Starminster. Miasto skrzydeł.Tom 3 - Megan Hopkins

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (35,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Astrid stała w spłachetku zimowego słońca przy oknie saloniku swojego rodzinnego domu na wsi. Gdy tak spoglądała przez okno, jej wzrok padł na przysadzistą prostokątną szopę, niemal przesłoniętą innymi budynkami gospodarczymi i sprzętem rolniczym. Szopę na rabarbar, z której Astrid nie ruszała się przez dziesięć lat swojego dwunastoletniego życia.

Salonik był przytulny, na kominku buzował ogień, z belek sufitowych zwieszały się girlandy suszonego chmielu i papryczki chili. Astrid i mama właśnie wróciły ze świerkowego zagajnika na skraju gospodarstwa, gdzie mama wycięła idealne drzewko bożonarodzeniowe. Teraz choinka stała między oknami a paleniskiem, udekorowana roziskrzonymi światełkami.

Weszła mama z tacą.

- Mamy własnej roboty ser z mleka od naszych kóz - oznajmiła z dumą.

Położyła tacę na nieużywanym pianinie i wyprostowała się. Miała podwinięte nogawki dżinsów, a na stopach rozdeptane kapcie z owczej skóry.

Astrid była w domu zaledwie od dwóch dni, lecz ani razu, nawet przez chwilę, nie poczuła najmniejszego głodu. Na kuchence u mamy stale coś bulgotało, w piekarniku zawsze coś się dusiło albo rosło.

Poczęstowały się serem i krakersami, a mama nalała im po filiżance herbaty. Uśmiechnęła się do córki znad swojej filiżanki i serce Astrid wezbrało miłością. Jak mama to robi, że sama jej obecność napełnia pomieszczenie ciepłem i życiem?

- Sos chutney jest tegoroczny - powiedziała mama. - Gotował się w lecie, pamiętasz?

Astrid sięgnęła pamięcią do lata, ale wspomnienia miała zamazane. Nigdy nie wychodziła z rabarbarowej szopy, spędziła w jej ścianach tyle lat, że trudno jej było odróżnić jedno gorące lato od drugiego. Nocami nagrzany dach z blachy falistej jęczał, ochładzając się nieco. Ale czy miała wtedy sześć lat, dziewięć czy jedenaście? Nie pamiętała.

- W taki mroźny dzień trudno wyobrazić sobie lato - stwierdziła mama. - Ale to urocze, kiedy na Boże Narodzenie jest zimno. - Pomieszała swoją herbatę. - Co jadasz tam... gdzie mieszkasz?

- Niezłe rzeczy - odpowiedziała Astrid. Pomyślała o swoim obecnym miejscu zamieszkania: niewidocznym mieście, pięknym, tętniącym życiem, roziskrzonym, a do tego zawieszonym nad Naziemnym Londynem, z mostami, kładkami i schodami przewijającymi się wokół wieżowców Shard i Gherkin oraz widokowego diabelskiego młyna London Eye. Stołowała się w Starminster - szkole latania mieszczącej się w Katedrze Świętego Pawła. Wydająca posiłki Donna miała skrzydła zięby i kiedy wzbijała się w górę, głośno nimi klekotała. Zawsze nakładała Astrid większe porcje.

- Najczęściej kanapki - dodała dziewczynka. - Dużo potraw na zimno.

Mama wzdrygnęła się odruchowo.

- Nie brzmi najlepiej - zauważyła.

Rzeczywiście było to monotonne żywienie. Astrid mieszkała w Podniebnym Londynie od niecałych czterech miesięcy, a już zdążyła znienawidzić jajka z majonezem.

Ale za to zazwyczaj zjadała ten zimny posiłek na dwuosobowej huśtawce koło Wiszących Ogrodów albo na Kamiennej Galerii o zachodzie słońca lub o świcie, gdy niebo barwiło się żywymi kolorami. Czasami pogryzała kanapkę oparta o zakurzoną szklaną ścianę jakiegoś drapacza chmur. I prawie zawsze posilała się w towarzystwie przyjaciół, dużo było przy tym śmiechu i rozmów, a w chłodnym powietrzu ich oddechy zamieniały się w kwieciste pióropusze.

A pyszne dzieła kulinarne mamy jadała tylko z nią.

Astrid upiła łyk herbaty i dopadło ją wspomnienie, jak niedawno piła herbatę w Dziesiątym Kwiecie z panią Angkasą, dyrektorką szkoły Starminster, w której uczyła się latać. Pani Angkasa przypomniała jej wtedy, tuż przed wyjazdem do domu, o co ma zapytać mamę.

Astrid rozmyślała o tym, jadąc pociągiem na północ. Wiedziała, że takie pytanie trzeba zadać delikatnie, ale sęk w tym, że ten temat nigdy nie wypływał w normalnych rozmowach. Jak ma od niechcenia zapytać mamę o swojego tatę?

Dziewczynka wiedziała, że był Librystą i że mama poznała go podczas swojej pierwszej wizyty w Podniebnym Londynie. Lecz na tym jej wiedza się kończyła.

- Co pomyślałaś o Podniebnym Londynie, kiedy tam przyjechałaś w młodości? - odważyła się zagadnąć.

Ojciec mamy też był Librystą, ona jednak nie odziedziczyła po nim skrzydeł.

- Masz na myśli jedzenie? Akurat wtedy był Stellfest, więc sprzedawali gwiazdki z karmelem i meteoryty z białej czekolady. Było cudownie, ale pewnie odbiegało to od codzienności. Cała ta wycieczka... choć była cudowna, nie wydawała się rzeczywista. Wiesz, o co mi chodzi?

Astrid przytaknęła. Pomyślała o dwóch festiwalach, w których miała okazję uczestniczyć w Podniebnym Londynie: Zbieraniu Deszczu i Miesiącu Urodzin. One też bardzo odbiegały od codzienności, ale jednocześnie do niej pasowały. Były rzeczywiste, z całym swoim powabem i magią.

- Podobają mi się tamtejsze festiwale - powiedziała.

- Ale nie są rzeczywiste - powtórzyła mama. - No wiesz, nie tak jak gospodarstwo, gleba, rośliny i tutejsze życie.

Astrid posłodziła herbatę i zamieszała. Zauważyła przy tym, że łyżeczka jest wygięta. Może to ta sama, którą w sierpniu próbowała wykopać się z szopy, żeby choć raz zobaczyć gwiazdy.

Żołądek ścisnął się jej boleśnie. Całe jej dzieciństwo upłynęło w bliskości gleby i roślin, a mama pewnie myślała, że daje córce poczucie rzeczywistości, trzymając ją w odosobnieniu i osamotnieniu, żeby tylko nie wyrosły jej skrzydła. Astrid nie miała wtedy nikogo, tylko mamę.

Teraz uważała, żeby nie zranić uczuć mamy zbytnimi zachwytami nad Podniebnym Miastem. Ale czy przez te wszystkie lata mama przejmowała się tym, że rani jej uczucia?

Astrid z wysiłkiem podniosła wzrok znad mętnej herbaty, zebrała się na odwagę i powiedziała:

- Mamo, chcę z tobą o czymś porozmawiać.

W tym momencie przez jej pole widzenia przemknął jakiś cień - z niewiarygodną prędkością przeleciał za oknem. Potrząsnęła głową. Co prawda jej wzrok już wrócił do normy po latach spędzonych w mrocznej szopie z rabarbarem, ale w chwilach stresu zdarzały się jej przywidzenia, zacierała się widoczność na obrzeżach albo w biały dzień ciemniało jej w oczach.

- O co chodzi, Astrid? - zapytała mama lekkim tonem, ale z jakiegoś powodu zabrzmiało to fałszywie. Było słodkie i kruche jak beza.

- Chciałam cię zapytać. O mojego... o...

Urwała. Jak miała to ująć? "O mojego tatę"? Ale przecież trudno go nazwać tatą, prawda? Był dla niej kimś obcym. "O to, z kim zaszłaś w ciążę"? To wydawało się dziwnie niestosowne.

- O Stellfest i o... tego Librystę, który jest m-moim...

Mama wpatrywała się w nią, nie pomagając.

- Moim ojcem - dokończyła cicho Astrid.

Zapadło długie milczenie, a gdy mama wreszcie się odezwała, potykała się na wielu słowach.

- Stellfest to festiwal związany z gwiazdami, wiesz o tym. Z gwiazdozbiorami, przeznaczeniem, z tym, co to znaczy być Librystą. Dla mnie to było jak... baśń. Wysoko w górze rozpięto parkiet taneczny z malowanego jedwabiu rozciągniętego i naprężonego nad miastem. Dokoła małe stoiska sprzedawały błyskotki, świeciły lampiony, z porcelanowych beczułek nalewano szampana. Kiedy zagrała muzyka, tańczyliśmy boso na tym jedwabiu, nad nami tańczyli Libryści i było tak... - Mama urwała, zapatrzona gdzieś, widząc coś oddalonego o kilkanaście lat. - Nigdy nie zapomnę ani sekundy - ciągnęła cicho. - Nie dało się nie zakochać.

Astrid wychyliła się do przodu.

- Jak miał na imię? - spytała.

Nagle zatrzeszczał sufit. Usłyszały szybkie kroki - ktoś chodził po dachu. Z komina posypała się sadza. Obydwie, zaskoczone, spojrzały do góry, a potem po sobie.

- Kto...? - zaczęła mama.

Astrid z drżeniem odstawiła filiżankę, aż zastukało szkło, i wybiegła na zewnątrz, zanim zdążyła pomyśleć.

Na dachu klęczała pani Wairi. Nawet z dołu było widać, że ciężko oddycha. Ramiona miała napięte i przygarbione, skrzydła w kolorach niebieskim i indygo zwisały na dachówki.

- Pani Wairi! - zdziwiła się dziewczynka.

Skrzydlata kobieta drgnęła i błyskawicznie odwróciła głowę, tak że przez chwilę wyglądała jak wystraszony ptak z niepokojem w oczach.

- Astrid - wysapała. - Daj mi chwilę... Leciałam... bardzo szybko.

Klęczała tak przez kilka sekund, dysząc ciężko, zanim ześliznęła się po omszałych dachówkach i bez wysiłku wylądowała na ziemi.

- Żadnego szacunku dla mojego dachu - narzekała mama. - Dopiero co naprawiałam komin, ale kogo to obchodzi?

Astrid nie widziała pani Wairi od miesięcy. Teraz była zaskoczona malującym się na jej twarzy wyczerpaniem i ciemnymi kręgami pod oczyma. Skrzydlata kobieta nie była ubrana w typową dla siebie dobrze skrojoną jedwabną suknię. Miała na sobie pokryte warstewką kurzu sportowe legginsy i bluzę, których chwile świetności dawno już minęły. Astrid znała ten rodzaj pyłu, jej przyjaciel Mason też miewał go na sobie, gdy latał godzinami lub nawet całymi dniami bez lądowania.

- Mamo, pamiętasz panią Wairi? - powiedziała.

- Jak miałabym zapomnieć? - odparła oschle mama. - Chociaż... - Jej zmrużone oczy nagle się rozszerzyły. - Zaraz, moment. Właściwie rozpoz...

- Przynoszę złe wieści - przerwała jej pani Wairi. - Koniec świątecznej przerwy, Astrid. Trzeba wracać do Podniebnego Londynu.

Ale przecież Astrid dopiero co przyjechała, w poniedziałek. Pod opieką pani Flynn dotarła do Yorkshire pociągiem, a potem zdezelowaną taksówką do domu. Poczuła się zawiedziona. Choć uwielbiała Podniebny Londyn, miała nadzieję na spokojne święta z mamą na wsi, bez zadań domowych i zmartwień. Jej felerne skrzydła nie były tutaj problemem.

- Słucham? - odezwała się z naciskiem mama. Wparła się mocno pod boki, stanęła pewnie w rozkroku. - Nie macie nic lepszego do roboty? Wy wszyscy tam? Nie możecie zabierać mi Astrid w Wigilię Bożego Narodzenia! Obiecano mi dwa tygodnie. Nie widziałam córki od miesięcy i dano mi słowo, że spędzę z nią dwa tygodnie.

Pani Wairi pokręciła głową.

- Okoliczności się zmieniły, pani Crossley.

- Co to ma znaczyć, że "okoliczności się zmieniły"? - chciała wiedzieć mama. - Astrid przyjechała na święta, jak było umówione. Wspaniałomyślnie pozwoliłam, żeby resztę czasu spędzała z wami, i bardzo za nią tęsknię. A teraz mi ją porywacie. Znów odbieracie. - Głos mamy nagle zrobił się schrypnięty.

Pani Wairi westchnęła.

- Bardzo mi przykro. Naprawdę. Ale... - Najwyraźniej z trudem szukała słów.

Astrid spojrzała na przygnębioną minę mamy, na widoczną przez okno nie do końca ubraną choinkę. W jej sercu walczyły dwa pragnienia: zostać z mamą albo wracać już do Podniebnego Londynu.

- Może wejdzie pani do środka i wyjaśni? - zaproponowała. Miała wrażenie, że w jej brzuchu niespokojnie wiercą się pytania. Dlaczego pani Wairi jest tutaj? Co się stało? Jakie okoliczności się zmieniły?

- Dobrze - zgodziła się skrzydlata kobieta. - Ale nie mamy dużo czasu.

Astrid przez chwilę siłowała się z frontowymi drzwiami, które - jak ostrzegała mama - zacinały się o tej porze roku. W końcu mama sięgnęła ponad jej ramieniem i mocnym pchnięciem otworzyła drzwi. Weszły do ciepłego saloniku, gdzie wciąż trzaskał ogień w kominku. Mama zniknęła w kuchni i po chwili wróciła z trzecią filiżanką i spodkiem oraz nachmurzoną twarzą. Z brzęknięciem postawiła filiżankę przed gościem i rzekła:

- Mam wszelkie prawo do tego, by spędzać święta z córką. Uzgodniłyśmy, że Astrid może mieszkać w Podniebnym Londynie i uczyć się w Starminster. Doskonale pani wie, że to z mojej strony przejaw dobrej woli.

- Tak - potwierdziła pani Wairi, nalewając sobie herbaty. Przerwała i wychyliła zawartość filiżanki jednym haustem. - Wiem, że najchętniej trzymałaby pani córkę w szopie z rabarbarem. Przez resztę dzieciństwa, a zapewne i potem, z tego co wiemy.

- Robiłam, co musiałam! Żeby ją chronić. Wszystko mogło się jej przydarzyć.

- Więc zadbała pani, by nic się jej nie przydarzyło - odrzekła pani Wairi.

Astrid objęła się ciasno ramionami, jakby w ten sposób mogła się osłonić przed słowami, które latały wte i wewte niczym pociski.

Nie chciała wyjeżdżać z rodzinnego domu, nie w Wigilię. A jednocześnie - i nie byłoby sensu zaprzeczać - nie mogła się doczekać powrotu do Podniebnego Londynu. Już sobie wyobrażała, jak dzwoni do drzwi gniazdomu Hayatów i widzi rozpromienioną z radości twarz Pent.

Tu nie sypiała dobrze. W nocy przyłapywała się na tym, że nasłuchuje, jak stary dom skrzypi i trzeszczy, szykując się do snu. Za bardzo przypominało to trzaski rabarbaru, których chcąc nie chcąc słuchała przez całe dzieciństwo. Szopa była tak blisko.

Pani Wairi łapczywie wypiła drugą filiżankę herbaty i spałaszowała stos krakersów z serem, a tymczasem mama wyrzekała dalej:

- Nie jest pani jej matką, żeby mnie tak krytykować. Nawet jej pani nie zna. Dlaczego to pani miałaby decydować o tym, gdzie i jak Astrid spędzi święta? Mamy umowę. Jeśli zamierzacie ją złamać, nie widzę powodu, dla którego ja miałabym jej dotrzymywać. Astrid opowiedziała mi o swoich trudnościach z lataniem. Może mimo wszystko Podniebny Londyn nie jest dla niej odpowiednim miejscem.

Astrid otworzyła usta, by przerwać mamie, chociaż nie była pewna, co miałaby powiedzieć.

- Może ma pani rację - wyprzedziła ją pani Wairi.

- Co? - Astrid poczuła, że płoną jej policzki. - Co pani przez to rozumie? Jestem Librystką. Muszę... muszę wrócić do Podniebnego Londynu.

Pani Wairi odetchnęła, by się uspokoić, i upiła jeszcze jeden potężny łyk herbaty.

- Pozwólcie, że wyjaśnię okoliczności - rzekła. - Czary chroniące Podniebny Londyn zawodzą. Nasza niewidoczność jest uszkodzona i stoimy przed niepewną przyszłością.

- Co to znaczy? - spytała Astrid. Słowa pani Wairi polatywały w powietrzu, nie łącząc się w jej głowie. Nie umiała znaleźć w nich sensu.

- Miasto jest zagrożone.

2

"Miasto jest zagrożone".

W pierwszej kolejności myśli Astrid pobiegły do Pent i Masona. W gardle zapłonął jej strach i błyskawicznie ogarnął ciało jak pożar. Z trudem to znosiła.

- Mówi pani... że zaklęcia niewidoczności zostały zerwane? Mieszkańcy Naziemnego Londynu widzą podniebne miasto? - spytała ze ściśniętym gardłem.

- Jeszcze nie, na całe szczęście. Kto wie, jak mogliby zareagować.

Astrid powoli kiwnęła głową. Wiedziała, że bezpieczeństwo Podniebnego Londynu i jego skrzydlatych mieszkańców jest całkowicie zależne od tego, że nikt inny nie wie o ich istnieniu. Nie rozważano, co by było, gdyby to istnienie wyszło na jaw. Nie rozmawiała o tym z Pent ani z Masonem. Pomyśleć, że cenna ochronna bariera zanika...

Astrid nagle poczuła, że przebiegają ją ciarki.

- Ktoś zamieścił w internecie zdjęcie Podniebnego Londynu - powiedziała pani Wairi.

- Co? Ale jak? Nie wolno nam mieć telefonów komórkowych ani aparatów fotograficznych. - Astrid często narzekała na te zakazy, ale rozumiała ich zasadność. Libryści nie mogli ryzykować, że ktoś ujawni ich istnienie.

- Telefony przemycano już wcześniej - rzekła zwięźle pani Wairi.

- A nie można, no wie pani, zwyczajnie usunąć tego zdjęcia z internetu?

Mama przysłuchiwała się ich rozmowie, jej oczy przebiegały między córką a gościem.

- Oczywiście, że je usunięto. Ale zdążyło wywołać nieoczekiwaną reakcję. Rozmywanie granic.

- Rozmywanie granic? - powtórzyła Astrid. Jej myśli płynęły ospale jak Tamiza w gorący dzień.

- Ochrona zanika - tłumaczyła pani Wairi. - Zaklęcie niewidoczności, które powinno utrzymywać nasze miasto w ukryciu, przestaje działać. Sytuacja jest kryzysowa. Podniebni lordowie zwołali nadzwyczajne zebranie wszystkich mieszkańców.

- Co będą na nim mówili? - zapytała Astrid.

- Nie mam pojęcia, ale obecność wszystkich jest konieczna i obowiązkowa. - Pani Wairi spojrzała na mamę. - Zarezerwowałam dwa bilety, dla siebie i Astrid.

Dziewczynka kiwnęła głową i wstała.

- Pójdę się spakować.

- Siedź i nie ruszaj się - warknęła mama. Stanowczy ton jej głosu był czymś tak niezwykłym, że Astrid natychmiast usiadła. - Kto powiedział, że Astrid z panią pojedzie? Miasto jest w niebezpieczeństwie. Myśli pani, że zgodzę się, żeby córka wracała w zagrożone miejsce? Nie pozwolę, żeby zabrała ją pani ponownie. Jestem jej matką. Moja odpowiedź brzmi: "Nie".

Mama mówiła dalej, lecz Astrid jej nie słyszała. Myślała o tym, jak twarz Pent rozjaśnia się podczas śmiechu. Myślała o Masonie, jego wspaniałych skrzydłach i brzmieniu jego głosu. O przyjaciołach. I o swoim pokoju na stryszku Katedry Świętego Pawła, który bez niej pokrywa się kurzem.

Nie mogła zostawić przyjaciół w niebezpieczeństwie, a sama siedzieć sobie spokojnie w Yorkshire.

- A co, jeśli... nie uda im się naprawić zabezpieczeń? - usłyszała własny głos.

- Jeżeli podniebne miasto stanie się widoczne dla wszystkich, to będzie jego koniec - odrzekła po prostu pani Wairi.

Astrid poczuła nieprzyjemną ciężkość w żołądku, jakby rzuciła się w dół z dużej wysokości. Koniec. Koniec.

Nie umiała popatrzeć mamie w oczy.

- Przykro mi, mamo. Muszę wracać do siebie.

- TU jesteś u siebie - powiedziała mama, zaciskając dłonie na podłokietnikach krzesła.

Astrid tego nie zamierzała - bo tylko pogorszyłoby to sytuację - ale się roześmiała.

- W tym domu? - rzuciła. - Znam go dopiero od dwóch dni, mamo.

- Och, bo twój zakurzony stary strych jest lepszy niż życie ze mną, tak? - zaperzyła się mama.

Przez Astrid przetoczył się gniew - nieznany jej, lecz tak silny, że zagłuszył chłód, który dotąd odczuwała.

- O tak. Życie z tobą. W szopie na rabarbar. Z której mi zabroniłaś wychodzić. Nie gadaj głupstw, mamo. Nie ma porównania między moim strychem a szopą na rabarbar. Najmniejszego.

Twarz mamy przybrała wyraz, jakiego Astrid nigdy u niej nie widziała. Coś się przedarło przez kraty, za którymi mama zawsze trzymała swoje uczucia. Usta jej drżały, oczy były pełne łez.

- A więc jedź - powiedziała. - Dalej. Wracaj do swojego prawdziwego życia. Do swojego Podniebnego Londynu, do swoich festiwali i do swojej ukochanej Starminster. Jedź, ryzykuj bezcenne życie w tym niebezpiecznym mieście z jego niedziałającą magią. Idź z tą kobietą, tak jak zrobiłaś poprzednio.

- Mamo... - zaczęła Astrid, lecz mama uniosła rękę.

- To nie jest twój dom. Wyraziłaś się jasno. I musisz zdążyć na pociąg.

Astrid wlepiła w nią wzrok. Gniew jeszcze w niej nie ostygł. Jak mama może się tak zachowywać? Jakby Astrid była zdrajczynią. Mama niejeden raz przepraszała ją za rabarbarową szopę, ale czy nie rozumie, że żadne przeprosiny nie wynagrodzą tego wszystkiego, co przegapiła, straciła, czego nigdy nie będzie już mogła doświadczyć? Całego dzieciństwa. Każdej gwieździstej nocy, której nie widziała. Każdej przyjaźni, której nie zawarła. Każdego powiewu wiatru, którego nie poczuła na twarzy.

- Świetnie - podsumowała dziewczynka i wstała tak szybko, że zachybotał się ogień w kominku. - Świetnie. Zakończymy to w ten sposób, tak? Nie wiem, jak możesz mieć jakieś żądania po tym... po tym wszystkim... - Urwała. Nie było sensu. Nie było sensu krzyczeć ani próbować tłumaczyć. - Idę się spakować. Pani Wairi, to nie potrwa długo.

Pakowała się jak we mgle, myśląc o tym wszystkim, co powinna była powiedzieć. Gniewnie wciskała rzeczy do torby, jakby to one były winne temu, że tyle lat spędziła w szopie na rabarbar. Na koniec zapięła torbę.

Mama urządziła dla niej przytulną sypialnię w spiżarce: wstawiła wygodne łóżko i szafę, ale nie wyniosła wszystkich słoików i butelek z przetworami. Konfitury, pikle i sosy połyskiwały teraz w świetle zimowego popołudnia, rzucając witrażowe cienie. Astrid podeszła do okna i znów spojrzała na szopę z rabarbarem. Gdzieś głęboko w tej szopie została pogrzebana cząstka jej osobowości i tęskniła do znajomego półmroku, do zapachu gleby.

"To pewnie dysfunkcja - skwitowałaby Pent, gdyby tu z nią była. - Wynikająca z przeżytej w dzieciństwie traumy i tak dalej".

Koniec Podniebnego Londynu. Astrid musi tam wrócić. Musi dowiedzieć się, co się dzieje, i zobaczyć, czy może pomóc.

Wzięła torbę. Przestępując próg swojej nowej sypialni, nie obejrzała się za siebie.

Mama nie wyszła do sieni, żeby się pożegnać, a Astrid nie weszła do saloniku. Matka stała przy choince tyłem do drzwi. Szczupłe ramiona miała przygarbione, blask ognia wydobywał z jej włosów siwiejące pasemka.

- Wesołych świąt, mamo - powiedziała cicho Astrid.

Mama nie poruszyła się. Astrid zaczęła się wycofywać, gdy usłyszała jej głos.

- Wiem, że nie byłaś szczęśliwa w szopie z rabarbarem - mówiła mama stłumionym głosem. - Ale byłaś bezpieczna.

Przed oczami Astrid mignęły wspomnienia. Rzędy rabarbaru, różowe i złociste w blasku świec. Te ukryte gwiazdy. Jej bezbrzeżna samotność.

- Muszę iść - oznajmiła. Groziło jej, że pogrąży się w żalu.

- Twój ojciec kiedyś marzył o czymś lepszym - dodała mama i Astrid w pierwszej chwili pomyślała, że się przesłyszała.

- Co powiedziałaś?

- Astrid! - zawołała pani Wairi. - Taksówka czeka. Chodź.

- Do widzenia, Astrid - pożegnała się mama.

Astrid chciała się zatrzymać, chciała wypytać mamę o wszystko. Kim był jej ojciec? O czym marzył? Ale taksówkarz zatrąbił, a pani Wairi poganiała ją gestami. Musi zdążyć na zebranie zwołane przez lordów i dowiedzieć się, co się dzieje w Podniebnym Londynie.

Astrid, rozdarta, wyszła z domu.

Na zewnątrz było zimno i unosiła się woń zwierząt: ich sierści i odchodów. Dziewczynka odwróciła się, by spojrzeć jeszcze na dom, i zobaczyła sylwetkę mamy stojącej w oknie saloniku. Ręce miała przyciśnięte do szyby i Astrid poczuła silne, wręcz magnetyczne przyciąganie do mamy.

Ale już zapinała pas w dusznym cieple taksówki, a światła gospodarstwa skurczyły się szybko, aż nagle znikły.

Na dworcu nie trzeba było długo czekać, bo pociąg zaraz z łoskotem wjechał na peron. Astrid pamiętała takie pociągi - widywała je z Podniebnego Londynu: powolne, srebrzyste wstęgi wijące się po torach. Z góry wszystko wyglądało bardziej magicznie niż z dołu.

Wsiadły do wagonu. Pociąg wytoczył się z dworca, zabierając je coraz dalej od szopy z rabarbarem i od bólu malującego się na twarzy mamy. W sercu Astrid rozrastało się poczucie winy, a jego korzenie wczepiały się coraz głębiej.

Podczas kilkugodzinnej podróży rozmyślała o Pent i Masonie. Z niecierpliwością wyczekiwali Bożego Narodzenia. Z każdym dniem miasto w dole stroiło się w nowe kolorowe światełka. Pojawiały się kolejne lodowiska, w górę buchały śmiech, gwar i zapach grzanego wina. W Podniebnym Londynie było jeszcze lepiej. Mosty ozdobiono migoczącymi lampkami, a na każdym placyku stanęła udekorowana choinka. Świąteczne stoiska zdawały się rywalizować o to, które sprzedaje najpyszniejsze przysmaki. W zeszłym tygodniu Astrid i Pent skosztowały ciasta zwanego Yule log, nadziewanego kajmakiem i oblanego polewą czekoladową. Młodsze, nieopierzone dzieci kolędowały na ulicach i zadręczały przechodniów swoją aranżacją Cichej nocy, która była takim koszmarem dla uszu, że Astrid i Pent prawie sympatyzowały z Tristopherem, kiedy obrzucił kolędników piankami.

Wydawało się nie fair, że Podniebny Londyn jest zagrożony akurat teraz, gdy wszędzie powinny panować radość i świąteczna błogość.

- Na tym nadzwyczajnym zebraniu... - zagadnęła Astrid panią Wairi, która siedziała z zamkniętymi oczami. - O czym będzie mowa?

Pani Wairi nie otworzyła oczu.

- Nie mam pojęcia - odparła.

- Jeśli zaklęcia ochronne rzeczywiście zawodzą - drążyła dalej Astrid - czy to naprawdę byłaby taka katastrofa? Przecież możemy chyba zejść do naziemnego miasta i wyjaśnić, kim jesteśmy i co robimy. Wie pani, o czym mówię?

Pani Wairi popatrzyła na nią i uniosła brew.

- Nie ujawniamy się z ważnego powodu - odpowiedziała, gasząc jej nadzieję. - Nie mamy pojęcia, jak zareagowaliby ludzie z naziemnego Londynu, gdyby się dowiedzieli o Librystach. Wszyscy moglibyśmy się znaleźć w niebezpieczeństwie.

- Ale na pewno jest mnóstwo normalnych ludzi, którzy o nas wiedzą. Choćby rodziny uczniów zewnętrznych.

- Mylisz się. Ty, Astrid, jesteś pod tym względem w niezwykłej sytuacji i szczerze mówiąc, nie wspomniałabym twojej matce, dokąd cię zabieram, gdyby już wcześniej nie wiedziała o Podniebnym Londynie. Rodzice uczniów zewnętrznych sądzą, że ich dzieci uczęszczają do prywatnej szkoły, a ich pobyt i nauka są opłacane ze stypendiów.

- W takim razie co się dzieje, kiedy te dzieci po zakończeniu nauki nie wracają do domu?

Pani Wairi wzruszyła ramionami i zamknęła oczy.

Gdy pociąg powoli wjeżdżał do Londynu, po niebie przetoczył się grzmot. Zapadał zmierzch i na ulicach, drzewach oraz budynkach zapalały się kolorowe światełka. W niezasłoniętych oknach migały skrawki życia: dziewczyna w długiej sukience obracająca się przed lustrem; para jedząca obiad; samotny mężczyzna przy włączonym telewizorze, z maleńką, skromną choineczką u boku. Astrid nie była nimi zainteresowana. Nie spuszczała oczu z nieba, choć przez kłębiące się chmury ledwie mogła dostrzec Podniebny Londyn.

Astrid z panią Wairi wysiadły z pociągu i popędziły przez miasto w siąpiącym deszczu. Ale kiedy dotarły do wieżowca Shard - który niczym wielka połyskliwa igła wbijał się w ciemną tkaninę nieba - okazało się, że galeria widokowa jest zamknięta.

Pani Wairi zacisnęła usta.

- O co chodzi? - szepnęła Astrid.

- Nie wiem. Może Ceramicy już próbują wzmocnić ochronę i dlatego zamknęli to konkretne wejście do podniebnego miasta.

- Myśli pani, że to... Mason?

Mason był drugim, obok Pent, z najlepszych przyjaciół Astrid. Szalona kombinacja śmiałka i żartownisia, w dodatku obdarzona najszybszymi skrzydłami w podniebnym mieście. Niedawno został praktykantem Ceramików. Zapewne pomaga przy wzmacnianiu zaklęć chroniących niewidoczność Podniebnego Londynu.

Pani Wairi zmarszczyła brwi.

- Może. Pojedźmy lepiej którąś z wind.

Astrid wiedziała, że w naziemnym mieście tu i tam ukryte są wejścia do wind wjeżdżających do podniebnego miasta, nigdy jednak nie musiała szukać żadnej z nich.

- Nie uważa pani... to znaczy nie odcięliby chyba miasta zupełnie?

"Nie zostawiliby nas na lodzie?", dodała w myślach, lecz nie powiedziała tego na głos. Ręce zaczęły jej się trząść.

- Nie ma sensu się martwić - powiedziała krótko pani Wairi.

Astrid podążyła za nią przez ruchliwe ulice, aż dotarły do Borough Market, gdzie nad ich głowami przetaczały się pociągi.

Winda znajdowała się w żelaznej kolumnie i pani Wairi zajęło kilka sekund, zanim znalazła nit, który zarazem służył jako guzik do przywoływania kabiny. Po wciśnięciu zajarzył się na czerwono, lecz zaraz potem zgasł.

- Dziwne - mruknęła pani Wairi. - Idźmy do innej windy.

Przemierzając ulice Naziemnego Londynu, Astrid raz po raz spoglądała w górę na sieć mostów i schodów, które stąd wyglądały zupełnie inaczej niż w samym podniebnym mieście.

W kolejnym miejscu pani Wairi nacisnęła guzik ukryty pod masą obłażących plakatów. Na innej ulicy nacisnęła guzik wyglądający jak część fantazyjnej wystawy sklepowej. Potem nacisnęła kostkę u nogi posągu Winstona Churchilla, stojącego w cieniu Opactwa Westminsterskiego. Żaden nie zadziałał. Błyskały tylko na czerwono, po czym gasły.

Astrid ledwie trzymała się już na nogach. Wlokła się za panią Wairi, a wszystko dokoła zaczęło się jej zamazywać przed oczami, jak we śnie.

- Słuchaj - zwróciła się do niej pani Wairi, nie oglądając się. - Wypróbowałyśmy wszystkie windy, o których wiem. Windę podniebnych lordów, windę w cyfrowej bibliotece i windę policji Librystów, wjeżdżającą prosto do Dziesiątego Kwiatu. Nie mamy już innego wyboru, Astrid. - Ostro skręciła w prawo, w ciemność parku.

Astrid poczuła, jak pod stopami chrzęści jej zmrożona trawa.

- Zaraz - odezwała się niepewnie. - Co pani ma na myśli?

Pani Wairi odwróciła się na pięcie.

- Musimy polecieć - rzekła.

Astrid potrząsnęła głową. Po początkowych trudnościach, jakie miała w nauce latania, trochę się podszkoliła. Przefruwała nawę główną w Starminster, podtrzymywana uprzężą, którą pani Warburton podpięła do rozciągniętego drutu, i czasami była bardzo bliska samodzielnego lotu, kiedy jej skrzydła w końcu nabierały rytmu. Nigdy jednak nie latała pod gołym niebem, gdzie wiatr, prądy wstępujące i inne warunki pogodowe szybko mogły wpłynąć na jakość lotu. Nie mówiąc już o tym, by na swoich patykowatych skrzydełkach wzbić się pod niebo.

- Mogłabym się wspiąć po zjeżdżalni - zasugerowała. - Już to kiedyś zrobiłam.

- Nie ma na to czasu - stwierdziła pani Wairi.

Rozejrzała się na prawo i lewo. Widząc, że dokoła jest pusto, rozpostarła skrzydła. U jej ramion ukazały się żywo ubarwione, turkusowe pióra.

- Astrid, wiem, że nie latasz jeszcze zbyt pewnie - mówiła pośpiesznie, zdejmując sobie z głowy zawój. Rozwinęła go i jednym końcem pasma jedwabiu otoczyła Astrid w pasie, po czym zawiązała tak mocno, że dziewczynce zaparło dech w piersi. Drugim końcem sama przewiązała się w talii. - Nie pozwolę, żebyś mi spadła.

- Co pani ma na myśli? - zapytała drżącym głosem Astrid.

- Rozwiń skrzydła.

- Nie umiem latać! Pani Wairi, pani nie rozumie. Moje skrzydła nie działają.

Głos pani Wairi zabrzmiał tak twardo, jak jeszcze nigdy, gdy po raz ostatni szarpnięciem sprawdziła łączącą je tkaninę.

- Astrid, zebranie zacznie się za dwadzieścia minut. Nie mogę się na nim nie stawić, tak samo jak ty. W tej chwili rozwiń skrzydła.

Astrid wyobraziła sobie swoje ukochane miasto: pajęczą sieć z nićmi kruchymi w zimnym powietrzu, niewidoczną ochronę, która zaczyna zanikać.

Pomyślała o Pent i Masonie. O cieple ich przyjaźni, o wspólnym śmiechu, ich miłym towarzystwie. Sprawiali, że czuła się, jakby umiała latać, mimo że doskonale wiedzieli, jakie ma z tym trudności.

"Miasto jest w niebezpieczeństwie".

Astrid zaczerpnęła haust zimnego powietrza i jej skrzydła mozolnie zaczęły się wysuwać.

Nie miała na sobie mundurka Starminster, ze specjalnymi rozcięciami na plecach, dlatego końce skrzydeł naparły od wewnątrz na polar. Zdjęła bluzę, drżąc z zimna. Lodowate powietrze kłuło ją w nagie ramiona, kiedy skrzydła nareszcie się wykluły.

Zanim dała sobie chwilę na przygotowanie, pani Wairi wzbiła się do lotu. Zawój, którym Astrid była obwiązana w pasie, szarpnął mocno i pociągnął ją w górę. I tak, desperacko machając skrzydłami, została poholowana ku podniebnemu miastu.