Rozdział 1
Groß Leschienen, Ziemie Odzyskane na północy Polski, sierpień 1945
Blady, sierpniowy świt zaczął bezlitośnie przedzierać się przez pstrokatą zasłonkę powieszoną w wejściu do alkierza, w którym już od godziny dwudziestosześcioletnia Stefania Popielarczyk przewracała się z boku na bok na niewygodnym wyrku. Czuła coraz większy ucisk na pęcherz, ale czekała, aż szwagier pójdzie do swoich codziennych obowiązków, wtedy ona będzie mogła bez skrępowania wyjść do kuchni w koszuli nocnej. Tymczasem Tadek Deptuła zwlekał z wyjściem z domu, jakby w obejściu nie było żadnej roboty. Stefka słyszała każdy szczegół jego rozmowy z żoną.
- Trzeba w końcu napisać list do ojców - powiedziała Kazia. - Zbieram się już od tygodnia, ale nie wiem, od czego zacząć...
- Co masz wiedzieć?! - burknął Tadek. - Pisz, jak jest! Zresztą sama powinna to zrobić. Taka uczona!
Małżeństwo przez chwilę milczało. Do uszu Stefanii dochodziło szuranie garnków po płycie kuchennej oraz zapach świeżo gotowanej kawy.
- Niby uczona, a głupia jak but z lewej nogi - odparła Deptułowa. - Po cośmy ją zabierali z sobą, teraz tylko kłopot będzie! I co o nas ludzie powiedzą?!
- Twoja matka myślała, że jak z nami wyjedzie, to ta niemoc jej minie. A tu głupota nie minęła, ale za to brzuch wyszedł! - Tadek zaśmiał się szyderczo.
Stefania, słysząc te słowa, skuliła się i nakryła głowę pierzyną. Postanowiła, że jeśli szwagier nie wyjdzie z izby, zsika się na siennik.
- Żeby chociaż powiedziała, kto jej zrobił tego dzieciaka. - W głosie Kazi słychać było oburzenie. - A ta się zacięła i ani be, ani me, ani kukuryku! Skaranie z tą moją siostrą! Mam nadzieję, że Ignacy nie wróci od tych Ruskich, bo jak ją zobaczy z tym bachorem, to... Wstyd na całą wieś! Tfu! Pojechała na roboty, a wróciła z przychówkiem!
Stefania poczuła napływające do oczu łzy, gdy usłyszała imię narzeczonego. Również miała nadzieję, że ich drogi już nigdy się nie zejdą, chociaż nie życzyła mu śmierci, tak jak Kazia.
- Co ci to da, że powie, czyj to dzieciak? - zauważył inteligentnie Tadek. - Bez specjalnego dopytywania się można się domyślić, że to będzie szwabskie nasienie. A do tego lepiej niech się nie przyznaje, bo twojej matce serce pęknie!
Trzasnęły drzwi. Za zasłonką nastała cisza. Stefka, domyślając się, że szwagier nareszcie wyszedł na podwórze, szybko wygramoliła się spod pierzyny, wsunęła nabrzmiałe stopy w chodaki, narzuciła na ramiona dużą chustkę i weszła do kuchni. Minęła naburmuszoną siostrę i udała się wprost do sieni, gdzie stało wypełnione do połowy wiadro z odchodami. Krzywiąc się z obrzydzenia, zadarła koszulę nocną i, spoglądając nerwowo na drzwi prowadzące na dwór, prędko opróżniła pęcherz. Po chwili wzięła kubeł i, uginając się pod jego ciężarem, wyszła na zalane słońcem podwórze. Nie rozglądając się zanadto na boki, aby nigdzie nie spotkać szwagra, skierowała kroki do wychodka, gdzie opróżniła pojemnik. Następnie wyciągnęła ze studni trochę wody i wypłukała wiadro śmierdzące moczem. Gdy wylała resztę nieczystości w kąt podwórza, z trudem się wyprostowała. Od jakiegoś czasu ciąża zaczęła porządnie dawać jej się we znaki. Szybko się męczyła, bardzo często musiała oddawać mocz, a nawet nie mogła dobrze umyć nóg z powodu dużego brzucha.
Zmrużywszy oczy pod wpływem ostrych promieni słońca, skierowała wzrok na drogę. Unosił się z niej kurz letniego poranka, który zapowiadał kolejny gorący dzień. Na progu domu stanęła wysoka, chuda postać poprzedniej gospodyni, która razem z czworgiem dzieci mieszkała w pomieszczeniu na strychu. Zawstydzona Stefania pochwyciła wiadro i powiesiła je do wyschnięcia na płocie. Otuliwszy się szczelnie chustą, ruszyła w kierunku domu.
- Będzie dziś dla moje dzieci trochę mleko? - zwróciła się do niej po polsku, kalecząc i zniekształcając słowa Elfryda Ziemba. Jej mowa była twarda i gardłowa.
Stefania pochyliła nisko głowę i weszła do kuchni, gdzie przy stole siedziała cała czwórka dzieciaków Deptułów. Kazia właśnie zdejmowała z kuchni garnek z rzadką zacierką. Spojrzała niechętnie na siostrę, kiedy ta nalała do metalowej miednicy trochę wody i zniknęła z nią w alkierzu. Dziatwa była w połowie jedzenia, gdy Stefcia umyta, uczesana i ubrana, na powrót pojawiła się w kuchni.
Dziewczyna była niewysoka i gdyby nie jej duży brzuch, można by rzec, że jest drobnej budowy ciała. Długie, brązowe włosy, miała splecione w ciasny warkocz, upięty wysoko nad czołem. Zielone oczy, okolone gęstą firanką ciemnych rzęs, patrzyły bystro, a zarazem krytycznie. Cerę miała zdrową i opaloną, na zadartym nosie i policzkach widniało trochę piegów, które czyniły jej twarz nieco dziecięcą. Codzienna burotabaczkowa sukienka porządnie opinała jej pełne piersi i brzuch. Gołe łydki, podrapane i pokaleczone przy robocie, świeciły brązową opalenizną.
Deptułowa po raz wtóry zmierzyła siostrę niełaskawie. Pomimo dzielących je różnic charakteru, były do siebie bardzo podobne, z tym że Kazia była pulchniejsza, a wokół jej oczu zaczęły pojawiać się pierwsze zmarszczki. Popielarczykówna odwzajemniła spojrzenie, lecz w jej oczach można było zaobserwować jedynie pustkę, żadnych uczuć typowych dla kobiety spodziewającej się dziecka.
- Siadaj - mruknęła Kazia, posuwając się na szerokiej ławie. - Jedz.
Pomimo wyraźnej niechęci Deptułowej do siostry, Kazia otaczała ją opieką. Mając na uwadze odmienny stan, nie obarczała jej nadmierną robotą w gospodarstwie, a i o w miarę dobre odżywianie też dbała. Wiedziała, że Stefcia jest oczkiem w głowie rodziców, toteż nie śmiała nadmiernie wykorzystywać dziewczyny. Bała się, by jej niechęć wobec siostry nie obróciła się przeciwko niej i rodzinie.
Stefka wzięła do ręki łyżkę i nabrała na nią nieco gorącej strawy. W tej samej chwili do kuchni nieśmiało wsunęła się Elfryda. Była to kobieta mniej więcej w wieku Kazi, lecz wyższa od niej i dużo szczuplejsza. Na jej chudej postaci dosłownie wisiały czarna spódnica i zielony znoszony sweter. Ciemne, gęsto poprzetykane siwizną włosy, były zwinięte w mały koczek na czubku głowy. Błękitne oczy, głęboko osadzone w pociągłej, nieco końskiej, ogorzałej od słońca twarzy - z wąskimi, mocno zaciśniętymi ustami - patrzyły chciwie na stół zastawiony talerzami z zacierką.
- Pani sprzeda dla moje dzieci trochę mleko? - zapytała cichym głosem Niemka.
W jej oczach widać było nieme błaganie. Kazia najpierw prychnęła z lekceważeniem, lecz po chwili dała znać siostrze, żeby ta odlała ze skopka, stojącego w komorze, trochę mleka. Niemka bez słowa podsunęła Stefce naczynie. Kiedy zaś otrzymała to, o co prosiła, jako zapłatę podała gospodyni nieco zmechacony niemowlęcy kocyk z wełny.
- Pani weźmie za mleko? - spytała z nadzieją w głosie. - Będzie dla dziecko. - Popatrzyła na wypukły brzuch Stefanii.
Ona zaś, nie interesując się kocykiem przyniesionym dla jej maleństwa, w spokoju spożywała swoją zacierkę. Kazia skrzywiła się, lecz przyjęła zapłatę od Elfrydy.
- Co mi przyjdzie z tego kocyka, pani Ziemba?! - burknęła niezbyt uprzejmie. - Ani ja na nim co ugotuję, ani się nim okryję! A ona... - Wskazała na Stefkę. - Siostra wróciła od Niemca w takim stanie! Jakiś niemiecki drań musiał jej tego dzieciaka zrobić!
Elfryda obrzuciła Stefanię obojętnym spojrzeniem, niemniej bardzo się ucieszyła z otrzymanego mleka. Dzieci były głodne, a prędko nie zanosiło się na lepsze. Już dwa i pół miesiąca koczowała na strychu własnego domu, od kiedy do Groß Leschienen zaczęli przyjeżdżać nowi mieszkańcy. Niby nowi, ale wcale tak nie było. Dobrze pamiętała co niektórych jeszcze z czasów wojny, a nawet i wcześniejszych, jak pracowali u niej czy u sąsiadów. Podczas wojny ze strachu chodzili opłotkami, a teraz wielkie państwo! Jak przyszedł czterdziesty piąty, to poprzyjeżdżali tu z całymi rodzinami i pozajmowali ich gospodarstwa. Gdyby jej, Elfrydzie, udało się uciec w styczniu, dziś pewnie nie musiałaby siedzieć na łasce i niełasce nowych gospodarzy. A przecież miała dokąd się ewakuować, wszak trzy siostry mieszkały w Meklemburgii. Ona jednak miała nadzieję, że jakoś uda się przetrzymać wojenną zawieruchę.
- Może to nie Niemiec, tylko Ruski... - Elfryda wzruszyła ramionami. - Tu się takie złe rzeczy działy zimową porą, że... - Niemka zrobiła zbolałą minę i pokręciła głową. Trzymany w rękach garnek trochę jej ciążył, lecz wyraźnie miała chęć na pogawędkę.
- Zaraz Ruski! A któżby inny, jeśli nie szkop jaki?! Wróciła z tych robót wystraszona i z odjętą mową! Cała rodzina ucieszyła się, że Stefka w ogóle wróciła do domu, a potem okazało się, że ona zaniemówiła i niczego nie mogła opowiedzieć. Próbowaliśmy wszyscy przemówić jej do rozsądku, ale się nie dało... Tylko głową potrząsała jak jaki koń! Myślałam, że naszej matce pęknie serce. Toż to najmłodsza nasza siostra jest. Rodzice przed wojną nie żałowali grosza na jej szkoły. Nasza Stefa gimnazjum skończyła, a nawet zdała maturę. Marzeniem rodziców było, żeby uczyła w szkole, ale przyszła wojna i na marzeniach się skończyło! - Kazia, głośno szczękając talerzami, zaczęła sprzątać ze stołu.
Młodsze dzieciaki wybiegły na podwórze, starsi chłopcy poszli do roboty. Elfryda wciąż stała w progu.
- Męża jej trzeba! - powiedziała w końcu Niemka. - Nie będzie gniewu matki na jej brzuch.
- A skąd ja jej męża wezmę?! - prychnęła Kazia. - Miała narzeczonego, ale podobno Ruskie go powieźli na wschód! Może to i lepiej dla niego, boby jej nie zapomniał, jakby ją z tym brzuchem ujrzał! Dobry był chłopak! I na zmarnowanie poszedł!
Niemka pokiwała głową ze zrozumieniem.
Kazia, zamyślona, znieruchomiała ze stertą talerzy w rękach. Nagle jednak przyjrzała się uważnie Elfrydzie.
- Miałam panią już dawno zapytać... - powiedziała ze zmarszczonymi brwiami. - Skąd u pani taka znajomość polskiego? Niby Niemka, ale po polsku gada!
Elfryda, nieco się zmieszała, zaczęła się trochę plątać w swojej wypowiedzi.
- Ja nie Niemka, pani Deptula... Mazurka. Ojce oboje gadali polski, babka też, to i ja gadam. A przed wojną to mało do nas polskich ludzi za robotą przychodziło? Toć niedaleko granica! Przychodzili na pielenie i na żniwa, polski się mówiło. Znało się tych, co to zaraz za kordonem żyli! A teraz oni tu przyszli, żeby nas wygnać! - Kobieta pokręciła głową z dezaprobatą.
Kazi się to nie spodobało. Stanęła naprzeciwko Niemki i wzięła się pod boki.
- A co, pani Ziemba, my wywołali tę wojnę?! Czy wy?! O co teraz pretensja?! Psia mać! - Splunęła Niemce pod nogi. - Lepiej mnie nie denerwuje, bo jej dzieci trawę będą żarły!
Jak na zawołanie, z dworu dotarły krzyki dzieci. Elfryda ostrożnie odstawiła garnek z mlekiem na schody prowadzące na strych i razem z Kazią wybiegły przed dom. Ich oczom ukazała się żałosna scena. Dwie młodsze córki Ziembowej złapały się za łby z Heniem i Jankiem, bliźniakami Deptułów. Dziatwa prowadziła regularną bitwę na pięści. Padały przy tym dość niecenzuralne słowa w obu językach.
- Szkopy, psia jucha!
- Polnische Schweine!
- Fryce!
- Ihr Idioten!
- Hitlerowcy!
- Du bist scheiße!
Kazia, słysząc wymianę epitetów między dziećmi, najpierw złapała się za głowę, a następnie pochwyciła wiszącą na płocie dyscyplinę i dziarsko ruszyła pomiędzy latorośle. W ślad za nią puściła się Elfryda. Kobiety w minutę rozgoniły towarzystwo, które, rozcierając bolące tyłki, z cichym chlipaniem udało się do domu. Matki, nie bacząc na dzielące je narodowościowe różnice, spojrzały sobie nawzajem w oczy i jednocześnie pokręciły głowami, po czym obie ruszyły do domu, aby dokończyć to, co zaczęły na podwórzu.