Stare grzechy - Małgorzata Kołakowska

Kup ebooka

52.99 zł
43.98 zł (40,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Postacie

Pracownice działu mody:

MATYLDA BANASIAK - przełożona, która czuwa nad działem mody damskiej i dziecięcej.

ELIZA KACZMAREK - zastępczyni przełożonej w dziale mody damskiej. W przyszłości ma objąć stanowisko w nowym dziale "Bluzki i spódnice". Była obiektem westchnień księgowego Janka oraz Marcina Barańskiego. Chociaż serce podpowiadało jej, aby wybrać Janka, zdecydowała się na związek z Marcinem. Niestety, Barański otrzymał propozycję nowej pracy i przeprowadzki do Krakowa. Próbował nakłonić ukochaną, by do niego dołączyła, jednak ona podjęła decyzję o rozstaniu.

MALWINA LIPSKA - była zakochana w magazynierze Michale. Zaszła z nim w ciążę, a ukochany, przymuszony przez matkę, poprosił ją o rękę. Niestety, w niejasnych okolicznościach straciła dziecko. Na wieść o tym Michał szybko zerwał zaręczyny. Po pewnym czasie Malwina poznała Antoniego, który jest nią wyraźnie zauroczony.

JADŹKA WOJTALA - pracuje w domu towarowym, by zdobyć pieniądze na rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu.

FELICJA WITECKA - została zwolniona za kradzież i zniszczenia. Odzyskała pracę dzięki wstawiennictwu Beatrice Rudzkiej. Jest nieślubną córką Kazimierza Dawca.

RÓŻA WOLSKA - córka właściciela apteki. Została zmuszona do pracy z powodu skandalu. Marzy, by w przyszłości zostać aktorką.

Właściciel domu towarowego wraz z rodziną:

HENRYK WIERZCHOWSKI - właściciel domu towarowego

HANNA WIERZCHOWSKA - żona Henryka

KAROLINA WIERZCHOWSKA - starsza córka Henryka i Hanny. W przeszłości była narzeczoną Marcina, jednak zaręczyny zerwano za obopólną zgodą. Spotyka się z tajemniczym mężczyzną.

KINGA WIERZCHOWSKA - młodsza córka Henryka i Hanny

Inni pracownicy Domu pod Akacjami:

MARCIN BARAŃSKI - dyrektor domu towarowego, ma zrezygnować ze stanowiska i objąć nadzór nad nowo powstającym zakładem obuwniczym w Krakowie. Spotyka się z córką właściciela - Kingą Wierzchowską. W przeszłości był zaręczony z jej starszą siostrą - Karoliną.

TADEUSZ JANKOWSKI (właściwie Wojciech Boruta) - zastępca dyrektora. Jako nastolatek został aresztowany za kradzież przez miejscowego policjanta. Mężczyzna, widząc skromne warunki, w jakich żył chłopak, wysłał go do kopalni we Francji, gdzie pracował jego szwagier. Po kilku miesiącach Boruta znalazł zatrudnienie w magazynie domu towarowego. Z czasem, używając fałszywych dokumentów, otrzymał posadę sprzedawcy w dziale z garniturami. Na początku uczciwe pracował, jednak później zaczął okradać swoich klientów.

MICHAŁ SZAFRANEK - pracownik magazynu, brygadzista

ANTONI - pracownik magazynu, spotyka się z Malwiną.

BLADY - pracownik magazynu, przyjaciel Felicji

Klienci domu towarowego:

HRABINA HELENA WIŚNIEWSKA - wdowa, najbogatsza kobieta w okolicy. W przeszłości zaręczona z Wincentym Leszczyńskim i Stanisławem Wrotnickim.

LEOKADIA MIRSKA - mężatka, ostatnimi czasy mająca problemy finansowe

ALDONA KAMIŃSKA - wdowa, matka dwójki dorosłych dzieci, odwieczna rywalka Heleny Wiśniewskiej

KAZIMIERZ DAWIEC - brat Aldony Kamińskiej

MARIANNA ŁĘCKA - stara znajoma Aldony Kamińskiej

Inni:

WIESŁAWA - była zastępczyni przełożonej w dziale mody damskiej. Manipulowała przy księgach i kradła, by zdobyć pieniądze na leki dla umierającego męża, za co została zwolniona.

JANEK KONIECZNY - były księgowy. Gdy Eliza odrzuciła jego oświadczyny, opuścił Dom pod Akacjami i został marynarzem.

KSENIA WITECKA - matka Felicji, kucharka w majątku Rudzkich. Była wielokrotnie gwałcona przez Kazimierza Dawca, w wyniku czego urodziła córkę - Felicję.

WINCENTY LESZCZYŃSKI - były narzeczony Heleny Wiśniewskiej. Hrabina zerwała z nim, widząc, jak usiłuje zgwałcić Malwinę.

STANISŁAW WROTNICKI - kuzyn zmarłego męża Heleny. Udaje bogacza, by zyskać względy Heleny i u jej boku wieść dostatnie życie. Kobieta jednak dowiaduje się prawdy i decyduje się na rozstanie.

Rozdział 1

Początek lutego 1927

- Przybyła pani Aldona Kamińska - oznajmiła nieśmiało pokojówka, która przed momentem pojawiła się w pokoju hrabiny.

- Kamińska? - Zdumiona Helena Wiśniewska podniosła wzrok znad czytanej powieści.

- Tak jest, proszę pani - potwierdziła służąca. - Czeka na dole.

- Czego ona może ode mnie chcieć? - wymamrotała pod nosem hrabina, bardziej do siebie niż do stojącej w progu kobiety, jednocześnie zatrzaskując książkę i odkładając ją na stolik. - Zaproś ją do salonu i powiedz, że lada moment zejdę - dodała, tym razem zdecydowanie głośniej. - I przynieś z kuchni herbatę oraz ciasteczka.

- Tak jest, proszę pani. - Dziewczyna skłoniła się usłużnie i zniknęła za drzwiami.

Tymczasem Helena wstała z fotela i rzuciła okiem na swoje odbicie w lutrze. Nawet przy Aldonie musiała wyglądać nienagannie. A może zwłaszcza przy Aldonie, która zawsze bacznie zwracała uwagę na każdy szczegół? Szybko poprawiła fryzurę, wygładziła sukienkę i wyszła z pokoju.

Kamińska czekała na nią w salonie. Siedziała sztywno na krześle, nerwowo zaciskając dłonie, a na jej twarzy malowało się wyraźne zdenerwowanie. Tak, dokładnie tak. Nie wyniosłość ani pogarda, ale właśnie zdenerwowanie. Ten widok jeszcze bardziej zaskoczył Helenę.

- Witam cię, droga Aldono - przywitała swojego gościa, zajmując miejsce naprzeciwko.

- Witam - odparła zdawkowo kobieta.

Hrabina zamilkła, czekając, aż tamta wyjawi cel swojej wizyty, ale nic takiego nie nastąpiło. Jej towarzyszka nerwowo zaczęła kręcić się na krześle i błądzić gdzieś wzrokiem.

- Piękny mamy dzisiaj dzień - zagadnęła w końcu.

- Owszem.

- Słoneczny - dodała.

- Owszem.

- A cóż słychać u twojej drogiej córki, Michaliny? Jak się miewa?

- Doskonale - odparła szybko Helena, powoli tracąc cierpliwość. Nigdy nie lubiła kurtuazyjnych rozmów o niczym.

- Czy są zdrowi?

- Droga Aldono... - Wiśniewska głęboko wciągnęła powietrze. Była niezmiernie ciekawa, co sprawiło, że Kamińska złożyła jej wizytę. Sąsiadka nigdy nie darzyła jej sympatią i wykorzystywała każdą okazję, aby jej dokuczyć i ją poniżyć. Tymczasem teraz siedziała potulna jak baranek i zachowywała się tak, jakby czegoś się obawiała. Hrabina zachodziła w głowę, co mogło spowodować tę nieoczekiwaną przemianę. - Podejrzewam, że nie przybyłaś tutaj, aby rozprawiać o zdrowiu mojej córki - zwróciła się do swojego gościa.

Kobieta spłonęła ze wstydu i spuściła głowę.

- To prawda - przyznała cicho.

Już miała coś dodać, ale drzwi otworzyły się i do środka weszła służąca z tacą, na której niosła parujący dzbanek z herbatą i talerzyk z ciasteczkami.

- Ciasteczka maślane, ze specjalnego przepisu mojej kucharki. Lepszych nie zjesz w całej okolicy - zachęciła swoją towarzyszkę Helena, starając się rozładować napiętą atmosferę.

- Istotnie, przepyszne - potwierdziła Aldona, nieśmiało kosztując wypieku.

- To wszystko, możesz odejść. - Helena skinęła na służącą, a gdy tylko za dziewczyną zamknęły się drzwi, zwróciła się do swojej sąsiadki.

- Domyślam się, że przybyłaś tutaj w określonym celu.

- Owszem - przytaknęła cicho kobieta, ale nie powiedziała niczego więcej.

- Czy coś się stało?

- To drażliwa sprawa - wymamrotała Aldona, spuszczając głowę.

- Po prostu powiedz - zachęciła ją hrabina.

- Chodzi... chodzi o... O mojego brata.

- O Kazimierza? - zdumiała się Helena.

Przed oczyma natychmiast ujrzała dumnego, rozpartego na krześle Dawca, z twarzą wykrzywioną w pogardliwym uśmieszku. Skrzywiła się na samą myśl o nim.

- Tak, o Kazimierza - potwierdziła sąsiadka. - A właściwie o twoją wizytę u niego... - dodała, ściszając głos.

Helena doznała olśnienia. Mogła się tego spodziewać. Aldona zapewne przybyła poprosić ją, by nikomu nie wspominała o nieślubnym dziecku Kazimierza. To, czy wierzyła w winę brata, czy też nie, nie było istotne. Liczyło się tylko to, aby ten nieprzyjemny fakt nie dotarł do reszty towarzystwa. Postanowiła wyręczyć swoją sąsiadkę i zagrać w otwarte karty.

- A więc przybyłaś, by prosić mnie o zachowanie tajemnicy.

- Owszem byłabym wdzięczna, gdybyś nie wspominała nikomu o tym przykrym zdarzeniu, jednak nie w tym rzecz - oświadczyła Aldona.

- Więc o cóż chodzi?

- O to dziecko... O nieślubne dziecko mojego brata.

- Chcesz mi powiedzieć, że Kazimierz jest niewinny? - Helena pogardliwie wydęła wargi.

- Otóż nie - zaprzeczyła Aldona, wprawiając ją tym samym w zdumienie.

- Nie? - upewniła się.

- Nie. Ja... wiem, że to prawda. Mój brat... no cóż, nie powinnam o tym wspominać i liczę, że zachowasz to w tajemnicy... - Urwała, czekając na jej reakcję.

- Oczywiście.

- Oględnie mówiąc, Kazimierz nie zawsze był wierny swojej żonie. Nie będę wnikać w szczegóły, jednak wśród służby krążyły plotki o pewnych incydentach...

- Incydentach? Nazywasz to incydentami? - obruszyła się Helena i podniosła głos. - Toż to okrucieństwo! Czy ty jesteś świadoma, przez co musiała przechodzić ta biedna kobieta?!

- Mówisz tak, jakbym to ja była wszystkiemu winna. Zapewniam cię, że nie popieram tego, co zrobił. Nie przyszłam tutaj, by słuchać twojego łajania. - Kamińska dumnie uniosła podbródek.

- Dobrze, więc słucham.

- Przez kilka dni ta sprawa nie dawała mi spokoju. Znam mojego brata nie od dziś i wiem doskonale, kiedy kłamie. Przekonywał zarówno Apolonię, jak i mnie, że jesteś szalona, a te oszczerstwa, jak się wyraził, to jeden z objawów twojego szaleństwa. Zapewniał, że jest niewinny, a ta służąca, o której wspominałaś, chce od niego wyłudzić pieniądze. Apolonia uwierzyła, lecz ja w jego oczach dostrzegłam nieszczerość. Czułam, że nie mówi prawdy, więc postanowiłam poprosić o pomoc moją służącą. Jej siostra służy u Wierzchowskich, zasięgnęła języka u starej kucharki i dowiedziała się, że istotnie w przeszłości miał miejsce pewien przykry incydent z udziałem służącej i jakiegoś, jak to określiła kucharka, wielkiego pana. Nie znała szczegółów, nie wymieniła nawet jego nazwiska, ale ja czuję, że chodziło o mojego brata, a ta kobieta, którą skrzywdził, kimkolwiek jest, mówi prawdę.

- Dokładniej mówiąc, to ta kobieta milczy - uściśliła Helena. - Dowiedzieliśmy się prawdy od innej służącej.

- Mniejsza o to. - Aldona zbyła tę uwagę. - Chciałabym się dowiedzieć więcej o tym dziecku. O córce mojego brata. Kim jest? Co się z nią stało?

- Nazywa się Felicja Witecka i zapewne nie raz miałaś okazję ją spotkać.

- Naprawdę? - zdziwiła się kobieta.

- Owszem. Pracuje w Domu pod Akacjami, w dziale mody.

- Felicja... Felicja... - Aldona zmarszczyła brwi, usi­łując przypomnieć sobie dziewczynę, o której przed chwilą usłyszała. - W dziale mody pracują Eliza i Jadźka. Te dwie znam z imienia, bo najczęściej mnie obsługiwały. Jest jeszcze taka przestraszona, chuda, blondynka, no i córka Wolskich. Zaraz, zaraz. - Uśmiechnęła się delikatnie. - Felicja, tak, pamiętam! Była taka pracownica. W tamtym roku pomagała mi wybierać kreację na przyjęcie zaręczynowe. Ale nie przypominam sobie, abym ostatnio ją widziała.

- Na pewien czas wróciła do Rudzkich, gdzie służy jej matka, nie znam szczegółów, ale wiązała się z tym jakaś nieprzyjemna sprawa. W każdym razie od niedawna na powrót pracuje w domu towarowym.

- Wspaniale! - ucieszyła się Kamińska. - Cieszę się, że pomimo przeszkód udało jej się wyjść na ludzi. Ale teraz do rzeczy. Otóż chciałbym cię zapytać, czy utrzymujesz z nią kontakt? Skoro zainteresowałaś się tą sprawą, musiałaś mieć ku temu jakieś powody...

- Jedna z dziewcząt z działu mody przychodziła do mnie na prywatne przymiarki - zbyła ją hrabina, nie wspominając, że powód tych wizyt był zgoła inny. Na samą myśl o Stanisławie i o tym, jak była głupia i naiwna, ogarnął ją wstyd. - Przypadkowo opowiedziała mi o tej całej Felicji, a ja, z dobroci serca, postanowiłam zgłębić temat - dodała.

- W takim razie będę miała do ciebie pewną prośbę.

- Do mnie?

- Owszem. Opowiedziałam o wszystkim mojemu synowi. Wiesz, że Aleksander jest wspaniałym człowiekiem. Mimo tego, iż tak młodo stracił ojca... - Otarła oczy wierzchem dłoni. - Ma wielkie serce i zaoferował, aby przekazać tej biedaczce pewną sumę pieniędzy. W końcu jest naszą krewną. Krew z naszej krwi. Kazimierz się jej wypiera, więc to na nas, po części, spoczywa odpowiedzialność za jej losy. Cieszę się, że znalazła pracę, ale wiem, że te pieniądze na pewno jej się przydadzą.

Aldona otworzyła swoją torebkę i wyciągnęła z niej pokaźny plik banknotów, a następnie podsunęła je Helenie.

- Dlaczego mi to dajesz? - zapytała zaskoczona tym gestem.

- Nie tobie - obruszyła się Aldona. - Tylko mojej bratanicy. Ty, moja droga, masz jej to tylko przekazać. Zaproś ją do swojej willi pod pretekstem przymiarek czy co tam sobie wymyślisz. Wiem, że w domu towarowym traktują cię jak królową, więc zrobią, o co poprosisz.

- Ja? A dlaczego sama tego nie uczynisz?

Kamińska spłoszyła się.

- Nie chciałabym, aby mój brat, ani ktokolwiek z towarzystwa, dowiedział się, że maczałam w tym palce. Dając jej pieniądze, uznałabym jego winę.

- Och, tak, najważniejsza jest opinia - odparła zgryźliwe hrabina.

- Mój syn nadal jest zależny od Kazimierza, prowadzą razem interesy. Chyba sama rozumiesz. Liczę, że pomimo drobnych nieporozumień, jakie w przeszłości między nami wystąpiły, postąpisz honorowo i zachowasz dyskrecję również wobec tej dziewczyny.

- A jeżeli tego nie zrobię? - zapytała przekornie Wiśniewska, dodając w myślach, że plotek sąsiadki na pewno nie można nazwać drobnymi nieporozumieniami.

- Wówczas wyprę się wszystkiego, a ciebie uznam za szaloną - odcięła się Aldona, co mogło świadczyć o tym, że odzyskała rezon. - Apeluję do twojego serca, które kazało ci zainteresować się tą sprawą. Dokończ to, co rozpoczęłaś.

- Dobrze, zrobię, o co prosisz - oznajmiła ugodowo hrabina.

Wiedziała, że obie powinny pozostawić niesnaski i zjednoczyć się w działaniu. W końcu nie chodziło o ich ambicje, lecz o dwie skrzywdzone kobiety.

- Tylko obiecaj, że nie wspomnisz nikomu, nawet samej Felicji, o moim udziale w tej sprawie - poprosiła po raz kolejny Aldona.

- Zapewniam, że tak będzie.

Kamińska uśmiechnęła się i pożegnawszy się szybko, opuściła salon. Patrząc, jak odchodzi, Helena pomyślała, że bez względu na swoje przywary jej rywalka miała serce po właściwej stronie.

***

Felicja niepewnie wpatrywała się w plik banknotów, który leżał na stoliku przed nią.

- To na pewno dla mnie, proszę pani? - Podniosła wzrok na hrabinę Wiśniewską.

- Tak, dla ciebie - potwierdziła kobieta.

- Czy ja mogłabym zapytać od kogo?

- Od... - Helena się zawahała. - Od pewnej osoby z otoczenia twojego ojca.

- Ale przecież ten mężczyzna mnie nie uznał, proszę pani - odparła Fela, celowo unikając zwrotu "mój ojciec".

- On, nie, ale pewna osoba, a właściwie osoby, wierzą w jego winę.

- Czy mogę je poznać?

- Otóż, jest pewien szkopuł... Te osoby pragną pozostać nieujawnione.

- Dlaczego, proszę pani?

Helena westchnęła ciężko i przewróciła oczyma.

- Nie mogą przecież przyjść do ciebie i wyznać prosto w oczy, że Kazimierz Dawiec jest okrutnikiem i przestępcą. Chcą pomóc, ale po cichu i w ukryciu, tak aby nikt się o tym nie dowiedział. Obiecałam, że nie zdradzę ich tożsamości, i słowa dotrzymam.

- Chcą kupić moje milczenie? - zamyśliła się dziewczyna.

- Tak bym tego nie nazwała... - zaprzeczyła Helena, przypominając sobie wyraz twarzy Aldony, w której nie dostrzegła wyrachowania, lecz szczerą chęć zadośćuczynienia. - Osoba, która wręczyła mi te pieniądze, nie musiała tego robić i zapewniam, nie osiągnęła z tego powodu żadnych korzyści. Pragnęła tylko choć po części wynagrodzić krzywdy wyrządzone przez Kazimierza.

- Proszę wybaczyć, ale ja ich nie przyjmę - odparła stanowczo Witecka. - Żadne pieniądze nie wynagrodzą mojej matce krzywdy, której doświadczyła.

Wstała z miejsca z zamiarem opuszczenia salonu. Może i była biedna, ale honorowa. Nie zamierzała przyjmować daniny od tego człowieka ani od nikogo z jego otoczenia. Na pewno nie teraz, gdy odzyskała pracę w domu towarowym i niczego nie brakowało ani jej, ani jej matce. Spojrzała na leżące banknoty jak na ochłapy rzucane ze stołu przez ucztujących panów głodnym psom.

- Poczekaj! - rzuciła ostro hrabina, nakazując jej gestem, aby ponownie zajęła krzesło. - Usiądź i wysłuchaj, co mam do powiedzenia.

Dziewczyna nie śmiała jej się sprzeciwić.

- Nie miej za złe tej osobie, że pragnie zachować tajemnicę. Jest w pewien sposób zależna od Kazimierza, powiedziałbym nawet, że się go boi.

- Jak wszyscy - wymamrotała trochę niegrzecznie Fela, ale hrabina nie zamierzała jej łajać. Za to dumnie uniosła podbródek i oświadczyła donośnie:

- Ja nie! Byłam u niego, powiedziałam, że wiem o wszystkich niecnych występkach, których się dopuścił, a on... - Wzdrygnęła się. - Tylko zaśmiał mi się w prosto twarz. Nazwał szaloną. To okrutny człowiek, a co gorsza, jest bezkarny. Nikt z nim nie wygra, nawet ja, chociaż posiadam majątek i koneksje.

- Wiem o tym, proszę pani - szepnęła Fela, przypominając sobie matkę, która w podobnych słowach opisała Kazimierza Dawca.

- Więc nie miej za złe, że osoba, która pragnie cię obdarować, robi to po kryjomu. Gdyby tylko próbowała dochodzić sprawiedliwości, gdyby stanęła przeciwko niemu, zniszczyłby ją. A może i przy okazji ciebie oraz twoją matkę.

- Rozumiem, proszę pani.

- Weź zatem, co ci się należy. - Helena wymownie wskazała na plik banknotów.

- Ja nie mogę... Nie chcę... - dukała niepewnie Fela.

Kusiły ją leżące na stoliku pieniądze, ale przyjmując je, czułaby, że zdradza swoją biedną matkę, że po części godzi się z tym okrucieństwem, którego ona doświadczyła.

- Cóż ci z tego przyjdzie, że odmówisz? - zapytała hrabina, którą upór dziewczyny wyraźnie zirytował.

- Zachowam honor.

- Honor! Czy za ten honor kupisz sobie nowe stroje lub jedzenie? Czy pomoże on tobie lub twojej matce? Pomyśl o niej. O kobiecie, która doświadczyła tyle zła od ludzi. Czy nie należy jej się choćby odrobina dobra? To nie są pieniądze od niego, ale od kogoś, kto szczerze wam współczuje.

Helena zamilkła, czekając na jakąś reakcję ze strony dziewczyny, ale ta siedziała nieruchomo, wpatrując się w czubki swoich butów.

- Pomyśl, co mogłabyś za to kupić - zaczęła dalej przekonywać. - Czy naprawdę nie ma niczego, o czym zawsze marzyłaś, a teraz mogłabyś to mieć?

Felicja drgnęła, ponieważ siedząca naprzeciwko niej kobieta trafiła w samo sedno. Miała jedno marzenie, skrywane głęboko w sercu. Marzenie, które pojawiło się nagle, gdy tylko usłyszała opowieści Elizy o Domu Towarowym Braci Jabłkowskich. W jej głowie zaświtała pewna myśl. Wtedy wydała jej się nazbyt śmiała i odległa, ale teraz dzięki tym banknotom mogła nabrać realnych kształtów. Gdyby tylko zrealizowała to małe marzenie, które nieśmiało kiełkowało w jej głowie, mateczka, jej ukochana mateczka, zyskałaby spokój i być może odrobinę szczęścia. To wszystko mogło się udać...

- Dobrze, wezmę te pieniądze, proszę pani - zdecydowała szybko, jakby bała się, że jeszcze chwila namysłu sprawi, że zmieni zdanie, a wtedy jej plany nigdy nie ujrzą światła dziennego.

- Doskonale. Wiedziałam, że jesteś rozsądna. - Helena klasnęła w dłonie.

- Czy mogłaby pani podziękować w imieniu moim i mojej matki tej osobie, która nas obdarowała?

- Zrobię to z miłą chęcią - odparła hrabina, na chwilę zapominając, że tą osobą jest Aldona Kamińska.

- Tylko... - Fela się zawahała. Nie mogła zrealizować swojego planu teraz, gdy dyrektorem był Marcin Barański. On jako jeden z nielicznych w najdrobniejszych szczegółach znał jej trudną przeszłość i pewnie odesłałby ją z kwitkiem. Ale przecież przełożony już za kilka miesięcy opuści Dom pod Akacjami. Jego stanowisko pewnie obejmie Tadeusz Jankowski, gorąco tego pragnęła, a on, otwarty na nowe wyzwania, może przychylić się do jej prośby. - Nie chcę wszystkiego wydać od razu, a nie wiem, gdzie przechować tak dużą sumę pieniędzy - wyjaśniła swojej rozmówczyni.

- Cóż za kłopot? - zdumiała się hrabina. - Załóż konto w banku. Czy to dla ciebie jest problemem? - zapytała po chwili, widząc niepewność w oczach dziewczyny. Ta nieboga pewnie nie miała nigdy do czynienia z instytucją banku. To zupełnie zrozumiałe. Ludzie z niższych warstw społecznych trzymali pieniądze w chałupach bądź skrytkach albo od razu wydawali na bieżące sprawunki. - Poślę z tobą jednego z moich służących. Pomoże ci we wszystkich formalnościach i zagwarantuje, że nikt cię nie oszuka - zaproponowała dobrodusznie.

- Dziękuję pani, bardzo dziękuję. - Fela odetchnęła z ulgą, niepewnie kładąc rękę na stosie banknotów, które odtąd były jej własnością. Pożegnała się wylewnie, jeszcze raz prosząc, by kobieta w jej imieniu złożyła podziękowania dobroczyńcy, i powoli ruszyła w stronę wyjścia.

Zatrzymał ją głos hrabiny.

- Mimo wszystko wierzę, naprawdę głęboko w to wierzę, że kiedyś dosięgnie go ręka sprawiedliwości.

Fela wiedziała, że powinna odpowiedzieć: "Ja również, proszę pani", ale prawda była tak, że w odróżnieniu od matki i pani Wiśniewskiej ona nie wierzyła w sprawiedliwość. Zbyt wiele krzywd spotkało ją od ludzi. Chciała całkowicie zapomnieć o człowieku, który ją spłodził, wymazać go ze swojej pamięci, uznać za nieistniejącego. Zamrugała nerwowo powiekami i nieporadnie skinęła głową.

- Tak, proszę pani - wyszeptała.

***

Wiosna 1919

- Boruta... Wojciech Boruta... - powtarzał niski, barczysty mężczyzna, wpatrując się w trzymane przed sobą dokumenty. - Pracował gdzie?

- We Francji. Najpierw byłem magazynierem w do­mu towarowym, a potem zostałem sprzedawcą garniturów.

- Sprzedawcą garniturów? - Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na stojącego przed nim Wojtka z mieszaniną niedowierzania oraz pogardy.

- Tak jest.

- Skąd mam wiedzieć, że prawdę gada?

- Proszę, tu są papiery potwierdzające moje referencje. - Boruta, starając się opanować drżenie rąk, wręczył swojemu rozmówcy referencje, spisane przez swojego kompana, fałszerza. Dokumenty te wystawione były na nazwisko Fabrice Petit, którym Wojtek posługiwał się w domu towarowym. Mimo to gorąco liczył, że prosty właściciel sklepu z artykułami gospodarstwa domowego nie będzie umiał odczytać ani jednego z zapisanych tam po francusku słów i nie odkryje prawdy.

Miał rację. Jego towarzysz najpierw podsunął sobie pod nos kartki, potem zamruczał sam do siebie, zmarszczył brwi, a następnie stwierdził z niezadowoleniem:

- To po francusku.

- Tak, po francusku, bo ja, proszę pana, w Marsylii pracowałem. Jak pan zechce, ja mogę wszystko panu przeczytać - zaoferował, a następnie, nie czekając na odpowiedź, wziął do ręki jeden z papierów i zaczął czytać, oczywiście odpowiednio zmieniając treść dokumentu.

- Ja, Fabrice Petit, przełożony działu mody męskiej, zaświadczam, że zatrudniony przez nas pracownik, którego miałem okazję osobiście nadzorować, wykazał się rzetelnością...

- Wystarczy - przerwał mu właściciel sklepu. - Ja nie potrzebuję fircyka sprzedającego garnitury, tylko solidnego, uczciwego sprzedawcy, który nie boi się ciężkiej pracy.

- Ma go pan przed sobą. - Wojtek dumnie wypiął pierś. - Pracowałem w magazynie domu towarowego. A wcześniej w kopalni. Praca tam była tak wymagająca i ciężka jak nigdzie indziej.

Mężczyzna z uznaniem pokiwał głową, jednak na jego twarzy wciąż malowało się wahanie.

- A czemu do Polski wrócił i o zatrudnienie w zwykłym sklepie prosi? Nie wolał paniczyk we Francji siedzieć?

- A bo tęskno mi za domem. Matka chora, ojciec staruszek, siostry na wydaniu - skłamał Wojtek, ignorując słowo "paniczyk" wypowiedziane lekceważącym tonem.

Tak naprawdę jego rodzicielka cieszyła się dobrym zdrowiem, a ojciec liczył sobie dopiero czterdzieści trzy lata.

Młody Boruta odwiedził swój rodzinny dom niedługo po tym, jak wrócił do Polski. Na jego widok matka i siostry o mało nie zemdlały, a i ojciec długo nie mógł dojść do siebie. Powitaniom nie było końca. Rodzicielka, odzyskawszy w końcu władzę w nogach, rzuciła się synowi z płaczem na szyję i długo tuliła. Siostry pobiegły do spiżarni i przyniosły trochę chleba, aby utrudzony i zmęczony długą podróżą brat mógł się posilić.

Gdy w końcu opadły pierwsze emocje, ojciec zadał najważniejsze pytanie.

- A czemuś ty z tej Francji przyjechał?

Młody Boruta był na to przygotowany. Zaczął z płaczem opowiadać o trudach pracy w kopalni i w magazynie domu towarowego, dodając od siebie to i owo. Cieszył się, że w listach, które wysyłał do rodziny, ani słowem nie zająknął się o pracy w dziale z garniturami. Jego historia była tak smutna i dramatyczna, że poruszyła nawet surowego ojca.

- Uciekłem - wyjaśnił. - Bo jakbym nie uciekł, to bym ducha wyzionął. Polak jestem, a oni tam Polaków jak najgorszą zarazę traktują. Ten policjant to wiedział, gdzie mnie wysyła. Gorsze to niż więzienie.

- A czemuś w listach pisał, że ci dobrze?

- Żebyście się o mnie nie martwili - skłamał, czym wywołał kolejny potok łez u matki.

- I co ty teraz poczniesz? - zapytała matka, smutno kiwając głową.

- O mnie się, matulu, nie martw. Pracę znajdę, tylko nie tutaj, a w stolicy.

Zrobił tak, jak powiedział. Po wylewnych pożegnaniach i obietnicach, że jeszcze kiedyś odwiedzi rodzinną chałupę, udał się do Warszawy. W pierwszym odruchu próbował znaleźć pracę w Domu Mody Herse oraz w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich, jednak odesłano go z kwitkiem. Nie miał ukończonej szkoły handlowej ani referencji, bo tymi wystawionymi na nazwisko Fabrice Petit nie mógł się tam posłużyć. Postanowił spróbować szczęścia w niewielkim sklepie z artykułami gospodarstwa domowego. Stał teraz, wyprostowany jak struna, w napięciu śledząc wyraz twarzy właściciela.

- No dobrze. - Mężczyzna westchnął po dłuższej chwili milczenia. - Ale na próbę i jak zobaczę, żeś nierób i krętacz, albo co gorsza złodziej, wyrzucę na zbity pysk.

- Dziękuję! Nie zawiedzie się pan! - krzyknął uradowany Boruta, mając w pamięci, jak sobie obiecywał, że jeżeli szczęśliwie uda mu się zbiec z Francji, nigdy już nie wyciągnie ręki po cudzą własność.

Rozdział 2

Początek marca 1927

Tadeusz Jankowski z niesmakiem pchnął drzwi obskurnej karczmy. Ostrożnie wszedł do dusznego, gwarnego pomieszczenia. Dobiegł go odgłos wesołych rozmów, pokrzykiwań i pijackich przyśpiewek, a do płuc wdarł się odór alkoholu, zmieszanego z zapachem pieczonego mięsa. Nigdy nie przepadał za takimi miejscami i rzadko w nich gościł. Nawet dzisiaj nie przybył tutaj z własnej woli, a został niejako przymuszony przez człowieka, którego wolał nigdy nie oglądać.

Od razu go dojrzał. Siedział w kącie karczmy, tępym wzrokiem wpatrując się w stojący przed nim kufel piwa. Jankowski szybko ruszył w jego stronę.

- Jestem - zakomunikował, na co tamten podniósł głowę i spojrzał na niego z pogardliwym uśmieszkiem.

- Cieszę się, panocku. Masz pieniądze?

- Mam - potwierdził cicho Tadeusz.

Nie chciał, aby ktokolwiek uchwycił chociażby słowo z ich rozmowy.

- Siadaj! - rzucił mężczyzna nieznoszącym sprzeciwu tonem, po czym wskazał mu gestem miejsce naprzeciwko.

Jankowski niechętnie opadł na chłodną, drewnianą ławę, a jego spojrzenie przesunęło się po wnętrzu karczmy. W środku roiło się od nietrzeźwych mężczyzn, których twarze były czerwone od alkoholu, a oczy błyszczały z upojenia. Tadeusz spojrzał na nich z obrzydzeniem. Zamiast spędzać wieczór z rodzinami, oni trwonili czas i pieniądze na pijackich rozmowach.

- A ja ci mówię, że ona moja by była, gdybyś mi w drogę nie wchodził! - wrzasnął jeden z mężczyzn siedzących nieopodal i zataczając się, wstał z miejsca, po czym oskarżycielsko wskazał palcem swojego sąsiada.

- A ja ci mówię, że ona ani moja, ani twoja! - odciął się jego towarzysz.

- O babę się kłócić będziecie? - Do rozmowy wmieszał się trzeci mężczyzna, wyglądający na najbardziej trzeźwego z całego towarzystwa. - Jakby ich mało po tym świecie chodziło. Żeby ona jeszcze jaka urodziwa była albo majętna.

- Hanka urodziwa jak nikt inny! - zaperzył się ten stojący.

- Siadaj, Wiesiek! - zarządził stanowczo inny z kompanów i pociągnąwszy go, usadził z powrotem na miejscu, a następnie ryknął na cały głos: - Piwa wam trzeba! Piwo umysł rozjaśnia! Piwa! Piwa dajcie!

Dosłownie po kilku sekundach do biesiadujących podeszła wysoka, niezbyt ładna i przeraźliwie chuda kobieta, niosąc im zdradziecki trunek. Ubrana była w skromną, bawełnianą suknię, a na głowie miała niedbale zawiązaną chustę.

Tadeusz od niechcenia omiótł ją wzrokiem i ze zdumieniem stwierdził, że jej twarz i oczy wydają mu się znajome. Kobieta, jakby wyczuwając na sobie spojrzenie, popatrzyła w jego kierunku. Przez jej twarz natychmiast przeszedł grymas zdumienia i jednocześnie bólu. Szybko odwróciła głowę i skierowała się w stronę beczek z piwem. Ten drobny gest potwierdził przypuszczenia Jankowskiego. Teraz już był pewien, że w przeszłości się spotkali, chociaż nie pamiętał, gdzie i w jakich okolicznościach. Miał tylko nieodparte wrażenie, że wtedy ta kobieta wyglądała inaczej, zupełne inaczej.

- Może piwa, panocku? - Z rozmyślań wyrwał go głos siedzącego naprzeciwko mężczyzny.

- Nie, dziękuję. - Tadeusz skrzywił się z niesmakiem, a następnie sięgnął do kieszeni, z której wyjął kilka banknotów. - Załatwmy, co mamy załatwić, a potem się pożegnajmy.

Jego towarzysz cmoknął z zadowoleniem, a następnie skwapliwie zgarnął pieniądze i skrupulatnie je policzył.

- Zgadza się - zawyrokował.

- Wiem, że się zgadza. Żegnam. - Jankowski zamaszyście podniósł się z miejsca i już miał skierować swoje kroki w stronę wyjścia, gdy nagle poczuł mocny uścisk dłoni.

- Nie tak szybko, panocku - wychrypiał mężczyzna, patrząc na niego z nieukrywaną pogardą.

- Czego jeszcze ode mnie chcesz? - zapytał poirytowany Tadeusz. - Pieniądze dałem? Dałem! A teraz pozwól mi spokojnie odejść!

- Myślisz, że tymi ochłapami wszystko załatwisz? Że zapomnę o kradzieży?

- Sfingowanej kradzieży - uściślił, ale tamten zbył te słowa machnięciem ręki.

- Chcesz się przekonać, panocku? Komu uwierzą? Tobie czy jej? A wiesz, że ona nigdy nie zapomniała o tym, że próbowałeś oszukać pana Bogumiła i Emilkę?

Na samo wspomnienie Emilki Tadeusz poczuł bolesny skurcz w sercu. Zbliżył się do twarzy swojego prześladowcy i wysyczał:

- Nikogo nie oszukałem!

- Spokojnie, panocku.

Przez twarz mężczyzny nie przeszedł nawet cień strachu. Patrzył mu bezczelnie prosto w oczy, tak jak wtedy, trzy lata temu. Tadeusz głośno wypuścił powietrze, a potem z powrotem opadł na ławę. Wiedział, że jest zmuszony tańczyć tak, jak tamten mu zagra. Ten człowiek mógł go zniszczyć, zrujnować jego przyszłość, jego marzenia, które wydawały się tak bliskie i realne. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, by po nie sięgnąć. Marcin Barański odchodził, a on mógł zostać dyrektorem. On, prosty, wiejski chłopak.

- Czego chcesz? - zapytał ugodowo.

Jego towarzysz zarechotał z satysfakcją.

- Czego mogę chcieć? Pomyślmy... Może więcej pieniędzy?

- Ile?

- Pięćset złotych...

- Ile?! - zapytał z niedowierzaniem Tadeusz. - Moje miesięczne zarobki nie są tak wysokie. Nie dysponuję takimi środkami.

- Więc je zgromadź. - Mężczyzna tylko pogardliwie wzruszył ramionami.

- Najpierw zażądałeś stu złotych, potem dwustu, obiecując, że znikniesz z mojego życia - przypomniał mu Tadeusz.

- Stawka wzrosła - odparował natychmiast jego prze­śladowca, ze spokojem upijając duży łyk piwa.

- Skąd mam wiedzieć, że za miesiąc, dwa nie przyjdziesz, żądając tysiąca?

- A tego to ja, panocku, nie mogę zagwarantować. - Zaśmiał się, a następnie spokojnie wstał z miejsca i ruszył w stronę wyjścia, rzucając na odchodnym: - Odezwę się wkrótce, a ty szukaj pieniędzy. Jeżeli o mnie idzie, możesz je nawet ukraść.

Jankowski poczuł, jak ogarnia go wściekłość. Kim był ten prostak, że śmiał zatruwać mu życie?

Kierowany nagłym impulsem, poderwał się z ławy i stanął naprzeciwko niego, tym samym zagradzając mu drogę.

- Posłuchaj - odezwał się twardo, odważnie patrząc w jego oczy. - Nie dostaniesz tylu pieniędzy.

- Więc pożegnaj się z domem towarowym, a może i z wolnością... Wszyscy się dowiedzą, że wielki Tadeusz Jankowski jest zwykłym oszustem.

- Jeżeli spróbujesz komukolwiek powiedzieć o tym, co zrobiłem, zniknę - oświadczył Jankowski, tym razem nie dając się wyprowadzić z równowagi. Wiedział, że jeżeli teraz się podda, tylko ośmieli swojego prześladowcę. Będzie go nachodził, żądając coraz większych sum. - Wyjadę na drugi koniec Polski, a może i za granicę. Chociażby do Francji. Wiesz, że jestem do tego zdolny. Będziesz mnie szukał przez kolejne trzy lata albo i dłużej. Jeżeli zdecyduję się na Francję, pewnie nigdy mnie nie znajdziesz i nie zobaczysz ani jednej złotówki. Dobrze przemyśl, czy chcesz mnie wydać.

Z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez Tadeusza lekceważenie i pogarda wyrysowane na twarzy mężczyzny powoli znikały, ustępując miejsca konsternacji.

- Sto złotych - zaproponował Jankowski.

- Chyba żartujesz, panocku - sprzeciwił się jego towarzysz, jednak z jego głosu zniknęła pewność siebie, którą jeszcze przed chwilą emanował.

- Sto złotych. Za miesiąc. I ani dnia prędzej - powtórzył dobitnie Tadeusz, a następnie, nie czekając na odpowiedź, pospiesznie opuścił karczmę. Wiedział, że ostatnie słowo należało do niego.

Z ulgą wciągnął do płuc rześkie, chłodne powietrze. Ta rozmowa dużo go kosztowała, a najgorsze było to, że będzie ją musiał powtórzyć i to nie raz. Ten łajdak tak szybko nie zostawi go w spokoju, będzie nachodził i zatruwał życie. Jankowski zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później powinien się go pozbyć, ale nie miał teraz do tego głowy. W obecnym momencie najważniejszy był awans.

Z głową pełną różnych myśli powoli ruszył przed siebie, z niesmakiem omijając leżącą na drodze stertę porozrzucanych śmieci. Rzucił okiem na obskurne, popękane ściany stojącej nieopodal kamienicy. W niektórych oknach zamiast szyb zauważył stare szmaty i prześcieradła. Na drodze przed budynkiem bawiło się kilkoro umorusanych dzieci. Nieopodal nich Tadeusz ujrzał brudnego, kulawego starca. Leżał przykryty jakimiś połatanymi szmatami. Kierowany nagłym impulsem podszedł do niego, wysupłał z kieszeni monetę i rzucił nieszczęśnikowi.

- Niech Bóg szanownemu panu odpłaci - odezwał się starzec.

- Oby odpłacił, oby... - mruknął Jankowski i poszedł w swoją stronę.

Nagle jego uwagę przykuła idąca z naprzeciwka ko­bieca postać. Zupełnie nie pasowała do tej brudnej i śmierdzącej dzielnicy oraz jej ubogich mieszkańców. Postawa oraz gracja, z jaką się poruszała, wyraźnie świadczyły, że nie należała do tego świata. Tadeusz z zainteresowaniem przesunął wzrokiem po jej smukłej sylwetce, odzianej w skromną, lecz gustowną bordową suknię sięgającą do kolan. Natychmiast przypomniał sobie, że dokładnie taką kreację miała na sobie Karolina Wierzchowska, która dzisiaj późnym popołudniem odwiedziła dom towarowy i ucięła sobie z nim krótką pogawędkę. W jednej chwili przystanął i z uwagą przyjrzał się twarzy idącej kobiety. Mimo pewnej odległości dostrzegł w niej znajome rysy. W pierwszym odruchu chciał do niej podbiec i wesoło się przywitać, ale błyskawicznie się opanował. W jego głowie pojawiło się pytanie, czy ona byłaby zadowolona z tego spotkania. Pewnie nie, a i on wolał ukryć przed nią swoją obecność.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Zima 1918

Podniesione głosy dochodzące z działu z garniturami wyraźnie wskazywały na przybycie nowego klienta. Wojtek Boruta natychmiast porzucił swoje dotychczasowe zajęcie i ruszył w stronę drzwi oddzielających niewielki magazyn na towary od działu z garniturami. Już miał je pchnąć, gdy nagle w monologu wygłaszanym przez klienta wyłapał jedno słowo: "Fabrice". Jakaś nieprzyjemna nuta w głosie tego człowieka sprawiła, że zastygł w bezruchu. Fabrice Petit - to właśnie pod tym imieniem i nazwiskiem Wojtek pracował w domu towarowym. Dokumenty, którymi się posługiwał, były fałszywe, tak jak i referencje, dzięki którym otrzymał stanowisko sprzedawcy.

Ostrożnie nacisnął klamkę i delikatnie uchylił drzwi, a następnie zajrzał przez wąską szparkę. Na środku pomieszczenia ujrzał swojego kierownika. Po wyrazie jego twarzy wywnioskował, że stało się coś nieprzyjemnego. Przeniósł wzrok dalej i w tym momencie zamarł, a serce podeszło mu do gardła. W drugim mężczyźnie rozpoznał jednego ze stałych klientów. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że właśnie tego dżentelmena, teraz nerwowo wymachującego rękoma i z zapałem tłumaczącego coś kierownikowi, młody Boruta dwa dni temu własnoręcznie okradł. Wyjął z kieszeni jego spodni cenny naszyjnik. Nie zdążył go jeszcze nawet spieniężyć, zdobycz leżała bezpiecznie schowana w skrytce pod podłogą.

Wojtek odwrócił głowę i przywarł do ściany. W jego głowie kołatało się jedno pytanie: "Co zrobić?". Wiedział, że nie ma zbyt dużo czasu na podjęcie decyzji. Już za chwilę kierownik ruszy do magazynku i przyprowadzi go przed oblicze wściekłego klienta. A co się stanie potem? Umysł podsunął mu kilka niewesołych scenariuszy. Areszt, sąd, wyrok i więzienie, które zapewne będzie jeszcze gorsze od pracy w kopalni. Nie mógł do tego dopuścić. Szybko chwycił leżący najbliżej garnitur i mocno pociągnął za kołnierz. Delikatna nitka łącząca zszyte ze sobą kawałki materiału natychmiast pękła. Wojtek, starając się opanować paraliżujący strach, podszedł do swojego współpracownika, który, wesoło pogwizdując w drugim kącie pomieszczenia, układał garnitury.

- Spójrz, Laurent - zagadnął po francusku, podsuwając mu pod nos uszkodzony kołnierz. - To garnitur dla pana Rousseau, który dzisiaj ma się u nas pojawić. Gdyby kierownik o mnie pytał, powiedz, że poszedłem do działu krawieckiego. Krawcowe muszą to jak najszybciej naprawić.

- Sam mu powiedz. - Laurent wzruszył ramionami.

- Rozmawia z klientem, a pan Rousseau może być tutaj lada chwila.

- Wiesz, że kierownik nie lubi... - zaczął kolega, ale Wojtek udał, że nie słyszy jego słów.

Wiedział doskonale, że jego zwierzchnik wymagał, aby zgłaszać każde opuszczenie stanowiska pracy, ale w obecnej sytuacji przecież nie mógł pokazać mu się na oczy. Zresztą nie będzie mógł tego zrobić już nigdy więcej. Nie wątpił, że uparty dżentelmen doprowadzi sprawę do końca i złoży na niego doniesienie, swoją drogą całkiem słuszne. Tym samym kariera Wojtka w domu towarowym dobiegnie końca. Natomiast otwartą sprawą wciąż pozostawało to, czy zdoła umknąć przed wymiarem sprawiedliwości, czy też skończy marnie w jednym z francuskich więzień.

Boruta szybko otworzył drzwi łączące magazyn z korytarzem i wyszedł na zewnątrz. Natychmiast przyspieszył kroku, jednocześnie zastanawiając się, ile ma jeszcze czasu. Kierownik lada moment odkryje jego nieobecność, być może już właśnie wchodzi na zaplecze. Niczego niepodejrzewający Laurent wyjaśni, że Fabrice udał się do działu krawieckiego. Wojtek zastanawiał się, czy przełożony da wiarę słowom kolegi, czy od razu zwęszy podstęp i podniesie alarm. Gdyby doszło do tej drugiej sytuacji, najlepszym rozwiązaniem byłaby natychmiastowa ucieczka z domu towarowego.

Doszedł do schodów i na ułamek sekundy przystanął. Wiedział, że musi uciekać. Nie był jednak pewien, czy wcześniej powinien udać się na górę i zabrać swój dobytek. Nerwowo obejrzał się za siebie i widząc, że za jego plecami nie dzieje się nic podejrzanego, pomknął na drugie piętro. Kierownik zawsze był zadowolony z jego pracy, więc Wojtek liczył, że jeszcze w tej chwili wierzy w niewinność Fabrice'a i będzie w nią wierzył przez najbliższe kilkanaście minut.

Gdy tylko znalazł się poza zasięgiem wzroku innych pracowników i klientów, cisnął w kąt trzymany w rękach garnitur i pospiesznie pokonał korytarz. Wbiegł do pokoiku, który zajmował wraz z innymi sprzedawcami, i dopadł do swojego łóżka. Ukląkł przy nim, a następnie podważył jedną z desek na podłodze. To właśnie pod nią gromadził swoje skarby. Szybko upchnął w kieszeniach tyle kosztowności, ile zdołał, zabrał także dokumenty - i te prawdziwe, i te fałszywe - a następnie w pośpiechu opuścił pokój.

Miał dużo szczęścia. Zanim podniósł się rwetes i zaczęto poszukiwania złodzieja, on zdążył już wybiec na ruchliwą i gwarną ulicę. Czuł ulgę pomieszaną z rozgoryczeniem. Udało mu się zbiec, to prawda, ale jednocześnie wiedział, że na zawsze zaprzepaścił możliwość pracy w domu towarowym, a pewnie i w całej Marsylii. Ta brutalna prawda uderzyła w niego z całą mocą. Przecież już niedługo policja wyśle listy gończe za człowiekiem o nazwisku Fabrice Petit. Musiał zatem uciekać, nie tylko z domu towarowego, lecz także z Marsylii, a może nawet z samej Francji.