Starość. O tym, co najważniejsze - Linn Skber

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Z trzech ksią­żek - Mło­dość. Wy­zna­nia na­sto­lat­ków, Do­ro­słość. Wy­zna­nia i Sta­rość. O tym, co naj­waż­niej­sze - szcze­rze mó­wiąc, tę ostat­nią chcia­łam na­pi­sać jako pierw­szą. Za­wsze uwa­ża­łam, że sta­rość jest bar­dzo in­te­re­su­jąca, fa­scy­no­wała mnie, cho­ciaż na po­czątku ro­bi­łam to cał­ko­wi­cie bez­re­flek­syj­nie. Po pro­stu lu­bi­łam lu­dzi, któ­rzy długo żyli.

Na przy­kład w la­tach osiem­dzie­sią­tych, jako dziecko, przy­jaź­ni­łam się z pewną star­szą pa­nią. Mia­łam wtedy około dzie­się­ciu lat, a Thor­bj?rg była do­brze po sześć­dzie­siątce. Chyba są­dzi­łam, że ma coś po­mię­dzy pięć­dzie­siąt a sto lat. Nie za­sta­na­wia­łam się zbyt­nio nad tym, jak bar­dzo jest stara, ale ro­zu­mia­łam, że na­le­żymy do róż­nych po­ko­leń; wszy­scy do­okoła mi o tym mó­wili, po­nie­waż na­sza przy­jaźń była tro­chę dziwna. Inna. Wtedy. Za każ­dym ra­zem, gdy przy­jeż­dża­li­śmy z ro­dzi­cami do na­szego domku let­ni­sko­wego w Ve­stby, bie­głam pro­sto do Thor­bj?rg i jej psa Rinto. Spę­dza­li­śmy we troje cie­kawe wie­czory pach­nące słod­kimi bu­łecz­kami. Rinto, owcza­rek nie­miecki z okla­płym uchem, Thor­bj?rg z ob­wi­słymi po­licz­kami i ja - nie­opusz­cza­jąca ich na krok.

Z cza­sem sta­rzy lu­dzie prze­stali być dla mnie tak ważni - i to na długo. Nie le­cia­łam już jak na skrzy­dłach na spo­tka­nie z Thor­bj?rg. Prze­by­wa­nie z se­nio­rami wy­wo­ły­wało u mnie lekką klau­stro­fo­bię. My­śla­łam: mogę sie­dzieć w twoim miesz­ka­niu przez pół go­dziny, je­dząc go­fra albo na­wet dwa, ale po­tem mu­szę wyjść, wró­cić do sie­bie, bo tam to­czy się praw­dziwe ży­cie.

Na­gle o wiele bar­dziej fa­scy­nu­jące stało się to­wa­rzy­sze­nie oso­bom, które były do mnie po­dobne, lu­biły te same szminki, mo­głam z nimi roz­my­ślać o przy­szło­ści, po­zwa­la­jąc, by po­zo­sta­wała roz­pro­szona, ja­sna i ta­jem­ni­cza, gdzieś w od­dali. Ostat­nią rze­czą, któ­rej pra­gnę­li­śmy, było to, aby ktoś w na­szym imie­niu pod­kre­ślił wszyst­kie od­po­wie­dzi dwiema kre­skami.

Nie chcie­li­śmy znać od­po­wie­dzi. Pra­gnę­li­śmy mieć przed sobą przy­szłość i pla­no­wać ją tak, jak nam się po­doba.

Wie­dzie­li­śmy, że sta­rzy nie są w sta­nie na­uczyć nas ni­czego za­równo o la­tach, w któ­rych ży­li­śmy, jak i o tych, które miały na­stą­pić. To był nasz czas, oni mieli swój. My­li­łam się. My­li­łam się pod wie­loma wzglę­dami.

Czło­wiek le­piej to ro­zu­mie, kiedy staje się wy­star­cza­jąco do­ro­sły. Tak jak ja te­raz. Ży­jemy w tym sa­mym mo­men­cie. Kro­czymy po tej sa­mej ścieżce. Nie­któ­rzy z przodu, inni z tyłu, ale po tej sa­mej ścieżce. Przez to samo ży­cie. I w bar­dzo po­dobny spo­sób ma­rzymy o przy­szło­ści: więk­szość lu­dzi chce, żeby po­zo­sta­wała ona roz­pro­szona, ja­sna i gdzieś da­leko przed nimi.

My­ślę, że wielu z nas pod­świa­do­mie boi się zbli­żyć do sta­rych lu­dzi. Pod­cho­dząc zbyt bli­sko i wi­dząc, jak bar­dzo je­ste­śmy do sie­bie po­dobni, mło­dzi i sta­rzy, do­ro­śli i sta­rzy, na­gle do­strze­gamy wła­sną prze­mi­jal­ność, kru­chość i śmierć. Nie chcemy się za­ra­zić. Nie chcemy za­ra­zić się sta­ro­ścią.

Uda­jąc, że ja to ja, a oni to oni, przez dłuż­szą chwilę za­cho­wu­jemy bez­pieczną od­le­głość od tego go­fro­wego ży­cia, tych spo­koj­nych po­po­łu­dni. Wo­limy biec do pracy lub spo­tkać się z rów­no­lat­kami, przy któ­rych choć na chwilę mo­żemy stra­cić orien­ta­cję, do­kąd zmie­rzamy.

Wła­śnie dla­tego jako dziecko nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, ile Thor­bj?rg ma lat. Nie bu­dziła we mnie lęku. Mo­głam się z nią iden­ty­fi­ko­wać. Nie prze­ra­żały mnie ani jej wiek, ani mój wiek.

Sta­rzy rów­nież mogą nie chcieć utoż­sa­miać się ze swo­imi rów­no­lat­kami. Na przy­kład mo­jemu osiem­dzie­się­cio­pa­ro­let­niemu dziad­kowi nie od­po­wia­dało miesz­ka­nie w domu spo­koj­nej sta­ro­ści. Twier­dził, że jest tam za dużo sta­rych lu­dzi. Chciał jak naj­szyb­ciej opu­ścić tamto miej­sce i, póki zno­śnie funk­cjo­no­wał, zna­leźć się wśród mło­dych, gdzie to­czyło się praw­dziwe ży­cie. To się chyba na­zywa wi­gor?

Po spę­dze­niu wielu go­dzin z wie­loma se­nio­rami pod­czas pracy nad tą książką zro­zu­mia­łam jed­nak, że wi­gor nie ma nic wspól­nego z tym, jak dużo lub jak mało zo­stało nam czasu. Wi­gor lub siła ży­ciowa ozna­czają pa­trze­nie do przodu i tylko nie­kiedy spo­glą­da­nie przez ra­mię, żeby zo­ba­czyć, co się stało. Żeby nie stra­cić orien­ta­cji.

Wielu kro­czy po tej ścieżce i je­śli mo­żemy być cze­goś pewni, to tego, że któ­re­goś dnia wszy­scy do­trzemy do jej końca. Czy jest tam prze­paść? Zie­lona rów­nina? Wiemy tylko to, że tego nie wiemy.

Po tej ścieżce do­brze jest kro­czyć ra­zem. Mieć obok silne, młode ra­mię, na któ­rym można się oprzeć, i przejść tak ka­wa­łek drogi; być star­cem po­ma­ga­ją­cym mło­demu, który prze­wró­cił się na ścieżce, lub krzy­czeć do ko­goś, kto idzie za tobą, gdzie naj­le­piej sta­wiać kroki, żeby nie skrę­cić kostki. Albo po pro­stu przez chwilę iść w ci­szy, to­wa­rzy­szyć ko­muś, kto nie jest do cie­bie po­dobny, ale kto być może pew­nego je­sien­nego dnia za­cznie cie­bie przy­po­mi­nać.

W jed­nym z ko­ścio­łów w Rzy­mie[1] znaj­duje się mnó­stwo rze­czy wy­ko­na­nych z ludz­kich ko­ści, na przy­kład z su­fitu zwi­sają wiel­kie ży­ran­dole, są tam też krze­sła i inne ozdoby. Może to brzmi gro­te­skowo, ale daję słowo, że wi­dok jest piękny. Mnisi prze­ka­zali swoje do­cze­sne szczątki tej świą­tyni, po­tom­nym, nam, żeby po­ka­zać, co zo­staje po nas na ziemi, kiedy być może (je­śli w to wie­rzymy) je­ste­śmy już w in­nym miej­scu. Sie­dzą tam rów­nież za­bal­sa­mo­wani i zmu­mi­fi­ko­wani za­kon­nicy. Nie wy­glą­dają ani na mar­twych, ani na ży­wych. Wy­glą­dają zwy­czaj­nie.

Na jed­nej z ta­blic przy wyj­ściu znaj­duje się sen­ten­cja bę­dąca czymś w ro­dzaju po­zdro­wie­nia od ka­pu­cy­nów, które po­zwala nam spoj­rzeć ca­ło­ściowo na ży­cie, na krąg, jaki ono za­ta­cza. To jedno zda­nie łą­czy nas - wszyst­kich lu­dzi, nie­za­leż­nie od wieku. Brzmi ono:

"Tym, kim wy je­ste­ście te­raz, my by­li­śmy kie­dyś.

Tym, czym my je­ste­śmy te­raz, wy sta­nie­cie się w przy­szło­ści".

Mam na­dzieję, że ta książka bę­dzie po­dob­nym prze­sła­niem.

Linn Sk?ber

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki