Przedmowa
Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. Są też takie, które od pierwszych stron podsuwają czytelnikowi niewygodne pytanie: co właściwie wiemy o ludziach, obok których żyjemy? "Staw" należy właśnie do tej ostatniej, najrzadszej kategorii. To powieść, która korzysta z narzędzi mrocznego kryminału, ale nie zatrzymuje się na tajemnicy i śledztwie. Idzie dalej - w głąb małej społeczności, w głąb rodzinnej zależności, w głąb religijnego języka, który może być źródłem ocalenia, ale może też stać się zasłoną dla przemocy. A przede wszystkim idzie w głąb człowieka. I czyni to z niezwykłą pewnością ręki.
Największą siłą tej książki jest jej ton. Autor nie ulega pokusie łatwej sensacji, choć temat aż się o nią prosi. Nie epatuje okrucieństwem, nie handluje obrzydzeniem, nie próbuje kupić uwagi czytelnika coraz mocniejszym obrazem. Zamiast tego buduje napięcie powoli, cierpliwie, niemal reportażowo. To napięcie rodzi się nie tylko z samej historii, lecz także z precyzyjnej obserwacji świata, w którym ta historia się wydarza. Mała miejscowość na Pojezierzu Brodnickim nie jest tu jedynie dekoracją. Jest osobnym bohaterem: z własnym rytmem, własną hierarchią, własnym systemem zależności, przemilczeń i lojalności. Kto zna polską prowincję, ten rozpozna ten krajobraz natychmiast. Kto nie zna - uwierzy w niego bez trudu.
Właśnie dlatego "Staw" wybrzmiewa mocniej niż zwykły thriller. To nie jest opowieść o abstrakcyjnym złu, które przychodzi z zewnątrz, lecz o złu wpisanym w codzienność. W zapach smażonej ryby, w rozmowy pod sklepem, w rytuał niedzielnej mszy, w sąsiedzkie przyzwyczajenia, w ciche kompromisy, które ludzie zawierają ze sobą i z własnym sumieniem. Autor z wyjątkową przenikliwością pokazuje mechanizm społecznej ślepoty: to, jak wspólnota uczy się nie widzieć tego, co zagraża jej wyobrażeniu o sobie samej. W tym sensie jest to książka nie tylko kryminalna, ale również głęboko socjologiczna. Zadaje pytanie o cenę porządku, o cenę autorytetu i o cenę spokoju. I odpowiedź, którą podsuwa, jest chłodna i bolesna.
Równie mocny jest wymiar psychologiczny tej powieści. Relacje między bohaterami nie zostały tu zbudowane na prostych przeciwieństwach: dobry-zły, silny-słaby, ofiara-sprawca. Nic nie jest tak łatwe. Autor znakomicie rozumie, że najciekawsze i najstraszniejsze zarazem są te więzi, w których miłość miesza się z dominacją, wdzięczność ze strachem, lojalność z uzależnieniem psychicznym. To książka o rodzinie, ale rodzinie pokazanej bez sentymentalizmu. O braterstwie, które zamiast chronić, może również zniewalać. O tym, że przemoc nie zawsze zaczyna się od krzyku i ciosu. Czasem zaczyna się od opieki. Od bycia potrzebnym. Od tego jednego człowieka, bez którego - jak się wydaje - nie potrafimy żyć.
Nie sposób pominąć także warstwy teologicznej, prowadzonej z rzadko spotykaną powagą. "Staw" nie jest antyreligijną prowokacją ani publicystycznym oskarżeniem wymierzonym w instytucję Kościoła. Jest czymś znacznie dojrzalszym: literackim namysłem nad językiem wiary i nad tym, co dzieje się, gdy język ten zostaje oderwany od elementarnego dobra. Autor pokazuje, jak cytat z Pisma, idea miłosierdzia, gest duszpasterskiej troski czy sama figura kapłana mogą zostać wykorzystane jako narzędzia kontroli. Ale pokazuje też coś ważniejszego: że profanacja najczęściej nie polega na jawnej drwinie, lecz na użyciu rzeczy świętych do celów całkowicie pogańskich. To bardzo mocne i bardzo potrzebne rozpoznanie.
Od strony konstrukcyjnej jest to powieść niezwykle świadoma. Autor wie, kiedy przyspieszyć, a kiedy zwolnić. Wie, jak prowadzić czytelnika przez kolejne warstwy historii, nie odbierając mu napięcia, mimo że niektóre karty zostają odsłonięte stosunkowo wcześnie. To również wymaga odwagi: zrezygnować z taniej gry w "kto zabił?" na rzecz trudniejszego pytania "jak długo można żyć obok zła i nazywać to normalnością?". Ta decyzja okazuje się literacko bardzo owocna. Dzięki niej "Staw" nie jest jednorazową zagadką, lecz opowieścią, która zostaje z czytelnikiem długo po zamknięciu książki.
Warto też podkreślić jakość języka. Jest on oszczędny, ale nie ubogi; gęsty, ale nie pretensjonalny. Autor umie pisać o przyrodzie tak, by nie zamieniać jej w pocztówkę, i umie pisać o przemocy tak, by nie robić z niej widowiska. Szczególnie cenny jest kontrast między pięknem krajobrazu a moralnym rozkładem, który toczy bohaterów i ich otoczenie. Woda, las, jezioro, deszcz, muł, cisza - wszystko to pracuje tu nie tylko jako obraz, lecz także jako metafora. W rezultacie czytelnik dostaje świat pełny i sugestywny, niemal namacalny.
"Staw" jest również książką o pamięci. O ludziach, którzy wypadają poza nawias wspólnoty i w związku z tym łatwo wypadają także poza pamięć zbiorową. To temat bardzo ważny i bardzo współczesny. W świecie, który uczy nas szybkości i nadmiaru bodźców, zniknięcie człowieka pozornie nic nie kosztuje. Najpierw znika z ulicy. Potem z opowieści. Potem ze statystyki. Ta powieść stawia opór temu mechanizmowi. Przywraca wagę temu, co zazwyczaj zostaje przemilczane. W tym sensie jest nie tylko dobrą literaturą, ale również gestem etycznym.
Nie mam wątpliwości, że czytelnik znajdzie tu wszystko, czego oczekuje od mocnej prozy: napięcie, wyraziste postaci, wiarygodny świat, emocjonalny ciężar i pamiętne sceny. Ale znajdzie też coś więcej - intelektualne i moralne wyzwanie. "Staw" nie daje łatwej satysfakcji. Nie pozwala wygodnie odsunąć od siebie opisywanego zła. Przypomina, że najbardziej niepokojące historie nie dzieją się w miejscach egzotycznych ani wyjątkowych. Dzieją się tam, gdzie codzienność jest najbardziej rozpoznawalna, a pozorny porządek - najbardziej uspokajający.
To książka znakomicie przemyślana, dojrzała i odważna. Taka, która ufa inteligencji czytelnika i nie schlebia jego najprostszym odruchom. Taka, która potrafi jednocześnie wciągnąć i poruszyć. Taka, którą czyta się z rosnącym napięciem, ale odkłada z poczuciem, że uczestniczyło się w czymś poważniejszym niż tylko dobrze opowiedziana historia.
Oddaję więc tę powieść w ręce czytelnika z pełnym przekonaniem, że trafia do Państwa książka wyjątkowa. Mroczna, przejmująca, pięknie napisana i długo niepozwalająca o sobie zapomnieć. Proszę wejść w ten świat ostrożnie. I proszę pamiętać, że najciemniejsze rzeczy rzadko leżą na widoku. Najczęściej czekają tuż pod powierzchnią.
Rozdział 5: Metoda
Każdy seryjny morderca ma swoją sygnaturę - powtarzalny wzorzec zachowania, który wyróżnia go spośród innych sprawców i który pozostaje stały nawet wtedy, gdy zmienia się modus operandi, czyli sposób działania. Modus operandi jest funkcjonalny - służy celowi, ewoluuje, dostosowuje się do okoliczności. Sygnatura jest osobista - wynika z psychiki sprawcy, z jego potrzeb, z tego, kim jest na najgłębszym poziomie. FBI odróżnia te dwa pojęcia od lat siedemdziesiątych, kiedy agenci John Douglas i Robert Ressler zaczęli prowadzić wywiady z osadzonymi mordercami w amerykańskich więzieniach, próbując zrozumieć nie jak zabijają, lecz dlaczego.
Modus operandi Karola Batorskiego był prosty, powtarzalny i skuteczny. Sygnatura - trudniejsza do uchwycenia. Tkwiła nie w sposobie zabijania, lecz w tym, co działo się przed.
W kolacji.
Proces zaczynał się zawsze tak samo - od wyjazdu. Karol wyjeżdżał z Steklina raz na sześć do ośmiu tygodni. Nigdy częściej. Nigdy rzadziej. Regularność była kluczem - zbyt częste wyjazdy wzbudziłyby uwagę, zbyt rzadkie sprawiłyby, że węgorze w stawie wróciłyby do normalnej diety i normalnych rozmiarów, a Lesław mógłby zacząć myśleć, że to się skończyło. Karol nie chciał, żeby Lesław myślał, że to się skończyło. Chciał, żeby Lesław wiedział, że to trwa - cicho, regularnie, nieodwołalnie. Jak pory roku. Jak zmiana dnia i nocy. Jak oddychanie.
Preteksty do wyjazdów były zawsze wiarygodne, bo były prawdziwe. Karol naprawdę jeździł na spotkania duszpasterskie do kurii w Toruniu. Naprawdę kupował materiały liturgiczne w składzie przy ulicy Podmurnej. Naprawdę odwiedzał księgarnię katolicką na Starym Mieście, gdzie zamawiał książki - teologiczne i kryminały, jedne i drugie z taką samą częstotliwością. Naprawdę spotykał się z dziekanem Mirskim w Brodnicy na comiesięcznych zebraniach dekanatu. Te wyjazdy istniały w oficjalnym kalendarzu parafii, widniały w ogłoszeniach na tablicy przy kościele, były znane Władysławie i parafianom. Ksiądz Karol jedzie do Torunia na spotkanie z kurią. Ksiądz Karol jedzie do Grudziądza po materiały na remont. Ksiądz Karol jedzie do Olsztyna na rekolekcje kapłańskie. Normalnie. Transparentnie. Bez tajemnic.
Tajemnica zaczynała się po załatwieniu oficjalnych spraw.
Karol miał zwyczaj wracać z miast późno - wyjeżdżał rano, a wracał wieczorem, tłumacząc to korkami, kolejkami w urzędach, przedłużającymi się spotkaniami. Nikt nie sprawdzał, bo nie było powodu. A te dodatkowe godziny - trzy, cztery, czasem pięć - Karol spędzał w miejscach, do których normalny proboszcz z Pojezierza Brodnickiego nigdy by nie trafił. Pod dworcami. W okolicach noclegowni. Na pustych parkingach przy obwodnicach, gdzie zbierali się ludzie bez adresu. W parkach, pod wiaduktami, w bramach kamienic na peryferiach miast.
Nie szukał. Nie polował. To słowo - polowanie - sugerowałoby pośpiech, napięcie, podniecenie łowcy. Nic z tych rzeczy. Karol spacerował. Spokojnie, naturalnie, w czarnej koszuli z koloratką, z krzyżem na piersi, z torbą na ramieniu, w której miał brewiarz i butelkę wody. Wyglądał jak to, czym był - jak ksiądz. A ksiądz w okolicach dworca czy noclegowni nie wzbudzał podejrzeń. Wręcz przeciwnie - wzbudzał zaufanie. Ludzie na marginesie społeczeństwa znali księży. Znali ich z noclegowni, gdzie kapelani odprawiali msze. Z jadłodajni prowadzonych przez Caritas. Z pogrzebów bezdomnych, na których czasem, choć rzadko, pojawiał się jakiś duchowny. Ksiądz w tych miejscach był postacią naturalną - jak lekarz w szpitalu, jak strażnik w więzieniu. Należał do krajobrazu.
Karol rozmawiał. Z każdym, kto chciał rozmawiać. Siadał na ławce obok mężczyzny w brudnym płaszczu i pytał: "Jak pan ma na imię?". Nie: "Czy mogę panu pomóc?". Nie: "Czy chciałby pan gorący posiłek?". Imię. Zawsze zaczynał od imienia. Bo imię jest tym, co ludzie na ulicy tracą jako pierwsze - przestają je słyszeć, przestają je wypowiadać, przestają je kojarzyć z sobą. Kiedy ktoś mówił do nich po imieniu, coś w nich się otwierało. Coś, co było zamknięte od miesięcy, lat, dekad.
- Jestem Karol. Jestem księdzem. Jak pan ma na imię?
- Wiesław.
- Wiesław. Dawno pan jadł, Wiesław?
- Rano. W jadłodajni na Bydgoskiej. Zupę dają, ale tylko do jedenastej.
- A spał pan gdzie?
- Pod mostem. Przy Wiśle. Jest taki mostek koło parku, tam nikt nie zagląda.
- Zimno tam w nocy, Wiesław.
- Zimno. Ale się człowiek przyzwyczai. Do wszystkiego się człowiek przyzwyczai.
Karol słuchał. Kiwał głową. Nie doradzał, nie oceniał, nie nawracał. Nigdy nie zaczynał od Boga - to był błąd, który popełniali kapelani w noclegowniach, i Karol wiedział, że ten błąd zamyka ludzi szybciej niż cokolwiek innego. Mówił o prostych rzeczach - o jedzeniu, o pogodzie, o mieście. A potem, po dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu minutach rozmowy, kiedy nieznajomy zaczynał mu ufać - bo Karol wzbudzał zaufanie z łatwością, z jaką ogień wzbudza ciepło - mówił o Steklinie.
- Mam parafię na wsi, pod Brodnicą. Małe miejsce, spokojne. Gdyby pan kiedyś potrzebował przerwy od miasta - dach nad głową, ciepły posiłek, dzień lub dwa spokoju - niech pan przyjedzie. Dam panu adres.
Nie naciskał. Nigdy nie naciskał. Podawał wizytówkę - zwykłą, białą, z nazwiskiem, adresem parafii i numerem telefonu - i odchodził. Większość mężczyzn wyrzucała wizytówkę lub gubiła ją tego samego dnia. Niektórzy chowali ją do kieszeni i zapominali. Ale co kilka tygodni ktoś dzwonił. Albo nie dzwonił - po prostu przyjeżdżał, autobusem albo na piechotę, z plecakiem na plecach i wizytówką w ręce, i pytał w sklepie Mańkowej, gdzie jest plebania.
I Karol był gotowy. Zawsze był gotowy.