Statek wampirów - Lucy Skylark

Reflow text when sidebars are open.
Będę cię kochać do końca życia. A jeżeli jest coś potem, będę cię kochać także po śmierci. Czy mnie rozumiesz? - Jonathan Carroll "Kości księżyca"
Najstraszniejszy wieczór nie zapowiadał się szczególnie tragicznie. Księżyc oświetlał cienistą, leśną ścieżkę, którą biegła tajemnicza para. Byli skupieni, ich zmysły były wyostrzone do granic możliwości.
Irma i Emil wybrali się na polowanie do pobliskiej puszczy. Tego wieczoru młode, wampirze małżeństwo zostawiło swoją trzy miesięczna córeczkę u przyjaciółki Irmy. W ogóle nie przeczuwając tragedii polowali na duże niebezpieczne zwierzęta, które zagrażały ludności mieszkającej nieopodal puszczy.
- Słyszysz? -szepnęła Irma do męża. W pobliskich krzakach szamotało się duże, mięsożerne zwierzę.
Małżeństwo Santiago nie było okrutnymi, bezwzględnymi wampirami dla, których liczyło się tylko zaspokojenie potrzeb związanych z wampirzą naturą.
Emil i Irma wierzyli w Boga i wierzyli, że jeśli stworzył rasę ludzi niebiańsko pięknych, silnych, które posiadały charakterystyczny dla każdego osobnika zapach i były nieśmiertelne miał w tym swój cel. Wierzyli, że powinni postępować zgodnie z dekalogiem danym przez Mojżesza.
I tak postępowali. Żywili się wyłącznie krwią niebezpiecznych lub rannych zwierząt.
- Taak... -odpowiedział Emil i powoli ruszył w stronę krzaków.
Ostrożnie rozchylił gałęzie i szybko niczym wiatr rzucił się do gardła wielkiej czarnej pumy.
Już po chwili ogromny kot leżał martwy a małżeństwo piło ciepłą, rubinową krew.
- No, no, no... -usłyszeli tuż za swoimi plecami. - Widzę, że prze święte małżeństwo Santiago pije juchę zwierząt.-kobieta stojąca za nimi zacmokała z niesmakiem.
Stanęli twarzą w twarz z Lidią, najokrutniejszą z wampirzyc jakie zamieszkiwały świat.
- Czego chcesz? -zapytał Emil stając przed Irmą by móc ją w razie czego ochronić.
- Chcę waszej córki... - uśmiechnęła się niewinnie.
Santiago przez chwile nie mogli wydobyć z siebie głosu. Stali oniemiali pozbawieni zdolności do jakiegokolwiek ruchu.
- No to jak? Powiecie mi gdzie ona jest? -Lidia patrzyła na nich piwnymi oczami pełnymi fałszywej niewinności.
- Nigdy! -krzyknęła Irma.-Nigdy jej nie dostaniesz!
Lidia popatrzyła na swoje długie żółte paznokcie i powiedziała jadowitym głosem:
- Jest mi potrzebna jej niewinna krew. Chce się na zawsze obmyć z grzechów...ale nie po to by pójść do nieba. Ja nie wierze w takie brednie jak niebo, piekło czy czyściec! Ale to nie wasza sprawa.
- Arvene jest bezpieczna i nigdy jej nie znajdziesz! -powiedział Emil.
Lidia popatrzyła na niego z kpina w oczach.
- Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz... ha ha!
Po krótkiej chwili milczenia Lidia znowu się odezwała:
- Każdy kto choć trochę o mnie słyszał wie, że nie wolno mi się bezkarnie sprzeciwiać... a wy to zrobiliście, wiec zostaniecie ukarani.
Lidia szybciej niż błyskawica rzuciła się najpierw na Irmę i rozszarpała jej gardło z, którego chlusną strumień gorącej, czerwonej krwi.
Emil poczuł słabnący zapach swojej ukochanej. Słabnącą woń aloesu.
Zaślepiony wściekłością rzucił się na czarnowłosą wampirzycę próbując zrobić jej to co ona zrobiła jego ukochanej Irmie.
Walczyli zaciekle starając się jak najbardziej zranić przeciwnika. Emil myślał, że już wygrał, że pomścił ukochaną kiedy Lidia jednym szybkim ruchem rozharatała mu gardło swoimi paznokciami.
Ostatnim dźwiękiem jaki słyszał umierając był okropny śmiech Lidii.
- Wujku podwieziesz mnie do portu? -zapytała Arvene wchodząc do kuchni i ciągnąc za sobą kufer i klatkę z krukiem.
Susanah odłożyła na stół połowę pomarańczy i popatrzyła na kuzynkę. Rozpoczęcie roku szkolnego w szkole kuzynki było po południu, wiec blondynka była jeszcze w piżamie.
Ciotka Oktawia popatrzyła ostro na Arvene, a potem powiedziała do męża:
- Klemens, odwieziesz ją. Brdzie spokój przez rok..-zawahała się na chwilę- Nie wracasz na święta, prawda?
Wuj mruknął coś niezrozumiałego i odłożył gazetę.
- Jak ty wyglądasz? -krzyknęła Susanah.
Arvene ubrała się w czarne, dziurawe dżinsy, czarną bluzkę z krótkim rękawem i fioletową rozsuwaną bluzę. Według siebie wyglądała dobrze, a poza tym było jej wygodnie.
- Coś nie tak? -zapytała zirytowana kuzynkę. Zawsze się czepiała jej ubrania tylko po to by sprawić jej przykrość.
Susanah jak zwykle w takich momentach pokręciła głowa udając rezygnację.
- No to cześć.-rzuciła Arvene i wyszła z domu za wujem.
Cała drogę do portu wuj milczał, a kiedy byli na miejscu i zobaczył grupę dzieci i młodzieży z wielkimi kuframi, klatkami z krukami czy kolorowymi kotami i psami na smyczach powiedział:
- Mam nadzieje, że nie przyniesiesz nam wstydu. Wrócisz na wakacje?
- Tak.-odpowiedziała i wysiadła z samochodu. Wuj pomógł jej wyjąć kufer i klatkę, a potem odjechał.
Dziewczynka powoli ruszyła w stronę wielkiego czarno-kremowego promu ze złotymi literami VS.
Mijała wampiry i wampirzyce, które gdy tylko wyczuły jej zapach zaczynały szeptać i pokazywać ją palcami.
W tej chwili bardzo żałowała, że związała włosy w kucyka. Gdyby zostawiła je rozpuszczone mogłaby ukryć za nimi twarz.
Postanowiła nie zwracać na to uwagi i już po chwili była na głównym korytarzu promu. Był to długi jasno różowy korytarz. Po obu stronach były drzwi do kajut.
Ruszyła powoli korytarzem i przez szybę patrzyła do środka szukając pustej. W końcu na samym końcu korytarza znalazła pusta kajutę. Otworzyła drzwi i weszła. Po obu stronach były wąskie ławki. Pomieszczenie było czyste i pachniało solą. Ściany były obite białą boazerią. Na ławkach leżał kremowo-szary materiał. Dziewczynka weszła do środka i wsunęła kufer pod ławkę. Usiadła przy okrągłym oknie i spojrzała przez nie na lazurową wodę Gwadalkiwir.
Głośny gwizd ogłosił odpłyniecie promu z portu w Sewilli. Na korytarzu było słychać odgłos kroków i głośne rozmowy przerywane wybuchami śmiechu.
Nagle drzwi kajuty otworzyły się i stanęła w nich wysoka wampirzyca o blond włosach zaplecionych we francuski warkocz. Pachniała wrzosem i miała piękne granatowe oczy.
- Cześć, mogę? -zapytała wchodząc do kajuty i wpychając kufer pod ławkę. W pewnej chwili kufer zatrzymał się i nie chciał dalej się przesunąć.
Blondynka kopnęła z całej siły kufer ale ten ani drgnął. Padła na kolana i zaczęła go pchać, a kiedy to nic nie pomogło bardzo się zdenerwowała.
- Poczekaj.-Arvene podeszła do ławki i po chwili wynurzyła się spod niej z dużym kociołkiem w ręce.-Oto przestępca.-powiedziała udając poważny ton sędziego na rozprawie sądowej.
Blondynka dosunęła kufer dalej i powiedziała siadając na ławce:
- Dzięki, jestem Melania Navarro.
- Cześć, a ja jestem Arvene Santiago.-powiedziała z uśmiechem.