Stephanie Plum. Ósemka wygrywa - Janet Evanovich

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Janet EvanovichCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2013COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Dominika Repeczko, 2013
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-899-4
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
REDAKCJA Dorota Pacyńska
KOREKTA Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD Dariusz Nowakowski
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Ostatnio jakoś dużo czasu spędzałam, tarzając się po podłodze z facetami, dla których wzwód jest synonimem rozwoju osobistego. Przy czym tarzanie się nie ma nic wspólnego z seksem. Tarzanie się następuje, gdy plan zatrzymania danego osobnika bierze w łeb i ostatnim wysiłkiem rzucam się, żeby powalić i spętać wielkiego, durnego złoczyńcę, który urodził się już z defektem płata czołowego.
Nazywam się Stephanie Plum i robię w zatrzymaniach... dokładniej mówiąc, w firmie poręczycielskiej, której właścicielem jest mój kuzyn, Vincent Plum. Nie byłaby to taka zła praca, gdyby nie drobny szczegół, bezpośrednią konsekwencją naruszenia umowy o poręczenie za kaucją jest aresztowanie, a na to żaden zbieg nie chce przystać dobrowolnie. Kto by pomyślał. Aby zachęcić takiego zbiega do współpracy, gdy odprowadzam go z powrotem na dołek, zazwyczaj przekonuję delikwenta do założenia kajdanek na nadgarstki i kostki. W większości przypadków ta metoda sprawdza się doskonale, a poprawnie zastosowana pozwala ograniczyć praktycznie do zera całe to tarzanie się po podłodze.
Niestety, nie tym razem. Martin Paulson, ważący jakieś sto trzydzieści pięć kilo przy wzroście metr siedemdziesiąt sześć, został aresztowany za oszustwa z użyciem karty kredytowej i za BYCIE osobnikiem ogólnie odrażającym. W zeszłym tygodniu nie stawił się w sądzie, a to natychmiast umieściło go na mojej liście Najbardziej Poszukiwanych. Martin nie grzeszył bystrością, więc nietrudno było go znaleźć. Prawdę powiedziawszy, siedział cały czas w domu, pogrążony w tym, co umiał robić najlepiej... kradzieży towarów z sieci. Udało mi się skuć Martina i wsadzić go do samochodu. Udało mi się nawet zawieźć go na posterunek na North Clinton Avenue. Niestety, kiedy spróbowałam wyciągnąć go z wozu, potknął się i teraz tarzał się na brzuchu, związany jak gęś świąteczna, nie mogąc się odwrócić ani wstać.
Byliśmy na parkingu na tyłach budynku. Zaledwie piętnaście metrów od tylnego wejścia i oficera dyżurnego. Mogłam wezwać kogoś na pomoc, ale na całe tygodnie stałabym się tematem policyjnych żartów. Mogłam rozkuć Paulsona, ale za grosz mu nie ufałam. Był już naprawdę solidnie wkurwiony, czerwony jak burak, przeklinał paskudnie, rzucał niecenzuralne groźby i wydawał jakieś straszliwe, zwierzęce odgłosy.
Stałam tam i patrzyłam, jak Paulson się miota, myśląc, co, do cholery, mam zrobić, żeby zgarnąć go z tego chodnika. I wtedy podjechał Joe Juniak. Juniak był szefem policji, a potem został burmistrzem Trenton. Jest starszy ode mnie ładnych kilka lat i jakieś trzydzieści centymetrów wyższy. Jego kuzyn w drugiej linii, Ziggy, jest żonaty z kuzynką mojego eksmęża Glorią Jean. Jesteśmy więc poniekąd skoligaceni... w pewnym sensie.
Szyba po stronie kierowcy zjechała w dół i Juniak wychylił się z uśmiechem od ucha do ucha.
- To twój? - spytał, patrząc na Paulsona.
- No.
- Jest zaparkowany niezgodnie z przepisami. Dupsko wystaje mu za białą linię.
Trąciłam Paulsona czubkiem buta, co sprawiło, że natychmiast znowu zaczął się wściekle kołysać.
- Utknął mi.
Juniak wysiadł z wozu i dźwignął Paulsona na nogi, ująwszy grubasa pod pachy.
- Nie masz nic przeciwko temu, że nieco ubarwię tę historię, jak ją będę opowiadał na mieście, co?
- Żebyś wiedział, że mam! Pamiętaj, głosowałam na ciebie - obruszyłam się. - I jesteśmy prawie krewniakami.
- Nic ci to nie pomoże, ślicznotko. Gliniarze żyją dla takich momentów.
- Już nie jesteś gliniarzem.
- Jak ktoś raz był gliną, to nigdy nie przestaje nim być.
Razem z Paulsonem patrzyliśmy, jak Juniak wsiada do samochodu i odjeżdża.
- Nie mogę chodzić z tym czymś na nogach - poskarżył się Paulson. - Znowu się wywalę. Mam problem z poczuciem równowagi.
- Słyszałeś kiedyś to hasło łowców nagród: doprowadzić żywego lub martwego?
- Jasne.
- Nie kuś mnie.
Tak naprawdę doprowadzanie zbiegów martwych jest wyjątkowo źle widziane, ale groźba, nawet jeśli czcza, wydawała mi się bardzo na miejscu. Było późne popołudnie. Była wiosna. A ja miałam swoje życie. Spędzenie kolejnej godziny na namawianiu Paulsona, żeby ruszył przez parking, nie plasowało się specjalnie wysoko na liście Rzeczy, Które Akurat Chciałabym Robić.
Chciałam być gdzieś na plaży, gdzie słońce grzałoby mi skórę, aż zesmażyłabym się na skwarkę. No dobra, o tej porze roku to musiałoby być w Cancún, a wyjazd do Cancún nie mieścił się w moim budżecie. Co nie zmieniało faktu, że nie chciałam być tutaj, na tym durnym parkingu, z Paulsonem.
- Pewnie nawet nie masz broni - stwierdził Paulson.
- Hej, odpuść mi, dobra? Nie mogę tu spędzić całego dnia. Mam inne rzeczy do roboty.
- Niby jakie?
- Nie twoja sprawa.
- Nie masz nic lepszego do roboty.
Miałam na sobie jeansy, koszulkę i czarne caterpillary i naprawdę ogromną, ogromną ochotę kopnąć Paulsona pod kolano twardym glanem numer trzydzieści osiem.
- No powiedz - nalegał Paulson.
- Obiecałam rodzicom, że będę na obiedzie o szóstej.
Paulson ryknął śmiechem.
- To żałosne. Kurewsko żałosne. - Zakrztusił się śmiechem i rozkaszlał. Pochylił się, zakołysał i stracił równowagę. Spróbowałam go złapać, ale nie zdążyłam. I znów leżał na brzuchu, niczym parodia wyrzuconego na brzeg wieloryba.
Moi rodzice mieszkają w wąskim bliźniaku, w części Trenton powszechnie nazywanej Grajdołem. Gdyby Grajdoł był jedzeniem, niewątpliwie byłby makaronem - penne rigate, fettuccine, spaghetti czy kolankami, pływającym w sosie marinara, serze czy majonezie. Dobrym, niezawodnym jedzeniem na każdą okazję, które powoduje uśmiech na twarzy i odkładanie się tłuszczu na tyłku. Grajdoł to solidne sąsiedztwo, gdzie ludzie kupują domy i mieszkają w nich, póki ich śmierć nie wykopie. Podwórek używa się tu, by wywieszać pranie, przechowywać pojemniki na śmieci i zapewnić psu miejsce do robienia kupy. Żadnych fikuśnych tarasów ani wymyślnych pergoli. Mieszkańcy Grajdoła siadają na swych niewielkich ganeczkach i betonowych schodkach. Stamtąd najlepiej widać otaczający świat.
Podjechałam pod dom akurat, gdy moja mama wyciągała kurczaka z piekarnika. Ojciec już siedział na swoim miejscu u szczytu stołu. Patrzył przed siebie pustym, szklanym wzrokiem, kompletnie nieobecny, ściskając w dłoniach nóż i widelec. Moja siostra Valerie, która ostatnimi czasy wróciła do domu rodziców, po tym jak rozstała się z mężem, ubijała w kuchni ziemniaki. Kiedyś, przed laty, Valerie była dzieckiem idealnym. To ja byłam tą córką, której zdarzało się wdepnąć w kupę, usiąść na gumie i regularnie spadać z garażu, bo próbowałam latać. Usiłując ratować swoje małżeństwo, Valerie zdradziła swoje włosko-węgierskie korzenie i zmieniła się w Meg Ryan. Małżeństwo nie przetrwało, w przeciwieństwie do blond Meg-fryzury.
Dzieciaki Valerie czekały przy stole razem z moim ojcem. Dziewięcioletnia Angie siedziała prościutko, ze złożonymi rączkami, zdecydowana jakoś dotrwać do końca posiłku. Niemal idealny klon Valerie w tym wieku. Siedmioletnia Mary Alice, dziecko z piekła rodem, miała we włosach dwa sterczące patyki.
- O co chodzi z tymi patykami? - spytałam.
- To nie są żadne patyki. To poroże. Jestem reniferem.
To była nowość, Mary Alice zazwyczaj jest koniem.
- Jak ci minął dzień? - spytała babcia Mazurowa, stawiając na stole miskę z fasolką szparagową. - Zastrzeliłaś kogoś? Złapałaś jakiegoś złoczyńcę?
Babcia Mazurowa wprowadziła się do moich rodziców po tym, jak dziadek Mazur zabrał swoje zatkane tłuszczem arterie do bufetu jedz-co-tylko-chcesz w niebiesiech. Babcia przekroczyła już siedemdziesiątkę, ale nie wyglądała na więcej niż dziewięćdziesiąt. Jej ciało się starzało, ale umysł wydawał się podążać w przeciwnym kierunku. Miała na sobie białe tenisówki i poliestrowy dres w kolorze lawendowym. Siwe włosy były krótko przycięte i zaondulowane na całej dwucentymetrowej długości, a paznokcie pomalowane na lawendowo, pod kolor dresu.
- Nikogo dzisiaj nie zastrzeliłam - odpowiedziałam - ale aresztowałam faceta oskarżonego o oszustwa z kartami kredytowymi.
Ktoś zapukał do drzwi i chwilę później Mabel Markowitz zajrzała do środka.
- Juuhuu - zawołała.
Moi rodzice są właścicielami południowej części bliźniaka, Mabel Markowitz posiada część północną, obie części dzieli ściana i lata niezgody w kwestii koloru elewacji. Okoliczności sprawiły, że Mabel podniosła oszczędność do statusu religii, żyjąc z zasiłku emerytalnego i rządowych nadwyżek masła orzechowego. Jej mąż Izzy był dobrym człowiekiem, póki przedwcześnie nie zapił się na śmierć. Jedyna córka Mabel zmarła przed rokiem na raka macicy. Zięć zginął miesiąc później w wypadku samochodowym.
Wszelkie czynności wokół stołu natychmiast ustały, wszyscy w bezruchu zapatrzyliśmy się w drzwi frontowe, zza których widać było głowę Mabel, bo przez te wszystkie lata Mabel nigdy, ale to nigdy nie ZAJUUHOWAŁA, kiedy zasiadaliśmy do obiadu.
- Wybaczcie, że wam przerywam posiłek - powiedziała. - Chciałam tylko spytać Stephanie, czy miałaby potem minutkę, żeby do mnie wpaść. Mam pytanie o te całe poręczenia. Chodzi o przyjaciela.
- Jasne - odparłam. - Wpadnę po obiedzie.
Pomyślałam sobie, że to nie będzie długa rozmowa, bo wszystko, co wiedziałam o poręczeniach, dałoby się zmieścić w dwóch zdaniach.
Gdy za Mabel zamknęły się drzwi, babcia pochyliła się w moją stronę, kładąc łokcie na stole.
- Założę się, że z tym przyjacielem to tylko takie gadanie, dla zmyłki. Pewnie to Mabel na czymś przyłapali.
Wszyscy jak na komendę wywróciliśmy oczami.
- No dobrze - wycofała się babcia. - Może szuka pracy. Może chce być łowcą nagród. Wiecie, jak ona zawsze cienko przędzie.
Ojciec tylko zgarniał jedzenie z talerza, siedząc z pochyloną głową. Sięgnął po miskę z ziemniakami i nałożył sobie dokładkę.
- Chryste - mruknął.
- Jeśli ktokolwiek w tej rodzinie mógłby potrzebować kaucji, to tylko były mąż wnuczki Mabel - stwierdziła moja matka. - Ostatnimi czasy zadał się z niewłaściwym towarzystwem. Evelyn miała rację, że się z nim rozwiodła.
- Właśnie, a ten rozwód był wyjątkowo paskudny - dodała babcia. - Prawie tak paskudny jak twój - zwróciła się do mnie.
- Wysoko ustawiłam poprzeczkę.
- Byłaś niesamowita - pochwaliła mnie babcia.
Moja matka po raz kolejny wywróciła oczami.
- To był potworny wstyd.
Mabel Markowitz żyła w muzeum. Wyszła za mąż w 1943 roku i wciąż miała swoją pierwszą lampę stołową, pierwszy czajnik, pierwszy blat kuchenny z chromu i laminatu. W 1957 salon dorobił się nowych tapet. Przez lata kwiaty wyblakły, ale klej przetrwał. Dywan był ciemny, w stylu orientalnym. Tapicerowane meble nieco zapadły się pośrodku, były to odciski tyłków, które przeniosły się gdzie indziej... albo do Boga, albo do okręgu Hamilton.
Definitywnie tyłek Mabel nie mógł wygnieść żadnego mebla. Była chodzącym szkieletem, z naciskiem na chodzącym, bo prawie nigdy nie siadała. Piekła, sprzątała, dreptała w kółko, rozmawiając przez telefon. Oczy miała jasne i lśniące, śmiała się często, klepiąc się po udach czy wycierając dłonie w fartuch. Siwe włosy były krótko ścięte i starannie zaondulowane. Mabel każdego ranka pudrowała przywiędłe policzki kredowo jasnym pudrem i co godzinę nakładała na usta różową szminkę, która wypełniała też siateczkę głębokich zmarszczek wokół jej ust.
- Stephanie - przywitała mnie - miło cię widzieć. Wejdź. Mam ciasto do kawy.
Pani Markowitz ZAWSZE ma ciasto do kawy. To jedna z niezmiennych cech Grajdoła. Okna są tu czyste, samochody duże i zawsze do kawy jest ciasto.
Usiadłam przy kuchennym stole.
- Prawdę mówiąc, nie wiem za wiele o poręczeniach. Mój kuzyn Vinnie jest ekspertem w tej kwestii.
- To właściwie nie chodzi o kaucję - uściśliła Mabel - bardziej o znalezienie kogoś. No i skłamałam, że chodzi o przyjaciela. Taka jestem zażenowana. Nawet nie wiem, jak ci to wszystko powiedzieć.
W oczach Mabel błysnęły łzy. Ukroiła sobie kawałek ciasta i wepchnęła do ust. Zła. Nie należała do kobiet, które dobrze by się czuły, manifestując w ten sposób emocje. Popiła ciasto łykiem kawy tak mocnej, że mogłaby rozpuścić łyżeczkę. NIGDY nie pij kawy przyrządzanej przez panią Markowitz.
- Pewnie już wiesz, że małżeństwo Evelyn nie zdało egzaminu. Jakiś czas temu ona i Steven się rozwiedli i to było naprawdę gorzkie rozstanie - powiedziała w końcu Mabel.
Evelyn to wnuczka Mabel. Znałam Evelyn od zawsze, ale nigdy nie byłyśmy blisko ze sobą. Mieszkała kilka przecznic dalej i chodziła do katolickiej szkoły. Nasze ścieżki krzyżowały się tylko w niedzielę, kiedy Evelyn przychodziła na obiad do babci. Nazywałyśmy ją z Valerie chichotką, bo ciągle chichotała. Przychodziła czasem do nas grać w różne gry planszowe, ubrana w niedzielne ciuchy, i chichotała, gdy rzucała kostkami, chichotała, przesuwając pionek, chichotała, gdy przegrywała. Tyle chichotała, że aż miała dołeczki w policzkach. A kiedy podrosła, stała się jedną z tych dziewcząt, które chłopcy kochali. Same krągłości, dołeczki i mnóstwo energii.
Później rzadko widywałam Evelyn, ale jak już ją spotykałam, niewiele w niej było energii.
Mabel zacisnęła wargi.
- Tyle było kłótni, tyle pretensji w trakcie rozwodu, że sędzia zasądził to nowoczesne poręczenie za dziecko. Pewnie obawiał się, że Evelyn nie pozwoli Stevenowi widywać się z Annie. Tylko że Evelyn nie miała żadnych pieniędzy, żeby wpłacić kaucję. Steven zabrał jej wszystko, co dostała po mojej córce, nigdy niczego jej nie dał. W tamtym domu na Key Evelyn była jak więzień. Jestem właściwie jedyną bliską krewną, jaka została jej i Annie, więc oddałam dom pod zastaw kaucji. Gdybym tego nie zrobiła, Evelyn nie dostałaby opieki nad Annie.
To była dla mnie nowość. Nigdy nie słyszałam dotąd o kaucji na poczet opieki nad dzieckiem. Ludzie, których ścigałam, wpłacali kaucję, żeby wyjść z więzienia.
Mabel zebrała okruszki ze stołu, starła blat, a okruchy wrzuciła do zlewu. Nie była najlepsza w siedzeniu.
- Wszystko było dobrze, aż w zeszłym tygodniu dostałam liścik od Evelyn z informacją, że wyjeżdżają na trochę z Annie. Specjalnie się tym nie przejęłam, ale nagle wszyscy zaczęli szukać Annie. Kilka dni temu do mojego domu przyszedł Steven, krzyczał, mówił straszne rzeczy o Evelyn. Mówił, że nie miała prawa tak zabierać Annie, zabierać jej od niego i ze szkoły. I powiedział, że będzie się domagał wypłaty kaucji. A dzisiaj rano zadzwoniła firma poręczycielska, powiedzieli mi, że zabiorą mi dom, jeśli nie pomogę im odnaleźć Annie. - Mabel rozejrzała się bezradnie po kuchni. - Nie wiem, co pocznę bez domu. Naprawdę mogą mi go odebrać?
- Nie wiem - odpowiedziałam. - Nigdy nie miałam do czynienia z podobną sprawą.
- No i teraz zaczęłam się strasznie martwić. Skąd będę wiedziała, że Evelyn i Annie nic nie jest? Nie mam jak się z nimi skontaktować. No i to był tylko liścik. Nawet nie rozmawiałam z Evelyn.
Oczy Mabel znów błysnęły łzami. Miałam nadzieję, że nie wybuchnie płaczem, bo nie radziłam sobie najlepiej z przypływami uczuć. Matka i ja wyrażałyśmy miłość poprzez zawoalowane komplementy na temat sosu.
- Czuję się strasznie - powiedziała Mabel. - Nie wiem, co począć. Pomyślałam sobie, że może ty mogłabyś znaleźć Evelyn i z nią porozmawiać... upewnić się, że u niej i Annie wszystko w porządku. Jakoś zniosę utratę domu, ale nie mogę utracić Evelyn i Annie. Mam odłożonych kilka groszy. Nie wiem, ile bierzesz za takie usługi.
- Nic nie biorę. Nie jestem prywatnym detektywem. Nie biorę takich prywatnych zleceń. - Do diabła, nawet łowcą nagród jestem nie najlepszym!
Mabel zmięła fartuch w dłoniach. Po policzkach popłynęły jej łzy.
- Nie wiem, kogo innego prosić o pomoc.
O rany, nie wierzę, Mabel Markowitz we łzach! Ten widok przyprawił mnie o taki poziom dyskomfortu, jaki osiągnęłabym pewnie przy badaniu ginekologicznym na Main Street w samo południe.
- Dobrze - jęknęłam. - Zobaczę, co da się zrobić... jako sąsiadka.
Mabel kiwnęła głową i otarła oczy.
- Jestem ci bardzo wdzięczna. - Wzięła kopertę z kredensu. - Mam tu zdjęcie dla ciebie. To Annie i Evelyn. Zrobiono je w zeszłym roku, gdy Annie skończyła siedem lat. I zapisałam ci ich ostatni adres. I numer tablic rejestracyjnych.
- Ma pani klucz do ich domu?
- Nie. Nigdy mi nie dała.
- A ma pani jakiś pomysł, dokąd Evelyn mogła pojechać? Jakikolwiek?
Mabel potrząsnęła głową.
- Nie mam pojęcia. Wychowała się tutaj, w Grajdole. Nigdy nie mieszkała nigdzie indziej. Nie poszła na studia. Wszyscy nasi krewni tu mieszkają.
- To Vinnie wpłacił kaucję?
- Nie. Jakaś inna firma. Zapisałam sobie. - Sięgnęła do kieszeni fartucha i wyciągnęła złożony kawałek papieru. - Kaucje z Zasadami, właściciel nazywa się Les Sebring.
Mój kuzyn Vinnie jest właścicielem Firmy Poręczycielskiej Vincenta Pluma i prowadzi interesy w niewielkim biurze przy Hamilton Avenue. Jakiś czas temu, gdy desperacko potrzebowałam pracy, zaszantażowałam Vinniego, by mnie zatrudnił. Od tamtego czasu sytuacja ekonomiczna w Trenton zmieniła się na lepsze i właściwie nie wiem, dlaczego wciąż pracuję dla Vinniego. Może dlatego, że naprzeciwko biura jest piekarnia.
Sebring ma biuro w centrum i prowadzi interesy na takim poziomie, że zarobki Vinniego to w porównaniu śmieszne drobniaki. Nie spotkałam nigdy Sebringa, ale trochę o nim słyszałam. Ponoć był niesamowicie profesjonalny. I plotka głosiła, że lepsze nogi od niego ma tylko Tina Turner.
Przytuliłam Mabel niezręcznie, obiecałam przyjrzeć się tej sprawie i wyszłam.
Matka i babcia oczywiście na mnie czekały. Zaraz za drzwiami wejściowymi do ich części domu. Uchylonymi na cal.
- Pssst - odezwała się konspiracyjnie babcia. - No chodź tu szybko. Umieramy z ciekawości.
- Nie mogę wam nic powiedzieć. - Ostudziłam ich zapędy.
Aż się zachłysnęły powietrzem. Obie. To było zupełnie wbrew niepisanemu kodeksowi Grajdoła, gdzie krew ZAWSZE była gęstsza od wody, a koszula bliższa ciału. Etyka zawodowa nie miała większego znaczenia, gdy przychodziło do dzielenia się wyjątkowo smakowitymi plotkami z członkami rodziny.
- Okay - stwierdziłam i dałam nura do mieszkania rodziców. - W sumie i tak się dowiecie, więc równie dobrze mogę wam powiedzieć teraz. - W Grajdole często też racjonalizujemy. - Kiedy Evelyn się rozwiodła, musiała zgodzić się na kaucję rodzicielską. Mabel oddała dom pod zastaw kaucji. Teraz Evelyn i Annie gdzieś zniknęły, a firma poręczycielska naciska na Mabel.
- O mój Boże, nie miałam pojęcia - przejęła się moja matka.
- Mabel martwi się o Evelyn i Annie. Evelyn zostawiła notkę, że wyjeżdża z małą na trochę, i od tamtej pory Mabel nie miała z nią żadnego kontaktu.
- Na miejscu Mabel martwiłabym się raczej o dom - stwierdziła babcia. - Coś mi się wydaje, że może skończyć w kartonie pod mostem.
- Powiedziałam, że jej pomogę, ale nie jestem prywatnym detektywem, nie zajmuję się takimi sprawami.
- Może powinnaś poprosić o pomoc tego twojego przyjaciela Komandosa - zasugerowała babcia. - Tak czy inaczej, od razu by się sytuacja poprawiła, bo Komandos jest towar. Nie miałabym nic przeciwko, żeby się pokręcił w okolicy.
Komandos jest właściwie bardziej współpracownikiem niż przyjacielem, choć nasze relacje niewątpliwie zawierają też i jakąś dozę przyjaźni. No i przerażający pociąg seksualny. Kilka miesięcy temu zawarliśmy układ, który był moją prawdziwą zmorą. Coś na kształt skakania z dachu garażu, tylko że tym razem chodziło o moje łóżko. Komandos to Amerykanin pochodzenia kubańskiego, jego skóra jest koloru mocha latte, z akcentem na mocha, a ciało najlepiej opisuje słowo "mniam". Komandos ma spory portfel inwestycyjny, niekończące się zapasy czarnych, drogich wozów z nieznanego źródła i takie umiejętności, że Rambo wygląda przy nim jak amator. Jestem prawie pewna, że zabija tylko tych złych, i podejrzewam, że potrafi też latać jak Superman, aczkolwiek kwestia latania nigdy nie została potwierdzona. Komandos również pracuje jako łowca nagród, między innymi. I nikt przed nim nie uciekł.
Moja czarna honda CR-V stała zaparkowana przy krawężniku. Babcia odprowadziła mnie do samochodu.
- Powiedz mi, jeśli będę mogła ci jakoś pomóc - powiedziała. - Zawsze uważałam, że byłabym dobrym detektywem, bo jestem wścibska.
- Może mogłabyś popytać w okolicy?
- Jasne. A jutro pójdę do Stivy. Będzie czuwanie przy Charliem Shlecknerze. Słyszałam, że Stiva odwalił przy nim kawał dobrej roboty.
Nowy Jork ma swoje Centrum Lincolna. Floryda ma Disney World. A Grajdoł ma Dom Pogrzebowy Stivy. I jest to nie tylko główne miejsce rozrywki dla mieszkańców Grajdoła, ale też i centrum informacyjne. Jeśli nie znajdziesz na kogoś brudów u Stivy, znaczy, że nie ma żadnych brudów, które można by wywlec.
Kiedy wyszłam od Mabel, było jeszcze wcześnie, pojechałam więc na Key, tam gdzie mieszkała Evelyn. Był to bliźniak, niemal identyczny z tym, w którym mieszkali moi rodzice. Maleńkie podwórko od frontu, maleńki ganeczek, niewielki piętrowy budynek. W połowie Evelyn ani śladu życia. Przed domem ani śladu samochodu. Ani błysku światła za zasuniętymi zasłonami. Według tego, co mówiła babcia Mazurowa, Evelyn wprowadziła się, kiedy wyszła za mąż za Stevena Sodera, i została tam z Annie, kiedy Soder już się wyprowadził. Właścicielem nieruchomości był Eddie Abruzzi, który miał kilka innych domów w Grajdole i kilka biurowców w centrum Trenton. Nie znałam go osobiście, ale słyszałam, że nie był to najmilszy człowiek na świecie.
Zaparkowałam i podeszłam do drzwi domu Evelyn. Zapukałam. Nikt mi nie otworzył. Spróbowałam zajrzeć przez okno, ale zasłony były szczelnie zasunięte. Stojąc na palcach, zajrzałam w okna na bocznej ścianie. Tam też nie miałam szczęścia, ale udało mi się z oknami kuchennymi. W tych ostatnich nie było zasłon. Na blacie przy zlewie stały dwie miseczki i dwie szklanki. Poza tym wszędzie panował porządek. Ani śladu Evelyn i Annie. Wróciłam przed dom i zapukałam do sąsiadów.
Drzwi się otworzyły i stanęła w nich Carol Nadich.
- Stephanie! - wykrzyknęła. - Jak się masz, do cholery?
Chodziłam z Carol do szkoły. Zaraz po maturze dostała pracę w fabryce guzików, a dwa miesiące później wyszła za Lenny'ego Nadicha. Od czasu do czasu wpadałam na nią w delikatesach mięsnych Giovichinniego, ale to wszystko.
- Nie wiedziałam, że tu mieszkasz - odpowiedziałam. - Szukam Evelyn.
Carol wywróciła oczami.
- Każdy szuka Evelyn. Ale, prawdę mówiąc, mam nadzieję, że nikt jej nie znajdzie. No oczywiście poza tobą. Tamtym palantom powodzenia raczej nie życzę.
- Jakim palantom?
- Jej eksmężusiowi i jego kumplom. No i Abruzziemu i jego oprychom.
- Byłyście blisko z Evelyn?
- Na tyle, na ile z nią można było być blisko. Wprowadziliśmy się tutaj dwa lata temu, zanim jeszcze się rozwiodła. Całymi dniami tylko łykała prochy, a wieczorami upijała się, aż jej było wszystko jedno.
- Jakie prochy?
- Na receptę. Na depresję, jak sądzę. Co w sumie jest zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę, że była żoną Sodera. Znasz go?
- Niezbyt dobrze. - Pierwszy raz zobaczyłam Sodera na ślubie Evelyn, dziewięć lat temu, i od razu wzbudził moją antypatię. Przelotne spotkania z mężem Evelyn, które nastąpiły w kolejnych latach, nie wpłynęły jakoś na zmianę mojego stosunku do niego.
- Wyjątkowo pokrętny drań. Manipulant. I do tego okrutny. Znęcał się nad nią.
- Bił ją?
- No tego akurat nie wiem. Ale znęcał się psychicznie. Cały czas słyszałam, jak na nią wrzeszczy. Mówił jej ciągle, że jest głupia. Wiesz, była trochę okrągła, to cały czas nazywał ją krową. Wreszcie pewnego dnia zabrał się i wprowadził do innej. Joanne Jakiejśtam. Szczęśliwy dzień dla Evelyn.
- Myślisz, że Evelyn i Annie są bezpieczne?
- Boże, no mam nadzieję! Zasłużyły na odmianę losu.
Popatrzyłam na drzwi do połówki Evelyn.
- Pewnie nie masz klucza?
Carol potrząsnęła głową.
- Evelyn nikomu nie ufała. Miała regularną paranoję. Podejrzewam, że nawet jej babcia nie ma klucza. I nie powiedziała mi, dokąd się wybiera, jeśli chcesz o to zapytać. Po prostu pewnego dnia załadowała kilka toreb do samochodu i odjechała.
Zostawiłam Carol wizytówkę i ruszyłam do domu. Mieszkam w dwupiętrowym budynku jakieś dziesięć minut od Grajdoła... pięć, jeśli jestem spóźniona na obiad i podpasują mi światła. Budynek wzniesiono w czasach, gdy energia była tania, a architektura inspirowała się ekonomią. Moja łazienka jest brązowo-pomarańczowa, lodówka zielona jak awokado, a okna powstały w czasach, gdy nikt nie zaprzątał sobie głowy wymianą ciepła. Jak dla mnie może być. Czynsz jest rozsądny, a pozostali lokatorzy w porządku. W budynku mieszkają głównie starsi ludzie z niewielkimi dochodami. Emeryci są zasadniczo bardzo mili... o ile nie siądą za kierownicą samochodu.
Zaparkowałam i weszłam do budynku przez oszklone drzwi, prowadzące do niewielkiego holu. W żołądku czułam kurczaka i ziemniaki z sosem, i ciasto w polewie czekoladowej, i ciasto do kawy podane przez Mabel, więc minęłam windę i poszłam schodami w ramach pokuty. No dobra, mieszkam na pierwszym piętrze, ale schody to schody, prawda?
W domu czekał na mnie mój chomik Rex. Rex mieszka w puszce po zupie, w szklanym akwarium ustawionym w kuchni. Kiedy zapaliłam światło, przestał biegać w swoim kółku i zamrugał koralikowymi oczkami, a wąsiki całe mu podrygiwały. Lubię wyobrażać sobie, że znaczy to: "witaj w domu", ale najprawdopodobniej należy tłumaczyć to jako: "kto, do cholery, zapalił to światło?". Dałam mu rodzynkę i kawałeczek sera. Wepchnął sobie jedzenie pod policzek i zniknął w swojej puszce. I tyle, jeśli chodzi o interakcje ze współlokatorem.
W przeszłości status współlokatora Rex dzielił z gliną z Trenton, Joe Morellim. Morelli jest starszy ode mnie o dwa lata, jakieś piętnaście centymetrów wyższy i jego pistolet jest większy niż mój. Zaczął zaglądać mi pod spódniczkę, gdy miałam sześć lat, i jakoś nigdy nie wyrósł z tego zwyczaju. Ostatnio mieliśmy niejakie różnice w poglądach i szczoteczka do zębów Morellego nie stoi już w mojej łazience. Niestety, dużo trudniej wyeksmitować Morellego z mojego serca i z myśli niż z łazienki. Niemniej bardzo się staram.
Wzięłam sobie piwo z lodówki i zasiadłam przed telewizorem. Przerzucałam kanały, ale jakoś nie mogłam znaleźć niczego interesującego. Przede mną, na stoliku, leżała fotografia Evelyn i Annie. Stały razem i wyglądały na szczęśliwe. Annie miała kręcone rude loki i jasną karnację rudzielca. Brązowe włosy Evelyn ściągnięte były do tyłu. Na twarzy stonowany makijaż. Uśmiechała się, ale nie na tyle, by widać było dołeczki. Mama i dzieciak... a ja miałam je odnaleźć.
W biurze firmy Vinniego Connie Rosolli przywitała mnie rano z pączkiem w jednej, a kawą w drugiej ręce. Łokciem przesunęła pudełko z pączkami w moją stronę, obsypując sobie przy tym cycki cukrem pudrem z własnego ciastka.
- Zjedz sobie - zaproponowała. - Wyglądasz, jakbyś potrzebowała pączka.
Connie zarządza biurem i tymi drobnymi z kasy, z których korzysta, kupując pączki i raz na jakiś czas refundując sobie wycieczkę do Atlantic City w celach hazardowych. Minęła zaledwie ósma, a Connie już była w pełnym rynsztunku do pracy, oczy pociągnięte liniówką, rzęsy maskarą, usta jaskrawoczerwoną szminką, do tego włosy skręcone i nastroszone mocno wokół twarzy. Ja pozwoliłam, żeby kolejny dzień docierał do mnie powoli, włosy miałam byle jak zebrane w koński ogon, a na sobie rozciągniętą koszulkę, jeansy i glany. Operowanie szczoteczką tuszu do rzęs w bezpośredniej okolicy oka wydało mi się dziś rano manewrem dość niebezpiecznym. Zrezygnowałam więc z makijażu.
Poczęstowałam się pączkiem i rozejrzałam.
- A Lula gdzie?
- Spóźnia się. Cały tydzień się spóźnia. Nie żeby to miało jakieś znaczenie.
Lula została zatrudniona, żeby prowadzić archiwum, ale generalnie robiła to, na co miała ochotę.
- Hej, słyszałam to - zawołała od progu. - Nie obgadujcie mnie. Spóźniam się dlatego, że zaczęłam chodzić do szkoły.
- Chodzisz do szkoły raz w tygodniu - wytknęła jej Connie.
- Ta, ale muszę się jeszcze uczyć. I łatwo, kurna, nie jest. A to, że pracowałam na ulicy, też nie pomaga, bo końcowy egzamin nie będzie z marszczenia freda.
Lula jest niższa ode mnie kilka centymetrów i sporo kilogramów cięższa. A jednak kupuje ubrania w niewielkich rozmiarach i potem jakoś się w nie wciska. Przeciętnej osobie by się to nie udało, ale w przypadku Luli sprawdza się doskonale. Lula tak wciska się w ŻYCIE.
- No dobra, co jest? - powiedziała Lula. - Coś przegapiłam?
Oddałam Connie potwierdzenie za Paulsona.
- Wiecie coś o wyznaczaniu kaucji z tytułu opieki nad dzieckiem?
- To dość nowa sprawa - odpowiedziała Connie. - Vinnie jeszcze w to nie wszedł. To są kaucje wysokiego ryzyka. W okolicy tylko Sebring się nimi zajmuje.
- Sebring? - powtórzyła Lula. - To ten ze świetnymi nogami? Słyszałam, że on ma nogi jak Tina Turner. - Spojrzała w dół na swoje nogi. - Moje mają odpowiedni kolor, ale mam ich trochę za dużo.
- Sebring ma białe nogi - powiedziała Connie. - I słyszałam, że robi z nich dobry użytek, ujeżdżając blondynki.
Przełknęłam ostatni kęs pączka i wytarłam ręce o jeansy.
- Muszę z nim pogadać.
- No dziś to będziesz bezpieczna - zapewniła mnie Lula krytycznie. - Nie tylko nie jesteś blondynką, ale w ogóle coś słabo wyglądasz. Miałaś ciężką noc?
- Nie jestem rannym ptaszkiem.
- To przez twoje życie seksualne - stwierdziła Lula. - Nie masz żadnego. Nie masz powodu, żeby się uśmiechać. Odpuszczasz sobie, dokładnie tak.
- Mogłabym mieć, gdybym tylko chciała.
- No to na co czekasz?
- To skomplikowane.
Connie wręczyła mi czek za Paulsona.
- Chyba nie zamierzasz teraz pracować dla Sebringa, co?
Opowiedziałam im o Evelyn i Annie.
- Może powinnam iść z tobą pogadać z Sebringiem - powiedziała Lula. - Może byśmy go namówiły, żeby nam pokazał nogi.
- Nie ma takiej potrzeby - zaprotestowałam. - Dam sobie radę sama. - I jakoś nie byłam zainteresowana nogami Sebringa.
- Zobacz. Nawet torby nie zdążyłam odłożyć - przekonywała mnie Lula. - Jestem gotowa do wyjścia.
Lula i ja mierzyłyśmy się wzrokiem. Przegrywałam ten pojedynek. Już widziałam porażkę. Lula postanowiła, że pojedzie ze mną i już. Pewnie nie chciała porządkować teczek w kartotece.
- No dobra - zgodziłam się. - Ale żadnego strzelania, popychania, żadnych próśb o podwinięcie nogawek spodni.
- Strasznie dużo zasad - skrzywiła się Lula.
Pojechałyśmy moją hondą i zaparkowałyśmy pod budynkiem Sebringa. Biuro zajmujące się poręczeniami było na parterze, wyżej znajdowały się gabinety należące do Sebringa.
- Zupełnie jak u Vinniego - rzuciła Lula, łypiąc na podłogę pokrytą wykładziną i świeżo wymalowane ściany. - Tylko że wygląda jak miejsce pracy dla ludzi. I zobacz na te krzesła dla ludzi, nawet plam nie mają. I jego sekretarka nie ma wąsika.
Sebring zaprosił nas do swojego gabinetu.
- Stephanie Plum, słyszałem o pani - powiedział.
- Pożar domu pogrzebowego to nie była moja wina - odpowiedziałam od razu. - I prawie nigdy nie strzelam do ludzi.
- My też o panu słyszałyśmy - wtrąciła Lula. - Słyszałyśmy, że ponoć ma pan świetne nogi.
Sebring miał na sobie srebrzystoszary garnitur, białą koszulę i czerwono-biało-niebieski krawat. Od czubków lśniących czarnych butów do koniuszków idealnie przystrzyżonych białych włosów emanował zacnością i szacownością. Byłam pewna, że za tym nieskończenie uprzejmym uśmiechem polityka kryje się człowiek, który nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać. Po słowach Luli na chwilę zapadła cisza, Sebring najwyraźniej je rozważał. A potem nagle podciągnął nogawki spodni.
- No to proszę się dobrze przyjrzeć - powiedział.
- Pewnie sporo pan ćwiczy - w głosie Luli słychać było uznanie. - Świetne nogi.
- Chciałam porozmawiać o Mabel Markowitz - przeszłam do sedna. - Wezwał ją pan do zapłaty kaucji za opiekę nad dzieckiem.
Kiwnął głową.
- Pamiętam. Zdaje się, że nawet dzisiaj zleciłem komuś, żeby ją odwiedził. Jak dotąd nie była specjalnie pomocna.
- Mieszka obok moich rodziców, nie sądzę, żeby wiedziała, gdzie jest jej wnuczka razem z prawnuczką.
- A to niedobrze - skwitował Sebring. - Wie pani coś o kaucjach ustalanych w przypadku wyznaczania opiekuna prawnego dziecka?
- Niewiele.
- PBUS, która, jak pani wie z pewnością, jest stowarzyszeniem zrzeszającym profesjonalnych poręczycieli, współpracowała z Centrum Zaginionych i Wykorzystywanych Dzieci, żeby doprowadzić do ustanowienia praw, które powstrzymają rodziców przed porywaniem własnych dzieci. Założenie jest bardzo proste, jeśli istnieje podejrzenie, że jedno z rodziców może wywieźć dziecko w jakieś nieznane miejsce, sąd może wyznaczyć kaucję.
- Więc to tak jak w przypadku kryminalistów, z tym że tu zagrożone jest dziecko.
- Z jedną ogromną różnicą - poprawił mnie Sebring. - Kiedy ustalona jest kaucja za przestępcę, a ten później nie stawia się na rozprawie, poręczyciel traci kaucję, która przepada na rzecz sądu. Poręczyciel może ścigać oskarżonego, doprowadzić go przed oblicze wymiaru sprawiedliwości i wtedy sąd najprawdopodobniej zwróci mu kaucję. W przypadku, gdy poręczenie dotyczy opieki nad dzieckiem, kaucję otrzymuje RODZIC, któremu nieprawnie odebrano dziecko. Pieniądze powinny być wykorzystane na odszukanie tego dziecka.
- Czyli jeśli kaucja nie jest wystarczająca, by zapobiec porwaniu, wtedy przynajmniej są środki na zatrudnienie profesjonalistów, żeby odnaleźli dziecko.
- Właśnie. Problem w tym, że o ile w przypadku spraw kryminalnych poręczyciel może ścigać zbiega, to w przypadku spraw dotyczących opieki poręczyciel nie ma żadnych podstaw prawnych pozwalających mu na ściganie dziecka. Czyli jedynym sposobem rekompensowania strat jest wtedy przepadek mienia, które jest wymienione jako zastaw w umowie o poręczenie. W tej konkretnej sprawie Evelyn nie miała gotówki na kaucję. Przyszła więc do nas, a jako zabezpieczenie kaucji wykorzystany został dom jej babci. Jedyne, co można zrobić w tej sytuacji, to wezwać babkę i nakazać się jej pakować w nadziei, że to skłoni ją do wyjawienia miejsca pobytu dziecka.
- Wypłacił pan już pieniądze Stevenowi Soderowi?
- Pieniądze zostają przekazane po trzech tygodniach.
A więc miałam trzy tygodnie na znalezienie Annie.
Ten Les Sebring sprawia wrażenie miłego gościa - podsumowała Lula, wsiadając do hondy. - Założę się, że nawet nie robi tego ze zwierzętami hodowlanymi.
Lula nawiązywała do plotki, jakoby mój kuzyn Vinnie zakochał się w kaczce. Plotka ta nigdy nie została oficjalnie potwierdzona. Ani zdementowana.
- Co teraz? - spytała Lula. - Jaki mamy następny punkt programu?
Było kilka minut po dziesiątej. Knajpa Sodera Okop powinna właśnie rozpoczynać działalność, bo zbliżała się pora lunchu.
- Odwiedzimy Stevena Sodera - zdecydowałam. - To pewnie strata czasu, ale i tak powinnyśmy to zrobić.
- Zajrzeć w każdą dziurę.
Bar Sodera był niedaleko biura Sebringa, wciśnięty między Przecenione Artykuły Gospodarstwa Domowego Carmine a salon tatuażu. Drzwi Okopu były otwarte. O tej porze wnętrze było ciemne i niezachęcające. A jednak jakichś dwóch osobników znalazło drogę do środka i siedziało teraz przy wypolerowanym na wysoki połysk barze.
- Już tu kiedyś byłam - powiedziała mi Lula. - Knajpa jest w porządku. Mają niezłe burgery. A jak przyjdziesz wcześniej, zanim tłuszcz im się przypali, to krążki cebulowe też są niczego sobie.
Weszłyśmy do środka i zatrzymałyśmy się, czekając, aż oczy przyzwyczają się do półmroku. Soder stał za barem. Kiedy weszłyśmy, podniósł głowę, a potem skinął nam w geście powitania.
Miał gdzieś tak z metr osiemdziesiąt, masywną budowę ciała, blond włosy o czerwonawym odcieniu, błękitne oczy i rumianą cerę. Wyglądał na kogoś, kto pije sporo własnego piwa.
Podeszłyśmy do baru, a Soder stanął naprzeciwko nas.
- Stephanie Plum - przywitał mnie. - Dawno cię nie widziałem. Co pijesz?
- Mabel martwi się o Annie. Obiecałam jej popytać tu i ówdzie.
- Raczej martwi się, że straci tę swoją ruderę.
- Nie straci domu. Ma pieniądze, żeby zapłacić kaucję. - Czasem kłamię tak dla wprawy. To tak naprawdę jedyna umiejętność łowcy nagród, którą mam opanowaną.
- Szkoda - skwitował Soder. - Z przyjemnością zobaczyłbym ją na ulicy. Cała ta rodzina to banda popaprańców.
- Myślisz, że Evelyn i Annie tak sobie wyjechały?
- Wiem, że tak. Zostawiła mi pierdolony liścik. Pojechałem po dzieciaka i znalazłem jedynie liścik na kuchennym blacie.
- I co w nim było?
- Że wyjeżdża i że prędzej zobaczę ucho od śledzia niż dziecko.
- Coś mi się wydaje, że nie przepada za tobą - wtrąciła Lula.
- To wariatka - prychnął Soder. - Pijaczka i świruska. Wstaje rano i nie wie, jak zapiąć guziki bluzki. Mam nadzieję, że szybko znajdziesz dzieciaka, bo Evelyn nie jest w stanie się nim zająć.
- A masz jakiś pomysł, gdzie mogły pojechać?
Mruknął tylko, krzywiąc się drwiąco.
- Żadnego. Nie ma żadnych przyjaciół i do tego jest głupia jak pudełko gwoździ. I o ile wiem, nie ma ani grosza. Pewnie mieszkają w samochodzie, gdzieś w Pine Barrens, i żywią się po śmietnikach.
Niezbyt ładny obrazek.
Zostawiłam Soderowi wizytówkę.
- Na wypadek gdybyś sobie o czymś przypomniał.
Wziął kartonik i mrugnął do mnie.
- Hej - zareagowała natychmiast Lula. - Nie podoba mi się to mruganie. Mrugnij tak na nią jeszcze raz, a wyłupię ci to oko.
- O co chodzi tej grubej lasce? - zwrócił się do mnie Soder. - Jesteście parą czy jak?
- Jest moim ochroniarzem - odpowiedziałam.
- I nie jestem GRUBĄ LASKĄ - poprawiła go Lula. - Jestem kobietą słusznych rozmiarów. Na tyle słusznych, żeby skopać ci to twoje białe dupsko, aż nie będziesz mógł stanąć na nogi.
Soder bez drgnienia patrzył jej w oczy.
- Mam na co czekać.
Wyciągnęłam Lulę z knajpy. Przez chwilę stałyśmy na chodniku i tylko mrugałyśmy oślepione słońcem.
- Nie lubię go - rzuciła Lula pod adresem Sodera.
- Nie może być.
- Nie podobało mi się, jak ciągle mówił o tej małej dziewuszce "dzieciak". I to niezbyt ładnie z jego strony, że chciał, żeby staruszkę wyrzucili z domu.
Zadzwoniłam do Connie i poprosiłam, żeby mi znalazła adres Sodera i numer rejestracyjny jego wozu.
- Myślisz, że trzyma Annie w piwnicy? - zainteresowała się Lula.
- Nie, ale nie zaszkodzi sprawdzić.
- Co dalej?
- Dalej odwiedzimy jego adwokata. Musiało być jakieś uzasadnienie dla tej kaucji przy rozwodzie. Chciałabym poznać szczegóły.
- A znasz prawnika, który go rozwodził?
- Dickie Orr.
Lula wyszczerzyła w uśmiechu wszystkie zęby.
- Twój były? Za każdym razem, gdy go odwiedzasz, wyrzuca cię z biura. Myślisz, że będzie chciał z tobą rozmawiać o kliencie?
Moje małżeństwo było najkrótszym w historii Grajdoła. Ledwie skończyłam rozpakowywać ślubne prezenty, a już przyłapałam palanta na zabawianiu się na stole kuchennym z Joyce Barnhardt, moim arcywrogiem. Teraz, patrząc z perspektywy, nie mogłam zrozumieć, dlaczego w ogóle za niego wyszłam. Chyba byłam zakochana w samej koncepcji bycia zakochaną.
Dziewczyna z Grajdoła musi sprostać pewnym oczekiwaniom. Dorasta, wychodzi za mąż, ma dzieci, przybiera nieco w biodrach i uczy się przygotowywać posiłki na czterdzieści osób. Moim MARZENIEM było, żeby mnie ugryzł radioaktywny pająk, jak Spidermana, bo wtedy będę umiała latać. Ale OCZEKIWANO ode mnie małżeństwa. Zrobiłam, co mogłam, by spełnić te oczekiwania, ale nie wyszło. Chyba byłam głupia. Dałam się omotać, bo Dickie był przystojny i wykształcony. Chyba zawróciło mi w głowie to, że był prawnikiem.
Nie widziałam wad. Tego, jak kiepską miał opinię o kobietach. Tego, że kłamał bez skruchy. Choć za to nie mogłam akurat go winić, bo sama umiałam łgać jak najęta. Tylko że ja nie kłamię na tematy osobiste... jak miłość i wierność.
- Może Dickie będzie miał dobry dzień - odpowiedziałam Luli. - Może będzie w nastroju do pogaduszek.
- Taaa, dobrze by było, gdybyś nie rzucała się przez biurko i nie próbowała go dusić, jak ostatnio.
Biuro Dickiego było po drugiej stronie miasta. Odszedł z dużej firmy prawniczej i założył własną kancelarię. Z tego, co wiedziałam, odnosił jakieś sukcesy. Teraz urzędował w niewielkim biurze w budynku Cartera. Byłam tam przez chwilę, raz, i trochę straciłam nad sobą panowanie.
- Tym razem będę grzeczna - obiecałam.
Lula wywróciła oczami i wsiadłyśmy do hondy.
Pojechałam przez State, potem Warren i skręciłam w Somerset. Udało mi się znaleźć miejsce parkingowe dokładnie naprzeciwko budynku, w którym mieściło się biuro Dickiego, co uznałam za znak.
- Uhm - mruknęła ostrzegawczo Lula. - Dopisała ci karma parkingowa. To się nie przekłada na stosunki międzyludzkie. Czytałaś swój dzisiejszy horoskop?
Spojrzałam na nią uważniej.
- Nie, a co? Był zły?
- Według twojego horoskopu twoje księżyce nie są w najlepszym układzie i powinnaś być ostrożna przy podejmowaniu decyzji finansowych. I nie tylko, jeszcze, że będziesz miała kłopoty z mężczyznami.
- Zawsze mam kłopoty z mężczyznami. - W moim życiu jest dwóch mężczyzn i nie wiem, co począć z każdym z nich. Komandos przeraża mnie jak wszyscy diabli. Morelli uznał właściwie, że póki nie zmienię stylu życia, to więcej ze mną kłopotów, niż jestem tego warta. Nie miałam z nim kontaktu od TYGODNI.
- Ta, ale tym razem to będą wielkie kłopoty - straszyła Lula.
- Zmyślasz.
- Wcale nie.
- Oj TAK.
- No dobra, może trochę wymyśliłam, ale nie o tych kłopotach z mężczyznami.
Wrzuciłam kilka monet do parkometru i przeszłyśmy przez ulicę, a potem wjechałyśmy na trzecie piętro. Biuro Dickiego znajdowało się na końcu korytarza. Obok drzwi znajdowała się tabliczka: "Richard Orr, adwokat". Opanowałam chęć dopisania pod spodem: "dupek". Byłam w końcu kobietą wzgardzoną, a to niosło za sobą pewną odpowiedzialność. Jednakże lepiej było dopisać: "dupek" przy wyjściu.
Sekretariat Dickiego urządzony był ze smakiem w stylu industrialnym. Same szarości, czernie, tylko krzesła wyściełane jasnym fioletem. Gdyby Jetsonowie zatrudnili Tima Burtona do dekoracji wnętrz, to najprawdopodobniej efekt byłby identyczny. Za dużym mahoniowym biurkiem siedziała sekretarka Dickiego. Caroline Sawyer. Pamiętałam ją z poprzedniej wizyty. Podniosła wzrok, gdy weszłyśmy. Oczy zrobiły jej się wielkie jak talerzyki i sięgnęła po słuchawkę telefonu.
- Jeśli podejdziecie bliżej, wezwę policję - zagroziła.
- Chcę rozmawiać z Dickiem.
- Nie ma go.
- Założę się, że ona łże - stwierdziła Lula. - Mam nosa do kłamstw. - Pogroziła Caroline palcem. - Pan nie pochwala łgarstw.
- Przysięgam na Boga, że go nie ma.
- A teraz to już bluźnisz - obruszyła się Lula. - Masz poważne kłopoty.
Drzwi do gabinetu się uchyliły i Dickie wysunął głowę.
- O cholera! - wyrwało mu się na nasz widok. Natychmiast się cofnął i zatrzasnął drzwi.
- Muszę z tobą pogadać - wrzasnęłam.
- Nie. Idź sobie. Caroline, wezwij policję.
Lula pochyliła się nad biurkiem Sawyer.
- Jak zadzwonisz na policję, to ci złamię paznokieć. I będziesz musiała zrobić nowy manicure.
Caroline spojrzała na swoje dłonie.
- Dopiero co je wczoraj zrobiłam!
- Świetna robota - oceniła Lula. - Gdzie chodzisz?
- Do Paznokietków Kim na Second Street.
- Jest najlepsza. Też tam chodzę - powiedziała Lula. - Tym razem mam ze wzorkiem. Widzisz? Mam maluśkie gwiazdki namalowane na paznokciach.
Caroline obejrzała dłonie Luli.
- Niesamowite - stwierdziła z podziwem.
Przemknęłam się obok jej biurka i zapukałam do drzwi Dickiego.
- Otwieraj. Obiecuję, że nie będę cię dusić. Muszę z tobą pogadać o Annie Soder. Zaginęła.
Drzwi otworzyły się na centymetr.
- Jak to... zaginęła?
- Najwyraźniej Evelyn gdzieś ją wywiozła, a Les Sebring teraz próbuje odebrać zabezpieczenie swojej kaucji.
Drzwi otworzyły się szerzej.
- A obawiałem się, że do tego dojdzie.
- Próbuję odszukać Annie. Miałam nadzieję, że dostanę od ciebie jakieś informacje.
- Nie wiem, jak miałbym pomóc. Byłem adwokatem Sodera. Evelyn reprezentował Albert Kloughn. Tyle było żółci w czasie procesu, tyle gróźb z obu stron, że sędzia ustanowił kaucje dla obojga.
- Dla Sodera też?
- Też, choć w jego przypadku to była raczej formalność. Soder ma tu własny lokal, więc jego ucieczka była mało prawdopodobna. Ale Evelyn to co innego. Nic jej tu nie trzyma.
- Co myślisz o Soderze?
- Był dobrym klientem. Płacił rachunki w terminie. Trochę za bardzo dawał się ponieść emocjom w sądzie. Z pewnością nie kochali się z Evelyn.
- Myślisz, że był dobrym ojcem?
Dickie uniósł ręce.
- Nie wiem.
- A Evelyn?
- Zawsze sprawiała wrażenie nieobecnej. Niby była, ale jej głowa orbitowała w przestrzeni. Znalezienie tego dziecka leży w jego najlepszym interesie. Evelyn może ją gdzieś zostawić i uświadomić sobie ten fakt dopiero po kilku dniach.
- Coś jeszcze? - spytałam.
- Nie, ale jakoś dziwnie się czuję z tym, że nie rzuciłaś mi się do gardła.
- Rozczarowany?
- Taa - przyznał. - Kupiłem sobie gaz pieprzowy.
Nawet uznałabym to za zabawne, gdyby to był tylko żart, ale podejrzewałam, że Dickie mówi poważnie.
- Może następnym razem.
- Wiesz, gdzie mnie szukać.
Razem z Lulą wyszłyśmy z biura, swobodnym krokiem przeszłyśmy korytarzem, do windy.
- Tym razem było o wiele mniej zabawnie - powiedziała Lula. - Nawet mu nie groziłaś. Nie goniłaś go wokół biurka. Nic.
- Już go chyba nie nienawidzę tak jak kiedyś.
- To peszek.
Przeszłyśmy przez ulicę i obie zagapiłyśmy się na mój samochód. Za wycieraczką tkwił mandat.
- Widzisz? - wytknęła mi Lula. - To przez układ księżyców. Podjęłaś złą finansową decyzję, wybierając zepsuty parkometr.
Wepchnęłam mandat do torby i szarpnęłam drzwiczki hondy.
- Lepiej uważaj - ostrzegła mnie Lula. - Następne będą kłopoty z facetami.
Zadzwoniłam do Connie i poprosiłam o adres Alberta Kloughna. Chwilę później miałam adres firmowy Kloughna i domowy adres Sodera, oba w okręgu Hamilton.
Najpierw przejechałyśmy obok domu Sodera. Mieszkał na eleganckim osiedlu, wśród sporej ilości zieleni. Domy w kompleksie były piętrowe, zbudowane z cegły i wykończone w stylu kolonialnym, z okiennicami i białymi kolumnami przy drzwiach frontowych. Mieszkanie Sodera mieściło się na parterze.
- On raczej nie trzyma tej dziewuszki w piwnicy - stwierdziła Lula. - Bo w ogóle nie ma piwnicy.
Siedziałyśmy przez chwilę, obserwując mieszkanie, ale nic się nie działo. Ruszyłyśmy więc do Kloughna.
Albert Kloughn miał biuro składające się z dwóch pomieszczeń, zaraz przy pralni w pasażu handlowym. W sekretariacie nie było sekretarki, za to był Kloughn. Pisał coś na komputerze. Był mniej więcej mojego wzrostu i wyglądał, jakby właśnie osiągnął wiek dojrzewania. Miał włosy w kolorze piasku, buzię jak cherubinek i figurę Ciastoludzika Pillsbury.
Spojrzał w górę i uśmiechnął się uprzejmie. Pewnie myślał, że chciałyśmy rozmienić pieniądze na pralnię. Czułam, jak moje stopy wibrują od wirujących bębnów za ścianą, no i słychać było stłumiony hałas, jaki robiły wielkie przemysłowe pralki.
- Albert Kloughn? - spytałam.
Miał na sobie białą koszulę, krawat w zielone i czerwone paski i oliwkowe spodnie. Wstał i wygładził krawat gestem pełnym skrępowania.
- Jestem Albert Kloughn - odpowiedział.
- No to dopiero rozczarowanie - odezwała się Lula. - A gdzie czerwony nos, który robi biip-biiip? I wielgachne stopy?
- Nie jestem takim klaunem. Rany. Wszyscy to powtarzają. Słyszę to samo od przedszkola. Moje nazwisko pisze się K-l-o-u-g-h-n. Kloughn!
- Mogło być gorzej - pocieszyła go Lula. - Mógłbyś się nazywać Albert Fjut.
Wręczyłam Kloughnowi wizytówkę.
- Nazywam się Stephanie Plum, to jest moja współpracowniczka Lula. Jak rozumiem, to pan reprezentował Evelyn Soder na rozprawie rozwodowej.
- Łoł, prawdziwy łowca nagród?
- Agent firmy poręczycielskiej - poprawiłam go.
- No to jest łowca nagród, prawda?
- Co do Evelyn Soder...
- Jasne. Co chcecie wiedzieć? Ma kłopoty?
- Evelyn i Annie zaginęły. Wygląda na to, że Evelyn zabrała Annie, żeby ojciec nie mógł się spotykać z małą. Zostawiła tylko liściki.
- Musiała mieć dobry powód, żeby wyjechać - powiedział stanowczo Kloughn. - Naprawdę nie chciała w żaden sposób narażać babci na utratę domu. Nie miała wyboru. Nie miała skąd wziąć pieniędzy na kaucję.
- Jakieś koncepcje co do tego, gdzie mogła pojechać?
Kloughn potrząsnął przecząco głową.
- Nie. Evelyn nie mówiła zbyt wiele. Z tego, co wiem, cała jej rodzina mieszka w Grajdole. Nie chcę być złośliwy ani nic w tym stylu, ale nie zrobiła na mnie wrażenia szczególnie bystrej. Nawet nie jestem pewien, czy ma prawo jazdy. Zawsze ktoś ją tu przywoził.
- A gdzie twoja sekretarka? - spytała znienacka Lula.
- Aktualnie nie mam sekretarki. Miałem jedną na pół etatu, ale mówiła, że te kłaczki z suszarek szkodzą jej na zatoki. Chyba powinienem dać ogłoszenie, ale nie jestem jeszcze zorganizowany. Otworzyłem to biuro dopiero parę miesięcy temu. Evelyn była jedną z moich pierwszych klientek. Dlatego ją pamiętam.
Prawdopodobnie Evelyn była jego jedyną klientką.
- Zapłaciła rachunek?
- Płaci w miesięcznych ratach.
- Jeśli przyśle czek, to byłabym wdzięczna, gdyby mnie pan powiadomił, skąd został nadany.
- Właśnie miałam to zasugerować - dodała Lula. - Też o tym pomyślałam.
- No, ja też - powtórzył za nią Kloughn. - Dokładnie to samo pomyślałem.
Jakaś kobieta zapukała w uchylone drzwi biura i wsadziła głowę do środka.
- Suszarka na samym końcu nie działa. Połknęła wszystkie moje ćwierćdolarówki i nic nie robi. A na dodatek nie mogę otworzyć drzwi!
- Ej - Lula odwróciła się w jej stronę - a my wyglądamy na kogoś, kogo to obchodzi? Ten człowiek to adwokat. Ma gdzieś twoje ćwierćdolarówki.
- To się cały czas zdarza - powiedział Kloughn. Z górnej szuflady biurka wyciągnął formularz. - Proszę - zwrócił się do kobiety. - Jak to pani wypełni, zwrócą pani pieniądze.
- Obniżą ci za to czynsz? - spytała go Lula.
- Nie. Szybciej mnie eksmitują. - Rozejrzał się po pokoju. - To moje trzecie biuro w przeciągu pół roku. Miałem przypadkowy pożar kosza na śmieci, który tak jakby rozprzestrzenił się na cały budynek. A z następnego biura mnie wywalili, bo w toalecie był wypadek i sufit się zawalił.
- To była publiczna toaleta? - chciała wiedzieć Lula.
- Tak. Ale przysięgam, to nie była moja wina. Jestem prawie zupełnie pewny.
Lula zerknęła na zegarek.
- Czas na mój lunch.
- A może bym poszedł na lunch z wami - zaproponował Kloughn. - Mam parę pomysłów, jeśli chodzi o tę sprawę. Moglibyśmy je omówić przy jedzeniu.
Lula obrzuciła go spojrzeniem.
- Nie masz z kim zjeść lunchu, co?
- Jasne, że mam. Jest mnóstwo ludzi, z którymi mógłbym się umówić na lunch. Wszyscy chcą ze mną jeść lunch. Po prostu dzisiaj się z nikim jeszcze nie umówiłem.
- Jesteś jak tykająca bomba, chodzący nieszczęśliwy wypadek - stwierdziła krytycznie Lula. - Jak zjemy lunch z tobą, to się z pewnością strujemy.
- Jak naprawdę się strujecie, to wam załatwię odszkodowanie - odparł szybko. - A gdybyście umarły, to byłoby naprawdę DUŻE odszkodowanie.
- Skoczymy tylko na jakiś fast food. - Ostudziłam jego zapał.
Aż mu się oczy zaświeciły.
- UWIELBIAM fast foody. Zawsze są takie same. Możesz na nie liczyć. Żadnych niespodzianek.
- I tanio - dodała Lula.
- Właśnie!
Wywiesił w oknie tabliczkę z napisem: "przerwa na lunch" i zamknął biuro na klucz. Usiadł na tylnym siedzeniu w hondzie i natychmiast pochylił się do przodu.
- A ty co? Jesteś w połowie golden retrieverem? - spytała go Lula. - Dyszysz na mnie. Usiądź normalnie. Zapnij pas. Bo jak się zaczniesz ślinić, to cię wywalę.
- Rany, ale frajda - cieszył się Kloughn. - Co jemy? Kurczaka w panierce? Kanapkę z rybą? Cheeseburgera?
Dziesięć minut później odjechaliśmy sprzed okienka dla kierowców w McDonaldzie, obładowani frytkami, burgerami i shake'ami.
- Dobra, to ja wam powiem, co myślę - zaczął Kloughn. - Myślę, że Evelyn nie wyjechała daleko. To miła dziewczyna, ale to myszka, tak? Chodzi mi o to, że gdzie niby mogła pojechać? Skąd wiemy, że nie ma jej u babci?
- Bo jej babcia mnie wynajęła, żebym ją znalazła! W przeciwnym razie babcia straci dom.
- A, no tak. Zapomniałem.
Lula popatrzyła na niego w lusterku wstecznym.
- A ty co? Kończyłeś prawo zaocznie i za granicą?
- Bardzo śmieszne. - Kloughn znów wygładził krawat, tym samym gestem pełnym zakłopotania. - To był kurs korespondencyjny.
- To w ogóle legalne?
- Jasne, zdaje się egzamin i w ogóle.
Zajechałam na parking przed pralnią.
- No i jesteśmy, po lunchu - oznajmiłam.
- Już? Jakoś tak szybko. Nawet nie skończyłem frytek - zaprotestował Kloughn. - A jeszcze mam ciastko do zjedzenia.
- Przykro mi. Mamy robotę.
- Tak? A jaką? Będziecie ścigać jakiegoś niebezpiecznego zbiega? Założę się, że mógłbym pomóc.
- Nie masz jakichś prawniczych rzeczy do roboty?
- Akurat trwa moja godzinna przerwa na lunch.
- Nie chcesz się wlec z nami - zapewniłam go. - Nie będziemy robić nic interesującego. Zamierzam wrócić do domu Evelyn i pogadać trochę z sąsiadami.
- Jestem dobry w dogadywaniu się z ludźmi - odpowiedział. - Miałem z tego najlepsze oceny... z gadania z ludźmi.
- Jakoś tak nie w porządku wykopać go, zanim zje ciastko - wstawiła się Lula. Popatrzyła na niego ponad oparciem. - Zjesz to wszystko?
- Dobra, może zostać - ustąpiłam. - Ale żadnego gadania z ludźmi. Zostaje w samochodzie.
- Jak kierowca - powiedział. - W razie gdyby trzeba było szybko uciekać.
- Nie. Nie będzie żadnych ucieczek. A ty nie jesteś kierowcą. JA jestem.
- Jasne. Przecież wiem - zgodził się.
Wyjechałam z parkingu i skręciłam w Hamilton Avenue, a potem do Grajdoła i labiryntem uliczek dotarłam pod dom Evelyn. O tej porze dnia okolica była cicha i spokojna. Żadnych dzieci na rowerkach. Żadnego ruchu na ulicach, o którym warto by wspominać. Żadnych ludzi na gankach i werandach.
Chciałam porozmawiać z sąsiadami Evelyn, ale bez Luli i Kloughna. Lula zazwyczaj przeraża ludzi. A z Kloughnem sprawialibyśmy wrażenie misjonarzy, świadków Jehowy albo kogoś w ten deseń.
Zaparkowałam przy krawężniku, wysiadłam i wsunęłam kluczyk do kieszeni spodni.
- Rozejrzyjmy się - rzuciłam do Luli, która też już stała na chodniku.
Lula zerknęła na Kloughna na tylnym siedzeniu.
- Nie powinnaś mu uchylić okna? Prawo tego nie nakazuje?
- Myślę, że to prawo tyczy się psów.
- Jakoś tak pasuje do tej kategorii - mruknęła Lula. - Właściwie to jest całkiem milutki, jak na białasa.
Nie chciałam wracać do wozu i otwierać okna, bałam się, że Kloughn od razu polezie za mną.
- Nic mu nie będzie - stwierdziłam. - Przecież zaraz wrócimy.
Weszłyśmy na ganek Evelyn i zadzwoniłyśmy do drzwi. Nikt nam nie otworzył. Nadal nie mogłam zajrzeć do wnętrza domu.
- Niczego w środku nie słychać - oznajmiła Lula, przyłożywszy ucho do drzwi.
Obeszłyśmy dom i zajrzałyśmy w kuchenne okno. Te same dwie miseczki i dwie szklanki przy zlewie.
- Musimy rozejrzeć się w środku - stwierdziła Lula. - Założę się, że pełno tam jest wskazówek.
- Nikt nie ma klucza.
Lula spróbowała pchnąć okno.
- Zamknięte. - Obrzuciła drzwi uważnym spojrzeniem. - Oczywiście jesteśmy przecież łowcami nagród i jeśli podejrzewamy, że w środku jest jakiś złoczyńca, to możemy wyważyć drzwi.
Zdarzało mi się od czasu do czasu nagiąć prawo, ale to nie było naginanie, tylko nadłamywanie.
- Nie chcę niszczyć Evelyn drzwi - powiedziałam.
Natychmiast wychwyciłam spojrzenie, jakie Lula skierowała na okno.
- Okna też nie chcę wybijać. W tej sprawie nie jesteśmy łowcami nagród, nie mamy podstaw do wkroczenia.
- No tak, ale gdyby okno stłukło się przez przypadek, to byłoby z naszej strony po sąsiedzku sprawdzić, czy wszystko w porządku. Na przykład, czy da się je naprawić od wewnątrz. - I Lula machnęła swoją wielką skórzaną torbą, która zatoczyła łuk i rąbnęła w szybę. - Ups - skwitowała sprawę.
Zamknęłam oczy i oparłam czoło o powierzchnię drzwi. Wzięłam głęboki oddech i w myślach nakazałam sobie zachować spokój. Jasne, chciałam nawrzeszczeć na Lulę, może ją nawet udusić, tylko co by to dało?
- Zapłacisz za wstawienie tej szyby.
- A w życiu! To dom do wynajęcia, jest ubezpieczony na takie wypadki. - Wytłukła sterczące w ramie resztki szkła, wsadziła rękę przez okno i otworzyła drzwi.
Wyciągnęłam z torebki lateksowe jednorazowe rękawiczki dla siebie i Luli. Nie było sensu zostawiać wszędzie odcisków, skoro weszłyśmy tak jakby nielegalnie. Z moim szczęściem ktoś natychmiast obrabowałby to miejsce, a policja znalazłaby moje odciski.
Wślizgnęłyśmy się do kuchni i zamknęłyśmy za sobą drzwi. Pomieszczenie było niewielkie i razem z Lulą szczelnie je wypełniłyśmy.
- Może powinnaś stanąć na czatach w salonie, od frontu - zasugerowałam. - Żebyśmy miały pewność, że nikt nas tu nie nakryje.
- Stanie na czatach mam we krwi - natychmiast pochwaliła się Lula. - Obok mnie nikt się nie przemknie.
Metodyczne przeszukiwanie kuchni zaczęłam od tego, co stało na blacie. W notesie przy telefonie nie było żadnych zapisków. Przejrzałam stosik reklam. Poza ręcznikami z kolekcji Marthy Stewart, które były na wyprzedaży, nie znalazłam nic ciekawego. Na lodówce wisiał obrazek wykonany zielonymi i czerwonymi kredkami. Zapewne Annie. Naczynia stały równiutko w wiszących szafkach. Idealnie czyste szklanki lśniły trójkami na półeczkach. W lodówce były dodatki, jak ketchup, majonez i tym podobne, ale żadnego jedzenia, które mogłoby się zepsuć. Ani kropli mleka czy soku pomarańczowego. Żadnych owoców czy warzyw.
Na podstawie tego, co znalazłam w tej kuchni, mogłam wysnuć kilka wniosków. Evelyn miała lepiej wyposażony kredens niż ja. Wyjechała w pośpiechu, ale i tak znalazła czas, żeby pozbyć się mleka. Jeśli była pijaczką, narkomanką lub wariatką, była odpowiedzialną pijaczką, narkomanką lub wariatką.
Żadnych użytecznych wskazówek w kuchni nie znalazłam. Przeszłam więc do jadalni i salonu. Przejrzałam szuflady, zajrzałam pod poduszki.
- Wiesz, gdzie bym pojechała, jakbym się chciała ukryć? - spytała Lula. - Do Disney World. Byłaś tam kiedyś? Pojechałabym tam na pewno, gdybym miała kłopoty, bo w Disney World wszyscy są szczęśliwi.
- Byłem tam siedem razy - powiedział Kloughn i obie z Lulą aż podskoczyłyśmy na dźwięk jego głosu.
- Ej no - zirytowała się Lula. - Miałeś siedzieć w samochodzie.
- Zmęczyłem się tym czekaniem.
Rzuciłam Luli wrogie spojrzenie.
- Pilnowałam - odpowiedziała natychmiast. - Nie mam pojęcia, jak się przemknął. - Odwróciła się do Kloughna. - Jak się tu dostałeś?
- Tylne drzwi były otwarte. A okno wybite. To nie wy stłukłyście okno, prawda? Mogłybyście mieć przez to spore kłopoty, bo to włamanie.
- Okno już takie było - powiedziała Lula. - Dlatego nosimy rękawiczki. Nie chcemy zniszczyć dowodów na wypadek, gdyby coś zostało skradzione.
- Bardzo rozsądnie - pochwalił Kloughn, oczy mu rozbłysły, a głos podniósł się o oktawę. - Naprawdę myślicie, że coś zostało tu ukradzione? Myślicie, że kogoś tu poturbowali?
Lula patrzyła na niego takim wzrokiem, jakby nigdy dotąd nie widziała głupka.
- Sprawdzę piętro, a wy dwoje zostańcie tu i niczego nie dotykajcie.
- Czego szukasz u góry? - spytał Kloughn, ruszając za mną. - Założę się, że jakichś wskazówek, które zaprowadzą cię do Evelyn i Annie. Wiesz, gdzie ja bym szukał? Ja bym poszukał...
Odwróciłam się z takim impetem, że prawie zwaliłam go z nóg.
- Na dół! - wrzasnęłam mu w nos, pokazując kierunek sztywno wyprostowanym ramieniem. - Idź, siądź na kanapie i nie wstawaj, dopóki ci nie pozwolę.
- Jeeej. Nie musisz na mnie krzyczeć - odpowiedział. - Nie musisz krzyczeć. Wystarczy powiedzieć, okay? Rany, to musi być jeden z tych dni, co?
Zmrużyłam złowieszczo powieki.
- Jeden z JAKICH dni?
- No wiesz.
- To nie jest jeden z TYCH dni - warknęłam.
- Noo, ona taka jest, jak ma dobry dzień - poinformowała go Lula. - Nie chcesz wiedzieć, jaka jest w czasie TYCH dni.
Zostawiłam Lulę i Kloughna na dole, a sama zaczęłam przeszukiwać sypialnie. W szafach i szufladach wciąż jeszcze były ubrania. Evelyn musiała wziąć tylko to, co najbardziej potrzebne. Albo jej wyjazd miał trwać krótko, albo wyjeżdżała w pośpiechu. A może i to, i to.
Na ile mogłam ocenić, w mieszkaniu nie było śladów Stevena. Evelyn usunęła go z domu dokładnie. Nie było żadnych resztek męskich kosmetyków w łazience, zapomnianych pasków w szufladach ani nawet zdjęć rodzinnych w srebrnych ramkach. Zrobiłam podobną czystkę po rozwodzie z Dickiem. A jednak nawet i kilka miesięcy po naszym zerwaniu trafiałam nieoczekiwanie na jakiś przeoczony przedmiot... a to męską skarpetę, która wpadła za pralkę, kluczyki od samochodu, wepchnięte pod kanapę i uznane za zgubione.
Zawartość szafki na leki była jak najbardziej typowa. Butelka tylenolu, syrop na kaszel dla dzieci, nić dentystyczna, cążki do paznokci, płyn do płukania jamy ustnej, pudełeczko plastrów, talk. Żadnych środków stymulujących ani uspokajających. Żadnych halucynogenów. Ani antydepresantów. Nie znalazłam też nigdzie żadnego alkoholu, ani wina, ani ginu poukrywanych w szafkach kuchennych. W lodówce ani śladu piwa. Może Carol myliła się w kwestii prochów i wódy. Albo Evelyn zabrała wszystko ze sobą.
Zza drzwi łazienki wychynęła głowa Kloughna.
- Nie masz nic przeciwko, żebym też poszukał?
- Mam! Mówiłam, żebyś został na kanapie. I co robi Lula? Miała mieć na ciebie oko.
- Lula stoi na czatach. Do tego nie trzeba dwóch osób, więc postanowiłem pomóc ci w poszukiwaniach. Sprawdzałaś pokój Annie? Zajrzałem tam. Żadnych wskazówek nie znalazłem, ale jej rysunki są straszne. Patrzyłaś na jej rysunki? Mówię ci, to jest dopiero pokręcony dzieciak. To przez telewizję. Za dużo przemocy.
- Jedyny obrazek, jaki widziałam, przedstawiał zielono-czerwony domek.
- A czerwony na obrazku wyglądał jak krew?
- Nie. Wyglądał jak okna.
- O-ho - powiedziała Lula w salonie.
Cholera. Nienawidzę "o-ho".
- Co?! - wrzasnęłam do niej.
- Jakiś samochód zatrzymał się za twoją hondą.
Wyjrzałam przez okno w sypialni Evelyn. Czarny lincoln. Wysiadło z niego dwóch facetów i właśnie zmierzali ku frontowym drzwiom. Złapałam Kloughna za rękę i pociągnęłam w dół, po schodach. Nie panikuj, myślałam. Drzwi są zamknięte na klucz. Nie mogą zajrzeć do środka. Gestem nakazałam wszystkim zachować ciszę i staliśmy nieruchomo jak posągi, niemalże bojąc się oddychać, gdy jeden z tamtych facetów zapukał do drzwi.
- Nikogo nie ma - powiedział.
Ostrożnie wypuściłam powietrze. A teraz sobie pójdą, tak? Nie. Usłyszeliśmy zgrzyt klucza w zamku. Zamek szczęknął i drzwi stanęły otworem.
Lula i Kloughn stali za mną. Dwóch obcych facetów przede mną, na ganku.
- Tak? - Starałam się sprawiać wrażenie, że mam prawo przebywać w tym domu.
Mężczyźni mogli mieć dobrze po czterdziestce albo trochę po pięćdziesiątce. Obaj byli biali. Średniego wzrostu. Mocnej budowy. Ubrani w garnitury. Nie wyglądali na zadowolonych, że w domu Evelyn zastali trzech głupków.
- Szukamy Evelyn - oznajmił jeden z nich.
- To nie tutaj - odpowiedziałam. - A pan jest?
- Eddie Abruzzi. A to mój współpracownik Melvin Darrow.
Urodzona w South River amerykańska pisarka powieści kryminalno-sensacyjnych. Sławę przyniósł jej wielotomowy cykl o łowczyni nagród, Stephanie Plum - obecnie jedna z najpopularniejszych serii książkowych świata.
W latach dzieciństwa z pełnym przekonaniem wierzyła, że pisana jest jej kariera artysty. W sąsiedztwie rodzinnego domu Janet wciąż ze zgrozą wspomina się długie godziny poświęcone nauce śpiewu. Po ukończeniu South High River School spędziła cztery lata w Douglass College, próbując przełożyć rodzące się w głowie wizje na zagruntowane płótno. Wyniki w najlepszym przypadku były frustrujące. W dodatku odkryła, że jest uczulona na pigment.
Już jako matka i gospodyni domowa podjęła jeszcze jedną próbę rozwinięcia kariery artystycznej. Tym razem poprzez pisanie. Po zaliczeniu specjalnego kursu popełniła trzy tomiki prozy... i przez kolejne 10 lat bezskutecznie szukała wydawcy. Nie pamięta już, kto zasugerował jej napisanie romansu. Posłuchała. Do dziś wspomina zdumienie, z jakim wpatrywała się w czek na sumę 2 tysięcy dolarów, który zaoferował jej wydawca. Po dwunastym tomie stwierdziła, że nie ma już pomysłów na kolejne sceny erotyczne i wyczerpała zasób słów opisujących miłosne uniesienia.
Kiedy zobaczyła Roberta De Niro w filmie Zdążyć przed północą, wiedziała już, jakiego bohatera literackiego chce stworzyć. Dwa lata upłynęły Janet na przygotowaniach do pisania nowej książki. Obejmowały strzelanie, trening fizyczny, procedury policyjne, nawet picie piwa. Tak rodziła się Stephanie Plum.
Po pierwsze dla pieniędzy, tom otwierający serię, przez 75 tygodni okupował listę bestsellerów USA Today. Do dzisiaj Janet napisała już 22 książki z łowczynią nagród Stephanie Plum w roli głównej, a statusy bestsellerów New York Timesa czy Amazon stały się dla nich uświęconą tradycją.
Janet Evanovich mieszka z mężem w New Hampshire, niedaleko Dartmouth College. Jak podkreśla, to idealne miejsce na pisanie książek o dziewczynie z New Jersey.
Lubi robić zakupy, czytać komiksy, oglądać filmy. I chce być taka jak babcia Mazurowa.