata jed­nak nikt do niej nie przy­szedł, a ona wró­ciła z obozu o dwa tygo­dnie za wcze­śnie.

Dom był zasta­wiony kar­to­nami.

- Mamo, dla­czego się paku­je­cie? - spy­tała, nie kry­jąc prze­ra­że­nia.

Dło­nie zaczęły jej się pocić, poczuła się samotna i nie­szczę­śliwa. Nie widziała taty, nawet nie roz­ma­wiała z nim od chwili przy­jazdu. Cza­sami miała wra­że­nie, że tylko on ją tro­chę kocha i się nią przej­muje. Zawsze robił Ire­nie dzi­kie awan­tury, gdy ją zanie­dby­wała, sam jed­nak też nie poświę­cał jej zbyt dużo czasu. Nie­kiedy zabrał Pau­linę na lody, do kina czy do swo­jej kan­ce­la­rii, i to lubiła naj­bar­dziej. Sie­działa w kącie, rysu­jąc lub przy­glą­da­jąc się pracy ojca.

- Pau­linko, prze­pro­wa­dzamy się. Zabie­rzemy tylko kilka rze­czy i poje­dziemy do naszego nowego apar­ta­mentu, bo ten dom sprze­da­jemy. Nie będzie podwórka, ale za to duży taras i widok na szpi­tal, w któ­rym pra­cuję. Nie­stety, będziesz musiała zmie­nić szkołę i kole­gów, ale wie­rzę, że szybko odnaj­dziesz się w nowej rze­czywistości.

Irena cał­kiem zapo­mniała, że roz­ma­wia z dziec­kiem. Trak­to­wała Pau­linę, jakby ta była już doro­sła. Nie zwa­żała na jej uczu­cia, potrzeby, nawet nie zapy­tała, jak było we Fran­cji i czy córka nawią­zała nowe zna­jo­mo­ści. Dziew­czynka z tru­dem powstrzy­my­wała się od pła­czu, w końcu jed­nak do jej oczu napły­nęły łzy i zaczęło ją szczy­pać w gar­dle.

- A tata? Gdzie jest tata? - wyszep­tała.

- Twój tatuś odszedł do nowej rodziny. Kiedy byłaś na kur­sie, wdał się w romans z inną kobietą.

Irena przy­po­mniała sobie, co nie­dawno oznaj­mił jej Bar­tek.

- Mam dość uda­wa­nia, że jeste­śmy dobrym mał­żeń­stwem! - wykrzy­czał. - Pozna­łem kobietę, która daje mi szczę­ście, dba o mnie, roz­ma­wia ze mną, spra­wia, że czuję się męż­czy­zną.

- Wie­dzia­łam, że nie masz jaj - odpa­ro­wała.

- Jesteś bez­czelna! Latami byłem ci wierny, zno­si­łem poni­że­nia, twoją aro­gan­cję. Koniec tego, życie jest za krót­kie. Papiery roz­wo­dowe przyjdą pocztą. Dom do podziału na pół. A Pau­lina? Posia­da­nie dziecka to był twój pomysł, więc zaj­mij się córką, a ja będę wpa­dał w week­endy.

Od dłuż­szego czasu Irena prze­czu­wała, że mąż wresz­cie odej­dzie do innej kobiety. Praca pochło­nęła ją cał­ko­wi­cie, nie potrze­bo­wała męż­czy­zny, czu­ło­ści, seksu, potrze­bo­wała za to pochwał i suk­ce­sów. Nie potra­fiła nawet prze­jąć się roz­wo­dem, bo wła­śnie świę­to­wała opu­bli­ko­wa­nie arty­kułu w zagra­nicz­nych gaze­tach medycz­nych.

- Cór­ciu, skoro już jeste­śmy przy ojcu, to zapa­mię­taj, co ci teraz powiem. Musisz być nie­za­leżna, musisz liczyć tylko na sie­bie, bo męż­czyźni roz­cza­ro­wują. Dziś są, jutro ich nie ma, zni­kają szyb­ciej, niż się poja­wiają.

- Czy to ozna­cza, że nie zoba­czę już taty?

Nie zoba­czyła. Męż­czy­zna tak bar­dzo zachły­snął się nowym życiem i nową kobietą, że wyje­chał z kraju i zaczął ukła­dać sobie życie od nowa, nie zwa­ża­jąc na córkę.

Pau­lina latami czuła się jak sie­rota. Na pozór miała wszystko - zabawki, ciu­chy, zagra­niczne kursy, wyma­rzo­nego pie­ska - ale była sama, nie czuła zain­te­re­so­wa­nia ani wspar­cia rodzi­ców, w szcze­gól­no­ści ze strony swo­jej zim­nej jak lód matki.

Szes­na­ście lat póź­niej...

Pau­lina otwo­rzyła drzwi do miesz­ka­nia i zdę­biała. Zupeł­nie nie wie­działa, jak zare­ago­wać na to, co widzi. Inna kobieta na pewno nie posia­da­łaby się z rado­ści, ale nie ona. Ostat­nio była wiecz­nie nie­za­do­wo­lona, cze­goś jej bra­ko­wało i coś ewi­dent­nie nie paso­wało. Docho­dziła dwu­dzie­sta trze­cia, więc za oknem było już cał­kiem ciemno. Tym­cza­sem jej miesz­ka­nie roz­ja­śniały setki małych świe­czek usta­wio­nych na pod­ło­dze, szaf­kach i stole. Ścieżka z płat­ków róż była usy­pana od drzwi wej­ścio­wych do naj­waż­niej­szego miej­sca w miesz­ka­niu, czyli kanapy i ławy. Widok zapie­rał dech w pier­siach, bo prze­cież takie rze­czy zazwy­czaj ogląda się na Insta­gra­mie ame­ry­kań­skich mode­lek, które zaraz mają przy­jąć oświad­czyny.

Pau­lina bar­dzo spo­koj­nie, nie oka­zu­jąc żad­nych emo­cji, rozej­rzała się po miesz­ka­niu i zapy­tała:

- Po co ta szopka, Jan? - Z nie­za­do­wo­le­niem spoj­rzała na uko­cha­nego, który sie­dział na kana­pie z dwiema lamp­kami jej ulu­bio­nego szam­pana.

Jak zawsze wyglą­dał per­fek­cyj­nie i wyszcze­rzał swoje śliczne, równe ząbki.

- Kocha­nie, chcia­łem ci zro­bić nie­spo­dziankę, wiem, że mia­łaś ciężki lot. Dwa dni cię nie było, po pro­stu się stę­sk­ni­łem. - Męż­czy­zna wstał z kanapy i pró­bo­wał poca­ło­wać ją w usta z taką namięt­no­ścią i żar­li­wo­ścią, o jakiej śniła każda kobieta.

Ale nie Pau­lina. Zro­biła unik i usta Jana zetknęły się z jej policz­kiem.

Zro­biło mu się przy­kro. Poczuł lek­kie ukłu­cie w sercu, już od jakie­goś czasu bolał go fakt, że żona coraz czę­ściej go odrzu­cała.

- Nie­po­trzeb­nie - rzu­ciła chłodno i upu­ściła walizkę, którą wciąż jesz­cze trzy­mała w ręku. Spoj­rzała na męża z nie­sma­kiem i nie­chę­cią.

Taki gry­mas na jej twa­rzy zawsze wzbu­dzał u Jana lęk, dez­orien­ta­cję i uczu­cie porażki. Pau­lina od jakie­goś czasu czuła do męża tylko nie­chęć. Była z nim, bo tak nale­żało, bo tak wypa­dało. Jan wziął walizkę i zaniósł ją do sypialni. Pau­lina odpro­wa­dziła go wzro­kiem, usia­dła na kana­pie i upiła łyk szam­pana.

Chwilę póź­niej na stole poja­wiła się jej ulu­biona sałatka z tru­skaw­kami, kozim serem i orzesz­kami pinii. Jan uwiel­biał goto­wać. Nie dość, że był cho­ler­nie przy­stojny i męski, miał bujną blond czu­prynę, którą kie­dyś lubiła tar­gać, musku­la­turę, która pobu­dzała wyobraź­nię, to jesz­cze był nad wyraz opie­kuń­czy i tro­skliwy. Zawsze dbał o to, by jego żona po pracy zja­dła lekki posi­łek i się odprę­żyła. Zazwy­czaj włą­czał jej serial na Net­flik­sie, wtu­lał się w nią albo maso­wał jej stopy i z pasją opo­wia­dał o tym, co się wyda­rzyło u niego w pracy. Kie­dyś uzna­łaby, że zła­pała Pana Boga za nogi, bo prze­cież ma w domu ideał. Całe życie chciała udo­wod­nić matce, że ist­nieją dobrzy męż­czyźni, i kiedy już jej się to udało, kiedy dopięła swego, poczuła pustkę. Nicość. Patrzyła dziś na tego per­fek­cyj­nego Jana, z ide­al­nie zary­so­wa­nym tor­sem i cie­płym uśmie­chem, i nie czuła do niego zupeł­nie nic. Pod­czas wielu bez­sen­nych nocy pró­bo­wała sobie prze­tłu­ma­czyć, że prze­cież jesz­cze go kocha, jed­nak... mimo szcze­rych chęci odrzu­cała go. Wie­działa, że źle robi, i wcale nie chciała być dla niego taka ozię­bła, samo tak wycho­dziło. To było sil­niej­sze od niej.

- Prze­pra­szam, Janie, dzię­kuję. To uro­cze, co zro­bi­łeś - zre­flek­to­wała się po chwili. Prze­cież ten nie­winny czło­wiek nie zro­bił nic złego. Poza tym, że wpro­wa­dził odro­binę roman­ty­zmu do jej bez­sen­sow­nego życia. - Jestem zmę­czona i...

- I na pewno chcesz się do mnie, skar­bie, przy­tu­lić - wtrą­cił i usiadł koło Pau­liny.

Deli­kat­nie odgar­nął jej ciemne włosy za ucho i poca­ło­wał ją w usta. Miała opory, by odwza­jem­nić poca­łu­nek, ale przy­po­mniała sobie, że prze­cież Jan jest jej mężem, w związku z czym musi co jakiś czas speł­nić mał­żeń­ski obo­wią­zek, bo prze­cież połowa Polek tak robi. "Nie mam wyj­ścia" - pomy­ślała zre­zy­gno­wana. "Jeśli mu odmó­wię seksu, pój­dzie do innej. Chwila, udam orgazm i będę miała spo­kój. Zresztą każda żona tak robi, prze­cież faceci mają więk­sze potrzeby niż kobiety".

Ostat­nio naprawdę rzadko się kochali. Kiedy miało dojść do zbli­że­nia, nie­mal za każ­dym razem sta­rała się wykrę­cić, mimo że Jan zawsze dbał, by była atmos­fera, świece, kwiaty. Cało­wał ją namięt­nie i pie­ścił każdy skra­wek jej ciała. Kobiety dałyby się pokroić za takie unie­sie­nia, i to z tak przy­stoj­nym face­tem. A ona po każ­dym sto­sunku z wła­snym mężem pła­kała. Łzy pły­nęły jej po policz­kach, bo nie chciała ranić tego wspa­nia­łego czło­wieka.

Poczuła się znu­żona. Jan oto­czył Pau­linę ramie­niem, nie wie­działa, czy tro­chę spra­wia jej to przy­jem­ność, czy raczej budzi lęk, a może nawet odrazę.

- Nie jestem głupi, Paula, widzę, że coś jest nie tak. Może w końcu czas o tym poroz­ma­wiać? - Starł z jej policzka łzę.

Spoj­rzała na niego oczami kota ze Shreka.

- Wszystko jest w porządku, prze­sa­dzasz. - Scho­wała twarz w jego ramio­nach.

- I dla­tego pła­czesz po sek­sie ze mną? Nie chcę cię do niczego zmu­szać, pocze­kam, aż będziesz gotowa...

"Pocze­kam, aż będziesz gotowa... Który facet by coś takiego zapro­po­no­wał, no który? Co ja wypra­wiam" - kar­ciła samą sie­bie.

- Ja... to nie tak... Po pro­stu nie wiem, co się ze mną dzieje - wyszep­tała, powstrzy­mu­jąc się od pła­czu.

- Minie. - Uśmiech­nął się i poca­ło­wał ją w czoło.

"Albo nie minie" - pomy­ślała. W jej gło­wie kłę­biły się miliardy myśli, chciała zostać porwana, śmier­tel­nie zacho­ro­wać, a nawet cza­sami modliła się, by Jan ją zdra­dził i odszedł do innej kobiety. Wtedy nie­stety musia­łaby przy­znać matce rację, ale przy­naj­mniej byłaby wolna. Kiedy poznała Jana, była nim wprost ocza­ro­wana. Był zupeł­nie innym męż­czy­zną niż ci, któ­rych pozna­wała wcze­śniej. Miał dobre serce i trak­to­wał ją jak księż­niczkę, to ona była zawsze dla niego na pierw­szym miej­scu. W dodatku był pilo­tem, i to nie byle jakim - cenio­nym, nagra­dza­nym. Gdy pod­czas jed­nej z pierw­szych ran­dek przy­pad­kowo spo­tkali Irenę, Pau­lina wpa­dła po uszy. Jej matka zachwy­ciła się pilo­tem, jego elo­kwen­cją, klasą, pozy­cją i oczy­wi­ście urodą.

- On musi być twoim mężem, to ide­alny kan­dy­dat, tylko czy taki ideał cię zechce? - Matka zadzwo­niła do niej jesz­cze tego samego dnia. - Tacy to się pew­nie nie żenią, bo po co ogra­ni­czać się do jed­nej kobiety? Bez szans, kochana, może jed­nak odpuść, bo tylko zła­mie ci serce. Jak twój ojciec mnie - kon­ty­nu­owała bez końca swój mono­log. - Ale cia­cho to z niego jest, muszę przy­znać...

- Mamo, daj spo­kój, to dopiero trze­cia czy czwarta randka, a ty już mówisz o ślu­bie?

- Paula, zresztą i tak żad­nego faceta nie da się usi­dlić. Nic nie jest na stałe, nic nie jest na zawsze...

"Da się i ja ci to udo­wod­nię!" - posta­no­wiła. I dopięła swego. Tyle że w tym całym amoku, udo­wad­nia­niu i poka­zy­wa­niu matce, że się myli, utra­ciła to, co naj­pięk­niej­sze - radość. Nie była już ani zako­chana, ani nawet zauro­czona. Na Jana patrzyła tylko przez pry­zmat plu­sów i minu­sów, kal­ku­la­cji, które były ważne dla jej matki. Ile zara­bia? Czy będzie dobrym ojcem? Jaką ma pozy­cję spo­łeczną? I co ludzie powie­dzą?

Jej ślub był dotąd naj­pięk­niej­szym dniem jej życia i, jak się potem oka­zało, zara­zem naj­gor­szym.

- Cała cere­mo­nia cudowna. Pau­lina, jesteś taką szczę­ściarą - powta­rzał każdy gość weselny.

Jej przy­ja­ciel Adrian chyba naj­bar­dziej ze wszyst­kich roz­pły­wał się nad Janem.

- Gdy­bym ja miał takiego męża, niczego wię­cej nie potrze­bo­wał­bym do szczę­ścia. Przy­stojny pilot, świet­nie gotu­jący, w dodatku, jak mówisz, boski w łóżku! Jak ty go upo­lo­wa­łaś? Szkoda, że nie jest gejem...

- Adrian, daj spo­kój, nie wiem, jak to się stało. Myślę, że kiedy nie do końca cze­goś chcesz, to wtedy to dosta­jesz, a jak bar­dzo cze­goś pra­gniesz, los poka­zuje ci figę z makiem.

- Jak to "nie do końca cze­goś chcesz"? Nie mów, że parę godzin po tym, jak powie­dzia­łaś "tak", stwier­dzasz, że już nie chcesz męża. Czy ty widzisz swoją matkę? Jaka jest zado­wo­lona, jak gada z gośćmi pod­eks­cy­to­wana, że ma takiego kapi­tal­nego zię­cia... Jest z cie­bie taka dumna, że chyba zaraz ją roz­sa­dzi.

- No wła­śnie widzę...

Czy usa­tys­fak­cjo­no­wa­nie matki i udo­wod­nie­nie jej, że przez całe życie nie­słusz­nie uwa­żała, że faceci to świ­nie, było dobrą decy­zją? Przez kilka mie­sięcy Pau­lina była pewna, że tak. Zresztą nie dość, że miała ogromną satys­fak­cję, że zagrała Ire­nie na nosie, to jesz­cze naprawdę czuła się wtedy z Janem jak w raju. Codzien­nie rano na śnia­da­nie robił jej owsiankę z owo­cami, odda­wali się roz­ko­szom, a wolny czas upły­wał im na podró­żach. W dodatku czę­sto ze sobą pra­co­wali. Ona ste­war­desa, on pilot - uzna­wani byli za ide­alną parę, zgraną pod kątem zarówno inte­lek­tu­al­nym, jak i wizu­al­nym. Wszyst­kie ste­war­desy zazdro­ściły Pau­li­nie, że udało jej się zdo­być Jana. Męż­czy­znę o żela­znych zasa­dach, który ni­gdy nawet nie poszedł z kole­żanką z pracy na kawę, a co dopiero do łóżka. Był tak szar­mancki i przy­stojny, że chyba nie było kobiety, która nie marzy­łaby o randce z nim.