Statek wierny banderze. nr 136 - Edward Obertyński

Reflow text when sidebars are open.
W przedwojennej Polskiej Marynarce Handlowej zdarzały się wypadki, że armator-właściciel zamawiał jako najbardziej przydatne do eksploatacji statki jednego typu. I tak na przykład miała Polska aż "pięcioraczki", zbudowane w stoczniach francuskich (tak zwane "francuzy"). Dały one początek rozwojowi pierwszego Polskiego Towarzystwa Żeglugowego z prawdziwego zdarzenia -?Żegluga Polska. To samo Towarzystwo zamówiło "bliźniaki" -?m/s "Oksywie" i m/s "Rozewie" do obsługi swych linii krótkiego zasięgu. Ale najsławniejsze były dwa "bliźniaki", największe polskie statki pasażerskie: m/s "Batory" i m/s "Piłsudski", i w końcu najmłodsze "bliźniaki", przeznaczone do rejsów do Ameryki -?m/s "Sobieski" i m/s "Chrobry". Dzieje zarówno pokojowej, jak i wojennej ich pracy związały je wspólnymi przeżyciami, choć losy jednego z nich nie oszczędziły.
Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe Spółka Akcyjna, zwane w skrócie PTTO, które powstało na podstawie porozumienia z duńską spółką armatorską Det ?stasiatiske Kompagni A/S, dysponowało na mocy tej umowy statkami przekazanymi przez DOA: "Kursk", nazwany "Polonia", "Estonia", nazwana "Pułaski", oraz "Lituania", nazwana "Kościuszko". Nimi to właśnie rozpoczęto regularną komunikację z portem Nowy Jork.
Rozwój transportów na tej linii umożliwił Towarzystwu, które teraz zmieniło nazwę na Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe, budowę dwu dużych statków pasażerskich -?"Piłsudski" i "Batory", zamówionych we Włoszech do obsługi linii do Ameryki Północnej, podczas gdy poprzednie jednostki przesunięto do nowo otwartej linii do Palestyny i Ameryki Południowej. Dla tej właśnie trasy postanowiono zbudować dwa nowe statki.
W drugiej połowie roku 1936 opracowane zostały specyfikacje na budowę dwu jednostek pływających dostosowanych do pracy pasażersko-towarowej na linii do Ameryki Południowej.
W związku z tym rozpisano do siedemnastu stoczni wezwanie do złożenia oferty. Odpowiedź otrzymano jedynie od siedmiu, były one jednak bardzo konkurencyjne.
-?Stocznia angielska Swan Hunter and Wigham Richardson Co. Ltd. w Newcastle proponowała budowę statku za cenę 470 tysięcy funtów angielskich.
-?Stocznia duńska w Nakskov złożyła ofertę na budowę statku za cenę 465 tysięcy funtów angielskich.
Salomonowym sądem powierzono budowę po jednym statku każdej z tych dwóch. I tak narodziły się m/s "Chrobry" i m/s "Sobieski", które miały podjąć pracę na linii do Ameryki Południowej.
"Chrobry" zwodowany został w dniu 25 lutego 1939 roku w stoczni w Newcastle. Wszedł do służby 27 lipca 1939 roku, wyruszając dwa dni później w swój pierwszy rejs do Ameryki Południowej. Jego kapitanem został Edward Bacewicz.
Drugiego "bliźniaka" -?m/s "Sobieski" -?zwodowano już w dniu 25 sierpnia 1938 roku, ale jego wykończenie opóźnione zostało dostawą maszyn, zamówionych w Anglii, stąd dopiero później wszedł do eksploatacji.
Nadzór nad budową, a następnie kierownictwo statkiem powierzono Zdenko Knoedgenowi, doświadczonemu kapitanowi GAL-u, który już poprzednio pływał na jednostkach tego przedsiębiorstwa.
Kapitan Zdenko Knoedgen, z pochodzenia Czech, już w czasie I wojny światowej pływał na okrętach monarchii austro-węgierskiej. Po uzyskaniu przez Polskę niepodległości zgłosił się, jak zresztą kilkunastu innych byłych pracowników CK Floty, i zatrudniony został na jednostkach polskich. Był on jednym z pierwszych kapitanów, którzy brali udział w tworzeniu się zrębów polskiej żeglugi. Pływał na m/s "Wisła", pierwszym statku powstałego w 1919 roku przedsiębiorstwa Sarmacja. Wkrótce jednak "Wisła", wyrzucona na mieliznę, musiała ulec kasacji.
Zdawało się, że zostały przekreślone pierwsze ambitne plany, ale Sarmacja z pomocą Norwegów wkrótce nabyła inne statki. Mimo to żywot jej był krótki. Nie stało sił gospodarczych kraju, aby poprzeć te starania.
Dopiero zorganizowana w 1926 roku Żegluga Polska stworzyła silne podstawy organizacji transportu morskiego. Knoedgen początkowo pływał na jej statkach, a potem przeszedł do nowo stworzonego PTTO (później GAL).
Mimo już dość długiego pływania i dowodzenia statkami polskimi, trudno mu było nagiąć się do języka i prawideł gramatyki polskiej. Mimo że kaleczył nieraz swoje wypowiedzi bezokolicznikami, powszechnie szanowano go i lubiano, a załogi przyzwyczaiły się do jego dziwacznej wymowy. Był doświadczonym "wygą morskim", nic też dziwnego, że przy budowie nowoczesnego statku wybór na kapitana odpowiedzialnego za nadzór tej budowy, a potem dowództwo jemu przypadło w udziale. Los chciał, że kapitan Knoedgen przez cały okres wojny, aż do jej zakończenia, kierował tym statkiem.
W dniu 15 czerwca 1939 roku zgromadzeni na nabrzeżu francuskim koło Dworca Morskiego liczni wczasowicze i mieszkańcy Gdyni z podziwem oglądali kształtną sylwetkę statku, który powoli zbliżał się do nabrzeża. Białe, przystosowane do pływania w tropiku, burty wyraźnie rysowały się na ciemnym tle pasma wody.
Hymn, przemówienia powitalne, oględziny.
Zwiedzający zachwycali się pięknym wyposażeniem salonów, kabin, jadalni. Statek był luksusowy. Stanowił wizytówkę kulturalną nie tylko linii, ale i kraju.
Zaledwie dwa dni pozostały do załadunku i znowu nabrzeże zapełniło się tłumem, tym razem m/s "Sobieski" udawał się do Ameryki Południowej. W sali odpraw ruch. Zdenerwowani pasażerowie co chwila sprawdzają stan swoich bagaży, celnicy ze spokojem wertują papiery i walizy, a stewardzi roznoszą je. Ci, co się już rozlokowali po kabinach, oblepiają burty statku -?trzeba na pożegnanie pomachać jeszcze ręką znajomym w kraju.
Nadchodzi pora odpłynięcia. Jeszcze ostatni pasażerowie nerwowo przebiegają po trapie, tłum na nabrzeżu rośnie. Na mostku kapitańskim zjawia się pilot, który ma wyprowadzić statek. Gra orkiestra na nabrzeżu, ostatnie pożegnalne pomachiwania. Ocierane ukradkiem łzy. Statek zwolniony od krępujących go lin powoli odsuwa się na środek basenu, a potem majestatycznie kieruje ku wyjściu. Nikną wieżyczki wejścia awanportu -?już na wodach Zatoki.
Tak było w pierwszym rejsie. Po powrocie i krótkim postoju w Gdyni z końcem sierpnia "Sobieski" ponownie ruszył w swój drugi rejs.
Czas już był niespokojny. Nad krajem wisiały groźne chmury. Jeszcze się łudzono, pocieszano, ale co rozsądniejsi z niepokojem spoglądali w przyszłość. Kapitan otrzymał od armatora zalakowaną kopertę z instrukcjami, którą należało otworzyć na specjalny rozkaz nadany pod kryptonimem: "do Jasiów i Stasiów".
Wyruszali pełni niepokoju.
Kiedy zawinęli do Dakaru, pierwszego portu, rozniosła się wieść -?wojna. Niemcy wkroczyli do Polski.
Skąpe wiadomości, jakie docierały drogą radiową, budziły tylko zdenerwowanie i niepewność o los tych tam, pozostawionych w kraju.
Konsulat Polski w Dakarze nie mógł też udzielić żadnych wyczerpujących informacji, oni też byli zdezorientowani i zdani na skąpe urywki komunikatów radiowych. Nie dostali żadnych dyrektyw ani instrukcji. Otwarta przez kapitana koperta zawierała jedynie polecenie dla statków znajdujących się na wodach europejskich, aby schroniły się do najbliższego portu neutralnego.
Kiedy kapitan wracał z kolejnej wizyty w konsulacie, cała załoga z niecierpliwością oczekiwała na wiadomości.
-?No i co? Jak tam?
-?Nic. Sami niewiele wiedzą -?rozkładał ręce kapitan.
Nie pozostawało nic innego, jak czekać. Statek tkwił na redzie portu Dakar. Na pokładzie miał komplet pasażerów i pełne ładownie towaru z przeznaczeniem do Rio de Janeiro i Buenos Aires.
Po dwóch tygodniach zawinął do Dakaru powracający z Ameryki Południowej "bratni" statek m/s "Chrobry", który w Dakarze przeszedł dokowanie celem oczyszczenia kadłuba z "brody wodorostów", jaka narosła w czasie pływania po ciepłych wodach tropikalnych.
Spotkali się dwaj kapitanowie statków -?Bacewicz i Knoedgen. "Chrobry" miał już jakieś konkretne wiadomości, które zdobył w Buenos Aires - należało udać się do portów brytyjskich i tam oczekiwać na dalsze zlecenia. Zgodnie z umową polsko-brytyjską statek przechodził do dyspozycji władz Wielkiej Brytanii. "Sobieski" został w Dakarze.
Załoga ze smutkiem śledziła z burty, jak w oddali ginął "Chrobry". O nich jakoś zapomniano. Pasażerowie powoli zniknęli, korzystając z innych statków płynących do Ameryki Południowej. Część z nich, odwołana do wojska, powróciła do Europy, a "Sobieski" tkwił nadal na redzie. Ale wreszcie ktoś sobie widocznie przypomniał o nich, przyszedł rozkaz wejścia do portu i wyładowania wszystkich wiezionych towarów oraz polecenie skierowania się do Wielkiej Brytanii.
Płynęli już w nastroju wojennym, w zacienieniu niepewnością. Na całej drodze nie czyha jakiś utajony podwodny nieprzyjaciel.
Z westchnieniem ulgi kapitan Knoedgen wprowadził statek do brytyjskiego portu. Tu już zastały ich konkretne wiadomości. Statki: m/s "Piłsudski", m/s "Batory", m/s "Chrobry", m/s "Sobieski", zostały skierowane do przebudowy w celu przystosowania ich do transportów wojennych.
Stoją na wysokim doku. Burty oblepione rusztowaniami, setki malarzy zmieniają piękną jasną barwę burt na szarą bojową. Na pokładzie błyskają palniki acetylenowe, przygotowujące podstawy pod działa i karabiny maszynowe. Tłum robotników opanował pomieszczenia kabinowe. Usuwa wszystkie zbędne urządzenia i dekoracje, może piękne w czasie pokojowym, ale niepotrzebne, a nawet niebezpieczne w okresie wojennym jako łatwopalne, stwarzające zagrożenie pożarowe. Wnętrze statku przystosowano do rozmieszczenia i zabrania większej liczby żołnierzy, zwiększono stan urządzeń sanitarnych.
Dawne luksusowe transatlantyki stają się szarymi troop-transporterami - transportowcami wojennymi.
Następują też zmiany w załodze. Wszystkie kobiety zostały zmustrowane i przeszły do pracy na lądzie, część załogi została powołana do Marynarki Wojennej, na ich miejsce przyszli inni. Z końcem listopada statek był gotów do podjęcia służby.
Po powrocie kapitana Knoedgena z odprawy w Admiralicji rozeszła się wiadomość:
-?Razem z m/s "Piłsudskim" idziemy w konwoju do Australii...
Kiedy wieczorem opuszczali port Southampton, aby udać się na wyznaczone miejsce spotkania, nadeszła inna wiadomość: m/s "Piłsudski" zatonął... Prawie całą załogę uratowano, zginął jednak trzeci mechanik Piotrowski... Kapitan Stankiewicz zmarł na szalupie ratunkowej.
Tragiczna wiadomość wstrząsnęła załogą. Był to pierwszy powiew wojny i tragedii, jakie ona ze sobą niosła.
Ale rejs do Australii nie został odwołany. Pięć wielkich transportowców, byłych statków pasażerskich, wypłynęło przez Morze Śródziemne na Ocean Indyjski. Tu już spotkało ich niebezpieczeństwo. Działający na Oceanie Indyjskim niemiecki pancernik "Admirał Graf Spee" zapuścił się aż na skraj Oceanu Indyjskiego. Istniało prawdopodobieństwo, że zaatakuje. W ślad za brytyjskim konwojem wysłano dla ochrony pancernik "Ramillies" oraz kilka krążowników. Konwój spokojnie dopłynął do Australii, a potem do Nowej Zelandii. Już w drodze powrotnej składał się z jedenastu byłych pasażerskich kolosów transoceanicznych, wśród których m/s "Sobieski" ze swymi 11 000 BRT był najmniejszym, ale z prędkością 17 węzłów należał do najszybszych. Ten właśnie pierwszy konwój II wojny światowej zwrócił uwagę Admiralicji na konieczność dobierania statków pod kątem prędkości, aby wlokący się w tyle maruderzy nie utrudniali posuwania się.
Z Australii i Nowej Zelandii zabrali 13 tysięcy wojska z przeznaczeniem do Afryki Północnej. Podróż minęła spokojnie. Swój żywy ładunek - żołnierzy -?wyładowali w portach Kanału Sueskiego i m/s "Sobieski" powrócił do Wielkiej Brytanii.
Teatr wojenny przerzucił się już na wody Morza Północnego. Norwegia padła ofiarą nowej agresji niemieckiej... Na pomoc jej spieszyły alianckie statki. Pomiędzy Wyspami Brytyjskimi i północnym cyplem Norwegii krążyły statki alianckie z wojskiem i zaopatrzeniem. Tu znowu spotkały się: m/s "Sobieski" i m/s "Chrobry".
Dziesiątego maja 1940 roku "Sobieski" skierowany został celem przyjęcia pierwszego ładunku desantowego.
Oparta o burty załoga statku śledziła z góry, jak szary wąż okrętujących się żołnierzy wypełzał spośród magazynów i powoli niknął we wnętrzu statku. Bez pośpiechu, przytłoczeni wiszącym na plecach i po bokach bagażem żołnierskiego wyposażenia, wspinali się jeden za drugim po wąskim trapie. Sierżant stojący na dole zatrzymywał co chwila żywy ładunek ludzi, spoglądając ku górze, czekał, aż większość zniknie we wnętrzu, aby nie obciążać nadmiernie trapu.
Ci, którzy już wcześniej zaokrętowali się i zdążyli złożyć swoje bagaże na wyznaczonych miejscach, oblepiali teraz burty, spoglądając na czekających jeszcze na dole.
Wysoki, ryżawy major, z nieodłączną, zwyczajem angielskim, trzciną pod pachą, wykrzykiwał coś ostrym głosem do kręcących się wokół niego młodszych oficerów.
Załadunek w porcie szkockim Firth of Forth przebiegał sprawnie. Inne polskie statki zabrały podobny ładunek w innych portach. Trzy dni przed nimi m/s "Chrobry" wyruszył w kierunku Norwegii.