Statystycznie niemożliwe święta - Julita Dziekańska

-
Proszę czekać

1

Wpatruję się w wiadomość na ekranie, który razi mnie w oczy.

Temat: GRATULUJEMY WYGRANEJ! GŁÓWNA NAGRODA JEST TWOJA!

Mrugam. Trzy razy.

Każdy, kto korzysta z internetu dłużej niż tydzień, wie, że otworzenie maila o takim tytule w dziewięciu na dziesięć przypadków kończy się włamaniem na konto w mediach społecznościowych. Zamierzam więc go zignorować, ale moją uwagę przykuwa początek wiadomości:

Szanowna Pani Snow, z przyjemnością informujemy, że jest Pani zwyciężczynią świątecznej loterii Evergreen Hills Inn.

Snow?

Odświeżam pocztę.

Jeśli to phishing, to bezczelnie optymistyczny.

Otwieram wiadomość tylko dlatego, że nie cierpię nieodczytanych powiadomień.

Sprawdzam adres nadawcy, domenę. Jestem pewna, że regularnie czyściłam nagromadzone ciasteczka. Czy kliknęłam coś, co sprowadziło na mnie bandę zbuntowanych botów?

I nagle w mojej głowie zapala się lampka.

- O cholera...

Dwa tygodnie wcześniej...

Nie ma nic bardziej romantycznego niż randka z mężczyzną, który zaczyna spotkanie od: "Nie wierzę w etykiety, ale moja terapeutka twierdzi, że mam trudność w budowaniu relacji".

Siedzę w uroczej knajpie w centrum Nowego Jorku i umieram wewnętrznie. Patrzę na faceta z idealnie przystrzyżoną brodą i zaczesanymi na żel włosami i zastanawiam się, czy to ja przyciągam takich ludzi, czy istnieje tajne stowarzyszenie samców, którzy tworzą konta na Tinderze wyłącznie po to, żeby wciskać kobietom kit o swojej niedostępności emocjonalnej.

- Wiesz - mówi z przejęciem - ja po prostu dużo czuję.

Oczywiście, że tak. Wszyscy dużo czują. Problem zaczyna się, kiedy trzeba coś z tym zrobić.

Uśmiecham się uprzejmie. To mój wyćwiczony zawodowy uśmiech. Ten sam, którego używam w pracy, kiedy podczas spotkania ktoś mówi: "Musimy myśleć nieszablonowo".

Franklin ma trzydzieści dwa lata, jest handlarzem samochodów z Minnesoty i zagorzałym fanem napoju Dr Pepper.

Jako dwudziestosześciolatka z imponującą liczbą odbytych pierwszych randek, które stają się również ostatnimi, zaczynam podejrzewać, że rynek matrymonialny przypomina giełdę po kryzysie - dużo obietnic, mało stabilności. Szanuję swój czas. I zasoby emocjonalne. A już na pewno wiem, że mogę spożytkować energię na spędzenie czasu w lepszym towarzystwie.

Kiedy więc Franklin od kilkudziesięciu minut prowadzi tyradę o problemach emocjonalnych w naszym pokoleniu, odchrząkuję znacząco.

- Wiesz... - zaczynam w ten sam sposób co on. - Myślę, że po prostu szukamy czegoś innego.

Nie czekam na jego reakcję. Staram się uniknąć niezręczności, więc zostawiam na stole kwotę w gotówce, która pokryje moje zamówienie, i kieruję się w stronę wyjścia.

Chłodne listopadowe powietrze hulające po ulicach daje mi odrobinę ulgi, ale jednocześnie przypomina o kolejnym roku, który zmierza ku końcowi. Kolejnym roku, w którym zmarnowałam zbyt wiele wolnego czasu na poszukiwanie czegoś, co być może nie jest mi pisane.

Telefon wibruje w kieszeni płaszcza. Modlę się w duchu, by to nie była wiadomość od gościa, którego właśnie zostawiłam w restauracji. To już ponad moje siły. Mam dość dobrze zapowiadających się randek, które nie przynoszą rezultatów. Dość mężczyzn, którzy "pracują nad sobą" w teorii, a w praktyce testują cierpliwość niewinnych kobiet.

Spoglądam niepewnie na ekran i wypuszczam powietrze z ulgą.

Mollie: Jestem w Saturn & Tonic i zamówiłam drinki sprzyjające naszym znakom zodiaku.

Prycham pod nosem z wdzięcznością. Mollie ma doskonałe wyczucie czasu. Zawsze pojawia się wtedy, kiedy trzeba, z drinkiem i absurdalnie ciekawą historią. Chyba warto wspomnieć, że to również szalenie zasięgowa influencerka, która stanowi moje totalne przeciwieństwo. Podczas gdy ja wierzę w arkusze kalkulacyjne, wskaźniki efektywności i fakt, że świat rządzi się prawdopodobieństwem, Mollie stawia na odpowiednią energię, intuicję i moc kryształów. Ma ponad dwa miliony obserwujących, kilka stałych współprac marketingowych i talent do mówienia o wszechświecie, jakby był naszym prawnym opiekunem. Ja praktycznie nie istnieję w mediach społecznościowych. Moje prywatne konto obserwuje około czterdziestu osób, a jedyną grupą, która mog­łaby uznać je za interesujące, są prawdopodobnie entuzjaści roślin doniczkowych.

Poznałyśmy się cztery lata temu, kiedy wprowadziłam się do mieszkania naprzeciwko Mollie. Początkowo zakładałam, że to jej drzwi są moimi. Nie mogłam ich otworzyć kluczem, więc stworzyłam plan "włamania". Miałam zestaw narzędzi, a nawet zapasowe śrubki do skręcania mebli. Nie przewidziałam tylko, że przez dobre piętnaście minut będę próbowała otworzyć drzwi do cudzego mieszkania. Dopiero gdy w progu stanęła obca dziewczyna z kubkiem parującej herbaty w dłoni i szerokim uśmiechem, zrozumiałam, że próbuję sforsować nie swoje mieszkanie.

Nie była zirytowana. Nie była nawet zaskoczona. Patrzyła na mnie z rozbawieniem, jakby właśnie otrzymała dowód na istnienie zjawisk mistycznych.

Dwadzieścia minut później siedziałyśmy wśród sterty pudeł na podłodze mojego (faktycznie mojego) mieszkania, zajadając się lodami z jej zamrażarki. Właśnie wtedy narodziła się nasza przyjaźń - między jej wiarą w znaki a moją w instrukcje obsługi.

Ja: Daj mi 10 minut.

Muszę prezentować się gorzej, niż przypuszczałam, bo gdy tylko znajduję się w zasięgu wzroku przyjaciółki, zostaję zamknięta w niedźwiedzim uścisku.

- Wyglądasz jak ktoś, kto przeżył właśnie sesję terapeutyczną - mówi, kiedy odsuwa się ode mnie na odległość ramienia.

- Jest w terapii - przyznaję.

- Oczywiście, że jest... - Wzdycha ostentacyjnie. - Powinnaś zacząć pobierać od nich opłaty.

Chichoczę z grymasem na ustach.

- Dobra myśl.

Zajmujemy miejsce przy ulubionym stoliku przy oknie. Drinki już na nas czekają. Mój to Strategiczny Ascendent, czyli dopracowana kompozycja na bazie Gin & Tonic. Idealne proporcje, czysty, przewidywalny smak. Wybór Mollie to Solarne Przebudzenie, inspirowane Tequila Sunrise - warstwy jak wschód słońca, trochę chaosu, odrobina ognia.

Biorę długi łyk i jęczę cicho z zadowolenia.

- Wiedziałam, że tego będzie ci trzeba - mówi z przekonaniem.

- Tak?

- Mhm. Tarot nigdy nie kłamie.

Unoszę prowokacyjnie brwi. Mollie zna moje podejście do zrządzenia losu, sił nadprzyrodzonych i wiary w odpowiedzi zawarte w kartach. Nie przeszkadza jej to jednak w stawianiu tarota za każdym razem, gdy w moim życiu jest szansa na potencjalny przełom.

Czy mówiła, że randka z Franklinem to zły pomysł? Być może.

Czy uzasadniła to układem planet i liczbą liter w jego imieniu? Jak najbardziej.

- Jak twój dzisiejszy event? Astro... coś tam? - próbuję niezgrabnie zmienić temat.

Mollie rzuca mi spojrzenie, które sygnalizuje, że doskonale wie, co robię, i świadomie mi na to pozwala.

- AstroGlow and Cosmic Beauty Night - poprawia i wzdycha teatralnie. - Pięćdziesiąt influencerek, cztery marki ze swoimi astrologicznymi liniami kosmetyków i wiara, że nasze zasięgi zgotują im milionowy sukces.

- Och, no przestań. Lubisz te wydarzenia. - Kopię ją delikatnie pod stołem. - Na pewno zrobiłaś jakieś zdjęcia na sociale.

Mollie uśmiecha się promiennie i wyciąga telefon w moją stronę.

Na ekranie widnieje neon "Trust the Universe", a tuż pod nim pozuje Mollie razem z dwoma innymi dziewczynami.

- Czyli było kosmicznie - komentuję.

- Algorytmicznie - poprawia mnie. - Trzy nowe współprace i jedna drama o znaczenie daty urodzenia.

Kręcę głową z rozbawieniem.

- A! Zapomniałabym... Mam coś dla ciebie. - Mollie sięga pod stół i przekazuje mi mieniącą się brokatem torbę prezentową.

- Co to takiego?

- Kilka brandowych upominków. Ja już i tak nie mam miejsca na kolejne kryształy.

- I uznałaś, że u mnie znajdą swoją przestrzeń? - pytam z rozbawieniem.

Mollie wzrusza ramionami.

- Nawet nie zaglądałam do środka - przyznaje.

To mnie przekonuje, by zrobić to za nią.

W torbie są standardowe PR-owe prezenty - kilka kremów, serum, świeca o nazwie Manifesting Happiness i... mała złota koperta.

- Co to? - pytam i wyciągam ją na stół.

- Ach, organizator wspominał coś o loterii świątecznej. Główna nagroda to trzy tygodnie w jakimś uroczym miasteczku w Vermont. - Wzrusza ramionami. - Zgłoś się, co ci szkodzi?

- Wiesz, że wygrana w takiej loterii to statystycznie...

- Co ci szkodzi? - powtarza, przerywając mi. - Zaszalej, Josie. Raz w życiu zdaj się na los.

Wpatruję się w złote zawijasy na ozdobnej kopercie. Zanim zdążę się nad tym porządnie zastanowić, papier znika z moich rąk.

- Zarejestrujemy cię - postanawia Mollie.

- Teraz?

- Teraz. Póki jesteś wystarczająco rozproszona, by nie czytać regulaminu.

Mrużę złowrogo oczy.

- Ha, ha, ha. Zachowujesz się dziecinnie.

Totalnie mnie ignoruje, w pełni skupiona na skanowaniu kodu QR z kartki.

- Trzeba podać numer losu, mail, imię i nazwisko.

- Wpisz prawdziwe dane - sugeruję.

W oczach Mollie dostrzegam ten psotny błysk, który znam aż za dobrze.

- To konkurs, nie formularz aplikacyjny.

- Co to zmienia?

- Och, użyj wyobraźni, Josie! - niemal krzyczy, a ja rozglądam się po lokalu, próbując zminimalizować ryzyko zwrócenia na nas czyjejś uwagi.

- Okej, okej - uspokajam ją. - Co proponujesz?

Ale ona mnie już nie słucha. Widzę, jak jej palce tańczą po ekranie z wyćwiczoną precyzją.

- Imię... - mruczy pod nosem.

- Co ty kombinujesz? Mols?

- Wiem! Angel Snow!

Uderzam się otwartą dłonią w czoło.

- To brzmi jak pseudonim tancerki erotycznej.

- Przyciągnie uwagę.

- Loterie tak nie działają... - tłumaczę.

- Wysłane. - Szczerzy się przebiegle znad swojego solarnego drinka. - Podziękujesz mi później.

I oto jesteśmy. Dwa tygodnie później z dziwną wiadomością w mojej skrzynce odbiorczej.

Skanuję wzrokiem treść maila, a następnie zamykam laptopa.

Dopijam duszkiem piątkowy koktajl, który powinien mnie zrelaksować, ale jakimś dziwnym sposobem stracił całą moc.

Wychodzę na korytarz i pukam cztery razy do drzwi mieszkania naprzeciwko. Tak, dokładnie cztery - inaczej mnie zignoruje.

Mollie, a właściwie Melody Brooks - uwaga: nigdy nie zwracaj się do niej prawdziwym imieniem - to słońce wśród burzowych chmur. Choć trafniejsze byłoby określenie "najjaśniejsza gwiazda w niebiańskiej konstelacji". Wita mnie w progu z radosnym uśmiechem, w astralnym stroju, z brokatem na policzkach i w opasce z króliczymi uszami. Jej blond włosy z jaskraworóżowymi końcówkami są zaplecione w dwa warkocze sięgające ramion.

Kiedy widzi moje uniesione brwi, macha lekceważąco ręką.

- Nagrywam rolkę o energii listopada - tłumaczy, jakby właśnie zapowiadała pogodę na następny tydzień. - Jeśli masz jakiś kryzys, to wina retrogradacji Wenus.

- Wygrałam - wypalam bez namysłu.

Twarz Mollie przybiera dobroduszny wyraz.

- Oczywiście, że wygrałaś. - Kładzie mi rękę na ramieniu. - To skarb mieć taką przyjaciółkę jak ja.

- Nie, Mols. Wygrałam. Na loterii.

Jestem w stanie dokładnie wskazać moment, w którym trybiki w jej głowie zaczynają pracować i dociera do niej, o czym mówię.

- O. O! Na tej loterii?!

- To scam.

- To nie scam.

- To niemożliwe - kłócę się - prawdopodobieństwo wygranej było minimalne.

- A jednak.

- Statystycznie...

- Josie! - przerywa mi i wciąga do swojego mieszkania, bo nasza wymiana zdań zaczyna być publicznym przedstawieniem. - Przestań liczyć i zacznij pakować walizki.

- Nie mogę. Mam zobowiązania...

Mollie wzdycha teatralnie i zostawia mnie w korytarzu, skąd słyszę jakieś zamieszanie dochodzące z salonu.

- Chodźże tu! - woła.

Podążam za nią jak potulny pies, bo potrzebuję teraz duchowego trenera, a moja przyjaciółka objęła to stanowisko poza standardowymi godzinami pracy.

Salon Mollie, zresztą jak całe jej mieszkanie, to jaskinia zodiakalnej królowej. Na ścianach własnoręcznie namalowała gwiazdozbiory i rozkład faz Księżyca, a na półkach w równych rzędach ustawione są kolorowe świece i kryształy o dziwnych nazwach, których nawet nie staram się zapamiętać. Na parapecie na legowisku drzemią Lucky i Clover - dwa czarne koty, które według teorii Mollie nie zwiastują pecha, bo zaadoptowała je wystarczająco wcześnie i nadała im imiona ze szczęśliwą energią. Osobiście podejrzewam, że jedyne, co zwiastują, to konieczność częstszego odkurzania. Na biurku leży stworzona przez Mollie wyjątkowa talia tarota, a na podłodze stoi statyw z zaczepionym na nim telefonem i lampa pierścieniowa, która oświetla kanapę. Ja w mieszkaniu mam kilka roślin i trzy segregatory z dokumentami ozdabiające mój regał z książkami. Gdyby ktoś wszedł do niego po raz pierwszy, prawdopodobnie uznałby, że dopiero się wprowadziłam. Żadnych pamiątek, bibelotów czy przypadkowych ozdób. Wszystko ma swoje miejsce i konkretną funkcję. Zupełne przeciwieństwo mieszkania Mollie, które wygląda tak, jakby chaos i magia podpisały umowę o wiecznej współpracy.

- Wiesz... - Patrzę wymownie na statyw. - Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że trafiłam na plan niskobudżetowej produkcji filmu na OnlyFans.

Mollie bez pytania podaje mi kieliszek białego wina.

- Podobno są z tego niezłe pieniądze - przyznaje. - Ale to wyjście awaryjne. Póki gwiazdy mi sprzyjają, skupię się na TikToku.

Opadam na kanapę oślepiona blaskiem lampy. Czuję się jak na przesłuchaniu za kradzież miętówek z pobliskiego spożywczaka.

- To mogłaby być twoja nisza... - Upijam spory łyk. - Trochę horoskopów, trochę odsłaniania... kart.

W odpowiedzi dostaję w głowę plastikową łyżką z zestawu chińszczyzny na wynos. Lucky unosi głowę, jakby oceniał celność rzutu, a Clover przeciąga się leniwie i po chwili wskakuje Mollie na kolana, kompletnie ignorując dramat rozgrywający się w salonie.

- Dobra, pokaż tego maila.

Otwieram wiadomość na telefonie i podaję jej. Przesuwa palcem po ekranie w skupieniu, a na jej twarzy powoli pojawia się uśmiech, który zwiastuje katastrofę dla mojego zdrowego rozsądku.

- To jest znak.

- To scam.

- Przestań już z tym scamem. - Wzdycha. - Josie, wygrałaś trzytygodniowy pobyt w Vermont.

- Technicznie rzecz biorąc, wygrała Angel Snow.

Zbywa mnie machnięciem ręką.

- Szczegóły.

- To ty powinnaś tam jechać - mówię, wskazując głową telefon. - Ty dostałaś ten los. Jesteś influencerką. Ty robisz zdjęcia przy choinkach, ja robię raporty kwartalne.

- Właśnie dlatego ty tam pojedziesz. Masz zaległy urlop z dwóch lat - odpowiada z absolutną pewnością.

- A jeśli to naprawdę pomyłka?

- Zadzwońmy i sprawdźmy.

Wyciąga telefon w moją stronę z wybranym połączeniem wychodzącym. Zanim zdążę zareagować, z głośnika dobiega męski głos:

- Evergreen Hills Inn.

Czuję, jakbym dostała reakcji alergicznej, przez którą nie mogę myśleć i spuchł mi język. Głos po drugiej stronie jest niski i szorstki. Kopnięcie w kostkę od najlepszej przyjaciółki pobudza moje szare komórki.

- Dzień dobry - zaczynam ochryple. - Dzwonię w sprawie loterii świątecznej.

Chwila ciszy.

- Czy rozmawiam z panią Angel Snow?

Krzywię się, bo to mnie przypada wybrnięcie z głupiego pomysłu Mollie.

- Nie... - Zacinam się. - To znaczy... nie.

"Szalenie elokwentne, Josie" - karcę się w myślach.

- W takim razie z kim mam przyjemność?

- Josephine Foster - wykrztuszam.

- Numer losu.

- Słucham?

- Muszę zweryfikować pani tożsamość. - Mężczyzna odpowiada rzeczowo, choć mam dziwne wrażenie, że ta rozmowa jest mu nie na rękę.

Reaguję w jedyny znany mi sposób: nieufnością i racjonalnością.

- A skąd mam wiedzieć, że pan właśnie nie próbuje przejąć mojej wygranej?

Z drugiego końca kanapy Mollie przysłuchuje się tej konwersacji, jakby był to podcast o seryjnych mordercach. Kiwa z uznaniem głową w odpowiedzi na moją podejrzliwość.

- Zapewniam, że nie mam potrzeby wygrywać własnej loterii.

- To brzmi dokładnie jak coś, co powiedziałby potencjalny złodziej wygranej.

- To pani zadzwoniła.

Ma rację.

- Tak, ale...

- Numer losu.

Unoszę brwi, słysząc sfrustrowany ton rozmówcy. Nie zamierzam jednak kontynuować tej kłótni. Przeszukuję skrzynkę nadawczą, aż znajduję wiadomość sprzed dwóch tygodni.

- 45872.

Po drugiej stronie słychać ciche klikanie na klawiaturze.

- Zgadza się. - Zabawne, że nawet nie wiem, z kim rozmawiam, a wyczuwam zmianę nastroju po drugiej stronie słuchawki. - Regulamin zakwaterowania prześlę mailem. Pani pobyt rozpocznie się czwartego grudnia. Zameldowanie od godziny piętnastej. Proszę nie oczekiwać specjalnego traktowania z racji wygranej.

Mrugam zaskoczona i kompletnie zbita z tropu.

- Nie oczekiwałam...

- Dobrze.

Mężczyzna rozłącza się bez słowa pożegnania.

Wpatruję się w telefon totalnie ogłupiała, gdy pokój wypełnia głośny gwizd Mollie.

- O cię panie, ale gbur! - komentuje z przejęciem, jakby właśnie obejrzała najlepszy fragment ulubionego reality show.

Czuję się odrobinę zagubiona - próbuję zdecydować, czym bardziej jestem zaskoczona: arogancją organizatora czy faktem, że w ogóle potwierdził moją wygraną.

- Co zamierzasz? - dopytuje Mollie.

Odchylam się na oparcie kanapy i dopijam resztkę wina.

- Pojadę - mówię pewnie. - I wykorzystam każdą minutę pobytu w Evergreen Hills.

Choćby tylko po to, by zrobić temu gburowi na złość.

2

Gdybym miała opisać podróż z Nowego Jorku jednym słowem, byłoby to "śnieg".

Śnieg na drodze. Śnieg na poboczu. Śnieg na drzewach, dachach i znakach drogowych.

Biały puch sypie się z nieba, jakby ktoś wpakował całe Vermont w gigantyczną szklaną kulę i potrząsnął nią gwałtownie. Staram się nie panikować - wprawdzie w całym swoim dorosłym życiu prowadziłam auto w takich warunkach dwa razy, ale obiecałam sobie podejść do tego doświadczenia z otwartą głową. Ograniczam więc ryzyko do minimum, wyciszając radio, bo jak powszechnie wiadomo, poziom głośności ma ścisły związek z umiejętnościami kierowcy, jadę przepisowo i odprawiam modły do bogów szosy i asfaltu o bezpieczną podróż.

Gdy w końcu mijam zieloną tablicę "WITAMY W STOWE", przyozdobioną gałązkami i kolorowymi światełkami, oddycham z ulgą. W głowie jak mantrę powtarzam sobie, że to tylko trzy tygodnie. Trzy tygodnie w małym turystycznym miasteczku, które kocha święta. Myślałam, że zdjęcia zamieszczone w internecie są sprytnie podbite przez algorytm, ale widok, który mam za oszronionymi oknami, nie kłamie. Dostrzegam latarnie owinięte zielonymi girlandami, nad ulicą wiszą rzędy lampek, a do moich uszu dolatuje przytłumiony dźwięk świątecznej muzyki płynącej z głośników zamontowanych na niektórych słupach.

Ten krajobraz sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie przekroczył granicy z jakąś równoległą rzeczywistością, w której grudzień traktowany jest bardzo poważnie.

Zgodnie ze wskazówkami nawigacji skręcam w boczną uliczkę, a męski głos oznajmia, że jestem u celu.

Zatrzymuję samochód i gaszę silnik. Wycieraczki przestają pracować, więc początkowo nie widzę dokładnie budynku, który będzie moim tymczasowym lokum. Kiedy wysiadam, Stowe w stanie Vermont wita mnie powietrzem tak przenikliwie mroźnym, że moje płuca na moment zamieniają się w lodowy sopel.

Spoglądam na swoje "zimowe" buty, które zakupiłam specjalnie na tę okazję. Sprzedawczyni zapewniała, że Timberlandy są idealne na świąteczną wyprawę. Niestety wychodzi na to, że jestem wyjątkowo ciepłolubna, bo podwijam palce u stóp, a całe moje ciało przechodzi dreszcz. Zaczynam tupać w miejscu, by nieco się rozgrzać, i dopiero po chwili skupiam uwagę na pensjonacie.

Evergreen Hills Inn wygląda jak budynek zaprojektowany z myślą o bardzo konkretnym typie pocztówki. Takiej, którą ludzie wysyłają rodzinie z życzeniami, by udowodnić, że spędzają święta w miejscu rodem z reklamy Coca-Coli. Rozglądam się w poszukiwaniu charakterystycznej czerwonej ciężarówki, ale jedyne, co widzę, to pensjonat z bordową fasadą z drewna. Biała weranda otacza parter budynku, a na jej balustradach również zawieszono ozdobne girlandy poprzeplatane drobnymi lampkami. To te ciepłe złotawe światełka, które sprawiają, że człowiek automatycznie zaczyna myśleć o kubku kakao i ciepłych skarpetach. Przy schodach stoją ogromne donice z miniaturowymi świerkami przewiązanymi czerwonymi wstążkami. Masywne drzwi wejściowe z przeszklonym panelem w kształcie gwiazdy udekorowano okazałym wieńcem.

Otrząsam się z tego dziwnego oszołomienia, wyciągam z bagażnika walizkę i ruszam w stronę wejścia, zapadając się w śniegu przy każdym kroku.

W chwili przekroczenia progu fala przyjemnego ciepła uderza mnie w twarz. Zaciągam się cudowną mieszanką aromatów. Wnętrze pachnie cynamonem i wanilią.

Zauważam kamienny kominek, wokół którego piętrzą się sięgające pod wysoki sufit regały z książkami. Jest też kilka dużych foteli, wyglądających na wygodne i wręcz proszących, by się w nie zapaść z ulubioną lekturą w ręku.

Wzdycham, delektując się tym wystrojem, gdy słyszę coś, co przypomina prychnięcie. Rozglądam się zdezorientowana, ale nikogo nie widzę.

- Bo uwierzę...

Próbuję namierzyć, skąd dochodzi głos, ale zaczynam podejrzewać, że w ścianach żyją całe pokolenia duchów dawnych właścicieli tego przybytku.

- ... żałosne.

Przede mną znajduje się lada z napisem "Recepcja" i dopiero teraz zauważam, że wystaje zza niej czubek czyjejś głowy. Zostawiam walizkę i w dwóch krokach pokonuję dystans dzielący mnie od kontuaru. Dostrzegam młodą dziewczynę z kruczoczarnymi włosami, która siedzi za ladą rozparta na krześle biurowym, z nogami zarzuconymi na blat biurka. Plakietka na jej bluzie z kapturem mówi, że nazywa się Blue. Kompletnie mnie nie zauważa, bo jej wzrok utkwiony jest w książce. Przechylam głowę, by zerknąć na okładkę, i powstrzymuję chichot. Półnagi adonis z umięśnionym torsem siedzi nonszalancko na czymś, co przypomina... tron?

- Dzień dobry - witam się, ale dziewczyna nie reaguje.

Próbuję ponownie, ale znów nic. W końcu przechylam się przez ladę i macham jej ręką przed oczami.

Ku mojemu zaskoczeniu Blue zaczyna krzyczeć, wyrzuca książkę w powietrze, a ona ląduje z trzaskiem na blacie. Następnie dziewczyna odjeżdża na krześle i teatralnie przyciska rękę do piersi. Przyglądam jej się z uniesionymi brwiami, aż po długich trzech sekundach, podczas których wymieniamy spojrzenia, wyciąga z uszu słuchawki.

- Och. Dzień dobry - zaczynam jeszcze raz i silę się na uśmiech. - Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć.

- No to wtopa, nie udało się - mruczy pod nosem, wciąż rozemocjonowana. - Masz rezerwację?

Moje brwi ponownie podjeżdżają w górę. No dobra... Dawno nie miałam styczności z tym pokoleniem, może tu granice międzyludzkie się jakoś zacierają.

Odchrząkuję, otrząsając się z szoku.

- Tak. Na nazwisko Foster.

Podjeżdża na kółkach z powrotem do biurka. Zaczyna klikać coś na klawiaturze, w międzyczasie wrzucając sobie do ust trzy pastylki gumy balonowej - liczyłam. Nie cierpię bezczynności, więc próbuję wciągnąć ją w rozmowę:

- Niebieski to twój ulubiony kolor?

Czy wspominałam, że jestem do kitu w small talk?

Dziewczyna odrywa wzrok od ekranu i obrzuca mnie dziwnym spojrzeniem.

Wskazuję na plakietkę przyczepioną do jej bluzy.

Blue wpatruje się we mnie tak długo, że mam ochotę zapytać, czy nie wyskoczył mi jakiś pryszcz. Nie odrywając ode mnie wzroku, zaczyna dmuchać ogromny balon z gumy, który pęka i wypełnia ciszę między nami.

- Okej. Nie odpowiadaj - zdobywam się na autorefleksję.

Dziewczyna wraca spojrzeniem do monitora, a ja w duchu palę się ze wstydu na stosie hańby. W mojej głowie mikroskopijne wersje Blue tańczą wokół i dorzucają drewna.

- Nie mam takiej rezerwacji.

Potrząsam głową, pozbywając się masochistycznej wizji.

- Niemożliwe - mówię. - Potwierdzałam ją telefonicznie. Możesz sprawdzić jeszcze raz? Chodzi o loterię...

W postawie Blue coś się zmienia. Wykrzywia usta w czymś, co można nazwać uśmiechem.

- Ach, loteria - powtarza nieco złowieszczo.

Świetnie. Wie, o czym mówię. Może jednak nie czeka mnie smutny powrót do Nowego Jorku i trzy tygodnie urlopu w ciasnym mieszkaniu.

Czarnowidztwo uprawiam hobbistycznie.

- Davis wspominał, że przyjedziesz.

Nazwisko momentalnie przywołuje w mojej pamięci rozmowę sprzed dwóch tygodni.

Niski męski głos. Gburowate zachowanie, które wciąż budzi we mnie chęć mordu.

"Proszę nie oczekiwać specjalnego traktowania".

- Właściciel jest na miejscu? - pytam najbardziej naturalnie, jak potrafię.

- Nie. - No jasne. - Mogę przekazać, że pytałaś.

- Będę wdzięczna.

Blue kończy uzupełniać moje dane, a chwilę później podaje mi klucz z drewnianą zawieszką z wypalonym numerem dziewięć.

- Twój pokój jest na drugim piętrze. Śniadania od ósmej do dziesiątej - recytuje znudzonym głosem. - Kolacje między piątą a siódmą. Cisza nocna od dziesiątej.

Kiwam głową.

- A kawa?

- Ekspres jest w pokoju.

- Cudownie - odpowiadam i od tej chwili myślę już tylko o tym.

Moja twarz musi zdradzać co najmniej rozkojarzenie, bo dziewczyna patrzy na mnie, jakbym zwariowała. Wzdycham z jękiem zażenowania i w tym momencie przypominam sobie o ważnej kwestii.

- Hej, przyjechałam wynajętym autem. Zostawiłam je przy chodniku przed budynkiem. Może tam stać? Macie jakiś parking?

- Samochód? - pyta ze zdziwieniem. - Tutaj poruszamy się saniami, psimi zaprzęgami lub na nartach biegówkach.

Wbijam w nią spanikowane spojrzenie w poszukiwaniu śladów świadczących o tym, że żartuje.

- Eee... Czyli mam oddać auto i wypożyczyć... biegówki? - pytam niepewnie.

Blue wybucha tak głośnym śmiechem, że bębenki w moich uszach próbują się ukryć za migdałkami.

- Żartowałam. Żebyś widziała swoją minę. Z tyłu budynku jest parking.

Oddycham z ulgą i odchodzę w stronę schodów.

- Hej! - krzyczy, zanim zniknę. - Niebieski jest spoko.

Mrugam zdezorientowana.

- Crystal Breeze to moje prawdziwe imię i nazwisko - wyjaśnia. - Mama miała bardzo... kreatywny okres w swoim życiu, gdy się o mnie dowiedziała.

O. Och. No tak. Staram się zachować powagę, ale totalnie rozumiem jej niechęć do nazywania się kryształową bryzą.

- Miło cię poznać, Blue. Jestem Josie.

Dziewczyna znów obrzuca mnie tym swoim dziwnym spojrzeniem.

- Wiem, przed chwilą cię meldowałam.

Kręcę głową ze śmiechem i kieruję się na swoje piętro.

Solidna drewniana podłoga skrzypi pod moimi butami. To przyjemna odmiana w porównaniu z nowojorską kamienicą z cienkimi ścianami i wiecznie cieknącym kaloryferem.

Pokój numer dziewięć znajduje się na końcu korytarza.

Przekręcam klucz w zamku i popycham drzwi.

Pomieszczenie jest naprawdę spore. Na środku stoi szerokie łóżko z drewnianym zagłówkiem, przykryte grubą narzutą w czerwono-zieloną kratę. Przy oknie znajduje się dokładnie taki sam fotel jak w lobby, przez jego oparcie przewieszono miękki pled, a obok ustawiono mały stolik z lampą w rustykalnym stylu.

Jednak to widok za oknem pochłania całą moją uwagę: las, w którym drzewa przykryte są warstwą świeżego śniegu.

- Okej - mówię do siebie. - Absurdalnie urocze.

Wyciągam telefon z torebki i cykam kilka zdjęć, które od razu wysyłam Mollie.

Zdejmuję puchową kurtkę i rzucam ją na łóżko, po czym zaczynam bardziej szczegółowe oględziny wnętrza. Komoda jest z jasnego drewna, chyba wykonana ręcznie. Na podłodze przy łóżku leży wzorzysty dywan, a na ścianie wisi obraz przedstawiający górski pejzaż.

I wreszcie... Ekspres do kawy.

Stoi na szafce ze zlewem tuż obok drzwi wejściowych. Widzę też dwie filiżanki i opakowanie kapsułek. Mierzę sprzęt oceniającym spojrzeniem. Potem przenoszę wzrok na kapsułki. Znów na ekspres.

- Nie.

Dla pewności zaglądam do pudełka - kapsułki o smaku Vanilla Dream i Winter Spice.

- Absolutnie nie.

Podróż z Nowego Jorku może nie była szczególnie długa, godzinny lot przespałam w przeciwieństwie do poprzedniej nocy. Teraz mój mózg zaczyna nadrabiać zaległości w zmęczeniu, a ciało przypomina sobie, że od kilku godzin funkcjonuje wyłącznie na adrenalinie i zwiększonej ilości wytwarzania ciepła w tych skrajnych warunkach.

Istnieje tylko jeden ratunek: kofeina. Bez niej mój organizm działa mniej więcej jak Windows z dziewięćdziesiątego ósmego. Powoli, nieprzewidywalnie i z dużym ryzykiem zawieszenia systemu.

Wzdycham ciężko.

Przecież jestem w turystycznym miasteczku - gdzieś tu musi być kawiarnia. To jedno z podstawowych praw współczesnej cywilizacji.

Wkładam z powrotem kurtkę i otwieram wyszukiwarkę w telefonie. Mapa pokazuje kilka punktów w centrum Stowe.

Piekarnia Cinnamon Corner. Wypożyczalnia sprzętu narciarskiego.

O. Lokal o nazwie Warm Mug.

- Idealnie - mruczę.

Ostatnie zapasy energii poświęcam na zbiegnięcie po schodach i szybki spacer po zaśnieżonych ulicach.

Okolica okazuje się znacznie bardziej... żywa, niż wskazywały na to zdjęcia w Google. Przed piekarnią, którą mijam, stoi stolik z wielką tacą pierników w kształcie łosi. Kobieta w grubym wełnianym swetrze posypuje je cukrem pudrem. Robi to z takim skupieniem, jakby przygotowywała wystawę sztuki nowoczesnej.

Dopiero na końcu ulicy zauważam szyld, który przyciąga moją uwagę. Drewniana tablica zawieszona nad drzwiami przedstawia filiżankę, z której unosi się para, a pod nią widnieje napis "Warm Mug".

Ulga rozlewa się po moim ciele. Uratowana!

Nawet nie poświęcam chwili, by przyjrzeć się, co skrywa się za szybami. Popycham drzwi, a pomieszczenie wypełnia dźwięk dzwonka zawieszonego przy futrynie.

- Za moment podejdę! - woła ktoś z zaplecza.

Rozglądam się po pomieszczeniu i zdaję sobie sprawę z kilku rzeczy.

Po pierwsze, nie czuję tu zapachu kawy.

Po drugie, nigdzie nie dostrzegam stolików ani innych klientów.

A po trzecie, to zdecydowanie nie jest kawiarnia.

Wnętrze wygląda raczej jak warsztat połączony z butikowym sklepem z rękodziełem.

Drewniane półki wypełniają niemal każdą ścianę. Stoją na nich dziesiątki przedmiotów: ceramiczne kubki, świece w szklanych słoikach, drewniane figurki zwierząt, ręcznie rzeźbione ozdoby świąteczne i małe pudełka z wypalanymi wzorami. Powietrze pachnie tu drewnem i woskiem.

Coś każe mi zostać, jakaś siła pcha mnie ku tym pięknym przedmiotom. Każdy z nich wygląda trochę inaczej. Nie ma dwóch identycznych kubków ani takich samych świec. Podobnie jest z uroczymi figurkami struganych zwierząt.

Jestem tak skupiona na śledzeniu rzędów niesamowitych przedmiotów, że nawet nie zauważam, gdy docieram na drugi koniec sklepu.

Mój wzrok przyciąga ogromna ściana pokryta kolorowymi karteczkami.

Żółte, niebieskie, różowe, zielone. Niektóre wiszą prosto, inne przyczepione są pod kątem. Każda z nich zapisana innym charakterem pisma.

Podchodzę bliżej.

Na samej górze jest napis, który prawie zniknął wśród tysiąca karteczek:

ZOSTAW TU KAWAŁEK SIEBIE!

Przenoszę wzrok na kartki.

Może w tym roku przestanę się bać

Proszę, niech mój brat wróci na święta

Jesteś wystarczająca

Marszczę brwi, próbując znaleźć wspólny mianownik tych zapisków, ale zupełnie nie potrafię tego uporządkować. Mój analityczny umysł zaczyna pracować na zwiększonych obrotach.

- To jest coś albo szalenie pięknego, albo niepokojącego... - mówię cicho do siebie.

- Skłaniałbym się ku pierwszej opcji.

Podskakuję gwałtownie, zupełnie nieprzygotowana na czyjeś towarzystwo.

Odwracam się i zauważam, że za ladą stoi mężczyzna. Jest wysoki, ma na sobie flanelową koszulę w zielono-czarną kratę, jej rękawy podwinął do łokci, a na szyję zarzucił szary fartuch. Na jego ubraniu i przedramionach widać drobne wiórki drewna, kilka z nich wylądowało nawet w ciemnych potarganych włosach. To sprawia, że przyglądam się jego twarzy. Ostre rysy złagodzone przez kilkudniowy zarost, ciemne brwi i skupione oczy. W kącikach ust czai się ledwie widoczny uśmiech, który sprawia, że na moment zapominam, po co właściwie weszłam do środka.

Mężczyzna odchrząkuje cicho i opiera dłonie na wysokim blacie przed sobą. To powoduje, że wracam do rzeczywistości i orientuję się, że chyba zbyt długo się na niego gapiłam.

- Przepraszam - mówię szybko. - Myślałam, że to kawiarnia.

Delikatne uniesienie kącików ust przeradza się w prawdziwy uśmiech.

- Często się to zdarza.

- To przez tę nazwę - wyjaśniam.

- Prawdopodobnie.

- I filiżankę - dodaję.

- Niewątpliwie.

Wciąż się uśmiecha, a ja mam chyba zwarcie w receptorach mózgowych odpowiedzialnych za elokwencję.

- To... eee... Nie mogłeś jej zmienić?

- Taka strategia marketingowa. - Unosi brew. - Ludzie przychodzą po kawę, a wychodzą z kubkiem.

- Och. Ciekawe podejście...

Widząc moją minę, mężczyzna obdarowuje mnie najbardziej wdzięcznym głębokim śmiechem, jaki dane było mi w życiu słyszeć.

- Żartuję. Przejąłem ten lokal po poprzedniej właścicielce, Ellen Mug, która faktycznie prowadziła tu kiedyś kawiarnię - tłumaczy. - Sprzedała mi go z ogromnym smutkiem, ale wiek nie pozwalał jej kontynuować pracy. Nie miałem serca zmieniać nazwy ani szyldu, więc Warm Mug zostało i ma się dobrze jako sklep z pamiątkami.

Dziwne ciepło rozchodzi się po mojej klatce piersiowej, gdy słyszę tę odpowiedź. Empatia w dzisiejszych czasach jest jak Święty Graal.

Zasycha mi w gardle, gdy próbuję sformułować pytanie.

- Czyli... - chrypię. - Czyli nie macie tu kawy?

Mój rozmówca wskazuje kciukiem na tyły sklepu.

- Tylko termos na zapleczu, więc jeśli miałaś ochotę na latte z pianką i cynamonem, to muszę cię rozczarować.

- Czy to już akt desperacji, jeśli powiem, że w tym stanie dopiłabym kawę nawet po kimś? - mówię i natychmiast żałuję, bo brzmi to obrzydliwie.

Mężczyzna parska śmiechem.

I ja też się uśmiecham, zanim zdążę się powstrzymać.

Jest w tym coś łatwego. Jakby ta rozmowa miała swój rytm i nie wymagała od nas wysiłku.

- Wybacz, po prostu potrzebuję kofeiny.

- Dwie przecznice dalej jest kawiarnia, taka prawdziwa, Sweet Aroma. - Puszcza mi oko.

Już zamierzam podziękować i się wycofać, gdy przypominam sobie, o co chciałam zapytać.

- Co to takiego? - Wskazuję na kolorowe karteczki.

- Ściana życzeń - odpowiada. - Ludzie zostawiają tu swoje myśli.

W mojej głowie rodzi się jeszcze więcej pytań.

- Anonimowo?

- Najczęściej.

- I co potem?

- Nic. - Wzrusza ramionami. - Często ludzie potrzebują możliwości zdjęcia z barków jakiegoś ciężaru. A czasem łatwiej coś napisać na karteczce niż powiedzieć na głos.

Przez moment analizuję to, co usłyszałam.

- To trochę... romantyczne.

- Może. Albo idealistyczne.

- Jesteś romantykiem...? - Zdaję sobie sprawę, że to dość osobiste pytanie, a nawet nie znam imienia swojego rozmówcy.

Mężczyzna chyba czyta mi w myślach, bo wyciąga do mnie rękę.

- Wilder.

Ściskam jego dużą, ciepłą dłoń. Czuję na skórze zrogowacenia, które muszą być oznaką pracy fizycznej.

- Josie, miło mi. - Uśmiecham się przyjaźnie. - Więc, Wilder, wierzysz w romantyzm?

- Wierzę w dobroć. Jeśli zawiera się w tym romantyzm, niech tak będzie - kwituje. - A w co ty wierzysz?

- W fakty i statystykę.

Moja odpowiedź znów wywołuje śmiech. Dopiero gdy dostrzega, że nie żartuję, poważnieje.

- To musi być męczące.

- Może. Nie wiem. Nie dla mnie? - Ostatnie słowa brzmią jak pytanie.

Zapada między nami cisza. To chyba odpowiedni moment na powrót do poszukiwań kawiarni.

Uśmiecham się krzywo i odwracam w stronę wyjścia.

- Josie - słyszę za plecami, więc spoglądam przez ramię - zostawisz swoją karteczkę?

Patrzę na ścianę. Na setki cudzych życzeń, myśli.

- Chyba nie jestem osobą, która wierzy w takie rzeczy.

Wilder kiwa głową.

- Jeśli kiedyś zmienisz zdanie, wiesz, jak tu trafić.

- Może odpowiednia dawka kofeiny zmieni mój światopogląd - odpowiadam.

- W takim razie... do zobaczenia, Josie.

Dzwonek nad drzwiami cicho brzęczy, kiedy wychodzę na ulicę. Mam dziwne wrażenie, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie da się wpisać w żadną statystykę.

Dalsza część w wersji pełnej