Stary wspaniały świat - Tom Hodgkinson

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Labor omnia vicit

[Zaciekła zdobywa wszystko praca]

Wergiliusz, Georgiki1

Najważniejszymi i zarazem najpowszechniej lekceważonymi spośród wszystkich sztuk życia codziennego są trzy: filozofia, gospodarzenie i uciecha. Filozofia to poszukiwanie prawdy i dociekanie, jak dobrze żyć. Gospodarzenie to sztuka zapewniania bytu sobie i swojej rodzinie, uciecha zaś to sztuka zabawy: biesiadowania, tańca, żartów i śpiewu.

Wszystkie te aspekty życia były czynnie kultywowane w starym wspaniałym świecie. Przez "stary wspaniały świat" rozumiem okres od czasów starożytnej Grecji do końca wieków średnich, a zatem z grubsza dwa tysiące lat pomiędzy 500 r. p.n.e. a 1500 r. n.e. Stary świat skończył się około roku 1535 wraz z nastaniem reformacji, kalwinizmu, renesansu oraz plądrowaniem i burzeniem klasztorów. Filozofia, gospodarzenie i uciecha oczywiście przetrwały i po dziś dzień są uprawiane przez kilku dzielnych chwatów, ale od czasów rewolucji przemysłowej ustąpiły miejsca pracy, zarobkowej niewoli (przynajmniej dla większości z nas), to znaczy wykonywaniu nudnego zajęcia, przynoszącego zysk komu innemu - korporacji, udziałowcom albo totalitarnemu państwu biurokratycznemu. W starym świecie rozrywki kulturalne były najważniejszą rzeczą w życiu; dziś jest nią praca.

Nauczanie sztuki myślenia stopniowo znikało z programów szkolnych. A sztuka wytwarzania dla siebie pożywienia w domu została zastąpiona przez wyprawy do supermarketu po zakup gotowego jedzenia. Wcale nie uczyniło nas to bogat­szymi, lecz uboższymi.

Celem tej książki, która ma łączyć przyjemne z pożytecznym, jest prześledzenie dawnych zwyczajów ludzkich i pokazanie, że były one często dobre i skorzystalibyśmy niepomiernie, gdybyśmy wrócili do nich w dzisiejszym świecie. Bynajmniej nie chodzi tu o uleganie kaprysom nostalgii; nie można cofnąć się w czasie, utknęliśmy tu i teraz, z czego można się skądinąd pod wieloma względami cieszyć. Strach przed rozklejeniem się nie powinien jednak powstrzymać nas od uznania i uczczenia tego, co w przeszłości było dobre. Jak pisze Owidiusz w swoim Kalendarzu poetyckim z 8 roku naszej ery:

Laudamus veteres, sed nostris utimur annis:

mos tamen est aeque dignus uterque coli.

[Chwalimy przeszłość, ale żyjemy w teraźniejszości -

zwyczaje obu są warte poszanowania].

Możemy zatem na przykład wychwalać zdobycze techniki, takie jak kosa czy książka, nie rezygnując z iPada albo Skype'a i całej tej nowoczesnej technologii, którą Aldous Huxley określa jako "niemal cudowną". (Warto jednak spytać samego siebie, co nadal będzie w użyciu za tysiąc lat - kosa czy iPad). W Starym wspaniałym świecie skupiam się na gospodarności, przez którą rozumiem traktowanie swojego gospodarstwa domowego jak twórczej jednostki produkcyjnej, a nie jak miejsca służącego jedynie do oglądania telewizji na ogromnym ekranie po powrocie z pracy. Angielskie słowo husband ("mąż", ale także "gospodarować") pochodzi od staro­angielskiego húsbonda - "głowa gospodarstwa", która ma mądrze i rozważnie zarządzać domem. Husbandry to gospodarowanie tudzież gospodarzenie, czyli dbanie - o zwierzęta, zbiory, dzieci i samego siebie.

Podczas pracy nad tą książką przeczytałem kilka starych tekstów na temat gospodarzenia, począwszy od poematów Greka - Hezjoda2, a na dziełach Rzymian - Kolumeli, Warrona i Katona - skończywszy. Georgiki, znakomity poemat dydaktyczny Wergiliusza dotyczący prowadzenia gospodarstwa, są dla mnie kluczowym punktem odniesienia. W średniowieczu, szczególnie we Flandrii, istniała też wspaniała tradycja wykonywania kalendarzy poświęconych hodowli zwierząt, uprawie roli i ogrodu i będę odwoływał się tu do wielu z nich. Były to tak zwane kalendarze wieczne, zaopatrzone w specjalny kod pozwalający ustalić dzień tygodnia, ilustrowane ślicznymi obrazkami, na których widnieją kobiety i mężczyźni przy pracy. Wielu rolników miało takie kalendarze na ścianach swoich domów.

Dowiedziałem się, że książki poświęcone ogrodnictwu i rolnictwu stanowią osobny gatunek literacki - poemat dydaktyczny, którego pierwszym zabytkiem są powstałe w VIII wieku p.n.e. Prace i dnie Hezjoda, a który doskonałość osiągnął w Georgikach Wergiliusza. Moja książka stanowi skromny wkład w historię tego gatunku. Podobnie jak moi poprzednicy chętnie cytuję największe autorytety. Są wśród nich znakomity Thomas Tusser, autor bestsellera z epoki Tudorów Five Hundred Points of Good Husbandry ("Pięćset zasad dobrego gospodarowania"). Zaglądałem również do siedemnastowiecznego poradnika ogrodniczego Johna Evelyna Directions for the Gardiner ("Wskazówki dla ogrodnika") i dziewiętnastowiecznego The English Gardener ("Ogrodnik angielski") Williama Cobbetta. Kolejnym doskonałym znaleziskiem był średniowieczny przekład pracy Palladiusza, pisarza rzymskiego, zajmującego się hodowlą zwierząt i uprawą roli w IV wieku n.e.

Stary wspaniały świat nie jest wyczerpującym podręcznikiem samowystarczalności. Należy raczej traktować go jak uzupełnienie półki z książkami poświęconymi domowi i ogrodowi. Jest to może bardziej przewodnik literacki niż praktyczny, chociaż znalazło się w nim sporo przydatnych porad. Stoimy na ramionach poprzednich tytanów: żeby pisać o pszczołach, Wergiliusz nie uważał za konieczne posiadania ich samemu, lecz przy pisaniu Georgik powoływał się na wcześniejsze autorytety. Podobnie było z Williamem Cobbettem - dużą część materiału do swojego poradnika Cottage Economy ("Ekonomia domu wiejskiego") pozyskał od starej żony farmera. A jedna ze znakomitych książek Johna Evelyna na temat ogrodnictwa była ni mniej, ni więcej jak tylko przekładem francuskiego bestsellera Le Jardinier françois ("Ogrodnik francuski") Nicolasa de Bonnefons. Evelyn, bliski druh Karola II, stworzył także świetny kalendarz ogrodniczy, Kalendarium Hortense, z typowo siedemnastowiecznym podtytułem: "Almanach ogrodnika, wskazujący, co czynić należy każdego miesiąca roku i kiedy jakie kwiaty i owoce są najlepsze".

Książki ogrodnicze zawsze cechowało połączenie dydaktyzmu i romantyczności, praktyki z literaturą. I prawdą jest, że autor dobrej książki o gospodarowaniu nie musi wcale sam być dobrym gospodarzem. Tusser, który ukończył Eton i Trinity Hall w Cambridge, ponosił jako rolnik porażkę za porażką. Jego usiłowania, by wzbogacić się na rolnictwie, spełzły na niczym. Thomas Fuller, rówieśnik Samuela Pepysa, którego ten miłujący życie pamiętnikarz określał mianem "wielkiego Toma Fullera", poświęcił Tusserowi krótkie hasło w swoim dziele Worthies of England ("Wielcy ludzie Anglii"):

Tak oto nasz angielski Kolumela mógłby powtórzyć za poetą:

Monitis sum minor ipse meis.

[Nie jestem na wysokości mojej teorii].3

- Owidiusz

Obaj równie dobrzy w teorii i równie źli w praktyce gospodarności.

Mocną stroną Tussera była więc komunikacja.

Mój Stary wspaniały świat łączy nawiązania do autorytetów literackich z opowieściami z mojego własnego doświadczenia zdobytego na wynajętej farmie w North Devon. Przyznać też trzeba, że i ja nie jestem zbyt biegłym gospodarzem. Tak naprawdę czytelnicy "Idlera"4 znają nasze gospodarstwo jako "tę nieszczęsną farmę". W 2002 roku przeniosłem się tam wraz z rodziną i od tej pory moja żona, Victoria, i ja przeprowadziliśmy rozliczne eksperymenty gospodarskie. Hodowaliśmy warzywa, mieliśmy świnie i kurczaki, które zabijaliśmy, gotowaliśmy i jedliśmy. Dostaliśmy w spadku kucyka, a Victoria przez jakiś czas zajmowała się naszymi nieodżałowanej pamięci pszczołami. Szczuliśmy fretki do króliczych nor i sprawialiśmy upolowane zwierzęta. Warzyliśmy paskudne piwo i wyrabialiśmy cudowny syrop z kwiatu czarnego bzu. Victoria piecze chleb i robi masło - najlepsze, jakie można sobie wyobrazić. Robiliśmy dżemy, przetwory i marmolady. Rąbaliśmy i suszyli stosy drewna. Paliliśmy tysiące ognisk. Eksterminowaliśmy tysiące ślimaków. Wytwarzaliśmy wino z pasternaku i handlowaliśmy jajkami. Odkryliśmy, że proste życie jest zarówno niezwykle skomplikowane, jak i bardzo trudne. Pełne jest rozczarowań, ale niesie również ze sobą ogromną satysfakcję, ponieważ w sumie oszczędzasz masę pieniędzy i robisz o wiele lepsze jedzenie, zachowując łączność z życiem, naturą, kosmosem. Wpisujesz się też w starodawną tradycję prowadzenia domu, czyli gospodarzenia. Kiedy pozyskujesz pożywienie w ten sposób, uwalniasz się od supermarketów z ich super­niskimi cenami i superniską jakością. Zyskujesz zdrowie i krzepę.

Bycie całkowicie samowystarczalnym nie jest ani możliwe, ani szczególnie pożądane. Samowystarczalność bowiem wiąże się z dobrowolnym oddaleniem się od innych, podczas gdy w gospodarności chodzi o dzielenie się zarówno pracą, jak i wiedzą. Kocham książki, ale najlepszą radę usłyszeć można od sąsiada, który faktycznie przećwiczył w praktyce, co chcesz zrobić. Musisz poprosić ludzi o pomoc, a jeśli twoje gospodarstwo prosperuje i możesz zatrudnić ludzi, to tym lepiej. Rób rzeczy i sprzedawaj je.

Musisz uznać swoje ograniczenia. Po prostu nie da się zarabiać na życie i jednocześnie być dobrym ogrodnikiem, kucharzem, rzeźnikiem, hodowcą drobiu i trzody chlewnej, drwalem, budowniczym, piekarzem, cukiernikiem, wędliniarzem, żniwiarzem, pszczelarzem, piwowarem, mleczarzem, cieślą i sprzątaczem nawet przez krótki czas, a co dopiero przez dekadę. Zaczynaj powoli i nie winduj swoich aspiracji. Wszak w dawnych czasach terminowało się aż siedem pełnych lat.

Wszystkie wymienione powyżej zajęcia to sztuki i trzeba je opanowywać powoli i przez wiele lat. Należy się kształcić, czytać masę książek, uczęszczać na kursy i - oczywiście - uczyć się na błędach zarówno swoich, jak i innych ludzi. Wiąże się z tym niemały trud. Nie dowierzaj tym, którzy twierdzą, że - dajmy na to - hodowla warzyw to łatwizna, gdyż jest to rzecz niebywale skomplikowana. Już piąty rok się nią zajmuję i porzuciłem wreszcie zasadę bezczynności, według której natura sama ma robić, co do niej należy. Jej stosowanie skończyło się dla mnie ogrodowym koszmarem, tak strasznym bałaganem, że aż nie miałem siły o tym myśleć, a co dopiero zająć się uprzątnięciem go. W tym roku zwróciłem się ku metodom tradycyjnym i ciężkiej pracy. Kopałem, sadziłem, nawoziłem i pieliłem. Ochraniałem sadzonki skorup­kami po jajkach i osłonkami z drutu. Zastosowałem nawet organiczny żwirek przeciw ślimakom, nie mogąc znieść widoku przetrzebionej sałaty, którą przez jedną noc pochłonęły te żarłoczne stworzenia. Schludnie wyrównywałem ścieżki szpadlem, przeganiałem kury. Dzięki temu obecnie praca w moim ogródku warzywnym to czysta przyjemność, na którą czekam z utęsknieniem, zamiast wzdragać się przed nią jak przedtem. Choć jako zdeklarowanemu leniuchowi niełatwo mi jest to powiedzieć, przyznaję, że ogród wymaga dużo uwagi. Wergiliusz poucza:

Labor omnia vicit

improbus, et duris urgens in rebus egestas.

[Zaciekła zdobywa

wszystko praca, potrzeba, bieda uporczywa].

Dobra wiadomość jest taka, że ten trud jest milion razy przyjemniejszy i bardziej satysfakcjonujący niż codzienny młyn pracy biurowej, niszczący psychikę brakiem widocznego rezultatu, którym można by się napawać. Naprawdę wystarczy godzina dziennie w ogródku lub na działce plus od czasu do czasu kilka dodatkowych godzin kopania i nawożenia. Kiedy więc mówimy o pracy, mamy na myśli wysiłek tyleż regularny, co niewielki i daleki od wyczerpującej harówki.

Tytuł mojej książki nawiązuje, rzecz jasna, do Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya, który sam zaczerpnął swój tytuł z Burzy Szekspira. Chodzi mi o to, że ów stary świat faktycznie był wspanialszy niż nasz5. Na wojnie rycerze i królowie jechali na czele swych oddziałów; nie siedzieli wygodnie w swoich gabinetach, posyłając na śmierć tysiące młodych mężczyzn jak współcześni tchórze przy władzy. Kiedy atakowano nasze wolności, walczyliśmy w ich obronie. Jeździliśmy konno, chodziliśmy kilometrami, rąbaliśmy drewno, hodowaliśmy warzywa. Byliśmy dzielni, wolni i silni, a staliśmy się słabowitymi, służalczymi niewolnikami, stojącymi w kolejce do lekarza, żeby poprosić o amerykańskie pigułki i inne panacea.

A co z zarazą, cierpieniem, bólem zęba? Tę tematykę podejmuje George Orwell w swojej Drodze na molo w Wigan, w której atakuje "kult maszyny" jako odczłowieczający - dzisiaj zastąpił go "kult technologii". Orwell sam bywał celem ataków, kiedy opowiadał się za starym wspaniałym światem:

W istocie rzeczy, większość ataków, jakie apologeci nowoczesności kierują przeciw średniowieczu oraz, ogólnie rzecz biorąc, ku przeszłości, jest pozbawiona sensu, ponieważ błąd, który popełniają, polega na przeniesieniu współczesnego człowieka z jego nadmierną wrażliwością i wysokimi standardami komfortu do epoki, w której o takich rzeczach nie miano pojęcia. [...] Podkreślcie dobitnie, o co wam chodzi, wyjaśnijcie, że chcielibyście po prostu, żeby życie było prostsze i cięższe zamiast łatwiejsze i bardziej skomplikowane, a socjalista zwykle uzna, że chcecie powrócić do "stanu natury".6

Byłoby jednak błędem sądzić, że stary wspaniały świat był całkowicie pozbawiony udogodnień. W rzeczywistości był bardziej zmysłowy, a ludziom do szczęścia wystarczały drwa trzaskające w kominku, wino i muzyka. Istniało wiele przyjemności. Może chodzi o to, że zanim klimatyzacja i centra handlowe jak walec wyrównały wszystko do jednego poziomu, wiedliśmy życie pełne kontrastów. Raz było bardzo zimno, innym razem bardzo gorąco. Po okresie postu następowały święta. Po gorzkich łzach przychodziły rubaszne żarty. Życie było pełne pasji.

Uprawiać swój własny ogród znaczy z entuzjazmem odrzucić bezbolesny nowy wspaniały świat opisany przez Huxleya. Ludzie są w nim uczeni wydelikacenia i nienawiści do przyrody, chyba że w grę wchodzi podziwianie natury podczas weekendowej wycieczki. Obywatele nowego wspaniałego świata potrafią na przykład wsiąść w helikopter i polecieć sobie na piknik w parku krajobrazowym. Ból fizyczny i psychiczny zostały praktycznie wyeliminowane. Kiedy czujesz, że nie dajesz rady, łykasz jakiś lek uspokajający i odpływasz na czternaście godzin. Dążenie do uniknięcia bólu jest niewątpliwym dążeniem współczesnego świata. Na ból ciała mamy pod ręką ibuprofen, a na ból duszy - antydepresanty. W świecie zachodnim narkotyki takie jak ecstasy zażywane są przez przedstawicieli wszystkich grup wiekowych i społecznych - ze zdziwieniem dowiedziałem się niedawno, że to absolutny przebój wśród brytyjskiej arystokracji i jej dworzan w wieku od piętnastu do osiemnastu lat. Leki przeciwbólowe reklamowane są hasłami takimi jak: "Uderz w ból!". Istnieje nawet amerykańska organizacja, która postuluje całkowitą eliminację bólu. Świat komfortu. Moja matka (klasyczna aspirująca panienka z dobrej szkoły) sądzi, że to coś wspaniałego - przeczytała Nowy wspaniały świat i nie dotarło do niej, że to satyra. Po prostu wydało się jej to znakomitą ideą. "Nie trzeba opiekować się dziećmi. Nie ma bałaganu. Nie ma przyrody. Po co w ogóle jest przyroda?" - zapytała mnie.

Pod koniec Nowego wspaniałego świata Mustafa Mond, zarządca Europy Zachodniej, rozmawia o nowej filozofii z Dzikusem. Mówi, że chodzi przecież o usunięcie kłopotów:

- A ja lubię kłopoty.

- My nie - odrzekł zarządca. - Wolimy, żeby wszystko szło nam wygodnie.

- Ja nie chcę wygody. Ja chcę Boga, poezji, prawdziwego niebezpieczeństwa, wolności, cnoty. Chcę grzechu.

- Inaczej mówiąc - stwierdził Mustafa Mond - domaga się pan prawa do bycia nieszczęśliwym.7

Prawda, piękno, ból, nieszczęście - te rzeczy faktycznie chce zlikwidować współczesny świat, podczas gdy my w starym świecie stawiamy im czoła każdego dnia. Widzę je co dzień na swoim poletku warzywnym. Czy naprawdę możemy być szczęśliwi? Czy chcemy być szczęśliwi? W dzisiejszym świecie powstał cały przemysł skupiony wokół idei, że możemy osiągnąć szczęście, są książki i seminaria, które mają ujawnić sekret szczęścia. Organizuje się na ten temat konferencje. Angielska prywatna szkoła Wellington College oferuje lekcje szczęścia. Zjawisko takie zostało przewidziane przez Huxleya w przedmowie do wydania Nowego wspaniałego świata z 1946 r. (czyli dziesięć lat od ukazania się książki po raz pierwszy). Huxley obnaża również prawdziwą naturę projektu powszechnej szczęśliwości, mówiąc, że będą to wielkie sponsorowane przez rząd badania na temat tego, co politycy i naukowcy nazywają "problemem szczęścia" - czyli jak nauczyć ludzi, by kochali swoją niewolę.

Huxley mówi, że aby osiągnąć ten cel, potrzeba bardziej wyrafinowanej metody warunkowania dzieci. Taka praktyka daje się już zaobserwować w szkołach podstawowych, które w centrum kształcenia stawiają dobre samopoczucie i technologię komunikacyjną (informatykę) kosztem uczenia podstaw, takich jak gramatyka czy tabliczka mnożenia. Dzieci utwierdza się od najmłodszych lat w przekonaniu, że żyją w technologicznej utopii i mają wielkie szczęście, że nie przyszły na świat w straszliwej przeszłości albo w przerażających afrykańskich krajach dotkniętych klęską głodu. Uczy się je, że mają być szczęśliwe i radosne - żeby czasem nie kwestionowały zasad panujących w rzeczywistości, w którą wkraczają. Przemysł reklamowy wzmacnia tylko ten przekaz. McDonald's i Tesco są waszymi przyjaciółmi, o czym chętnie zaświadczą wesołe głupki w stylu Ronalda McDonalda oraz ich mętne slogany typu "Dla Ciebie - dla Rodziny", "Codziennie niskie ceny" albo "I'm lovin' it" - "Kocham to". Ale kto tu kocha i co?

Warto zauważyć, że w Nowym wspaniałym świecie ludzie poddają się stymulacji, będącej jakby bardziej zaawansowaną wersją kina. W jej trakcie odbiorca może rzeczywiście poczuć dotyk skóry z niedźwiedzia leżącej przed kominkiem na ekranie. Nie sposób nie pomyśleć tutaj o nadużywanym przez branżę reklamową słowie "doświadczenie". Zamiast dobrego jedzenia restauracja zachwala "wyjątkowe doświadczenie kulinarne". Biura podróży również chętnie sięgają do tego słowa, podobnie jak parki rozrywki i inni handlarze zabawą. Bez trudu mogę sobie wyobrazić, że za jakiś czas książki będą sprzedawane jako "poruszające doświadczenia czytelnicze". Życie zostało zredukowane do długich okresów biurowej nudy przerywanych wysokooktanowymi "doświadczeniami", które widnieją na liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią. To nie jest życie - to niewola od czasu do czasu urozmaicona cyrkiem.

Tak zwana psychologia pozytywna ma także na celu utrzymywanie pracowników w stanie szczęśliwości, a to dlatego, że - według wyznawców tego fałszywego credo - pracownik szczęśliwy to pracownik wydajny. Szczęście podbija zyski, więc teoretycy zarządzania dbają o wesołość i pozytywny nastrój w miejscach pracy. Druga strona medalu jest jednak taka, że jak coś pójdzie nie tak, to twoja wina. Przecież nie traktują cię źle. Nie płacą ci źle. Nie wolno ci narzekać ani strajkować. Zamiast tego idź do zakładowego terapeuty. On postawi cię na nogi. Pocieszy cię i wdzięcznego odeśle do twojego kieratu. A gdyby terapia nie pomogła, zawsze zostaje valium albo prozac. Nafaszeruj się proszkami i potulnie wróć do pracy po tym, jak twoja dusza została usunięta chemicznie lub mechanicznie. Tymczasem zyski koncernów farmaceutycznych poszybują w górę. Barman, kolejka dla wszystkich!

***

Właśnie z takiego układu chcę się wyzwolić poprzez celebrowanie niektórych rytuałów starego wspaniałego świata. W starym świecie jesteśmy szczęśliwi, że nie jesteśmy szczęśliwi. Machamy ręką na rząd i korporacje. Niestraszne nam prawda, ból - i piękno. Droga do wolności nie jest gładka ani prosta. Jest wyboista. Ale warto. Na koniec chciałbym przytoczyć piękną myśl Chestertona z napisanej przez niego w 1916 roku przedmowy do "Ekonomii domu wiejskiego" Cobbetta:

Musimy cofnąć się do wolności lub iść naprzód ku niewoli. Wolny człowiek, którego jeszcze można w Anglii spotkać, uzna z pewnością za ogromne przedsięwzięcie rozwikłanie pętli, którą nałożyły mu ostatnie trzy stulecia. Powinien rozważyć niebezpieczeństwo, cierpienie i bolesne komplikacje, które wiążą się z rozsupływaniem tej pętli. Powinien jednak również pamiętać o tym, że alternatywą jest śmierć przez uduszenie.

Tom Hodgkinson, North Devon, sierpień 2010