I. Trawers
I
Trawers
Zjechaliśmy z asfaltu na drogę gruntową. Kierowca wyłączył światła i powoli toczyliśmy się w kierunku lasu. Była zimna październikowa noc.
Pogoda była piękna, ale temperatura oscylowała w okolicy 5 stopni.
Wjechaliśmy do lasu. Przemek zatrzymał uaza i wyłączył silnik.
Wysiedliśmy wszyscy na zewnątrz i nie zamykając za sobą drzwi,
stanęliśmy przy samochodzie. Nasłuchiwaliśmy i obserwowaliśmy ciemność.
Plan zakładał, że najmniejsze prawdopodobieństwo wykrycia anuluje całą
akcję i wracamy do bazy. Po kilkunastu minutach w milczeniu i bezruchu
mieliśmy pewność, że nikt za nami nie jedzie oraz że my nie weszliśmy na
kogoś. Ja, Tomek i Bartek podeszliśmy do przyczepy, na której
ciągnęliśmy łódź pontonową, i spod plandeki wyciągnęliśmy torby
spadochronowe, w których mieliśmy sprzęt. Wyjęliśmy tylko kałasze.
Zajęliśmy pozycje ubezpieczające. Pozostali czterej chłopacy mogli teraz
przebrać się w pianki i przygotować wyposażenie. Po chwili się
zmieniliśmy. Założyłem piankę, pas balastowy, kamizelkę oporządzeniową,
maskę i fajkę schowałem do cargo. Płetwy przypiąłem do szpejarki uprzęży
i nałożyłem farbę maskującą na twarz. Na koniec jeszcze raz sprawdziłem
ładunek wybuchowy - czy aby nic się nie obluzowało oraz czy wodoszczelny
zasobnik jest prawidłowo zapięty. Szykiem ubezpieczonym ruszyliśmy w kierunku jeziora. Na granicy lasu i plaży znów zatrzymaliśmy się na
kilkuminutową obserwację. Kiedy mieliśmy pewność, że nikogo nie ma na
plaży, przeszliśmy do kolejnego etapu operacji. Przemek wjechał tyłem do
wody, tak aby łatwiej zwodować łódź. Brodząc w wodzie na głębokość
powyżej kolan, wepchnęliśmy ją w trzciny. Samochód ukryliśmy w zaroślach, narzucając na niego dodatkowo siatkę maskującą. Wypłynęliśmy
na jezioro z użyciem wioseł. Silnik uruchomiliśmy dopiero przy
przeciwległym brzegu, wzdłuż którego skierowaliśmy się do zapory wodnej.
Jezioro Pilchowickie to zbiornik zaporowy wybudowany na rzece Bóbr w okolicy Jeleniej Góry. Zbiornik, którego celem jest retencja oraz
produkcja energii elektrycznej. Poniżej zapory znajduje się
hydroelektrownia i to jej zniszczenie było celem naszej akcji
dywersyjnej. Zatrzymaliśmy się kilkaset metrów od zapory w przybrzeżnych
zaroślach. Po cichu zanurzyliśmy się w zimnej wodzie i z wykorzystaniem
ABC popłynęliśmy w kierunku zapory. Działaliśmy w parach: ja z Bartkiem,
Mariusz z Łukaszem, a Tomek z Marcinem. Po około 30 minutach
dopłynęliśmy do drabinek technicznych przy zaporze. Za pomocą drutu
przymocowaliśmy ładunki wybuchowe i na sygnał z łodzi odpaliliśmy lonty
prochowe, używając zapalnika tarciowego. Skierowaliśmy się do brzegu,
gdzie w zaroślach już czekała na nas łódź. Nie zachowując już ciszy, na
pełnej mocy silnika odpłynęliśmy nią i po kilkunastu minutach byliśmy z powrotem na plaży przy samochodzie. Każdy z ładunków miał około 12 m
lontu, co dawało nam blisko 20 minut na odpłynięcie.
Eksplozja nastąpiła dokładnie wtedy, gdy wychodziliśmy na brzeg. Trzy
niemal jednoczesne wybuchy rozerwały nocną ciszę.
Był to rok 1997. Zapora stoi do dziś, a my byliśmy harcerzami wówczas
"elitarnej" drużyny harcerskiej HKL Trawers ze Złotoryi. Harcerskie Koło
Lotnicze Trawers zostało założone w 1971 roku przez charyzmatycznego
Jana Kuska, żołnierza słynnej 62. Kompanii Specjalnej z Bolesławca. Bazą
Trawersu była tak zwana Górska Baza Lotnicza na Górze Szybowcowej w Jeżowie Sudeckim koło Jeleniej Góry, a od 1999 roku Baza Lotnicza
"Baryt" w Stanisławowie koło Złotoryi.
Członkiem Trawersu zostałem w 1994 roku, w wieku 13 lat. Byłem harcerzem
w drużynie o specjalności lotniczej. Śpiewałem piosenki, rozpalałem
ogniska jedną zapałką, budowałem latawce i modele samolotów. Tak
wyglądało życie harcerskie w Trawersie każdego chłopca do szesnastego
roku życia. Potem następował zwrot. Zdaniem Kuska dla zdrowego chłopaka
(w Trawersie funkcjonowała też grupa dla młodzieży z niepełnosprawnościami, ale to inna historia) nie było innej możliwości:
zostawałeś albo mięczakiem, albo "komandosem". Droga wiodła przez Kurs
Działań Specjalnych TRAWERS, współfinansowany i realizowany na podstawie
umowy z Ministerstwem Obrony Narodowej. Jednym z założeń kursu było
przygotowanie kandydatów do służby wojskowej w jednostkach
powietrzno-desantowych i specjalnych. Trwał on trzy tygodnie, a realizowany program był naprawdę imponujący, nawet w odniesieniu do
dzisiejszych realiów. Obejmował: szkolenie strzeleckie - strzelania z kbks, kbk AK, km PK, dzienne i nocne; szkolenie taktyczne: taktyka
zielona, czarna i niebieska; szkolenie samochodowe i motocyklowe: jazdę
samochodem terenowym, jazdę transporterem opancerzonym BTR 40 oraz
transporterem BRDM2, jazdę na quadach; szkolenie z terenoznawstwa i nawigacji; szkolenie minerskie; szkolenie wysokościowe i wspinaczkowe;
szkolenie survivalowe; szkolenie samolotowe, między innymi praktyczny
pilotaż w powietrzu na samolocie PZL 104 Wilga; szkolenie spadochronowe:
wykonanie trzech skoków spadochronowych na spadochronie ST-7,
wykonywanie i przyjmowanie w terenie zrzutów towarowych na zasobnikach
towarowych ZT-100. Oprócz tego KDS był, nie przebierając w słowach,
masakrycznym wpierdolem fizyczno-psychicznym, zwieńczonym ponad
120-kilometrowym marszem przez Góry Izerskie i Karkonosze, zwanym
Górskim Marszem Prawdy.
Utrata przytomności podczas forsownego szkolenia była normą
Gdy spojrzeć na całokształt kursu z dzisiejszej perspektywy, wszystko
wydaje się wręcz nieprawdopodobne. Ostatni KDS odbył się w 2001 roku i moim zdaniem to bardzo dobrze, że go zakończono. Jak mawiał jeden z moich późniejszych dowódców pułkownik Drumowicz (obecnie generał,
dowódca Komponentu Wojsk Specjalnych): "Postępująca humanizacja i pedalizacja społeczeństwa nie pozwala na prowadzenie tego typu szkoleń".
Pułkownik odnosił się do szkolenia w 62. Kompanii Specjalnej, z której
się wywodził, ale to stwierdzenie idealnie podsumowuje również to, jakim
szkoleniem był KDS Trawers.
Ja KDS ukończyłem w 1997 roku. W Trawersie dla chłopaków po KDS-ie były
dwie możliwości przydziału służbowego po rocznym okresie kandydackim: 1.
Górska Spadochronowa Grupa Specjalna lub 2. Spadochronowa Grupa
Szturmowa.
Nieprzytomny ze zmęczenia kursant pakowany do UAZ-a
Jak już wspominałem, bazę stanowiła Góra Szybowcowa w Jeżowie Sudeckim.
Infrastruktura bazy to niewielki barak z pomieszczeniami
sztabowo-socjalnymi, garaże oraz hangar. To ten hangar był wyjątkowy.
Wszystko wyglądało w nim jak w filmie o specjednostce: kwatery dla
"operatorki" oraz cały arsenał sprzętu i możliwości w jednym budynku.
Ilość sprzętu do dyspozycji była powalająca jak na tamte czasy, ale i dziś robi wrażenie, skoro była to lotnicza drużyna harcerska. W okresie
mojego członkostwa i stacjonowania HKL w bazie na Górze Szybowcowej
wyposażenie kształtowało się mniej więcej tak: dwa samoloty PZL 104
Wilga 35, samolot JAK 12-M, szybowiec SZD-9 Bocian, kilkadziesiąt
spadochronów (ST-7; L-2 Kadet; SW-5; SW-12; spadochrony ratownicze i towarowe), transporter opancerzony BTR-40, transporter opancerzony
BRDM-2, cztery samochody terenowe UAZ 469B, motocykl CZ 350, motocykl
M-72, łódź pontonowa z silnikiem zaburtowym, cysterna na paliwo, sprzęt
do nurkowania, sprężarki i agregaty, sprzęt górski i wspinaczkowy
(uprzęże, liny, narty skiturowe), sprzęt saperski i kwaterunkowy,
kuchnie polowe, namioty, przyczepy... i tak naprawdę sam do końca nie
wiem, co jeszcze mogło tam być.
W czasie wakacji szkolenie w Trawersie przybierało formę obozów
specjalnościowych. Poza obowiązkowym udziałem w KDS-ie jako instruktor
poganiacz brałem udział w obozach szkoleniowych, takich jak
spadochronowy, nurkowy, wspinaczkowy czy kondycyjny.
Obozy spadochronowe odbywały się głównie na Górze Szybowcowej, ale
często też w innych miejscach w Polsce. Dla mnie najciekawsze były skoki
w górach, czyli na przykład na Górze Szybowcowej. Idąc do wojska w 2001
roku, miałem na koncie ponad 120 skoków spadochronowych, a wśród nich
nocne, na wodę, w terenie górskim, na nieoznakowane lądowiska (tak zwany
teren przygodny), skoki z bronią czy skok z szybowca.
Dyplom ukończenia KDS Trawers - BĘDĘ KOMANDOSEM!
Obozy nurkowe zazwyczaj organizowano w rejonie Jezior Wielkopolskich lub
na Mazurach. Ponadto często nurkowaliśmy w akwenach niedaleko Jeleniej
Góry, takich jak Jezioro Pilchowickie, Kolorowe Jeziorka w Wieściszowicach czy inne zalane poniemieckie wyrobiska bazaltu, których
było w okolicy kilka. Obecnie na terenie Bazy Lotniczej "Baryt" w Stanisławowie można odnaleźć pogórniczy, zalany wodą szyb. Szkolenie w tym szybie łączy w sobie umiejętności nurkowe i wysokościowe, gdyż
lustro wody znajduje się 30 m w głąb szybu i najpierw za pomocą technik
linowych należy się tam dostać.
Szkolenie górskie, wspinaczkowe i wysokościowe odbywaliśmy w rejonie
Jeleniej Góry, idealnym do tego typu aktywności. Karkonosze, Góry
Izerskie, Rudawy Janowickie, Góry Kaczawskie, mosty i wiadukty w dolinie
Bobru, jaskinie w masywie góry Połom w Wojcieszowie (to największe
obiekty jaskiniowe w Polsce poza Tatrami). Ważnym punktem w szkoleniu
górskim było bytowanie zimowe w Górach Izerskich, organizowane w okresie
ferii zimowych. Na tydzień wychodziliśmy w góry. Nie było goreteksów,
primaloftów, membran i vibramów. Był zasobnik desantowy, brązowe
opinacze, mundur US i bechatka. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego
izerskiego bytowania zimą 1998 roku, a to dlatego, że dostałem śpiwór z rozwalonym zamkiem.
Obóz spadochronowy na Górze Szybowcowej, 1998 rok
Na Górze Szybowcowej spędzaliśmy niemal każdy weekend. Chłopaki
pochodzili głównie z okolic Jeleniej Góry, Złotoryi czy Bolesławca, ale
byli też tacy, którzy mieli "troszkę dalej", na przykład Piotrek z Częstochowy - ponad 300 km, czy Bartek Kankowski z Lęborka - ponad 650.
To, jak spędzimy zbiórkę, ograniczała wyłącznie nasza wyobraźnia, pogoda
i na szczęście komendant Kusek. Pomysły mieliśmy często szalone i gdyby
pozwolił nam na wszystko, pewnie szybko byśmy się po prostu poubijali.
Przez ponad 50 lat funkcjonowania Trawersu jego członkowie wykonali
tysiące skoków spadochronowych, piloci wylatali tysiące godzin, a nurkowie spędzili setki godzin pod wodą. Przy takim natężeniu
działalności o dość wysokim ryzyku niestety może dojść do sytuacji
tragicznych, które w historii Trawersu również miały miejsce. Krzysiek i Ania odeszli śmiercią spadochroniarzy...
Układam spadochron SW-5. Góra Szybowcowa, 1999 rok
Można powiedzieć, że Trawers istnieje do dziś. Funkcjonuje pod inną
nazwą i w innych strukturach organizacyjnych, ale nadal dowodzi nim ten
sam niesamowity człowiek - Jan Czesław Kusek. Myślę, że o Kusku,
Trawersie czy nawet o samym KDS-ie można by napisać osobną książkę. Na
pewno wiele z tych historii czytelnicy podaliby w wątpliwość: czy aby
autor nie konfabuluje? Tak były nieprawdopodobne. W historii Trawersu
zapisało się wielu niesamowitych ludzi. Oczywiście wspomniany Jan Kusek,
ojciec tej bezprecedensowej organizacji, ale też wielu innych, bez
których historia by nie biegła, bo przecież historia to ludzie, którzy
ją tworzyli. Wymienienie wszystkich nie jest możliwe, ale na pewno muszę
wspomnieć o Ryśku Rzońcy, który jako wieloletni prowadzący KDS był
wzorem dla wielu chłopaków takich jak ja. Rysiek był również komandosem
62. Kompanii Specjalnej, a po rozwiązaniu tej jednostki kontynuował
służbę w Plutonie Specjalnym Łużyckiego Oddziału Straży Granicznej.
Harcerski Znak Spadochronowy, tak zwana gapa
Czas leciał, a ja pasjonowałem się wszystkim, co wojskowe, w szczególności wszystkim, co specjalne, komandoskie czy
antyterrorystyczne. Prenumerowałem "Militarny Magazyn Specjalny
Komandos", miesięcznik o tematyce wojskowej, i pochłaniałem go od deski
do deski i to kilkukrotnie. Z zapartym tchem słuchałem opowiadań Kuska o latach świetności 62. Kompanii Specjalnej, o niesamowitym szkoleniu
"atomowych komandosów", o ich legendarnym dowódcy majorze Żdanie...
Chciałem być jednym z nich. Marzyłem, aby zostać zwiadowcą komandosem.
Powtarzałem sobie w głowie: "Zostanę komandosem".
W Trawersie działały również dziewczyny. Od końca: Kasia Majchrowska,
Basia Kołodziej - obecnie Kaczmarczyk, Agata Tkaczyk - obecnie Wójcik
II. Wojskowa Komenda Uzupełnień
II
Wojskowa Komenda Uzupełnień
Gdy skończyłem 18 lat, dostałem wezwanie do WKU Legnica. Wyekwipowany
przez Kuska w teczkę z bardzo poważnie wyglądającymi kwitami, które
zaświadczały, że komandosem to już w zasadzie jestem, tylko jeszcze do
wojska bym potrzebował, udałem się do WKU. Och! Jakie było moje
rozczarowanie, gdy chorąży zza biurka nie dość, że nawet nie chciał tych
moich kwitów oglądać, to jeszcze - jebaniec - pociągnął ze mnie łacha,
wołając kumpla:
- Stachu, podejdź tu!
- Co tam? - dobiegł mnie głos z pomieszczenia obok.
- Chodź, zobaczysz poborowego, co mi mówi, że on tu ma kwity i my mu
musimy dać przydział do Czerwonych Beretów.
W drzwiach najpierw pojawił się brzuch, a później reszta wąsatego Stacha
- sierżanta sztabowego.
- He, he, he, zazwyczaj przynoszą kwity, że wcale do wojska nie mogą, a ten chce do Czerwonych Beretów?
- Do Bordowych, panie sierżancie - odpowiedziałem. - Może być Szósta
Brygada Powietrznodesantowa, a najlepiej Pierwszy Pułk Specjalny
Komandosów w Lublińcu.
- No sam widzisz, Stachu. Słuchaj no, poborowy, zabieraj te swoje
papiery i masz tu jeszcze jeden. To jest skierowanie do pracowni
psychotechnicznej na badania dla kierowców. Tak się składa, że do
Czerwonych Beretów nie mamy, ale mamy dużo do czarnych. Idź więc, zrób
badania na kierowcę. Co będziesz się po Krakowach czy Lublinach włóczył,
jak ze Świętoszowa będziesz miał bliżej do domu. Zresztą, sam się z czasem przekonasz, że jeden czołgista to jak komandosów trzysta.
Wyszedłem z WKU, udałem się do najbliższej budki telefonicznej i zadzwoniłem do Kuska, aby zdać relację. Nakazał pospacerować chwilę i zadzwonić jeszcze raz.
Dzwonię.
- Idź do tego chorążego jeszcze raz. Już wszystko wie.
Kusek pociągnął za swoje sznurki. Jak już wspominałem, KDS Trawers był
organizowany na podstawie umowy z MON, która dotyczyła przygotowania
kandydatów do służby wojskowej w formacjach powietrznodesantowych i specjalnych. Podobno miała już miejsce historia podobna do mojej, WKU
odmówiła skierowania poborowego absolwenta KDS Trawers do wymarzonej
jednostki o charakterze spadochronowym. Poborowy założył sprawę w sądzie
administracyjnym i wygrał.
Lekko wzburzony pan chorąży z WKU przyjął wszystkie moje kwity, jednak,
aby stanęło "na jego", nakazał badania na kierowcę zrobić.
Zrobiłem.
Po kilku tygodniach przyszło wezwanie do WKU. Jadę. Dostaję skierowanie
do JW 2399 w Świętoszowie.
- Panie chorąży, ostatnim razem, jak tu byłem, to zostawiłem dokumenty,
że ja do komandosów, a jak nie, to że ja do sądu.
- Aaa, to ty. To nie mamy jeszcze do Czerwonych Beretów.
Uff. Puścił mnie.
Minął kolejny miesiąc.
Wezwanie.
- Bo pan tu zostawił, że jest pan płetwonurkiem. Mam coś specjalnego.
Jeden przydział na całe WKU. Potrzebują płetwonurków. Pierwszy PS.
- To wspaniale! Pierwszy Pułk Specjalny?
- Nie, Pierwszy Pułk Saperów w Głogowie.
"Co, kurwa?! Ni chuja!" - pomyślałem niemalże na głos.
- Panie chorąży, ja DO KOMANDOSÓW!!!
- No to jeszcze nie mamy do Czerwonych Beretów.
Kolejne wezwanie.
- Mamy do Czerwonych Beretów.
- Gdzie? - zapytałem uradowany.
- Żagań.
- Jaki, kurwa, Żagań?!
- No, Żandarmeria Wojskowa, Czerwone Berety, tak jak chciałeś.
No i tak czas nam wspólnie leciał. Mi na jeżdżeniu linią 22 do Legnicy,
chorążemu na wysyłaniu wezwań, a pani Wiesi - naszej listonoszce - na
przywożeniu mi ich na komarku. Wierzyłem, że w końcu dostanę ten
wymarzony przydział do Lublińca. Chłopaki w moim wieku już poszli w kamasze, a niektórzy to nawet wrócili, więc mama już mi zaczęła
dogadywać.
- Poszedłbyś już może do tego Świętoszowa? Popatrz, ten od Nowaków był,
prawo jazdy na ciężarowe mu zrobili i teraz na składzie pracuje i węgiel
wozi. Albo ten od Stasiaków, co w Marynarce Wojennej był. Daleko bardzo
miał do domu, ale mundur to on miał piękny. On był kucharzem w wojsku.
Na kuchni jest najlepiej. Popatrz, taki chudy był jak patyk, a teraz?
Odsłużyłbyś swoje, to i robotę porządną byś znalazł. Jakbyś chciał,
tobym ci w rzeźni załatwiła. Dobrze tam płacą, a i kiełbasy byś
pojadł...
Cierpliwie czekałem. Pracowałem dorywczo trochę w tartaku, trochę jako
kierowca, trochę w piekarni i nawet trochę w ochronie - jako cieć.
Wszędzie na czarno, bo nieuregulowany stosunek do służby wojskowej. Nie
martwiłem się tym zbytnio, bo wiedziałem, że to tylko stan przejściowy.
Będę komandosem.
Ostatecznie pod koniec lipca dostałem moje wymarzone skierowanie do
JW4101 w Lublińcu z datą stawiennictwa na 2 października 2001 roku.
IV. Służba zasadnicza
IV
Służba zasadnicza
Emblemat 1. Pułku Specjalnego Komandosów
Lubliniec przywitał mnie mglistym porankiem i brzydkim dworcem PKP.
Sam proces wcielenia wyglądał chyba tak samo jak wszędzie. W 1. Pułku
Specjalnym Komandosów nie wyróżniał się niczym "specjalnym". Dział
personalny, fryzjer, prysznic, lekarz, umundurowanie. Z jednej kolejki
do drugiej, a później do następnej i kolejnej. Zabrali wszystkie cywilne
rzeczy i dali wojskowe. Gacie, kalesony, skarpety, piżamę, maszynkę do
golenia, szczoteczkę do zębów, klapki, zasobnik, buty, mundur i beret.
Beret. Prawdziwy, bordowy, komandoski beret. Dostałem przydział do 1.
Batalionu Specjalnego, 3. Kompani Specjalnej na stanowisko
zwiadowca-miner.
Dream came true!!!
Kiedy skończyłem 14 lat, już wiedziałem, że kiedyś nastąpi ten dzień.
Przygotowywałem się do niego fizycznie i mentalnie. Zabawne trochę było
to, że stojąc w dwuszeregu na zbiórce, przynajmniej jedna trzecia
żołnierzy nie miała bladego pojęcia, w jakiej są jednostce, i generalnie
gówno ich to obchodziło. Ja natomiast wewnętrznie przeżywałem to jako
mój mały sukces, jeden z pierwszych realnych kroków do celu głównego:
bycia komandosem.
Pokazano nam, jak ścielić łóżko, jak poukładać przybory w szafce
(szczoteczka włosiem na zachód), jak ustawić buty pod łóżkiem. Pierwszy
dzień był dniem organizacyjnym, po prostu nudnym. Kolejny rozpoczął się
pobudką o szóstej rano i krzykiem informującym o zbiórce za pięć minut
na zaprawę poranną w BGS-ach i trampkach. BGS-y to fioletowe gacie
wojskowe typu bokserki, zazwyczaj bez gumki lub ze sznurkiem zawiązanym
na taki supeł, że nie szło tego wyregulować. Około 40 łysych pał biegło
poranną zaprawę po bieżni Ośrodka Sprawności Fizycznej. Trzy czwarte
tych właśnie łysych pał, a wśród nich ja, trzymało się za gacie, aby im
z dupy nie spadły podczas biegu. Trzech kaprali prowadzących zaprawę
cały czas darło mordy: "Szybciej! Dołącz, żołnierz! Szybciej, wieprze!".
Po zaprawie toaleta i śniadanie. Następnie zajęcia programowe, czyli
regulaminy, musztra, podstawy taktyki ogólnowojskowej, zajęcia fizyczne.
Obiad i do kolacji znów zajęcia programowe. Po kolacji porządkowanie
rejonów i capstrzyk. Tak wyglądał cały miesiąc szkolenia unitarnego - aż
do przysięgi. Idąc do wojska, myślałem, że jestem świetnie przygotowany
fizycznie i psychicznie, jednak po dwóch tygodniach czułem się po prostu
zmęczony. Cały czas biegiem lub jumpingiem, ewentualnie czołganiem
naprzód. Cały czas stojąc na zbiórkach bądź klepiąc stopami o asfalt
placu apelowego, ćwicząc krok defiladowy czy musztrę do przysięgi.
Ponadto bezustannie ktoś darł na nas mordę. Tego nie mogłem pojąć - po
chuj oni się tak wydzierają? Każdy z nas miał przecież zrobione badania
lekarskie dopuszczające do służby w wojskach powietrznodesantowych, co
jednoznacznie świadczyło o świetnym słuchu potwierdzonym przez
laryngologa i całą szanowną komisję lekarską. Zauważyłem też pewną
zależność. Otóż im większy gamoń, tym głośniej i bardziej soczyście
potrafił drzeć ryja.
Byli też żołnierze zawodowi czy nawet jeden kapral służby zasadniczej,
którzy postawą, nienagannym wyglądem, świetnym przygotowaniem do
prowadzenia zajęć wzbudzali taki respekt, że nie musieli podnosić głosu,
aby wszyscy ich słyszeli i błyskawicznie wykonywali komendy. Szybko
nauczyliśmy się, że pod tym profesjonalnym spokojem drzemie kawał
bezlitosnego skurwysyna, który ze stoickim spokojem jest w stanie
doprowadzić nas niemal do łez. I to właśnie ten typ komandosa wpisywał
się w moje wyobrażenie o nich. Niestety, było ich niewielu.
Przysięga wojskowa to duże wydarzenie w każdej jednostce wojskowej, a w życiu każdego żołnierza chwila bardzo podniosła. Na pewno w moim taką
była. Rotę przysięgi wojskowej pamiętam do dziś i mimo że jestem już
zwolniony ze służby wojskowej, to na pewno nie czuję się zwolniony ze
słowa danego na sztandar wojskowy. W późniejszych latach żona półżartem
upominała mnie, że jej przed ołtarzem przysięgałem, a ja na to zwykłem
jej odpowiadać (co ją bardzo zresztą denerwowało): "Innej przysięgałem
przed tobą" (mając na myśli ojczyznę).
V. Szkoła Podoficerów i Młodszych Specjalistów Działań Specjalnych
V
Szkoła Podoficerów i Młodszych Specjalistów Działań Specjalnych
Jak wspomniałem wcześniej, otrzymałem specjalność zwiadowca-miner.
Podczas szkolenia unitarnego wszystkich obowiązywał jeden,
ogólnowojskowy program szkolenia. Szkolenie specjalistyczne odbywało się
natomiast w cyklu trzymiesięcznym w Szkole Podoficerów i Młodszych
Specjalistów Działań Specjalnych. Składała się ona z dwóch kompanii.
1. Kompania Szkolna kształciła w trzech plutonach:
- 1. pluton - zwiadowca, zastępca dowódcy grupy specjalnej;
- 2. pluton - zwiadowca-miner;
- 3. pluton - zwiadowca sanitariusz-kierowca.
2. Kompania Szkolna w dwóch:
- 1. pluton - zwiadowca radiotelegrafista;
- 2. pluton - zwiadowca operator (operator radionamiernika MRP4).
Początkowo szkolenie obejmowało ogólne pojęcia dotyczące pododdziałów
działań specjalnych, taktyki czy wręcz filozofii funkcjonowania
jednostek specjalnych i pojedynczego zwiadowcy komandosa. Podczas tych
pierwszych dni na tak zwanej szkółce padły słowa, które tak głęboko
wdrukowały mi się w pamięć, że przyświecały mi przez cały okres mojej
służby wojskowej i teraz w życiu cywilnym. "Żołnierzy pododdziałów
działań specjalnych charakteryzuje inicjatywa i aktywność w rejonie
swojego działania" - słowa odczytane z tak zwanej czerwonej książki,
czyli Instrukcji Prowadzenia Działań Specjalnych Ludowego Wojska
Polskiego, przez chorążego Mirosława L. moim zdaniem są nadal aktualne i powinny być wpajane na kursach bazowych kandydatom na operatorów
dzisiejszych jednostek specjalnych. Chorąży Mirosław L. był moim dowódcą
w plutonie minerów oraz żołnierzem zawodowym, jednym z właśnie tych,
którzy profesjonalizmem i spokojem wzbudzali ogromny respekt. Natomiast
ci, którzy nie potrafili mu się podporządkować bądź próbowali
sprzeciwić, poznawali ciemną stronę jego duszy.
Szkolenie minerskie było bardzo interesujące. Prosty zapalnik lontowy
umiałem już wykonywać, gdyż takie rzeczy robiliśmy w Trawersie, ale
dopiero podczas szkolenia w plutonie minerskim poznałem tajniki
wykonywania niszczeń w działaniach specjalnych i dywersyjnych. Uczyliśmy
się ustawiać miny przeciwpiechotne, przeciwpancerne czy nawet kolejowe.
Budowaliśmy sieci wybuchowe, wykorzystując różnego rodzaju materiały
wybuchowe oraz różne sposoby inicjowania detonacji. Wysadzaliśmy małe
ładunki kumulacyjne, które, precyzyjnie umiejscowione, potrafiły dokonać
imponujących zniszczeń, jak również ładunki wielokilogramowe. Zajęcia
minerskie i pirotechniczne odbywały się w Ośrodku Szkolenia Minerskiego,
który był częścią Ośrodka Szkoleniowego "Czarny Las". W środowiskach
wojskowych i w poszczególnych jednostkach funkcjonują często żartobliwe
powiedzonka czy rymowanki dotyczące różnych sfer życia żołnierskiego.
Jedno z takich powiedzonek nawiązywało do ośrodka "Czarny Las". Mawiało
się, że istnieją trzy najpiękniejsze lasy na świecie. Są to: Las Palmas,
Las Vegas i właśnie Czarny Las. Czarny Las był oddalony od koszar o około 5 km, czyli niby niedaleko, ale droga tam zajmowała czasami kilka
godzin i była celem samym w sobie.
Nigdy nie zapomnę jednego z pierwszych wyjść do Czarnego Lasu, kiedy po
godzinie od opuszczenia koszar ledwie dotarliśmy do końca ogrodzenia
jednostki. Z maskami przeciwgazowymi na twarzach, w hełmach na głowach i z zasobnikami na plecach czołgaliśmy się rowem z wodą, błotem, śmieciami
i chuj wie czym jeszcze. Później droga przez las i na okrągło komendy:
"Padnij! Czołganiem! W tył na lewo! Lotnik z prawej! Lotnik z lewej!
Jumpingiem!". I tak na okrągło, a do tego kurwy, chuje i koty jebane. W okolicy pory obiadowej dotarliśmy na miejsce. Dyszące i parujące ścierwo
młodego rocznika leżało na głównym skrzyżowaniu dróg Czarnego Lasu, gdy
szef kompanii ciężarówką przywiózł obiad. Jakoś nie miałem apetytu...
Droga powrotna była bardzo podobna, z tym że musieliśmy ciągnąć
słaniających się kolegów. Wielu chłopaków z mojego rocznika przed służbą
uprawiało jakiś sport i dość dobrze znosili "nową dyscyplinę", ale byli
i tacy, którzy niestety zaliczyli dość twarde zderzenie ze "sportem
wojskowym". Szkolenie specjalistyczne było bardzo obficie okraszone
treningiem fizycznym. Biegaliśmy zaprawy poranne, biegaliśmy na zajęcia
w Czarnym Lesie czy strzelnicy, a dwa razy w tygodniu w ramach zajęć z atletyki terenowej biegaliśmy tak zwaną Wielką Pardubicką, czyli pętlę
po lublinieckim lesie na dystansie około 17 km. Muszę przyznać, że
poziom biegowy w Lublińcu był naprawdę wysoki. Nie bez kozery złośliwi
nazywali jednostkę Pułkiem Specjalnym im. Forresta Gumpa. Niewątpliwie
bardzo ważnym punktem w porządku dnia były godziny popołudniowe i zapis
w owym porządku: "Czas wolny do dyspozycji żołnierzy / Szkolenie
żołnierzy odstających od programu nauczania". Był to zazwyczaj czas,
kiedy w pododdziale nie było już żołnierzy zawodowych, a elewi (czyli
my, słuchacze szkoły wojskowej) zostawali pod troskliwą opieką żołnierzy
funkcyjnych. Żołnierz funkcyjny na kompanii szkolnej to kapral służby
zasadniczej. Nie ujawnię supertajemnicy, jeśli napiszę, że wojsko to
instytucja hierarchiczna. Dowódca kompanii zwraca uwagę dowódcy plutonu,
dowódca plutonu udzieli reprymendy funkcyjnym, a funkcyjni opierdalają,
drą mordy i katują elewów ćwiczeniami fizycznymi właśnie w tym "czasie
wolnym do dyspozycji żołnierzy...". Zwyczajowo ten "czas wolny"
uskuteczniany był tak długo, aż przeszklenia pod sufitem między
korytarzem a salami żołnierskimi ściekały skraplającym się potem.
W drugim miesiącu szkolenia specjalistycznego rozpoczęliśmy szkolenie
spadochronowe. Zajęcia rozpoczęły się od nauki składania spadochronów.
Jako że miałem w tym już dość spore doświadczenie i byłem obyty ze
sprzętem spadochronowym, bardzo szybko zostałem zauważony przez
instruktora prowadzącego zajęcia. Wziął mnie na bok i wypytał o doświadczenie spadochronowe, liczbę skoków, na jakim sprzęcie, z jakich
wysokości. Kazał zostać po zajęciach. Postanowił mnie sprawdzić, bo
kazał mi złożyć spadochron SW-12D. W Trawersie skakałem na spadochronie
SW-12, więc czaszę ułożyłem błyskawicznie, ale nie potrafiłem spakować
czaszy do pokrowca, bo właśnie ta litera D czyniła pewną różnicę.
Oznaczenie "D" mówiło, że jest to spadochron desantowy i ma inny
pokrowiec oraz zamiast tak zwanego pilocika - stabilizator. Instruktor
pokazał mi, jak to zrobić, i zaproponował, bym przeniósł się na
spadochroniarnię. Obiecywał, że do końca służby naskaczę sobie
kilkadziesiąt skoków nawet na spadochronach nowego typu, które właśnie
weszły na stan jednostki, czyli AD-2000 w układzie plecy-plecy.
Obiecywał również, że zaznam całkiem innej kultury służby niż w kompanii
specjalnej. I faktycznie w tej kulturze coś musiało być, ponieważ my w naszych brudnych i podartych mundurach, wiecznie śmierdzący potem,
wyglądaliśmy przy chłopakach ze spadochroniarni jak jacyś barbarzyńcy, a nie ludzie. Odmówiłem. Będę komandosem.
Pod koniec drugiego miesiąca szkolenia dowódca kompanii, a był nim por.
Artur Kozłowski (obecnie pułkownik, dowódca Jednostki Wojskowej AGAT)
oznajmił nam, że wynikła potrzeba kadrowa przeniesienia dwóch elewów z drugiego i trzeciego plutonu do pierwszego, aby ukończyli Szkołę jako
podoficerowie. Wyczytał 10 nazwisk elewów z najlepszymi wynikami w dotychczasowym szkoleniu i nakazał funkcyjnym wybrać spośród nich dwóch.
Rywalizacja o "bycie kapralem" odbyła się na drążku jeszcze tego samego
popołudnia. Zrobiłem 24 podciągnięcia i tym sposobem zakwalifikowałem
się na awans. Nazajutrz dowódca kompanii stwierdził, że drążek to za
mało. "Niech biegną na dziesięć kilometrów". "No cóż" - uznałem. - "Będę
komandosem - i do tego zajebistym kapralem znającym się na minerce".
Musiałem mocno przysiąść do nauki, aby nadrobić "kapralowski" materiał z dwóch miesięcy. Tymczasem trzeci miesiąc w SPiMSDS dobiegał końca.
Odbyliśmy szkolenie specjalistyczne w swoich specjalnościach.
Zakończyliśmy kurs spadochronowy w formie naziemnej, gdyż skoki dla nas
planowane były dopiero na wiosnę. Odbyliśmy kilka ćwiczeń taktycznych
sprawdzających naszą wiedzę i umiejętności. Wielkimi krokami zbliżały
się egzaminy końcowe. Na kilka dni przed nimi wezwał mnie dowódca
kompanii i zapytał:
- Jaki chciałbyś przydział po egzaminach?
- Trzecia Kompania Specjalna, panie poruczniku.
- A nie chciałbyś zostać funkcyjnym na Szkole?
"Ni chuja" - pomyślałem. - "Będę komandosem".
- Nie, panie poruczniku. Chciałbym na Trzecią Kompanię Specjalną.
- A gdybyś musiał zostać na Szkole, to na której kompanii byś wolał?
- Na pierwszej, panie poruczniku.
Czułem, że jest źle.
- Dostaniesz przydział na funkcyjnego do Drugiej Kompanii Szkolnej.
- A jak odmówię?
- A odmawiasz?
- Załóżmy.
- To nie zdasz egzaminów i wylądujesz na logistyce jako szeregowiec.
Świat mi się zawalił. Nie wiedziałem, co robić. Bardzo nie chciałem
zostać funkcyjnym, a tym bardziej na 2. Szkolnej. Poszedłem zapytać na
spadochroniarnię, ale było już za późno - wszystkie etaty obsadzone. Noż
kurwa mać! Po chuj mi to było?! No co mnie pokusiło, żeby na tego
jebanego kaprala cisnąć?!
"Być komandosem" dla mnie znaczyło, że będę zwiadowcą w pododdziale
działań specjalnych, czyli na przykład zwiadowcą-minerem w 3. Kompanii
Specjalnej. Sam bordowy beret czy naszyty na rękawie munduru emblemat
jednostki specjalnej w mojej ocenie nie czynił ze mnie komandosa. Służba
w kompanii szkolnej również nie wchodziła w grę, jednakże była to
propozycja nie do odrzucenia. Moja odmowa mogłaby się spotkać w najlepszym przypadku ze zignorowaniem, a w najgorszym - po prostu
poskutkować uwaleniem mnie na egzaminie końcowym. To drugie zakończyłoby
się jeszcze gorzej, czyli kontynuacją służby w plutonie logistycznym. W tym miejscu chciałbym podkreślić, że logistyka nie jest niczym złym,
wręcz jest bezwzględnie potrzebna. Mam wielu przyjaciół, którzy służyli
czy nadal służą jako logistycy i wykonują tę pracę profesjonalnie i z pasją, za co należy im się ogromny szacunek. Sentencja, którą dumnie
powtarzają: "Logistyka nie jest wszystkim, ale wszystko bez logistyki
jest niczym", jest w mojej ocenie całkowicie prawdziwa.
Egzaminy zdałem. Aż mnie w gardle ściskało, gdy patrzyłem, jak koledzy,
z którymi spędziłem trzy naprawdę intensywne miesiące, opuszczają
SPiMSDS i kierują się w stronę budynku 1. Batalionu Specjalnego. Oni
będą komandosami, a ja nie. Jeszcze nie. Będę komandosem, ale jeszcze
nie teraz.
Świeżo upieczeni kaprale
Tego samego dnia spakowałem swoje graty i przeniosłem do budynku 2.
Kompanii Szkolnej, a następnie zameldowałem się u dowódcy kompanii.
Dostałem przydział do plutonu radiotelegrafistów, a moim dowódcą plutonu
był kapitan L.S., szerzej znany jako Darth Vader lub po prostu Darth. I tu wolałbym zakończyć opis mojego dowódcy, który był postacią tak
barwną, że można by napisać o jego wyczynach dość obszerny rozdział - o niewiarygodnych wręcz historiach, których pan kapitan nie mógłby
potwierdzić, gdyż po prostu ich nie pamięta. Wierzę, że nie ma ludzi
pozbawionych wad, jak również ludzi bez zalet - jednak ja nie potrafiłem
dostrzec zalet u mojego dowódcy. Podobno świetnie jeździł na nartach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki