Ewa
Wysokie krzesło za ladą recepcji jest puste. Jego czarne skórzane obicie połyskuje w mroźnym świetle halogenów. Mam wrażenie, że oświetlają wyłącznie to wyrastające znad śnieżnobiałej lady prostokątne oparcie. Że to miejsce jest czymś w rodzaju fotela dla gwiazdy, która powinna pojawić się na scenie. Spóźnia się. Publiczność jest zniecierpliwiona. Prowadzący show, próbując ukryć konsternację, zaczyna żartować, co jakiś czas wywołując ją na scenę. Ona jednak na nią nie wychodzi. Wiem doskonale, że już nigdy na nią nie wyjdzie. To przecież niemożliwe. Przynajmniej nie w tej postaci. Nie będzie Darią o porcelanowej cerze, platynowych włosach i szerokim, oprawionym czerwienią uśmiechu. Jej już nigdy na tym miejscu nie zobaczę. Jakie emocje to we mnie wywołuje? Czuję... niepokój. Tak, to dobre określenie. Od jakiegoś czasu jestem zaniepokojona i jednocześnie zaskoczona swoją reakcją. Myślałam, że jej nieobecność przyniesie mi ulgę. Tak się jednak nie stało.
W rzeczywistości całe pomieszczenie jest równomiernie oświetlone. Nie ma tu żadnych snopów światła sterujących naszym odbiorem. To w końcu recepcja, wizytówka firmy, gdzie wszystko musi być idealne, przyjemnie oddziałujące na zmysły. Każdy szczegół został zaprojektowany przez najlepszą w Oławie pracownię architektoniczną. Pamiętam spotkanie sprzed dwóch lat z panią architekt. Przekonywała nas do ponadczasowego połączenia bieli i drewna, które rozświetla wnętrze, daje wrażenie przystępności, z kolei zimne halogeny miały się kojarzyć z profesjonalizmem. Gdyby jakimś cudem w którymś spaliła się żarówka, Marek natychmiast by to zauważył i udzielił woźnemu stosownej reprymendy. Mój mąż nie toleruje tego typu niedociągnięć. Jako właściciel prężnie rozwijającego się przedsiębiorstwa wymaga dużo od siebie i od innych. Czasem mam wrażenie, że najwięcej oczekuje ode mnie.
Podchodzę do recepcji i opieram się łokciami o chłodny blat lady. Zanurzam wzrok w pokrytej drewnianymi deskami ścianie. Myślę o wąskim pomieszczeniu znajdującym się za nią. Segreguje się tam przychodzącą i wychodzącą pocztę. Dwa metalowe regały z półkami oznaczonymi kolejnymi literami alfabetu, solidnie przytwierdzone do ścian. Mały stolik z przezroczystymi kuwetami na faktury i krzesełko. Segregowanie poczty wchodzi w zakres obowiązków stażystki. To dość ogólne określenie stanowiska, co rzadko spotykane w należącej do mojego męża firmie, w której z reguły wszystko jest szczegółowo opisane i doprecyzowane: "planista produkcji hełmów ochronnych", "specjalista ds. zakupów tworzyw sztucznych", "inżynier opakowań produktów sprzedawanych w Europie Wschodniej". Dla "stażystki" jednak robi wyjątek. Kobieta zatrudniona na tym stanowisku nie odbywa stażu w żadnym konkretnym dziale. Nie ma drobiazgowo rozpisanych specjalistycznych obowiązków. Segreguje pocztę, parzy kawę, uśmiecha się do klientów i dotrzymuje im towarzystwa, gdy czekają na Marka, bo przedłuża mu się spotkanie. Zajmuje się wszystkim. Taką osobą do kwietnia tego roku była Daria. Niestety po świętach wielkanocnych zniknęła bez śladu. Choć minęły już dwa miesiące, wciąż nie do końca wiadomo, co się z nią stało. Nie pochodziła z Oławy. Przyjechała tu z Poznania. Po kilku próbach nawiązania kontaktu Marek doszedł do wniosku, że po świętach została już w domu. Po prostu rzuciła pracę. Z dnia na dzień. Tego typu historie są przecież częste.
Za jakiś czas pojawi się tu ktoś nowy. Ktoś podobny do Darii, jak Daria była podobna do poprzedniej stażystki. Wszystko długie i jasne. Włosy, ręce, nogi. Niebieskie oczy, gładka cera. Gust mojemu mężowi nigdy się nie zmieni. Ciekawe, kiedy zleci Joannie z działu kadr poszukiwanie nowej kandydatki na to ogólne stanowisko. Gdy pojawi się kolejna dziewczyna zachęcona lukratywną ofertą stażu w firmie Skalski, nasze życie znowu nabierze niebezpiecznego rozpędu.
Klaudia
Muszę znaleźć normalną pracę, choć ta wizja nie wygląda zachęcająco. Nie jestem typem karierowiczki, nigdy nie marzyłam o sukcesie w korporacji jak moje koleżanki ze studiów. Owszem, chciałabym mieć pieniądze, jednak uważam, że droga do nich nie musi prowadzić przez psychiczną męczarnię, przesiadywanie nocami w biurze, pracę w weekendy, stawianie czoła wyzwaniom, efektywne dostarczanie rozwiązań, gotowość do odpowiedzi na pytania w każdej chwili, kreatywność, motywację, pasję, entuzjazm i tak dalej. Mam wrażenie, że przez te wszystkie złote zasady ludzie stają się do siebie coraz bardziej podobni, zacierają się różnice. Od rana do wieczora praca, później sport: squash, wspinaczka, jogging. Kolacja w drogiej restauracji lub zdrowe gotowanie w domu, serial na Netflixie i sen. W sobotę zakupy, w niedzielę rodzinny obiad. Czasem wpadnie jakaś wycieczka rowerowa lub wyjazd w góry, urodziny koleżanki bądź wesele. Standard, który nigdy mi nie odpowiadał, a do którego teraz będę musiała się zbliżyć.
Podchodzę do lustra i delikatnie wklepuję maść kitową we wciąż bolącą rankę na czole. Znajduje się pod linią włosów, po prawej stronie. Jest okrągła, różowa z nieco jaśniejszą obwódką. Choć minęły już dwa tygodnie, wciąż nie mogę zrozumieć, jak on mógł mi to zrobić. Do tamtego feralnego wieczoru nie zdawałam sobie sprawy, że przeszłam na mroczniejszą stronę świata, że tam nie jest tak bezpiecznie, jak w krainie odbiorców platformy Netflix. Myślałam, że jestem sprytniejsza od szarej masy, że znalazłam idealne rozwiązanie, dzięki któremu mam pieniądze i czas dla siebie. Że żyję na własnych zasadach. Nie mogłam być bardziej naiwna.
Patrząc na bolące miejsce pod złocistymi lokami, wracam myślami do samego początku. Od czego to wszystko się zaczęło? Każdy psychoterapeuta zadałby mi teraz standardowe pytanie: "Może opowiesz mi o swoim dzieciństwie?". "Z miłą chęcią" - odpowiedziałabym. "Było szczęśliwe, choć dorastałam bez ojca. Nigdy go nie poznałam". I tu z pewnością mój powiernik zapisałby dyskretnie w notatniku pierwsze hasło, podkreślając je grubą linią.
Mama była piękną kobietą. Jej jasne loki opadały na ramiona niczym błyszczące serpentyny. Odziedziczyłam je po niej. Gęste i kręcone włosy, przeciwwaga dla drobnej sylwetki. Błogosławieństwo i utrapienie w jednym. Nauczyła mnie o nie dbać. Wyrobiła mi praktyczne nawyki. Mycie raz w tygodniu, później czesanie grubym grzebieniem w towarzystwie pianki do włosów. Robiłyśmy to razem przed naszym szerokim łazienkowym lustrem. Mama pokazywała mi na sobie, jak mam to robić, a ja naśladowałam jej ruchy. Zawsze powtarzała mi, że włosy to mój największy atut i że wiele razy w życiu dzięki nim będę miała łatwiej. Dokładnie tak jak ona. Zdecydowanie stawiała w życiu na urodę. Codziennie po przebudzeniu delikatnie się malowała, później otwierała szafę i wybierała kreację. Wkładała ją rano i zostawała w niej do wieczora. Nawet w sobotę potrafiła od rana paradować w dwuczęściowej garsonce. Wszystko zależało od planu dnia, który z pewnością odbiegał od standardu. Parę razy w tygodniu odwiedzali ją mężczyźni. Przychodzili rano, gdy większość mieszkańców naszego wieżowca przebywała w pracy lub w szkole. Kiedy byłam mała, myślałam, że słuchają razem muzyki, że mama jest artystką. Wyobrażałam ją sobie w słuchawkach na uszach, uśmiechającą się do towarzyszącego jej pana, który robi to samo co ona. Opowiadają sobie o muzyce, wspólnie dyskutują na dorosłe tematy. Gdy wracam myślami do tej dziecięcej wizji, wyobrażam sobie siebie stojącą w oparach mgły.
Nigdy nie potępiałam mojej matki. Nigdy nie próbowałam nakłonić jej do zmiany "zawodu". Dała mi bardzo dużo miłości. Dbała o mnie. Zaspokajała wszystkie moje potrzeby. Choć robiła to, co robiła, myślę, że była lepszą matką niż niejedna karierowiczka, która rozdrażnionym tonem prosi córkę, aby zeszła z jej kolan, bo musi odpisać na ważny e-mail, która nawet nie udaje, że słucha, kiedy dziecko próbuje jej opowiedzieć, co się działo dzisiaj w szkole, albo wyżywa się na dzieciach, bo szef wyżył się na niej. U nas nigdy nie dochodziło do takich sytuacji. Mama była szczęśliwa albo bardzo dobrze udawała. Moje dzieciństwo pachniało jej uśmiechem. Panowie byli tylko dodatkiem. Cichym skrzypieniem rozbujanej huśtawki, na której bawiłam się od rana do wieczora.
Mieszkałyśmy w wieżowcu w Warszawie. Miałam koleżanki z podwórka, znajomych ze szkoły. Nikt nie wiedział o profesji mamy. W czasie spotkań pogłaśniała muzykę, mieszkałyśmy na ostatnim piętrze, a lokal obok nas od lat stał pusty. Sypialniana intymność nie miała świadków. Media pokazują takie sytuacje życiowe w dziwny, obcy mi sposób. Dzieci takich kobiet są w medialnych obrazach wyśmiewane, wytykane palcami przez rówieśników i ich rodziców. Brakuje tylko spalenia niegodziwej czarownicy na stosie. W naszym przypadku nikt o niczym nie wiedział. Mama miała świetny gust, dbała o wygląd, nigdy przesadnie się nie malowała. Kupowała mi firmowe ubrania, miałyśmy samochód. W dużych miastach ludziom to wystarczy do zbudowania sobie neutralnego obrazu drugiego człowieka. Liczy się zachowanie pozorów. Oto elegancka kobieta i jej mała córeczka. Nikt nie żąda szczegółowych informacji na spotkaniach rodziców i ich pociech. A nawet gdy padnie oklepane pytanie: "Gdzie pracujesz?", ludziom wystarczy pierwsza lepsza odpowiedź, której później i tak nie pamiętają. Dorastałam po milenium, kiedy Polska całkowicie otworzyła się na świat pełen blasku i łakoci, w którym ludzie uwielbiają mówić, ale niekoniecznie słuchać. Jest to świat, gdzie osobom takim jak my żyje się łatwiej.
Niestety, mama zmarła na raka szyjki macicy, gdy miałam dwanaście lat. Wykryli jej go bardzo późno i nie było już szans na ratunek. Mam wrażenie, że tamtego wieczoru, kiedy odeszła na hospicyjnym łóżku, coś się we mnie zmieniło. Straciłam zaufanie do życia. Do dziś go nie odzyskałam. Uważam, że nawet za najbardziej obiecującym doświadczeniem może kryć się mrok, zło. Oczywiście wszystkiego próbuję, ale podchodzę do świata z dystansem.
Po śmierci mamy zamieszkałam z babcią. Tych czasów już tak kolorowo nie wspominam. Zaczęły się obowiązki, zwykłe szare życie za skromną emeryturę babci. I tak do osiemnastki, kiedy babcia zachorowała. Rok później i ona odeszła, a ja zostałam zupełnie sama, praktycznie bez środków do życia. Mogłam pójść do pracy. Do fabryki, do sklepu, ale tego nie zrobiłam. Chciałam studiować. Miałam przyjaciółkę z bogatego domu, która marzyła o studiach na prestiżowej brytyjskiej uczelni. Namówiła mnie, żebym ja spróbowała gdzieś w Polsce. I spróbowałam. Dostałam się na Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu. Przeprowadziłam się tam, wciąż zastanawiając się, jak zdobędę środki do życia. Państwo wprawdzie co miesiąc wspomagało mnie niewielką kwotą, jednak nie była ona wystarczająca. Zostały mi też jakieś grosze po babci, ale to zaledwie dwa tysiące złotych. Niestety dom, w którym mieszkała, należał do mojego dalekiego wujka. Mimo wszystko rozpoczęłam studia.
Pewnego wieczoru poszłam na imprezę z koleżankami z roku. Upiłyśmy się i skończyłyśmy w wyłożonym drewnem klubie, w którym z głośników sączyła się muzyka jazzowa, a serwowane przy barze drinki dekorowano kawałkami tropikalnych owoców. Tam poznałam Krzysztofa. Miał czterdzieści siedem lat. Był przystojny. Miał zadbane włosy, skórzaną marynarkę. Rozmawiając ze mną, obracał w dłoni grubą szklankę z whisky. Pachniał drogimi perfumami, które skojarzyły mi się z dzieciństwem spędzonym w wieżowcu. Nie próbował mnie uwieść, nie zależało mu na kontakcie fizycznym, o co z reguły chodzi w takich okolicznościach. Na koniec stwierdził, że chciałby mnie lepiej poznać. Wręczył mi swoją wizytówkę. Nazajutrz zadzwoniłam do niego i umówiliśmy się na spotkanie. Okazało się, że jest właścicielem dużej agencji reklamowej. Wzbudził moje zaufanie. Opowiedziałam mu o swoich problemach. Zaproponował mi pomoc finansową, na co przystałam. Spotykałam się z nim rok. W tym czasie, dzięki jego wsparciu, odłożyłam sporo pieniędzy i mogłam się z nich utrzymać przez kolejne dwa lata. Nie był wymagającym partnerem. Oczekiwał lojalności i gotowości, kiedy zadzwoni. Czasem prosił, żebym dojechała do niego do hotelu w jakimś obcym mieście, gdy podróżował służbowo po Polsce. Ja też czerpałam sporo satysfakcji z naszej znajomości, choć w sypialni był typem odbiorcy. Tak naprawdę nie dawał z siebie nic poza comiesięcznymi przelewami.
Jakiś czas temu moje oszczędności się skończyły. Spróbowałam tego znowu. Tym razem jednak nie poszło tak gładko. Odpowiedziałam na kilka ofert z internetu. Musiałam długo wybierać spośród kandydatów. W każdym coś mi się nie podobało. Coś wzbudzało moje podejrzenia. W końcu zdecydowałam się na Wojciecha. Nie był tak hojny jak Krzysztof, ale początkowo czułam się przy nim bezpiecznie. Niestety z czasem odkryłam jego drugie, mroczne ja. Lubił różne sypialniane gry, które po kilku spotkaniach zaczęły sprawiać mi dyskomfort. Poniżały mnie. Był też uzależniony od kokainy. Dwa tygodnie temu postanowiłam zakończyć nasz związek, a on w odpowiedzi naznaczył mnie do końca życia. Skrępował mi dłonie i zrobił to po raz ostatni. Mocniej, boleśniej. Później wciągnął kolejną dawkę swojego białego antidotum na problemy, odpalił papierosa i dotknął nim mojego czoła, miejsca, na które teraz patrzę, stojąc przed lustrem i drżącą dłonią unosząc loki. Miejsca, które błyszczy od nadmiaru maści kitowej, jakby dzięki temu rana mogła zagoić się szybciej.
"Zostanie ślad" - tak powiedział mi dermatolog, którego odwiedziłam w zeszłym tygodniu. "Jak pani to zrobiła?" - zadał mi pytanie. "Kolega przypalił mnie przypadkowo, machając ręką" - powiedziałam to, co mówiłam wszystkim. Nigdy nie byłabym w stanie nikomu wyznać prawdy. Jestem elegancką, zadbaną kobietą, która kryje się w blasku obojętnego na nią świata. Choć teraz w kącikach moich oczu perlą się łzy, nikt ich nie zobaczy. Przez ostatnie dwa tygodnie częściej myślałam o mamie. Zastanawiałam się, czy ona też czasem miała takie doświadczenia i czy tak jak ja ukrywała się z nimi. Chowała je za kobiecym uśmiechem i wzbudzającym zaufanie spojrzeniem intensywnie niebieskich oczu.
Muszę wreszcie znaleźć normalną pracę. Te słowa uderzają we mnie po raz kolejny. Nie wejdę więcej do tej zimnej, brudnej rzeki, w której obok siebie płyną pieniądze i kobieca godność. Nie po tym, co mnie spotkało. Wczoraj obroniłam licencjat. Muszę to wykorzystać. To jedyne, co mam.
Odchodzę od łazienkowego lustra ponaglana przez dziewczynę z sąsiedniego pokoju w akademiku, która chce skorzystać z toalety. Siadam przy biurku i włączam laptop.
- Co myślisz o tym fitnessie? - zagaja moja współlokatorka.
Marta chce otworzyć mały klub fitness w okolicach Świdnickiej. To świetna lokalizacja. Obydwie regularnie chodzimy na siłownię, ale nie mamy jednego ulubionego miejsca. Dwa miesiące tu, później trzy gdzie indziej. Najbardziej podobało się nam w małych siłowniach, nienależących do żadnej sieci. Często dyskutowałyśmy jednak, co można by jeszcze poprawić, usprawnić. W końcu zaczęłyśmy myśleć o własnej malutkiej siłowni dla kobiet. Marta policzyła, że potrzebowałybyśmy około czterdziestu tysięcy złotych na start. Może tanio wynająć lokal od kuzynki, ale trzeba go wyremontować. To oznacza, że musimy zainwestować po dwadzieścia tysięcy złotych. Marta dostanie środki od rodziców. Ale ja...
- Nie mam pieniędzy na remont - odpowiadam.
- A jakaś pożyczka?
- Nie chcę pożyczać. Musiałabym je odłożyć, a na to potrzebuję czasu.
- Lokal na Świdnickiej będzie wolny za pół roku - oznajmia, po czym wsuwa na stopy japonki i wychodzi z pokoju.
Nie wiem, co ma oznaczać ta odpowiedź. Rzuciła nią we mnie i zniknęła, jakbym ją czymś rozdrażniła. Często tak robi. Ma to po matce. Obydwie są zimne i konkretne. Mimo wszystko jakoś się z nią dogaduję.
Tak czy inaczej na pewno nie uda mi się zebrać dwudziestu tysięcy w ciągu paru miesięcy. Musiałabym zdobyć porządną biurową pracę, a bez doświadczenia będzie o to bardzo trudno. Słyszałam co prawda o szczęśliwcach, którym udało się tuż po studiach znaleźć konkretne stanowisko, ale to miało miejsce w branży IT, nie w ekonomii. Ja wiem po trochu o wszystkim, czyli nie wiem nic. Ogólna wiedza w dzisiejszych czasach nikomu nie służy. Mimo wszystko zaczynam szukać ofert w internecie. Lokalizacja: Wrocław i okolice. Po dwóch godzinach dochodzę do wniosku, że nie ma dla mnie miejsca w polskiej gospodarce. Wszędzie oczekują doświadczenia. Minimum rok - i to tylko w kilku ogłoszeniach. Najczęstsze wymagania to dwa lata, biegły angielski i wysokie zdolności komunikacyjne.
Do pokoju wraca Marta. Na jej widok aż podskakuję na krześle.
- Znalazłaś coś? - pyta, wyciągając papierosa z paczki.
- Nie - odpowiadam i odświeżam stronę.
Moim oczom ukazuje się ogłoszenie, którego wcześniej nie widziałam. Płatny staż w firmie Skalski Sp. z o.o. w miejscowości Oława. W wymaganiach nie ma nic o doświadczeniu. Oczekują tylko otwartości na nowe doświadczenia, sumienności, swobody w nawiązywaniu kontaktów, wieku do dwudziestu pięciu lat oraz aktualnego CV z kolorowym zdjęciem. Jest też informacja o proponowanym miesięcznym wynagrodzeniu. Przybliżam się do monitora, bo mam wrażenie, że widzę piątkę z przodu, a to przecież niemożliwe... Jednak dochodzę do wniosku, że wzrok mnie nie zawodzi. Serce bije mi szybciej. Jeżeli to nie jest żaden fortel, jeśli jakimś cudem uda mi się zdobyć tę posadę, będę w stanie odłożyć pieniądze na siłownię. Oława nie jest położona tak daleko od Wrocławia. Miałam koleżankę z grupy, która tam mieszkała. Z tego, co pamiętam, codziennie dojeżdżała na uczelnię samochodem. Bez chwili wahania klikam "Zgłoś się teraz".