ROZDZIAŁ 2
Wyzwolenie
Morze Bałtyckie, sobota 5 maja 1945 r.
Rzeczna barka nie jest przystosowana do żeglugi morskiej. Kołysze się gwałtownie i nieprzewidywalnie na pełnym morzu. Nie da się uciec od potwornego smrodu moczu, wymiocin, kału i potu oraz od nieustannego płaczu. Wszystkich swędzą ukąszenia wszy, które znajdują kolejnych żywicieli wśród pasażerów. Zygmunt Szatkowski kaszle, a w dodatku w ostatnich miesiącach bardzo schudł. To gruźlica, ale on już się tym nie przejmuje. Od wielu dni i nocy wraz z setkami innych więźniów płyną ze śmiercią na pokładzie. Czai się wszędzie i zbiera żniwo. Więźniowie tylko chwilami miewali jeszcze nadzieję, lecz Zygmunt po ostatnim gwałtownym wybuchu paniki na pokładzie całkowicie powierzył swój los w ręce Stwórcy. Może śmierć okaże się wyzwoleniem?
Na dnie trzech śmierdzących, zatłoczonych i ciemnych ładowni leżą ludzie, których zna, i tacy, z którymi zetknął się pierwszy raz w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Są tam rolnicy, inżynierowie, pielęgniarki, archeolog, zegarmistrz, robotnicy, oficer marynarki, gospodynie domowe, mechanicy, piłkarz z polskiej ligi, żołnierze, kobieta w zaawansowanej ciąży, fizyk, kowale, pracownicy biurowi i rybacy. Katolicy i protestanci, żyd, muzułmanin, Świadkowie Jehowy i ateiści. Są komuniści, konserwatyści, socjaldemokraci i apolityczni. Wiele narodowości, ale głównie Polacy i trochę Rosjan oraz on sam: Zygmunt Szatkowski, trzydziestojednoletni nauczyciel, wykształcony w konserwatorium pianista i porucznik rezerwy z Bydgoszczy.
Więźniowie są liczni i bardzo zróżnicowani, ale wszystkich łączy jedno – nienawidzą ich naziści. Większość z nich walczyła lub cierpiała od chwili, gdy padły pierwsze strzały wojny. Minęło 11 dni, odkąd, aby nie wpaść w ręce Armii Czerwonej, wyruszyli z obozu koncentracyjnego na Morze Bałtyckie. Od tego czasu przemieszczają się od jednego piekielnego przystanku do drugiego. Mnóstwo pasażerów choruje, w tym niektórzy śmiertelnie: na dur brzuszny i gruźlicę. Zmarłych wyrzuca się po drodze za burtę, a co najmniej kilkorgu z żyjących nie zostało już zbyt wiele czasu.
Ostatnie mile pokonywali w ciemności, ale teraz przez szczeliny kadłuba przedostaje się światło dzienne. Spora część pasażerów zauważa, że prędkość spada, aż w końcu barka całkowicie się zatrzymuje. Niektórzy z tych, którym pozostało jeszcze trochę sił, wstają, a jeden z więźniów próbuje wyjrzeć przez właz. To nie pierwszy raz, kiedy przybijają do lądu. Ale wtedy Zygmunt słyszy krzyk:
– Jesteśmy w Danii!
Wczesnym rankiem w sobotę na farmie Liselund we wschodniej części wyspy Møn natarczywy dzwonek telefonu budzi trzydziestodwuletniego barona Nielsa Rosenkrantza. Zebrało się tu około osiemdziesięciu członków ruchu oporu z pobliskich wiosek: Hjertebjerg, Keldby, Borre i z Klintholm Havn. Gdy poprzedniej nocy usłyszeli z Londynu długo oczekiwaną wiadomość o wyzwoleniu, pośpiesznie pojechali do Liselund, gdzie spędzili noc w należącym do barona starym tradycyjnym duńskim gospodarstwie złożonym z czterech połączonych w kwadrat budynków, świętując i przygotowując się na to, co miało nadejść. Pięć lat nazistowskiej okupacji wreszcie dobiegło końca, a teraz nadszedł czas na wygnanie wrogich wojsk. Baron nie wyobrażał sobie jednak, jakiego rodzaju niebezpieczeństwo z tym się wiązało.
Głos na drugim końcu linii należał do właściciela ziemskiego i szambelana Carla Sophusa Scaveniusa z posiadłości Klintholm Gods. Sfrustrowany Scavenius, który był bratem formalnie urzędującego w okresie niemieckiej okupacji duńskiego premiera Erika Scaveniusa, chciał wiedzieć, dlaczego członkowie ruchu oporu nie stawili się jeszcze w porcie.
– Niemcy łupią Klintholm Havn i terroryzują mieszkańców! – krzyczał do słuchawki. Te słowa Carla Scaveniusa przeraziły Rosenkranza, choć wiele już w życiu doświadczył.
Podczas okupacji rozległe gospodarstwo barona było miejscem różnych działań ruchu oporu. Na strychu Domu Norweskiego w parku zamkowym partyzanci ukryli broń i skrzynki z nabojami, a kiedy w nocy z pierwszego na drugiego października 1943 roku naziści rozpoczęli w Danii akcję przeciwko Żydom, Niels Rosenkrantz zaoferował pomoc grupie studenckiego ruchu oporu. Duńczycy przewieźli Żydów do Liselund, gdzie ukryli ich na strychu, w budynkach gospodarczych i stodołach, aby później z kamienistej plaży pod białym klifem przewieźć ich do bezpiecznej Szwecji. W tym samym czasie grupa starszych niemieckich żandarmów ze straży granicznej wprowadziła się do pensjonatu w gospodarstwie. Wieczorami i nocami maszerowali na wybrzeże, aby patrolować okolice klifu. Z powodu tych niechcianych lokatorów Rosenkrantz, jako lokalny przywódca ruchu oporu, musiał zachowywać szczególną ostrożność.
Dlatego też wieczorem czwartego maja miejscowy ruch oporu świętował wyzwolenie właśnie w Liselund. Baronowa wyciągnęła butelkę szampana zachowaną specjalnie na tę okazję, a niektórzy Niemcy poddali się już tego wieczora i złożyli broń, po czym również otrzymali kieliszek – jednak nie szampana, tylko wina owocowego. Chociaż wśród Duńczyków znajdujących się w gospodarstwie panowały optymistyczne nastroje, uroczystości w domu barona przebiegały w bardziej stonowany sposób niż w większości innych miejsc w okolicy. Mężczyźni byli świadomi faktu, że nazajutrz czekało ich ważne zadanie rozbrojenia okolicznych Niemców i aresztowania osób zarabiających na współpracy z nimi na przykład donosicieli czy dziewcząt utrzymujących kontakty intymne z okupantami.
Niels Rosenkrantz, będąc przywódcą lokalnych grup oczekujących na podjęcie działań po zakończeniu okupacji, denerwował się tym, co mogło się zdarzyć. Część jego ludzi nie miała doświadczenia w posługiwaniu się bronią palną, więc wkrótce po ogłoszeniu wyzwolenia przekształcono jedną z zagród na farmie w strzelnicę, gdzie niektórzy po raz pierwszy mieli okazję strzelać z karabinów maszynowych. Poza tym brakowało im niebieskich opasek ruchu oporu z białym krzyżem na czerwonym tle, ponieważ człowiek, który je przechowywał, zniknął kilka dni wcześniej. Rozwiązanie tego ostatniego problemu znalazł lokalny drukarz. Wyciął dla nich kartonowe kwadraty z nadrukowanymi literami „MB” od słów Modstands Bevægelse, co po duńsku znaczy ruch oporu,i przymocował do nich sznurki, żeby odznaka mogła wisieć na szyi. Mężczyznom daleko było do wizerunku oddziałów bojowych. Właśnie dlatego, gdy rankiem piątego maja zadzwonił właściciel ziemski z Klintholm Gods, baron tak się zaniepokoił.
Wiadomość, że uzbrojeni niemieccy żołnierze dotarli do Klintholm Havn i plądrowali okoliczne domy, nie była dobra. Baron już wcześniej się zastanawiał, w jaki sposób aresztować żołnierzy stacjonujących w stacji radarowej w pobliżu latarni morskiej Møns Fyr i w nadmorskim hotelu. Teraz obawiał się, że jego niesprawdzonym oddziałom groziła walka. Ktoś musiał przyjrzeć się sytuacji. Rosenkrantz nakazuje dwóm członkom ruchu oporu zdjąć odznaki i jechać na rowerach do Klintholm Havn, żeby dowiedzieć się, co się tam dzieje. Mężczyźni bez broni pedałują zatem przez pagórkowaty krajobraz wschodniej części wyspy Møn. Ich zadaniem jest wyłącznie rekonesans. W połowie drogi do wsi Magleby mężczyźni dostrzegają pierwsze kolumny uzbrojonych niemieckich żołnierzy, którzy najwyraźniej maszerują w ich kierunku. Duńczycy natychmiast zawracają do Liselund, żeby szybko przekazać baronowi tę informację.
Tymczasem inny członek ruchu oporu Bruno Christensen, znany w okolicy jako BBC, jedzie swoim białym autem marki DKW
1
siedemnaście kilometrów z miejscowości Stege do Liselund z zapasem granatów ręcznych. Tam dowiaduje się, że niemieccy żołnierze już są w drodze. Rosenkrantz i Bruno Christensen postanawiają sami zbadać sprawę. Zabierają ze sobą dwa pistolety maszynowe, ale chowają je pod workami na podłodze samochodu, a odznaki„MB”wsuwają pod płaszcze. Odjeżdżają gotowi do walki. Gdy samochód zbliża się do Magleby, okazuje się, że żołnierze już przemaszerowali przez wioskę. Duńczycy zauważają w oddali na drodze niemieckie oddziały przemieszczające się małymi grupami na zachód w kierunku Stege. Baron i BBC omijają je i odnajdują przednią straż dowodzoną przez niemieckiego oficera. Niemieccy żołnierze nie są ani wrogo nastawieni ani silnie uzbrojeni. To, co z daleka wyglądało na broń, okazało się strzępami ubrań przewieszonymi przez ramię. Na ten widok Rosenkrantz oddycha z ulgą. Razem z BBC chwyta za pistolet maszynowy, staje przed Niemcami i, trzymając ich na muszce, krzyczy: „Halt!” Rozkazuje żołnierzom zejść do przydrożnego rowu i czekać na połączenie z innymi oddziałami. Nie można było przecież pozwolić, by w Dzień Wyzwolenia okupanci swobodnie biegali po całej wyspie.
Żołnierze uciekli przez Morze Bałtyckie na wyspę Møn, ponieważ nie chcieli zostać jeńcami wojennymi Armii Czerwonej. „Wyglądają na zmęczonych i stosunkowo godnych zaufania”, pomyślał baron, mierząc w nich z karabinu maszynowego. Bruno Christensen wrócił do Liselund po innych członków ruchu oporu, którzy pomogli im odeskortować Niemców do Stege, gdzie chwilowo zostali internowani w salach gimnastycznych w szkole gminnej i technikum. Po pojmaniu Niemców i przewiezieniu ich dwiema ciężarówkami, Rosenkrantz ze swoimi ludźmi ruszyli długą, biegnącą wśród pagórków drogą w kierunku Klintholm Havn, część z nich samochodami, a reszta na rowerach. Pozostawało jeszcze pytanie, czy niebezpieczeństwo zostało już zażegnane, czy może jacyś inni niemieccy żołnierze nadal plądrowali i terroryzowali mieszkańców.
W małym porcie rybackim na południowo-wschodnim wybrzeżu Møn znajdowało się wtedy nie więcej niż trzydzieści pięć domów, a także kilka małych chat rybackich przy porcie, sklep z zaopatrzeniem żeglarskim i stary nadmorski hotel na wydmach. Ruch oporu dostał ostrzeżenie, że port był jak beczka prochu wypełniona po brzegi niemieckimi jednostkami z uchodźcami. Mimo tej wiedzy, gdy baron przybył na miejsce, nie wierzył własnym oczom.
W porcie panował chaos. Rzeczywiście było tam pełno ludzi – wielu z nich to uchodźcy, którzy w ostatnich dniach przybyli na wyspę na okrętach marynarki wojennej, łodziach rybackich oraz na statkach i łodziach cywilnych. Uciekali przed wojskami radzieckimi, które nie okazały Niemcom zbytniej litości podczas natarcia na terytoria okupowane. Miliony osób pochodzenia niemieckiego uciekły i nadal uciekały zarówno drogą lądową, jak i przez Morze Bałtyckie. Ponadto dziesiątki tysięcy niemieckich żołnierzy, jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych próbowały przedostać się do tego, co pozostało z Niemiec. Ucieczka i ewakuacja odcisnęły swoje piętno na wyspie Møn, zwłaszcza wzdłuż południowego wybrzeża. Morze wyrzuciło na brzeg amunicję, a także ciało mężczyzny w pasiastym więziennym stroju. W porcie Klintholm Havn nigdy nie kręciło się tak wiele jednostek pływających i obcokrajowców. Wszystkie miejsca do cumowania wzdłuż nabrzeża i przy pomostach były zajęte. Sytuacja wydawała się nie do opanowania, ponadto utrudniała codzienne życie rybakom oraz pozostałym mieszkańcom.
Członkowie ruchu oporu musieli spróbować uporządkować ten chaos, zatem natychmiast zabrali się za analizę sytuacji. Na początku zrobili rewizję statków w poszukiwaniu broni. Wszelkie podejrzane przedmioty, które znaleźli podlegały konfiskacie. Duńczycy grozili rozstrzelaniem wszystkim, którzy nie chcieli oddać całej broni.
Choć sytuacja była napięta, lokalni mieszkańcy powiedzieli baronowi i jego ludziom, że historie o grabieżach w mieście były przesadzone. Obecność Niemców mogła sprawić, że ludzie się denerwowali, ale niedawni okupanci podobno jedynie prosili w domach i w sklepie o jajka, warzywa lub inne produkty spożywcze. W odpowiedzi większość mieszkańców Klintholm Havn albo odmawiała, albo po prostu nie otwierała drzwi.
Baron szybko zauważył coś niezwykłego na drugim końcu portu. Wyglądało to na długą, wąską barkę zacumowaną przy zewnętrznej burcie dużego niemieckiego okrętu wojennego z karabinami maszynowymi na pokładzie. Tego dnia w porcie wiele rzeczy uległo zmianie, ale rzeczna barka, zupełnie nieprzystosowana do żeglugi morskiej, stanowiła najdziwniejszy widok. Długa i ciemna jednostka towarowa z małą, zadaszoną przestrzenią sterową na pokładzie rufowym i niewielką kabiną poniżej była strzeżona przez uzbrojonych niemieckich żołnierzy. Tak ścisła obstawa wydawała się podejrzana. Mimo napiętej atmosfery w okolicy baron postanowił przyjrzeć się lepiej barce. Im bardziej zbliżał się do zewnętrznego pomostu, tym wyraźniej widział, jaka była duża w porównaniu z miejscowymi kutrami i łodziami rybackimi. Miejscowi szacowali, że barka miała około sześćdziesięciu metrów długości i sześciu metrów szerokości. Nazywała się Breslau.
Kilku mieszkańców opowiadało później, jak wczesnym rankiem zauważyli nagle holownik z nazwą Danzigwymalowaną dużymi białymi literami na czarnym kadłubie, zbliżający się powoli do wejścia do portu. Holownik z masywnym kominem miał na pokładzie niemieckich żołnierzy i holował za sobą barkę.
Kiedy Rosenkrantz dotarł do końca zewnętrznego pomostu, nie mógł dostać się na barkę, ponieważ między nią a molem zacumowany był niemiecki okręt wojenny. Nie mógł więc zbadać, co kryło się na jej pokładzie. Jeśli zatem chciał się do niej dostać, musiał ze swoimi ludźmi rozbroić i aresztować załogę okrętu. Rosenkrantzowi nie podobał się pomysł aresztowania umundurowanych Niemców, ale przezwyciężył obawy i nakazał załodze poddać się duńskiemu ruchowi oporu oraz oddać broń. Kapitan odmówił rozmowy z baronem, zlecił to zadanie swojemu zastępcy, który na pokładzie okrętu rozpoczął negocjacje z uzbrojonym Rosenkrantzem. Wyjaśnił, że Niemcy godzą się poddać tylko Anglikom. Po chwili poprosił o przerwę, a baron wrócił na pomost. Kiedy ponownie podjęto rozmowę, Niemiec poprosił o pozwolenie na wprowadzenie okrętu marynarki wojennej w głąb portu, ponieważ uderzał on o molo. Baron wyraził zgodę, więc okręt wojenny szybko zrzucił liny cumownicze i ostrożnie zaczął manewrować, aby wycofać się do portu, podczas gdy barka pozostała przycumowana do pomostu. Nagle okręt zmienił kurs i ruszył z pełną prędkością w stronę morza. Duńczycy odruchowo chwycili za broń i ostrzelali jednostkę, która teraz kierowała się na zachód – oddalała się od brzegu i od groźby poddania się Rosjanom. Żołnierze z niemieckiego okrętu przez chwilę odpowiadali ogniem. Gdy okręt zniknął już z pola widzenia, ludzie doszli do wniosku, że nikt nie został ranny. Sytuacja była jednak niejasna, ponieważ uciekający marynarze zostawili przy pomoście barkę, holownik i pluton niemieckich żandarmów.
Zygmunt Szatkowski słyszał niemieckie głosy dochodzące przez kadłub. Ale słyszał też mężczyzn mówiących w obcym języku. Odkąd zatrzymali się kilka godzin wcześniej, wielu chorych i wystraszonych ludzi siedzących w śmierdzących ładowniach przestało jęczeć. Niektórzy więźniowie cicho dzielili się swoimi wątpliwościami, zadawali pytania. Czy to jest kolejny przystanek w piekielnej podróży? Stojący obok Zygmunta Franciszek Wysocki, były oficer polskiej marynarki wojennej, opowiadał, co widział przez szparę: czerwone flagi z białym krzyżem pośrodku powiewające na niezliczonych masztach w głębi lądu. Nie widać swastyk, za to jest mnóstwo ludzi, domów i chat.
– To Dania! – krzyknął w końcu, podczas gdy ktoś inny z głębi ładowni dodał, że Dania jest okupowana przez nazistów. Nikt nie podchodził do drabiny prowadzącej do włazu, jedynej drogi wyjścia.
Na barce słychać było kroki. Z zewnątrz dochodziły odgłosy aktywności i rozmów, ale nie wszystkie rozmowy między Niemcami a nieznajomymi można było zrozumieć. Najwyraźniej padało wiele pytań, odpowiedzi i wyjaśnień. Minęło jeszcze trochę czasu, zanim właz nagle się otworzył, a w ciemność wpadła smuga światła. Niektórzy z więźniów dopadli do drabiny i powoli zaczynali się wspinać w stronę blasku. Nie zastanawiając się długo, Zygmunt i Wysocki również wyszli na pokład. Stali teraz w swoich znoszonych, rojących się od wszy ubraniach i pasiastych strojach więziennych w chłodnym, ale dobroczynnym wiosennym powietrzu i patrzyli w stronę lądu. Czy czekała ich wolność? Widzieli niewielki pas małych domów i sporo ludzi w porcie. Z pomostu spoglądali na nich uzbrojeni mężczyźni w cywilnych ubraniach z tekturowymi tabliczkami na szyjach. Jednocześnie obserwowali oni niemieckich żandarmów na holowniku i barce. Może duńscy partyzanci przejęli kontrolę. Żaden z więźniów nie zszedł na pomost, ale ludzie z brzegu zbliżali się do barki. Z niedowierzaniem patrzyli na osłabionych więźniów na pokładzie. Minęło trochę czasu, nie wiadomo ile. Dla Zygmunta i jego współwięźniów ten poranek to jedna wielka emocjonalna zawierucha, w której na zmianę pojawiały się przerażenie, dezorientacja i nadzieja.
Naprzeciw pomostu stoją jakieś dziewczynki. Nagle zaczynają rzucać czymś w kierunku barki. Są to kawałki chleba. Niektóre z nich trafiają na pokład, inne lądują w wodzie. Zygmunt, który widzi, jak niektórzy więźniowie rzucają się po jedzenie i łapczywie wpychają je sobie do ust, próbuje ich uspokoić, ale nie może ich powstrzymać. Dobrze wie, że są bardzo głodni i spragnieni. Przez ostatnich pięć dni wielu z nich nie jadło nic poza odrobiną zupy, pokrzywami, może surową rybą i chlebem. Przez ostatnie godziny więźniowie utrzymywali się przy życiu jedynie dzięki kępkom trawy, którą zerwali na postoju. Jedynym sposobem ugaszenia pragnienia była słona woda przeciekająca przez pęknięcia kadłuba. Teraz są jak dzikie, wygłodniałe zwierzęta walczące o okruchy. Jakiś mężczyzna skacze na główkę do wody. Nic nie może się zmarnować. Inni więźniowie wyciągają go na powierzchnię, jeden z nich mdleje na pokładzie.
Później na pomost wchodzi mężczyzna w średnim wieku ubrany w elegancki garnitur. Rozmawia z duńskimi partyzantami przy barce, ale także z niemieckimi żołnierzami obok niej. To grupa żandarmów, którzy przez ostatnią dobę pełnili funkcję strażników. Jeden z nich przebywał na pokładzie barki, a pozostali płynęli holownikiem. Podczas pobytu w Klintholm Havn nie odzywali się za wiele. Franciszek Wysocki zna niemiecki i pilnie przysłuchuje się rozmowie, próbując zrozumieć jak najwięcej. Niektórzy z niemieckich żołnierzy usiłują odprawić Duńczyka, który chce wiedzieć, kto znajduje się na pokładzie. Czy są wśród nich chorzy? Nie, pada odpowiedź, to więźniowie. Wtedy Duńczyk odwraca się w stronę barki i, krzycząc pyta, czy ktoś na pokładzie mówi po niemiecku. Wysocki natychmiast wkracza do akcji: oznajmia, że to więźniowie obozu koncentracyjnego Stutthof, którzy potrzebują natychmiastowej pomocy.
Wkrótce potem mężczyzna w garniturze wchodzi na barkę, a Niemcy nawet nie próbują go powstrzymać. Jest pierwszą osobą z zewnątrz, której pozwolono znaleźć się na pokładzie. Wokół niego szybko gromadzi się grupa brudnych więźniów. Szarpią go za ubranie i próbują nawiązać kontakt. Od wielu dni nie jedli ani nie mieli dostępu do świeżej wody, mówi Wysocki Duńczykowi, który po chwili ponownie podchodzi do jednego z umundurowanych Niemców. Chce wiedzieć, co zamierzają zrobić z żywym ładunkiem. Jeden z nich odpowiada, że Duńczycy nie powinni się przejmować więźniami. Żandarmi proszą tylko o prowiant, zanim następnego dnia wyruszą w kierunku Flensburga lub Kilonii. Zygmunt i pozostali widzą, jak Duńczyk wraca na molo, gdzie rozmawia z jednym z partyzantów z odznaką „MB” na szyi. Potem znów zaczyna się krzątanina i rozmowy. Nieco starszy Niemiec, który płynął na pokładzie barki, najwyraźniej prowadzi teraz negocjacje w imieniu Niemców. Wkrótce potem on i Duńczyk wchodzą na pokład i idą w kierunku włazu do ładowni, który znajduje się z boku spadzistego pokładu.
Głodni więźniowie obozu koncentracyjnego walczą o resztki chleba, które miejscowe dziewczęta rzucają z nabrzeża w porcie Klintholm Havn. W trakcie przepychanki jeden z więźniów wypada za burtę, a następnie zostaje wciągnięty na barkę przez współwięźniów.
– Jesteście wolni. Wojna się skończyła. Ale musicie zachować cierpliwość, nie możecie jeszcze zejść na ląd. Nie zapominajcie, że próbowałem was ratować. Nie wiem, co się ze mną stanie, ale wy jesteście wolni.
To wykrzykuje starszy niemiecki żandarm. Szybko znika znad otworu. Nie wszyscy więźniowie w ładowni od razu rozumieją, co do nich powiedział – albo z powodu nieznajomości języka, albo dlatego, że są zbyt daleko od włazu, albo też po prostu nie mogą uwierzyć w to, co usłyszeli. Są wolni. Wiadomość migiem rozchodzi się wśród chorych, wycieńczonych pasażerów. Ludzie zaczynają płakać, modlić się i wiwatować. Wkrótce potem mężczyzna w garniturze schodzi do nich po drabinie. Będzie dla nich uosobieniem odzyskanej wolności – wielu z nich widzi w nim symbol zwycięstwa życia nad śmiercią. Podobną rolę odegra wkrótce w tej historii pewna Dunka.