ROZDZIAŁ 3
Czasami ludzie, którzy mieli cię znaleźć,
pojawiają się, gdy twój świat się wali -
z papierową torbą w dłoni i sercem pełnym słońca
Claudia
- Ej, dziewczyno... wszystko w porządku? - odezwał się kobiecy głos.
Głos, który wyrwał mnie brutalnie z mojego świata. Otworzyłam oczy gwałtownie, zdezorientowana. Słońce było już wysoko na niebie.
Potrzebowałam chwili, by zrozumieć, gdzie jestem. Plaża. Savannah. Nie tamten dach.
Nie Brian.
Zamrugałam szybko, próbując odpędzić resztki snu i wspomnień, które jeszcze przed chwilą tętniły mi pod powiekami. W oślepiających promieniach dostrzegłam pochyloną nade mną sylwetkę. Zasłoniłam dłonią słońce, by lepiej widzieć. Wpatrywała się we mnie dziewczyna o karmelowej skórze, w ciemnych okularach przeciwsłonecznych zsuniętych na nos.
Była trochę przy tuszy, miała jasnobrązowe włosy zaplecione w niedbały warkocz, z którego wymykało się kilka niesfornych pasm. Biło od niej uderzające ciepło. Takie, którego nie da się udawać. W rękach trzymała butelkę wody i papierową torbę z logo fast foodu. Wyglądała na szczerze zatroskaną.
- Tak, tak - powiedziałam szybko, odruchowo przecierając oczy. - Po prostu... zasnęłam.
Zmarszczyła brwi.
- Na plaży? - Uśmiechnęła się lekko. - Wiesz, że tak można się odwodnić? - Dziewczyna przykucnęła przy mnie i podała mi butelkę. - Napij się. Słońce dzisiaj nie wybacza - dodała z rozbawieniem. - Jestem Maisie - przedstawiła się. - Chodzimy razem na angielski, tylko pewnie mnie nie kojarzysz.
Spojrzałam na nią nieco zawstydzona. Jej głos był łagodny, bez śladu osądu. Wzięłam butelkę i lekko się uśmiechnęłam, ściskając jej wyciągniętą dłoń.
- Claudia.
- Miło mi, Claudia. - Puściła mi oko. - Wiesz, muszę przyznać, że nigdy jeszcze nie widziałam nikogo śpiącego tak spokojnie na środku plaży - powiedziała, siadając obok mnie na piasku.
Wzruszyłam ramionami, próbując się uśmiechnąć.
- Właśnie wracam z budki z jedzeniem. - Podniosła torbę z frytkami i burgerami. - Przysięgam, mają najlepsze frytki w całej Savannah. Masz ochotę?
Zawahałam się.
- Wiesz... - zaczęłam niepewnie - ja raczej nie jestem typem, który ma mnóstwo koleżanek. Nie dlatego, że nie lubię ludzi, po prostu czasem trudno mi się otworzyć.
Maisie uniosła brew z rozbawieniem.
- To dobrze. Bo mnie też. Tylko że ja, zamiast się zamykać, gadam jak najęta, żeby ukryć, że się boję.
Uśmiechnęła się szeroko, a ja poczułam, jak coś ciepłego rozlewa mi się po klatce piersiowej.
- Chodź - rzuciła. - Podzielę się z tobą frytkami. I, kto wie, może nawet zdradzę ci sekret, gdzie w Savannah można zjeść najlepsze tacos. W końcu... moje korzenie są trochę meksykańskie, trochę kubańskie. A zarówno dla Meksykanów, jak i dla Kubańczyków jedzenie to świętość.
Wstałyśmy i otrzepałyśmy szorty z piasku.
- No dobra - powiedziałam, czując, jak coś nowego budzi się we mnie powoli. - Prowadź.
I ruszyłyśmy razem w stronę nadmorskiej promenady.
Siedziałyśmy na niskim murku przy plaży, jedząc frytki z papierowej torby. Sól zostawała na palcach, a Maisie patrzyła na mnie tak uważnie, jakby próbowała zajrzeć w głąb mojej duszy.
- Mogę wiedzieć, czemu zasnęłaś sama na plaży? - zapytała w końcu łagodnie, bez nachalności.
Spojrzałam na nią, a w gardle stanęła mi gula. Poczułam, że chcę i muszę komuś to powiedzieć. Wyrzucić z siebie, zanim zwariuję. Więc opowiedziałam jej wszystko. O Brianie. O tym, jak nagle zniknął. O pustce, którą po sobie zostawił.
Maisie słuchała uważnie, nie przerywając. Tylko od czasu do czasu chrupała frytkę, jakby chciała dodać tej rozmowie zwyczajności.
- Ten Brian? - Uniosła brwi. - Nigdy nie widziałam was razem.
Wzruszyłam ramionami, a znajome ukłucie przeszyło mi serce.
- Nie pokazywaliśmy się. To było tylko nasze.
Maisie skinęła głową ze zrozumieniem.
- Wiesz, jak przyjechał do szkoły, to wzbudził niezłą sensację. Wszystkie dziewczyny za nim szalały. Ale on... - zawahała się - on je odpychał. Nigdy nie widziałam, żeby któraś naprawdę się do niego zbliżyła. - Teraz już rozumiem dlaczego.
Uśmiechnęłam się smutno.
- On chciał... - Zawiesiłam głos, szukając słów. - On chciał się mną chwalić. Pokazać wszystkim, że jesteśmy razem. Ale ja nie byłam gotowa. Nie lubię być w centrum uwagi.
Maisie przez chwilę nic nie mówiła. W końcu skinęła głową.
- Rozumiem - powiedziała cicho. Potem spojrzała na mnie nieco ostrożniej. - I tak po prostu wyjechał? Bez słowa?
Zacisnęłam dłonie na kartonowym kubku z Colą.
- Tak - szepnęłam.
Maisie odchyliła głowę, jakby o czymś intensywnie myślała.
- Wiesz co? Mogę zapytać mojego wujka. - Uśmiechnęła się lekko. - On zna się z dyrektorem szkoły. Chodzą razem na mecze i czasem gadają o takich sprawach. Może będzie wiedział, dokąd przenieśli go rodzice.
Podniosłam na nią wzrok, pierwszy raz z nadzieją.
- Twój wujek to...
- Jorge. Pracuje w administracji miasta. Jak chcesz, zapytam go dyskretnie.
- Zapytaj - powiedziałam cicho, niemal szeptem.
Maisie skinęła głową.
- Jasne, mała. Zobaczymy, co da się zrobić. - Uśmiechnęła się szeroko, po czym wsunęła ostatnią frytkę do ust i wstała. - A teraz - powiedziała, przeciągając się teatralnie - idź do domu, napij się czegoś zimnego i nie daj się temu piekielnemu słońcu.
Zaśmiałam się cicho.
- Dzięki, Maisie.
- Polecam się! - rzuciła z uśmiechem i puściła oczko.
Powrót do domu był jak jazda w gęstej mgle. Wciąż czułam w piersi ciężar, który nie chciał odejść. Kiedy przekroczyłam próg, zastałam mamę w kuchni. Jej zatroskane spojrzenie od razu mnie rozbroiło.
- Kochanie - zaczęła, podchodząc do mnie. - Słyszałam, co się stało. Jak się czujesz?
Wzruszyłam ramionami, nie mając siły ubrać w słowa wszystkiego, co kotłowało mi się w głowie.
- Nie wiesz... - podjęłam z nadzieją. - Nie wiesz, dokąd wyjechali?
Mama z żalem pokręciła głową.
- Niestety nie, skarbie. Nie mieli tu za wielu znajomych. Nie byli też zbyt wylewni.
Przygryzłam wargę i skinęłam głową.
- Nic nie szkodzi.
Pobiegłam do siebie, zamknęłam za sobą drzwi i rzuciłam się na łóżko. Los zdecydowanie nie był dla nas łaskawy.
Brian przyjechał do Savannah w marcu. Odkąd spotkaliśmy się na dachu, oboje wiedzieliśmy, że to nie będzie zwykła znajomość. Od pierwszej chwili połączyło nas coś, co miało w sobie pewien rodzaj magii. Było między nami coś magnetycznego. Coś, co wydawało się należeć do innego świata. Niewidzialna nić, która od pierwszego dotyku dłoni splotła nasze serca i dusze.
Brian, całym sobą oddany temu związkowi, naprawdę wierzył, że to na zawsze. Że tym razem będzie inaczej - a przynajmniej że to potrwa. Ja też w to uwierzyłam, odsuwając na bok myśli, że mógłby wyjechać. Te wakacje były takie cudowne. Do dziś.
Przytuliłam poduszkę, jakby mogła mnie ochronić przed tym wszystkim. Zamknęłam oczy. I znów... sen porwał mnie do naszego świata. Świata, w którym Brian wciąż był obok.
Aula szkolna dudniła od muzyki, która wdzierała się w moje myśli. Ludzie tańczyli, śmiali się, a ja stałam w kącie, trzymając plastikowy kubek, jakby był moją tarczą. Nie lubiłam imprez, ale przyszłam, bo mama się uparła, że nie mogę wiecznie siedzieć sama w pokoju. "Musisz żyć, Claudio" - mówiła.
Brian stał po drugiej stronie sali, otoczony wianuszkiem dziewczyn. Emma znów kręciła się blisko, zarzucała blond włosami, usilnie próbując przyciągnąć jego uwagę. Poczułam ukłucie zazdrości, choć nie chciałam się do tego przyznać. Nagle jego spojrzenie znalazło moje. Uśmiechnął się - tym krzywym, zadziornym uśmiechem, który sprawiał, że zapominałam, jak się oddycha.
Przepchnął się przez tłum i stanął przede mną.
- Nie wyglądasz, jakbyś się dobrze bawiła - powiedział, pochylając się, by przekrzyczeć muzykę.
Jego oddech musnął moje ucho, wywołując dreszcz, który przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa.
- Bo nie cierpię takich imprez - mruknęłam, próbując ukryć, jak bardzo jego bliskość mnie onieśmiela.
- To chodź. - Złapał mnie za rękę, a jego palce były ciepłe, pewne, jakby świat należał do niego. - Zabiorę cię w lepsze miejsce.
Pociągnął mnie przez tłum, a ja biegłam za nim, czując, jak adrenalina miesza się z ekscytacją. Wyszliśmy na dziedziniec, noc była ciepła, a gwiazdy migotały nad nami jak rozsypane na czarnym aksamicie diamenty. Brian poprowadził mnie pod stary dąb, którego potężne konary po zmroku zdawały się jeszcze niższe i cięższe. Weszliśmy w gęstą ciemność pod koroną, gdzie girlandy mchu hiszpańskiego zwisały niczym srebrne kurtyny, całkowicie skrywając nas przed światem.
- Co robimy? - zapytałam, próbując uspokoić oddech, który przyspieszył nie tylko od biegu.
- Uciekamy - rzucił z uśmiechem, opierając się o pień drzewa. - Od hałasu. Od ludzi. Od wszystkiego.
Usiedliśmy obok siebie ramię w ramię. Byliśmy tak blisko, że czułam ciepło jego ciała. Słyszałam bicie własnego serca i szelest liści nad naszymi głowami.
- Wiesz, że możesz mieć każdą dziewczynę na tej imprezie? - powiedziałam cicho, nie patrząc na niego. - Czemu siedzisz tu... ze mną?
Milczał przez chwilę, a potem odwrócił głowę. Jego spojrzenie było tak intensywne, że musiałam uciec wzrokiem.
- Bo żadna z nich nie jest tobą - wyszeptał.
Na moment wszystko się we mnie zatrzymało, by na powrót przyspieszyć jak szalone. Powietrze zgęstniało. Brian powoli uniósł rękę i odgarnął kosmyk włosów z mojej twarzy. Jego palce musnęły mój policzek i zostawiły na skórze gorący ślad, a ja znów przestałam oddychać.
- Claudia... - wyszeptał. - Mogę?
Pokiwałam głową, niezdolna do słów. Pochylił się i złączył nasze usta. Jego wargi były miękkie, ciepłe, smakowały miętą i czymś słodkim. Całował mnie powoli, jakby chciał zapamiętać każdy ułamek sekundy. Moje dłonie powędrowały na jego kark, a jego palce wplątały się w moje włosy. Odruchowo wciągnął mnie na swoje kolana i przycisnął mocno do siebie. Jeszcze nigdy nie czułam tyle w jednej chwili. Od euforii po zawroty głowy. Kiedy się odsunął, oboje oddychaliśmy ciężko. Jego oczy błyszczały w świetle księżyca.
- Tego... nie było w planie - mruknął, a kącik jego ust drgnął w uśmiechu. - Ale nie mogłem się powstrzymać.
- To najlepszy brak planu w moim życiu - szepnęłam, a on zaśmiał się cicho.
ROZDZIAŁ 1
Nie zostawił po sobie nic. Poza ciszą, której do dziś nie umiem wypełnić
Claudia
Savannah
Promienie wschodzącego słońca przeciskały się przez wąski prześwit między zasłonami i łaskotały moje powieki. Otworzyłam oczy, a na skórze wciąż czułam ciepło dotyku Briana. Jego ramiona, które oplatały mnie wczoraj tak ciasno, jakby chciały zatrzymać czas. Pocałunki, które zostawiały ślady gęsiej skórki na moim ciele jak zaklęcia. Leżałam przez chwilę, pozwalając, by mój umysł dobudził się w pełni.
Sięgnęłam po telefon. Żadnej wiadomości. Poczułam dziwne ukłucie w żołądku - nieznany dotąd niepokój, który zaczął przenikać moje ciało jak zimny prąd. To do niego niepodobne. Zawsze pisał. Mam nadzieję, że nic się nie stało - powtarzałam sobie, choć w głowie kiełkowała niepewność.
Wybrałam jego numer.
Telefon abonenta jest wyłączony lub znajduje się poza zasięgiem sieci.
Spróbowałam jeszcze raz. I jeszcze. Za każdym razem ten sam komunikat.
Z każdą próbą czułam, jak mój oddech przyspiesza, a strach coraz mocniej zaciska mi gardło. Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Wbiegłam do łazienki, ochlapałam twarz lodowatą wodą i w pośpiechu umyłam zęby. Wciągnęłam na siebie pierwsze z brzegu szorty i bluzę, po czym zbiegłam po schodach. Mama, pochylona nad laptopem, rozmawiała z kimś przez Teamsa - jej głos był spokojny, niemal melodyjny, a moje wnętrze wrzało jak wulkan. Pomachałam jej w milczeniu, wypadłam z domu i chwyciłam rower.
Pedałowałam jak opętana, z gardłem ściśniętym lękiem. Tylko żeby tam był. Proszę, niech tam będzie - powtarzałam w głowie niczym zdarta płyta. Kiedy skręciłam w jego ulicę, zobaczyłam...
...tabliczkę.
"NA SPRZEDAŻ".
Zatrzymałam się gwałtownie i zsunęłam z roweru. Czułam się tak, jakby moje ciało nie nadążało za tym, co widziały oczy. Na moment zapomniałam, jak się oddycha. Na trzęsących się nogach weszłam po schodach na ganek. W głowie miałam tylko jedno:
To żart. To nie może być prawda.
Zapukałam raz, drugi, trzeci. Moje ciche z początku pukanie przybrało na sile, aż zamieniło się w walenie do drzwi.
- Złociutka... - odezwał się ktoś cicho.
Obróciłam się i zobaczyłam panią Marks, sąsiadkę Briana. Stała z łagodnym, niemal przepraszającym wyrazem twarzy.
- Oni wyjechali dzisiaj nad ranem - powiedziała miękko, podchodząc bliżej.
- Mówili... dokąd? - wyszeptałam, chociaż bałam się odpowiedzi.
Skinęła głową, a jej oczy zdradzały współczucie.
- Z tego, co wiem, pan Walker dostał kontrakt zagraniczny.
- A Brian? - Mój głos się załamał.
- Zabrali go ze sobą, kochanie.
Pani Marks delikatnie ścisnęła moje ramię i odeszła, zostawiając mnie samą z pustką, której nie potrafiłam ogarnąć. Osunęłam się na schody przed domem, schowałam twarz w dłoniach. Łzy przyszły bez ostrzeżenia, gorące i niepowstrzymane.
Siedziałam tam, na tych zimnych, pustych schodach, z telefonem przy uchu, desperacko próbując połączyć się z Brianem. Za każdym razem ta sama głucha cisza. Szloch wstrząsał moim ciałem. Nie mogłam tego zrozumieć.
Dlaczego nie powiedział mi ani słowa? Dlaczego, do cholery, zdecydował za mnie? Dlaczego po prostu... zniknął?
Wczoraj nic na to nie wskazywało. Wiedziałam, jak bardzo nienawidził przeprowadzek. Obiecał przecież, że zawsze będzie mówił mi prawdę. A teraz? Teraz został tylko ten przeklęty znak "NA SPRZEDAŻ" i dziura w mojej piersi, która wciąż krwawiła.
W końcu, choć ledwo widziałam przez łzy, wsiadłam z powrotem na rower i pojechałam przed siebie.
Nie wiedziałam nawet, dokąd jadę. Moje nogi pedałowały same, szybko. Jakby prędkość mogła sprawić, że ucieknę przed bólem.
Dotarłam na plażę - naszą plażę. Miejsce, do którego zawsze wracaliśmy, gdy przytłaczał nas ciężar świata. Gdzie milczenie nie bolało, a szum fal leczył rany, wobec których słowa pozostawały bezradne. Zostawiłam rower na piasku i opadłam bez siły na ziemię.
Wpatrywałam się w ocean, który nic nie mówił. Po prostu był. Tylko słuchał. Tak jak robił to Brian.
Łzy mieszały się z wiatrem i drobinami piasku, a ja po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, co to znaczy umrzeć nagle - nie dosłownie, ale w sercu. Utrata kogoś, kto był całym twoim światem, sprawia, że wszystko w tobie pęka naraz, rozrywa się na strzępy, odbiera tlen. A ty... nadal musisz oddychać.
ROZDZIAŁ 5
Smutek nie zawsze idzie w parze ze łzami.
Czasami objawia się ciszą, ciężkimi powiekami
i strachem przed ponownym zaśnięciem
Claudia
Zamknęłam się w domu na kilka dni. Mama co jakiś czas zaglądała do mojego pokoju z herbatą, codziennie przynosiła obiady. Pozwalała mi przeżywać żałobę, na którą miałam czas tylko do końca przerwy wakacyjnej.
Do szkoły wróciłam bez entuzjazmu. W przeciwieństwie do mnie wszystkim wystarczył jeden dzień, by zdążyli się zaaklimatyzować. Korytarz dudnił od hałasu - dźwięk szafek, śmiechy, piski. Ja czułam się jak duch. Mijałam kolejne znajome twarze, ale na mnie nikt nie spojrzał. Nikt oprócz niej.
- Claudia! - Głos Maisie przebił się przez zgiełk.
Odwróciłam się, zaskoczona. Stała kilka kroków dalej, z rękami w kieszeniach i z tym swoim przekornym uśmiechem.
- Hej - wymamrotałam, spuszczając wzrok.
Podbiegła do mnie.
- Mogę ci towarzyszyć na lekcji? Nienawidzę matmy, ale jeszcze bardziej nienawidzę siedzieć sama.
- My chyba... nie mamy razem matmy?
- Nie szkodzi. Udam, że pomyliłam salę. Nie pierwszy raz. - Puściła do mnie oko.
Zanim zdążyłam zaprotestować, ruszyła ze mną na zajęcia.
- Wiesz, nienajlepiej dziś wyglądasz. To znaczy, jasne, mam świadomość, przez co przechodzisz, ale wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia - mruknęła, zerkając na mnie z ukosa. - Musisz to bardzo przeżywać...
Zawahałam się. Ale spojrzałam na nią. I to wystarczyło.
- Znów mi się śnił. - Głos mi zadrżał. - Brian. Byliśmy razem... a potem... po prostu zniknął.
Maisie położyła dłoń na moim ramieniu.
- Czasem sny są gorsze niż wspomnienia - powiedziała cicho. - Bo przez chwilę dają ci złudzenie, że twoje serce nie zostało złamane... A potem się budzisz.
Zatrzymałam się. Spojrzałam na nią ze łzami w oczach.
- Czuję się, jakbym każdej nocy traciła go od nowa. Znowu i znowu, raz po raz. Budzę się, płacząc, i boję się już zamykać oczy.
- To znaczy, że naprawdę kochałaś - odparła. - A to nie znika. Ale też nie oznacza, że musisz być w tym sama.
Po lekcjach czekała przy mojej szafce z batonami czekoladowymi w dłoni.
- Czekolada pomaga na wszystko. Złamane serce? Czekolada. Okres? Czekolada. Przypadkowe spotkanie z byłym? Czekolada z podwójnym karmelem.
Zaśmiałam się pierwszy raz od tygodnia.
- Chodź! - Chwyciła mnie za nadgarstek. - Odprowadzę cię do domu. Chyba że masz zamiar znowu zasnąć na plaży?
- Nie, tym razem nie. - Uśmiechnęłam się blado.
- Więc chodźmy - postanowiła, wsuwając swoją rękę pod moje ramię.
I poszłyśmy razem przez ulice Savannah, aż do mojego domu. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. O frytkach, chłopakach, nauczycielach. A ja... czułam się jak ktoś, kto znów zaczyna oddychać.
- Maisie to dość nietypowe imię dla kogoś z meksykańskim pochodzeniem - stwierdziłam w końcu, zerkając na nią z ukosa. - Jak to się stało, że twoi rodzice wpadli na taki pomysł?
- María Isabel. - odpowiedziała z uśmiechem. - Tak mam wpisane w dokumentach. Ale odkąd przeprowadziliśmy się do Stanów, wszyscy mówią na mnie Maisie. Mama usłyszała kiedyś to imię w Miami i tak bardzo jej się spodobało, że zaczęła mnie tak nazywać. A potem przyjęło się już u wszystkich.
- Pasuje do ciebie - przyznałam. - Masz rodzeństwo?
- Mam. Dwóch młodszych braci - westchnęła teatralnie. - Żywe tornado razy dwa. Słuchają tylko wtedy, gdy krzyczę. A i tak udają, że nie.
Zaśmiałam się.
- Czyli masz w domu przedszkole?
- Przedszkole, cyrk i meksykańsko-kubańską telenowelę w jednym. - Mrugnęła. - Mama jest z Veracruz, tata z Hawany. Emocje tysiąc razy silniejsze niż u przeciętnego Amerykanina.
- To jak ty się tu w ogóle odnajdujesz? W spokojnym, południowym Savannah?
- Ja? -Wzruszyła ramionami. - Wnętrze mam jak guacamole z chili. Ale z zewnątrz nauczyłam się udawać grzeczną dziewczynkę. No, prawie.
- Nie umiem sobie wyobrazić ciebie jako grzecznej.
- Czyli kiepsko udaję. Ale jestem lojalna - dodała po krótkiej pauzie, zerkając na mnie z boku. - Jak już kogoś polubię, to na serio.
Zamilkłam, bo poczułam coś w klatce piersiowej. Coś, co zniknęło tydzień temu i myślałam, że długo nie wróci - poczucie, że komuś poza mamą naprawdę zależy.
- Jak długo tu mieszkacie?
- W Savannah? Jakieś dwa i pół roku.
- To niedługo. Skoro chodzisz tu do szkoły, to... wasza sytuacja musiała się jakoś ułożyć legalnie, prawda?
Maisie spojrzała na mnie i pokiwała głową.
- Tata dostał kontrakt. Pracuje w firmie, która zajmuje się systemami chłodzenia przemysłowego. Podobno jest jednym z najlepszych w kraju od spraw awarii i optymalizacji kosztów. Brzmi jak coś nudnego, ale jak mówi: "przeprojektowałem cały system, żeby fabryka nie padła w środku lipca"... to robi wrażenie.
- Czyli specjalista od lodówek świata.
- W rzeczy samej. Dzięki niemu legalnie tu jesteśmy. Wiza pracownicza, potem zielona karta. Mama na razie jest w domu z chłopcami, ale jak trochę podrosną, to pewnie wróci do pracy. Była nauczycielką literatury hiszpańskiej.
- Wow. Nieźle.
- Ale nie zawsze było tak różowo - dodała po chwili. - Przed Savannah było różnie. Ciągłe przeprowadzki. Praca tymczasowa. Strach, czy nie każą nam wracać. To... zostawia ślad. Zwłaszcza jak jesteś dzieckiem. - Spojrzała na mnie z powagą, Nie było w tym użalania się, raczej siła. - Dlatego nie zostawiam ludzi, na których mi zależy. Bo wiem, jak to jest, gdy cię zawodzą.
Uśmiechnęła się ciepło.
Zamilkłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko kiwnęłam głową. Pozwoliłam, by ta cisza między nami... była dobra.
Dotarłyśmy pod mój dom. Przystanęłyśmy przy schodkach, słońce chyliło się już ku zachodowi, a powietrze pachniało czymś domowym, znajomym.
- Chcesz wejść? - zapytałam niepewnie.
- Chętnie, ale dziś nie mogę. Obiecałam mamie pomóc przy pastelitos de guayaba. Robimy całą blachę. Jej przyjaciółki z Miami przyjeżdżają jutro i... dramat, jeśli nie zdążymy.
- Pastelitos...?
- Ciastka z ciasta francuskiego i guawy. Grzech w każdej warstwie. Przemycę jedno dla ciebie. Albo dwa, jak mama nie zauważy.
Zaśmiałam się.
- Będę czekać.
- To czekaj. Ale tylko pod jednym warunkiem - dodała, cofając się na chodnik. - Że jutro znowu pogadamy.
Pokiwałam głową.
- Zgoda.
Zniknęła za rogiem, a ja przez dłuższą chwilę stałam na ganku z dłonią na klamce.
ROZDZIAŁ 2
Czasami wszystko zaczyna się od jednego spojrzenia -
takiego, które nie powinno nic znaczyć,
a jednak wdziera się w serce
Claudia
Obrazy wracały jeden po drugim, jakby ktoś w mojej głowie włączył film z wczoraj. Z tamtego pierwszego dnia, kiedy zobaczyłam Briana...
Był nowy. Przyjechał do naszej szkoły wczesną wiosną, gdy większość z nas myślami była już na wakacjach. Miał w sobie coś... nieuchwytnego. Roztaczał wokół siebie aurę chłodu i niedostępności. Jakby każda komórka jego ciała mówiła: "Nie zbliżaj się". Jakby skrył się za murem zbudowanym z dystansu i obojętności. A mimo to gdy tylko pojawił się na szkolnym dziedzińcu, wszystkie spojrzenia powędrowały w jego stronę.
Czarną skórzaną kurtkę nosił nawet w upalne dni, niczym zbroję. Włosy miał zawsze trochę potargane, ale ten nieład wyglądał zbyt dobrze, by był przypadkowy. Z nikim za bardzo nie rozmawiał, choć dziewczyny stale i wytrwale próbowały go zagadywać. Nie angażował się w żaden sport, nie szukał znajomości.
Obserwowałam go z ukrycia - czasem z okna biblioteki, czasem z końca korytarza, innym razem przychodziłam wcześniej pod klasę tylko po to, by patrzeć, jak opiera się o ścianę z rękami w kieszeniach, udając, że nic go nie obchodzi. Często siedział pod drzewem i w skupieniu szkicował coś ołówkiem w notesie albo scrollował telefon.
Wiedziałam, że to, co robię, nie ma sensu. Fascynacja kimś, kto pewnie nawet nie zna mojego imienia, nie może prowadzić do niczego dobrego. A mimo to... nie potrafiłam oderwać od niego wzroku.
Tamtego popołudnia szłam korytarzem, jak zwykle starając się unikać spojrzeń Emmy i jej idealnych przyjaciółek. Pech chciał, że akurat wtedy, gdy je mijałam, Emma się odwróciła, zarzucając blond włosami, i celowo mnie potrąciła.
- Naprawdę nie widzisz, jak leziesz? Zauważasz cokolwiek poza tymi książkami i aparatem?
Jej głos odbił się echem po szkolnym korytarzu.
Książki wypadły mi z rąk i rozsypały się po podłodze. Schyliłam się, by je pozbierać, czując, jak policzki płoną mi ze wstydu. Gdy sięgałam po ostatnią, czyjaś dłoń mnie uprzedziła. Podniosłam wzrok. Brian. Kucał naprzeciwko, trzymając książkę.
- Proszę - powiedział, podając mi ją.
Nasze palce musnęły się przypadkiem, a pod moją skórą rozeszły się iskry. Wstał i spojrzał wprost na Emmę.
- Serio? Taki masz plan na dziś? Znęcać się nad kimś, kto ci nic nie zrobił? Czujesz się wtedy lepsza? Żałosne.
Jego głos był spokojny, ale w tym spokoju wybrzmiewała moc. Dziewczyna próbowała coś odburknąć, ale Brian tylko uniósł brew.
Policzki Emmy przybrały odcień buraka. Odwróciła się i wraz ze swoją bandą zniknęła w tłumie.
- W tej szkole jest ciekawiej, niż myślałem - rzucił jakby sam do siebie, po czym spojrzał na mnie, trochę rozbawiony zaskoczeniem, jakie malowało się na mojej twarzy.
- Dzięki - powiedziałam cicho.
- Nie dziękuj. To był mój dobry uczynek na dziś. Uważaj na siebie, jutro może mnie nie być w pobliżu - dodał z półuśmiechem.
Odchodząc, odwrócił się jeszcze raz. Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę, a w mojej piersi coś zadrżało.
Reszta dnia minęła spokojnie. Mogłoby się zdawać, że Emma i jej sługuski wyparowały. W końcu zostawiły mnie w spokoju. Szkoła już pustoszała, kiedy szłam, by oddać książki do biblioteki. Wychodząc, dostrzegłam uchylone drzwi na końcu korytarza - te, które prowadziły na dach. Nigdy wcześniej nie zwróciłam na nie uwagi. Może dlatego, że zawsze były zamknięte. Coś mnie tam przyciągało.
Kierowana ciekawością, ostrożnie wspięłam się po wąskich, skrzypiących schodach. Gdy otworzyłam drzwi na oścież, wiatr natychmiast rozwiał moje włosy.
I wtedy go zobaczyłam. Brian. Siedział na obmurówce dachu, wpatrzony w rozciągające się w dole Savannah. W świetle zachodzącego słońca wyglądał zupełnie inaczej niż chłopak ze szkolnych korytarzy. Spokojniejszy. Prawdziwszy. Jakby właśnie tutaj, wysoko nad ziemią, mógł być sobą.
Odwrócił się, zanim zdążyłam się wycofać. Nasze spojrzenia znów się spotkały - i na krótką chwilę świat zamilkł.
- Podglądasz mnie? - zapytał i ust uniósł kącik w półuśmiechu.
Jego głos był niski, lekko szorstki, a jednak łagodny - czułam, jak wnika mi skórę, zostawiając tam ślady. I jak moje policzki robią się gorące.
- Nie... ja tylko... - zająknęłam się. - Nie wiedziałam, że ktoś tu jest - bąknęłam, już gotowa do ucieczki.
- Skoro już jesteś... - powiedział, zerkając znów na pomarańczowoczerwone niebo - ...może się przyłączysz?
Skinął głową w stronę wolnego miejsca na murku, tuż obok siebie. Wahałam się przez chwilę. Potem podeszłam i usiadłam. Milczeliśmy, patrząc razem na niebo, a jednak w tej ciszy było coś niezwykle prawdziwego.
Odezwał się pierwszy:
- Opowiedz mi coś o sobie.
Zaskoczył mnie. Otworzyłam usta, potem je zamknęłam, szukając odpowiednich słów. W końcu westchnęłam i zaczęłam mówić:
- Mam na imię Claudia. Mieszkam z mamą, zawsze byłyśmy tylko we dwie. Kocham zachody słońca. Uwielbiam robić zdjęcia. Wszystkiego. Ludzi. Miast. Nieba. - Uśmiechnęłam się niepewnie.
- To ciekawe. Ja zrobiłem kiedyś chyba ze sto zdjęć na wakacjach. Po powrocie okazało się, że połowa przedstawia mój własny kciuk. - Brian zaśmiał się cicho.
Pierwszy raz słyszałam ten dźwięk - i był piękny.
- Często cię tak dręczą? - rzucił nagle.
- Kto? Emma i reszta? - zapytałam niepewnie.
Przytaknął.
- Czasami. Choć mam wrażenie, że odkąd pojawiłeś się w szkole, to się nasiliło. Nigdy z nimi nawet nie rozmawiałam.
- Znam takie jak one - powiedział i zaraz poważniejszym tonem dodał: - Irytujesz je samą obecnością. Bo masz coś, czego one nigdy nie miały.
- Co takiego? - dopytałam zaciekawiona.
- Swój świat. Wewnętrzny blask. Pasję. Wolność.
- Blask? - powtórzyłam zaskoczona. - Postrzegałam się raczej jako kogoś przezroczystego.
- Nie oznacza to, że dla innych nie błyszczysz. - Spojrzał na mnie uważnie. - Takie jak one w dziewięćdziesięciu procentach przypadków pod maską pewnych siebie gwiazd szkolnych sal i korytarzy, dziewczyn z dobrych, bogatych domów skrywają zwykle głębokie nieszczęście. Wydawać by się mogło, że mają wszystko, a tymczasem prawda bywa szokująca. Zazdrość pcha je do takich zachowań. Wydaje im się, że mogą odreagowywać na kimś słabszym to, co muszą znosić w swoich wyidealizowanych domach.
- Teraz twoja kolej - rzuciłam, próbując zatuszować zmieszanie. - Powiedz coś o sobie.
Wzruszył ramionami.
- Mam na imię Brian. Przyjechałem tu z Chicago. Moi rodzice ciągle się przeprowadzają przez pracę mojego ojca. Dlatego jestem tutaj. Nie znoszę zmian. Nie lubię zaczynać od nowa. A ciągle muszę. - Patrzył przed siebie, unikając mojego spojrzenia, jakby te słowa były trudniejsze, niż chciał przyznać. - I też lubię zachody słońca - dodał po chwili. - Bo przypominają mi, że wszystko, co piękne... zawsze kończy się zbyt szybko.
Jego głos był delikatny, mówił niemal szeptem, a ja poczułam, jak coś ściska mi gardło.
- A jednak... - odezwałam się cicho - słońce wschodzi każdego dnia na nowo. Niestrudzone. Wlewając w nas nadzieję i ogrzewając swoim ciepłem.
Spojrzał na mnie bez słowa, ale w jego oczach zapaliła się iskierka.
- Często tu przychodzisz? - zapytał.
- W zasadzie... trafiłam tu przez przypadek. Z czystej ciekawości, bo drzwi od strony korytarza były uchylone. - Wzruszyłam ramionami. - Nie wiedziałam, że jest stąd taki widok. Ani że w ogóle można tu wejść. Jak otworzyłeś zamek?
Wyciągnął z kieszeni mały, cienki drucik i pomachał mi nim przed oczami.
- Może następnym razem nie zostawiaj ich otwartych. Woźny może cię tu kiedyś zamknąć - ostrzegłam, a on się roześmiał, jakby to był najlepszy żart, jaki kiedykolwiek usłyszał.
- Spokojnie. Wszedłem, to i wyjdę - odparł z uśmiechem.
Zamilkliśmy. Patrzyliśmy, jak słońce znika za horyzontem, rozlewając po niebie złoto i pomarańcz.
- Zrobiło się późno, powinnam już iść - powiedziałam cicho, po czym wstałam.
Ale stawiając krok, niefortunnie zaczepiłam nogą o krawędź obmurówki. Na sekundę świat zawirował, dach zniknął spod moich stóp, a powietrze stanęło w miejscu. Krzyk uwiązł mi w gardle.
Wiedziałam, że spadam. I wtedy poczułam jego ręce. Mocny chwyt. Szarpnięcie.
Brian przyciągnął mnie do siebie z taką siłą, że aż uderzyłam w jego klatkę piersiową. Trzymał mnie mocno, pewnie. A ja uczepiłam się go jak tratwy ratunkowej, kurczowo, jakby samo puszczenie mogło oznaczać upadek, mimo że stałam już stabilnie.
Ciepło jego ciała rozlało się po mnie jak fala, choć adrenalina wciąż dudniła w żyłach. Drżałam cała, serce uderzało za szybko, a oczy zaszły łzami. Nie mogłam złapać powietrza. A potem... szloch wyrwał mi się z gardła - cichy, bezradny, wbrew woli, jakby moja słabość znalazła ujście właśnie w jego ramionach.
- Musisz uważać... niewiele brakowało - powiedział cicho. Z jego ust wylewał się potok słów, jakby próbował zagłuszyć mój strach: - Hej, wszystko okej? Co się dzieje? Już dobrze. Trzymam cię. Nie płacz, proszę...
Wsunął palec pod mój podbródek i delikatnie skierował mi twarz ku górze. Spojrzałam na niego przez łzy. Jego oczy były tak blisko, uważne, jakby chciał się upewnić, że naprawdę oddycham, że jestem tu, z nim.
Wziął mnie na ręce i przeniósł z dala od krawędzi. Nie potrafiłam stanąć o własnych siłach, więc trwaliśmy tak - ja wtulona w niego, on spokojny, delikatnie głaszczący mnie po włosach.
- Masz lęk wysokości? - zapytał, ale ja wciąż nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa.
- Hej, Claudia... odezwij się.
- Dziękuję. Boże, dziękuję, że mnie złapałeś. Jestem taka niezdarna - wyszeptałam, a głos drżał mi bardziej niż dłonie.
- Brian, nie "Boże" - rzucił z lekkim uśmiechem, próbując rozproszyć mój strach. - Masz lęk wysokości? - powtórzył, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Nie... nie mam. Po prostu się wystraszyłam. Już widziałam, jak spadam...
- Nigdy bym do tego nie dopuścił - powiedział cicho, a w jego głosie było coś, co sprawiło, że całe moje ciało przeszył dreszcz.
Przez chwilę nie odważyłam się nawet mrugnąć. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, zbyt blisko, by uciec, zbyt poruszeni, by odwrócić wzrok. Powietrze między nami zgęstniało, jakby świat zatrzymał się na granicy, której żadne z nas nie miało odwagi przekroczyć.
Nie wiedziałam wtedy, że właśnie tam - na starym dachu, w blasku zachodzącego słońca i w jego ramionach - rozpoczęła się historia, która miała zmienić mnie na zawsze.
ROZDZIAŁ 4
Niektóre pożegnania nie są wyborem -
to wyroki, które jesteś zmuszony odbyć w milczeniu
Brian
Dzień wcześniej
Cały dzień spędziliśmy razem, celebrując końcówkę wakacji. Byłem o rok starszy od Claudii, ale przez ciągłe przeprowadzki musiałem powtarzać klasę, więc oboje mieliśmy już wkrótce zacząć nasz ostatni rok w szkole średniej.
Wróciłem do domu późno. Wciąż słyszałem w głowie jej śmiech, widziałem ten uśmiech, czułem ciepło jej dłoni.
Zakradałem się cicho do drzwi wejściowych, tak jak robiłem to od miesięcy. Tym razem nie miałem szczęścia.
Światło w korytarzu zapaliło się nagle i oślepiło mnie na chwilę, włączyła je moja matka.
- Brian - zaczęła ostrożnie. - Musimy porozmawiać.
Wiedziałem, że to nie będzie dobra rozmowa. Usiadłem na skraju fotela, serce waliło mi w piersi.
- Twój ojciec przyjął kontrakt w Hiszpanii. Wyjeżdżamy.
- Co to znaczy: "wyjeżdżamy"? Kiedy? - Tego się nie spodziewałem.
- Musimy być tam w ciągu trzech dni.
Patrzyłem na nią w milczeniu, próbując przetrawić słowa, które zdawały się nie mieć sensu.
- Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz? - wydusiłem w końcu. - A co ze mną?
Mama westchnęła ciężko, jakby była zmęczona tą rozmową, zanim jeszcze się naprawdę zaczęła.
- Bo i tak nie miałbyś nic do gadania. Zapisaliśmy cię do szkoły z internatem. W Stanach. Do akademii wojskowej. Ojciec załatwił ci miejsce. Akademia da ci szansę na przyszłość.
Zamrugałem.
- Akademii wojskowej? - powtórzyłem, jakbym źle usłyszał.
- To elitarna szkoła, Brian - odparła chłodno. - Dyscyplina. Wysoki poziom nauczania. Będziesz miał szansę ubiegać się o stypendium.
Pokręciłem głową.
- Nie chcę iść do szkoły wojskowej. Chcę studiować architekturę. Chcę budować, a nie maszerować w mundurze.
Usta mamy zacisnęły się w cienką linię.
- Brian, ta szkoła może ci otworzyć drzwi. Bez stypendium nie będziemy mogli cię wesprzeć na dobrej uczelni. To szansa. Może jedyna.
Wstałem gwałtownie.
- Szansa? - prychnąłem. - A może po prostu wygodny sposób, żebyście mogli wyjechać, nie martwiąc się mną?
- To nieprawda - zaprotestowała szybko mama. - Robimy to dla twojej przyszłości.
Zaśmiałem się gorzko.
- Dla mojej? Czy dla własnego spokoju?
Jej oczy zaszkliły się łzami. Ale się nie cofnęła.
- Brian... Kiedyś to zrozumiesz.
- Co z Claudią? - wyrwało mi się, zanim zdążyłem się powstrzymać. - Co z nami?
Podeszła i pogładziła mnie po policzku, jakbym był małym chłopcem.
- Jesteś jeszcze młody, synku. Znajdziesz sobie nową miłość.
Odtrąciłem jej rękę.
- Ty chyba żartujesz.
- To nie jest kwestia podlegająca dyskusji - powiedziała lodowato. - W akademii i tak nie będziesz miał dostępu do prywatnego telefonu. Kontakt z rodziną raz na miesiąc, pod nadzorem. Skoncentrujesz się na nauce i przygotowaniu do przyszłości.
- Nie pojadę tam - warknąłem.
- Jeśli zostaniesz, nie licz na nasze wsparcie. - Mama była niewzruszona. - Będziesz musiał radzić sobie sam. Nie będziesz miał domu. Nie będziesz miał nic.
Poczułem, jakby ziemia usunęła mi się spod nóg. Nie miałem wyboru. To nie była decyzja. To był wyrok. Odwróciłem się, bo wiedziałem, że jeśli zostanę w salonie sekundę dłużej, powiem coś, czego nie cofnę.
- Spakuj swoje rzeczy - zarządziła mama bez cienia emocji w głosie. - Wylatujemy o świcie.
Nie rozumieli mnie. Nigdy mnie nie rozumieli. I nawet nie próbowali. Zawsze interesowali się jedynie sobą. Ja byłem niewygodnym elementem w ich życiu.
Wróciłem do pokoju, rzuciłem się na łóżko i wbiłem wzrok w sufit. Może powinienem zostać? Zacząć żyć na własną rękę? Wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni. Jej zdjęcie. Moja Claudia.
Mogłem napisać. Zadzwonić. Ale co miałem jej powiedzieć? Że jestem tchórzem? Że nie walczyłem? Że pozwoliłem im znów zadecydować za mnie? Zacisnąłem pięści, miotając się.
Wiedziałem jedno - gdybym ją zobaczył... nie miałbym siły odejść. Gdybym jednak został tu sam, nie miałbym jej nic do zaoferowania.
Może... może matka miała rację? Bez stypendium nie dostanę się na wymarzone studia. Claudia zasługuje na kogoś, kto zawsze przy niej będzie. Nie na mnie - chłopaka, który ciągle znika.
Odwróciłem ekran telefonu. Kliknąłem "drukuj".
Z mojego Instaxa wysunęło się małe zdjęcie. Złożyłem je i wsunąłem do portfela, jakby miało stać się talizmanem.
Zasługiwała na wyjaśnienia. Na pożegnanie. Ale wiedziałem, że jeśli stanie przede mną, spojrzy mi w oczy - nie odejdę sam z siebie. Ona też nie pozwoli mi odejść.
Pamiętałem, jak zobaczyłem ją pierwszy raz. Oparta o pień drzewa, trzymała aparat przy oku, całkowicie pochłonięta światem widocznym tylko przez obiektyw. Byłem nią zafascynowany, zanim jeszcze zobaczyłem jej twarz. Jej energia krzyczała: "Jestem indywiduum. Nie potrzebuję tłumów".
A pasja, z jaką łapała świat w obiektyw, niosła ze sobą swego rodzaju magię. Już wtedy wiedziałem, że choć nigdy w nowym miejscu nie próbowałem angażować się za bardzo - tym razem przepadłem, zanim poznała moje imię.
Sięgnąłem po portfel i jeszcze raz zerknąłem na zdjęcie Claudii. Czułem, jak powoli umiera część mnie, ta najważniejsza. Ta, dzięki której przez ostatnie miesiące pierwszy raz naprawdę czułem się żywy.