Stare dzieje - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA I

BARTŁOMIEJ Jaczeńko rządzca i syn jego BOLESŁAW. - Pierwszy przechadza się w czapeczce na głowie i krótkim w zębach cybuszkiem; drugi modnie niby ale trochę śmiesznie ubrany, leży rozwalony na dwóch stołkach z cygarem w ustach.

BARTŁOMIEJ.

Otóż, potrzeba nareszcie, mój mospaneńku kochany Bolesławie, abyś ty wiedział jak my stojemy w interesach i co u mnie w głowie dla twojego dobra. Nikt nie słucha? (ogląda się) pogadajmy otwarcie. Całe życie chorował człek, pracował dla waszeci tylko, aby cię na ludzi wyprowadzić; przyszła chwila żniwa. I ty wyrosłeś niezgorzéj i w kieszeni téż coś jest. Posłuchajże: jestem tu w tym kluczu u hrabiego od lat trzydziestu kilku ekonomem, pisarzem, rachmistrzem, w ostatku już rządzcą. Goluteńki jak turecki święty przyjechałem, ale dzięki Bogu i opatrzności jego, któréj zawsze nad sobą doświadczałem, a po części i własnéj głowie nie dla proporcji (uderza się po czole) uzbierało się tedy, mospaneńku, grosiwa, choć i waszecina ta edukacja kosztowała także nie mało!! Hrabia mi trochę do niej pomagał, ale i moja kabza czuła.... (wzdycha) Jesteś, nie chwaląc się, wyedukowany jak pańskie dziecko, parle franse, grasz, śpiewasz, tańcujesz, cóż tu więcéj chcieć? Na paniczyka mi wyglądasz! (śmieje się.) Otóż ja ci powiem, że cię chcę i muszę panem, całą gębą panem zrobić!!

BOLESŁAW (obojętnie).

No! nic nie mam przeciwko temu! Cóż tedy daléj? Słuchamy!

BARTŁOMIEJ.

Dalej? Zaraz zobaczysz jak ja to sobie sprytnie ukartowałem, chociaż wy zawsze z nieboszczką jejmością mówiliście żem ja głupi. A no! no! nie trzęś głową, bom słyszał! mniejsza o to! Jednak żebym był na wasz rozum się spuścił, tobyś ty teraz gdzieś, chuchając w palce gorzelni pilnował, a to ja! ja! ciebie panem zrobię.... Słyszysz... całą gębą panem.

BOLESŁAW.

Dobrze, dobrze! ale mówcie już co macie mówić! bo że pieniądze ojciec dusisz, toć ja wiem i tak.

BARTŁOMIEJ.

Żyłem, z pozwoleniem jak.... nierogacizna!.... odejmując sobie od gęby dla waszeci mospaneńku, aby tylko grosz do grosza... to była zawsze moja metoda... a waćpan traciłeś tylko....

BOLESŁAW.

E! cóż znowu! bez wymówek! mówcie bo! Co tam daléj tak ciekawego!

BARTŁOMIEJ.

Zawsze z ciebie gorączka, mospaneńku, potrzeba mieć cierpliwość i posłuchać do końca.... Zważajże co się dzieje i co głupi ojciec wymyślił. Ciułał, ciułał, dusił, dusił, a dziś... kupujemy majątek.

BOLESŁAW (zrywając się).

Gdzie? jaki? wiele dusz?

BARTŁOMIEJ.

Ale słuchajże i nie przerywaj! Znasz hrabiego naszego? dobry, jak kasza z mlekiem, ale ciemięga jakich mało, rachunku ani za grosz; rozumny jak Salomon ale w xiążkach, siedząc nieustannie tyle długów narobił i tak się, mospaneńku, zaszastał, że dziś ledwie się już tu trzyma na włosku. Zawszeście mi mówili, że ja głupi... a ot... zobaczycie com skomponował, ho! ho! Przyczaiłem się sobie z workiem na przesmyku, pożyczałem żydkom, żydki jemu, po cichu skupywałem jego długi, procenta zaległe rosły - i - (cicho) wiesz? mam tyle na tym kluczyku hrabiowskim, że mogę Jaśnie pana wypędzić, a sam z folwarku przenieść się do pałacu. Otóż... jak ja głupi!...

BOLESŁAW.

No! tegom się nie spodziewał po ojcu! dobra rzecz taki majątek, to sobie i pohulać będzie można.

BARTŁOMIEJ.

Dam ja ci, trutniu jakiś, hulankę, dam!... kupuję ale na moje imie wszystko; musisz mi się już ustatkować, dosyć tych długów mospaneńku... popłaciłem ostatnie i więcéj nie dam... basta!

BOLESŁAW (śmiejąc się).

O! o! przeczuwałem ja zawsze że ojcowska kabza dobrze nabita....

BARTŁOMIEJ.

Tak, potem i krwawicą moją!... nie dam ci tracić, co mi przyszło ciężko, jak powiada przysłowie: nie wziąwszy na sumieniu, nie będzie na ramieniu.... Całe moje życie włożyłem w to, żeby ciebie panem zrobić; heroldja nas potwierdziła, jesteśmy szlachta, możemy majątki kupować ile grosza stanie i na wyborach krzyczeć jak drudzy... Prawda, że mnie to szlachectwo djabelnie po kancellarjach karku i kieszeni kosztowało, ale téż, mospaneńku, rzecz jest, a co szlachcic! to szlachcic! Hrabia na włosku wisi, my czatujmy z boku i chapniemy kluczyk razem z zameczkiem.... A co? a mówiliście żem głupi!

BOLESŁAW (z uśmiechem wyższości).

A! a! jaki papa pocieszny!

BARTŁOMIEJ.

Nie dosyć jeszcze na tém, cicho tylko! sza!! - Hrabia stary, ciężki, przywiązany do tego miejsca, do ludzi, do drzew, do pniów, do ścian, zwyczajnie dziwak... otóż, kiedy ja mu zaśpiewam, fora ze dwora...

BOLESŁAW.

Aj! ludzie będą strasznie krzyczeli!

BARTŁOMIEJ.

Gdzie zaś! żebym był goły a szelmostwo zrobił, to co innego; ale kiedy mam pieniądze? Widziałeś kiedy, żeby na bogatego krzyczeli? Ale słuchajno, a milcz... otóż tak. Hrabia ma córkę, niechaj ją wyda za waszeci, mospaneńku, a ja go zostawię we dworze i będzie się sobie w swoich książkach dłubał, a ja wam pogospodaruję!... Albo mi córkę da albo nie - no, to sobie ruszą z kwitkiem....

(Śmiejąc się przyśpiewuje.)

A kiedyż odjeżdżasz bądźże zdrów... O mojéj przyjaźni dobrze mów!

BOLESŁAW.

Ale to być chyba nie może!

BARTŁOMIEJ.

Czemu mospaneńku? czemu?

BOLESŁAW.

Ojciec mu się tego nawet nie ośmieli powiedzieć.

BARTŁOMIEJ.

Ja? nie powiem? zobaczysz! Golnę dobry kieliszek i wezwawszy na pomoc patrona, tak mu wyrecytuję aż miło....

BOLESŁAW.

Ale on takiego układu nie zechce!

BARTŁOMIEJ.

No! to i dobrze! Albo to ja się znowu tak bardzo napieram tego honoru? Nie da mnie on córki, to ja ciebie za rok z prezesówną ożenię.

BOLESŁAW.

Mój tatku.... Za mnie jak za mnie, pewnoby się jéj dać nie wahali, gdybym się o to postarał, bom taki podobny do ludzi; ale któż zechce mieć takiego tatula? Chybabyś ojciec gdzie na Bessarabją powędrował....

BARTŁOMIEJ.

Co? co? słyszysz go? A ja to co? myślisz że nie potrafię być obywatelem? Ja teraz tylko tak na ekonoma jeszcze wyglądam, ale majątek kupiwszy, zaraz innym będę człowiekiem. Ho ho! zobaczysz! Wy zawsze mówicie, ojciec taki, owaki, a ja wszystko wiem co mnie trzeba... No! ale projekcik ci się uśmiecha? he?

BOLESŁAW (niedbale).

Projekt się panu ojcu pochwala, zobaczymy tylko jak przyjdzie do wykonania, co się pokaże.

BARTŁOMIEJ.

Wszystko już przygotowane, dziś, jutro, ale nawet tak i dziś jeszcze mu powiem.

(po chwili)

To jednak prawda, że choć ciemięga z tego hrabiego, ale jak człowiek przed nim stanie, licho wie co to jest mospaneńku, czegoś strach bierze i durniejesz.

BOLESŁAW.

Ojcze, o to nie trudno.

BARTŁOMIEJ.

Zawsze swoje!! ale zobaczycie.

BOLESŁAW.

Plan tedy dalszy? jaki?

BARTŁOMIEJ.

Krótko a węzłowato, przyjdę, pokłonię się...

BOLESŁAW.

Że się ojciec pokłoni, nie wątpię.

BARTŁOMIEJ.

I powiem mu ot tak: mospaneńku, panie hrabio, panowaliście, panowali, no - a teraz przyszła pora na Jaczeńków.... Oto waścine długi, a ot co wam pozostaje. Chcecie córkę dać mojemu Bolesiowi, zgodzę się na to i niechaj gospodarują, a nie chcecie? to jak sobie chcecie; ale proszę się ztąd wybierać.

BOLESŁAW (szydersko).

Pięknie, pięknieby to było, cóż, kiedy, słyszę, zaręczona.

BARTŁOMIEJ.

A tak! słyszę i ja, że zaręczona za tego hołysza Czarnkowskiego, rozumnego jak sam hrabia. Ale mnie co do tego? zaręczyli, niech odręczą.

BOLESŁAW.

I ona go kocha....

BARTŁOMIEJ.

Niech się odkocha! mnie co do tego! Niby to ty nie jesteś daleko od niego pokaźniejszy, a co grunt, że bogatszy.

BOLESŁAW.

Jak to ojcu wszystko łatwo idzie.

BARTŁOMIEJ.

Cóż? jeszcze ci mało, mospaneńku? źle skoncypowałem, jeszczem głupi?

BOLESŁAW.

Nie, nie! ale to wszystko na wierzbie gruszki, tatku najukochańszy.

BARTŁOMIEJ.

No! zobaczemy, pamiętaj tylko com ci mówił i rób jak każę. Do hrabianki mi się przybliż wcześnie, jużci ma oczy i musi się poznać na tobie.

BOLESŁAW (niedbale).

Zobaczemy! Zresztą i mniejsza o to!

SCENA II

Ciż sami. OLENA wychodzi z folwarku i kłania się do nóg Bartłomiejowi. Przez cały ciąg sceny Bolesław pogląda na nią znacząco, mruga i pokręca wąsa.

BARTŁOMIEJ.

Cóż tam u licha? Czego to chcesz? po co tu włazisz kiedy cię nie wołają?

OLENA (smutnie ale trochę figlarnie).

Ja to, z prośbą do wielmożnego pana....

BARTŁOMIEJ.

A byłem tego pewny, że nie z datkiem, tylko z prośbą, wy tylko prosić umiecie, nigdy wam nie dosyć. Gadajże a żywo, mospaneńku, bo ja na skwierczenie wasze nie mam czasu.

OLENA.

Już oto rok, proszę pana, jak mnie zabrali z chaty do dworu, ojciec stary tęskni za mną, chciałabym do niego powrócić.

BARTŁOMIEJ.

Patrzajcie! chciałaby! A któż to wam dał wolę? Czy to wy możecie chcieć kiedy wam nie pozwolono?

BOLESŁAW.

Czy to wam źle tutaj?

OLENA.

Źle, nie - ale wszędzie dobrze, a w chacie najlepiéj. Ojciec prosił hrabiego, żeby mnie uwolnił, i jaśnie pan obiecał....

BARTŁOMIEJ (gniewnie).

Co! co! już ten stary chodził do hrabiego! Patrzcie! hrabia! hrabia! A ja to co jestem? Hrabia o niczém nie wie, ja tu gospodaruję, słyszysz? Za to samo do domu nie puszczę.

OLENA.

Niech pan będzie łaskaw! co panu z przymuszonéj sługi.

BARTŁOMIEJ.

O! o! rozumuje! Przymuszony sługa najlepszy mospaneńku, bo z nim nie ma ceremonji. - Nie puszczę, a jak mi jeszcze raz ośmielicie się chodzić na mnie do hrabiego, no! zobaczycie! Ja wam tu dam hrabiego!

(wychodzi do folwarku grożąc.)

Wstęp

Myśl do téj komedji podały mi istotnie podania stare, gdyż w każdéj prawie naszego kraju prowincji rozpowiadają po szlacheckich dworach o faktach podobnych temu który służył za osnowę naszéj sztuce.

Tak bywało, tak było, nie wiem czy i dziś jeszcze byćby tak mogło; to pewna, że stara szlachta, wierna tradycjom rodowym i pojmująca swe obowiązki, dziś jeszcze czuje się z ludem w tym związku jaki dawniéj łączył węzłem nierozerwanym wszystkie klassy narodu. Majątek ziemski jest dla niéj spadkowym obowiązkiem, często ciężarem, a nigdy pozbycie się ziemi ojców i ludu, z którym wieki na jednym przeżyło się zagonie, nie przychodzi bez boleści. U nowych panków ziemia już stała się kapitałem, towarem, materjałem do robienia grosza i nic więcéj. Nie tak dawniéj bywało. Coś o przeszłości, nieco o dniu dzisiejszym chcieliśmy powiedzieć w téj komedji, granéj w czasie właśnie, gdy komitet do zmiany stosunków włościańskich wyznaczony zasiadał i przyszłość obmyślał. Sądziliśmy, że przemówić doń w imieniu przeszłości godziło się i było potrzeba. Napisana zbyt zapewne szybko, wyuczona przez artystów pospiesznie, komedja ta przedstawioną została d. 1. Stycznia 1859. na benefis p. Adama Miłaszewskiego. Słuchano jéj z uwagą, przyjęto z podziwieniem w milczeniu, które się różnie tłumaczyć daje, a którego tu wykładać nie chcemy. Winienem podziękować artystom, którzy z największém staraniem myśl moję w życie wprowadzili; jeśli miała sukces jaki sztuka, im go winna. Im żywszy może obraz charakterów naszych przedstawiają stare dzieje, tém wrażenie jakie uczyniły przykrzejsze być musiało. Widziałem na twarzach nawet tych co mi przychodzili winszować, zachmurzenie, zniecierpliwienie, oburzenie prawie za to, żem śmiał pana, szlachcica, ekonoma i chłopa razem wszystkich na deski powołać sine discrimine. Byli którzy wołali: czerwony! inni okrzyczeli: arystokratą; większa część widocznie cierpiała nad tém, że żywo kraj swój i siebie widziała na theatrum! Nie wyliczyłbym sądów... natomiast i jednego nie znalazłem coby mnie chciał zrozumieć i myśl moję w danych okolicznościach chciał pojąć!... Cóż robić! potrzeba się odwołać do sądu dalszych i mniéj w tém interesowanych ludzi, dla których komedja nasza ciekawostką z epoki komitetów włościańskich być może. Dla mnie na całe życie pamiętnym będzie ten wieczór d. 1. Stycznia, który, ukryty w górnéj loży spędziłem wpatrując się w teatr milczący, ponury, niespokojny, w parter niekiedy głuchemi odzywający się oklaski... i w postacie charakterystyczne naszych kilku, niestety! arystarchów w téj chwili przygniecionych całą ważnością swojego posłannictwa sędziowskiego, a niepewnych czy szlachcie klaskać, czy chłopu... czy się oburzać, czy chwalić, czy świstać, czy śmiać się. Wiem, że w samotnéj loży mojéj trwało przedstawienie długą jak wiek przestrzeń czasu, a wyszedłem zeń złamany cały.... Protestuję przeciwko wszystkim domysłom niedorzecznym, jakbym żywe jakieś wzory przeniósł na scenę; w życium tego nigdy nie czynił, i samo posądzenie o to za potwarz uważam. d. 4. Marca 1859, Żytomierz.