Emilka
Łatwo takiemu powiedzieć - niech pani pisze. Kiedy ja prawdopodobnie nie umiem pisać. Moja nauczycielka polskiego twierdziła zawsze, że nie powinnam nigdy w życiu wyjść z pisaniem poza wypełnianie formularzy. Bardzo się ucieszyła, kiedy jej powiedziałam, że idę na studia rolnicze. Swoją drogą, złośliwa jędza, sama też robiła błędy językowe. Mówiła "pomarańcz". I "winogron". I uważała, że Gałczyński wszystkie swoje wiersze napisał w delirium, bo ktoś jej powiedział, że facet się upijał w Klubie 13 Muz. W Muzach wszyscy się upijali, po to one są.
Kłopoty.
Mam przeanalizować swoje kłopoty i zastanowić się, dlaczego w nie wpadłam. Oraz czy jestem w stanie z nich wypaść samodzielnie.
Samodzielnie - nie ma mowy. Zresztą nie ma chyba takiej potrzeby, bo jest kochana, stara Lula. Dobrze, że nie wie, że piszę o niej "stara". Ale ma już swoje trzydzieści pięć. A ja mam dwadzieścia pięć. I trzy czwarte, niech będzie.
No właśnie. I w ciągu tych dwudziestu pięciu cóż to ja zdążyłam osiągnąć? Skończyłam studia, owszem. Bardzo przyjemna specjalność - ogrodnictwo. Ogrodnictwo - rzecz święta; Pan Bóg, gdy świat stworzył, najpierw se na uciechę ogródek założył. Ciekawe, kto to napisał. Wiedziałam, ale zapomniałam. Muszę spytać Lulę.
No. I w tym ogrodnictwie nie przepracowałam ani godziny, jeżeli nie liczyć podlewania kwiatków w doniczkach w willi na Żelechowie.
Boże, jaka to była piękna willa! A jaki widok na Odrę i te wszystkie płynące statki! A jak cudnie było opalać się na tarasie, kiedy Leszek donosił kolorowe drinki...
To se ne vrati, pani Havrankova. Zaraz, miałam pisać po porządku.
Leszek - Lesław Brzezicki - to był mój konkubent. Tak to się nazywa, ale mnie się to nie podoba. Kochanek to też nie jest właściwe określenie. Narzeczony. Mieliśmy się pobrać. W bliżej nieokreślonej przyszłości. Poznaliśmy się na Juvenaliach, na których zostałam wybrana na Królową Piękności. Nie był to pierwszy raz, z tą królową, bo na drugim i trzecim roku też nią byłam. A ten trzeci raz to już była końcówka studiów, przed samym dyplomem. Strasznie mu się spodobałam i przyleciał po wyborach z takim ogromniastym bukietem tulipanów, za które zapłacił pewnie majątek, bo już było po sezonie na tulipany, poza tym to była bardzo rzadka, holenderska odmiana.
Czy powinnam już wtedy podejrzewać go o coś?
A skądże. Normalny, młody facet, któremu się powiodło. O pięć lat starszy ode mnie. Po studiach marketingowych, pracował najpierw w agencji reklamowej, a potem został jej współwłaścicielem. A jeszcze potem spłacił kolegę i już był całym właścicielem, prezesem i capo di tutti capi. Mieli straszliwe obroty, korzystały z ich usług różne Proctery and Gamble, Johnsony and Johnsony, pampersy, szampony, margaryny i Bóg wie co jeszcze. Tak przynajmniej twierdził mój Lesio, obrzucając mnie diamentami. No, może diamentami to on mnie nie obrzucał szczególnie często - jeden pierścionek nie czyni wiosny - ale żyło mi się z nim dostatnio i przyjemnie. Całe półtora roku. Prawie dwa lata.
Dlaczego mi się z nim w ogóle żyło?
Bo się zakochałam. Nie jest to nic nagannego, nie zakochałam się dlatego, że miał kupę forsy, tylko dlatego, że recytował mi Gałczyńskiego (tego pijaka), patrzył na mnie maślanymi oczami i mówił, że mnie kocha nad życie. Poza tym po prostu podobał mi się nieprzytomnie, przystojny był i chciałam go mieć, a jak już miałam, to szybko poleciało - wpadłam jak jaka smarkata.
Dlaczego żerowałam na nim, zamiast pójść do uczciwej pracy?
Dobrze. To jest może pierwszy haczyk na mnie. Nie powinnam była zawisać na facecie tylko dlatego, że było go stać na utrzymanie narzeczonej. Powinnam była znaleźć sobie pracę, możliwie ciężką i harować jak wołek roboczy, psując sobie manicure i hodując kwiatki rzadkich odmian. Na przykład w Zarządzie Zieleni Miejskiej - na klombach albo na cmentarzu.
Zaraz, zaraz. Akurat w Zarządzie Zieleni już czekali na mnie z otwartymi ramionami. Nigdzie na mnie nie czekali z żadnymi ramionami. Nie ma pracy ogólnie, nie ma i dla świeżo upieczonych ogrodników po szczecińskiej akademii.
Mogłam sobie założyć kwiaciarnię.
Też nie do końca. Bo żeby założyć kwiaciarnię, trzeba mieć jakiś kapitał zakładowy. A ja żadnego kapitału nigdy nie posiadałam. Leszek posiadał, ale gdybym założyła kwiaciarnię za jego pieniądze, to też by wyszło, że na nim żeruję. Jeden diabeł.
Uważam, że co do żerowania, to jestem usprawiedliwiona. Ostatecznie są na świecie niepracujące żony i nikt przytomny nie ma im za złe, że utrzymują ich mężowie.
Ale ten mój prawie mąż okropnie mnie oszukiwał.
A skąd ja miałam o tym wiedzieć? Nie siedziałam mu w księgach i jak mówił, że ta najnowsza reklama pasty do zębów Blend-a-med, co to lata przed każdymi "Wiadomościami", w najdroższym paśmie reklamowym, to dzieło jego agencji - to mu wierzyłam!
No i przejechałam się na tej wierze w Lesia Brzezickiego. Strasznie się przejechałam.
To w ogóle wyglądało jak scena z jakiegoś tandetnego filmu o gangsterach.
Mieliśmy wybrać sobie wycieczkę do jakiegoś przyjemnego, ciepłego kraju, bo Leszek pracował ostatnio bardzo dużo, dwa lata nie miał urlopu (wyskakiwaliśmy wprawdzie kilka razy na narty i na żagle, ale to dosłownie na trzy-cztery dni) - tym razem to miały być trzy tygodnie w dowolnie przeze mnie wybranym zakątku świata. Oglądaliśmy foldery, których naznosił do domu chyba ze cztery kilogramy, atmosfera się zrobiła taka jakaś beztroska... o mało to się nie skończyło w łóżku, tylko że w jakimś momencie zadzwonił telefon. Leszek odebrał i natychmiast się zdenerwował. Zaczął kląć jak furman do tej słuchawki, potem kazał mi wziąć prysznic. Trochę się na niego obraziłam, bo jeżeli chciał sobie swobodnie porozmawiać, to mógł wyjść do drugiego pokoju, przecież ja bym go nie podsłuchiwała! Ale i tak miałam zamiar się wykąpać, bo jakoś tak parno było tego dnia, czułam się trochę nieświeża. Poszłam do łazienki.
Boże święty! Gdybym wiedziała, co zobaczę, jak wyjdę spod tego prysznica, tobym pod nim siedziała do skończenia świata!
Nie, nie mogłabym siedzieć tam do skończenia świata, bo przecież ten facet tam po mnie przyszedł! Omal nie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam typa w kominiarce i z jakąś potworną armatą pod pachą! I ten typ mi podaje ręcznik, jak gdyby nigdy nic!
- Pani Emilia Sergiej? - pyta.
Byłabym się rozwrzeszczała jak wariatka, ale mnie kompletnie zatkało. A typek spokojnie melduje, że nic mi nie grozi, że jest policjantem i uprzejmie prosi mnie o przejście do salonu!
No więc przeszłam, w tym ręczniku, bo nie zabrałam ze sobą szlafroka do kąpieli. I tu dopiero dostałam szoku.
Typów w kominiarkach było tam chyba ze czterech. Dwaj stali po bokach krzesła, na którym siedział Leszek - z kajdankami na rękach! Jacyś cywilni faceci robili bałagan w mieszkaniu. A jeden taki, szalenie arogancki dupek, przedstawił mi się jako prokurator jakiśtam, nie pamiętam - i oświadczył, że Leszek jest aresztowany za handel narkotykami!
- Pan oszalał - mówię. - Jakie narkotyki! Leszek, o co chodzi?
A Leszek siedzi i nic.
- Dla pana Brzezickiego - powiada ten cały prokurator - lepiej będzie, jeżeli pod nieobecność adwokata słowa nie powie. My, niestety, posiadamy liczne dowody przestępstwa, spodziewamy się znaleźć jeszcze liczniejsze, w związku z czym zawiadamiam panią uprzejmie, że dom jest zabezpieczony na potrzeby śledztwa. Tu są wszystkie potrzebne w tej sprawie papiery, nakazy, co tylko pani chce.
Trochę mnie odetkało.
- I co, będziecie mi taki bałagan robić nad głową?
- A nie, nie nad głową. Widzi pani, my tu musimy mieć pełną swobodę...
- Czy to znaczy, że mam się wynieść z domu?
- Niestety tak. Kolega pomoże się pani spakować, proszę wybaczyć, ale musi to się odbyć pod naszym okiem. W ciągu trzech dni proszę się zgłosić w prokuraturze i zawiadomić nas o swoim aktualnym adresie. Tu jest moja wizytówka. Willę musi pani opuścić. O ile wiem, zameldowana na stałe jest pani w Węgorzynie. Może pani tam pojechać. Ale proszę nas zawiadomić, jeśli zechce pani wyjechać ze Szczecina.
- Pan oszalał?
- Nie. Przeciwko pani Sergiej nie toczy się żadne postępowanie, natomiast będzie pani musiała składać pewne wyjaśnienia. Co do swoich powiązań z panem Brzezickim przede wszystkim.
- A co tu jest do wyjaśniania? Mieliśmy się pobrać jesienią! Leszek!
A Leszek jakby mnie nie słyszał. Zwątpiłam.
- Dobrze - powiedziałam. - To ja się wyniosę. Samochód mogę zabrać? Jest mój.
- Tego chryslera? Niestety nie dzisiaj. Samochód też jest zabezpieczony. Ale jest możliwe, że będzie go pani mogła odzyskać... za jakiś czas. Jeżeli uda się udowodnić, że został zakupiony za pieniądze niepochodzące z przestępstwa. I że jest czysty.
- Ale o jakim przestępstwie pan mówi?
- Dowie się pani wszystkiego we właściwym czasie. Na razie proszę tylko przyjąć do wiadomości, że pani narzeczony w środowisku, o którym pani najwyraźniej nie ma żadnego pojęcia, posiadał wiele mówiący pseudonim - Kałach. Nie był znany z delikatnego załatwiania spraw...
No i tym Kałachem mnie załatwił ostatecznie. Nie mogłam już słowa więcej wykrztusić. Leszek siedział wciąż na krześle i udawał, że mnie nie ma w pokoju. Ani nikogo innego.
Chciałam coś do niego zagadać, zapytać, ale ostatecznie nic nie wykrztusiłam. Bo co miałam powiedzieć?
Poszłam się ubrać - w asyście jakiegoś wypłosza w cywilu. Nie próbowałam z nim rozmawiać i on też się nie rwał do konwersacji. Pozwolił mi wziąć ubranie i pójść do łazienki - widocznie jego kumple łazienkę już obejrzeli i uznali, że nic w niej nie schowałam. Za to kiedy pakowałam ciuchy - oczywiście nie wszystkie, tylko taki najpotrzebniejszy zestaw, który mi się zmieścił do dwóch toreb - każdą sztukę oglądał pracowicie.
No i tak zostałam z tymi dwiema torbami na ulicy! Bo panowie władza skończyli swoje czynności służbowe, zabrali Lesia do radiowozu, zapieczętowali chatę, garaż z moim samochodem, bramkę wejściową i pojechali w siną dal.
I gdyby mi nie przyszło do głowy zadzwonić do Luli, to może do tej pory bym tam siedziała.
Lula, jak to dobra przyjaciółka, przyjechała natychmiast taksówką, o nic mnie nie pytała, złapała moje torby, wrzuciła do samochodu, mnie prawie wepchnęła na siedzenie i pojechałyśmy do niej. Strasznie byłam zdenerwowana i wcale nie zauważyłam, że ona jest prawie tak samo przejęta jak ja. Powiedziała mi potem, że ze swojego muzeum wyleciała jak z procy, nikomu się nie tłumacząc. Rzuciła tylko portierce: "Tragedia w rodzinie", i już jej nie było.
W domu od razu zajęła się mną w ten sposób, że dała mi jakiegoś barszczyku i kazała zjeść. Myślałam, że nie przełknę ani łyczka, ale przełknęłam. Stała nade mną jak kat nad dobrą duszą i pilnowała, żebym gryzła każdy kartofelek i każdą pływającą kiełbaskę. Nigdy bym się nie spodziewała takiego rezultatu, ale jak się uporałam z barszczykiem, to coś się we mnie odblokowało i zaczęłam ryczeć, łzy się ze mnie lały jak z fontanny dłuższy czas, a ona mi tylko podawała chusteczki do nosa.
Nie mogłam sobie poradzić z myślą, że Leszek cały czas mnie oszukiwał. To było jakieś takie idiotyczne i nierealne; przecież kochaliśmy się i mieliśmy zamiar się pobrać. Wszystko było jak najlepiej, a tu nagle ciach - jak nożem. Było, nie ma.
I ten Leszek - jak obcy. Siedział na tym krześle, skuty, obojętny, w ogóle na mnie nie spojrzał!
Przez kilka pierwszych nocy nie mogłam spać, jadłam tylko wtedy, kiedy Lula mnie zmuszała, ale znowu coś się we mnie zablokowało i żadne zupki już nie pomagały. Najgorsze było to, że nie potrafiłam się zdobyć na żaden czyn. Nie chodzi mi, oczywiście, o czyn zbrojny w celu odbicia Leszka z turmy, do której go zapakowano, tylko o jakąkolwiek decyzję, a choćby pomysł dotyczący mojej własnej przyszłości. Zaczęło się zanosić na to, że zostanę u Luli do końca życia, siedząc na jej kanapie i patrząc na ścianę.
Po prostu nie byłam w stanie wyobrazić sobie przyszłości. Jakiejkolwiek.
Lula nic nie mówiła, tylko martwiła się o mnie, co było dosyć widoczne na jej poczciwym obliczu, które nie nadaje się do ukrywania uczuć. W końcu przyniosła mi telefon do jakiegoś genialnego psychiatry, który wyciągnął jej koleżankę z ciężkiej depresji. Zaofiarowała się nawet, że mi go sfinansuje, bo gość strasznie dużo każe sobie płacić. To mnie wreszcie ruszyło, dotarło do mnie, że siedzę na karku kobiecie, która żyje z pensji kustosza w muzeum i zrobiło mi się wstyd. Na jej miejscu większość ludzi zaproponowałaby mi najdalej po dwóch dniach, żebym udała się po pomoc do tatusia i mamusi.
Tatusia i mamusi w żadnym wypadku nie mam zamiaru w to wplątywać. Na szczęście oboje brzydzą się wszelkiego rodzaju wiadomościami kryminalnymi, więc raczej nie zobaczą mojego Leszka w kronice policyjnej, a nawet jeśli, to pewnie wolno go pokazywać tylko z zamazanymi oczami, a oni widzieli go wszystkiego dwa razy. Nie rozpoznają.
Zadzwoniłam do nich, informując oględnie, że zmieniłam adres i zerwałam z Leszkiem, odmówiłam dokładniejszych zeznań, twierdząc - i tylko to było prawdą - że najpierw sama muszę się z tym uporać, poprosiłam, żeby dzwonili tylko na moją komórkę albo na Luli telefon domowy. Wyraźnie im ulżyło, kiedy się dowiedzieli, że jestem u Luli. W swoim czasie dowiedzą się całej prawdy.
Lula, oczywiście, zgodziła się, żebym u niej mieszkała, dopóki czegoś sobie nie znajdę. Oświadczyła nawet, że się cieszy, bo odkąd umarł ze starości jej kot Arystofanes, zwany Arkiem, czuła się bardzo samotna. Wzruszyła mnie bardzo, kiedy po raz pierwszy w życiu - jak twierdzi - zrobiła sobie debet na koncie i pożyczyła mi tysiąc złotych - na przetrwanie.
Dobrze, jak na pierwszy raz, to i tak sporo napisałam. Nie wiem jeszcze, czy mi to pomaga, czy nie, ale jakoś mnie nie brzydzi specjalnie. Mogę pisać dalej.
Oczywiście, dopiero jutro. Lula woła na kolację.