W piérwszéj połowie panowania Oktawiana Augusta nie było
pewno w Rzymie człowieka szczęśliwszego nad Lukrecyusza Wespiliona,
uczonego pomocnika panującego władzcy, w trudném i kosztowném
dziele budowania dróg publicznych. W kwiecie i sile wieku, bo
trzydziestu kilku lat życia dosiągłszy, miał on już za sobą wiele
niebezpieczeństw szczęśliwie przebytych, a przed sobą szeroko
otwartą drogę do najwyższych w państwie zaszczytów i zasług. Wysoka
godność pretora Rzymu, którą piastował był przez czas przepisany
prawem, umieściła go w rzędzie senatorów i pozwalała mu oczekiwać
najwyższego po cesarskiém dostojeństwa konsulatu. Niezbyt wielki
majątek swój i swéj żony, składający się z pastwisk w Sycylii, z
winnic w Latium, z kilku fabryk garncarskich i tkackich i z
pięknego domu w stolicy, utrzymywał on rządnością swą w stanie
kwitnącym, a dochody które zeń czerpał, zwiększały się znacznie
setkami tysięcy sestercyi, otrzymywanemi za pełnione przez się
urzędy. I nie otrzymywał ich darmo. Na krześle kurulném, w
głębokiéj nawie bazyliki stojącem, żaden pretor nie zasiadał
gorliwiéj od niego i sprawiedliwszych nie głosił wyroków; żadna téż
z robót publicznych szybciéj i lepiéj wykonywaną nie była, jak pod
przewodnictwem i dozorem jego budująca się teraz droga Flamińska.
Oktawian całkiem zdawał się zapominać, że po nagłéj śmierci
poprzednika i wuja jego Juliusza Cezara, młodziutki wtedy Wespilion
stanął był w szeregach Brutusa i, walcząc przeciw pretendentowi do
władzy cesarskiéj, w bitwie pod Filipami ciężką poniósł ranę. O téj
jednomyślności z Brutusem a nieprzyjaźni względem Cezarów, jako téż
o ciężkiém paroletniém wygnaniu, na jakie sam go był skazał,
Oktawian całkiem zdawał się zapominać i dawnego wroga swego uczynił
poufałym doradzcą swym i czynnym współpracownikiem. Wprawdzie, nikt
prawdziwych zgłosek uczucia przeczytać nie mógł w sercu tego, który
w przedchwili zgonu, nazwać miał życie swoje dobrze odegraną
komedyą. Co pewna, to, że w dziele okrywania świeżych gruzów
rzeczypospolitéj blaskiem i potęgą jedynowładztwa, jak téż w
chwalebnych zamiarach doskonalenia dobrobytu i administracyi
państwa, potrzebował on pomocników rozumnych i dzielnych, a z
rozumu i dzielności ich mądrze korzystać umiał, jakiemikolwiek były
osobiste jego dla nich uczucia. Jednym z takich był Wespilion. W
dodatku szczęśliwy człowiek ten był mężem Turyi, kobiety pięknéj, a
o któréj w Rzymie bardzo mało mówiono, i ojcem młodziutkiéj
Wespilii, któréj wdzięki i talenta słynnemi już być zaczynały. W
porze téj Rzymianie dzielili jeszcze zdanie Greków, że gdy o
kobiecie młodéj i pięknéj świat milczy, mąż jéj pewno w sercu swém
śpiewa jéj pochwały. Ale jeżeli młodziutka dziewczyna słynąć
zaczyna z wdzięków i talentów, rodzice jéj śliczne rzeczy roją dla
jéj przyszłości. Spokojna wesołość panowała zawsze w domu
Wespiliona. Nie bywało w nim nigdy uczt hucznych, długo w noc
przeciąganych, osypywanych różami i oblewanych strumieniami
ognistych win greckich, - bo znieść by ich nie mogła pani domu, a
pan domu czasu na nie nie miał. Ale często bardzo w
triclinium z ładnie malowanemi ścianami, na łożach których
purpurowe lub śnieżne okrycia były wyrobami rąk Turyi, Wespilii i
domowych ich pomocnic, zasiadało do wykwintnego, lecz miernie
obfitego posiłku grono przyjaciół, których liczba nie przechodziła
nigdy liczby muz. Nad małém zgromadzeniem tém unosił się téż wtedy
wdzięczny i wzniosły duch Helikońskich dziewic; słychać tam było
męzki acz melodyjny rytm greckich epopei, kwieciste wiersze
Wirgiliuszowych sielanek, a pomiędzy uczone wywody Lukrecyuszowe
mieszała się od czasu do czasu lekka i wesoła strofa żyjącego
jeszcze Owidyusza lub starego greckiego Anakreona. Z dźwiękami
wierszy łączyły się dźwięki muzyki; Turia pięknie grała na cytrze,
a młodziutka Wespilia rychło matkę w sztuce téj prześcigać zaczęła.
Potem w
Perystylium zdobném w marmurowe kolumny i grupy zieleni
rosnącéj w wazach etruskiego kształtu, toczyły się jeszcze przez
czas jakiś poważne rozprawy kilku mężów o sprawach państwa, nauki
lub sztuki, a mieszał się téż w nie nierzadko z uszanowaniem
słuchany głos Turyi. Potém jeszcze, dom dostojnika rzymskiego
cichym stawał się i spokojnym; w najparadniejszéj i najlepiéj
zamkniętéj sali
tablinum zwanéj, słychać było głos Wespiliona, dyktującego
sprawozdania i rozporządzenia uczonemu wyzwoleńcowi, którego
trzcinka z szelestem posuwała się po pergaminie, albo styl, z
lekkiém skrzypieniem rznął znaki na woskiem oblepianych
tabliczkach. W
Atrium, przy ogniu palącym się na domowym ołtarzu, nad
impluvium, zbiornikiem wody, świecącym jak srebrna szyba
pośród owijających brzegi jego bluszczów, furczały wrzeciona i
zcicha dzwoniły pogadanki i śmiechy kobiet. Czasem zamiast
pogadanek i śmiechów, z furczeniem wrzecion łączyła się łagodna i
płynna mowa Turyi, która córce i ulubionym domownicom opowiadała
rozdziały z księgi Tytusa Liwiusza, dziejopisa wolnych i wielkich
czasów Rzymu. Wtedy duch bohaterstwa, duch potężnych uczuć i
czynów, unosił się nad ogniskiem domowem, drobna dłoń młodziutkiéj
Wespilii, trzymająca białe wrzeciono, nieruchomo zawisała w
powietrzu, a w oczach jéj, w czarnych jéj oczach, zupełnie do
ojcowskich podobnych, rozpalały się te święte ognie czci i
rozrzewnienia, w których rodzą się i rosną cnoty wszystkie....
Wtedy téż Wespilion uchylał kwiecistą zasłonę, dzielącą
tablinum od
atrium, długo niepostrzeżony, o białą kolumnę wsparty,
przysłuchywał się mowie Turyi, patrzał na rozmodloną do wielkiéj
przeszłości twarz córki, aż zbliżał się zcicha i obie te drogie
głowy ramionami ogarniając, przyciskał je do piersi w milczeniu, z
wyrazem niewysłowionego szczęścia na twarzy, pracą i myśleniem
nieco zmęczonéj. I gdy w pustém już
atrium czuwające nocą pacholęta służebne przykładały z
kolei drewek do ognia, palącego się na domowym ołtarzu i który
nigdy nie powinien był gasnąć, w głębi domu długo jeszcze słychać
było szepty i pocałunki; czasem rozlegała się tam i aż do
wpółciemnego atrium wlatywała perłowa gama dziewczęcego śmiechu,
czasem głos męzki toczył z głosem niewieścim poważną, poufną
naradę. Śród nocy Turia wstawała często i białą szeroką
pallą owinięta, z lampką w dłoni szła do sypialni córki,
aby popatrzéć na spokój jéj snu, lub go przywrócić, jeśli-by
przerwanym był przez przykre albo złowrogie marzenia. Jeżeli nie
wracała długo, z
cubiculum czyli sypialni małżonków odzywało się naglące
wołanie: "Turio! Turio!" Nieobecność żony Wespilion wtedy tylko
mógł znosić, gdy pracował, lub gdy go jakiekolwiek obowiązki zajęć
i stanu jego zdala od niéj trzymały. Szczęśliwi jeżeli losu swego są godni, lubią siać
szczęście dokoła. W domu tym niewolnicy nawet mieli pogodne twarze
i żywość ruchów, znamionujących sytość ciała i wesele ducha, a nie
było ich wielu, gdyż często bardzo Wespilion i Turia całe gromady
ich obdarowywali wolnością. Wyzwoleni imali się handlu, rzemiosł i
innych profesyi różnych, do jakich usposobił ich pobyt w domu
dawnego pana, który "patronem" ich pozostawał i nie jak niewolnicy
już, lecz jeszcze jako "klienci" służyli mu wiernie i ochotnie, czy
to powiększając sobą orszak, lektykę jego na ulicach miasta
otaczający, czy dając mu rzęsiste oklaski, gdy przemawiał w
senacie, lub wstępował na "rostrę" mównicę publiczną, wznoszącą się
pośród Forum, czy, broniąc imienia jego i sławy od wszelkiéj skazy,
którą uszkodzić-by je chciała zła wola i zawiść. Jednak w dniu pewnym u wejścia do szczęśliwego i
spokojnego domu tego, tłoczył się tłum, gwarzący zcicha wprawdzie,
lecz niespokojnie, ciekawie i smutnie. Dom znajdował się przy
jednéj z głównych ulic Rzymu, zwanéj ulicą Świętą. Nietylko
przecież ulica ta lecz i miasto całe nie posiadało jeszcze téj
świetnéj postaci, bogactwami kapiącéj i w obszerne przestrzenie
zaopatrzonéj, w jaką niewiele późniéj, po wielkim Neronowskim
pożarze i w skutek długiego pokoju, przyoblec się miało. Wprawdzie
i wtedy już Oktawian, wspomagany przez okoliczności, towarzyszące
czasowi jego, poczynał drewnianą i bezładnie zbudowaną stolicę swą
przerabiać w marmurowy, rzeźbiony, pozłocony klejnot i cud świata.
Ale ciasnym i nieporządnym był jeszcze Rzym, ciasno i duszno było
na ulicy Świętéj. Przed domami, których ilość pewna jaśniała już
bogactwem marmurowych ścian swych i rzeźbionych portyków, ciągnęły
się szeregi ozdobnych arkad murowanych i z drzewa skleconych budek,
z których na ulicę buchał gruby gwar kupczących tłumów i wypływała
co chwila gruba krzykliwa ciżba. Tu, na słupach arkady jaśniały
rozwieszone jaskrawe tkaniny i kwieciste kobierce Wschodu, tam
błyszczały rzędy naczyń z zabarwianych szkieł i kryształów, z
różnobarwnych marmurów, bronzu i malowanéj gliny ówdzie wiały
gorzkie i gryzące zapachy pieprzu i korzeni, albo łaskotliwe i mdłe
wonie perfum, tam jeszcze piramidy rumianych i złotych owoców
nęciły wzrok i powonienie, a gdzieindziéj, w budce drewnianéj,
ludowy balwierz błyskał ostrzem stali do koła twarzy wyprostowanego
na stołku pacyenta, albo uliczny lekarz, otoczony tłumnie, warzył i
mierzył lecznicze maście i płyny, albo na wysokiéj fajerce błyskał
płomyk i skwierczały smażące się kiełbaski. Ze stosów, wznoszących
się tuż przed nogami przechodniów, kobiety z ludu, białemi
płachtami okryte, wybierały i kupowały czerwone garnki i misy; w
doktorskich budkach jęczeli chorzy, którym przed oczyma
publiczności opatrywano rany lub nastawiano złamane członki; na
rogach ulicy, przed stojącemi tam posągami bóstw dróg rozstajnych,
słychać było modlitewne zawodzenie i krzyki, a kędyś, w głębi
jakiegoś podwórza, rozdzielonego z ulicą przezroczystym portykiem,
brzmiały przeciągłe i donośne wołania woźnych, ogłaszających
imiona, przymioty i cenę niewolników, którzy wraz ze wszelkiemi
dobrami jakiegoś bankruta, na publiczną sprzedaż wystawieni, stali
tam na podwyższeniu z desek, nadzy, ze znakami kredą wyrysowanemi
na piersiach i rodzajem koron na głowach. W tłoku tym i gwarze, pomiędzy rzędami arkad i budek, nad
któremi wznosiły się wysokie a martwe, bo ze strony ulicy okien
pozbawione ściany domów bogatych, na wązkiéj i ciżbą płynącéj
przestrzeni, zatrzymywały się przed domem Wespiliona i Turyi liczne
lektyki, przez barczystych Kapadoków lub czarnych Numidów
przynoszone, a z których wysiadali dojrzali mężowie w fałdzistych
togach, młodzi panowie w obcisłych tunikach, kobiety w "stollach"
rzęsiście haftowanych i malowniczo opadających im do stóp, z pod
pasów świecących kością słoniową, srebrem i złotem. Wysiadłszy z
lektyk, ludzie ci, umykając coprędzéj od naciskającego ich
ulicznego tłumu, przez drzwi u których stróżował "ostyaryusz,"
odźwierny ubrany w barwy domu czyli liberyą, wstępowali na obszerny
podwórzec wchodowy, w kolumnady i rozłożyste drzewa przystrojony i,
zatrzymując się tam na chwilę, porozumiewali się z sobą
spojrzeniami i cichemi, lecz śpiesznemi szepty. Z wyrazów twarzy i
szeptów ich poznać można było, że w domu tym dzieje się coś
niezwykłego, coś, co przybywającym doń nakazywało przyoblekać się w
pozory choćby uroczystego smutku. Pomiędzy przybyłymi mężczyznami
były wprawdzie twarze istotnie i szczerze zasmucone, lecz na
uroczysty nastrój ducha trudno było bardzo zdobyć się wystrojonym
kobietom, których ogniste i zalotne oczy ukradkiem szukały pośród
męzkiego tłumu kwiecistych tunik i utrefionych głów, próźniaczych,
wykwintnych młodzieńców. To téż tu i owdzie krzyżowały się z sobą
spojrzenia wyzywające i wabne, lub rozległ się szybko stłumiony
śmieszek. Dostojnym tym i możnym, Wespiliona i Turyi krewnym i
przyjaciołom, nie wypadało jednak oddawać się pustocie, wobec
patrzącego na nich, w podwórzu zgromadzonego tłumu klientów domu.
Ludzie ci, w grubych, brunatnych togach i z których wielu miało
grube, spracowane ręce, wyzwoleńcy ci Wespiliona, albo téż ubodzy i
oddawna z domem jego węzłami patronatu i klienteli związani
rycerze, napełniali sobą nietylko podwórze ale także i "atrium."
Niezawsze zgromadzali się oni w liczbie tak wielkiéj, jakkolwiek
obowiązek składania patronowi porannych odwiedzin, część ich pewną
sprowadzał tu codziennie; dziś jednak przyszli wszyscy i jakkolwiek
wielu z nich zostawiło kędyś zajęcia swe i interesa, stali
wytrwale, lub sofy i stołki pod ścianami obsiadywali, szepcąc téż
pomiędzy sobą zcicha i z wyrazem zasmucenia wstrząsając głowami.
Przed wchodzącymi do "atrium" możnymi panami i paniami, rozstąpiły
się spiesznie brunatne togi, niemniéj przecież niektórzy, z
pomiędzy ludzi niemi odzianych, śmiało wystąpili z tłumu i poufale
acz z uszanowaniem zbliżyli się ku dostojnym. Byli to wysoce
poważani i na drodze do wielkich fortun zostający architekci,
rzeźbiarze, malarze, lekarze. Nizkie pochodzenie zatrzymywało ich
jeszcze w szeregach klientów wielkich domów, lecz talenta i nauka
budziły dla nich szacunek i przyjaźń najdostojniejszych. Dwaj
szczególniéj, z pomiędzy tych szanowanych dorobkiewiczów, zwrócili
na siebie odrazu uwagę świeżo przybyłych gości. Byli nimi
najsławniejsi lekarze spółcześni: siwy, ponury Glykon, o którym
pocichu szeptano, że sztuką swą usuwał nieraz z drogi Cezara tych,
których na drodze swéj mieć on nie chciał, i wyniosły, długobrody z
jasném głębokiém spojrzeniem, medyk cesarskiego dworu, Antoniusz
Muza. Współtowarzyszy tych, którzy w ustronném miejscu "atrium"
stojąc, z zajęciem i zcicha rozmawiali z sobą, otoczyło wnet liczne
grono, osypujące ich śpiesznemi zapytaniami. Na zwiędłych ustach
Glykona igrał błędny, sarkastyczny uśmiech, a spuszczone powieki
jego nie podniosły się i nie odkryły źrenic, pełnych cynicznéj
wzgardy dla wszelkich ludzkich uczuć i cierpień. Ale pogodny i
szczery Muza, ze smutkiem w mądrych, przejrzystych oczach, uczynił
obu rękoma gest, oznaczający zrozpaczenie zupełne. - Czyniłem, co mogłem i co tylko doradzała mi nauka moja.
Cezar sam przysłał mnie tu, na piérwszą wieść o nieszczęściu
Wespiliona, lecz czémże są usiłowania nasze wobec niezłomnych praw
przyrody?... - Wobec woli nieśmiertelnych bogów! - nabożnie poprawił
młodszego kolegę truciciel Glykon. Westchnienia zaszemrały dokoła, w cisnącéj się pod ściany
gromadzie klientów, ktoś głośno załkał, - przechodzący zblizka
młody niewolnik szepnął po grecku: - Antygona nie była od niéj piękniejszą i lepszą. Poważni mężowie w senatorskich latiklawach, białych
purpurą i złotem wyszywanych, pozostali w "atrium" i, zasiadłszy na
sofach, których śpiesznie ustąpili im klienci, a oczekując końca
dramatu, odegrywającego się kędyś w głębi domu, zabawiać się
poczęli zcicha toczonemi rozprawami o najświeższém posiedzeniu
senatu, o mowie, którą na niém wypowiedział Cezar Oktawian, o
zasługach Wespiliona i obecném jego nieszczęściu. Utrefieni
młodzieńcy w strojnych tunikach, próżniacy i wykwintnisie, noszący
zbiorową nazwę Ardelionów, a którzy obecnymi bywali wszędzie, gdzie
tylko spotkać mogli zabawę wesołą a choćby smutną i
przedewszystkiém piękne kobiety - spuszczali powieki, nastrajali
rysy swe do min poważnych, a ścisnąwszy się nad "impluvium" w
gromadkę, szeptali o wczoraj widzianéj w teatrze ślicznéj
pantominie, o wesołéj uczcie u niemłodéj już, lecz jeszcze rozkoszy
życia żądnéj Cecylii Metelli, o pięknéj Rufilii, która przed
chwilą, na słowa wyrzeczone przez Muzę, załamując ręce i głośno
wzdychając, tak ogniste i obiecujące wejrzenie rzuciła z pod powiek
na bogatego wdowca Labeona... Kobiety, poufalsze i mniéj od
mężczyzn powściągliwe, z Cecylią Metellą na czele, wcisnęły się
gromadnie w boczny korytarz, z "atrium" w głąb' domu wiodący. O
wielkiéj pani téj, najbogatszéj ze spółczesnych kobiet rzymskich,
bardzo wiele i bardzo długo w Rzymie mówiono. I teraz jeszcze,
jakkolwiek twarz jéj, cudownie piękną niegdyś, okrywała już
delikatna sieć zmarszczek, jakkolwiek ukazywano sobie chirurga,
który w zamian dawnych w usta jéj włożył nowe białe zęby, i
perukarza, który głowę jéj okrył długiemi pierścieniami włosów, -
mówiono o niéj wiele. Miała ona jeszcze wyniosłą o gipkich ruchach
swych rozkoszną kibić Afrodyty, a szmaragdowe jéj oczy silniejszym
nawet niż dawniéj pałały ogniem. Przodem szła; pierścienie rudych
włosów, jak ogniste węże opadały na szkarłatne i złote szlaki jéj
sukni, czarne brwi zsuwała dumnie i niechętnie, a za nią kilka par
stóp niewieścich uderzało o marmur posadzki sandałkami, zdobnemi w
złoty haft i perły i kilka młodych, pięknych twarzy usiłowało
przybrać wyraz, miejscu i chwili właściwy. Daremnie. Zalotna i żywa
Rufilla, świeżo z drugim już mężem rozwiedziona, szepnęła coś do
ucha o bogatym wdowcu Labeonie Tertulii która ze skromnie
spuszczonemi powiekami, głosem niewinnéj gołębicy opowiadać zaczęła
przyjaciołkom, jak wczoraj siedziała u stóp Cezara, a on stroił jéj
głowę w wieniec różany. Nagle, wdzięczne te, szepcące usta zamknęły
się i umilkły, umilkł miarowy tentent sandałków, Cecylia Metella
stanęła i stanęły za nią jéj towarzyszki, a wkrótce, na twarzach
ich, wyraz wezbranego, swawolnego życia ustąpił przed wyrazem
przykrego strwożenia. Szeroko pootwierały piękne swe oczy i
wyprostowane, nieruchome, białemi zębami błyskające z za purpury
warg wpółotwartych, machynalnie przebierały w palcach miękkie fałdy
swych "stolli." Stały one teraz pomiędzy dwiema kolumnami, pod kwiecistym
festonem podniesionéj opony. Przed niemi był pokój, wyraźnie za
sypialnią służący i wdzięcznych ozdób pełen. Na ścianach, górą i
dołem biegły misternie splątane szlaki z greckich zygzaków, a
pomiędzy niemi, wybornie naśladując naturę, leciały jakby, albo na
zielonych gałęziach spoczywały różnobarwne ptaki i motyle. Z
sufitu, skrzydlate dzieci zdawały się sypać róże i fijołki na
układaną w gwiazdy posadzkę, na hebanowe i w bronz zdobne krośna z
rozpoczętą robotą na bogatą oprawą lśniące u ściany rzędy
pargaminowych zwojów. Wszystko to oblane było fioletowém światłem,
padającém od zasłony, okrywającéj jedyne okno, a którą słońce
świecące na zewnątrz czyniło podobną do ametystowéj szyby. Z za
niéj wysuwający się wązki promień słońca pozłacał wiszącą na
ścianie cytrę, a z innéj strony na stole, pełnym szklanych naczyń z
lekami, migotał płomyk lampki bronzowéj, mającéj kształt kobiecego
sandałka. Kobiety domowe i służebne, z obu stron kolumn stojących u
wejścia, zbijały się w ścisłe gromadki i w milczeniu załamywały
dłonie, albo brzegami tunik zakrywały swe twarze; w głębi zaś
pokoju w głębokim pół-zmroku, niewyraźnie widać było łoże usłane
białą i purpurową pościelą, a na niém leżącą postać szczupłą i
sztywną. U stóp łoża podobne do chwiejnych cieniów chyliły się ku
sobie dwie kobiety z których jedna bezsilnie wspierała się na
drugiéj, miłośnie ją obejmującéj, a tuż przed leżącą i z głową ku
niéj pochyloną, stał mężczyzna wysoki, opłynięty fałdami niedbale
włożonéj togi. Z fioletowéj mgły napełniającéj pokój, twarz jego
śniada, męzka, ku leżącéj postaci nieco schylona, wyłaniała się
wyraźnie. Był to Wespilion. Uroczystą, głęboką ciszę, która napełniała pokój,
przerywał tylko przyśpieszony i słabemi bardzo jękami przerywany
oddech spoczywającéj na łożu i coraz bardziéj sztywniejącéj
postaci. Stopniowo lecz szybko jęki przerzadzały się, oddech stawał
się coraz cichszym, ustawał chwilami, odzywał się znowu, przerwał
go dźwięk jakiś dziwny, struny jakby, która zadzwonić miała, lecz z
cichym, przeciągłym zgrzytem pękła i - wszystko umilkło. Na twarz
Wespiliona spadła wielka bladość, po ciele jego, od głowy do stóp,
owinęło się krótkie lecz gwałtowne drżenie. Stało się. Przyszła
sekunda, któréj, stojąc tu, upatrywał bacznie, aby spełnić to, co
był powinien, a czego nie spełniać pragnął-by choćby za cenę życia.
Ciężko, powoli podniósł rękę i ruchem miękkim, drżącym, przesunął
dłoń po oczach i ustach zmarłéj. Wedle obyczaju narodu swego
zamknął on powieki i na zawsze utulił wargi téj, dla któréj był
najbliższym na ziemi człowiekiem, a potém, do tegoż obyczaju
stosując się, a bardziéj może pozwalając, aby męzkie serce
wybuchnęło na chwilę, roztworzył nad łożem ramiona i po trzykroć
wielkim głosem zawołał: - Wespilio! Wespilio! Wespilio! Wszyscy wiedzieli, że gdy ten, który w ostatniéj chwili
stróżuje nad łożem śmiertelném, wyda z ust swych trzykrotne to,
ostatnie wołanie, jeden ze śmiertelnych opuścił już ziemię. To téż
domownice i służebne u kolumn stojące, z wielkim płaczém padły na
posadzkę; głośnemi krzykami żalu ozwali się słudzy i klienci,
którzy dotąd, cicho i trwożnie, we wpółciemnym korytarzu oczekiwali
stanowczéj chwili; tłumione lecz rozdzierające łkania wydobywały
się z piersi dwóch kobiet, u stóp łoża wspierających się wzajem,
Wespilion zaś, nad łożem schylony, twarz przybliżył z blizka do
twarzy zmarłéj, aż gdy zesztywniał w niéj już muskuł ostatni i
ostatnia kropla krwi zniknęła z warg delikatnych, cichym, długim
pocałunkiem usta swe z ustami jéj połączył. W sposób ten przyjmował
on w piersi swe ostatnie tchnienie swego dziecka. "Extremum
spiritum ore excipere." Kiedy z dwiema grubemi łzami na skurczonych
od bólu policzkach podniósł się i wyprostował, domownicy i słudzy
powstali z ziemi i podnieśli głowy, a wyciągając ku łożu ramiona
wybuchnęli chóralnym przeciągłym okrzykiem: - Vale! Vale! (Żegnaj! Żegnaj!) - Vale! - zawołały piękne i strojne kobiety, pośród kolumn
stojące, a gdy ostatnie to pożegnanie słały istocie, która zaledwie
była powitała życie, na tak wesołych przed chwilą ich twarzach
rozlał się szczery smutek; żywa Rufilla, bogatego męża sobie łowiąc
i skromna Tertulia, ulubienica Cezara, miały łzy w oczach, inne
płakały nawet na dobre, tylko Cecylia Metella, w szałach życia
zestarzała, ukryć nie mogła wstrętu i przesądnéj trwogi, którą
budził w niéj widok śmierci. - Vale! - ozwał się u wejścia poważny chór męzkich głosów.
Dostojni krewni i przyjaciele Wespiliona, przez jednego ze sług o
nadejściu stanowczéj chwili uwiadomieni, nader szli śpiesznie i
śnieżnemi latiklawami swemi świecąc w fioletowym zmroku pokoju,
objęcia swe otwierali, szeroko przed strapionym ojcem. Wespilion, z
postawą spokojną i poważną, lecz z twarzą, któréj drgnień bolesnych
pohamować, ani wielkiéj bladości ukryć nie mógł, postąpił ku nim, a
Antistiusz Labeon był piérwszym, którego z dłońmi połączył swe
dłonie i na którego ramię opuścił głowę, rozrzewnioną nad siły. Z
Labeonem od młodu wiązała ich przyjaźń ścisła, którą uświęcała
wspólność stoczonych walk i stale choć skrycie piastowanych
przekonań. A gdy dwaj przyjaciele zamieniali się z sobą cichemi,
urywanemi słowy, nad umarłą dziewczyną zabrzmiało ostatnie, z
rodzierającém łkaniem wykrzyknięte: - Vale! Dwie kobiety, dotąd u stóp łoża w cieniu stojące, wysunęły
się na światło. Jedną z nich była Turia, wysoka i chwiejąca się, z
załamanemi dłońmi i twarzą tonącą w łzach, - drugą, na którą
światło z okna obficiéj spływało, piękna dwudziestoletnia
dziewczyna, z wyrazem niewysłowionéj słodyczy i czułości w ciemnych
oczach, z potokami niepospolitych w klimacie tym, bo złocistych
włosów, bezładnie opływających aż prawie do kolan białą jéj tunikę.
Snadź Turia kochała bardzo krewną swą Atią, bo miękkie objęcia, w
których tuliła ją ona i łagodne i jéj szepty, przywróciły jéj moc
ciała i ducha. - Turio! - szeptała jéj piękna dziewczyna, - idź do
Wespiliona... zwróć się do Lukrecyusza swego, Turyo... rzuć się w
objęcia tego, który ci pozostał!... Przypomnienie o mężu było dla Turyi promieniem światła,
rzuconym w ciemności grobu. Tak, miała jeszcze męża... on jéj
pozostał jeszcze, człowiek, którego od lat dziecięcych prawie
kochała i czciła... Tak, uścisk jego będzie dla niéj tą zbawczą
Letą, w któréj na chwilę przynajmniéj utraci pamięć, a on
nieszczęsny czyż nie potrzebuje także, aby pieszczące jéj dłonie na
zbolałéj piersi jego spoczęły? Odwróciła się od łoża i z
gorączkowemi rumieńcami na policzkach, lecz silna już i prosta,
kilka kroków postąpiła naprzód. Wtém, z obwisłemi nagle rękoma
stanęła. Wespilion, wyjąwszy dłonie swe z rąk najmilszego sobie
Labeona, stał, przed świetném gronem krewnych swych i przyjaciół, a
na wyrazy współczucia, któremi osypywali go oni, po krótkiéj chwili
ponurego zamyślenia odpowiadał: - Teraz już, przyjaciele moi, całkiem bezdzietny jestem.
Bogowie wiedzą, żem nie wyrzucał im nigdy, iż mi nie dali syna.
Oprócz ojczyzny i dobréj sławy dziewczynę tę kochałem nad wszystko
na ziemi i była mi ona pociechą wtedy nawet, gdym patrzał na ojców,
otoczonych liczném potomstwem. I tę, jedyną, uprowadziły mi z domu
złe moje gieniusze. Za lat niewiele dobiegnę kresu mojéj młodości.
Starość samotną będę miał i jałową, jak nieurodzajne drzewo,
schnące na skwarnych piaskach, a gdy umrę, imię moje stanie się
echem przebrzmiałém... marnym cieniem czegoś - co było! Mówił to głosem głębokim, ponurym, z wbitemi w ziemię
suchemi oczyma, a skończywszy, skraj swéj togi zarzucił na twarz i
głowę, którą pochylił nizko. Turia, nagle znieruchomiona, z obwisłemi ramionami,
patrzała na męża, słuchała słów jego, aż i jéj oczy oschły z łez, a
zastąpił je ogień suchy i ponury. Uderzył w nią nowy cios jakiś,
błysnęła w głowie jéj myśl, która dotąd nie gościła w niéj nigdy, a
teraz rysy jéj sztywnością przerażenia zjęła. Podniosła dłoń do
czoła i po trzykroć szepnęła: - To prawda! to prawda! to prawda! Lecz w téjże chwili grono świetnych kobiet, z któremi
łączyły ją węzły pokrewieństwa i dalszéj lub bliższéj znajomości,
zbliżyło się ku niéj. Cecylia Metella chciała wziąć dłonie jéj w
ręce swe bogatemi pierścieniami okryte, Rufilla kibić jéj otaczała
ramieniem. Tertulia niewyraźnie coś szeptała o wielkiém dla Turyi
współczuciu Cezara, któraś z młodszych, w rozrzewnieniu schyliła
się prawie do kolan jéj, śpiewnym głosem zawodząc pochwały zgasłéj
Wespilii i żale swe po niéj. Ale Turia na wszystkie kobiety te
spojrzała wzrokiem takim, jakby widziała je po raz piérwszy w
życiu, jakby budziła się ze snu strasznego i zlękniona zapytywała:
"czego ci obcy i obojętni żądają ode mnie?" Szybkim ruchem zwróciła
się do złotowłoséj dziewczyny, na mgnienie oka jéj nie
opuszczającéj. - Pójdźmy, Atio, o! pójdźmy ztąd prędzéj! Straszne łkanie wzbierało w jéj piersi, a zrozpaczony,
błędny jéj wzrok z ponuremi błyskawicami biegał od sztywnych zwłok
córki, do nieruchoméj, togą okrytéj głowy małżonka. Wyszły, a w
téjże chwili, o wydarzeniu zawiadomiony, przybył do domu Wespiliona
kapłan Wenery Libitiny, który, imię zmarłéj zapisawszy w
dzierżonych przez się urzędowych regestrach, przychodził pocieszać
strapionego ojca i przywodził za sobą orszaki pogrzebowych płaczek
i sług świątyni, mających przy zwłokach śpiewać "mortualia" żałobne
pieśni. Wchodząc do "atrium" "Libitinarius," żałośnym głosem do
znajdującego się już tam pana domu zawołał: - Wolał-bym, o Wespilionie, abyś, zamiast do mnie, posyłał
dziś gońca do sług Wenery Lucyny, którzy w regestrach państwa
nowonarodzone zapisują dzieci!... Gdy "Libitinarius" słowa te wymawiał, Turia, wsparta na
ramieniu Atii, przez "atrium" przechodziła. Słyszała. Wśród wchodowego podwórca, oddalająca się z domu grupa
świetnych kobiet, stanęła jeszcze, aby pomówić o scenie żałosnéj,
tylko co widzianéj i o zabawach wesołych, w ciągu dnia zdarzyć się
mogących. Jako motyle barwne dokoła kwiatów, fruwali dokoła
niewieścich sukien strojni i woniejący Ardelionowie. Mówiono zrazu
o Wespilii. - Piękna z niéj niewątpliwie była-by kobieta, - zauważyła
Cecylia Metella, - ale jeżeli-by w ślady matki wstępowała. Rzym
posiadał-by tylko o jednę głupią kobietę więcéj. - O, Domina! - zawołała młodziutka i świeżo do towarzystwa
wielkiéj pani przyjęta Salvia - słyszałam zawsze, że Turia jest
kobietą uczoną. Umié po grecku, pięknie gra na cytrze i w
gospodarstwie domowém nikt jéj prześcignąć nie może. Cecylia z góry na mówiącą spojrzała. - Prawda jest dzieckiem czasu, Salvio - pedantycznie nieco
odrzekła; - gdy pożyjesz dłużéj, dowiesz się wielu prawd o
niewieściéj głupocie i mądrości... - Turia jest bardzo piękna i córka jéj nigdyby jéj we
wdziękach nie dorównała, - zauważył jeden z wytwornych młodzieńców. Pochwała, ta udzielona piękności, która jéj pięknością nie
była, ugryzła w serce Rufillę. - Czyście zauważyły - zaczęła - jak dziwném było
dzisiejsze obejście się z nami Turyi? Lukrecyuszowi swemu ręki
nawet nie podała... - Na nas spojrzała, jakbyśmy jéj nieznane były i
odwróciwszy się wnet do swéj Atyi... - Wyglądała tak, jak gdyby dotkniętą została przez chorobę
świętą (waryacyą). - O Atia! Ciekawa to rzecz, czy ona ze swemi złotemi
włosami i ze swą gołąbkową twarzą, męża sobie znajdzie! - Pora-by już! Dwudziesty rok życia rzymskiéj dziewicy
kopie grób dla jéj nadziei... - Domini! - zawołała do młodzieńca Cecylia - daje wam
zagadkę do odgadnięcia. Co od Atyi Hymen odpędza? - Sakiewka jéj pełna pajęczyn! - chórem odpowiedziało ust
kilka. - Eheu! - po grecku westchnął młody Flawiusz, krewny
Labeona - ilekroć patrzę na Atię, żałuję zawsze, że jest ubogą... - Ale wzamian, pod opiekuńczémi skrzydłami Turyi, nauczyła
się być cnotliwą! - szydersko syknęła wielka pani. Rufilla
usiłowała zmienić tor rozmowy. Chciało się jéj bardzo dowiedziéć od
młodego Flawiusza, gdzie-by w ciągu dnia spotkać się mogła z
bogatym jego krewnym. Na polu Marsowém pokazywać dziś miano świeżo
przywiezionego Cesarzowi nosorożca i węża potwornéj wielkości. Czy
Labeon przybędzie oglądać ich sam, albo z cesarskim dworem? Dwór
cesarski - zcicha i skromnie twierdziła Tertulia - przechadzać się
dziś będzie po świeżo ukończonym portyku Liwii. Cesarzowa dumną
jest, że pięknemu dziełu temu bozki małżonek jéj, nadał jéj imię. - Każę się dziś zanieść do portyku Liwii - wykrzykła
Cecylia. Młody Flawiusz szepnął do ucha Rufilli: - Jeżeli przyrzekniesz mi, Rufillo, nagrodę, któréj
zażądam, sprowadzę dziś do portyku wuja mego Labeona. - Z żądaniami swemi, Flawiuszu, udaj się do Atii, która
widocznie tak bardzo ci się podoba, że gdyby nie jéj sakiewka z
pajęczynami, pogasłybyśmy wszystkie przy niéj w oczach twoich, jak
mdłe gwiazdki przy świetném słońcu. - Zaprawdę, Domina - złośliwie uśmiechnął się młody
wykwintniś - słodką wychowanicę cnotliwéj Turyi można tylko...
poślubić! W dniu tym przed domem Wespiliona, na znak, że zagościła
tam śmierć, wkopano szereg cyprysów, a przez siedm dni następnych
publiczność rzymska tłoczyła się do "atrium," które przedstawiało
widok niezwykły. Lukrecyusz Wespilion niczego nie żałował dla uświetnienia
żałobnych obchodów. Barwne malowania, okrywające ściany "atrium,"
zniknęły całkiem pod fałdami śnieżnego "bissusu," kosztownéj wielce
tkaniny lnianéj, którą je przyobleczono. Białe róże okrywały
posadzkę, a pomiędzy "impluvium," srebrną szybą błyszczącém
pośrodku sali i kolumnami, rozdzielającemi ją z sąsiednią komnatą,
w srebro i kość słoniową zdobne, wznosiło się wysoko łoże
śmiertelne, "lectus funebris" na którem spoczywały zwłoki Wespilii,
tak osypane białemi kwiatami, że widać było tylko głowę jéj,
oplecioną zwojami kruczych włosów i młodziutką, jak alabaster
białą, pogodnie uśmiechniętą twarz. Dymy palonych wonności,
ulatując ze srebrnych kadzielnic, błękitną mgłą łagodziły
olśniewającą białość sali i napełniały ją ciężkiemi, upajającemi
zapachy. Sługi świątyni Wenery Libitiny ciemnemi szeregami
obsiadywali śnieżne ściany, śpiewnie zawodząc żałobne "mortualia." W ciągu siedmiu tych dni Wespilion i Turia dwa razy tylko
rozmawiali ze sobą. W pokoju wychowanicy swéj Atyi zrazu, potém w
opustoszałéj sypialni córki, Turia, zamykała się milcząca,
nieprzystępna, z niezłomną wolą pozostania samotną. Raz w nocy, gdy
"atrium" było puste i nawet podwładni "Libitinariusa" w senném
znużeniu pochylali głowy, Wespilion znalazł żonę, siedzącą u stóp
wysokiego łoża śmierci, nieruchomą w żałobnych draperyach sukni
swéj i zasłony, z czołem na dłoni i wzrokiem wbitym w ziemię.
Zbliżył się i pochylony ku niéj, łagodnie ujął jéj rękę. - Turio - rzekł z cicha - dla czego mnie unikasz, odkąd
dotknęło nas wspólne nam nieszczęście? Czy nie jestem potrzebny
sercu twemu? czy nie czujesz, żeś ty mnie potrzebna? Nie podniosła głowy, ni powiek, twarz jéj pozostała
martwą, milczała. - Turio - łagodnie jeszcze, lecz już z żalem powtórzył
Wespilion - mądrym nie przystoi nigdy rozpaczy wodze puszczać,
ściągnij wodze serca twego i bądź jak zawsze kobietą rozumną.
Wstań, wesprzyj się na ramieniu mojém i chodź płakać na mojéj
piersi... Teraz drgnęła i zacisnęła usta, jak gdyby niezmierném
wysileniem woli tłumiła wyrywający się z nich okrzyk. Nie podnosząc
przecież oczu na męża, ponuro szepnęła: - Pozostaw mnie, Wespilionie, z tą, która była i na zawsze
była-by - moją. Zdumiony i urażony, wypuścił z dłoni swych rękę jéj, która
bezwładnie opadła pomiędzy fałdy jéj sukni i odszedł. Do Labeona
który w dniach tych nie odstępował go wcale, rzekł: - Boleść niezmierna pomieszała jéj zmysły. Czas ją uleczy. Innym razem, gdy najsłynniejsi artyści Rzymu, otaczając
Wespiliona, naradzali się z nim nad godłami i ozdobami, któremi
okryć mieli grobowiec jego córki, uczuł on chęć zasiągnięcia zdania
Turyi i obowiązek zapytania jéj o jéj we względzie tym wolę.
Przywykły do dzielenia się z nią każdym swym zamiarem, szedł do
niéj i teraz, a za nim postępowali mistrze budowniczéj, snycerskiéj
i malarskiéj sztuki, z którymi rozmawiał on z poufałością i
szacunkiem. Turią znaleźli znowu w
atrium, gdzie, skryta za kolumną, splatała dla córki
świeże wieńce z róż i cyprysu, a siedząca u stóp jéj Atia,
wybierała i podawała jéj kwiaty. Oczy miała suche, twarz martwą i
okrytą wyrazem ponurego zamyślenia. Ujrzawszy nadchodzących, wstała
i uważnie, w milczeniu wysłuchała artystów, przedstawiających jéj
pomysły swe i plany. Czy chciałaby, aby grobowiec młodziutkiéj
Wespilii posiadał kształt złamanéj kolumny, albo domowego ołtarza,
albo jeszcze świątyńki okrągłéj z bronzową kopułą, czy obelisku ze
złotą na szczycie kulą, która-by wieczorami jak meteor wysoko
pośród gasnących błękitów świeciła? Na ścianach grobowca zaś
można-by wyrzeźbić Sen, w postaci starca, śpiącego na łożu z chmur,
czy młodzieńca z wywróconą w dół i zgaszoną pochodnią w ręku, albo
dziewiczą postać w lekkich obsłonach w górę ulatającą i patrzącą ku
ziemi, na któréj zostali jéj ukochani. Lecz wolała-by może, aby
wymalowano świetnego motyla, wpadającego w płomień, lub chwytanego
przez ptaka, czy piękne drzewko, z którego wiatr porywa wszystkie
liście, czy zwinięty żagiel, symbol skończonéj żeglugi życia, czy
jeszcze zabawki dziecięce, we wdzięczny nieład ułożone, a otoczone
wieńcem skrzydlatych dzieciąt, boć przecież Wespilia, która w
czternastym roku życia swego zgasła, chociaż dziewicą już stawać
się zaczynała, niecałkiem jeszcze przestała być dzieckiem?
Wysłuchawszy wszystkiego, co jéj mówiono, Turia spokojnie i
rozważnie życzenie swe wypowiedziała. Do tych z pomiędzy mistrzów,
którzy Grekami byli, mówiła po grecku. Wybór który czyniła pomiędzy
przedstawionemi jéj pomysłami i zdania, które o nich wyrażała,
znamionowały smak wykształcony i wyobraźnią, dobrze rozpoznającą
wszystkie odcienia piękna. Mówiąc, zwracała się ku artystom, którzy
przed trafnością sądów jéj nizko chylili głowy, lecz wzrok jéj
stale i uparcie unikał wzroku męża i, kończąc, dodała tylko: - Wszystkie te zdania i życzenia moje niech ustąpią przed
wolą męża mego, Wespiliona, jeśli im ona przeciwną będzie... Rzekłszy to, usiadła znowu za kolumną i białemi dłońmi,
które drżały trochę, splatać zaczęła wieńce z kwiatów, podawanych
jéj przez Atię. Wespilion uprzejmym giestem wskazał artystom
wejście do sąsiedniéj sali, a gdy odeszli, stał jeszcze przez chwil
kilka i patrzał na żonę. Ona zdawała się nie spostrzegać obecności
jego. - Turio - ozwał się głosem drżącym od gniewnego i smutnego
wzruszenia - co znaczy to obejście się twoje ze mną? Z obcymi
rozmawiasz się spokojnie i rozumnie, a ja jestem ci jakby obcy! Ze spuszczonemi na róże oczyma odpowiedziała krótko: - Proszę cię, Wespilionie, abyś do "Nowemdialii" milczéć
mi pozwolił. "Nowemdialia" były to ostatnie żałobne obchody, w
dziewiątym dniu po pogrzebie zmarłego odbywane. Na pogrzeb Wespilii woźni wzywali lud rzymski na
wszystkich placach i rogach ulic, donośnemi głosami wykrzykując
słowa formuły tak jak Rzym staréj: - Rzymianka umarła. Pogrześć ją należy. Wespilią córkę
Lukrecyusza Wespiliona wynoszą z domu. Idźcie. Już czas. W jednéj z godzin przedpołudniowych, więc w porze dnia, w
któréj stolica wrzała najsilniéj wezbranym ruchem, ogromne tłumy
ludu powoli i z ciężkością sunęły wązkiemi ulicami od domu
Wespiliona w kierunku Forum. Przodem szedł liczny poczet
muzykantów, dmących w trąby i liczne gatunki fletów, za nimi
gromada pogrzebowych płaczek, z rozwianemi szaty i włosy, miotając
się, wznosząc ręce ku niebu, albo uderzając się niemi w piersi,
zawodziła w takt muzyki szalone i rozdzierające pieśni i lamenty;
po płaczkach szły grupy najlepszych aktorów czasu, strojami i
pantominą przedstawiających tragedyą Ifigenii, téj dziewiczéj
ofiary śmierci wczesnéj i męczeńskiéj, potém miasto posągów i
wizerunków przodków, niesionych zwykle przed zwłokami mężów, zwłoki
młodéj dziewczyny wyprzedzały długie szeregi rówieśnic jéj i
przyjaciółek, które w bieli całe sypały kwiaty przed śmiertelném
łożem, sunącém wraz ze spoczywającą na niém nieruchomą postacią, na
barkach najprzedniejszych młodzieńców Rzymu, synów przyjaciół i
krewnych Wespiliona i Turyi. Za łożem śmiertelném dopiéro w złotém
od słońca powietrzu, płynąć zdawały się niezliczone, w rzeźbę,
srebro, kość słoniową i szkarłat zdobne lektyki. Jedna z nich
niosła samę cesarską parę. O złotem szyte poduszki lewém ramieniem
wsparty spoczywał w niéj Oktawian, ze swą szczupłą i niewysoką lecz
kształtną i skromnie ubraną postacią, z twarzą bladą, schorowaną, a
z któréj pięknych rysów wyczytać można było ten geniusz złowieszczy
lecz potężny, mocą którego owijał on wolność Rzymu jedwabnemi
dłońmi w żelazne łańcuchy. Przy nim siedziała Liwia, małżonka jego,
będąca mu zarazem dobrym geniuszem pociechy i mądréj rady, a tuż
obok rodziców posuwała się w lekkiéj i błyszczącéj lektyce
czarująco piękna córka cesarska, Julia, w téj chwili nawet
niemogąca powstrzymać się od żywych ruchów głowy i na wsze strony
rzucanych zalotnych spojrzeń, a jakkolwiek obyczaj wzbraniał przy
pogrzebowych obrządkach jakiéjkolwiek w ubraniu złotéj ozdoby, w
złotolity swój, na świat cały sławny, płaszcz owinięta.
Nieprzystojne to zachowanie się jéj i tak wyraźne poniewieranie
obyczajem publicznym, mąciły spokój i słodycz, któremi Cezar, jak
zalotnica w powabną szatę, owijał się wiecznie przed oczyma ludzi.
On, który wszystko zawsze ukryć umiał, gniewne błyski oczu wciąż
słał ku córce, rozswawolonéj na pogrzebie dziecka jednego z
najużyteczniejszych mu mężów. Sam za to ani razu nie spojrzał na
Tertulią, jakkolwiek lektyka jéj co chwila nasuwała się mu przed
oczy, a leżąca w niéj kobieta wysmukła i biała, jak kielich lilii,
wlepiała w niego wzrok pełen skromnéj i smętnéj zadumy. Ponieważ
złotem i błyszczącemi klejnoty przystroić się nie mogła i czoło
niewinne i szyję łabędzią osypała perłami, a było jéj w nich
pięknie, jak lilii w kroplach rosy. Za lektykami cesarskiéj rodziny
i najbliższych krewnych zmarłéj, sunęło wszystko, co tylko w Rzymie
dostojném, bogatém i świetném było, a w końcu orszaku tego dopiéro
edylowie, liktorowie i "designatorzy," ładu w tłumach i
bezpieczeństwa ich dozorujący, dech w piersi i siłę w ramionach
tracili, zadanie swe pełniąc. Tłuszcze ludzi wszech stanów,
klientów i sług wielkich domów, handlarzy, rzemieślników,
żołnierzy, cudzoziemców, niewolników nawet, cisnęły się, deptały i
dławiły wzajem, unoszone żądzą spojrzenia choć zdala na świetne
czoło orszaku. Togi ciemne i białe, starannie udrapowane lub mocno
zszarzane, tuniki, różnobarwne głowy w kapeluszach okrągłych, albo
kryjące się od słońca pod parasolami, albo odkryte całkiem, łyse
lub łysinę zasłaniające malowaniem naśladującém włosy, - twarze
utuczone w grubym dobrobycie, albo skłopotane chęcią zwrócenia na
siebie uwagi, albo wychudłe i chore od nędz stolicy, albo jeszcze
rozpalone ciekawością czy gniewem, - mięszały się tu z sobą w
mozaikę nierozwikłaną i falę gwałtowną, nietylko zalegającą
przebywane ulice i place, ale pnącą się na drewniane budki, które
trzeszczały i chwiały się pod jéj naciskiem na słupy arkad, z
których ulatywały w powietrze szmaty podartych materyi i z brzękiem
spadały na kruche naczynia, na kolumny i gzymsy portyków, które
świeciły niejedną ogoloną głową Egipcyanina, niejedną parą małych i
skośnych azyatyckich oczu, niejedném wpółnagiém ciałem wpółdzikiego
Galla, Germana lub Bryta. Pochód trwał długo, aż zatrzymał się na
Forum, gdzie patrycyusze, wysiadłszy z lektyk swych, obsiedli u
stóp Kapitolińskiéj świątyni, rzędy kurulnych krzeseł, z mównicy
zaś publicznéj Labeon głosił długo wdzięki, talenta i dobroć
zmarłéj dziewczyny, a dłużéj jeszcze zasługi jéj ojca, cnotę jéj
matki, i wzajemną wielką ich dla siebie miłość. Ostatni ten ustęp
pogrzebowéj mowy, wzniecił ruch pewien w świetném gronie pań i
młodych panów, napełniających umyślnie na dzień ten wzniesioną
trybunę. Kobiety szczególniéj zamieniały się spojrzeniami i
uśmiechy zdającemi się mówić: "Kto wié? Kto wié?" Zachowanie się Turyi w ostatnich dniach kilku głośném już
stało się w świecie. Domyślano się, że dotychczasowa małżeńska jéj
cnota była ciężkim przymusem, dla szczęścia jedynéj córki
znoszonym, a teraz... kto wié? Na twarzy Cecylii Metelli malował
się złośliwy tryumf. Pamiętała dobrze wesoły i razem pogardliwy
śmiech jakim wybuchnęła Turya na widok piérwszy raz w Rzymie na jéj
głowie zjawiającéj się peruki, pomalowanéj rudo-ognistą barwą... Nakoniec ogromny orszak dosięgnął miejsca, znajdującego
się nieopodal szerokiéj drogi Appijskiéj
ustrinum zwanego, a przeznaczonego na palenie ciał
zmarłych. Pośród
ustrinum wznosił się stos wysoki, z drogich i wonnych
drzew cyprysowych, cytrynowych, mirtowych, w kształcie olbrzymiego
ołtarza zbudowany. U szczytu jego na bogatém łożu swém ostatniem,
wonnościami okryta spoczęła zmarła dziewczyna, a obok niéj położono
ulubioną jéj cytrę i złote
plectrum, pałeczkę, którą uderzała w jéj struny. Potém,
gdy w tłumach ogromnych, plac i drogę zalegających, uroczyste a
więcéj jeszcze ciekawe zapanowało milczenie, Wespilion wyszedł z
pośród przyjaciół swych, którzy go wciąż otaczali wierném i czułém
gronem. Wysoki, prosty, w mężnym spokoju swym wspaniały, z płonącą
pochodnią w ręku zbliżył się do stosu i, odwracając twarz, która,
śród ciemnych fałd zarzuconéj na głowę togi, świeciła bladością
marmuru, płomień pochodni rzucił pomiędzy kruche gałęzie. W
mgnieniu oka, z szumem i trzaskiem buchnął ogromny, jaskrawy ogień;
ci którzy zblizka stos otaczali, przeciągle, żałośnie zaszemrali:
"Niech miękko spoczywają kości twoje!" snop głosów kobiecych wzbił
się wyżéj, śpiewnie wołając: "Odejdź duszo niewinna!" aż wszyscy
razem: dostojni i pospolici krewni, znajomi, kapłani, płaczki, cała
ta wielotysięczna, pstra, w chwili téj nieruchoma już fala ludu,
posłała białéj, szczupłéj postaci, już u szczytu stosu blaskiem
ognia pozłoconéj olbrzymi, długi, ostatni krzyk pożegnania. -
Vale! Vale! Vale!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.