BARTŁOMIEJ
Jaczeńko rządzca i syn jego
BOLESŁAW.
- Pierwszy przechadza się w
czapeczce na głowie i krótkim w zębach cybuszkiem; drugi modnie
niby ale trochę śmiesznie ubrany, leży rozwalony na dwóch stołkach
z cygarem w ustach.
BARTŁOMIEJ.
Otóż, potrzeba nareszcie, mój mospaneńku kochany Bolesławie,
abyś ty wiedział jak my stojemy w interesach i co u mnie w głowie
dla twojego dobra. Nikt nie słucha? (ogląda się) pogadajmy
otwarcie. Całe życie chorował człek, pracował dla waszeci tylko,
aby cię na ludzi wyprowadzić; przyszła chwila żniwa. I ty wyrosłeś
niezgorzéj i w kieszeni téż coś jest. Posłuchajże: jestem tu w tym
kluczu u hrabiego od lat trzydziestu kilku ekonomem, pisarzem,
rachmistrzem, w ostatku już rządzcą. Goluteńki jak turecki święty
przyjechałem, ale dzięki Bogu i opatrzności jego, któréj zawsze nad
sobą doświadczałem, a po części i własnéj głowie nie dla proporcji
(uderza się po czole) uzbierało się tedy, mospaneńku, grosiwa, choć
i waszecina ta edukacja kosztowała także nie mało!! Hrabia mi
trochę do niej pomagał, ale i moja kabza czuła.... (wzdycha)
Jesteś, nie chwaląc się, wyedukowany jak pańskie dziecko,
parle franse, grasz, śpiewasz, tańcujesz, cóż tu więcéj
chcieć? Na paniczyka mi wyglądasz! (śmieje się.) Otóż ja ci powiem,
że cię chcę i muszę panem, całą gębą panem zrobić!!
BOLESŁAW (obojętnie).
No! nic nie mam przeciwko temu! Cóż tedy daléj? Słuchamy!
BARTŁOMIEJ.
Dalej? Zaraz zobaczysz jak ja to sobie sprytnie ukartowałem,
chociaż wy zawsze z nieboszczką jejmością mówiliście żem ja głupi.
A no! no! nie trzęś głową, bom słyszał! mniejsza o to! Jednak żebym
był na wasz rozum się spuścił, tobyś ty teraz gdzieś, chuchając w
palce gorzelni pilnował, a to ja! ja! ciebie panem zrobię....
Słyszysz... całą gębą panem.
BOLESŁAW.
Dobrze, dobrze! ale mówcie już co macie mówić! bo że pieniądze
ojciec dusisz, toć ja wiem i tak.
BARTŁOMIEJ.
Żyłem, z pozwoleniem jak.... nierogacizna!.... odejmując sobie
od gęby dla waszeci mospaneńku, aby tylko grosz do grosza... to
była zawsze moja metoda... a waćpan traciłeś tylko....
BOLESŁAW.
E! cóż znowu! bez wymówek! mówcie bo! Co tam daléj tak
ciekawego!
BARTŁOMIEJ.
Zawsze z ciebie gorączka, mospaneńku, potrzeba mieć cierpliwość
i posłuchać do końca.... Zważajże co się dzieje i co głupi ojciec
wymyślił. Ciułał, ciułał, dusił, dusił, a dziś... kupujemy majątek.
BOLESŁAW (zrywając się).
Gdzie? jaki? wiele dusz?
BARTŁOMIEJ.
Ale słuchajże i nie przerywaj! Znasz hrabiego naszego? dobry,
jak kasza z mlekiem, ale ciemięga jakich mało, rachunku ani za
grosz; rozumny jak Salomon ale w xiążkach, siedząc nieustannie tyle
długów narobił i tak się, mospaneńku, zaszastał, że dziś ledwie się
już tu trzyma na włosku. Zawszeście mi mówili, że ja głupi... a
ot... zobaczycie com skomponował, ho! ho! Przyczaiłem się sobie z
workiem na przesmyku, pożyczałem żydkom, żydki jemu, po cichu
skupywałem jego długi, procenta zaległe rosły - i - (cicho) wiesz?
mam tyle na tym kluczyku hrabiowskim, że mogę Jaśnie pana wypędzić,
a sam z folwarku przenieść się do pałacu. Otóż... jak ja głupi!...
BOLESŁAW.
No! tegom się nie spodziewał po ojcu! dobra rzecz taki majątek,
to sobie i pohulać będzie można.
BARTŁOMIEJ.
Dam ja ci, trutniu jakiś, hulankę, dam!... kupuję ale na moje
imie wszystko; musisz mi się już ustatkować, dosyć tych długów
mospaneńku... popłaciłem ostatnie i więcéj nie dam... basta!
BOLESŁAW (śmiejąc się).
O! o! przeczuwałem ja zawsze że ojcowska kabza dobrze
nabita....
BARTŁOMIEJ.
Tak, potem i krwawicą moją!... nie dam ci tracić, co mi
przyszło ciężko, jak powiada przysłowie: nie wziąwszy na sumieniu,
nie będzie na ramieniu.... Całe moje życie włożyłem w to, żeby
ciebie panem zrobić; heroldja nas potwierdziła, jesteśmy szlachta,
możemy majątki kupować ile grosza stanie i na wyborach krzyczeć jak
drudzy... Prawda, że mnie to szlachectwo djabelnie po kancellarjach
karku i kieszeni kosztowało, ale téż, mospaneńku, rzecz jest, a co
szlachcic! to szlachcic! Hrabia na włosku wisi, my czatujmy z boku
i chapniemy kluczyk razem z zameczkiem.... A co? a mówiliście żem
głupi!
BOLESŁAW (z uśmiechem wyższości).
A! a! jaki papa pocieszny!
BARTŁOMIEJ.
Nie dosyć jeszcze na tém, cicho tylko! sza!! - Hrabia stary,
ciężki, przywiązany do tego miejsca, do ludzi, do drzew, do pniów,
do ścian, zwyczajnie dziwak... otóż, kiedy ja mu zaśpiewam, fora ze
dwora...
BOLESŁAW.
Aj! ludzie będą strasznie krzyczeli!
BARTŁOMIEJ.
Gdzie zaś! żebym był goły a szelmostwo zrobił, to co innego;
ale kiedy mam pieniądze? Widziałeś kiedy, żeby na bogatego
krzyczeli? Ale słuchajno, a milcz... otóż tak. Hrabia ma córkę,
niechaj ją wyda za waszeci, mospaneńku, a ja go zostawię we dworze
i będzie się sobie w swoich książkach dłubał, a ja wam
pogospodaruję!... Albo mi córkę da albo nie - no, to sobie ruszą z
kwitkiem....
(Śmiejąc się przyśpiewuje.)
A kiedyż odjeżdżasz bądźże zdrów...
O mojéj przyjaźni dobrze mów!
BOLESŁAW.
Ale to być chyba nie może!
BARTŁOMIEJ.
Czemu mospaneńku? czemu?
BOLESŁAW.
Ojciec mu się tego nawet nie ośmieli powiedzieć.
BARTŁOMIEJ.
Ja? nie powiem? zobaczysz! Golnę dobry kieliszek i wezwawszy na
pomoc patrona, tak mu wyrecytuję aż miło....
BOLESŁAW.
Ale on takiego układu nie zechce!
BARTŁOMIEJ.
No! to i dobrze! Albo to ja się znowu tak bardzo napieram tego
honoru? Nie da mnie on córki, to ja ciebie za rok z prezesówną
ożenię.
BOLESŁAW.
Mój tatku.... Za mnie jak za mnie, pewnoby się jéj dać nie
wahali, gdybym się o to postarał, bom taki podobny do ludzi; ale
któż zechce mieć takiego tatula? Chybabyś ojciec gdzie na
Bessarabją powędrował....
BARTŁOMIEJ.
Co? co? słyszysz go? A ja to co? myślisz że nie potrafię być
obywatelem? Ja teraz tylko tak na ekonoma jeszcze wyglądam, ale
majątek kupiwszy, zaraz innym będę człowiekiem. Ho ho! zobaczysz!
Wy zawsze mówicie, ojciec taki, owaki, a ja wszystko wiem co mnie
trzeba... No! ale projekcik ci się uśmiecha? he?
BOLESŁAW (niedbale).
Projekt się panu ojcu pochwala, zobaczymy tylko jak przyjdzie
do wykonania, co się pokaże.
BARTŁOMIEJ.
Wszystko już przygotowane, dziś, jutro, ale nawet tak i dziś
jeszcze mu powiem.
(po chwili)
To jednak prawda, że choć ciemięga z tego hrabiego, ale jak
człowiek przed nim stanie, licho wie co to jest mospaneńku, czegoś
strach bierze i durniejesz.
BOLESŁAW.
Ojcze, o to nie trudno.
BARTŁOMIEJ.
Zawsze swoje!! ale zobaczycie.
BOLESŁAW.
Plan tedy dalszy? jaki?
BARTŁOMIEJ.
Krótko a węzłowato, przyjdę, pokłonię się...
BOLESŁAW.
Że się ojciec pokłoni, nie wątpię.
BARTŁOMIEJ.
I powiem mu ot tak: mospaneńku, panie hrabio, panowaliście,
panowali, no - a teraz przyszła pora na Jaczeńków.... Oto waścine
długi, a ot co wam pozostaje. Chcecie córkę dać mojemu Bolesiowi,
zgodzę się na to i niechaj gospodarują, a nie chcecie? to jak sobie
chcecie; ale proszę się ztąd wybierać.
BOLESŁAW (szydersko).
Pięknie, pięknieby to było, cóż, kiedy, słyszę, zaręczona.
BARTŁOMIEJ.
A tak! słyszę i ja, że zaręczona za tego hołysza
Czarnkowskiego, rozumnego jak sam hrabia. Ale mnie co do tego?
zaręczyli, niech odręczą.
BOLESŁAW.
I ona go kocha....
BARTŁOMIEJ.
Niech się odkocha! mnie co do tego! Niby to ty nie jesteś
daleko od niego pokaźniejszy, a co grunt, że bogatszy.
BOLESŁAW.
Jak to ojcu wszystko łatwo idzie.
BARTŁOMIEJ.
Cóż? jeszcze ci mało, mospaneńku? źle skoncypowałem, jeszczem
głupi?
BOLESŁAW.
Nie, nie! ale to wszystko na wierzbie gruszki, tatku
najukochańszy.
BARTŁOMIEJ.
No! zobaczemy, pamiętaj tylko com ci mówił i rób jak każę. Do
hrabianki mi się przybliż wcześnie, jużci ma oczy i musi się poznać
na tobie.
BOLESŁAW (niedbale).
Zobaczemy! Zresztą i mniejsza o to!